Halandża. Opowiadania modernistów węgierskich - Opracowanie zbiorowe - ebook

Halandża. Opowiadania modernistów węgierskich ebook

Opracowanie zbiorowe

0,0

Opis

Przedstawiamy tom arcyciekawych węgierskich opowiadań, w wyborze i przekładzie Elżbiety Cygielskiej, Anny Góreckiej oraz Julii Wolin.
Modernizm na Węgrzech to przede wszystkim ukazujące się w latach 1908-1941 czasopismo "Nyugat" (Zachód). Z nim związani są autorzy antologii "Halandża". Wybrana piętnastka pisarzy, wśród których jest kilku prozaików, mających już po polsku swoje tomy, jak Dezső Kosztolányi, Gyula Krúdy czy Géza Csáth, na początku ubiegłego wieku przestawiła zwrotnicę literatury węgierskiej i do dziś stanowi źródło inspiracji oraz punkt odniesienia dla kolejnych pokoleń - o czym pisze w posłowiu Elżbieta Cygielska. Niemal każdy z przedstawicieli tego środowiska już za życia był postacią legendarną, a przewodził mu genialny poeta Endre Ady. Antologia po raz pierwszy w Polsce prezentuje go jako nowelistę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 681

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Jelen mű kiadása a Petőfi Literary Fund (www.plf.hu) magyar irodalmat népszerűsítő célkitűzése szerinti együttműködés keretén belül valósult meg.

Książkę opublikowano w ramach współpracy z Fundacją Literacką Petőfiego (www.plf.hu) promującą literaturę węgierską.

Pocałunek Rozálii Mihályi Endre Adyego oraz Melancholia, Eskimos, Halandża, U cioci, Bogaty człowiek płacze, Wielbiciel Frigyesa Karinthyego po raz pierwszy po polsku ukazały się na łamach „Literatury na Świecie” w numerze 7–8–9/2002; Oko Trivulzia, Tammuz, Wieczerza rycerza Taddeusza, Krew ptaka aleriona Viktora Cholnokyego oraz Muzyka niewidzialnego młota i Niebiańska droga Prikka László Cholnokyego – w numerze 11–12/2011.

Projekt obwoluty, okładki i stron tytułowych

Frycz i Wicha

Na okładce i obwolucie wykorzystano fragmenty fotografii: Endre Ady i Mihály Babits czytający Biblię, Budapeszt 1917. Fot. Aladár Székely; Margit Kaffka, Budapeszt 1914. Fot. Olga Máté. Dzięki uprzejmości Muzeum Literatury Petőfiego w Budapeszcie

Redaktor prowadzący

Kamil Piwowarski

Opracowanie redakcyjne

Elżbieta Cygielska i Anna Górecka

Korekta

Maciej Korbasiński, Maria Kaniewska,

Renata Kuk, Małgorzata Denys

Księgarnia internetowa www.piw.pl

Polub PIW na Facebooku!

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022

© Copyright for the Polish translation by Elżbieta Cygielska, Anna Górecka, Julia Wolin

Wydanie pierwsze, Warszawa 2022

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01 e-mail: [email protected]

ISBN 978-83-8196-497-5

ENDRE ADY

w przekładzie Elżbiety Cygielskiej

Endre Ady (1877–1919)

Urodził się w Érmindszent (dziś Ady Endre w Rumunii) w zubożałej kalwińskiej rodzinie szlacheckiej. Uczęszczał do gimnazjów w Nagykároly (dziś Carei) i Zilah (dziś Zalău). Studiował prawo w Debreczynie, ale studia porzucił. Trzeci tom jego wierszy Új versek (1906, Nowe wiersze) zawierał pełne ekspresji, nowoczesne liryki, zwiastujące przemianę węgierskiej dykcji poetyckiej w duchu symbolizmu i secesji. Zadedykował go Adél Brüll, swojej kochance i muzie. To z nią po raz pierwszy wyjechał do Paryża, który w latach 1904–1911 odwiedził siedmiokrotnie, pełniąc też funkcję paryskiego korespondenta prasy węgierskiej. Kolejne tomy wierszy ugruntowały pozycję Adyego jako innowatora języka poetyckiego oraz radykalnego kontestatora węgierskiej rzeczywistości. Dominującymi motywami były: fatalna miłość, mistyka śmierci, potęga pieniądza, spór z Bogiem, mesjańska misja artysty i rewolucja, która miała przeorać „madziarski ugór”. W późnych zbiorach pojawia się temat wojny i przemijania: A halottakélén (1918, Na czele umarłych), Az utolsó hajók (1923, Ostatnie okręty). Pod koniec życia schorowany poeta znalazł spokój u boku młodej żony, Berty Bonczy, adresatki prostych liryków miłosnych. Był też utalentowanym prozaikiem, autorem pięciu tomów nowel: Sápadt emberek és történetek (1907, Bladzi ludzie i historie), Új csapáson (1909, Na nowej ścieżce), Így is történhetik (1910, Tak też może się zdarzyć), A tízmilliós Kleopátra és egyéb történetek (1910, Kleopatra za dziesięć milionów i inne historie), Muskétás tanár úr (1913, Pan nauczyciel Muskétás). Opublikował ponad dwa tysiące tekstów publicystycznych, świadczących o nonkonformizmie i pasji polemicznej. Zmarł w Budapeszcie.

CZERWONE CHMURY

Drogi Panie Doktorze, niech mnie Pan nie wysyła do Maria Grün czy Margitliget. Sam Pan widzi: nie przychodzę do Pana na wizytę, lecz piszę list. Ja już nie chcę być zdrowym człowiekiem, po diabła mi to. Nawiasem mówiąc, wcale nie czuję się chory, to nie choroba, tylko bezprzykładna komitywa z życiem. Ja już zawsze będę żył, w minutę przeżywając więcej niż legiony tępych filistrów przez całe pokolenia. Co prawda tyle życia to trochę za wiele dla takiego wrażliwca jak ja. Lecz niech się Pan o mnie nie martwi, Drogi Doktorze. Znam takie miejsce, bardzo kuszące, urokliwe i ukryte, przez które nocą przejeżdża pociąg pośpieszny. W końcu człowieka z wyrafinowanym umysłem stać na to, żeby w stosownej chwili położył głowę na szynach. To wielce krzepiąca perspektywa dla kogoś, kto zdecydowanie zaczyna mieć dość życia.

Nie będę opisywał Panu objawów, bo żadnych nowych objawów nie mam. Od trzech dni wstyd mi, że chciałem zdać się na lekarzy. Lekarze potrafią czasem wyleczyć wrzód czy zaopatrzyć ranę. Potrafią wpłynąć sugestią na system nerwowy mniej skomplikowany niż ich własny. Ale cóż mogą począć z tymi, którzy są całkowicie wolni? Którzy czują życie, odkąd życie istnieje, i nie boją się wyciągać wniosków ani ponosić konsekwencji? Cóż mogą, cóż potrafią z nimi począć, Drogi Doktorze?

Jest Pan fanatykiem swojej profesji, zapewne podda Pan mój list analizie, będzie tropił w nim przejawy patologii. Niech Pan to zrobi, Drogi Doktorze, jeśli to Pana bawi. Taki zdrowy, jakim Pan chciałby mnie uczynić, nie będę, bo nie mogę. A może też nie chcę, żeby Pan mnie cudotwórczo uzdrowił, nawet gdyby Pan mógł. W końcu ani Pan, ani nikt inny ze współczesnych nie może o sobie powiedzieć, że jest wszechwiedzący. Czyżby Panowie znali całą paletę ludzkich możliwości?

Ja wiem, że nie. Wiem również, że dla Panów, reprezentantów Ich skromnej dziedziny wiedzy, będę kimś w rodzaju człowieka zagadki.

Mówiłem już i powtórzę: pokonałem czas. Bez opium czy innych środków wywołujących delirium żyję, kiedy chcę, i tyle, ile chcę.

Pozwoli Pan, że coś Panu opowiem? Żeby Pana nieco zmartwić, albo może rozerwać, Drogi Doktorze.

Wie Pan, że pomieszkuję w hotelach, a mój tryb życia niezupełnie odpowiada przyjętym normom. Dzisiaj chciałem sobie uciąć krótką drzemkę w ciągu dnia. W dużym hotelu panował zgiełk, przez okno zaglądała wiosna. Najpierw zauważyłem, jak w moim kierunku płyną czerwone chmury, i wybuchnąłem płaczem. Płakałem, bo nauczyciel był wobec mnie grubiański. A ja czułem, że niesłusznie, potrafiłem bowiem cofnąć się do czasów przedszkolnych, kiedy wszyscy byli dla mnie mili. Ale minął rok, gorzko-słodki rok sztubaka. Przyniósł mi wiele nowych doznań. W końcu nawet ów nauczyciel mnie polubił. Lata płynęły i oto idę do gimnazjum prowadzonego przez zakonników. Nowy świat, nowe święte zdarzenia: miasto. Interesują mnie już dziewczyny: Ottilia i inne, a wszystkie dla mnie okrutne. Na studia jadę do innego miasta. Z rok czy dwa ze zgrozą przyglądam się sobie, swojej duszy. Jakaż to rogata i jaka nienasycona dusza. Dokąd i jak długo będzie tak cwałować? Każdy mój dzień jest pełen wydarzeń, na każde najmniejsze drgnienie życia moje serce potężnie rezonuje. Żyję intensywnie, zachłannie, bo chcę żyć, czerpać z życia garściami. Nie omijają mnie katastrofy. Bo sam ich nie omijam. Czasem podnieca mnie sława. Walczę o nią, a kiedy już ją mam, zbaczam z drogi. I dalej biegnę, wiem, że na mnie czekają. Nie obchodzi mnie, kim są, ale wychodzę im naprzeciw.

Fantastycznie podnieca mnie podróż. Wielkie miasta i egzotyczne pejzaże pozostawiają we mnie żywe ślady, których strzegę niczym relikwii. Mając trzydzieści lat, uciekam z paszczy śmierci. Nie jest to moja pierwsza ucieczka. Oglądam pokiereszowanych ludzi. Nasz pociąg uległ potwornej katastrofie. Dlaczego i ja nie leżę tam martwy? Dowiem się po paru dniach. Znów muszę cierpieć przez kobietę, tę, którą kochałem najbardziej ze wszystkich.

I już przyszła jesień. Z przymrozkami, oszroniła mi duszę. Całymi dniami stoję przed lustrem i nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Włosy mi siwieją? Moje lśniące, kasztanowe włosy?

Lecz jednak kobiety nadal przewijały się przez moje życie. Widzę je wszystkie. O każdej mogę powiedzieć, w czym jej pocałunek był lepszy od pocałunków pozostałych. Dostałem od losu, niezasłużenie, pogodną starość. Spojrzałem wstecz, aż po horyzont. Nie widziałem niczego, co byłoby pożyteczne, sama marność. Ale jakże piękna potrafi być taka marność nad marnościami. Zresztą mam w tym swój udział, i to niebagatelny.

Swojej śmierci nie pamiętam. Przyszedł André, boy hotelowy. Coś krzyknął i znów ujrzałem czerwone chmury. Były w hotelu, zmierzały ku innemu szczęściarzowi, który właśnie spał.

Spojrzałem na zegarek. Ta drzemka nie trwała nawet pół godziny. Wystarczyło mi dwadzieścia pięć minut na jedno bogate życie. Pan, Drogi Doktorze, uważa, że to za mało? Każdy cios i każdą pieszczotę odczuwałem tak, jak nikt ich nie odczuwa. Są we mnie miliardy egzystencji, życie pomnożone przez nieskończoność. Barwne, gęste, wspaniałe. A Pan, Drogi Doktorze, chciałby dla mnie odzyskać kawałek trzeźwego, zwykłego życia. Bo to byłoby zdrowe życie. Czy ja naprawdę potrzebuję tego kawałka? Nawet gdyby Pan potrafił go dla mnie odzyskać? Nie potrzebuję go. Proszę mi wybaczyć, Doktorze, ale nie będę Pańskim pacjentem. Żyję, a jakże, pełnią życia. Jak nikt inny. I nie pozwolę kuglarzom wykastrować swojego systemu nerwowego z tego, co w nim wyjątkowe, wybitne. Zresztą nie wierzę w ich wiedzę lekarską. Gdyby to jednak była prawdziwa wiedza, to niniejszym zabraniam Panu składać mnie, podnosić z martwych, jeśli pociąg po mnie przejedzie.

[1906]

Błękitny sen

W Monachium, spokojnym, cichym mieście, pięciu ludzi odkryło kiedyś wyspę błękitnego snu. U brzegów Izary są takie cudowne wyspy. Pławią się w piwie i dziecięcej beztrosce. Myślę, że żyje na nich wielu duchowych robinsonów.

Tych pięciu ludzi zetknął ze sobą tajemniczy figiel losu. Pochodzili zresztą z tej samej ziemskiej dziedziny. Rekrutowali się ze skażonych przedstawicieli gatunku ludzkiego, których na ogół nazywamy artystami. Jeden z nich malował, inny tylko marzył. Ktoś może nawet pisał, a wszyscy lubili muzykę.

Myślę, że pora już zdradzić ważną rzecz: dwie osoby z tej piątki były kobietami. Jedna, do której zwyczaj nakazuje zwracać się per pani, miała męża i może nawet kochanka. Męża wszak porzuciła i przyrzekła sobie, że miłości również poniecha. Odtąd wszystkie marzenia zamierzała przelewać na płótno, podniecały ją kolory.

Druga była panną. Niewinną i nieśmiałą, a zarazem krewną tej pierwszej. Ta dziewczyna, wciąż dziewica, uciekła przed miłością, której nie znała, a która budziła w niej lęk.

Pod adresem satyrów: uwierzcie, że istnieją takie kobiety. Delikatne kwiaty, które – gdyby było ich więcej – czyniłyby ziemię piękniejszą i bardziej wonną.

Mężczyźni byli chyba chorzy na nerwy. Wszyscy trzej młodzi, ale z tych, co mieli już prawo osiąść na wyspie snu. Popłynęli więc ku niej – tutaj, w Monachium. Chcieli się ukryć przed życiem, i pewnie również przed kobietami. Z premedytacją rozbudzili w sobie artystę, by móc się obejść bez miłości. To stary i nieskuteczny sposób samoobrony, stosowany przez co słabszych i bardziej uczuciowych mężczyzn. Skoro więc mężczyźni uciekali przed kobietami, a kobiety przed mężczyznami, to musieli się spotkać. Nie sposób uciec z pola miłosnej bitwy, żeby nie natknąć się na drugą płeć.

Na wyspie błękitnego snu panowało szczęście. Każdy każdemu okazywał szczerą czułość. Nigdy jeszcze żarłoczny demon pocałunku nie zapadł w równie głęboki letarg, jak pośród owej piątki.

Wiosna tych ludzi zbliżyła: aż do zmierzchu błądzili razem po brzegu Izary albo po wielkim angielskim parku. Latem wspólnie wędrowali w poszukiwaniu ochłody. Jesienią na zmianę pijali ze sobą herbatę i dzielili się najświętszym, najsubtelniejszym smutkiem, płynącym z bólu istnienia, bo dla niektórych taki smutek to prawdziwa słodycz późnym jesiennym popołudniem.

Kochali się i wzajemnie wspierali w swoich, często smętnych, dywagacjach na temat sztuki. Z góry wiedzieli, jaką cichą melodię dobyć z pianina, jeśli któreś z nich westchnie. Wyspa błękitnego snu była cudowną oazą. I bezpieczną, bo monachijska dusza, nieskora do gwałtownych wylewów, nie zagraża nawet najdziwniejszym sennym wyspom.

Kobieta dysponująca większym doświadczeniem była najbardziej błękitna spośród pięciu osób zamieszkujących błękitną wyspę. Emanowały z niej, urodziwej kapłanki jakiejś nowej, dziewiczej romantyczności, czystość i duchowość. Och, prawdziwie czyści potrafią być tylko ci, którzy zakosztowali już grzechu.

Brutalność miłosnych żądz i pocałunków omijała więc z daleka wyspę tych pięciorga kochających się niczym postaci z żywego obrazu czy rzeźby. Kochali się, podobnie jak kochali nowego rodzaju muzykę, tę białą ciszę, to tajemnicze milczenie, wiosnę czy smutek jesieni.

Żadne z nich nie wybierało się nigdzie, nie zamierzało opuścić błękitnych okolic Izary, czuli, że sama myśl o wyjeździe zatopiłaby ich wyspę snu. Czuli też, że przyjdzie im tutaj doczekać końca, który wcale nie będzie smutny. W piątkę wezmą się za ręce, coś zaśpiewają i błękitna wyspa cicho zatonie wraz z nimi.

Trudno powiedzieć, jak długo by tam razem żyli. Bo choć byli dziwnymi, to jednak prawdziwymi ludźmi. Już dawno, bardzo dawno pogrzebali mit, że życie to burze i pocałunki. A niby z jakiego innego powodu uciekliby do spokojnego Monachium? Jeśli nie strawi mnie gorączka, sam też kiedyś poszukam tam schronienia. Żeby u schyłku mych dni całowała mnie cisza.

Lecz nie zdążę już znaleźć wyspy błękitnego snu. Ani śladów tej piątki. Pełen żalu, w pośpiechu, opowiem tylko, co się wydarzyło.

Pewnego dnia o zmierzchu ta bardziej doświadczona i bardziej pulchna kobieta siedziała z jednym z młodzieńców sam na sam w jego pokoju. Musiała być pora roztopów. Bo tylko w dawnych czasach i tylko ludzie cieszący się dawnym zdrowiem potrafili ostudzić swoją krew i poczekać do maja. Dziś już pod koniec zimy ulegają zdradliwym pokusom.

Kobieta i mężczyzna milczeli. Nie zapalili światła, nie widzieli nawzajem swoich twarzy. Nachylili więc ku sobie głowy. Może zamierzali sobie coś powiedzieć. I w gęstniejącym mroku ich twarze się zetknęły. Nie pragnęli, nie chcieli tego pocałunku, lecz ich wargi zapłonęły ogniem. Bo znali już smak całowania i jak my wszyscy ulegli przeszłości, ta zawsze ma nad nami władzę.

Wystraszeni pomyśleli, że za oknem zerwała się burza. Kobieta cicho krzyknęła i podbiegła do lampy, żeby ją zapalić.

Wtedy weszła ta druga kobieta wraz z dwoma młodzieńcami. Na pewno niczego nie widzieli, a jednak twarze ich dziwnie paliły. Stał się cud: oni również doświadczyli tego lekkomyślnego, przypadkowego pocałunku. Nastrój zrobił się niepokojący i smutny. Na ich wargach ożyła przeszłość, a uśpiona krew zaczęła się burzyć. Przez cały wieczór mężczyźni zerkali łakomie na usta kobiet, a kobiety z lękiem zamykały oczy.

W spokojnym, cichym Monachium, u brzegu błękitnej Izary, nad wyspą błękitnego snu zawisły niespotykane tu burzowe chmury. Wichura poszarpała wysepkę, jakby ta była delikatną koronką. Pewnej nocy jeden mężczyzna uciekł z jedną z kobiet. Dwóch pozostałych stoczyło walkę o drugą kobietę. Ona zaś, subtelna, niestworzona do całowania, umknęła im. Lecz naznaczona już fatum, ulegnie trzeciemu mężczyźnie, kiedy spotka go na swojej drodze.

Wyspę błękitnego snu unicestwił jeden pocałunek. Na brzegu Izary, w spokojnym, cichym Monachium, daremnie będę szukał tej wyspy, a jednak pojadę tam, pojadę na pewno.

[1906]

Na kocią łapę z Maryją

Ksiądz István otrzymał plebanię, szukał więc gospodyni. Natknął się na Gizellę, którą właśnie wygnał kochanek. István i Gizella szybko się dogadali. I w ten sposób Gizella trafiła do wsi. Na plebanię, miejsce bądź co bądź święte.

István był bogobojnym człowiekiem, gdy najmował Gizellę, rzekł do niej:

– W każdym pokoju wisi u mnie wizerunek Maryi. Ja nie jestem z tych wyzwolonych księży, Gizello, ja cię będę nazywał Maria.

Ksiądz István zwracał się więc do Gizelli per Maria, nawet gdy zapraszał ją do łożnicy.

We wsi uznano, że jak na kuzynkę Gizella jest niczego sobie. Pierwszy zaczął plotkować garbaty dzwonnik. Choć nie podejrzewał, że Gizella to Gizella.

Potem już pikantne plotki zataczały szerokie kręgi. Ludzie gadali, że ksiądz István bardziej miłuje tę Marię od Marii prawdziwej. Różne rzeczy gadali, jak to na wsi. A plebania miała się świetnie, rosnące przy niej bzy kwitły jak szalone i nawet zimą panowały tam radość i pogoda. Tylko ksiądz István, mimo że młody, chodził czasem smutny.

Księdzu Istvánowi pisany był stan kapłański. Nie jego wina, że miał nadmiar męskiego wigoru. Miał też powołanie, i kiedy chciał, potrafił zapomnieć, że jest grzesznym człowiekiem.

Czas płynął, Gizella-Maria mieszkała na plebanii i wodziła księdza Istvána za nos. Plebania przynosiła duży dochód. Z poduszczenia Gizelli ksiądz urządzał hulanki. Z odległych wsi przybywali na nie amatorzy hucznej zabawy. Wizerunki Maryi nie spadały ze ścian, choć ze zgorszenia powinny. Pewnie dlatego nie spadały, że ksiądz István po każdym bezeceństwie pościł, modlił się i odprawiał pokutę.

W miarę upływu czasu ksiądz István potrzebował jednak coraz więcej wiary i powołania. Prześladowały go wspomnienia żarliwych nocy w seminarium. Często przypominał sobie, do jakiego bogobojnego życia się wtedy zobowiązywał, jakie śluby składał. Dziewicze, niespokojne wizje wciąż wracały. Przybierały postać znaków zapytania i do znudzenia pytały Istvána, czego ta Gizella-Maria tu szuka.

Ksiądz István płakał wtedy i odpowiadał wizjom. Głośno, jakby stał przed sędzią niebieskim:

– Chciałem zadbać o zbawienie tej kobiety. Bo z pewnością zostałaby potępiona. Wziąłem ją za rękę, by sprowadzić na właściwą drogę. Ta Gizella to już nie jest Gizella. W jej niebieskich oczach widać żal za grzechy i chęć poprawy. Przy mnie żyje zgodnie z boskimi przykazaniami, w piątek zawsze jadamy rybę. Kościół jest pod bokiem i Maria, która była Gizellą, uczestniczy w każdej mszy świętej. Możliwe, że ta niewiasta bywa ciut za wesoła, ale wesołość podoba się Bogu. Ja też jestem tylko człowiekiem: skromnym sługą Pańskim. U mnie we wsi nawet najczystsze dziewczyny się nie kąpią.

W taki sposób István zwykł przemawiać w swojej obronie.

Gizelli-Marii bardzo spodobała się wieś z jej szczególnymi, odwiecznymi obyczajami. Była biedną dziewczyną z miasta, która dla kiecki i chleba musiała pomyśleć o miłości już wtedy, kiedy kochać się jeszcze nie lubiła. Ledwie podrosła, żyła w rozmaitych nieprawych związkach. A tutaj, proszę, jest panią. Z pewną wyższością może sobie ścierać kurz z obrazów Maryi. W kościele dumny sopran Gizelli niesie się pod niebiosa. Czasem ma nawet poczucie, że zbawienie tej wsi spoczywa na jej białych barkach. Ona i ksiądz István sprawują pieczę nad biednym miejscowym ludem.

István jednak, zaznaczmy to jeszcze raz: był słabym człowiekiem, z predylekcją do świętości. Kobieca dominacja zaczęła go przytłaczać, doskwierać mu. Toteż łatwo ulegał pokusie i oddawał się nocnym, smętnym pijatykom. Gdy zamroczony siedział ze zwieszoną głową i błyskał tonsurą, potrafił sobie wyobrazić cudne rzeczy, w końcu życie święte to nic innego jak triumf wyobraźni.

Ksiądz István chciał widzieć w Gizelli-Marii świętą. Łaknął tego całą duszą. Dla wewnętrznego spokoju potrzebował jakiegoś wielkiego, świętego złudzenia. Już choćby z tego względu, że temperament Gizellę wręcz rozpierał. Nawet w tej cichej wiosce. Gdy tylko pojawiali się na horyzoncie urodziwi, szarmanccy mężczyźni, ta płocha kobieta podejmowała z nimi grę miłosną.

Tego samego dnia, kiedy ksiądz István pierwszy raz powziął podejrzenie, że jego pani może go zdradzić, Gizellę-Marię spotkało wielkie wyróżnienie. Przy porannej kawie ksiądz István przymknął oczy, prawicą pogłaskał Gizellę-Marię po jedwabistych włosach i powiedział:

– Zaśpiewaj mi, moja Mario, jakąś pieśń maryjną.

Maria zaśpiewała, a István poczuł, że w jego domu mieszka Maryja, we własnej osobie.

Ksiądz István obstalował w mieście u malarza konterfekty Gizelli. Na obrazach tych Gizella składa ręce do modlitwy, szeroko otwiera rozmodlone niebieskie oczy i pogrąża się w kontemplacji. Portrety te trafiły na ściany, obok portretów Maryi. Były piękniejsze niż tamte. Tylko że jakaś niecnota, jakaś filuterność wyzierała z tych dużych niebieskich oczu. A i ręce robiły wrażenie, że potrafią raczej obejmować, niż służyć modlitewnemu skupieniu.

Mniejsza o to: ksiądz István zyskał spokój. W Marii nie widział Magdaleny, czyli Gizelli. Widział w niej wcielenie kobiety, którą w seminarium wolno się było zajmować.

Gizellę-Marię krótko bawił ten zaszczyt. Hulanki i swawole niebawem znów się zaczęły. Widocznie Gizella-Maria szukała mężczyzny.

Jeśli kobieta szuka mężczyzny, znajdzie go nawet w krainie Amazonek. Pewnego razu wezwano księdza Istvána, żeby odprawił pogrzeb. Gdzieś hen, za siódmą rzeką, we wsi, która też należała do jego parafii. Wrócił nocą, niespodziewanie. Nawet się specjalnie nie zdziwił temu, co zobaczył. Nie wołał za mężczyzną, który wyskoczył przez okno. Pozwolił mu uciec, zniknąć w krzakach bzu.

Ksiądz István wszedł do domu. Kazał Gizelli-Marii spakować manatki, po czym wziął kobietę za rękę i wyprowadził w noc. Na ganku puścił rękę Gizelli, westchnął i powiedział:

– Niech cię Bóg błogosławi, Mario.

Gizella mogła sobie iść w siną dal, toteż poszła. Jej portrety na ścianach jednak zostały i tylko przez kilka dni były odwrócone.

Ksiądz István zaczął się starzeć w bojaźni bożej i świętości. Ludzie go szanowali. Biskup stawiał za wzór młodym klerykom, István zaś dzielił swoją duszę pomiędzy dwie Marie. Co dzień modlił się przed ich wizerunkami. Czasem te Marie mu się myliły. Postać dziewicy i postać ladacznicy. Bywało, że ksiądz István cierpiał, prześladowała go wizja ognia piekielnego. Bo nie raz, oj, nie raz czuł, że bardziej kocha Gizellę-Marię niż tę drugą.

Lecz gdzież już wtedy podziewała się Gizella? Kędy wędrowała Maria ladacznica?...

[1906]

Trzech mężów Johanny

Wieś z obawą czekała na zimę, kiedy mąż zostawił Johannę. Padał śnieg, gdy do nękanej mrozem wsi przyszedł list. List powiadamiał Johannę, że jej mąż popłynął okrętem do Ameryki. Niech Maryja Dziewica ma w opiece Johannę, przecież mąż Johanny też jest cieślą. Cieśla Péter uciekł, bo serce mu się krajało. Wyjechał, bo i tak nie zdołałby zarobić na chleb dla Johanny i syna.

Wieś marzła, więc trudno, żeby zdobyła się na ciepłe uczucia. Johanna wraz z synkiem poszli w zawieję śnieżną do księdza. Ksiądz dodał im otuchy, zapewnił, że Bóg nad nimi czuwa, i nawet wyciął chłopcu kawał, udając, że rozgniata mu na głowie brzoskwinię. Nocą Johanna własnym ciałem ogrzewała syna, bo zabrakło gałęzi, z tych akacji, co to je wycięli. Nazajutrz przeprowadzili się do majątku Botosa. Czekało ich tam dużo ciepła i serdeczności, bogaty Botos od dawna bowiem pożądał urodziwej Johanny.

Ten bezbożny postępek poruszył wieś. Ludzie na chwilę zapomnieli, że głodują i trzęsą się z zimna. Wielu ze świętym oburzeniem mówiło:

– To dlatego Bóg doświadcza dziś ludzi. Johanna ma twarz niczym Madonna na świętym obrazku, a jednak zeszła się z obcym, jak tylko męża w domu zabrakło. Biedny cieśla na pewno myśli o żonie w tej Ameryce. A ta zabawia się z Botosem, bogaczem.

Ksiądz też wezwał do siebie Johannę. Przemówił do niej namaszczonym tonem:

– Johanno, córko moja, jesteś katoliczką. A ten grzesznik, któremu uległaś, to kalwin, heretyk. Już choćby z tego względu popełniłaś grzech, grzech ciężki, Johanno.

Johanna się rozpłakała. Po jej pięknej twarzy płynęły łzy.

– Inaczej mój syn umarłby z głodu. Ostatniej nocy strasznieśmy marzli. Musiałam to zrobić, dla syna. Niech już raczej moja dusza zostanie potępiona. Raczej, raczej...

Ksiądz znowu zbeształ Johannę, a ta znowu zapłakała. Bo miała skłonność do płaczu, mimo że jej piękna, jasna, subtelna twarz stworzona była do tego, by gościł na niej uśmiech.

Kiedy Johanna wróciła do domu, jej nowy mąż, zażywny, bogaty Botos, zagadał do niej:

– Po co się smucisz, Johanno? Twój ksiądz cię postraszył? Osioł z tego księdza. Postępujesz przecież roztropnie i szlachetnie. Jeśli ja jutro wyciągnę nogi, to nie zostaniesz bez wsparcia. Jest ktoś, twój ślubny, kto zapewni małemu byt.

Jednak duszę Johanny zatruło już księże gadanie. Nastała wiosna, a jej nic się po nocach nie śniło. Modliła się ciągle do Najświętszej Panienki i do wszystkich świętych. Błagała ich głośno, by wzięli ją w obronę, mówiła, że też by wolała, aby jej nowy mąż był chrześcijaninem, człowiekiem wierzącym. Ale wtedy ziąb panował straszliwy, a ślubny uciekł tak nagle.

Sny, które potem zaczęły ją nawiedzać, były ciężkie, ponure.

A ponieważ zbliżało się lato, kiedy życie jest lżejsze, łaskawsze, Johanna wróciła na stare śmieci, do nędznej chaty. Nie żeby tego chciała, nie dla wesela, po prostu sny ją przymusiły. Widziała w nich diabły, młodych mężczyzn ziejących ogniem i krzyczących do niej:

– Będziemy cię smażyć w piekle na podwójnym stosie, Johanno. Boś niewierna, zdradziłaś męża i oddałaś się heretykowi.

Cieśla Péter zaczął nagle słać listy do domu. W Ameryce dobrze mu się wiedzie. Słyszał, że i Johanna ma opiekuna. Niech więc będzie szczęśliwa i uważa na syna, ich wspólnego syna. Cieśli Pétera niebiosa też nie opuściły. Trafiła mu się tam dobra kobieta. Wprawdzie nie katoliczka, ale gładka i miła niewiasta. Ameryka to wielki kraj, w Ameryce człowiek samotny bardziej marznie niż u siebie w wiosce.

Do wsi tymczasem zawitała jesień, zwiastując zimę. Był to bardzo smutny zwiastun. (Widzisz, Johanno, głupia kobieta z ciebie, głupszej ze świecą szukać. Latem też nie wzięłaś się do roboty. Płakałaś, chodziłaś do kościoła. Co z tobą będzie, Johanno?)

Johanna wszak nie myślała o tym, że w zimowe noce będzie marzła, a jej syn z głodu będzie ssał palec. Johanna myślała o piekle, na które zasłużyła, grzesząc ciężko, i o miłości, której zaczęła pragnąć.

Z nastaniem zimy listy od cieśli Pétera przestały przychodzić. Johanna jednak czuła, że cieśla wciąż jest jej mężem. Po mszy, przed kościołem ksiądz też wciąż powtarzał:

– Musisz odpokutować, Johanno, bardzo bowiem zgrzeszyłaś. Péter, dopóki żyje, będzie twoim mężem.

Johanna czuła, że jej mężem jest również ten drugi mężczyzna. Ten, który ją i jej syna uchronił przed mrozem i przez którego straciła szansę na zbawienie.

Zimowe wichury nie miały respektu dla smutnego, dziewiczego wdowieństwa Johanny. Zima zresztą nie studzi krwi. Johanna cierpiała naraz dwa głody. Głód pocałunku i głód chleba. W jej izbie ogień nie płonął, ale w jej sercu tak. Delikatne ciało Johanny kąsały na przemian zimno i gorąco.

Z majątku Botosa co i raz dochodziły wieści:

– Johanno, czekam na ciebie, tęsknię i miłuję.

Johanna modliła się, dzięki modlitwie poczuła się wzmocniona. Odpowiedziała więc:

– Dość było grzechu. Będę smażyć się w piekle. Chociaż zrobiłam to wtedy dla syna.

W duchu natomiast dodała, że jej drugi mąż to człowiek u schyłku życia. Nie jego pocałunków pragnęła, o nie.

Pewnej okrutnie zimnej nocy Johanna poczuła we śnie gorąc. Sen mówił, że zdarzy się cud.

Rankiem zjawiła się swatka. Johanna spodobała się komuś, i to bardzo. Ten ktoś jest młody. Właśnie zmarła mu żona. To zamożny, przystojny mężczyzna z sąsiedniej wsi, gdzie i ludzie są lepsi. Johanna musiała go widywać.

Johanna domyśliła się, kto przysłał swatkę. Z bólem pomyślała o swoich dwóch mężach. Następnie o potępieniu. Lecz jej dwa głody były silniejsze. Przeżegnała się i z niepokojem spytała:

– A jakiego wyznania jest ów człowiek?

– Katolickiego, to chrześcijanin.

Nazajutrz wczesnym rankiem Johanna wraz z synem ruszyła do sąsiedniej wsi. Przez białe, zaśnieżone pola. I stawiła się u trzeciego męża. Płakała, bo płacz zawsze dobrze jej robił. Wzięła nowego mężczyznę za rękę i znowu było jak na świętym obrazku. Przez łzy, wzruszona powiedziała:

– Jesteś przecie chrześcijaninem, katolikiem, prawda? Pan Bóg na pewno mi wybaczy, skoro sam tego chce.

[1906]

Grób siostry Beáty

Zmierzchało się, kiedy wciskałem dwa liry w rękę brata Settimia. O tej porze nie wolno już wchodzić na cmentarz. Lecz franciszkanie sprawują pieczę nad ogrodem cmentarnym i zawsze znajdzie się jakiś posąg Maryi, na który zbierają datki. Brat Settimio włożył do kieszeni wytartą srebrną monetę i ruszył razem ze mną między groby. Nie był to cmentarz równie słynny i wspaniały, co wiele innych włoskich cmentarzy. Mnie też przyciągnęła tu raczej jego osobliwość: spoczywają na nim wyłącznie księża oraz zakonnice. I paru mecenasów miejscowego kościoła, starych bigotów. A zatem głównie słudzy Boży, którym ta wysepka użycza ciemnozielonej, żałobnej gościny. Oblewa ją niebieskie morze, kradnąc z niej po kawałku, a czasem z daleka przypływają tu barki ze świętymi zwłokami.

Szliśmy o zmierzchu po białych alejkach, mając nad głową ciemne korony drzew. Brat Settimio pokazywał mi po kolei miejsca spoczynku patriarchów, biskupów, przeorów, przeorysz. Przy niektórych grobach ze wzruszeniem informował, że tego, kto tu leży, zamierzają właśnie beatyfikować. Już się obawiałem, że za chwilę wszystko pochłonie mrok, gdy nagle wzeszedł księżyc. W jego białej poświacie krążyliśmy więc z bratem Settimiem, dopóki nie spotkaliśmy brata Lorenza.

Brat Lorenzo siedział na jednym z grobów, księżyc świecił prosto na jego łysinę. Lorenzo zauważył nas i dał jakiś znak bratu Settimiowi. Ten spuścił głowę, na pożegnanie rzucił: „Niech będzie pochwalony”, i oddalił się chyłkiem. Brat Lorenzo wstał z grobu i podszedł do mnie. Był wysokim, szczupłym, młodym kapłanem. Jego twarz wydała mi się udręczona przez emocje. Ruszył przodem, mówiąc cicho:

– Ja pana oprowadzę. I tak nie wychodzę stąd przed północą. Księżyc świeci, jest jasno, jak w dzień. Brat Settimio nie zna cmentarza równie dobrze co ja.

Szedłem więc śladem brata Lorenza. Cmentarz w poświacie księżyca był majestatyczny. Tu i ówdzie zaglądało morze. Panowała cisza, wielka cisza. Dużo białego marmuru. Dużo czarnozielonych drzew. I przemożny czar śmierci.

Brat Lorenzo mówił ściszonym głosem, lecz nie były to objaśnienia, jakie można usłyszeć od przewodnika. Zapiekły gniew, tłumiona udręka, bezmierny ból kryły się w tej opowieści, płynącej wartkim strumieniem:

– Mieszkam tu już osiem lat. Kiedy żywi przywożą skądś zmarłych, chowam się. Bo cóż wspólnego mam z żywymi? Zaprzyjaźniłem się za to z grobami. Niech mi pan wierzy, że i one mnie rozpoznają. Czasem opieram na którymś głowę i rozmawiamy. Bez słów, a i oczy zamykam.

– Bratu nie wolno się stąd oddalać?

– Teraz już wolno. Ale pod rządami dawnego przeora pięć lat byłem niewolnikiem. Poddawano mnie ciężkim próbom, bo podejrzewano o skłonność do rozpusty. Pościłem i harowałem od rana do wieczora. Nocami wszak mogłem się tutaj schronić.

Brat Lorenzo prowadził mnie od grobu do grobu i zawsze były to groby kobiet. Wyznał, że lubi żeńskie groby. A i rozmawiać tylko z nimi potrafi.

– Ta tutaj to niejaka panna Corzaccio. Jej matka jest księżną. Ród Corzaccio należy do darczyńców naszego kościoła. Przywieźli ją tutaj, gdy miała osiemnaście lat, to znaczy jej zwłoki. Umarła na Sycylii, w żeńskim klasztorze. Jeszcze nie była zakonnicą. Kochała kogoś. Swego ojczyma, jak mówiono. Matka oddała ją do klasztoru, gdzie córka niebawem zmarła. Przybyliśmy tu w tym samym czasie. Mija właśnie osiem lat.

Na nagrobku ujrzałem marmurowy konterfekt dziewczyny. Wyniośle piękna, chora, naznaczona niezaspokojoną żądzą twarz. Tej nieboszczki brat Lorenzo nie lubi.

– Rozmawiałem z nią. Wciąż kocha ojczyma. To nie była zacna dusza. A nie lubię jej, bośmy tu razem przybyli.

Z niepokojem spojrzałem na zakonnika. Co to za dziwak, jakie rzeczy wygaduje. Cała sytuacja jak z opowieści o czarach. Księżyc, który oślepia. Osobliwy cmentarz z osobliwymi nieboszczykami. Długie cienie. Morze, podglądające człowieka. Głucha cisza. I ten szalony ksiądz, który emabluje kobiety rozpadające się w proch, bo w imię Jezusa Chrystusa i świętego Franciszka zabroniono mu dostępu do żywych.

Brat Lorenzo prowadził mnie dalej i dalej, do innych kobiecych grobów. Jego rudawy habit zdawał się czasem płonąć w księżycowej poświacie. Znał wszystkie nieboszczki. Pewnie na każdym grobie szeptał miłosne zaklęcia. Wolał te dawno zmarłe. Znał historię każdej z nich. Raz chłodno, a raz z podnieceniem opowiadał mi o nich. Aż zmęczony, zdyszany, zaprowadził mnie do pewnego wysokiego, zadbanego grobu.

– Ten zostawiłem na koniec: to grób siostry Beáty. Pewnie widział pan na dziedzińcu przepiękny posąg kobiety, to ona. Dziewiętnaście lat temu stworzył go pewien artysta, rzeźbił z modela. Wtedy już siostra Beáta spoczywała tu od czterdziestu lat. To najpiękniejsza, najczystsza dziewczyna, jaka kiedykolwiek stąpała po ziemi. Na tym cmentarzu co dwadzieścia lat odkrywa się groby. Czterdzieści lat temu po raz pierwszy wykopano siostrę Beátę. I wszyscy padli na kolana w obliczu cudu. Była nietknięta, jakby spała. W swojej dwudziestej wiośnie, piękna i młoda. Dziewiętnaście lat temu znowu ją wykopano. Była chyba jeszcze piękniejsza i jeszcze świeższa. Wtedy usypano ten wysoki kopiec i postawiono na nim duży kamienny krzyż. Słyszałem o tym od starszych braci, którzy ją widzieli. Ja jeszcze jej nie widziałem. Ale zobaczę. Za rok mija kolejne dwadzieścia lat. Znowu wykopią siostrę Beátę. I ją zobaczę.

Głośno szlochając, brat Lorenzo rzucił się na grób. Pędem pobiegłem do głównej alei, w kierunku kaplicy i bramy. Nie mogłem się doczekać, aż pokorny brat Settimio otworzy mi ją. Długo prześladował mnie obraz kościoła franciszkanów i ich osobliwego cmentarza.

[1906]

Próbna noc poślubna panny Almy

(Historię panny Almy opowiem pokrótce, bo mam już na karku bezduszny świt. Naprzeciwko mnie siedzi pewien stary nikczemnik, który wie, że muszę składać opowieści dla gazety. Ponagla mnie, karci. I choć całe życie grzeszył wobec siebie, ma czelność mówić mi takie rzeczy:

– Marnie skończysz, pisząc po nocach, bo noce wysysają ci mózg. Połóż się grzecznie o dziewiątej wieczorem, a rano zrób, co masz zrobić, napisz ten wiersz czy nowelę. Poranek jest dobrym, łaskawym panem, poranek jest łagodnym towarzyszem. A o kim chcesz pisać, o niejakiej pannie Almie, co to niby naprawdę istniała? Odłóż to na rano i spróbuj się wyspać.

Nie posłuchałem jednak starego nikczemnika. O Almie nie sposób pisać w dzień, kiedy człowiek jest wypoczęty, bo Alma to nocna kobieta. Nie w tym sensie nocna, w jakim rozumie to asfaltowy umysł mieszkańca Budapesztu. Alma jest kobietą nocy, bo tylko noc ma równie piękne sekrety, cudowne niepokoje, subtelne, melancholijne pomysły. A teraz do rzeczy, do panny Almy, z miłością otwórzmy serce na tę historię).

Na folwarku Árpáda jesienią, w październiku ludzie wcześnie kładą się do snu i długo śpią. Panna Alma też się położyła, lecz tylko po to, żeby zaraz wstać. Ledwie minęła północ, psy nie szczekały, folwark spał. Noc była jasna, bardzo jasna, chociaż bezksiężycowa; panna Alma, nie bacząc na nic, wymknęła się z pogrążonego we śnie domu z werandą, należącego do rządcy. Pokasływała, przechodziły ją dreszcze, dygotała z zimna, bo mgła tej nocy była niczym szron. Nawiasem mówiąc, dobrze, że księżyc nie świecił. Niech lepiej nie świeci, kiedy siedemnastoletnie, blade, piękne, rozmarzone dziewczyny opuszczają alkowę. Panna Alma miała na sobie lekką, białą sukienkę, a w sercu ciężkie, czerwone sny. Szła i szła wiejską drogą, przy której rosły akacje, a przystanęła dopiero przy szerokim gościńcu, który biegł koło folwarku Árpáda, łącząc dwa miasta. Bezustannie jeździły nim na targ chłopskie furmanki, pańskie powozy i miejskie fiakry. W fiakrach nie zawsze siedzieli handlarze, czasem siedział tam ktoś inny. Pańskie powozy i fiakry, mknąc w nieznane, często skłaniały pannę Almę do marzeń. Rzadko bywała w mieście, a na folwarku nie widywała takich mężczyzn, jakich czasem udało się jej zobaczyć w tych mknących powozach.

Panna Alma dotarła do gościńca i usiadła przy rowie. Była jasna noc, mimo że księżyc nie świecił, toteż panna Alma, skulona na skraju drogi, wyglądała jak bałwanek, który jakimś cudem ocalał z minionej zimy. Wiedziała i nie wiedziała, że na kogoś czeka, że ktoś się zjawi. Przejechała obok niej turkocząca furmanka, woźnica spał, potem przeszły dwa woły pędzone do miasta, potem świnie i stado gęsi. „No, no, dlaczego się spóźnia?” – zżymała się w duchu panna Alma. I nagle usłyszała turkot powozu, który po chwili zatrzymał się przy niej. Wysiadł z niego ktoś, kto może niezupełnie spełniał oczekiwania panny Almy, ale był zgrabny, wysoki, młody, miał jasną cerę, czarną bródkę i takież wąsy.

– Skąd się tu wzięła ta mała, biała dziewczynka? Skąd jesteś i co tu robisz, panienko, pośród tej okropnej zimnej nocy?

Panna Alma przygryzła zsiniałe wargi, bo poprzysięgła sobie, że będzie dzielna.

– Po pierwsze – powiedziała niemal z gniewem, przez łzy – noc wcale nie jest okropna. Jestem córką rządcy, z folwarku Árpáda, jutro wieczorem odbędą się moje zaręczyny. Narzeczony jest notariuszem w sąsiedniej wsi, lecz ja na pana czekałam, proszę pana. Noc jeszcze długa, niech mnie pan przewiezie powozem.

Mężczyzna, smutny i zmęczony, podniósł pannę Almę, posadził w powozie i okrył pledem. W milczeniu ruszyli, by okrążyć folwark. Po pięciu minutach panna Alma się rozpłakała i jak szczeniak zaczęła skomleć:

– Niech pan pocałuje mnie w rękę, w obie ręce, gorąco, namiętnie, niech mnie pan pocałuje.

Mężczyzna jeszcze bardziej posmutniał, jego oczy patrzyły jak dwa chore księżyce zza chmur. Ucałował obie dłonie panny Almy, lecz nie były to gorące pocałunki. Na tym poprzestał, a kiedy zaczynało świtać, powiedział:

– Wysiadamy, odprowadzę panienkę do domu, mała, słodka niespodzianko. Już i tak jestem spóźniony, został mi tylko jeden dzień, żeby zajrzeć do wsi, z której dawno, bardzo dawno temu wyfrunąłem. A potem wyjadę – daleko, daleko stąd, wrócę do wielkiego, szalonego świata, gdzie nie ma takich strasznych dziewczynek jak panna.

I zanim nastał świt, panna Alma znowu leżała w łóżku. A wieczorem, po tym, jak cały dzień chodziła z zaciśniętymi ustami, w obliczu poważnego aktu zaręczyn rzuciła się na kanapę z krzykiem:

– Nie trzeba mi, nie trzeba mężczyzny, nigdy w życiu nie będzie mi potrzebny!

Musiały upłynąć trzy lata, w ciągu których faszerowano ją pigułkami z żelazem, nim udało się zmusić pannę Almę, żeby wyszła za mąż za żupana.

[1907]

Éva, ta ostatnia

Przed Wielkim Czwartkiem przygotowywali nas do umocnienia w wierze i do pierwszej Wieczerzy Pańskiej. Dużo śpiewaliśmy. Uczyliśmy się ze słynnego heidelberskiego katechizmu, czytaliśmy Biblię i wkuwaliśmy modlitwy. W kwestii wzmacniania ducha szło nam kiepsko, lecz jeśli chodzi o ciało, to jako krzepcy, beztroscy czternasto-, piętnastolatkowie czuliśmy moc, mój Boże, jaką moc. My, chłopcy wychowywani w wierze Kalwina, prawie wszyscy pochodziliśmy ze wsi, siłą rzeczy nie można więc było uznać nas za czarusiów. Byliśmy świętoszkowaci, tchórzliwi, niedbali, na pewno również szpetni, mieliśmy brudne sny, jak to na progu dojrzewania. Ale dziewczynki w podobnym wieku, uczennice szkoły wydziałowej, rozkwitały, robiły się kobiece, ładniejszych od tamtej pory nie widziałem.

Uczył je inny pastor niż nas i w innym miejscu, ale po południu spotykaliśmy się w ogrodzie przykościelnym. Kwitły bzy, gimnazjaliści w przeddzień konfirmacji i uczennice wydziałówki zwyczajowo poznawali się wtedy bliżej. I dzisiaj pewnie tak jest, tu i ówdzie. Przed Wielkim Czwartkiem również w chłopcach ze wsi po raz pierwszy budzi się uwodziciel: cudny widok. Nosiliśmy okropne krawaty, chodziliśmy w niedzielnych ubraniach, paliliśmy papierosy, kłamaliśmy sobie nawzajem, że pocałunki to dla nas nie pierwszyzna. Lecz w konfrontacji z dziewczynami mieliśmy już mniej pewności siebie i albo jąkaliśmy się, albo pozwalaliśmy sobie na bezczelne odzywki. Podbojów na koncie mieliśmy mało, dziewczyny były harde, na twarzach niektórych malowała się już tajemnicza, chmurna kobieca wyniosłość. Pamiętam, że ze trzech, czterech z nas, bardziej swawolnych czy, jak kto woli, nieobyczajnych, omal nie przypłaciło życiem tego zdrożnego zbliżenia z dziewczynami.

Ja najchętniej całowałbym się z Izą Parvy, niebezpiecznie dużo o tym fantazjowałem. W końcu zbuntowany, zmęczony, zgnębiony ruszyłem do ogrodu przy kościele, żeby znaleźć tę ostatnią. Postanowiłem, że zrobię coś takiego, co wprawi Izę w osłupienie, i albo mnie znienawidzi, albo zapłacze się na śmierć. Ta ostatnia, niejaka Éva Kovács, zawsze trzymała się na uboczu. Była wysoką, bladą, smutną dziewczyną, ładną, a dziś już wiem, że ładniejszą niż inne. Wszyscy słyszeliśmy o jej hańbie i z okrucieństwem, do jakiego zdolne są tylko dzieci, nienawidziliśmy jej. Hańba Évy była natury miłosnej, lecz jakimś cudem nawet w naszych fantazjach to plugastwo się nie pojawiało, nasza wyobraźnia pozostawała dziewicza. Fuj, na pewną dwunastoletnią dziewczynkę napadł w ogrodzie brudny dziki Wołoch, parobek, zbir. Doszło do tego przed trzema laty, całe miasto wiedziało, pobiegli z Évą do lekarza, potem długo leżała. Wołocha schwytali, zamknęli. Ale jak to możliwe, że Éva nie umarła ze wstydu? W szkole dziewczynki, które przed takim losem uchroniono, bały się nawet dotknąć jej odzienia. Powtarzały jak podłą mantrę: gdyby to był chociaż chłopiec z dobrego domu, i chichotały. Zresztą o sprawie Évy zawsze mówiły bez cienia współczucia. Éva natomiast, jakby z własnej woli nie rozmawiała z innymi, przechadzała się w milczeniu, dumna królewna. Była jasnowłosą, smutną męczennicą i zaciskała usta, jakby czegoś nawet za cenę życia nie chciała powiedzieć.

No więc ja, niegodziwy szczeniak, z powodu Izy Parvy poszedłem do Évy Kovács.

Byłem śmielszy niż z innymi dziewczynami, bo przecież takiej dziewczyny to ja się nie boję, prawda. Przez dwa dni się starałem, na próżno:

– Czego chcesz, idź sobie, daj mi spokój.

I jeszcze mocniej zaciskała wąskie, delikatne wargi. Siedziała na ławce, czytała katechizm i tylko czasem spoglądała na mnie, ale tak ironicznie, że miałem ochotę ją udusić. Wszyscy już o nas wiedzieli, chłopcy, dziewczyny mijali nas ze śmiechem. Najczęściej i najgłośniej śmiała się Iza Parvy: miałem satysfakcję.

Trzeciego dnia zastałem biedną Évę łagodniejszą, lecz jeszcze bledszą. Ponieważ wyraziłem wielki żal z powodu tego, co się stało, ponieważ sama z siebie zaczęła mówić, mówiła rzeczy takie piękne i takie smutne, że miałem ochotę całować ją po rękach. Nie wszystko zrozumiałem, lecz już nie poszedłem do niej, żeby mi wytłumaczyła. Iza Parvy tymczasem odpuściła mi winy i znowu pozwoliła sobie towarzyszyć.

Coś, co jeszcze wiem o Évie Kovács, wiąże się z pewnym głośnym zdarzeniem. Chłopcy i dziewczynki stali, czekając na przyjęcie chleba i wina z okazji Wieczerzy Pańskiej. Kolejność zależała od oceny z zachowania i wyników w nauce. Spośród dziewcząt Éva powinna być pierwsza, ale koleżanki powiedziały, że nie będą piły z kielicha po Évie. Éva dowiedziała się o tym dopiero w Wielki Czwartek, kiedy ustawiono ją na końcu kolejki. Rozpłakała się, ale chleb, który symbolizuje udręczone ciało Pana Jezusa, zjadła. Kiedy jednak pastor podał jej wreszcie kielich, po wszystkich, ostatniej, zaczęła krzyczeć. Cisnęła kielichem o ziemię, i wino – symbol krwi świętej, wylanej przez Pana Jezusa za każdego grzesznika – ochlapało nas. Dużo mówiono wtedy o tym strasznym zdarzeniu, i może wciąż się mówi. Rodzina Kovácsów zaraz się gdzieś wyprowadziła, a ja, ech, nie wiem, co wyrosło z Évy, tej ostatniej.

[1907]

Pocałunek Rozálii Mihályi(Z opowieści pewnego sędziwego dziennikarza)

(Na nagrobku widnieją słowa: „Tu leży Rozália Mihályi, żyła 26 lat, niech odpoczywa w pokoju”. „Pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze”1.

Rozália Mihályi – niech jej ziemia lekką będzie – za życia grała ogony w teatrze. Włosy farbowała na rudo, jak się właśnie dowiaduję, a usta miała naturalnie czerwone. Śmiała się, acz niechętnie, i tylko dlatego, że członkowie komisji teatralnej lubili wesołe chórzystki. Była córką luterańskiego pastora, który wyparł się ojcostwa. Śmierć napawała ją przerażeniem jedynie z tego względu, że nie mogłaby już zagrać Mam’zelle Nitouche. Przez pięć lat dyrektorzy, reżyserzy, członkowie komisji teatralnej i żurnaliści obiecywali jej tę rolę. Kosztowała ją więcej pocałunków aniżeli miłość, pieniądze i toalety razem wzięte, a jednak umarła, biedaczka, nie doczekawszy, aż spełni się jej wielkie marzenie. Zapłakiwała się z tego powodu na łożu śmierci, w salce szpitalnej. Poza tym nic, co miało związek z tą śmiercią, jej nie gnębiło, była przecież lekkomyślną dziewczyną. W Aradzie? W Koszycach? Nie zdradzę, gdzie leży i od jak dawna. Nigdy jej nie widziałem, ale żadna kobieta nie miała większego wpływu na moje życie. To krótka historia, lecz mroczna i głęboka niczym zwodnicza otchłań górskiego jeziora. A prawdziwą jej bohaterką jest Rozália Mihályi, już razem z Chrystusem, bo to o wiele lepsze).

*

Bodaj już ósmy raz prosiłem Marcellę Kun o pocałunek i żeby skłamała, że mnie kocha. Miałaby z tego niewątpliwą korzyść, jest bowiem młodą adeptką, co marzy o karierze primadonny, a ja pisuję krytyki teatralne.

Marcella Kun była dziewczyną o kruczoczarnych włosach, bardzo rozsądną, nie żadną tam pierwszą naiwną. A ja chyba nie budziłem w niej odrazy. Może nie przeżyłaby w moich ramionach uniesień, lecz żeby martwić się na zapas? Miałem się wówczas za wyjątkowo przystojnego młodego człowieka i nie kryłem, że w miłości jestem szalony. Oczekiwałem więc, że ta, na którą padnie mój wybór, zwariuje ze szczęścia, zatraci się w ekstazie. No i będzie się tym chełpić przed światem. Słusznie obawiała się tego Marcella Kun, która ze wszystkich przygód miłosnych, i na przekór nim, wyszła, ocalając nieskazitelną biel swojej porcelanowej cery. Czasem opowiadałem jej, jak mi się śni, i zapewniałem, że to ją uważam za istotę najbardziej godną pożądania ze wszystkiego, co istnieje na świecie, że ukazuje mi się we śnie jako poduszka, miejsce, gdzie warto i chce się odpocząć, gdzie człowiek chętnie spocząłby na wieki.

Bała się mnie Marcella Kun, mogłem więc przychodzić do hotelu, w którym mieszkała, kiedy chciałem. Nawet wówczas, gdy za pomocą rozmaitych grzebieni akurat ujarzmiała swoje dzikie, czarne, sztywne włosy. Po jakimś czasie miałem już prawo podnosić do ust te ciemne, ciężkie sploty, które wydawały się kpić z jej wiotkiej postury. Kiedy jednak odurzała mnie bliskość szyi, ramion, bliskość kruchego ciała Marcelli Kun, ta zaraz studziła moje zapały:

– Miałby pan przyjemność, gdyby rzucił mnie pan do swoich stóp, sponiewierał moje ciało i duszę, a ja patrzyłabym na pana jak na potwora? Potrzebny panu taki łatwy triumf, taka miłość bez miłości, no, niech pan sam powie?

Drżałem i płakałem w takich chwilach, płakałem głównie dlatego, że jestem słaby, że osioł ze mnie. Z taką kobietą inaczej trzeba się obchodzić, ale ja nie chciałem widzieć w niej takiej kobiety, tylko inną, lepszą, uległą mi, oszalałą na moim punkcie. Jej oczy, oczy czarnowłosej Marcelli Kun były niebieskie, zimne i bezduszne. Były to złe niebieskie oczy. Oczy, które jeszcze nigdy nie omdlały z miłości.

Czekajcie tylko, wy złe, niebieskie oczy, już ja wam pokażę! Zapłacicie mi za to, że muszę żebrać, abyście dla mnie płonęły. Zawziąłem się. Dość tej komedii, nie jestem Marcellą Kun w męskim wydaniu. Nie po to nauczyłem się miłości, żeby sprawdzić, co to takiego, ale żeby jej używać, żeby się w niej spalać, jak należy. A Marcelli Kun pewnego dnia powiedziałem:

– Marci – tak ją zdrobniale nazywałem – jutro po południu żadnych gości. Tylko ja będę miał prawo panią odwiedzić, tylko ja przyjdę do pani jutro po południu.

Wielkie przymiarki do skoku, długie zbieranie się na odwagę – to dobre dla ludzi o końskim zdrowiu. Moja odwaga i koncentracja kosztowały mnie przeklętą, zarwaną noc. Nazajutrz byłem, rzecz jasna, jak z krzyża zdjęty i po południu zapukałem do Marcelli Kun jedynie po to, żeby dotrzymać słowa. Dziewczyna chyba płakała, jej złe, niebieskie oczy, tak bardzo niebieskie, że prawie czarne, były zamglone i wilgotne. Kiedy otworzyłem drzwi, wzdrygnęła się, nie wstała i – czułem to – nienawidziła mnie w owej chwili. Miałem ochotę wziąć na kolana to małe biało-czarne, głupiutkie stworzenie i kołysać łagodnie, jak niemowlę. Nucić jej rzewnym głosem, aż uśnie, aż sam usnę, bo miałem kiepską noc. Chciałem jej zaśpiewać taką mniej więcej kołysankę: „Marci, mała Marci, nie całujmy się, komu to wyjdzie na dobre, jak się pocałujemy? Marci, mała Marci, położę cię na kanapie, przytulimy się do siebie, twarzą w twarz, jak dzieci, jak małe głuptasy, i osuszymy nawzajem swoje łzy. Marci, mała Marci, chciałbym dziś z tobą tylko płakać, ale to bardzo, ryczeć po prostu”.

Człowiek to jednak smętne zwierzę, czasem musi się kochać, nawet wbrew sobie. Usiadłem koło Marcelli Kun i z dziką, udawaną namiętnością wpiłem się w jej usta. W owej chwili przyszło jej do głowy tylko to, że dobrze jest do takiej ugryzionej wargi przyłożyć czystą, płócienną chusteczkę. Wstała z pewnym wysiłkiem, nie kryjąc smutku, a znalazłszy chusteczkę, wróciła na miejsce, ale tak, jakby brocząc krwią, szła na Golgotę. Rozpuściłem jej włosy, pozwoliła na to i tonem, jakim stare kobiety odmawiają różaniec, mówiła:

– Znam was, wiem, że na próżno tłumaczyłabym, płakała, sprzeciwiała się. W porządku. Mnie tego nie trzeba, mnie to nie bawi, boli jedynie, lecz wy już tacy jesteście. Ilekroć miałam do czynienia z mężczyzną, musiałam odpokutować, zwłaszcza w przypadku jednego. Nienawidziłam go, ale nie miałam wyjścia. To ten, co i na moim ciele dopuścił się zbrodni.

Słyszałem i nie słyszałem, co mówi, całowałem jej pantofelki. Człowiek to smętne zwierzę, potrafi się kochać, choć jeszcze przed chwilą tego nie pragnął. Potem spojrzałem na nią, poszukałem wzrokiem jej oczu i odniosłem wrażenie, że postradałem zmysły. Oczy Marcelli Kun zmieniły barwę: z niebieskiej na czarną, włosy miała rude, a usta czerwone, czerwieńsze niż krew. Była kimś innym, nie sobą, jakby na chwilę ktoś nas zaczarował.

*

(Dziś już wiem, że to Rozália Mihályi tam była i to ona odprawiła czary. Poznaję ją bezbłędnie z opisów zasłyszanych od osób, które ją znały, bardzo dobrze znały Rozálię Mihályi, kobietę, która wywarła wyjątkowy wpływ na moje życie).

*

Wielkiej przyjemności z przygody z Marcellą Kun nie miałem, a owego pocałunku wolałem nie pamiętać. Chociaż był to pierwszorzędny pocałunek, nawet dziś przyznaję, mam odwagę przyznać. Zarazem jednak taki, po którym chciało się płakać, smutny, a człowiekowi mojego pokroju pocałunki potrzebne są po to, by go wybawić od smutku. Ale poszedłem do niej, kiedy nasz pocałunek okazał się w mojej krwi niczym pełny po wręby kielich, który nagle się wylał. Moja krew zakwitła różami, były to wielkie, gniewne, ogniste róże miłości. Marcella Kun zwiesiła głowę, pocałowała mnie i powiedziała:

– Teraz już i tak wszystko jedno, sam tego chciałeś, a ja ci mówiłam.

*

(Niesamowite, ale wciąż to widzę, Marcella Kun znów przypominała Rozálię Mihályi, którą znam z opisu. Znowu kochaliśmy się, ale ja kochałem teraz nie ją, Marcellę Kun, lecz chimerę. Kochałem jakąś inną kobietę, rudowłosą, o wargach czerwonych, tryskających krwią, i o czarnych oczach. Chociaż była tam również ona, Marcella Kun, to jednak Rozália Mihályi grała pierwsze skrzypce. I jakby ktoś jeszcze był tam z nami, ktoś, kogo wszyscy troje nienawidziliśmy z całych sił).

*

Zapytałem Marcellę Kun, kim jest ten, o którym mówiła wówczas, kiedy jej rozsądnych słów nie pojął uparty kochanek.

– Występowałam wtedy w Győr, on był dziennikarzem – wyznała – i przyjacielem dyrektora. Powiedział, że muszę, bo inaczej każe mnie zwolnić i już nigdzie nie dostanę angażu.

Marcella Kun wymieniła nazwisko delikwenta, ja zaś, jak łatwo się domyślić, nie posiadałem się ze szczęścia. Jakiś nikt, kompletne zero, dla kogoś takiego pozostawić w mojej krwi pamiątkę po niecnej przygodzie miłosnej to była nobilitacja. Próbowałem nie brać sobie tego do serca, próbowałem skupić się na tym, że to po prostu osobliwa, intrygująca historia. Ale moje zdrowie, teraz już podupadłe jak u Hioba, stawało na przeszkodzie, burzyło się i śmiertelnie gniewało. Czyj pocałunek wkradł się między nas, pomiędzy mnie i Marcellę Kun, tak niecnie, podstępnie, fatalnie? Muszę tego kogoś odszukać, muszę go znaleźć, w grę wchodzą wielce tajemnicze wypadki. To ja się zbieram w sobie, po tylu podchodach i zabiegach wreszcie całuję, a finał jest taki, że poprzednik zatruwa mój pocałunek. Ten i kolejne. Marcella Kun nie kwapiła się, by razem ze mną lamentować, a nawet odczuwała coś w rodzaju satysfakcji. Na dodatek w owej chwili pożądałem tej kobiety tak bardzo, że mogliby mi przyprowadzić najponętniejsze dziewice Afrodyty, a i tak nie zwróciłbym na nie uwagi. Pożądałem i myślałem sobie – najlepiej będzie niegodziwie jej dokuczyć.

– No, moja cnotliwa panno, a może wiesz, gdzie teraz mieszka ten godny ciebie kawaler?

Nie była zaskoczona, nie wpadła w furię, podała mi adres.

*

Pójdę do niego, do tego nikczemnika, pomyślałem. W końcu czego człowiek ma pilnować, jak nie własnych pocałunków? Niech się dowiem, kto posłał go do Marcelli Kun, żeby Marcella Kun oznajmiła mi potem, że ma na koncie wielce ryzykowne pocałunki.

Coś niecoś już o nim wiedziałem: był dziennikarzem, Węgrem, peszteńczykiem, ignorantem, niegodziwcem i Żydem. Stawiał się, dopiero po paru siarczystych policzkach spotulniał.

– Znał pan Marcellę Kun. Od kogo pan do niej poszedłeś, ty chamie, kompletne zero, nikczemniku?

Bijąc się w piersi, pokornie wyznał mi wszystko i z miejsca podał nazwisko:

– Rózsika Mihályi.

– Rózsika Mihályi? – spytałem. – Rude włosy, czerwone usta, czarne oczy?

– Tak, tak, tak, kiedyś w Aradzie, przecież pan też jest mężczyzną, niech się pan nie gniewa.

– A więc Rozália Mihályi, chórzystka, tak? Bóg z panem, nieszczęsny człowieku.

Cóż, znałem już tę kobietę, widziałem ją, ilekroć trzymałem w objęciach inną. Rozália Mihályi. No to się policzymy, jak się spotkamy.

Szedłem ulicą miasta, gdzie ponoć miała mieszkać Rozália Mihályi. Pocałunek to w końcu ważna rzecz, najważniejsza, i skoro już człowiek niefortunnie całował, niech się przynajmniej dowie, z kim i za czyim pośrednictwem wszedł w to jakże bliskie, ponure, choć w pełni zasłużone pokrewieństwo.

Skłamałbym, gdybym zataił, że gdy prowadziłem owo najboleśniejsze w swoim życiu, prokuratorskie śledztwo, kochałem Marcellę Kun najbardziej. I nie ma nic do rzeczy fakt, że jej złe, niebieskie oczy stały się wtedy najpiękniejszymi, najłagodniejszymi oczami łani dla kogoś innego. Miałem wówczas swoje sprawy na głowie, musiałem odnaleźć Rózsikę Mihályi, czyli Rozálię. Bo człowiek to smętne zwierzę, w pocałunku nie zawsze dostaje to, czego szuka. Być może właśnie dlatego pocałunek jest taki pociągający – filozofowałem po drodze – tak czy siak, marna to pociecha.

*

(O dziwo, nawet w pociągu szczególnym zainteresowaniem darzyłem wtedy kobiety o rudych włosach, jaskrawoczerwonych ustach i czarnych oczach).

*

Nie zdradzę, czy pojechałem do Aradu, czy do Koszyc, ale pojechałem. Próbowałem zasięgnąć informacji o Rozálii Mihályi i zacząłem się sobie podobać w tej osobliwej roli: niczym gończy podążałem tropem pocałunku, co się wymykał jak żmija.

– Umarła, mamy teraz marzec, a więc umarła na początku lutego – powiedział stary kasjer w teatrze. Przy okazji zrobił do mnie oko i dodał, że w chórze nie brak kobiet, i to ładniejszych.

Poczułem się jak dziecko, które nie dostało obiecanej zabawki.

– Ale mnie chodzi o nią, tę rudowłosą, mnie jest potrzebna Rozália Mihályi.

Kasjer zawołał portiera, bo ten wiedział, w którym rzędzie, w którym rzędzie grobów leży Rozália. I żeby ulżyć memu sercu, szepnął mi do ucha:

– Dobra była z niej dziewczyna, ładna, tylko nieszczęśliwa, umarła, biedaczka, na bardzo brzydką chorobę.

*

(Nie sposób nadal szukać tej, która dała mi znak poprzez ów nieszczęsny pocałunek. Z Rozálią Mihályi nie mogę porozmawiać. Z Rozálii Mihályi nie mogę wydobyć zeznań. Mogę zrobić tylko jedno, uczynić ją muzą życia i całowania. Nie znałem jej dość dobrze, za to ona nieźle nabruździła mi w życiu. Kto wie zresztą, jak długo musiałbym szukać, by znaleźć tę, która przez Marcellę Kun przesłała mi smutną wiadomość o miłości? W nagrodę za moją samczą męskość. Nazajutrz, słonecznym przedpołudniem, zaniosłem na grób Rozálii Mihályi piękny wieniec. I wtedy przeczytałem: „Tu leży Rozália Mihályi, żyła 26 lat, niech odpoczywa w pokoju”. „Pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze”. Ba, na pewno lepsze, ale co mają zrobić ci, którzy nie mogą odejść? Żyją dalej, jak długo sił im starczy, z tym, na co umarła Rozália Mihályi. Rude włosy, czerwone, bardzo czerwone usta, czarne oczy. Póki życia, będę je widział, nie mogę ich nie widzieć. I będę całował, chociaż już wiem, że pocałunek to po prostu wiadomość, a człowiek czasem dostaje bardzo smutne wiadomości).

[1908]

Oczy Cirle

Jakby Turgieniew ją kiedyś wyśnił i tchnął w nią życie, a teraz zaczęła blaknąć, znikać, jak to sen. Biała i smutna rosyjska historia, bladolicy i smętny rosyjski wiersz. Nazywała się Sonia, lecz równie dobrze mogłaby się nazywać Tatiana, bo była taką Rosjanką, jaką tylko młoda Żydówka być potrafi. Przyjechała z matką, starszym bratem i piątką młodszego rodzeństwa, mówiła, że spod Odessy, mówiła, że widziała, jak zabijają jej ojca, był piątkowy wieczór, odmawiali modlitwę, gdy nagle dom się nad nimi zapalił.

Z pewnością tak było, bo niby dlaczego Sonia miałaby kłamać i skąd by się wziął wyraz przerażenia w jej oczach? Przerażenie w oczach Soni było bezmierne, czerwony kur, podstępni zabójcy, mord i ucieczka. Starszy brat, dryblas, dziki, szpetny Żyd, nie nazywał jej Sonia, tylko Cirle. Ponoć to stare żydowskie imię, i piękne: Cirle, Cirle, jakby ktoś struny harfy potrącał. Trafili do Paryża i tu Sonia zarabiała na chleb, cerując po domach znoszoną odzież. Mówiła tylko po rosyjsku i tym okropnym językiem słowiańskich Żydów, od którego okropniejszy jest jedynie mauretańsko-latyński język maltański.

Ale szybko nauczyła się francuskiego, bo czytała Tacyta i znała greckie aorysty. Sonia skończyła gimnazjum. W miasteczku, z którego uciekła, wszyscy tytułowali ją już panią, a właściwie panną doktor. Może zostałaby lekarzem, gdyby gubernator nie wydał ukazu: Żydówkom wolno przenosić się do dużych miast pod warunkiem, że zdecydują się tam na profesję kurtyzany. Sonia zwlekała, aż przyszedł ten piątkowy wieczór, i uciekli, lecz Sonia pamięta ojca. Pijani chłopi wydzierali się pod oknem, ojciec wyszedł, a potem już tylko stłumiony krzyk, jęk. Kryty strzechą dach płonął, oni wybiegli i w tej jasnej łunie ujrzała ojca. Leżał na podwórzu, na środku podwórza, głowę miał rozpłataną, ale oczy pozostały nietknięte.

Sonia, Cirle, w Paryżu wciąż widziała te oczy, gniewne, zastygłe w bólu oczy ojca. Sonia utrzymywała matkę, która była niewidoma, rodzeństwo, trochę grosza nawet odkładała. Pilnie uczyła się francuskiego i przeliczała pieniądze – czy ma ich już tyle, żeby zostać panną doktor. Tymczasem skończyła dwadzieścia cztery lata, jej kanciaste kształty wdzięcznie się zaokrągliły. Nauczyła się dbać o siebie, o swoją białą cerę, o wrodzoną, dyskretną subtelność. Nauczyła się ubierać, stosownie unosić spódnicę, intrygująco się poruszać – a nawet uśmiechać. Jedynie w jej oczach nie zaszła żadna zmiana, wciąż tkwił tam obraz owego piątkowego wieczoru. Nawet trudno było zajrzeć w te oczy, Sonia ich strzegła. Tylko kiedy cerowała stare ubrania, nawlekała igłę, robiła supełek, można było ukradkiem podejrzeć, że te oczy z wdrukowaną fotografią są duże, piwne, głębokie, osobliwe, niespokojne i jednak zimne.

W końcu Sonia uzbierała dość pieniędzy, żeby zapisać się na uniwersytet i kształcić wedle uznania. Poznała tam pewnego rosyjskiego studenta. Rosjanina, który w pozach i gestach przypominał romantycznych Polaków z pierwszej połowy ubiegłego wieku. Był pięknym chłopcem, nieco melancholijnym, lecz gwałtownie, nie przebierając w słowach, piętnował tyranię. Nawiasem mówiąc, co miesiąc dostawał duże kieszonkowe od ojca, który był komisarzem okręgowym i panem na włościach tam u nich, w Rosji. Ów student, też studiujący medycynę, miał rosyjską naturę: cechowało go nieumiarkowanie w marzeniach, skłonność do satrapii, zadufanie i barbarzyńska energia. Oczy Soni zaczęły się zmieniać, nabierać barwy nieba, błyszczeć, lśnić od nowych bolesnych doznań. Rosjanin był urodziwy, a jego timbre głosu sprawiał, że kobiety uwięzione w kokonie przeobrażały się w motyle, och, jakiż urzekający miał głos.

Sonia, Cirle, nie miała odwagi nawet myśleć o tym, kim jest i co się jej może przydarzyć. Czasem w nocy z rozpaczą pukała się w czoło, zakrywała usta, które pragnęły całować, przecież pamiętała młodych rosyjskich urzędników, protekcjonalnych, chełpiących się szlacheckim pochodzeniem. I ziemian z okolicznych majątków, zajeżdżających do miasteczka na zaprzężonych w kare krymskie konie dwukółkach. Byli tacy, jak jej Rosjanin, tyle że nie deklamowali płomiennych strof o rewolucji i nie jeździli do Paryża studiować medycyny.

A skoro tak, to czego chce od niej, od Soni, nie, nie od Cirle, ów chłopak? W domu Soni, odkąd została panną doktor i przestała cerować zniszczoną odzież, nie działo się najlepiej. Jeden z młodszych braci zarabiał jakieś marne grosze, matka, pomimo ślepoty, zajmowała się praniem, robiła to bardzo rzetelnie, uczciwie, dziesięcioletnia siostra Soni zaglądała do balii i mówiła, czy trzeba dalej prać, czy wystarczy. Starszy brat Soni, wielki, szpetny, dziki Żyd, czasem ich odwiedzał, lecz Paryż bardzo go zmienił, ucywilizował. Ów brat dawał już tylko dobre rady, pomocy pieniężnej nigdy i kpił z Soni, że chce zostać lekarzem.

Rzecz działa się w trakcie pierwszej sekcji zwłok. Sonia w napięciu szykowała się na tę wyjątkową chwilę. Z Morgue przywieziono jakiegoś mężczyznę, wyłowionego z Sekwany. Długo trzymano go w lodzie, wdrożono śledztwo, ponieważ miał uszkodzoną czaszkę. Niczego nie udało się ustalić, przekazano więc zwłoki do prosektorium, żeby przyszli lekarze mieli się na czym uczyć. Nieboszczykiem był mężczyzna o rudoblond włosach, semickich rysach, wysoki i szczupły. Leżał na stole, profesor objaśniał, co należy robić, asystent wraz z dwoma pomocnikami krzątali się wokół stołu. Sonia i ze trzydziestu młodych ludzi, wśród nich trzy czy cztery kobiety, stali i czekali. Nagle Sonia odzyskała swoje dawne oczy, znów pojawiło się w nich tamto przerażenie. Och, to przecież jej ojciec, cały on, jego oczy w tej rozłupanej głowie. I jest w nich gniew, i patrzą na nią. Na Sonię i na Rosjanina, o którym Sonia śni po nocach.

Profesor na początek wyznaczył Rosjanina, który ze skalpelem ruszył do stołu sekcyjnego. W tym momencie Sonię ogarnął dziwny, atawistyczny gniew. Patrzyła, jak chłopak obojętnie podchodzi do zwłok z rozłupaną czaszką. Krew uderzyła jej do głowy, podbiegła do Rosjanina, którego tak kochała:

– Ty morderco, mordercza nacjo, ile razy chcecie zabić jednego człowieka?

Studentom i pomocnikom ledwie się udało powstrzymać Sonię, która teraz, nieco postarzała, znowu łata odzież po domach.

[1908]

Judyta i Holofernes

Ta historia, historia Judyty i Holofernesa, jest bardzo stara. Ale stare historie nigdy nie działy się tak, jak je opisano, i niekoniecznie w tym konkretnym czasie. Ludzie są wieczni, żyją na raty, tu i tam, dawno temu i niedawno. Wyobraziłem sobie, że Judyta i Holofernes tym razem żyją w czasach Józefa II, naszego słynnego króla w kapeluszu, kiedy to w dzielnicy żydowskiej miasta Peszt, późnym wieczorem, prawie nocą rozmawia dwóch mężczyzn.

Grün. Niech pan ze mnie nie drwi: jestem Abraham, prawdziwy potomek czterech Abrahamów. Spójrz pan na mnie: ani moje włosy, ani twarz, ani rozum, ani odzienie nie są zielone. Grün nazywam się od dwóch lat, bo dzisiaj trzeba się jakoś nazywać. Niech stanę się bardziej żółty od żółtej gwiazdy na czerwonym płaszczu, który noszę, jeśli jestem dumny ze swojego nazwiska. Pan pewnie od namiestnika, jakiś wielki pan, bo każdy, kto tu przychodzi, a nie jest stąd, musi być wielkim panem. Czego pan chcesz? Taki panicz, skoro się tu błąka po nocy, musi czegoś chcieć.

X. Na początek chciałbym, drogi Mojżeszu, Machabeuszu czy jak cię tam nazywają, żebyś nie wszczynał rabanu. Ja wiem, że wczoraj przy bramie Hatvani sprzedawałeś starą uprząż i jakieś inne barachło. A ty wiesz, że jedno moje słowo, a będziesz gnił w najgłębszym peszteńskim lochu.

Grün. No i dostałbym ze dwadzieścia kijów i zabraliby mi towar.

X. Jednak, o ile mi wiadomo, masz kaleką żonę, masz też córkę, dorosłą córkę!

Grün. Mam kaleką żonę, przyznaję. Ale co komu do mojej córki?

X. Do diaska, ty myślisz, że jesteś coś wart bez swojej córki?

Grün. A pan myśli, że Grün jest tchórzliwym Żydem i zaraz poda panu na tacy swoją córkę.

X. Ja sobie teraz pójdę, ośle, przypadkiem tędy szedłem, nie mam tu nic do roboty.

Grün. Ale jutro czy pojutrze, kiedy nie będzie mnie w domu, pan pewnie wrócisz.

X. Posłuchaj, Machabeuszu, Abrahamie czy jak cię tam nazywają, nie mogę ci zaręczyć, że nie wrócę. Raczej wrócę i chętniej mnie tu powitają, niż ty mnie dziś powitałeś. Ale uważaj, bo człowiek, który o zmierzchu z Budy chodzi do Pesztu, do dzielnicy żydowskiej, to nie jest człowiek łagodny jak baranek.

Nazywała się Judyta Grün i funkcjonowała jak używany na wsi, lichy chronometr. Pierwsza wstawała, bladym świtem, długo w noc zaś nie spała, zadręczając się kłopotami ojca, któremu kiepsko szły interesy. Lubiła chmury, tak brzemienne łzami jak Hagar, pewna ukrywana dziewczyna, i tak czerwone, że tylko wyobraźnia potrafi takie wyczarować. Lubiła swoje sny, lubiła ludzi, których widywała na dole, na ulicy, wyglądając z wąskiego okna. Wszystko lubiła, bo niewiele widziała i w gruncie rzeczy nie znała sensu tego, co widzi.

Ojciec, stary Grün, Abraham w kolejnym pokoleniu, zamykał Judytę, kiedy szedł na ulicę wystawiać towar i handlować. Jako człowiek sprytny Grün zrzucał czasem czerwony płaszcz i zapuszczał się na stare miasto. Judyta o tym wiedziała, patrzyła na to przez wąskie okno i modliła się, żeby jej zuchwałemu ojcu nic się nie stało. Poza tym Judyta się bawiła, jak tylko bawić się potrafiły małe żydowskie dziewczynki w dawnym Peszcie. Dużo czasu poświęcała modlitwie, gapiła się przez okno, pracowała i śmiała się, marzyła i śmiała się, głównie się śmiała, bo śmiała się również wtedy, kiedy zbierało się jej na płacz.