Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
32 osoby interesują się tą książką
Mroczny thriller, pełen zagadek i nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Plotki na temat przeszłości tajemniczego wiktoriańskiego domu i jego mieszkańców nie cichną.
Dwadzieścia lat temu babcia Harper zmarła w podejrzanych okolicznościach, będąc pod jej opieką, tej samej nocy, w której zniknął jej chłopak. Jego ciała nigdy nie odnaleziono i nie postawiono żadnych zarzutów.
Jakie tajemnice skrywa owiana złą sławą wyspa, na której stoi rodzinna posiadłość Harper? Czy przeszłość da się tak po prostu zapomnieć?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 232
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Musimy pogadać – powiedział Rand z irytacją, kładąc na stoliku egzemplarz „The Twilight Tribune”. Gunn siedział w pokoju socjalnym, pił kawę i kończył jeść cynamonkę.
– O czym? – Podniósł wzrok, po czym spojrzał w dół na gazetę z nagłówkiem: Śmierć wdowy w tajemniczym pożarze na jeziorze. – Och.
– Tak, „och”. – Rand odwrócił krzesło i usiadł. – Myślałem, że wszelkie informacje miały wychodzić od szefa. Albo bezpośrednio, albo pośrednio. Po to zatrudnił rzecznika prasowego.
– Tak, cóż, nie powiedziałem niczego, co nie byłoby powszechnie znane.
– To moja sprawa. Mogłeś mnie wcześniej zapytać.
Gunn miał dość przyzwoitości, by przyznać mu rację.
– Chyba tak, ale znasz tę dziennikarkę? Rhondę? Znałem jej ojca. Kiedyś należeliśmy do jednej drużyny softballa, a ona była maluchem, który plątał nam się pod nogami. Kojarzysz takie dzieciaki? Chyba nie miała przyjaciół. Kiedy zobaczyła mnie w sklepie z częściami samochodowymi kilka dni temu i zaproponowała mi kawę, pomyślałem: czemu nie? Powiedziała, że chce porozmawiać o Chasie Huncie, a ja uznałem, że w sumie nikomu to nie zaszkodzi.
– Naprawdę?
– No tak! – Gunn zmarszczył brwi. – Wiem, że się przyjaźniliście i tak dalej, ale ta sprawa jest zamknięta jak dziewica.
– Rany, Gunderson – oburzyła się jego partnerka, wchodząc do pokoju i kierując się prosto do automatów z przekąskami. – Czy ty zawsze musisz być takim prostakiem? Nie możesz po prostu powiedzieć „zamknięta jak forteca”, jak zwykły człowiek?
– Forteca nie zawsze jest zamknięta! I dobrze już, dobrze. – Przewrócił oczami. – Sprawa jest zamknięta jak forteca. Poza tym zadawała pytania, a ja z przyjemnością na nie odpowiadałem. Nie zaszkodzi wzbudzić nieco zainteresowania tą sprawą.
– Sprawami. – Rand postukał palcem w gazetę. – Pytała też o Olivię Dixon.
– No tak, wszystko wydarzyło się jednej nocy. – Wzruszył ramionami, jakby pytał: co zrobisz?
Rand poczuł, że mięśnie jego karku spinają się na samą myśl o tym, co się stanie, kiedy Harper przeczyta artykuł. Ale chyba przesadzał. Ostatnio miał do tego skłonności.
– Ty, Gunn, zrobisz, co następuje: zamkniesz gębę na kłódkę.
– A ty, Watkins, spojrzysz na sprawę jak prawdziwy glina. – Gunn rzucił mu niechętne spojrzenie.
– To znaczy?
– Jesteś taki jak twój stary.
To zabolało.
– Pamiętam, że nie chciał, by ktokolwiek wtrącał mu się do dochodzeń. – Gunderson odsunął talerz na bok, a Brady wrzuciła drobne do automatu z napojami, które zagrzechotały we wnętrzu maszyny.
Obejrzała się przez ramię, oceniła sytuację i prychnęła.
– Znowu coś palnąłeś, Gunn? – Wyjęła puszkę dietetycznej Pepsi i podeszła do stołu, gdzie odczytała nagłówek. – O, rany.
Rand wstał z krzesła.
– Ryzyko zawodowe.
– Hej, możesz zostawić gazetę? – zapytała, otwierając puszkę. – Ktoś zabrał tę z biura.
– Tak, jasne – zgodził się Rand. Nie potrzebował jej. Już dość przeczytał.
– Suki – powiedział Gunn.
– Suki? – Brady wolną ręką zgarnęła gazetę. – Suki ją zabrała?
– Tak. – Gunn zbierał opuszką palca ostatnie kawałki lukru z talerza. – Chyba zbiera przepisy, czy coś takiego.
– Ale to wspólna gazeta. Dla każdego.
– Oprócz krzyżówki – rzucił i puścił oko. – Ona jest twoja. Wydaje ci się, że krzyżówka ci się należy i wkurzasz się, gdy ktoś ją rozwiąże przed tobą.
– Och, odczep się.
Rand zostawił ich w pokoju, a sam próbował uspokoić się po przeczytaniu artykułu i wysłuchaniu uwag pod adresem swojego ojca. Zastanawiał się, czy zadzwonić do Rhondy Simms z gazety i przywołać ją do porządku, ale uznał, że lepiej z nią nie rozmawiać, dopóki sam nie ochłonie.
Bo prawda była taka, czy chciał się do tego przyznać, czy nie, że bardziej niż reakcją wydziału dochodzeniowego na artykuł, przejmował się tym, jak zareaguje na niego Harper. Simms nie mogła zaszkodzić zamkniętej sprawie, tak mu się wydawało. Cóż, o ile nie pomoże jej Gunn.
Przypomniał sobie prośbę Chase’a w ostatni wieczór przed zaginięciem.
– Powiedz, że się nią zaopiekujesz. Zadbasz o Harper.
Czego Rand nie zrobił. Mimo złożonej obietnicy.
A teraz pora nie sprzyjała temu, by zaczął to robić. Poza tym ona by na to nie pozwoliła, co wynikało z jej reakcji podczas przesłuchania na komisariacie, które wręcz wyprowadziło ją z równowagi. Cholera, wyłączyła nagrywanie i kazała mu się aresztować. Zeszłej nocy, gdy nie mógł zasnąć, wypłynął łodzią i zbliżył się do wyspy, opłynął ją i przypomniał sobie, jak często to robił będąc nastolatkiem. Może powinien zacumować, wejść na górę i zapukać do jej drzwi, a potem szczerze z nią porozmawiać. Ale nie zrobił tego. Miała nadzieję, że gdy znajdzie się na wodzie, zbliży do wyspy i źródła wszystkiego, co się wydarzyło, coś mu się rozjaśni w głowie. Mylił się. Powinien był iść pobiegać. Na długi dystans.
– Pieprzyć to – mruknął, po czym ruszył na dół do pozbawionego okien magazynu dowodów, gdzie jeszcze raz sprawdził dokumentację zaginionej broni ze sprawy Evana Reeda. Kręcił się w miejscu. Zgodnie z tym, co powiedziała Chelle, nie było żadnych tropów, zaginęła karta, na której odnotowywano, kto zaglądał do skrytki.
Kolejny ślepy zaułek.
Funkcjonariuszka Alicia Jefferson, która siedziała przy biurku przez zamkniętym magazynem, pracowała tutaj dopiero od trzech lat i nie potrafiła tego wyjaśnić.
– Nie wiadomo, kiedy to się mogło stać – powiedziała Jefferson. Była rzeczową, czarnoskórą kobietą w okularach połówkach i z dużymi kolczykami w kształcie kół w uszach. – Depozyt leżał tu od ponad dwudziestu lat, prawda? Od sześćdziesiątego siódmego? Z tego, co wiem, wtedy nikt za bardzo się nie przejmował przepisami. Nie było kamer. Ludzie wchodzili i wychodzili, kiedy chcieli.
– Nie ludzie – poprawił Rand. – Funkcjonariusze. Poza tym mieli się wpisywać do rejestru.
Spojrzała na niego ponad szkłami okularów.
– „Mieli” to słowo-klucz. Właśnie mówię, że nie każdy postępuje zgodnie z zasadami.
– I nikt nie zauważył, że zniknęła karta?
– Nikogo to nie interesowało, aż do teraz. – Odchyliła się na krześle i zmierzyła go wzrokiem. – Twoja partnerka, detektyw Brown, przyszła tutaj kilka dni temu. Nie powiedziała ci o zaginionej karcie i broni?
– Dlatego tu jestem.
Uniosła brwi.
– Sprawdzasz ją? – Zanim odpowiedział, pokręciła głową i spojrzała poważnie. – Nie ufasz jej?
– Ufam, oczywiście.
– To po co tu przyszedłeś? Skoro tak powiedziała, to przyjmij to do wiadomości. Ta Chelle, detektyw Brown, to mądra laska.
– Wiem.
– No i?
– Dobrze. Rozumiem – rzucił i ruszył na wyższe piętro. Nie chodziło o to, że nie ufał Chelle. Jasne, była jeszcze żółtodziobem, ale wszystko wskazywało na to, że miała głowę na karku. Chodziło raczej o sprawy dotyczące klanu Reedów i Dixonów, które przypominały sieć pajęczą i gdy dotknęło się jednej nici, chcąc nie chcąc człowiek pociągał za kolejną. Zgony w rodzinie dzieliły lata, ale każdy z nich następował na skutek takiego czy innego wypadku.
A przynajmniej tak to wyglądało.
Podobnie jak jego partnerka uważał, że coś tu nie gra. No i jeszcze to, co wydarzyło się w rodzinie Huntów.
Zginęli ludzie. Wszyscy w tragicznych okolicznościach. Wszyscy na jeziorze. Zbieg okoliczności?
Coraz bardziej skłaniał się ku temu, że jednak nie.
Wróciwszy do pokoju, przejrzał dokumenty, zadzwonił w kilka miejsc i czekał na powrót Chelle. Była w szpitalu, gdzie miała coś do sprawdzenia w sprawie śmierci Cynthii Hunt. Wróciła w ciągu godziny, zdjęła kurtkę i zanim usiadła, wetknęła palec do doniczki jednej z roślin.
– O, cholera. – Wyszła na chwilę i wróciła z dzbankiem, po czym skropiła wodą rośliny stojące na rogu biurka oraz te z wijącymi się pnączami ustawione na parapecie.
– Czego się dowiedziałaś? – zapytał.
– Sprawdziłam karty szpitalne Cynthii Hunt i porozmawiałam z personelem. Potwierdzają wszystko to, co już wiemy. Najdziwniejsze, że umarła w korytarzu, ale to nic podejrzanego. Przynajmniej tak wszyscy twierdzą.
– Aha, dobrze.
– No i… Mam adres Camille Musgrave. Wraz z mężem Victorem byli właścicielami domu, który wynajmowali studentom w czasie, gdy zaginął Chase Hunt.
– Myślałem, że szukasz Matildy Burroughs – stwierdził. Kiedy postanowili, że ponownie przyjrzą się sprawie śmierci Olivii Dixon i zaginięciu Chase’a Hunta, podzielili się zadaniami.
Chelle skinęła głową i odłożyła dzbanek na skraj biurka.
– Zaraz do tego dojdę. Ale najpierw Musgrave’owie. Dowiedziałam się, że Camille i Victor najpierw przeprowadzili się w okolice Seattle. Dokładnie do Bellevue. Victor umarł kilka lat temu, a Camille obecnie mieszka w Oregonie, w Aloha, z córką Lynette i jej rodziną. Dzisiaj zamierzam im złożyć wizytę. Jeśli chodzi o Matildę Burroughs, opiekunkę Olivii Dixon, która miała wychodne tamtej nocy, gdy kobieta zmarła, to wciąż mieszka w Calgary. Próbowałam się do niej dodzwonić i nagrałam jej wiadomość. Jeśli nie oddzwoni w ciągu godziny, spróbuję ponownie. O, szlag! – Zauważyła, że z jednej z doniczek kapie woda, spływa po parapecie i ścianie. Błyskawicznie chwyciła chusteczkę higieniczną i rzuciła się ratować sytuację. – Niech to szlag!
Wciąż zajmowała się bałaganem, kiedy Rand powiedział:
– Zamierzam porozmawiać z oficerem, który zajmował się wtedy tymi sprawami.
Chelle zerknęła przez ramię.
– Twoim ojcem.
Potaknął.
– Potrzebujesz wsparcia? – Cisnęła mokrą chusteczkę do kosza na śmieci.
– Wydaje mi się, że dam sobie radę sam.
– Skoro tak uważasz.
– Do zobaczenia później. – Chelle mamrotała przekleństwa pod nosem i kolejną chusteczką próbowała osuszyć parapet.
Rand wyszedł na korytarz i natknął się na Chucka Fellowsa idącego w przeciwną stronę. Za Chuckiem szedł dwudziestokilkuletni mężczyzna, chudy jak patyk, z trzydniowym zarostem, rozszerzonymi źrenicami i czapką naciągniętą na uszy. Miał rozpiętą flanelową kurtkę, pod którą Rand zauważył spłowiałą koszulkę z napisem Go Ahead, Make My Day! Na policzkach miał zadrapania i ręce skute kajdankami. Mimo że Fellows prowadził go stanowczym krokiem, mężczyzna powłóczył nogami, jakby nie mógł nimi ruszyć.
– Nic nie zrobiłem – protestował, unosił się wokół niego odór alkoholu, papierosów i potu.
– Tak, tak, wiem. Nigdy nic nie robicie. – Gdy go mijali, Fellows złapał zatrzymanego za łokieć i wycedził przez zęby: – Jestem już na to za stary.
– Przysięgam, że kłamała! – oponował aresztowany. – Wiesz, że to kłamczucha! Wiesz o tym!
– Wiem, że obowiązuje cię zakaz zbliżania się. Jezu, Curtis, zamknij się wreszcie, dobrze? Wiesz, jakie są procedury. Potem będziesz mógł mówić.
– Chcę prawnika – zażądał Curtis.
– Pan prawnik już jedzie.
– Pani. Tym razem to kobieta!
– Dobrze, dobrze, została już powiadomiona.
Ktoś otworzył i zamknął drzwi z hukiem i Rand nie usłyszał dalszej części rozmowy. Zatrzymał się przy swojej szafce na broń, chociaż powtarzał sobie, że nie będzie potrzebował pistoletu, bo zamierza przesłuchać własnego ojca, ale i tak zabrał Glocka.
Kiedy wyszedł, padał deszcz, więc gdy tylko ruszył, musiał włączyć wycieraczki. Nie ostrzegł ojca, że przyjedzie, chciał na własne oczy zobaczyć reakcję Geralda.
Mimo ulewy i ślamazarnie jadących aut, dotarł do bliźniaka należącego do ojca w mniej niż pół godziny. Wraz z żoną, Dorie, mieszkali na polu golfowym w Oregon City i kiedy Rand zapukał do drzwi, otworzyła jego najnowsza macocha. Była niezłą laską, starszą od Randa niecałe dwanaście lat, nosiła duże okulary i miała kręcone, jasne włosy, które kojarzyły mu się z Charlie, jego obiektem westchnień z Top Gun.
– Rand – przywitała go z szerokim uśmiechem, widząc go przemoczonego na ganku. – Wejdź! – Szeroko otworzyła drzwi.
– Jest tato?
– Nie, gra w golfa w klubie. – Następnie spojrzała ponad ramieniem Randa na deszczowy dzień i krople rozbijające się na kamiennym podjeździe. – A raczej grał, rano spotyka się poranna grupa, ale nie wiem, co robią w taką ulewę. Pewnie grają w karty. Przez większość czasu jednak, niezależnie od pogody, grywa w golfa, ale dzisiaj jest zbyt mokro. – Zadarła głowę i spojrzała na szare chmury. – Zwykle wraca koło trzynastej. – Wykonała gest dłonią sugerujący, że może być wcześniej lub trochę później.
– Może uda mi się go tam złapać.
– Jeśli chcesz możesz poczekać w domu. – Odsunęła się, by mógł wejść do salonu, gdzie w telewizji leciał jakiś teleturniej, a na stoliku leżała gazeta. Z ganku widział nagłówek na pierwszej stronie.
– Dzięki. Innym razem. – Nie potrafił sobie wyobrazić pogaduszki z Dorie, trzecią panią Watkins, i nie chciał też rozmawiać z ojcem o dawnych sprawach w jej obecności.
– Mam mu coś przekazać, gdybyś go nie złapał w klubie?
– Nie, zadzwonię. – Pomachał i zawrócił do swojego Jeepa.
Gdy wsiadł do wozu, przypomniały mu się słowa aresztanta Chucka Fellowsa: „To kłamczucha. Wiesz o tym”.
Kłamstwa, o to właśnie chodzi we wszystkich sprawach. Wiedział w głębi duszy, że jego ojciec kłamał. Albo coś ukrywał. Notatki ze zniknięcia Chase’a i śmierci Olivii Dixon nie były tak precyzyjne, jak w innych dochodzeniach prowadzonych przez Geralda Watkinsa. Nie, coś w nich nie grało. I nie chodziło tylko o to, że dotyczyły zaginięcia syna jego najlepszego przyjaciela.
Ale jak to udowodnić?
Ma się skonfrontować z ojcem?
Taki był plan, ale teraz, gdy o tym myślał, uznał, że potrzebuje nieco więcej amunicji i wiedział, gdzie może ją odnaleźć.
Matka chyba była w domu.
Rand zaparkował na podjeździe za żółtym AMC Pacerem z naklejką Reagana dumnie wyeksponowaną na zderzaku od ostatnich wyborów prezydenckich. To zapewne sprawka Kenta. Jego wpływ na matkę Randa przejawiał się w każdej dziedzinie życia.
Kiedy zapukał, drzwi otworzyła mu matka.
– Rand? – zdziwiła się. – Nie spodziewałam się ciebie, ale wejdź, wejdź. – Odsunęła się i pozwoliła mu przejść do salonu, którym pachniał olejkiem cytrynowym i pastą do mebli. – Mogę ci zaproponować filiżankę kawy, chyba że masz ochotę na coś innego. Mamy jeszcze dietetyczną Colę i Fresca. Kent nie lubi napojów z cukrem, twierdzi, że szkodzą zębom, a przecież się na tym zna, prawda? – Ruszyła do kuchni.
– Kawa wystarczy – odparł, idąc za nią przez nieskazitelnie czysty dom z nowoczesnymi meblami, długimi, niskimi kanapami i fotelami stojącymi wokół okrągłego stolika z drzewa tekowego. Miał jakieś dwadzieścia lat i nadal wyglądał na nowy. Obrazy wiszące na ścianach były dziełami autentycznymi i wszystkie przedstawiały jakieś plamy.
W kuchni nalała kawy do dwóch dużych filiżanek i wskazała mu miejsce przy białym stole. Stał przed przesuwnymi drzwiami wychodzącymi na mały ogród, gdzie zamontowano kilka karmników dla ptaków. Wokół rosły wysokie tuje i jakieś krzaki wyglądające jak przekwitające hortensje z wielkimi kwiatostanami.
– Nadal pijesz czarną?
– Tak.
Postawiła filiżanki na stole, po czym usiadła naprzeciwko niego.
– Ale miła niespodzianka – powiedziała, uśmiechając się ponad uniesionym do ust kubkiem. Miała krótkie, jasne, wycieniowane włosy. Nadal była sprawna i wysportowana, jak przystało na oddaną entuzjastkę fitnessu, a teraz była ubrana w sprane jeansy i koralowy sweterek z szerokimi ramionami, który zwężał się w talii. – Myślałam, że pracujesz.
– Pracuję – przyznał.
– A więc to nie jest wizyta towarzyska. – Uniosła brwi.
– Obawiam się, że tym razem nie. – Rozejrzał się wkoło. – Jest Kent?
– Pracuje, ale tylko na pół etatu. Później ma tenisa i masaż. Czemu pytasz?
– Tak sobie – odparł, popijając kawę. – Wiesz, co się stało Cynthii Hunt?
– O, matko. Tak. Biedactwo. – Barbara odstawiła filiżankę. – Umęczona dusza.
– Aha.
– Badasz tę sprawę?
– Tak i kilka innych.
– Jakich? – zapytała, bawiąc się obrączką, nabyła tego nerwowego zwyczaju w czasach, gdy mieszkała na cyplu i była żoną jego ojca.
– Zacznijmy od nocy zniknięcia Chase’a Hunta – zaproponował, a ona gwałtownie odwróciła wzrok i spojrzała za okno, gdzie na karmniku siedział koliber. – Pamiętasz coś?
Przełknęła ślinę.
– Tak. Oczywiście. Kto by nie pamiętał?
– Przyjechałaś do domu. Powiedziałaś, że chcesz się pożegnać przed moim wyjazdem do Wietnamu.
– Tak było. – Spojrzała mu w oczy. – Ale ciebie nie było.
Nie, bo upijał się w trzy dupy po bójce z przyjacielem, jeszcze zanim Levi zjawił się na progu jego domu.
– Rozmawiałaś z tatą?
Milczała. Zacisnęła blade usta.
– Mamo?
Barbara wypuściła powietrze z płuc.
– Nie. Nie rozmawiałam. Jego też nie było.
– Gdzie był?
– Nie wiem, nigdy mi nie powiedział. – Bawiła się filiżanką, obracała ją powoli na blacie stołu. – Myślałam, że jest z tobą, bo jego samochód stał na podjeździe, ale nikt nie otworzył. Wobec tego obeszłam dom, myślałam, że jest na doku, pali papierosa lub coś robi, ale okazało się, że tam też jest pusto. – Zawahała się, a on czekał na dalszy ciąg. – Później go o to pytałam, a on powiedział, że poszedł się przejść, ale… – Przestała obracać filiżankę.
– Ale co?
– Łódka – powiedziała i przygryzła wargę. – Nie było jej w hangarze. Zajrzałam tam, bo myślałam, że może coś przy niej robi, ale hangar był pusty. Myślałam, że może ty gdzieś wypłynąłeś. – Zrobiła się blada jak śmierć. – A potem dowiedziałam się, że zaginął Chase Hunt i zmarła Olivia Dixon, bo Harper ją zostawiła, żeby spotkać się z Chase’em… Och, sama nie wiem, co wtedy pomyślałam. – Przełknęła ślinę.
– Złożyłaś zeznanie na policji?
– Nikt mnie nigdy nie pytał.
– Bo już nie mieszkałaś nad jeziorem i nikt nie wiedział, że przyjechałaś do domu taty? – zgadywał.
– No i… – Ponownie wyjrzała przez okno, ale koliber już odleciał. – Nie chciałam się w to mieszać. Nie chciałam żadnych kłopotów.
– Wobec tego nigdy nie poszłaś na komisariat i nie złożyłaś zawiadomienia.
Pokręciła głową, walcząc ze łzami.
– A tata nigdy o nic nie pytał.
– Nie. – Pociągnęła nosem i odchrząknęła. – Kent powiedział, żebym się nie mieszała, że to nie mój interes. – Założyła kosmyk włosów za ucho. – Gdyby twój tata został zawieszony lub wezwany na dywanik, mogłoby się to źle skończyć. Dla nas wszystkich…
Rand się spiął.
– Gerry miał przed sobą karierę, był dobrym policjantem.
Czyżby? Zawsze.
– Ale mu nie ufałaś? – rzucił oskarżycielskim tonem.
– To działało w obie strony – wyszeptała, a Rand poczuł, że ściska mu się żołądek. Przypomniał sobie ich kłótnie, oskarżenia, gniew i łzy przed rozstaniem. Został z ojcem ze względu na Kenta Eldridge’a, który nie interesował się pasierbem. Próbowali mieszkać razem przez kilka miesięcy, ale nie wyszło.
– Dostajesz połowę emerytury taty – powiedział spokojnie.
– To nie ma z tym nic wspólnego! – odparła oburzona, ale pamiętał, że wówczas Kent kupował własny gabinet, więc istniała możliwość, że pokaźny zastrzyk gotówki mógł okazać się kuszący. Widział to w oczach matki. Ten wstyd.
Jezu.
– Muszę jechać – powiedział, odsunąwszy krzesło i wstając. Dowiedział się tego, co było mu potrzebne.
– Och. Ale… – Widział żal w jej spojrzeniu, gdy odprowadzała go do wyjścia. – Przepraszam – wyszeptała, dotykając jego ręki. Ich spojrzenia się spotkały.
– Za co?
– Za wszystko.
Zacisnął szczęki, ale udało mu się powiedzieć:
– Aha. Ja też. – Po czym wyszedł na deszcz i wsiadł do Jeepa.
Zafrasowany i rozważający mroczne scenariusze, pojechał prosto do klubu Lynx Hills położonego na południe od miasta. Pole golfowe zajmowało wzgórza, na których kiedyś rosły bujne lasy, i rozciągał się z niego widok na szeroką rzekę Willamette, za którą w oddali wznosiły się Góry Kaskadowe, choć tego dnia ich ostre, ośnieżone szczyty były zasłonięte nisko wiszącymi chmurami.
Zaparkował na miejscu dla gości, przebiegł w deszczu do siedziby klubu. Nikt nie siedział za biurkiem, nie widział też żadnych golfistów przez sięgające od podłogi do sufitu okna wychodzące na pole golfowe.
Znalazł ojca w barze dla mężczyzn, przytulnym pomieszczeniu z dużym kominkiem, wykładziną, widokiem na pierwszy dołek oraz licznymi stolikami. Kilku mężczyzn rozmawiało o drużynie koszykówki Portland Trail Blazers, stojąc nad długim szwedzkim stołem z kanapkami i piwem oddzielającym kuchnię od sali do gry w karty.
Zauważył ojca siedzącego z trzema innymi bywalcami przy stole do gry. Poprosiwszy rozdającego o kartę, Gerald zmarszczył brwi i położył karty na stół i wypił resztkę whisky ze szklaneczki.
– Pasuję – powiedział, widząc zbliżającego się Randa. – Grajcie beze mnie.
Odstawił drinka i odsunął się z krzesłem. Chyba dostrzegł poważną minę syna, bo gestem ręki wskazał mu kierunek i odszedł od stołu.
– Co tam? – zapytał. – Ktoś umarł? – Po czym, zanim Rand odpowiedział, domyślił się. – Chodzi o Cynthię Hunt.
– Na początek.
Zerknąwszy na stolik, gdzie jego przyjaciele nadal grali w karty, Gerald zaproponował:
– Porozmawiajmy na dworze.
Poprowadził Randa przez szatnię do bocznego wyjścia.
Stanęli pod markizą w paski koło szatni, smagał ich wiatr i wciąż padało.
– Straszna sprawa. Pożar. Cynthia na łódce. – Gerald pokręcił głową. – Wielka strata. – Zapalając papierosa, zapytał. – Co się dzieje?
– Badam stare sprawy.
– Zabójstwa? – Wydmuchał chmurę dymu i spojrzał Randowi w oczy. – Dużo ich jest?
– Nie zabójstwa. Po prostu stare przypadki podejrzanych śmierci, które jakoś się łączą.
– Z Cynthią Hunt? Nie nadążam.
Ale Rand uważał, że ojciec blefuje.
– Zacząłem od Chase’a. Zniknął i nigdy nie został odnaleziony.
– I pewnie nigdy nie zostanie. – Gerald pokiwał głową. – To tajemnica, ale nie ma co w niej grzebać. Nie wiem, po co znowu się nią zajmujesz. – Zrobił zbolałą minę i wydmuchał dym. – Czytałem rano gazetę. Jakaś cholerna dziennikarka sądzi, że ludzie interesują się dawnymi historiami.
– To dlatego, że Cynthia Hunt zginęła okropną śmiercią.
– Tak, jasne – westchnął. – Szkoda, że spotkało ją coś takiego. – Zaciągnął się Marlboro i pokręcił głową. – Wielka szkoda. Niech Bóg ma ją w swojej opiece – powiedział w chmurze dymu. – Ale nic jej nie przywróci życia. Grzebanie w tym, co wydarzyło się dwadzieścia lat temu nikomu się nie przysłuży.
– Może Chase’owi.
Gerald zerknął na niego.
– Naprawdę sądzisz, że go znajdziesz?
– Spróbuję.
– Cóż, to strata czasu, jeśli chcesz wiedzieć. Gdyby żył, powtarzam, gdyby żył, to chyba już by się nie musiał ukrywać? Nie ma już wojny, przed którą się chował, i tak, pewnie musiałby wyjaśnić pewne rzeczy władzom, ale założę się, że gdyby żył, wróciłby do domu po śmierci ojca. – Skrzywił się. – Nie sądzisz?
– Nie wiem, co myśleć. Próbuję mieć otwarty umysł – odparł Rand, patrząc na sportowe Porsche wjeżdżające na parking, przednie reflektory podświetlały krople deszczu. Kilka sekund później wysiadł z niego mężczyzna w ubraniu przeciwdeszczowym i szybkim krokiem ruszył do frontowych drzwi klubu.
– Pewnie wiedziałeś lepiej od innych, co Chase’owi chodziło po głowie – przypomniał mu Gerald. – Spotkałeś się z nim tamtej nocy. O ile mi wiadomo, byłeś ostatnią osobą, która go widziała.
Czy w tym zdaniu kryło się niewypowiedziane pytanie? Jakaś aluzja? Rand je zignorował i dalej realizował swój plan.
– Są jeszcze inne sprawy, którym się przyglądamy.
– Na przykład? Sprawa śmierci Olivii Dixon? – odgadł Gerald. – Bo umarła tej samej nocy? Tak to sobie kombinujesz?
– Może.
– Do cholery, nie! Zmarła przez przypadek. Jej wnuczka namieszała z lekami. Ale nie zrobiła tego specjalnie. Chyba nie sądzisz, że próbowała zabić Olivię.
Czyżby w jego głosie pojawiła się niepewność?
– Cóż, to jedna ze spraw. – Rand czekał na reakcję ojca.
– Jest ich więcej? – Deszcz bębnił w markizę i asfalt na parkingu. Gerald mocno zaciągnął się papierosem.
– Wiele niewyjaśnionych śmierci w tej rodzinie.
– Masz na myśli Reedów? – zdziwił się Gerald. – Rany boskie, Rand, przecież wiesz, co się stało! Evanowi odbiło po LSD i postanowił zagrać w rosyjską ruletkę. A jeśli chodzi o Annę, byłeś tam, gdy wyciągaliśmy ją z wody. Cała rodzina miała problem z narkotykami i alkoholem i zapłacili za to życiem. Te sprawy są zamknięte. To jasne jak słońce. – Zaciągnął się po raz ostatni, po czym zgasił papierosa w popielniczce przy drzwiach.
– Te dochodzenia prowadziliście razem z Tomem.
– No pewnie, że tak. Byliśmy jedynymi śledczymi.
– Chase był ofiarą – zauważył Rand. – Jego ojciec nie powinien brać udziału w rozwiązywaniu sprawy.
– Wydział wówczas działał inaczej niż teraz. Był dużo mniejszy. Robiliśmy, co się dało.
– Mimo wszystko.
Gerald ze złością spojrzał na syna.
– Po co ta cała rozmowa, Rand? Nie masz co robić, próbując strzec porządku w mieście? Chronić i służyć? Po jaką cholerę to robisz?
Drzwi do szatni się otworzyły i wyszli dwaj mężczyźni. Byli pogrążeni w rozmowie, ale spojrzeli na nich. Wyższy z dwójki, w wiatrówce i spodniach w kratę, uniósł rękę.
– Do zobaczenia w przyszłym tygodniu, Gerry.
– Widzimy się! – Ojciec Randa skinął głową. – No pewnie.
Ten drugi, szczuplejszy i w ubraniu przeciwdeszczowym, tylko zasalutował. Obaj pomknęli do swoich samochodów, a Gerald ujął syna za ramię i pociągnął go z dala od ludzi. Stanęli pod nisko zwisającymi gałęziami dużej jodły, gdzie do ich nozdrzy dolatywał zapach wilgotnej ziemi.
– Po co rozdrapujesz stare rany? – Rand wyrwał się z uścisku.
– Bo się nie wygoiły, tato. Nie tylko się sączą, lecz także powodują zakażenie.
– No i co? Zjawiłeś się tutaj, żeby… Co chcesz mi przekazać? – Ale już się domyślił. – Że źle wykonałem swoją pracę? Że ja i Tom dopuściliśmy się… Czego? Spieprzyliśmy dochodzenie? – Zmrużył oczy, jego twarz pozostawała w cieniu, jego rysy zaostrzało słabe światło dochodzące z kilku okien pod sufitem szatni.
– Mówię tylko, że ponownie się im przyglądamy.
– My? – powtórzył Gerald, szukając w kieszeni paczki papierosów. – Kto jeszcze się tym zajmuje, czymkolwiek to, do chuja, ma być?
– Moja partnerka.
– Ta dzidzia? – Prychnął i znowu zapalił, wydmuchując gejzer dymu. – Powodzenia życzę! – rzucił z niedowierzaniem. – Tom i ja zrobiliśmy wszystko książkowo.
– Naprawdę? Bo ja nie jestem tego taki pewny.
Gerald wskazał palcem wybrzuszenie pod kurtką Randa.
– Jezu, Rand, jesteś uzbrojony? Podczas rozmowy ze mną? Co tu się, kurwa, odpierdala?
– Rozmawiałem z mamą.
Starszy z nich już miał się zaciągnąć, ale zatrzymał się w pół ruchu, wystarczająco długo, by potwierdzić najgorsze podejrzenia Randa.
– Aha, no i? – powiedział ojciec, jakby to nie było nic wielkiego. – Jak się miewa?
– Trzeźwo myśli – rzucił Rand, obserwując najmniejsze zmiany w zachowaniu ojca i szukając pulsującej żyły, która zawsze pojawiała się, gdy był zdenerwowany. Jak na razie Gerald był spokojny. – Pamięta. Na przykład to, że nie było cię w domu, kiedy zaginął Chase. Nie było też twojej łodzi.
– No i?
Żadnego tiku.
– Levi powiedział mi, że Tom i Chase pokłócili się tamtej nocy. Rzucili się na siebie. Bójka wymknęła się spod kontroli.
Ojciec znowu się zaciągnął, zimny wiatr potrząsnął gałęziami nad ich głowami, które zakołysały się z jękiem.
– Do czego zmierzasz?
– Cynthia zostawiła Leviemu list.
Pojawił się tik, pulsowanie pod lewym okiem ojca.
– Jaki?
– Napisała: „Zabili go. Zabili Chase’a. Niech za to zapłaci”.
– Jakaś bzdura – skwitował Gerald. – To nie ma sensu. Wiesz, że miała nie po kolei w głowie.
– A kiedy to się zaczęło? Po zaginięciu Chase’a? – zapytał Rand. Był cały spięty. – Czy po samobójstwie Toma?
– Kurwa, synu, dokąd zmierzasz? – Gerald był zirytowany. – Szukasz problemu tam, gdzie go nie ma. Zachowujesz się równie nieprzewidywanie jak Cynthia!
– Zabili go. Niech za to zapłaci. Tak jakby inni odpowiedzialni za śmierć Chase’a już nie żyli.
– Jezu Chryste, nikt nie wie na pewno, że Chase nie żyje! Nie wiem, o co ci chodzi, ale to… co insynuujesz, to jakieś szaleństwo!
– Czyżby? – zapytał Rand, skręcało go w żołądku, prawda cięła go jak maczeta. – A co powiesz na to, tato? A może Chase i jego ojciec tak się ścieli, że Tom uznał, że nie zniesie syna, który uchyla się przed wojskiem, nie zniesie złotego chłopaka, który splamił honor? – Rand obserwował ojca. Gerald był spięty, jego tik dobrze widoczny, usta zaciśnięte, szczęka wysunięta, zapomniany papieros spalał się pomiędzy palcami.
Gdzieś w pobliżu zakrakała wrona i głośno zatrzepotała skrzydłami. Rand nie spuszczał wzroku z ojca.
– Sądzisz, że Tom i ja… zabiliśmy Chase’a? To próbujesz mi powiedzieć? – Zaczerwienił się na twarzy.
– Dlaczego po prostu nie powiesz mi, co wydarzyło się tamtej nocy? Tu i teraz! – Rand z wściekłością tupnął nogą. Ile razy ojciec rzucał aluzje, że Rand może wiedzieć więcej na temat tego, co stało się z Chase’em, skoro było dokładnie na odwrót? – Co, do cholery, stało się z Chase’em?
Gerald nie odpowiedział.
– Tato? Nadeszła pora. Co, do chuja, się stało?
– Nic nie wiem, kurwa! – wybuchnął Gerald, po czym zaciągnął się papierosem, aż z końcówki oderwał się kawałek popiołu. – To było tak cholernie dawno temu.
A wydaje się, jakby to było wczoraj.
– Nie było cię tam, gdzie twierdziłeś, że byłeś. Mama o tym wie. Tamtej nocy byłeś na łodzi, nie w domu. Co tam, kurwa, robiłeś?
W końcu rzucił papierosa na ziemię, gdzie zaraz zgasił go deszcz. Zamknął oczy i powoli wypuścił powietrze przez nos i usta.
– Będę potrzebował prawnika.
– Jestem twoim synem. Przyjacielem Chase’a. Powiedz mi.
– Teraz jesteś policjantem, chłopcze. Tak jak ja kiedyś. Dobrym gliną. Wiem, jak to się odbywa. Jeśli chcesz to zrobić, to mnie poucz i pozwól mi zatrudnić jebanego prawnika. – Przewiercał syna rozczarowanym, oskarżycielskim spojrzeniem, po czym dodał: – Wyjaśnię tylko, że nie zabiłem Chase’a. Oczywiście, że nie. Co też ci, kurwa, przyszło do głowy? Skończyliśmy! – Ruszył z powrotem do budynku.
Rand złapał go za łokieć i odwrócił przodem do siebie.
– Nie, tato, nie skończyliśmy! Jeszcze daleko do końca!
Gerald się spiął. Zacisnął pięść. Odwiódł rękę do tyłu. Mocno się zamachnął.
Rand zrobił unik i złapał ojca za nadgarstek. Z całej siły wykręcił mu rękę do tyłu.
– Kurwa! – Gerald zamachnął się drugą ręką, ale Rand zwiększył nacisk na nadgarstek ojca, który w rezultacie padł na kolana. – Jezu! Szlag! Co ty sobie wyobrażasz? – wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby.
– Poznaję prawdę.
– Złożę na ciebie skargę!
Rand mocniej szarpnął ręką ojca. Nie przejmował się konsekwencjami i w głębi duszy odczuwał satysfakcję, widząc tatę wijącego się na kolanach w przemoczonych spodniach. Ile razy to Gerald Watkins wyciągał na niego pasa, gdy był dzieckiem? Jeszcze raz szarpnął ręką, naciągając ścięgna go granic możliwości.
Gerald zawył.
– Mów, kurwa, co się stało tamtej nocy! – zażądał Rand.
– Już powiedziałem.
Kolejne szarpnięcie, tym razem wydawało mu się, że usłyszał jakiś trzask w ramieniu ojca.
– Przestań! Cholera! – rozkazał Gerald.
– Powiedz, tu i teraz, co się, kurwa, stało z Chase’em? – nalegał. – Wiesz, ale ukrywasz to od dwudziestu lat.
Twarz ojca zrobiła się biała, ból wykrzywił jego rysy w okolicach ust.
– I cały czas rzucałeś aluzje, że to ja wiem, co się wydarzyło – zarzucił mu Rand. – A cały czas chodziło o ciebie!
Ojciec spojrzał na niego i zamknął oczy, zdawało mu się, że na całą wieczność. Walczył z instynktem podpowiadającym mu zachowanie tajemnicy oraz faktem, że syn dosłownie chciał wydrzeć z niego prawdę.
– Co się, kurwa, stało? – naciskał Rand.
Nic.
– Dwadzieścia lat to cholernie dużo czasu. Tajemnica zmienia się w ciężar. Zrzuć go z siebie, tato. Powiedz mi albo przysięgam, że zawlokę cię na komisariat, gdzie na ścianie wciąż wisi twój portret.
Coś w Geraldzie Watkinsie pękło.
Rand to wyczuł, napięcie opuściło jego ciało, nawet jego twarz się odprężyła.
Ze środka budynku dobiegały głosy, rozległ się niski, głośny śmiech.
– Zgoda – powiedział ojciec, głęboko oddychając. – Ale nie tutaj. – Spojrzał błagalnie na Randa. – Tutaj… Tu spędzam czas. Są tu moi przyjaciele.
– To jedziemy do domu. Ty ze mną.
– Mam tu samochód.
– Odwiozę cię.
Ojciec skinął głową, Rand go puścił. Gerald wstał i rozcierał obolałe miejsce.
– Prawie wyrwałeś mi rękę z barku.
– Nic ci nie będzie. Rozruszasz ją.
Ojciec spojrzał na niego ze złością, przypominając sobie słowa, które zawsze powtarzał synowi, gdy Rand skarżył się, że coś go boli.
– Chodźmy. Przyjechałem Jeepem. – Rand ruszył na parking.
– Chcę jechać sam – upierał się starszy z Watkinsów. – Myślisz, że ucieknę? Co niby mam zrobić? Pieprzę to. – W kieszeni znalazł zgniecioną paczkę Marlboro. – Będę jechał za tobą.
– Tylko niczego nie próbuj – ostrzegł Rand.
– Przecież mówię, że pojadę za tobą! – rzucił wzburzony Gerald.
Rand postanowił mu zaufać. Na razie. Wsadził ręce do kieszeni, pobiegł przez deszcz do swojego wozu i wsiadł za kierownicę. Gdy przekręcił kluczyk, wiedział, że przechodzi przez drzwi, których już nigdy nie da się zamknąć.
Niech tak będzie.
Wrzucił pierwszy bieg. Wyjechał z parkingu i zobaczył rozmazaną twarz ojca za mokrą szybą.
Zastanawiał się, czy kiedykolwiek naprawdę znał człowieka, który go spłodził.
Nie.
Absolutnie nie.
Ale niedługo go pozna.
Tytuł oryginału:
IT HAPPENED ON THE LAKE
Copyright © 2026 by Lisa Jackson, LLC
First published by Kensington Publishing Corp. All rights reserved
Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o. o.
Polish translation copyright © 2026 Agnieszka Kalus
Tłumaczenie
Agnieszka Kalus
Redakcja
Magdalena Chrobok
Korekta
Janusz Sigismund
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
Skład i łamanie wersji do druku
Marcin Labus
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384304129
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Rozdział 45
Rozdział 46
Strona redakcyjna
Spis treści
