World of Warcraft: Noc smoka - Richard A. Knaak - ebook

World of Warcraft: Noc smoka ebook

Richard A. Knaak

0,0
37,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Grim Batol – mroczne dziedzictwo tego miasta-twierdzy sięga zamierzchłej przeszłości Azeroth. Większość zna tę fortecę przede wszystkim jako miejsce straszliwej tragedii – to tam nikczemni orkowie splugawili świeżo wyklute potomstwo szlachetnej Alexstrazy, Smoczej Królowej, czyniąc z nich narzędzia wojny. I choć drużyna bohaterów pod wodzą maga Krasusa zdołała pokonać orków i uwolnić zniewolone smoki, przeklęta góra pozostała kolejną blizną na mapie zniszczonego świata…

WORLD OF WARCRAFT.

Krasus, czyli czerwony smok Korialstraz w ludzkiej postaci, wyczuwa, że złowroga moc Grim Batol budzi się ponownie, zagrażając bliskim jego sercu. Teraz jednak chce zmierzyć się z tym złem w pojedynkę, zupełnie nie wiedząc, że ku Grim Batol wyruszają także inne wyprawy. Ich szlaki splotą się w obliczu przerażającej prawdy, która może nie tylko przypieczętować śmierć śmiałków, lecz także zapoczątkować nową straszliwą erę mroku i zagłady.

***

Blizzard Entertainment prezentuje serię Blizzard Legends

Po wielu latach tworzenia znakomitych, wielokrotnie nagradzanych gier, takich jak World of Warcraft, StarCraft i Diablo, Blizzard Entertainment ponownie wydaje swoje najlepsze książki, tym razem w kolekcjonerskiej szacie graficznej. Wśród nich znajdują się bestsellerowe powieści z listy „New York Timesa”, które wciągną każdego miłośnika fantastyki – nie tylko fanów gier Blizzarda. Zaś ci ostatni – starsi i młodsi – będą mieli okazję poznać wykraczające poza ramy gier historie ich ulubionych bohaterów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

World of Warcraft. Night of The Dragon

Copyright © 2026 Blizzard Entertainment, Inc.

Warcraft, World of Warcraft i Blizzard Entertainment są znakami handlowymi i/lub zarejestrowanymi ­znakami handlowymi Blizzard Entertainment, Inc. w Stanach Zjednoczonych i/lub w innych krajach. Wszystkie pozostałe znaki handlowe w niniejszym dziele należą do ich poszczególnych właścicieli.

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Imiona, nazwiska, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autora i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami, instytucjami, przedsiębiorstwami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez zgody posiadacza praw. Niniejsza publikacja nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek innej oprawie lub okładce niż ta, w której została opublikowana, oraz bez podobnego zastrzeżenia nałożonego na kolejnego nabywcę.

Przekład

Tomasz Kupczyk

Redakcja i korekta

Piotr Budak, Joanna Rozmus, Marek Stankiewicz

Skład i przygotowanie do druku

Tomasz Brzozowski

Opracowanie e-wydania

Karolina Kaiser,

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-68639-49-0

StoryLight, imprint Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

[email protected], insignis.pl

Instagram: @wydawnictwostorylight, @insignis_media

X, TikTok: @insignis_media

Facebook: @Wydawnictwo.Insignis

Dla Evelyn, Micka, a w szczególności dla Chrisa – nieocenionych partnerów w tworzeniu licznych opowieści rozgrywających się na Azeroth.

Prolog

Był uwięziony… uwięziony… uwięziony…

Mrok zaciskał się wokół niego. Nie mógł oddychać, nie mógł się ruszyć. Jak do tego doszło? Czym były te plugawe, małe istoty, które w jakiś sposób zdołały go pojmać? Robactwo pochwyciło lewiatana! To wszak niemożliwe!

A jednak tak się stało…

Chciał ryknąć, lecz nie był w stanie. W tym miejscu i tak nie było żadnych dźwięków. Cisza doprowadzała go do szaleństwa. Musiał się uwolnić! Na pewno istniała jakaś droga ucieczki…

Spowiło go oślepiające, szmaragdowe światło. Wrzasnął, gdy boleśnie wyrwało go z mrocznej celi i wrzuciło w nieznane.

Wydobywający się z gardzieli dźwięk przeszedł w ogłuszający ryk ulgi zmieszanej ze wściekłością. Lewiatan rozpostarł swe wspaniałe, połyskujące skrzydła, a jego gigantyczna, turkusowa postać wypełniła znaczną część miejsca, w którym się znalazł. Ostre wypustki, wyglądające niemal jak kryształy, biegły wzdłuż grzbietu oraz przez środek łba. Te ostatnie przywodziły na myśl pióropusze, jakimi wodzowie ozdabiali swoje hełmy. Ogromne, lśniące białe ślepia, przypominające bardziej perły, omiotły wielką jaskinię wypełnioną kamiennymi naciekami wyglądającymi jak kły, które wyrastały zarówno z zaokrąglonego stropu, jak i nierównej podłogi.

A potem pełne nienawiści spojrzenie lewiatana zatrzymało się na robactwie, które – jakimś cudem! – ośmieliło się uwięzić jego wspaniałą osobę. Eksplodował purpurowym blaskiem, gdy rykiem wyraził swój jakże uzasadniony gniew.

– Wstrętne małe insekty! Wstrętne plugastwa! Jak śmiecie zamykać Zzeraku w klatce jak jakieś zwierzę? – Eteryczne ciało wyrzucającego z siebie te słowa Zzeraku zrobiło się jeszcze bardziej przezroczyste. Gigant wbił wzrok w niewielką grupę porywaczy: brzydkie, niewielkie istoty poruszające się jak powykrzywiani draenei, z tym że pewne części ich ciał pokrywały łuski, inne natomiast futro. Ich paskudne małe usta pełne były ostrych zębów, a sylwetki ochraniały wzmocnione okapturzone szaty. Stworzenia miały ślepia czerwone niczym płynna lawa, a mimo oczywistego zagrożenia, jakie stanowił dla nich Zzeraku, nie wyglądały na szczególnie przerażone.

Pojął, że dysponowały one bardzo skromną wiedzą na temat smoków otchłani.

– Wstrętne małe insekty! Wstrętne plugastwa! – powtórzył. Po jego ciele niespodziewanie przemknęły wyładowania o barwie jego cudownej osoby. Wyciągnął szponiastą łapę w kierunku stworów, zupełnie jakby miał zamiar zmieść je z powierzchni ziemi, i wystrzelił w ich kierunku błyskawicę.

Pierwsze pociski poleciały dziwnie krzywo, w ostatniej chwili zmieniając trajektorię i omijając niewielkie stworzenia. W tym samym czasie na czole każdego z nich na krótką chwilę pojawiła się dziwna, świecąca runa.

Pojmany smok otchłani bez wahania cisnął kolejną błyskawicą. Tym razem pocisk uderzył tuż pod stopy jego oprawców. Siła eksplozji rozrzuciła wszędzie nie tylko kawałki skał i ziemi, ale także warczące bestie. Zzeraku z ukontentowaniem patrzył, jak syczące stwory zostały wyrzucone w powietrze.

– Wstrętne małe insekty! Zzeraku zmiażdży was wszystkich!

Przywołał więcej mocy, a jego pierś nagle pokryły ciemnoniebieskie żyły. Trzask błyskawic stał się jeszcze głośniejszy.

Z boku wystrzeliło długie, smukłe pasmo srebrnej energii, które boleśnie zacisnęło się wokół jego przedniej lewej łapy.

Zaskoczony Zzeraku zapomniał o planowanym ataku. Z racji tego, że był smokiem otchłani, istotą stworzoną z czystej energii, macka powinna przelecieć przez niego. Warknął na nią, tylko po to, aby coś brutalnie szarpnęło go za szczęki. Opuścił łapę, niespodziewanie tracąc siły.

A wtedy druga z przednich kończyn również została unieruchomiona. Zzeraku szarpał się, lecz na próżno, magiczne sploty były zbyt mocne.

Ciało smoka otchłani nabrzmiało, a pokrywające je ciemnoniebieskie żyły stały się niemal czarne. Sam olbrzym zrobił się jeszcze bardziej przezroczysty, rozpływał się niczym mgła.

Srebrne pasma rozbłysły.

Zzeraku wydał z siebie przepełniony bólem ryk i runął na dno jaskini, jakby był istotą z krwi i kości. Kamienną podłogę pokryły liczne pęknięcia; na skutek uderzenia otworzyła się nawet szczelina, do której wpadły – zmierzając na spotkanie ze śmiercią – dwa niewielkie stworzenia.

Pozostałe zignorowały los, jaki spotkał ich towarzyszy, i zaczęły poruszać kolejnymi dwoma srebrnymi pasmami. Każdą z energetycznych macek władała, niczym gigantycznym biczem, piątka szkodników. Pokurcze wprawnie przerzuciły je ponad grzbietem Zzeraku, po czym zakotwiczyły srebrne pasma w ziemi za pomocą niewielkich szmaragdowych kamyków, którymi były zakończone.

– Uwolnijcie Zzeraku! – ryknął smok otchłani, gdy macki rozbłysły, a jego ciało zalała kolejna fala bólu. – Uwolnijcie mnie!

Kolejne pasma energii zmusiły go do położenia się płasko na dnie jaskini. Zzeraku walczył, lecz magiczne pęta całkowicie tłumiły jego moce.

Wokół niego krzątały się łuskowate postacie, dorzucając jedną przerażającą nić po drugiej, aż został całkiem nimi opleciony. Smok otchłani miał wrażenie, że każde z pokrywających jego ciało włókien jednocześnie go spala i zamraża. Ryczał z bólu i wściekłości, ale nic nie mógł zrobić, by zmienić sytuację, w której się znalazł.

Stwory, najwyraźniej niepewne wytrzymałości więzów, gorączkowo pracowały dalej. Używając szmaragdów, bezustannie poprawiały pęta, często zadając smokowi otchłani dodatkowy ból. Jedna z bestii zarechotała, widząc, jak cierpi.

Zzeraku zdołał wykrzesać dość sił, aby posłać w kierunku oprawcy ostatni strumień energii. Czerń spowiła stwora, który ku satysfakcji smoka zaczął wrzeszczeć z przerażenia. Magia otchłani zmieniła łuskowatą istotę w krwawą miazgę, która po chwili zakrzepła w kryształ czarny jak heban.

Na pysk Zzeraku spadła kolejna macka i zacisnęła się na nim. Połyskujący lewiatan szarpał się, lecz jego szczęki zostały unieruchomione równie mocno, jak reszta ciała.

Porywacze, jakby wielce zaniepokojeni, wciąż krzątali się po ogromnej jaskini, ale Zzeraku nie sądził, by miało to cokolwiek wspólnego z nim. Wydał z siebie stłumiony przez zaciśnięte szczęki, przepełniony frustracją syk i raz jeszcze spróbował się uwolnić.

Bezskutecznie.

Nagle krępe, łuskowate stwory przerwały to, czym się akurat zajmowały i jak jeden mąż zaczęły wpatrywać się w punkt tuż obok smoka otchłani, leżący poza granicą jego wzroku. Zzeraku wyczuwał, że zbliża się ktoś dysponujący ogromną mocą.

Jego prawdziwy oprawca…

Otaczające go istoty padły na ziemię, oddając w ten sposób cześć nadchodzącej postaci. Zzeraku usłyszał delikatny ruch, który mógłby być muśnięciem wiatru, gdyby nie to, że do tego przeklętego miejsca nie miał prawa dotrzeć nawet najmniejszy podmuch.

– Doskonale się spisaliście, moi skardyni – przemówił głos, który mimo kobiecego wdzięku był dla tego, co smok uważał za swoją duszę, niczym najzimniejszy lód. – Jestem ukontentowana…

– Poprawnie wykonali twe polecenia – odrzekł drugi, zdecydowanie męski głos, wręcz ociekający pogardą dla łuskowatych stworzeń. – Choć otworzyli chrysalunową komorę zbyt wcześnie, moja pani. Bestia niemalże uciekła.

– Nie było najmniejszych powodów do obaw. Trafiwszy tu, nie jest już w stanie uciec.

Kobiecy głos zbliżył się… i nagle przed Zzeraku pojawiła się drobna istota. Blada postać w dopasowanej sukni koloru nocy przystanęła, aby mu się przyjrzeć. On również omiótł ją wzrokiem i stwierdził, że kogoś mu przypomina. Przywodziła na myśl kobietę, która próbowała się z nim zaprzyjaźnić i pokazać mu coś więcej niż tylko absolutny chaos znany mu z krainy zwanej przez niektórych Rubieżą. Jednak smok otchłani wyczuwał, że stojąca nieopodal istota, choć pod pewnymi względami podobna do tej, którą pamiętał, różniła się od niej diametralnie.

Długie, hebanowe włosy opadały jej na ramiona. Głowę trzymała lekko odwróconą, zupełnie jakby nie zwracała szczególnej uwagi na uwięzionego lewiatana, choć ten doskonale wiedział, że było zupełnie inaczej. Z tego, co widział, rysy jej twarzy były równie nieskazitelne co te jego dawnej przyjaciółki, a może nawet bardziej.

Chłód, z jakim patrzyła na niego spod na wpół przymkniętych powiek, sprawił jednak, że Zzeraku znowu zaczął się szarpać.

Kącik czerwonych ust uniósł się delikatnie.

– Nie musisz się tak niepokoić, mój mały. Raczej powinieneś się rozluźnić. W końcu… sprowadziłam cię do domu.

Jej słowa nie miały najmniejszego sensu. Próbujący się wyswobodzić Zzeraku napiął krępujące go więzy… chciał uciec przed tą drobną postacią, w jakiś sposób napawającą go ogromnym strachem.

Odwróciła się ku niemu, ukazując tym samym lewą stronę twarzy przykrytą jedwabnym welonem… welonem, który poruszył się na tyle, aby smok otchłani mógł zobaczyć spaloną skórę pod spodem i ziejącą pustkę w miejscu, gdzie kiedyś było oko.

I chociaż ta istota w porównaniu z wielgachnym smokiem otchłani była zaledwie drobiną, widok jej zmasakrowanej twarzy po tysiąckroć spotęgował niepokój Zzeraku. Chciał znaleźć się z dala od niej, nigdy więcej tego nie oglądać. Nawet gdy woal opadł na paskudnie poparzoną część twarzy, lewiatan wciąż wyczuwał kryjące się pod nim przerażające zło.

Zło, które przewyższało wszystko, co znał z Rubieży.

Cyniczny uśmiech rozciągnął się jeszcze szerzej, szerzej niż w ogóle powinno to być możliwe.

– A teraz odpoczywaj – powiedziała istota tonem nakazującym posłuszeństwo. A kiedy Zzeraku momentalnie zaczął tracić przytomność, dodała: – Odpoczywaj i nie lękaj się… w końcu, moje dziecko, otacza cię rodzina…

Rozdział pierwszy

Gdy dożyje się tak sędziwego wieku, czas mija niezwykle szybko – pomyślała zakapturzona postać, siedząc w swoim górskim sanktuarium i obserwując świat poprzez niezliczoną ilość migoczących kul unoszących się wokół niej. Wystarczył gest ich stwórcy, aby wszystkie zaczęły przemieszczać się po olbrzymiej, okrągłej jaskini. Te, które najbardziej go interesowały, zawisły nad jednym z szeregu postumentów przekształconych magicznie ze stalagmitów. Wszystkie linie i kąty ich podstawy były tak doskonałe, że wyglądały na dzieło niezwykle utalentowanego artysty. Jednak w miarę wznoszenia się zmieniały się w coś, co bardziej wyglądało na twór śpiącego umysłu niż wynik pracy młota i dłuta. W snach, które nadały im ten kształt, pojawiały się smoki i duchy, z kolei na samym szczycie postumentów znajdowało się coś, co przypominało skamieniałą dłoń z długimi, żylastymi, wyciągniętymi ku górze palcami, niemalże chwytającymi zawieszoną powyżej kulę.

Każda z nich ukazywała miejsce o ogromnym znaczeniu dla czarodzieja Krasusa.

Cichy pomruk gromu, który docierał do wnętrza jego sanktuarium, świadczył o panującej na zewnątrz burzliwej pogodzie. Tego ponurego wieczoru Krasus odziany był w fioletowe szaty, niegdyś świadczące o przynależności do Kirin Toru. Smukły, blady czarodziej pochylił się, aby móc lepiej się przyjrzeć miejscu pokazywanym przez ostatnią sferę. Bijący od niej błękitnawy blask rozproszył cień rzucany przez nasunięty na głowę kaptur, ujawniając twarz o wystających kościach policzkowych, godnym szlachcica nosie i spiczastych uszach, przywodzącą na myśl wysokie elfy – rasę, która niemal całkowicie wyginęła. Jednak mimo iż Krasus urodą przypominał ich przedstawiciela, oczywiste było, że nie należy do żadnego z elfich rodów. Nie chodziło tylko o to, że jego jastrzębie oblicze znaczyły trzy długie, postrzępione szramy biegnące przez prawy policzek, a także liczne zmarszczki, których żaden elf nie mógł się dorobić, nawet gdyby żył ponad tysiąc lat. Nie chodziło również o nietypowe czarnoszkarłatne pasemka, którymi poprzetykane były siwe włosy. To przez jego lśniące, czarne oczy – niepodobne do oczu żadnego elfa czy nawet człowieka – świadczące o wieku, którego żadna śmiertelna istota nie była w stanie dożyć.

Osiągały go jedynie najstarsze smoki.

W tej postaci używał imienia Krasus, pod którym wielu znało go jako wyższego rangą członka wewnętrznego kręgu rady rządzącej Dalaranem. Jednak Dalaranowi – mimo najlepszych starań – nie udało się powstrzymać narastającej fali zła, podobnie jak zawiodły liczne królestwa podczas wojen z orkami, a później inwazji demonów Płonącego Legionu i Plagi nieumarłych. Świat został wywrócony do góry nogami, zginęły tysiące istot, a mimo to panowała jako taka równowaga… która z każdym dniem wydawała się coraz bardziej krucha.

To tak, jakbyśmy zostali uwięzieni w niekończącej się grze, a nasze życie zależało od rzutu kością lub rozdania kart – pomyślał Krasus, przypominając sobie katastrofalne wydarzenia z jeszcze odleglejszej przeszłości. Obserwował upadek cywilizacji starszych niż jakakolwiek z istniejących obecnie i choć brał udział w ratowaniu wielu z nich, zawsze miał wrażenie, że mógł zrobić znacznie więcej. Był tylko jedną istotą, jednym smokiem… nawet jeśli ten smok to tak naprawdę Korialstraz, oblubieniec Alexstrazy, wielkiej królowej czerwonego smoczego rodu.

Jednak nawet jego ukochana władczyni, Aspekt Życia, nie była w stanie przewidzieć wszystkiego, co się wydarzyło, ani też temu zapobiec. Krasus zdawał sobie sprawę, że wziął na swe barki większy ciężar niż powinien, lecz smoczy mag nie mógł zrezygnować z niesienia pomocy mieszkańcom Azeroth, nawet jeśli niektóre z tych starań były z góry skazane na niepowodzenie.

Prawdę mówiąc, nawet teraz jego uwagę przykuwało wiele wydarzeń mogących rozpętać na całym świecie chaos… a głównym źródłem tych problemów był jego własny gatunek – smoki. Kłopot stanowiła szczelina prowadząca do zadziwiającej krainy zwanej Rubieżą; wielki portal wyjątkowo fascynował i niepokoił błękitne smocze stado strażników magii. To właśnie stamtąd pochodziło tajemnicze lekarstwo na szaleństwo, które od dawna trawiło umysł ich władcy. Malygos, Aspekt Magii, co prawda odzyskał poczytalność, jednak Krasusowi wcale nie podobała się obrana przez niego droga. Był oburzony tym, że – w jego mniemaniu – młodsze rasy w destrukcyjny sposób nadużywają swojej mocy i sugerował pozostałym Aspektom, że do przetrwania Azeroth może okazać się niezbędna czystka władających nią istot. Prawdę mówiąc, Tkacz Zaklęć był w tej kwestii nieugięty, co udowodnił podczas ostatniego, corocznego spotkania z Alexstrazą Życiodajną, Nozdormu Wiekuistym i Yserą Śniącą, które odbyło się przy Świątyni Żmijowego Spoczynku, położonej na skutych lodem Smoczych Pustkowiach, gdzie po raz pierwszy zebrali się ponad dziesięć lat temu, aby upamiętnić wspólne zwycięstwo nad przerażającym Śmiercioskrzydłym.

Z narastającą frustracją Krasus odprawił kulę, której się przyglądał, i przywołał kolejną. Lecz tym razem jego myśli krążyły wokół ostatniego ze smoczych Aspektów, Ysery. Pojawiły się plotki o koszmarnych wydarzeniach mających miejsce w eterycznej krainie, której była władczynią – niemal mitycznym Szmaragdowym Śnie. Nikt nie wiedział, co dokładnie tam się dzieje, natomiast Krasus zaczynał się obawiać, że Szmaragdowy Sen stanowi prawdopodobnie bardziej katastrofalny problem niż cokolwiek innego.

Nie poświęcając uwagi malującemu się wewnątrz kuli obrazowi, zaczął ją odsyłać… gdy nagle zorientował się, że zna ukazaną lokację.

Grim Batol.

Patrząc na złowieszczą górę, odrzucił od siebie wszelkie myśli o Malygosie i Szmaragdowym Śnie. Znał to miejsce aż za dobrze, bywał tam w przeszłości i wysyłał do niego ze specjalną misją swoich agentów. Jego ukochana była tam więziona przez barbarzyńską rasę orków, którzy, co dziwne, trzynaście lat później okazali się użytecznymi sojusznikami, gdy powróciły demony Płonącego Legionu. Wykorzystali moc przeklętego artefaktu zwanego Demoniczną Duszą, by zniewolić Życiodajną. Niestety talizman był w stanie nagiąć wolę czerwonej smoczycy tak, aby służyła Hordzie, bowiem stworzony został przez Aspekty tylko po to, aby jeden z nich go wypaczył. Alexstraza zniosła jaja, a wykluwające się z nich młode służyły brutalnym wojownikom za wierzchowce. Dziesiątki jej dzieci zginęły w walce z czarodziejami i smokami należącymi do innych rodów.

Kierujący poczynaniami porywczego czarodzieja Rhonina, elfiej tropicielki Vereesy, a także innych istot, Krasus odegrał kluczową rolę w uwolnieniu swojej królowej z niewoli. Krasnoludzcy wojownicy pomogli zdławić tlące się jeszcze ogniska orczego oporu. Grim Batol opustoszało, a jego zło wykorzeniono raz na zawsze.

Przynajmniej tak wszyscy sądzili. Krasnoludy jako pierwsze wyczuły pozostały tam mrok i dlatego niemal od razu po pokonaniu orków opuściły to miejsce. Wówczas Krasus i Alexstraza zdecydowali, że obowiązkiem czerwonego rodu jest ponowne odcięcie Grim Batol od reszty świata. Jak na ironię, czerwone smoki strzegły tej okolicy od czasów starożytnej bitwy o Górę Hyjal i to właśnie ich obecność sprawiła, że orkowie bez trudu zdołali przeniknąć do wnętrza górskiej fortecy, aby zniewolić je za pomocą Demonicznej Duszy.

I tak, mimo pewnych obaw ze strony Krasusa, jego pobratymcy raz jeszcze stanęli na straży, dbając o to, aby nikt przypadkiem nie zapuścił się w okolice góry, ani też nie spróbował wykorzystać jej zła do własnych celów.

Jednak ostatnimi czasy strażnicy zaczęli bez wyraźnego powodu chorować, niektórzy nawet umierali. Nieliczni popadli w taki obłęd, że stawali się zagrożeniem dla otoczenia i dla dobra ogółu musieli zostać uśmierceni. Czerwony ród w końcu zrobił to, co wszyscy inni – zostawił Grim Batol na pastwę losu.

W ten oto sposób twierdza stała się pustym grobowcem symbolizującym kres starej wojny oraz niezwykle krótkiego okresu pokoju.

A mimo to…

Krasus spojrzał na spowite mrokiem miejsce. Nawet będąc tak daleko, wyczuwał, że coś emanuje z wnętrza Grim Batol. W ciągu wieków górska twierdza nasiąkła złem i nie było już dla niej żadnego ratunku.

To właśnie tego miejsca dotyczyły ostatnie plotki, według których złowroga przeszłość powróciła do życia. Krasus znał je wszystkie. Niejednolite opowieści o ogromnej, skrzydlatej postaci widocznej na tle nocnego nieba, upiornym kształcie, który według jednej z tych historii zniszczył położoną wiele mil od Grim Batol wioskę. Naoczny świadek twierdził, że w świetle księżyca widział coś, co mogło być smokiem… lecz nie o łuskach czerwonych, czarnych ani żadnych innych ze znanych dotychczas barw. Smok rzekomo był ametystowy, co było niemożliwe, i bez wątpienia stanowił wytwór wyobraźni przerażonego wieśniaka. Jednak ci, którzy obserwowali twierdzę z daleka, głównie agenci Krasusa, donosili o dziwnych aurach widocznych na niebie ponad szczytem. A kiedy jeden z nich – godny zaufania samiec należący do czerwonego rodu – ośmielił się zbadać ich źródło, zniknął bez śladu.

Na świecie działo się zbyt wiele, aby Aspekty koncentrowały swą uwagę na Grim Batol, lecz Krasus nie mógł pozwolić, aby problem ten zszedł na dalszy plan. Nie mógł już polegać na swoich agentach, ponieważ nie miał w zwyczaju poświęcać życia innych. Teraz, bez względu na wynik, musiał sam zaangażować się w tę sprawę.

Nawet jeśli oznaczałoby to jego śmierć.

Prawdę powiedziawszy, obecnie mógłby zaufać jedynie dwóm istotom na tyle, aby podzielić się z nimi swoją wiedzą, ale Rhonin i Vereesa mieli własne problemy.

Zatem wszystko zależało od niego. Krótkim machnięciem ręki posłał sfery w czające się pod sklepieniem jaskini cienie. Nie lękał się śmierci, zbyt często ją widział lub się o nią ocierał. Pragnął tylko, aby – jeśli nadejdzie – miała przynajmniej jakiś sens. Jeśli okaże się to konieczne, był gotów oddać życie w imię dobra swojego świata i tych, których kochał.

Jeśli będzie to konieczne – podkreślił w myślach smoczy mag. Jeszcze nawet nie rozpoczął swojej podróży. Nie była to odpowiednia pora na rozważania o własnej śmierci. Muszę w tajemnicy przeprowadzić śledztwo – zadecydował, wstając. To nie jest zwykły zbieg okoliczności. Dzieje się coś, co zagraża nam wszystkim, czuję to…

Gdyby wydarzenia te miały miejsce w innym czasie, gdyby to była Druga Wojna, Krasus wiedziałby, kogo należy winić. Szalony Aspekt będący niegdyś Strażnikiem Ziemi, a dokładniej… Neltharionem. Od tysiącleci nikt nie używał w stosunku do ogromnego smoka prawdziwego imienia, bowiem od czasu jego pierwszych niegodziwych łajdactw nazywano go bardziej adekwatnym mianem.

Teraz nosił miano Śmiercioskrzydłego. Śmiercioskrzydłego Niszczyciela.

Krasus zatrzymał się pośrodku ogromnej jaskini i wziął głęboki wdech, przygotowując się na to, co miało za chwilę nastąpić. Nie, Śmiercioskrzydły nie mógł być temu wszystkiemu winny. Smoczy mag tym razem był niemal pewien, że hebanowy lewiatan jest martwy. Niemal pewien. To i tak lepiej, niż gdy w przeszłości zakładano, że czarny smok prawdopodobnie jest martwy.

Tyle że Śmiercioskrzydły nie był jedynym wielkim złem tego świata.

Krasus rozłożył ramiona na boki. Zamierzał poznać prawdę, nieważne, czy to, co czaiło się w Grim Batol, było jedynie kulminacją wieków zła, czy też jakąś nową złowieszczą siłą.

Jego ciało zaczęło pęcznieć, tracąc proporcje. Mag z chrząknięciem padł na czworaka. Ludzka twarz wydłużyła się, a nos i usta połączyły, tworząc długi, potężny pysk. Szaty, które Krasus miał na sobie, rozdarły się i wystrzeliły w powietrze, by zaraz opaść na jego ciało w postaci twardych, szkarłatnych łusek.

Z pleców smoczego maga wyłoniły się dwa małe, błoniaste skrzydła, które rosły wraz z jego ciałem. Pojawił się również spiczasty ogon, a dłonie i stopy zmieniły się w potężne, zakończone ostrymi szponami łapy.

Zanim trwająca mgnienie oka transformacja dobiegła końca, w jaskini nie było już czarodzieja Krasusa. Jego miejsce zajął wspaniały czerwony smok, którego postać wypełniała niemal całą komorę – jedynie kilka niebędących Aspektami smoków przewyższało go rozmiarami.

Korialstraz rozpostarł swoje potężne skrzydła, po czym wzbił się ku kamiennemu sklepieniu.

Nim znalazł się pod sufitem, ten zadrżał i tony skał zmieniły stan skupienia ze stałego w płynny niczym woda. Szkarłatny smok bez przeszkód zanurkował w falujące sklepienie. Za sprawą silnych mięśni wznosił się coraz wyżej, z rozpędem przebijając się przez magiczną barierę.

Chwilę później szybował po nocnym niebie. Skała za nim stwardniała, nie pozostawiając po przejściu najmniejszego nawet śladu.

Ostatnia siedziba Korialstraza mieściła się pośród górskich szczytów, niedaleko tego, co pozostało z Dalaranu. W dole rozciągały się ruiny, o tak – zbyt wiele ruin niegdyś dumnych wież i potężnych twierdz – jednak większą część legendarnej krainy otaczało coś o wiele bardziej zdumiewającego. Źródło owego cudu, rozprzestrzeniającego się równomiernie we wszystkich kierunkach, znajdowało się w miejscu, gdzie rządził Kirin Tor. Stanowił on desperacką próbę ze strony pozostałych członków wysokiej Rady, aby przywrócić ich organizacji chwałę, jednocześnie pomagając Przymierzu w walce przeciwko Pladze.

Była to ogromna, magiczna kopuła falujących energii, wśród których dominowały te nadające jej barwę połyskującego fioletu lub lśniącej bieli. Całkowicie matowa, przez co wcale nie było widać tego, co się dzieje wewnątrz niej. Korialstraz wiedział, co planują czarodzieje, i uważał ich za szalonych, ale pozwalał im robić to, co muszą. Nadal istniała nadzieja, że im się powiedzie…

Mimo iż Rada dysponowała imponującymi umiejętnościami, była zupełnie nieświadoma, że w jej szeregach krył się smok. W czasach, gdy był członkiem ich zakonu – właściwie nawet jednym z jego tajnych założycieli – znali go jedynie jako Krasusa i nigdy nie poznali jego prawdziwego „ja”. Korialstraz wolał, aby tak pozostało; większość przedstawicieli młodszych ras uznałaby, że współpraca z tak mityczną bestią jest niemożliwa.

Osłonięty zaklęciami smok przeleciał ponad niezwykłą kopułą, po czym skierował się na południowy wschód. Miał ochotę skręcić ku krainie czerwonego rodu, lecz taka zwłoka mogłaby okazać się kosztowna. Mało tego, Alexstraza mogłaby zakwestionować słuszność tej podróży, a nawet jej zakazać. Zaś Korialstraz nie zawróciłby nawet dla swej królowej.

Tak naprawdę, to głównie dla niej zamierzał wrócić do Grim Batol.

Grupa krasnoludów była dość różnorodna, nawet w porównaniu z tym, jak postrzegali ich ludzie i przedstawiciele innych ras. Sami woleliby, aby było zgoła inaczej, ale obowiązek, którego się podjęli, wymagał ignorowania wszelkich niedogodności dla dobra swojego ludu.

Do oddziału krępych, acz potężnie zbudowanych wojowników należeli przedstawiciele obu płci, jednakże istoty nienależące do ich rasy mogłyby mieć trudności, by z daleka odróżnić kobiety od mężczyzn. Te pierwsze nie miały gęstych bród i nie były tak barczyste jak ich towarzysze, a gdyby ktoś uważnie się wsłuchał w prowadzone przez nie rozmowy, usłyszałby, że ich głosy były trochę mniej szorstkie. Krasnoludzkie kobiety znane były jednak z tego, że walczyły z równą – jeśli nie większą – determinacją co mężczyźni.

Wszyscy, bez względu na płeć, byli natomiast brudni i wyczerpani, a na dodatek tego dnia stracili dwóch towarzyszy.

– Mogłam uratować Albrecha – oznajmiła Grenda, a jej usta wykrzywił grymas samooskarżenia. – Mogłam, Rom!

Żaden z krasnoludów nie nosił tylu blizn co starszy wojownik, do którego się zwracała. Rom był ich dowódcą i dysponował największą wiedzą na temat dziedzictwa Grim Batol. W końcu czyż to nie on przewodził krasnoludom lata temu, gdy czarodziej Rhonin, elfia łuczniczka Vereesa i gryfi jeździec z Orlego Gniazda wspomogli jego bojowników w oczyszczeniu tego plugawego miejsca z orków i uwolnieniu wspaniałej Smoczej Królowej? Rom, chcąc złapać oddech, oparł się o ścianę tunelu, którym właśnie biegli. Przecież nie tak dawno temu był jeszcze młody. W ciągu ostatnich czterech tygodni nienaturalnie się postarzał i był pewien, że to sprawka tej złowieszczej krainy. Przypomniał sobie raporty o czerwonych smokach i o tym, ile wycierpiały, zanim niespełna miesiąc temu poszły po rozum do głowy, by wreszcie stąd odlecieć. Jedynie krasnoludy były na tyle uparte, by pchać się do miejsca, które samo chciało ich zabić.

A jeśli nie ono, to plugawe zło, które zalęgło się głęboko w trzewiach przerażających jaskiń.

– Nie dało się nic zrobić, Grendo – odwarknął Rom. – Albrech i Kathis wiedzieli, że tak to się może skończyć.

– Ale zostawić ich, żeby sami walczyli ze skardynami…

Dowódca wsunął dłoń pod napierśnik i wyciągnął długą fajkę. Krasnoludy nigdzie się bez nich nie ruszały, choć czasem okoliczności zmuszały je do palenia czegoś, co nie do końca trafiało w ich gusta. W ciągu ostatnich dwóch tygodni drużyna radziła sobie, używając mieszanki zmielonych brązowych grzybów, jakich pełno było w tunelach, i czerwonego ziela rosnącego nieopodal strumienia, który był ich najlepszym źródłem wody. Dało się to palić, ale to wszystko.

– Postanowili zostać i tym samym pomóc nam wykonać nasze zadanie – odpowiedział, nabijając fajkę. Po rozpaleniu jej zawartości dodał: – By sprowadzić to cuchnące stworzenie z powrotem…

Grenda i pozostali podążyli za spojrzeniem Roma aż do więźnia. Skardyn zasyczał niczym jaszczurka, po czym kłapnął ostrymi zębiskami w kierunku krasnoludzkiego dowódcy. Stwór – Rom był niemal pewien, że to samiec, choć nie chciał nadawać mu żadnej tożsamości – był nieco niższy od przeciętnego krasnoluda, lecz szerszy w barach. Wszystko to przez mięśnie, bowiem łuskowate istoty ryły w ziemi swoimi szponiastymi dłońmi, do czego nie byliby zdolni nawet najpotężniejsi z rodaków Roma.

Skryta pod postrzępionym brązowym kapturem twarz skardyna stanowiła makabryczną mieszankę krasnoludzkich i gadzich cech, co wcale nie było zaskoczeniem dla jego oprawców – skardyni wywodzili się bowiem z tej samej rasy co Rom i jego towarzysze. Ich przodkami były krasnoludy z klanu Czarnorytnych, przeklęte niedobitki z Wojny Trzech Młotów, która miała miejsce setki lat temu. Większość zdradzieckich Czarnorytnych zginęła w tej epickiej walce z krasnoludami, jednak od zawsze krążyły plotki, że niektórzy czmychnęli do Grim Batol po tym, jak ich przywódczyni – czarodziejka Modgud – tuż przed śmiercią rzuciła klątwę na górską fortecę. Jako że nikt nie miał ochoty polować w tym spustoszonym przez magię miejscu na ewentualnych zbiegów, plotki pozostały tylko plotkami… aż w końcu pojawił się Rom i niedługo po swoim przybyciu miał nieszczęście odkryć, że kryje się w nich ziarno prawdy.

Z biegiem czasu podobieństwo skardynów do krasnoludów zatarło się do tego stopnia, że było niemal niezauważalne. Budową ciała oraz pewnymi cechami twarzy przypominali rodaków Roma, lecz tam, gdzie niegdyś rosła broda, teraz sterczała szorstka łuska. Ich zęby oraz zniekształcone dłonie – a dokładniej łapy – przywodziły na myśl te jaszczurze lub nawet smocze. Więzień krasnoludów mógł równie dobrze poruszać się na czworaka, jak i na dwóch nogach.

To jednak nie znaczyło, że skardyni byli tylko zwierzętami. Te podstępne istoty biegle posługiwały się noszonymi przy paskach sztyletami, toporami, których wygląd nie zmienił się od czasów Wojny Trzech Młotów, oraz metalowymi, najeżonymi kolcami kulami wielkości dłoni, którymi rzucali lub strzelali z procy. Dodatkowo, w przypadku gdy zostawali rozbrojeni, równie chętnie używali kłów i pazurów, co udowodnili podczas tragicznego pierwszego spotkania z oddziałem krasnoludów.

Wtedy właśnie, za sprawą odzienia, które wciąż nosiło znaki zdradzieckiego klanu, potwierdziło się, że są potomkami Czarnorytnych. Skardyni tak zaciekle stawiali opór, że złapanie jednego z nich przyszło oddziałowi Roma z wielkim trudem. Już trzykrotnie próbowali któregoś pojmać i za każdym razem kończyło się to porażką.

I trzykrotnie ginął któryś z jego ludzi.

Zła passa wciąż trwała, bowiem tej nocy stracili dwóch dzielnych wojowników. W końcu jednak ich wysiłki na coś się zdały… a przynajmniej taką miał nadzieję. Teraz, nareszcie, Rom sądził, że ma źródło informacji, dzięki któremu dowie się, co jest tak złowrogie i potężne, że nawet smoki uciekają przed tym ze strachu. Cóż to za mrok władał skardynami, że te plugastwa były gotowe za niego umrzeć?

Oraz co tak wyło z bólu, skąd te niepokojące błyski światła oraz energie promieniujące z opustoszałej górskiej twierdzy?

Skardyn splunął, gdy Rom podszedł bliżej. Jego oddech był okropny, nawet jak na standardy zapachów, do których krasnoludy były przyzwyczajone. Rom spostrzegł kolejną rzecz, która różniła stwora od jego rodaków. Ich więzień miał rozwidlony język.

Żadna z tych zmian nie była naturalna, wynikały one raczej z życia w miejscu do cna przesiąkniętym mroczną magią. Dowódca krasnoludów spojrzał ponuro w krwistoczerwone ślepia.

– Wy, paskudy, nadal potraficie władać naszym językiem – warknął Rom. – Słyszałem, jak się nim posługujecie.

Więzień syknął… po czym spróbował się na niego rzucić. Dwóch krzepkich wojowników, których Rom wybrał ze względu na ich siłę, z trudem utrzymywało skardyna w miejscu.

Krasnoludzki weteran zaciągnął się głęboko fajką, po czym wypuścił dym prosto w twarz bestii. Skardyn tęsknie pociągnął nosem. Najwyraźniej jedynym, co nie uległo zmianie, było zamiłowanie do palenia. Pierwszym razem, gdy krasnoludy przeszukiwały zwłoki martwych skardynów, odnalazły powykręcane fajki zrobione nie z drewna, lecz gliny. Czym skardyni je nabijali, to już inna kwestia, bowiem jedyną substancją, jaką przy nich znaleziono, była mieszanka pachnąca starą trawą i wędzonymi dżdżownicami. Nawet najtwardsi z towarzyszy Roma nie odważyli się tego zapalić.

– Chciałbyś się sztachnąć, co? – Weteran zaciągnął się i raz jeszcze dmuchnął stworowi prosto w twarz. – No cóż, pogadaj ze mną i zobaczymy, co da się zrobić…

– Uzuraugh! – warknął więzień. – Hizach!

Rom cmoknął z dezaprobatą.

– Gadaj tak dalej, a trafisz w ręce Grendy i jej braci. Albrech był ich Gwyarbrawdenem? Znasz takie stare słowo? Gwyarbrawden?

Skardyn momentalnie znieruchomiał. Krasnoludy pojmowały więzy krwi na wiele sposobów. Najważniejsza oczywiście była przynależność do klanu. Jednak zarówno w jego obrębie, jak i poza nim istniały także inne rodzaje więzi, spośród których dla wojowników najważniejszy był rytuał Gwyarbrawden. Ci, którzy składali sobie tę przysięgę, obiecywali gotowość do przemierzenia całego Azeroth celem odnalezienia zabójcy zabitego kamrata. Nie mieli przy tym nic przeciwko, aby śmierć zabójcy była długa i bolesna, gdyż Gwyarbrawden było czystą sprawiedliwością. Przywódcy klanów publicznie nie przyznawali, że taki rytuał istnieje, ale też go nie potępiali.

Była to część krasnoludzkiej kultury, o której wiedziało bardzo niewielu przedstawicieli innych ras.

Skardynom najwyraźniej nie była jednak obca, bowiem stwór wbił dziki wzrok karmazynowych ślepi najpierw w Grendę, a potem z powrotem w Roma. Legendy opowiadające o Gwyarbrawden często kończyły się barwnymi opisami długiej śmierci ofiary. Krasnoludzki dowódca nie był zdziwiony, że makabryczne historie wciąż krążyły pośród przedstawicieli tego gatunku.

– Ostatnia szansa – oznajmił, zaciągając się fajką. – Będziesz gadać tak, żebyśmy cię zrozumieli?

Skardyn skinął głową.

Rom nie dał po sobie poznać, że jest zniecierpliwiony. Nie blefował, mówiąc o Grendzie i jej braciach, jednak oddanie im więźnia oznaczałoby, że niczego się nie dowie. Owszem, Grenda zrobiłaby wszystko, co w jej mocy, aby wydobyć od tej plugawej istoty jakieś informacje, ale nie mógł wykluczyć, że któreś z ich trójki zbyt ochoczo zabierze się do wywiązania z przysięgi i zabije skardyna, zanim w ogóle dojdzie do przesłuchania.

Rzuciwszy Grendzie ostatnie spojrzenie, aby przypomnieć więźniowi, co go czeka, jeśli nie odpowie, Rom oznajmił:

– Kobieta z woalem! Twoi kamraci coś jej dali, a teraz po Grim Batol niosą się echem dziwne odgłosy przypominające ryki smoka… Tyle że od miesięcy nie widziano tu żadnego! Co ona tam wyprawia?

– Chrysalun… – Skardyn wypowiedział to jedno słowo chrapliwym głosem, jak gdyby mówienie było dla niego czymś rzadkim, w co musiał włożyć ogromny wysiłek. – Chrysalun…

– Czym, na brodę mego ojca, jest chry… chrysalun?

– Duże… – wychrypiał więzień, wysuwając i chowając język. – Duże w środku… nie na zewnątrz…

– Co za brednie wygaduje ta bestia? Kpi sobie z nas! – warknął jeden z braci Grendy. Mimo iż nie byli oni bliźniętami, ich podobieństwo było większe niż u większości krasnoludów. Rom zawsze miał problemy z rozróżnieniem, który to Gragdin, a który Griggarth.

Którykolwiek z nich to był, dla podkreślenia swych słów ruszył naprzód z uniesionym – na tyle, na ile mógł to zrobić w tunelu – toporem. Skardyn syknął i na nowo zaczął się szamotać.

– Nie, Griggarcie! – Tą, która powstrzymała porywczego brata, była Grenda. – Jeszcze nie! Opuść topór! Już!

Krasnolud wzdrygnął się, słysząc surową naganę siostry. Była ich panią, a oni jej ogarami. Gragdin, choć nie miał ku temu powodu, zareagował tak samo jak brat.

Wojowniczka odwróciła się do skardyna.

– Jeśli ta ohyda nie zacznie gadać z sensem, to przy następnym wypowiedzianym słowie…

Rom ponownie przejął kontrolę nad sytuacją. Dopaliwszy fajkę do końca, wysypał z niej popiół i mruknął:

– Ano. Ostatnia szansa. Może inne pytanie rozwiąże ci język. – Zastanowił się przez chwilę, po czym dodał: – Co powiesz o tym wysokim? Co ktoś jego pokroju robi w takim miejscu?

Skardyn zareagował z wyraźnym niepokojem. Na początku Rom sądził, że stwór się dusi, lecz po chwili zorientował się, że to był śmiech.

Dobył sztyletu i przystawił jego czubek pod brązową, pokrytą łuskami brodę skardyna. Mimo to jeniec nie przestawał się śmiać.

– Uspokój się, przeklęty ropuszy synu, albo zaoszczędzę im trudu obdarcia cię ze skóry i…

Tunel się zawalił. Krasnoludy rozbiegły się, gdy tony skał i kamieni spadły na podłogę.

A wraz z nimi pojawiły się trzy potężne postacie, które nie dość, że nosiły mosiężne napierśniki i hełmy, to jeszcze były bardziej łuskowate niż skardyni. Co gorsza, owe imponujące olbrzymy – Rom przyjrzał się im okiem eksperta i uznał, że mają niemal dziewięć stóp wzrostu – były od skardynów znacznie groźniejsze, a w dodatku ich obecność stanowiła dla krasnoludów o wiele większe zaskoczenie.

– Co to…! – krzyknął jeden z brodatych wojowników, zanim wielkie, zakrzywione ostrze przecięło go na pół wraz z napierśnikiem.

Rom wiedział – mimo iż tylko z opowieści – czym były te istoty, ale to Grenda wykrzyczała ich plugawą nazwę:

– Drakonidy!

Rzuciła się z uniesionym toporem na pierwszego z nich. Wyglądający jak krzyżówka smoka z człowiekiem, pokryty czarną łuską okrutny wojownik zamachnął się w odpowiedzi. Zakrwawiona broń drakonida rozbłysła, przecinając wykute przez krasnoludy ostrze.

Tylko szybka reakcja Roma ocaliła życie Grendy. Ruszył ku potwornej postaci w tej samej chwili co krasnoludka, dzięki czemu zdążył ją odepchnąć. Niestety, ciasnota zawalonego tunelu uniemożliwiła mu uniknięcie wymierzonego w nią ciosu.

Rom wrzasnął, gdy palące ostrze przecięło mu nadgarstek. Patrzył ze zdumieniem, jak jego dłoń upada na ziemię i zostaje rozdeptana przez ogromną, trójpalczastą stopę drakonida.

Jedynym plusem tej straszliwej sytuacji był fakt, że magia ostrza przypaliła ranę, co w połączeniu z krasnoludzką wytrzymałością pozwoliło Romowi wykorzystać całą swoją siłę do zamachnięcia się drugą ręką.

Ostrze topora wgryzło się w skrytą pod zbroją skórę tuż w okolicy ramienia. Drakonid zaryczał z bólu i cofnął się o krok.

Do uszu Roma doleciał śmiech, który z każdą chwilą coraz mniej przypominał głos skardyna, a coraz bardziej przywodził na myśl coś o wiele bardziej złowieszczego. Spojrzał przez ramię tam, gdzie powinien znajdować się pilnowany więzień.

Strażnicy leżeli martwi z poderżniętymi gardłami, patrząc prosto w pustkę. Ich topory wciąż przewieszone były przez plecy, a sztylety pozostawały w pochwach przy paskach. Wyglądali, jakby po prostu trwali w oczekiwaniu na śmierć.

Albo znajdowali się pod wpływem czaru… bowiem tam, gdzie stał skardyn, nie było wypaczonego przez mroczną magię krasnoluda. Zamiast niego zjawiła się smukła postać wzrostu człowieka. Długie, spiczaste uszy wyraźnie wskazywały, kim jest, z kolei szkarłatne szaty i jarzące się wściekłą zielenią oczy, stanowiące oznakę demonicznego skażenia, utwierdziły Roma – ku jego przerażeniu – w przekonaniu, jak wielkim okazał się głupcem.

To był właśnie ten krwawy elf, o którego pytał.

Polowanie na więźnia mogącego dostarczyć informacji przerodziło się w pułapkę, w którą wpadły krasnoludy. Puls weterana przyspieszył na myśl o towarzyszach, którzy zapewne zostaną zabici lub – co bardziej prawdopodobne – schwytani i zaciągnięci z powrotem do Grim Batol.

W zawalonym tunelu poniósł się echem okrzyk bojowy, gdy Rom zaatakował krwawego elfa. Wysoka postać spojrzała na potężnego krasnoluda z pogardą, po czym wyprostowała jedną rękę.

W niej zaś pojawił się poskręcany drewniany kostur zakończony rozwidleniem, w którym jarzył się ogromny szmaragd w kształcie czaszki, pasujący do złowieszczo połyskujących oczu elfa.

Rom poleciał w tył i grzmotnął plecami o ścianę.

Upadając na ziemię, wykrzyczał przekleństwo, od którego zwiędłyby uszy każdego człowieka, a co dopiero elfa. Mętnym wzrokiem widział, jak krasnoludy desperacko próbują stawić czoła potężnemu drakonidowi. Nie chodziło o to, że smokoludzie byli niepokonani, lecz o to, że jego towarzysze poruszali się zbyt ociężale. Gorum, wojownik, który pod względem szybkości ustępował jedynie Romowi, unosił swój topór, zupełnie jakby broń ważyła tyle co on sam.

Krwawy elf… to… to musi być sprawka… krwawego elfa…

Rom usiłował się podnieść, lecz ciało wcale nie chciało go słuchać.

Gorsze od pewnej śmierci było poczucie porażki wobec swojego króla. Przysiągł Magniemu, że odkryje, co się dzieje w Grim Batol, ale jedyne, co osiągnął, to nieuchronnie zbliżająca się klęska.

Wstyd powalił go na kolana i Rom już nie zdołał się podnieść. Krwawy elf stracił całkowicie zainteresowanie jego osobą, co było kolejną ujmą na krasnoludzkim honorze.

Weteran zdołał zacisnąć palce na rękojeści topora. Walczył zarówno z zaklęciem, jak i własnym bólem…

W tunelu rozległ się przerażający, wstrząsający ścianami ryk, który zmusił wszystkich do spojrzenia w górę.

Najbardziej jednak wpłynął na krwawego elfa. Zaklął w nieznanym Romowi języku, po czym krzyknął do drakonidów:

– Do góry! Szybko! Zanim znajdzie się zbyt blisko!

Smoczy wojownicy ruszyli, po czym z zadziwiającą jak na ich ogromne rozmiary zwinnością wyskoczyli z tunelu. Ich przywódca dwukrotnie stuknął końcem kostura o ziemię i… zniknął w krótkim błysku złotych płomieni.

Rom nagle poczuł, że może się poruszać, lecz z pewnym trudem. Powoli dotarło do niego, w jakim stanie byli jego towarzysze. Co najmniej trzech martwych, kilku rannych. Wątpił, aby drakonidom zadano więcej niż jedną lub dwie niegroźne rany. Gdyby nie ów tajemniczy ryk, krasnoludy czekałaby zagłada.

Grenda oraz jej bracia przyszli Romowi z pomocą. Twarz wojowniczki zalana była potem.

– Możesz chodzić?

– Hmmph! Dziewczyno, mogę nawet biec… jeśli będę musiał!

Propozycja ucieczki nie miała nic wspólnego z tchórzostwem. Nie wiadomo było, czy krwawy elf i drakonidy nie wrócą równie szybko, jak zniknęli. Krasnoludy były w rozsypce i musiały się wycofać gdzieś, gdzie mogłyby odzyskać siły.

– Do… do tuneli stokowych! – rozkazał Rom. Tunele te znajdowały się w pewnej odległości od Grim Batol, ale uważał je za najlepszy wybór. Okoliczna ziemia była pełna bogatych żył białego kryształu, niezwykle wrażliwego na energię magiczną, co utrudniłoby wyśledzenie ich nawet takiemu magowi jak krwawy elf. W pewnym sensie zwiadowcy staliby się niewidzialni.

Lecz nie niezwyciężeni. Nigdzie nie byli w pełni bezpieczni.

Z pomocą Grendy Rom poprowadził swój oddział dalej. Spoglądając na poturbowanych towarzyszy, raz jeszcze pojął, jak wiele kosztowała ich ta krótka potyczka. Gdyby nie ten ryk…

Ryk… Choć Rom był wdzięczny za tę interwencję, zastanawiał się nad jego źródłem… i nad tym, czy było to ich wybawienie, czy też zapowiedź czegoś o wiele, wiele gorszego.