Wszystko Co Najwazniejsze nr 74 - opracowanie zbiorowe - ebook

Wszystko Co Najwazniejsze nr 74 ebook

Opracowanie zbiorowe

0,0

Opis

„Wszystko co Najważniejsze” – jedyny na polskim rynku wydawniczym miesięcznik bez tekstów dziennikarskich. W każdym numerze Czytelnicy znajdą ważne, kierunkowe teksty liderów opinii: intelektualistów, filozofów, historyków, strategów, polityków. Ukazujące się od 2013 r. pismo cechuje otwartość na nowe trendy, idee, tematy i autorów z różnych rejonów sceny politycznej. „Wszystko co Najważniejsze” jest pieczołowicie redagowane przez zespół, któremu przewodniczy prof. Michał KLEIBER. Teksty są ilustrowane portretami Autorów tworzonymi przez Fabiena CLAIREFONDA z „Le Figaro”. Redakcja przykłada wielką wagę do szacunku dla Czytelników, zachowując styl pism opinii z dawnych, najlepszych lat prasy drukowanej.

WcN 74 – spis treści
Prof. Michał KLEIBER, Édito (nr 74)
Jan ROKITA, W obronie wolności
Paweł SZEFERNAKER, Państwo polskie od zaplecza. Refleksje na początek nowego roku
Antoni LIBERA, Komu potrzebna jest Polska?
Mateusz MORAWIECKI, Wyzwania dla nas wszystkich na rok 2026
Prof. Michał KLEIBER, Przewidywanie przyszłości staje się coraz trudniejsze
Michał KURTYKA, Energetyczne NATO 2.0
Blaise METREWELI, Konflikt nie jest czymś nieuchronnym
Mateusz MATYSZKOWICZ, Stany Zjednoczone w pułapce Tukidydesa?
Prof. Nassim Nicolas TALEB, Świat, w którym żyjemy
Prof. Jacek HOŁÓWKA, Domowy korepetytor
Chantal DELSOL, Jeśli nie edukuje się dzieci, demokracja liberalna kończy się przemocą
Edward LUCAS, Ukraino, obeszliśmy się z Tobą haniebnie
Jan ROKITA, Zakazane dowody na istnienie Boga
Jan ŚLIWA, Matematyka przejawem białej supremacji
Lew TOŁSTOJ, List do chińskiego dżentelmena
Prof. Jerzy MIZIOŁEK, Antyk grecko-rzymski w polskiej kulturze
Prof. John RINK, Notatki jurora po XIX Konkursie Chopinowskim
Michał KŁOSOWSKI, Ten pontyfikat dopiero się zaczyna

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 151

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prof. Michał KLEIBER

Édito (nr 74)

Przekazujemy Państwu kolejny numer naszego miesięcznika, w którym jak zwykle poruszamy kluczowe tematy dotyczące problemów otaczającego nas świata. Piszemy m.in. o problemach globalnych, krytycznie odnosząc się do zaborczej polityki Rosji, kwestiach Europy w kontekście konieczności wprowadzenia zmian w funkcjonowaniu Unii Europejskiej oraz o pilnej potrzebie budowy silnej, międzynarodowej pozycji naszego kraju i dążeniu do jedności Polaków, niezbędnej do zapewnienia nam przyszłości zgodnej z naszymi ambicjami. Akcentujemy rolę Stanów Zjednoczonych w budowie pomyślnie funkcjonującego świata, sugerując potrzebę nawiązania przez UE z tym najważniejszym globalnym partnerem daleko idącej współpracy, symbolicznie określanej takimi terminami, jak gospodarcze lub energetyczne NATO. Nie pomijamy problematyki związanej z cyfryzacją naszego życia, pisząc o edukacyjnej roli ChatGPT. W kontekście zakończonego niedawno Konkursu Chopinowskiego warto zapoznać się z opinią jednego z zagranicznych jurorów tego konkursu na temat sposobu dochodzenia do ostatecznych decyzji związanych z przyznawaniem nagród. Zwracam Państwa uwagę na publikowany przez nas po raz pierwszy w Polsce ciekawy i inspirujący list Lwa Tołstoja z roku 1899 do adresata w Chinach.

Prof. Michał KLEIBERRedaktor naczelny

Jan ROKITA

W obronie wolności

Weto do rządowej noweli ustawy cyfrowej jest bez wątpienia jednym z kluczowych aktów prezydentury Karola Nawrockiego

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989–2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Obecnie wykładowca akademicki

Luksus własnego zdania

Najpierw dlatego, że dotyczy materii, która jest dziś centralnym punktem przewalającego się przez świat zachodni sporu o zakres swobód jednostki. Sporu, w którym prawica – całkiem odmiennie, niźli to bywało w przeszłości – wzięła na siebie rolę rzecznika klasycznego liberalnego konceptu wolności słowa, wywodzącego się z filozoficznej tradycji liberalizmu anglosaskiego. Z kolei lewica i tzw. potocznie „liberałowie” w imię politycznej poprawności dążą do zawężenia ram wolności słowa, co uświadamia nam skalę ruiny języka i zamętu pojęciowego panującego w naszym kręgu kulturowym. 

Ale jest też drugi powód, stricte polityczny, doniosłości cyfrowego weta Nawrockiego. Pojawia się ono bowiem akurat w chwili, w której ustrojowo-filozoficzny spór o granice wolności słowa nabrał praktycznego wymiaru zaostrzającego się konfliktu politycznego pomiędzy USA i Europą, w którym – jak wiemy – po obu stronach Atlantyku uderzono już w siebie nawzajem sankcjami. 

Tymczasem zarówno sam akt zawetowania noweli ustawy cyfrowej, jak i jego argumentacyjna obudowa, przedstawiona publicznie przez prezydenta, oznacza mocne opowiedzenie się Polski przeciw Europie, a po stronie Ameryki. Jak się bowiem wydaje, rząd Tuska, który opowiedział się tu po stronie Europy, nie dysponuje narzędziami przełamania weta Nawrockiego, a jeśli tak się okaże, to w praktyce będzie znaczyć, iż państwo polskie stanie w tym poważnym konflikcie po stronie Stanów Zjednoczonych. Ten doniosły fakt zostanie zauważony przez wszystkie kancelarie rządowe po tej i tamtej stronie Atlantyku. Gdy zaś idzie o meritum rządowej noweli, uchwalonej przez sejm 18 grudnia 2025 roku, trudno nie odnieść wrażenia, iż w polskim systemie prawnym miał to być jakiś zdumiewający dziwoląg. 

Teoretycznie celem noweli miało być wprowadzenie do polskiego obiegu prawnego unijnej dyrektywy DSA (o usługach cyfrowych) z 2022 roku. O tym, jak szerokie pozatraktatowe uprawnienia dyrektywa ta nadała Komisji Europejskiej i jej organowi pomocniczemu – Europejskiej Radzie ds. Usług Cyfrowych – pisałem na portalu WcN, analizując amerykańskie sankcje nałożone na byłego francuskiego komisarza, który był spiritus movens owej dyrektywy. Ale jak to zwykle bywa z polskim ustawodawstwem wprowadzającym unijne dyrektywy, nadgorliwi urzędnicy administracji Tuska oraz parlamentarzyści rządowej koalicji stworzyli specyficznie polskiego „potworka prawnego”. 

Otóż z całego systemu polskiego prawa karnego wybrali arbitralnie 27 najrozmaitszych przestępstw, opisanych zresztą nie tylko w kodeksie karnym, które miałyby stać się sui generis „przestępstwami uprzywilejowanymi”. Albowiem jeśli ktoś zostałby tylko posądzony przez policję, urząd skarbowy czy jakąś inną rządową służbę policyjną o popełnienie jednego z tych przestępstw w sieci, to skutkowałoby to nie tylko możliwością wszczęcia postępowania karnego (co normalne), ale także obłożenia takiego użytkownika blokadą dostępu do sieci. I to na mocy decyzji jednego z dwóch wskazanych w ustawie urzędników: Przewodniczącego KRRiTV lub Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Co najmniej dwie poważne konsekwencje takiego rozwiązania zasługują na uwagę. Primo – ci dwaj urzędnicy zyskaliby wyjątkowy status – nazwijmy go bez cienia ironii – Naczelnych Cenzorów Internetu (NCI). A stosowana przez nich cenzura miałaby charakter prewencyjny, z góry „zapobiegający” mówieniu czy pisaniu przez danego użytkownika rzeczy „niewłaściwych”. I co ważne, prewencyjne zablokowanie komuś dostępu do sieci wcale nie musiałoby być związane z toczącym się postępowaniem karnym. Przepisy zostały bowiem tak perfidnie sformułowane, aby każdy z dwóch NCI mógł objąć cenzurą prewencyjną kogoś, wobec kogo żadne takie postępowanie się nie toczy. 

Niewiarygodność takiego modelu wzmaga jeszcze zawarta w noweli blankietowa deklaracja, wedle której obaj NCI mają wykazywać się „bezstronnością, rzetelnością i polityczną neutralnością”, jak również nie wolno im wyrażać poglądów politycznych. Ciekawe, czy jest w Polsce choć jedna aż tak naiwna osoba, która skłonna by była serio uwierzyć, iż ci dwaj urzędnicy, powoływani przez większość parlamentarną, premiera i prezydenta, za sprawą nakazu ustawy faktycznie zrzekną się swoich poglądów i zapomną o swych partyjnych afiliacjach. Nawet dla mało podejrzliwego obserwatora widać tu jak na dłoni, że naprawdę idzie o wyrafinowaną i obleczoną w ustawowe kłamstwa próbę zyskania przez władzę narzędzia uciszania niewygodnych krytyków albo po prostu – zwolenników opozycji. Prewencyjna cenzura w rękach ludzi władzy – to najprostszy, najstarszy i najbardziej prostacki sposób osiągania takiego celu.

Secundo – trudny do pojęcia jest sposób doboru owych 27 „uprzywilejowanych” przestępstw, o których popełnienie wystarczy zostać tylko posądzonym przez władzę, aby być objętym cenzurą prewencyjną w sieci. Z niejaką przykrością trzeba stwierdzić, że uzasadniony jest ciężki zarzut, postawiony przez prezydenta, iż „ochrona dzieci w internecie miała stać się dla koalicji rządzącej cynicznym parawanem, za którym rząd Donalda Tuska ukrył kontrolę swobody wypowiedzi”. Rządowa propaganda, broniąc swojej noweli, podkreśla, iż idzie w niej przede wszystkim o cenzurę treści pedofilskich i pornograficznych, skierowanych do dzieci poniżej piętnastego roku życia. Ale cała lista 27 przestępstw zawiera także sławetne artykuły dotyczące tzw. „mowy nienawiści”, gróźb o podłożu rasowym, mobbingu, znieważania ateistów, rozpowszechniania treści bez licencji autorskiej. Czyli innymi słowy – dobrze znanego arsenału ideologicznie motywowanych zarzutów, za pomocą których ucisza się ludzi niewygodnych dla władzy w niejednym kraju demokratycznym.  Co więcej, na tej liście są takie przestępstwa, jak np. internetowy handel papierosami (art. 12c pkt 5 ustawy o ochronie zdrowia przed papierosami), a nie ma choćby przygotowywania w sieci morderstwa (art. 148 par. 5 kodeksu karnego). Dlaczego? 

Trudno nie odnieść wrażenia, że to w ogóle jest (a raczej, jak mniemam, był) projekt irracjonalny, trudny do prawniczej obrony, łamiący niejedną z ogólnych reguł prawa. Choćby tę, że w cywilizowanym systemie prawnym niedopuszczalne jest uprawnienie administracji do wprowadzania cenzury prewencyjnej, albo inną, wedle której samo posądzenie o popełnienie przestępstwa nie może skutkować wobec nikogo żadnymi sankcjami prawnymi. Nie wspominając już nawet szerzej o skandalu demoralizowania wspólnoty politycznej poprzez zdemaskowaną przez prezydenta próbę otwarcia drogi do budowy i opłacania przez państwo agentury, specjalizującej się (niczym we współczesnej Rosji) w donoszeniu na tych, którzy powiedzieli albo napisali coś, co może być nieprawomyślne.

Paweł SZEFERNAKER

Państwo polskie od zaplecza. Refleksje na początek nowego roku

Tylko praca u podstaw, wsłuchanie się w głos Polaków i jedność dadzą sukces w kolejnym etapie na drodze do Polski normalnej i ambitnej

Paweł SZEFERNAKER

Szef Gabinetu Prezydenta RP Karola Nawrockiego

100 idei dla Polski

Czas Bożego Narodzenia i początek Nowego Roku sprzyjają refleksjom – także w polityce i życiu publicznym. Po ponad półrocznej intensywnej kampanii wyborczej i ponad 150 dniach pracy prezydenta Karola Nawrockiego oraz jego gabinetu pojawia się potrzeba spojrzenia nie tylko na same zeszłoroczne decyzje podjęte przez Polaków w wyborach, lecz także na to, czy przez ostatnie dwa lata państwo i jego administracja w ogóle pozostają zakorzenione w rzeczywistości, w której żyje większość obywateli.

Podmiotowość zwykłych Polaków, a nie ekscytacja salonów

Z perspektywy prezydenckiej administracji widać wyraźnie, że trwałość państwa i sprawność jego instytucji nie zależą jedynie od konstytucyjnych procedur, które zresztą od dwóch lat są przez rządzących notorycznie łamane, ale przede wszystkim od tego, czy procesy państwowe odpowiadają realnym potrzebom Polaków. Myślę tutaj o tych wszystkich Polakach, którzy często nie interesują się na co dzień polityką, mieszkają poza największymi ośrodkami miejskimi, a zmagając się ze swoimi problemami, mają nadzieję, że ci, którzy podejmują ważne państwowe decyzje, mają na względzie takie życie, jakim żyją zwykli Polacy.

Dlatego ostatecznie większość głosujących w drugiej turze Polaków postawiła na człowieka, który oparł swoją kampanię na twardej opozycji wobec rządu premiera Tuska, został poparty przez największą opozycyjną wobec rządu partię, a jednocześnie był kandydatem spoza świata polityki.

Zeszłoroczne wybory były, w moim przekonaniu, zwycięstwem takiego myślenia. Wyznaczyły konkretny kierunek. Nie są także końcem tego procesu, lecz jego początkiem. Tak jak kampania Karola Nawrockiego była rozpisana na kolejne etapy, tak wybory były pierwszym etapem dla tego procesu. W dniu zaprzysiężenia prezydenta rozpoczął się kolejny etap i zmienił się charakter odpowiedzialności. Emocje kampanii ustąpiły miejsca pracy instytucji, a tempo kampanii zostało zastąpione rytmem nowocześnie prowadzonej propaństwowej polityki.

Idealnie wpisuje się w ten proces hasło zwycięskiej kampanii „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”, które nie było jedynie sloganem wyborczym, wygasającym dzień po głosowaniu. To kierunek dla codziennego rządzenia prezydenckiej administracji i filtr dla decyzji. Hasło to oznacza, że w centrum polityki stawiana jest przez prezydenta podmiotowość zwykłych Polaków, a nie ekscytacja salonów czy pozorna nowoczesność.

Od mobilizacji do odpowiedzialności

Praca prezydenckiego zaplecza po wygranej kampanii zmieniła się z logiki politycznej mobilizacji na logikę odpowiedzialności za państwo, które chroni swoich obywateli i daje im perspektywę rozwoju, tak jak to było obiecywane w czasie kampanii. Każdy, kto rozumie logikę politycznej odpowiedzialności za słowo dane w wyborczym czasie, zrozumie także decyzje podejmowane przez prezydenta Karola Nawrockiego.

Dziś polityczne emocje i hasła z czasu kampanii wyborczej są przekuwane w polityczne decyzje, których skutki są odczuwane już nie na poziomie debaty przedwyborczej, lecz w codziennym życiu Polaków, w miejscach oddalonych od ogólnopolskich centrów opiniotwórczych. W tym sensie hasło „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”, które jak mówił w noworocznym orędziu prezydent, nie jest zdaniem, lecz zadaniem, zobowiązuje całe prezydenckie zaplecze do wyjątkowej dyscypliny. Każda wypowiedź, każde rozstrzygnięcie i każda decyzja muszą być oceniane przez pryzmat wpływu na codzienność zwykłych Polaków. Tak jak w kampanii sztab nie skupiał się na tym, jak kolejne postulaty i propozycje zostaną zinterpretowane przez zaproszonych do mediów i komentujących z perspektywy warszawskich studiów telewizyjnych czy radiowych ekspertów, tylko konsekwentnie szukał kanałów bezpośredniego dotarcia do Polaków, tak dziś nie są ważne salonowe interpretacje prezydenckich decyzji, tylko ich wpływ na codzienne życie obywateli.

Rola politycznego zaplecza decyzyjnego

Rządowa i prezydencka administracja często są przez polityków rozumiane jako świat procedur i zaplecze techniczne. Rozmawiając z różnymi decydentami, wielokrotnie słyszałem, że muszą spytać swoje zaplecze, czy coś jest realne do wykonania przez administrację, czy też nie. W rzeczywistości to w dużej mierze na tym poziomie rozstrzyga się, czy państwo zachowuje kontakt z rzeczywistością, czy zaczyna funkcjonować w zamkniętym obiegu swojego politycznego zaplecza, a także czy uzależnia się od elit medialnych i eksperckich. Dobrze działająca administracja musi znać kierunki polityczne państwa i powinna umieć odróżnić rzeczywiste problemy obywateli od tematów, które istnieją głównie w przestrzeni konferencji, raportów i medialnych debat. Cała Polska w ostatnim dniu zeszłego roku słyszała, jak premier Tusk na posiedzeniu sztabu kryzysowego opowiadał, że był przekonany, że film z zasypanego przez śnieg peronu w Mławie to fejk. Tylko uzależniony od partyjnych i salonowych elit lider jest w stanie ukazać taki sposób myślenia, będąc jednocześnie zadowolonym z retoryki, jaką zastosował.

Współczesna polityka coraz bardziej podporządkowana jest przez rządzących strategii propagandowej. Presja na natychmiastową reakcję jest mylona z odpowiedzialnością. W konsekwencji często prowadzi to do sytuacji, w której państwo reaguje na oczekiwania wąskiego grona politycznych elit, a nie na realne oczekiwania obywateli.

Z perspektywy działania instytucji i administracji państwa jest to jeden z największych problemów skutecznego rządzenia. Rządzący, którzy działają w rytmie reagowania na oczekiwania opiniotwórczych środowisk, zatracają zdolność rządzenia na miarę ich wyborczych sukcesów. Dlatego nie zostały spełnione obietnice, z jakimi szła do wyborów rządząca dziś Polską koalicja, i dlatego właśnie jest – w kontrze do tego – prowadzona przez prezydenta polityka decydowania, zamiast reagowania. Dlatego podejmowane są takie, a nie inne decyzje dotyczące prezydenckich wet, nominacji i kierunków prowadzonej polityki. To jest praktyczna realizacja zadania wynikającego z hasła: „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”.

Weto jako bezpiecznik złych rządów

Jednym z narzędzi, które czyni ten wybór dziś realnym, jest prezydenckie weto. Nie jest to gest politycznej konfrontacji, ale tarcza chroniąca interes Polaków przed złymi rozwiązaniami. Presja prezydenckich wet zresztą spełnia swoją rolę – wymusza poprawę jakości przygotowanego prawa. Już cztery zawetowane ustawy zostały przez rząd zmienione w taki sposób, że zostały podpisane przez prezydenta. Prawo weta to nie hamulec tylko bezpiecznik. Gdy rząd przynosi ustawy, które są złe, to prezydent musi reagować. Tak było m.in. z tzw. „ustawą łańcuchową”, gdzie jak wskazał prezydent, choć definiuje się ona jako krok cywilizacyjny w ochronie zwierząt i co do zasady jest zgodna z kierunkiem działań prezydenta, to w praktyce może generować wiele problemów społecznych, ekonomicznych, technicznych, prawnych oraz dotyczących egzekwowania prawa. Zapisy tej ustawy uderzały w zwykłe wiejskie gospodarstwa. To było prawo oderwane od rzeczywistości. Prezydent w związku z tym złożył swój projekt ustawy, który jest wolny od tych błędów, a jednocześnie prowadzi do oczekiwanej ochrony zwierząt.

Polityczna refleksja na nowy rok

Doświadczenia ostatnich dwóch lat rządów Donalda Tuska wskazują, że instytucje publiczne są sparaliżowane polityką karania urzędników za podejmowane decyzje oraz stopniową utratą kontaktu z rzeczywistością ze względu na obawę o reakcję salonów. Realne rządzenie zastępowane jest abstrakcyjnymi strategiami, przerostem języka nad działaniem oraz przekonaniem, że odpowiednio sformułowana narracja wystarczy, by rozwiązać rzeczywiste problemy. Symbolem takiej polityki jest ogłaszanie zmiany nazwy CPK bez jakiegokolwiek konkretu dotyczącego jego realizacji. Jeśli po dwóch latach w sprawie najważniejszego projektu infrastrukturalnego stać premiera głównie na to, żeby przedstawić nowe logo i nazwę, to jest to wyraz bankructwa sprawczości. Część ośrodków władzy obecnego rządu po prostu wegetuje w oczekiwaniu na jakąś zmianę władzy, gdyż są to ludzie już przekonani, że nie da się zreformować tego chorego układu. To wszystko prowadzi do państwa pozornie sprawnego, ale faktycznie nieskutecznego. Konsekwencje tych błędów przez długi czas będą niewidoczne dla rządzących, są jednak boleśnie odczuwane przez obywateli.

Początek roku jest dobrym momentem, by taką refleksję podjąć, ale nie jako gest symboliczny, lecz jako zobowiązanie do odbudowy państwa, które znów będzie skutecznie działać na rzecz zwykłych Polaków. To wielkie wyzwanie, przed którym stoi administracja prezydencka, ale także Prawo i Sprawiedliwość – największa partia opozycyjna wobec rządu Donalda Tuska. To także duże wyzwanie dla wielu środowisk patriotycznych, które włączyły się w kampanię i poparły Karola Nawrockiego. Tylko praca u podstaw, wsłuchanie się w głos Polaków i jedność dadzą sukces w kolejnym etapie na drodze do Polski normalnej i ambitnej. Takiej, jaką wskazali Polacy 1 czerwca 2025 r., wybierając Karola Nawrockiego na Prezydenta RP.

Antoni LIBERA

Komu potrzebna jest Polska?

Prezydent Karol Nawrocki zaprasza wybitnych intelektualistów, ludzi kultury, artystów i naukowców do rezydencji w Klarysewie do pogłębionych dyskusji pod wspólnym hasłem „Rozmowy polskie”. Do pierwszej z nich Antoni LIBERA wygłosił wystąpienie otwierające

Antoni LIBERA

Pisarz, tłumacz, reżyser teatralny i krytyk literacki. Jeden z najwybitniejszych znawców twórczości Samuela Becketta. Zrealizował ponad trzydzieści spektakli. Tłumacz m.in. Williama Szekspira, Oscara Wilde’a oraz Sofoklesa. Kawaler Orderu Orła Białego, laureat Nagrody im. Lecha Kaczyńskiego

Rozmowy polskie u Prezydenta RP

Gdyby postawić przewodnie pytanie naszego konwersatorium jakiejkolwiek wspólnocie w dalekiej przeszłości – na przykład zapytać starożytnych Greków, komu potrzebna była Grecja, albo starożytnych Rzymian, komu potrzebny był Rzym, nie mówiąc o dziesiątkach innych narodów w późniejszych epokach – sądzę, że wzbudziłoby ono zdziwienie jako pytanie tak proste, że aż niezrozumiałe. Ponieważ odpowiedź na nie jest najzupełniej oczywista, a mianowicie: że państwo, założone i uformowane przez daną wspólnotę, potrzebne jest przede wszystkim jej samej, tejże wspólnocie – jej członkom, rodzinom, wszystkim, którzy do niej przynależą lub się z nią identyfikują. Przedstawiciel owych dawnych wspólnot (ale i wielu dzisiejszych) odpowiadałby na tak zadane pytanie, jak odpowiada się dziecku, które dopiero uczy się świata i pojęć: zbiorowości organizują się w narody i państwa, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo w złowrogim, drapieżnym świecie i w miarę dostatnio żyć. Jest to forma instynktu samozachowawczego na poziomie ponadindywidualnym i przejaw zbiorowej woli przetrwania.

Przy okazji warto dodać, że nie zawsze się to udaje. Istniały liczne plemiona, prenarody, które nie zdołały wybić się na państwowość albo szybko ją utraciły, przez co rozpłynęły się w obcym żywiole i nie pozostawiły po sobie śladu. Powstaje więc w tym momencie kolejne pytanie: dlaczego w ogóle o to pytamy? Dlaczego za temat pierwszej z planowanych debat wokół kluczowych spraw bieżącej historii i polityki została obrana tak właśnie sformułowana kwestia?

Otóż rozpoznaję co najmniej trzy powody tego wyboru. Pierwszym z nich – najogólniejszym, pełniącym rolę tła – jest zawrotna kariera idei globalizmu, powstałej mniej więcej w latach 60. ubiegłego stulecia, kiedy to kanadyjski filozof i teoretyk komunikacji Marshall McLuhan w swojej książce Galaktyka Gutenberga wprowadził termin „globalna wioska” (stało się to już w roku 1962). Idea ta, traktowana z początku z pewnym dystansem jako pomysł rodem z literatury science fiction, a w każdym razie z dziedziny futurologii, urosła na znaczeniu w latach 80., aż w ostatniej dekadzie XX wieku – wskutek rozwoju internetu oraz korporacji ponadnarodowych – zatryumfowała, stając się tyleż słowem kluczem opisującym nowy porządek świata, co ideologią lub kierunkiem politycznym promującym integrację ponad granicami.

Jaki przekaz niesie idea globalizmu? Jako pojęcie z pozoru opisowe głosi ona, że świat wchodzi oto po raz pierwszy w historii w fazę scalenia i symbiozy, a zamieszkujące go ludy, przy całej różnorodności etnicznej, religijnej i kulturowej, stają się z wolna Ziemianami zamiast odrębnymi nacjami. Modną inicjatywą stały się na przykład konkursy na projekt flagi Ziemi jako symbolu tożsamości i odrębności rodzaju ludzkiego w kosmosie. Pod tym wzniosłym i optymistycznym znaczeniem kryją się jednak treści całkiem inne – nazwijmy je: realpolityczne. Chodzi o to, że świat, zanim osiągnie stan ostatecznej jedności i stanie się siedzibą rodu ludzkiego jako jednej, wielkiej rodziny, musi przejść jeszcze fazę pośrednią, a mianowicie przyjąć postać kilku centrów, które koordynowałyby ów proces, czyli przysposabiałyby skupione wokół siebie wspólnoty do funkcjonowania w nowych warunkach współistnienia. Centra te to oczywiście największe potęgi cywilizacyjne i militarne, takie jak Stany Zjednoczone, Chiny, państwa islamu pod przywództwem Arabii Saudyjskiej, Europa Zachodnia i w jakiejś mierze Rosja. Nie mówi się wprawdzie, na czym owo przysposabianie pomniejszych narodów do ostatecznej unifikacji miałoby polegać, można się jednak tego domyślić. A podstawy do tego daje nasza już ponad 20-letnia przynależność do Unii Europejskiej, która pełni właśnie taką rolę lub przynajmniej do niej pretenduje.

I tu przechodzę do drugiego powodu, z jakiego wiadome pytanie znalazło się dzisiaj na wokandzie. Jest nim już nie abstrakcyjna – i utopijna oczywiście – wizja scalenia i ujednolicenia globu ziemskiego, lecz najzupełniej faktyczna ewolucja organizacji, jaką jest Unia Europejska jako jeden z wymienionych wyżej globalnych ośrodków integracji.

Unia Europejska powstała, jak wiadomo, blisko 75 lat temu, pod hasłem, by zapobiec kolejnym wojnom i aby zamiast się zwalczać, tworzyć warunki wspólnego rozwoju i dobrobytu. I przez co najmniej cztery dekady, do końca lat 80., przeżywała okres świetności. Był to złoty wiek jej rozwoju i spektakularnych osiągnięć gospodarczo-cywilizacyjnych.

Warto podkreślić, że sukces ten, zwany cudem gospodarczym, ówczesna Unia zawdzięczała w jakiejś mierze żelaznej kurtynie, to znaczy temu, co się za nią działo. Chodzi mi o absurdalną ekonomię, wyniszczającą państwa podbite przez Rosję Sowiecką, oraz o system represji, drastycznie zniewalający obywateli. Złowrogi obraz życia w komunie stanowił dla Zachodu memento i skutecznie chronił ustrój oparty na własności prywatnej i wolnym rynku przed fermentem i rewoltą. Mimo rozpowszechnionych tam postaw i ruchów lewicowych straszak komunizmu był na tyle silny, że dyscyplinował tyleż „postępowców”, co „konserwatystów”, tak że żyli w miarę zgodnie i mogli wspólnymi siłami pomnażać majątek.

Z biegiem czasu w obliczu rozmaitych kryzysów i zmian Unia zaczęła się rozszerzać,