Worek kości - Stephen King - ebook
Opis

W wieku trzydziestu sześciu lat popularny pisarz, Michael Noonan, traci ukochaną żonę Johannę (Jo), która umiera nagle na parkingu centrum handlowego. Tuż przed śmiercią Jo kupiła domowy test ciążowy, ale Michael nie wiedział, że podejrzewa u siebie ciążę choć oboje długo czekali na dziecko. Gdyby urodziła się im dziewczynka, miała otrzymać imię Kia. Rzeczywiście, Jo była w ciąży, a płód był płci żeńskiej Jednocześnie Noonan doznaje pisarskiej blokady. Po czterech latach, gnębiony koszmarami, decyduje się stawić im czoła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 875

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Wydanie elektroniczne

STE­PHEN KING

Wy­bit­ny pi­sarz ame­ry­kań­ski, na­zy­wa­ny „kró­lem hor­ro­ru”. W 2003 uho­no­ro­wa­ny w USA pre­sti­żo­wą na­gro­dą li­te­rac­ką Na­tio­nal Book Award. De­biu­to­wał pod ko­niec lat 60., ale świa­to­wą sła­wę przy­nio­sła mu wy­da­na w 1973 po­wieść Car­rie. Ko­lej­ne utwo­ry – po­wie­ści, zbio­ry opo­wia­dań, ko­mik­sy, sce­na­riu­sze fil­mo­we i sztu­ki te­atral­ne – wy­da­no w set­kach mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy i prze­ło­żo­no na kil­ka­dzie­siąt ję­zy­ków. Są wśród nich tak zna­ne książ­ki jak Lśnie­nie, Skle­pik z ma­rze­nia­mi, Chri­sti­ne, De­spe­ra­cja, Zie­lo­na Mila, Ko­mór­ka, Ręka mi­strza, Pod ko­pu­łą, Czar­na bez­gwiezd­na noc i Dal­las ’63. W 2012 uka­zał się ko­lej­ny tom Mrocz­nej Wie­ży za­ty­tu­ło­wa­ny Wiatr przez dziur­kę od klu­cza. Pro­za Kin­ga na­le­ży do naj­czę­ściej ekra­ni­zo­wa­nych. Za­da­nia tego po­dej­mo­wa­ło się wie­lu wy­bit­nych re­ży­se­rów, m.in. Brian de Pal­ma, Stan­ley Ku­brick, Da­vid Cro­nen­berg, John Car­pen­ter, Rob Re­iner i Frank Da­ra­bont.

Tego au­to­ra

ROSE MAD­DER

DO­LO­RES CLA­IBOR­NE

GRA GE­RAL­DA

DE­SPE­RA­CJA

RE­GU­LA­TO­RZY

SKLE­PIK Z MA­RZE­NIA­MI

BEZ­SEN­NOŚĆ

ZIE­LO­NA MILA

MA­RZE­NIA I KOSZ­MA­RY

KO­MÓR­KA

4 PO PÓŁ­NO­CY

CHUD­SZY

TO

BA­STION

OCZY SMO­KA

PO ZA­CHO­DZIE SŁOŃ­CA

CZTE­RY PORY ROKU

UCIE­KI­NIER

CZAR­NA BEZ­GWIEZD­NA NOC

CUJO

POD­PA­LACZ­KA

ROK WIL­KO­ŁA­KA

MROCZ­NA PO­ŁO­WA

WO­REK KO­ŚCI

DZIEW­CZY­NA, KTÓ­RA PO­KO­CHA­ŁA TOMA GOR­DO­NA

NOC­NA ZMIA­NA

Saga MROCZ­NA WIE­ŻA

RO­LAND

PO­WO­ŁA­NIE TRÓJ­KI

ZIE­MIE JA­ŁO­WE

CZAR­NO­KSIĘŻ­NIK I KRYSZ­TAŁ

WIL­KI Z CAL­LA

PIEŚŃ SU­SAN­NAH

MROCZ­NA WIE­ŻA

WIATR PRZEZ DZIUR­KĘ OD KLU­CZA

Po­wie­ści gra­ficz­ne MROCZ­NA WIE­ŻA

NA­RO­DZI­NY RE­WOL­WE­ROW­CA

DŁU­GA DRO­GA DO DOMU

ZDRA­DA

UPA­DEK GI­LE­AD

BI­TWA O JE­RI­CHO HILL

PO­CZĄ­TEK PO­DRÓ­ŻY

SIO­STRZYCZ­KI Z ELU­RII

BI­TWA O TULL

www.ste­phen­king.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

BAG OF BO­NES

Co­py­ri­ght © Ste­phen King 1998

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Krzysz­tof So­ko­łow­ski 2013

Re­dak­cja: Bar­ba­ra No­wak

Ilu­stra­cja na okład­ce: Pho­to­li­bra­ry/Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-034-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Na­omi. Od za­wsze.

OD AUTORA

Po­nie­waż po­wieść ta do­ty­ka kwe­stii praw­nych zwią­za­nych z opie­ką nad nie­let­ni­mi, tak jak uj­mu­je je pra­wo sta­nu Ma­ine, o po­moc w zro­zu­mie­niu za­gad­nie­nia po­pro­si­łem do­bre­go ad­wo­ka­ta, mo­je­go przy­ja­cie­la War­re­na Si­lve­ra. Po­pro­wa­dził mnie za rącz­kę, a przy oka­zji opo­wie­dział tak­że o oso­bli­wym sta­rym urzą­dze­niu zwa­nym ste­no­ma­ską. Na­tych­miast do­sto­so­wa­łem je do wła­snych zło­wro­gich ce­lów. Je­śli w mo­jej opo­wie­ści znaj­dzie­cie błę­dy pro­ce­du­ral­ne, wiń­cie za to mnie, a nie źró­dło spe­cja­li­stycz­nych in­for­ma­cji. War­ren po­pro­sił rów­nież, na­wet tro­chę ma­rzą­co, bym umie­ścił w niej do­bre­go praw­ni­ka. Mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że zro­bi­łem wszyst­ko, co w mo­jej mocy.

Dzię­ku­ję sy­no­wi za tech­nicz­ną po­moc w Wo­od­stock, stan Nowy Jork, a tak­że przy­ja­cie­lo­wi (i to­wa­rzy­szo­wi z daw­nych Rock Bot­tom) Ri­dley­owi Pe­ar­so­no­wi za tech­nicz­ną po­moc w Ket­chum, Ida­ho. Dzię­ku­ję Pam Do­rman za wni­kli­wą i życz­li­wą lek­tu­rę pierw­szej wer­sji po­wie­ści. Dzię­ku­ję Chuc­ko­wi Ver­ril­lo­wi za gi­gan­tycz­ną pra­cę re­dak­cyj­ną – to twój ży­cio­wy re­kord, Chuck. Dzię­ku­ję Su­san Mol­dow, Nan Gra­ham, Jac­ko­wi Ro­ma­no­so­wi i Ca­ro­lyn Re­idy w Scrib­ner’s za tro­skę i za po­sił­ki. I to­bie też dzię­ku­ję, Tab­by, za to, że znów by­łaś przy mnie, kie­dy zro­bi­ło się cięż­ko. Ko­cham cię, skar­bie.

S.K.

Tak, Bar­tle­by, zo­stań w ukry­ciu, po­my­śla­łem; nie będę cię dłu­żej prze­śla­do­wał, je­steś ci­chy i nie­szko­dli­wy jak każ­dy z tych sta­rych fo­te­li; szcze­rze mó­wiąc, nig­dy nie czu­ję się tak sa­mot­ny jak wte­dy, gdy wiem, że je­steś przy mnie.

Ko­pi­sta Bar­tle­by1, Her­man Me­lvil­le

Śni­ło mi się tej nocy, że zno­wu by­łam w Man­der­ley […] Gdy tak sta­łam w mil­cze­niu, bez ru­chu, mo­gła­bym przy­siąc, że dom nie jest pu­stą sko­ru­pą, lecz żyje daw­nym ży­ciem.

Re­be­ka2, Da­ph­ne du Mau­rier

Mars to raj.

Ray Brad­bu­ry

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pew­ne­go bar­dzo go­rą­ce­go dnia w sierp­niu 1994 roku żona po­wie­dzia­ła mi, że je­dzie do Der­ry Rite Aid wy­ku­pić prze­dłu­żo­ną re­cep­tę na in­ha­la­tor do oczysz­cza­nia za­tok – ta­kie rze­czy dziś chy­ba po pro­stu się ku­pu­je. Na­pi­sa­łem już to, co za­mie­rza­łem na­pi­sać tam­te­go dnia, więc po­wie­dzia­łem, że go dla niej od­bio­rę. Po­dzię­ko­wa­ła, bo i tak chcia­ła jesz­cze ku­pić rybę w są­sied­nim su­per­mar­ke­cie; dwie mu­chy jed­nym pac­nię­ciem, ta­kie tam. Zdmuch­nę­ła z dło­ni ca­łu­sa, wy­szła, a na­stęp­nym ra­zem zo­ba­czy­łem ją w te­le­wi­zji. Tu, w Der­ry, tak się iden­ty­fi­ku­je zwło­ki. Nie mu­sisz wę­dro­wać pod­ziem­nym ko­ry­ta­rzem wy­ło­żo­nym zie­lo­ny­mi płyt­ka­mi, z dłu­gi­mi świe­tlów­ka­mi na su­fi­cie, nie pa­trzysz na na­gie cia­ło wy­su­wa­ne z chłod­ni, le­żą­ce na no­szach z kół­ka­mi, tyl­ko wcho­dzisz do biu­ra z na­pi­sem: PRY­WAT­NE na drzwiach, pa­trzysz na ekran te­le­wi­zyj­ny i mó­wisz: „tak” lub „nie”.

Z na­sze­go domu do Rite Aid i Sho­pwell jest mniej niż pół­to­ra ki­lo­me­tra, są czę­ścią ta­kie­go ma­łe­go, lo­kal­ne­go cen­trum han­dlo­we­go, w któ­rym mie­ści się jesz­cze wy­po­ży­czal­nia wi­deo, an­ty­kwa­riat o na­zwie Po­nieś Sło­wo (robi do­bry biz­nes na mo­ich sta­rych pa­per­bac­kach), Ra­dio Shack i Fast Foto. Cen­trum zbu­do­wa­no na Mi­lo­wym Wzgó­rzu, na skrzy­żo­wa­niu Wit­cham i Jack­son.

Za­par­ko­wa­ła przed Block­bu­ster Vi­deo, we­szła do ap­te­ki, za­ła­twi­ła spra­wy z pa­nem Joem Wy­ze­rem, któ­ry w owych cza­sach był na­szym far­ma­ceu­tą, a po­tem prze­niósł się do Rite Aid w Ban­gor. Przy ka­sie wzię­ła so­bie jed­ną małą cze­ko­lad­kę pian­ko­wą – wy­bra­ła taką w kształ­cie mysz­ki. Zna­la­złem tę mysz­kę póź­niej, w ko­sme­tycz­ce, od­wi­ną­łem z pa­pier­ka i zja­dłem. Sie­dzia­łem przy ku­chen­nym sto­le, na blat wy­sy­pa­łem rze­czy z jej czer­wo­nej to­reb­ki i było to jak ko­mu­nia. Kie­dy zo­stał mi już tyl­ko smak cze­ko­la­dy na ję­zy­ku i w gar­dle, roz­pła­ka­łem się. Sie­dzia­łem wśród śmie­ci – chu­s­tecz­ki hi­gie­nicz­ne, pu­der­nicz­ka, klu­cze, mię­to­we cu­kier­ki – i pła­ka­łem, za­sła­nia­jąc dłoń­mi oczy. Jak dziec­ko.

W to­reb­ce z Rite Aid był in­ha­la­tor. Kosz­to­wał dwa­na­ście do­la­rów i osiem­na­ście cen­tów. I jesz­cze coś za dwa­dzie­ścia dwa pięć­dzie­siąt. Pa­trzy­łem na to dru­gie coś, wi­dzia­łem, ale nie ro­zu­mia­łem. By­łem zdzi­wio­ny, owszem, może lep­szym sło­wem by­ło­by „zdu­mio­ny”, ale myśl, że Jo­han­na Ar­len No­onan pro­wa­dzi­ła dru­gie ży­cia, o któ­rym nie mia­łem zie­lo­ne­go po­ję­cia, nie po­sta­ła mi w gło­wie. Nie wte­dy.

***

Jo ode­szła od kasy. Wy­szła na pa­lą­ce, upal­ne słoń­ce, zmie­ni­ła nor­mal­ne oku­la­ry na prze­ciw­sło­necz­ne, zro­bi­ła krok, wy­szła spod ma­łej mar­ki­zy ap­te­ki (to chy­ba pod­po­wia­da mi moja wy­obraź­nia, wkra­czam w kra­inę pi­sar­stwa, ale tyl­ko tro­chę, odro­bi­nę, kil­ka cen­ty­me­trów, mo­że­cie mi ufać na sło­wo) i wte­dy roz­legł się ten cha­rak­te­ry­stycz­ny pisk opon zblo­ko­wa­nych kół zwia­stu­ją­cy albo wy­pa­dek, albo coś, co tyl­ko cu­dem się nim nie sta­ło.

Tym ra­zem to jed­nak był wy­pa­dek, je­den z tych, któ­re na głu­pich skrzy­żo­wa­niach rów­no­rzęd­nych zda­rza­ją się chy­ba raz w ty­go­dniu albo czę­ściej. To­yo­ta z 1989 roku wy­jeż­dża­ła z par­kin­gu ga­le­rii. Skrę­ca­ła w lewo w Jack­son Stre­et. Za kie­row­ni­cą sie­dzia­ła pani Es­ther Easter­ling z Bar­rett’s Or­chards, miej­sce pa­sa­że­ra zaj­mo­wa­ła jej przy­ja­ciół­ka, pani Ire­ne De­or­sey, tak­że z Bar­rett’s Or­chards. Obie szu­ka­ły przed­tem cze­goś w wy­po­ży­czal­ni wi­deo, ale nic nie zna­la­zły. „Za wie­le prze­mo­cy”, po­wie­dzia­ła Ire­ne.

Obie pa­nie były pa­pie­ro­so­wy­mi wdo­wa­mi.

Es­ther nie mo­gła nie za­uwa­żyć po­ma­rań­czo­wej wy­wrot­ki Ro­bót Pu­blicz­nych zjeż­dża­ją­cej wła­śnie ze wzgó­rza. Cho­ciaż za­prze­czy­ła na po­li­cji, za­prze­czy­ła ga­ze­tom, za­prze­czy­ła na­wet mnie, kie­dy roz­ma­wia­łem z nią ja­kieś dwa mie­sią­ce póź­niej, są­dzę, że po pro­stu się nie obej­rza­ła. Jak ma­wia­ła moja mama (ko­lej­na pa­pie­ro­so­wa wdo­wa): „Dwie naj­czę­ściej spo­ty­ka­ne star­cze do­le­gli­wo­ści to reu­ma­tyzm i skle­ro­za. Ich nie da się po­cią­gnąć do od­po­wie­dzial­no­ści”.

Za kie­row­ni­cą wy­wrot­ki sie­dział Wil­liam Fra­ker z Old Cape. W dniu śmier­ci mo­jej żony pan Fra­ker miał trzy­dzie­ści osiem lat, pro­wa­dził bez ko­szu­li i my­ślał tyl­ko o tym, jak bar­dzo po­trze­bu­je chłod­ne­go prysz­ni­ca i zim­ne­go piwa, nie­ko­niecz­nie w tej ko­lej­no­ści. On i jesz­cze trzech lu­dzi przez osiem go­dzin ła­ta­ło as­falt na prze­dłu­że­niu Har­ris Ave­nue, nie­da­le­ko lot­ni­ska, go­rą­ca ro­bo­ta w go­rą­cy dzień i Bill Fra­ker przy­znał, że ja­sne, mógł le­cieć za szyb­ko, sześć­dzie­siąt parę przy ogra­ni­cze­niu do pięć­dzie­siąt­ki. Bar­dzo chciał zje­chać już na bazę, zdać wy­wrot­kę, prze­siąść się do swo­je­go F-150, pick-upa z kli­ma­ty­za­cją. Poza tym ha­mul­ce wy­wrot­ki, cho­ciaż prze­szły prze­gląd, nie były by­najm­niej ide­al­ne. Gdy tyl­ko zo­ba­czył wjeż­dża­ją­cą mu przed nos to­yo­tę, Fra­ker wci­snął je, ile się dało (wci­snął tak­że klak­son), ale było już za póź­no. Usły­szał pisk opon, tych swo­ich i tych Es­ther, któ­ra za póź­no zda­ła so­bie spra­wę z nie­bez­pie­czeń­stwa, przez chwi­lę wi­dział jej twarz.

– Z ja­kie­goś po­wo­du to wła­śnie było naj­gor­sze – po­wie­dział, kie­dy sie­dzie­li­śmy na gan­ku, pi­jąc piwo, a był już paź­dzier­nik i choć słoń­ce świe­ci­ło nam w twa­rze, obaj mie­li­śmy na so­bie swe­try. – Wie pan, jak wy­so­ko sie­dzi się w tych wy­wrot­kach?

Ski­ną­łem gło­wą.

– No więc chcia­ła mnie zo­ba­czyć, pa­trzy­ła w górę, moż­na po­wie­dzieć: za­dzie­ra­ła gło­wę, słoń­ce świe­ci­ło jej w twarz i wi­dzia­łem, jaka jest sta­ra. Pa­mię­tam, że po­my­śla­łem: O do dia­bła, je­śli nie za­ha­mu­ję, to roz­pry­śnie się jak szkło. Ale sta­rzy lu­dzie są twar­dzi, przy­najm­niej więk­szość. Aż się dzi­wisz. Bo pro­szę zo­ba­czyć, jak to się skoń­czy­ło, obie sta­re damy żyją, a ona…

Umilkł i strasz­nie się za­ru­mie­nił, wy­glą­dał jak chło­piec, któ­re­go na prze­rwie wy­śmia­ły dziew­czy­ny, bo zo­ba­czy­ły, że ma roz­pię­ty roz­po­rek. Ko­micz­ne to było, ale gdy­bym się ro­ze­śmiał, tyl­ko wpra­wił­bym go w jesz­cze więk­sze za­kło­po­ta­nie.

– Strasz­nie mi przy­kro, pa­nie No­onan. Cza­sa­mi mó­wię szyb­ciej, niż my­ślę, i…

– W po­rząd­ku – uspo­ko­iłem go. – Naj­gor­sze już za mną.

Kła­ma­łem, ale mo­gli­śmy przy­najm­niej wró­cić do spra­wy.

– W każ­dym ra­zie się zde­rzy­li­śmy. Naj­pierw był huk, po­tem trzask, to to­yo­ta gię­ła się do środ­ka od stro­ny kie­row­cy. No i po­sy­pa­ło się szkło. Po­le­cia­łem na kie­row­ni­cę, wal­ną­łem w nią tak moc­no, że po­tem przez do­bry ty­dzień nie mo­głem od­dy­chać bez bólu. Si­niak mi wy­sko­czył na pier­si, o tu. – Na­ry­so­wał pal­cem łuk pod oboj­czy­ka­mi. – Wal­ną­łem gło­wą w szy­bę tak moc­no, że aż pę­kła, ale z tego był tyl­ko dru­gi, mały, fio­le­to­wy si­niec… ani odro­bi­ny krwi, na­wet gło­wa mnie nie bo­la­ła. Żona mówi, że to przez ten za­ku­ty łeb. Wi­dzia­łem, jak pro­wa­dzą­cą to­yo­tę sta­rusz­kę, pa­nią Easter­ling, spy­cha po de­sce mię­dzy sie­dze­nia. Za­trzy­ma­li­śmy się wresz­cie, scze­pie­ni ze sobą na środ­ku uli­cy. Za­raz wy­sko­czy­łem spraw­dzić, co z nimi. Pro­szę mi wie­rzyć, że spo­dzie­wa­łem się zo­ba­czyć dwa tru­py.

Pa­nie z to­yo­ty po­zo­sta­ły przy ży­ciu, na­wet nie stra­ci­ły przy­tom­no­ści, cho­ciaż pani Easter­ling mia­ła trzy zła­ma­ne że­bra i zwich­nię­te bio­dro. Pani De­or­sey, sie­dzą­ca na miej­scu pa­sa­że­ra, do­zna­ła wstrzą­śnie­nia mó­zgu od ude­rze­nia gło­wą w szy­bę drzwi, i to wszyst­ko. Jak zwy­kle pi­szą w ta­kich przy­pad­kach w „Der­ry News”: „…zo­sta­ła opa­trzo­na w Home Ho­spi­tal i zwol­nio­na do domu”.

Moja żona, świę­tej pa­mię­ci Jo­han­na Ar­len z Mal­den w Mas­sa­chu­setts, wi­dzia­ła to wszyst­ko z chod­ni­ka przed ap­te­ką, na któ­rym sta­nę­ła na chwi­lę z tor­bą prze­wie­szo­ną przez ra­mię i to­reb­ką z za­ku­pa­mi w ręku. Pew­nie jak Bill Fra­ker mu­sia­ła po­my­śleć so­bie, że pa­sa­że­ro­wie to­yo­ty albo nie żyją, albo są po­waż­nie ran­ni. Krak­sie to­wa­rzy­szył do­no­śny, choć głu­chy huk, prze­to­czył się przez upal­ne po­po­łu­dnie jak kula bi­lar­do­wa to­czy się po to­rze, a trzask szkła ozdo­bił je ni­czym po­rwa­ną ko­ron­ką. Do­słow­nie splą­ta­ne ze sobą dwa wozy utkwi­ły na środ­ku Jack­son, a brud­no­po­ma­rań­czo­wa cię­ża­rów­ka gó­ro­wa­ła nad im­portowa­ną za­baw­ką jak wku­rze­ni ro­dzi­ce nad prze­ra­żo­nym dziec­kiem.

Jo­han­na po­bie­gła przez par­king w stro­nę uli­cy. Nie sama, wo­kół niej było wie­lu bie­gną­cych, wśród nich tak­że pan­na Jill Dun­bar­ry, któ­ra w chwi­li wy­pad­ku oglą­da­ła wy­sta­wę Ra­dio Shack. Po­wie­dzia­ła, że chy­ba wy­prze­dzi­ła Jo­han­nę, w każ­dym ra­zie była cał­kiem pew­na, że wy­prze­dza­ła ko­bie­tę w żół­tych spodniach, ale na sto pro­cent to nie pa­mię­ta. Pani Easter­ling wrzesz­cza­ła już, że jest ran­na, obie są ran­ne i niech ktoś wresz­cie po­mo­że jej i bied­nej Ire­ne.

W po­ło­wie par­kin­gu, przy rzę­dzie au­to­ma­tów z ga­ze­ta­mi, moja żona upa­dła. To­reb­ka nie zsu­nę­ła się jej z ra­mie­nia, ale pu­ści­ła tor­bę z za­ku­pa­mi i in­ha­la­tor do po­ło­wy się z niej wy­su­nął. Ta dru­ga rzecz zo­sta­ła w środ­ku.

Nikt nie za­uwa­żył Jo­han­ny le­żą­cej przy au­to­ma­tach z ga­ze­ta­mi, uwa­gę wszyst­kich przy­ku­wa­ły sa­mo­cho­dy, krzy­czą­ce ko­bie­ty i roz­sze­rza­ją­ca się ka­łu­ża wody zmie­sza­nej z pły­nem prze­ciw­za­ma­rza­ją­cym, wy­cie­ka­ją­cych z pęk­nię­tej chłod­ni­cy wy­wrot­ki („To ben­zy­na! – krzy­czał fa­cet z Fast Foto do każ­de­go, obo­jęt­nie, czy go słu­chał czy nie. – To ben­zy­na, uwa­żaj­cie lu­dzie, żeby nie wy­bu­chła!”). Po­dej­rze­wam, że je­den i dru­gi chęt­ny ra­tow­nik mógł na­wet nad nią prze­sko­czyć, za­pew­ne w prze­ko­na­niu, że stra­ci­ła przy­tom­ność. Za­ło­że­nie, że tak to wy­glą­da­ło w dniu, w któ­rym tem­pe­ra­tu­ra do­bi­ja­ła trzy­dziest­ki­piąt­ki na ter­mo­me­trze, nie wy­da­wa­ło się tak cał­kiem nie­roz­sąd­ne.

W su­mie na miej­sce wy­pad­ku do­bie­gły ze dwa tu­zi­ny lu­dzi z cen­trum han­dlo­we­go plus jesz­cze ze czte­ry tu­zi­ny ze Straw­ford Park, gdzie to­czył się wła­śnie mecz ba­se­bal­lu. Po­dej­rze­wam, że wszyst­ko, co za­zwy­czaj moż­na usły­szeć w ta­kiej sy­tu­acji, już się sły­sza­ło, a nie­któ­re rze­czy na­wet wię­cej niż raz. Kłę­bią­cy się tłum. Ktoś się­ga przez zde­for­mo­wa­ną dziu­rę, jesz­cze przed chwi­lą okno od stro­ny kie­row­cy, po­kle­pu­je Es­ther po drżą­cej star­czej dło­ni. Lu­dzie roz­stę­pu­ją się chęt­nie, to­ru­jąc dro­gę Jo­emu Wy­ze­ro­wi; w ta­kich oko­licz­no­ściach kto­kol­wiek ma na so­bie bia­ły far­tuch, au­to­ma­tycz­nie sta­je się pięk­no­ścią balu. Z dala sły­chać sy­gnał zbli­ża­ją­cej się ka­ret­ki po­go­to­wia, drżą­cy jak po­wie­trze nad spa­lar­nią.

A przez cały ten czas moja żona le­ża­ła na par­kin­gu nie­zau­wa­żo­na, z to­reb­ką cią­gle prze­wie­szo­ną przez ra­mię (w to­reb­ce cze­ka nie­zje­dzo­na cze­ko­lad­ka pian­ko­wa w kształ­cie mysz­ki) i tor­bą z ap­te­ki wy­su­nię­tą nie­co poza za­sięg wy­cią­gnię­tej ręki. To Joe Wy­zer, cho­ciaż śpie­szył się do ap­te­ki po kom­pres na gło­wę dla Ire­ne De­or­sey, do­strzegł ją pierw­szy. I roz­po­znał, mimo że le­ża­ła twa­rzą w dół. Roz­po­znał ją po ru­dych wło­sach, bia­łej bluz­ce i żół­tych spodniach. Roz­po­znał ją, bo prze­cież przed nie­speł­na kwa­dran­sem była jego klient­ką.

– Pani No­onan? – Za­po­mniał o kom­pre­sie dla oszo­ło­mio­nej, ale naj­wy­raź­niej nie­zbyt moc­no po­szko­do­wa­nej Ire­ne De­or­sey.

– Pani No­onan? Pani No­onan, nic pani nie jest?

Już wte­dy wie­dział, a przy­najm­niej po­dej­rze­wam, że wie­dział, choć mogę się oczy­wi­ście my­lić, że na pew­no coś jej jest.

Ob­ró­cił moją żonę. Mu­siał użyć do tego obu rąk, a i tak nie przy­szło mu to ła­two, klęk­nął i po­py­chał cia­ło pod przy­pie­ka­ją­cym z nie­ba słoń­cem, w do­dat­ku na­grze­wa­ją­cym as­falt. Oso­bi­ście je­stem prze­ko­na­ny, że zmar­li na­bie­ra­ją wagi. Oni sami i na­sza pa­mięć o nich… i pod jed­nym, i pod dru­gim wzglę­dem na­bie­ra­ją wagi.

Na twa­rzy mo­jej żony były czer­wo­ne śla­dy. Kie­dy iden­ty­fi­ko­wa­łem cia­ło, wi­dzia­łem je wy­raź­nie, na­wet na mo­ni­to­rze. Na koń­cu ję­zy­ka mia­łem py­ta­nie do asy­sten­ta pa­to­lo­ga, skąd się wzię­ły, ale sam się do­my­śli­łem. Ko­niec lip­ca, roz­grza­ny as­falt… ele­men­tar­ne, dro­gi Wat­so­nie. Moja żona zmar­ła, do­zna­jąc po­ra­że­nia sło­necz­ne­go.

Wy­zer wstał. Zo­ba­czył pod­jeż­dża­ją­cą wła­śnie ka­ret­kę. Po­biegł do niej, prze­pchnął się przez tłum, zła­pał za rę­kaw sa­ni­ta­riu­sza wy­sia­da­ją­ce­go zza kie­row­ni­cy.

– Tam jest ko­bie­ta – po­wie­dział, wska­zu­jąc pal­cem par­king.

– Czło­wie­ku, my tu mamy dwie ko­bie­ty i jesz­cze fa­ce­ta na do­da­tek. – Sa­ni­ta­riusz pró­bo­wał mu się wy­rwać, ale Wy­zer trzy­mał go moc­no.

– To aku­rat nie jest ta­kie waż­ne. Nic im się nie sta­ło. A tej ko­bie­cie tam, wręcz prze­ciw­nie.

Ta ko­bie­ta tam nie żyła, je­stem cał­kiem pe­wien, że Joe Wy­zer do­brze o tym wie­dział, ale wie­dział też, co jest waż­ne, a co mniej. To mu trze­ba przy­znać. Oka­zał się tak prze­ko­ny­wa­ją­cy, że dwaj sa­ni­ta­riu­sze od­da­li­li się od ka­ret­ki i miej­sca wy­pad­ku, cho­ciaż Es­ther Easter­ling krzy­cza­ła z bólu, a grec­ki chór za­grzmiał pro­te­stem.

Po­de­szli do mo­jej le­żą­cej żony. Pierw­szy sa­ni­ta­riusz po­twier­dził po­dej­rze­nia Jo­ego, a dru­gi po­wie­dział:

– O do dia­bła! Co się jej sta­ło?

– Naj­praw­do­po­dob­niej ser­ce – po­wie­dział pierw­szy.

– Prze­ję­ła się i ser­dusz­ko nie wy­trzy­ma­ło.

Ale to nie było ser­ce. Sek­cja wy­ka­za­ła tęt­niak mó­zgu, z któ­rym żyła, nic o nim nie wie­dząc, może na­wet aż pięć lat? A kie­dy bie­gła przez par­king na miej­sce wy­pad­ku, osła­bio­ne na­czy­nie w ko­rze mó­zgo­wej strze­li­ło jak dęt­ka, za­ta­pia­jąc ośrod­ki we krwi i w ten spo­sób ją za­bi­ja­jąc. Śmierć nie była za­pew­ne na­tych­mia­sto­wa, po­wie­dział mi asy­stent pa­to­lo­ga, ale na­stą­pi­ła szyb­ko… i bez cier­pień. Ni­czym eks­plo­zja wiel­kiej czar­nej no­wej, po­chła­nia­ją­ca wra­że­nia i my­śli, nim cia­ło ude­rzy­ło o as­falt.

– Może mógł­bym w czymś po­móc, pa­nie No­onan? – spy­tał dok­tor. Od­wró­cił mnie de­li­kat­nie od ob­ra­zu nie­ru­cho­mej twa­rzy i za­mknię­tych oczu, wy­łą­czył mo­ni­tor. – Ma pan może ja­kieś py­ta­nia? Od­po­wiem, je­śli po­tra­fię.

– Tyl­ko jed­no.

Po­wie­dzia­łem mu, co moja żona ku­pi­ła w ap­te­ce tuż przed śmier­cią. A po­tem za­da­łem py­ta­nie.

***

Dni po­prze­dza­ją­ce po­grzeb i sama uro­czy­stość po­grze­bo­wa po­zo­sta­ły w mej pa­mię­ci ni­czym sen. Naj­le­piej pa­mię­tam tę chwi­lę, kie­dy zja­dłem cze­ko­lad­kę i pła­ka­łem… przede wszyst­kim pła­ka­łem, bo wie­dzia­łem, że jej smak wkrót­ce znik­nie. Ata­ku pła­czu do­sta­łem zno­wu kil­ka dni po po­grze­bie. Opo­wiem wam o tym wkrót­ce.

Ucie­szył mnie przy­jazd ro­dzi­ny Jo, a zwłasz­cza jej star­sze­go bra­ta Fran­ka. To on, Frank Ar­len – ru­mia­ny, za­żyw­ny, z buj­ny­mi ciem­ny­mi wło­sa­mi – za­ła­twił wszyst­kie for­mal­no­ści… na­wet tar­go­wał się z wła­ści­cie­lem domu po­grze­bo­we­go!

– By­łem przy tym, ale cią­gle nie po­tra­fię uwie­rzyć świa­dec­twu wła­snych oczu – po­wie­dzia­łem mu póź­niej, kie­dy sie­dzie­li­śmy w loży Jack’s Pub, po­pi­ja­jąc piwo.

– Wci­skał ci kit, Mi­key. Nie­na­wi­dzę ta­kich lu­dzi. – Frank się­gnął do tyl­nej kie­sze­ni spodni po chu­s­tecz­kę i otarł nią czer­wo­ne po­licz­ki. Nie za­ła­mał się, ża­den z Ar­le­nów się nie za­ła­mał, a przy­najm­niej nie przy mnie, ale cie­kło mu z oczu przez cały dzień. Wy­glą­dał jak fa­cet z ostrym za­pa­le­niem spo­jó­wek.

Było sze­ścio­ro ro­dzeń­stwa Ar­le­nów, z Jo jako naj­młod­szą i je­dy­ną dziew­czyn­ką. Bra­cia trak­to­wa­li ją jak ma­skot­kę. Gdy­bym miał coś wspól­ne­go z jej śmier­cią, ro­ze­rwa­li­by mnie w pię­ciu go­ły­mi rę­ka­mi. Nie mia­łem, więc oto­czy­li mnie nie­wzru­szo­ną opie­ką; było to do­praw­dy wspa­nia­łe. Przy­pusz­czam, że po­ra­dził­bym so­bie ja­koś i bez nich, ale nie mam po­ję­cia jak. Pa­mię­taj­cie, mia­łem trzy­dzie­ści sześć lat. Trzy­dzie­sto­sze­ścio­la­tek nie spo­dzie­wa się cho­wać żony, dwa lata od nie­go młod­szej. Myśl o śmier­ci na­wet nie po­sta­ła nam w gło­wie.

– Je­że­li fa­cet wy­cią­ga ci ra­dio z sa­mo­cho­du, na­zy­wa­ją to kra­dzie­żą i fa­ce­ta za­my­ka­ją – po­wie­dział Frank. Ar­le­no­wie po­cho­dzi­li z Mas­sa­chu­setts i mó­wi­li z ak­cen­tem ich ro­dzin­ne­go Mal­den. W gło­sie Fran­ka „fa­ce­ta” brzmia­ło jak „fa­au­ce­ta”, „sa­mo­cho­du” jak „sa­mo­cho­da”, „kra­dzie­żą” jak „kła­aadzie­żą”.

– A je­śli po­grą­żo­ne­mu w żalu mę­żo­wi pró­bu­je sprze­dać trum­nę war­tą trzy stó­wy za czte­ry­sta pięć­dzie­siąt, na­zy­wa­ją to biz­ne­sem i za­pra­sza­ją go­ścia do Ro­ta­ry Club, żeby wy­gło­sił mowę przed obia­dem. Za­chłan­ny du­pek. Za­ser­wo­wa­łem mu nie­zły obia­dek, nie?

– Owszem, nie­zły.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, Mi­key?

– Ja­sne.

– Na­praw­dę?

– A skąd mam, kur­wa, wie­dzieć? – spy­ta­łem go tak gło­śno, że w są­sied­nich lo­żach od­wró­ci­ły się gło­wy. A po­tem do­da­łem:

– Była w cią­ży.

Twarz Fran­ka ska­mie­nia­ła.

– Co?

Zmu­si­łem się do ści­sze­nia gło­su.

– Była w cią­ży. Sześć, może sie­dem ty­go­dni, jak wy­ka­za­ła… no wiesz, au­top­sja. Wie­dzia­łeś? Po­wie­dzia­ła ci?

– Nie! Chry­ste, skąd, nic a nic! – Ale przez mo­ment wy­glą­dał dziw­nie. Coś mu­sia­ła mu po­wie­dzieć. – Wiem, że pró­bo­wa­li­ście, oczy­wi­ście… mó­wi­ła, że masz małą ilość plem­ni­ków, że to może kosz­to­wać was tro­chę cza­su, ale zda­niem dok­to­rów prę­dzej czy póź­niej… praw­do­po­dob­nie… – prze­rwał. Wpa­trzył się w swe dło­nie. – Oni po­tra­fią to po­wie­dzieć? Spraw­dza­ją?

– Po­tra­fią to po­wie­dzieć. Czy spraw­dza­ją au­to­ma­tycz­nie, tego nie wiem. Po­pro­si­łem o spraw­dze­nie.

– Dla­cze­go?

– Ku­pi­ła nie tyl­ko in­ha­la­tor. Tak­że je­den z do­mo­wych te­stów cią­żo­wych.

– Po pro­stu chcia­ła być pew­na. To wszyst­ko. Wiesz o tym, praw­da?

„Wy­ku­pić prze­dłu­żo­ną re­cep­tę na in­ha­la­tor do za­tok”, po­wie­dzia­ła mi, a po­tem wspo­mnia­ła o ka­wał­ku ryby. Wy­glą­da­ła jak za­wsze. Ko­bie­ta ma­ją­ca do za­ła­twie­nia parę drob­nych spraw. Pró­bo­wa­li­śmy z dziec­kiem od ośmiu lat, a ona wy­glą­da­ła jak za­wsze.

– Ja­sne – po­wie­dzia­łem. Po­kle­pa­łem Fran­ka po dło­ni.

– Ja­sne, sta­ry. Wiem.

***

To Ar­le­no­wie do­wo­dze­ni przez Fran­ka zor­ga­ni­zo­wa­li po­że­gna­nie Jo­han­ny. Moim za­da­niem, jako je­dy­ne­go pi­sa­rza w ro­dzi­nie, było przy­go­to­wa­nie ne­kro­lo­gu. Brat przy­je­chał z Wir­gi­nii, przy­wo­żąc na­szą mat­kę i ciot­kę. Od­da­no mu pod opie­kę księ­gę kon­do­len­cyj­ną przy wy­sta­wie­niu zwłok. Mama, w wie­ku sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat pra­wie cał­kiem zdzie­cin­nia­ła, cho­ciaż le­ka­rze nie na­zwa­li tego al­zhe­ime­rem, miesz­ka­ła w Mem­phis ze swą o dwa lata młod­szą sio­strą, za­le­d­wie odro­bi­nę mniej zwa­rio­wa­ną. Ich za­da­niem było kro­je­nie tor­tu i ciast na sty­pie.

Wszyst­kim in­nym za­ję­li się Ar­le­no­wie, od wy­zna­cze­nia go­dzin po­że­gna­nia po szcze­gó­ły ce­re­mo­nii. Frank i Vic­tor, naj­młod­szy z bra­ci, wy­gło­si­li krót­kie mowy po­grze­bo­we. Oj­ciec po­mo­dlił się za jej du­szę. Na koń­cu Pete Bre­edlo­ve, chło­piec, któ­ry w le­cie ko­sił nam tra­wę, a je­sie­nią zmia­tał li­ście, do­pro­wa­dził wszyst­kich do łez, śpie­wa­jąc Jak bło­go wie­dzieć, zda­niem Fran­ka ulu­bio­ny hymn Jo, kie­dy była małą dziew­czyn­ką. Jak Frank zna­lazł Pete’a i jak skło­nił go do za­śpie­wa­nia na po­grze­bie, nig­dy się nie do­wie­dzia­łem.

Ja­koś przez to prze­szli­śmy, wtor­ko­we po­po­łu­dnie i wie­czór na wy­sta­wie­niu, śro­do­we po­ran­ne na­bo­żeń­stwo po­grze­bo­we, krót­ka mo­dli­twa na cmen­ta­rzu Fa­ir­lawn. Naj­le­piej pa­mię­tam, że my­śla­łem o tym, jak strasz­nie jest go­rą­co, jaki je­stem za­gu­bio­ny, bo nie mogę na­wet po­roz­ma­wiać z Jo, i że po­wi­nie­nem jed­nak ku­pić nowe buty. Gdy­by tu była, moja żona za­ga­da­ła­by mnie na śmierć za te sta­re.

Po­tem roz­ma­wia­łem z bra­tem Si­dem o tym, że mu­si­my coś zro­bić z na­szą mat­ką i ciot­ką Fran­ci­ne, nim obie znik­ną na za­wsze w Stre­fie Mro­ku. Są za mło­de na dom opie­ki, więc co pro­po­nu­je?

Za­pro­po­no­wał coś, ale niech mnie dia­bli, je­śli wiem co. Pa­mię­tam, że zgo­dzi­łem się z jego opi­nią, ale nie mam po­ję­cia, jaka to była opi­nia. Po­tem, jesz­cze tego sa­me­go dnia, Sid­dy, mama i cio­cia Fran­ci­ne wsie­dli do wy­na­ję­te­go sa­mo­cho­du. Mie­li po­je­chać do Bo­sto­nu, prze­no­co­wać tam, a rano zła­pać So­uthern Cre­scent. Mój brat nie ma nic prze­ciw opie­ce nad ludź­mi star­szy­mi, ale nie chce sły­szeć o sa­mo­lo­cie, na­wet kie­dy ja pła­cę za bi­le­ty. Twier­dzi, że na nie­bie nie ma pa­sów awa­ryj­nych, na któ­re może zje­chać, kie­dy zga­śnie sil­nik.

Pra­wie wszy­scy Ar­le­no­wie wy­je­cha­li na­stęp­ne­go dnia. Znów był upał, słoń­ce ga­pi­ło się na zie­mię z roz­pa­lo­ne­go do bia­ło­ści nie­ba, po­kry­wa­jąc wszyst­ko po­świa­tą roz­to­pio­ne­go mo­sią­dzu. Usta­wi­li się przed na­szym do­mem, któ­ry stał się moim do­mem, na tle po­tul­nie cze­ka­ją­cych trzech tak­só­wek, ban­da wiel­kich nie­zdar ści­ska­ją­cych je­den dru­gie­go wśród mnó­stwa to­reb, że­gna­ją­cych się wśród uprzej­mo­ści wy­gła­sza­nych z tym ich ak­cen­tem z Mas­sa­chu­setts, przez któ­ry każ­de sło­wo wy­da­wa­ło się prze­dzie­rać jak przez mgłę.

Frank zo­stał jesz­cze je­den dzień. Za do­mem ze­bra­li­śmy wiel­ki bu­kiet kwia­tów, nie tych upior­nie pach­ną­cych, szklar­nio­wych, ko­ja­rzą­cych mi się nie­od­par­cie z dźwię­kiem or­ga­nów, ale ta­kich praw­dzi­wych, któ­re Jo za­wsze lu­bi­ła naj­bar­dziej. Wło­ży­li­śmy je do pu­szek po ka­wie, któ­re zna­la­złem w spi­żar­ni, po­je­cha­li­śmy na Fa­ir­lawn i po­sta­wi­li­śmy na świe­żym gro­bie. A po­tem tyl­ko sie­dzie­li­śmy w pa­lą­cym słoń­cu.

– W ży­ciu nie spo­tka­łem ni­ko­go słod­sze­go od niej – prze­rwał mil­cze­nie Frank. Mó­wił dziw­nym, stłu­mio­nym gło­sem. – Opie­ko­wa­li­śmy się nią, kie­dy by­li­śmy dzieć­mi. My, chło­pa­ki. Nikt nie miał pra­wa pod­sko­czyć Jo. Mo­żesz mi wie­rzyć. A jak ktoś pró­bo­wał, ob­ry­wał, bo za­słu­żył.

– Opo­wia­da­ła mi róż­ne hi­sto­rie.

– Te do­bre?

– Tak. Te na­praw­dę do­bre.

– Bę­dzie mi jej strasz­nie bra­ko­wa­ło.

– Mnie też – po­wie­dzia­łem. – Frank… po­słu­chaj… wiem, że by­łeś jej ulu­bio­nym bra­cisz­kiem. Nie od­zy­wa­ła się do cie­bie? Może po to tyl­ko, żeby po­wie­dzieć, że okres się jej spóź­nia albo rano czu­je się nie­wy­raź­nie? Nie wku­rzę się.

– Nic z tych rze­czy. Sło­wo ho­no­ru. A czy rano czu­ła się nie­wy­raź­nie?

– Nie za­uwa­ży­łem.

O to wła­śnie cho­dzi­ło. Ni­cze­go nie za­uwa­ży­łem. Pi­sa­łem, oczy­wi­ście, a kie­dy pi­szę, to od­la­tu­ję, ale ona po­tra­fi­ła roz­po­znać trans. Do­tar­ła­by do mnie, do­pro­wa­dzi­ła do rze­czy­wi­sto­ści. Więc cze­mu tego nie zro­bi­ła? Dla­cze­go ukry­wa­ła przede mną do­brą wia­do­mość? Nie chcia­ła po­wie­dzieć, póki nie była pew­na? Cał­kiem praw­do­po­dob­ne… ale ja­koś to do niej nie pa­so­wa­ło.

– Chło­piec czy dziew­czyn­ka? – spy­tał Frank.

– Dziew­czyn­ka.

Za­raz po ślu­bie wy­bra­li­śmy imio­na. Już cze­ka­ły. Chło­piec miał mieć na imię An­drew, dziew­czyn­ka Kia. Kia Jane No­onan.

***

Frank, roz­wie­dzio­ny przed sze­ściu laty i sa­mot­ny, za­trzy­mał się u mnie. Po dro­dze z cmen­ta­rza po­wie­dział:

– Mar­twię się o cie­bie, Mi­key. Nie masz ro­dzi­ny, któ­ra by ci po­mo­gła w trud­nych chwi­lach, a ta, któ­rą masz, i tak jest da­le­ko.

– Nic mi nie bę­dzie – za­pro­te­sto­wa­łem.

Ski­nął gło­wą.

– Za­wsze tak mó­wi­my, praw­da?

– My?

– Fa­ce­ci. „Nic mi nie bę­dzie”. A je­śli jed­nak coś nam jest, ro­bi­my wszyst­ko, żeby lu­dzie się o tym nie do­wie­dzie­li.

– Spoj­rzał na mnie. Oczy cią­gle miał wil­got­ne, w wiel­kiej opa­lo­nej ręce trzy­mał chu­s­tecz­kę. – Je­śli coś ci jest, Mi­key, a nie chcesz dzwo­nić do bra­ta… wi­dzia­łem, jak na nie­go pa­trzysz… po­zwól mi być swo­im bra­tem. Je­śli nie dla sa­me­go sie­bie, to dla Jo.

– Ja­sne.

Do­ce­ni­łem ofer­tę i sza­no­wa­łem go za te sło­wa, ale wie­dzia­łem też, że nie sko­rzy­stam. Nie dzwo­nię po lu­dziach z proś­bą o po­moc. Nie dla­te­go, że tak zo­sta­łem wy­cho­wa­ny, przy­najm­niej tak mi się wy­da­je, ra­czej dla­te­go, że taki już je­stem. Jo­han­na po­wie­dzia­ła raz, że gdy­bym się to­pił w Dark Sco­re Lake, gdzie mamy let­ni dom, to prę­dzej ci­cho bym umarł pięt­na­ście me­trów od peł­nej pla­ży, niż za­dzwo­nił po po­moc. To nie spra­wa mi­ło­ści czy w ogó­le uczuć. Po­tra­fię je da­wać i po­tra­fię brać. Czu­ję ból, jak każ­dy. Chcę do­ty­kać ko­goś, chcę, żeby i mnie ten ktoś do­ty­kał. Ale na py­ta­nie: „Nic ci nie jest?”, nie umiem od­po­wie­dzieć, że prze­ciw­nie, jest. Nie po­tra­fię pro­sić o po­moc.

Dwie go­dzi­ny póź­niej Frank wy­ru­szył na po­łu­dnie sta­nu. Za­sko­czył mnie, bo kie­dy otwo­rzył sa­mo­chód, zo­ba­czy­łem, że w od­twa­rza­czu ma ka­se­tę z jed­ną z mo­ich ksią­żek. Naj­pierw mnie ob­jął, a po­tem zdu­miał po­ca­łun­kiem w usta, przy­zwo­itym, moc­nym cmok­nię­ciem.

– A je­śli po­czu­jesz, że mu­sisz mieć to­wa­rzy­stwo, po pro­stu przy­jedź.

Ski­ną­łem gło­wą.

– I uwa­żaj.

Zno­wu mnie za­sko­czył. Po­łą­cze­nie upa­łu i żalu spra­wi­ło, że przez ostat­nie kil­ka dni ży­łem jak we śnie, ale te sło­wa się do mnie prze­bi­ły.

– Na co mam uwa­żać?

– Nie wiem. Nie wiem, Mi­key.

Frank, wiel­ki fa­cet, wsiadł do ma­łe­go wozu; wy­glą­da­ło to tak, jak­by go na sie­bie wkła­dał. Od­je­chał. Słoń­ce już za­cho­dzi­ło. Wie­cie, jak wy­glą­da słoń­ce pod ko­niec upal­ne­go sierp­nio­we­go dnia… po­ma­rań­czo­we i ja­kieś ta­kie zgnie­cio­ne, jak­by nie­wi­dzial­na dłoń przy­ci­ska­ła je z góry, jak­by lada chwi­la mia­ło strze­lić ni­czym na­żar­ty ko­mar, za­pa­sku­dzić cały ho­ry­zont. No więc było cał­kiem tak. Na wscho­dzie, gdzie już pa­no­wa­ła ciem­ność, za­grzmia­ło. Ale tej nocy nie pa­dał deszcz, tyl­ko mrok przy­szedł szyb­ko, cięż­ki i du­szą­cy ni­czym koc. Mimo to usia­dłem do pro­ce­so­ra tek­stu. Pi­sa­łem ja­kąś go­dzi­nę. Po­szło mi nad­spo­dzie­wa­nie ła­two, o ile do­brze pa­mię­tam. Ale na­wet je­śli nie, to, ro­zu­mie­cie, przez ja­kiś czas mia­łem przy­najm­niej co ro­bić.

***

Dru­gie­go ata­ku pła­czu do­sta­łem trzy czy czte­ry dni po po­grze­bie. Wra­że­nie, że to wszyst­ko sen, nie chcia­ło ustą­pić. Cho­dzi­łem, roz­ma­wia­łem, od­bie­ra­łem te­le­fo­ny, pra­co­wa­łem nad książ­ką, w dniu śmier­ci Jo w ja­kichś osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach skoń­czo­ną, ale przez cały czas wy­da­wa­ło mi się, że to, co się dzie­je, dzie­je się da­le­ko od mo­je­go praw­dzi­we­go ja, że mniej lub bar­dziej wszyst­ko to so­bie tyl­ko wma­wiam.

Mama Pete’a, De­ni­se Bre­edlo­ve, za­dzwo­ni­ła i spy­ta­ła, czy miał­bym coś prze­ciw­ko temu, gdy­by kie­dyś w przy­szłym ty­go­dniu przy­szła z dwie­ma przy­ja­ciół­ka­mi i po­rząd­nie, od dzio­bu do rufy, wy­sprzą­ta­ła tę wiel­ką edwar­diań­ską kupę ka­mie­nia, w któ­rej sie­dzia­łem te­raz sam, jak ziarn­ko gro­chu te­le­pią­ce się w pusz­ce wiel­ko­ści tych do­wo­żo­nych do re­stau­ra­cji. Zro­bią to, oznaj­mi­ła mi, za sto do­la­rów na trzy, głów­nie dla­te­go, że kie­dy ktoś odej­dzie, trze­ba po­sprzą­tać, że po śmier­ci robi się po­rząd­ki w domu, na­wet je­śli to nie w nim ktoś umarł.

Od­par­łem, że to świet­ny po­mysł, ale za­pła­cę i jej, i oso­bom, któ­re przy­pro­wa­dzi po sto do­lców na łeb­ka za sześć go­dzin pra­cy i że mu­szą się zmie­ścić w tych sze­ściu go­dzi­nach. Je­śli się nie zmiesz­czą, wię­cej i tak im nie dam.

– Pa­nie No­onan, to o wie­le za dużo – za­pro­te­sto­wa­ła.

– Może tak, może nie, w każ­dym ra­zie tyle pła­cę. Zgo­da?

Ucie­szy­ła się. Tak, oczy­wi­ście, że tak.

Pew­nie moż­na było to ła­two prze­wi­dzieć, ale wie­czo­rem w przed­dzień spo­tka­nia od­kry­łem rap­tem, że cho­dzę po domu, do­ko­nu­jąc cze­goś w ro­dza­ju in­spek­cji. Chy­ba nie chcia­łem, żeby te ko­bie­ty (a dwóch z nich w ogó­le nie zna­łem) zna­la­zły coś, co mo­gło­by za­wsty­dzić któ­rąś z nich lub mnie. Jak je­dwab­ne maj­tecz­ki Jo mię­dzy po­dusz­ka­mi ka­na­py („Na ogół le­piej nam wy­cho­dzi na ka­na­pie, Mi­cha­el – zwró­ci­ła mi kie­dyś uwa­gę.

– Za­uwa­ży­łeś”?). Jak pusz­ki po pi­wie pod ka­na­pą na dwie oso­by sto­ją­cą na gan­ku. Albo nie­spłu­ka­na to­a­le­ta. Nie po­tra­fię wam po­wie­dzieć, cze­go wła­ści­wie szu­ka­łem, za­cho­wy­wa­łem się jak we śnie ma­ją­cym peł­ną wła­dzę nad mym umy­słem. Je­śli o czymś my­śla­łem wów­czas ja­sno, to albo o za­koń­cze­niu po­wie­ści, nad któ­rą pra­co­wa­łem (psy­cho­pa­tycz­ny mor­der­ca zwa­bia moją bo­ha­ter­kę do wie­żow­ca, żeby ją ze­pchnąć z da­chu), albo o te­ście cią­żo­wym Nor­co, któ­ry Jo ku­pi­ła w dzień śmier­ci. Po­wie­dzia­ła mi, że ma już prze­dłu­żo­ną re­cep­tę na in­ha­la­tor. Po­wie­dzia­ła mi, że kupi rybę na ko­la­cję. A w jej oczach nie było nic, co zwró­ci­ło­by moją uwa­gę.

***

Pod ko­niec in­spek­cji po­rząd­ko­wej zaj­rza­łem pod na­sze łóż­ko. Po stro­nie Jo le­ża­ła otwar­ta książ­ka w ta­nim wy­da­niu. Od jej śmier­ci nie mi­nę­ło wie­le cza­su, ale też nie­wie­le do­mo­wych księ­ste­wek za­ku­rzo­nych jest tak jak Kró­le­stwo Pod­łóż­ka. Ja­sno­sza­ra war­stew­ka, któ­rą zo­ba­czy­łem na okład­kach, kie­dy wy­ją­łem książ­kę spod łóż­ka, ka­za­ła mi po­my­śleć o twa­rzy i rę­kach le­żą­cej w trum­nie żony; Jo w Kró­le­stwie Pod­zie­mi. Czy w trum­nie się ku­rzy? Z pew­no­ścią nie, ale…

Ode­gna­łem od sie­bie tę myśl. Uda­wa­ła, że już jej nie ma, ale przez cały dzień szu­ka­ła so­bie dro­gi po­wro­tu jak prze­śla­du­ją­cy Toł­sto­ja bia­ły niedź­wiedź.

Obo­je z Jo­han­ną ukoń­czy­li­śmy an­gli­sty­kę na Uni­wer­sy­te­cie Sta­nu Ma­ine, więc jak wie­lu in­nych (tak przy­najm­niej są­dzę) za­ko­cha­li­śmy się przy Szek­spi­rze i cy­ni­zmie Edwi­na Ar­ling­to­na Ro­bin­so­na, ro­dem wprost z jego Til­bu­ry Town. Na­to­miast pi­sa­rzem, któ­ry nas naj­bar­dziej do sie­bie zbli­żył, nie był ja­kiś po­eta i ese­ista typu uni­wer­sy­tec­ki piesz­czo­szek, ale W. So­mer­set Mau­gham, star­szy, wę­dru­ją­cy po świe­cie po­wie­ścio­pi­sarz i dra­ma­to­pi­sarz o ga­dziej twa­rzy (chy­ba na każ­dej fo­to­gra­fii przy­sło­nię­tej chmu­rą pa­pie­ro­so­we­go dymu) i ser­cu ro­man­ty­ka. Nie zdzi­wi­ło mnie więc, że książ­ką spod łóż­ka oka­zał się Księ­życ i mie­dziak. Prze­czy­ta­łem ją jako póź­ny na­sto­la­tek, nie raz, lecz dwa razy, żar­li­wie iden­ty­fi­ku­jąc się z po­sta­cią Char­le­sa Stric­klan­da, tyle że ja nie chcia­łem ma­lo­wać, ale pi­sać gdzieś tam na wy­spach mórz po­łu­dnio­wych.

Za za­kład­kę po­słu­ży­ła Jo kar­ta z ja­kiejś zde­kom­ple­to­wa­nej ta­lii. Otwie­ra­jąc książ­kę, po­my­śla­łem o czymś, co po­wie­dzia­ła, kie­dy do­pie­ro się po­zna­wa­li­śmy. Na za­ję­ciach z dwu­dzie­sto­wiecz­nej li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej, pew­nie w 1980 roku. Jo­han­na Ar­len, drob­na i wy­bu­cho­wa, była wów­czas na dru­gim roku, ja na ostat­nim i cho­dzi­łem na dwu­dzie­sto­wiecz­nych An­go­li tyl­ko dla­te­go, że w koń­co­wym se­me­strze mia­łem mnó­stwo wol­ne­go cza­su.

– Mi­nie sto lat i za sła­bość kry­ty­ki po­ło­wy dwu­dzie­ste­go wie­ku uzna się to, że uwiel­bia­ła Law­ren­ce’a, a zi­gno­ro­wa­ła Mau­gha­ma.

Jej twier­dze­nie wzbu­dzi­ło zdro­wy, choć pod­szy­ty po­gar­dą śmiech (oni wszy­scy do­brze wie­dzie­li, że Za­ko­cha­ne ko­bie­ty to jed­na z naj­wspa­nial­szych na­pi­sa­nych kie­dy­kol­wiek cho­ler­nych ksią­żek), ale mnie to nie roz­ba­wi­ło. Ja się za­ko­cha­łem.

Kar­ta wło­żo­na była mię­dzy sto dru­gą i sto trze­cią stro­nę. Dirk Stro­eve wła­śnie się zo­rien­to­wał, że żona rzu­ci­ła go dla Stric­klan­da, Mau­gha­mow­skiej wer­sji Pau­la Gau­gi­na. Nar­ra­tor pró­bu­je uspo­ko­ić Stro­eve’a. „Mój dro­gi przy­ja­cie­lu, nie martw się. Ona wró­ci…”.

– Ła­two ci mó­wić – burk­ną­łem pod no­sem. By­łem w po­ko­ju, któ­ry na­le­żał już tyl­ko do mnie.

Prze­wró­ci­łem stro­nę.

„Obe­lży­wy spo­kój Stric­klan­da po­zba­wił Stro­eve’a resz­tek cier­pli­wo­ści. Ogar­nę­ła go śle­pa fu­ria i nie zda­jąc so­bie spra­wy z tego, co robi, rzu­cił się na Stric­klan­da. Ten, zdzi­wio­ny, za­to­czył się, lecz był bar­dzo sil­ny – na­wet po cho­ro­bie – i w jed­nej chwi­li Stro­eve, sam nie wie­dząc jak, zna­lazł się na pod­ło­dze. »Ty za­baw­ny ka­rzeł­ku« – po­wie­dział Stric­kland”3.

Uświa­do­mi­łem so­bie, że Jo już nig­dy nie od­wró­ci stro­ny, nie usły­szy Stric­klan­da na­zy­wa­ją­ce­go ża­ło­sne­go Stro­eve’a „za­baw­nym ka­rzeł­kiem”. Moje my­śli roz­bły­sły na­gle tak ja­sno, że aż ośle­pia­ją­co; była to chwi­la ob­ja­wie­nia, bo wte­dy wła­śnie po­ją­łem, że to nie błąd, któ­ry moż­na ja­koś na­pra­wić, nie sen, z któ­re­go się obu­dzę, że Jo­han­na na­praw­dę nie żyje.

Żal ode­brał mi wszyst­kie siły. Gdy­by nie to, że łóż­ko było tak bli­sko, upadł­bym na pod­ło­gę. Pła­cze­my ocza­mi, tyl­ko tak po­tra­fi­my pła­kać, ale tego wie­czo­ru pła­ka­łem każ­dym po­rem cia­ła, każ­dym jego za­ka­mar­kiem. Sie­dzia­łem na brze­gu łóż­ka, z za­ku­rzo­nym ta­nim wy­da­niem Księ­ży­ca i mie­dzia­ka w rę­kach, i za­no­si­łem się pła­czem. Za­sko­cze­nie, jak są­dzę, było rów­ne ża­lo­wi, bo mimo że wi­dzia­łem cia­ło na mo­ni­to­rze wy­so­kiej roz­dziel­czo­ści i zi­den­ty­fi­ko­wa­łem je, mimo po­grze­bu, mimo od­śpie­wa­ne­go przez Pete’a Bre­edlo­ve’a słod­kim te­no­rem hym­nu Jak bło­go wie­dzieć, mimo po­grze­bu z jego „z pro­chu po­wsta­łeś i w proch się ob­ró­cisz” do tej pory tak na­praw­dę nie wie­rzy­łem. Pa­per­back Pen­gu­ina do­ko­nał tego, cze­go nie mo­gła do­ko­nać wiel­ka sza­ra trum­na: wparł we mnie, że moja żona nie żyje.

„»Ty za­baw­ny ka­rzeł­ku« – po­wie­dział Stric­kland”.

Po­ło­ży­łem się, Ukry­łem twarz pod skrzy­żo­wa­ny­mi przed­ra­mio­na­mi, uko­ły­sa­łem się do snu wła­snym pła­czem, jak to ro­bią małe, nie­szczę­śli­we dzie­ci. I mia­łem strasz­ny sen. W tym śnie obu­dzi­łem się, zo­ba­czy­łem książ­kę Księ­życ i mie­dziak le­żą­cą przy mnie na na­rzu­cie i po­sta­no­wi­łem wło­żyć ją tam, gdzie zna­la­złem, pod łóż­ko. Wie­cie, ja­kie po­mie­sza­ne po­tra­fią być sny, z ich lo­gi­ką jak ze­ga­ry Da­le­go, tak mięk­kie, że wi­szą na ga­łę­ziach drzew ni­czym za­rzu­co­ne na nie do trze­pa­nia dy­wa­ni­ki.

Wło­ży­łem kar­tę za­kład­kę mię­dzy stro­ny sto dwa i sto trzy,za­le­d­wie mały ruch pal­cem wska­zu­ją­cym od „»Ty za­baw­ny ka­rzeł­ku« – po­wie­dział Stric­kland”, te­raz i na za­wsze, prze­tur­la­łem się na swo­ją stro­nę, zwie­si­łem gło­wę, żeby odło­żyć książ­kę do­kład­nie tam, skąd ją wzią­łem.

Pod łóż­kiem, wśród kłęb­ków ku­rzu, le­ża­ła Jo. Zwi­sa­ją­ca ze sprę­ży­ny pa­ję­czy­na pie­ści­ła jej po­li­czek jak piór­kiem. Rude wło­sy stra­ci­ły swój po­łysk, ale w bla­dej twa­rzy błysz­cza­ły ciem­ne, przy­tom­ne, złe oczy. A kie­dy prze­mó­wi­ła, wie­dzia­łem, że śmierć przy­pra­wi­ła ją o sza­leń­stwo.

Daj mi to – syk­nę­ła. Daj mi to, co tak ła­pie kurz.

Wy­rwa­ła mi książ­kę z ręki, nim zdą­ży­łem speł­nić jej po­le­ce­nie. Przez chwi­lę na­sze pal­ce sty­ka­ły się, a jej były zim­ne jak ga­łąz­ki po noc­nym przy­mroz­ku. Otwo­rzy­ła Księ­życ i mie­dziak, kar­ta sfru­nę­ła na pod­ło­gę. Po­ło­ży­ła so­bie otwar­tą po­wieść So­mer­se­ta Mau­gha­ma na twa­rzy, we­lon słów, a po­tem skrzy­żo­wa­ła dło­nie na pier­siach i znie­ru­cho­mia­ła. Uświa­do­mi­łem so­bie, że ubra­na jest w nie­bie­ską su­kien­kę, w któ­rej ją po­cho­wa­łem. Wy­szła z gro­bu, by ukryć się pod na­szym łóż­kiem.

Obu­dzi­łem się ze stłu­mio­nym okrzy­kiem i spra­wia­ją­cym ból drże­niem, któ­re omal nie zrzu­ci­ło mnie z łóż­ka. Nie spa­łem dłu­go, po­licz­ki mia­łem wil­got­ne, po­wie­ki na­cią­gnię­te – ta­kie uczu­cie ma się po dłu­go­trwa­łym pła­czu. Sen wy­da­wał mi się tak praw­dzi­wy, że po pro­stu mu­sia­łem zwie­sić gło­wę z łóż­ka, zaj­rzeć pod nie i nie wąt­pi­łem, że zo­ba­czę ją tam le­żą­cą z książ­ką na twa­rzy, że wy­cią­gnie rękę, ze­chce do­tknąć mnie zim­ny­mi pal­ca­mi.

Oczy­wi­ście ni­cze­go nie zo­ba­czy­łem, sny to w koń­cu tyl­ko sny. Ale resz­tę nocy prze­spa­łem na ka­na­pie w ga­bi­ne­cie. Chy­ba był to do­bry wy­bór, po­nie­waż tej nocy już nie śni­łem. Tyl­ko ni­cość jest do­brem we śnie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Przez dzie­sięć lat mał­żeń­stwa ani razu nie do­pa­dła mnie nie­moc twór­cza i nie przy­tra­fi­ła mi się też za­raz po śmier­ci Jo­han­ny. Praw­dę mó­wiąc, że­bym za­uwa­żył, iż dzie­je się coś nie­zwy­kłe­go, ta szcze­gól­na cho­ro­ba mu­sia­ła ogar­nąć mnie na do­bre. Pew­nie z po­wo­du pia­sto­wa­nej w głę­bi ser­ca wia­ry, że do­ty­ka ona tyl­ko „li­te­rac­kie” typy z ro­dza­ju tych, któ­rych „The New York Re­view of Bo­oks” oma­wia, ana­li­zu­je i tak chęt­nie skre­śla.

Obie moje ka­rie­ry, pi­sar­ska i mał­żeń­ska, nie­mal po­kry­wa­ły się w cza­sie. Pierw­szy szkic pierw­szej po­wie­ści We dwo­je skoń­czy­łem nie­dłu­go po ofi­cjal­nych za­rę­czy­nach (na środ­ko­wy pa­lec le­wej ręki wło­ży­łem jej pier­ścio­nek z opa­lem, sto dzie­sięć do­lców w Day’s Je­wel­lers, o wie­le wię­cej niż było mnie stać… ale Jo po pro­stu za­chwy­cił). Ostat­nią, Z sa­mej góry, tę o psy­cho­pa­tycz­nym mor­der­cy lu­bią­cym duże wy­so­ko­ści, skoń­czy­łem ja­kiś mie­siąc po tym, gdy moją żonę uzna­no za mar­twą. Uka­za­ła się dru­kiem na je­sie­ni 1995 roku. Opu­bli­ko­wa­łem póź­niej i inne po­wie­ści – pa­ra­doks, któ­ry za­raz wy­ja­śnię – ale nie są­dzę, by w naj­bliż­szej przy­szło­ści na­zwi­sko Mi­cha­el No­onan uka­za­ło się na ja­kiej­kol­wiek li­ście. Te­raz wiem, co to zna­czy nie­moc twór­cza. Wiem o niej wię­cej, niż chciał­bym kie­dy­kol­wiek się do­wie­dzieć.

***

Kie­dy, choć z wa­ha­niem, po­ka­za­łem Jo pierw­szy szkic We dwo­je, prze­czy­ta­ła go w je­den wie­czór, sku­lo­na w ulu­bio­nym fo­te­lu, ubra­na tyl­ko w maj­tecz­ki i pod­ko­szu­lek z czar­nym niedź­wie­dziem Ma­ine na pier­siach, pi­jąc szklan­kę po szklan­ce mro­żo­ną her­ba­tę. Po­sze­dłem do ga­ra­żu (wy­naj­mo­wa­li­śmy dom w Ban­gor na spół­kę z pew­nym mał­żeń­stwem w rów­nie nędz­nej jak na­sza sy­tu­acji fi­nan­so­wej i nie, nie by­li­śmy jesz­cze mał­żeń­stwem, cho­ciaż, o ile wiem, pier­ścio­nek z opa­lem nie opusz­czał jej pal­ca). Za­ją­łem się tym i owym, ma­jąc wra­że­nie, że je­stem jak bo­ha­ter ko­mik­su w „New Yor­ke­rze”, jed­ne­go z wie­lu tych, w któ­rych fa­cet łazi jak głu­pi po po­cze­kal­ni po­ro­dów­ki. O ile pa­mię­tam, uda­ło mi się spie­przyć do­mek dla pta­ków skła­da­ny z ele­men­tów, coś tak pro­ste­go, że dziec­ko by so­bie po­ra­dzi­ło. Przy oka­zji omal nie ob­cią­łem so­bie pal­ca wska­zu­ją­ce­go le­wej ręki. Mniej wię­cej co dwa­dzie­ścia mi­nut wcho­dzi­łem na górę po­dej­rzeć Jo. Je­śli mnie za­uwa­ży­ła, to w każ­dym ra­zie nie dała tego po so­bie po­znać.

Wy­szła do mnie, kie­dy sie­dzia­łem na gan­ku od tyłu, wpa­tru­jąc się w gwiaz­dy, z pa­pie­ro­sem w ustach. Po­ło­ży­ła mi dłoń na kar­ku.

– I jak? – spy­ta­łem – Jest do­bra – usły­sza­łem w od­po­wie­dzi. – A te­raz… może wszedł­byś do środ­ka i mnie prze­le­ciał?

Nim zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć, ny­lo­no­we maj­tecz­ki wy­lą­do­wa­ły mi na ko­la­nach z ci­chym sze­le­stem.

***

Po wszyst­kim, le­żąc w łóż­ku i je­dząc po­ma­rań­cze (zwy­czaj, z któ­re­go z cza­sem wy­ro­śli­śmy), spy­ta­łem:

– Do­bra, czy­li taka do pu­bli­ka­cji?

– No cóż, nic nie wiem o wy­twor­nym biz­ne­sie wy­daw­ni­czym, ale przez całe ży­cie czy­tam dla przy­jem­no­ści… je­śli chcesz wie­dzieć, to moją pierw­szą wiel­ką mi­ło­ścią był Cie­kaw­ski Geo­r­ge…4.

– Wca­le nie chcę wie­dzieć.

Jo po­chy­li­ła się, wrzu­ci­ła mi ka­wa­łek po­ma­rań­czy w usta.

Po­czu­łem na ra­mie­niu do­tyk jej cie­płej pier­si, bar­dzo pod­nie­ca­ją­cy.

– … a te­raz czy­ta­łam z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią. Po­zwo­lę so­bie na pro­roc­two: two­ja ka­rie­ra dzien­ni­ka­rza w „Der­ry News” skoń­czy się, nim się na­praw­dę za­czę­ła.

Te sło­wa mnie za­chwy­ci­ły, aż do­sta­łem gę­siej skór­ki na ra­mio­nach. Nie, moja żona nie wie­dzia­ła nic o wy­twor­nym biz­ne­sie wy­daw­ni­czym, ale je­śli ona wie­rzy­ła, to ja też wie­rzy­łem i na­sza wia­ra oka­za­ła się oczy­wi­ście uspra­wie­dli­wio­na. Agen­ta za­ła­twi­łem so­bie przez mo­je­go wy­kła­dow­cę kur­sów pi­sar­skich (prze­czy­tał po­wieść i prze­klął ją nie­prze­ko­ny­wa­ją­cą po­chwa­łą, za he­re­zję ma­jąc chy­ba ko­mer­cyj­ne wa­lo­ry), agent zaś sprze­dał We dwo­je Ran­dom Ho­use, pierw­sze­mu wy­daw­cy, któ­re­mu ją po­ka­zał.

Jo mia­ła też ra­cję w kwe­stii mo­jej ka­rie­ry dzien­ni­kar­skiej. Przez czte­ry mie­sią­ce pi­sa­łem o wy­sta­wach kwia­tów, wy­ści­gach rów­no­le­głych, so­bot­nich ko­ściel­nych spo­tka­niach przy pie­czo­nej fa­so­li, do­sta­jąc za to ja­kąś stó­wę ty­go­dnio­wo, a po­tem przy­szedł pierw­szy czek z Ran­dom Ho­use… dwa­dzie­ścia sie­dem ty­się­cy po od­li­cze­niu pro­cen­tów dla agen­ta. Nie prze­sie­dzia­łem w po­ko­ju dzien­ni­ka­rzy wy­star­cza­ją­co dłu­go, by do­stać pierw­szą mi­ni­mal­ną pod­wyż­kę, ale mimo to ko­le­dzy urzą­dzi­li mi przy­ję­cie po­że­gnal­ne. W Jack’s Pub, te­raz mi się przy­po­mnia­ło. W dru­giej sali nad sto­la­mi wi­siał trans­pa­rent: PO­WO­DZE­NIA MIKE – PISZ DA­LEJ! Kie­dy już wró­ci­li­śmy do domu, Jo­han­na po­wie­dzia­ła, że gdy­by za­zdrość była kwa­sem, zo­sta­ła­by po mnie tyl­ko mo­sięż­na sprzącz­ka pa­ska i trzy zęby.

Póź­niej, w łóż­ku, przy zga­szo­nym świe­tle, kie­dy już zje­dli­śmy po­ma­rań­czę i wy­pa­li­li­śmy ostat­nie­go, wspól­ne­go pa­pie­ro­sa, po­wie­dzia­łem:

– Nikt nig­dy nie po­my­li jej ze Spójrz ku do­mo­wi, anie­le, praw­da?

Cho­dzi­ło mi o po­wieść. Sama się tego do­my­śli­ła, wie­dzia­ła, że re­ak­cja wy­kła­dow­cy pi­sa­nia nie­źle dała mi w kość.

– Nie za­mie­rzasz wy­lać na mnie mo­rza ża­lów sfru­stro­wa­ne­go ar­ty­sty, mam na­dzie­ję? – Jo pod­nio­sła się i opar­ła na łok­ciu.

– Bo je­śli masz, chcia­ła­bym, że­byś po­wie­dział mi to te­raz, a ja z sa­me­go rana ku­pię so­bie taki ze­staw do sa­mo­dziel­ne­go roz­wo­du. Roz­ba­wi­ła mnie, ale tak­że tro­chę zra­ni­ła.

– Wi­dzia­łaś te pierw­sze in­for­ma­cje dla pra­sy ro­ze­sła­ne przez Ran­dom Ho­use? – spy­ta­łem, choć wie­dzia­łem, że wi­dzia­ła.

– Na li­tość bo­ską, pra­wie że na­zwa­li mnie tam V.C. An­drews z fiu­tem!

– No cóż. – Jo de­li­kat­nie uję­ła wspo­mnia­ny obiekt.

– Prze­cież masz fiu­ta. A je­śli cho­dzi o to, jak cię na­zy­wa­ją… Mike, w trze­ciej kla­sie Pat­ty Ban­ning wo­ła­ła na mnie: „dziw­ka z gi­lem w no­sie”, a nie by­łam ani dziw­ką, ani nie mia­łam gila w no­sie.

– Naj­waż­niej­sze, jak cię po­strze­ga­ją.

– Bzdu­ra. – Wciąż trzy­ma­ła w ręku mo­je­go fiu­ta. Ści­snę­ła go moc­no, co spra­wi­ło mi odro­bi­nę bólu i mnó­stwo nie­wia­ry­god­nej fraj­dy. W owych cza­sach mo­jej sta­rej zwa­rio­wa­nej mysz­ce obo­jęt­ne było, do ja­kiej wcho­dzi dziur­ki… byle wcho­dzić naj­czę­ściej jak się da. – Naj­waż­niej­sze, czy je­steś szczę­śli­wy. Je­steś szczę­śli­wy, pi­sząc, Mike?

– Ja­sne. – O tym też do­sko­na­le wie­dzia­ła.

– Od­czu­wasz wy­rzu­ty su­mie­nia?

– Kie­dy pi­szę, nie pra­gnę ni­cze­go in­ne­go… oprócz tego – od­par­łem, przy­ci­ska­jąc ją swym cia­łem.

– O Boże – po­wie­dzia­ła Jo tym swo­im bo­go­boj­nym cien­kim gło­si­kiem, któ­ry za­wsze nie­sa­mo­wi­cie mnie ba­wił – mię­dzy nas wszedł fiut!

Ko­cha­li­śmy się, a ja uświa­do­mi­łem so­bie dwie rze­czy wręcz cu­dow­ne: twier­dząc, że po­do­ba się jej moja książ­ka, mó­wi­ła praw­dę (do dia­bła, prze­cież wie­dzia­łem, że się jej po­do­ba, wy­star­czy­ło spoj­rzeć, jak czy­ta w fo­te­lu z wy­so­kim opar­ciem, z ko­smy­kiem wło­sów opa­da­ją­cym na czo­ło i pod­ku­lo­ny­mi na­gi­mi no­ga­mi) i nie mu­szę się wsty­dzić tego, co na­pi­sa­łem… w każ­dym ra­zie nie przed nią. A tę dru­gą cu­dow­ną rzecz sta­no­wi­ło to, że jej po­strze­ga­nie w po­łą­cze­niu z moim two­rzy­ło coś w ro­dza­ju dwu­ocz­ne­go wi­dze­nia, moż­li­we­go tyl­ko w mał­żeń­stwie, i że jest to je­dy­ne wi­dze­nie, któ­re się li­czy. Dzię­ki Bogu, że lu­bi­ła Mau­gha­ma.

***

By­łem V.C. An­drews z fiu­tem przez dzie­sięć lat… czter­na­ście, je­śli li­czyć lata po śmier­ci Jo­han­ny. Pierw­sze pięć w Ran­dom, a po­tem agent do­stał hoj­ną ofer­tę z Put­na­ma, więc się prze­nio­słem.

Wi­dzie­li­ście moje na­zwi­sko na nie­jed­nej li­ście be­st­sel­le­rów. oczy­wi­ście pod wa­run­kiem, że wa­sza nie­dziel­na ga­ze­ta pu­bli­ku­je pierw­szą pięt­nast­kę, nie dzie­siąt­kę. Nig­dy nie zo­sta­łem Clan­cym, Lu­dlu­mem czy Gri­sha­mem, ale nie­źle sprze­da­wa­łem się w twar­dych okład­kach (V.C. An­drews nig­dy tak nie wy­da­no, do­wie­dzia­łem się od Ha­rol­da Ob­low­skie­go, mo­je­go agen­ta, była fe­no­me­nem wy­łącz­nie pa­per­bac­ków) i raz do­tar­łem na­wet do nu­me­ru pięć „Ti­me­sa”… z dru­gą książ­ką: Męż­czy­zna w czer­wo­nej ko­szu­li. Iro­nia losu ob­ja­wi­ła się tym, że pójść wy­żej nie po­zwo­li­ła mi Sta­lo­wa ma­szy­na Tha­da Be­au­mon­ta, na­pi­sa­na pod pseu­do­ni­mem Geo­r­ge Stark. Be­au­mon­to­wie mie­li wów­czas let­ni dom w Ca­stle Rock, nie­speł­na osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów od na­sze­go nad Dark Sco­re Lake. Thad nie żyje. Po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Nie wiem, czy mia­ło to coś wspól­ne­go z nie­mo­cą twór­czą, czy nie.

Sta­łem tuż za gra­ni­cą ma­gicz­ne­go krę­gu me­ga­be­st­sel­le­rów, ale wca­le mi to nie prze­szka­dza­ło. Kie­dy skoń­czy­łem trzy­dzie­ści je­den lat, mie­li­śmy już dwa domy: je­den pięk­ny, sta­ry, edwar­diań­ski w Der­ry, dru­gi z bali w za­chod­nim Ma­ine, o wie­le za duży, żeby mó­wić o nim „cha­ta”. Śmiech Sary, tak nie­mal od stu lat na­zy­wa­li go miej­sco­wi. I oba domy były w stu pro­cen­tach na­sze, nie ban­ku, i to wte­dy, kie­dy mnó­stwo mał­żeństw ma się za szczę­śli­we, bo wresz­cie po­ko­na­ły ana­li­ty­ków i do­sta­ły kre­dyt hi­po­tecz­ny na pierw­sze wła­sne gniaz­do. Poza tym by­li­śmy zdro­wi, wier­ni i nie stra­ci­li­śmy jesz­cze mło­dzień­cze­go po­czu­cia hu­mo­ru. Nie by­łem Tho­ma­sem Wol­fe’em (ani To­mem Wol­fe’em, ani na­wet To­bia­sem Wolf­fem), ale pła­ci­li mi za ro­bie­nie cze­goś, co ko­cha­łem ro­bić; na tej na­szej zie­mi nie ma nic lep­sze­go, to jak li­cen­cja na kra­dzież.

Zaj­mo­wa­łem miej­sce w la­tach czter­dzie­stych prze­zna­czo­ne dla „pi­sa­rzy środ­ka”: igno­ro­wa­nych przez kry­ty­ków, za­kwa­li­fi­ko­wa­nych ga­tun­ko­wo (w moim wy­pad­ku ga­tu­nek ten moż­na na­zwać: PIĘK­NA MŁO­DA KO­BIE­TA SPO­TY­KA FA­SCY­NU­JĄ­CE­GO OB­CE­GO), ale do­brze płat­nych i cie­szą­cych się nie­chęt­ną ak­cep­ta­cją ogó­łu, jak li­cen­cjo­no­wa­ne przez pań­stwo domy pu­blicz­ne w Ne­va­dzie. Uzna­no po pro­stu, że trze­ba za­pew­nić lu­dziom miej­sce, w któ­rym mo­gli­by za­do­wo­lić swe ni­skie in­stynk­ty, no i prze­cież Ktoś Musi To Ro­bić. No więc Ro­bi­łem To z en­tu­zja­zmem (oraz z en­tu­zja­stycz­nym przy­zwo­le­niem Jo, a na­wet po­mo­cą, gdy zna­la­złem się na wy­jąt­ko­wo trud­nym skrzy­żo­wa­niu fa­bu­ły) i w pew­nym mo­men­cie, gdzieś tak bli­sko zwy­cię­stwa wy­bor­cze­go Geo­r­ge’a Bu­sha, ban­ko­we za­wia­do­mie­nie o sta­nie kon­ta po­in­for­mo­wa­ło nas, że zo­sta­li­śmy mi­lio­ne­ra­mi.

Nie stać nas było na pry­wat­ny od­rzu­to­wiec (Gri­sham) ani na wła­sną za­wo­do­wą dru­ży­nę fut­bo­lo­wą (Clan­cy), ale jak na stan­dar­dy Der­ry w Ma­ine ta­rza­li­śmy się w for­sie. Ko­cha­li­śmy się ty­sią­ce razy, wi­dzie­li­śmy ty­sią­ce fil­mów, prze­czy­ta­li­śmy ty­sią­ce ksią­żek (Jo naj­czę­ściej od­kła­da­ła je wie­czo­rem na pod­ło­gę, po swo­jej stro­nie łóż­ka) i, co było może naj­więk­szym bło­go­sła­wień­stwem, nie wie­dzie­li­śmy, jak nie­wie­le cza­su nam zo­sta­ło.

***

Nie­je­den raz za­sta­na­wia­łem się, czy pi­sar­skiej blo­ka­dy nie ścią­gnę­ło na mnie nie­prze­strze­ga­nie ry­tu­ału. W świe­tle dnia po­tra­fi­łem zlek­ce­wa­żyć ta­kie prze­sąd­ne bzdu­ry, w nocy było z tym go­rzej. Nocą my­śli mają tę nie­przy­jem­ną ce­chę, że roz­luź­nia­ją ob­ro­żę i ucie­ka­ją na wol­ność. A je­śli więk­szość do­ro­słe­go ży­cia spę­dzi­łeś, two­rząc fik­cje, to je­stem pe­wien, że two­je luź­ne ob­ro­że są luź­niej­sze od in­nych, a psy tym bar­dziej nie­chęt­nie je no­szą. Czy to Shaw, czy Oscar Wil­de po­wie­dział, że pi­sarz to czło­wiek, któ­ry na­uczył umysł źle się pro­wa­dzić?

Czy na­praw­dę jest prze­sad­nie na­cią­ga­ne prze­ko­na­nie, że nie­prze­strze­ga­nie ry­tu­ału mo­gło ode­grać swą rolę w mym na­głym, nie­spo­dzie­wa­nym (nie­spo­dzie­wa­nym przy­najm­niej dla mnie) mil­cze­niu? Je­śli za­ra­biasz na chleb po­wsze­dni w świe­cie wy­obra­żo­nym, gra­ni­ca mię­dzy tym, co rze­czy­wi­ście, i tym, co się wy­da­je, jest bar­dzo cien­ka. Są ma­la­rze, któ­rzy ma­lu­ją tyl­ko, wło­żyw­szy tę, a nie inną czap­kę, a ba­se­bal­li­ści ma­ją­cy se­rię do­brych wy­bić nie zmie­nia­ją skar­pe­tek.

Ry­tu­ał usta­lił się przy dru­giej książ­ce, jed­nej je­dy­nej, o ile do­brze pa­mię­tam, o któ­rą się oba­wia­łem – mam wra­że­nie, że przy­swo­iłem jed­nak ba­jecz­kę o dru­gim nie­szczę­śli­wym ra­zie, prze­świad­cze­nie, że pierw­szy raz to może je­dy­nie uśmiech losu, nic wię­cej. Nig­dy nie za­po­mnę zda­nia wy­kła­dow­cy li­te­ra­tu­ry ame­ry­kań­skiej o tym, że ze wszyst­kich współ­cze­snych pi­sa­rzy ame­ry­kań­skich tyl­ko Har­per Lee zna­la­zła pew­ny spo­sób na chan­drę zwią­za­ną z dru­gą książ­ką.

Przy sa­mym koń­cu Męż­czy­zny w czer­wo­nej ko­szu­li prze­rwa­łem pra­cę. Edwar­diań­ski dom na Ben­ton Stre­et w Der­ry miał cze­kać na nas jesz­cze dwa lata, ale ku­pi­li­śmy już Śmiech Sary, cha­tę nad Dark Sco­re (nie tak wy­koń­czo­ną, bez pra­cow­ni Jo, ale i tak wspa­nia­łą) i tam wła­śnie by­li­śmy.

Od­su­ną­łem się od ma­szy­ny do pi­sa­nia, wów­czas cią­gle jesz­cze trzy­ma­łem się sta­rej IBM Se­lec­tric. Po­sze­dłem do kuch­ni. Była po­ło­wa wrze­śnia, wa­ka­cyj­ny tłum od­pły­nął, krzyk nu­rów na je­zio­rze brzmiał pięk­nie, nie do opi­sa­nia. Słoń­ce za­cho­dzi­ło, po­wierzch­nia je­zio­ra było nie­ru­cho­mą, zim­ną płasz­czy­zną ognia. To jed­no z mo­ich naj­żyw­szych wspo­mnień, tak do­sko­na­le za­cho­wa­nych, że cza­sa­mi wy­da­je mi się moż­li­we wej­ście w nie, prze­ży­cie tych chwil jesz­cze raz. Co, je­śli w ogó­le coś, zro­bił­bym in­a­czej? Zda­rza mi się nad tym za­sta­na­wiać.

Wcze­snym po­po­łu­dniem wło­ży­łem do lo­dów­ki bu­tel­kę ta­it­tin­ge­ra i dwa wy­so­kie kie­lisz­ki. Te­raz je wy­ją­łem, po­sta­wi­łem na cy­no­wej tacy, za­zwy­czaj słu­żą­cej do prze­no­sze­nia dzban­ków le­mo­nia­dy albo mro­żo­nej her­ba­ty z kuch­ni na ta­ras, za­nio­słem ostroż­nie do po­ko­ju dzien­ne­go.

Jo­han­na sie­dzia­ła w swym sta­rym, roz­kle­ko­ta­nym, głę­bo­kim fo­te­lu, po­grą­żo­na w lek­tu­rze (tym ra­zem nie Mau­gha­ma, lecz Wil­lia­ma Den­bro­ugha, jed­ne­go z jej współ­cze­snych fa­wo­ry­tów).

– Oooo…! – wes­tchnę­ła. Za­zna­czy­ła stro­nę, za­mknę­ła książ­kę. – Szam­pan. Z ja­kiej oka­zji?

Py­ta­ła, jak­by, ro­zu­mie­cie, sama nie wie­dzia­ła.

– Skoń­czo­ne – po­wie­dzia­łem. – Mon li­vre est tout fini.

Po­chy­li­łem się ku niej w ele­ganc­kim ukło­nie. Wzię­ła je­den z kie­lisz­ków, mó­wiąc:

– Aha. W ta­kim ra­zie to w po­rząd­ku, praw­da?

Te­raz już zda­ję so­bie spra­wę z tego, że isto­tą ry­tu­ału, jego czę­ścią żywą, dys­po­nu­ją­cą mocą, jak ma­gicz­ne sło­wo w po­to­ku non­sen­sów, było to jed­no je­dy­ne zda­nie. Nie­mal za­wsze pi­li­śmy szam­pa­na i nie­mal za­wsze przy­cho­dzi­ła po­tem do mo­je­go ga­bi­ne­tu zro­bić tę dru­gą rzecz. Nie­mal, ale nie za­wsze.

Pew­ne­go razu, ja­kieś pięć lat przed śmier­cią, kie­dy ja koń­czy­łem książ­kę, ona po­je­cha­ła z przy­ja­ciół­ką do Ir­lan­dii na wa­ka­cje. Wy­pi­łem szam­pa­na sam i sam wpi­sa­łem ostat­nią li­nij­kę tek­stu (uży­wa­łem już kom­pu­te­ra Ma­cin­tosh zdol­ne­go zro­bić mi­liard róż­nych rze­czy. Dla mnie ro­bił jed­ną). Spa­łem po­tem jak dziec­ko. Ale za­dzwo­ni­łem do go­spo­dy, w któ­rej się z Bryn za­trzy­ma­ły, po­wie­dzia­łem Jo, że książ­ka skoń­czo­na, wy­słu­cha­łem jej słów; o nie prze­cież cho­dzi­ło. O sło­wa, któ­re prze­pły­nę­ły ir­landz­ki­mi li­nia­mi te­le­fo­nicz­ny­mi, po­wę­dro­wa­ły do prze­kaź­ni­ka mi­kro­fa­lo­we­go, wznio­sły się ni­czym mo­dli­twa do ja­kie­goś sa­te­li­ty, a po­tem wpa­dły mi w ucho. „Aha. W ta­kim ra­zie to w po­rząd­ku, praw­da?”.

Zwy­czaj ten na­ro­dził się, jak po­wie­dzia­łem, przy dru­giej książ­ce. Kie­dy już wy­pi­li­śmy po kie­lisz­ku szam­pa­na i po­wtór­nie je na­peł­ni­li­śmy, po­szli­śmy do ga­bi­ne­tu. Na wał­ku mo­je­go zie­lo­ne­go se­lec­tri­ca cze­ka­ła kart­ka pa­pie­ru. Od stro­ny je­zio­ra nur we­zwał noc ostat­nim krzy­kiem, w mo­ich uszach brzmią­cym za­wsze tak, jak­by coś bar­dzo za­rdze­wia­łe­go ob­ra­ca­ło się na wie­trze.

– Czy nie mó­wi­łeś mi, że już po wszyst­kim? – spy­ta­ła Jo.

– Zo­sta­ło osta­nie zda­nie – po­wie­dzia­łem. – Książ­kę i tak za­de­dy­ko­wa­łem to­bie, więc chcę, że­byś do­pi­sa­ła ostat­ni ka­wa­łek.

Nie ro­ze­śmia­ła się, nie pro­te­sto­wa­ła, nie po­pa­dła w en­tu­zja­stycz­ny na­strój, po pro­stu spoj­rza­ła na mnie, jak­by chcia­ła za­py­tać wzro­kiem, czy mó­wię po­waż­nie. Ski­ną­łem gło­wą, więc usia­dła w moim fo­te­lu. Wcze­śniej pły­wa­ła, wło­sy mia­ła ścią­gnię­te, prze­wią­za­ne bia­łym ela­stycz­nym czymś, wil­got­ne i o dwa od­cie­nie ciem­niej­sze. Do­tkną­łem ich. Po­czu­łem się tak, jak­bym do­ty­kał wil­got­ne­go je­dwa­biu.

– Wcię­cie? – spy­ta­ła po­waż­nie jak sze­re­go­wa ste­no­ty­pist­ka, któ­rej za chwi­lę dyk­to­wać za­cznie sam Wiel­ki Szef.

– Nie – po­wie­dzia­łem. – Kon­ty­nu­acja. – I wy­gło­si­łem zda­nie, któ­re ob­ra­ca­łem w gło­wie od chwi­li, gdy wsta­łem na­lać szam­pa­na. „Na­ło­żył jej łań­cu­szek na szy­ję, a po­tem obo­je ze­szli po scho­dach do cze­ka­ją­ce­go na nich sa­mo­cho­du”.

Jo za­pi­sa­ła. Spoj­rza­ła na mnie py­ta­ją­co.

– To wszyst­ko – po­in­for­mo­wa­łem ją. – Mo­żesz chy­ba do­pi­sać „Ko­niec”.

Jo dwu­krot­nie ude­rzy­ła RE­TURN, wy­środ­ko­wa­ła gło­wi­cę i pod ostat­nią li­nij­ką książ­ki na­pi­sa­ła po­słusz­nie KO­NIEC IBM-owskim Co­urie­rem, moją ulu­bio­ną czcion­ką. Li­te­ry wy­ska­ki­wa­ły z wi­ru­ją­cej gło­wi­cy po­słusz­nie jak tan­ce­rze.

– Co to za łań­cu­szek na­kła­da jej na szy­ję? – spy­ta­ła.

– Mu­sisz prze­czy­tać ca­łość, żeby się do­wie­dzieć.

Sie­dzia­ła w fo­te­lu, ja sta­łem za nią, więc zna­la­zła się w ide­al­nej po­zy­cji do przy­ło­że­nia twa­rzy tam, gdzie ją przy­ło­ży­ła, a kie­dy za­czę­ła mó­wić, jej war­gi mu­ska­ły naj­wraż­liw­szą część mnie. Dzie­li­ły nas ba­weł­nia­ne szor­ty, nic wię­cej.

– Mamy spo­so­by na zmu­sze­nie cię do mó­wie­nia.

– Nie wąt­pię – po­wie­dzia­łem.

***

Przy­najm­niej pró­bo­wa­łem trzy­mać się ry­tu­ału tego dnia, kie­dy skoń­czy­łem Z sa­mej góry. Wy­dał mi się po pro­stu płyt­ki, cał­ko­wi­cie po­ba­wio­ny ma­gii, ale ni­cze­go in­ne­go się nie spo­dzie­wa­łem. Zro­bi­łem to nie z prze­są­du, lecz z sza­cun­ku i mi­ło­ści. Upa­mięt­ni­łem Jo, je­śli wo­li­cie to okre­śle­nie. Albo, je­śli wo­li­cie to okre­śle­nie, praw­dzi­we na­bo­żeń­stwo ża­łob­ne od­by­ło się te­raz, gdy od mie­sią­ca le­ża­ła w zie­mi.

Na­de­szła trze­cia de­ka­da wrze­śnia, ale wciąż pa­no­wał upał, nie pa­mię­tam go­ręt­sze­go koń­ca lata. Aż do sa­me­go ża­ło­sne­go, ostat­nie­go wy­sił­ku do­py­cha­ją­ce­go książ­kę do koń­ca my­śla­łem tyl­ko o tym, jak bar­dzo tę­sk­nię… ale nie mia­ło to żad­ne­go wpły­wu na tem­po pra­cy. Jest coś jesz­cze: choć w Der­ry było tak strasz­nie go­rą­co, że prze­waż­nie pra­co­wa­łem wy­łącz­nie w gat­kach, ani razu nie po­my­śla­łem, żeby wy­je­chać nad je­zio­ro.

Zu­peł­nie jak­by ktoś wy­ma­zał mi z gło­wy samo wspo­mnie­nie Śmie­chu Sary. Być może dla­te­go, że wraz z koń­cem Góry prze­sta­łem też ucie­kać przed praw­dą. Tym ra­zem Jo uda­ła się da­lej niż do Ir­lan­dii.

Mój ga­bi­net nad je­zio­rem jest mały, ale ten wi­dok…! Ga­bi­net w Der­ry jest dłu­gi, za­sta­wio­ny książ­ka­mi i w ogó­le nie ma okna. Tego szcze­gól­ne­go wie­czo­ru wi­szą­ce pod su­fi­tem trzy wia­tra­ki były włą­czo­ne. Mie­sza­ły gę­ste po­wie­trze. Wsze­dłem tam w szor­tach, pod­ko­szul­ku i gu­mo­wych ja­pon­kach, z cy­no­wą tac­ką od coli za­sta­wio­ną bu­tel­ką szam­pa­na wraz z dwo­ma schło­dzo­ny­mi kie­lisz­ka­mi. W naj­dal­szym krań­cu tego po­ko­ju jak ho­te­lo­wy wa­gon, pod oka­pem tak stro­mym, że mu­sia­łem nie­mal ku­cać, żeby nie wal­nąć się w gło­wę przy wsta­wa­niu (przez całe lata mu­sia­łem tak­że zno­sić wy­my­sły Jo, że miej­sce do pra­cy wy­bra­łem so­bie naj­gor­sze w ca­łym domu), świe­cił wy­peł­nio­ny li­te­ra­mi ekran ma­cin­to­sha.

Po­my­śla­łem so­bie, że aż pro­szę się o ko­lej­ny atak żalu, może naj­gor­szy, ale nie re­zy­gno­wa­łem i… na­sze uczu­cia za­wsze nas za­ska­ku­ją, praw­da? Tej nocy nie za­no­si­łem się pła­czem. Przy­pusz­czam, że wy­pła­ka­łem się już do zera. Za­stą­pi­ło go wszech­obec­ne, strasz­ne po­czu­cie żalu: pu­sty fo­tel, w któ­rym lu­bi­ła czy­tać, pu­sty stół, na któ­rym szklan­kę sta­wia­ła za­wsze zbyt bli­sko kra­wę­dzi.

Na­la­łem szam­pa­na do kie­lisz­ka, po­cze­ka­łem, aż osią­dzie pia­na, pod­nio­słem go jak w to­a­ście.

– Skoń­czy­łem, Jo – po­wie­dzia­łem, sia­da­jąc pod ob­ra­ca­ją­cy­mi się wia­tra­ka­mi. – Więc to w po­rząd­ku, praw­da?

Nie do­cze­ka­łem się od­po­wie­dzi. W świe­tle tego, co mia­ło się zda­rzyć póź­niej, są­dzę, że war­to po­wtó­rzyć jesz­cze raz: nie do­cze­ka­łem się od­po­wie­dzi. Nie czu­łem, co zda­rza­ło mi się póź­niej, że nie je­stem sam w po­ko­ju, któ­ry wy­da­je się pu­sty.

Wy­pi­łem szam­pa­na, od­sta­wi­łem kie­li­szek na cy­no­wą tac­kę, na­peł­ni­łem ten dru­gi. Pod­sze­dłem z nim do maca. Usia­dłem tam, gdzie po­win­na sie­dzieć Jo­han­na, gdy­by nie mi­ło­sier­dzie uwiel­bia­ne­go przez świat ko­cha­ją­ce­go Boga. Nie za­no­si­łem się pła­czem, ale oczy mia­łem wil­got­ne. Na ekra­nie świe­ci­ły na­stę­pu­ją­ce sło­wa:

dziś nie było tak źle, po­my­śla­ła. Prze­szła po traw­ni­ku do sa­mo­cho­du, ro­ze­śmia­ła się na wi­dok bia­łej kart­ki za wy­cie­racz­ką. Cam De­lan­cey nie da­wał się spła­wić, nie przyj­mo­wał do wia­do­mo­ści od­mow­nej od­po­wie­dzi, a te­raz za­pra­szał ją na jed­ną z tych swo­ich czwart­ko­wych win­nych par­ty. Wy­ję­ła kart­kę, nad­dar­ła ją na­wet, ale roz­my­śli­ła się i scho­wa­ła do tyl­nej kie­sze­ni dżin­sów.

– Bez wcię­cia – po­wie­dzia­łem. – Kon­ty­nu­acja.

A po­tem wpi­sa­łem zda­nie, któ­re ob­ra­ca­łem w gło­wie od chwi­li, gdy wsta­łem i po­sze­dłem po szam­pa­na.

Cze­kał na nią sze­ro­ki świat, a win­ne par­ty Cama De­lan­ceya było rów­nie do­brym miej­scem, by weń wkro­czyć, jak każ­de inne.

Prze­rwa­łem. Przy­glą­da­łem się ma­łe­mu mi­ga­ją­ce­mu kur­so­ro­wi. Łzy w dal­szym cią­gu kłu­ły mnie w ką­ci­ki oczu, ale po­wta­rzam: ko­stek nie owiał mi po­dmuch zim­ne­go po­wie­trza, żad­ne upior­ne pal­ce nie mu­snę­ły mi kar­ku. Dwa razy wci­sną­łem RE­TURN, a póź­niej CEN­TER. Na­pi­sa­łem KO­NIEC.

– Two­je zdro­wie, mała – po­wie­dzia­łem gło­śno. – Szko­da, że cię tu nie ma. Tę­sk­nię za tobą jak sza­lo­ny.

Głos może lek­ko mi drżał, ale nie za­ła­mał się ani razu. Do­pi­łem ta­it­tin­ge­ra, za­pi­sa­łem to ostat­nie zda­nie, prze­nio­słem całą książ­kę na dys­kiet­ki, a po­tem je jesz­cze sko­pio­wa­łem. Poza no­tat­ka­mi, li­stą za­ku­pów i wy­peł­nia­niem cze­ków przez na­stęp­ne czte­ry lata nie na­pi­sa­łem nic.

ROZDZIAŁ TRZECI

Mój wy­daw­ca nie wie­dział, moja re­dak­tor­ka De­bra We­in­stock nic nie wie­dzia­ła, mój agent Ha­rold Ob­low­ski nic nie wie­dział. Frank Ar­len też nic nie wie­dział, cho­ciaż nie raz, nie dwa ku­si­ło mnie, żeby mu po­wie­dzieć. „Po­zwól mi być swo­im bra­tem. Je­śli nie dla sa­me­go sie­bie, to dla Jo”, rzekł do mnie, zbie­ra­jąc się do po­wro­tu do swej dru­ka­ren­ki i naj­sa­mot­niej­sze­go ży­cia w mie­ście Stan­ford w po­łu­dnio­wym Ma­ine. Nie spo­dzie­wa­łem się, że­bym kie­dy­kol­wiek miał go zła­pać za sło­wo, nie w ten naj­prost­szy spo­sób – wo­ła­jąc o po­moc – a pew­nie to miał na my­śli, ale dzwo­ni­łem do nie­go mniej wię­cej co kil­ka ty­go­dni. Żeby po­ga­dać jak fa­cet z fa­ce­tem, ro­zu­mie­cie, „Jak leci? Nie­źle, ale po­go­da zim­na jak cyc­ki wiedź­my, ja­sne, tu też, przy­je­dziesz do Bo­sto­nu, je­śli do­sta­nę bi­le­ty na Bru­in­sów, może w przy­szłym roku, te­raz je­stem cho­ler­nie za­ję­ty, no tak, wiem, jak to jest, trzy­maj się Mi­key, ja­sne, Frank, pil­nuj, żeby twój wo­jow­nik sie­dział w wi­gwa­mie”. Fa­cet z fa­ce­tem.

Je­stem cał­kiem pe­wien, że raz i dru­gi spy­tał mnie, czy pra­cu­ję nad nową książ­ką i chy­ba od­po­wie­dzia­łem, że…

Och, kur­wa… łżę, okay? To łgar­stwo tak we mnie wro­sło, że sam za­czą­łem w nie wie­rzyć. Py­tał, oczy­wi­ście, a ja od­po­wia­da­łem nie­zmien­nie, że ja­sne, oczy­wi­ście, pra­cu­ję, pi­szę, idzie mi świet­nie, na­praw­dę świet­nie. Wię­cej niż raz ku­si­ło mnie, żeby mu po­wie­dzieć: Nim na­pi­szę dwa aka­pi­ty, czu­ję, jak­by na cia­ło i umysł za­ło­żo­no mi po­dwój­ne­go nel­so­na, ser­ce bije dwa razy szyb­ciej, po­tem na­wet trzy, za­czy­nam się du­sić, po­tem zie­ję, mam wra­że­nie, że oczy lada chwi­la wy­sko­czą mi z or­bit i za­wi­sną na po­licz­kach. Je­stem jak cho­ry na klau­stro­fo­bię za­mknię­ty w to­ną­cej ło­dzi pod­wod­nej. Tak mi leci, a przy oka­zji dzię­ki, że spy­ta­łeś, ale nie po­wie­dzia­łem. Nie wo­łam „po­mo­cy!”. Nie po­tra­fię. Zda­je się, że już ci o tym mó­wi­łem.

***

Z mo­je­go, przy­zna­ję, stron­ni­cze­go punk­tu wi­dze­nia pi­sa­rze, któ­rzy od­nie­śli suk­ces, na­wet je­śli to suk­ces skrom­ny, do­rwa­li naj­lep­szą fu­chę w ar­ty­stycz­nym świe­cie. To praw­da, lu­dzie ku­pu­ją wię­cej płyt kom­pak­to­wych niż ksią­żek, chęt­niej cho­dzą do kina, niż czy­ta­ją, że już nie wspo­mnę o tym, ile cza­su spę­dza­ją przed te­le­wi­zo­rem. Ale jed­no­cze­śnie okres pro­duk­tyw­no­ści po­wie­ścio­pi­sa­rza jest znacz­nie dłuż­szy, za­pew­ne dla­te­go, że czy­tel­ni­cy są odro­bi­nę in­te­li­gent­niej­si niż mi­ło­śni­cy sztuk nie­wer­bal­nych, a więc mają tak­że odro­bi­nę lep­szą pa­mięć. Je­den Bóg wie, co dzie­je się z Da­vi­dem So­ulem ze Star­skie­go i Hut­cha, tak samo jest z tym prze­dziw­nym bia­łym ra­pe­rem Va­nil­la Ice, ale w 1994 roku Her­man Wouk, Ja­mes Mi­che­ner i Nor­man Ma­iler żyli i do­brze się mie­li; i co tu mó­wić o di­no­zau­rach dep­czą­cych na­szą wspa­nia­łą zie­mię?

Ar­thur Ha­iley pi­sał nową książ­kę (tak gło­si­ła plot­ka, jak się oka­za­ło, praw­dzi­wa). Tho­mas Har­ris może so­bie po­zwo­lić na sie­dem lat prze­rwy mię­dzy Lec­te­ra­mi i w dal­szym cią­gu pro­du­ko­wać be­st­sel­le­ry. Cho­ciaż nie sły­sza­no o nim nic no­we­go od czter­dzie­stu lat, J.D. Sa­lin­ger jest wciąż mod­nym te­ma­tem wy­kła­dów z li­te­ra­tu­ry współ­cze­snej i roz­mów li­te­rac­kich krę­gów w mod­nych ka­wiar­niach. Czy­tel­ni­cy są lo­jal­ni w stop­niu, o któ­rym przed­sta­wi­cie­le in­nych za­wo­dów twór­czych mogą tyl­ko ma­rzyć, co przy oka­zji tłu­ma­czy, dla­cze­go tylu pi­sa­rzy, któ­rym skoń­czy­ło się pa­li­wo, do­jeż­dża roz­pę­dem na li­sty be­st­sel­le­rów, z po­zy­cją gwa­ran­to­wa­ną ma­gicz­nym AU­TOR tego czy tam­te­go na okład­ce.

W za­mian wy­daw­cy wy­ma­ga­ją, przy­najm­niej od tych z nas, któ­rzy po­tra­fią sprze­dać się w pół mi­lio­nie hard­co­ve­rów i jesz­cze mi­lio­nie w wy­da­niu kie­szon­ko­wym, jed­nej pro­stej rze­czy: książ­ki rocz­nie. No­wo­jor­scy guru wy­my­śli­li, że to opti­mum. Co dwa­na­ście mie­się­cy trzy­sta osiem­dzie­siąt stron zszy­tych lub kle­jo­nych, po­czą­tek, śro­dek i ko­niec, po­wta­rzal­ny głów­ny bo­ha­ter: Kin­sey Mil­l­ho­ne na przy­kład lub Kay Scar­pet­ta; nie­obo­wiąz­ko­wy, ale bar­dzo mile wi­dzia­ny. Lu­dzie uwiel­bia­ją po­wta­rzal­nych bo­ha­te­rów, lek­tu­ra to dla nich jak ro­dzin­ne spo­tka­nie.

Mniej niż książ­ka rocz­nie, a pie­przysz for­sę, któ­rą za­in­we­sto­wał w cie­bie wy­daw­ca, do­rad­ca fi­nan­so­wy za­czy­na mieć pro­blem ze zba­lan­so­wa­niem mnó­stwa two­ich kart kre­dy­to­wych, a agent pro­blem z ter­mi­no­wym opła­ce­niem ra­chun­ków psy­cho­te­ra­peu­ty. No i zmniej­sza­ją się sze­re­gi wier­nych czy­tel­ni­ków. Tego nie da się unik­nąć. I od­wrot­nie, je­śli pi­szesz za wie­le, część z nich skrzy­wi się i po­wie: „Pfuj, na ja­kiś czas mam dość tego fa­ce­ta, za­jeż­dża mi ka­pu­stą”.

Mó­wię ci to, że­byś zro­zu­miał, jak mo­głem prze­żyć czte­ry lata, uży­wa­jąc kom­pu­te­ra jako naj­droż­szej na świe­cie plan­szy do scrab­ble, nie bu­dząc ni­czy­ich po­dej­rzeń. Nie­moc twór­cza? Jaka tam nie­moc twór­cza? nic z tych rze­czy. Jak mo­że­cie pusz­czać ta­kie wstręt­ne plot­ki, kie­dy nowy thril­ler Mi­cha­ela No­ona­na po­ja­wia się każ­dej je­sie­ni jak w ze­gar­ku, do­sko­na­ła lek­tu­ra na ostat­nie chwi­le wa­ka­cji, a przy oka­zji pa­mię­taj­cie, lu­dzie, świę­ta za pa­sem, a wasi bli­scy też chcie­li­by na­cie­szyć się No­ona­nem, do­sta­nie­cie go w Bor­ders ze zniż­ką trzy­dzie­stu pro­cent, aj waj, zło­ty in­te­res.

Ta­jem­ni­ca da się wy­ja­śnić naj­pro­ściej w świe­cie. Nie je­stem je­dy­nym po­pu­lar­nym pi­sa­rzem ame­ry­kań­skim, dla któ­re­go nie jest to ta­jem­ni­cą. Da­niel­le Ste­el (by wy­mie­nić tyl­ko to na­zwi­sko) po­dob­no uży­wa For­mu­ły No­ona­na od dzie­się­cio­le­ci. Bo wi­dzi­cie, cho­ciaż od We dwo­je z 1984 roku wy­da­ję jed­ną książ­kę rocz­nie, w cią­gu czte­rech z dzie­się­ciu ko­lej­nych lat na­pi­sa­łem dwie. Jed­ną do dru­ku, dru­gą na za­pas.

Nie pa­mię­tam, bym kie­dy­kol­wiek po­ru­szył ten te­mat w roz­mo­wie z Jo, a po­nie­waż nie py­ta­ła, za­ło­ży­łem, że mnie ro­zu­mie. Zbie­ram orzesz­ki na zimę. Ale wów­czas nie my­śla­łem o żad­nej pi­sar­skiej blo­ka­dzie, mia­łem z tego kupę fraj­dy.

W lu­tym 1995 roku, kie­dy uda­ło mi się skrak­so­wać i spa­lić nie je­den, lecz dwa świet­ne po­my­sły (szcze­gól­nie kre­atyw­na funk­cja mó­zgu od­po­wia­da­ją­ca za eu­re­ka! dzia­ła bez za­kłó­ceń, ko­lej­na spe­cjal­na atrak­cja two­je­go pry­wat­ne­go pie­kła), nie mo­głem już za­prze­czać oczy­wi­sto­ści: mia­łem naj­gor­szy dla pi­sa­rza pro­blem, z moż­li­wym wy­jąt­kiem al­zhe­ime­ra lub roz­le­głe­go za­wa­łu. Ale… w mo­jej wiel­kiej skryt­ce de­po­zy­to­wej Fi­de­li­ty Union le­ża­ły czte­ry kar­to­no­we tecz­ki na rę­ko­pi­sy, pod­pi­sa­ne: Obiet­ni­ca, Groź­ne, Dar­cy i Góra. Tak gdzieś koło wa­len­ty­nek za­dzwo­nił mój agent, lek­ko po­de­ner­wo­wa­ny, bo za­zwy­czaj do­star­cza­łem mu ko­lej­ne ar­cy­dzie­ło już w stycz­niu, a tym­cza­sem mi­nę­ła po­ło­wa lu­te­go. Po­ja­wi­ła się re­al­na groź­ba prze­sta­wie­nia pro­duk­cji No­ona­na na tryb awa­ryj­ny, byle tyl­ko to­war zdą­żył na or­gazm przed­świą­tecz­nych za­ku­pów. Czy wszyst­ko z nim w po­rząd­ku?

To była moja pierw­sza szan­sa. Mo­głem po­wie­dzieć, że nic nie jest w po­rząd­ku, ale pan Ha­rold Ob­low­ski z Park Ave­nue 225 nie na­le­żał do lu­dzi, któ­rym zdra­dza się tego ro­dza­ju se­kre­ty. Był do­brym agen­tem, w biz­ne­sie wy­daw­ni­czym ko­cha­nym i nie­na­wi­dzo­nym na ogół jed­no­cze­śnie przez tych sa­mych lu­dzi w tej sa­mej chwi­li. Nie­ste­ty, nie­zbyt do­brze przyj­mo­wał złe wie­ści z ta­jem­ni­czych, mrocz­nych i za­ole­jo­nych głę­bi, w któ­rych szła pro­duk­cja. Od razu by spa­ni­ko­wał, przy­le­ciał pierw­szym lą­du­ją­cym w Der­ry sa­mo­lo­tem i spró­bo­wał dać mi in­te­lek­tu­al­ne usta-usta, go­to­wy sie­dzieć tu, póki dzię­ki nie­mu nie wró­cę do rze­czy­wi­sto­ści. Żad­nych ta­kich, lu­bię Ha­rol­da, ale tam, gdzie jego miej­sce, na trzy­dzie­stym ósmym pię­trze w biu­rze z pięk­nym jak cho­le­ra wi­do­kiem na East Side.

Po­wie­dzia­łem mu, ale przy­pa­dek, Ha­rol­dzie, dzwo­nisz do­kład­nie tego dnia, kie­dy skoń­czy­łem książ­kę, rany Ju­lek, co ty na to? Wy­ślę ją Fe­dE­xem, do­sta­niesz ju­tro do rąk wła­snych. Ha­rold upew­nił mnie uro­czy­ście, że to nie przy­pa­dek, by­najm­niej, że je­śli cho­dzi o jego pi­sa­rzy, to jest te­le­pa­tą. Po­tem jesz­cze po­gra­tu­lo­wał mi i odło­żył słu­chaw­kę. Dwie go­dzi­ny póź­niej ode­bra­łem przy­sła­ny mi przez nie­go bu­kiet, je­dwa­bi­sty i na­chal­ny jak jego apasz­ki ro­dem wprost z Jim­my Hol­ly­wo­od.

Usta­wi­łem kwia­ty w ja­dal­ni, do któ­rej po śmier­ci Jo rzad­ko wcho­dzi­łem, po­je­cha­łem do Fi­de­li­ty Union, uży­łem swo­je­go klu­cza, kie­row­nik użył swo­je­go i już wkrót­ce by­łem w dro­dze do Fe­dE­xu, w to­wa­rzy­stwie rę­ko­pi­su Z sa­mej góry. Wy­bra­łem naj­now­szą książ­kę, bo le­ża­ła naj­bli­żej, to wszyst­ko. Uka­za­ła się w li­sto­pa­dzie, w sam czas na świą­tecz­ną go­rącz­kę. De­dy­ko­wa­łem ją pa­mię­ci uko­cha­nej zmar­łej żony Jo­han­ny. Do­tar­ła do je­de­na­ste­go miej­sca na li­ście be­st­sel­le­rów „Ti­me­sa” i wszy­scy byli za­do­wo­le­ni. Na­wet ja. Bo prze­cież bę­dzie le­piej, nie? Nie za­no­to­wa­no do tej pory przy­pad­ku nie­od­wra­cal­nej pi­sar­skiej blo­ka­dy (no, może u Har­per Lee, ale to prze­cież wy­ją­tek). Wy­star­czy, że się od­prę­żysz, po­wie­dzia­ła chó­rzyst­ka do ar­cy­bi­sku­pa. Dzię­ki Bogu by­łem do­brą wie­wiór­ką, za­dba­łem o orzesz­ki na zimę.

Na­stęp­ne­go roku Groź­ne za­cho­wa­nie od­wio­złem do biu­ra Fe­de­ral Express w na­stro­ju rów­nie opty­mi­stycz­nym. Na­pi­sa­łem je je­sie­nią 1991 roku, Jo szcze­gól­nie się po­do­ba­ło. W 1997 prze­dzie­ra­łem się przez mo­kry śnieg z Wiel­bi­ciel­ką Dar­cy’ego w na­stro­ju znacz­nie mniej opty­mi­stycz­nym, choć kie­dy lu­dzie py­ta­li mnie, jak leci (naj­czę­ściej sło­wa­mi: „Pi­szesz ja­kąś nową świet­ną książ­kę?”), w dal­szym cią­gu od­po­wia­da­łem, że wspa­nia­le, do­sko­na­le, ja­sne, pi­szę mnó­stwo no­wych świet­nych ksią­żek, po pro­stu wy­rzu­cam je z sie­bie jak kro­wa gów­no za­dem.

Ha­rold prze­czy­tał Dar­cy’ego, na­zwał go ar­cy­dzie­łem, be­st­sel­le­rem, do tego „po­waż­nym”, więc na­bra­łem śmia­ło­ści i nie­pew­nie, z wa­ha­niem, wspo­mnia­łem, że chęt­nie wziął­bym so­bie rok wol­ne­go. Od­po­wie­dział na­tych­miast py­ta­niem, któ­re­go nie zno­szę naj­bar­dziej ze wszyst­kich na ca­łym wiel­kim świe­cie: czy ze mną wszyst­ko w po­rząd­ku? Ja­sne, po­wie­dzia­łem, w naj­lep­szym po­rząd­ku, tyl­ko chciał­bym tro­chę so­bie od­pu­ścić.

Od­po­wie­dzia­ło mi pa­ten­to­wa­ne mil­cze­nie Ob­low­skie­go, ma­ją­ce prze­ka­zać mi do­bit­nie, że je­stem strasz­nym dup­kiem, ale po­nie­waż tak bar­dzo mnie lubi, chce mi to po­wie­dzieć jak naj­ła­god­niej i wła­śnie szu­ka wła­ści­wych słów. Cu­dow­na sztucz­ka, lecz przej­rza­łem ją ja­kieś sześć lat wcze­śniej. A wła­ści­wie Jo ją przej­rza­ła.

– On tyl­ko uda­je współ­czu­cie – po­wie­dzia­ła.

– A w rze­czy­wi­sto­ści jest jak gli­niarz z jed­ne­go z tych sta­rych czar­nych kry­mi­na­łów, trzy­ma­ją­cy gębę na kłód­kę, pod­czas gdy ty ga­dasz, ga­dasz, ga­dasz, aż wresz­cie do wszyst­kie­go się przy­zna­jesz.

Tym ra­zem trzy­ma­łem gębę na kłód­kę, prze­ło­ży­łem te­le­fon z pra­we­go ucha do le­we­go i za­czą­łem się bu­jać w fo­te­lu w ga­bi­ne­cie, a moje oko przy­pad­kiem pa­dło na fo­to­gra­fię nad kom­pu­te­rem. Śmiech Sary, nasz dom nad Dark Sco­re Lake. Nie by­łem tam od stu­le­ci, przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się na­wet, świa­do­mie, dla­cze­go?

Na­gle w uchu za­brzmiał mi głos Ha­rol­da, ła­god­ny, ostroż­ny; głos nor­mal­ne­go fa­ce­ta pró­bu­ją­ce­go po­móc sza­leń­co­wi cier­pią­ce­mu na uro­je­nia, miej­my na­dzie­ję chwi­lo­we.

– To chy­ba nie jest naj­lep­szy po­mysł, Mike… nie w tym sta­dium two­jej ka­rie­ry.

– Nie ma żad­ne­go sta­dium – po­wie­dzia­łem. – Szczyt sprze­da­ży mia­łem w dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym, a po­tem było rów­no, ani le­piej, ani go­rzej. Rów­ni­na, Ha­rol­dzie, rów­ni­na.

– Tak. A pi­sa­rze z tej rów­ni­ny mają, je­śli cho­dzi o sprze­daż, al­ter­na­ty­wę: albo się utrzy­ma­ją, albo idą w dół.