Wracz - Martin Ryšavý - ebook

Wracz ebook

Martin Ryšavý

0,0

Opis

Poznajcie Gusiewa – kwintesencję Rosji. Tylko tam przedstawiciel kultury najwyższych lotów, twórca wybitnych spektakli teatralnych i filozof, może być zarazem prostakiem. Przenikliwe oceny świata łączy w całość z bajdurzeniem o bytach pozamaterialnych. Rozumie kobiety, jakby był jedną z nich, a zarazem traktuje je przedmiotowo. Rosja jest ciężko zaburzona, potrzebuje terapeuty – wracza. Wracz jest Rosją, lecz Rosja nie jest wraczem.

Martin Ryšavý (ur. 1967) – absolwent biologii na Uniwersytecie Karola w Pradze oraz scenopisarstwa na Wydziale Filmowym i Telewizyjnym Akademii Sztuk Scenicznych w Pradze (FAMU), obecnie wykłada na tej uczelni scenopisarstwo. Nakręcił ponad dziesięć filmów dokumentalnych, m.in. Afoňka už nechce pást soby(2004; nagroda na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Jihlavie), Malupien (2008), Slepý Gulliver (2017). Autor scenariuszy, m.in. do filmów Lesní chodci (2003) Ivana Vojnára, Aljona (2008) Jaroslava Brabeca. Przychylność krytyki literackiej i sympatię czytelników przyniosła mu dwutomowa powieść Cesty na Sibiř (2008), a podtrzymał Wracz (2011). Obie książki uhonorowano najważniejszą nagrodą literacką w Czechach – Magnesia Litera. Poza działalnością literacką, pedagogiczną i filmową Martin Ryšavý spełnia się muzycznie – jest wokalistą zespołu Bouchací šrouby.

Anna Wanik (ur. 1984) – absolwentka filozofii, menedżerka kultury, bohemistka, tłumaczka literatury z języka czeskiego. Przełożyła m.in. zbiór esejów Tomáša Kulki Sztuka a falsyfikat (2014), zbiory opowiadań Marka Šindelki Zostańcie z nami (2016) i Mapa Anny (2020), eksperymentalną książkę Ladislava Čumby Wittgenstein: wiadomo, że… (2019) oraz powieść dla młodzieży Transport poza wieczność Františka Tichego (2019). Założycielka Fundacji Kukatko, wspierającej polsko-czeską współpracę kulturalną.


Świetny sposób jak ominąć embargo na Rosję – przez Czechy. Zajebiste!
Andrzej Stasiuk

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 416

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Tytuł oryginału: Vrač

Copyright by Martin Ryšavý, 2022

Copyright by Kolegium Europy Wschodniej

im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2022

Copyright for the Polish translation by Anna Wanik, 2022

Tłumaczenie: Anna Wanik

Redakcja: Magdalena Jankowska

Korekta: Lilianna Mieszczańska

Skład: Daniel Malak

Projekt okładki: Jakub Kamiński

Redaktorka prowadząca: Ewa Vaičiūnienė

Opracowanie wydania elektronicznego

Wydanie książki wsparło Ministerstwo Kultury Republiki Czeskiej

Kolegium Europy Wschodniej

im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu

ul. Zamkowa 2, 55-330 Wojnowice

Wszystkie książki wydane przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu są do nabycia na stronie www.kew.org.pl/ksiegarnia

ISBN 978-83-7893-304-5

ISBN (ePub i mobi) 978-83-7893-058-7

Rosja to kraj, w którym rzeczy dobre robi się źle,

a rzeczy złe – dobrze.

Dla Aleksandra I. Utkina

Gelendżyk

To bora. Ten wicher powstaje, kiedy prąd zimnego powietrza natrafi na masyw górski i za przeszkodą z ogromną siłą wtargnie w dolinę. Bora dosłownie się na ciebie zwala, ponieważ masa powietrza spada pionowo, nawet kilkaset metrów. Nawiedza obszary, gdzie niewysokie góry bezpośrednio graniczą z morzem, a w Rosji najsilniejsza bywa właśnie tutaj, pod Kaukazem. Trwa dzień albo i tydzień, mam nadzieję, że nie czeka nas ta druga opcja, bo oszaleć można od huku i telepania się z zimna. W dodatku kiedyś, parę lat temu, przeżyłem tu taką borę, że do dziś mnie przeraża. W dzień było czterdzieści w cieniu, ale potem nad górę Neksis nadciągnęła gęsta szaroniebieska chmura i się zaczęło: olbrzymi Atlasi sobie pofolgowali i runęło na nas niebo, z niewiarygodną siłą. Wiało pięćdziesiąt metrów na sekundę, chmury kurzu gnały po ulicach, nie dało się oddychać ani otworzyć oczu. Temperatura spadła o trzydzieści stopni, letni dzień momentalnie zmienił się w zimowy. Gdzieś koło Noworosyjska zginęło wtedy kilka osób. Jedną przywaliło drzewo, inną porwały fale, straszne rzeczy się działy. Latem nieczęsto się to zdarza, dopiero we wrześniu. Dlatego w tym okresie w Gelendżyku bywa tak mało gości, a babcie wynajmują pokoje po sto pięćdziesiąt rubli za dobę, czyli w cenie, na jaką akurat mogę sobie pozwolić. Miejscowi nazywają ten czas aksamitnym sezonem.

Słyszysz? Od tego świstu odbije ci w jedną noc. Teraz wyobraź sobie, co się stanie przez tydzień! A nie pada, rozumiesz? Albo pada, ale tylko delikatny, suchy pył, wszędzie ci wlezie. Nawet jeśli za bardzo się nie ochłodzi, ulice i plaże wyludnią się jak po zarazie. Idziesz po mieście i ani żywej duszy, jakby nagle wszyscy gdzieś się wyprowadzili. Plastikowe butelki, pomiętolone gazety i wszelkiego rodzaju śmieci latają po ulicach, drzewa kołyszą się z boku na bok, a ty ciągle słyszysz ten ohydny, świszczący dźwięk.

Ale co tam, dziś darujemy sobie pływanie? I będziemy liczyć na to, że do jutra przejdzie. Koniec końców, siedzenie przy koniaku i gadanie też nie musi być złe. Jasne, to nie koniak, tylko miejscowy bimber na zaprawce, ale głowa po nim nie boli, przekonasz się. Mnie nigdy nie bolała, więc uważam, że można z nim spędzić przyjemny dzień, zwłaszcza jeśli kupimy na zakąskę kawałek kiełbasy i oberwiemy babci trochę winogron. Wczoraj znowu mnie zwyzywała, stare skąpiradło. Dobrze wie, że sama wszystkich nie zje i jeśli my jej nie pomożemy, i tak będzie musiała je rozdać, zanim zgniją. Szkoda, że nie było miejsca u babuszki z naprzeciwka. Zatrzymałem się u niej w zeszłym roku, jest w porządku. Mamy pecha, w tym roku już komuś wynajęła, niech Bóg jej błogosławi i nam też. Skoro posłał nas tutaj, będziemy siedzieć tutaj…

Pewnie już zaczynasz pojmować, że Gelendżyk jest magicznym miasteczkiem. Próbowałem wytłumaczyć ci to w Moskwie, ale chyba się nie da, trzeba poczuć ten klimat na własnej skórze. Już droga z górki, od autobusu na nabrzeże, jest ciekawa, widzisz Neksis, a potem zatokę i latarnię na Grubym Przylądku. Gelendżyk ma wspaniałą aurę, choć znam ładniejsze czarnomorskie kurorty i z czystszą wodą. To nie Soczi, ale powiem ci: na co mi Soczi, skoro mogę być tutaj? Tu żyje genius loci, że się tak wyrażę, trochę banalnie, ale nie trzeba szukać nowych słów, skoro stare wystarczą, prawda? Tu jest Piatibrat, który twierdzi, że kosmiczny frachtowiec Prometejskich Wojowników Słońca został zestrzelony przez szarych Żołnierzy Losu i runął do morza koło Gelendżyku, w wyniku czego powstała ta właśnie zatoka. Tu są dolmeny, kamienne budowle, różni ludzie myślą sobie o nich różne rzeczy: mistycy czerpią z nich siłę, historycy badają, jak i kiedy zostały wzniesione, turyści słuchają opowieści przewodników, wreszcie tacy jak ty sceptycznie się krzywią, a nawet tam zasypiają. Tu przyjeżdżają anastazjanie, widziałeś ich wczoraj, krysznowcy i wyznawcy Wissariona, ciągnie ich tutaj, nie do Soczi ani gdzie indziej! Spotkasz tu niesamowitych ludzi, dziwaków, wizjonerów i przeróżne dziwne kobiety, na przykład tę blondynę z fajką, która przyjechała do Piatibrata i, co typowe, tą swoją wąską mordką z lekkim tyłozgryzem do złudzenia przypomina moje wszystkie trzy żony. Jeszcze się okaże, że ma na imię Olga!

No i będziesz tu miał barwne sny. Dzisiejszy też był niczego sobie, bez dwóch zdań. Jeśli nie widzisz w tym znaku, to ja już nie wiem, kolego, gdzie chciałbyś go zobaczyć. Albo jak wczoraj pływaliśmy koło latarni i wyskoczył przed tobą delfin… Akurat byłeś naprzeciwko mnie, więc nagle zobaczyłem, jak prosto z twojej głowy wynurza się szaroniebieskie ciało. Bóg morza, inaczej tego nie nazwiesz. Ciarki mnie przeszły. Przyjeżdżam tu od lat i nic podobnego mi się nie przydarzyło, ty zjawiłeś się pierwszy raz i od razu wita cię cud. Ale tutaj zawsze dzieją się dziwne rzeczy. Nie przyjechałeś ot tak, zapewniam cię, choć znaczenia tej wyprawy jeszcze nie pojmujesz. Masz wrażenie, że to zaledwie przystanek w drodze do istotniejszych celów. Nawet gdyby faktycznie tak było, myślę, że nie zaszkodzi porządnie się zagrzać przed lotem na Syberię, nałapać słońca na zapas, na północy na pewno będziesz go potrzebował. Tak na marginesie, pod koniec września zdarzają się tu takie zachody słońca, jakich jeszcze nie widziałeś. Musisz to kiedyś nagrać, będę je oglądać zimą w Moskwie. Medytacja, rozumiesz… Wczoraj zachmurzenie pokrzyżowało nam plany, dzisiaj też pogoda zapowiada się nieciekawie, ale na pewno czeka nas jeszcze jakieś wspaniałe widowisko. Te przedstawienia nigdy się nie powtarzają. Naprawdę, nie widziałem dwóch jednakowych zachodów słońca, nie mówiąc o tym, że nie miałem dotychczas człowieka z kamerą, który mógłby to uwiecznić.

To całkiem zabawne, bo jeszcze tydzień temu nie przeszłoby mi przez myśl, że tu ze mną będziesz, przy czym Swietłana, sąsiadka ze starej kamienicy przy Wozniesieńskiej, mówiła, że w tym roku nie pojadę sam. Jej, w przeciwieństwie do mnie, jeszcze nie wygnali z tego budynku, ciągle mieszka na parterze, choć ma tam już tylko prąd. Gaz i wodę jej odcięli, za chwilę pewnie też się wyprowadzi, ona i tych dziesięciu Kirgizów, którzy mieszkają na piętrze. Dom przeznaczony do rozbiórki, tak zdecydował moskiew­ski magistrat. Nic nie poradzisz, mnie wywalili już wiosną i wepchnęli do tej strasznej komunałki dla zamiataczy ulic. Nieźle mnie to miejsce dobiło, nawet nie da się tego nazwać pokojem. To nora, cela więzienna, prawdziwy karcer, coś okropnego. I nie mam pojęcia, jak się stamtąd wydostać. Umieram przez nie, czuję to w kościach, moja następna śmierć się zbliża. Czy ją przeżyję, oto jest pytanie. Widziałem ją w kartach, wyraźnie mi się pokazała, ale bez kart też bym ją zobaczył. Swietłana tylko potwierdziła, co mnie czeka. Tak na marginesie, Swietka doskonale wróży z fusów po kawie, nie przypominam sobie, żeby któraś z jej przepowiedni się nie sprawdziła, ale gdy powiedziała, że ktoś będzie mi towarzyszył w Gelendżyku, wyśmiałem ją. Swietka, na miłość boską, kto miałby ze mną jechać? Jak rok długi nikt mnie już nie odwiedza z dawnych znajomych, wszyscy dawno się pożenili, ewentualnie wyprowadzili za granicę, a ci, co zostali, zajmują się dziećmi albo biznesem. Nie przychodzi mi do głowy nikt, kto by mógł i chciał znaleźć dla mnie czas. A ona mówi: Zobaczysz! Gdzieżbym pomyślał, że właśnie ty, ni z tego, ni z owego opuścisz Złotą Pragę i zjawisz się w Moskwie. Zbłąkana dusza, która ma trochę pieniędzy w kieszeni i nigdzie się nie śpieszy! Nie, Swietka jako wyrocznia nie ma konkurencji.

Zresztą myślę, że powinieneś do niej pójść. Jesteś teraz w przełomowym momencie, jeden rozdział życia ci się kończy, drugi jeszcze się nie zaczął, a ona mogłaby powiedzieć ci coś ciekawego. Ale jak nie chcesz, to nie, twoja sprawa… I tak mi się wydaje, że utknęliśmy w podobnej sytuacji: obaj wiemy, że coś się skończyło, a mimo to trzymamy jeszcze odchodzący rozdział za ogon. Kiedyś będziemy musieli go tak czy inaczej puścić, ja dawne mieszkanie, a ty Syberię… Będziesz też musiał dać sobie spokój z tą swoją Sachalarką, choć myślisz, że uda ci się znowu z nią zejść. Tego już nie ma, te relacje się skończą, dosłownie umrą, a wraz z nimi umrzesz ty, twoja stara postać – koniec końców, co innego mógłby znaczyć sen, w którym widzisz siebie jako wisielca na poddaszu rodzinnego domu? Tato, nie gniewaj się, strasznie mi wstyd, ale ja tam wiszę… Obraz jasny jak słońce: twoja stara postać huśta się pod dachem domu, w którym się wychowałeś. W jakiej przybędziesz następnym razem? Nawet z grubsza nie potrafię jej opisać, zresztą, czy w ogóle tu się zjawisz? Może już nigdy nie przyjedziesz i wspominając moje słowa, machniesz ręką, bo będziesz gdzie indziej.

Z kolei już teraz wyobrażam sobie wszystkie te rzeczy, które musiałem zostawić w starym mieszkaniu, bo do tej dziupli po prostu się nie zmieściły… Niesamowita ilość rzeczy, łącznie z łóżkiem! A kiedyś były mi potrzebne. Teraz muszę spać na dmuchanym materacu, coś strasznego. To dobre może dla Kirgizów, oni sypiają na podłodze, dla nich to normalna rzecz, ale dla mnie, Rosjanina? Wykluczone, nie da się. Tylko co mam zrobić? Co noc jęczę i klnę, ale znikąd pomocy. Dopiero tu, u babuszki, pierwszy raz od dłuższego czasu normalnie się wyspałem. No, przeszkadzały mi zepsute radio i tykający zegar. Będę musiał jakoś to załatwić: radio milczy jak grób, a zegar tłucze mnie młotkiem w głowę – mówię to, żebyś sobie wyobraził, co przeżywam, zanim zasnę. I oczywiście: o czym myślisz, kiedy przewracasz się z boku na bok i nie możesz zasnąć? Znowu o rzeczach, które bezpowrotnie znikają, człowiek rozdziera szaty… Chociażby książki. Część już rozdałem, jeszcze muszę resztę, bo nie mogę żyć w pokoju zawalonym od ściany do ściany i od podłogi po sufit. Zdechnę, mówię ci. Z każdą odchodzącą książką umiera część mnie, i Bóg jeden wie, co ze mnie zostanie, kiedy znikną wszystkie. Zarazem wiem, że właściwie to dobrze, bo pozbywam się przeszłości, ona i tak tylko ciąży. Mimo wszystko przeraża mnie to, tym bardziej że dobrze znam te procedury: od kiedy zamiatam ulice, wielokrotnie brałem udział w wynoszeniu rzeczy z mieszkań w centrum Moskwy, gdy jakiś dziadek musiał się wyprowadzić. Wyobraź to sobie, tych dziadków i babcie, którzy całe życie mieszkali z tymi rzeczami, a teraz kazano im się z nimi pożegnać. Często nie mieli komu ich dać i musieli je wyrzucić, a potem jeszcze patrzyli, jak te stare domy są wyburzane, jeden za drugim. Nie wiem, czy w ogóle pojmujesz, co przeżywali i co ja przeżywałem.

Na koniec wysadzili budynek, który psuł mi widok na sobór Chrystusa Zbawiciela. Taki paradoks: przez ostatnie kilka miesięcy mogłem nacieszyć się pięknym widokiem… Sam więc rozumiesz, ach, aj waj, wyschła ostatnia oaza mojego życia, a wielki kryzys dopiero się zaczynał. Może to nie będzie bezpowrotne, może się z tego wygrzebię i jeszcze coś dobrego mnie spotka, choć nie umiem sobie wyobrazić, skąd nadejdzie ani co. W każdej wolnej chwili stawiam karty, ale nic mi nie świta, pozostała konieczność skoku w nieznane, czyli to, czego jako profesjonalny tchórz zawsze bałem się najbardziej. Chociaż wiem, że właśnie w takich momentach opatrzność prowadzi człowieka na miejsce, w którym powinien się znaleźć. Tylko że widzisz… Swietka nawet mówi, że w moim życiu pojawi się kobieta, co właściwie mnie przeraża, po tych zrujnowanych małżeństwach. Ale jestem ciekawy, bo nie wyobrażam sobie, jak i gdzie mógłbym w ogóle poznać jakąś kobietę i dlaczego miałaby zechcieć mieć cokolwiek wspólnego z człowiekiem w mojej sytuacji. Nie znaczy to jednak, że robię sobie jakieś nadzieje czy snuję plany, na pewno nie. Właściwie nigdy nie byłem w tym dobry.

Przecież nikt tak naprawdę nie wie, co będzie. Nikt nam nie zagwarantuje, że zrealizujemy nasze plany. Bogowie chętnie ingerują w nasze twórcze intencje i lubią stawiać nas w sytuacji, gdy musimy kręcić albo reżyserować coś innego, niż zaplanowaliśmy. Znasz to doskonale. Chcesz coś zrobić tak, a wychodzi siak, i potem wszyscy myślą, że jesteś niezdarny, niekompetentny, tępy, przynajmniej według szkolnego myślenia. Mówią, żebyś wbił cztery gwoździe, więc je wbijasz. Mówią, żebyś nauczył się angielskiego, więc się uczysz. Nigdy w życiu nie udało mi się postępować zgodnie z planem, w żadnym zawodzie. Gdyby w młodości było mi dane studiować idee towarzysza Husserla, może nie miałbym teraz takiej traumy. Może bym zrozumiał, że da się czerpać radość z postrzegania i badania wszystkich zjawisk świata i brania ich takimi, jakie są, bez żadnych uprzedzeń. Tylko musiałbym ukończyć inne szkoły niż sowieckie. Mam wrażenie, że wszyscy moi nauczyciele byli sadystami. Chociaż oczywiście co nieco wiedzieli o swoich przedmiotach, wykładali je tak strasznie, że zdołali całkowicie obrzydzić nam wiele rzeczy. Absolutnie zgadzam się z moją znajomą, która dochrapała się posady kuratora oświaty i kiedyś mi powiedziała, że takich nauczycieli nie warto zwalniać, trzeba od razu do nich strzelać, bo potwornie psują dzieci tymi swoimi lekcjami. Potem przeciętny rosyjski uczeń za nic w świecie nie będzie czytał tego, o czym uczył się w szkole, bo natychmiast przed oczami wyrasta mu potworna szkolna interpretacja Pieczorina albo Tatiany Łariny z piórem na berecie.

Trochę zboczyłem z tematu, a chciałem powiedzieć, że nigdy nie osiągnąłem tego, co chciałem. Zawsze osiągałem coś innego. Trafiałem w inne tarcze niż te, do których celowałem, i swego czasu histeryzowałem z tego powodu, zanim zrozumiałem, że w tym życiu nie zrobię żadnej kariery, skoro nawet w codziennej rozmowie nie mogę skończyć logicznego ciągu zdania, bo często zapominam, o czym właściwie mówię, i zaplątuję się w nieustannych próbach jednoczesnego śledzenia myśli, które podczas mówienia nagle wynurzają się w mojej głowie. A gdy piszę, to już totalna katastrofa. Zdania podrzędnie złożone stają się coraz bardziej złożone i rozrastają się w labirynty struktur gramatycznych, trudno znaleźć w nich główny wątek, za to łatwo zabrnąć w wiele ślepych ulic i martwych odnóg bez powrotu. Dlatego nigdy nic porządnego nie napisałem, choć pomysły, zwłaszcza na sztuki teatralne, miałem dobre. Niemniej ciągle coś robię i od pewnego momentu zauważyłem, że to, co mi się udaje, jest właściwie lepsze niż to, co planowałem. Nie ładniejsze, nie bardziej wyrafinowane, nie doskonalsze, nawet nie przypomina dziewiątki w tarocie (zresztą dziewiątka z numerologicznego punktu widzenia jest niezmienna i każda jej wielokrotność jest znowu dziewiątką, więc trzeba ją pokonać i uzyskać dziesiątkę), ale lepiej adaptowalne i prawdziwsze. To samo dotyczy teatru.

Słowo „prawdziwsze” należy jednak rozumieć właściwie, bo teatr, z zasady oszustwo i ułuda, zawsze chciał być prawdą o życiu i w imię tej idei robił czasami niewyobrażalne głupoty. Weź na przykład naturalizm Stanisławskiego… Dziś już się nie mówi, że Stanisławski doszedł do realizmu dopiero po rewolucji, a wcześ­niej robił naturalistyczny teatrzyk, gdzie na scenie stały prawdziwe krowy, żarły prawdziwe siano i wysrywały prawdziwe gówna. Stała tam też babuszka – absolutnie genialna w tej roli – którą przywieźli ze wsi i uczyli tekstu sztuki, ale ona ciągle przeplatała go wulgaryzmami: Niech to szlag, kaj ten kurwi syn znowu polazł? I tym podobne. Proszę tak nie mówić, krzyczeli na nią, niech pani powie tylko: dokąd on poszedł? A ona na to: Ale to nieprawda! My na wsi tak nie mówimy! No więc ani z krową, ani z babuszką nic nie wskórali, musieli je odwieźć z powrotem na wieś. Eksperyment naturalistyczny się nie powiódł. Mimo wszystko coś się udało i znowu trochę przypadkiem: powstał teatr prostszy i bardziej zrozumiały, nie lubował się w żadnych efektach ani paradoksach.

Przeszedłem podobną drogę. Początkowo o wszystkim, co dotyczy teatru i sztuki w ogóle, myślałem w zbyt skomplikowany sposób, wszystko chciałem mieć szalenie efektowne i pełne paradoksów, dopóki nie odkryłem, że efektowniejsza od jakiegokolwiek wyrachowania, sprytu i delikatności jest inna cecha; można ją nazwać przejrzystością. Paradoks nie jest szczytem filozoficznego ani artystycznego myślenia; paradoks jest zaledwie trikiem rozumu, a ten często zwodzi i zawodzi. Tylko serce nie kłamie. Brzmi to jak durny frazes, ale jedynie dla kogoś, kto nie wie, o co tu chodzi. Trzeba wierzyć w przejrzystość i trzeźwość. Jeśli zadbasz o przejrzystość, nagle pojawią się przed tobą głębokość i wysokość (to dwie różne rzeczy, choć nieuki często stosują je zamiennie), narodzą się konteksty i w twoim spektaklu wyrosną kwiaty, których nie posadziłeś.

Istnieją oczywiście sytuacje, gdy człowiek nie widzi przejrzyście i naprawdę nie pozostaje mu nic innego, jak czekać, aż rzeczy nabiorą wyrazistości. Chwilowo to również twój przypadek – na włas­ne oczy widziałeś, że spróbowałem postawić ci karty i ze wszystkich możliwych jako pierwsza wypadła biała. Nic, zero. Sprawa jest oczywista: stawianie kart jeszcze się nie zaczęło, a już się kończy, bo akurat jesteś w fazie przejściowej, kiedy jeden rozdział się zamknął, a drugi jeszcze nie nabrał rozpędu. Czekasz na pierwszy krok, który chociaż zasugeruje jakąś tendencję. Potem będzie już można postawić karty. Twój zagadkowy sen z porannej opowieści wydaje mi się jasny, a wręcz łopatologicznie podręcznikowy. Zobacz: do kina chce wejść mnóstwo osób i akurat ty masz bilet, chodzi mi o jakiś twój przywilej, wrodzony albo nabyty, na przykład talent, wykształcenie, namaszczenie, bo ja wiem. Po prostu coś, czego pragnie wielu, ale dostają nieliczni. Nie każdemu się należy, a ty to dostałeś, rozumiesz? Tylko że to odrzuciłeś, teraz nieważne z jakich przyczyn. Może z tchórzostwa, może z głupoty, może przez niezdecydowanie, skąd mam wiedzieć. Może pomyślałeś, że to nie dla ciebie, może bałeś się odpowiedzialności, a może uważałeś, że czekają na ciebie inne obowiązki, cokolwiek. Krótko mówiąc, odrzuciłeś to, a ponieważ uważasz się za altruistę, postanowiłeś podarować komuś bilet – ale komu? Kto jest godzien takiego daru? Piękna kobieta? Przyjaciel? Nie, w twoim mniemaniu to z pewnością nie byłoby wystarczająco szlachetne, ty bowiem musisz tę wspaniałą, ogromną rzecz sprezentować komuś pośledniemu: wydziedziczonemu, bezdomnemu kalece, ostatniej ofierze losu. To dopiero będzie prawy, szlachetny czyn! Ale nie uświadomiłeś sobie, że możesz nieszczęśnika urazić, nie pomyślałeś, że wręczenie takiego daru najbiedniejszemu znaczy przede wszystkim, że pokazujesz, co o nim myślisz – że jest najbiedniejszy! Wytykasz go palcem, a siebie wywyższasz. I on z twojego daru skręcił sobie papierosa, pozbawił go wartości, żebyś się skapnął, ale zdaje się, że tobie to nie wystarczyło, więc jeszcze osmolił ci nim rękaw; a ponieważ jesteś wyjątkowo tępy, przypalił cię żarem prosto w czoło, w miejsce, w którym otwiera się wzrok duszy. Właściwie powiedział ci tak: Myśl, durniu, ocknij się! Oczywiście nie rozumiałeś i mogę tylko zgadywać, co przeżywałeś potem. U podstaw leży bez wątpienia twoja pycha, przeświadczenie o własnej wyjątkowości, ale nie traktuj tego jak krytyki. Wszyscy tak mamy i to normalne, wszyscy jesteśmy durniami i dzięki temu tragedia, ten klasyczny gatunek, wciąż powraca na scenę.

Przeświadczenie o własnej wyjątkowości jako punkt wyjścia do tragicznej fabuły, rozumiesz? Duma i pycha jako grzech śmiertelny… Nauka Kościoła mówi o siedmiu grzechach głównych, ale jeśli porządnie przyjrzymy się pozostałym sześciu, zobaczymy, że wszystkie są przejawami pychy, tylko w różnych kontekstach. Co mówi mi pycha? Powiada, że ja i wyłącznie ja jestem najważniejszy i genialny. Ludzki sąd i osąd, dwudziesty drugi z arkanów tarota, zwany Egoizmem! Ma jednak, jak każda rzecz, dwa bieguny (dialektykę – tę boską zabawkę! – tu się jej nie unieważnia): poczucie zarówno dumy, jak i winy, która zawsze stara się występować pod przykrywką sumienia. Sumienie jest oczywiście sprawą znacznie głębszą i bardziej niezawodną, bo nie męczy człowieka, jak próbują nam wmówić pewne religijne osoby. Człowieka męczy wyłącznie poczucie winy, czyli znowu pycha, tyle że wywrócona na lewą stronę jak rękawiczka. Przez nią nie umiem sprawiedliwie powiedzieć, że coś mi się powiodło, ale coś innego już nie. Zamiast tego mówię, że wszystko poszło źle, bo jestem marudą, gębą, która wszystkim obrzydła, i tępym bydlakiem, najgorszym i najstraszniejszym potworem na całym świecie, nikt mnie nie kocha i tak dalej… Mam do tego wybitne skłonności, też już to przerabiałeś, przecież między innymi z tego powodu pojechałeś na Syberię, no nie? Popatrz na biedaka Keszę. Słyszałeś, co mówił po drodze na Neksis? Że już nie może, wszystko rzuci, dołączy do anastazjan, zawierzy się Wissarionowi. Krótko mówiąc, szuka sekty, w której porządnie by go wychłostano i umęczono, bo przecież na to zasługuje! Ja, drań. Ja, nikczemnik. Ja, potwór. Jestem godzien ponieść najstraszliwszą karę!

A cóż takiego uczynił? Od dziesięciu lat pracuje jako instruktor pilotażu, zdolny i odważny chłopak, mówię ci, bo uczenie latania myśliwcami to nie żarty. Czegoś tam można się nauczyć, ale nie wszystkiego, i jedną z tych rzeczy jest lądowanie. Kiedy uczeń faktycznie ma po raz pierwszy sam wylądować, Kesza mówi: Nie bój się, w razie czego cię ubezpieczam. Żeby uczeń był podczas lotu spokojny. Kiedy jednak wyląduje, dociera do niego, że od pew­nego momentu lądowania nie da się już ubezpieczać, jest wóz albo przewóz, czyli instruktor właściwie go okłamał. Połowa uczniów przynosi potem Keszy flaszkę i kwiaty, a druga połowa chce mu obić ryj. Jeden nawet to zrobił. Kesza kilka razy w roku ryzykuje więc życie, swoje i cudze. W tym roku po prostu zabrakło mu sił, wypalił się, jak to się mówi, już po prostu nie może. Nerwy ma napięte do granic wytrzymałości, cierpi na bezsenność, przytył dwadzieścia kilo… Kiedy przed laty poznałem go tutaj, był takim chłopakiem jak ty, żadnym chuderlakiem, ale na pewno nie grubasem. A teraz? Spójrz na niego. Mówię mu: Co ty wyprawiasz? Spodobała ci się moja sylwetka, że też chcesz tak wyglądać? A on tylko wzdycha. Nie powie sobie: zrobiłem swoje, nie było źle, a teraz spróbuję czegoś innego. Nie. On ma wrażenie, że nawalił, jest słabeuszem, nic niewartym, tym bardziej że po odejściu z wojska już tyle nie zarobi. W dodatku żona od niego uciekła, niespodziewanie. Strasznie go to dobiło. Teraz zgłupiał i najchętniej wymierzyłby sobie pokutę. Chce sprzedać mieszkanie, wynieść się z miasta, zamieszkać w jakiejś wiejskiej komunie i w pocie czoła harować na chleb swój powszedni, do czego nie ma oczywiście żadnych predyspozycji. Chłostajcie mnie żelaznym biczem, wiesz przecież, religia Abrahamowa nam to zaszczepiła, z całym tym wynalazkiem grzechu, który ostatecznie doprowadza ludzi do flagelantyzmu i poszukiwań ukojenia w samoponiżeniu. Towarzysz de Sade też mówił wszak ówczesnym dewotom: Chodźcie, zróbmy to publicznie, skoro i tak wszyscy to robimy. Chodźcie, publicznie poczujemy rozkosz z tego, jak nam źle i co nas boli. A wszyscy zaczęli krzyczeć: Ależ cham i zboczeniec z tego markiza!

On pierwszy zrozumiał i głośno powiedział, że w tej grze nie chodzi o idee ani sumienie, lecz o instynkty. Znasz przecież ten dowcip. Samolot spadł do morza, dwaj faceci i stewardesa ocaleli na bezludnej wyspie. Przez jakiś czas żyją razem, ale potem tych dwóch gości stwierdza, że tak dalej nie można, trzeba skończyć z tym świństwem, i zabijają stewardesę. Potem znowu chwilę żyją, ale po pewnym czasie stwierdzają, że tak dalej nie można, trzeba skończyć z tym świństwem, i zakopują stewardesę. Potem znowu jakiś czas żyją, ale stwierdzają, że tak dalej nie można, trzeba skończyć z tym świństwem – i wykopują stewardesę… Rozumiesz więc, że kiedy markiz zaczął wdrażać swoje koncepcje w życie, mówił przyjaciołom: Chłopaki, przemyślcie to gruntownie, na litość boską! Mówicie: Wolność, Równość, Braterstwo, i dobrze, piękne hasło, ale ci, którzy mają za nie walczyć, kierują się w życiu głównie instynktami, dlatego ostatecznie nie uzyskacie tego, do czego zmierzają wszystkie wasze działania, lecz coś innego. Wolność, Równość i Braterstwo przynależą najwyżej urodzonym, może wyłącznie królom. Nie da się tych przywilejów tak po prostu wziąć i wręczyć tłumowi, ponieważ braterstwo wiąże się z wieczną walką braci o spadek, a przyjaźń ze zdradą. Na jakiej podstawie mianujesz konkretnego człowieka swoim przyjacielem albo kimś, kto cię nie zdradzi? Co o nim w ogóle wiesz? I dlaczego potem krzyczysz, że jesteś durniem, bo mu uwierzyłeś? Dlaczego w takim razie mu uwierzyłeś, durniu? To przecież mój przyjaciel! Dlaczego przyjaciel? Bo tak go nazwałeś? Bo tak myślisz? A skąd wiesz, co on myśli? Diabli wiedzą, co on myśli! Obca dusza jest mroczna, na pierwszym miejscu pragnie rozkoszy, a tę uzyskuje, wyłącznie zaspokajając naturalne potrzeby, co teraz demonstruję za pomocą sałatki pomidorowej i zupy z proszku za dziesięć rubli.

Tanie warzywa to kolejna zaleta aksamitnego sezonu. Nie myśl sobie, proszę, że musisz jakkolwiek dostosowywać się do moich nawyków żywieniowych. Kupuję najtańsze rzeczy, bo nie mam wyboru, ale mogę jeść wszystko, i jeśli zechcesz postawić mi obiad, nie będę protestował. Chcesz kiełbasę, kup kiełbasę, chcesz dynię, kup dynię… Ale powinieneś przynajmniej spróbować miejscowego rosołu, czichirtmy, robią ją Gruzini w kiosku na rynku. Nie wiadomo, jak długo jeszcze, bo wojna wisi na włosku, a ilu Gruzinów zostanie potem w Rosji i jak sobie tu poradzą, to się dopiero okaże. Moglibyśmy też chociaż raz pójść na szaszłyk z baraniny i zaprosić na przykład Keszę, żeby trochę się zrelaksował. Nie chcę niczego ci narzucać, sam decyduj, na ile twój portfel pozwala. Mówię tylko, że nie miałbym nic przeciwko. Ewentualnie, gdybyś chciał gdzieś pojechać, możemy wybrać się na wycieczkę do dolmenów za Pszadą, wystarczy, że powiesz. Jestem tu już kolejny raz, więc niektóre rzeczy mogę odpuścić, ale ty się, na Boga, w niczym nie ograniczaj. Możesz tu jeść, spać, pływać, tańczyć albo podrywać dziewczyny – rób, co chcesz. Bywa tu sporo paniuś, urlopowiczek z różnych miejsc, czekają na to. Z miejscowymi dziewczętami to bardziej skomplikowane, może sam się przekonasz, ale z drugiej strony dlaczego miałbyś kręcić z miejscowymi… I oczywiście zawsze można pić gelendżycki koniak, na zdrowie i za sztukę. Na marginesie, wyłącznie taki toast zgadzał się wznosić mój przyjaciel Kim. Wiesz który, ten z Charkowa. Geniusz teatralny. Kiedy już pił, a pił nader rzadko, to rozumiesz: tylko za sztukę! Więc my dziś też będziemy.

Jednocześnie nadal obowiązuje odkrycie towarzysza Freuda, że wszystkie te delikatniejsze przeżycia, płynące na przykład ze sztuki, są jedynie sublimacjami naszych podstawowych instynktów, dzięki Bogu mamy ich zaledwie cztery. Trzy z nich – popęd głodu, popęd seksualny i popęd poznawczy – bezpośrednio wpływają na nasze zachowanie w życiu codziennym. Czwarty jest zwykle w pozycji standby, czyli nie pracuje, ale w razie konieczności natychmiast się włącza. Nazywamy go instynktem samozachowawczym i wiemy, że się uruchamia w najbardziej napiętych sytuacjach naszego życia, gdy śmierć bezpośrednio podkrada się do nas i pyta: A co ty tu robisz? Przerażony człowiek włącza rezerwy głównego dowodzenia, i sam wiesz, do czego jest zdolny w takich chwilach. Potem nie rozumie, jak mógł zrobić to czy tamto. Poza tym sztuka bezpośrednio wiąże się z popędem poznawczym, zazdrością i agresją. Oczywiście gdybyśmy nie zazdrościli, nie pragnęlibyśmy lepiej pisać ani wspanialej reżyserować. Krótko mówiąc, nie chciałoby się nam wspinać wyżej niż naszym ojcom i dziadom. Zazdrości nie można pokonać, wręcz się nie powinno. Agresję, która wypływa z zazdrości, trzeba przekierować do odpowiedniego koryta, bo agresja nienastawiona na zabijanie zawsze skutkuje aktem twórczym, nawet gdy ktoś postawi cię pod ścianą, ale nie strzeli, będzie rzucał obok ciebie nożem, jak w cyrku.

Twórczość wywołuje w człowieku niewiarygodnie silne emocje. Pod ich wpływem zmienia on pogląd na świat, bo przesuwa się w nim punkt scalający. Jako twórcy możemy jedynie starać się ze wszystkich sił przesuwać ten punkt i zdobywać wszelkie doświadczenie, które z tego wynika, by poznawać siebie i świat wokół nas. Mam nadzieję, że zgodzisz się z tym sformułowaniem. Próbowałem tak postępować i trochę ciekawych rzeczy przedsięwziąłem, ale pycha to wszystko pożarła i wypluła mnie w takiej niewesołej odsłonie. Zbyt wielka pycha jest oczywiście szkodliwa, sprawia, że tracisz wrażliwość na ból bliźnich, a ostatecznie tracisz wszelką elastyczność i zdolność reagowania na bodźce, z sygnałami ostrzegawczymi włącznie. To niestety mój przypadek. Kiedy mieszkałem przy Wozniesieńskiej, mogłem olewać wszystkich i wszystko, ale teraz zło do mnie wróciło, w postaci tej miażdżącej duszę celi. Szybka karma, prawda? Próbuję odpowiednio nazwać moje kłopoty, tylko co z tego, skoro egoizm trzyma mnie w szachu i jak zwykle żąda, żebym w tej przerażającej sytuacji nic nie zmieniał, tkwił w gównie, w które wpadłem. W efekcie widzę siebie narzekającego, że mnie zamknęli w karcerze, krzyczę: Och, wszyscy są moimi wrogami! Jestem nieszczęśnikiem, najbiedniejszym ze wszystkich! Oczywiście jakoś mnie to pociesza i żyję dalej, żyję, nie wieszam się, na razie…

Na powyższym przykładzie widać, że radość ze zwycięstwa albo samobiczowanie po przegranej są w zasadzie tym samym, zresztą – jak to dawniej działało na rosyjskich wsiach? W dzień się biedowało, ach, jak nam ciężko, najgorzej! A w nocy się ruchało, aż chałupy się trzęsły, i co rano baba ze świeżą energią biegła wydoić krowę, a chłop z werwą ciągnął pług po zagonie. Człowiek musi kochać samego siebie, w triumfie i desperacji, tylko w światach wyższych można się obejść bez przeświadczenia o własnej wyjątkowości, w fizycznym nie da rady. W dodatku pycha jest częścią pamięci o tym, że człowiek zasadniczo ma pochodzenie boskie. I nawet jeśli żadnych bogów nie ma, wszyscy oni zawierają się w człowieku. Ale Bóg, rozumiesz, Bóg! Dorosnąć do swojej boskiej natury to wielka sprawa! Teraz wszyscy wokół tym się zajmują, anastazjanie, krysznowcy, Wissarion i Piatibrat. Ty w zasadzie też, podobnie jak ja, nie będziemy się od tego wykręcać, nie będziemy udawać, że nas to nie dotyczy, prawda? Słyszałeś przecież wczoraj Piatibrata pod latarnią, jak naskoczył na tę blondynę? Tania ma na imię, już sobie przypomniałem. Chcesz żyć wiecznie? Tak pytał. Chcesz żyć wiecznie? To pytanie pozostaje w centrum wszystkich religii świata, nawet jeśli z różnych artykułów w gazetach może wynikać, że właściwie chodzi już tylko o moralność i dobre relacje z ludźmi. Ale gdzie tam, żadne takie, chodzi o cuda, o boskość i nieśmiertelność, na przekór wszystkim dowodom naukowym na to czy na coś innego. Piatibrat napisał o tym niewiarygodnie grubą książkę, Księgą głębinową ją nazywa. Porównuje w niej bajki wszystkich narodów świata i stara się w nich dostrzec metaopowieść o walce dobra ze złem, o śmierci i zmartwychwstaniu, o zniewoleniu i wolności. Ponieważ jednak z zawodu jest specem od naprawy telewizorów, a prywatnie miłośnikiem fantastyki naukowej, wyszedł mu mit technicystyczny – same roboty i mikroroboty, kolonizują i infekują nasz organizm na rozkaz mrocznego pana, który zasiada na niewidocznej stronie Luny. Wszyscy jesteśmy zmanipulowani, spowolnieni i pozbawieni boskiej siły, a ona powinna być dla nas na wyciągnięcie ręki. Tak prawił towarzysz Piatibrat, prorok i wizjoner – i to też jest Gelendżyk…

Tak na marginesie, słowo „Gelendżyk” oznacza białą pannę młodą, wręcz panienkę. Niezły żart, gdy sobie uświadomisz, że Gelendżyk był pierwotnie targiem rosyjskich niewolnic sprzedawanych do tureckich haremów. Potem wzniesiono tu twierdzę, jakoś pod koniec XVIII wieku, za czasów pierwszych wojen kaukaskich, walczył w nich Lermontow i jemu podobni. Epoka romantyzmu i bajronizmu! Kiedy wojna się skończyła w wyniku podłej i obrzydliwej operacji, zaczęto budować tu rosyjskie fortyfikacje. Gelendżyk stał się jedną z nich. Piatibrat jednak tłumaczy to słowo jako Biały Dżygit, czyli biały wojownik. Prometeusz najprawdopodobniej… Jego zestrzelony kosmiczny frachtowiec do tej pory leży na dnie zatoki, dlatego Niemcy tak się tu pchali w czasie wojny, oni, jak wiadomo, zawsze wciskali się w miejsca związane z magicznymi sprawami – do Indii, Egiptu i tutaj. Zdaniem Piatibrata szukali tu czegoś na miarę Świętego Graala, bo Führer pragnął go mieć. A ponieważ nikt nie wie, czym miałby być Graal, pucharem czy kosmicznym frachtowcem, każdy może o nim myśleć po swojemu. Niemcy chcieli zdobyć Kaukaz i zyskać dostęp do Morza Kaspijskiego, do nafty. Prowadzili potrójny atak: na Noworosyjsk, na jezioro Rica przez przełęcz niedaleko Elbrusu i na Tuapse. O Gelendżyk, port Noworosyjska, toczono zaciekłe walki. Długo był remis, dopóki Rosjanie nie wymyślili tego małego kraju, o którym pisał potem Leonid Iljicz, służący tu jako politruk. Mały kraj, parę kilometrów kwadratowych. Dwieście dni go bronili. W sensie geograficznym to miejsce w zasadzie nie istnieje, nie jest to żadne ustalone, naturalnie wyznaczone terytorium, po prostu okolica, którą zdołali zająć po desancie, przez zatokę. To była potworna akcja. Mam wrażenie, że dziadek, mąż tej naszej babci, też brał w tym udział, przynajmniej babcia wczoraj tak sugerowała. Nie zdziwiłbym się, gdyby zszargane nerwy i koszmary miał jeszcze z tamtych czasów. Rano znowu na mnie wrzeszczał, że bez pozwolenia przesunąłem stolik ogrodowy, rzęził, o mały włos się nie przekręcił. Nie wiem, jakim cudem cię nie obudził. Naprawdę twardo śpisz, zazdroszczę ci. To była straszna scena, nie wiem, jak tu z nim wytrzymamy. Rozpiera go taka wściekłość na cały świat, że mógłby mordować. Gardłował, że jest weteranem Wielkiej Ojczyźnianej i ma medale, rozumiesz…

Tylko że wtedy każdy, kto przedarł się na drugą stronę, dostał medal, bez wyjątku. Byli wyłącznie martwi i odznaczeni. Nie, wyobraź sobie: na początku czterdziestego trzeciego Niemcy siedzieli na lewym brzegu, a Rosjanie na prawym. Niemcy z góry kontrolowali ruchy rosyjskiej floty, dlatego nasze dowództwo wymyśliło, że desant zejdzie na ląd i zajmie kawałek ziemi, co na pewien czas zaangażuje znaczną część sił niemieckich. Wcześniej na Cienkim Przylądku żołnierze ćwiczyli skok do wody z karabinem maszynowym, rzucanie nożem i bandażowanie ran, uczyli się ładować diegtariowy z zawiązanymi oczami i ze słuchu okreś­lać, z której strony prowadzony jest ostrzał. Potem nocą zwodowali łodzie, załadowali do nich piechotę, osłonili mgłą z granatów dymnych i wypłynęli do zatoki, prosto pod lufy niemieckich karabinów maszynowych. Ci, którzy przeżyli i dostali się na drugą stronę, okopali się w miejscu ostrzeliwanym ze wszystkich stron! Mnóstwo ludzi zginęło i bardzo wielu utonęło. Wiedzieli, że idą na śmierć, dlatego woleli wskoczyć do wody, tylko że się potopili albo dostali kulkę w plecy od towarzyszy broni, jako dezerterzy. Akcja jednak zakończyła się sukcesem, ani Noworosyjsk, ani Gelendżyk nie zostały zajęte, a Hitler nie zdobył frachtowca Prometeusza, dzięki Bogu.

Widzisz? Już znowu latają obce samoloty. Natowskie, oczywiście, wasze, wasze, towarzyszu obcokrajowcu. Trenujecie gruzińskich żołnierzy i dostarczacie im broń. Misza Saakaszwili się raduje, a Wowka Putin przez to nie śpi. Oczywiście zarówno Putin, jak i Saakaszwili są bandytami, i spróbuj się połapać, który gorszym. Ale wy teraz trzymacie z Miszą przeciwko Wowce, więc dzieją się tu takie rzeczy. Będzie wojna, oczywiście. Tak na marginesie, to komentarz do twojego pytania, czy nie powinieneś wżenić się w Rosję, gdyby przypadkiem twoja Sachalarka była tego warta. Pewnie znasz ten dowcip. Przychodzi facet do nieba, wokół sami aniołowie i harfy. Szybko się znudził, więc poprosił, by pozwolono mu na chwilę zajrzeć do piekła. A tam wino, kobiety i śpiew. Kiedy wrócił do nieba, brakowało mu tego wszystkiego, więc spytał, czy nie mógłby trafić do piekła na zawsze. Puścili go, bo czemuż by nie. Tym razem czekały go ból, płacz i zgrzytanie zębów, i pełne goryczy pytania, dlaczego już nie jest tak, jak przedtem. A diabły w śmiech: Drogi panie, pomylił pan turystykę z emigracją! No więc na razie mamy w kurorcie Gelendżyk aksamitny sezon. Na razie!

Odkryłem Gelendżyk jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy statystowałem w filmie dla dzieci. Był wtedy ze mną Jurka Bgaszew, kolega ze szkoły teatralnej, świętej pamięci od kilku lat… Od czasu do czasu tak sobie dorabialiśmy w trakcie studiów. Właściwie to on mnie namówił, żebym przyjechał, więc można powiedzieć, że trochę dzięki niemu tu jesteśmy. W ogóle miał spory wpływ na moje życie, choć zawsze raczej nie wprost i nieświadomie. Nasze drogi w jakiś przedziwny sposób ciągle się krzyżowały, choć tego nie planowaliśmy, i jeden drugiemu raz po raz wchodził w życie, z dobrym i złym skutkiem, i co wyjątkowo kuriozalne, działo się tak nawet po śmierci Jurki, kiedy zaczął nawiedzać mnie w snach. W Gelendżyku Jurce się nie pofarciło. Zaraz po przyjeździe wplątał się w historię miłosną z zamężną urlopowiczką, gdzieś się pobił i spóźnił na plan, w dodatku przyszedł z takim limem, że charakteryzatorzy nie zdołali tego zamaskować, więc reżyser go wyrzucił. Potem jeszcze dwa dni się tu pałętał, leżał na plaży, chlał i udawał, że jakiś reżyser i parę rubli wypłaty nie zdołają wyprowadzić go z równowagi. Wreszcie się pozbierał i wrócił do Moskwy. Ja zostałem tu jeszcze tydzień i zrozumiałem, że nad Morze Czarne powinienem wracać. Regularnie przyjeżdżam tu od końca lat dziewięćdziesiątych. Wtedy w regionie zaczynał się rozwijać anastazjanizm, odkryłem, że są tu dolmeny i w ogóle unikalna energia… I spotkałem Piatibrata. Po raz pierwszy zobaczyłem go na zlocie anastazjan, był wtedy młodziutkim, szczupłym chłopakiem w dresie i z dużym nosem, siedział w tej ich salce przy ulicy Chersońskiej, pod turkusowymi obrazkami, i coś tam prawił tym swoim przyduszonym tenorem. Kto chciał, słuchał; kto nie, ten nie zwracał na niego uwagi. Piatibrat, takie imię, jak pięciu braci. Chociaż kto wie, czy tylko pięciu.

To imię przypomniało mi starodawną rosyjską anegdotę. Żył kiedyś kupiec Siedmiodupiec. Posłał carowi siedem szczupaków. Car się uradował, siedem szczupaków mu posmakowało i rzekł swoim sługom: „Dobre, bardzo dobre! Ale przekażcie temu kupcowi, że wystarczyłoby pięć!”. Słudzy poszli do kupca i powiadają: „Kupcu Siedmiodupcu, oto wiadomość od samego cara: Pięć by starczyło!”. Od tego czasu kupiec nazywa się Pięciodupiec, bo słowo cara jest na Rusi prawem.

Skoro jesteśmy przy Piatibracie i carach, to trzeba powiedzieć, że Piatibrat tę swoją Księgę głębinową rozesłał do wszystkich najważniejszych urzędów państwowych, z kancelarią prezydenta włącznie, i od tego czasu, jak twierdzi, jest śledzony i podsłuchiwany na każdym kroku, bo rosyjskie urzędy są oczywiście na usługach mrocznego władcy Luny, a on chętnie ukróciłby działalność Piatibrata.

Jeśli cię to zainteresuje, książkę Wołodii można ściągnąć z internetu, łatwo ją znaleźć. Najlepsza kawiarenka internetowa jest na dole, pod arkadami. Kiedy się tam wybierzesz, sprawdź prognozę pogody. Zrób to dla mnie, skoro tobie najwyraźniej nawet pogoda jest obojętna. Jasne, znam te stany. Nawiasem mówiąc, obok kawiarenki działa dobra księgarnia, mają tam kilka ezoterycznych książek, może będą coś warte. Teraz nie mam na nie pieniędzy, ale może ciebie coś zainteresuje… Na przykład Theun Marés jest świetny. Z pewnością znajdziesz tam też książki Władimira Megrego, może zajrzyj do nich, z ciekawości. Żebyś zrozumiał, skąd ci anastazjanie się wzięli. Na dodatek Megre większość książek napisał właśnie w Gelendżyku. Megre, tak. Nie słyszałeś tego nazwiska? Niedawno jeden żartowniś ogłosił w internecie, że twórca Anastazji powinien mieć w Gelendżyku pomnik, tuż obok pochmurnego Lermontowa. Wyobraź sobie: marmurowy cokół, a na nim przysadzisty gość w haftowanym krawacie i trochę przydługich spodniach, z cienkim wąsikiem, spogląda w dal, a w żylastej ręce uniesionej w kierunku morza trzyma ogromną szyszkę. Megre tak naprawdę nie nazywa się Megre, tylko Puzankow, pewnie od słowa „puzir”. Jak przetłumaczysz je na swój język? Pęcherz? Też dobre słowo. Towarzysza Megrego znamy więc pod jego prawdziwym nazwiskiem dlatego, że to mój krajan, prywaciarz z Nowosybirska. Jeśli chodzi o jego pseudonim, sprawa wygląda następująco. W Nowosybirsku mamy jeden pomnik, taki stos z gówna. Sterczy z niego ręka z pochodnią, w hołdzie dla paryskich komunardów, którzy po porażce wyemigrowali do Rosji i tu żyli, byli aktywni jeszcze za rewolucji bolszewickiej. Jeden z nich nazywał się Mai­gret, zapisano to na pomniku, a Puzankow twierdzi, że jest prawnukiem tego Francuza. Może i jest, niech mu Bóg błogosławi…

Dziesięć lat temu napisał swoją pierwszą książkę, powieść z elementami romansu i thrillera o tym, jak podczas podróży handlowej trafił na Syberię, gdzieś w dorzecze Obu. Najpierw spotkał tam dwóch stuletnich dziadków, którzy zapewnili go o niewiarygodnych właściwościach leczniczych syberyjskiego cedru, a potem ich wnuczkę, niezwykłą uzdrowicielkę Anastazję. Jej fikcyjna twarz spogląda teraz na rosyjski lud z mnóstwa plakatów i kalendarzy. Istnieję dla tych, dla których istnieję – takie hasło, mówię ci… Piękna Anastazja, prawnuczka dawnych druidów, uczy rosyjski lud, jak żyć w harmonii z przyrodą, chodzi półnaga w zimie i w lecie, mróz się jej nie ima, słońce nie wysusza, dzika zwierzyna ociera się o jej łydki… I oczywiście używa cedrowych produktów we wszystkich możliwych formach. Wybrała Megrego, żeby przekazał jej świadectwo całemu światu, co gość wzorowo spełnia: łączny nakład jego książek już idzie w dziesiątki milionów egzemplarzy. Ludzie szaleją: kupują zwykłe cedrowe szyszki w zielonych pudełkach za sto pięćdziesiąt rubli, sprzedają mieszkania w mieście i zakładają ekologiczne gospodarstwa, przywdziewają lniane szaty i zaczynają uprawiać ziemię jak tołstoiści w czasach pomylonego hrabiego. Śpiewają i tańczą, sam widziałeś: gitary, fleciki, tamburyny, dziewczyny z gołymi głowami. Trochę hippiski, trochę słowiańskie wiedźmy, biedny Kesza pewnie dostanie oczopląsu. Dzieci Indygo, teksty o słońcu i przyjaźni, a w przerwach wykłady różnych ludzi, którzy wiedzą, jak i gdzie kupić grunt, jak i z czego zbudować tam chałupę i jak to załatwić prawnie. I to wszystko oczywiście nie gdzieś na Syberii, w cedrowych gajach, jak byś oczekiwał, ale tu, w Gelendżyku, bo Megre kiedyś tu był i rozumiał, że trzeba połączyć Anastazję z tym miejscem.

Żeby Anastazja mogła triumfalnie zstąpić z niebios na ziemię, oczywiście niezbędna była pomoc pewnych ludzi… Wiesz, od dawna żyją tu ezoterycy, którzy nigdy nie pchali się przed szereg, ani za czasów sowieckich, ani teraz, nie zobaczysz ich na żadnej scenie, ale umieją poczekać na odpowiedni moment. Ten nadszedł po pieriestrojce. Najpierw zainicjowali milicjanta z drogówki w Krasnodarze, dziś znanego jako prorok Wissarion. Ten człowiek w tajnych dokumentach swojej sekty mówi wprost, że jest inkarnacją Jezusa Chrystusa. Jego wypuścili, że tak powiem, jako pierwszego. Charyzmatyczny gość, zmusza ludzi do porzucania domów, przeprowadzania się do drewnianych chat i wegetarianizmu, jednocześnie w surowym reżimie ascezy i ze współwłasnością kobiet. Potem przyszła kolej na cwanego towarzysza Megrego, który znacząco pomógł tym ludziom poprawić ich sytuację finansową. Powiedzieli mu: Jesteś ambitny, a dzięki nam staniesz się bogaty. Wymyślimy ci biznesplan. Jaki? Będziesz pisać. O czym? O tym, po co ludzie mogliby jeździć do Gelendżyku i przywozić ze sobą pieniądze. Ty będziesz pisał, dlaczego trzeba jeździć do Gelendżyku, my zapewnimy infrastrukturę. Co mam im zaoferować? Dolmeny. Musisz napisać, że to święte miejsca, źródła energii i tak dalej. Megre to wszystko podłapał, na dodatek nauczyli go wykorzystywać rytmizowaną prozę. Taki tekst jest o wiele bardziej sugestywny – wszyscy to wiedzą. W ten sposób Megre został pisarzem, dzięki czemu mamy książki, które są niczym innym jak trikiem reklamowym. I widzisz, wyszło im lepiej, niż się spodziewali, bo człowiek rosyjski zawsze jest gotów uwierzyć w cokolwiek.

Ludzie ci uaktywnili znacznie więcej osób. Może nawet Piatibrata, choć on zaprzecza. Za swojego guru uznaje wyłącznie Stanisława Lema, nikogo więcej. To oczywiście nic nie znaczy; wtajemniczony zazwyczaj nie uznaje, że został wtajemniczony, bo musiałby uznać zależność od czyjejś władzy. Zarazem większość ludzi, bez względu na inteligencję i stopień oświecenia, poszukuje swojego pana, dominy czy dominatora, żeby móc się podporządkować i przyjąć dar. I znajdują ich, tak jak ty znalazłeś swoją Sachalarkę, ja – Kima, a Megre swoich ludzi. Każdy na swoim poziomie, na swoim kawałku drogi, że tak powiem. Kto nie jest twoim panem i mistrzem, nie może cię wtajemniczyć, taka sama zasada obowiązuje u buddystów. Choć wydaje się, że tam wszystko mają załatwione i uświęcone tekstami kanonicznymi, i tak chodzi jedynie o podporządkowanie się autorytetowi, chociaż on nie ma ani nie może mieć pełnych, wiarygodnych informacji. Również tam w tle kryje się wielkie kłamstwo, jakżeby go miało nie być, przecież na nim wszystko się opiera. Przypomnij sobie Pochwałę głupoty Erazma z Rotterdamu albo „Credo quia absurdum” Augustyna – żadnym sposobem nie da się zdobyć dokładnej informacji. Chociaż kłamstwo nie jest precyzyjnym określeniem, chodzi raczej o sens aforyzmu: jeśli możesz osiągnąć cel, wodząc ludzi za nos, nie kłam! To jest przypadek Megrego i jemu podobnych: oni nie kłamią, tylko wodzą ludzi za nos. Faktycznie są w pewien sposób połączeni, faktycznie pracują z danymi z delikatnych światów, ale nie mówią, kto i w jakim celu przekazał im tę wiedzę. Weź na przykład Nataszkę, wiesz którą, byłą żonę Kima. Do dziś nie chce przyznać, że cały jej talent obudził się dzięki Kimowi. Twierdzi, że tkwił w niej już wcześniej, ale nie powie, że bez wtajemniczenia te dary najpewniej leżałyby odłogiem.

Poza tym wiemy przecież, że Kim cały swój piwniczny teatr i metodę reżyserską budował na nieustannym hipnotyzowaniu i zmuszaniu ludzi, by pokochali jego i tę metodę. Widzieliśmy, byliśmy świadkami, jak w ludziach zachodziły wielkie zmiany. Kim starał się, żeby aktorzy naprawdę wcielili się w postać, jego metoda przypominała szamaństwo i strasznie narzekał, widząc, jak w rosyjskim teatrze zanika element ezoteryki.

Porzucona przez nas

dawna – pradawna

profesja naśladowania bogów

umiera w samotności na chorobę zwaną niepotrzebność.

To pierwsze wersy z jego sztuki. Dawna – pradawna profesja! Bo pierwotną misją aktorów naprawdę było naśladowanie bogów. Mówi się, że Grecy upodabniali swoich bogów do ludzi, ale to straszny błąd i nieporozumienie. W żadnym razie! Oni swoich ludzi upodabniali do bogów! A to ogromna różnica, dosłownie niebotyczna. Ich pomniki są teomorficzne, czyli podobne bogom, podobne im, nieśmiertelnym! Kimowi marzyło się coś co najmniej równie wielkiego, dlatego wymyślił te wszystkie ćwiczenia i koncepcje ezoteryczne. Z początku kręciłem na nie nosem, bo nie wierzyłem, że chłopak, z którym pięć lat chodziłem do szkoły, mógł mieć taką wizję. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, wiadoma rzecz, ale kiedy doświadczyłem na własnej skórze tych wszystkich procedur, które umożliwiają osiąganie takiej głębi i szczytów… I nie należy przy tej okazji używać słowa „duchowość”, bo ono wprowadza zamęt. Trzeba pamiętać, że żadna duchowość nie istnieje w oderwaniu od fizycznego ciała.

Nie ma też żadnej duchowości, którą mogę zyskać w ten sposób, że pójdę na czterdzieści dni na pustynię, siądę tam z jakimś świętym i przez cały ten czas nie będę jeść. Albo wyjadę dobrowolnie na Sybir, na wygnanie, jak niektórzy… Załóżmy, że w ten sposób podbuduję przekonanie o własnej wyjątkowości, czterdziestego dnia wrócę i powiem: patrzcie, jaki ze mnie gość, a z was wszystkich jakie gówna, bo nie zdołacie zrobić tego, co ja. Tak naprawdę nie zyskam kompletnie nic. Dlatego święty Franciszek w legendzie przerwał post trzydziestego dziewiątego dnia, a nie dopiero czterdziestego, jak się zobowiązał. Dlatego zarządził, aby przyniesiono mu chleb i mięso, i dziewczyny mu przyprowadzono, mówiąc z grubsza. Wiedział, że jeśli wytrwa do końca, z pewnością odczuje samozadowolenie, i jeśli je pokona, stanie się to jego doświadczeniem, a od doświadczenia, jak wiadomo, nie da się już uwolnić, nie można się go pozbyć, na trwałe zapisuje się w duszy. Stałby się więc człowiekiem, który przeżył wielki atak pychy. Żeby nie musieć przeżywać tej strasznej, podłej emocji, święty Franciszek postąpił w jedyny właściwy sposób: trzydziestego dziewiątego dnia zamówił mięso i wódkę, na co wszyscy zaczęli wrzeszczeć: Co ty wyrabiasz? Przecież mogłeś pobić rekord! Ech, w dupie mam takie rekordy, chłopaki… Wielki wojownik? Wielki! Jeśli zaprotestujesz, że tę pychę i tak przeżył, odpowiem ci, że przynajmniej próbował chronić przed sobą pozostałych, którzy go obserwowali, zdołał się przeciwstawić ich potrzebie ubóstwiania go.

Pycha, czyli wybujałe przeświadczenie o własnej wyjątkowości, zalicza się do grzechów śmiertelnych i każde zbędne przeżycie tej emocji czyni człowieka brudniejszym. Stąd wniosek, że nie powinieneś wypływać tak daleko jak wczoraj, bo jest to wyłącznie przejaw twojej potrzeby udowodnienia sobie czegoś. Równie dobrze możesz pływać sto metrów bliżej, a ja przynajmniej nie będę się bać, rozumiesz? Nie warto prowokować bóstw. Raz poślą ci delfina, a następnym razem cholera wie co. Na myśl o ludziach, którzy latają tu na spadochronie zawieszonym za motorówką, robi mi się niedobrze, o lotniarzach nie wspominając, bo, jak teraz zaczynam rozumieć, im bardziej jestem niezdolny do podobnych wyczynów, tym mocniej pracuje moja wyobraźnia. Poza tym teraz na jednym z kanałów telewizyjnych puszczają dwa razy w tygodniu program „Najgorsze wypadki sportowe”: konie tratują dżokejów, piloci rajdowi płoną w autach, spadochroniarze lecą bez spadochronów i zderzają się z ziemią, torreadorzy umierają przebici rogami byka, akrobaci spadają z trapezów, a wszystko to o dziesiątej rano, z życzliwym ostrzeżeniem, że program nie jest odpowiedni dla dzieci. Oglądam to i potem wszędzie wokół antycypuję, że coś takiego się wydarzy. I się wydarza, żebyś wiedział. Już samo pływanie pod latarnią i wchodzenie po tej okropnej drabince wzbudzają przerażenie. Gdy widzę tam dzieci, wolę zamknąć oczy. Strach, okrutny strach, jest w tym przypadku całkiem na miejscu.

Tak na marginesie, pycha dobrowolnie puszcza kierownicę wyłącznie w chwili, gdy człowiek boi się o swoje życie: kiedy biegnie na niego facet z siekierą, kiedy stoi na drabince pod latarnią, kiedy płynie łódką prosto na lufy karabinów albo coś w tym rodzaju. Wtedy pycha zwalnia miejsce za kółkiem, znika z wyższego poziomu ludzkiej świadomości, niedostępnego w zwykłym trybie. Na tym poziomie człowiek natychmiast we właściwy sposób kompresuje czas – o tych trzech sekundach można potem napisać powieść – i osiąga stan absolutnej jasności, najczystszej przejrzystości, która umożliwia prawdziwe widzenie, dostrzeganie jasnych linii świata. Kiedy patrzysz w ten sposób, natychmiast pojmujesz, jak uporządkowany jest świat, co jak działa, co dokąd płynie. W takim momencie możesz skompresować czas do tego stopnia, że niemal się zatrzyma. Facet ani drgnie. Będzie czekał na twój ruch, z siekierą uniesioną nad głową. A ty możesz wybrać właściwy wariant dalszego działania, żeby wygrać. Gdy wykaraskasz się z opresji, pycha natychmiast wróci za kierownicę i zacznie opowiadać, jak wszystkim dowaliła. Towarzysz egoizm będzie wykrzykiwać, że od dawna znał właściwe rozwiązanie i zawsze o nim mówił, ale nikt go nie słuchał! Bo on zawsze wszystkim kieruje i wszystko ma pod kontrolą. Nie dziwi go, że od dawna podąża odmiennym kursem, właściwie siedzi już w innej rakiecie, a na pytanie, jak się tam znalazł, odpowiada bez wahania: Byłem tu od zawsze! Krótko mówiąc, jeśli człowiek nie jest czujny, nie utrwala zmiany swojego losu, to ta zmiana go ominie, a on nawet tego nie zauważy, na swoje nieszczęście.

Odmiana losu naprawdę wpływa na przeznaczenie! Naprawdę! Żyjesz w pewnej linii i nagle – hop! – trafiasz na inną, przy czym każdy taki zwrot oznacza zmianę w fundamentach karmy. Niemniej egoizm natychmiast zaadaptuje wszystko, co przeszłe, dlatego zmienia się nie tylko twoja przyszłość, ale również przeszłość: od momentu pęknięcia masz nowy los, a zarazem był on nowy od zawsze. Elementy niepasujące do schematu zostają wyparte. Jeśli nie zapisywałeś przeżyć, już nigdy ich sobie nie przypomnisz, ale wrażenie, że przekroczyłeś jakąś granicę, a potem wróciłeś, naturalnie cię nie opuści. Jakaś tęsknota może doprowadzi cię do tego, że zaczniesz palić trawę albo pić, albo zmieniać kobiety, latać po górach jak zerwany z łańcucha. Będziesz po prostu szukać różnych narkotyków wewnątrz lub na zewnątrz organizmu, żeby znowu osiągnąć ten stan, powtórzyć lot, ten moment absolutnej, jasnej świadomości! Mógłbym się założyć, że naszemu dziadkowi też odbija z tęsknoty. Nie śpi, bo wraca do niego chwila, kiedy płynął łodzią przez zatokę prosto na karabiny maszynowe. Było całkiem ciemno, a przecież widział wszystko jaśniej niż kiedykolwiek, dzięki śmierci, która się nad nim unosiła. Tylko że wszystko, co zobaczył, i tak oczywiście zjebał, złożył na ołtarzu ojczyzny, oddał partii złoczyńców i kłamliwej idei komunizmu, a ona zbankrutowała. Dlatego teraz szaleje i zabiłby cię, gdybyś ruszył jego stół albo zerwał winogrono. Wiesz, co wczoraj do mnie wrzeszczał? Że jestem faszystą. Serio. Co ty sobie myślisz, faszysto?! Potrafisz sobie wyobrazić, co się dzieje w jego głowie?

O sprawach wokół odmiany losu wiedzieli już starożytni Grecy, ale Europa o tym zapomniała i potem odkrywała je na nowo. Niepojęte. To tak, jakby mój pradziadek wynalazł koło i zamontował je w wózku, po czym zjawiłbym się ja, jego prawnuk, urwałbym koło, zapomniał o nim i postanowił ciągnąć załadunek na płozach. Aż trudno uwierzyć w taką historię, a jednak Europie się przydarzyła. Śmiechu warte. Starożytnych Greków uważam za największych europejskich intelektualistów, bo nie chcieli, żeby całym ich życiem kierowało poczucie winy za jakieś grzechy. Kiedy w ich mitologii bóg wyrządza ludziom jakieś świństwo, od razu rzucają mu w twarz wyrzuty w stylu: Dlaczego mnie zdradziłeś, bydlaku? Bądź przeklęty! Merkury, przecież obiecałeś mi pomóc! A Merkury odpowiada: Przecież ci pomogłem! Czego ode mnie chciałeś? Informacji, czyż nie? Więc ci ją dostarczyłem! Nie moja wina, że brzmiała: wszystkich krewnych ci wymordowali, a twoje królestwo padło łupem wrogów. Nic nie poradzę na to, że miałem do przekazania taką informację! Nie, Merkury, powinieneś był mnie ostrzec! Taka jest pycha człowieka, nawet twarzą w twarz z bogami: Miałeś powiedzieć mi wcześniej! Bo ci ludzie pamiętali, że kiedyś byli bogami. W jakim sensie, nie będziemy spekulować, istotne jest, że wprawdzie nic nie rozumieli, ale mieli poczucie utraconej boskości i zaczęli jej szukać. A ponieważ wszystkie procesy połączone z czynnością intelektualną prowadzą do rozszerzenia pola wiedzy poprzez jej pogłębienie i podniesienie poziomu, człowiek prędzej czy później dotrze do granicy poznanego i zapragnie również z niepoznanego czerpać jakieś korzyści, na przykład posłuży się magią. Grecy osiągnęli tę granicę – i poszli w teatr.

O czym był pierwszy teatr? O relacjach ludzi i bogów: królowie rozmawiali z bogami, a to, co od nich usłyszeli, przekazywali poddanym. Dopiero po jakimś czasie ludzie zaczęli w teatrze mówić także między sobą, choć początkowo tylko na poziomie chóru i głównego bohatera, czyli dialogu świadomości zbiorowej i jednostki. Chór zwykle ostrzega bohatera: Dokąd leziesz? Oberwiesz! I tym podobne. W takich sytuacjach bohater musi wybrać: albo podda się bogu, albo bóg zrobi coś takiego, że bohater i tak mu się podda, ale bardziej go to zaboli. Jednocześnie wypływają potem na wierzch wszystkie te teorie o losie i determinizmie, no i powstaje sytuacja, że ludzka pycha mówi bogu: I tak jestem ze wszystkich największa! Nawiasem mówiąc, bóg mógł na przykład rozkazać: Pójdziesz tą drogą, tu będziesz zrywać kwiatki, tam rzucać kamienie i pić wodę ze źródła, ożenisz się z tą, rozwiedziesz i umrzesz, bo zabije cię twój syn. Dowolna wyrocznia mogła tak powiedzieć, to było na porządku dziennym, wszyscy greccy rodzice szli po narodzinach dziecka do wyroczni i sporządzali horoskopy. Słyszeli: tatusiu, syn cię zabije, a ciebie, mamo, weźmie za żonę. Tata z mamą byli przerażeni, wiadoma rzecz, i chcieli się uratować. I co robili? Zamiast chłopaka od razu zabić, oddawali go prosto w ręce tego samego losu, który właśnie powiedział im to, co powiedział: Z moich rąk się nie wyrwiesz! Dziwne zachowanie, prawda? Ułożyli niemowlę w koszyku i porzucili w górach. Nie da się racjonalnie wytłumaczyć ich postępowania.

A ponieważ chłopcu śmierć nie była pisana, znalazły go odpowiednie organy i zapewniły mu wszystko, czego młody mężczyzna potrzebuje do rozwoju fizycznego i duchowego oraz do tego, by kiedyś wypełnić swoje zadanie: kogoś zabić i z kimś się ożenić. I tak sobie żył, a kiedy osiągnął pełnoletniość, poszedł do tej samej wyroczni, co jego rodzice przed laty, i oczywiście usłyszał to samo, co oni wówczas. Zląkł się, bo myślał, że ludzie, którzy go wychowali, są jego rodzicami, a ponieważ nie miał najmniejszej ochoty zabijać własnego ojca, a tym bardziej żenić się z własną matką, nieładną i starą, ruszył w świat, młody i zdrowy, koń z jajami, jak to się u nas mówi. Od razu zabił człowieka – pierwszego, jakiego spotkał w nowym życiu. A przecież gdyby pomyślał, mógłby wygrać z losem. Mógł wygrać, bo rozwiązanie problemu jest znane: nikogo nie zabijaj ani się nie żeń! Albo idź do klasztoru, przynajmniej na tak długo, dopóki twoi rodzice nie umrą. Prawidłowa reakcja na niekorzystną wróżbę jest znana! Ale to trudne, czekać, aż rodzice umrą. Już tyle czasu męczę się w podobnej sytu­acji. Matka ciągle do mnie dzwoni, żebym wracał do Nowosybirska, że mam tam mieszkanie, że brat znajdzie mi pracę, może nawet w teatrze. Ale wiem, że gdybym to zrobił, zabiłbym ją tym, bobym się nie opanował i przy pierwszej okazji dałbym jej do zrozumienia, że naprawdę nie jestem wart tej ich okropnej, lepkiej, małpiej miłości i nie chcę, żeby traktowała mnie, pięćdziesięcioczterolatka, jak niemowlę. Siedzę więc w Moskwie, czekam i wiem, że mamy pewnie już nie zobaczę, chyba że dopiero, jak będzie leżeć w trumnie. Grzecznie czekam!

Tymczasem