Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1169

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 27 godz. 27 min Lektor: Filip Kosior

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 27 godz. 27 min Lektor: Filip Kosior

Opis ebooka Dallas '63 - Stephen King

Najnowsza powieść Stephena Kinga Dallas '63, która trafi do polskich czytelników w dniu światowej premiery 8 listopada 2011, odwołuje się do klasycznego motywu literatury fantastycznej, czyli podróży w czasie. Korzystając z tajemniczego portalu, główny bohater opowieści cofa się do 1958 roku i podejmuje próbę powstrzymania zamachu na prezydenta Johna F. Kennedy'ego.

Ten prosty pomysł w rękach Kinga staje się pretekstem do odmalowania klimatu Stanów Zjednoczonych lat 60., reinterpretacji mitu o śmierci amerykańskiego prezydenta oraz stworzenia alternatywnej wersji historii. Dallas '63 to znakomita powieść zadająca pytanie: "co by było, gdyby..." i badająca granice nieuchronności, elastyczności losu. A przy tym pasjonująca historia mężczyzny, który podejmuje walkę z czasem. I choć los po wielokroć odkrywa przed nim swoje złowrogie oblicze, bohater zawalczy zarówno o życie JFK, jak i o własne - odnalezione w innym wymiarze - szczęście.

22 listopada 1963 roku w Dallas padły trzy strzały, które zabiły prezydenta Kennedy'ego i zmieniły świat. A gdyby tak można było temu zapobiec? Gdyby można było ocalić JFK i zmienić bieg historii?

Jake Epping to trzydziestopięcioletni nauczyciel angielskiego w Lisbon Falls w stanie Maine, który dorabia, prowadząc kursy przygotowawcze do matury zaocznej dla dorosłych. Od jednego ze swoich uczniów, Harry'ego Dunninga, dostaje wypracowanie - makabryczną, wstrząsającą opowieść w pierwszej osobie o tym, jak pewnej nocy przed pięćdziesięciu laty ojciec Harry'ego zatłukł na śmierć jego matkę i braci, a siostrę pobił tak bardzo, że nigdy nie odzyskała przytomności. Od tego wszystko się zaczyna...

Wkrótce potem przyjaciel Jake'a, Al, właściciel lokalnego baru, zdradza mu tajemnicę: jego spiżarnia jest portalem do roku 1958. Powierza Jake'owi szaloną - i, co jeszcze bardziej szalone, wykonalną - misję ocalenia Kennedy'ego. Tak oto Jake zaczyna swoje nowe życie jako George Amberson, życie w świecie Elvisa i JFK, amerykańskich krążowników szos i wczesnego rock and rolla, gniewnego samotnika nazwiskiem Lee Harvey Oswalda i Sadie Dunhill, pięknej szkolnej bibliotekarki, która zostaje miłością życia Jake'a - życia wbrew wszelkim normalnym regułom czasu.

Dallas '63 to hołd złożony prostszym czasom i poruszająca opowieść pełna gwałtownie narastającego suspensu, to Stephen King w swoim najlepszym epickim wydaniu.

Stephen King (ur. 1947) napisał ponad pięćdziesiąt książek i wszystkie zyskały status światowych bestsellerów. Znajdują się między nimi: Lśnienie (1998), Miasteczko Salem (1998), Misery (2004) czy Pod kopułą (2010). Powieści Kinga doczekały się wielomilionowych nakładów, tłumaczeń na przeszło 30 języków, a na całym świecie można znaleźć ponad 300 milionów egzemplarzy książek z jego nazwiskiem na okładce. Stephen King mieszka w stanie Maine z żoną, powieściopisarką Tabithą King.

Dallas '63 zostanie przeniesione na wielki ekran przez Jonathana Demme'a, który kupił prawa filmowe do książki.

Opinie o ebooku Dallas '63 - Stephen King

Fragment ebooka Dallas '63 - Stephen King

Tytuł oryginału:

11/22/63

Copyright © 2011 by Stephen King

All rights reserved

Projekt okładki: Ewa Wójcik

Ilustracja na okładce: Vincent Chong

Redaktor serii: Katarzyna Rudzka

Redakcja: Agnieszka Rosłan

Korekta: Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7839-315-3

Warszawa 2011

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Zeldzie

Cześć, kochanie, witaj na imprezie.

Dla naszego rozumu praktycznie jest nieprzyswajalne, że mały, samotny człowiek powalił olbrzyma pośród jego limuzyn, jego legionów, jego tłumu i jego ochrony. Jeśli takie nic unicestwiło przywódcę najpotężniejszego państwa na ziemi, to otacza nas świat zaburzonych proporcji i żyjemy we wszechświecie absurdu.

Norman Mailer

Jeśli jest miłość, blizny po ospie są tak ładne jak dołki w policzkach.

przysłowie japońskie

Taniec to życie.

Nie można o mnie powiedzieć, że jestem skłonny do łez.

Moja eks oświadczyła, że mój „nieistniejący gradient emocjonalny” to główny powód, dla którego odchodzi (jakby facet, którego poznała na spotkaniach Anonimowych Alkoholików, nie miał nic do rzeczy). Powiedziała, że jeszcze może mi darować to, że nie płakałem na pogrzebie jej ojca; znałem go tylko sześć lat i nie mogłem rozumieć, jak był wspaniały, hojny (przykład: mustang kabriolet w prezencie z okazji ukończenia szkoły średniej). Kiedy jednak nie płakałem na pogrzebach własnych rodziców – umarli w odstępie raptem dwóch lat, tata na raka żołądka, mama na nagły jak uderzenie pioruna atak serca podczas spaceru po florydzkiej plaży – zaczęła rozumieć, o co chodzi z tym nieistniejącym gradientem. „Nie byłem zdolny czuć własnych uczuć”, mówiąc żargonem AA.

– Nigdy nie widziałam, żebyś uronił choć jedną łzę – powiedziała tonem, jakiego używają ludzie, kiedy przedstawiają absolutny, ostateczny, nieodwołalny powód zerwania związku. – Nawet kiedy mi mówiłeś, że albo pójdę na odwyk, albo ty odejdziesz. – Ta rozmowa odbyła się jakieś sześć tygodni przed tym, jak Christy spakowała swoje rzeczy, zawiozła je na drugi koniec miasta i wprowadziła się do Mela Thompsona. „Chłopak poznaje dziewczynę u Anonimowych Alkoholików” – to następne powiedzenie, jakie mają na tych spotkaniach.

Nie płakałem, kiedy się z nią żegnałem. Nie płakałem też, kiedy wszedłem z powrotem do małego domu z ogromną hipoteką. Domu, w którym nigdy nie pojawiło się dziecko i już się nie pojawi. Położyłem się na łóżku, które teraz należało wyłącznie do mnie, zakryłem oczy ramieniem i rozpaczałem.

Bez łez.

Nie jestem jednak emocjonalnie zablokowany. Co do tego Christy się myliła. Pewnego dnia, miałem wtedy jedenaście lat, matka czekała na mnie przed drzwiami, kiedy wróciłem ze szkoły. Powiedziała mi, że mój piesek, Rags, wpadł pod samochód, który nawet nie raczył się zatrzymać. Nie płakałem, kiedy go pochowaliśmy, choć tata zapewnił, że to nie przyniesie mi ujmy, ale płakałem, kiedy mi to powiedziała. Po części dlatego, że był to mój pierwszy kontakt ze śmiercią; a głównie przez to, że moim obowiązkiem było dopilnować, by Rags był bezpiecznie zamknięty na naszym podwórku.

I płakałem, kiedy zadzwonił lekarz mamy i powiadomił mnie, co się stało tamtego dnia na plaży. „Przykro mi, ale nie było żadnych szans – powiedział. – Czasem dzieje się to zupełnie nagle, lekarze zwykle uważają to za szczęście w nieszczęściu”.

Christy przy tym nie było – tego dnia musiała zostać dłużej w szkole i spotkać się z matką, która miała jakieś pytania w związku z ocenami syna – ale ja płakałem, a jakże. Poszedłem do naszej małej pralni i płakałem w brudne prześcieradło wyjęte z kosza. Niedługo, ale łzy popłynęły. Później mogłem jej o tym powiedzieć, lecz nie widziałem w tym sensu, bo raz, pomyślałaby, że łaknę współczucia (tego sformułowania Anonimowi Alkoholicy nie używają, a może powinni), i dwa, nie sądzę, by umiejętność zalewania się łzami na zawołanie powinna być warunkiem udanego małżeństwa.

Teraz, kiedy o tym myślę, to nie widziałem, by mój tata kiedykolwiek płakał; w największych emocjach dobywał z siebie co najwyżej ciężkie westchnienie albo kilka niechętnych burknięć udających śmiech – William Epping nie walił się w piersi ani nie zrywał boków, co to, to nie. Był typem małomównego twardziela, a matka w gruncie rzeczy była taka sama. Może te kłopoty z płaczem to sprawa genetyczna. Ale zablokowany? Niezdolny czuć własnych uczuć? Nie, taki nie byłem nigdy.

Poza chwilą, w której dostałem wiadomość o mamie, pamiętam jeszcze tylko jedną okazję, kiedy płakałem jako dorosły, a było to przy czytaniu historii ojca woźnego. Siedziałem sam w pokoju nauczycielskim Lisbon High School i przekopywałem się przez stertę wypracowań, które spłodziła moja grupa z angielskiego dla dorosłych. W głębi korytarza słyszałem zgłuszone dudnienie piłek do koszykówki, ryk syreny ogłaszającej czas dla trenera i krzyki kibiców towarzyszące zmaganiom sportowych bestii: Chartów Lisbon i Tygrysów Jay.

Któż może wiedzieć, kiedy życie stanie na rozdrożu i dlaczego?

Zadałem temat „Dzień, który odmienił moje życie”. Odpowiedzi, choć najczęściej z serca płynące, były w większości ciężkostrawne: sentymentalne opowieści o dobrej cioci, która przyjęła pod swój dach nastolatkę w ciąży, o kumplu z wojska, który pokazał, czym jest prawdziwe męstwo, o przypadkowym spotkaniu z kimś sławnym (zdaje się, że chodziło o Alexa Trebeka z teleturnieju „Jeopardy”, choć mógł to być Karl Malden). Ci z was, którzy są nauczycielami i dla dodatkowych trzech czy czterech tysięcy rocznie prowadzą kursy przygotowujące do zaocznej matury, wiedzą, jak zniechęcające jest czytanie takich wypracowań. O obiektywnej ocenie właściwie nie ma mowy, a przynajmniej nie było dla mnie; zaliczałem wszystkim, bo nigdy nie miałem dorosłego ucznia, który nie wypruwał z siebie żył. Jeśli oddawałeś pracę, w której napisałeś cokolwiek, miałeś zagwarantowane, że Jake Epping, nauczyciel angielskiego w LHS, postawi haczyk przy twoim nazwisku, a jeśli jeszcze tekst podzielony był na prawdziwe akapity, dostawałeś co najmniej cztery minus.

Robota była ciężka dlatego, że czerwony długopis stał się moim podstawowym narzędziem dydaktycznym zamiast moich ust i zużyłem go praktycznie do cna. Była też dołująca, bo wiedziałem, że praktycznie nic z tej edukacji czerwonym długopisem nie zostanie ludziom w pamięci; jeżeli ktoś w wieku trzydziestu lat nie zna podstawowych reguł gramatyki (poszedłem, nie poszłem), nie wie, kiedy używać wielkich liter (Biały Dom, nie biały-dom), ani nie potrafi sklecić zdania zawierającego rzeczownik i czasownik, to pewnie już się tego nie nauczy. Mimo to nie ustajemy w bojach i mężnie zaznaczamy niewłaściwie użyte słowo w zdaniach typu „Mąż mój był zbytnio skory do tego, żeby mnie oceniać” bądź przekreślamy „żem” i dopisujemy końcówkę czasownika w zdaniu „I od tej pory żem często wypływał aż do boi”.

Taką właśnie beznadziejną, żmudną pańszczyznę odwalałem tamtego wieczoru, podczas gdy niedaleko kolejny mecz szkolnej ligi koszykarskiej zbliżał się do kolejnej końcowej syreny, na wieki wieków, amen. Christy była wtedy świeżo po odwyku i przypuszczam, że jeśli o czymkolwiek wówczas myślałem, musiało to mieć związek z nadzieją, że wrócę do domu i zastanę ją trzeźwą (tak też się stało; łatwiej jej było zachować trzeźwość niż męża). Pamiętam, że pobolewała mnie głowa i pocierałem skronie, tak jak to się robi, kiedy chce się zapobiec przejściu lekkiego, dokuczliwego ćmienia w potężną migrenę. Pamiętam, że myślałem: Trzy, jeszcze tylko trzy prace i będę mógł wyjść. Wrócę do domu, zrobię sobie duży kubek kawy rozpuszczalnej i zanurzę się w nowej powieści Johna Irvinga bez tych szczerych, ale nieskładnych wypocin wiszących mi nad głową.

Nie było dźwięku skrzypiec ani dzwonka alarmowego, kiedy zdjąłem pracę woźnego z wierzchu sterty i położyłem przed sobą, żadnego poczucia, że ta chwila odmieni życie nie tylko mojej skromnej osoby, ale i wszystkich ludzi na świecie. Ale takich rzeczy się nie wie, prawda? Życie zmienia się w mgnieniu oka.

Pisał tanim tuszem długopisowym, który miejscami zaplamił wszystkie pięć stron i niechybnie pobrudził mu palce. Miał kulfoniasty, ale czytelny charakter pisma i musiał mocno naciskać długopis, bo słowa wręcz wyryły się na kartkach z taniego zeszytu; gdybym zamknął oczy i wodził palcami po ich odwrotach, to byłoby tak, jakbym czytał Braille’a. Na końcu każdego małego „y” był lekki zawijas, jakby ozdobnik. To pamiętam szczególnie wyraźnie.

Pamiętam też początek jego wypracowania. Słowo w słowo. Pewnie, że tak. Dzień, który odmienił życie Harry’ego Dunninga, odmienił także moje własne.

To nie był dzień, tylko noc. Noc, która odmieniła moje życie, to była noc, kiedy ojciec zabił mamę moją i dwóch braci, a mnie pobił. Moją siostrę też pobił, tak bardzo, że była w śpiączce. Trzy lata się nie budziła i w końcu umarła. Na imię jej było Ellen i bardzo ją kochałem. Lubiła zrywać kwiatki i wkładać je w wazony.

W połowie pierwszej strony zaczęły mnie piec oczy i odłożyłem mój wierny czerwony długopis. To wtedy, gdy doszedłem do momentu, kiedy wczołgał się pod łóżko z krwią zalewającą oczy (ściekała mi też w gardło i okropnie smakowała), rozpłakałem się – ależ Christy byłaby dumna. Doczytałem do samego końca bez postawienia choćby jednego znaczka, ocierając oczy, żeby łzy nie kapały na stronice, które w oczywisty sposób kosztowały go tak wiele wysiłku. Czy sądziłem, że był mniej lotny od pozostałych, że stał może pół szczebla nad tymi, o których się kiedyś mówiło „upośledzeni zdolni do nauki”? Cóż, na Boga, miało to swoją przyczynę, nieprawdaż? Podobnie jak to, że kulał. Cud, że w ogóle żył. A jednak. Miły człowiek, który zawsze się uśmiechał i nigdy nie podnosił głosu na dzieci. Miły człowiek, który przeszedł piekło, a teraz pracował – pokornie i z nadzieją, jak oni wszyscy – nad tym, żeby zrobić maturę. Mimo że miał do końca życia pozostać woźnym, zwykłym facetem w zielonym lub brązowym uniformie, który zamiatał korytarze i zeskrobywał gumy do żucia z podłogi szpachlą (zawsze ją nosił w tylnej kieszeni). Może niegdyś mógł zostać kimś innym, ale pewnej nocy jego życie zmieniło się w mgnieniu oka i dziś był tylko facetem w stroju roboczym, na którego dzieciaki wołały „Harry Kic-Żabka”, bo tak śmiesznie chodził.

Dlatego płakałem. Niedługo, ale to były prawdziwe łzy, płynące prosto z serca. W głębi korytarza słyszałem, jak orkiestra szkolna zaczyna grać pieśń zwycięstwa – a zatem nasi wygrali, chwała im. Później Harry i paru jego współpracowników złożą trybuny i pozamiatają wrzucone pod nie śmieci.

Wykreśliłem nad jego pracą wielkie czerwone 5. Patrzyłem na nie dłuższą chwilę, po czym dodałem wielki czerwony +. Dlatego, że praca była dobra, i dlatego, że jego ból wywołał emocjonalną reakcję we mnie, jego czytelniku. A czy nie to właśnie powinna robić proza godna piątki z plusem? Wywoływać reakcję?

Co do mnie, żałuję tylko, że była Christy Epping nie miała racji. Żałuję, że jednak nie byłem emocjonalnie zablokowany. Bo wszystko, co nastąpiło potem – każde koszmarne zdarzenie – wzięło się z tych łez.

CZĘŚĆ I

MOMENT PRZEŁOMOWY

ROZDZIAŁ 1

1

Harry Dunning zdał celująco. Na jego zaproszenie poszedłem na skromną uroczystość rozdania świadectw maturalnych w sali gimnastycznej Lisbon High School. Naprawdę nie miał nikogo innego i zrobiłem to z przyjemnością.

Po błogosławieństwie (udzielonym przez ojca Bandy’ego, który nie opuszczał prawie żadnej uroczystości w LHS) przecisnąłem się przez rojowisko krewnych i znajomych w miejsce, gdzie Harry stał samotnie w swojej wydymającej się czarnej todze, z dyplomem w jednej ręce i wypożyczonym biretem w drugiej. Wziąłem od niego czapkę, żeby móc uścisnąć mu dłoń. Uśmiechnął się szeroko, obnażając uzębienie z licznymi ubytkami i kilkoma krzywulcami. Ale uśmiech był promienny i ujmujący.

– Dziękuję, że pan przyszedł, panie Epping. Bardzo dziękuję.

– Cała przyjemność po mojej stronie. I mów mi Jake. To przywilej, który przyznaję każdemu uczniowi w takim wieku, że mógłby być moim ojcem.

Przez chwilę miał zdziwioną minę, po czym parsknął śmiechem.

– Ano rzeczywiście mógłbym, nie? Kurczę!

Też się zaśmiałem. Wielu ludzi śmiało się wokół nas. Oczywiście, były i łzy. Co dla mnie jest trudne, całej masie ludzi przychodzi z łatwością.

– I ta piątka z plusem! Kurczę! – cieszył się Harry. – W życiu nie dostałem piątki z plusem! I nie spodziewałem się dostać!

– Zasłużyłeś, Harry. To jak, dokąd skierujesz swoje pierwsze kroki jako absolwent szkoły średniej?

Na chwilę przestał się uśmiechać – nie wybiegł myślami tak daleko naprzód.

– Pewnie do domu. Wynajmuję taki mały domek na Goddard Street, wie pan. – Podniósł dyplom, trzymając go ostrożnie w czubkach palców, jakby bał się, że rozmaże tusz. – A to oprawię i powieszę na ścianie. Potem naleję se lampkę wina, siądę na kanapie i będę to podziwiał do nocy.

– Dobry plan – powiedziałem – ale może najpierw dałbyś się zaprosić na hamburgera z frytkami? Moglibyśmy pójść do Ala.

Spodziewałem się, że się skrzywi, ale oczywiście sądziłem Harry’ego według moich kolegów pedagogów lub większości naszych uczniów – unikali knajpy Ala jak zarazy i chodzili albo do Dairy Queen naprzeciwko szkoły, albo do Hi-Hat przy drodze 196, niedaleko miejsca, gdzie kiedyś było kino samochodowe.

– Byłoby super, panie Epping. Dzięki!

– Jake, pamiętasz?

– Jake, jasne.

Zabrałem więc Harry’ego do baru Ala – z całego grona pedagogicznego ja jeden byłem tam stałym klientem – i Al, choć tego lata nawet zatrudnił kelnerkę, obsłużył nas osobiście. Jak zwykle, w kąciku jego ust tlił się papieros (niedozwolone w punktach gastronomicznych, to jednak Ala nigdy nie powstrzymało) i oko po tej stronie było przymrużone od dymu. Kiedy zobaczył złożoną togę absolwenta szkoły średniej i zdał sobie sprawę, jaka to okazja, uparł się, że cały rachunek bierze na siebie (jeśli rachunek to nie za duże słowo; jedzenie u Ala zawsze było zadziwiająco tanie, co dało początek plotkom na temat losu pewnych bezdomnych zwierząt w okolicy). Zrobił nam też zdjęcie, które potem wywiesił na, jak to nazywał, Miejskiej Ścianie Sławy. Wśród innych reprezentowanych tam „sław” byli świętej pamięci Albert Dunton, założyciel zakładu jubilerskiego Dunton Jewelry; Earl Higgins, były dyrektor LHS; John Crafts, założyciel komisu John Crafts Auto Sales; i, oczywiście, ojciec Bandy od Świętego Cyryla. (Ojciec był w parze z papieżem Janem XXIII – ten ostatni nietutejszy, ale wielbiony przez Ala Templetona, który nazywał samego siebie „dobrym katolem”). Zdjęcie, które Al zrobił tamtego dnia, pokazuje Harry’ego Dunninga z szerokim uśmiechem na twarzy. Ja stałem obok i razem trzymaliśmy jego dyplom. Harry miał lekko przekrzywiony krawat. Pamiętam to, bo skojarzył mi się z tym zawijasem, który robił na końcu małego „y”. Pamiętam to wszystko. Pamiętam doskonale.

2

Dwa lata później, w ostatnim dniu roku szkolnego, siedziałem w tym samym pokoju nauczycielskim i czytałem prace końcowe słuchaczy mojego seminarium z poezji amerykańskiej dla wybitnie zdolnych uczniów. Dzieciaki już wyszły, uwolnione na kolejne wakacje, ja wkrótce miałem zrobić to samo. Na razie jednak było mi dobrze tam, gdzie byłem, cieszyłem się niezwyczajną ciszą. Pomyślałem, że przed wyjściem może nawet opróżnię szafkę z przekąskami. Ktoś powinien, stwierdziłem.

Wcześniej tego dnia Harry Dunning przykuśtykał do mnie po godzinie wychowawczej (która była wyjątkowo rozjazgotana, jak każda lekcja wychowawcza i godzina nauki własnej w ostatnim dniu szkoły) i podał mi rękę.

– Chcę tylko podziękować za wszystko – powiedział.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– O ile pamiętam, już to zrobiłeś.

– Tak, ale dziś mój ostatni dzień. Idę na emeryturę. Dlatego koniecznie chciałem jeszcze raz panu podziękować.

Kiedy uścisnąłem mu dłoń, przemykający obok dzieciak – druga klasa, nie starszy, sądząc po świeżym wysypie pryszczy i seriokomicznej kępce na podbródku, która aspirowała do miana koziej bródki – mruknął:

– Harry Kic-Żabka po u-licy ki-ca.

Chciałem go złapać i zmusić, żeby przeprosił, ale Harry mnie powstrzymał. Jego uśmiech był swobodny, bez cienia urazy.

– Nie, nie ma co. Przywykłem. To tylko dzieci.

– To prawda – powiedziałem. – I naszym obowiązkiem jest je uczyć.

– Wiem, i dobrze to panu wychodzi. Ale moim obowiązkiem nie jest robić za… jak to się nazywa… lekcję poglądową. Zwłaszcza nie dzisiaj. Niech pan dba o siebie, panie Epping. – Może i był w takim wieku, że mógł być moim ojcem, ale najwyraźniej „Jake” nigdy nie przejdzie mu przez usta.

– Ty też, Harry.

– Nigdy nie zapomnę tej piątki z plusem. Ją też oprawiłem. Powiesiłem obok dyplomu.

– I bardzo dobrze.

Tak było. Jego wypracowanie stanowiło dzieło sztuki naiwnej, ale pod każdym względem przejmujące i prawdziwe jak obrazy Grandma Moses. Na pewno przewyższało teksty, które czytałem w tej chwili. Ortografia w wypracowaniach wzorowych uczniów była przeważnie bez zarzutu, język przejrzysty (choć moi ostrożni, nieskłonni do ryzyka przyszli studenci mieli irytującą tendencję do nadużywania strony biernej), ale styl bezbarwny. Nudny. Moi uczniowie byli z trzeciej klasy – tych z czwartej Mac Steadman, mój szef, przyznał sobie – ale pisali jak staruszkowie i staruszki, usta w ciup i „ojej, uważaj, Mildred, tam ślisko”. Mimo swoich gramatycznych potknięć i kulfoniastych liter, Harry Dunning pisał jak bohater. Przynajmniej ten jeden raz.

Kiedy tak snułem rozważania nad różnicą między prozą ofensywną a defensywną, interkom na ścianie odchrząknął.

– Czy pan Epping jest w pokoju nauczycielskim w zachodnim skrzydle? Jesteś tam jeszcze, Jake?

Wstałem, pstryknąłem przełącznik kciukiem.

– Jeszcze jestem, Gloria. Za moje grzechy. Czym mogę służyć?

– Telefon do ciebie. Dzwoni jakiś facet… Al Templeton? Mogę cię połączyć, jak chcesz. Albo powiedzieć mu, że już wyszedłeś.

Al Templeton, właściciel i kierownik baru Al’s Diner, który omijało z daleka całe grono pedagogiczne LHS z wyjątkiem niżej podpisanego. Nawet czcigodny szef mojego wydziału – który usiłował mówić jak profesor Cambridge i zbliżał się do emerytury – publicznie nazywał specjalność zakładu „Słynnym Miauburgerem Ala”, zamiast „Słynnym Mniamburgerem Ala”.

„Cóż, jasne, że to tak naprawdę nie z kota – mawiali ludzie – czy raczej prawdopodobnie nie z kota, ale to nie może być wołowina, nie za dolara dziewiętnaście. W McDonaldzie za tyle nie dostanie się nawet podwójnego cheeseburgera”.

– Jake? Zasnąłeś mi tam?

– Nie, jestem zwarty i gotowy. – Byłem też ciekaw, czemu Al dzwoni do mnie do szkoły. Ba, czemu w ogóle do mnie dzwoni. Nigdy nie łączyło nas nic poza zwykłą znajomością kucharza z klientem. Ja ceniłem sobie jego żarcie, on cenił sobie stałe przychody, jakie mu zapewniałem. – Dawaj go.

– Właściwie co tu jeszcze robisz?

– Biczuję się.

– Uuu! – Mogłem sobie wyobrazić, jak Gloria trzepocze długimi rzęsami. – Uwielbiam, kiedy świntuszysz. Czekaj, aż ci tam dzyńnie.

Rozłączyła się. Telefon wewnętrzny zadzwonił i podniosłem słuchawkę.

– Jake? Jesteś tam, stary?

W pierwszej chwili pomyślałem, że Gloria źle usłyszała imię. To nie mógł być głos Ala. Nawet najgorsze przeziębienie na świecie nie mogłoby spowodować takiej chrypy.

– Kto mówi?

– Al Templeton, nie powiedziała ci? Chryste, ta muzyczka podczas czekania na połączenie jest beznadziejna. Co oni, nie słyszeli o Connie Francis? – Zaniósł się kaszlem tak głośnym, że nieco odsunąłem słuchawkę od ucha.

– Dopadła cię grypa?

Zaśmiał się. Jednocześnie kaszlał dalej. Połączenie jednego z drugim było dość makabryczne.

– Coś mnie dopadło, to fakt.

– Musiało cię szybko rozłożyć. – Byłem u niego raptem wczoraj, na wczesnej kolacji. Mniamburger, frytki i truskawkowy shake. Uważam, że facet, który mieszka sam, powinien jeść produkty ze wszystkich najważniejszych grup pokarmowych.

– Można tak powiedzieć. Można też powiedzieć, że trochę to trwało. Jedno i drugie byłoby zgodne z prawdą.

Nie wiedziałem, jak na to zareagować. Przez te sześć czy siedem lat, kiedy chodziłem do Ala, owszem, bywał dziwny – na przykład z uporem nazywał New England Patriots „Boston Patriots” i mówił o Tedzie Williamsie, jakby znał go jak brata – ale drugiej tak osobliwej rozmowy jak ta nie pamiętałem.

– Jake, muszę się z tobą zobaczyć. To ważne.

– Mogę spytać…

– Spodziewam się, że będziesz miał masę pytań, a ja na nie odpowiem, ale nie przez telefon.

Nie wiedziałem, ile odpowiedzi będzie w stanie dać, zanim głos mu wysiądzie, ale obiecałem, że przyjdę za jakąś godzinę.

– Dzięki. Nawet wcześniej, gdybyś mógł. Jak to mówią, każda chwila jest cenna. – I odłożył słuchawkę, ot tak, bez pożegnania.

Przebrnąłem przez jeszcze dwa wypracowania i na kupce zostały już tylko cztery, ale uznałem, że nic z tego nie będzie. Wypadłem z rytmu. Wrzuciłem je więc do teczki i wyszedłem. Przemknęło mi przez myśl, żeby pójść na górę, do sekretariatu, i życzyć Glorii udanych wakacji, ale machnąłem na to ręką. Będzie tu przez cały najbliższy tydzień, zajęta zamykaniem kolejnego roku szkolnego, a ja przyjdę w poniedziałek opróżnić szafkę z przekąskami – obiecałem to sobie. W przeciwnym razie nauczyciele szkoły letniej, którzy będą korzystali z pokoju nauczycielskiego w zachodnim skrzydle, zastaną ją pełną robactwa.

Gdybym wiedział, co przyniesie przyszłość, na pewno poszedłbym do niej. Może nawet dałbym jej całusa, który wisiał w powietrzu między nami od paru miesięcy. Ale oczywiście nie wiedziałem. Życie zmienia się w mgnieniu oka.

3

Al’s Diner mieścił się w srebrnej przyczepie barowej po drugiej stronie torów, patrząc od Main Street, w cieniu starych zakładów tkackich Worumbo. Takie miejsca czasem wyglądają obskurnie, Al jednak zasłonił betonowe bloki, na których stał jego lokal, ślicznymi grządkami kwiatów. Był nawet zadbany kwadrat trawnika, który osobiście strzygł starą ręczną kosiarką do trawy. Kosiarka była tak starannie utrzymana jak kwiaty i trawnik; ani śladu rdzy na wirujących, jaskrawo pomalowanych ostrzach. Można by pomyśleć, że kupił ją przed tygodniem w miejscowym sklepie Western Auto… oczywiście gdyby w Falls jeszcze był sklep Western Auto. Kiedyś był, ale na przełomie wieków padł ofiarą wielkich, klocowatych hipermarketów.

Podszedłem chodnikiem do baru, wdrapałem się na schody i znieruchomiałem ze zmarszczonym czołem. Tabliczka WITAJCIE W AL’S DINER, DOMU MNIAMBURGERA! zniknęła. Zastąpił ją kwadratowy kawałek tektury z napisem ZAMKNIĘTE NIEODWOŁALNIE Z POWODU CHOROBY. DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM KLIENTOM. NIECH BÓG WAS BŁOGOSŁAWI.

Nie wszedłem jeszcze w mgłę nierzeczywistości, która wkrótce miała mnie wchłonąć, ale jej pierwsze macki mnie oplatały, czułem to. To nie letnie przeziębienie spowodowało chrypę, którą słyszałem w głosie Ala, i jego chrapliwy kaszel. Ani nie grypa. Sądząc z tej tabliczki, to było coś poważniejszego. Ale jaka poważna choroba rozwija się w dwadzieścia cztery godziny? Nawet szybciej. Poprzedniego wieczoru wyszedłem od Ala za piętnaście szósta i wtedy czuł się dobrze. Ba, był wręcz nadmiernie pobudzony. Pamiętam, że spytałem, czy aby nie wypił za dużo swojej kawy, a on powiedział, że nie, po prostu myśli, czy nie wziąć urlopu. Czy ludzie, których bierze choroba – dość ciężka, by skłonić ich do zamknięcia lokali, które samodzielnie prowadzili przez ponad dwadzieścia lat – mówią o urlopie? Może niektórzy, ale zapewne niewielu.

Drzwi się otworzyły, kiedy sięgnąłem do klamki, i stanął w nich Al. Patrzył na mnie bez uśmiechu. Poczułem, że ta mgła nierzeczywistości gęstnieje wokół mnie. Dzień był ciepły, ale mgła była zimna. W tym momencie wciąż jeszcze mogłem odwrócić się i z niej wyjść, z powrotem w czerwcowe słońce, i po trosze miałem ochotę to zrobić. Głównie jednak zamarłem ze zdumienia i zgrozy. I przerażenia, w sumie mogę to przyznać. Dlatego, że ciężka choroba nas przeraża, a Al był ciężko chory. Poznałem to na pierwszy rzut oka. Zapewne więcej niż ciężko – śmiertelnie.

Nie chodziło tylko o to, że jego zazwyczaj rumiane policzki stały się obwisłe, ziemiste. Nie chodziło o ropną wydzielinę powlekającą jego niebieskie oczy, które teraz wydawały się wyblakłe i krótkowzroczne. Nie chodziło nawet o jego włosy, wcześniej prawie całe czarne, teraz prawie całe białe – ostatecznie mógł stosować któryś z tych upiększających preparatów, a pod wpływem nagłego impulsu zmyć go szamponem i wrócić do naturalnego wyglądu.

Niemożliwe w tym wszystkim było to, że w ciągu dwudziestu dwóch godzin od czasu, kiedy go ostatnio widziałem, Al Templeton na oko stracił co najmniej piętnaście kilogramów wagi. Może nawet dwadzieścia, co stanowiłoby jedną czwartą jego dotychczasowej masy. Nikt tak nie chudnie w niecały dzień. Nikt. A ja widziałem takie zjawisko na własne oczy. I myślę, że w tym momencie ta mgła nierzeczywistości całkowicie mnie wchłonęła.

Al uśmiechnął się i zobaczyłem, że stracił nie tylko funty, ale i zęby. Jego dziąsła były blade, wyglądały niezdrowo.

– Jak ci się podobam nowy ja, Jake? – I rozkaszlał się serią chrapliwych, rzężących dźwięków wydzierających się z głębi piersi.

Otworzyłem usta. Nie wyszły z nich żadne słowa. W jakiejś tchórzliwej, zdjętej obrzydzeniem części mojego umysłu znów zrodziła się myśl o ucieczce, ale nawet gdyby ta część mną rządziła, nie mógłbym tego zrobić. Nogi wrosły mi w ziemię.

Al opanował kaszel i z tylnej kieszeni wyjął chusteczkę. Otarł nią najpierw usta, potem wnętrze dłoni. Zanim ją schował, zobaczyłem na niej czerwone plamy.

– Wejdź – rzekł ochryple. – Mam dużo do powiedzenia i myślę, że ty jeden możesz mnie wysłuchać. Wysłuchasz mnie?

– Al… – Mój głos był tak cichy i słaby, że sam ledwo go słyszałem. – Co ci się stało?

– Wysłuchasz mnie?

– Oczywiście.

– Będziesz miał pytania, a ja odpowiem na każde, na które będę mógł, ale staraj się je ograniczyć do minimum. Głos mi wysiada. Kurde, siły mi wysiadają. No już, wchodź.

Wszedłem. W barze było ciemno, chłodno i pusto. Kontuar wypucowany, bez choćby jednego okruszka; lśniący chrom na stołkach; termos z kawą wypolerowany na wysoki połysk; tabliczka JEŚLI NIE PODOBA CI SIĘ NASZE MIASTO, ROZEJRZYJ SIĘ ZA ROZKŁADEM JAZDY na swoim zwykłym miejscu przy kasie Sweda. Brakowało tylko klientów.

No i kucharza, a zarazem właściciela, oczywiście. Miejsce Ala Templetona zajął stary, chory duch. Kiedy opuścił rygiel, zamykając nas w środku, towarzyszący temu zgrzyt był bardzo głośny.

4

– Rak płuc – powiedział beznamiętnie, kiedy usiedliśmy w boksie na końcu baru. Poklepał kieszeń koszuli i zobaczyłem, że jest pusta. Nieodłączna paczka cameli bez filtra zniknęła. – Żadna niespodzianka. Zacząłem, kiedy miałem jedenaście lat, i paliłem aż do dnia, kiedy postawili diagnozę. Przeszło pięćdziesiąt cholernych lat. Trzy paczki dziennie, dopóki cena nie podskoczyła w 2007. Wtedy się poświęciłem i zszedłem do dwóch. – Parsknął rzężącym śmiechem.

Pomyślałem, czy mu nie powiedzieć, że musiał pomylić się w obliczeniach, bo znałem jego prawdziwy wiek. Kiedy któregoś dnia późną zimą przyszedłem i spytałem, czemu pracuje przy grillu w dziecięcej czapce urodzinowej, powiedział: „Bo dziś kończę pięćdziesiąt siedem lat, przyjacielu. Pięćdziesiąt siedem, tyle co w reklamie ma Heinz do zaoferowania. Czyli możesz mi mówić Heinz”. Prosił jednak, żebym nie zadawał pytań, jeśli to nie będzie absolutnie konieczne, i uznałem, że obejmuje to też wtrącanie się czy poprawianie go.

– Gdybym był na twoim miejscu… a chciałbym, choć za nic w świecie nie życzę ci tego, żebyś ty był na moim, nie w moim obecnym stanie… myślałbym: Coś tu nie gra, nikt nie łapie zaawansowanego raka w jedną noc. Mam z grubsza rację?

Skinąłem głową. Miał całkowitą rację.

– Odpowiedź jest banalnie prosta. To się nie stało w jedną noc. Zacząłem wypluwać płuca jakieś siedem miesięcy temu, w maju.

To była dla mnie nowina; jeśli rzeczywiście kaszlał, to nie przy mnie. Poza tym znowu się rąbnął w obliczeniach.

– Al, co ty opowiadasz? Jest czerwiec. Siedem miesięcy temu był grudzień.

Machnął na mnie ręką – palce miał chude, sygnet marines, dawniej pasujący jak ulał, teraz wisiał luźno na jednym z nich – jakby chciał powiedzieć: Na razie to olej, po prostu to olej.

– Z początku myślałem, że to przeziębienie, może grypa azjatycka, dużo ludzi to łapało. Ale nie miałem gorączki, a kaszel, zamiast przechodzić, był coraz gorszy. Potem zacząłem chudnąć. Cóż, głupi nie jestem, przyjacielu, zawsze liczyłem się z tym, że mogę dostać choroby na R… choć mój ojciec i matka kurzyli jak kominy i dożyli osiemdziesiątki. Zawsze znajdziemy wymówkę, żeby trzymać się złych nawyków, co?

Znów zaczął kaszleć i wyjął chusteczkę.

– Nie mogę zbaczać z tematu – powiedział, kiedy atak minął – ale robię to całe życie i trudno się odzwyczaić. Trudniej niż rzucić palenie, szczerze mówiąc. Kiedy znowu zacznę tracić wątek, daj znak, przejedź palcem po gardle czy coś, dobrze?

– Jasne – zgodziłem się bez większego oporu. Wtedy już myślałem, że to wszystko mi się śni. Jeśli tak, był to nadzwyczaj wyrazisty sen, z takimi szczegółami jak cienie rzucane przez obracający się pod sufitem wentylator, które przesuwały po rozłożonych na stolikach podkładkach z napisem NASZYM NAJWIĘKSZYM SKARBEM JESTEŚ TY!

– W telegraficznym skrócie, poszedłem do lekarza, zrobili mi prześwietlenie, no i były tam, wielkie jak skurczybyk. Dwa guzy. Zaawansowana martwica. Nie do zoperowania.

Prześwietlenie, pomyślałem – to jeszcze się tego używa do diagnozowania raka?

– Jakiś czas wytrzymałem, ale w końcu musiałem wrócić.

– Skąd? Z Lewiston? Ze szpitala stanowego?

– Z wakacji. – Jego oczy patrzyły na mnie nieruchomym wzrokiem z ciemnych jam, w które się zapadały. – Tylko że to nie były wakacje.

– Al, nic a nic z tego nie rozumiem. Wczoraj byłeś tutaj i byłeś zdrowy.

– Przyjrzyj się uważnie mojej twarzy. Zacznij od włosów i powoli schodź w dół. Postaraj się zignorować to, co robi ze mną rak… piękności szkodzi na pewno… i potem powiedz mi, że jestem tym samym człowiekiem, którego widziałeś wczoraj.

– Cóż, oczywiście spłukałeś farbę z włosów…

– W życiu ich nie farbowałem. Nie sądzę, żebym musiał zwracać twoją uwagę na zęby, które straciłem, kiedy byłem… tam. Wiem, że zauważyłeś ich brak. Myślisz, że to od rentgena? Albo strontu 90 w mleku? Nawet nie piję mleka, nie licząc kropelki, którą dodaję do ostatniej kawy przed snem.

– Jakiego strontu?

– Nieważne. Nawiąż kontakt ze swoją, jak jej tam, kobiecą stroną. Spójrz na mnie tak, jak kobiety patrzą na inne kobiety, kiedy szacują ich wiek.

Spróbowałem i choć tego, com zaobserwował, nie uznałby żaden sąd, mnie to przekonało. Z kącików jego oczu rozchodziły się pajęczyny zmarszczek, na powiekach miał drobne, delikatnie pofałdowane bruzdy; takie widzi się u ludzi, którzy nie muszą już okazywać w kasie multipleksu Karty Seniora. Rowki w skórze, których nie było wczoraj wieczorem, dziś kreśliły sinusoidy na czole Ala. Dwie zmarszczki – dużo głębsze – okalały jego usta z boków, jakby ujmując je w nawias. Podbródek mu się wyostrzył, skóra szyi stała się obwisła. Ostry podbródek i gardło jak indycze korale mogły być skutkiem gwałtownej utraty wagi, ale te zmarszczki… i jeśli nie kłamał na temat swoich włosów…

Uśmiechał się lekko. To był ponury uśmiech, ale niepozbawiony humoru. Co w pewien sposób pogarszało sytuację.

– Pamiętasz moje urodziny w marcu? „Nie bój się, Al – powiedziałeś – jeśli ta durna czapka urodzinowa się zapali, kiedy będziesz stał nad grillem, wezmę gaśnicę i cię ugaszę”. Pamiętasz to?

Pamiętałem.

– Chciałeś, żebym mówił ci Heinz.

– No właśnie. A teraz mam sześćdziesiąt dwa lata. Wiem, że przez raka wyglądam jeszcze starzej, ale to… i to… – Dotknął czoła, potem kącika oka. – To autentyczne tatuaże czasu. Odznaki honorowe, można powiedzieć.

– Al… mógłbym prosić szklankę wody?

– Oczywiście. Szok, prawda? – Spojrzał na mnie ze współczuciem. – Myślisz sobie: Albo zwariowałem, albo on zwariował, albo zwariowaliśmy obaj. Wiem. Też tak miałem.

Z wysiłkiem wydźwignął się z boksu, wsuwając prawą dłoń pod lewą pachę, jakby usiłował się w ten sposób trzymać w jednym kawałku. Zaprowadził mnie za kontuar. Kiedy to zrobił, uderzył mnie jeszcze jeden szczegół tego nierzeczywistego spotkania: pomijając okazje, gdy siedziałem z nim w jednej ławie w kościele Świętego Cyryla (a tych okazji było niewiele; choć zostałem wychowany w wierze, katol ze mnie żaden) albo spotykałem go na ulicy, nigdy nie widziałem Ala bez kucharskiego fartucha.

Zdjął lśniącą szklankę i nalał mi wody z lśniącego chromem kranu. Podziękowałem mu i już miałem wrócić do boksu, lecz klepnął mnie w ramię. Byłoby lepiej, gdyby tego nie zrobił. To było tak, jakby zostać klepniętym przez Coleridge’owskiego Sędziwego Marynarza, który jednego zatrzymuje z trzech.

– Chcę, żebyś coś zobaczył, zanim znowu usiądziemy. Tak będzie szybciej. Chociaż „zobaczyć” to złe słowo. „Doświadczyć” jest dużo bliższe prawdy. Pij, przyjacielu.

Wypiłem pół szklanki. Woda była chłodna i smaczna, ale ani na chwilę nie spuszczałem go z oka. Tchórz we mnie się spodziewał, że lada moment zostanie zaatakowany, jak pierwsza niczego niepodejrzewająca ofiara w jednym z tych filmów o siejących postrach szaleńcach, które przeważnie mają liczby w tytułach. Al jednak tylko stał oparty ręką o ladę. Jego dłoń była pomarszczona, z wydatnymi kłykciami. Nie wyglądała jak dłoń pięćdziesięciokilkuletniego człowieka, nawet chorego na raka i…

– To od promieniowania? – spytałem nagle.

– Co?

– Opalenizna. I te ciemne plamy na grzbiecie dłoni. Robią się od promieniowania albo nadmiaru słońca.

– Cóż, skoro nie przechodziłem radioterapii, zostaje tylko słońce. A przez ostatnie cztery lata miałem sporo okazji, żeby się opalić.

Z tego, co wiedziałem, Al przez ostatnie cztery lata głównie smażył hamburgery i robił shake’i w świetle jarzeniówek, ale tego nie powiedziałem. Dopiłem wodę. Kiedy odstawiłem szklankę na blat z formiki, zauważyłem, że lekko drży mi ręka.

– No dobra, co chcesz, żebym zobaczył? Albo czego doświadczył?

– Chodź.

Zaprowadził mnie w głąb długiej, wąskiej części kuchennej, za podwójny grill, frytkownice, zlew, lodówkę Frost-King i buczącą zamrażarkę, która sięgała mi do pasa. Zatrzymał się przed milczącą zmywarką i wskazał drzwi na drugim końcu kuchni. Były niskie; Al musiałby się schylić, żeby przez nie przejść, a miał może metr siedemdziesiąt. Ja mierzyłem metr dziewięćdziesiąt trzy – niektóre dzieciaki nazywały mnie „Helikopter” Epping.

– To tu – powiedział. – Za tymi drzwiami.

– To nie aby twoja spiżarnia? – Pytanie czysto retoryczne; przez lata widziałem, jak wynosił stamtąd puszki, worki z ziemniakami i produktami sypkimi.

Al zdawał się nie słyszeć.

– Wiedziałeś, że pierwotnie otworzyłem tę knajpę w Auburn?

– Nie.

Skinął głową i, jakby wskutek tego ruchu, dostał następnego napadu kaszlu. Stłumił go coraz bardziej makabrycznie wyglądającą chusteczką. Kiedy ten najnowszy atak powoli minął, Al wyrzucił chusteczkę do dogodnie ulokowanego kosza i wyszarpnął garść serwetek z podajnika na kontuarze.

– Przyczepa AluminAire, wyprodukowana w latach trzydziestych, art déco pełną gębą. Marzyłem o takiej, od kiedy tata zabrał mnie do Chat’N Chew w Bloomington, jak byłem mały. Kupiłem ją z pełnym wyposażeniem i otworzyłem bar na Pine Street. Stałem tam prawie rok i stwierdziłem, że jeśli zostanę, jeszcze rok i zbankrutuję. W okolicy było za dużo knajp szybkiej obsługi, niektóre dobre, inne niekoniecznie, wszystkie ze stałą klientelą. Ja byłem jak małolat świeżo po studiach prawniczych, który otwiera interes w mieścinie, gdzie urzęduje już tuzin wziętych papug. Poza tym w tamtych czasach Słynny Mniamburger Ala kosztował dwa pięćdziesiąt. Nawet w 1990 nie mogłem zejść niżej dwu i pół.

– To jakim cudem, u licha, teraz sprzedajesz go za mniej niż pół tej ceny? Czyżby rzeczywiście był z kota?

Prychnął; ten dźwięk zadudnił zaflegmionym echem w głębi jego piersi.

– Przyjacielu, to co sprzedaję, to stuprocentowo czysta amerykańska wołowina, najlepsza na świecie. Czy wiem, co ludzie gadają? Jasne. Wzruszam na to ramionami. Co innego można zrobić? Zakazać ludziom gadać? Równie dobrze można zakazać wiatrowi wiać.

Przejechałem palcem po gardle. Uśmiechnął się.

– Wiem, zbaczam z tematu, ale to akurat ma związek ze sprawą.

Zachęciłem go gestem, ale nie wiedziałem, na jak długo starczy mu sił.

– Mogłem dalej walić głową w mur na Pine Street, ale Yvonne Templeton nie wychowała synków na idiotów. „Lepiej uciec i zebrać siły do walki”, powtarzała nam, jak byliśmy mali. Wziąłem to, co zostało z kapitału, zbajerowałem bank, żeby pożyczył mi jeszcze pięć kawałków… nie pytaj jak… i przeprowadziłem się tutaj, do Falls. Interesy i tak nie szły za dobrze, bo sytuacja gospodarcza jest, jaka jest, i całe to głupie gadanie o Miauburgerach, Hauburgerach, Skunksburgerach czy co tam jeszcze ludzie wymyślali, też nie pomagało, okazało się jednak, że nie jestem już uzależniony od sytuacji gospodarczej jak inni. A wszystko dzięki temu, co jest za drzwiami tej spiżarni. Nie było tego, kiedy otworzyłem lokal w Auburn, mogę przysiąc na stos Biblii. Pokazało się dopiero tutaj.

– O czym ty mówisz?

Spokojnie patrzył na mnie swoimi kaprawymi, nowo postarzałymi oczami.

– Na razie koniec rozmowy. Sam musisz to zobaczyć. No już, otwórz drzwi.

Spojrzałem na niego z powątpiewaniem.

– Potraktuj to jako ostatnią prośbę umierającego – powiedział. – No, przyjacielu. O ile jesteś moim przyjacielem, rzecz jasna. Otwórz te drzwi.

5

Skłamałbym, gdybym powiedział, że serce nie wskoczyło mi na wyższe obroty, kiedy przekręciłem gałkę i pociągnąłem drzwi do siebie. Nie miałem pojęcia, co zastanę w środku (choć mgliście pamiętam, że mignął mi przed oczami obraz martwych kotów, obdartych ze skóry i gotowych do przemielenia w elektrycznej maszynce), ale kiedy Al sięgnął za moje ramię do włącznika i zapalił światło, zobaczyłem…

Cóż, spiżarnię.

Była mała, schludna jak reszta baru. Wzdłuż dwóch ścian ciągnęły się półki zastawione dużymi puszkami. Na drugim końcu pomieszczenia, gdzie dach wyginał się w dół, były środki czystości, choć miotła i mop musiały leżeć na płask, bo ta część klitki miała może półtora metra wysokości. Podłoga wyłożona była tym samym ciemnoszarym linoleum co sala barowa, ale zamiast słabej woni pieczonego mięsa wisiał w powietrzu aromat kawy, warzyw i przypraw. A oprócz tego inny zapach, słaby i niezbyt przyjemny.

– No dobra – powiedziałem. – To jest spiżarnia. Wysprzątana i w pełni zaopatrzona. Masz piątkę z zarządzania zapasami, jeśli takie coś istnieje.

– Czym pachnie?

– Głównie przyprawami. Kawą. Może odświeżaczem powietrza. Nie jestem pewien.

– Uhm. Używam Glade. Bo pachnie tutaj czymś jeszcze. Mam rozumieć, że tego nie czujesz?

– Fakt, jest coś. Jakby siarka. Kojarzy mi się z zapachem spalonych zapałek. – Kojarzyło mi się też z gazami, jakie puszczaliśmy z rodziną po fasolce, którą mama robiła co sobota na kolację, ale nie chciałem tego powiedzieć. Czy od kuracji na raka się pierdzi?

– To jest siarka. I inne rzeczy, w tym ani odrobiny Chanel No. 5. To zapach fabryki, przyjacielu.

Następna dawka szaleństwa, ja jednak powiedziałem tylko (z absurdalną uprzejmością uczestnika cocktail party):

– Poważnie?

Znów się uśmiechnął, obnażając szczerby, w których jeszcze wczoraj rosły zęby.

– Przez grzeczność nie chcesz powiedzieć, że zakłady Worumbo zamknęli w czasach, kiedy król Ćwieczek koszulę w zębach nosił. Że, co więcej, prawie w całości spłonęły pod koniec lat osiemdziesiątych i dziś na ich miejscu stoi… – wskazał kciukiem za ramię – …tylko sklep fabryczny. Zwykła atrakcja turystyczna, jak Kennebec Fruit Company w czasie Festiwalu Moxie. Myślisz też sobie, że czas najwyższy złapać za komórkę i wezwać smutnych facetów w białych kitlach. Mam z grubsza rację, przyjacielu?

– Nikogo nie wezwę, bo nie zwariowałeś. – Wcale nie byłem tego taki pewny. – Ale to jest zwykła spiżarka, a stare Worumbo od ćwierć wieku nie wyprodukowało ani jednej beli materiału.

– Nikogo nie wezwiesz, co do tego masz rację, bo chcę, żebyś oddał mi swoją komórkę, portfel i wszystkie pieniądze, które masz w kieszeniach, z drobniakami włącznie. To nie napad; wszystko odzyskasz. Zgoda?

– Jak długo to potrwa, Al? Bo mam jeszcze kilka prac do sprawdzenia, zanim na dobre zamknę dziennik z tego roku szkolnego.

– Potrwa tyle, ile będziesz chciał, bo zabierze ci to tylko dwie minuty. To zawsze zajmuje dwie minuty. Chcesz, to pochodź godzinkę, rozejrzyj się, ale na twoim miejscu nie robiłbym tego, nie za pierwszym razem, bo to prawdziwy szok dla organizmu. Zobaczysz. Zaufasz mi w tej sprawie? – Coś, co zobaczył na mojej twarzy, sprawiło, że jego wargi ciaśniej opięły niepełne uzębienie. – Proszę. Proszę, Jake. Prośba umierającego.

Byłem pewien, że zwariował, ale byłem równie pewien, że mówi prawdę o swojej chorobie. Miałem wrażenie, że w czasie naszej krótkiej rozmowy jego oczy zapadły się jeszcze głębiej w oczodoły. No i był wyczerpany. Dwanaście kroków od boksu na jednym końcu baru do spiżarni na drugim i już słaniał się na nogach. I ta zakrwawiona chusteczka, przypomniałem sobie. Nie zapominaj o zakrwawionej chusteczce.

Poza tym… czasem po prostu łatwiej ulec, nie sądzicie? „Odpuść sobie i dopuść Boga”, jak mawiają na spotkaniach, na które chadza moja była, ja zaś stwierdziłem, że w tym przypadku odpuszczę sobie i dopuszczę Ala. Przynajmniej do pewnego stopnia. A poza tym, powiedziałem sobie, w tych czasach większe korowody są ze wsiadaniem do samolotu. Al nawet nie prosi, żebym postawił buty na taśmociągu.

Odpiąłem telefon od paska i położyłem na pudle z puszkami tuńczyka. Dodałem do tego portfel, mały zwitek banknotów, jakieś półtora dolara drobnymi i pęk kluczy.

– Klucze sobie zostaw, nie mają znaczenia.

Cóż, dla mnie miały, ale trzymałem gębę na kłódkę.

Al sięgnął do kieszeni i wyjął plik banknotów znacznie grubszy od tego, który położyłem na pudle. Podał mi go.

– Na drobne wydatki. Gdybyś chciał sobie kupić pamiątkę albo coś. No już, bierz.

– Dlaczego nie mogę płacić własnymi? – Wydawało mi się, że to całkiem rozsądne pytanie. Jakby ta zwariowana rozmowa w ogóle miała sens.

– Na razie się tym nie przejmuj – powiedział. – To doświadczenie odpowie na większość pytań lepiej, niż ja mógłbym to zrobić, nawet gdybym był w rewelacyjnej formie, a w tej chwili jestem najdalej, jak można, od rewelacyjnej formy. Weź te pieniądze.

Wziąłem pieniądze i przewertowałem je. Na górze były banknoty jednodolarowe, wyglądały normalnie. Potem natrafiłem na pięciodolarowy i ten wyglądał jednocześnie normalnie i nie. Nad portretem Abe’a Lincolna widniał napis SILVER CERTIFICATE, po lewej stronie była duża niebieska piątka. Obejrzałem banknot pod światło.

– To nie fałszywka, jeśli tego się obawiasz. – W głosie Ala brzmiało znużone rozbawienie.

Może nie – w dotyku wydawał się tak prawdziwy, na jaki wyglądał – ale nie było widocznego w prześwicie obrazu.

– Jeśli jest prawdziwy, to jest stary – powiedziałem.

– Schowaj te pieniądze do kieszeni, Jake, i już.

Zrobiłem to.

– Masz przy sobie kalkulator? Jakieś inne urządzenia elektroniczne?

– Nie.

– No to jesteś gotowy. Odwróć się twarzą do tylnej ściany spiżarki. – Zanim mogłem to zrobić, palnął się w czoło i powiedział: – Boże, gdzie ja mam głowę? Zapomniałem o Człowieku z Żółtą Kartką.

– O kim? Z czym?

– O Człowieku z Żółtą Kartką. Tak na niego mówię, nie wiem, jak się naprawdę nazywa. Masz, weź to. – Chwilę gmerał w kieszeni, po czym podał mi półdolarówkę. Nie widziałem ich od lat. Może od dzieciństwa.

Zważyłem ją w dłoni.

– Nie sądzę, żebyś chciał mi to dać. Musi być cenna.

– Jasne, że jest cenna, warta jest pół dolara.

Dostał ataku kaszlu – tym razem jakby trząsł nim silny wiatr – ale odpędził mnie machnięciem ręki, kiedy ruszyłem w jego stronę. Oparł się o stos pudeł, na którego wierzchu leżały moje rzeczy, splunął w zwitek serwetek, spojrzał, skrzywił się, po czym zmiął je w garści. Po jego wychudłej twarzy ściekał pot.

– Uderzenie gorąca czy coś. Cholerny rak rozregulował mi termostat razem ze wszystkim innym. Co do Człowieka z Żółtą Kartką, to niegroźny pijaczyna, ale jest inny niż wszyscy. Jakby coś wiedział. Myślę, że to tylko zbieg okoliczności… bo przypadkiem klapnął sobie niedaleko miejsca, w którym wyjdziesz… ale chcę cię uprzedzić, żebyś się nie zdziwił.

– Na razie kiepsko ci to idzie – stwierdziłem. – Nie mam za cholerę pojęcia, o czym mówisz.

– Powie: „Mam żółtą kartkę z zielonego sklepu, więc daj dolca, bo jeden dzisiaj wart jest dwa”. Jasne?

– Jasne. – Coraz większy obłęd.

– I rzeczywiście ma żółtą kartkę zatkniętą za rondo kapelusza. Pewnie to tylko wizytówka firmy taksówkowej, a może znaleziony w rynsztoku bon z Red and White, ale facet ma mózg przeżarty tanim winem i chyba myśli, że to coś jak Złoty Bilet Willy’ego Wonki. Ty odpowiesz: „Całego dolara nie mogę ci dać, ale masz tu pół”, i dasz mu pięćdziesięciocentówkę. Wtedy on może powiedzieć… – Al uniósł kościsty palec. – Może powiedzieć coś w stylu: „Co tu robisz” albo „Skąd się wziąłeś?”. Może nawet powiedzieć: „Nie jesteś ten sam facet co poprzednio” albo coś takiego. To wątpliwe, ale niewykluczone. Tylu jeszcze rzeczy o tym nie wiem. Cokolwiek powie, zostaw go przy suszarni… tam siedzi… i wyjdź przez bramę. Pewnie zawoła za tobą: „Wiem, że mógłbyś mi dać dolara, sknerusie jeden!”, ale nie zwracaj na niego uwagi. Nie oglądaj się za siebie. Przejdź przez tory i będziesz na skrzyżowaniu Main i Lisbon. – Obdarzył mnie ironicznym uśmiechem. – Potem, przyjacielu, świat należy do ciebie.

– Przy suszarni? – Mgliście pamiętałem, że coś kiedyś było w pobliżu miejsca, gdzie teraz stał bar, i może nawet rzeczywiście była to stara suszarnia Worumbo, ale dziś już nie został po niej ślad. Gdyby w tylnej ścianie przytulnej spiżarki było okno, nie widziałbym za nim nic oprócz wyłożonego cegłami dziedzińca i sklepu z kurtkami. Nazywał się Your Maine Snuggery. Zaraz po Bożym Narodzeniu zafundowałem tam sobie parkę North Face, i to po bardzo okazyjnej cenie.

– Mniejsza o suszarnię, pamiętaj tylko, co ci powiedziałem. A teraz się odwróć… właśnie tak… i zrób dwa, trzy kroki do przodu. Małe. Dziecięce. Jakbyś próbował znaleźć po ciemku szczyt schodów… tak ostrożnie.

Zrobiłem, co kazał, czując się przy tym jak największy pajac na świecie. Jeden krok… schylić głowę, żeby nie szorować nią o aluminiowy sufit… dwa kroki… teraz już trzeba lekko przykucnąć. Jeszcze kilka kroków i będę musiał klęknąć. A tego nie zamierzałem zrobić, nawet na prośbę umierającego.

– Al, to głupie. Jeśli nie chcesz, żebym ci przyniósł karton koktajli owocowych albo kilka tych pojemniczków z dżemem, nie mogę tutaj nic z…

I wtedy moja noga opadła w dół tak jak wtedy, kiedy zaczyna się schodzić ze schodów. Tyle że moja stopa wciąż twardo stała na ciemnoszarym linoleum. Widziałem ją.

– O właśnie – powiedział Al. Chrypa zniknęła z jego głosu, przynajmniej chwilowo; te słowa były ciche, pełne zadowolenia. – Znalazłeś to, przyjacielu.

Co znalazłem? Czego właściwie doświadczałem? Siła sugestii wydawała się najbardziej logicznym wytłumaczeniem, bo bez względu na to, co czułem, widziałem moją nogę na podłodze. Tylko że…

Zauważyliście, że kiedy zamyka się oczy w słoneczny dzień, pod powiekami zostaje obraz tego, na co człowiek patrzył? To było coś podobnego. Kiedy patrzyłem na swoją stopę, stała na podłodze. Ale kiedy mrugałem – albo milisekundę przed, albo milisekundę po zamknięciu oczu, nie wiedziałem, w którym dokładnie momencie – przez chwilę widziałem obraz mojej nogi na drewnianym schodku. I nie w mętnym świetle sześćdziesięciowatowej żarówki. W blasku słońca.

Zamarłem.

– Dalej – powiedział Al. – Nic ci się nie stanie, przyjacielu. Idź dalej. – Zakaszlał ostro i dodał rozpaczliwie brzmiącym charkotem: – Musisz to dla mnie zrobić.

Zrobiłem to więc.

Boże, dopomóż mi, zrobiłem to.

ROZDZIAŁ 2

1

Zrobiłem następny krok do przodu i zszedłem stopień niżej. Oczy wciąż mówiły mi, że stoję na podłodze spiżarni Al’s Diner, ale choć byłem wyprostowany, czubek mojej głowy nie ocierał się już o dach. Co, oczywiście, było niemożliwe. Od tego pomieszania wrażeń nieprzyjemnie zakotłowało mi się w żołądku. Czułem, jak kanapka z sałatką jajeczną i kawałek szarlotki, które zjadłem na lunch, szykują się do katapultowania.

Za moimi plecami – ale w pewnym oddaleniu, jakby stał po drugiej stronie ulicy, nie tuż za mną – Al powiedział:

– Zamknij oczy, przyjacielu, wtedy jest łatwiej.

Kiedy to zrobiłem, pomieszanie wrażeń natychmiast minęło. Było tak, jakby przestać robić zeza. Albo będąc na filmie 3D, włożyć te specjalne okulary – to trafniejsze porównanie. Prawą nogą zszedłem stopień niżej. To rzeczywiście były schody; kiedy wzrok był wyłączony, ciało nie miało co do tego wątpliwości.

– Jeszcze dwa i możesz otworzyć oczy – powiedział Al. Wydawało się, że stoi jeszcze dalej niż poprzednio. Na drugim końcu baru, nie w drzwiach spiżarni.

Opuściłem lewą nogę. Potem opuściłem prawą i nagle coś pyknęło mi w głowie, jak przy nagłej zmianie ciśnienia podczas lotu samolotem. Ciemność pod moimi powiekami poczerwieniała i poczułem ciepło na skórze. To były promienie słońca. Na pewno. A ten słaby zapach siarki stał się silniejszy, w skali uciążliwości organoleptycznej przeszedł z ledwo wyczuwalnego na czynnie drażniący. Co do tego też nie było wątpliwości.

Otworzyłem oczy.

Nie byłem już w spiżarni. Nie byłem też w Al’s Diner. Choć spiżarnia nie miała drzwi prowadzących na zewnątrz, byłem na zewnątrz. Na dziedzińcu. Tylko że nie był już wyłożony cegłami i nie otaczały go sklepy fabryczne. Pod nogami miałem kruszejący brudny cement. Kilka wielkich metalowych pojemników stało pod nagą białą ścianą w miejscu, gdzie powinien być sklep Your Maine Snuggery. Były wypełnione stosami czegoś i przykryte wielkimi jak żagle płachtami szorstkiej brązowej tkaniny jutowej.

Odwróciłem się, żeby spojrzeć na wielką srebrną przyczepę, w której mieścił się Al’s Diner, ale bar zniknął.

2

Tam, gdzie powinien być, wznosiła się potężna, dickensowska bryła zakładów tkackich Worumbo. Pracowały pełną parą. Słyszałem huczenie farbiarek i suszarek, „sza-SZUUU, sza-SZUUU” wielkich krosien tkackich, które niegdyś zajmowały całe piętro (widziałem zdjęcia tych machin, przy których pracowały kobiety w chustach na głowie i kombinezonach, w maleńkim budynku Towarzystwa Historycznego Lisbon w górnej części Main Street). Białawoszary dym wypływał ze wszystkich trzech wysokich kominów, obalonych przez gwałtowną wichurę w latach osiemdziesiątych.

Stałem obok dużego, pomalowanego na zielono budynku w kształcie sześcianu – suszarnia, domyśliłem się. Zajmował połowę dziedzińca. Zszedłem tu po schodach, ale teraz schodów nie było. Nie było powrotu. Wezbrała we mnie panika.

– Jake? – To był głos Ala, ale bardzo słaby. Zdawał się dochodzić do moich uszu wskutek zwykłej sztuczki akustycznej, jak dźwięk niosący się przez długi, wąski kanion. – Możesz wrócić tą samą drogą, którą tam przeszedłeś. Wymacaj schody.

Podniosłem lewą nogę, opuściłem ją i wyczułem stopień. Panika zelżała.

– Śmiało. – Ledwo słyszalne. Głos jak echo echa. – Rozejrzyj się trochę, potem wróć.

Z początku nigdzie nie poszedłem, tylko stałem i ocierałem usta dłonią. Miałem wrażenie, że oczy wyłażą mi z orbit. Ciarki przechodziły mi po głowie i wąskim pasie skóry pośrodku pleców. Byłem wystraszony, prawie przerażony, ale silna ciekawość równoważyła to i (na razie) odpierała panikę. Widziałem na betonie mój cień, wyraźny, jakby wycięty z czarnego sukna. Widziałem płaty rdzy na łańcuchu, który oddzielał suszarnię od reszty dziedzińca. Czułem potężny smród zanieczyszczeń buchających z trzech kominów, tak silny, że oczy piekły. Inspektor Agencji Ochrony Środowiska po jednym pociągnięciu nosem natychmiast zamknąłby te zakłady. Tyle że… nie sądziłem, by w okolicy byli jacyś inspektorzy Agencji Ochrony Środowiska. Nie byłem nawet pewien, czy już wymyślono Agencję Ochrony Środowiska. Wiedziałem, gdzie jestem; w Lisbon Falls w stanie Maine, w samym sercu powiatu Androscoggin.

Pytanie tylko kiedy.

3

Na łańcuchu wisiała tabliczka, której nie mogłem przeczytać – napis był po drugiej stronie. Ruszyłem do niej, zaraz jednak zawróciłem. Zamknąłem oczy i powoli, noga za nogą, poszedłem naprzód, przypominając sobie, żeby stawiać dziecięce kroczki. Kiedy moja lewa stopa uderzyła w najniższy stopień schodów prowadzących z powrotem do spiżarni Al’s Diner (przynajmniej taką miałem głęboką nadzieję), włożyłem rękę do tylnej kieszeni spodni i wyjąłem złożoną kartkę, notatkę od wielce szanownego szefa mojego wydziału: „Miłych wakacji i proszę nie zapomnieć o szkoleniu w lipcu”. Przez chwilę zastanawiałem się, co sądziłby o propozycji, żeby Jake Epping w przyszłym roku poprowadził sześciotygodniowy blok zajęć pod tytułem „Literatura podróży w czasie”. Potem oderwałem pasek z góry kartki, zmiąłem go i upuściłem na pierwszy stopień niewidzialnych schodów. Oczywiście, wylądował na ziemi, ale ważne, że wskazywał właściwe miejsce. Było ciepłe, bezwietrzne popołudnie i nie sądziłem, by mogło go stąd wywiać, ale na wszelki wypadek znalazłem kawałek betonu, który wykorzystałem jako przycisk do papieru. Wylądował na stopniu, ale wylądował też na skrawku notatki. Bo stopnia nie było. Przez głowę przeleciał mi urywek starej popowej piosenki: „Najpierw jest góra, potem góry nie ma, potem znowu jest”.

Rozejrzyj się trochę, powiedział Al, i postanowiłem to właśnie zrobić. Stwierdziłem, że skoro do tej pory nie straciłem rozumu, to jeszcze jakiś czas wytrzymam. Chyba że zobaczę paradę różowych słoni albo UFO wiszące nad komisem Johna Craftsa. Próbowałem sobie wmówić, że to nie dzieje się naprawdę, nie może dziać się naprawdę, ale nic z tego. Filozofowie i psycholodzy mogą się spierać o to, co jest rzeczywiste, a co nie, ale większość z nas, zwykłych zjadaczy chleba, zna i akceptuje materię otaczającego nas świata. To działo się naprawdę. Pomijając wszystko inne, halucynacja nie mogła tak śmierdzieć.

Łańcuch wisiał na wysokości ud. Pochyliłem się i przeszedłem pod nim. Po drugiej stronie tabliczki widniało namalowane czarną farbą od szablonu ostrzeżenie ZAKAZ WSTĘPU RURA KANALIZACYJNA W NAPRAWIE. Jeszcze raz obejrzałem się za siebie, nie zauważyłem nic, co by wskazywało, że w najbliższym czasie zanosi się na prace naprawcze, wszedłem za róg suszarni i omal się nie potknąłem o opalającego się tam mężczyznę. Nie żeby mógł się za bardzo opalić. Miał na sobie stary czarny płaszcz, który rozlewał się wokół niego jak bezkształtny cień. Na obu rękawach widziałem krakelury zaschniętych glutów. Ciało pod płaszczem było skrajnie wychudzone. Stalowosiwe włosy zwisały w splątanych strąkach wokół szorstkich od zarostu policzków. Krótko mówiąc, wzorcowy pijaczyna.

Na głowie miał zsuniętą do tyłu brudną fedorę, która wyglądała jak żywcem wyjęta z czarnego kryminału z lat pięćdziesiątych, jednego z tych filmów, w których wszystkie kobiety mają wielkie bufory, a mężczyźni mówią szybko, z papierosem tkwiącym w kąciku ust. I owszem, zza wstążki fedory, niby staroświecka legitymacja dziennikarska, sterczała żółta kartka. Kiedyś zapewne była jasnożółta, ale od częstego dotykania brudnymi palcami kolor stał się rozmazany.

Kiedy mój cień padł na jego kolana, Człowiek z Żółtą Kartką odwrócił się i obejrzał mnie zapuchniętymi oczami.

– A ty, kurwa, kto? – spytał, tyle że zabrzmiało to „a hy, huhfa, hto?”.

Al nie udzielił mi szczegółowych instrukcji, jak odpowiadać na pytania, więc powiedziałem to, co wydawało się najbezpieczniejsze.

– Nie twój zasrany interes.

– A idź się pierdol.

– W porządku – powiedziałem. – Czyli jesteśmy zgodni.

– Hę?

– Miłego dnia. – Ruszyłem do bramy, która stała otwarta na stalowej szynie. Za nią, po lewej stronie, zobaczyłem parking, którego nigdy wcześniej tam nie było. Zapełniały go samochody, większość zdezelowana, a wszystkie tak stare, że ich miejsce było raczej w muzeum motoryzacji. Widziałem buicki z otworami wentylacyjnymi w przednim błotniku i fordy z przodem jak dziób torpedy. One należą do prawdziwych robotników, pomyślałem. Prawdziwych robotników, którzy w tej chwili pracują w fabryce, opłacani od godziny.

– Mam żółtą kartkę z zielonego sklepu – powiedział pijak. Mówił tonem zaczepnym i zaniepokojonym jednocześnie. – Więc daj dolca, bo jeden dziś wart jest dwa.

Podałem mu pięćdziesięciocentówkę. Potem, czując się jak aktor, który ma w spektaklu tylko jedną kwestię, powiedziałem:

– Całego dolara nie mogę ci dać, ale masz tu pół.

„I wtedy masz mu ją dać”, powiedział Al, ale nie było takiej potrzeby. Człowiek z Żółtą Kartką sam wyrwał mi ją z ręki i podsunął sobie pod nos. Przez chwilę myślałem, że ją ugryzie, on jednak tylko objął monetę długimi palcami i zniknęła w jego garści. Znów mi się przyjrzał z niemal komicznie nieufną miną.

– Ty kto? Co tu robisz?

– Cholera wie – powiedziałem i odwróciłem się w stronę bramy. Spodziewałem się, że rzuci za mną następne pytania, ale była tylko cisza. Wyszedłem przez bramę.

4

Najnowszym samochodem na parkingu był plymouth fury z – jak sądzę – połowy albo końca lat pięćdziesiątych. Jego tablica rejestracyjna wyglądała jak prehistoryczna wersja tej, którą miałem na swoim subaru; na prośbę byłej żony zamówiłem taką z różową wstążką symbolizującą walkę z rakiem piersi. Tablica, na którą patrzyłem teraz, owszem, miała u dołu napis VACATIONLAND, ale była pomarańczowa, nie biała. Tak jak w większości stanów, numery rejestracyjne w Maine ostatnio zawierają litery – ten na moim subaru to 23383 IY – ale nowy czerwono-biały fury miał rejestrację 90-811. Bez liter.

Dotknąłem bagażnika. Był twardy i nagrzany od słońca. Rzeczywisty.

„Przejdź przez tory i będziesz na skrzyżowaniu Main i Lisbon. Potem, przyjacielu, świat należy do ciebie”.

Przed starą fabryką nie było torów kolejowych – przynajmniej w moich czasach – ale tutaj były, a jakże. I to nie jakieś zapomniane, zabytkowe. Były wyraźnie używane, lśniły. I gdzieś w oddali słyszałem „puf-puf” prawdziwego pociągu. Kiedy przez Lisbon Falls ostatnio jeździły pociągi? To musiało być, jeszcze zanim zamknęli zakłady tkackie, w czasach gdy U.S. Gypsum pracowało na pełnych obrotach.

Tylko że pracuje na pełnych obrotach, pomyślałem. Postawiłbym na to każde pieniądze. I zakłady też pracują. Bo to już nie jest druga dekada dwudziestego pierwszego wieku.

Znów ruszyłem naprzód, nawet tego nie zauważając – szedłem jak we śnie. Teraz stałem na rogu Main Street i drogi numer 196, znanej też jako Old Lewiston Road. Tylko że nie było w niej nic starego. A na ukos ode mnie, po drugiej stronie skrzyżowania, na przeciwległym rogu…

To było Kennebec Fruit Company, cokolwiek szumna nazwa jak na sklep, który balansował na krawędzi ruiny – przynajmniej tak mi się wydawało – przez dziesięć lat mojej pracy w LHS. Jego osobliwym raison d’être i jedynym źródłem utrzymania był moxie, ten najdziwniejszy z napojów. Frank Ancietti, właściciel Fruit Company, dobroduszny staruszek, powiedział mi kiedyś, że ludzkość z natury (i zapewne wskutek obciążenia genetycznego) dzieli się na dwie grupy: garstkę błogosławionych wybrańców, którzy cenią moxie ponad wszystkie inne napitki… i całą resztę. Frank nazywał całą resztę „niefortunnie upośledzoną większością”.

Kennebec Fruit Company z moich czasów jest wyblakłą żółto-zieloną budą z brudną witryną pozbawioną towarów… chyba że kot, który czasem tam śpi, jest na sprzedaż. Dach ugiął się pod ciężarem wielu śnieżnych zim. W asortymencie nie ma praktycznie nic oprócz pamiątek związanych z moxie: jasnopomarańczowe koszulki z hasłem MAM MOC MOXIE!, jasnopomarańczowe czapki, kalendarze w stylu retro, ozdobne blaszane tabliczki, które wyglądają retro, ale pewnie zostały wyprodukowane rok wcześniej w Chinach. Przez większą część roku w sklepie próżno wypatrywać klientów, a na większości półek – towarów… choć zawsze można dostać kilka słodkich przekąsek albo torebkę czipsów (pod warunkiem że lubi się takie z solą i octem). Lodówka z napojami zaopatrzona jest tylko w moxie. Lodówka na piwo stoi pusta.

Co roku w lipcu Lisbon Falls organizuje Festiwal Moxie. Są orkiestry, fajerwerki i parada z udziałem – przysięgam, że to prawda – udekorowanych platform reklamujących moxie i lokalnych królowych piękności w kostiumach kąpielowych w kolorze moxie, co oznacza pomarańczowy tak jaskrawy, że może przepalić siatkówkę oka. Marszałek Parady zawsze nosi przebranie Doktora Moxie, na które składa się biały kitel, stetoskop i to takie fikuśne lusterko na okalającej głowę opasce. Przed dwoma laty marszałkiem była dyrektorka LHS, Stella Langley. Do końca życia będą jej to pamiętać.

W trakcie festiwalu Kennebec Fruit Company budzi się do życia i świetnie prosperuje, głównie dzięki zdumionym turystom przejeżdżającym przez miasto w drodze do ośrodków wypoczynkowych w zachodnim Maine. Przez resztę roku jest to właściwie tylko pusta skorupa przeniknięta słabym aromatem moxie, zapachem, który zawsze przypominał mi – pewnie dlatego, że należę do niefortunnie upośledzonej większości – musterole, niewiarygodnie cuchnącą maść, którą mama z uporem wcierała mi w gardło i pierś, ilekroć się przeziębiłem.

Teraz po drugiej stronie Old Lewiston Road widziałem kwitnący interes w latach swojej świetności. Szyld nad drzwiami (7-UP ORZEŹWIA na górze, WITAMY W KENNEBEC FRUIT CO. na dole) był dość jasny, by miotać mi w oczy strzały słońca. Farba była świeża, dach nieugięty pod naporem sił przyrody. Ludzie wchodzili i wychodzili. A w witrynie, zamiast kota…

Pomarańcze, na Boga! W Kennebec Fruit Company kiedyś sprzedawali prawdziwe owoce. Kto by przypuszczał?

Ruszyłem na drugą stronę ulicy, ale się cofnąłem, kiedy nadjechał pochrapujący autobus międzymiastowy. Na tablicy nad przedzieloną przednią szybą widniał napis LEWISTON EXPRESS. Kiedy autobus zahamował przed przejazdem kolejowym, zobaczyłem, że większość pasażerów pali papierosy. Atmosfera w środku musiała być mniej więcej taka jak na Saturnie.

Kiedy autobus ruszył w dalszą drogę (zostawiając za sobą zapach podgrzanego diesla, który mieszał się z fetorem zgniłych jaj buchającym z kominów Worumbo), przeszedłem przez ulicę, zastanawiając się przelotnie, co by się stało, gdybym wpadł pod samochód. Czy zniknąłbym w błysku? A może obudziłbym się na podłodze spiżarni Ala? Pewnie ani jedno, ani drugie. Pewnie po prostu umarłbym tutaj, w przeszłości, o której wielu myśli z nostalgią. Zapewne dlatego, że zapomnieli, jak przeszłość cuchnie, albo w ogóle nie biorą pod uwagę tego aspektu złotych lat pięćdziesiątych.

Przed Fruit Company stał nastoletni chłopak. Nogę w czarnym bucie oparł o drewniany siding. Był w koszuli z postawionym na karku kołnierzem, włosy nosił uczesane na wczesnego Elvisa (fryzurę rozpoznałem ze starych filmów). W odróżnieniu od chłopców, których oglądałem na co dzień w szkole, nie miał koziej bródki ani nawet kępki zarostu pod podbródkiem. Uświadomiłem sobie, że w świecie, który odwiedziłem (przynajmniej miałem nadzieję, że to tylko wizyta), wyleciałby z LHS, gdyby pokazał się w szkole z choć jednym włoskiem na twarzy. Z miejsca.

Kiwnąłem mu głową. James Dean odpowiedział tym samym i rzucił:

– Siemasz, papciu.

Wszedłem do środka. Zadźwięczał dzwonek nad drzwiami. Zamiast kurzu i lekko gnijącego drewna poczułem zapach pomarańczy, jabłek, kawy i wonnego tytoniu. Po mojej prawej stał regał z komiksami bez okładek – „Archie”, „Batman”, „Captain Marvel”, „Plastic Man”, „Opowieści z krypty”. Ręcznie wypisana tabliczka nad tym skarbcem, który doprowadziłby do paroksyzmów każdego entuzjastę eBaya, ogłaszała KOMIKSY 5c/1 SZT. TRZY – 10c DZIEWIĘĆ – 25c NIE DOTYKAJ JEŚLI NIE ZAMIERZASZ KUPIĆ.

Po lewej stronie, na regale z gazetami, nie było „New York Timesa”, były za to „Portland Press-Herald” i ostatni niesprzedany „Boston Globe”. Nagłówek na pierwszej stronie „Globe” trąbił DULLES SKŁONNY DO USTĘPSTW, JEŚLI CZERWONE CHINY WYRZEKNĄ SIĘ UŻYCIA SIŁY NA FORMOZIE. Obie gazety datowane były na wtorek, 9 września 1958 roku.

5

Wziąłem „Globe” – kosztowała osiem centów – i podszedłem do barku z marmurową ladą, którego w moich czasach nie było. Za nim stał Frank Ancietti. To był on, na pewno, wszystko się zgadzało, nawet dystyngowane siwe skrzydła nad uszami. Tyle tylko, że w tej wersji – nazwijmy ją Frank 1.0 – był chudy, nie pulchny, i nosił okulary dwuogniskowe bez oprawki. Był też wyższy. Czując się jak obcy we własnym ciele, wsunąłem się na jeden ze stołków.

Kiwnął głową w stronę gazety.

– To wszystko, czy podać coś do picia?

– Byle zimne i nie moxie – usłyszałem swój głos.

Frank 1.0 się uśmiechnął.

– Nie sprzedaję tego, synu. Może być piwo korzenne?

– Brzmi kusząco. – I mówiłem prawdę. Zaschło mi w gardle, miałem rozpaloną głowę. Czułem się jak w gorączce.

– Za pięć czy dziesięć?

– Proszę?

– Piwo za pięć czy dziesięć centów? – Mówił z akcentem rodowitego mieszkańca Maine.

– Aha. Za dziesięć, jak sądzę.

– Cóż, dobrze pan sądzisz. – Otworzył lodówkę z lodami i wyjął oszroniony kufel wielkości mniej więcej dzbanka na lemoniadę. Napełnił go z kranika i poczułem zapach piwa korzennego, soczysty i mocny. Zgarnął piankę rączką drewnianej łyżki, po czym dolał do pełna i postawił kufel na ladzie. – Proszę. Razem z gazetą będzie osiemnaście centów. Plus cent dla gubernatora.

Wręczyłem mu jeden z zabytkowych banknotów dolarowych Ala i Frank 1.0 wydał resztę.

Spróbowałem piwa przez piankę na powierzchni. Zdumiewające! Było… pełne. Na wskroś pyszne. Nie wiem, jak to lepiej wyrazić. Ten od pół wieku nieistniejący świat cuchnął gorzej, niż mogłem przypuszczać, za to dużo lepiej smakował.

– Znakomite – powiedziałem.

– Hm? Cieszę się, że smakuje. Pan nie stąd, co?

– Nie.

– Spoza stanu?

– Z Wisconsin – powiedziałem. Nie całkiem kłamstwo; moja rodzina mieszkała w Madison do czasu, kiedy miałem jedenaście lat. Wtedy ojciec dostał pracę nauczyciela angielskiego na Uniwersytecie Południowego Maine. Od tego czasu tułałem się po tym stanie.

– Cóż, wybrał pan dobry moment na przyjazd – powiedział Ancietti. – Większości letników już nie ma, a po ich wyjeździe ceny zawsze idą w dół. Weźmy to, co pan pije. Po sezonie piwo korzenne za dziesięć centów kosztuje tylko dziesięć centów.

Zadźwięczał dzwonek nad drzwiami; skrzypnęły deski w podłodze. To było przyjazne skrzypienie. Kiedy ostatnio wyprawiłem się do Kennebec Fruit w (płonnej) nadziei na upolowanie rolki pastylek Tums, te deski stękały.

Za ladę wsunął się może siedemnastoletni chłopak. Ciemnowłosy, krótko ostrzyżony, prawie na jeża, ale niezupełnie. Nie mogłem nie zauważyć jego uderzającego podobieństwa do mężczyzny, który mnie obsłużył, i uświadomiłem sobie, że to właśnie jest mój Frank Ancietti. Człowiek, który zgarnął piankę z mojego piwa korzennego, był jego ojcem. Frank 2.0 nawet na mnie nie zerknął; dla niego byłem tylko jeszcze jednym klientem.

– Titus wziął wóz na podnośnik – powiedział do taty. – Mówi, że będzie gotowy na piątą.

– Cóż, to dobrze – odparł Ancietti senior i zapalił papierosa. Dopiero teraz zauważyłem, że na marmurowym blacie barku stał rządek małych ceramicznych popielniczek. Każda miała napisane z boku WINSTON. TAK SMAKUJE PAPIEROS. Ancietti spojrzał na mnie i powiedział: – Może wrzucić do piwa gałkę lodów waniliowych? Gratis. Zawsze dobrze traktujemy turystów, zwłaszcza spóźnionych.

– Dzięki, ale to mi wystarczy – powiedziałem zgodnie z prawdą. Myślałem, że jeszcze trochę słodyczy i głowę mi rozsadzi. Poza tym piwo było mocne; jakbym pił gazowane espresso.

Chłopak posłał mi uśmiech słodki jak napój w oszronionym kuflu – bez śladu wzgardliwego rozbawienia, które wyczuwałem u niedoszłego Elvisa sprzed sklepu.

– Czytaliśmy w szkole opowiadanie – powiedział – w którym miejscowi zjadają turystów, jeśli przyjadą po sezonie.

– Frankie, nie mówi się gościom takich rzeczy – ofuknął go pan Ancietti. Ale się uśmiechał.

– Nie ma sprawy – powiedziałem. – Sam omawiałem to opowiadanie z uczniami. Shirley Jackson, zgadza się? „Letnicy”.

– Tak, taki był tytuł – potwierdził Frank. – Nie bardzo zrozumiałem, o co w nim chodziło, ale mi się podobało.

Pociągnąłem następny łyk piwa korzennego i kiedy odstawiłem kufel (uderzył w marmurowy blat z przyjemnym dla ucha, solidnym łupnięciem), nie byłem zaskoczony, że nie zostało w nim prawie nic. Mógłbym się od tego piwa uzależnić, pomyślałem. Bije moxie na głowę.

Starszy Ancietti wydmuchnął kłąb dymu pod sufit, gdzie łopatki wentylatora leniwie go wciągnęły w niebieskie krokwie.

– Uczy pan w Wisconsin, panie…?

– Epping – powiedziałem. Byłem zbyt zaskoczony, by nawet pomyśleć o podaniu fałszywego nazwiska. – Tak, uczę. Ale wziąłem roczny urlop naukowy.

– To znaczy, że ma rok wolnego – powiedział Frank.