Wydarzyło się nad jeziorem - Lisa Jackson - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Wydarzyło się nad jeziorem ebook i audiobook

Lisa Jackson

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

62 osoby interesują się tą książką

Opis

Najnowsza powieść bestsellerowej Lisy Jackson.

Ogromny wiktoriański dom nad jeziorem Twilight należy do Harper Reed Prescott, podobnie jak prywatna wyspa, na której stoi. Harper nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Dwadzieścia lat temu babcia Harper zmarła w podejrzanych okolicznościach, będąc pod jej opieką, tej samej nocy, w której zniknął jej chłopak. Jego ciała nigdy nie odnaleziono i nie postawiono żadnych zarzutów.

Plotki jednak nie ucichły. Doszło do kolejnych zgonów i wypadków. Wszystkie krążą wokół Harper i jej rodziny…

Mroczny thriller, pełen zagadek i nieoczekiwanych zwrotów akcji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 469

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 54 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agata Jarosz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



31 października 1960, Halloween

Prolog

Harper wiedziała lepiej.

Oczywiście, że tak.

Chociaż miała dopiero dziewięć lat.

Nie powinna wychodzić z domu i obiecała tacie, że tego nie zrobi.

Ale w łóżku pod kołdrą trzymała skrzyżowane palce. Więc tak naprawdę nie kłamała. Była chora, miała gorączkę i kaszel. Tata dał jej trzy duże łyżki syropu z kodeiną, więc czuła senność.

Nie mogła zasnąć!

Nie chciała zasnąć.

Było Halloween.

– Będę na dole, skarbie – powiedział tata, pochylając się nad łóżkiem i całując ją w skroń. – Jak ktoś przyjdzie, będę rozdawał cukierki.

– Nikt nigdy nie przychodzi.

– To pooglądam Danny’ego Thomasa, dobrze? Dziś ma wystąpić Zsa Zsa Gabor.

– Kto to? – zapytała Harper, udając, że ziewa.

– Prawdopodobnie najpiękniejsza kobieta na świecie. – Uśmiechnął się.

– A nie mama?

Jakiś cień przysłonił jego oczy, krzywo się uśmiechnął.

– Oczywiście, że tak. A teraz już śpij, Harper. Zmykam. Zawołaj, jak będziesz mnie potrzebowała. Będę na dole.

Ale skłamał.

Widziała, jak Bandzior, jej pies leżący w nogach łóżka, unosi kudłaty łeb i strzyże uszami, gdy zaskrzypiały drzwi wejściowe do domu. Choć była zaspana, usłyszała silnik należącego do taty Astona Martina. Zobaczyła błysk świateł samochodu, gdy odjeżdżał.

Skłamał?

Okłamał ją?

Rozumiała, że czasem okłamywał mamę, ale jej nigdy nie oszukał.

Zastanawiała się, jak długo go nie będzie. Ale nie przejmowała się tym, chociaż okropnie się czuła, wirus grypy od jakiegoś czasu krążył po szkole, przez co rodzice zabronili jej wyjść z przyjaciółmi. Dziś wieczorem. W Halloween.

To niesprawiedliwe.

Wszyscy, włącznie z tym dupkiem, jej bratem, poszli zbierać cukierki. Chociaż był poniedziałek, rodzice Leviego Hunta pozwolili mu urządzić imprezę!

Jedynym pocieszeniem było to, że jej przyjaciółka obiecała, że podzieli się z nią cukierkami.

– Będę brała po dwa każdego rodzaju – obiecała Beth. – Nawet od Starego Sieversa!

To też było kłamstwo. Stary Sievers był sąsiadem Beth, upiornym staruchem, który z nikim się nie zadawał i mieszkał w domu otoczonym wysokim płotem i strzeżonym przez wielkiego psa, który wyglądał jak wilk.

Beth nie podeszłaby nawet do jego drzwi.

Nikt by nie podszedł.

Ale to nie miało znaczenia.

Plan był taki, że Harper miała poczekać do momentu, aż ujrzy Beth płynącą po jeziorze w należącym do jej mamy kajaku, a potem zejść do niej na brzeg. Tam miało dojść do wymiany słodyczy. Beth miała przywieźć zebrane łakocie, a Harper dać jej część słodkości kupionych przez babcię, chociaż do rezydencji nigdy nie przychodziły żadne przebrane dzieci.

Nigdy.

Mimo to babcia kupowała kilkadziesiąt dużych batonów, takich jak Butterfingers, Big Hunks czy Baby Ruths, które wkładała do dużej miski stojącej przy drzwiach.

Harper wiedziała, gdzie szukać przyjaciółki.

Chociaż będzie musiała okłamać bliskich.

A zatem złamała zasady.

Wymknęła się z domu, zostawiając Bandziora w pokoju.

Bułka z masłem.

To nie był pierwszy raz.

Nie przejmowała się kurtką, po prostu po cichu zeszła na dół, wyszła tylnymi drzwiami i okrążyła dom. Następnie, tylko raz obejrzawszy się za siebie, przebiegła przez gęstą mgłę do otwartej bramy, gdzie na wysokich słupach stały gargulce. Ledwie je zauważając, Harper przebiegła przez wąski, wilgotny most prowadzący na prywatną wysepkę, gdzie stał duży dom.

Kaszląc, otworzyła drzwi garażu, weszła do środka i wbiegała po schodach, które prowadziły na strych, gdzie czasem zatrzymywał się ogrodnik. Na półpiętrze przeszła przez małe drzwi, wejście dla służby, i znalazła się na piętrze głównego budynku. Było ciemno, wąską, krętą klatkę schodową oświetlała tylko lampa z parteru.

Znała drogę.

Wcześniej znalazła i włożyła do kieszeni zapasowy klucz do pokoju w wieży, należącego do jej dziadka. Uzbrojona w latarkę ze słabą żarówką minęła drugie piętro, gdzie czasami pomieszkiwała mama i wspięła się po wąskich stopniach do wieży.

Na najwyższym stopniu coś miękkiego musnęło jej nogę.

– Prrrh! – prychnął jeden z kotów babci.

Harper podskoczyła, noga ześlizgnęła się jej ze stopnia.

Złapała się za poręcz, ale upuściła latarkę, która sturlała się po schodach, oświetlając przy tym sufit, ściany i stopnie. Wielkooki kot, żałosny Diablo, przylgnął do podłogi. Następnie z poirytowanym sykiem błysnął zębami ostrymi jak igiełki, po czym uciekł na dół, ciągnąc za sobą długi, szary ogon.

Harper zamarła. Bała się, że ktoś mógł usłyszeć harmider.

Ale jedynym odgłosem było dudnienie jej serca, które łomotało w jej piersi, oraz syk powietrza w rurach doprowadzających ciepło.

Zamrugała kilka razy, wytężyła słuch, ignorując fakt, że zrobiło jej się gorąco.

Ale z kwater służby nie dochodził żaden dźwięk. Wszyscy mieli wolne. Harper wiedziała, że babcia zawiozła kosze ze słodyczami do Szpitala i Sierocińca Świętej Katarzyny, więc jeszcze przez jakiś czas nie wróci do domu. Dziadzio był w klubie dla dżentelmenów w Portland.

Cichutko zeszła po schodach na drugie piętro, podniosła latarkę leżącą przy drzwiach pokoju zajmowanego przez mamę. Jej „sanktuarium”, gdy pokłóciła się z tatą. Drzwi były uchylone, więc zajrzała do środka, ujrzała Biblię leżącą na stoliku nocnym oraz krucyfiks z krwawiącym Jezusem na krzyżu wiszący nad łóżkiem, gdzie siedziało kilka dziwnych lalek należących do babci. Na poduszce leżał gruby, srebrnowłosy, pręgowany kot, który leniwie podniósł głowę.

Harper zostawiła go w spokoju i znowu weszła na górę. Bardzo źle się z tym czuła, ale użyła podprowadzonego klucza i weszła do pokoju śmierdzącego tytoniem i wodą kolońską English Leather. Nie zapalała światła, po prostu podeszła do teleskopu stojącego przy oknach z widokiem na jezioro.

Chociaż w tym pomieszczeniu okna znajdowały się na wszystkich ścianach wieży, włącznie z małą łazienką, skórzane krzesło dziadka stało w pobliżu okna wychodzącego na południe, gdzie rozciągał się widok na całe jezioro Twilight, tego wieczoru oświetlone przez księżyc niemal w pełni i zasnute mgłą.

Siedząc na skraju krzesła, Harper zignorowała silny ból głowy i ustawiła wizjer tak, by móc przez niego patrzeć. Teleskop był już nakierowany na dom Beth znajdujący się po drugiej stronie jeziora. Ale jej tam nie widziała. Zamiast niej, przez podnoszącą się mgłę ujrzała panią Leonetti w sypialni. Alaina zdjęła bluzkę i stanik, a następnie pozbyła się spodni. Kiedyś była modelką, jak dowiedziała się od Beth, oraz dziewczyną z rozkładówki „Playboya”. Z rozkładówki! Jakby to było coś wielkiego. Mama Harper podsłuchała tę rozmowę i wydęła usta, czytając magazyn „True Confessions”. Uniosła brwi i z oburzeniem wymamrotała coś o sztucznych cyckach i „plastiku”, po czym przewróciła stronę.

Harper nic o tym nie wiedziała i nie była zainteresowana gołymi piersiami Alainy, ale sądziła, że dostrzeże gdzieś Beth.

Bez powodzenia.

Ani śladu przyjaciółki.

Wobec tego skupiła uwagę na sąsiednim domu, gdzie odbywała się impreza Leviego Hunta. Ale nie zauważyła żadnych dzieciaków na nabrzeżu, gdzie świeciły się dyniowe lampiony, których straszne odbicia ledwie dostrzegała na ciemnej wodzie. Najwyraźniej zabawa się skończyła, a dzieciaki w przebraniach już rozeszły się po okolicy.

Harper sądziła, że może uda jej się zobaczyć tego dupka, swojego brata, w domu Huntów. Evan przyjaźnił się z Chase’em Huntem, starszym bratem Leviego. Evan, Chase i Rand Watkins, jeszcze jeden sąsiad, zawsze trzymali się razem. „Znają się jak łyse konie”, powiedziała mama. W zasadzie Harper miała w nosie to, co robił jej brat.

Gdzie była Beth?

Czy wciąż jeszcze z przyjaciółkami?

Beth wspomniała, że będzie musiała zabrać braci na zbieranie cukierków w sąsiedztwie, trzyletnich braci, którzy według Harper byli słodcy i strasznie wkurzali Beth. Ale zrobiło się późno. Czy Bobby i Billy nie powinni już spać?

A więc…

Wstała z krzesła i sięgnęła po lornetkę dziadka. Nie była tak mocna jak teleskop, ale dziewczynka mogła rozejrzeć się po tafli wody, stojąc na niskim parapecie okna.

Popatrzyła na jezioro, ale we mgle nie dostrzegła łódki. Ani śladu przyjaciółki.

Poczuła się tak samotna, jak jeszcze nigdy w życiu.

Trochę kręciło jej się w głowie, czuła się słabo, drżały jej nogi i ściskało ją w piersi.

Dziwne.

Powinna wracać do łóżka.

Zanim wróci tata i sprawdzi, co u niej.

Poza tym wiedziała, że Beth się nie zjawi.

To był głupi pomysł.

Zeszła na dół, w świetle latarki widziała oczy kilku kotów babci, które patrzyły na nią, nie mrugając.

– Wychodzę – powiedziała im przez obolałe gardło.

Ale…

Na parterze w salonie był jeszcze jeden teleskop, koło niego siedziała jedna z lalek babci. Miała ich z milion, a Harper nie mogła ich dotykać bez jej zgody. Jakby mogła skrzywdzić te okropne pokraki. Większość była stara, ubrana w sukienki z innej epoki. Gdy dziewczynka weszła do salonu, podniosła lalkę z twardą głową i oczami, które wywróciły się do góry. Kiedy nacisnęło się na jej brzuch, wydawała żałosny odgłos „Ma–ma”.

– Czyż nie jest piękna? – pytała przepełniona dumą babcia. – Ma na imię Maude.

Prawda była taka, że Harper nie za bardzo lubiła lalki. Mama nazywała ją chłopczycą, bo wolała hasać na dworze, wspinać się na drzewa, pływać lub bawić się w wojnę z Evanem i biegać po szlakach, które przecinały tę wyspę. Najbardziej chciała mieć konia, na którym mogłaby bezustannie jeździć. Jak na razie mama i tata nie chcieli się na niego zgodzić, chociaż Evanowi obiecali motocykl, kiedy skończy szesnaście at.

To niesprawiedliwe.

Znowu.

Ze złością rzuciła Maude na fotel i usłyszała „ma–ma”.

Nie tracąc nadziei na pojawienie się przyjaciółki, Harper wyszła na paluszkach do holu z marmurową podłogą, ogromnym żyrandolem i schodami, które znajdowały się po obu jego stronach.

Podeszła do stojącego na środku stołu z wielką misą w kształcie dyni i zwędziła kilka batoników, a następnie wróciła do salonu, gdzie w ulubionym fotelu babci siedział trójkolorowy kot. Wstał, przeciągnął się, jakby miał nadzieję, że Harper poświęci mu swoją uwagę.

Nie dzisiaj.

Nie czuła się na siłach.

Wyjrzała tylko przez okno wychodzące na taras, który ciągnął się aż do czarnych wód jeziora. Ale niezbyt dobrze widziała, bo od szyby odbijała się jej rozdygotana sylwetka. Stanęła bez ruchu i już miała popatrzeć przez teleskop, kiedy dostrzegła jakiś ruch koło hangaru na łodzie na nabrzeżu.

Beth!

Zjawiła się!

Ale nie.

To nie Beth.

Przyjrzawszy się dokładniej, uświadomiła sobie, że ten widok nie przedstawiał jej przyjaciółki.

Z mgły wyszła jakaś kobieta.

Jak duch.

Ubrana na biało.

Mgła spowijała ją niczym niespokojne światło księżyca.

Harper zamrugała, próbując skupić spojrzenie, ale świat się kołysał.

Zjawa jednak pozostała.

Miała długie, ciemne włosy kręcące się na plecach.

– Mama? – wyszeptała, mrugając, ciemność zakradała się do jej świadomości.

Kobieta duch wyglądała jak jej matka. Z trudem przypomniała sobie, że nie było jej w domu.

Dlaczego mama miałaby stać na nabrzeżu i gapić się na ciemne wody jeziora? Jeziora, które było nazywane Jeziorem Zmarłych przez plemię, które niegdyś zamieszkiwało jego brzegi. A przynajmniej tak mówiła jej babcia. Dopiero później, gdy zamieszkali tu biali ludzie, tacy jak jej przodkowie, zmieniono nazwę jeziora na Twilight.

– Bardziej pokrzepiająco, prawda? – powiedziała babcia, chrapliwie się śmiejąc, przekazawszy jej, jak to nazywała, zabawną ciekawostkę. – Ale, jeśli o mnie chodzi, to uważam, że Jezioro Zmarłych brzmi bardziej intrygująco.

Chociaż straszniej.

I bardziej pasuje do takiego wieczoru.

Do przedednia dnia zmarłych. Tej nocy, według Evana, wszystkie złe duchy wracają na ziemię pod postacią diabłów, duchów, demonów i zombie. Tej nocy okropne, złe stwory przychodzą kraść dzieci, którymi potem się żywią.

Tak naprawdę mu nie wierzyła.

Evan był wielkim, tłustym kłamcą.

Ale…

Mrużąc oczy, dojrzała, że kobieta wciąż stoi na skraju nabrzeża i kołysze się, patrząc w głębię.

Harper wypadła na taras, jeden z kotów wymknął się przez otwarte drzwi i pognał w stronę tramwaju stojącego obok domu. Mechaniczna bestia przemieszczała się po stromym zboczu między domem a brzegiem, gdy nie chciało się chodzić po schodach.

Dziewczyna dotarła do barierki, gdzie usłyszała cichy furkot skrzydeł nietoperzy nad łagodnym zakolem jeziora. Chociaż mieszało jej się w głowie, skupiła się na widmowej postaci.

Coś tu nie grało.

I to bardzo.

Działo się coś złego.

Poczuła dreszcze na rozgrzanej skórze, gdy przypomniała sobie, co wiedziała o piekle i demonach, które tam mieszkały, a także o czarnym, upadłym aniele – samym Lucyferze.

Zadrżała, chociaż w środku płonęła.

Mamy nie powinno tu być…

Przechyliła się ponad barierką, świat wirował, gdy ściskała kute żelazo.

Kobieta w dole stała na brzegu.

– Mamo – wyszeptała Harper i poczuła, że załamują się pod nią kolana. Rozluźniła palce. Próbując chwycić barierkę, wypuściła z ręki batoniki, o których już zapomniała. Zauważyła jakiś ruch – cień mknący przez mgłę, wskakujący na nabrzeże, tam, gdzie stała mama!

Jeden z demonów!

Puszczony wolno w halloweenową noc!

Chciała krzyczeć, ale wychrypiała tylko ciche ostrzeżenie, które stłumiła noc.

Świat zawirował.

Przez chwilę widziała księżyc wyglądający spomiędzy jodłowych gałęzi, gdy padała na mokrą ziemię, rozrzucając wokół siebie batoniki.

Mimo słabości coś usłyszała.

Szloch i szept niesiony z wiatrem.

Urywany płacz i ból.

A potem plusk.

Październik 1988 roku

Teraz

Rozdział 1

Przeszłość nie wybacza.

Głos nie chciał umilknąć. Harper zacisnęła usta i skupiła się na jeździe po wąskiej, krętej drodze, światła jej samochodu oświetlały mokry asfalt.

Nie chcą cię.

Zredukowała bieg. Autem lekko zarzuciło, gdy zbyt szybko wzięła zakręt. Wjechała w kałużę i rozpryskała wodę.

Nie powinno cię tu być.

– Przestań! – rzuciła ze złością, myśląc o zwątpieniu, które ją ogarnęło, gdy przed nią pojawiła się posiadłość. – Już dość!

To błąd!

Zignorowała głos w swojej głowie, który dręczył ją, odkąd wsiadła do Volvo w Północnej Kalifornii przed dziesięcioma godzinami. Piekły ją oczy, miała ochotę wejść pod prysznic, nie potrzebowała dodatkowo wyrzutów sumienia.

Nie jakiś tam zwykły błąd, to błąd epicki!

– Och, daj spokój. Wracam, do cholery, tu i teraz.

Czasem jej napędzane poczuciem winy myśli okropnie ją dręczyły. Tak jak teraz. W ten ciemny, ponury oregoński wieczór.

Wcisnęła pedał gazu i Volvo wyrwało do przodu, wpadło w jakąś dziurę i mocno się zakołysało. Mocniej zacisnęła palce na kierownicy.

Będziesz tego żałować.

– Nie zostanę tu długo – powiedziała na głos. – Niedługo wyjadę. Cieszysz się?

Oczywiście, że nie.

– Weź się w garść – poradziła sobie, ale ostatnio to było niemal niemożliwe, wziąwszy pod uwagę niedawno sfinalizowany rozwód i rozłąkę z córką. Do tego zawał ojca. Słyszała, że Bruce Reed przeżył, ale sama musiała się o tym przekonać. Jak tylko rozgości się w domku, pojedzie do Szpitala Świętej Katarzyny. Co prawda ostatnio nie była blisko z ojcem, ale to oczywiste, że chciała, żeby wyzdrowiał.

I doprawdy, czy był ktoś, z kim była blisko w tym momencie swojego życia?

Nie.

Nie miała nikogo.

Zacisnęła szczęki, gdy światła samochodu oświetliły podziurawiony kulami stary znak ostrzegający przed dzikimi zwierzętami.

Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają.

A niektóre zmieniają się zawsze, przypomniał jej mózg.

– Zamknij się! – Podgłośniła radio grające „I Still Haven’t Found What I’m Looking For” grupy U2. – Ja też nie znalazłam, Bono, ja też.

Z transporterka na siedzeniu obok niej rozległo się poirytowane miauczenie Jinxa.

– Już prawie dojechaliśmy – powiedziała kotu, szukając wjazdu na podjazd, który był ukryty za nieprzycinanym wawrzynem i przerośniętymi rododendronami. – Już dobrze – zapewniła go, a potem dodała. – Ze mną też dobrze.

Zwolniła. Jestem w domu, pomyślała, a w jej duszę wlała się pustka.

Ile duchów z przeszłości pozostawało na tej odludnej wyspie, tym poszarpanym skalistym lądzie wystającym z nieprzebytych głębin jeziora Twilight?

Ścisnęło ją w żołądku, kiedy zauważyła domek dozorcy na skraju parkingu, miejsce, które niegdyś nazywała domem.

Tutaj pomieszkiwała, gdy była nastolatką, więc kojarzyło jej się ze wzlotami i upadkami.

Zatrzymała samochód w pobliżu domku, przed dużą bramą prowadzącą do posiadłości. Za kutymi, żelaznymi prętami widziała most ponad wąskim przesmykiem jeziora, łączący stały ląd z wyspą. Teraz to jej wyspa. Miała trzydzieści siedem lat, magiczny wiek, w którym, według jej babci, będzie wystarczająco odpowiedzialna, by dostać spadek. Trzydzieści siedem. Czy to połowa życia?

Wszystko wskazuje na to, że tak.

– Och, zamknij się!

Jeśli chodzi o kryzysy, to już dostała to, co jej się należało.

Zgasiła silnik i wyszła z auta. Założyła kaptur kurtki i stanęła przy bramie, światła Volvo sprawiały, że jej cień padał na pręty ogromnych wrót z kutego żelaza, za którymi w ciemności niknął wąski most.

Sama wyspa była niewyraźna, duży, nieokreślony kształt z wysokimi jodłami, które rosły na urwisku i otaczały posiadłość. Wszystkie lampy były wyłączone, w środku nie paliły się żadne światła, nic nie oświetlało zdobionych ścian ani wysokiej wieży, która wzbijała się w niebo.

– Witamy w domu – powiedziała.

Jako dziecko sądziła, że ten dom wygląda jak wyjęty żywcem z Rodziny Addamsów.

Nie myliła się.

Ale to był dom babci, dawno, dawno temu architektoniczne arcydzieło, które zmieniło się w dom z horroru.

Harper zadrżała i szczelniej owinęła się kurtką.

Nie możesz tu wrócić.

Cóż, właśnie wróciła.

I to jak.

Przynajmniej na jakiś czas.

Pogardliwie spojrzała na kamienne kolumny, które stanowiły nie tylko element bramy, lecz także służyły jako postumenty dla gargulców, które babcia tak uwielbiała.

– Wiem, że są kiczowate i może trochę makabryczne – przyznała w pewien letni poranek. Stały tuż za bramą, za nimi znajdował się most, i patrzyły na wyrzeźbione bestie.

Harper była wówczas nastolatką i miała wrażenie, że te potworne, skrzydlate stwory wyszły z piekła, o którym mówiła siostra Evangeline podczas lekcji katechizmu. Usta gargulców układały się w szydercze uśmiechy, miały długie szpony oraz wężowate ogony wijące się wokół ich muskularnych ciał.

Nie były identyczne. Jeden został obdarzony gadzimi oczami i miał łuski jak smok. Skóra drugiego była napięta i gładka, widać było jego mięśnie. Z głowy wystawały mu rogi. Miał wyłupiaste oczy i płaski nos, dłonie jak człowiek, ale zwieńczone ostrymi pazurami. Końcówka ogona zakończona była grotem jak strzała. Diabelska bestia.

Według Harper każda z rzeźb wyglądała jak uosobienie czystego zła.

– Chcesz odstraszać ludzi? – zapytała, z lekkim przestrachem przyglądając się kamiennym stworom i podchodząc bliżej babci.

– Nie. W sumie nie. – Babcia wyjęła sekator z kieszeni spódnicy i ucięła pęd bluszczu, który śmiał się owinąć wokół żelaznego pręta. – Po prostu chcę, żeby ludzie się zastanowili, zanim użyją dzwonka. Mogą mnie uważać za ekscentryczną. Czyż to nie rozkoszne? – Uniosła okulary przeciwsłoneczne, te, o których mówiła, że wyglądają jak ze Śniadania u Tiffany’ego, i oparła je na idealnie uczesanych włosach.

Jej niebieskie oczy zalśniły, gdy puściła do Harper oko.

– To tylko wygłupy. Ale tak, cenię prywatność. Dziadek ich nie lubił. – Wskazała brodą jedną z kamiennych rzeźb. – Nazywał je „Brzydkim i Brzydszym”. Wydawało mu się, że jest zabawny. – Westchnęła i na chwilę ogarnęła ją nostalgia, ściągnęła brwi. – Chyba wolałby coś bardziej tradycyjnego. W królewskim stylu.

– Na przykład?

– Och, nie wiem… może lwy. – Opędziła się od komara, po czym odcięła kolejny niepotrzebny pęd bluszczu. Znowu opuściła okulary na grzbiet nosa. – Jeśli się dobrze zastanowić, wspominał lwy i orły. Tak, dokładnie tak. Był zbyt wielkim tradycjonalistą. – Energicznie pokręciła głową i dodała. – Nic z tego. Wybijałam mu z głowy te pomysły z zawrotną prędkością. Mój dom, mój wybór, moje gargulce. – Spojrzała na rzeźbione stwory i się uśmiechnęła. – Wiesz, one mnie chronią. Wszystkich nas pilnują.

– A mamę? – zapytała Harper, czując na głowie żar bijący od słońca i zimno ogarniające jej serce. – Jej nie uchroniły.

Przez twarz babci przemknął cień. Mina jej zrzedła.

– To prawda. – Odchrząknęła i pogrzebała w kieszeni, tym razem wyjęła z niej paczkę papierosów. Zapaliła jednego srebrną zapalniczką. Wypuściła dym w błękitne niebo i powiedziała: – Twoja mama też ich za bardzo nie lubiła. – Jej głos złagodniał, gdy objęła ją ręką za szczupłą talię, trzymając papierosa w drugiej i spojrzała na pokrytego łuskami gargulca, tego, którego dziadek nazywał Brzydkim.

– Kiedy była mała, mniej więcej w twoim wieku, może rok czy dwa młodsza, chciała zastąpić je końmi wyścigowymi lub jednorożcami. – Znowu się zaciągnęła. – Wyobrażasz sobie? Jednorożcami! – Powiedziała to w taki sposób, jakby to był żart, ale w jej głosie dało się wyczuć smutek, który pojawiał się zawsze, gdy mówiła o mamie. Harper też go czuła. Ten smutek był jak cień, zawsze blisko, zawsze gotowy urosnąć, gdy myślało się za długo.

– Cóż, Anna już taka była. Zawsze marzycielka. – Babcia szybko się zaciągnęła, po czym rzuciła papierosa na chodnik i zgasiła go stopą obutą w sandał.

Harper zerknęła na Brzydkiego ze skórą pokrytą łuskami i złożonymi skrzydłami. Skoro zadaniem gargulców było pilnowanie rodziny, to zawiodły na całej linii. W przeciwnym razie mama by żyła.

Evan oczywiście też zniknął lata temu. Ale tego nie uznawała za tragedię. Absolutnie nie. Tej okropnej nocy nie było czasu na melancholię.

Światła Volvo oświetliły wybrukowaną nierównymi kamieniami drogę do domku dozorcy. Deszcz wciąż padał i skapywał z krokwi, gdy skuliła się na ganku i szukała właściwego klucza w pęku należącym do babci.

Wchodząc do środka, próbowała włączyć światło.

Bezskutecznie.

Dom był pogrążony w ciemności, zimny i śmierdział stęchlizną.

– Fatalnie – powiedziała sobie i wróciła do samochodu, gdzie przeszukała schowek. Jinx przez cały czas dawał jej do zrozumienia, że jest bardzo nieszczęśliwy. – Wiem, wiem, już niedługo – uspokoiła go. Znalazła latarkę i wróciła do domku.

Gdy znowu znalazła się w środku, omiotła wnętrze słabym światłem i ujrzała zawilgocone i zabałaganione wnętrze. Wypaczone schody, odklejoną tapetę, nasiąknięte dywany i wybrzuszone klepki na podłodze. Ceglana podłoga przy drzwiach wejściowych wciąż była nietknięta, ale wszystko w środku wyglądało na zniszczone.

– Do dupy.

Nie mogła się tu zatrzymać.

Na pewno nie przed remontem, który zajmie kilka tygodni, a raczej miesięcy. Dlaczego prawnicy odpowiedzialni za nieruchomość nie zatroszczyli się o naprawy? Dlaczego pozwolili, żeby dom popadł w taką ruinę?

Ostrożnie weszła do salonu, czując pod stopami gąbczastą podłogę, ale zaraz zawróciła do korytarza.

Dziś wieczorem nic tu nie zdziała.

Zatem plan B.

Miała nadzieję, że nie będzie musiała go realizować.

– Odwagi – powiedziała sobie. Na miłość boską, przecież nie była już tą zdesperowaną, wielkooką dziewczyną, która stąd uciekła kilkanaście lat wcześniej. Była teraz dorosłą kobietą. Matką i żoną – cóż, nie, byłą żoną, przypomniała sobie.

Kaptur kurtki spadł jej z głowy i listopadowy deszcz kapał jej za kołnierz, gdy omijając kałuże, wróciła pod bramę.

Która ani drgnęła.

Klawiatura domofonu uległa zniszczeniu, a zawiasy zardzewiały.

– Super. – Ponownie ją pchnęła, zapierając się, ignorując ból nogi i napierając ramionami. Brama była ciężka i zamknięta od pierdyliarda lat. Z trudem, używając do tego całej swojej siły, udało jej się ją otworzyć. Stare zawiasy skrzypiały, ale uchyliła ją na tyle, by móc wjechać samochodem.

No i git.

– Wjeżdżamy – powiedziała do kota, siadając za kierownicą i wrzucając pierwszy bieg. – Chociaż tak naprawdę tego nie chcemy.

Następnie sprawdziła mostek, przeszła po nim i stwierdziła, że jest solidny.

Pomodliła się i powoli wjechała na wyspę przy dźwięku wycieraczek zgarniających deszcz z przedniej szyby.

Udało jej się.

Stare filary wytrzymały.

Jak na razie.

Zaparkowała przed garażem i zerknęła na posiadłość, duży, trzypiętrowy dom z wysoką wieżą.

– Nie ma jak w domu – powiedziała z sarkazmem. – Spodoba ci się. – Zerknęła na miejsce pasażera, gdzie stał transporter przypięty pasem. Dwoje złocistych oczu podejrzliwie patrzyło na nią przez siatkę. – Uwierz mi, będzie bosko.

Albo piekielnie. Tak, raczej piekielnie. Ale nie wypowie tej myśli na głos.

– Poczekaj chwilę – poinstruowała go, po czym zorientowała się, że rozmawia z kotem.

Kotem!

I to nawet nie swoim!

Odziedziczyła Jinxa, kiedy jej córka wyjechała do college’u.

– Wspaniale – wymamrotała pod nosem. Utknęła tu z cholernym kotem.

Niech będzie. To było jej życie, a przywiezienie kota wydawało się słusznym rozwiązaniem. Koty zawsze przynależały do tego miejsca. Babcia przygarniała każdego bezpańskiego kota, który przyplątał się na wyspę.

– To duży dom, więc czemu nie? – mawiała Olivia Dixon, „adoptując” ciężarną, trójkolorową kotkę, gdy Harper miała dwanaście lat.

Sięgnęła do kieszeni po klucze, znalazła ten pasujący do frontowych drzwi i przekręciła go w zamku. Zapadka z kliknięciem ustąpiła i drzwi otworzyły się, skrzypiąc.

Wszystko w domu było takie, jak pamiętała.

Tylko popadało w ruinę.

Podwójna klatka schodowa ciągnąca się po obu stronach foyer na piętro znajdujące się trzy metry wyżej. Ale balustrada była matowa, poręcz już nie lśniła. Kilka marmurowych kafli na podłodze popękało. Tapeta, która intrygowała ją, gdy była dzieckiem, bo przedstawiała pawie i piwonie, teraz wypłowiała i odkleiła się przy suficie, gdzie pająki utkały pajęczyny.

Przedsionek był w złym stanie.

To nie wróżyło dobrze reszcie domu.

Kładąc torebkę na zakurzonym stoliku, Harper przypomniała sobie, że przecież nie musi tu pozostawać na zawsze.

Nigdy nie miałaś planu na życie.

Zawsze kierujesz się przeczuciem, Harper.

Wszelkie plany, które kiedykolwiek poczyniłaś, były jedynie reakcją na własne błędy.

Ignorując wątpliwości piętrzące się w jej umyśle, szybko przeszła przez zwieńczone łukiem wejście do holu i skierowała się prosto na tyły domu.

Ponownie próbowała włączyć światło. Kilka lamp zareagowało i rzuciło ciepły blask na zakurzone antyki, meble z epoki i zwykłe śmieci, które wciąż wypełniały pomieszczenie. Rzeczy babci. Lampy od Tiffany’ego i szezlong z lat dwudziestych, a obok nich fotele klubowe i konsola z lat sześćdziesiątych z telewizorem i sprzętem grającym.

Ile godzin spędziła przed nią, oglądając I Love Lucy i Waltera Cronkite’a, prezentera wiadomości?

Nie da się ich zliczyć, pomyślała i zauważyła lalki z kolekcji babci, nadal siedzące na meblach, oraz przedmioty kultu religijnego ze swojej katolickiej przeszłości, które wciąż znajdowały się na regałach i ścianach.

Lalki rozmieszczono strategicznie w całym pokoju niczym małe żołnierzyki z wielkimi oczami na pyzatych twarzach, strzegące tego miejsca i zbierające kurz. Chociaż babcia sprezentowała jej kilka Barbie i mówiącą Cathy, która mechanicznym głosem powtarzała nagrane zdania typu: „Kocham cię” lub „Boli mnie”, Harper nie za bardzo była nimi zainteresowana.

Gdy tak patrzyła na ten pokój, wydawało jej się, że czas się zatrzymał.

Miała wrażenie, że za chwilę zjawi się babcia na wózku inwalidzkim, ale to, oczywiście, było niemożliwe. Nie czuła też zapachu dymu papierosowego i aromatu Chanel No. 5, nie słyszała hałasu starego odkurzacza Kirby, którym służąca sprzątała wzorzyste dywany. Nie zauważyła też, na szczęście, błysku kocich ślepi, gdy włochata bestia przemykała z jednej kryjówki do drugiej. Umilkł nawet nakręcany, stojący zegar. A więc nie, babcia nie wyjdzie ze swojego pokoju tuż obok salonu, jedynej sypialni na parterze.

Harper szybko wróciła do teraźniejszości.

To było wtedy.

Teraz jest inaczej.

Podeszła do okna, odsunęła długie zasłony i uniosła rolety. Jej wzrok powędrował ponad tarasem ku ciemnym, niestrudzenie migoczącym wodom jeziora Twilight. Na przeciwległym brzegu stały domy ludzi, których niegdyś znała, tych, którzy byli jej bliscy, i tych, których nie lubiła. Przyjaciele i wrogowie, pomyślała, wpatrując się w deszczową noc i rozmyślając, jak mogłoby się wszystko potoczyć, gdyby nie doszło do tragedii.

Ale doszło. Ze zgubnymi skutkami.

– Gdybanie, srybanie. – Dotknęła jednego z teleskopów dziadka, tego, który wciąż stał pomiędzy jego krzesłem a oknem. Przypomniała sobie, że jako dziecko patrzyła przez niego, „szpiegowała” ludzi po drugiej stronie jeziora. Podobnie jak dziadek wyposażony w lornetki i mocniejszy teleskop w prywatnym gabinecie w wieży, gdzie podpatrywał sypialnię Leonettich. Harper przyłapała dziadka kiedyś w przesyconym tytoniem pokoju, kiedy zapomniał zamknąć drzwi na klucz, a ona poszła na górę za jednym z babcinych kotów. Zajrzała przez szparę pomiędzy drzwiami a futryną i zobaczyła, że dziadek trzyma rękę w spodniach. Miał czerwoną twarz i ciężko oddychał, patrząc przez teleskop.

Niczego wtedy nie zrozumiała, więc cicho się ulotniła.

Dziś wieczorem, próbując pozbyć się tego żenującego wspomnienia, podeszła prosto do szafki koło kredensu, gdzie trzymano alkohol. Za szklanymi drzwiami dostrzegła rząd butelek i kilka kryształowych karafek w połowie wypełnionych ciemną cieczą. Dobrze. Uznała, że zasłużyła na drinka po długiej drodze z Kalifornii, więc sięgnęła do szafki.

I natknęła się na pistolet.

Rozdział 2

– Co, do… – wyszeptała, po czym wzięła do ręki rewolwer z długą lufą i perłową rękojeścią. Był ciężki. I znajomy. Ostatnio, gdy go trzymała… – Nie! – Upuściła cholerstwo, jakby parzyło. Rozległ się głośny trzask i na szklanej półce pojawiło się nierówne pęknięcie. Cofnęła się. – Nie, nie, nie! – Ale wspomnienie, które wypierała od lat, powróciło.

Evan.

Boże drogi.

– Weź się w garść – nakazała sobie. Była w tym domu niecałe dziesięć minut, a już miała zszargane nerwy.

Ten rewolwer nie był bronią, która odebrała mu życie. Policja ją zabrała. Ten pistolet był identyczny, stanowił część zestawu, który dziadek trzymał pod kluczem w wieży.

Więc dlaczego znalazł się tutaj?

Zacisnęła zęby i ponownie podniosła broń, żeby się jej przyjrzeć. Niemal zabytkowy rewolwer wyglądał tak, jak modele z westernów. Z jednej strony perłowa rękojeść odstawała. Należało przykręcić śrubkę małym śrubokrętem – pamiętała o tym, dziadek nieustannie próbował ją naprawić.

Evan był nią zafascynowany. Kiedyś widziała, że brat trzymał w ręce jeden z pistoletów i udawał, że jest Royem Rogersem, Dzikim Billem Hickokiem lub innym cowboyem z telewizji, którego nie umiała zidentyfikować.

Obróciła broń w rękach. Ujęła rękojeść, dotknęła cylindra i języka spustowego, gapiła się na ten przeklęty rewolwer z sześcioma śmiercionośnymi komorami i przypomniała sobie Evana takim, jakim był, gdy po raz ostatni go widziała. Miał osiemnaście lat, lśniące niebieskie oczy, rozszerzone źrenice, rozwiane brązowe włosy okalające twarz. Zawsze tryskający energią, jak określała go babcia. Ale nie wtedy.

Ścisnęło ją w gardle, nie chciała, absolutnie nie miała zamiaru myśleć o tamtym letnim wieczorze.

Ale wciąż była zaniepokojona tym, że znalazła broń i zastanawiała się, dlaczego ktoś zostawił ją w szafce z karafkami. Kto to zrobił?

Przez głowę przelatywały jej pytania, ale nie znała na nie odpowiedzi i nie zamierzała się nad nimi zastanawiać.

– Nie dzisiaj – powiedziała sobie i odłożyła cholerstwo do szafki. Później przeniesie je do zamykanego na klucz, potężnego sejfu dziadka. Jeśli uda jej się go otworzyć.

Przejrzała kolejną szafkę, znalazła szklankę i zdmuchnęła z niej kurz, który zebrał się przez lata. Uniosła jedną z kryształowych karafek, kciukami zdjęła zatyczkę i poczuła torfowy zapach szkockiej.

Pierwszy łyk był mocny i trochę palił, ale pozostał w żołądku. Dwa kolejne i szklanka była pusta. Wkrótce rozgrzeje się od środka, gdy alkohol dostanie się do krwiobiegu.

Ale najpierw musi wypakować bagaże z auta.

Zaczynając od kota.

Jinx narzekał w swoim transporterze, gdy go podniosła i zabrała do kuchni wraz z niewielką torbą kociego jedzenia. Ponownie próbowała włączyć światło. Działało tylko kilka żarówek na suficie, więc kuchnię zalała dziwna poświata w kolorze sepii. Następnie upewniła się, że wszystkie drzwi są zamknięte i otworzyła klatkę. Wielkooki, czarny i gładki Jinx wyszedł na zewnątrz.

– Co sądzisz? – zapytała, jakby mógł odpowiedzieć. Kiedy nie zareagował, tylko ostrożnie zaczął rozglądać się po nowym pomieszczeniu, dodała: – Wiem, ja też, ale uwierz mi, będziesz tu pasował. – W kredensie znalazła dwa naczynia do zapiekania, przepłukała je i do jednego nalała wody, a do drugiego wsypała kocią karmę. – Wiesz, Morris to uwielbia.

Jinxa to nie obeszło, podobnie jak opinia kota reklamującego karmę 9 Lives. Zignorował miski i obszedł dookoła dużą kuchnię.

– Rozgość się – zachęciła, jakby kot mógł ją zrozumieć. Nalała sobie kolejną porcję z otwartej karafki i wypiła alkohol w trzech łykach. – Jeszcze jeden – powiedziała, otwierając drzwi. – Dziwnie tu być, co nie? – Podniosła go i zwierzyła mu się – Ja też się dziwnie czuję. – Zostawiła pustą szklaneczkę na bocznym stoliku i głaszcząc kota, podeszła do okna. Trochę ściskało ją w żołądku, gdy patrzyła na miejsce, gdzie po raz ostatni widziała swoją matkę wiele lat temu. Była wtedy tylko dzieckiem, jej wspomnienie było niewyraźne jak tamta mglista noc, niektóre fragmenty zupełnie jej umknęły.

Jej palce się zacisnęły.

Jinx syknął.

Mocno odbił się łapami i drapiąc ją, wyskoczył z ramion Harper.

– Aua! – Harper wciągnęła powietrze, czując szczypanie, ale ruszyła za kotem, zanim zgubi się w tym dużym domu pełnym zakamarków, szczelin i szaf. Popędził korytarzem do tylnych schodów. – Jinx! – Próbowała włączyć światło.

Nic się nie wydarzyło.

Nie widziała też kota, gdy wyminęła windę i dopadła schodów, z których jedne prowadziły na wyższe piętra, a drugie do piwnicy.

Drzwi po obu stronach były otwarte.

– Jinx! – zawołała w ciemność. Uderzyła dłonią we włącznik światła, ale nic się nie stało. Cholera. – Jinx? Wracaj, kotku. – Ale jej głos jakby zanikał w ciemnościach.

Czekała, wołała go łagodnym tonem. Kusiła.

Nie zjawiał się.

Ale przyjdzie. Zawsze przychodził.

Sprawdziła włączniki światła zamontowane przy schodach na górę i na dół.

Ponownie bezskutecznie.

– Super. – Zejście do piwnicy, która przypominała skomplikowany system króliczych nor, byłoby niebezpieczne i pozbawione sensu. A szukanie na wyższych piętrach, trzech, gdyby wliczać pokój w wieży, było ponad jej siły. Przede wszystkim, miała słabą latarkę, baterie padały, a ona nie miała nowych, więc niewiele by jej to pomogło.

Będzie musiała poczekać aż się uspokoi i sam wróci.

Jak zawsze.

Potarła przedramię i poczuła ciepłą krew, która zebrała się w miejscu, gdzie jego pazury przeorały jej rękę i nadgarstek.

– Chodź, Jinx – powiedziała ponownie i pomyślała, że zgubienie kota jest doskonałym zakończeniem tego żałosnego dnia, który zaczął się o świcie w Santa Rosa, zanim wyruszyła na północ. Przez całą drogę, gdy pokonywała kolejne kilometry, powtarzała sobie, że powrót to nic wielkiego, że cały ból przeszłości może powrócić na chwilę, ale wkrótce zniknie.

Myliła się.

Bardzo się myliła.

Ten dawny ból wciąż tu był, pytania bez odpowiedzi powróciły.

Znalazła stare pudełko chusteczek higienicznych, wyjęła wszystkie i kilkoma osuszyła rękę, po czym zastanowiła się nad kolejnym drinkiem, lecz zdecydowała się więcej nie pić.

Zamiast tego wyjrzała przez okno i spojrzała w miejsce po drugiej stronie jeziora, gdzie było ono najwęższe – cypel Fox. Pamiętała każdy z domów i jego mieszkańców. Parterowy budynek Starego Sieversa obok pływalni i najbliżej miasta, potem dom ze spadzistym dachem należący do Watkinsów i dom Huntów oraz…

– Co, do…? – wyszeptała. Coś tam było. Coś jasnego, wirującego, coś, co stawało się coraz jaśniejsze i większe, podskakiwało na powierzchni i się zbliżało.

Ogień? Czy na jeziorze Twilight płonął ogień?

Ale…?

Nie.

Niemożliwe.

Z dudniącym sercem skierowała teleskop dziadka na ten punkt i spojrzała.

– O, Boże. – Zmroziło ją.

Rzeczywiście, na jeziorze płonęła łódź, mimo deszczu dobrze widziała płomienie.

Na pokładzie była jakaś kobieta, jej umęczona twarz wznosiła się ku niebu.

Cynthia Hunt.

Matka Chase’a.

Kobieta, która oskarżyła Harper o całe zło.

Kobieta, która życzyła Harper śmierci.

– Nie – wyszeptała. – Nie… nie… – Na jeziorze nie mogło dojść do kolejnej tragedii.

Wydarzyło się ich wystarczająco wiele.

A jednak jezioro Twilight domagało się kolejnej ofiary na zwodniczo spokojnych wodach.

Walcząc z uczuciem déjà vu, Harper pobiegła do telefonu stojącego przy łóżku babci, reliktu z tarczą, którego nigdy nie wymieniono na nowszy model.

Podnosząc ciężką słuchawkę, pomodliła się w duchu, by linia wciąż działała i mogła się do kogoś dodzwonić. Usłyszała sygnał.

Dzięki Bogu!

Wsadziła palec w dziurkę z numerem dziewięć i czekała aż tarcza powoli się obróci. Miała wrażenie, że obrót zajmuje całą wieczność. Wreszcie wybrała cały numer alarmowy.

– Odbierz, odbierz – powiedziała, gdy usłyszała sygnał połączenia. – No dalej!

Rozciągnęła kabel i zaczęła chodzić po pokoju.

– Dziewięć jeden jeden. – Kobiecy głos zaczął zadawać pytanie. Ale Harper jej przerwała.

– Pośrodku jeziora Twilight pali się łódź! Obok wyspy Dixon! Na łodzi jest co najmniej jedna osoba! Kobieta! Proszę kogoś tu przysłać!

– Na jeziorze Twilight? Czy mogłaby się pani przedstawić i…

Nie słyszała reszty. Po prostu wyszła przez boczne drzwi kuchenne, których używała służba. Biegnąc wzdłuż ściany domu, wypadła na śliską, kamienną powierzchnię tarasu i ruszyła ku schodom.

W uszach dudniło jej bicie serca. Ślizgając się, zeszła po betonowych stopniach, nieco skruszałych i pokrytych mokrym mchem.

Ogień było dobrze widać, jeśli ktoś patrzył, migoczący płomień na wzburzonej wodzie, jakieś trzysta, może czterysta metrów od każdego z brzegów. Z pewnością ktoś już zauważył pożogę. Na pewno…

Jej słabsza noga się ugięła.

Nie trafiła w stopień.

W półobrocie spadła w dół.

Łup!

Brodą uderzyła w krawędź stopnia.

Ból eksplodował w jej szczęce.

– Oooo Boże. – Oszołomiona ześlizgnęła się z ostatnich dwóch schodów na mokry pomost. Przeturlała się na plecy. Ciepła krew zmieszana z zimnymi kroplami deszczu płynęła po jej brodzie i szyi.

Zamrugała, żeby nie stracić przytomności. Zrobiło jej się niedobrze.

Nie! Nie! Nie!

Wstawaj!

Wzięła głęboki oddech. Niech to wszystko szlag trafi!

Kątem oka ujrzała jakiś pomarańczowy błysk. Płomienie. Łódź w ogniu. Kobieta – Cynthia Hunt – uwięziona na łodzi. Kobieta, która całym sercem nienawidziła Harper.

Zgrzytając zębami, Harper z wysiłkiem wstała i otarła brodę, nie dopuszczała do siebie bólu w prawej nodze, gdy biegła przez pomost, po drodze zrzucając buty i zdejmując sweter.

Gdzieś w oddali słyszała syreny.

Dzięki Bogu!

Och, proszę, szybciej!

Skoczyła.

Przecięła powierzchnię wody.

Poczuła lodowate szpony jeziora.

Płynęła tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu.

W stronę pochodni pośrodku jeziora.

W stronę Cynthii Hunt.

Zanim będzie za późno.

O ile już nie było.

Płyń!

Płyń, Harper, płyń!

Szybciej!

Gdzie, do cholery, podziali się wszyscy sąsiedzi?

Gdy płynęła, wydawało jej się, że słyszy silniki innych łodzi.

Boże, proszę…

I policja. Czy mogą się pospieszyć?

Dajesz!

Dajesz, dajesz, dajesz!

Łódź była bliżej, stos pogrzebowy.

A na niej Cynthia Hunt otoczona płomieniami, przeraźliwie krzycząca, jej głos niósł się z dymem i płomieniami.

Harper pomyślała, że zaraz zwymiotuje.

Płyń, płyń, płyń!

Pruła po wodzie. Szybko. Równo. W stronę płomieni.

Była coraz bliżej.

Już czuła żar.

I dym.

Patrzyła, jak Cynthia się wije, widziała jej twarz w agonii, wymachujące ręce, które wrzucały do wody albumy w skórzanej oprawie.

– Skacz! – krzyknęła Harper, zatrzymując się na chwilę. – Skacz!

Suknia Cynthii zajęła się ogniem.

Nie zauważyła tego. Wciąż się schylała i wrzucała do wody jakieś grube tomy.

Co, do..?

– Cynthia, skacz! Uciekaj z łodzi! – krzyczała znowu Harper.

Ale kobieta ją zignorowała i wyjęła z płomieni okładkę płyty, po czym rzuciła ją do wody koło Harper.

Uchyliła się. Jezu, czy Cynthia w nią celowała? Kobieta wydawała się nie widzieć świata poza swoją misją.

Kolejna okładka płyty znalazła się w wodzie.

Gdzie jest policja?

– Na miłość boską, Cynthio! Do wody! – wrzeszczała i panikowała. – Skacz!

Cynthia z szaleństwem w oczach wyrzuciła do wody coś lśniącego, jakąś małą statuetkę – taką, którą Chase dostał w liceum.

Co się z nią działo?

Płomienie lizały twarz Cynthii i zajęły jej siwe włosy.

– Skacz! – wrzasnęła Harper zachrypłym głosem. – Cynthio! Uciekaj z tej cholernej łodzi! – O co chodzi tej kobiecie? Harper znajdowała się jakieś dziesięć metrów od niej, gdy usłyszała syreny oraz zauważyła pomiędzy drzewami na południowym brzegu czerwone i niebieskie błyski kogutów. W końcu. Boże, proszę, pospieszcie się!

Ale było za późno.

Ogień piął się w górę sukni Cynthii.

Usłyszała inne silniki, zauważyła dwie szybko zbliżające się łodzie, jacyś mężczyźni krzyczeli i panicznie machali rękami, żeby Harper się odsunęła.

Z ust Cynthii wydobył się przeraźliwy krzyk.

Ludzka pochodnia podniosła kolejny oprawiony w skórę album.

– Skacz z łodzi! – wrzeszczała Harper, próbując do niej dopłynąć, ściągnąć ją do wody, ale wszędzie były płomienie.

– Mam ją! – krzyknął jeden z mężczyzn.

Harper usłyszała plusk – czyżby ktoś wskoczył do wody? – w chwili, gdy Cynthia rzuciła albumem.

Księga przeleciała tuż nad powierzchnią wody.

Co?

Harper się uchyliła.

Za późno!

Łup!

Gruba księga uderzyła ją w twarz, róg wbił się w jej oczodół. Poleciała w tył i zaczęła tonąć, woda wzięła ją w swoje chłodne, kojące objęcia. Przez chwilę świat wirował, ale wkrótce znowu ujrzała pomarańczowozłote migotanie. Strony z albumu unosiły się na powierzchni. Wokół niej pływały zdjęcia, stare fotografie chłopaków, których kiedyś znała.

Chłopaków, których kochała.

Chłopaków, których dotykała.

Chase’a…

Leviego…

Znowu Chase’a…

Randa i Chase’a…

Oszołomiona, w wodzie wymieszanej z krwią, poczuła się zagubiona…

– Harper – powiedziała babcia pewnym tonem, jakby szeptała jej prosto do ucha. – Harper, obudź się! Natychmiast się obudź!

Harper zamrugała, unosiła się na wodzie, świat wirował w zwolnionym tempie.

Otworzyła oczy i przez kilka sekund nie potrafiła stwierdzić, czy znajduje się na dole, czy na górze, czy pamięta, gdzie jest… a potem znowu ujrzała pomarańczowy blask, który jakby tańczył na niebie nad nią.

Zamrugała.

Natychmiast się ocknęła.

Uświadomiła sobie, gdzie się znajduje.

Poruszyła nogami.

Potrzebowała powietrza.

Natychmiast!

Wypłynęła na powierzchnię, łykając powietrze, opiła się wody. Zakaszlała, zadławiła się, czuła ból promieniujący z jej twarzy, okropna noc powróciła do niej bardzo wyraźnie.

Cynthia Hunt stała w płomieniach, wrzeszczała z bólu, upadła na kolana, gdy jakiś łysiejący mężczyzna podpłynął niemal pod samą łódkę.

Było za późno.

Paliwo rozlało się na wodę, po której pływały różne przedmioty. Płomienie otoczyły całą łódź. Płonęła, trzeszcząc, wokół unosił się czarny dym. Mężczyzna próbował do niej dopłynąć, ale musiał dać za wygraną.

Oszołomiona Harper unosiła się na wodzie.

Wyły syreny, coraz bliżej, hałas odbijał się od wody.

Czyżby słyszała jakieś nawoływania?

Dźwięk kolejnego silnika motorówki?

Większą jednostkę prującą po wodzie i oświetlającą horror, który się tu rozgrywał?

Nie umiała powiedzieć.

Świat wirował.

Motorówka chyba już tonęła, a szalona kobieta na pokładzie wskazywała Harper długim, oskarżycielskim palcem. Miała wrażenie, że spomiędzy stopionych ust wydobywa się jedno słowo:

– Suka.

Zaraz potem straciła przytomność.

Luty 1968 roku

Rozdział 3

Miała skołatane nerwy.

Nie potrafiła spokojnie usiedzieć.

Chodziła w tę i z powrotem po perskim dywanie babci, od okna do kanapy. Siadała pomiędzy babcinymi lalkami i znowu zrywała się na nogi.

Dźwięk zegara w holu, odliczającego godziny jej życia, jeszcze pogarszał sprawę.

Zerknęła na zegarek.

Po raz tysięczny tego wieczoru.

Bo utknęła na „babciowaniu”, jak nazywał to jej ojciec, i zaczynała wariować.

Przecierpiała już odcinek „The Lawrence Welk Show”, a potem Mannix. Już odchodziła od zmysłów. Przez cały czas, gdy oglądała telewizję, myślała o Chasie i o tym, jak mogłaby się z nim spotkać.

Sama.

Gdy babcia pójdzie spać.

Jeśli staruszka w ogóle pójdzie się położyć i zaśnie.

Nie mam na to czasu, pomyślała, chodząc po salonie. Oblizała usta, podeszła do okna i wyjrzała na ciemną noc. Ani śladu życia na wodzie.

Ale jeszcze za wcześnie.

Jeszcze nie nadeszła pora.

Mimo to miała nerwy w strzępach.

Musiała zobaczyć się z Chase’em. Musiała mu powiedzieć.

Usłyszała odgłos wózka babci, która wjechała do pokoju.

– Dobry Boże, dziewczyno, zrobisz dziury w dywanie! – powiedziała. Po wylewie, który powalił ją w zeszłym miesiącu, większość czasu spędzała na wózku inwalidzkim, chociaż intensywnie ćwiczyła z fizjoterapeutą, bo była zdeterminowana, by znowu stanąć na nogi. – Chodź tutaj. Siadaj. Możemy rozegrać kilka partyjek. – Była ubrana w swoje ulubione kimono ze złotoczerwonego jedwabiu w żurawie z rozpostartymi skrzydłami. – Będzie fajnie!

Super. Tego jeszcze brakowało, rozgrywki w remika przeciw przebiegłej babci. Właśnie dzisiaj. Ze wszystkich wieczorów.

– Chodź. – Babcia gestem zaprosiła Harper do zajęcia miejsca przy małym, inkrustowanym stoliku, który kupiła gdzieś „koło Tokio” wiele lat wcześniej. – Siadaj – nalegała.

Harper zerknęła przez okno na ciemne wody jeziora i przyciągnęła krzesło, strasząc przy tym kota z rudym uchem, który leżał na poduszce. Zasyczał z niezadowoleniem, po czym zeskoczył na podłogę i udał się w inne miejsce.

– Och, Uszatku, przestań – rzuciła rozbawiona babcia, która od lat adoptowała koty, dawały jej dużo radości. Twierdziła, że jest ich tylko pięć, ale Harper miała wrażenie, że kręci się ich tu z tuzin. Co najmniej! I żaden z nich jej nie lubił.

Z wzajemnością.

– Dobrze – powiedziała, mając nadzieję, że udało jej się zabrzmieć bardziej entuzjastycznie.

Cokolwiek, byleby tylko zabić czas.

Ponownie zerknęła na zegarek, gdy babcia próbowała potasować karty – talię kupioną w Malezji.

– Masz, ty je potasuj – zaproponowała zirytowana faktem, że nie potrafi poradzić sobie z tak prostym zadaniem.

Harper spełniła jej prośbę, rozdała karty w chwili, gdy zegar w holu wybił godzinę wpół do dwunastej. Babcia już powinna być w łóżku.

Niestety, Olivia Dixon dziś wieczorem nie czuła się senna.

Harper w duchu przeklęła.

Dlaczego Matilda właśnie tego wieczoru postanowiła wziąć sobie wolne? Jakby podstępna opiekunka domyśliła się, co Harper zaplanowała i chciała zrobić jej na złość. Żałosna suka.

W opinii Harper Matilda Burroughs była wrzodem na tyłku. Dziewczyna zaklasyfikowała ją do tej samej kategorii co koty: Nielubiane i Niepotrzebne.

– Co się z tobą dzieje? – zapytała babcia, marszcząc brwi, po czym podniosła karty i umieściła je na podstawce. – Jesteś tak podminowana jak kot z długim ogonem w pokoju pełnym bujanych foteli.

– Nic – skłamała. Babcia co prawda przeszła wylew, ale wciąż była bystra i potrafiła czytać w niej jak w otwartej księdze.

– Hmmm. – Babcia przesunęła karty, by mieć je w pożądanej kolejności. – Skoro tak mówisz.

Harper miała ochotę coś odpowiedzieć. Tak, była podenerwowana. Niepokoiła się bardziej, niż sądziła babcia. Fakt, że w ostatniej chwili została wezwana do pilnowania babci jeszcze pogorszył sytuację. I to bardzo. Dziewczyna bezwiednie drapała się po wierzchu dłoni, przestała dopiero, gdy uświadomiła sobie, że starsza pani się jej przygląda.

– Mówię poważnie, Harper. – Głos babci złagodniał. – Jeśli coś cię niepokoi, to wiesz, że możesz mi o tym powiedzieć. – Uśmiechnęła się. – Zaufaj mi, potrafię dochować tajemnicy. – Jedna brew uniosła się ponad oprawkę okularów do czytania. – Wiele razy to udowodniłam.

– Nic się nie dzieje. – Harper zrobiła zblazowaną minę.

– Skoro tak mówisz – powtórzyła babcia. Westchnąwszy, wskazała na paczkę Salemów leżącą na stoliku razem z ulubioną popielniczką i zapalniczką. – Mogłabyś mi je podać?

– Jasne. – Harper podeszła do stołu, wyjęła długiego papierosa z paczki i umieściła go między wargami babci, po czym go przypaliła. Gdy kobieta się zaciągnęła, Harper zamknęła zapalniczkę i odłożyła ją na miejsce.

Babcia wypuściła chmurę dymu i westchnęła.

– Ach… Okropny nałóg, wiem, ale taki… – Zastanawiała się przez chwilę, machając ręką, by rozgonić dym. – Satysfakcjonujący. W nieodpowiedni sposób.

– Skoro tak mówisz.

– Nawet nie zaczynaj – ostrzegła, ponownie się zaciągając i celując w nią palcem. – Mówię poważnie, Harper.

Bez obaw, pomyślała dziewczyna, nie przykładając się do gry i skupiając na uciekających sekundach.

– Oooch. Mam ją! – Babcia podniosła kartę ze stosiku, spomiędzy brzoskwiniowych warg zwisał jej zapalony papieros. Patrzyła na wnuczkę ponad okularami. – Nie masz dziś ręki do kart. Źle grasz. Gorzej niż Louise Chilcore, żona burmistrza. A uwierz mi, ona jest najgorsza! – Prychnęła z niezadowoleniem na samą myśl o tamtej kobiecie z płomiennie rudymi włosami wysoko upiętymi na czubku głowy.

– Chyba jestem zmęczona.

– Yhm. – Babcia się zaciągnęła i ułożyła karty przed sobą. – Z kilometra czuć problemy z chłopakiem.

– Nie ma żadnych problemów – skłamała.

– Chodzi o Craiga Alexandra? – zapytała. – Widziałam, że na ciebie leci.

Leci? Serio? O nie! Nie Craig, pyszałkowaty, chudy syn gospodyni z rozczochranymi blond włosami.

– Przecież mówię, że nie mam żadnych problemów.

– Aha. Skoro tak twierdzisz. – Babcia nie drążyła tematu. Ale nie zdołała zamaskować sceptycznego spojrzenia, kiedy Harper ponownie się podłożyła w kartach. Z pewną trudnością zgarnęła rzuconego przez wnuczkę waleta kier i z satysfakcją powiedziała: – Wygrałam! Jeszcze jedno rozdanie? – zaproponowała, gasząc papierosa w popielniczce.

– Nie powinnaś już się położyć?

– A chcesz, żebym się położyła?

– Nie, nie o to chodzi, ale Matilda mówiła…

– Och, przestań! Kogo interesuje to, co ona mówi? – Babcia skrzywiła się z irytacją. – Jestem dorosłą kobietą, a nie czterolatką!

– Wiem, ale Matilda powiedziała, że powinnaś przestrzegać planu dnia, dla dobra swojej terapii i ze względu na lekarstwa…

– Matilda może się wypchać! – Babcia prychnęła z pogardą. – Nie będzie mnie musztrować jak w wojsku! – Najeżyła się, ale po chwili złość jej minęła. – Poza tym, cieszę się twoim towarzystwem, Harper. Świetnie, że Matilda musiała gdzieś wyjść. – Postukała knykciami w stół. – Dajesz mi popalić w kartach. – Wtedy napotkała spojrzenie wnuczki. – Cóż, zwykle dajesz. – Ze zrozumieniem popatrzyła na dziewczynę. – Kiedy nie krążysz myślami gdzie indziej.

– Nie krążę…

– Och, daj spokój. – Babcia odepchnęła się od stołu. – Proszę bardzo, możesz sobie zachować swoje sekrety – mamrotała pod nosem, wycofując wózek i kierując się do jedynej na parterze sypialni. – Nie zapomnij zostawić włączonego światła w holu.

– Nie zapomnę.

Była już prawie północ.

Chase zaraz się zjawi.

Harper poszła do kuchni, przeszła przez drzwi wahadłowe, znalazła tabletki, które Matilda włożyła do dwóch miseczek, których kiedyś używano do pieczenia crème brûlée na święta Bożego Narodzenia. Na jednej widniał napis „wieczór”, na drugiej „rano”. Łatwizna. Harper włączyła palnik na wielkim piecu i podgrzała wodę na rumiankową herbatę dla babci. Matilda wszystko już przygotowała.

Co chwila zerkając na zegar, Harper niecierpliwie czekała aż woda się zagotuje. Boże, na zewnątrz było ciemno. Może Chase był już w drodze. Miała taką nadzieję. Musiała z nim porozmawiać. Dziś w nocy. Nie mogła dłużej czekać.

Czajnik zaczął gwizdać, z dziubka leciała para. Dobrze. Szybko nalała wody do filiżanki, w której Matilda zostawiła zaparzacz z rumiankiem. W powietrzu rozszedł się słodki zapach naparu.

Trzymając filiżankę w jednej ręce i miseczkę z tabletkami w drugiej, wyszła tyłem przez wahadłowe drzwi do jadalni. Potknęła się o kota.

– Cholera! – Bezskutecznie próbowała odzyskać równowagę. Filiżanka i spodek się przechyliły, gorąca woda chlusnęła jej na rękę, po czym wszystko wylądowało na podłodze. Tabletki rozsypały się po parkiecie. Spod stołu wyskoczył drugi kot. – Cholera! Cholera! Cholera!

Jak szalona próbowała pozbierać wszystkie tabletki. Boże, ile ich miało być? Siedem? Osiem? Podnosiła te, które udało jej się namierzyć, użyła nawet słabej latarki babci, żeby poświecić pod kredensem, fotelami i barkiem. Nazbierała osiem, wszystkie były oblepione kurzem i kocią sierścią, niektóre mokre od herbaty.

Co teraz?

Wpadła do kuchni, dolała wody do czajnika, znalazła miotłę i mopa, i czekając na podgrzanie wody, zmiotła odłamki filiżanki, przetarła podłogę na mokro i zamiotła ją najlepiej, jak umiała.

Usłyszała, że zegar wybija północ.

Boże.

Kończył jej się czas.

Miała pójść na spotkanie z Chase’em. I to już teraz!

Wiedziała, że pozostałe tabletki są zamknięte w jakiejś szafce, ale tylko Matilda i babcia wiedziały w której, nie miała do niej klucza, ani czasu, by wyjaśniać babci, co się stało.

Szybko przemyła tabletki, poczuła, że niektóre z nich zaczęły się rozpuszczać, po czym wrzuciła je wszystkie do gorącej wody. Zamieszała je zaparzaczem z rozmiękczonymi liśćmi herbaty w środku i poszła do pokoju babci, gdzie czekał już ten cholerny Diablo – siedział na krześle przy biureczku babci i gapił się na nią nienawistnymi złotymi oczami.

– Sio – powiedziała, mając dość kotów, zwłaszcza tego diabła z ogonem.

– Mówisz do mnie? – Babcia już bez makijażu wyjechała z łazienki, gdzie umyła zęby, bo wciąż chciała to robić sama. Udało jej się założyć siatkę na włosy, żeby jej loki nie straciły sprężystości przed kolejną wizytą u fryzjerki. Gdy Harper pomogła jej wejść do łóżka, poskarżyła się: – Starość nie jest dla mięczaków.

– Czyli wszystko w porządku? Bo ty nie jesteś mięczakiem – zażartowała Harper.

– Jak zawsze przemądrzała. – Babcia się uśmiechnęła, po czym podparta na dużych poduszkach sięgnęła po filiżankę. – Gdzie są tabletki?

– Ja, hm, nabroiłam. Wrzuciłam je do herbaty.

– Co?

– Potknęłam się i wszystko wypadło mi z rąk, w tym twoje leki, więc umyłam je i wrzuciłam do filiżanki z rumiankiem. Bo już się zaczęły rozpuszczać.

– O… rany. – Babcia zamrugała. – Na pewno wszystkie? – zawahała się.

– Tak. – Harper usiadła na brzegu łóżka i przygryzła wargę. – Przepraszam, babciu. Rozbiłam filiżankę.

Staruszka westchnęła i pokręciła głową. Przez chwilę Harper myślała, że dostanie burę, ale babcia powiedziała:

– Wypadki się zdarzają. Takie jest życie. – Uniosła filiżankę do ust i upiła pierwszy, ostrożny łyk. – Jezusie, Mario i Józefie Święty! Ale gorzkie! – Pokręciła głową, ze świstem wciągając powietrze. – Ale chyba piłam gorsze rzeczy. To samo powiedziałam o whisky, kiedy dziadek mnie nią poczęstował. – Zaświeciły jej się oczy. – Och… – Rozmarzyła się. – To jest myśl. Bądź tak miła i przynieś butelkę. Nie whisky, tylko ginu. Wiesz, gdzie jest?

Oczywiście, że wiedziała. Harper jako nastolatka czasem zaglądała do butelki z ginem. Do tej samej, o którą prosiła babcia.

– Jesteś pewna? – zapytała.

– Jak najbardziej.

– No nie wiem.

– Już dobrze. Bądź grzeczną dziewczynką i przynieś to, o co proszę.

Harper przyszła z butelką i zobaczyła, że babcia wypiła zawartość filiżanki i się krzywiła.

– Nie wiem, czy powinnaś…

– Na miłość boską, Harper. Piję gin od pięćdziesięciu lat, a może i trochę dłużej.

Dziewczyna z wahaniem nalała alkohol, a kiedy próbowała zabrać butelkę, babcia dopomniała się o większą porcję.

– Nie skąp mi.

Dobrze. Niech będzie. Może odrobina alkoholu pomoże babci szybciej zasnąć. Harper napełniła filiżankę do poziomu, który satysfakcjonował starszą panią, po czym zakręciła butelkę. Babcia się napiła.

– O wiele lepiej – westchnęła i oparła się na poduszkach koło swoich dwóch ulubionych lalek, Szmacianki Anki i Gałganka Marianka. – Dziękuję. – Kolejny łyk. – Posłuchaj, Harper, kimkolwiek jest ten chłopak, który przyprawia cię o taką zgryzotę…

– Nie, babciu, ja… – Próbowała zaoponować, ale starsza kobieta położyła palec na ustach.

– Nie jest tego wart. – Zanim wnuczka zdołała cokolwiek powiedzieć, babcia przyłożyła filiżankę do ust i pociągnęła duży łyk. Potem pozwoliła jej odejść. – Do zobaczenia rano.

Harper wstała, by wyjść, ale babcia wskazała butelkę.

– Ale ją zostaw. – Puściła oko. – Na wypadek, gdybym potrzebowała małego sznapsa w nocy.

Dziewczyna była niemal pewna, że sztywna Matilda nie zostawiłaby w połowie pełnej butelki ginu przy łóżku babci, ale przecież sama nie była opiekunką, a babcia, jak zresztą wcześniej zauważyła, była dorosłą kobietą.

Tytuł oryginału:

IT HAPPENED ON THE LAKE

 

Copyright © 2025 by Lisa Jackson, LLC

 

First published by Kensington Publishing Corp. All rights reserved

 

Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o. o.

Polish translation copyright © 2026 Agnieszka Kalus

 

Tłumaczenie

Agnieszka Kalus

 

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Janusz Sigismund

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Marcin Labus

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384302989

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści