Ręka mistrza - Stephen King - ebook + audiobook + książka

Ręka mistrza ebook i audiobook

Stephen King

4,4
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Edgar Freemantle w ciężkim wypadku samochodowym traci rękę i zdrowe zmysły. Nękany niekontrolowanymi napadami szału, musi zacząć życie od początku. Za radą psychologa wyrusza na Duma Key, olśniewająco piękną i odludną wyspę na wybrzeżu Florydy, należącą do sędziwej Elizabeth Eastlake. Wynajmuje tam dom, wiedząc tylko jedno: chce rysować. Tworzone z chorobliwą pasją obrazy Edgara są owocem talentu, nad którym stopniowo przestaje mieć kontrolę. Kiedy tragiczne dzieje rodziny Eastlake’ów zaczynają wyłaniać się z mroków przeszłości, nieposkromiona moc dzieł Freemantle’a objawia swe coraz bardziej przerażające i niszczycielskie możliwości.

Stephen King (ur. 1947) nazywany jest Królem Horroru. Sławę i awans z pracownika pralni na najbogatszego pisarza Ameryki przyniosła mu „Carrie” (1974). To od niej zaczęło się pasmo prawdziwych bestsellerów – wśród nich znalazły się chociażby kultowe „Miasteczko Salem” (1975), „Lśnienie” (1977), „Bastion” (1978), cykl „Mroczna Wieża” (1982–2012), „Cmętarz Zwiężąt” (1983), „To” (1986), „Misery” (1987), „Zielona mila” (1996), „Dallas ’63” (2011), a także najnowsze powieści – „Billy Summers” (2021), „Holly” (2023) i „Nie wymiękaj” (2025). Dzieła Kinga, łączące gatunki takie jak horror, science fiction, sensacja, thriller i fantasy, rozeszły się w setkach milionów egzemplarzy i zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków. Były też wielokrotnie ekranizowane. Stephen King i jego żona Tabitha mają córkę i dwóch synów – pisarzy Owena Kinga („Śpiące królewny”) i Joego Hilla („Locke & Key”).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 934

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (726 ocen)
430
189
86
20
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Yenneferinred

Nie oderwiesz się od lektury

King napisał mnóstwo książek, część jest bardzo dobra, są też słabsze pozycje. Te dobre powieści mają swoją melodię, która prowadzi nas przez wszystkie wydarzenia. Czytelnik wyraźnie słyszy tą melodię, książka nie dłuży się, jeśli akcja jest wolniejsza to tak ma być, jeśli tylko pasuje do rytmu muzyki. Ta powieść należy do najlepszych pozycji Kinga i ma swoją melodię. Czytanie jest ogromnie wciągające. widziałam negatywne recenzje, prawdopodobnie audiobooków, może wynikają one z tego że lektor nie potrafił przekazać tej melodii ? Ja w każdym razie bardzo polecam książkę.
40
Bachurka09

Nie oderwiesz się od lektury

TĘ książkę czytałam z zapartym tchem, albo bałam się czytać dalej, albo nie mogłam się doczekać następnego dnia, aby znów czytać. Z całą pewnością nie czytałam wcześniej takiej książki, która dała mi tyle emocji i pobudziła moją wyobraźnię. Polecam.
20
oliwiajaroszz

Z braku laku…

zdecydowanie zbyt długa. audiobook strasznie mi się dłużył. inne jego książki oceniam lepiej. ta wypada dosyć średnio.
20
przyj0kr

Całkiem niezła

Ciekawie się robi dopiero po ok. 2/3 ksiazki. Wczesniej zdążyła mnie znudzić. Ale doczytałem i nie żałuję.
10
xoolczi

Z braku laku…

Mistrz King nie popisał się za bardzo. Książka jest dość nudna i niestety muszę przyznać, ze bardzo się ciągnęła.
10



Tytuł oryginału

DUMA KEY

Copyright © 2008 by Stephen King

All rights reserved

Projekt okładki oraz ilustracja na okładce

Dark Crayon

Przygotowanie okładki do druku

Ewa Wójcik

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Magdalena Koziej

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8444-518-1

Warszawa 2025

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Dla Barbary Ann i Jimmiego

Fragmenty „Burzy”, „Kupca weneckiego” Williama Shakespeare’a, „Ody o urnie greckiej” Johna Keatsa, wiersza „Pstre piękno” Gerarda Manleya Hopkinsa oraz wiersza „Podoba mi się w Agonii” Emily Dickinson w przekładzie Stanisława Barańczaka

Fragment wiersza „Mors i Cieśla” Lewisa Carrolla w przekładzie Roberta Stillera

Fragment wiersza „Miłość nas wzywa do spraw tego świata” Richarda Wilbura w przekładzie Ludmiły Marjańskiej

Pamięć (…) jest pogłoską na prywatny użytek.

George Santayana

Rozkosz i miłość – życie to więcej.

Szukam skarbu, po to jestem.

Zapłać, żeby wejść do gry.

Wszyscy płacą, płać i ty.

Szukasz skarbu, po to jesteś.

Shark Puppy

Jak powstaje obraz (I)

Zacznij od pustej płaszczyzny. Nie musi to być papier ani płótno, ale jeśli chodzi o kolor, to moim zdaniem powinien być biały. Mówimy „biały”, bo trzeba go jakoś nazwać, ale jego prawdziwe imię brzmi: nicość. Czerń to brak światła, biel natomiast – to brak wspomnień, barwa pustej pamięci.

Co sprawia, że zatrzymujemy wspomnienia? To pytanie zadawałem sobie nieraz po powrocie z wyspy zwanej Dumą; często rozmyślałem o tym nad ranem, z oczami pełnymi czarnego braku światła, wspominając nieobecnych przyjaciół. Czasami o tej porze nachodzą mnie też inne refleksje. Myślę o horyzoncie. Bo horyzont trzeba nakreślić. Trzeba pozostawić ślad na bieli. Nic prostszego, ktoś mógłby powiedzieć, ale każdy czyn, który stwarza świat na nowo, zasługuje na miano bohaterstwa. Ja w każdym razie w to wierzę, bo się o tym przekonałem.

Wyobraź sobie dziewczynkę, całkiem malutką. Niedługo minie dziewięćdziesiąt lat od dnia, kiedy ta dziewczynka wypadła z dwukółki, uderzyła głową o kamień i straciła pamięć. Zapomniała nie tylko, jak się nazywa, ale wszystko, wszystko, co wiedziała! Trwało to jakiś czas, aż wreszcie opamiętała się na tyle, żeby wziąć w palce ołówek i przekreślić białą płaszczyznę tą pierwszą niepewną linią. Był to, rzecz jasna, horyzont. Ale także szczelina, przez którą przelała się ciemność.

Wyobraź sobie jednak tę małą dłoń, która unosi ołówek… Zamiera z wahaniem… A potem przekreśla biel, pozostawia ślad. Wyobraź sobie, jakiej potrzeba odwagi, aby stworzyć świat na nowo, rysując jego wizerunek. Zawsze będę kochał tę dziewczynkę, pomimo ceny, którą zapłaciłem za znajomość z nią. Muszę ją kochać. Nie mam wyboru.

Obrazy to magia. Sam o tym wiesz.

1

Moje poprzednie życie

I

Nazywam się Edgar Freemantle. W Minnesocie, w moim poprzednim życiu, to nazwisko znaczyło naprawdę wiele w branży budowlanej. „Moje poprzednie życie” to tekst, który podłapałem od Wiremana. O Wiremanie też wam opowiem, ale najpierw skończę o Minnesocie.

To trzeba powiedzieć: byłem tam wzorcowym okazem amerykańskiego dziecka szczęścia. Zaczynałem w firmie budowlanej. Piąłem się w górę, dopóki to było możliwe, a kiedy skończyła się drabina awansu, odszedłem, żeby założyć własny biznes. Szef, kiedy mu o tym powiedziałem, wyśmiał mnie, przepowiadając, że zbankrutuję w ciągu roku. Zdaje się, że większość szefów mówi to samo młodym wilkom, które postanawiają odejść na swoje.

Ale mnie wszystko szło jak po maśle. Boom budowlany w Minneapolis-St. Paul nakręcił wymarzoną koniunkturę dla Freemantle Company. Kiedy biznes szedł gorzej, nie wychylałem się i nie próbowałem szarżować. Kierowałem się intuicją i zazwyczaj dobrze na tym wychodziłem. Zanim stuknęła mi pięćdziesiątka, nasz wspólny majątek – to znaczy mój i Pam – był wart czterdzieści milionów dolarów. Mimo to nie szastaliśmy pieniędzmi. Mieliśmy dwie córki; w momencie, gdy nasz osobisty złoty wiek dobiegł nagłego końca, Ilse studiowała na Brown University, a Melinda była we Francji, gdzie pracowała jako nauczycielka w ramach programu wymiany. Zamierzaliśmy z żoną wybrać się do niej, ale wtedy właśnie wszystko wzięło w łeb.

Miałem wypadek na budowie. Sytuacja była w sumie zupełnie prosta: żadna furgonetka, niech to będzie nawet wypasiony na maksa dodge ram, nie ma szans, kiedy próbuje się siłować z dwunastopiętrowym dźwigiem. Z prawej strony głowy miałem tylko stłuczenie, ale po lewej znajdowała się rama drzwi. Wyrżnąłem o nią z taką siłą, że czaszka pękła mi w trzech miejscach. A może w pięciu. Moja pamięć funkcjonuje już o wiele sprawniej, ale i tak jeszcze długo poczekam, zanim powróci do stanu pierwotnego.

To, co stało się z moją głową, lekarze określili mianem „uszkodzenia z przeciwwagi”. Tak nazywa się mechanizm zwrotny, który często powoduje o wiele większe obrażenia niż samo uderzenie. Do tego miałem połamane żebra i prawe biodro w kawałkach. Straciłem tylko trzydzieści procent wzroku w prawym oku (w pogodny dzień jest nawet jeszcze lepiej), ale za to całą prawą rękę.

Nie powinienem był tego przeżyć, ale przeżyłem. Uszkodzenia mózgu wywołane obrażeniami z przeciwwagi miały doprowadzić do upośledzenia umysłowego i z początku faktycznie tak było, ale potem mi przeszło. Mniej więcej. Kiedy wróciłem do zdrowych zmysłów, nie miałem już żony, tylko że już nie mniej więcej, lecz całkiem definitywnie. Nasze małżeństwo trwało dwadzieścia pięć lat, ale, jak to mówią: gówno chodzi po ludziach. Zresztą wszystko jedno: odeszła, to odeszła. Koniec to koniec. Czasem tak jest lepiej.

Kiedy mówię, że byłem upośledzony umysłowo, to znaczy, że przez jakiś czas nie rozpoznawałem nikogo – nawet własnej żony – i nie wiedziałem, co się ze mną stało. Nie potrafiłem zrozumieć, skąd się bierze ten potworny ból, który czuję. Teraz już nie pamiętam, jak bardzo cierpiałem; od tamtych wydarzeń minęły cztery lata. Przypominam sobie, że musiałem znosić ten ból i że był on wprost niewyobrażalny, ale to już raczej czysto teoretyczne rozważania. Wtedy to nie była teoria. Wtedy czułem się jak facet, który trafił do piekła i nie ma zielonego pojęcia za co.

„Najpierw boisz się, że umrzesz, a potem – że przeżyjesz”. Tak mawia Wireman, a on wie, co mówi; też był na wakacjach w piekle.

Przez cały czas wszystko mnie bolało. W uszach dzwoniło bez chwili przerwy, jakbym miał we łbie wielki sklep, a w nim na wszystkich półkach – zegary bijące północ. Prawe oko miałem rozwalone, więc oglądałem sobie świat w kolorze krwi, z tym że nie bardzo wiedziałem, na co właściwie patrzę. Niczego nie umiałem nazwać. Pamiętam, jak kiedyś przyszła do mnie Pam; leżałem jeszcze w szpitalu. Stała obok mojego łóżka, a ja byłem maksymalnie wkurzony, że stoi, kiedy ma na czym usiąść. Przecież zaraz pod ręką stało to coś, na czym się siada.

– Przynieś sobie cherlaka – powiedziałem. – Usiądź na cherlaka.

– O co ci chodzi, Edgar? – Nie zrozumiała.

– Cherlaka, zdechlaka! – wrzasnąłem. – Przynieś sobie, kurwa, to truchło, ty zasrana suko!

Głowa pękała mi z bólu. Pam zaczęła płakać. Przeklinałem ją za to, że tak płacze bez powodu. W końcu to nie ona, tylko ja tkwiłem w tej klatce, to ja widziałem wszystko przez czerwoną mgłę. To nie ona była jak małpa w klatce. I wtedy mnie olśniło.

– Przynieś sobie to chuchro i sadzaj!

Mój skołowany, rozpieprzony mózg nie potrafił znaleźć bardziej odpowiedniego określenia przedmiotu, o który chodziło. A chodziło o krzesło.

Wszystko bez przerwy mnie drażniło. Miałem dwie pielęgniarki w starszym wieku, które przezywałem „Sucha Cipa Jeden” i „Sucha Cipa Dwa”; gdyby Dr. Seuss1 chciał kiedyś napisać dla odmiany jakąś obleśną historyjkę, nie mógłby wymyślić lepszych imion. Wolontariuszkę, która do mnie przychodziła, nazywałem „Obywatelka Śliwka”. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale w jakiś sposób kojarzyło się to z seksem. Przynajmniej mnie. Kiedy powróciło mi trochę siły, zabrałem się do bicia ludzi. Dwa razy próbowałem dźgnąć Pam nożem i raz mi się nawet udało. Trafiłem ją w przedramię, a chociaż to był tylko plastikowy nóż stołowy, to i tak trzeba było szyć. Czasami musieli mnie krępować.

Co mi się najlepiej wryło w pamięć z tego okresu mojego poprzedniego życia? Pewne upalne popołudnie pod koniec miesięcznego pobytu w bardzo drogim domu dla rekonwalescentów. Bardzo droga klimatyzacja nie działa, ja leżę przywiązany do własnego łóżka, cały prawy bok, boleśnie zesztywniały, piecze i kłuje, jakby ktoś mnie szturchał pogrzebaczem, prawa ręka, której nie mam, swędzi, palce prawej dłoni, której też nie mam, drżą, na następną dawkę oxycontinu przez jakiś czas nie mogę liczyć (nie wiem, jak długo będę czekał, bo kompletnie straciłem poczucie czasu), a tu nagle z czerwonej mgły wynurza się pielęgniarka – przyszła popatrzeć na małpę w klatce – i pyta:

– Jest tutaj pańska żona. Chce pan się z nią zobaczyć?

A ja odpowiadam:

– Nigdy w życiu. Chyba że przyniosła gnata, żeby mnie zastrzelić.

Wydaje się, że taki ból nigdy nie ustanie, ale to nieprawda. Kiedy wreszcie przestaje boleć, odsyłają człowieka do domu, gdzie zaczynają się nowe tortury: rehabilitacja. Powoli przestałem widzieć wszystko na czerwono. Pewien psycholog, specjalista od hipnoterapii, pokazał mi parę sprytnych sztuczek, żebym mógł radzić sobie z bólami fantomowymi i swędzeniem amputowanej ręki. Nazywał się Kamen. Reba, jedna z niewielu rzeczy, które zabrałem ze sobą, porzucając poprzednie życie, aby zamieszkać na wyspie o nazwie Duma Key, była prezentem od niego.

– Ta technika panowania nad gniewem nie jest oficjalnie zalecana przez psychologów – zastrzegł się doktor Kamen, ale podejrzewam, że mógł skłamać, chcąc, żeby ten pomysł bardziej mi się spodobał. Powiedział, że muszę dać jej imię, którego szczerze nie znoszę, więc chociaż z wyglądu przypominała mi Lucille Ball, czyli pamiętną Lucy Ricardo z serialu „Kocham Lucy”, to nazwałem ją imieniem ciotki, która w dzieciństwie szczypała mnie w palce, kiedy nie chciałem zjeść do końca marchewki z talerza. I co się stało? Raptem dwa dni po tym, jak ją dostałem, zapomniałem, jak się nazywa. Pamięć podsuwała mi same chłopięce imiona, a każde kolejne złościło mnie coraz bardziej: Randall, Russell, Rudolph, River. River, kurna, Phoenix.

To było już po tym, jak wypisali mnie ze szpitala i pozwolili wrócić do domu. Pam przyniosła mi śniadanie. Zauważyłem, że śledzi mnie wzrokiem i czeka, aż wybuchnę; musiałem mieć to wypisane na twarzy. Ale chociaż nie mogłem sobie przypomnieć imienia tej rudej lalki, prezentu od psychologa, to nie zapomniałem, jak ma mi ona służyć w sytuacjach takich jak ta.

– Pam – powiedziałem – zostaw mnie na pięć minut. Muszę się opanować. Dam sobie radę.

– Na pewno…

– Na pewno. Rusz te cztery litery i idź sobie przypudrować, co tam uważasz. Dam sobie radę.

Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, ale tak właśnie należało powiedzieć. Zapomniałem imienia tej pieprzonej lalki, ale pamiętałem, że mam mówić „dam sobie radę”. Kiedy wspominam końcówkę swojego poprzedniego życia, ten jeden szczegół nie budzi żadnych wątpliwości: bez przerwy powtarzałem „dam sobie radę”, nawet wiedząc, że nie dam rady, że nie mam żadnych szans, żadnych widoków, że wyżej dupy nie podskoczę.

– Dam sobie radę – powiedziałem i Bóg jeden wie, jaką miałem wtedy minę, bo Pam wyszła bez słowa, nie zostawiając nawet tacy ze śniadaniem. Pamiętam grzechot filiżanki postukującej o talerz.

Kiedy zostałem sam, złapałem lalkę, zaglądając w jej kretyńsko bławatkowe oczka i z całej siły wbijając kciuki w jej kretyńsko miękkie ciałko.

– Jak się nazywasz, ty suko sparciała? – wrzasnąłem na nią. Nie przyszło mi nawet do głowy, że Pam słyszy to wszystko w kuchni, bo włączyła domowy interkom. Siedziała tam razem z pielęgniarką, która codziennie przychodziła się mną opiekować. Powiem wam, że gdyby nawet interkom był wtedy zepsuty, nie zrobiłoby to wielkiej różnicy. Byłoby mnie słychać przez drzwi. Tego dnia warunki głosowe miałem naprawdę niezłe.

Zacząłem trząść tą lalką, aż jej głowa latała w tę i z powrotem, a koafiura à la Lucy Ricardo (z tworzywa sztucznego) rozwiała się dziko. Ogromne bławatkowe oczy, jak z kreskówki, patrzyły na mnie z wyrzutem. Prawie słyszałem jej zawodzenie: „Ouuu, ty niedobry!”, jakby to nie była lalka od psychologa, tylko Betty Boop z tych starych animowanych filmów, które czasami puszczają w kablówce.

– Jak się nazywasz, suko? Jak się nazywasz, cipo? Jak się nazywasz, ty szmato wypchana gałganami? Mów, jak się nazywasz! Mów, jak masz na imię! Mów, bo wykłuję ci gały, oderżnę nos, a potem wypruję…

I nagle skojarzyłem. Takie odległe asocjacje zdarzają mi się do dziś, chociaż minęły już cztery lata, a trzecie życie Edgara Freemantle’a toczy się w Meksyku, w stanie San Luis Potosi, w mieście Tamazunchale. Na jedną chwilę wróciłem do swojego pikapa. Z prawej strony dobiegał mnie brzękliwy stukot: na wycieraczce leżało moje stare blaszane pudełko na kanapki, obijając się o metalowy klips podkładki do pisania, która też tam wylądowała (na pewno nie jestem jedynym pracującym milionerem w Stanach, wożącym kanapki w pudełku, ale prawdopodobnie można nas liczyć na dziesiątki). Obok, na siedzeniu, miałem PowerBook, a z radia dobiegał kobiecy głos, jedno słowo wyśpiewane w iście kaznodziejskim uniesieniu: „Czerwona!”. Jedno słowo, nic więcej, ale wystarczyło. To była piosenka o biednej matce, która posyła swoją ładną córkę na ulicę, żeby została prostytutką. Miała tytuł „Fancy”, a śpiewała ją Reba McEntire.

– Reba – szepnąłem, przytulając laleczkę. – Jesteś Reba. Reba, Reba, Reba. Już nigdy nie zapomnę, jak się nazywasz.

Zapomniałem kilka dni później, ale tym razem obyło się bez złości. Nie. Tym razem przygarnąłem ją do siebie jak ukochane dzieciątko i zamknąłem oczy, wyobrażając sobie swój samochód, skasowany przez dźwig. Przywołałem w pamięci blaszane pudełko na kanapki obijające się z brzękiem o metalowy klips podkładki do pisania i żarliwy, kaznodziejski głos kobiety wyśpiewującej w radiu te same trzy słowa: „Czerwona!”.

Doktor Kamen nazwał to wydarzenie przełomem. Był bardzo poruszony. Moja żona wykazała się mniejszym entuzjazmem; cmoknęła mnie, co prawda, w policzek, ale czułem, że robi to z obowiązku. Dwa miesiące później, o ile dobrze pamiętam, poinformowała mnie, że chce się rozwieść.

II

W końcu ból zaczął przechodzić – albo to mój mózg dokonał jakichś zasadniczych adaptacji i przystosował się do niego. Głowa wciąż dawała mi się we znaki, ale te napady były już rzadsze i znacznie słabsze. Zegary w sklepie pod sklepieniem mojej czaszki wciąż wybijały północ, ale już nie o każdej porze dnia i nocy. Środki przeciwbólowe (vicodin o piątej i oxycontin o ósmej) nadal łykałem z największą ochotą – bez tych czarodziejskich pigułek nie miałem co marzyć, żeby wsadzić pod pachę moją jaskrawoczerwoną kulę i pokuśtykać chociaż kilka kroczków – ale poskładane biodro zaczęło się już zrastać.

W poniedziałki, środy i piątki do Casa Freemantle w Mendota Heights przyjeżdżała Kathi Green, treserka inwalidów. Przed każdą naszą sesją treningową dostawałem jedną dawkę vicodinu ekstra, niepotrzebnie zresztą, bo nie przydawała się na nic. Darłem się tak, że było mnie słychać w całym domu. W piwnicy, gdzie mieliśmy pokój wypoczynkowy, urządzono dla mnie profesjonalną salę do ćwiczeń rehabilitacyjnych. Było tam wszystko, nawet specjalna wanna dla niepełnosprawnych. Po dwóch miesiącach tortur z Kathi mogłem już zejść do piwnicy bez niczyjej pomocy i samodzielnie ćwiczyć chorą nogę, a nawet zacząć pracować nad mięśniami brzucha. Moja rehabilitantka powiedziała, że taka sesja na kilka godzin przed snem pobudzi wydzielanie endorfin, dzięki czemu będzie mi się lepiej spało.

I właśnie podczas jednego z tych wieczornych treningów (Edgar na tropie efemerycznych endorfin) do piwnicy zeszła kobieta, która przez ćwierć wieku była moją żoną, i oznajmiła mi, że chce się rozwieść.

Przerwałem ćwiczenie – brzuszki – i przyjrzałem się jej. Siedziałem na macie. Ona stała pod przeciwległą ścianą, u stóp schodów, roztropnie trzymając się z daleka. Mogłem zapytać, czy mówi poważnie, ale oświetlenie w piwnicy było idealne – jarzeniówki – więc nie było potrzeby. Zresztą dla kobiety, sześć miesięcy po tym, jak jej mąż cudem przeżył ciężki wypadek, to chyba raczej nie jest temat do żartów. Mogłem zapytać o powód, ale domyśliłem się, o co chodzi. Widziałem bardzo dokładnie białawą bliznę na przedramieniu Pam. W to miejsce trafiłem ją plastikowym nożem, który dostałem w szpitalu do posiłku. A to jeszcze było nic w porównaniu z resztą. Przypomniałem sobie, jak całkiem niedawno kazałem jej ruszyć te cztery litery i iść sobie przypudrować, co tam uważa. Chciałem poprosić, żeby się zastanowiła, ale w tym momencie powrócił gniew. W tamtym okresie swojego życia byłem za pan brat z brzydkim uczuciem, które doktor Kamen nazywał „niewłaściwym gniewem”. Ale coś wam powiem. W tamtej chwili to uczucie nie wydawało mi się ani trochę niewłaściwe.

Ćwiczyłem bez koszulki. Moja prawa ręka kończyła się dziewięć centymetrów poniżej ramienia. Kiwnąłem nią w stronę Pam; o nic więcej nie mogłem się pokusić, bo miałem za mało mięśnia.

– To ma znaczyć – warknąłem – że właśnie pokazałem ci środkowy palec. Chcesz odejść – krzyżyk na drogę. Spieprzaj, ty tchórzliwa, mięczakowata ciapo.

Łzy pociekły jej po policzkach, ale mimo to jeszcze próbowała się uśmiechnąć. Efekt był upiorny.

– Cipo, Edgar – poprawiła mnie. – Mówi się: cipo.

– Mówię, jak mówię – oznajmiłem, zabierając się z powrotem do brzuszków. Ciężko to robić bez jednej ręki; całe ciało przekręca się na wybrakowany bok. – Ja bym cię nie zostawił. O to chodzi. Zostałbym przy tobie. Choćby się waliło i paliło. Choćby skały srały.

– To co innego – zwróciła mi uwagę, nie próbując nawet wycierać łez. – Sam wiesz, że to co innego. Ja bym nie dała rady rozszarpać cię na kawałki, gdybym wpadła w szał.

– Jasne, już to widzę, jak rozrywam cię na kawałki jedną ręką. – Podkręciłem tempo ćwiczeń.

– Dźgnąłeś mnie nożem – przypomniała, jakby to było najważniejsze. Oboje wiedzieliśmy, że nie jest.

– Ten nóż był z plasteliku, a ja nie wiedziałem, co wyprawiam, bo byłem jak wariat. I wiesz co? To będą twoje ostatnie słowa na złożu śmierci: „Eddie dziabnął mnie plastycznym nożem, żegnaj, okrutny świecie”.

– Próbowałeś mnie udusić – szepnęła ledwie słyszalnym głosem.

Znieruchomiałem, gapiąc się na nią jak cielę. W uszach zaczęły mi bić zegary z mojego sklepu: bim-bom, nadchodzi zgon.

– Jak to udusić? Nigdy cię nie dusiłem!

– Wiem, że nie pamiętasz, ale to prawda. I zmieniłeś się. Jesteś inny niż przedtem.

– Daj spokój. Takie pierdoły możesz opowiadać temu… temu… temu twojemu… – Wiedziałem, że znam to słowo. Człowieka, o którego mi chodziło, miałem przed oczami, ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć, jak mam go nazwać. – Temu łysemu chujowi, co ma ten gabinet. Temu, co do niego chodzisz.

– Mówisz o moim psychoterapeucie – podsunęła. Rozwścieczyło mnie to jeszcze bardziej: ona znała właściwe słowo, a ja nie. A dlaczego? Bo jej nie zrobili z mózgu galarety.

– Chcesz rozwodu? Dostaniesz rozwód. Rzuć to wszystko w diabły, czemu nie. Ale nie zgrywaj tu aligatora. Zejdź mi z oczu. Wynoś się.

Pam wyszła z piwnicy i zamknęła za sobą drzwi, nie oglądając się ani razu. A ja, dopiero kiedy zostałem sam, uświadomiłem sobie, że chciałem powiedzieć: „Nie mam ochoty oglądać twoich krokodylich łez”.

No, trudno. Dziewięć punktów na dziesięć, jak mawia Wireman.

Zresztą koniec końców to ja się wyniosłem, a nie ona.

III

Pam była moją pierwszą i jedyną partnerką w poprzednim życiu. Edgar Freemantle osiągnął sukces (uwaga, można notować), opierając się na czterech złotych zasadach: nigdy nie pożyczaj większej sumy niż twój iloraz inteligencji razy sto, nigdy nie pożyczaj pieniędzy od człowieka, który przy pierwszym spotkaniu od razu przechodzi na ty, nigdy nie pij przed zachodem słońca i nigdy – nigdy w życiu – nie wiąż się z kobietą, której nie chcesz dotykać nagiej na łóżku wodnym.

Miałem jednakowoż zaufanego księgowego i to właśnie ten facet, Tom Riley, pomógł mi ogarnąć kilka niezbędnych rzeczy i przeprowadzić się z Mendota Heights do naszego drugiego, mniejszego domu nad jeziorem Phalen. Dopóki nie skończyliśmy wozić moich gratów, Tom, który dwukrotnie odniósł sromotną porażkę w matrymonialnym turnieju, nie przestawał wiercić mi dziury w brzuchu.

– W takiej sytuacji nie wolno oddawać domu – powtarzał. – Przynajmniej dopóki sędzia cię z niego nie wykopie. To tak, jakby w meczu o wszystko drużyna zrezygnowała z przewagi własnego boiska.

Ale ja miałem w tamtej chwili głęboko gdzieś przewagę własnego boiska; zależało mi tylko na tym, żeby dowiózł mnie całego na miejsce. Krzywiłem się nerwowo za każdym razem, kiedy samochód jadący z naprzeciwka zbliżał się, na moje oko, za bardzo do środka jezdni. Bywało, że sztywniałem na całym ciele, wciskając ze wszystkich sił nieistniejący hamulec. Czy widziałem się jeszcze kiedyś za kierownicą? Nie za bardzo. Ale, rzecz jasna, Bóg uwielbia niespodzianki. Tak mawia Wireman.

Kathi Green, treserka inwalidów, też była rozwódką. Co prawda miała za sobą tylko jedno nieudane małżeństwo, ale nadawała na tej samej fali co Tom. Mam w pamięci taką scenę: Kathi, w swoim trykocie do ćwiczeń, siedzi po turecku na macie, trzyma w dłoniach moje stopy i mierzy mnie ponurym, zgorszonym wzrokiem.

– Fuksem uciekłeś śmierci spod kosy, straciłeś rękę, a ona co? Do widzenia? I czemu? Bo drasnąłeś ją plastikowym nożem, kiedy nie bardzo wiedziałeś nawet, jak się nazywasz. No żeż trzymajcie mnie i walcie po kolei! Czy ta kobieta nie rozumie, że huśtawka nastrojów i utrata pamięci krótkotrwałej to w takiej sytuacji zupełnie normalna rzecz?

– Ona rozumie tylko tyle, że się mnie boi – wyjaśniłem.

– Tak? To posłuchaj mamusi, chłopczyku: jeśli masz dobrego adwokata, możesz z niej wycisnąć odszkodowanie za to, że się zachowała jak ostatni mięczak. – Dmuchnęła w kosmyk włosów, które nie chciały siedzieć tam gdzie reszta i wyrwały się z gestapowskiego więzienia, jakim był jej koński ogon, uciekając z tyłu głowy aż na czoło. – Moim zdaniem powinna za to zapłacić. Posłuchaj mnie bardzo uważnie: jesteś czysty. Nie można cię w żaden sposób oskarżyć o to, co się stało.

– Ona twierdzi, że próbowałem ją udusić.

– No faktycznie, jednoręki inwalida to szczególnie groźny dusiciel. Można się polać w gacie ze strachu. O ile to w ogóle prawda z tym duszeniem. Daj spokój, Eddie. Nie puszczaj jej tego płazem. Wiem, że wtrącam się w nie swoje sprawy, ale mam to w nosie. Nie wolno tak postępować.

– Duszenie i dźganie nożem do masła to chyba nie wszystko. Mogło być coś jeszcze.

– Co?

– Nie pamiętam.

– A co ona mówi na ten temat?

– Nic.

Sęk w tym, że przeżyłem z Pam naprawdę wiele lat i nawet jeśli nurt naszego uczucia dotarł już do delty biernej tolerancji, to znałem ją chyba na tyle dobrze, żeby się zorientować, że owszem, było coś jeszcze i że właśnie od tego ona chce uciec.

IV

Niedługo po przeprowadzce nad jezioro Phalen odwiedziły mnie moje dziewczyny. A właściwie – moje młode kobiety. Przywiozły wielki kosz piknikowy. Siedzieliśmy sobie na werandzie pachnącej sosnami, patrzyliśmy na jezioro i zajadaliśmy kanapki. Było już po wrześniowym święcie pracy2 i na wodzie nie kręciło się zbyt wiele pływających zabawek; miały powrócić dopiero w przyszłym sezonie. W koszyku znalazła się też butelka wina, ale wypiłem tylko odrobinę. Przy takiej ilości środków przeciwbólowych, jaką przyjmowałem, alkohol działał na mnie mocno i szybko: jedno piwo i już bełkotałem jak rasowy pijak. Dziewczyny – młode kobiety – dokończyły butelkę same i to je trochę odprężyło. Melinda, która od czasu mojej scysji z dźwigiem już po raz drugi przyleciała do Stanów, z czego nie była wcale zadowolona, zapytała mnie, czy wszyscy dorośli po pięćdziesiątce zaczynają miewać takie niemiłe okresy regresji i czy ma się zacząć na to nastawiać. Ilse, jej młodsza siostra, zaczęła płakać i przytuliła się do mnie, pytając, czy między nami – to znaczy mamą i mną – nie może już być tak jak dawniej. Lin ofuknęła ją, że to nie jest odpowiednia chwila na jej specjalność, czyli numer à la dzidzia, a Illy w odpowiedzi pokazała jej środkowy palec. Wybuchnąłem śmiechem. Nie mogłem się powstrzymać. Potem śmialiśmy się już wszyscy.

Podły nastrój mojej starszej córki i gorzkie łzy młodszej nie należały do przyjemności, ale były szczere i dobrze mi znajome. Tak dobrze jak pieprzyk na podbródku Ilse albo ta blada pionowa kreska na czole Lin, która powstała na skutek częstego marszczenia brwi i z czasem miała się przekształcić w głęboką bruzdę.

Linnie zapytała, co teraz zrobię. Odpowiedziałem, że nie wiem. Przez długi czas rozmyślałem nad odebraniem sobie życia i wreszcie byłem bliski ostatecznego postanowienia. Ale nawet gdybym się zdecydował, musiałoby to wyglądać jak wypadek. Nie mógłbym zostawić tych dwóch młodych kobiet na progu samodzielnego życia, obarczonych ciężarem wyrzutów sumienia po samobójczej śmierci ojca. To samo tyczyło się tamtej trzeciej kobiety, tej, z którą kiedyś piłem nago w łóżku mleczny koktajl, zaśmiewając się do rozpuku przy nagraniach Plastic Ono Band.

Po tym naszym wspólnym napadzie śmiechu moim córkom wreszcie udało się wyluzować – czyli, w medycznym żargonie doktora Kamena, dokonać pełnej i całkowitej wymiany uczuć. Pamięć podsuwa mi następnie obraz przemiłego popołudnia: przeglądaliśmy stare albumy ze zdjęciami, pogadując o dawnych czasach. Wydaje mi się nawet, że było jeszcze trochę śmiechu, ale nie wszystkie moje wspomnienia z poprzedniego życia są stuprocentowo wiarygodne. Wireman mówi, że karty z przeszłości każdy tasuje, jak mu pasuje.

Ilse zaproponowała, żebyśmy pojechali razem na obiad, ale Lin umówiła się z kimś w bibliotece i musiała zdążyć, zanim ją zamkną, a ja z kolei nie za bardzo czułem się na siłach, żeby kuśtykać wyczynowo na dłuższym dystansie. Miałem ochotę się położyć i przed zaśnięciem przeczytać jeszcze kilka rozdziałów ostatniego Johna Sandforda. Dostałem od obu córek – już z powrotem w najlepszej komitywie – po buziaku, a potem pożegnaliśmy się i dziewczyny zniknęły za drzwiami.

Dwie minuty później Ilse wróciła.

– Powiedziałam Linnie, że zapomniałam kluczy – oznajmiła.

– Domyślam się, że to nieprawda – odparłem.

– Tak. Tato, powiedz mi, czy byłbyś w stanie zrobić mamie coś złego? To znaczy teraz, po tym, co się stało? Tak specjalnie, z rozmysłem?

Potrząsnąłem przecząco głową, ale taka odpowiedź jej nie wystarczyła. Poznałem to po tym, że stała przede mną bez ruchu i patrzyła mi prosto w oczy.

– Nie – powiedziałem. – Nigdy. Wolałbym chyba…

– Co byś wolał, tato?

– Chciałem powiedzieć, że wolałbym odrąbać sobie rękę, ale jakoś nagle wydało mi się, że to głupi pomysł. Nigdy bym jej nie skrzywdził, Illy. Nigdy i koniec.

– Więc dlaczego ona cały czas się ciebie boi?

– Wydaje mi się, że chodzi o… moje kalectwo.

Wtedy Ilse przywarła do mnie z takim impetem, że prawie przewróciliśmy się na sofę.

– Przepraszam cię, tato – chlipnęła. – To wszystko jest takie… takie be.

Pogładziłem ją po głowie.

– Wiem, ale pamiętaj: gorzej już być nie może.

To nie była prawda, ale moja córka nigdy nie miała się dowiedzieć, że kłamałem w żywe oczy; trzeba było tylko zachować ostrożność.

Od strony podjazdu rozległ się dźwięk klaksonu.

– Idź już. – Pocałowałem ją w mokry policzek. – Twoja siostra nie lubi czekać.

Ilse zmarszczyła nos.

– Masz dla mnie jeszcze jakieś nowiny? Nie przesadzasz ze środkami przeciwbólowymi, co?

– Nie.

– Gdybyś mnie kiedyś potrzebował, to tylko zadzwoń. Przylecę pierwszym samolotem.

Wiedziałem, że mówi serio. Dlatego też nie miałem zamiaru do niej dzwonić.

– Masz to jak w banku. – Pocałowałem ją w drugi policzek. – To dla Linnie.

Illy skinęła głową i poszła. A ja opadłem na kanapę i zamknąłem oczy. Głowę miałem pełną przeraźliwego bicia zegarów.

V

Moim następnym gościem był doktor Kamen, psycholog, od którego dostałem lalkę imieniem Reba. Nie zapraszałem go. To była sprawka Kathi, mojej rehabilitacyjnej sadystki.

Kamen, choć z całą pewnością nie miał więcej niż czterdzieści lat, poruszał się, jakby był znacznie starszy, i sapał, nawet kiedy siedział. Przez olbrzymie okulary w rogowych oprawkach przyglądał się światu ze szczytu pagóra, jakim było jego pękate brzuszysko. Bardzo wysoki i bardzo czarny, nawet jak na Murzyna, rysy twarzy miał tak grube, że wydawały się aż nierzeczywiste. Szeroko otwarte cyklopowe oczy, nos niczym okrętowy aflaston oraz usta jak u totemicznego idola dopełniały wizerunku, straszliwego i fascynującego zarazem. Doktor Xander Kamen miał wygląd półboga w garniturze z Men’s Warehouse, wygląd sugerujący, że jeszcze przed pięćdziesiątką zejdzie na udar albo atak serca.

Kiedy zaproponowałem mu coś do picia, odmówił, tłumacząc się, że wpadł tylko na chwilę, a następnie, jakby chciał zaprzeczyć własnym słowom, położył neseser na kanapie i usiadł. Od razu zapadł się głęboko, niknąc za podłokietnikiem, ale to bynajmniej nie był koniec – cały czas szedł w dół, aż zacząłem się martwić, czy sprężyny wytrzymają. Siedział tak i patrzył na mnie, posapując dobrotliwie.

– Cóż cię sprowadza? – zapytałem.

– Nic takiego. Kathi mówi, że podobno chcesz się wykończyć.

Tym samym tonem mógłby powiedzieć: „Słyszałem, że urządzasz imprezę i będą świeże kremóweczki”.

– To plotka czy prawda? – zapytał.

Otworzyłem usta i zamknąłem je, nie mówiąc ani słowa. Kiedy miałem dziesięć lat i mieszkałem jeszcze w Eau Claire, zwędziłem raz komiks ze stojaka w sklepie. Wsadziłem go sobie za pasek, zasłoniłem koszulką i ruszyłem pewnym krokiem do wyjścia. Było mi wesoło i rozpierała mnie duma, że jestem taki sprytny. Nagle poczułem na ramieniu czyjąś dłoń; to była ekspedientka. Zatrzymała mnie, a drugą ręką podniosła mi koszulkę, ukazując światu mój nieuczciwie zdobyty skarb.

– A to skąd się tutaj wzięło? – zapytała. Przez kolejnych czterdzieści lat nie zdarzyło mi się ani razu, żebym kompletnie nie wiedział, co mam odpowiedzieć na w gruncie rzeczy zupełnie proste pytanie. Dopiero Kamenowi udało się mnie zagiąć.

W końcu zdobyłem się na odpowiedź, ale było już o wiele za późno, żeby mogła odnieść jakikolwiek efekt.

– Śmieszne – wykrztusiłem. – Skąd jej to w ogóle przyszło do głowy?

– Nie wiesz?

– Nie. Na pewno nie napijesz się coli?

– Dziękuję, ale nie.

Wstałem, żeby przynieść sobie butelkę z lodówki. Wetknąłem ją pod pachę, przyciskając mocno kikutem do żeber (to jest wykonalne, ale bolesne, bo niezależnie od tego, co pokazują na filmach, połamane żebra bolą bardzo długo), i odkręciłem lewą ręką. Jestem mańkutem. Ale ci się trafiło, muchacho, jak mawia Wireman.

– Dziwi mnie w ogóle, że tak sobie wziąłeś do serca gadanie Kathi – powiedziałem, wracając do salonu. – To pierwszorzędna rehabilitantka, ale nie jest przecież psychiatrą. – Przerwałem na chwilę, przystanąłem, zastanawiając się, gdzie usiąść. – Ty zresztą też nie. Formalnie rzecz biorąc.

Kamen przyłożył stuloną dłoń do ucha, które na oko miało rozmiar szuflady.

– Co ja słyszę? Szczęki? Stukoty? Tak, chyba się nie mylę!

– O czym ty mówisz?

– Jest pewien uroczy odgłos o szczególnym średniowiecznym charakterze. Tak pracują uaktywnione ludzkie mechanizmy obronne. – Mrugnął do mnie. Miało to być mrugnięcie ironiczne, ale wymiary jego twarzy czyniły ironię niemożliwością; stać go było tylko na parodię. Tak czy inaczej, zrozumiałem, w czym rzecz. – A co się tyczy Kathi Green, to rzeczywiście masz rację. Czy ktoś taki się w ogóle na tym zna? Przecież ona tylko pracuje na co dzień z paraplegikami, tetraplegikami, ofiarami wypadków – to twoja parafia – no i z rekonwalescentami po ciężkich urazach głowy. To też twoja parafia. Zajmuje się tym od piętnastu lat i napatrzyła się do woli na tragicznie okaleczonych ludzi, którzy na własnej skórze się przekonali, że czasu nie można cofnąć choćby o sekundę. Czy ktoś taki w ogóle może mieć pojęcie o objawach zespołu przedsamobójczego?

Osunąłem się na zaklęśnięty fotel stojący naprzeciwko kanapy. Spojrzałem na Kamena z ponurą miną. Ten facet narobi mi kłopotów. Wiedziałem to. A Kathi Green dołoży swoje.

Kamen pochylił się w moją stronę. O kilka centymetrów. Na więcej nie pozwolił mu brzuch.

– Musisz z tym poczekać – oznajmił.

Wytrzeszczyłem oczy, a on tylko skinął głową.

– Zaskoczyłem cię. Wiem. Ale nie jestem chrześcijaninem, a tym bardziej katolikiem, więc nie mam uprzedzeń w kwestii samobójstwa. Uważam jednak, że każdy człowiek jest za coś odpowiedzialny, a ponieważ wiem, że podzielasz ten pogląd, powiem ci tak: jeśli teraz się zabijesz… Czy nawet za pół roku… Twoja żona i córki wszystkiego się domyślą. Możesz stanąć na głowie, żeby upozorować wypadek, ale ich nie oszukasz.

– Ja wcale…

Kamen uniósł dłoń.

– Pracownicy towarzystwa ubezpieczeniowego, które sprzedało ci polisę na życie – nie wątpię, że zapłaciłeś za nią kupę forsy – też się domyślą. Być może nie dadzą rady niczego udowodnić… ale na pewno będą bardzo usilnie próbować. Puszczą w obieg plotki i narobią twoim dziewczynom nieprzyjemności. Wydaje ci się może, że wasze córki są twarde, ale tego na pewno nie zniosą.

Melinda faktycznie miała grubą skórę, ale Ilse – to zupełnie inna historia. Kiedy starsza siostra chciała jej dokuczyć, przezywała ją „dzieckiem zatrzymanym w rozwoju”, ale moim zdaniem przesadzała z tym. Illy po prostu była wrażliwa.

– A gdyby udało im się dowieść, że to nie był wypadek… – Kamen wzruszył swoimi monstrualnymi ramionami. – Nie będę próbował zgadywać, o jaką sumę zmniejszy się wypłata z twojej polisy, ale spuścizna po Edgarze Freemantle’u na pewno będzie znacznie skromniejsza.

Nie myślałem w tej chwili o pieniądzach. Wyobraziłem sobie ekipę detektywów ubezpieczeniowych węszących po moich śladach w poszukiwaniu jakiegoś kantu. I nagle, zupełnie znienacka, porwał mnie śmiech.

Kamen położył dłonie, przypominające ogromne brązowe bochny, na kolanach wielkości odbojów drzwiowych i przyglądał mi się z uśmieszkiem mówiącym: „Ja widziałem już wszystko”. Z tym że twarz tych rozmiarów nie jest zdolna do czegoś takiego jak uśmieszek. Pozwolił mi się wychachać, a potem zapytał, co mnie tak rozbawiło.

– Chcesz mi powiedzieć, że jestem zbyt bogaty, żeby się zabić – wyjaśniłem.

– Chcę ci powiedzieć, żebyś się z tym wstrzymał. Nic więcej. Chcę też udzielić ci pewnej rady. Robię to wbrew temu, czego nauczyła mnie praktyka zawodowa, ale mam co do ciebie bardzo silne przeczucie. Podobne przeczucie tknęło mnie, żeby dać ci wtedy tę lalkę. Proponuję, żebyś zastosował kurację geograficzną.

– Proszę?

– Tak nazywamy furtkę, z której często korzystają alkoholicy w późnych stadiach uzależnienia. Ludzie w takiej sytuacji mają nadzieję, że zmiana otoczenia pomoże im zacząć od nowa. Wyjść na prostą.

Coś we mnie drgnęło. Nie powiem: „obudziła się nadzieja”, ale coś poczułem.

– Ta metoda działa, ale bardzo rzadko – poinformował mnie Kamen. – Weterani grup AA, którzy mają odpowiedź dosłownie na wszystko – to ich przekleństwo i błogosławieństwo zarazem, chociaż mało który zdaje sobie z tego sprawę – mówią tak: „Jak debil wsiądzie do samolotu w Bostonie, to w Seattle debil wysiądzie”.

– A jak to się ma do mnie osobiście? – zapytałem.

– A tak, że w tej chwili mieszkasz na przedmieściu St. Paul. Proponuję ci, żebyś znalazł sobie jakieś miejsce gdzieś daleko stąd i pojechał tam. Spokojnie możesz to zrobić, bo jesteś w wyjątkowo komfortowej sytuacji życiowej. Mam na myśli pozycję finansową w połączeniu z twoim obecnym stanem cywilnym.

– Na jak długo mam wyjechać?

– Przynajmniej na rok. – Spojrzał na mnie nieprzeniknionym wzrokiem. Jego olbrzymia twarz była wprost stworzona do takich spojrzeń; wizerunek doktora Kamena wyrzeźbiony na grobowcu Tutanhamona musiałby zadziwić nawet samego Howarda Cartera. – A jeśli po upływie roku postanowisz jednak podjąć kroki, to, Edgar, na miłość boską… Nie. Na miłość twoich córek: postaraj się, żeby to dobrze wypadło.

W trakcie naszej rozmowy zapadł się w starą kanapę niemalże po samą szyję. Teraz, kiedy skończył, zaczął się z niej wydobywać. Podszedłem, żeby mu pomóc, ale odpędził mnie machnięciem dłoni. W końcu stanął na nogach, sapiąc tak głośno, jak jeszcze nigdy. Wziął swój neseser. Spojrzał na mnie z wysokości stu dziewięćdziesięciu kilku centymetrów tymi swoimi wytrzeszczonymi, żółtawymi oczami, które za grubymi jak denka od butelek szkłami wyglądały na jeszcze większe niż w rzeczywistości.

– Powiedz mi, Edgar, czy jest coś, co sprawia ci radość?

Zastanowiłem się pobieżnie nad tym pytaniem (zbyt głębokie drążenie tematu nie wydawało mi się bezpieczne) i odparłem:

– Kiedyś lubiłem szkicować.

Prawdę mówiąc, robiłem więcej niż proste szkice, ale to było dawno temu. Zarzuciłem rysunek. Ożeniłem się, zacząłem robić karierę. A teraz moje małżeństwo dobiegało końca, o karierze też właściwie trudno było mówić.

– Kiedy? – zapytał Kamen.

– W dzieciństwie.

Chciałem mu powiedzieć, że marzyłem o szkole sztuk pięknych (od czasu do czasu, kiedy było mnie stać, kupowałem sobie nawet albumy z reprodukcjami), ale w końcu się rozmyśliłem. Przez trzy dekady mój wkład w rozwój sztuki na świecie ograniczał się do bazgrania w trakcie rozmów przez telefon, a ostatni album z rodzaju tych, które trzyma się na widoku, żeby szpanować przed znajomymi, kupiłem chyba z dziesięć lat temu.

– Robiłeś coś w tym kierunku, kiedy dorosłeś?

Już miałem skłamać, bo nie chciałem wyjść na totalnie opętanego robotą pracoholika, ale postanowiłem trzymać się prawdy. Kiedy się ma tylko jedną rękę, trzeba mówić prawdę, kiedy tylko można. To nie Wireman; to ja sam tak mówię.

– Nie – przyznałem się.

– Wróć do rysowania – poradził mi Kamen. – Potrzebne ci są żywopłoty.

– Żywopłoty – powtórzyłem, zbity z tropu.

– Otóż to. – Spojrzał na mnie zdziwiony i jakby nieco rozczarowany tym, że nie ogarniam umysłem tak prostego pojęcia. – Żywopłoty, za którymi schronisz się przed mrokiem nocy.

VI

Mniej więcej tydzień później odwiedził mnie ponownie Tom Riley. Liście na drzewach zaczynały już nabierać jesiennych kolorów. Pamiętam plakaty o specjalnych ofertach na Halloween; wieszali je pracownicy w supermarkecie, gdzie kupiłem sobie pierwsze bloki do szkicowania od czasu studiów… albo nawet, cholera, od czasów liceum.

Najlepiej zapamiętałem z tego spotkania jedną rzecz: Tom był niesamowicie speszony i zakłopotany.

Zaproponowałem mu piwo. Zgodził się chętnie. Po powrocie z kuchni zobaczyłem, że trzyma w dłoni rysunek, który zrobiłem piórkiem: zarys trzech palm na tle bezkresnego morza, a po lewej stronie, na pierwszym planie, wbity fragment werandy zastawionej parawanami.

– Niezłe – oznajmił. – To ty?

– Nie, elfy. Wpadają tu w nocy. Buty naprawią, coś narysują.

Zaśmiał się – odrobinę za głośno – i odłożył obrazek na biurko.

– U nasz w Mjinnesoota nje ma takje wjidoki – powiedział, małpując szwedzki akcent.

– Przerysowałem to z jakiejś książki – wyjaśniłem. Tak naprawdę za wzór posłużyło mi zdjęcie z broszury reklamowej agencji obrotu nieruchomościami. Był to widok z pokoju o nazwie „Floryda”. Pokój ten mieścił się w domu noszącym miano „Przylądek Łososi”, który to dom właśnie wynająłem na rok. Nigdy nie byłem na Florydzie, nie spędziłem tam nawet jednego dnia urlopu, ale to zdjęcie poruszyło we mnie jakąś głęboko ukrytą strunę; po raz pierwszy od czasu wypadku poczułem, że czegoś chcę i na coś czekam. Ta struna była cienka i cichutka, ale była.

– Z czym przychodzisz, Tom? – zapytałem. – Jeśli chodzi o sprawy firmy, to…

– Prawdę mówiąc, przysłała mnie Pam. – Tom schował głowę w ramiona. – Nie uśmiechało mi się to wcale, ale jakoś nie mogłem jej odmówić. Znamy się tyle lat, wiesz, jak to jest.

– Jasne. – Znajomość z Tomem sięgała czasów, kiedy na cały majątek Freemantle Company składały się trzy furgonetki, spychacz Caterpillar D9 i garść wielkich marzeń. – Wal śmiało. Nie bój się, nie gryzę.

– Pam wynajęła adwokata. Jest zdecydowana na ten rozwód.

– Nigdy w to nie wątpiłem. – To była szczera prawda. W dalszym ciągu nie mogłem sobie przypomnieć, żebym kiedyś próbował ją udusić, pamiętałem za to doskonale wyraz jej oczu, gdy mi o tym mówiła. A poza tym moja żona miała już taki charakter, że bardzo rzadko zawracała z raz obranej drogi.

– Interesuje ją, czy będziesz chciał zaangażować Bozię.

Na myśl o tym musiałem się uśmiechnąć. Gdyby William Bozeman III, sześćdziesięciopięcioletni mecenas z kancelarii prawniczej obsługującej moją firmę, zawsze wytworny, z nieodłączną muszką i starannie wypielęgnowanymi dłońmi, dowiedział się, że od dwudziestu lat Tom i ja mówimy na niego „Bozia”, dostałby najprawdopodobniej zatoru mózgu.

– Nie myślałem o tym. O co chodzi, Tom? Czego ona konkretnie chce ode mnie?

Mój księgowy wypił pół swojego piwa i odstawił szklankę na półkę, gdzie leżał tamten niewydarzony rysunek. Na policzki wystąpił mu ceglasty rumieniec.

– Żeby obyło się bez nieprzyjemności. Ma nadzieję, że uda się to załatwić ugodowo. Powiedziała tak: „Nie chcę być milionerką i nie chcę się z nim szarpać. Chciałabym tylko, żeby potraktował nas, mnie i obie dziewczyny, uczciwie, tak jak zawsze. Przekaż mu to, dobrze?”. Więc ci przekazuję. – Tom wzruszył ramionami.

Wstałem i podszedłem do dużego okna wychodzącego na werandę. Roztaczał się z niego widok na jezioro. Pomyślałem o pokoju „Floryda”, który już gdzieś tam na mnie czekał, i o jego oknach z widokiem na Zatokę Meksykańską. Niedługo miałem go zobaczyć. Ciekawe, czy to będzie lepsze miejsce niż ten dom nad jeziorem Phalen. Albo choćby inne. Uznałem, że wystarczy mi, żeby było inne; nie musi być lepsze, przynajmniej nie tak od razu. Jakakolwiek odmiana to już dobry początek.

Kiedy odwróciłem się od okna, Tom Riley miał dziwnie zmienioną twarz. Najpierw przestraszyłem się, że może coś mu zaszkodziło, ale po chwili dotarło do mnie, że facet ostatkiem sił powstrzymuje się od płaczu.

– Tom, co się stało? – zapytałem.

Otworzył usta, ale zamiast odpowiedzieć, zachrypiał tylko przez połykane łzy. Odchrząknął i za drugim razem udało mu się wykrztusić:

– Nie mogę się pogodzić, że ucięli ci rękę, szefie. Strasznie mi ciebie żal.

Ujął mnie tym, że powiedział to tak prostodusznie i spontanicznie; trafił prosto w serce. Przez chwilę groziło nam, że rykniemy sobie zdrowo na dwa głosy, jak para wrażliwców w programie Opry Winfrey.

Wyobraziłem sobie nas w tym programie i to pomogło mi wziąć się z powrotem w garść.

– Mnie też jest żal – powiedziałem – ale daję radę. Naprawdę. Skończ ten swój browar, zanim cały gaz uleci.

Roześmiał się i przelał resztę piwa z puszki do szklanki.

– Przedstawię ci propozycję, którą przekażesz Pam w moim imieniu – ciągnąłem dalej. – Jeśli spodoba jej się taka opcja, możemy zacząć dogadywać szczegóły. Operacja w stylu „zrób to sam”. Bez angażowania adwokatów.

– Mówisz poważnie, Eddie?

– Owszem. Zrób podsumowanie księgowości, żebyśmy znali orientacyjną wartość całego majątku. Dzielimy łupy na cztery części. Ona bierze trzy, czyli siedemdziesiąt pięć procent, dla siebie i dla dziewczyn. Reszta dla mnie. A w kwestii samego rozwodu, to w końcu u nas w Minnesocie nie ma czegoś takiego jak orzekanie o winie. Po obiedzie możemy podskoczyć do Bordersa i kupić jakiś stosowny poradnik, na przykład „Rozwód w weekend”.

Tom zrobił wielkie oczy.

– Jest taka książka?

– Nigdy się tym zbytnio nie interesowałem, ale jeśli nie ma, to tu mi krokus wyrośnie.

– Mówi się chyba „kaktus”.

– A jak ja powiedziałem?

– Nieważne. Słuchaj, Eddie. Jeśli zrobimy tak, jak mówisz, to trzeba będzie pokroić cały majątek na kawałki.

– Pies to trącał. Pies czy bies? Zresztą wszystko jedno. Zależy mi tylko na firmie, a firma ma się dobrze, prowadzą ją ludzie, którzy wiedzą, co robią. Co do podziału majątku, to proponuję, żeby każde z nas powściągnęło odrobinę miłość własną, bo na braku umiaru korzystają tylko adwokaci. Jeśli zachowamy rozsądek, to będzie się czym dzielić.

Tom uniósł szklankę do ust i dopił piwo, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Czasami nie wiem, czy naprawdę rozmawiam z tym samym facetem, dla którego pracowałem przez tyle lat – mruknął.

– Ten facet umarł w samochodzie zmiażdżonym przez dźwig – powiedziałem.

VII

Pam przyjęła moją propozycję ugody. Wydaje mi się nawet, że wystarczyłoby jedno moje słowo, a moglibyśmy zapomnieć o ugodzie i powrócić do zgody, prawdziwej zgody; podczas obiadu w restauracji, na który umówiliśmy się celem omówienia szczegółów, jej twarz co chwilę jaśniała, jakby oświetlało ją słońce przedzierające się przez chmury. Ale ja nie uroniłem tego jednego słowa. Moje myśli krążyły wokół Florydy, owego azylu młodych par i starych grzybów. Sądzę zresztą, że w głębi serca Pam zdawała sobie sprawę, że tak będzie najlepiej – wiedziała, że facet, który po wyciągnięciu ze zmiażdżonego dodge’a miał stalowy kask zawinięty na uszach i powgniatany jak zdeptana puszka po psiej karmie, to już nie jest ten sam znajomy człowiek, za którym zamknęły się drzwi tamtego samochodu. Moje życie z żoną i córkami, życie właściciela firmy budowlanej, dobiegło końca; w tym domu nie było już niezbadanych pokojów. Ale zostały jeszcze drzwi. Te z napisem samobójstwo, jak słusznie zauważył doktor Kamen, chwilowo nie stanowiły właściwego wyjścia z sytuacji. Pozostały więc tylko te drugie. Opisane nazwą wyspy: duma key.

Zanim się jednak przez nie wymknąłem, w moim poprzednim życiu wydarzyło się jeszcze coś. Mam na myśli to, co spotkało psa Moniki Goldstein, jack russell teriera o imieniu Gandalf.

VIII

Jeśli wyobrażacie sobie, że dom, w którym powoli dochodziłem do jako takiej formy, stał w dumnym odosobnieniu nad brzegiem malowniczego jeziora, na samym końcu ustronnej drogi nieznającej asfaltu, zagubionej gdzieś wśród lasów odludnej północy – to lepiej idźcie po rozum do głowy. Mówimy o normalnych miejskich peryferiach. Nasz domek nad jeziorem stał pod ostatnim numerem na Aster Lane, uliczce biegnącej od skrzyżowania z East Hoyt Avenue nad samą wodę. Najbliższymi sąsiadami była rodzina Goldsteinów.

W połowie października wziąłem sobie wreszcie do serca radę Kathi Green i zacząłem chodzić na spacery. To nie były jeszcze moje Wielkie Wędrówki Brzegiem Morza, bo te dopiero czekały na swoją kolej, ale wtedy nawet takie krótkie przechadzki dawały mi mocno w kość. Poskładane biodro wyło o litość, niejeden raz aż łzy kręciły mi się w oczach, ale wiedziałem, że podążam we właściwym kierunku. Podczas jednego z tych spacerów, kiedy wracałem już do domu, pani Fevereau potrąciła psa Moniki Goldstein.

Miałem już za sobą trzy czwarte drogi powrotnej, kiedy minął mnie jej samochód, hummer pomalowany na idiotyczny musztardowy kolor. Zobaczyłem ją przez szybę: jak zawsze, w jednej dłoni miała komórkę, a w drugiej papierosa. I jak zawsze jechała za szybko. Zresztą to wszystko ledwie do mnie dotarło, a już na pewno nie zauważyłem, jak gdzieś tam przede mną Gandalf wyskakuje na jezdnię. Nie patrzył, co robi, wiedział tylko, że chodnikiem po drugiej stronie ulicy idzie jego pani, mała Monica, wystrojona w skautowski mundur. Podobnie jak on, ja byłem niepodzielnie skoncentrowany na jednej rzeczy, a mianowicie na moim zrekonstruowanym biodrze, tym tak zwanym cudzie współczesnej ortopedii: jak zawsze pod koniec tamtych krótkich spacerów, składało się ono z, lekko licząc, dziesięciu tysięcy mikroskopijnych okruchów tłuczonego szkła zatopionych w żywej tkance.

Nagle usłyszałem przeraźliwe wycie opon, do którego sekundę później dołączył przerażony dziewczęcy pisk:

– Gandalf, nie!!

W tym momencie stanął mi przed oczami dźwig, który omal mnie nie zabił. Wizja była nieziemsko wyraźna: świat, który znałem od urodzenia, nagle zniknął, pochłonięty przez żółty ocean o wiele jaśniejszy niż hummer pani Fevereau. Czarne litery unosiły się na tych żółtych falach, puchnące, pęczniejące: LINK-BELT3.

Później Gandalf też zaczął krzyczeć, a moja wizja – doktor Kamen nazwałby ją zapewne „wspomnieniem odzyskanym” – znikła. Do tej pory nie miałem pojęcia, że psy potrafią krzyczeć. Dowiedziałem się o tym dopiero tamtego październikowego popołudnia, cztery lata temu.

Zerwałem się do koślawego biegu, który w moim wykonaniu przypominał dreptanie kraba. Końcówka kuli łomotała o chodnik. Gdyby ktoś mnie zobaczył, miałby pewnie niezły ubaw, ale nikt nie zwracał uwagi na kuśtykającego kalekę. Monica Goldstein klęczała na środku ulicy, a obok, pod wysoką, kwadratową kratownicą osłaniającą przód musztardowego hummera, leżał jej pies. Kredowobiała twarz dziewczynki ostro kontrastowała z leśną zielenią munduru ozdobionego wstęgą z odznaczeniami i znaczkami sprawności. Koniec tej wstęgi leżał w rosnącej kałuży krwi Gandalfa, powoli nasiąkając czerwienią.

Pani Fevereau otworzyła drzwi, na wpół zeskakując, a na wpół spadając z niedorzecznie wysokiego siedzenia kierowcy. Ava Goldstein wybiegła przed dom, wołając córkę. Była boso, a bluzkę miała zapiętą tylko do połowy.

– Nie dotykaj go, kotku, nie dotykaj – wzdrygnęła się pani Fevereau, zaciągając się nerwowo papierosem, którego wciąż trzymała w palcach.

Monica nie posłuchała. Przesunęła dłonią po boku Gandalfa. Kiedy tylko go dotknęła, pies krzyknął jeszcze raz – to był prawdziwy krzyk – a ona schowała twarz w dłoniach. Powoli zaczęła kręcić głową. Nie dziwiłem się jej wcale.

Pani Fevereau wyciągnęła rękę, jakby chciała podnieść dziewczynkę z klęczek, ale ostatecznie zmieniła zdanie. Odeszła dwa kroki dalej, oparła się o wysoką burtę swojego hummera i uniosła głowę, spoglądając w niebo.

Ava Goldstein podeszła, przyklękając obok córki.

– Kochanie, nie rób tego, proszę cię – jęknęła.

Gandalf leżał na jezdni w rosnącej kałuży krwi i wył. A ja przypomniałem sobie wtedy dźwięk, który wydawał tamten dźwig. To nie było bip-bip-bip fabrycznego sygnału alarmowego (alarm, który włącza się przy wycofywaniu, był zepsuty), tylko wstrząsający ziemią bełkot dieslowskiego silnika i zgrzytanie piachu pod gąsienicami.

– Zabierz stąd Monicę, Avo – powiedziałem. – Weź ją do domu.

Pani Goldstein objęła córkę ramieniem i podniosła z jezdni.

– Chodź, kochanie. Chodź do domu.

– Nie zostawię Gandalfa! – zaszlochała Monica. Miała już jedenaście lat i była dojrzała jak na swój wiek, ale tamtego dnia, w tamtej chwili, zachowywała się jak najwyżej trzylatka. – Nie zostawię mojego pieseczka! – Nasiąknięty krwią koniec wstęgi mundurowej plasnął ją w nogę, pozostawiając na łydce długi czerwony pas.

– Idź do domu, Monico, i zadzwoń po weterynarza – powiedziałem. – Powiedz, że ma natychmiast tutaj przyjechać, bo Gandalf wpadł pod samochód. Idź, ja z nim zostanę.

Monica spojrzała na mnie. W jej oczach dostrzegłem o wiele więcej niż rozpacz czy szok. Był w nich obłęd. Znałem to spojrzenie bardzo dobrze. Napatrzyłem się na nie w lustrze.

– Przysięga pan? Niech pan powie: „Jak mamę kocham”.

– Jak mamę kocham. Idź już.

Dziewczynka odeszła z mamą w stronę domu. Na schodach obejrzała się jeszcze przez ramię, wydając z siebie ostatnie zawodzące kwilenie. A ja chwyciłem się zderzaka musztardowego hummera i ukląkłem obok Gandalfa. Szło mi nieskładnie, boleśnie i miałem mocny przechył na lewą stronę, tak jak zawsze od czasu wypadku. Prawej nogi starałem się nie zginać, jeśli to nie było absolutnie konieczne, ale pomimo tych wszystkich zabiegów jęczałem z bólu, zastanawiając się jednocześnie, czy uda mi się wstać o własnych siłach. Bo pani Fevereau, zauważyłem, sama nie była w najlepszej formie do udzielenia pomocy: sztywnym krokiem, rozstawiając szeroko nogi, przeszła na lewą stronę ulicy, a nad samym krawężnikiem skłoniła się w pas jak podczas prezentacji rodzinie królewskiej i zwymiotowała do ścieku. Dłoń z papierosem wyciągnęła w bok, trzymając daleko od siebie.

Odwróciłem wzrok i przyjrzałem się Gandalfowi. Samochód rąbnął go w tylną część ciała, miażdżąc kręgosłup. Spomiędzy połamanych zadnich łap ciekła leniwie krew zmieszana z odchodami. Pies podniósł na mnie oczy; była w nich przerażająca, koszmarna nadzieja. Polizał mnie w lewy nadgarstek. Ozorek miał zimny i suchy jak dywan. Żegnał się z życiem, ale mimo wszystko mógł umrzeć o chwilę za późno. Byłem pewien, że Monica za kilka minut do niego wróci, a nie chciałem, żeby wtedy żył i polizał ją w nadgarstek tak jak mnie.

Zrozumiałem, co muszę zrobić. Nikt mnie nie widział. Monica poszła z mamą do domu. Pani Fevereau stała plecami do mnie. Gdyby którykolwiek z sąsiadów, dzielących z nami tę końcówkę ulicy, podszedł teraz do okna (ewentualnie wyszedł przed dom), to i tak masywny hummer zasłaniał całkowicie kalekę z niezgrabnie wyprostowaną nogą, siedzącego nad potrąconym psem. Miałem więc kilka chwil, ale tylko kilka. Gdybym zaczął się teraz zastanawiać nad tym, co robię, zmarnowałbym okazję.

Zabrałem się więc do dzieła: na wpół uniosłem Gandalfa z jezdni – i w tej samej chwili wróciłem na plac przy Sutton Avenue, gdzie Freemantle Company rozpoczyna właśnie budowę czterdziestopiętrowego wieżowca dla firm bankierskich. Siedzę w swoim pikapie. W radiu Reba McEntire śpiewa „Fancy”. Chociaż nie usłyszałem żadnego sygnału, żadnego alarmu, nagle dociera do mnie, że dźwig pracuje zbyt głośno, a kiedy rzucam okiem w prawo, świat za oknem nie wygląda już tak, jak powinien wyglądać. Opadła na niego lita żółta kurtyna, po której pływają czarne litery: LINK-BELT. Pęcznieją mi w oczach. Szarpię za kierownicę, skręcam ją w lewo aż do oporu, choć wiem i tak, że już za późno. Dobiega mnie jęk uginającego się metalu. Ginie w nim piosenka z radia, a prawa strona samochodu zaczyna się nagle kurczyć, bo dźwig wdziera się na moje terytorium, kradnie moją – moją! – przestrzeń. Dodge nabiera przechyłu. Łapię za klamkę, ale drzwi nie dają się otworzyć. Trzeba było spróbować od razu, bo w tej rozgrywce bardzo wcześnie zrobiło się za późno na wszystko. Świat zza przedniej szyby znika, gdy szkło zmienia się w ściętą lodem kałużę mleka o powierzchni oblepionej kożuchem tysiąca pęknięć – a kiedy całe okno wypada, pojawia się z powrotem, wciąż wirując powoli dookoła własnej osi. Zaraz. Czy ja powiedziałem, że okno wypadło? Nie. Ono wyfruwa z ramy, wyrwane wielką siłą i złożone na pół jak karta do gry. Rzucam się na kierownicę, wciskając łokciami klakson; w ten sposób po raz ostatni używam prawej ręki. Klakson z trudem przebija się przez ryk silnika dźwigu. LINK-BELT jest już coraz bliżej, pcha przed sobą prawe drzwi, likwiduje miejsce dla pasażera, roztrzaskuje deskę rozdzielczą, która pęka niczym ziemia rozdarta drgnięciem płyt tektonicznych. Ze schowka wypadają śmieci i szpargały, radio milknie, moje pudełko na kanapki zgrzyta o klips na podkładce, a LINK-BELT jest tuż-tuż. LINK-BELT dotyka mnie; gdybym wysunął język, mógłbym, kurwa, polizać tę kreskę w środku, pomiędzy słowami. Zaczynam się drzeć, bo już czuję, jak mnie gniecie. Najpierw dociska prawą rękę do boku, potem ją rozprasowuje, a w końcu miażdży. Krew oblewa mi kolana, gorąca jak wrzątek; jest jej chyba całe wiadro. Słyszę, jak coś pęka. To pewnie moje żebra. Brzmi tak, jakby ktoś deptał kości z kurczaka.

Przygarnąłem Gandalfa do piersi i rozkazałem mu w myślach: przynieś cherlaka, usiądź na cherlaka, usiądź, kurwa, na to truchło, ty zasrana suko!

A potem widzę, że sam usiadłem na chuchro, na to, kurwa, truchło. Jestem w domu, ale dom to nie dom, kiedy pod moją popękaną czaszką biją zegary zwiezione chyba z całej Europy. Nie mogę sobie przypomnieć, jak nazywa się lalka, którą dostałem od Kamena, pamięć podsuwa mi tylko jakieś chłopięce imiona: Randall, Russell, Rudolph, River. River, kurna, Phoenix. Mówię jej, żeby zostawiła mnie samego, bo widzę, że weszła z tą tacą, przyniosła mi owoce i ten cholerny tfurożek, chcę, żeby mnie na pięć minut zostawiła. Dam sobie radę, mówię, bo tak nauczył mnie Kamen. To jest sygnał, alarm, to jest bip-bip-bip, które oznacza: „Uważaj, Pammy, Edgar wrzucił wsteczny i jedzie”. Ale ona, zamiast wyjść, bierze z tacy serwetkę i ociera mi czoło, chyba po to, żebym przestał je marszczyć, a kiedy tak stoi nade mną, łapię ją za gardło, bo w tej chwili zdaje mi się, że to wszystko przez nią. To jej wina, że zapomniałem imienia mojej lalki i w ogóle to wszystko jej wina, LINK-BELT też. Zaciskam palce lewej, zdrowej dłoni na jej szyi. Na kilka sekund opanowuje mnie pragnienie, żeby ją zabić, i kto wie, może nawet mu ulegam. Pewien jestem tylko jednego: wolałbym pamiętać ze szczegółami wszystkie tragiczne wypadki jak świat długi i szeroki niż wyraz jej oczu, kiedy usiłuje odepchnąć moją zaciśniętą dłoń. A potem słyszę w myślach trzy słowa: „Czerwona!” i puszczam ją.

Przytuliłem Gandalfa do piersi, tak jak moje córki, kiedy były jeszcze malutkie, i pomyślałem: dam sobie radę. Dam sobie radę. Dam sobie radę. Czułem na udach jego krew, gorącą jak wrzątek, przesiąkającą przez spodnie. Dawaj, ofiaro losu, rozkazałem mu w myślach, wysiadka.

Trzymałem Gandalfa, myśląc o tym, co czuje człowiek miażdżony żywcem w samochodzie, gdy pogięta karoseria zabiera mu powietrze i wytłacza z płuc oddech, kiedy z nozdrzy tryska krew, a w głowie, w ostatnim momencie przed dezercją świadomości, błyska zrozumienie: te ostre trzaski to dźwięk pękających kości. Żeber, ręki, biodra, nogi, twarzy, czaszki.

Trzymałem psa Moniki Goldstein. „Czerwona!”, wykrzyknąłem w myśli, porwany żałośnie triumfalnym uniesieniem.

Zapadłem się w ciemność przetykaną czerwienią, tą samą czerwienią. Trwało to chwilę, a potem otworzyłem oczy. Lewą ręką przyciskałem Gandalfa do piersi, a on patrzył na mnie…

Ale już mnie nie widział. Jego wzrok przechodził na wskroś przez moje ciało i przez niebo nad moją głową.

– Panie Freemantle – usłyszałem za sobą czyjś głos. To był John Hastings, starszy facet mieszkający dwa domy za Goldsteinami. W swojej kamizelce i tweedowej angielskiej czapce wyglądał tak, jakby się właśnie wybierał na wycieczkę po wrzosowiskach Szkocji. Gdyby tylko nie ten strach wymalowany na twarzy. – Panie Edgarze. Może pan puścić tego psa. On już zdechł.

– Prawda – przytaknąłem, odsuwając Gandalfa od piersi. – Pomoże mi pan wstać?

– Nie wiem, czy dam radę – odparł John Hastings. – Moglibyśmy obaj wylądować na ziemi.

– W takim razie proszę iść do Goldsteinów i sprawdzić, czy wszystko w porządku.

– To pies ich córki? – westchnął. – Miałem nadzieję… – Potrząsnął głową.

– Zgadza się – potwierdziłem. – Nie chcę, żeby wyszła i zobaczyła go w takim stanie.

– Oczywiście, ale…

– Ja panu pomogę – odezwała się pani Fevereau. Wyglądała już odrobinę lepiej, wyrzuciła też papierosa. Wyciągnęła dłoń, chcąc ująć mnie pod pachę – prawą – ale zawahała się w ostatniej chwili. – Czy to zaboli?

To było więcej niż pewne, ale dalsze siedzenie w tej pozycji bolałoby znacznie bardziej, więc powiedziałem jej, że nie. John Hastings poszedł ścieżką do domu Goldsteinów, a ja złapałem się zderzaka musztardowego hummera i wspólnymi siłami udało nam się postawić mnie na nogi.

– Nie ma pani zapewne w samochodzie niczego, czym można by przykryć tego zwierzaka?

– Tak się składa, że mam. Wożę z tyłu kawałek starego chodnika.

– Dobrze. Świetnie.

Pani Fevereau ruszyła w kierunku bagażnika – biorąc pod uwagę rozmiary jej wozu, zanosiło się na długą wyprawę – ale po chwili odwróciła się jeszcze w moją stronę.

– Dzięki Bogu, że psiak zdechł, zanim ta dziewczynka zdążyła wrócić.

– Dzięki Bogu – przyznałem.

IX

Mój dom był już całkiem blisko, na końcu uliczki, ale to mi nic nie pomogło. Telepałem się powoli, a zanim doszedłem, dłoń zaczęła mnie rwać tępym, jak go nazywałem, „kulobólem”. Na koszuli schły ciemne plamy krwi Gandalfa. Stanąwszy przed drzwiami, zauważyłem jakąś kartkę wetkniętą za siatkę przeciw owadom. Wyciągnąłem ją. Było na niej zdjęcie uśmiechniętej, salutującej skautki, a pod spodem krótki tekst:

ODWIEDZIŁA DZIŚ PAŃSTWA MIŁA SĄSIADKA

Monica

Z KOSZYKIEM PEŁNYM

PRZEPYSZNYCH SKAUTOWSKICH CIASTECZEK!

NIE ZASTAŁA NIKOGO W DOMU,

ALE NA PEWNO JESZCZE WRÓCI!

DO ZOBACZENIA!

Zamiast kropki nad „i” w swoim imieniu Monica narysowała uśmiechniętą buźkę. Zmiąłem kartkę w dłoni i pokuśtykałem przez kuchnię w kierunku łazienki, wyrzucając ją po drodze. Musiałem wziąć prysznic. Koszulę, dżinsy i poplamioną krwią bieliznę cisnąłem do pojemnika na śmieci, żeby zniknęły mi z oczu raz na zawsze.

X

Na podjeździe stał mój dwuletni lexus, ale od dnia wypadku nie usiadłem za kierownicą. Zakupy i inne sprawy załatwiał mi chłopak z miejscowej szkoły policealnej; był do mojej dyspozycji trzy razy w tygodniu. W razie czego mogłem też liczyć na Kathi Green, która, gdybym ją tylko poprosił, chętnie zahaczyłaby o najbliższy supermarket w drodze na sesję tortur ze mną albo przyjechała trochę wcześniej, żeby zabrać mnie do jakiegoś Blockbustera (to musiało być przed treningiem – po byłem zawsze półżywy). Gdyby ktoś mi powiedział, że jeszcze tej jesieni będę znów prowadził samochód, tobym go wyśmiał. Nie chodziło wcale o chorą nogę; po prostu na samą myśl o tym oblewał mnie zimny pot.

Tymczasem niedługo po wyjściu spod prysznica siedziałem już za kółkiem i obracałem kluczyk w stacyjce, oglądając się przez prawe ramię, żeby wycofać z podjazdu na ulicę. Zamiast dwóch tabletek oxycontinu połknąłem cztery. To był czysty hazard: czy uda mi się dojechać po takiej dawce do marketu Stop and Shop niedaleko skrzyżowania East Hoyt z Eastshore Drive – i nikogo nie przestraszyć ani nie zabić.

W sklepie obsłużyłem się szybko. To nie były normalne zakupy, tylko błyskawiczny nalot: dopaść lodówki w dziale mięsnym, a potem kuśtyk-kuśtyk do kasy z tabliczką „do dziesięciu artykułów” i już, dziękuję, nie biorę kuponów, nie mam nic do oclenia. Co nie zmienia faktu, że zanim zdążyłem dojechać z powrotem na Aster Lane, byłem już praktycznie na haju. Gdyby zatrzymała mnie drogówka, test trzeźwości wypadłby bardzo negatywnie.

Nikt mnie nie zatrzymał. Po drodze minąłem dom Goldsteinów, gdzie na podjeździe parkowały cztery samochody (plus jeszcze co najmniej pół tuzina na ulicy), a we wszystkich oknach paliło się jasne światło. Mama Moniki zadzwoniła po posiłki i wyglądało na to, że silna grupa krewnych odpowiedziała na wezwanie. Świetnie. I dla nich, i dla Moniki.

Niespełna minutę później parkowałem już samochód na własnym podjeździe. Pomimo że wziąłem tyle leków, prawa noga rwała mnie jak diabli od przekładania stopy z gazu na hamulec i z powrotem, a do tego rozbolała mnie głowa – zwyczajnie i tradycyjnie, od stresu. Ale pierwszym i najważniejszym z moich problemów był w tej chwili głód. To właśnie on wygonił mnie z domu. Z tym że „głód” jest zdecydowanie zbyt łagodnym określeniem tego, co czułem. To był najprawdziwszy wilczy apetyt. Nie zadowoliłby się resztkami lasagne, które miałem w lodówce. Było w tym mięso, ale zdecydowanie za mało.

Wtoczyłem się do domu, postukując kulą o podłogę. Od oxycontinu kręciło mi się w głowie. Z szuflady pod kuchenką wyciągnąłem patelnię, którą postawiłem z rozmachem na palniku, od razu odkręcając gaz do oporu. Strzeliła iskra, ogień zapłonął z szumem i sykiem, ale ja ledwie to słyszałem, zajęty zdzieraniem folii z porcji mielonej polędwicy wołowej. Rzuciłem mięso na patelnię i rozklepałem gołą dłonią; dopiero wtedy rozejrzałem się za łopatką, którą znalazłem w szafce obok kuchenki.

Po powrocie ze spaceru, kiedy zrzuciłem z siebie zakrwawione ciuchy, żeby wskoczyć pod prysznic, czułem wibrujące skurcze żołądka, ale uznałem, że to zwykłe mdłości – jak najbardziej na miejscu w takiej sytuacji. Ale kiedy zmywałem z siebie mydło, to już nie były skurcze, tylko nieprzerwane, basowe dudnienie potężnego silnika pracującego na jałowym biegu. Leki przeciwbólowe zagłuszyły je odrobinę, ale teraz powróciło ze zdwojoną siłą. Jeśli kiedykolwiek w całym moim życiu czułem podobny głód, to nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy to było.

Przewróciłem ten groteskowo wielki kotlet mielony na drugą stronę i zacząłem liczyć do trzydziestu. Wykombinowałem sobie, że tyle czasu na największym gazie wystarczy, żeby przynajmniej w ogólnych zarysach zbliżyć się do upowszechnionej idei smażonego mięsa. I być może udałoby mi się wytrzymać tak długo, gdybym tylko pomyślał o tym, żeby włączyć wentylator nad kuchenką i pozbyć się zapachu. Bez tego nie doliczyłem nawet do dwudziestu, bo już przy siedemnastu złapałem papierowy talerz, zsunąłem na niego to, co było na patelni, i oparty o szafkę, zacząłem szarpać zębami na wpół surową wołowinę. Mniej więcej w połowie porcji zauważyłem krew sączącą się spomiędzy czerwonych włókien mięsa i w jednej krótkiej chwili spłynęła na mnie wtedy olśniewająca wizja: Gandalf patrzył na mnie, a to, co zostało z jego połamanych tylnych nóg, zalewało się krwią zmieszaną z gównem, zlepiającą sierść w strąki. Mój żołądek zareagował na ten obrazek tylko lekkim drgnięciem i dalej niecierpliwie domagał się jedzenia. Byłem głodny.

Głodny.

XI

Tej nocy śniło mi się, że leżę na łóżku w sypialni, którą przez tyle lat dzieliłem ze swoją żoną. Pam spała obok mnie; nie słyszała, że w ciemnym domu rozbrzmiewa chrapliwy głos, powtarzający bez przerwy cztery słowa: „młode pary, stare grzyby”. Brzmiał jak zacięta płyta albo inne urządzenie. Potrząsnąłem ją za ramię, ale ona tylko przekręciła się na drugi bok. Odwróciła się ode mnie. Sny przeważnie nie kłamią, prawda?

Wstałem z łóżka i zszedłem na parter, trzymając się poręczy, żeby nie przeciążać chorej nogi. Czułem się jednak jakoś dziwnie, kiedy tak sunąłem palcami po tej dobrze mi znanej listwie z polerowanego drewna. I na ostatnich schodach zrozumiałem dlaczego. Może to i niesprawiedliwe, ale światem rządzą praworęczni. Gitary robi się dla praworęcznych, tak samo szkolne pulpity i konsole w amerykańskich samochodach. Schody w domu, gdzie kiedyś mieszkałem razem z rodziną, nie były bynajmniej wyjątkiem: miały poręcz po prawej stronie, bo chociaż dom zbudowała moja firma według moich własnych planów, to moja żona i obie córki były praworęczne – a kto ma większość, ten rządzi.

Tak czy inaczej czułem, jak przesuwam dłonią po poręczy.

Oczywiście, pomyślałem. Przecież to sen. Taki sam jak po południu. Wiesz, o czym mówię?

Gandalf to nie był sen, odpowiedziałem sobie w myślach, a obcy, który zakradł się do mojego domu – i był już teraz bardzo blisko mnie – powtarzał wciąż: „młode pary, stare grzyby”. Wiedziałem, że kimkolwiek jest, znajdę go w salonie. Nie chciałem tam zaglądać.

Nie, Gandalf to nie był sen, pomyślałem – może te myśli pochodziły od mojej fantomowej prawej ręki? Snem jest to, że go zabiłeś.

Czyli co, sam umarł? Czy to chciał mi powiedzieć ten głos? Bo w moim przekonaniu Gandalf nie umarł sam. Potrzebował pomocy i znalazł ją – takie było moje zdanie.

Wszedłem do salonu, który kiedyś należał do mnie. Nie byłem świadomy tego, że poruszam nogami. Szedłem tak, jak się idzie we śnie, więc to raczej świat mnie mijał, zostając w tyle; przypominało to jakiś wymyślny i kosztowny trik. I tam, w starym drewnianym fotelu na biegunach należącym do Pam, siedziała laleczka Reba, moja konsultantka ds. zarządzania zasobami złości, ale większa, duża jak prawdziwe dziecko. Miała upiorne, różowe miękkie nóżki bez kości i wymachiwała nimi; jej stopy, wbite w czarne dziewczęce pantofelki, śmigały tuż nad samą podłogą. Puste oczka były utkwione we mnie. Zwiędłe loczki koloru truskawek kołysały się tam i z powrotem. Usta lalki były wysmarowane krwią, a ja, w tym śnie, wiedziałem, że to nie jest krew człowieka ani psa, tylko to, co wyciekło z mojego prawie surowego kotleta – to, co zlizałem z papierowego talerza, kiedy skończyło się mięso.

„Ta niedobra żaba nas goniła!”, krzyknęła Reba. „Ona ma zemby!”.

XII

Echo tego słowa – zemby! – brzmiało mi w głowie nawet po przebudzeniu, kiedy zerwałem się, siadając na łóżku zalanym zimnym światłem październikowego księżyca. Próbowałem wrzasnąć, ale zamiast wrzasku wydałem z siebie tylko serię cichych sapnięć. Serce waliło mi jak młotem. Sięgnąłem do włącznika nocnej lampki i szczęśliwym trafem udało mi się nie strącić jej na podłogę, chociaż, kiedy już zapaliło się światło, zobaczyłem, że podstawka jest wysunięta za krawędź szafki aż do połowy. Zegar w radiu z budzikiem pokazywał godzinę trzecią dziewiętnaście.

Usiadłem na skraju łóżka, opuszczając nogi na podłogę. Sięgnąłem po telefon. „Zadzwoń, jeśli naprawdę będę ci potrzebny”, powiedział Kamen, „o każdej porze dnia i nocy”. I gdybym tylko miał jego numer w pamięci aparatu stojącego w sypialni, to najprawdopodobniej skorzystałbym z propozycji. Ale kiedy poczucie rzeczywistości powróciło mi już na dobre – jestem nad jeziorem Phalen, a nie w Mendota Heights, i tutaj w salonie nie ma żadnego chrapliwego głosu – ta gwałtowna potrzeba szybko przeszła.

Reba, lalka ds. zarządzania złością, siedząca w drewnianym fotelu na biegunach, duża jak prawdziwe dziecko. W sumie czemu nie? Przed zaśnięciem czułem złość, chociaż nie na biednego Gandalfa, tylko raczej na panią Fevereau. Zębata żaba natomiast wydawała mi się w całym tym galimatiasie ni przypiął, ni przyłatał. Najważniejsze jednak w moim przekonaniu było to, co stało się z psem Moniki Goldstein. Czy to ja go zabiłem, czy może sam wyzionął ducha?

A może niesłusznie przywiązywałem do tego aż taką wagę? Może najistotniejsze było to, dlaczego po jego śmierci skręcało mnie z głodu? Może.

I dlaczego musiałem najeść się mięsa.

– Wziąłem go na ręce – wyszeptałem.

Raczej na rękę, bo masz już tylko jedną. Jedną zdrową. Lewą.

Ale pamięć podsunęła mi inny obraz: wziąłem go na ręce, ręce w liczbie mnogiej. Powściągając narastający gniew

(czerwona)

spróbowałem odwrócić swoje kipiące emocje od tamtej głupiej kobiety z papierosem w jednej ręce, a komórką w drugiej i przekazać je – sobie samemu, w jakimś obłąkanym zamkniętym obiegu. Wziąłem go na ręce… To na pewno była halucynacja, ale tak, nie inaczej, tamto zdarzenie zapisało mi się w pamięci.

Wziąłem go na ręce. Ręce.

Kładąc jego kark w zgięciu lewego łokcia, żeby prawą dłonią móc sięgnąć mu do gardła i udusić.

Udusić i zakończyć jego tragedię.

Sypiam bez koszulki, więc żeby przyjrzeć się kikutowi, wystarczyło odwrócić głowę. Mogłem nim pokiwać – i to było na tyle. Kiwnąłem więc kilka razy, a potem wbiłem wzrok w sufit. Galopujący puls zaczął już zwalniać.

– Pies umarł od obrażeń – powiedziałem głośno. – I z szoku. Żeby tego dowieść, wystarczy przeprowadzić sekcję zwłok.

Tylko że żaden patolog nie zrobi sekcji psa rozjechanego na placek przez hummera, którego prowadziła nieostrożna, rozkojarzona kobieta.

Błądziłem wzrokiem po suficie, marząc o tym, żeby mieć już za sobą to życie, to smutne życie, które zaczynałem kiedyś z tak wielką ufnością. Wydawało mi się, że tej nocy już nie zasnę, ale jednak po jakimś czasie zapadłem w sen. Każde zmartwienie w końcu się zużywa.

Tak mawia Wireman.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

1 Dr. Seuss (wł. Theodor Seuss Geisel) – amerykański autor książek dla dzieci. Najbardziej popularną z nich jest The Cat in the Hat (wydana w 1957 r., polski przekład pod tytułem „Kot Prot”) (przyp. tłum.).

2 W Stanach Zjednoczonych święto pracy obchodzi się w pierwszy poniedziałek września (przyp. tłum.).

3 Link-Belt Construction Equipment Company – amerykańska firma produkująca ciężki sprzęt budowlany (przyp. tłum.).