Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Wszystkie kwiaty Alice Hart ebook

Holly Ringland  

4.5 (18)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 470 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystkie kwiaty Alice Hart - Holly Ringland

 

Zniewalająca powieść, o tym, jak nas prześladują przemilczane historie – i o historiach, które sobie opowiadamy, aby przetrwać.

W rodzinnej tragedii dziewięcioletnia Alice Hart traci rodzinę, psa, dom, przestaje mówić. Trafia na położoną na odludziu farmę, gdzie jej babcia, o której istnieniu do tej pory nie miała pojęcia, uprawia australijskie kwiaty, przyjmuje pod swój dach kobiety szukające  nowego początku i sama zmaga się z demonami przeszłości.

Dziewczynka uczy się mowy kwiatów, języka, który pomoże jej nazwać to, czego nie umiała dotąd ubrać słowami. Czyta książki, które są jej wielką miłością i powoli dochodzi do siebie. Dorasta, cierpliwie czekając, aż babcia opowie jej tragiczną historię rodziny. Zdradzona, ucieka na czarodziejską pustynię środkowej Australii, by rozpocząć samodzielne życie i znaleźć  ukojenie. Niestety, zakochuje się w Dylanie, mężczyźnie wyjątkowo niebezpiecznym. Żeby uwolnić się z tego związku, musi zawrócić – poznać rodzinne tajemnice i odzyskać swoją przeszłość.

"Wszystkie kwiaty Alice Hart" to debiutancka powieść Holly Ringwald, którą zachwycili się wydawcy na całym świecie.

Opinie o ebooku Wszystkie kwiaty Alice Hart - Holly Ringland

Fragment ebooka Wszystkie kwiaty Alice Hart - Holly Ringland

Tytuł ‌oryginału THE ‌LOST FLOWERS ‌OF ‌ALICE HART
Przekład EWA ‌PENKSYK-KLUCZKOWSKA
Wydawca ‌KATARZYNA RUDZKA
Redaktor prowadzący ADAM ‌PLUSZKA
Redakcja ‌ROMAN HONET
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, ‌BEATA WÓJCIK
Projekt ‌okładki HAZEL LAM, HarperCollins ‌Design Studio
Adaptacja projektu ‌okładki AGNIESZKA WRZOSEK ‌
Opracowanie graficzne, typograficzne, ‌łamanie ‌| manufaktu-ar.com
Ilustracje ‌© Edith ‌Rewa Barrett, 2018
Zdjęcie autorki ‌© Giulia Zonza
Fragmenty MAUDAlfreda ‌Tennysona (s. 9) ‌i Blue BellEmily Brontë (s. 179) ‌w przekładzie Adama ‌Pluszki.
Fragment TęsknotySafony (s. 69) w przekładzie ‌Nikosa ‌Chadzinikolau.
Fragment ‌Sonetu XLIIIElizabeth Barrett Browning ‌(s. 373) ‌w przekładzie ‌Ludmiły Marjańskiej.
The Lost Flowers ‌of ‌Alice ‌HartCopyright © Holly Ringland, ‌2018Copyright ‌© for the ‌translation ‌by Ewa ‌Penksyk-KluczkowskaCopyright © ‌for the ‌Polish edition ‌by ‌Wydawnictwo Marginesy, Warszawa ‌2018
Warszawa 2018
Wydanie ‌pierwsze
ISBN 978-83-65973-52-8
Wydawnictwo Marginesyul. Forteczna ‌1a01-540 Warszawatel./faks: 48 22 839 91 27, ‌48 696 451 127e-mail: redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja: ‌eLitera s.c.

Kobietom, które ‌wątpiąw wartość i siłę ‌swojej historii.

Mojej ‌mamie, która rzuciła ‌wszystko,żeby ‌dać mi kwiaty.

I Samowi, bez ‌któregomarzenie mojego życia pozostałoby niespisane.

Z męczennicy u podwoi, na kurz,

Spłynęła najpiękniejsza łza.

Idzie ona, moja przystań wśród burz,

Los mój, ta, która wiecznie trwa;

Krwawa róża szlocha: „Jest tuż, jest tuż”;

„Spóźnia się”, biała róża łka;

Skowronek kwili: „Słyszę ją już”;

A lilia szepcze: „Czekam i ja”.

Alfred Lord Tennyson

ZNACZENIEPragnienie posiadania

Pyrorchis nigricans | AUSTRALIA ZACHODNIA

Do zakwitnięcia potrzebuje ognia. Kiełkuje z bulwy, która może pozostawać w spoczynku. Ciemnokarmazynowe paseczki na jasnym tle. Po przekwitnięciu cała roślina czernieje, wygląda jak zwęglona.

W drewnianym domu na końcu drogi dziewięcioletnia Alice Hart siedziała przy biurku pod oknem i zastanawiała się, jak spalić swojego ojca.

Przed nią na blacie leżała otwarta książka. Zebrano w niej związane z ogniem opowieści i mity z całego świata. Chociaż znad Pacyfiku dął północno-wschodni wiatr przesiąknięty słoną wodą, Alice czuła zapach dymu, ziemi i płonących piór. Czytała szeptem:

Feniks zanurza się w ogniu, żeby pochłonęły go płomienie. Ma się spalić na popiół i powstać odrodzony, przeobrażony – taki sam, a jednocześnie inny.

Alice trzymała palec nad ilustracją przedstawiającą powstającego feniksa: jego srebrnobiałe pióra lśniły, skrzydła były rozpostarte, łeb mocno odchylony do krzyku. Cofnęła szybko rękę, jakby języki złoto-czerwono-pomarańczowych płomieni mogły przypalić jej skórę. Przez okno wpłynęła świeża fala zapachu wodorostów, dzwonki w matczynym ogrodzie ostrzegły, że wiatr przybiera na sile.

Przechylając się nad blatem eukaliptusowego biurka, które zrobił dla niej ojciec, Alice zamknęła okno tak, że zostawiła tylko szparę. Odsunęła książkę, nie odrywając wzroku od ilustracji, i sięgnęła po talerz z tostem, który przygotowała kilka godzin temu. Wbiła zęby w posmarowany masłem trójkąt i żuła powoli zimne pieczywo. Jak by to było, gdyby jej ojca pochłonął ogień? Wszystkie jego potwory spłonęłyby na popiół i zostałoby z niego to, co najlepsze. Odrodziłby się w płomieniach i powstałby z nich ten mężczyzna, którym czasami był: mężczyzna, który zrobił dla niej biurko, żeby mogła przy nim pisać historie.

Alice zamknęła oczy i wyobrażała sobie przez chwilę, że pobliski ocean, którego huk wdzierał się przez okno, jest morzem rozszalałego ognia. Może zdołałaby wepchnąć weń ojca, żeby go ten ogień pochłonął niczym feniksa z książki? A gdyby się wyłonił, potrząsając głową jak człowiek wybudzony ze złego snu, i otworzył przed nią ramiona? „Cześć, Króliczku” – powiedziałby na przykład. A może by tylko gwizdnął z rękoma w kieszeniach i uśmiechniętymi oczami. Może Alice już nigdy by nie zobaczyła, jak te niebieskie oczy robią się czarne od gniewu, nie patrzyłaby, jak jego twarz staje się blada, jak ślina zbiera się w kącikach ust, tworząc pianę białą jak jego skóra. Mogła się całkowicie skupić na czytaniu o tym, skąd wieje wiatr, albo wybierać książki w bibliotece, albo pisać przy biurku. Przemieniony przez ogień ojciec dotykałby brzemiennego ciała matki już tylko delikatnie. Dłonie, którymi sięgałby do córki, zawsze byłyby łagodne i troskliwe. A przede wszystkim tuliłby dziecko, gdy już przyjdzie na świat, i Alice nie leżałaby bezsennie, zastanawiając się, jak chronić swoją rodzinę.

Zatrzasnęła książkę. Głuchy odgłos rozszedł się po drewnie biurka, które zajmowało całą ścianę jej pokoju. Stało pod dwoma dużymi oknami wychodzącymi na ogród pełen adiantum, płaskli i jaskółczych ogonów, którymi jej matka się zajmowała w chwili, gdy zmogły ją mdłości. Dzisiaj rano sadziła właśnie kangurzą łapę, ale zgięła się wpół i poleciała w paprocie. Alice czytała wtedy przy biurku; słysząc, że matka wymiotuje, wyszła przez okno i wylądowała na grządce z paprociami. Nie wiedząc, co robić, mocno trzymała mamę za rękę.

– Nic mi nie jest. – Kobieta zakaszlała i ścisnęła dłoń córki, zanim ją puściła. – To tylko poranne mdłości, Króliczku, nie martw się. – Odchyliła głowę, by złapać trochę powietrza, a wtedy blade włosy zsunęły się z twarzy, odsłaniając nowy siniak, fioletowy jak morze o świcie, otaczający pęknięcie na delikatnej skórze za uchem. Alice nie zdążyła odwrócić wzroku.

– Och, Króliczku. – Matka, przejęta, dźwignęła się na nogi. – Nie uważałam, jak się krzątałam po kuchni, i upadłam. Od tego dziecka kręci mi się w głowie. – Jedną rękę położyła na brzuchu, drugą zdejmowała grudki ziemi z ubrania. Alice wpatrywała się w młode paprocie zduszone pod ciężarem matki.

Niedługo później rodzice odjechali. Alice stała przy drzwiach, aż obłoczek dymu z ojcowskiej ciężarówki zniknął w błękicie poranka. Jechali do miasta na następne badanie dziecka; w ciężarówce były tylko dwa siedzenia. „Bądź grzeczna, kochanie” – błagała matka, muskając ją w policzek ustami. Pachniała jaśminem. I strachem.

Alice wzięła kolejny trójkąt zimnego tosta i trzymając go w zębach, sięgnęła do torby bibliotecznej. Obiecała mamie, że będzie się uczyć do egzaminów czwartoklasisty, ale na razie test, który przysłała pocztą szkoła korespondencyjna, leżał w nieotwartej kopercie na biurku. Gdy wyjęła książkę i przeczytała jej tytuł, rozdziawiła usta. Egzamin całkowicie wyleciał jej z głowy.

W przyćmionym świetle nadciągającej burzy tłoczona okładka Przewodnika po ogniu dla początkujących wydawała się niemal żywa. Błyskawica migotała w metalicznych płomieniach. Alice poczuła w trzewiach coś niebezpiecznego i fascynującego. Dłonie miała lepkie. Ledwie dotknęła palcami rogu okładki, gdy za jej plecami zabrzęczały identyfikatory na obroży Toby’ego, jakby za sprawą jej roztrzęsionych nerwów. Pies trącił jej nogę, zostawiając wilgotną smugę na skórze. Alice się uśmiechnęła, gdy Toby usiadł grzecznie. Dobrze, że coś jej przerwało. Podała psu tosta, a on ostrożnie wziął go w zęby, po czym się cofnął, by go pożreć. Psia ślina skapnęła jej na stopy.

– Fuj, Tobes – powiedziała, tarmosząc mu uszy. Podniosła kciuk i pokiwała nim z boku na bok. W odpowiedzi Toby zamiótł ogonem podłogę tam i z powrotem. Podniósł łapę i położył ją na jej nodze.

Alice dostała Toby’ego od ojca, stał się jej najbliższym towarzyszem. Jako szczeniak o jeden raz za dużo ugryzł ojca w nogę, a ten cisnął nim o pralkę. Potem nie zgodził się jechać do weterynarza i Toby już na zawsze pozostał głuchy. Gdy Alice zrozumiała, że jej przyjaciel nie słyszy, stworzyła dla nich tajemny język gestów. Znowu pokiwała do niego palcem, żeby mu powiedzieć „dobry pies”.

Toby przejechał jęzorem po jej policzku, a ona roześmiała się z obrzydzeniem, wycierając twarz. Zatoczył kilka kółek i ciężko usiadł obok niej. Nie był już mały, wyglądał raczej jak szarooki wilk niż pies pasterski. Alice wsunęła gołe palce stóp w jego długą puszystą sierść. Ośmielona jego towarzystwem otworzyła Przewodnik po ogniu dla początkujących i szybko dała się wciągnąć pierwszej historii.

W dalekich krajach, takich jak Niemcy i Dania, ludzie za pomocą ognia wypalali to, co stare, i przyciągali to, co nowe, witali kolejny początek cyklu: porę roku, śmierć, życie czy miłość. Niektórzy nawet budowali wielkie figury z wikliny i ciernistych gałęzi i podpalali je, by oznaczyć koniec i początek: by zwabić cuda.

Alice opadła na oparcie swojego krzesła. Oczy miała rozpalone i lepkie. Przycisnęła dłonie do stron nad zdjęciem płonącej postaci z wikliny. Jaki cud zrodzi się z jej ognia? Na początek już nigdy w ich domu nie rozlegnie się odgłos roztrzaskiwanych przedmiotów. Kwaśny odór strachu już nigdy nie wypełni powietrza. Alice będzie uprawiać ogródek warzywny i nie zostanie ukarana, jeśli niechcący użyje niewłaściwej łopatki. Będzie się uczyła jeździć na rowerze i nie poczuje, jak ojciec wyrywa jej włosy z głowy, wściekły, że ona nie umie zachować równowagi. Jedyne znaki, które będzie odczytywać, to te na niebie, a nie cienie i chmury przechodzące przez jego twarz, zmieniające się w zależności od tego, czy jest potworem czy też człowiekiem, który przemienił drewno eukaliptusowe w biurko.

Zrobił je po tym, jak wepchnął ją do morza i zostawił, żeby płynęła do brzegu o własnych siłach. Zamknął się w swojej drewnianej szopie i nie wyszedł z niej przez dwa dni. A gdy się z niej wyłonił, uginał się pod ciężarem biurka o blacie dłuższym niż jego ciało. Zrobił je z kremowych desek cętkowanego eukaliptusa, które odkładał na nową paprociarnię dla żony. Alice kuliła się w kącie swojego pokoju, gdy ojciec mocował biurko do ściany pod parapetem. Jej pokój wypełnił się oszałamiającym zapachem świeżego drewna, oleju i lakieru. Pokazał Alice, jak otworzyć pulpit na mosiężnych zawiasach, by odsłaniać płytki schowek, który aż się prosił o papier, ołówki i książki. Zrobił nawet z gałęzi eukaliptusa podpórkę do podtrzymywania blatu, tak by Alice nie musiała do środka sięgać jedną ręką. „Jak następnym razem pojadę do miasta, Króliczku, przywiozę ci kredki, jakich tylko potrzebujesz”. Alice zarzuciła mu ręce na szyję. Pachniał mydłem Cussons, potem i terpentyną. „Moja ptaszyna”. Podrapał ją zarostem po policzku. Jej język pokrył się lakierem słów: „Wiedziałam, że jesteś tam w środku. Zostań, proszę”. Ale zdołała powiedzieć tylko „Dziękuję”.

Oczy Alice powędrowały z powrotem na otwartą książkę.

Ogień to żywioł wymagający tarcia, paliwa i tlenu, aby płonąć. Optymalny ogień potrzebuje optymalnych warunków.

Podniosła wzrok, spojrzała na ogród. Niewidzialna siła wiatru targała doniczkami adiantum wiszącymi na haczykach. Z wyciem wdzierała się przez wąską szparę uchylonego okna. Alice wzięła kilka głębokich wdechów, napełniając płuca i opróżniając je powoli. „Ogień to żywioł wymagający tarcia, paliwa i tlenu, aby płonąć”. Wpatrzona w zielone serce matczynego ogrodu Alice wiedziała, co musi zrobić.

Gdy ze wschodu nadeszła wichura i zaciągnęła niebo ciemnymi zasłonami, Alice włożyła wiatrówkę i otworzyła tylne drzwi. Toby dreptał przy niej, wplątała palce w jego wełnistą sierść. Zaskamlał i trącił nosem jej brzuch. Uszy położył płasko. Na zewnątrz wiatr odrywał płatki białych róż jej matki i rozrzucał je po obejściu jak spadłe gwiazdy. W oddali, na końcu ich podwórka, stała ciemna bryła zamkniętej na klucz szopy ojca. Alice poklepała się po kieszeniach kurtki, dotykając schowanego tam klucza do szopy. Przez chwilę mobilizowała odwagę, otworzyła tylne drzwi i razem z Tobym wybiegła na wicher.

Alice miała zakaz wchodzenia do szopy, ale mogła bez przeszkód sobie wyobrażać, co się tam znajduje. Na ogół ojciec po powrocie z szopy robił straszne rzeczy. Jakby jej ściany kryły zaczarowane zwierciadło albo kołowrotek. Gdy była młodsza, raz zebrała się na odwagę i spytała go, co jest w środku. Nie odpowiedział jej, ale po tym jak zrobił biurko, Alice sama zgadła. Czytała o alchemii w książkach z biblioteki; znała bajkę o Rumpelsztyku. W swojej szopie ojciec prządł ze słomy złoto.

Biegła, aż paliło ją w udach i w płucach. Toby szczekał na niebo, dopóki włócznia suchego pioruna nie sprawiła, że podkulił ogon pod siebie. Pod drzwiami szopy Alice wyjęła klucz z kieszeni i wsunęła do kłódki. Nie otworzyła się. Wiatr ciął jej twarz, zbijał z nóg; tylko podparta ciepłym ciałem Toby’ego zachowała równowagę. Spróbowała ponownie. Klucz wbijał się jej w dłoń, gdy się z nim mocowała, chcąc go obrócić. Ani drgnął. W panice ledwie coś widziała. Zrezygnowała, przetarła oczy i odgarnęła włosy z twarzy. I znowu spróbowała. Tym razem klucz obrócił się tak łatwo, jakby zamek tymczasem został naoliwiony. Alice wyszarpnęła kłódkę, nacisnęła klamkę i wtoczyła się do środka, a Toby tuż za nią. Wiatr porwał drzwi i zatrzasnął je za nimi głośno.

W pozbawionej okien szopie panowały egipskie ciemności. Toby warczał. Alice sięgnęła do niego po omacku, żeby go uspokoić. Ogłuszał ją pęd krwi tętniący w uszach i wyjąca wściekle burza. Strąki spadające na dach z drzewa wianowłostki za szopą stukotały niczym tańczące maleńkie pantofelki.

W powietrzu unosił się ostry zapach nafty. Alice macała dokoła, aż jej palce dotknęły lampy na stole. Znała jej kształt, matka miała w domu podobną. Obok leżało pudełko zapałek. W jej głowie ryczał wściekły głos: „Nie powinnaś tu być! Nie powinnaś tu być!”. Alice się skuliła, ale i tak otworzyła pudełko. Wymacała główkę, uderzyła nią o draskę i poczuła zapach siarki, gdy blask ognia wypełnił powietrze. Przytknęła zapałkę do knota lampy naftowej, a potem przykręciła klosz do podstawy. Światło rozlało się po stole warsztatowym ojca. Przed sobą Alice ujrzała niedomkniętą małą szufladę. Drżącym palcem wysunęła ją bardziej. W środku leżało zdjęcie i coś jeszcze, czego dokładnie nie widziała. Wyjęła odbitkę. Chociaż miała popękane i pożółkłe krawędzie, obraz na niej był wyraźny: wielki, olśniewający dom porośnięty dzikim winem. Alice sięgnęła po drugi przedmiot. Koniuszkami palców musnęła coś miękkiego. Wyjęła to i podniosła do światła: pukiel czarnych włosów przewiązanych wyblakłą wstążeczką.

Potężny podmuch zagrzechotał drzwiami. Alice upuściła pukiel i zdjęcie i zrobiła w tył zwrot. Nikogo nie było. To tylko wiatr. Jej serce już zwalniało, gdy Toby przysiadł na zadzie i znowu zawarczał. Alice, drżąc, podniosła lampę, by oświetlić pozostałą część ojcowskiej szopy. Rozdziawiła usta, kolana jakoś dziwnie jej zmiękły.

Otaczały ją dziesiątki drewnianych rzeźb, od miniatur do posągów naturalnej wielkości, a wszystkie wyobrażały te same dwie postaci. Starsza kobieta przedstawiona w różnych pozach a to wąchała liść eukaliptusa, a to doglądała sadzonek, a to leżała na plecach, ręką zakrywając oczy czy wskazując coś w górze, albo w podgarniętym rąbku spódnicy przytrzymywała jakieś dziwne kwiaty. Drugą bohaterką rzeźb była dziewczynka: czytała książkę, pisała przy biurku, zdmuchiwała dmuchawiec. Patrząc na siebie przedstawioną przez ojca, Alice poczuła, jak zaczyna boleć ją głowa.

Kolejne wersje kobiety i dziewczynki wypełniały szopę, sięgając do stołu. Alice oddychała powoli i głęboko, słuchając bicia serca: „Je-stem, je-stem”. Skoro ogień mógł służyć za zaklęcie przemieniające rzeczy, to mógł zmienić też słowa. Alice dość czytała, by wiedzieć, że słowami można zaklinać, zwłaszcza gdy się je powtarza. Powtórz jakieś słowo odpowiednią liczbę razy i ono stanie się ciałem. Skupiła się na zaklęciu bijącym w jej sercu.

Je-stem.

Je-stem.

Je-stem.

Alice krążyła powoli po pomieszczeniu, przyglądając się drewnianym figurom. Pamiętała, jak czytała kiedyś o złym królu, który przysporzył sobie w królestwie tylu wrogów, że z gliny i kamienia stworzył wojowników, by go otaczali – tylko że glina to nie ciało, a kamień nie jest sercem ani krwią. Wieśniacy, przed którymi król chciał się uchronić, wykorzystali ostatecznie stworzonych przez niego wojów, by go zmiażdżyć, gdy spał. Dreszcze przebiegały Alice po plecach, gdy wspominała słowa, które przeczytała wcześniej: „Ogień wymaga tarcia, paliwa i tlenu, aby płonąć”.

– Spokojnie, Tobes – powiedziała w pośpiechu, sięgając po jedną drewnianą figurkę, potem po drugą. Naśladując nieznaną kobietę, podgarnęła tiszert, żeby przenieść w nim najmniejsze znalezione rzeźby. Toby marudził u jej boku. Serce Alice mocno uderzało o żebra. Przy takiej liczbie posągów ojciec na pewno nie zauważy braku najmniejszych. Doskonale się nadadzą do ćwiczeń z ogniem.

Alice na zawsze zapamięta tamten dzień jako czas, który nieodwołalnie zmienił jej życie, chociaż przez następne dwadzieścia lat będzie starała się zrozumieć, co wówczas się wydarzyło: życie toczy się do przodu, a rozumiemy je, tylko patrząc wstecz. Jeśli chcesz zobaczyć obraz, nie możesz stanowić jego elementu.

Ojciec Alice zajechał pod dom, w milczeniu ściskając kierownicę. Na twarzy jego żony nabrzmiewały ślady po uderzeniu, ostrożnie dotykała ich dłonią. Drugą trzymała na brzuchu, wtulając się w drzwi od strony pasażera. Na własne oczy widział, w jaki sposób dotknęła ręki lekarza. Widział, jak spojrzał ten lekarz. Widział. Skóra pod prawym okiem ojca Alice drgała nerwowo. Jego żonie zakręciło się w głowie, gdy usiadła po wykonaniu USG; wcześniej on nie chciał zajechać po śniadanie i ryzykować, że się spóźnią na wizytę. Ona się zachwiała. Lekarz jej pomógł.

Ojciec Alice napiął rękę. Jeszcze bolały go kłykcie. Obejrzał się na żonę, która zwinęła się w kłębek, tworząc przepaść między nimi. Chciał sięgnąć do niej, wytłumaczyć, że po prostu musi bardziej uważać na swoje zachowanie, tak żeby go nie prowokować. Gdyby przemówił do niej kwiatami, może by zrozumiała. Rosiczka dwudzielna – umrę opuszczony. Krzewiasta fuksja różnobarwna – uleczenie i ulga. Krzew weselny – stałość. Ale nie dawał jej kwiatów od lat, odkąd opuścili Thornfield.

Zawiodła go dzisiaj. Powinna była znaleźć czas, żeby spakować sobie śniadanie przed wyjazdem, wtedy by się jej nie zakręciło w głowie i on by nie patrzył, jak jego żona dotyka lekarza. Wiedziała przecież, jak jej mąż trudno znosi wyjazdy do szpitala, gdy ci wszyscy ludzie dotykali jej gdzie popadnie. Gdyby nie jeździli na badania w czasie tej ciąży ani w czasie tamtej, z Alice, obyłoby się bez wypadków. Czy to jego wina, że ona go nie wspiera? Nigdy, po prostu nigdy!

– Dojechaliśmy – powiedział, zaciągając ręczny i wyłączając silnik. Żona oderwała rękę od twarzy i sięgnęła do klamki. Pociągnęła ją i czekała. Zagotowało się w nim. Nic nie powie? Odblokował zamek centralny, oczekując, że ona się odwróci i uśmiechnie do niego z wdzięcznością, a może przepraszająco. Tymczasem wyskoczyła z szoferki jak kurczak umykający z kojca. Wypadł z ciężarówki, zawołał ją, ale wicher go zagłuszył. Skrzywił się w smagającym twarz podmuchu i ruszył za żoną, żeby jej wyjaśnić, o co mu chodzi. Już zbliżał się do domu, gdy coś przyciągnęło jego wzrok.

Drzwi do szopy były otwarte. Kłódka zwisała ze skobla. W środku błysnęła czerwona wiatrówka córki.

Gdy w tiszercie nie mieściło się już więcej figurek, Alice wybiegła z szopy w półmrok. Trzask pioruna rozdarł niebo. Był tak głośny, że Alice upuściła zdobycz i przycupnęła pod drzwiami. Toby się skulił, sierść na grzbiecie mu się zjeżyła. Sięgnęła do niego, żeby go pocieszyć i przyciągnąć do siebie, ale uderzył w nią podmuch tak silny, że aż zatoczyła się do tyłu. Zapominając o figurkach, dała znak Toby’emu i puściła się biegiem do domu. Już byli przy drzwiach kuchennych, gdy kierująca się ku ziemi błyskawica rozdarła ciemne chmury na srebrzyste odpryski. Alice zamarła. W tym białym świetle ujrzała ojca. Stał w wejściu z rękami wzdłuż boków, miał zaciśnięte pięści. Nie potrzebowała lepszego światła, nie musiała podchodzić bliżej, żeby dostrzec znajomy mrok w jego oczach.

Zmieniła kierunek i biegiem ruszyła dokoła domu. Nie była pewna, czy ojciec ją widział. Gdy biegła przez zielone liście paprociowego ogrodu matki, uderzyła ją straszliwa myśl: lampa naftowa w szopie ojca. Drewnianej szopie. Zapomniała zdmuchnąć płomień.

Alice wskoczyła przez okno, dalej na biurko i wciągnęła za sobą psa. Przysiedli oboje, dysząc. Toby polizał ją po twarzy, Alice zaś poklepała go na oślep. Czyżby poczuła dym? Ogarnął ją strach. Zeskoczyła z biurka, zebrała książki z biblioteki, wepchnęła je do torby i wcisnęła głęboko do szafki. Zerwała z siebie kurtkę i też ją tam wepchnęła, a potem zamknęła okno. „Ktoś musiał się włamać do szopy, tatusiu. Ja czekałam na was w domu”.

Nie usłyszała, jak ojciec wszedł do jej pokoju. Nie zdążyła się uchylić. Ostatnie, co zobaczyła, to Toby obnażający kły i jego oczy dzikie od strachu. W powietrzu unosił się zapach dymu, ziemi i płonących piór. Piekący ból rozlał się po policzku Alice, wciągając ją w ciemność.

ZNACZENIEZguba znaleziona

Actinotus helianthi | NOWA POŁUDNIOWA WALIA

Łodyga, gałązki i liście rośliny są bladoszare, pokryte meszkiem i w dotyku przypominają flanelę. Śliczne kwiaty podobne do margerytek kwitną głównie wiosną, ale obfite kwitnienie zdarza się też po pożarach buszu.

Pierwsza historia, którą Alice poznała, zaczynała się na obrzeżach ciemności, gdy krzyki noworodka ożywiły zamarłe serce jej matki.

W noc jej narodzin ze wschodu nadciągnęła burza podzwrotnikowa, a ogromne fale sprawiły, że rzeka wystąpiła z brzegów i zalała drogę między gospodarstwem Hartów a miastem. Agnes Hart, zdana na własne siły po odejściu wód, gdy ogień przecinał ją na pół, na tylnym siedzeniu mężowskiej ciężarówki powiła córkę, ale też przestała oddychać. Clem Hart, ogarnięty paniką, kiedy burza grzmiała nad polami trzciny cukrowej, z początku tak gorączkowo zajmował się opatulaniem noworodka, że nie zauważył bladości żony. Dostrzegłszy, że jej twarz zrobiła się biała jak piasek, a wargi nabrały odcienia muszel pipi, dopadł jej rozgorączkowany, zapominając o dziecku. Potrząsał żoną, daremnie. Dopiero krzyk córeczki spowodował, że Agnes się ocknęła. Na poboczu drogi przemoczone deszczem krzewy wystrzeliły białym kwieciem. Pierwszym oddechom Alice towarzyszyły błyskawice i zapach kwitnących zefirantów.

„Byłaś prawdziwą miłością, a to jej właśnie potrzebowałam, żeby się wybudzić z klątwy, Króliczku” – mówiła mama na koniec tej historii. „Byłaś moją bajką”.

Gdy Alice miała dwa lata, Agnes zapoznała ją z książkami; czytając, wskazywała palcem kolejne słowa na stronie. Na plaży powtarzała: jedna mątwa, dwa piórka, trzy drewienka, cztery muszle, pięć szkiełek. Po całym domu wieszała wypisane słowa: KSIĄŻKA, KRZESŁO, OKNO, DRZWI, STÓŁ, KUBEK, WANNA, ŁÓŻKO. Zanim Alice w wieku pięciu lat zaczęła naukę w domu, umiała już czytać. Chociaż książki pokochała od razu i bez pamięci, zawsze bardziej kochała matczyne opowieści. Gdy były same, Agnes przędła wokół nich kokon z różnych historii. Ale tylko wtedy, gdy nie słyszał ich ojciec.

Miały taki rytuał, że szły nad morze, kładły się na piasku i wpatrywały się w niebo. Gdy matka swoim łagodnym głosem zaczynała opowieść, wsiadały w pociąg i odbywały zimowe podróże po Europie, przez pejzaże z górami tak wysokimi, że nie widziało się ich szczytów, o pokrytych śniegiem stokach tak białych, że nie dało się odgraniczyć białego nieba od białej ziemi. Nosiły aksamitne płaszcze w brukowanym mieście tatuowanego króla, gdzie budynki portowe były kolorowe jak farbki w pudełku i gdzie siedziała zaklęta w brązie syrenka, wiecznie czekająca na miłość. Alice często zamykała oczy, wyobrażając sobie, że każdy wątek w matczynych historiach może je przenieść do wnętrza poczwarki, z której się będą mogły wykluć i odlecieć.

Gdy Alice miała sześć lat i matka układała ją pewnego wieczoru do snu, nachyliła się i wyszeptała jej do ucha: „Już czas, Króliczku”. Poprawiła kołdrę i usiadła, uśmiechając się. „Jesteś na tyle duża, żeby mi pomóc w ogrodzie”. Alice zwinęła się z uciechy; zwykle matka zostawiała ją z książką, a sama uprawiała ogród. „Zaczniemy jutro” – dodała Agnes i wyłączyła światło. Całą noc Alice co jakiś czas budziła się i wyglądała za ciemne okno. W końcu zobaczyła pierwsze pasma światła i odrzuciła kołdrę.

Matka przygotowywała w kuchni tosty z vegemite i twarożkiem oraz dzbanek herbaty z miodem, które zaniosła na tacy do ogrodu przy domu. Powietrze było chłodne, choć grzało wczesne słońce. Matka postawiła tacę na omszałym pieńku i nalała słodkiej herbaty do dwóch filiżanek. Usiadły, jadły i piły w milczeniu. Alice czuła pulsowanie krwi w skroniach. Gdy Agnes zjadła tosta i dopiła herbatę, przykucnęła pomiędzy paprociami i kwiatami, szepcząc, jakby budziła śpiące dzieci. Alice nie wiedziała, co robić. Czy na tym polegała uprawa ogrodu? Naśladując mamę, usiadła przy roślinach i patrzyła.

Z twarzy matki powoli znikało zatroskanie. Wygładzało się zmarszczone czoło. Nie wykręcała rąk, nie wierciła się. Oczy miała wielkie i jasne. Tej osoby Alice nie rozpoznawała. Jej mama była spokojna. Opanowana. Ten widok napełnił dziewczynkę zieloną nadzieją, taką samą, jaką znajdowała na dnie skalistych kałuż przy odpływie, ale nigdy nie zdołała nabrać jej w dłonie.

Im więcej czasu spędzała z matką w ogrodzie, tym lepiej rozumiała – z nachylenia nadgarstka Agnes, gdy sprawdzała nowy pączek, przez światło, które sięgało jej oczu, gdy podnosiła brodę, i po cienkie otoczki brudu na jej palcach, gdy odsłaniała z ziemi młode pędy paproci – że najprawdziwsze oblicze jej matki rozkwita pośród roślin. Zwłaszcza gdy mówi do kwiatów. Oczy jej się szkliły i szeptała w tajemnym języku, a to słowo, a to zdanie, gdy odcinała kwiat od łodygi i wtykała go do kieszeni.

„Smutne wspomnienie” – mówiła, odrywając od pnącza kwiat powoju. „Miłość odzyskana”. Cytrusowy zapach mirtu cytrynowego wypełniał powietrze, gdy odrywała go od gałęzi. „Rozkoszne wspomnienia” – wsuwała do kieszeni szkarłatną dłoń kangurzej łapy.

Od pytań dziewczynkę aż drapało w gardle. Dlaczego słowa jej matki płynęły tylko wtedy, gdy opowiadała historie o innych miejscach i innych światach? A co z ich światem, tym tu przed nosem? Dokąd się udawała, gdy jej oczy stawały się nieobecne? Dlaczego Alice nie mogła iść z nią?

Gdy dziewczynka kończyła siedem lat, ciało miała ciężkie od pytań bez odpowiedzi. Wypełniały jej klatkę piersiową. Dlaczego mama mówiła do kwiatów w tak tajemny sposób? Jak to się działo, że jej ojciec mógł być dwiema różnymi osobami? Od jakiej klątwy ocaliły matkę pierwsze krzyki Alice? Chociaż od tych pytań pękała jej głowa, nie wydostały się na zewnątrz, utkwiły boleśnie w tchawicy, jakby połknęła strąk. Dogodne chwile do zagadnięcia matki zdarzały się w dobre dni w ogrodzie, przy odpowiednim świetle, lecz Alice nic nie mówiła. W milczeniu podążała za matką, której kieszenie wypełniały się kwiatami.

Jeśli Agnes zauważyła kiedykolwiek milczenie córki, nigdy nie powiedziała nic, co by je przerwało. Zrozumiałe było, że czas spędzony w ogrodzie to czas milczący. „Jak w bibliotece” – wspomniała kiedyś matka, idąc wśród adiantum. Chociaż Alice nigdy nie była w bibliotece – nie widziała w jednym miejscu tylu książek, że nie mogła sobie tego wyobrazić, nie słyszała szelestu przewracanych stronic – dzięki opowieściom mamy miała wrażenie, że tego zaznała. Wyobrażała sobie, że biblioteka musi być cichym ogrodem książek, gdzie historie rosną jak kwiaty.

Alice nie była zresztą nigdzie poza ich gospodarstwem. Jej życie zamykało się w jego granicach: od ogrodu matki do miejsca, gdzie zaczynały się pola trzciny cukrowej, i do zatoki, gdzie wtaczało się morze. Miała zakaz wyprawiania się poza te granice, a zwłaszcza tę, która dzieliła ich drogę dojazdową od drogi prowadzącej do miasta. „To nie jest miejsce dla dziewczynki” – mówił ojciec, waląc pięścią w stół, aż podskakiwały talerze i sztućce, gdy matka Alice sugerowała, by wysłać ją do szkoły. „Tu jest bezpieczniejsza” – kończył z warknięciem rozmowę. To ojciec umiał najlepiej: kończyć wszystko.

Czy spędzały dzień w ogrodzie czy nad morzem, zawsze nadchodził moment, gdy krzyknął igłosternik albo chmura przesłoniła słońce, a matka wybudzała się gwałtownie, jakby lunatykowała rozmarzona. Ożywiała się, odwracała na pięcie i puszczała się biegiem do domu, wołając do Alice przez ramię: „Kto pierwszy w kuchni, dostaje śmietankę do bułeczki”. Podwieczorki były chwilą słodko-gorzką; niedługo wracał ojciec. Dziesięć minut przed czasem matka ustawiała się przy wejściu, z twarzą zbyt mocno ściągniętą w uśmiechu, z głosem zbyt wysokim i palcami zaciśniętymi w węzły.

W niektóre dni matka całkiem znikała, zostawało po niej puste ciało. Nie było żadnych opowieści ani spacerów nad morze. Nie było mówienia do kwiatów. Matka leżała w pościeli, przy zaciągniętych zasłonach, by nie wpuścić blednącego światła. Była nieobecna, jakby jej dusza powędrowała w jakieś zupełnie inne miejsce.

W takie dni powietrze w domu napierało na ciało Alice, choć starała się od tego uciec, od tej okropnej ciszy, jakby w domu nikogo nie było, od widoku załamanej matki w łóżku. Przez to wszystko właśnie oddychała z trudem. Przeglądała książki, które czytała już dziesiątki razy, i ponownie zaglądała do zestawów dawno rozwiązanych zadań. Uciekała nad morze, by krzyczeć z mewami i ścigać fale wzdłuż brzegu. Biegała wzdłuż ścian trzciny cukrowej, odrzucając włosy do tyłu i kołysząc się jak zielone łodygi w gorącym wietrze. Ale choćby nie wiadomo, jak się starała, nic nie pomagało. Alice chciałaby mieć pióra albo być dmuchawcem, zamienić się w ptaka i odlecieć daleko w złoty szew horyzontu, gdzie morze łączy się z niebem. Mijały kolejne ciemne dni bez matki. Alice przemierzała krańce świata. Jeszcze trochę i też się nauczy, jak zniknąć.

Pewnego ranka, gdy ojcowska ciężarówka odjechała, grzechocząc, Alice została w łóżku, nasłuchując, aż zagwiżdże czajnik; ten cudowny dźwięk obwieszczał początek dnia. Ponieważ nie rozbrzmiał, Alice zrzuciła kołdrę z ciężkich nóg. Podkradła się pod drzwi sypialni rodziców i zerknęła na ciało matki, zwinięte w kłębek, pozbawione życia jak rozrzucone dokoła koce. Fala gorącego i drżącego gniewu przelała się przez Alice. Tupiąc głośno, weszła do kuchni, złożyła dwie kromki chleba z vegemite, słoik po dżemie napełniła wodą, zapakowała to do plecaka i pobiegła w stronę trzcinowych pól. Nie zaryzykowała wędrówki drogą, bo tam ktoś mógłby ją zobaczyć, ale uznała, że jeśli ruszy ukryta wśród trzciny cukrowej, na pewno wyjdzie w jakimś miejscu po drugiej stronie, jakimś miejscu lepszym niż ciemny i cichy dom.

Chociaż łomot serca tak ją ogłuszał, że prawie nie słyszała kakadu wrzeszczących nad głową, dalej biegła. Na skraju pola się zatrzymała. Wśród wysokich zielonych łodyg biegł trakt aż po horyzont.

Alice bardzo się zdziwiła, że z taką łatwością zrobiła coś, czego zawsze jej zakazywano. Musiała tylko zrobić krok. Pierwszy. I potem drugi.

Alice szła tak daleko i tak długo, że zaczęła się zastanawiać, czy jeśli wyjdzie spomiędzy trzciny, to znajdzie się w innym kraju. Może wyłoni się w Europie i złapie któryś z matczynych pociągów jadących przez śnieżny świat. Ale gdy dotarła na skraj pól, dokonała jeszcze lepszego odkrycia: znajdowała się na skrzyżowaniu pośrodku miasteczka.

Zasłoniła oczy przed słońcem. Tyle koloru i ruchu, hałas i stukot. Przez skrzyżowanie przejeżdżały samochody osobowe i ciężarówki, trąbiły klaksony, farmerzy ze swoimi opalonymi łokciami przewieszonymi przez okno pozdrawiali się nawzajem ruchem zmęczonych rąk. Alice dojrzała sklep z szeroką witryną pełną świeżego chleba i lukrowanych ciastek. Uświadomiła sobie, że to piekarnia, widziała taką na obrazku w książce. Ta miała w wejściu zasłonę z paciorków. Na zewnątrz, pod markizą w pasy, stały w nieładzie krzesła i stoliki, wszystkie nakryte obrusami w kratkę, a na każdym ustawiono wazonik z jaskrawym kwiatkiem. Dziewczynce napłynęła ślina do ust. Chciałaby, żeby mama była przy niej.

Witryna sklepu obok piekarni kusiła farmerskie żony namiastką światowego życia: nowe sukienki z wąską talią, kapelusze o wielkich miękkich rondach, torebki z frędzlami i pantofelki kaczuszki. Alice poruszała palcami w sandałach. Nigdy nie widziała, żeby jej mama miała na sobie coś, co te manekiny w witrynie. Matka miała tylko jeden strój do miasta, poliestrową bordową sukienkę z długim rękawem i beżowe buty na płaskim obcasie. Poza tym zawsze nosiła luźne bawełniane sukienki, które sama sobie szyła, i podobnie jak Alice, na ogół chodziła boso.

Spojrzała przed siebie, gdzie na zmianę świateł na przejściu czekała młoda kobieta i dziewczynka. Kobieta trzymała małą za rękę, niosła jej różowy plecak. Dziewczynka miała czarne błyszczące buty i białe skarpetki z falbankami. Włosy nosiła zaplecione w dwa warkoczyki przewiązane wstążkami. Alice nie mogła oderwać wzroku. Kiedy światła się zmieniły, kobieta z dziewczynką przedostała się na drugą stronę ulicy i przez koralikową zasłonę weszła do piekarni. Niedługo później wyłoniły się z kremowymi shake’ami i wielkimi kawałkami ciasta. Usiadły przy stoliku, który Alice też by wybrała, takim z boleśnie radosną żółtą gerberą, i piły ze szklanek, uśmiechając się do siebie z mlecznym wąsem.

Słońce lało się strumieniem na Alice. Oczy ją bolały od oślepiającego blasku. Już miała się poddać, zrobić w tył zwrot i pobiec do domu, gdy po drugiej stronie ulicy zauważyła napis na zdobnym kamiennym frontonie budynku.

BIBLIOTEKA.

Gwałtownie wciągnęła powietrze i pobiegła do przejścia. Kilka razy wcisnęła guzik, tak jak podpatrzyła u dziewczynki, aż światło zmieniło się na zielone i skrzyżowanie opustoszało. Przebiegła na drugą stronę i przez ciężkie drzwi wpadła do biblioteki.

W holu zgięła się wpół, dysząc ciężko. Chłodne powietrze ukoiło jej rozgrzaną, spoconą skórę. Puls w uszach zwolnił. Odgarnęła włosy ze spalonego słońcem czoła i tym samym odegnała myśl o kobiecie, dziewczynce oraz ich radosnej żółtej gerberze. Gdy chciała wygładzić sukienkę, stwierdziła, że jej nie założyła. Ciągle miała na sobie koszulę nocną. Nie przebrała się przed wyjściem z domu, zapomniała. Nie wiedząc, co robić ani dokąd pójść, stała w miejscu, szczypiąc się w nadgarstki, aż obtarła sobie skórę; ból ciała odwracał jej uwagę od bólu wewnętrznego. Przestała dopiero, gdy na jej oczy padły promienie kolorowego światła.

Przekradłszy się przez hol, Alice weszła do głównej sali bibliotecznej, ogromnej i wysokiej. Wzrok jej przyciągnęło światło sączące się przez witraże: dziewczynka w czerwonym kapturze szła przez las; dziewczyna w karocy gubiła jeden szklany pantofelek; mała syrenka wpatrywała się tęsknie z morza w mężczyznę na brzegu. Alice ogarnęła ekscytacja.

– W czym mogę ci pomóc?

Alice oderwała wzrok od witraży i spojrzała w kierunku, z którego padło pytanie. Przy ośmiokątnym biurku siedziała młoda kobieta o gęstych włosach i szerokim uśmiechu. Alice podeszła do niej na paluszkach.

– Och, nie musisz chodzić na palcach – powiedziała kobieta, tłumiąc śmiech. Parsknęła przy tym. – Nie wytrzymałabym tu ani dnia, gdybym musiała się zachowywać aż tak cicho. Mam na imię Sally. Jeszcze cię tu chyba nie widziałam. – Oczy Sally skojarzyły się Alice z morzem w słoneczny dzień. – Byłaś już tutaj?

Dziewczynka pokręciła głową.

– Och, to wspaniale, mamy nową przyjaciółkę! – Sally klasnęła w dłonie. Paznokcie miała pomalowane na pudrowy róż. Zapadła cisza. – A ty jak masz na imię? – spytała.

Alice spojrzała na nią spod rzęs.

– No, nie wstydź się. Biblioteki to miejsca przyjazne. Każdy jest tu mile widziany.

– Alice – bąknęła.

– Alice?

– Alice Hart.

Przez twarz Sally przemknęło coś dziwnego. Odchrząknęła.

– Alice Hart – powtórzyła. – Pięknie się nazywasz. Witaj! Z przyjemnością cię oprowadzę. – Zerknęła szybko na koszulę nocną i z powrotem na twarz dziewczynki. – Przyszłaś z mamą albo z tatą?

Alice pokręciła głową.

– Rozumiem. A powiedz mi, ile masz lat?

Dziewczynkę paliły policzki. W końcu podniosła w górę pięć rozstawionych palców jednej dłoni i kciuk oraz palec wskazujący drugiej.

– Coś podobnego! Tak się składa, że siedem lat to akuratny wiek, żeby mieć własną kartę biblioteczną.

Alice poderwała głowę w górę.

– O, no proszę. Od twojej twarzy bije światło. – Sally mrugnęła okiem. Alice koniuszkami palców dotknęła swoich gorących policzków. Promienie słońca.

– Dam ci druczek i razem go wypełnimy. – Bibliotekarka wyciągnęła rękę i ścisnęła ramię dziewczynki. – Chcesz mnie najpierw o coś zapytać?

Dziewczynka zastanowiła się i skinęła głową.

– Tak. Może mi pani pokazać ogród, w którym rosną książki? – Odetchnęła z ulgą; jej głos jakoś przedostał się przez zaporę ze strąka. Sally przyglądała się jej chwilę, zanim zachichotała cichutko.

– Ależ mnie ubawiłaś. Czuję, że się szybko dogadamy.

Alice tylko się uśmiechnęła zmieszana.

Przez następne pół godziny Sally oprowadzała dziewczynkę po bibliotece, wyjaśniając, że książki mieszkają na półkach, nie rosną w ogrodzie. Całe rzędy historii wołały Alice ku sobie. Tyle książek... Po pewnym czasie Sally zostawiła ją samą na wielkim miękkim krześle przy jednym z regałów.

– Porozglądaj się i powybieraj sobie książki. Jeśli czegoś będziesz potrzebować, będę tam. – Sally wskazała swoje biurko. Alice kiwnęła głową, już trzymając książkę na kolanach.

Sally drżącymi rękami sięgnęła po telefon. Gdy wybierała numer posterunku, wychyliła się, by sprawdzić, czy Alice na nią nie patrzy, ale ta dalej siedziała na krześle, a zniszczone podeszwy sandałów wystawały spod brudnego obrąbka koszuli nocnej. Sally bawiła się formularzem Alice, nagle krzyknęła bezgłośnie, bo papier przeciął jej opuszkę. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy wysysała krew z palca. Alice była córką Clema Harta. Przegnała jego imię z głowy i mocno przycisnęła słuchawkę do ucha. Odbierz, odbierz. Wreszcie jej mąż odebrał.

– John? To ja. Nie, nie, w porządku. Nie, posłuchaj, jest tu mała Clema Harta. Coś jest nie tak. Ona ma na sobie koszulę nocną, John. – Z trudem zachowywała spokój. – Strasznie brudną. – Głośno przełknęła ślinę. – I John... ona ma nieludzko posiniaczone ręce.

Sally kiwała głową, gdy mąż przemawiał do niej spokojnym głosem, i ocierała łzy z oczu.

– Tak, myślę, że ona tu przyszła sama aż z ich plantacji, a to jest jakieś... cztery kilometry? – Pociągnęła nosem, wyciągając chustkę z rękawa. – Dobra. Tak, tak, zatrzymam ją.

Gdy się rozłączała, słuchawka wyśliznęła się z jej spoconej dłoni.

Dziewczynka dołożyła kolejną książkę do półokrągłej wieży, którą zbudowała wokół siebie.

– Alice?

– Chciałabym to wszystko zabrać do domu, Sally – powiedziała mała z powagą, zataczając ramieniem dokoła.

Sally pomogła jej rozebrać książkową wieżę, dziesiątki tomów odłożyła na półki i dwa razy wyjaśniła, na czym polega wypożyczanie z biblioteki. Alice osłupiała na wieść, jak ograniczony ma wybór. Sally zerknęła na zegarek. Światło wpadające przez bajkowe okna złagodniało do pastelowych cieni.

– Chcesz, żebym ci pomogła wybrać?

Alice z wdzięcznością kiwnęła głową. Chciała czytać książki o ogniu, ale nie miała odwagi tego powiedzieć.

Sally przykucnęła, by spojrzeć dziewczynce prosto w oczy, i zadała jej kilka pytań – gdzie najbardziej lubi chodzić: nad morze; który bajkowy witraż najbardziej się jej podoba: syrenka, a potem ze zrozumieniem skinęła głową, dotknęła palcem wskazującym cienkiej książki w twardej oprawie z brązowymi literami na grzbiecie i wysunęła ją z półki.

– Myślę, że ta ci się spodoba. To o selkach.

– O selkach – powtórzyła Alice.

– Zobaczysz. Selka to kobieta z morza, która może zmieniać skórę, by stać się kimś zupełnie innym. – Alice poczuła, jak przechodzą ją ciarki. Przytuliła książkę do piersi.

– Od czytania robię się głodna – powiedziała nagle Sally. – A ty jesteś głodna? Mam bułeczki z dżemem i może byś się napiła herbaty?

Na wzmiankę o bułeczkach Alice pomyślała o mamie. Nagle zapragnęła wrócić do domu, ale wyglądało na to, że ta kobieta chce, by została.

– Mogę iść do toalety?

– Oczywiście – odrzekła Sally. – Damska jest tu kawałek dalej po prawej. Mam iść z tobą?

– Nie, dziękuję. – Alice uśmiechnęła się słodko.

– Będę tu na ciebie czekać. Zjemy bułeczki, dobra?

Alice pomknęła korytarzem. Otworzyła drzwi łazienki. Odczekała chwilę, a potem wytknęła głowę na zewnątrz, by sprawdzić, czy Sally jest przy biurku. Nie było jej. Gdzieś z oddali dobiegał szczęk sztućców i brzęk porcelany. Alice pognała do wyjścia.

Gdy biegła do domu przez pola trzciny cukrowej, czuła w kieszeni kształt karty bibliotecznej, jak matczyny kwiatek. Książka o selkach podskakiwała w plecaku, promienie słońca rozbłyskiwały w brzuchu. Myślała tylko o tym, jak bardzo mamie spodoba się książka z biblioteki. Nie przyszło jej do głowy, że zanim dotrze do domu, ojciec wróci z pracy.

ZNACZENIEMoja miłość cię nie opuści

Xerochrysum viscosum | NOWA POŁUDNIOWA WALIA I WIKTORIA

Te niby papierowe kwiatki przybierają barwę od cytrynowej, przez złotą, aż po pomarańczoworudą. Łatwo się je ścina, suszy i przechowuje, a one nie tracą swoich oszałamiających kolorów.

Miesiąc po odkryciu biblioteki Alice bawiła się w swoim pokoju, gdy usłyszała, jak mama ją woła:

– Musimy powyrywać trochę chwastów, Króliczku.

W spokojne popołudnie w ogrodzie roiło się od pomarańczowych motyli. Mama uśmiechnęła się do niej spod opadającego ronda kapelusza. Tym samym uśmiechem witała ojca, gdy wracał do domu: „wszystko okej”, „wszystko w porządku”, „wszystko dobrze”. Alice odpowiedziała jej uśmiechem, chociaż zauważyła, że mama się krzywi, trzymając się za żebra, gdy sięgała po chwast.

Od czasu biblioteki nie było dobrze. Alice całymi dniami nie mogła siedzieć, po tym jak ojciec się do niej dobrał swoim pasem. Przedarł jej kartę biblioteczną na pół i zabrał książkę, ale dopiero gdy Alice ją przeczytała za jednym posiedzeniem. Wchłonęła do krwi opowieść o selkach i ich magicznej skórze, jakby był to cukier na języku. Siniaki się wyleczyły, a ojciec ukarał ją tylko raz, niemniej na matkę nadal spadał ciężar jego gniewu. Kilka razy dziewczynkę budziły w nocy brutalne odgłosy dobiegające z sypialni rodziców. Groźne dźwięki ją paraliżowały. W takie noce leżała w łóżku, rękoma zasłaniając uszy, pragnąc uciec w sny, uciec z matką do morza, gdzie zrzuciłyby skórę i zanurzyły się w toń. Unosząc się na falach, jeszcze raz by się tylko odwróciły, a potem skierowały się w głębiny. Na brzegu ich skóry zamieniłyby się w sprasowane kwiaty rozrzucone między muszlami i wodorostami.

– Alice... – Mama podała jej kolejną kępkę chwastów, znowu się krzywiąc. Dziewczynkę paliła skóra z pragnienia, by pozbyć się z ogrodu każdego chwastu, na zawsze, tak by mama mogła całe dnie spędzać na rozmowach z roślinami w swoim tajemnym języku, wypełniając kieszenie kwiatami.

– A to, mamo? To chwast? – Mama nie odpowiedziała. Była płochliwa jak motyle, ciągle zerkała na drogę, sprawdzając, czy pojawiają się tam znamienne obłoki pyłu.

W końcu się pojawiły.

Wyskoczył ze środka pełen buty, za plecami trzymając odwróconą akubrę. Matka wstała na powitanie z ziemią na kolanach i pękiem dmuchawców w garści. Ich łodyżki zadygotały, gdy ojciec się nachylił, by pocałować żonę. Alice odwróciła wzrok. Ojciec w dobrym nastroju roztaczał taką aurę jak deszcz spadający ze słonecznego nieba – wprost nie dało się w to uwierzyć. Gdy napotkał wzrok córki, uśmiechnął się.

– Od twojej ucieczki wszystkim nam ciężko, co, Króliczku? – powiedział, kucając i dalej trzymając za sobą odwrócony kapelusz. – Ale myślę, że już odebrałaś nauczkę i wiesz, co ci grozi za opuszczanie gospodarstwa. – Dziewczynkę ścisnęło w żołądku. – Przemyślałem sprawę – mówił łagodnie ojciec – i uważam, że powinniśmy odzyskać twoją kartę biblioteczną. – Podniosła na niego niespokojny wzrok. – Chcę pojechać do biblioteki i wybrać dla ciebie książki, jeśli ty obiecasz, że będziesz przestrzegać zasad. A żeby ci pomóc w dotrzymaniu obietnicy, pomyślałem, że przyda ci się dodatkowe towarzystwo w domu. – Nie patrzył na Alice, gdy mówił to wszystko, przypatrywał się bowiem twarzy matki. Ona stała nieruchomo, z nieruchomym obliczem, ustami rozciągniętymi w uśmiechu. Ojciec odwrócił się do córki, podając jej kapelusz. Alice wzięła go od niego i opuściła na kolana.

W środku leżała zwinięta kulka czarno-białego puchu. Chociaż szczeniak miał ledwie otwarte oczy, widać było, że mają szaroniebieski kolor, dokładnie taki sam jak zimowe morze. Usiadł i szczeknął ostro, trącając nos Alice. Ona pisnęła z uciechy; był jej pierwszym przyjacielem. Polizał ją po twarzy.

– Jak go nazwiesz, Króliczku? – spytał ojciec, dźwigając się do pozycji stojącej. Alice nie mogła odczytać wyrazu jego twarzy.

– Tobias – zdecydowała. – Ale będę go wołać Toby.

Ojciec zaśmiał się lekko.

– Toby, okej – rzekł.

– Chcesz go wziąć na ręce, mamo? – spytała dziewczynka. Matka skinęła głową i sięgnęła po szczeniaka.

– Och, jest taki malutki! – krzyknęła. Nie zdołała ukryć zdziwienia w głosie. – Skąd go wziąłeś, Clem? Jesteś pewien, że nie musi jeszcze być przy matce?

Oczy ojca rozbłysły. Twarz mu pociemniała.

– Oczywiście, że nie musi – odparł przez zaciśnięte zęby, chwytając Toby’ego za kark. Cisnął skamlącego szczeniaka córce.

Później Alice kuliła się w paprociach matki, tuląc szczeniaka do piersi i starając się nie słuchać dźwięków dobiegających z domu. Toby wiercił się pod jej brodą, tam, gdzie zbierały się łzy, a wiatr sunął przez słodko pachnące trzciny cukrowe i dalej do morza.

Nastroje ojca zmieniały się jak pory roku. Gdy po jego ataku Toby’emu pękła błona bębenkowa, Alice zaczęła uczyć psa języka znaków. Skończyła osiem lat, zdała do trzeciej klasy i przeczytała stosy książek z biblioteki dwa tygodnie przed terminem zwrotu. Matka spędzała coraz więcej czasu w ogrodzie, mamrocząc do siebie pośród kwiatów.

Pewnego dnia pod koniec zimy znad morza nadciągnęła seria szkwałów tak zaciekłych, że Alice zastanawiała się, czy zdmuchną dom jak przedmiot z bajki. Siedząc na schodku przed wejściem, patrzyła z Tobym, jak ojciec wyciąga z garażu deskę surfingową.

– Czterdzieści węzłów z północnego zachodu, Króliczku – powiedział, spiesząc się, by załadować sprzęt na pakę ciężarówki. – To rzadkość. – Zgarnął pajęczyny z żagla. Alice kiwnęła głową, tarmosząc uszy Toby’ego. Wiedziała, że to rzadkość. Tylko kilka razy widziała, jak ojciec szykuje się ujeżdżać wiatr po morzu. Nigdy jej ze sobą nie zabierał. Uruchomił silnik.

– No to chodź, mała. Chyba mi trzeba życzyć szczęścia na dzisiejszą wyprawę. Pospiesz się! – zawołał, wychylając się przez okno od strony kierowcy. Chociaż dzikie spojrzenie jego oczu budziło w niej niepokój, nie dowierzając w swoje szczęście, rzuciła się do działania. Wbiegła do swojego pokoju, żeby się przebrać w strój kąpielowy, i pędem minęła matkę, wołając „do widzenia”, z Tobym u pięt. Z wyciem silnika ojciec ruszył w stronę zatoki.

Na plaży przypiął się do uprzęży i zaciągnął deskę na skraj wody. Alice stała obok. Gdy ojciec ją zawołał, podążyła głębokim rowem wyciętym w piasku przez statecznik. Ojciec zepchnął deskę na fale, ustawiając żagiel pod wiatr. Od wysiłku nabrzmiały mu żyły na przedramionach. Alice stała po pas w słonej wodzie, nie wiedząc, czego się spodziewać. Ojciec gotował się, by wskoczyć na deskę, i nagle odwrócił się do niej, podniósł brwi z zuchwałym uśmiechem. Dudnienie serca ogłuszało Alice. Ruchem głowy ojciec wskazał deskę. Toby szczekał bez ustanku z miejsca, w którym krążył po plaży. Podniosła rękę i wyciągnęła do niego płaską dłoń na znak „spokój”. Ojciec jeszcze nigdy jej nie zapraszał. Nie miała śmiałości odmówić.

Gdy skoczyła do ojca przez wodę, dotarł do niej głos matki. Alice obejrzała się i zobaczyła Agnes na szczycie wydmy, jak woła ją i macha rękoma szaleńczo, trzymając jaskrawą kamizelkę ratunkową córki. Jej krzyki od umiarkowanych przeszły w zatrwożone. Toby pognał jej na spotkanie. Ojciec zbył machnięciem ręki niepokój żony, jakby odpędzał od twarzy natrętnego owada.

– Nie potrzebujesz kamizelki. Masz już osiem lat. Jak ja miałem osiem lat, to byłem królem swojego świata. – Kiwnął na nią głową. – Wskakuj, mała.

Alice się rozpromieniła zahipnotyzowana ojcowskim zainteresowaniem.

Dźwignął ją na deskę, silnymi i pewnymi rękami chwycił ją pod pachy i ustawił przed sobą. Nachyliła się pod wiatr. On położył się na brzuchu, by wiosłować dłońmi, i razem płynęli przez wodę. Srebrne ryby przemykały po płyciźnie. Wiatr był silny, od słonych rozbryzgów Alice szczypały oczy. Raz się odwróciła, by spojrzeć na matkę na brzegu, maleńką za bezmiarem dzielącej je wody.

Daleko na niebieskozielonej głębi ojciec skoczył na nogi i wsunął stopy w uchwyty. Alice trzymała się krawędzi, szorstka nawierzchnia drapała jej dłonie. Ojciec dźwignął żagiel, balansując na nogach. Pod skórą jego łydek poruszały się ścięgna i mięśnie.

– Usiądź między moimi stopami – polecił. Przesunęła się powolutku w jego stronę. – Trzymaj się. – Objęła ramionami jego nogi.

Przez chwilę trwała cisza. Świat był nieruchomy i akwamarynowy. Nagle szust! Żagiel wypełnił się wiatrem i słona woda spryskała twarz dziewczynki. Morze się zaskrzyło. Sunęli przez fale, halsami pokonując zatokę. Alice odchyliła głowę i zamknęła oczy. Czuła ciepło słońca na skórze, gdy słona mgiełka łaskotała jej twarz, a wiatr przeczesywał palcami długie włosy.

– Alice, patrz! – zawołał ojciec. Stado delfinów płynęło równo z nimi. Dziewczynka krzyknęła z radości, przypomniawszy sobie książkę o selkach. – Wstań, żeby je lepiej zobaczyć – polecił.

Trzymając się jego nóg, Alice podniosła się niepewnie, zafascynowana pięknem delfinów. Sunęły po wodzie, takie spokojne i wolne. Nieśmiało puściła się ojca i sama złapała równowagę. Rozkładając ręce, poruszała talią i zataczała kręgi nadgarstkami, naśladując delfiny. Ojciec zawył na wiatr.

Wypadli poza granice zatoki, na kanał, którym statki turystyczne płynęły w stronę portu. W ich stronę błysnął flesz aparatu. Ojciec pomachał.

– Zrób im znowu hula – polecił córce. – Patrzą na nas, Alice. Zrób hula, no już.