Holly - Stephen King - ebook + audiobook + książka

Holly ebook i audiobook

Stephen King

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

22 osoby interesują się tą książką

Opis

HOLLY GIBNEY, ukochana bohaterka Stephena Kinga w swojej własnej historii

Spotykamy ją w momencie, gdy zdążyła już przejść długą drogę – od Pana Mercedesa, w którym pojawiła się po raz pierwszy jako nieśmiała, ale odważna i szlachetna samotniczka, przez współpracę z Billem Hodgesem w Znalezione nie kradzione, do błyskotliwej, dzielnej detektywki z Outsidera. W Holly ekscentryczna śledcza musi zmierzyć się z parą genialnych, ale okrutnych przeciwników, którzy swoje tajemnice potrafią ukrywać jak nikt inny.

Gdy Penny Dahl zwraca się do agencji Uczciwi Znalazcy z prośbą o pomoc w odnalezieniu jej zaginionej córki, Holly Gibney nie ma ochoty brać jej sprawy na swoje barki. Detektywka znajduje się w ciężkiej sytuacji – jej partner Peter jest ciężko chory, a poza tym niedawno zmarła jej matka, z którą wiązała ją skomplikowana relacja. Odpuściłaby tę sprawę, gdyby nie to coś w głosie zdesperowanej klientki. Coś, co nie pozwala jej odmówić i zmusza do wyruszenia na poszukiwania sprawcy.

Holly nie wie jeszcze, że niedaleko od miejsca, gdzie zniknęła Bonnie Dahl, mieszka małżeństwo profesorów na emeryturze, osiemdziesięciolatkowie Rodney i Emily Harris. Z pozoru są typowymi przedstawicielami klasy średniej, zakochanymi w sobie staruszkami, jednak za drzwiami doskonale utrzymanego domu skrywają potworny sekret. Jak się okaże, Holly będzie musiała wykorzystać wszystkie swoje zdolności, by przechytrzyć bezwzględną i szalenie przebiegłą parę i odkryć prawdę – makabryczną, przerażającą i mrożącą krew w żyłach.

„Nie mógłbym pozwolić Holly Gibney odejść. W Panu Mercedesie miała być postacią epizodyczną, jednak koniec końców właściwie skradła całą powieść i moje serce. Holly to książka o niej.”

Stephen King

Biogram autora:

Stephen King (ur. 1947) nie bez powodu nazywany jest Królem Horroru. Napisał już ponad sześćdziesiąt nagradzanych książek, z których sławę i awans z pracownika pralni na najbogatszego pisarza Ameryki przyniosła mu Carrie (1974). To od niej zaczęło się pasmo prawdziwych bestsellerów – wśród nich znalazły się chociażby kultowe Miasteczko Salem (1975), Lśnienie (1977), Bastion (1978), cykl Mroczna Wieża (1982–2012), Smętarz dla zwierzaków (1983), To (1986), Misery (1987), Zielona mila (1996), Dallas 63 (2011), a także najnowsze powieści – Billy Summers (2021) i Baśniowa opowieść (2022). Dzieła Kinga, łączące gatunki takie jak horror, science fiction, sensacja, thriller i fantasy, rozeszły się w setkach milionów egzemplarzy i zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków. Były też wielokrotnie ekranizowane. Ich autor mieszka w stanie Maine z żoną, Tabithą King. Ma córkę i dwóch synów – pisarzy Owena Kinga (Śpiące królewny) i Joego Hilla (Locke & Key).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 598

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 19 godz. 38 min

Lektor: Mariusz Bonaszewski
Oceny
4,4 (316 ocen)
187
77
34
12
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Isgenaroth
(edytowany)

Z braku laku…

Miałem kiedyś kolegę, który gdy zaczynał coś opowiadać, to zanim zajął się sednem swojej opowieści, zahaczał najpierw o sprawy związane z wyginięciem dinozaurów, alkoholizmem Indian zamieszkujących rezerwaty i oczywiście wpływem monsunów na menstruację szarych myszek. Także bywało tak, że zanim następowała puenta, upływało dobre 30 minut albo słuchacze rezygnowali z uczestnictwa w rozmowie, lub nazwijmy to szczerze monologu Kazika (obecnie śp. Kazika, który zapewne teraz w Wieczności snuje swoje przydługie opowiastki). Lektura Holly Stephena Kinga jest właśnie wsłuchiwaniem się w taki monolog mojego nieodżałowanej pamięci kolegi. Z tą różnicą, że Stephen King zamiast wspomnianych przeze mnie tematów, dorzuca do niej bardzo dużo pandemii Covid-19 i jeszcze więcej politycznej poprawności i… politycznej poprawności. Wiele razy pisałem w swoich opiniach, że nie znoszę kiedy pisarz nachalnie stara się zarazić mnie swoimi przekonaniami. Uważam, że w Holly, King przesadza w wyrażaniu swoich...
164
12908P

Dobrze spędzony czas

a kiedy będzie na kindle?
120
kksiezniczka

Nie oderwiesz się od lektury

a kiedy kindle?
50
BestialReader

Nie polecam

Jakbym chciał poczytać książkę o covid, maseczkach, szczepionkach to bym szukał o tym, całe szczęście, że chociaż czytać mogłem bez ubrania maseczki i czytnika w lateksowych rękawiczkach dzierżyć nie musiałem. Brnięcie miast wciągającej lektury. Fabuła jakoś też nie wynagrodziła zdań typu rozmowa o informacjach zdobytych podczas pytania dzieciaków a zaraz oj aj nie mieliśmy maseczek. Jaja jakieś i wina Trumpa
51
michal0606

Całkiem niezła

Akcja bardzo ciekawa, od głównego wątku naprawdę nie można się oderwać. Po kilku latach covidu natomiast wątki covisowe po prostu wkurzają. Te 4 lata temu żyliśmy w takiej rzeczywistości jaka była, nie sposób było jej wtedy ocenić. Jednak teraz stawianie bohaterów na zasadzie dobrzy - osoby, które ufają rządzącym i stosują się do zaleceń, oraz źli: ci, którzy nie ufają w zalecenia jest po prostu irytująca
20

Popularność




Tytuł oryginału

HOLLY

Copyright © 2023 by Stephen King

All rights reserved

Projekt okładki

Will Staehle/Unusual Corporation

Ilustracje na okładce

3d_molier/Turbosquid

underworld/Shutterstock

Serhii Kalaba/Shutterstock

Redaktor inicjująca

Izabela Cupiał

Opieka redakcyjna

Jadwiga Mik

Redakcja

Joanna Serocka

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8352-600-3

Warszawa 2023

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Chucka Verrilla:

Redaktora, agenta, a nade wszystko przyjaciela.

1951–2022

Dzięki, Chuck.

Czasem wszechświat rzuca ci linę.

BILL HODGES

17 października 2012

1

Miasto jest stare i podobnie jak jezioro, nad którym je zbudowano, lata świetności ma za sobą, ale są tu miejsca, które wciąż całkiem ładnie wyglądają. Długoletni mieszkańcy zapewne zgodziliby się, że najładniejsza dzielnica to Sugar Heights, a najurokliwszą przecinającą ją ulicą jest Ridge Road, która biegnie łagodnym łukiem w dół od uczelni Bell College of Arts and Sciences do Deerfield Park oddalonego o trzy kilometry. Ridge Road mija wiele eleganckich domów, z których część należy do pracowników Bell College, a część do lokalnej elity – lekarzy, prawników, bankowców i wysoko postawionych członków zarządów firm. Większość tych nienagannie pomalowanych gmachów wzniesiono w stylu wiktoriańskim, z oknami wykuszowymi i fantazyjnymi zdobieniami.

Park, przy którym Ridge Road się kończy, nie jest tak duży jak ten, który rozsiadł się w centrum Manhattanu, ale niewiele mu do niego brakuje. Deerfield to chluba miasta i cały pluton ogrodników dokłada starań, żeby piękny pozostał. Owszem, jest ta zaniedbana zachodnia część nieopodal Red Bank Avenue zwana Gąszczem, gdzie po zmroku można się natknąć na tych, co handlują narkotykami bądź ich poszukują, a nawet zostać okradzionym, ale Gąszcz to tylko jeden z trzystu hektarów. Pozostałe są trawiaste, ukwiecone i poprzeplatane ścieżkami, którymi przechadzają się zakochani i przy których przysiadają na ławkach starsi panowie, żeby czytać gazety (ostatnio coraz częściej na elektronicznych urządzeniach), i kobiety, niekiedy z dziećmi w drogich wózkach, aby toczyć towarzyskie pogawędki. Są też dwa stawy i nad jednym z nich czasem widzi się mężczyzn i chłopców puszczających zdalnie sterowane łódki. Po drugim dostojnie pływają łabędzie i kaczki. Jest także plac zabaw dla maluchów. Brakuje tylko publicznego basenu; rada miasta co pewien czas wraca do tego pomysłu, po czym odkłada realizację na później. Koszty, rozumiecie.

Ten październikowy wieczór jest ciepły jak na tę porę roku, ale drobna mżawka zatrzymała w domach wszystkich oprócz jednego zagorzałego biegacza. To Jorge Castro, który prowadzi na Bell College zajęcia z twórczego pisania i literatury latynoamerykańskiej. Pomimo swojej specjalizacji jest Amerykaninem z krwi i kości; jak sam o sobie mawia, jest amerykański jak pie de manzana.

W lipcu skończył czterdziestkę i nie może się dłużej oszukiwać, że wciąż jest tym samym młodym lwem, który poznał smak sukcesu, gdy jego debiutancka powieść została bestsellerem. Kiedy stuknie ci czwarty krzyżyk, pora dać sobie spokój ze złudzeniami, że wciąż jesteś młodym czymkolwiek. Jeśli tego nie zrobisz – jeśli uwierzysz w budujące bzdety typu „czterdziestka to nowa dwudziestkapiątka” – ani się spostrzeżesz, a zaczniesz się zapuszczać. Początkowo po trochu, potem coraz szybciej i nagle, ni z tego, ni z owego, jesteś pięćdziesięciolatkiem z brzuszyskiem wylewającym się spod sprzączki paska i apteczką pełną leków na obniżenie cholesterolu. W wieku dwudziestu lat ciało wiele wybacza. Po czterdziestce, jeśli nawet wybacza, to tylko tymczasowo. Jorge Castro nie chce dożyć pięćdziesiątki po to tylko, by stwierdzić, że stał się jeszcze jednym amerykańskim flejtuchem, jakich wielu.

Kiedy masz czterdzieści lat, musisz zacząć o siebie dbać. Zatroszczyć się o swoją wewnętrzną maszynerię, bo nie wymienisz jej na nowszy model. Dlatego Jorge rano pije sok pomarańczowy (potas), po czym prawie codziennie je owsiankę (antyoksydanty), a na czerwone mięso pozwala sobie tylko raz w tygodniu. Gdy ma ochotę coś przekąsić, przeważnie otwiera puszkę sardynek. Są obfite w kwasy omega-3. (I smaczne!) Rankiem wykonuje proste ćwiczenia, a wieczorem biega, nie forsując się, by przewietrzyć swoje czterdziestoletnie płuca i dać czterdziestoletniemu sercu szansę, żeby pokazało, co potrafi (tętno spoczynkowe: 63). Jorge chce wyglądać i czuć się jak czterdziestolatek, kiedy dobije do pięćdziesiątki, ale los lubi płatać figle. Jorge Castro nie dożyje nawet czterdziestych pierwszych urodzin.

2

Trasa, której nie zmienia nawet w mżysty wieczór, wiedzie od domu, który dzieli z Freddym (mogą w nim mieszkać, dopóki jest pisarzem rezydentem), oddalonego o niespełna kilometr od uczelni, do parku. Tam rozciągnie plecy, wypije vitaminwater, którą ma w saszetce na brzuchu, i potruchta z powrotem. Mżawka o dziwo jest orzeźwiająca, poza tym nie ma innych biegaczy, spacerowiczów ani rowerzystów, których trzeba by omijać. Najgorsi są rowerzyści, bo uparcie roszczą sobie prawo do jazdy po chodniku, mimo że na ulicy wytyczono pas dla rowerów. Tego wieczoru Jorge ma cały chodnik dla siebie. Nie musi nawet machać do ludzi, którzy o tej porze zwykle wychodzą na swoje okazałe stare, ocienione ganki, żeby pooddychać wieczornym powietrzem; w taką pogodę nikt nie wyściubia nosa z domu.

Nikt oprócz starej poetki. Jest opatulona parką, chociaż temperatura o ósmej wieczorem sięga kilkunastu stopni, bo schudła do pięćdziesięciu kilogramów (lekarz stale narzeka na jej wagę) i źle znosi chłód. Jeszcze gorsza od chłodu jest wilgoć. Wytrwale siedzi jednak na zewnątrz, bo tego wieczoru budzi się w niej wiersz – trzeba tylko podważyć wieko i wydobyć go na wierzch. Od lata nie napisała ani słowa i musi ruszyć z czymś nowym, żeby nie zardzewieć. Musi pokazać klasę, jak mawiają jej studenci. Co ważniejsze, to może być dobry wiersz. A nawet wiersz konieczny.

Otwierać go musi opis mgły kłębiącej się wokół latarni ulicznych naprzeciwko ganku i od tego można będzie przejść do czegoś, co sama poetka określa „tajemnicą”. Która jest wszystkim. Mgła tworzy srebrzyste, piękne aureole, które poruszają się z wolna. Poetka nie chce użyć słowa „aureole”, bo jest zbyt oczywiste, zbyt leniwe. Prawie banał. Za to „srebrzyste”… a może po prostu „srebrne”…

Gubi wątek w chwili, gdy drugą stroną ulicy przebiega młody mężczyzna (dla osiemdziesięciodziewięciolatki czterdziestka to bardzo młody wiek). Jego kroki głośno dudnią na chodniku. Poetka wie, kto to; pisarz rezydent, którego alfą i omegą jest Gabriel García Márquez. Ze swoimi długimi ciemnymi włosami i cienkimi wąsikami-ciposmyrtkami przypomina jej czarującą postać z Narzeczonej dla księcia: „Zwę się Inigo Montoya, zabiłeś mi ojca, gotuj się na śmierć”. Ma na sobie żółtą kurtkę z odblaskowym pasem na plecach i niedorzecznie obcisłe spodnie do biegania. Gna jak do pożaru, być może powiedziałaby matka starej poetki. Albo jakby dzwonili na trwogę.

To jej nasuwa skojarzenie z dzwonami i wraca spojrzeniem na latarnię uliczną dokładnie naprzeciwko niej. Myśli: Biegnący nie słyszy srebra ponad nim / Te dzwony nie biją.

Źle, za dużo w tym prozy, za mało poezji, ale to już jakiś początek. Udało jej się wsunąć palce pod wieko wiersza. Teraz musi wejść do domu, wziąć notes, zacząć pisać. A jednak jeszcze kilka chwil siedzi na ganku i patrzy, jak srebrne kręgi kręcą się wokół latarni ulicznych. Aureole, myśli. Nie mogę użyć tego słowa, ale tak właśnie wyglądają, do licha.

Jeszcze tylko mignięcie żółtej kurtki biegacza i już zniknął w mroku. Stara poetka dźwiga się z grymasem – bolą ją biodra – i powłócząc nogami, wchodzi do domu.

3

Jorge Castro nieco zwiększa tempo. Złapał drugi oddech, płuca nabierają więcej powietrza, endorfiny buzują jak szalone. Z przodu już widać park, oświetlony pojedynczymi staromodnymi latarniami, które roztaczają mistyczny żółty blask. Przed opustoszałym placem zabaw jest mały parking, o tej porze opustoszały, nie licząc osobowego vana z otwartymi drzwiami bocznymi i rampą wysuniętą na mokry asfalt. U podnóża rampy siedzi starszy pan na wózku inwalidzkim, przy którym dłubie starsza pani klęcząca na jednym kolanie.

Jorge przystaje na chwilę i zgina się wpół, opierając dłonie o nogi tuż nad kolanami. Łapie oddech i przypatruje się vanowi. Na niebiesko-białej tylnej tablicy rejestracyjnej widnieje symbol wózka inwalidzkiego.

Kobieta, która ma na sobie pikowaną kurtkę i apaszkę, spogląda w stronę Jorgego. W pierwszej chwili nie bardzo może się zorientować, czy ją zna – mały rezerwowy parking jest kiepsko oświetlony.

– Halo! Coś się stało?

Kobieta wstaje. Staruszek na wózku, ubrany w zapinany sweter i kaszkiet, pozdrawia go słabym machnięciem ręki.

– Akumulator wysiadł – mówi kobieta. – Pan Castro, prawda? Jorge?

Teraz ją rozpoznaje. To profesor Emily Harris, która uczy literatury angielskiej… albo uczyła; zdaje się, że przeszła na emeryturę. A mężczyzną na wózku jest jej mąż, też nauczyciel. Jorge nie wiedział, że Harris jest niepełnosprawny, rzadko spotyka go na kampusie, inny wydział, inny budynek, ale z tego, co pamięta, kiedy ostatnio go widział, staruszek chodził o własnych siłach. Jego żonę widuje częściej, na rozmaitych spotkaniach kadry i imprezach dla snobów kulturalnych. Jorge ma wrażenie, że nie należy do jej ulubieńców, zwłaszcza od zebrania dotyczącego teraz już zlikwidowanych warsztatów poetyckich. Miało nieco burzliwy przebieg.

– Tak, to ja – mówi. – Domyślam się, że chcielibyście wrócić do domu i przeschnąć.

– Byłoby miło – odpowiada pan Harris. A może też ma tytuł profesora. Lekko drży; jego sweter jest cienki. – Mógłbyś mnie wwieźć po tej rampie, chłopcze? – Kaszle, odchrząkuje, znów kaszle. Jego żona, tak rzeczowa i apodyktyczna na zebraniach wydziałowych, wydaje się nieco zagubiona, do tego zmoknięta. Aż żal patrzeć. Jorge ciekaw jest, jak długo tu tkwią i dlaczego nie zadzwoniła po pomoc. Może nie ma telefonu, myśli. Albo zostawiła w domu. Starsi ludzie często zapominają o takich rzeczach. Chociaż ma dopiero jakieś siedemdziesiąt lat, może trochę więcej. Jej mąż na wózku wygląda starzej.

– Myślę, że to jest do zrobienia. Hamulec zwolniony?

– Tak, oczywiście – mówi Emily Harris i odsuwa się na bok, kiedy Jorge chwyta za rączki wózka i obraca go frontem do rampy. Cofa się z nim o kilka metrów, by nabrać rozpędu. Elektryczne wózki inwalidzkie bywają ciężkie. Ostatnie, czego chce, to wytracić impet w połowie drogi i bezradnie patrzeć, jak wózek zjeżdża z powrotem na dół. Albo, nie daj Boże, przechyla się na bok, zrzucając staruszka na asfalt.

– No to jedziemy, panie Harris. Proszę się trzymać, może trochę trząść.

Harris zaciska dłonie na poręczach wózka i Jorge zauważa, że staruszek ma całkiem szerokie bary. Pod tym cienkim swetrem najwyraźniej skrywają się spore muskuły. Cóż, ludzie, którzy tracą władzę w nogach, muszą to czymś zrekompensować. Jorge przyspiesza kroku u podnóża rampy.

– Hej, ho, Silver! – krzyczy pan Harris radośnie.

Do połowy rampy idzie łatwo, potem jednak wózek zaczyna tracić rozpęd. Jorge garbi plecy, wytęża siły i pcha mocniej. Kiedy spełnia ten dobrosąsiedzki uczynek, uderza go osobliwa myśl: tablice rejestracyjne z tego stanu są czerwono-białe, a van Harrisów, chociaż tak jak on mieszkają przy Ridge Road (często widuje Emily Harris w jej ogródku), ma tablice niebiesko-białe, takie, jakich używa się w stanie sąsiadującym z tym od zachodu. Jeszcze jedna dziwna sprawa: nie przypomina sobie, by kiedykolwiek zauważył tego vana na ulicy, choć nieraz widział Emily siedzącą sztywno jakby kij połknęła za kierownicą zgrabnego małego subaru z naklejką z nazwiskiem Obamy na tylnym zde…

Kiedy dociera na szczyt rampy, zgięty do prawie horyzontalnej pozycji, z wyciągniętymi przed siebie ramionami i butami wpartymi w podłoże, jakiś owad ucina go w kark. Chyba duży, bo wokół miejsca użądlenia rozchodzi się palący ból, może osa, i następuje reakcja alergiczna. Jorge nigdy przedtem niczego takiego nie doświadczył, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz, i nagle mąci mu się w oczach, jego ręce słabną. Podeszwy butów ślizgają się na mokrej rampie i opada na jedno kolano.

Wózek stoczy się do tyłu prosto na mnie…

Tak się jednak nie dzieje. Rodney Harris pstryka przełącznikiem i wózek wjeżdża do vana z dziarskim buczeniem. Rzekomy inwalida skacze na równe nogi, żwawym krokiem podchodzi do rozsuniętych drzwi i spogląda w dół, na mężczyznę, który klęczy na rampie z włosami przyklejonymi do czoła i policzkami zroszonymi mżawką jak potem. Jorge po chwili pada na twarz.

– Zobacz! – krzyczy Emily półgłosem. – Idealnie!

– Pomóż mi – mówi Rodney.

Żona, która jak Jorge ma na nogach buty do biegania, łapie nieprzytomnego za kostki. Jej mąż chwyta jego ramiona. Wciągają go do samochodu. Rampa się wsuwa. Rodney (nawiasem mówiąc, rzeczywiście jest profesorem) siada w fotelu kierowcy. Emily klęka i krępuje ręce Jorgego w nadgarstkach opaskami zaciskowymi, choć to pewnie zbytek ostrożności. Jorge śpi jak kamień (porównanie, które na pewno nie przypadłoby starej poetce do gustu) i głośno chrapie.

– Wszystko w porządku? – pyta Rodney Harris, pracownik katedry nauk biologicznych Bell College.

– Wszystko w porządku! – Głos Emily drży z podniecenia. – Udało się, Roddy! Dorwaliśmy sukinsyna!

– Wyrażaj się, duszko – mówi Rodney. Po czym się uśmiecha. – Ale tak. W istocie się udało. – Wyjeżdża z parkingu i rusza pod górę.

Stara poetka podnosi wzrok znad swojego roboczego notatnika z rysunkiem małych czerwonych taczek na okładce, zauważa przejeżdżającego vana i znów pochyla się nad wierszem.

Van skręca pod dom przy Ridge Road 93, w którym Harrisowie mieszkają już prawie dwadzieścia pięć lat. Ich własność, nie uczelni. Jedne z dwojga drzwi garażowych podnoszą się; van wjeżdża na stanowisko po lewej stronie; drzwi garażowe się zamykają; na Ridge Road znów nie ma żywej duszy. Mgła wiruje wokół latarni.

Aureolami.

4

Jorge pomału odzyskuje świadomość. Głowa mu pęka, w ustach zaschło, żołądek się buntuje. Nie ma pojęcia, ile wypił, ale pewnie sporo, bo kac jest dotkliwy. I gdzie właściwie pił? Na imprezie wydziałowej? Na seminarium pisarskim, na którym niemądrze postanowił dać w gaz jak w dawno minionych czasach studenckich? A może zalał się po najnowszej kłótni z Freddym? Nie, żadna z tych opcji raczej nie wchodzi w grę.

Otwiera oczy przygotowany, że blask porannego słońca przeszyje bólem jego biedną zmaltretowaną głowę, ale światło jest łagodne. Miłe, w sam raz dla kogoś w jego obecnym opłakanym stanie. Zdaje się, że leży na futonie, a może na macie do jogi. Obok stoi wiadro, plastikowe, takie od mopa, jakie sprzedają w Walmarcie czy Dollar Tree. Wie, do czego ma służyć, i natychmiast zaczyna rozumieć, co musiały czuć psy Pawłowa na dźwięk dzwonka, bo na sam widok tego kubła dostaje skurczu żołądka. Podrywa się na klęczki i gwałtownie wymiotuje. Ma chwilę przerwy, dość długą, by wziąć parę oddechów, po czym znów szarpią nim torsje.

Żołądek mu się uspokaja, za to głowa przez chwilę boli tak potwornie, jakby miała zaraz pęknąć i spaść w dwu kawałkach na podłogę. Zamyka wilgotniejące oczy i czeka, aż to minie. Ból w końcu słabnie, ale smak wymiocin w ustach, ich zapach są nie do zniesienia. Nie podnosząc powiek, po omacku sięga po wiadro i spluwa, aż usta choć częściowo się oczyszczają.

Znów otwiera oczy, unosi głowę (ostrożnie) i widzi kraty. Jest w klatce. Przestronnej, owszem, ale wciąż klatce. Po drugiej stronie krat jest długie pomieszczenie. Oświetlenie sufitowe musi być regulowane reostatem, bo panuje półmrok. Jorge widzi betonową podłogę, która wygląda na tak czystą, że można by z niej jeść – nie żeby miał na to ochotę. Część pomieszczenia przed klatką jest pusta. Pośrodku są schody. Szczotka do zamiatania stoi oparta o poręcz. Za schodami znajduje się dobrze wyposażony warsztat z narzędziami wiszącymi na kołkach i piłą taśmową. Jest też piła ukośnica – porządny sprzęt, na pewno nietani. Kilka przycinarek i sekatorów do żywopłotu. Komplet kluczy francuskich, starannie zawieszonych od największego do najmniejszego. Rząd chromowanych gniazdek na stole warsztatowym obok drzwi prowadzących… dokądś. Standardowy ekwipunek majsterkowicza, wszystko na oko dobrze utrzymane.

Pod piłą taśmową nie ma trocin. Za nią stoi machina, jakiej Jorge w życiu nie widział: duża, żółta, klocowata, prawie wielkości przemysłowego klimatyzatora. Może to rzeczywiście klimatyzator, bo wychodzi z niego gumowa rura wpuszczona w wyłożoną boazerią ścianę, ale jeśli tak, w niczym nie przypomina znanych mu urządzeń tego typu. Nazwa producenta musi być z drugiej, niewidocznej dla niego, strony.

Rozgląda się po klatce i przeraża go to, co widzi. Nawet nie chodzi o butelki wody Dasani na pomarańczowej skrzynce zastępującej stolik. Bardziej niepokojący jest niebieski plastikowy pojemnik, który przycupnął w kącie pod pochyłym sufitem. To przenośny sedes, taki, z jakich korzystają chorzy, kiedy jeszcze mogą się podnieść z łóżka, ale już nie są w stanie dojść do najbliższej toalety.

Jorge na razie nie ma siły wstać, więc czołga się do sedesu i unosi klapę. Widzi niebieską wodę na dnie miski i czuje zapach środka odkażającego, tak mocny, że oczy znów mu łzawią. Opuszcza klapę i na kolanach wraca na futon. Nawet tak mocno zamulony jak teraz wie, co oznacza obecność przenośnego kibla: ktoś zamierza go tu długo więzić. Został uprowadzony. Nie przez jeden z karteli, jak w Katalepsji, jego powieści, nie w Meksyku, nie w Kolumbii. Na pozór to zupełnie niedorzeczne, ale porwała go para podstarzałych profesorów, w tym jego koleżanka z pracy. I jeśli trzymają go w swojej piwnicy, to znaczy, że jest niedaleko od własnego domu, gdzie Freddy teraz pewnie czyta w salonie z filiżanką…

Chociaż nie. Freddy’ego nie ma, przynajmniej na razie. Odszedł po ostatniej kłótni, jak zwykle obrażony.

Jorge ogląda kraty. Stalowe, porządnie zespawane. Wykonane pewnie tutaj, w tym warsztacie – z całą pewnością nie istnieją sklepy z wyposażeniem więzień, w których można coś takiego zamówić – a mimo to wyglądają dość solidnie. Chwyta jeden pręt obiema dłońmi i próbuje nim potrząsnąć. Ani drgnie.

Spogląda na sufit i widzi białe płytki z wywierconymi dziurkami. Izolacja akustyczna. Dostrzega też coś jeszcze: szklane oko patrzące w dół. Podnosi twarz do niego.

– Jesteście tam? Czego chcecie?

Nic. Żadnego odzewu. Mógłby krzyknąć, żeby go wypuścili, ale co by to dało? Czy zamykasz kogoś w klatce w piwnicy (bo to musi być piwnica) z wiadrem na rzygi i przenośnym sraczem po to tylko, by przybiec na pierwsze jego wołanie i powiedzieć „Przepraszam, przepraszam, zaszła wielka pomyłka”?

Musi się odlać – pęcherz mu zaraz pęknie. Wstaje, przytrzymując się krat, żeby nie przeciążać nóg. Głowę przeszywa kolejna błyskawica bólu, ale już nie jest tak źle jak wtedy, kiedy powoli wracał do przytomności. Wlecze się do przenośnego sedesu, podnosi klapę, rozpina rozporek i próbuje sikać. Początkowo nie może, choć bardzo mu się chce. Jorge nie lubi się załatwiać w obecności innych osób, unika stadnych pisuarów, kiedy chodzi na mecze, i w tej chwili nie może przestać myśleć o obserwującym go szklanym oku. Jest odwrócony do niego plecami, to trochę pomaga, ale niewystarczająco. Liczy w pamięci, ile dni zostało do końca miesiąca, potem za ile dni będzie Boże Narodzenie, stare dobre feliz navidad, i to wreszcie skutkuje. Sika prawie całą minutę, po czym chwyta jedną z butelek dasani. Najpierw przepłukuje usta i spluwa do odkażonej wody, potem pije do dna.

Podchodzi z powrotem do krat i patrzy na długie pomieszczenie: pustą część na wprost klatki, schody, warsztat. Jego oczy uparcie wracają do piły taśmowej i ukośnicy. Niezbyt miło oglądać takie przyrządy, kiedy jesteś uwięziony, ale trudno ich nie zauważać. Trudno nie myśleć o przenikliwym skowycie, z jakim taka piła taśmowa jak ta przerzyna sosnę lub cedr: ZIIIIUUUUU.

Pamięta przebieżkę w mżącym deszczu. Pamięta Emily i jej męża. Pamięta, jak go nabrali, po czym coś mu wstrzyknęli. Dalej jest tylko czarna dziura, do chwili, kiedy ocknął się tutaj.

Dlaczego? Dlaczego mieliby zrobić coś takiego?

– Chcecie pogadać?! – woła do szklanego oka. – Jestem gotowy. Powiedzcie tylko, o co wam chodzi!

Nic. W pomieszczeniu panuje martwa cisza, przerywana tylko szuraniem nóg Jorgego i cichym pobrzękiwaniem obrączki ślubnej, którą nosi, o jeden z prętów. To nie jego obrączka; nie są z Freddym małżeństwem. Przynajmniej jeszcze nie, a może i nigdy nie będą, jak tak dalej pójdzie. Jorge ściągnął tę obrączkę ojcu z palca w szpitalu, kilka minut po tym, jak Papiumarł. Od tamtej pory ją nosi.

Jak długo tu jest? Spogląda na zegarek, ale on nic mu nie powie: jest nakręcany, jeszcze jedna pamiątka po ojcu, i stanął o pierwszej piętnaście. Nie wiadomo, czy w nocy, czy po południu. W dodatku nie pamięta, kiedy ostatnio go nakręcił.

Harrisowie. Emily i Ronald. A może Robert? Wie, kim są, a to raczej źle wróży, prawda?

To może źle wróżyć, poprawia się w duchu. Nie musi.

Ponieważ nie ma sensu krzyczeć ani wrzeszczeć w wygłuszonym pomieszczeniu – tylko znów rozbolałaby go głowa, i to wściekle – siada na futonie i czeka, aż coś się wydarzy. Aż ktoś przyjdzie i wyjaśni, co jest, kurwa, grane.

5

To, co mu wstrzyknęli, najwyraźniej jeszcze działa, bo Jorge zapada w drzemkę, ze spuszczoną głową i strużką śliny ściekającą z kącika ust. Jakiś czas później – nadal pierwsza piętnaście, według zegarka Papiego – w górze otwierają się drzwi i ktoś schodzi po schodach. Jorge podnosi głowę (następna błyskawica bólu, ale do zniesienia) i widzi najpierw czarne trampki, potem skarpetki do kostek i wąskie brązowe spodnie, i wreszcie kwiecisty fartuszek. To Emily Harris. Niesie tacę.

Jorge wstaje.

– Co tu się dzieje?

Kobieta nie odpowiada, tylko stawia tacę może pół metra od klatki. Na tacy jest pękata brązowa saszetka wciśnięta do dużego plastikowego kubka, takiego, jaki napełnia się kawą przed długą podróżą. Obok stoi talerz, na którym leży jakieś paskudztwo: kawał ciemnoczerwonego mięsa pływający w jeszcze ciemniejszym czerwonym płynie. Na sam widok Jorgemu znów zbiera się na wymioty.

– Jeśli sądzisz, że to zjem, Emily, grubo się mylisz.

Kobieta bez słowa bierze szczotkę i popycha nią tacę po betonowej podłodze. U dołu klatki jest klapka na zawiasach (zaplanowali to, myśli Jorge), przesłaniająca kilkunastocentymetrowej wysokości otwór. Kubek przewraca się, kiedy uderza w jego górną krawędź, i taca wsuwa się do wnętrza. Kobieta cofa szczotkę i klapka opada. Mięso pływające w kałuży krwi to, zdaje się, surowa wątróbka. Emily Harris prostuje plecy, odstawia szczotkę na miejsce, odwraca się… i uśmiecha do Jorgego. Jakby byli na pieprzonym koktajl party czy coś.

– Nie zjem tego – upiera się Jorge.

– Zjesz – mówi ona.

To powiedziawszy, wraca na górę. Jorge słyszy trzask zamykanych drzwi, potem szczęk, pewnie zasuwanego rygla.

Kiedy patrzy na surową wątróbkę, znów chce mu się rzygać, wyjmuje jednak saszetkę z kubka. To coś o nazwie Ka’Chava. Według etykiety z zawartego w opakowaniu proszku powstaje „bogaty w substancje odżywcze napój, który da ci siłę do przygód”.

Jorge uważa, że w ciągu ostatnich cholera wie ilu godzin miał tyle przygód, że wystarczy mu do końca życia. Wkłada saszetkę z powrotem do kubka i siada na futonie. Odsuwa tacę na bok, nie patrząc na nią. Zamyka oczy.

6

Drzemie, budzi się, znów zapada w drzemkę, po czym budzi się na dobre. Głowa już prawie nie boli, żołądek się uspokoił. Nakręca zegarek Papiego i ustawia wskazówki na dwunastą. A może na północ. Nieważne; grunt, że będzie mógł śledzić upływ czasu. Kiedyś w końcu ktoś – może męska połowa tej porąbanej pary profesorów – powie mu, dlaczego tu jest i co musi zrobić, by się stąd wydostać. Jorge domyśla się, że logiki w tym nie będzie za grosz, bo ci dwoje to niewątpliwie czystej wody wariaci. Wielu profesorów ma nierówno pod sufitem, obskoczył wystarczająco dużo uczelni w charakterze pisarza rezydenta, by to wiedzieć – ale Harrisowie wynieśli to na zupełnie nowy poziom.

Ostatecznie wyciąga saszetkę ka’chavy z kubka, w którym niechybnie ma zmieszać jej zawartość z wodą z ostatniej zachowanej butelki dasani. Kubek pochodzi z Dillon’s, parkingu dla ciężarówek w Redlund, gdzie Jorge czasem je śniadanie z Freddym. Chciałby tam być w tej chwili. Ba, chciałby teraz być w kaplicy Ayersa i słuchać jednego z nudnych kazań wielebnego Gallatina. Wolałby nawet siedzieć pod gabinetem lekarza i czekać na badanie proktologiczne. Byle nie być tutaj.

Nie ma powodu ufać tym szurniętym Harrisom na tyle, żeby jeść, co dają, ale teraz, kiedy mdłości minęły, jest głodny. Przed bieganiem zawsze przegryza coś lekkiego, bardziej kaloryczny posiłek przygotowuje po powrocie. Saszetka jest hermetycznie zamknięta, co znaczy, że w środku zapewne nie ma nic groźnego, Jorge jednak uważnie ogląda opakowanie, wypatrując śladów nakłucia igłą (strzykawką), zanim je rozrywa i wsypuje zawartość do kubka. Wlewa wodę, zamyka wieczko i mocno potrząsa, zgodnie z instrukcją. Bierze mały łyk na próbę, po czym wypija do dna. Szczerze wątpi, by produkt ten rzeczywiście inspirowany był „mądrością starożytnych”, jak głosi etykieta, ale jest całkiem smaczny. Czekoladowy. Jak frappé, gdyby frappé powstawało ze składników pochodzenia roślinnego.

Kiedy już wypił wszystko, znów spogląda na surową wątróbkę. Próbuje wypchnąć tacę przez klapkę, ale początkowo nie może, bo klapka otwiera się tylko do wewnątrz. Wciska paznokcie pod dolną krawędź i ją podnosi. Wysuwa tacę z klatki.

– Hej! – krzyczy do szklanego oka, które patrzy na niego z góry. – Hej, czego chcecie? Porozmawiajmy! Dogadajmy się!

Nic. Cisza.

7

Mija sześć godzin.

Tym razem po schodach schodzi Harris płci męskiej. Jest w piżamie i kapciach. Ma szerokie bary, ale poza tym jest chudy i piżama – w wozy strażackie, jakby dziecięca – na nim wisi. Kiedy Jorge Castro patrzy na tego starego dziadka, ogarnia go poczucie nierzeczywistości – czy to może się dziać naprawdę?

– Czego chcecie?

Harris nie odpowiada, tylko patrzy na wzgardzoną tacę na betonowej podłodze. Spogląda na klapkę, potem znów na tacę. I jeszcze parę razy to samo: taca, klapka, taca, klapka. Wreszcie idzie po szczotkę i wsuwa tacę z powrotem do klatki.

Jorge ma tego dosyć. Przytrzymuje klapkę i wypycha tacę na zewnątrz. Krwista kałuża wylewa się z talerza i ochlapuje mankiet nogawki spodni od piżamy Harrisa. Profesor opuszcza szczotkę, by wsunąć tacę z powrotem, uznaje jednak, że to byłaby gra zerojedynkowa. Opiera szczotkę o schody i rusza na górę. Pomijając szerokie bary, wygląda dość mizernie, ale zakłamany skurwysyn wydaje się całkiem zwinny.

– Wracaj – mówi Jorge. – Porozmawiajmy o tym jak mężczyzna z mężczyzną.

Harris spogląda na niego i wzdycha niczym anielsko cierpliwy rodzic, który musi się użerać z krnąbrnym brzdącem.

– Dostaniesz jeść, kiedy będziesz chciał – mówi. – Chyba to ustaliliśmy.

– Nie zjem tego, powiedziałem to już twojej żonie. Nie dość, że jest surowa, to jeszcze leży w temperaturze pokojowej… – Spogląda na zegarek Papiego. – Ponad sześć godzin.

Szalony profesor bez słowa wchodzi na górę. Drzwi się zamykają. Rygiel się zasuwa. Trzask.

8

Zegarek Papiego pokazuje dziesiątą, kiedy Emily schodzi na dół. Zamieniła wąskie brązowe spodnie na kwiecisty szlafrok i kapcie. To już następna noc?, myśli Jorge. Czy to możliwe? Na jak długo ten zastrzyk mnie uśpił? Utrata rachuby czasu z jakiegoś powodu budzi w nim jeszcze większy niepokój niż widok tego tężejącego płata mięcha. Do zagubienia w czasie trudno przywyknąć. Jest jednak coś jeszcze, co ciężko mu znieść.

Kobieta spogląda na tacę. Spogląda na niego. Uśmiecha się. Rusza do wyjścia.

– Hej – mówi Jorge. – Emily.

Nie odwraca się, ale staje u podnóża schodów i słucha.

– Potrzebuję więcej wody. Jedną butelkę wypiłem, drugą zużyłem, żeby zrobić tego shake’a. Swoją drogą, był niezły.

– Ani kropli więcej, dopóki nie zjesz obiadu – odpowiada ona i wchodzi na górę.

9

Czas mija. Cztery godziny. Pragnienie stało się bardzo dokuczliwe. Nie umiera od tego ani nic w tym rodzaju, ale bez wątpienia jest odwodniony po rzyganiu, a ten shake… czuje, że oblepił mu ściany gardła. Wodą mógłby to spłukać. Wystarczyłby jeden, dwa łyki.

Spogląda na przenośny sedes, ale nie jest z nim jeszcze tak źle, by próbował pić odkażoną wodę. Do której już dwa razy szczałem, myśli.

Podnosi oczy na obiektyw kamery.

– Porozmawiajmy, co? Proszę – mówi i po chwili wahania dodaje: – Błagam. – Słyszy, że głos mu się łamie. Sucho.

Nic. Cisza.

10

Następne dwie godziny.

Pragnienie teraz już bez reszty zaprząta jego myśli. Czytał opowieści o tym, jak to rozbitkowie dryfujący po oceanie ostatecznie zaczynają pić to, po czym płyną, choć picie wody morskiej to najkrótsza droga do szaleństwa. Tak się przynajmniej uważa, a czy to prawda, czy nie, nie jest istotne w jego obecnej sytuacji, bo od najbliższego oceanu dzieli go prawie półtora tysiąca kilometrów. Tutaj nie ma nic oprócz trucizny w przenośnym sedesie.

Jorge w końcu kapituluje. Wciska palce pod klapkę, podnosi się na ramieniu i sięga po tacę. Zrazu nie może jej chwycić, bo krawędź jest śliska od soków z wątróbki. Zamiast przyciągnąć do siebie, niechcący odpycha ją kawałek dalej po betonowej podłodze. Wysuwa rękę najdalej jak może i jego palce nareszcie zaciskają się na skraju tacy. Wciąga ją przez klapkę. Spogląda na mięso, czerwone jak odsłonięty mięsień, po czym zamyka oczy i podnosi wątróbkę z talerza. Opada mu na nadgarstki; jest zimna w dotyku. Nie otwierając oczu, bierze kęs. Żołądek podchodzi mu do gardła.

Nie myśl o tym, mówi sobie. Przeżuwaj i przełykaj.

W konsystencji jest jak surowa ostryga. Albo flegma. Jorge otwiera oczy i podnosi wzrok na szklany obiektyw. Widzi go jak przez mgłę, bo płacze.

– Wystarczy?

Nic. Cisza. Zresztą, to nawet nie był kęs, najwyżej kęsik. Tak dużo jeszcze zostało.

– Dlaczego?! – krzyczy. – Dlaczego to robicie? Czemu to służy?

Nic. Żadnej reakcji. Może nie mają głośnika, Jorge jednak w to nie wierzy. Jest przekonany, że widzą go i słyszą, a skoro go słyszą, to mogliby coś odpowiedzieć.

– Nie mogę – mówi, zanosząc się coraz bardziej rozpaczliwym płaczem. – Zjadłbym to, gdybym mógł, ale, kurwa, nie mogę.

A jednak przekonuje się, że może. Kęs po kęsie zjada surową wątróbkę. Początkowo dostaje odruchów wymiotnych, ale mdłości z czasem przechodzą.

Chociaż to nie tak, myśli Jorge, patrząc na kałużę ścinającej się czerwonej galarety na poza tym pustym talerzu. Nie przeszły same z siebie, zmusiłem je do uległości.

Pokazuje talerz szklanemu oku. Z początku znów nie ma żadnej reakcji, po czym drzwi na świat otwierają się i kobieta schodzi po schodach. Ma wałki we włosach. Twarz posmarowała jakimś kremem na noc. W dłoni trzyma butelkę wody Dasani. Stawia ją na betonie, poza zasięgiem Jorgego, po czym bierze szczotkę do zamiatania.

– Wypij to, co zostało na talerzu – mówi.

– Proszę – szepcze Jorge. – Nie róbcie tego. Przestańcie. Proszę.

Profesor Emily Harris z wydziału anglistyki – być może emerytowana, ale wciąż prowadząca zajęcia i seminaria, a także uczestnicząca w zebraniach kadry – nie odzywa się ani słowem. Spokój w jej oczach ostatecznie przekonuje Jorgego. To tak jak w tej starej bluesowej pieśni: daremne twe łzy, daremne błagania.

Przechyla talerz i wlewa galaretowatą ciecz do ust. Kilka kropel spada mu na koszulę, ale większość krwi dostaje się do gardła. Jest słona i wzmaga pragnienie. Jorge pokazuje kobiecie talerz, pusty, nie licząc kilku czerwonych plam. Spodziewa się usłyszeć, że te resztki też ma zjeść – zebrać je palcem i ssać go jak krwawego lizaka – tak się jednak nie dzieje. Kobieta przewraca butelkę dasani na bok i szczotką wpycha ją do klatki. Jorge pospiesznie zdejmuje zakrętkę i wypija połowę w kilku łykach.

Rozkosz!

Kobieta opiera szczotkę o schody i rusza z powrotem na górę.

– Czego chcecie? Powiedzcie, czego chcecie, a to zrobię! Przysięgam na Boga!

Emily zatrzymuje się na chwilę, dość długą, by wypowiedzieć jedno słowo: Maricon. Potem idzie dalej. Drzwi się zamykają. Rygiel się zasuwa.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI