Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 226
Rok wydania: 1971
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wspomnienia komandora por. Andrzeja Ujazdowskiego obejmują okres pierwszych kilku lat po zakończeniu II wojny światowej. W tym czasie autor ukończył Oficerską Szkołę Mar. Woj. i jako oficer pływał na różnych okrętach, aż w końcu został dowódcą niszczyciela. W książce tej A. Ujazdowski przedstawia w żywy i obrazowy sposób pierwsze kroki podchorążych na pokładzie żaglowca szkolnego „Iskra“, a następnie zapoznaje z życiem załóg i przebiegiem różnych ćwiczeń na okrętach bojowych. Autorowi udało się pokazać nie tylko pokojową pracę marynarki wojennej, lecz również przygodę, która według jego słów „przychodzi niespodziewanie w toku codziennej pracy“.
wspomnienia z pokładu
ANDRZEJ UJAZDOWSKI
WYDAWNICTWO MINISTERSTWA OBRONY NARODOWEJ
Obwolutę i kartę tytułową projektował: WALDEMAR ŻACZEK
Redaktor: ZYGMUNT GRABOWSKI
Materiał ilustracyjny ze zbiorów autora
Redaktor techniczny: JADWIGA JEGOROW
Od autora
Od niepamiętnych czasów marzeniem wielu młodych ludzi jest chęć przeżycia romantycznej miłości, fantastycznych podróży i nie spotykanych dotąd, a mrożących krew w żyłach przygód.
Morze, to brama otwierająca drogę w szeroki świat, jak niektórym się wydawało, prowadząca prosto ku szczęściu i sławie.
Zapominamy jednak często o realiach współczesności, które jakżeż odległe są od pięknych opowieści Londona czy też Conrada.
Dla naszego narodu morze, to przede wszystkim szlak komunikacyjny i zagadnienie gospodarcze, a także teatr działań bojowych, na którym od wieków prowadziliśmy zmagania o to, aby polska bandera mogła reprezentować nas we wszystkich zakątkach kuli ziemskiej. Jeżeli więc codzienność jest tak prozaiczna, to czy jest w niej jeszcze miejsce na młodzieńcze marzenia? Na pewno jest. Trzeba pamiętać, że nawet w warunkach pokojowych giną ludzie i statki, a na fali bezpieczeństwa często rozlega się sygnał S.O.S. Przygoda nie może być celem samym w sobie. Przychodzi ona niespodzianie w toku codziennej pracy, która wraz z umiłowaniem morza winna być motorem naszych szlachetnych porywów. Komu dana jest możność reprezentowania zwycięzców spod Oliwy, pogromców „Bismarcka” oraz całej gromady innych faszystowskich okrętów i samolotów, kto ma honor nosić mundur ludowej Marynarki Wojennej, ten jest najszczęśliwszy wśród wybranych. Żagiel i szpada to symbole ubiegłej epoki. Dziś elektronika i broń rakietowa stanowią o sile floty. Pamiętać jednak musimy, że technika pomaga tylko człowiekowi w jego celowym działaniu, a on sam dzięki swojemu wyszkoleniu i patriotyzmowi stanowi najwyższą wartość, która ma decydujący wpływ na zwycięstwo. Aby zwyciężyć w walce, trzeba najpierw zwyciężyć samego siebie. Likwidując wygodnictwo i zarozumiałość, w oparciu o głęboką ideowość i pragnienie służenia umiłowanej Ojczyźnie zdobywamy szanse stania się pełnowartościowymi marynarzami. Droga to długa i skomplikowana, pełna porażek i poświęceń, ale warto ją przejść, aby zasłużyć na miano „wiernego obrońcy naszych morskich granic”.
Gdynia, 1 stycznia 1970 r.
W upalne czerwcowe popołudnie kilku młodych ludzi opala się na plaży w awanporcie. Rozpościera się stąd widok na ruiny portu gdyńskiego. Falochrony z wielkimi wyrwami o średnicy kilkunastu metrów i potężny wrak hitlerowskiego pancernika „Gneisenau”, blokujący główne wejście do portu, budzą w nas smutne refleksje i psują urok poobiedniej sjesty. Po drugiej stronie kanału wśród spalonych magazynów uwijają się pracowicie setki robotników rozładowujących stojące tam statki różnych bander. Praca to mrówcza, gdyż dźwigów portowych jest jeszcze brak, a cały trud spada na barki ludzkie. W pobliżu mola pilotowego wystaje z wody wrak jakiegoś dużego okrętu, który utrudnia manewr wejścia do basenów portowych. Dwa małe holowniki z przeraźliwym buczeniem wyholowują jakiś olbrzymi pusty statek na redę, z której już samodzielnie popłynie w daleki świat. Widać jednak wyraźnie, że ciężko uszkodzony port zaczyna powracać do życia. Na horyzoncie duży zespół trałowców radzieckich niezmordowanie przeczesuje wody Zatoki Gdańskiej w poszukiwaniu min, które są groźnym niebezpieczeństwem dla żeglugi wzdłuż naszego wyzwolonego wybrzeża. W basenach portu wojennego na Oksywiu pustki. Tylko grupy konserwacyjno-remontowe pracują przy naprawie mola i urządzeń przeładunkowych. Okrętów wojennych nie widać. Część z nich zatonęła w walce z faszystowskimi Niemcami, a pozostałe nie powróciły jeszcze do kraju.
Wśród tej grupki młodzieży pozornie beztrosko leżącej na oksywskiej plaży znajduję się również i ja. Po zdanym egzaminie z języka polskiego w Oficerskiej Szkole Marynarki Wojennej przyszliśmy tutaj, by popatrzeć na morze i ochłonąć nieco z emocji nie opuszczającej nas od kilku dni. Żyję — podobnie jak inni — jak w transie, gdyż egzaminatorzy są surowi, tematy dosyć trudne, a w głowie wiadomości mam nie za wiele. Czy przebrnę zwycięsko przez ten młyn konkursowy? Sam nie wiem i nie staram się nawet łudzić pomyślną nadzieją. Po komisji lekarskiej w szpitalu na Grabowku egzaminy z fizyki, z zagadnień politycznych, ze sprawności fizycznej, z języka polskiego i matematyki. Zgodnie z programem łamiemy sobie głowy rozwiązując chytre zadania, biegamy na różne dystanse na czas, rzucamy granatami, pływamy, jednym słowem robimy wszystko, aby zaspokoić ciekawość kwalifikującej nas komisji.
Na około czterystu przystępujących do egzaminów zostało nas już tylko stu osiemdziesięciu, z czego stu ma szanse dostania się na wydział pokładowy i mechaniczny. Reszta wykruszyła się bądź to ze względów zdrowotnych czy personalnych, bądź też z powodu niedostatecznych ocen uzyskanych w cza-się egzaminów pisemnych. Ci, co pozostali, to „lwy naukowe”, przy których czuję się jak „niemowlak na uniwersytecie”. Jest wśród nas grupka studentów z Krakowa oraz kilku podoficerów z marynarki wojennej, którzy wydają się nam wilkami morskimi i patrzą na nas z góry, jak gdyby pytali, co my właściwie tu robimy? Jest również dużo emigrantów z Francji słynących ze wspaniałej znajomości przedmiotów ścisłych. Są to przeważnie synowie górników, którzy w latach międzywojennych wyemigrowali w poszukiwaniu chleba. Gdy koledzy w wolnych chwilach wymieniają między sobą wskazówki dotyczące rozwiązywania różniczek lub całek, włosy na głowie stają mi dęba, gdyż nie mam o tym najmniejszego pojęcia. Jacy oni są mądrzy! Moje losy tak się ułożyły, że ostatnie dwa lata wojny byłem w oddziale partyzanckim, a tam, niestety, tych rzeczy nas nie uczyli. Gdyby tak egzamin był ze strzelania, wysadzania torów, łowienia insektów i forsownych marszów, to o jego wynik mógłbym być spokojny. Nazajutrz przy ostatnim egzaminie ustnym z matematyki rozstrzygnie się wszystko.
Zdajemy w trzech grupach. Na liście jestem dwudziesty piąty. Naszą grupę egzaminuje staruszek w grubych bryłach, który jest profesorem na Politechnice Gdańskiej. Nastrój panuje minorowy. Przeciętnie co trzeci wychodzi z kwaśną miną. Jesteśmy zupełnie skonsternowani. „Powiedz, co ciebie pytał?” — dręczymy każdego z wychodzących. Okazuje się, że cudów nie ma. Wyższej matematyki wcale nie żąda, a łamie beznadziejnie z podstaw geometrii i algebry. Wreszcie nadchodzi moja kolejka. Z sercem bijącym jak dzwon naciskam klamkę i wchodzę.
— A... Ujazdowski, proszę, proszę. — Staruszek przez chwilę szuka w papierach i wyciąga moją pracę pisemną. — No tak... trzy zadania synku to zrobiłeś dobrze, ale czwarte przefilozofowałeś. No, proszę bardzo pociągnąć sobie bilecik.
Drżącą ręką biorę jakąś kartkę i ciężar spada mi z serca. Bez specjalnego trudu rozwiązuję równanie kwadratowe, a następnie obliczam pole trapezu. Staruszek uśmiechając się patrzy na mnie.
— Co jeszcze chcesz? Masz czwórkę i uciekaj.
Wypadam na korytarz, choć przedtem chętnie bym go ucałował. Wiem już na pewno, że egzaminy zdałem pomyślnie. Czy zostanę przyjęty, to już zupełnie inna sprawa, bo tych, co zdali na wydział pokładowy, jest dużo więcej niż miejsc. Po smacznym obie-dzie idziemy w czwórkę na największą górę na Oksywiu popatrzeć na panoramę Zatoki Gdańskiej. Mamy szczęście, gdyż trafiamy na słoneczną pogodę i znaczną refrakcję, kiedy to horyzont pozornie podnosi się do góry i widać jest bardzo daleko. Zatoka prezentuje się przed naszymi oczami w całej wspaniałości. Olbrzymia tafla ciemnoniebieskiej wody otoczona jest lądem w kształcie jakiejś nieregularnej podkowy. Z lewej strony widzimy Hel, na którego cyplu widnieje wyraźnie latarnia morska. Z prawej strony wzrok nasz przyciąga ujście Wisły, Westerplatte, wejście do Gdańska i wyraźnie zarysowujące się molo w Sopocie. Cóż za urzekający widok dla kandydatów na marynarzy, którzy jak ja po raz pierwszy w życiu zaczynają ulegać urokowi morza. Szczególnie Hel i Westerplatte absorbują naszą uwagę, bo to przecież dwa bastiony broniące w 1939 r. skrawka polskiego morza. Faktycznie maleńkie to było morze, skoro z miejsca, na którym stoimy, można je było ostrzelać z jednej solidnej armaty, i to nie największego kalibru. Wymieniamy między sobą wrażenia z egzaminów i dziwimy się, że takie asy jak Tolek i Stasiek, dla których zdobycie średniego wykształcenia było fraszką, bo w czasie okupacji chodzili na tajne komplety, i robili wrażenie, że mogą profesorów pozaginać, już spakowali walizki i pojechali do domów. Po jakimś czasie rozmowa przechodzi na tematy wspomnień wojennych i na cierniste drogi, po których toczyły się nasze losy. Janek, wysoki chłopak z czarną czupryną i popękanymi od pracy rękami, opowiedział nam ciekawie o swojej pracy w fabryce zbrojeniowej pod Hanowerem, dokąd został wywieziony po jednej z łapanek na ulicach Lublina. Katorżnicza praca, głód i nieustające bombardowania to przerażający obraz jego młodego życia w ostatnich latach wojny. Wreszcie wyzwolenie przez Amerykanów i najazd polskich agitatorów z Londynu, którzy poprzez kompanie wartownicze, a następnie możliwość osiedlenia w Kanadzie i Australii roztaczali przed nim wizję szczęścia i dobrobytu. Zmartwił nas mocno opowiadając wrażenia z przejazdu przez Szczecin. Według jego relacji w całym śródmieściu nie pozostał nawet przysłowiowy kamień na kamieniu. Najweselszy z nas jest chyba Bolciu, co w szeregach 2 armii WP jako kucharz dotarł aż pod Pragę. Przysięgał on uroczyście, że Czeszki aż piszczały z radości pałaszując żołnierską zupkę smakowicie przyrządzoną przez niego z okazji zwycięstwa. Na dowód prawdomówności pokazywał nam zdjęcie jakiejś czarnulki, która tak samo dobrze mogła być Hiszpanką lub
Francuzką, ale z urody to już chyba najmniej Czesz-ką. Jedynie liczne odznaczenia na mundurze zmuszały nas do udawania, że wierzymy w każde jego słowo. Te rozważania kulinarne zmusiły nas jednak do rezygnacji ze wspomnień na korzyść dawno już przygotowanej kolacji.
Na drugi dzień rano stoimy w równych szeregach wokół szkolnego dziedzińca czekając na ogłoszenie listy przyjętych do szkoły. Po krótkim oczekiwaniu dowodzący nami porucznik podaje komendę „Baczność, na prawo patrz!” i melduje zbiórkę kandydatów komendantowi szkoły. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem chyba tak zdenerwowany jak wówczas, do momentu kiedy wreszcie padło moje nazwisko. Po podsumowaniu egzaminów przez komendanta szkoły, wysokiego starszego komandora, dowiadujemy się, iż okres czterech miesięcy przeznaczony jest na szkolenie elementarne i praktykę kandydacką na okrętach. Dopiero po przysiędze otrzymamy miano podchorążych. Poinformował nas również, że polskie okręty z zachodu powracają już w najbliższych dniach do kraju i że Marynarka Wojenna ZSRR przekaże nam w niedalekiej przyszłości szereg okrętów niezbędnych do obrony wybrzeża. Na zakończenie swojego wystąpienia przedstawił nam naszego dowódcę kompanii szkolnej, por. mar. Franciszka Grabana, który od dziś ma nam zastąpić rodziców i być jednocześnie nauczycielem w początkowym okresie naszej marynarskiej służby. Jak będzie, nie wiadomo, a co jest, to już widzimy. Po ogłoszeniu swojego credo, z którego wynikało, że podstawą służby żołnierskiej jest regulaminowa karność i bezwzględne posłuszeństwo swoim przełożonym, zabronił nam kategorycznie oddalania się nawet na krok z rejonu zakwaterowania. Następnie podzieleni zostaliśmy na dwa plutony, których dowódcami zostali przyjęci wraz z nami bosmani. Zanim zdołaliśmy się połapać, co się wyrabia, już ogoleni i ostrzyżeni „na zero”, w marynarskich drelichach siedzieliśmy przy czyszczeniu pobranej przed chwilą broni.
Organizacja na piątkę, ale wyobrażałem sobie przyjęcie do marynarki wojennej jakoś zupełnie inaczej. Jedno jest pewne, że droga na morze daleka, a wolność osobista razem z cywilnym ubrankiem powędrowała do magazynu. W ciągu dwóch dni wypełniamy dziesiątki papierków administracyjnych, fasujemy mundury wyjściowe marynarskie i objuczeni tym, „co ojczyzna dała”, maszerujemy na dworzec kolejowy, przez który wiedzie droga na poligon wojskowy.
II
Duża przestronna willa w nadmorskim lesie to obecne locum naszej szkolnej kompanii. Słowo porządek jest wyrazem niezrozumiałym dla przeciętnego cywila. Dla nas oznacza niekończącą się pracę i obiekt najwyższej troski. Już od godziny piątej poranne sprzątanie zamienia nas w gromadę mrówek. Do codziennego rytuału należało mycie okien, umywalni i łazienek, które o każdej porze doby mu-siały lśnić czystością i estetycznym wyglądem. Jakież to najdziwniejsze przyrządy powymyślaliśmy, aby wyciągać kurze z miejsc, zdawałoby się, niedostępnych, lecz zawsze osiągalnych dla oka instruktora. Ja z dużym powodzeniem do czyszczenia karbowanych kafelków w umywalni używałem szczoteczki do zębów. Wydaje nam się, że ten, co po nas zamieszka w tym domu, przez rok nie będzie musiał ruszyć nawet palcem, a wzorowa czystość trwać będzie nadal, bo z zacięciem wszystko pucujemy chyba na zapas.
Gdy po śniadaniu z dziesiątką papierosów „Partyzant” w ładownicy wyruszamy w teren, już z góry można przewidzieć, ile potu z nas spłynie do końca zajęć. Sam się nieraz dziwię, skąd w człowieku bierze się tyle wody. Ponieważ pogoda dopisuje nam na całego, chodzimy opaleni i podobni do Indian, co w połączeniu ze wspaniałą kondycją fizyczną stwarza pogodny nastrój i pomaga zapomnieć o troskach dnia codziennego.
Już po pierwszym dniu stwierdzamy z żalem, że wykonanie, zdawałoby się, prostej komendy — „Spocznij!” — wcale nie jest takie łatwe.
— To ma być jeden stuk, od którego kamienie z bruku powinny wylatywać w powietrze, a nie anemiczne grzechotanie z automatu — wyjaśnia nam cierpliwie szef kompanii.
Powtarzamy to setki razy. A co to będzie z chwytami bronią? I na to też przyszedł czas. Pękły dwie kolby, ale kompania szkolna złapała pierwszy oddech, i to chyba nie najgorszy, skoro każde nasze wyjście na ćwiczenia obserwują ukradkiem marynarze z sąsiednich budynków, a raz nawet udało mi się usłyszeć:
— Ale ci to chodzą, aż przyjemnie popatrzeć.
Nasz wojskowy „ojciec” już po miesiącu intensywnego szkolenia zdobył bez reszty nasze serca. Stosowana przez niego dewiza, że im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi na wojnie, wcale nie przeszkadza mu traktować nas serdecznie, a jednocześnie w sposób jak najbardziej regulaminowy. Zna nas wszystkich dokładnie. Wie, kto skąd pochodzi, co dotychczas robił i jakie ma zamiłowania. Mnie zawojował jedną wieczorną rozmową, której nie zapomnę chyba przez wiele lat.
— No jak tam, Ujazdowski, żyjecie? — zapytał mnie, gdy zostaliśmy sami.
— Dziękuję, dobrze, panie poruczniku.
— Jak tak dobrze, to dlaczego nie poszliście z kolegami do kantyny? Ja wiem, że listy dostajecie, ale pieniędzy i paczek nikt wam nie przysyła.
Mówiąc to sam chyba nie wiedział, jak bardzo trafił w sedno sprawy, gdyż w tym okresie matka była w trakcie załatwiania uprawnień emerytalnych i faktycznie było jej bardzo ciężko.
— Wiecie co, przyjacielu — ciągnął dalej — może ja wam pożyczę pięćdziesiąt złotych, a oddacie mi przy okazji.
— Ależ, panie poruczniku, dziękuję bardzo — zaoponowałem. — Jeść przecież mam co, papierosy też dostajemy, więc pieniędzy w tej chwili nie potrzebuję. Za dobre serce jeszcze raz serdecznie dziękuję.
— W każdym razie pamiętajcie, że w razie czego zawsze możecie na mnie liczyć.
W zasadzie drobne wydarzenie, ale jednak z punktu widzenia psychologicznego tak ważne w układaniu się stosunków międzyludzkich. Od tej pory jeszcze bardziej zacząłem się starać, bo wstyd by mi było spojrzeć mu w czy z powodu jakiejś głupiej wpadki.
Odmiennego jednak zdania' o naszym szlachetnym ludzkim pochodzeniu było kilku wśród naszych panów instruktorów. Większość z nich była w stopniach starszych marynarzy o specjalności Strzelca morskiego. Od świtu do późnej nocy starali się oni nam udowodnić, że jesteśmy gromadą brudasów i nieuków. Uroili sobie, że są spadkobiercami metod konkretnego wychowania wojskowego stosowanego z dobrym rzekomo skutkiem w latach międzywojennych. Z opowiadań starych rezerwistów wyciągnęli chyba jedyny wniosek, że rekrut jest od tego, ażeby go ganiać. W ich zbożnym trudzie przyświecała im genialna myśl, że skoro chcemy zostać oficerami marynarki, to tak musimy dostać w skórę, żeby nawet na łożu śmierci nie zapomnieć o cennych naukach pana instruktora.
Chyba najbardziej daje nam się we znaki nauka szermierki prowadzona na tempa. Na komendę: „Z wypadem jedną pchnij — tempo raz” — znajdujemy się w nader niewygodnej pozycji, gdyż wysunięty do przodu karabin utrzymywać musimy za szyjkę i kolbę wyciągniętymi rękami. W takiej pozycji wypada nam nieraz pozostawać kilka minut, zanim pan instruktor nie skończy referatu na temat ujawniających się wśród nas talentów antywojsko-wych. Po dwóch godzinach tego rodzaju ćwiczeń właściwie rąk się wcale nie czuje. Kilometrowe natarcie w maskach przeciwgazowych przy dwudzie-stokilkustopniowym upale wyciska z nas ostatki energii i zapału. Wykonujemy wszystko sprawnie, gdyż fakt zastosowania gazów trujących w czasie pierwszej wojny światowej i bomb atomowych w końcu drugiej jakoś podszeptuje nam, że jest to naprawdę potrzebne. Nie umiemy wytłumaczyć sobie jeszcze, jaki związek ma zwykła maska przeciwgazowa z bombą atomową.
Zauważyliśmy niejednokrotnie, że gdy na placu ćwiczeń pojawiał się nasz „Ojczulek”, instruktorzy jakoś zmieniali gwałtownie swój styl bycia, a ćwiczenia odbywały się w szybszym tempie i z większą korzyścią dla nas.
Jedną z największych przyjemności jest dla nas śpiew. Tak składa się szczęśliwie, że większość z nas ma naprawdę ładne głosy. Bardzo szybko nauczyliśmy się wielu piosenek, które śpiewamy przy każdej okazji. Nigdy nawet nie przypuszczałem, że śpiew w wojsku może być taką radością. Jest on w stanie w poważnym stopniu wpływać na kształtowanie się samopoczucia. Niejednokrotnie, gdy wracamy z ćwiczeń straszliwie zmęczeni, piosenka pozwala nam zapomnieć o przebytym trudzie, a droga do koszar staje się zbyt krótka. Ten idealnie równy, jednostajny rytm marszu kompanii i ten piękny śpiew jakby odrywa nas od rzeczywistości i zespala wokół jak najlepszej interpretacji śpiewanej melodii. W momentach takich nie widzę spoconych pleców idącego przede mną kolegi, ani nie czuję kurzu żołnierskiej drogi. Najchętniej śpiewamy piosenkę, której refren brzmi następująco:
Zbudujemy Polską nową, robotniczą i ludową, więc do pracy wszyscy wspólnie, wszyscy wraz, nadszedł czas, nadszedł czas.
To nasze, swego rodzaju artystyczne zamiłowanie znajduje nawet uznanie w pobliskim miasteczku. W niedzielę lub dni wolne od zajęć, gdy pięknie ubrani maszerujemy na plażę, setki wczasowiczów przystają na ulicy, aby na nas popatrzeć i posłuchać naszego śpiewu. Na takie okazje mamy żelazny marynarski repertuar, który z najbardziej obojętnych ocząt płci pięknej potrafi wykrzesać iskierki, świadczące o pewnym zainteresowaniu i zrozumieniu. Możliwość nawiązania bezpośrednich kontaktów kończy się naturalnie na dobrych chęciach, gdyż dla rekruta otrzymanie przepustki leży w granicach sennych marzeń.
2 — Wspomnienia z pokładu
17
Moje rozważania na ten temat przerywa nagle ostry dźwięk gwizdka i następująca po nim komenda: „Zbiórka kompanii!”. W chwilę później, gdy stoimy w wyrównanych szeregach, „Ojczulek” po zlustrowaniu każdego z nas od stóp do głów ze śmiertelnie poważną miną podał do wiadomości, że skończyła się zabawa w wojsko. Za tydzień mamy wziąć udział w defiladzie w Gdańsku z okazji pierwszych powojennych dożynek. Będą tam najwyższe władze państwowe wraz z marszałkiem Żymierskim. „Ojczulek” jako dowódca kompanii nie ma zamiaru spłonąć ze wstydu przed trybuną honorową i żąda, aby każdy dał z siebie maksimum wysiłku w celu jak najlepszego zareprezentowania naszej marynarki wojennej.
Od tej chwili wpadliśmy jak gdyby w tryby potężnej maszyny, która ma nas wyrzucić w stanie wzorcowym przed najwyższe oblicze. Wstajemy co dzień o czwartej rano i cały dzień aż do godziny 22.00 mamy wypełniony różnymi zajęciami. Dopasowanie mundurów, czapek i wszelkiego wyposażenia pochłania nam mnóstwo czasu. Aby nasza kompania wyglądała jednolicie i elegancko, otrzymujemy białe spinacze i rękawiczki, a wszyscy mamy już karabiny, gdyż poczciwe pepeszki powędrowały do magazynu. Przez pierwsze trzy dni z zapamiętaniem ćwiczymy defiladowy krok pojedynczego marynarza, potem w dwójkach, a następnie w szóstkach, bo taki ma być szyk na defiladzie. Sprawa równania urasta do miary straszliwego problemu. O mało nie dostajemy zeza, gdyż lewe oko musi patrzeć w kark poprzednika w rzędzie, a prawe na nos sąsiada w szeregu. Rzędy i szeregi muszą być wyrównane jak przy pomocy sznurka. Wiemy już, że trzech kolegów nie pojedzie na defiladę, gdyż jeden jest za wysoki, a dwóch zbyt niskich. Dzisiaj zgrywamy ostatecznie krok całą kompanią. Nie wiemy tylko, dlaczego przyszliśmy na polną drogę, na której piasek sięga nam prawie do kostek. Domysły pryskają jednak wraz z komendą: ,,Baczność, na prawo patrz!”. Niemal automatycznie podrywamy się do marszu defiladowego, lecz już po kilku pierwszych krokach giniemy w tumanie kurzu. „Nie słyszę kroku!” — dochodzi do nas po chwili głos dowódcy kompanii.
Prężymy mięśnie jeszcze bardziej, uderzenia nóg stają się jak gdyby wściekłe, w ustach i w nosie mamy pełno piasku, koszule i drelichy zamieniają się w mokre szmaty, a matka ziemia milczy jak zaklęta. Już trzecią godzinę z małymi przerwami walczymy z własnym zmęczeniem i polną drogą. Aż w pewnym momencie drgnęliśmy z podziwu, gdyż przeklęty piach skapitulował przed żołnierskim trudem. Jest stuk równy i wyraźny, jakby ktoś cepem walił o klepisko. Nasz „Ojczulek” jest wyraźnie zadowolony, a gdy po powrocie do koszar podrywamy się na komendę „Baczność!”, szyby drżą w pobliskich domkach, a krok nasz wielokrotnym echem odbija się od okolicznego lasu. Po rozejściu się nie mamy już siły nawet na komentarze.
Ostatnie chwile przed wyjazdem poświęcamy na ćwiczenie chwytów bronią i odpowiadania na powitania przełożonych. Nadszedł czas wyjazdu. Z sercami bijącymi silnie z ciekawości i niepokoju wysiadamy z samochodów w Nowym Porcie, gdzie czekają już na nas przygotowane kwatery. „Ojczulek” siedzi dłuższy czas przy telefonie, aż wreszcie znika na kilka godzin, aby powrócić z reprezentacyjną orkiestrą Marynarki Wojennej.
Wychodzimy z koszar. Na placu pusto. Przyjechaliśmy dzień wcześniej. Rozpoczynamy pierwszą próbę. Orkiestra gra Warszawiankę, ale w zbyt szybkim tempie. Nic nie klei się. Jesteśmy nauczeni wolniejszego, solidnego marszu, a tu wypadałoby biec chyba truchtem. Kapelmistrz kinie, twierdząc, że chyba uczyliśmy się chodzić za karawanem i że marsza żałobnego na dożynki grać nie będzie. „Ojczulek” zaś udowadnia mu niezbicie, że takie wykonanie marsza słyszał jedynie przed wojną w cyrku Staniewskich. Po długich targach kompromis kończy sprawę, to znaczy orkiestra trochę zwalnia, a my nieco przyśpieszamy. Po całodziennej młócce nie mamy już wątpliwości, iż krok musi wyjść „na piątkę”.
Po południu przyjeżdżają pozostałe oddziały wyznaczone do defilady. Jest więc Kaszubska Dywizja Piechoty, pułk KB W oraz jeszcze kilka jednostek lądowych. Część wojska to wiara frontowa, która niedawno wróciła z ziem niemieckich. Wspaniali ludzie i dzielni żołnierze. Nasze marynarskie mundury przypadły im widocznie do gustu, gdyż zapraszają nas do siebie po kolacji na żołnierskie pogaduszki. Ja z kilkoma kolegami zawędrowałem do oddziału, który ostatnie boje toczył nad Sprewą. Krzyż Virtuti Militari i cztery Krzyże Walecznych na piersiach naszych rozmówców to najlepsze dowody bohaterstwa, które wykazali w ostatniej fazie wojny. Są bardzo bezpośredni w rozmowie i wcale nie starają się imponować nam swoim doświadczeniem. Jeden kapral rodem gdzieś zza Bugu zaholował nas do kąta, gdzie między dwoma łóżkami na zaimprowizowanym stole z taboretów znalazła się puszka konserw, chleb, no i potężna flacha gorzałki. W pierwszej chwili nie chcemy pić, obawiając się awantury po powrocie do kompanii.
— Taż wy marynarze czy dziewice? — wydziwiają wiarusy. — Któż to widział, żeby prawdziwy żołnierz kieliszkowi przepuścił?
Na takie argumenty nie ma mocnych. „Dyskusja” trwała do północy i gdyby nie to, że rano czeka nas generalna próba, to siłą by nas stamtąd nie wyrzucili. Jedno jest pewne, że stare wojsko wcale do defilady się nie pali, ponieważ co innego jest walczyć z wrogiem, a zupełnie co innego kamienie piętami ubijać.
Nazajutrz po śniadaniu wokół olbrzymiego placu w kształcie kwadratu stoi całe zgrupowanie gotowe do próbnej defilady. Wszystko lśni i, jak to się mówi, jest zapięte na ostatni guzik. Nasza kompania prezentuje się świetnie. Patrzymy na siebie prawie z podziwem. Twarze opalone na ciemny brąz, eleganckie mundurki i błyszczące karabinki nie mogą nie wywołać przyjemnego wrażenia. W ogóle to czu-jemy się jak stare wilki morskie, a nie jak kompania rekrucka, która ma zdać egzamin ze swoich umiejętności ogólnowojskowych. Regulujący ruchem podoficer stojący przy wjeździe na plac macha czerwoną chorągiewką na znak, że dowodzący nami generał nadjeżdża wraz z towarzyszącymi mu oficerami.
„Baczność!” „Prezentuj broń!” „Na! prawo patrz!” — to komendy, które zapoczątkowały generalski przegląd.
Nasz „Ojczulek” wymachuje dziarsko szabliskiem, które skądś wytrzasnął i bez którego parada nie byłaby chyba ważna. W uroczystej ciszy generał wysiada z samochodu i wita się kolejno z oddziałami, przeprowadzając jednocześnie przegląd umundurowania. Widzę, że przy niektórych kompaniach zatrzymuje się dość długo, a przybyli z nim oficerowie zapisują coś w notesach. Nareszcie przychodzi kolej na nas.
— Czołem marynarze! — wita się z nami generał.
— Czołem telu...ale...! — krzyczymy ile sił w piersiach.
Musiało wypaść równo i głośno, bo generał spojrzał na nas przyjaźnie i zaraz po komendzie „Spocz-nij!” — zaczął o coś pytać „Ojczulka”. Nas w tym czasie wzięła w obroty, jak się okazało, grupa z kwatermistrzostwa. Po kilku chwilach jeden z majorów odzywa się nerwowo:
— Co to za wojsko? Jak tu ich sprawdzać? Przecież oni przy mundurach nawet guzików nie mają.
Tak więc oprócz retorycznej uwagi, że niektórzy powinni wyżej się podgolić, przegląd zakończył się dla nas szczęśliwie.
Po przedefilowaniu z orkiestrą przed generałem i powrocie na kwatery dowiadujemy się o decyzji zezwalającej nam na pełny odpoczynek.
Rozkaz ten nie dotyczy jednak innych oddziałów. Leżymy więc na trawie pod drzewami i w błogim spokoju przyglądamy się, jakie piekło panuje u sąsiadów. Świadomi dobrze spełnionego obowiązku jesteśmy szczęśliwi i nie żałujemy ani przez moment tych ciężkich chwil, które musieliśmy przejść w naszym dotychczasowym szkoleniu. Gdy wspominamy piaszczyste pola naszego poligonu, to jakoś postacie naszych groźnych instruktorów stają się nam milsze i swojskie, bo przecież i ich praca przyczyniła się do odniesionego dziś sukcesu.
Nadszedł wreszcie dzień defilady. Pogoda w dalszym ciągu dopisuje jak na zamówienie. Około godziny 10.00 cała kolumna gotowa do parady stoi wzdłuż murów Stoczni Gdańskiej. Nasza kompania znajduje się za orkiestrą, pocztami sztandarowymi i kompanią honorową. Mamy więc bardzo poczesne miejsce w szyku. Z drugiej strony torów kolejowych dochodzi do nas szum zebranych tłumów. Słychać fragmenty przemówień dolatujące z wiatrem. Trwają już tam uroczystości dożynkowe. Ponieważ stoimy na spocznij i wolno palić, próbujemy nowo wy-fasowane papierosy tzw. „Bezimienne”, ponieważ nie mają żadnego napisu. Mnie osobiście smakują, gdyż są dużo lepsze od „Partyzantów”. W rozmowach z kolegami powtarza się wciąż troska, czy aby orkiestra utrzyma uzgodnione tempo. Chce nam się pić. Słońce praży niesamowicie, a obcisłe granatowe mundury nie są najwygodniejsze w takich warunkach. Prosimy strażników stoczniowych o przyniesienie czegoś do picia. Dostarczone dwa wiadra wody wychylamy przysłowiowym jednym haustem.
Gdzieś po godzinie słyszymy hymn państwowy, a następnie komendy: „Kończyć palenie”... „Wyrównać”...
Wreszcie ruszamy za grającą orkiestrą i w wyrównanych pięknie kolumnach wchodzimy na wiadukt kolejowy. Wysadzana zielonymi drzewami wspaniała aleja Grunwaldzka stoi przed nami w całej krasie. Chorągiewki kierunkowych, widoczna gdzieś daleko trybuna honorowa i te niezliczone tysiące głów ludzkich wprowadzają nas w nastrój jakiegoś trwożliwego niepokoju. Patrzę kątem oka na kolegów i widzę, że każdy jak gdyby przybladł. Sam czuję, że mięśnie pracują mi jakoś sztywno i nienaturalnie. Takie uczucie chyba musi mieć aktor, gdy po raz pierwszy wychodzi na scenę. Koncentrujemy się na opanowaniu ogarniającej nas tremy i dopasowaniu kroku do orkiestry. Publiczność macha do nas rękami i coś krzyczy, czego jednak nie rozumiemy w tym olbrzymim szumie. Dodaje to nam otuchy i pozwala uzyskać zupełną swobodę ruchów. Orkiestra przechodzi na melodię Warszawianki i komendy: „Defilada w prawo!” „Baczność!” „Na prawo patrz!” — wyzwalają z nas cały zapas młodzieńczej energii.
Jęknął i ugiął się asfalt pod stopami kompanii, a echo jak wybuch granatu uderzyło w tłum i trybunę. Każdy następny krok staje się coraz mocniejszy i sami czujemy, że rzędy i szeregi wyrównane są niemal idealnie. Na trybunie widzę między innymi komendanta naszej szkoły. Nagle w głośnikach rozlega się potężny głos: „Niech żyje ludowa Marynarka Wojenna!” Widzimy, że entuzjazm ogarnia zebranych. Trybuna pozostaje za nami, a my wciąż idziemy naszym popisowym defiladowym krokiem. Na nasze głowy i ramiona sypią się bez ustanku kwiaty. Nagle pęka kordon porządkowych i giniemy w tłumie. Miga mi przed oczami sylwetka „Ojczulka” uniesiona wysoko na rękach. Ktoś wpycha mi do ręki butelkę „Perełki” wołając: „Łyknij, matros, boś na to zasłużył”. W jednej chwili szyk kompanii załamał się i przestał istnieć. Gdy po godzinie spotykamy się koło teatru, pękamy ze śmiechu i radości patrząc na umalowane szminką twarze niektórych kolegów.
Takim wspaniałym akordem kończy się nasz pierwszy okres szkolenia wojskowego. Doświadczenia zdobyte w ciągu krótkiego czasu przydały się nam w późniejszej służbie, a pobyt w szkolnej kompanii na zawsze pozostanie w naszej wdzięcznej pamięci.
iii
Znowu jesteśmy na naszym zielonym Oksywiu. Po zdaniu uzbrojenia rozpoczynamy drugi cykl okresu kandydackiego, podczas którego ma nastąpić ocena praktyczna naszej przydatności do służby na morzu. W tym czasie powrócił z Anglii ORP „Błyskawica”, na którym mamy przejść nasz morski chrzest. W oczekiwaniu na zaokrętowanie stoimy w szeregu na molo i po raz pierwszy w życiu mamy możliwość podziwiania tego wspaniałego i sławnego okrętu. Stoi przed nami utrudzony licznymi walkami z dumnie podniesioną banderą. Szarego koloru kadłub i nadbudówki niszczyciela oraz na czarno pomalowane lufy dział nadają jego sylwetce wygląd majestatyczny i groźny. Na pokładzie przy trapie stoi podoficer wachtowy. Wiemy, że część załogi przybyłej z Anglii zeszła na ląd na skutek podeszłego wieku, a nowe uzupełnienie przybędzie dopiero po pewnym czasie. Chwilowo my obejmie-my funkcje marynarzy i będziemy stanowić część etatowej załogi. Co nas tutaj czeka? Marzyliśmy o tej chwili, ale nikt z nas nie przypuszczał, że nasze pierwsze kroki skierujemy na pokład sławnego niszczyciela. Cieszę się z jednej strony, a z drugiej dręczy mnie pytanie, czy nie uczynię czegoś takiego, co moje morskie kwalifikacje mogłoby postawić pod znakiem zapytania.
Po krótkiej odprawie przydzielony zostaję do rufowej baterii dział. Mieszkam na rufowym pomieszczeniu H, gdzie otrzymuję jednocześnie przydział do baku (stołu). Przede wszystkim przyszywam sobie na piersi drelicha numer okrętowy, z którym wiąże się cały zakres wykonywanych obowiązków i odpowiedzialności. Mój numer 128 oznacza, iż jestem w pierwszej wachcie prawej burty, artyle-rzystą, ósmym z kolei. Po pewnym czasie ma nastąpić zmiana numerów. Praktycznie musimy zapoznać się z wszystkimi specjalnościami na okręcie.
Dowódcą naszej grupy jest bosman Górski, który całą wojnę przepływał na niszczycielach. Wspaniały człowiek i specjalista. Wie dokładnie, czego może od nas wymagać pod względem praktycznym i choć robi groźne miny, pod jego mundurem bije dobre i łagodne serce. Kiedy po zajęciach zebrał nas na pomieszczeniu i opowiedział swoje przeżycia z ostatnich lat, słuchaliśmy nie wypuściwszy nawet pary z ust. To przecież dzięki takim ludziom jak on nasza bandera stała się sławna na morzach i oceanach.
Kiedy późnym wieczorem ułożyliśmy się w hamakach, nie dane nam było usnąć. Błogie marzenia przerwał dźwięk dzwonków alarmowych i trzykrotnie podana przez głośniki komenda: „Alarm bojowy!” Wyskakujemy z hamaków i po schwyceniu pod pachę ubrań i butów biegniemy na stanowiska bojowe. Łatwo powiedzieć biegniemy, a trudniej to wykonać. Po kilku krokach, nie znając jeszcze na pamięć pomieszczenia, zawadzam o ławkę i walę się jak długi. Przy trapie wyjściowym tłok i kiedy wreszcie dostaję się do niego, wyskakując na pokład uderzam w okucie włazu i momentalnie czuję, że guz wielkości mandarynki wyskoczył mi na głowie. Gdy po zajęciu stanowisk meldujemy gotowość do boju, bosman Górski pyta mnie z lekkim uśmiechem:
— Czemu macie taką minę, jak byście żabę połknęli?
— Melduję, że się poturbowałem.
— To nic nie szkodzi — powiada — wszystko przebiega prawidłowo. Po okręcie trzeba się najpierw nauczyć chodzić, a bieganie w nocy to już wyższa szkoła jazdy.
I miał rację. Dopiero po tygodniu doszliśmy do wprawy i ześlizgiwanie się na rękach po poręczach trapu z pomostu na pokład lub do maszynowni stało się dla nas rzeczą normalną, wykonywaną niemal błyskawicznie.
