Wołanie w górach. Wypadki i akcje ratunkowe w Tatrach - Michał Jagiełło - ebook
lub
Opis

Wołanie w górach, które mają Państwo przed sobą, jest edycją szczególną. Michał Jagiełło zmarł nagle 1 lutego 2016 roku. Nie skończył pracy nad uzupełnieniami (jego notatki zatrzymują się na wydarzeniach z 2015 roku). Próby domknięcia tej opowieści o działaniach TOPR podjęła się córka autora – Dominika Jagiełło, przy wsparciu Adama Maraska, który z kroniki wypadków wybrał kilkanaście nowych opisów wypraw z lat 2016–2017, i Krzysztofa Wojnarowskiego, który czuwał nad poprawnością językową i merytoryczną oraz jest autorem zdjęcia okładkowego. Współtwórcami nowej edycji książki są także ratownicy, którzy przekazali zdjęcia z akcji, co pozwoliło odświeżyć wydanie pod względem wizualnym.

Wydanie to jest szczególne również dlatego, że ukazuje się równo czterdzieści lat od premiery Wołania w górach. Z cienkiej, ledwie dwustustronicowej publikacji powstała książka wielka pod względem liczby stron i ogromu zawartości. W ciągu czterech dekad Michał Jagiełło stale pracował nad uzupełnieniami, wyszukiwał nowe szczegóły, zagłębiał się w historię, wydarzeniom nadawał nowe komentarze, które pokazują, jak zmieniało się jego spojrzenie na wiele spraw.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1536

Popularność


Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki, Janusz Barecki

Opieka edytorska: Agnieszka Dziewulska

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Opracowanie indeksu: Katarzyna Wójcik

Zdjęcie autora na obwolucie: Robert Janik

Autorzy zdjęć: Marcin Witek (s. 30, 260, 516, 648, 744),

Andrzej Górka (s. 194, 298, 536, 608, 838, 928),

Andrzej Mikler (s. 374, 436),

Igor Marcin Józefowicz (s. 478),

Łukasz Migiel (s. 762),

Sebastian Szadkowski (s. 346, 892),

Krzysztof Wojnarowski (okładka)

Copyright © by Anna Jagiełło, Dominika Jagiełło, Katarzyna Jagiełło-Wilgat

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN 978-83-244-1032-3 (EPUB); 978-83-244-1032-3 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Od autora

Książka, którą oddaję do rąk Czytelników, jest tyleż pracą dokumentalną, ile osobistym zapisem. Miałem bowiem wyjątkową możliwość zapoznania się i z historią ratownictwa, i z dniem dzisiejszym GOPR i TOPR. Mogłem zagłębić się w teorię, a równocześnie praktycznie weryfikować ją na wielu wyprawach. Wertowałem dokumenty i rozmawiałem z tymi, którzy byli przy narodzinach Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Gdy na początku lat 60. ubiegłego wieku związałem się z Pogotowiem, żyli jeszcze seniorzy: Stanisław Gąsienica Byrcyn, Stanisław Gąsienica Szymków z Lasa, Józef Gąsienica Wawrytko. Zawodowym ratownikiem był wciąż Jan Gąsienica Tomków[1] – niczym żywe wiązanie między dawnymi i nowymi laty. Nie odmawiał mi informacji o ratownictwie Tadeusz Pawłowski, Krzysztof Berbeka zaszczycił mnie, studenta chłonącego górskie sprawy, uwagami o trudnościach psychologicznych łączenia zawodowej pracy w Pogotowiu z alpinizmem wyczynowym, Jerzy Hajdukiewicz związał się ze mną liną, Józef Uznański osobiście trącał mnie kijkiem, starając się, bez większego powodzenia, poprawić moją sylwetkę na nartach...[2].

Można więc było usiąść gdzieś „do słonka” i słuchać niespiesznych opowieści o: Mariuszu Zaruskim, Mieczysławie Karłowiczu, Klimku Bachledzie czy Józefie Oppenheimie. Przeszłość była obecna we wspomnieniu, w anegdocie, a nade wszystko w żywości tradycji zobowiązującej każdego ratownika do godnego kontynuowania dzieła poprzedników. Pogotowie! Ileż treści kryje to słowo! Pogotowie – nieporównywalne z niczym innym sploty pozornych sprzeczności: tradycji i nowoczesności, ochotniczości i zawodowstwa, tego, co miejscowe, z tym, co przychodzi z zewnątrz, indywidualizmu z działaniem zespołowym, gwiazdorstwa i anonimowości, hardości i posłuszeństwa, głęboko zakorzenionej potrzeby wolności z dobrowolnym uznaniem hierarchicznej struktury. Dopiero organiczne scalenie tych wszystkich jakże różnych elementów stanowi podstawę właściwego funkcjonowania Pogotowia. Jest to oczywiście działalność ratownicza, ale dotykająca wielu dziedzin życia: od turystyki do taternictwa i narciarstwa wyczynowego, od codziennego, rutynowego kontaktu ze służbą zdrowia po lotnictwo sanitarne, od współpracy z personelem schronisk, pracownikami Polskich Kolei Linowych i tymi, którzy utrzymują trasy narciarskie, po leśników i strażników przyrody z Tatrzańskiego Parku Narodowego. Pogotowie jest systemem bardzo czułym, natychmiast reagującym na wszelkie, nawet niewielkie zaburzenia występujące w polu jego działania. Nie miejsce tu jednak, by kusić się o analizę systemu organizacyjnego Pogotowia i badanie jego funkcjonalności. Wymieniam hasłowo główne problemy po to, by wykazać, że Pogotowie nie jest samotną wyspą. Wręcz przeciwnie, prowadząc działalność na oczach opinii społecznej, jest poddane znacznemu, i dodajmy: potęgującemu się, ciśnieniu okoliczności zewnętrznych. I właśnie tu okazuje swą przydatność swoisty konserwatyzm ludzi Pogotowia, może precyzyjniej będzie powiedzieć: kadry zawodowej. Żywość tradycji, szacunek dla poprzedników, poczucie ciągłości wykonywanej pracy, często w obrębie jednej rodziny, ulokowanie w ratownictwie swych życiowych ambicji – wszystko to powoduje, że każdą nowość najpierw krytycznie się obserwuje, a następnie albo zdecydowanie się ją odrzuca, albo też przyjmuje, ale już przystosowaną do potrzeb Pogotowia. Cecha ta powoduje, że Pogotowie uniknęło, jak dotychczas, poważniejszych wstrząsów. Jest to niewątpliwie zasługa tych, którzy trwają. I nieważne, czy należą oni do szacownych rodów góralskich, czy są li tylko zakopianami, czy mieszkają tu od pokoleń, czy od niedawna. Istotne jest, że związali życie z ratownictwem, przyjmując za swoje zasady obowiązujące w tym środowisku. Związać się na stałe z Pogotowiem to uznać, że indywidualne cele i ambicje nie powinny być sprzeczne z nadrzędnym interesem ratownictwa tatrzańskiego.

Przyznam, że dopiero dziś, mając za sobą różne fazy kontaktu z Pogotowiem i pewien bagaż doświadczeń życiowych, zaczynam w pełni doceniać ten „zmysł równowagi” chroniący Pogotowie przed niepożądanym rozchybotaniem.

Zaryzykuję twierdzenie, że Pogotowie – widziane w całej jego historii – jest najpełniejszą znaną mi praktyczną realizacją idei personalistycznej, która godzi poszanowanie jednostki, osoby, z koniecznością poddania się rygorom ograniczającym. Jest to więc indywidualizm w służbie zbiorowości. Jest to wolność świadoma, skierowana ku jasno sprecyzowanym wartościom. W tym, jak sądzę, znajduje się klucz do rozumienia fenomenu Pogotowia. Ludzie, którzy tworzą jego trzon, są hardzi, niepokorni, ambitni, chronią swą godność i wewnętrzną autonomię przed każdym, kto chciałby ją ograniczyć, a jednocześnie potrafią złożyć część swej wolności w ręce jednego z nich, którego uznają za swego zwierzchnika. Indywidualiści – a potrafią odgrywać anonimową rolę jako części składowe sprawnie funkcjonującego mechanizmu zwanego patrolem ratowniczym, akcją, wyprawą. Dysponując wiedzą górską popartą latami praktyki, potrafią bez sprzeciwu podporządkować się koledze, który jest kierownikiem wyprawy czy naczelnikiem TOPR. Pod jednym wszak warunkiem – między kierownikiem akcji a jej uczestnikami musi istnieć zaufanie, dające tak konieczne w tej pracy poczucie wzajemnego bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo ratowników oznacza zaś bezpieczeństwo ratowanego. Zachwianie poczucia stabilizacji kadry zawodowej, wprowadzanie nie do końca przemyślanych zmian, odrywanie się od tradycji mogłoby niekorzystnie rzutować na jakość czynności ratowniczych. Nie mam wątpliwości, że jeśli chcemy, by Pogotowie pozostało tym, czym było i czym jest nadal – powinniśmy pozostawić je w rękach samych ratowników.

Pogotowie Górskie to jeden z pięknych przejawów polskiej i zarazem europejskiej tożsamości; to nieprzepłacone wspólne dobro.

„Wołanie w górach” nie mówi o tych sprawach wprost, ale to właśnie one są faktyczną tkanką mej opowieści opartej z jednej strony na faktografii „Ksiąg wypraw”, z drugiej zaś na mych osobistych refleksjach. Zrezygnowałem z fabularyzowania na rzecz chłodnej i suchej relacji, wierząc, że przez układ książki i dobór materiału uda mi się przekazać przynajmniej część prawdy o Pogotowiu. Jest to więc przede wszystkim próba oddania sprawiedliwości tym wszystkim, którzy mozolną, codzienną pracą nieustannie potwierdzają piękną historię polskiego ratownictwa i którzy potrafią czasem wznieść się tak wysoko, że tworzą rzeczy – bez przesady – wielkie. Świadomie używam określenia „tworzą” – jest to konsekwencja przyjętego przeze mnie założenia, że góry są żywiołem i że ratowanie ludzkiego życia, któremu ten żywioł zagraża, jest autentyczną twórczością. Góry są żywiołem. Człowiek wchodzący w góry rozpoczyna z nimi grę. Ratownicy wkraczają wtedy, gdy gra toczy się na serio, gdy staje się walką o życie. Czasem jest to już tylko walka o ciało. Podstawowym więc wyróżnikiem w ratowniczym widzeniu gór, tym, co ludzi Błękitnego Krzyża charakteryzuje – jest poczucie życia na serio. Wyprawa ratunkowa to skondensowany czas życia prawdziwego, kiedy ważne są tylko sprawy naprawdę ważne! O tym nie mówi się nigdy. To jest doznanie tak głębokie i tak osobiste, że każdy zachowuje je dla siebie. Decydując się na nieśmiałą próbę powierzchownego choćby tylko wniknięcia w psychikę ratownika, czynię to na własne ryzyko i własną odpowiedzialność. Konwencja tej książki daje mi możliwość mówienia o niektórych kwestiach z mojego tylko punktu widzenia. Będę czasem z niej korzystał w osobistych uwagach rozsianych na marginesie opisu poszczególnych wypadków i wypraw. Chcę jednak uprzedzić Czytelników, że są to tylko moje wynurzenia, nie można więc na ich podstawie formułować sądów uogólniających. Skala reakcji na przeżycie tak silne jak wypadek górski i udział w wyprawie ratunkowej jest zapewne bardzo zróżnicowana. Biorę więc odpowiedzialność tylko za siebie. Jeśli piszę o lęku, proszę łaskawie pamiętać – jest to mój lęk; jeśli ujawniam wątpliwości – są to moje wątpliwości. Uznałem za stosowne podzielić się i tymi doznaniami, wychodząc z założenia, że mogą one być pomocne Czytelnikowi, przybliżając problematykę ratowniczą w warstwie, która albo jest pomijana milczeniem, albo całkowicie zmitologizowana.

Trafiłem do Pogotowia na przełomie epok. Trwały jeszcze ostatki dawnego, tworzonego przez: Mariusza Zaruskiego, Józefa Oppenheima, Zbigniewa Korosadowicza, Tadeusza Pawłowskiego i Zygmunta Wójcika. Równocześnie rozwijała się teraźniejszość tych samych: Pawłowskiego i Wójcika, oraz ich młodszych kolegów: Krzysztofa Berbeki i Eugeniusza Strzebońskiego, Michała Gajewskiego i Józefa Uznańskiego, Antoniego i Stanisława Janików, Władysława Gąsienicy Roja I... Na moich oczach zmieniał się sprzęt ratowniczy. Ja i moi rówieśnicy zwoziliśmy jeszcze kontuzjowanych narciarzy na drewnianych toboganach, ale coraz częściej używaliśmy akii – specjalnych sań-toboganu z duraluminium. Katowaliśmy kolana, znosząc rannych i martwych na bambusie, jak mocą tradycji określało się duralowy drążek (dawniej był to bambus), do którego w siatce podczepiano „klienta”, tenże bambus nosiło się na jednym ramieniu – we dwóch. Ale wnet pojawił się wózek alpejski i znakomite nosze zwane francuskimi – umożliwiające transport rannego na obu ramionach. Rewolucyjne zmiany zaszły w latach 60. XX w. w sprzęcie i technice pokonywania jaskiń o rozwinięciu pionowym: od sizalowych lin i drucianych drabinek, po wysokiej klasy liny z tworzywa sztucznego i lekkie przyrządy do zjazdu i do wychodzenia po linie. Wielkie zmiany zaszły w ratownictwie ścianowym wraz z upowszechnieniem się zestawu alpejskiego zwanego szelkami Grammingera czy po prostu grammingerem – od wynalazcy tego urządzenia, Ludwiga Grammingera, ratownika górskiego z Niemiec. Dodajmy metodę improwizacji, wspomnijmy o radiotelefonach, oddajmy sprawiedliwość śmigłowcom.

Los obdarował mnie możliwością czynnego uczestnictwa w ratownictwie tatrzańskim właśnie wtedy, kiedy w Pogotowiu na starym, ale zdrowym pniu tradycji zieleniły się nowe gałęzie. A zatem „Wołanie w górach” to także przegląd ratowniczych technik. Stąd są tu bambus i gramminger, obolałe ramiona ratowników i śmigłowiec w zawisie nad granią, przekrzykiwanie wiatru i radiotelefony, zwyczajny opatrunek na ranę i kroplówka podawana w jaskini.

Natomiast niezmienna jest idea – udzielanie pomocy potrzebującym. Idea realizowana już ponad sto lat. Przez pokolenia ratowników.

Jednym z bohaterów tej książki są piloci śmigłowców działający w Tatrach. To dzięki ich codziennej pracy w powietrzu ratownicy mogą szybko dotrzeć do oczekującego pomocy, a szybkość akcji ma częstokroć po prostu wymiar ludzkiego życia. Zdarzyło się jednak, że w górach, właśnie podczas akcji ratunkowej, zginęli i ratownicy, i piloci śmigłowca.

W słoneczne popołudnie 11 sierpnia 1994 r. żołnierze Straży Granicznej z Kasprowego Wierchu zawiadomili centralę TOPR, że w Kotle Gąsienicowym znajdują się dwie kontuzjowane turystki. Konieczna jest szybka pomoc. Do akcji wyrusza ekipa pod kierunkiem Janusza Kubicy. Do śmigłowca „Sokół”, będącego dumą ratowników, wsiadają: Robert Janik, Roman Kubin, Janusz Kubica, Stanisław Mateja, Rafał Mikiewicz i Mieczysław Ziach. Za sterami piloci Bogusław Arendarczyk i Janusz Rybicki.

Lot przebiega spokojnie. Maszyna zatrzymuje się w niewysokim zawisie kilkadziesiąt metrów powyżej rannych turystek. Ratownicy wyskakują na usłany skałami stok. Robert tak opisał ten moment: R. Janik zbiegł natychmiast w kierunku miejsca wypadku, a pozostali ratownicy odebrali w tym czasie dwie pary noszy podawanych z pokładu śmigłowca. Nagle dostrzegli leżącego tuż obok Janusza Kubicę z raną głowy w okolicy ciemieniowo-potylicznej. Koledzy wciągnęli go na pokład śmigłowca, który natychmiast odleciał...

Ratownicy są już przy turystkach. Okazuje się, że to Szwedki i każda ma złamaną nogę. Podczas udzielania pierwszej pomocy w ratowniczych radiotelefonach odezwał się jeden z pilotów: – Lądujemy za trzy minuty. Powiedział też, że potrzebna jest karetka reanimacyjna. Był to wyraźny sygnał, że stan Janusza jest poważny i wymaga natychmiastowej specjalistycznej opieki lekarskiej.

Ratownicy w Kotle Gąsienicowym zajmowali się jeszcze rannymi turystkami, gdy drogą radiową zaczęły dochodzić pierwsze meldunki o katastrofie. Było w to trudno uwierzyć, ale rychło nie pozostawało nic innego, niż przyjąć do wiadomości ten brutalny fakt. „Sokół” spadł do Doliny Olczyskiej. Stało się to o godzinie 13.17.

Robert i jego koledzy znoszą ranne turystki tradycyjnym sposobem, a tymczasem Piotr Malinowski organizuje wyprawę ratunkową do szczątków śmigłowca. Wnet całe Tatry obiega wiadomość, że nikt nie ocalał.

W „Księdze wypraw” sucha notatka Roberta Janika: Dwie szwedzkie turystki uratowane. Zginęli dwaj piloci i dwaj ratownicy TOPR. A oto ich nazwiska: Bogusław Arendarczyk i Janusz Rybicki oraz Janusz Kubica i Stanisław Mateja. Zginęli podczas pełnienia czynności służbowych, na ratowniczym posterunku.

Być może fatalny ciąg wydarzeń rozpoczął się od muśnięcia karku Janusza Kubicy przez końcówkę łopaty głównego wirnika śmigłowca. Uderzenie to mogło spowodować rozregulowanie mechanizmu stabilizującego wirnik, co doprowadziło do drgań łopat, a to z kolei zagroziło całości śmigłowca. Z chwilą gdy łopaty zaczęły uderzać w dolną część kadłuba, „Sokół” zaczął niejako niszczyć sam siebie aż po odcięcie ogona z tak ważnym dla śmigłowca małym wirnikiem.

A wtedy nie było już ratunku.

Zima, koniec grudnia, mglisto. Pogotowie ogłosiło III stopień zagrożenia lawinowego w rosnącej, pięciostopniowej skali. Wędrujący po Tatrach powinni unikać stromych stoków, trzymać się dróżek w dolinach i przygotowanych, oznakowanych tras narciarskich. Ze schroniska w Pięciu Stawach troje turystów idzie jednak w stronę Szpiglasowej Przełęczy. Wczesnym popołudniem, 30 grudnia 2001 r., do schroniska dociera mężczyzna, informując o lawinie, która porwała dwoje jego towarzyszy. Naczelnik Jan Krzysztof wysyła ze schroniska patrol i organizuje wyprawę.

Już ciemno. Mgła, wiatr, zamieć. Ekipa pod kierownictwem naczelnika metr po metrze pokonuje wysokość. W kociołku pod Szpiglasową Przełęczą, na lawinisku, czekają na nich młodzi koledzy; to oni jako patrol wysłany ze schroniska odnaleźli w lawinisku kobietę i mężczyznę. Turyści nie dawali znaków życia. Trzeba jednak iść w górę, aby sprawdzić tę diagnozę patrolu, dopomóc przewianym wiatrzyskiem i zmarzniętym kolegom zejść w zacisze schroniska oraz – znieść ciała. Ratownicy są już w rejonie Szpiglasowych Stawków.

Wtem rusza stok. Lawina zagarnia całą ekipę. Jest godzina 17.23, przedostatni dzień roku.

Dwaj ratownicy-ochotnicy: Marek Łabunowicz, lat 29, utalentowany muzyk, oraz Bartłomiej Olszański, lat 25, student leśnictwa i polonistyki – nie wrócili z gór. Zginęli podczas pełnienia ratowniczej służby.

Omawiając wybrane przypadki z działalności polskich ratowników w Tatrach, z należnym szacunkiem idę po tropach Mariusza Zaruskiego i Wawrzyńca Żuławskiego, mam także w pamięci rękopiśmienne „SOS w Tatrach” Wandy Gentil-Tippenhauer (przechowywane w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem), które stało się podstawą popularnej książki „W stronę Pysznej”[3], korzystam też z kronikarskich zapisów publikowanych systematycznie w roczniku „Wierchy” i kwartalniku „Tatry”. Niniejsza książka jest zatem mozaiką fragmentów tekstów wielu osób (co skrupulatnie odnotowuję w przypisach), złączonych moim osobistym komentarzem. Nasza zgęszczona opowieść o działaniach ratowników od samego początku istnienia Pogotowia aż po dzień dzisiejszy już samą siłą czasu uwzględnia postęp techniczny i w ogóle cywilizacyjne przemiany widoczne w ratownictwie górskim. Oczywiście stale najważniejsi są ludzie, ale jakże ważne jest ich specjalistyczne przygotowanie oraz sprzęt pozostający do ich dyspozycji: od urządzeń medycznych po śmigłowce, od zwyczajnych telefonów komórkowych po te z zainstalowaną aplikacją „Ratunek”, od ułatwień w robieniu zdjęć fotograficznych do systemów ułatwiających odszukanie zasypanego przez lawinę...

Wszystko, o czym piszę w tej książce, jest podporządkowane – chcę to wyznać na samym wstępie – głównemu i jedynemu celowi, a jest nim zapobieganie wypadkom. Chciałbym, aby „Wołanie w górach” było książką dydaktyczną z samej istoty, bez konieczności uciekania się do surowych ocen i wszystkowiedzących pouczeń. Byłbym usatysfakcjonowany, gdybym potrafił wzbudzić u części Czytelników szacunek dla żywiołu zwanego górami. Tylko tyle. A raczej – aż tyle. Moja niechęć do pouczania i mentorskiego tonu ma źródło w przekonaniu, że świadome przebywanie w górach jest zewnętrzną formą czegoś znacznie głębszego i znacznie ważniejszego niż tylko chęć aktywnego wypoczynku czy doznawania wrażeń estetycznych. Świadomie przeżywane góry wyzwalają w człowieku jego lepszą stronę. Bezinteresowność wysiłku już sama w sobie jest wartościowa. A bezinteresowność ponawiana konsekwentnie jest częstokroć równoznaczna z silną potrzebą poszukiwania wartości przez doświadczanie siebie w niecodziennych warunkach. Jest to jednak coś niezmiernie brutalnego i nieludzkiego, jeśli typowo ludzkie próbowanie siebie kończy się śmiercią. Otóż ja chciałbym swą skromną książką zachęcić Czytelników do świadomego doznawania gór i świadomego poznawania siebie w górach, przestrzegając zarazem przed niebezpieczeństwem wejścia na ścieżkę, która prowadzi na tamtą stronę grani.

„Wołanie w górach” to książka faktograficzna, to nie jest beletrystyczny autorski popis wyobraźni. Jest to jednak chwilami moja osobista wypowiedź o tej szczególnej formie kultury, jaką jest potrzeba bywania w górach. I właśnie realizacja tej wewnętrznej, duchowej, w niektórych przypadkach egzystencjalnej wręcz potrzeby jest dla mnie swoistą formą kultury, a nawet jakiegoś rodzaju działalnością twórczą. Każda postać aktywności górskiej: dolinki i wysokie granie, sielskość Grzesia i groza Mięguszowieckich, turystyka i taternictwo wyczynowe, pokonywanie jaskiń i narciarstwo, nawet „pasienie” oczu panoramą z Rusinowej Polany, nawet leniuchowanie w wiosennym słońcu na drewnianych ławach na Przysłopie Miętusim – to chwile, w których fizyczne stapia się z metafizycznym, biologia łączy się z duchowością, to jakieś świeckie nabożeństwo najbardziej prywatnej religii. Oczywiście te zdania mogą kogoś śmieszyć, ale nie wątpię, że znajdą też ciepłe przyjęcie: mówię wszak teraz do „wyznawców”, do ludzi, tak jak autor niniejszego, „siekniętych” potrzebą bywania w górach, a może raczej w obliczu gór.

U mnie stan ten trwa od bardzo wczesnej młodości. Nierozerwalnym składnikiem mojego przeżywania gór są zagadnienia ratownicze i organizacyjny związek z Pogotowiem Górskim, co zaczęło się na serio w 1962 r. Góry, wspinaczka, wątki ratownicze są często obecne w mojej pracy literackiej, a szczególnie w szkicach pomieszczonych w „Sygnałach z gór”[4] i w tomach: „Obsesja” (Kraków 1978) oraz „Obsesja i inne góry” (Warszawa 1994). Czerpałem i wciąż czerpię pełnymi garściami z tego mojego zanurzenia się w świat gór, z Tatrami na pierwszym miejscu, i z kontaktów z ludźmi, dla których góry są już to warsztatem pracy zawodowej, już to polem intelektualnej uprawy. Jestem dłużnikiem setek osób: ratowników zawodowych i ochotników, górali i taterników, a także „klientów” Pogotowia, bo to ich przygody i dramaty staram się rzetelnie przedstawiać w tej książce. W warstwie intelektualnej wiele skorzystałem z tekstów: Jacka Kolbuszewskiego, Andrzeja Matuszyka, Józefa Nyki, Jana Strzeleckiego, Jana Józefa Szczepańskiego, Jacka Woźniakowskiego i Andrzeja Ziemilskiego – uczyłem się od nich wiązania natury z kulturą, indywidualizmu ze wspólnotowością, a także pokory wobec majestatu i tajemnicy związków człowieka z górami jako miejscem także etycznych wyborów.

Jestem obecny w górach i góry są zadomowione we mnie od sześćdziesięciu lat, z czego ponad pół wieku trwa bliski kontakt z Pogotowiem Górskim. To zrozumiałe, że myślę czasem: moje góry.

Te moje Tatry, te hale i przełęcze, te doliny i szczyty realnie istniejące i zarazem owinięte w prywatną mitologię starałem się przedstawić w tryptyku prozy artystycznej, na który złożyły się: „Trójkątna Turnia” (Warszawa 1996), „Za granią grań” (Warszawa 1998) oraz „Jawnie i skrycie” (Warszawa 2000), a także w zbiorach poezji „Goryczka, słodyczka, czas Opowieści” (Toruń 2007), „Ciało i pamięć. Wiersze” (Warszawa 2010), „Tatry. Koncert na dwóch” (zdjęcia Krzysztof Wojnarowski, wiersze Michał Jagiełło, Kraków 2012), „Zszywanie – w ucieczce” (Warszawa 2014) i „Pusta drabina” (Warszawa 2016).

Te wymyślone Tatry i wydumane przygody, którymi obarczyłem swoich bohaterów (bohatera?), są mocno zakorzenione w moich doświadczeniach górskich, problematyki ratowniczej nie wyłączając. Tu nie ma prostej zależności między moim górskim, dość długim już życiem, a kreacją artystyczną, ale nie znaczy to, że między niniejszą faktograficzną książką a wspomnianym tryptykiem i poezjami nie ma żadnych związków. Także tu, w tym opracowaniu, próbuję napomykać o sprawach wykraczających poza surowy zapis faktograficzny, wkraczam czasem w rejony filozofii, etyki, psychologii, estetyki. Za całą książkę biorę pełną odpowiedzialność, ale w sposób szczególny odpowiadam osobiście za te wzmianki i napomknienia, w których pobrzmiewa refleksja o górach jako bardzo specjalnej scenie życia. Jeszcze raz chcę jednak powiedzieć, że są to moje osobiste refleksje, przeświadczenia czy intuicje, których wcale nie muszą podzielać faktyczni bohaterowie mej książki. Ratownicy TOPR, szczególnie kadra zawodowa tej elitarnej formacji, mówią o sobie przede wszystkim czynami opisanymi w „Księgach wypraw”. Staram się być ich rzetelnym kronikarzem, ukazywać ich w działaniu za pomocą możliwie prostych słów. Wszystko, co wykracza poza ten obiektywizujący i dokumentalny opis, dotyczy mojego wyobrażenia przeżywania gór przez ratowników, jest więc subiektywnym komentarzem autorskim do lakoniczności i surowości zapisów w dokumentacji wypraw ratunkowych. „Wołanie w górach” to literatura obiektywnego faktu i subiektywnych komentarzy; mam nadzieję, że potrafiłem zachować właściwe proporcje między tymi dwoma składnikami.

W latach 1973–1974 w „Gazecie Krakowskiej” (dzięki redaktorowi Stefanowi Ciepłemu i redaktorowi naczelnemu Zbigniewowi Reguckiemu) opublikowałem cykl zatytułowany „Zapomniane tragedie” i teksty te stały się zalążkiem tego opracowania. To wielki zaszczyt dla autora, że jego książka żyje w kolejnych uzupełnianych edycjach: „Wołanie w górach”, Wydawnictwo „Sport i Turystyka”, Warszawa 1979; wyd. II poszerzone, tamże, Warszawa 1987; wyd. III poszerzone, Oficyna „Przeglądu Powszechnego”, Warszawa 1991; „Wołanie w górach. Wypadki i akcje ratunkowe w Tatrach”, wyd. IV poszerzone, Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 1996; wyd. V poszerzone, tamże, Warszawa 1999; wyd. VI poszerzone, tamże, Warszawa 2002; wyd. VII poszerzone, tamże, Warszawa 2006; wyd. VIII poszerzone, tamże, Warszawa 2012. I wreszcie wydanie niniejsze – przejrzane, nieco zmienione i poszerzone tak w partiach historycznych, jak i współczesnych.

To także zobowiązanie wobec wiernych Czytelników i wobec tych, którzy dopiero teraz sięgają po tę książkę. A są przecież główni bohaterowie mojej opowieści – ratowani i ratownicy. Są tu także moi dobrzy znajomi, których koleżeńskie uwagi i szczodra pomoc przy pisaniu kolejnych odsłon tej księgi były dla mnie ważne nie tylko w merytorycznym i ściśle fachowym sensie, ale także w serdecznie ludzkim czy wręcz przyjacielskim wymiarze. Chcę ich teraz wymienić w chronologicznym porządku: Krystyna Sałyga[5], Piotr Malinowski[6], Robert Janik, Władysław Cywiński, Jan Krzysztof, Józef Janczy, Adam Marasek, Andrzej Marasek, Marcin Józefowicz, Andrzej Maciata, Wojciech Mateja, Łukasz Migiel, Tomasz Wojciechowski, Apoloniusz Rajwa oraz Jolanta Flach, Krzysztof Wojnarowski i Bartłomiej Jorga. Szczególnie wiele zawdzięczam wiedzy i życzliwości Adama, przez długie lata zastępcy naczelnika TOPR, publikującego wartościową kronikę ratowniczą w „Wierchach” (od 1987 r.), „Tygodniku Podhalańskim” i kwartalniku „Tatry”.

Niniejsze wydanie w swym zasadniczym zrębie powtarza edycję ósmą, oczywiście z dodaniem opisów ważniejszych akcji ratowniczych ostatnich lat, do końca roku 2017. Utrzymano też przyjętą już w pierwszym wydaniu zasadę niepodawania nazwisk ofiar wypadków tatrzańskich, które rozegrały się po 1939 r., stosując wyjątki tylko dla tragedii ogólnie znanych i już utrwalonych w piśmiennictwie.

„Wołanie w górach” to swoisty przewodnik po Tatrach – widzianych okiem polskiego ratownika górskiego. Materię tej książki tka samo życie z całym przypisanym mu dramatyzmem, niezwykłymi zbiegami okoliczności i zdumiewającą plątaniną racjonalności z zachowaniami, które trudno wytłumaczyć w kategoriach chłodnego rozumowania. Ja jestem tylko selekcjonerem przypadków, czasem ich komentatorem. Chcę dawać możliwie obiektywne opisy trudnych momentów, jakie ludziom przydarzają się w Tatrach, ale zdaję sobie sprawę, że mimo narzuconej sobie dyscypliny – daję książkę podszytą subiektywizmem. Jest to pochodna założeń metodologicznych: mówić o dramatycznych wydarzeniach rozgrywających się na ogół w trudnym wysokogórskim terenie, opowiadać, jak zaskakującym reżyserem bywa czasem... Kto? Ten, kto wchodzi w góry i od tego momentu jest scenarzystą, aktorem i reżyserem spektaklu pod tytułem: Jestem w górach. Na dobre, a czasem i na ostateczne.

Stawiając na dramaturgię tych niezwykłych spektakli życia i śmierci, siłą rzeczy pomijam mało efektowną ratowniczą codzienność: tysiące zwiezionych ze śnieżnych tras kontuzjowanych narciarzy, udzielanie pomocy w dolinach, na łatwych ścieżkach czy w schroniskach. Nie mówię o tym, bo po pierwsze – nie przepisuję przecież „Ksiąg wypraw” i protokołów z ratowniczych interwencji, i po drugie – bo ten zwyczajny ratowniczy kierat trudno byłoby przerobić na książkę atrakcyjną dla czytelników.

„Wołanie w górach” to zgęszczona refleksja o tym, jak jedni ludzie ratują innych ludzi, i o tym, że zniesienie ciała w dolinę to też jest jakiś rodzaj ratowania – choćby tylko uświęconego tradycją szacunku dla zmarłego.

O Pogotowiu Górskim można napisać wiele tekstów i to dość znacznie się od siebie różniących. Ja wybrałem wariant dramatyczny. Pamiętajcie o tym, Szanowni Czytelnicy – to jest wybór z większego zbioru opowieści. Zechciejcie uwzględnić, że ratownicy udzielili pomocy dziesiątkom tysięcy potrzebujących. Do ich obowiązków należy także oddawanie ostatniej posługi. W latach 1909–2016 ratownicy znieśli w doliny niemal tysiąc martwych. Do tej smutnej statystyki trzeba doliczyć kilkudziesięciu uratowanych, którzy jednak zmarli wkrótce w szpitalu na skutek ciężkich urazów odniesionych w górach.

Kto chciałby szczegółowiej wejść w pracę TOPR, ma do dyspozycji sporo opracowań i wypowiedzi, które ukazały się ostatnimi laty[7], oraz dwa filmy[8]. Ratowniczy kołowrót jest stale w ruchu. Oto pięć przykładowych intensywnych dni. Jest 10 listopada 2012 r., w górach zalodzenie, pierwszy stopień zagrożenia lawinowego, silny wiatr. O godzinie 11.20 do Centrali telefonuje młody mężczyzna, że jest na Krzyżnem – nie ma raków ni czekana, a tu zalodzenie! Z Centrali samochodem wyruszają Antoni Stanek i Paweł Jachymiak. O 15.00 są przy turyście. W trzy godziny później w „Murowańcu”, skąd turystę zwozi do Zakopanego samochodem Klimek Gąsienica-Mracielnik. W trakcie działań na Krzyżnem do TOPR dokładnie w samo południe dociera wiadomość od przygodnych turystów, że do Świnickiej Kotlinki spadł pewien mężczyzna i jest ranny. Startuje śmigłowiec (H. Florkowski i K. Kiniowski), a na jego pokładzie znajdują się: Jan Gąsienica Roj II – ratownik pokładowy, Tomasz Gąsienica Mikołajczyk – ratownik dołowy oraz M. Firczyk i M. Latasz – ratownicy medyczni. Silny wiatr powoduje, że „Sokół” nie może dolecieć nad miejsce wypadku i Firczyk z Lataszem desantują się, skacząc z maszyny, na próg Świńskiej Kotliny, około 200 m poniżej rannego. Udzielenie pomocy i transport wraz ze świadkami wypadku na morenę owej Kotliny, gdzie oczekiwał śmigłowiec. O godz. 13.40 ranny Słowak znalazł się w zakopiańskim szpitalu. Mężczyzna ów, trawersując wschodnie stoki Pośredniej Turni, spadł z lawinką około 150 m. W czasie spadania uderzał o wystające głazy, doznając urazów głowy, ręki, mocnych otarć i potłuczeń. Niewielka ilość śniegu, który niosła lawina, na szczęście nie zasypała turysty – komentuje Adam Marasek[9].

W godzinach popołudniowych czwórka turystów wędrowała Orlą Percią i nagle jeden z nich poślizgnął się w rejonie Zmarzłej Przełęczy i zsunął się około 50 m na Dolny Taras w masywie Zamarłej Turni po stronie Koziej Dolinki, doznając dość poważnych obrażeń. Pozostała trójka praktycznie utknęła na zalodzonym szlaku, byli bowiem bez raków i czekanów. O tym wszystkim Centrala TOPR została powiadomiona telefonicznie przez turystkę znajdującą się na szlaku. Powiedziała ona też, że mają z rannym kontakt głosowy. Wystartował śmigłowiec ze znanym nam już Janem Gąsienicą II jako kierownikiem i małą doborową ekipą. Silny wiatr zmusił Firczyka i Latasza do desantowania się w Koziej Dolince, ale wkrótce byli już przy rannym, udzielili mu pierwszej pomocy i zabezpieczyli przed utratą ciepła. Wiatr nie cichł, w dodatku zbliżał się wieczór, trzeba więc było użyć tradycyjnych metod działania: samochód jako środek transportu kolejnych ratowników z Centrali do „Murowańca” – raki, plecaki, czekany i w górę. Mozolny transport rannego do schroniska, skąd samochodem do szpitala. Oczywiście trzeba też było sprowadzić bezpiecznie troje współtowarzyszy rannego. Akcja prowadzona w trudnych warunkach atmosferycznych zakończyła się o 2.00 po północy, a brało w niej udział 20 ratowników i dwóch pilotów.

11 stycznia 2014 r. o godzinie 13.20 powiadomiono Centralę (gdzie funkcję koordynatora działań ratowniczych tego dnia pełnił Jan Gąsienica Roj II), że w Głazistym Żlebie utknęło w zalodzonym terenie trzech turystów – bez raków i czekanów. W. Ciszewski i A. Łuboczko uruchamiają śmigłowiec z Wojciechem Mateją – ratownikiem pokładowym, Marcinem Lataszem – ratownikiem dołowym i zarazem medycznym oraz innymi. W trakcie lotu, o 13.59, nadchodzi informacja o wypadku pod Rysami. Tomasz Michalik desantował się na Kondrackiej Przełęczy z zadaniem udzielenia turystom pomocy. Natomiast „Sokół” kieruje się ku Morskiemu Oku. Grzegorz Bargiel i Latasz wyskoczyli w pobliżu mężczyzny leżącego poniżej Rysów. Mariusz K., lat 23. Martwy. Spadł kilkaset metrów. Grzegorz i Marcin przygotowują ciało do transportu, a tu o 14.19 nowe zgłoszenie: ze szlaku pomiędzy Świnicą a Zawratem na wysokości Niebieskiej Turni spadła turystka. Za chwilę desant możliwie blisko potrzebującej pomocy. M. Firczyk i Łukasz Kusion oraz B. Stoch-Michna już są przy kobiecie: jest nieprzytomna i ma wielonarządowe obrażenia. Pogoda zaczęła się załamywać, ale ratownicy zdołali włożyć ranną do noszy francuskich i wciągnąć windą na pokład. O 15.22 znalazła się w karetce przy zakopiańskim szpitalu.

„Sokół” leci po zwłoki pod Rysy. A tymczasem o 15.32 nadeszła wiadomość o kolejnym wypadku – pomiędzy Zawratem a Świnicą, prawie w tym samym miejscu, gdzie wcześniej spadła turystka. „Sokół” zawrócił więc do Zakopanego, zabrał kolejnych ratowników i poleciał w górną część Dolinki pod Kołem. Desant: Jan Gąsienica Roj II, Firczyk i Kusion. Już są przy rannym, który ma uraz kręgosłupa, otarcia i potłuczenia. Specjalistyczne nosze, winda, pokład, szpital.

O 16.30 po zatankowaniu paliwa śmigłowiec wreszcie ruszył pod Rysy po ciało turysty. W tym czasie Michalik wyprowadził trzech mężczyzn z Głazistego Żlebu na grań i zszedł z nimi na Kalatówki, skąd zwiózł ich samochodem TOPR Jan Stawowy, natomiast B. Stoch-Michnasprowadzał z Zawratu do Pięciu Stawów grupę turystów, którzy bez raków i czekanów nie byli w stanie zejść samodzielnie stromym i zalodzonym terenem. Równocześnie – dokładnie o 16.32 – pewien mężczyzna prosi o pomoc: znajduje się w rejonie Świstówki Roztockiej, popsuły się mu raki, bez nich nie da sobie rady w zalodzonym terenie. Zaraz ruszają Igor Marcin Józefowicz i G. Wiercioch dyżurujący w Pięciu Stawach i o 18.09 spotykają się z owym turystą i jego towarzyszami, a następnie, z asekuracją, sprowadzają wszystkich do schroniska.

Około 17.00 powiadomiono Centralę, że z wycieczki nie powrócił 17-letni zakopiańczyk Andrzej U. Komórka nie odpowiada. Sprawdzanie schronisk. Kontakt z policją. Jan Gąsienica Roj II uruchamia poszukiwania: Dolina Lejowa, Stoły, żleb Żeleźniak, rejon Pisanej, dolinki reglowe, Nosal. Zaangażowanych było 15 ratowników. Nazajutrz nadal trudne warunki w terenie: twardo, zalodzenie, mgła. Włączonych do akcji jest 33 ratowników: Przysłop Kominiarski, Stoły, Zabijak, Dolina Lejowa, jaskinie turystyczne w Dolinie Kościeliskiej, Ścieżka nad Reglami, Strążyska, Żleb Kirkora, Śmietnik w Giewoncie, Wielka Rówień, Wąwóz Kraków, Szary Żleb, Hruby Regiel i Dolina Małej Łąki. Także szlak na Rysy. O godz. 17.49 M. Ziarko znalazł ciało u wylotu żlebu z Małego Giewontu do Małej Łąki. Jak pisze Adam Marasek, wszystko wskazuje na to, że chłopak wyruszył samotnie szlakiem z Doliny Strążyskiej na Giewont. Gdy pokonywał bez raków eksponowany odcinek trasy, na którym zalegał twardy, zlodzony śnieg, poślizgnął się i spadł około 200–300 m stromym żlebem przeciętym skalnym progiem[10].

29 czerwca o 13.28 powiadomiono Centralę, że poniżej Grzędy Rysów zsunęły się po śniegu dwie osoby, potrzebna pomoc. O 13.35 wyleciał śmigłowiec (Kazimierz Chaczko i Zbigniew Wasiewicz) z Piotrem Bukowskim oraz jego zespołem, w którym byli: Andrzej Górka, Rafał Mikler, Robert Mikulski. Ratownicy desantowali się w pobliżu poszkodowanych. Mężczyznę z podejrzeniami urazu kręgosłupa, ranami głowy, silnymi potłuczeniami i otarciami włożono na deskę ortopedyczną i wciągnięto razem z opiekującym się nim Andrzejem na pokład bezpośrednio z miejsca wypadku, i szybko przewieziono do szpitala. W następnym locie podjęto na pokład Rafała czuwającego nad ciężko ranną kobietą.

Interesującego nas dnia Orlą Percią bez raków i czekanów wędrowała rodzina: matka, ojciec i syn. O godz. 17.10 nadchodzi wiadomość, że w czasie zejścia z Koziej Przełęczy do Koziej Dolinki zsunęli się po śniegach i skałach dwaj turyści – syn i ojciec. Ten pierwszy zdołał się zatrzymać szczęśliwie po kilkunastu metrach, natomiast drugi zjechał zdecydowanie niżej i prawdopodobnie złamał nogę. Ze względu na silny wiatr ratownicy dolecieli tylko nad Zmarzły Staw, skąd pieszo ruszyli na miejsce wypadku – czytamy w opisie Adama Maraska. Dopowiedzmy, że już o 18.00 byli przy poszkodowanym. Ponieważ ranny wymagał transportu na noszach, konieczne były posiłki z Zakopanego. Tym razem śmigłowiec mógł dolecieć tylko nad Czarny Staw. Nie wchodząc w szczegóły, powiedzmy, że transport rannego odbywał się w deszczu i przy silnym wietrze i że o 22.00 wyprawa dotarła do „Murowańca”, a turysta o 23.35 znalazł się w szpitalu. Przy transporcie solidnie pracowali: Andrzej Maciata, Zbigniew Chyc Mulik, Zbigniew Gruszka, Jakub Hornowski, Jan Korlatowicz, Marcin Kwiatkowski, R. Mikler, R. Mikulski, Jędrzej Myśliński, Mariusz Rogus, Ryszard Równicki.

Podczas działań w Koziej Dolince, o 18.30, do TOPR zatelefonował turysta, informując, że podczas schodzenia z Rysów zgubił szlak i zsunął się kilkanaście metrów śnieżno-skalnym terenem, wskutek czego doznał kontuzji ręki i nogi. Ponieważ nie umiał dokładnie wyjaśnić, w jakim kierunku schodził ze szczytu, powstało przypuszczenie, że szedł w stronę Wagi. Samochodem do Morskiego Oka wyjechali: Stanisław Bobak, Witold Cikowski, Marcin Józefowicz i Maciej Mikiewicz – i udali się na Rysy. O pomoc w poszukiwaniach poproszono ratowników ze Smokowca. Wnet okazało się, że Polak utknął w trudnym miejscu po słowackiej stronie grani. Zaraz też stosowne działania podjęli ratownicy HZS, do których dołączyła wymieniona wyżej czwórka Polaków z Zakopanego[11].

4 czerwca 2015 r. w Centrali TOPR ratownikiem dyżurnym przy telefonie alarmowym jest Piotr Bednarz, a kierownikiem dyżuru, czyli odpowiedzialnym za działalność ratowniczą tego dnia, jest Witold Cikowski. Przy śmigłowcu są piloci Henryk Florkowski i Czesław Gryta oraz ratownicy: Robert Kidoń – pokładowy i Łukasz Migiel – dołowy/medyczny. Od ich współpracy oraz od współdziałania z kierującymi akcjami ratowniczymi w terenie zależy bardzo wiele. A zatem mamy czwartek 4 czerwca, w górach jeszcze sporo śniegu – stwardniałego w żlebach i wręcz zalodzonego w zacienionych miejscach.

O 11.29 nadchodzi informacja, że na popularnym szlaku od Morskiego Oka ku Szpiglasowej Przełęczy kobieta doznała urazu stopy. Trzeba jej pomóc. Pogoda uniemożliwia użycie śmigłowca, ale jest przecież samochód. Maciej Bukowski, Daniel Kędra, Równicki i Sebastian Szadkowski udzielają turystce pomocy i o 14.10 są już w zakopiańskim szpitalu.

O 11.27 pewien mężczyzna zawiadamia, że on i czwórka jego towarzyszy są na szlaku z Koziej Przełęczy w stronę Hali Gąsienicowej i nie dadzą rady zejść o własnych siłach ze względu na zalegające na szlaku płaty twardego śniegu i gęstą mgłę. Nie mają ani raków, ani czekanów – zanotował Stanisław Bobak. A zatem ruszający na pomoc muszą zapakować do plecaków dodatkowe raki, uprzęże, kaski, pakiety grzewcze, nie zapominając o jedzeniu i piciu dla siebie, bo, jak to w górach, akcja może trwać stosunkowo krótko, ale może się też przeciągnąć do wielu godzin, a przecież nie uchodzi, aby ratownik osłabł i odwodnił się na pośmiewisko kozic i świstaków.

Tuż po 14.00 Staszek z Adrianem Koźbiałem są przy turystach znajdujących się około 150 m poniżej Koziej Przełęczy. I właśnie wtedy, jak na zamówienie reżysera przygodowego filmu, słyszą wołanie dochodzące z tejże przełęczy. Dwaj turyści mają problem z zejściem... W związku z tym najpierw idziemy pomóc dwójce turystów znajdujących się wyżej. Docieramy do nich, wkładamy kaski, uprzęże i opuszczamy w dół do miejsca, gdzie znajduje się piątka turystów – relacjonuje Staszek. Któremu dziś „pisany” jest interesujący dyżur, bo oto otrzymuje z Centrali wiadomość, że w Dolince Pustej pod ścianą Zamarłej Turni znajduje się taternik Grzegorz – odpadł z dolnej części ściany, zsunął się po stromym śniegu i jest ranny. Na szczęście – jak się wydaje – jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Staszek wychodzi znów na Kozią Przełęcz i wnet znajduje się przy rannym. Udziela mu pierwszej pomocy i o 15.10 informuje: poszkodowany jest w stanie ogólnym dobrym, nie doszło do utraty przytomności, jest zabezpieczony termicznie – czytamy w opisie sporządzonym przez Witolda Cikowskiego.

Sytuacja w terenie przedstawia się więc tak: Adrian sprowadza swoją siódemkę – w partiach po dwie osoby – w bezpieczne miejsce i o 19.10 są wreszcie w „Murowańcu”. Staszek z Grzegorzem mogą się nieco bliżej poznać, bo mają trochę czasu tylko dla siebie; ich zadaniem jest teraz tylko – czekać. Wiedzą, że koledzy są w drodze. Witold o 14.15 wyjechał z Centrali samochodem (prowadzonym przez Tomasza Michalika), a z nim: Rafał Guziak – ratownik medyczny, Bolesław Pietrzyk, J. Hornowski i Tomasz Tokarz. Po przyjeździe do Wodogrzmotów przesiadają się na dwa skutery i jadą w górę Doliną Roztoki pod kolejkę terenową. Za nimi, o 14.35 (po załatwieniu swojej kontuzjowanej „damskiej stopy”), samochodem z TOPR wyjeżdżają Sebastian, Daniel i Ryszard.

Przejaśniło się trochę, pułap chmur podniósł się na 1500 m n.p.m. Dzięki czemu o 14.40 wystartował śmigłowiec, z którego Maciej Bukowski i Maciej Latasz desantowali się w połowie progu stawiarskiego i o 16.05 spotkali się ze Staszkiem i rannym Grzegorzem czekającymi, przypomnijmy, pod Zamarłą Turnią. Po kwadransie nadszedł Witold ze swoimi i o 16.55 rozpoczęto transport rannego w specjalistycznych noszach Kong. W tym czasie Sebastian, Daniel i Ryszard docierają do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów, gdzie nawiązują kontakt z mężczyzną, który o 14.00 zgłosił Centrali TOPR, że ma problemy z nogą. Ratownicy stwierdzają skręcenie stawu skokowego i proszą poszkodowanego, aby spokojnie rozkoszował się atmosferą najwyżej położonego polskiego schroniska, a sami idą w górę, na pomoc kolegom.

O 17.20 dyżurujący przy telefonie alarmowym w Centrali Piotr Bednarz zawiadomił Witolda Cikowskiego – kierującego wyprawą po rannego taternika, ale zarazem odpowiedzialnego za koordynację działalności ratowniczej w tym pracowitym dniu – że do TOPR zatelefonowali turyści z informacją, iż w rejonie Kamienia poniżej Buli pod Rysami napotkali wychłodzonego mężczyznę, który miał problemy z poruszaniem się w stromym zaśnieżonym terenie (brak czekana i raków, lęk po obsunięciu się po śniegu). Do akcji, na wezwanie-prośbę Witolda, ruszają Michał Ślusarczyk oraz ratownicy ochotnicy: Andrzej Krzeptowski Sabała – pracownik TPN i Marcin Sitarz – ceniony trener snowboardu. Startuje śmigłowiec z Robertem Kidoniem jako pokładowym, o 17.41 sprzed Centrali zabiera wymienionych wyżej i po chwili Andrzej, Marcin i Michał desantują się na południowym brzegu Morskiego Oka – bo wyżej wciąż zalega mgła. O 19.05 są przy turyście (znajdującym się na wysokości 1850 m), udzielają mu pierwszej pomocy i opuszczają na linie. O 21.30 dochodzą do schroniska, gdzie oczekuje ich z samochodem Bartek Stoch-Michna.

A co z taternikiem Grzegorzem? To miłe, że o nim nie zapomnieliście; o 18.42 z okolic Małej Elektrowni Wodnej w Dolinie Roztoki Łukasz Migiel został zabrany na pokład razem z nim, a za chwilę wciągnięto Macieja Bukowskiego ze sprzętem medycznym. I Grzegorz trafił wreszcie w ręce lekarzy.

Dzień ma się ku końcowi, ale w górach jeszcze ruch. O 18.45 alarm: na Świstowej Czubie, niedaleko od ratowników, którzy właśnie rozstali się z Grzegorzem, turysta Szymon ma kłopot: skarży się na ból w kolanie uniemożliwiający mu dalszy marsz. W dodatku jest diabetykiem, a ponieważ nie ma nic do jedzenia, to oczywiście spada mu poziom cukru we krwi – takie jego (cukru) zbójnickie prawo. Witold zbiera więc swoich i w składzie: Bobak, Chyc-Mulik, Guziak, Kędra, Michalik, Pietrzyk, Równicki i Tokarz idą ku niemu. Niski pułap chmur uniemożliwia użycie śmigłowca, więc Piotr Macuga, pracownik pobliskiego schroniska, przynosi specjalistyczne nosze, bo zapowiada się transport tradycyjnymi metodami. A jednak... Zacytujmy Witolda: Pogoda poprawia się na tyle, że prosimy o pomoc załogę śmigłowca. Nadlatuje „Sokół” z Robertem Kidoniem jako pokładowym i Łukaszem Miglem – ratownikiem medycznym. O 19.30 Staszek Bobak i Rafał Guziak doszli do turysty Szymona, chwilę później z maszyny desantuje się Bartek Gąsienica Józkowy i o 19.41 ratownik z turystą na wciągarce wjeżdżają na pokład. I do szpitala.

Witold z drużyną schodzi do schroniska w Pięciu Stawach gdzie, przypomnijmy, znajduje się kontuzjowany mężczyzna. Tam zdecydowałem – pisze kierujący wyprawą Witold Cikowski – aby turysta ze skręconą kostką (...) pozostał na noc w schronisku i był ewakuowany śmigłowcem w dniu następnym (prognozy dobrej pogody).

O godz. 22.30 ratownicy wreszcie znaleźli się w Centrali.

3 sierpnia 2016 r. Wakacje, piękny, słoneczny dzień. W Tatrach tłumy turystów. Ratownicy przewidują kolejny, pracowity dla nich dzień. No i sprawdziło się.

12.25. Telefon. Ratownik dyżurujący w Centrali otrzymuje informację od turystów, że na pierwszych łańcuchach Grzędy Rysów młody mężczyzna został uderzony w głowę kamieniem poruszonym przez wędrującego powyżej nieostrożnego turystę. Chłopak ma mocno krwawiące rany głowy. Na szczęście nie stracił przytomności i nie spadł eksponowanym terenem. Wystartował śmigłowiec. Za sterami siedzą piloci Andrzej Śliwa i Janusz Wójcik. Załogę ratowniczą śmigłowca stanowią tego dnia Maciej Latasz i Łukasz Migiel – ratownicy medyczni oraz Robert Kidoń – ratownik pokładowy. Po dolocie w rejon wypadku ze śmigłowca desantują się dwaj ratownicy, którzy udzielają rannemu pierwszej pomocy. Zakładają turyście uprząż ewakuacyjną, w której wraz z ratownikiem zostaje wciągnięty na pokład pozostającego w zawisie śmigłowca. Następnie wciąga się drugi ratownik ze sprzętem użytym w akcji ratunkowej, a śmigłowiec spod Rysów leci na Przełęcz pod Kopą Kondracką, gdzie na pomoc oczekuje turystka z silnym atakiem astmy. Tam desantują się ratownicy, by pomóc kobiecie, a śmigłowiec leci do zakopiańskiego szpitala, by przekazać rannego spod Rysów. W tym czasie do Centrali TOPR dociera wiadomość, że na Siodłowej Przełęczy czeka kolejna turystka, która doznała urazu nogi. Nie jest w stanie samodzielnie się poruszać. Po wylądowaniu przy szpitalu rannego przekazano oczekującej załodze karetki, a śmigłowiec wziął kurs na lądowisko przy Centrali, skąd na pokład zabiera kolejnych ratowników. Lot na Siodłową Przełęcz. Ratownicy desantują się z będącego w zawisie śmigłowca i przystępują do udzielania pierwszej pomocy kontuzjowanej turystce. Śmigłowiec leci na Przełęcz pod Kopą Kondracką, skąd na pokład zabiera turystkę po ataku astmy i działających tam ratowników. Lot do szpitala, przekazanie chorej i znów na Siodłową Przełęcz, gdzie na transport oczekują kontuzjowana turystka i towarzyszący jej ratownicy. Śmigłowiec zawisa nad Przełęczą, dźwig pokładowy wciąga całą trójkę, znów lot do szpitala, gdzie śmigłowiec ląduje o godzinie 13.42, załoga karetki zabiera ranną. To niestety nie koniec, bo na chwilę przed lądowaniem ratownicy otrzymują kolejną informację, że w kopule szczytowej Giewontu 25-letni turysta doznał urazu kolana. Konieczny jest kolejny lot. Śmigłowiec przyziemia w pobliżu Centrali, na jego pokład wsiada sześciu ratowników, którzy zabierają ze sobą sprzęt potrzebny do działań w eksponowanym terenie. Załamuje się pogoda, co uniemożliwia dolot pod Giewont. W tej sytuacji ratownicy desantują się na Kondratowej i dalej pieszo udają na miejsce zdarzenia. Śmigłowiec odlatuje do bazy. Po dotarciu do kontuzjowanego turysty ratownicy udzielają mu pomocy i w noszach transportują na Kondracką Przełęcz Wyżnią. Na chwilę poprawia się pogoda, śmigłowiec może przylecieć po rannego. O godzinie 14.55 ląduje z nim przy szpitalu.

Podsumujmy: dwie i pół godziny, cztery akcje ratownicze, czworo turystów z różnych miejsc w Tatrach trafiło do szpitala. Taki wynik nie byłby możliwy, gdyby nie śmigłowiec. Bez niego do działań ratowniczych musiałoby być zaangażowanych kilkudziesięciu ratowników, a poszkodowani dużo dłużej oczekiwaliby na pomoc i transport do szpitala.

Takich pracowitych dni w wakacyjne miesiące ratownicy mieli wiele.

***

I już na samo zakończenie odnajdźmy takie oto zdanie Józefa Oppenheima z ostatniego tekstu, który wyszedł spod jego pióra: Za trud, umęczenie bezmierne, narażanie bezustanne własnego życia całymi latami, za bezinteresowność swoich poczynań – czeka członków Pogotowia jedyna radość i nagroda: świadomość ratowania życia ludzkiego! Co za radość ogarnia każdego ratownika, gdy uda się dotrzeć do rannego turysty, wyrwać go przepaści czy śniegom i uratować życie ludzkie[12].

Niniejszą książką chcę więc oddać sprawiedliwość tym, którzy swoją postawą w górach i na ich przedpolu zasługują na szacunek: członkom społecznie działającego Zarządu TOPR z prezesem, doktorem Józefem Janczym, kadrze zawodowej z naczelnikiem Janem Krzysztofem, ratownikom ochotnikom od najmłodszych do wysłużonych seniorów oraz każdemu z tatrzańskich bywalców pochylających się nad potrzebującym. Jak to powiedział Andrzej Maciata, zawodowy ratownik TOPR: Większość zawiadomień o wypadkach pochodzi od turystów, przygodnych świadków, którym nie jest obojętna krzywda nieznajomego. Zazwyczaj to oni są pierwszymi ratownikami, wewnętrzny mus nie pozwala im stać wobec nieszczęścia obojętnie. Czują odpowiedzialność za napotkanego człowieka. Podejmują działania, często nie bez trudu i wysiłku fizycznego[13].

Kłaniam się im wszystkim z należnym uznaniem. Specjalne słowa podziękowania kieruję do doktora Wiesława Uchańskiego, znakomitego wydawcy kolejnej już zaktualizowanej edycji tej książki.

PS (od Dominiki Jagiełło)

„Wołanie w górach”, które mają Państwo przed sobą, jest edycją szczególną. Ojciec zmarł nagle 1 lutego 2016 roku. Nie skończył pracy nad uzupełnieniami (jego notatki zatrzymują się na wydarzeniach z 2015 roku), jednak Wiesław Uchański podtrzymał chęć wydania książki, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Tata nie lubił spraw „niedokończonych”, dlatego też, za namową wydawcy, nie bez obaw, podjęłam się próby domknięcia tej opowieści o działaniach TOPR.

Nieocenionym wsparciem byli dla mnie Adam Marasek, który z kroniki wypadków wybrał kilkanaście nowych opisów wypraw z lat 2016–2017, i Krzysztof Wojnarowski, który czuwał nad poprawnością językową i merytoryczną. Bardzo im dziękuję za pomoc, cierpliwość i wiedzę. Dziękuję także wszystkim ratownikom, którzy przekazali zdjęcia z akcji, co pozwoliło odświeżyć wydanie pod względem wizualnym. Podziękowania kieruję także do całego zespołu Iskier i moich najbliższych za wyrozumiałość i asekurację w trakcie tej drogi – pracy nad książką.

Wydanie to jest szczególne również dlatego, że ukazuje się równo czterdzieści lat od premiery „Wołania w górach”. Z cienkiej, ledwie dwustustronicowej publikacji powstała książka wielka pod względem liczby stron i ogromu zawartości. W ciągu czterech dekad ojciec stale pracował nad uzupełnieniami, wyszukiwał nowe szczegóły, zagłębiał się w historię, wydarzeniom nadawał nowe komentarze, które pokazują, jak zmieniało się jego spojrzenie na wiele spraw. Mi pozostało uporządkować zapiski ostatnich lat i dopowiedzieć historię w sposób pozbawiony osobistych refleksji. Te przynależne są tylko autorowi.

Gałązka kosodrzewiny

Najdawniejsze wypadki tatrzańskie w piśmiennictwie polskim

Nieszczęśliwe wypadki zdarzały się w Tatrach od dawna, ale wiemy o nich niewiele. Pierwszą znaną z nazwiska ofiarą tych gór był Adam Kaltstein, poszukiwacz skarbów, który około połowy XVII w. zginął w Tatrach Bielskich. Podejrzewa się jednak, że było to zabójstwo, być może porachunki „zawodowe”. Zwykło się więc przyjmować, że dzieje tatrzańskich wypadków trzeba datować od 1771 r., kiedy to niejaki Papirus, również poszukiwacz skarbów, spadł prawdopodobnie z Czarnego Szczytu. Jego zwłoki odnaleziono po jakimś czasie i zniesiono z gór.

Po północnej stronie Tatr, a ta część właśnie nas zajmuje, początkowo zapewne, jak pisał Walery Eljasz Radzikowski: Pasterze wypełniają tę nieszczęsną kronikę śmierci, ale giną również myśliwi, hawiarze – tatrzańscy górnicy, korzeniarze – zbieracze ziół, potem turyści. Ksiądz Michał Głowacki, odwiedzający w 1830 r. Morskie Oko, wspomniał o krzyżu postawionym nad jeziorem: Nad grobem nieznajomego, którego tu zmarłego znaleziono – czaszka jego pod krzakiem jałowca[1].

Z rozrzuconych tu i ówdzie wzmianek można odtworzyć niektóre zapomniane tragedie. Ich ślady pozostały w tatrzańskim nazewnictwie: Budzowa Igła, Pościel Jasińskiego, Juhaska Grota... Ratuje przed dziesiątkami lat zaginioną owcę juhas Budz i spada ze skał Koziego Wierchu do Dolinki Buczynowej, gdzie mu – jak niesie podanie – towarzysze grób grzebią – pisze Józef Nyka[2]. Nazwa Pościel Jasińskiego ma genezę podobno w dramacie, który się tam rozegrał: Kłusownik Jasiński z Poronina podczas polowania na kozice dostał się na tę przełęcz i spędził na niej kilka nocy, nadaremnie szukając zejścia, aż wreszcie spadł w przepaść od strony Buczynowej Dolinki i roztrzaskał się o skały – mówi Witold H. Paryski[3]. Mariusz Zaruski zanotował, że w 1886 r. u wejścia do groty w północnej ścianie Długiego Giewontu zabił się juhas.

Zaruski wraz ze swoimi towarzyszami zastał tam krzyż grubo ciosany, złamany u spodu, ramię odpadło, leży obok. Był zatem tu trup.

To juhas, juhas – objaśnia Staszek – co przepadł w Giewoncie, stryk go tu nalaz. Starzy prawili, a nie wiedzieli, ka to jest. Kajś nad Suchym Wierchem.

To tu, nika indziej nie może być!

Pytałem później górali, żaden nie wiedział, gdzie właśnie juhas się zabił, ale wiedzieli, że gdzieś tam na upłazkach (...). Tak oto staliśmy w miejscu zapomnianej tragedii górskiej (...).

Na pamiątkę zdarzenia i zabitego w tym miejscu człowieka nazwaliśmy grotę Juhaską[4].

Był to ponoć niespełna 10-letni Józef Chadowski, który wdrapał się nad przepaść pod Giewontem i spadł między skały, gdzie dopiero po trzech latach pasterz przypadkowo znalazł jego kości jeszcze w odzieniu[5].

W księgach zgonów gmin Zakopane i Kościelisko – prowadzonych w latach 1842–1892 przez księdza Józefa Stolarczyka – były odnotowywane także nagłe zgony w górach. Wiemy więc, że w 1850 r. 50-letniego Macieja Bachledę znaleziono martwego gdzieś w górach, w rok później zabiła się w Tatrach 6-letnia Katarzyna Dropa.

Dają o sobie znać również lawiny śnieżne. W 1855 r. zginął w rejonie Kopy Magury Łukasz Bukowski, a w rok później, na stokach Ornaku, zwały śniegu pogrzebały pięciu hawiarzy: Wojciecha Gąsienicę seniora i jego synów Jana i Wojciecha oraz Jana Gąsienicę i Józefa Pawełkę. Ksiądz Stolarczyk zanotował: 28 lutego 1856 roku zasypał pięciu górników śnieg. Ci nieszczęśliwcy powracali z bani Ornak w Dolinie Kościeliskiej i idąc zapewne żlebem, trafili na moment, kiedy właśnie uwiózł się śnieg z szczytów Dziewiątej i Ornackich. Z nich po trzech dniach dwóch znaleziono, pozostałych trzech zniesiono z doliny na wiosnę, po stopieniu się śniegów. Gąsienicowie pochodzili z osiedla Kasprusie w Zakopanem, natomiast szesnastoletni Józef Pawełka wywodził się z Moraw. Proboszcz dodawał też następujący komentarz: Dla częstych zdarzających się w Dolinie Kościeliskiej nieszczęśliwych wypadków rozeszło się i prawie wkorzeniło między ludem mniemanie, że w tej dolinie jakiś zły duch przemieszkuje – że tam osiadł od tego czasu, kiedy w niej przed wieki były kopalnie na srebro i kuźnice[6].

Posłuchajmy teraz Marii Steczkowskiej, która zwiedzała rejon Ornaku w dwa lata po tej tragedii: Było to w zimie, w pierwszych tygodniach wielkiego postu; ogromna masa śniegu zsunęła się z góry Ornaku, i z niesłychaną szybkością pędząc na dolinę, przywaliła pięciu górników, którzy po skończonej robocie wyszli z bani i byli już w drodze ku domowi. Aby dać wyobrażenie o gwałtownym pędzie lawiny, dość powiedzieć, że las okrywający pochyłość Ornaku, który zagarnęła ta ogromna łacha śniegu, nie tylko powaliła, ale – że tak powiem – skosiła (...). Rodziny nieszczęśliwych górników, nie wiedząc o okropnym ich losie, w największej zostawały niepewności i obawie, smutnymi dręczone przeczuciami.

W parę dni dopiero, gdy ustały zawieruchy i śnieżne zamieci i robotnicy pojechali po rudę, straszny widok stwierdził prawdę tych przeczuć. W bliskości Ornaku znajdowano odzienie biednych górników, które pozrywał z nich gwałtowny pęd powietrza, a na dolinie ujrzano ogromną zaspę śniegu, grobem ich będącą. Wzięto się zaraz do rozkopywania śniegu, ale tak był stwardniały, że dwóch tylko z tych nieszczęśliwych odszukano, trzej ostatni głębiej zasypani do wiosny w zimnym spoczywali grobie. Dopiero gdy śniegi topnieć zaczęły, znaleziono trupy najokropniej pokaleczone, podruzgotane; jeden obejmował jeszcze pień świerka, którego się uchwycił, chcąc w nim szukać ratunku[7].

Michał Bałucki wykorzystał ten wstrząsający i głośny w owym czasie wypadek w noweli pt. „Ojcowska wola” z 1865 r. Oto odpowiedni fragment: Jędrzej Gąsienica pracował pod Ornakiem z kilku innymi w dołach rudy. W sobotę kobieta jego wybrała się z córką zanieść mu kilka placków owsianych i parę oszczypków sera. Już w drodze około Pisanej przyparła je straszna zawieja i zadymka, że ledwie się dobrały do szałasu przeznaczonego na schronienie robotników. W nocy burza się wzmogła, tumany śniegu tak wysoko obsiadły szałas, że drzwi otworzyć nie można było, a dym, niemogący uchodzić przez dach przywalony śniegiem, napełnił izbę i gęstniał tak bardzo, że ogień zgasić musiano. Robotnicy jednak, przyzwyczajeni do podobnych przygód, niewiele na to zważali i spokojnie pokładli się spać; tylko Hanka z matką, drżąc z zimna i obawy, usnąć nie mogły. Wtem po północy dach pod ciężarem śniegu załamał się; trzask krokwi i krzyk kobiet obudził wszystkich; ale w tejże chwili poczuli na piersiach gniotące ich zaspy śniegowe, które niespodzianie stały się im mogiłą. Hanka znajdowała się wtedy w kącie szałasu; zapadające się belki utworzyły około niej rodzaj trójkątnego nakrycia, które zasłoniło ją przed śniegiem, i to ją ocaliło. Dzień i noc następną przebyła, siląc się wydobyć z tego zimnego więzienia; rękami rozpacznie poruszała belki, nie przeczuwając, że usunąwszy je, usunęłaby ostatnią ochronę od niebezpieczeństwa. Czekała niecierpliwie pomocy, przekonana, że tylko ona uległa takiemu nieszczęściu, a reszta ludzi będących w szałasie zdołała się uratować.

W tym oczekiwaniu skostniała i usnęła. W takim stanie znaleźli ją ludzie, którzy przewożąc na saniach siano z szałasów, spostrzegli miejsce strasznego wypadku i rzucili się na pomoc. Odgrzebano kilka trupów tylko, których powykręcane członki świadczyły o strasznej męce przed zgonem. Już mieli odejść, pobrawszy nieszczęśliwe ofiary na sanie, kiedy spostrzeżono między belkami różową opaskę dziewczyny. Wydobyto ją stamtąd, a widząc, że nie była przygnieciona, tylko skostniała od zimna, usiłowano ją otrzeźwić, i Hanka wróciła do życia... sierotą[8].

Bałucki tkał materię fabularną na kanwie rzeczywistych wydarzeń, które zresztą szybko obrosły legendą żywą wśród górali i przekazywaną w szałasach chętnym do słuchania gościom. Nasz pisarz był widocznie pojętnym słuchaczem, jego opisy odznaczają się dużym ładunkiem realizmu, którego podglebiem były realnie istniejące Tatry i opowieści górali.

W „Obrazach i obrazkach z tatrzańskiej wycieczki”, będących literackim przetworzeniem podróży w Tatry podjętej przez pisarza w 1859 r., Bałucki jeszcze raz sięga po motyw niszczącego działania lawiny śnieżnej. Oto właśnie las się przerzedza, za chwilę ujrzymy miejsce katastrofy. Tam, na stoku tej góry, gdzie teraz szare, suche pniaki sterczą jak nagrobki żydowskiego cmentarza, zielenił się niegdyś piękny las. Poniżej lasu nurtowały górę wąskie korytarze, którymi wywożono wykopaną rudę. Obok kopalni stał szałas wystawiony dla robotników, którzy tutaj i zimą pracowali. Rodziny na saniach dowoziły im żywność i odwiedzały ich. Jednego razu parę takich sań wybrało się z Zakopanego do kopalni. Pojechały i nie wróciły. Pozostałe w domu sieroty płaczem swoim rozdzwoniły na trwogę we wsi i zaniepokoiły sąsiadów; wysłano zwiady do kopalni. Wysłani nie znaleźli ani kopalń, ani szałasu – straszliwa lawina (rzecz niesłychana w Tatrach) stoczyła się z góry Ornaku, zdruzgotała las i mogiłą ze śniegu i drzew przysypała nieszczęśliwych. Wieść ta zaalarmowała wieś, ruszono z pomocą.

Z trudnością dokopano się po kilku dniach do szałasu, w którego ciemnych wnętrznościach leżały bez życia ofiary tej katastrofy. Dwie z nich zaledwo zdołano przywrócić do życia i od nich dowiedziano się o okropnych mękach, w jakich reszta skonała[9].

Cytuję tak obficie Michała Bałuckiego, ponieważ jest on pierwszym polskim pisarzem przetwarzającym autentyczne dramatyczne zdarzenia w Tatrach na obraz literacki. Widzimy więc, jak wcześnie wypadki górskie stały się tworzywem literackim i tym samym weszły do obiegu społecznego jako część powstającej wtedy kultury masowej, bo wolno przecież tak nazwać bujnie rozwijające się czasopisma, w których publikowano – częstokroć z ilustracjami – opisy wędrówek tatrzańskich.

Powróćmy jednak do zdarzeń rzeczywistych, a nie tylko (lub po części) literackich... Wiadomo więc, że w 1860 r. gdzieś w rejonie Hali Pysznej zabił się Filip Szczepanek, a w 1871 r. Marcin Macieszek, jak mówią, wracając z Węgier, na górze Pyszna wyczerpany z sił wyzionął ducha[10].

Kazimierz Łapczyński usłyszał od pasterzy o podobnym wypadku. Wypytywałem o nazwy otaczających nas wierchów. Przyszła kolej na najbliższą Pysznej sąsiadkę.

– To Siwa, mówił dzisiejszy baca – a w tym białym źlebie ponad kosodrzewiną tośmy znaleźli tak rok bardzo już popsuty trup jednego pana.

– Czy z góry zleciał?

– Zleciał i zabił się.

– I nie dowiedzieliście się, kto to był taki?

– I owszem – mówił baca – becyrk wywiedział się zaraz, że to był pan z węgierskiej strony, z Liptowa. Nazwania nie pomnę, ale był górnik.

– Sam poszedł na wierchy – prowadził dalej niezadowolony ze świata eksbaca – pewnie chciał ze Starej Roboty przejść do Kościelisk, musiała go psota zaskoczyć, pośliznął się, stoczył do źlebu i... amen[11].

Michał Bałucki w swej „Podróży w Tatry” z 1865 r. przytacza słowa górala właśnie z okolic górnych części Doliny Kościeliskiej.

Łońskiego roku znaleźli juhasy pod tą górą gnijącego trupa. Z ubrania poznaliśmy, że ten pan kilka dni przedtem wstępował do naszego szałasu, ale nikt nie wiedział, skąd był i co za jeden. Widać poślizgnęła mu się noga, gdy się piął na górę, spadł i zabił się[12].

Wrócił do tego przypadku w innym utworze, co prawda zbeletryzowanym, ale opartym na własnych przeżyciach: ...juhasy koło pyszniańskiegu szałasu opowiadali mi o jednym podróżnym, który sam bez przewodnika zwiedzał te miejsca, drapiąc się na strome turnie. Nikt jednak potem nie widział go wracającego, aż w kilka dni znaleziono w załomie gór ciało z roztrzaskaną głową i to tak okropnie, że rysów twarzy niepodobna było rozpoznać. Pomimo śledztwa sądowego nie można było wykryć ani nazwiska, ani pochodzenia tego człowieka, nikt potem o niego się nie zgłaszał[13].

Maria Steczkowska przestrzegała: ...na Pyszną jednak nie radzę się puszczać bez przewodnika znającego miejscowość. Patrząc z Ornaku na tę piękną górę, której grzbiet z ostrą krawędzią wydaje się jakby naturalną drogą na sam szczyt wiodącą, zdaje się, że niepodobna pobłądzić i że każdy trafi bez przewodnika. A jednak podobną nieroztropność przed kilku laty przypłacił życiem pewien górnik z Liptowa, który tutaj właśnie zmyliwszy drogę, natrafił na urwiska i zginął w przepaściach. Trupa jego znaleźli pasterze następnej wiosny[14].

Ale pasterze też nie byli bezpieczni. Kazimierz Łapczyński zanotował taką oto swoją rozmowę z góralem:

Na lewo mamy Giewont, na prawo turnie podpierające Czerwony Wierch. Wielka Turnia odznacza się śród towarzyszek.

– Widzą oni ten źleb zielony na prawo przy Wielkiej Turni? – pyta Jędrek.

– Widzę.

– Stamtąd nam pięć wołów spadło i na śmierć się pobiło. A widzą oni ten biały gronik na lewo przy Wielkiej Turni?

– Widzę.

– Stamtąd pastuszek zleciał i wszystkie kosteczki w sobie zgruchotał.

– Po cóż właził na takie niedostępne miejsce?

– Kozy pasł[15].

Sięgnijmy jeszcze raz po „Obrazy i obrazki z tatrzańskiej wycieczki”, aby przeczytać opowieść o juhasie, który poszedł w urwiska Czerwonych Wierchów po ziele, po lekarstwo dla swej ukochanej. Ona – oczywiście – była córką bogatego gazdy, on – oczywiście – nie obrastał w majątek, jej rodzice – oczywiście – nie chcieli go, ale dziewczyna strzelała za nim oczami. A śliczna to była dziewczyna, choć blada i wymokła; jedno tylko ją trapiło: wielka chorość [choroba], co owego górala mocno martwiło. Wtem dowiedział się od kogoś, że na owych ławach zielonych Czerwonego Wierchu rośnie ziele, które leczy tę chorość. Wywiedział się pilnie o kształt, kwiat i liście tego ziela i rychło zapędził owce w polanę, wnet zaczął szukać lekarstwa. Znalazł je, wydrapawszy się z trudem na jedną ławkę taką. Stanął plecami do przepaści i chciał wyrwać roślinę; ale korzeń głęboko wszedł w skałę i trzymał się silnie; góral oparł się mocno nogami o ziemię, pociągnął z całych sił – i runął w przepaść wraz z zielem. Drugiego dnia znaleziono trupa jego w potoku, z rozkrwawioną głową. Zresztą żadnego znaku śmierci nie było, wyjąwszy pasa skórzanego, który od silnego uderzenia roztrzasł się na dwoje[16].

Michał Bałucki, jak rasowy pisarz literatury popularnej, nie stronił od mocnych efektów. Być może zresztą takich ludowych, plebejskich opowieści nasłuchał się od swoich góralskich znajomych: pasterzy, gazdów, przewodników i tragarzy. Nawet jeśli były to opowiastki wysnute przez juhasów z mgły włóczącej się po upłazach, nawet jeśli scena przytoczona wyżej powstała li tylko w wyobraźni pisarza, warto przypominać te fragmenty prozy, bo jest w nich rzetelność wobec górskiego świata – wyniesiona z uważnego słuchania tego, co mówili górale, i z doświadczeń wędrowca, poznającego Tatry w słońcu i deszczu, we mgle i siąpawicy. To się po prostu czuje.

Przyjrzyjmy się teraz, jak sprawy nieszczęśliwych wypadków widział Walery Eljasz Radzikowski: Z ludzi pochłonęły już Tatry pewną liczbę; z podróżnych wiadomo mi o jednym wypadku, bo ci zwykle ostrożnością się odznaczają w przeciwieństwie do górali lekceważących sobie niebezpieczeństwa, zatem pasterze wypełniają tę nieszczęsną kronikę śmierci. Łażąc ciągle z owcami dla paszy po urwiskach, nabierają wielkiej śmiałości, której nadużycie przyprawia ich o utratę życia lub zdrowia. Przy zwiedzaniu gór wdając się w rozgowory z szałaśnikami, wszędzie napotykałem wspomnienia smutnych wydarzeń, a nawet zdarzało mi się pokaleczonych świeżo oglądać. W Czerwonych Wierchach koło skały zwanej Ratuszem zginęła dziewczyna, a dopiero pies leśnego odnalazł już z niej kości.

W Dolinie Pięciu Stawów śnieg spadły w lecie przeciął powrót kilku jagniętom, które się zbłąkały w Turniach Buczynowych. Poszedł po nie juhas, ale przy sprowadzaniu spadł tak gwałtownie, że go pas gruby skórzany szeroki, który się o skałę zaczepił, od śmierci nie ochronił. Potargane straszliwie zwłoki odnalazł drugi juhas i tam nanosiwszy żwiru – zagrzebał[17].

Można przyjąć, że tym nieszczęśnikiem był juhas Budz, o którym była mowa na początku tej opowieści o śladach dawnych tragedii w polskim nazewnictwie Tatr.

Ludwik Zejszner tak pisał w 1851 r.: Przypatrując się nieraz juhasom i owcom rozrzuconym na stromej skale, nie można pojąć, jak się dostali na tak niedostępne miejsca; najmniejsze poślizgnięcie grozi tam śmiercią. Młode chłopaki wchodzą jednakże na najniedostępniejsze turnie, ale niekiedy zuchwałą śmiałość srogo opłacają.

Wybitny geolog, podróżnik i wnikliwy obserwator życia w Tatrach taki nam zostawił obrazek: I nieraz zginęła koza na stromej turni z głodu, wydając żałosne głosy, a nikt nie śmiał jej sprowadzić. Taki przypadek wydarzył się raz w Dolinie Kondratowej: koza wyszła na skałę wapienną i nie mogła zleźć; śmiały juhas wylazł do niej i za pomocą sznurów spuścił widocznie osłabioną przez strach i niedostatek pokarmu[18].

Pierwszy to w naszym piśmiennictwie opis wydobywania zwierzęcia domowego ze skalnej pułapki. Dramatyczne przygody przeżywali w trudnym skalnym terenie nie tylko pasterze i górnicy, ale także polowace – myśliwi, a raczej kłusownicy, którzy zresztą niemal doszczętnie wytępili wtedy dziką zwierzynę. Maksymilian Nowicki usłyszał o takiej przygodzie od Jędrzeja Wali, który przecież długie lata parał się kłusowniczym zajęciem. Ten – jak wyraziście pisze Nowicki – namiętny niegdyś skrytostrzelec i nieubłagany prześladowca świstaków stał się później wybitnym przewodnikiem górskim i służył swą wiedzą także przyrodnikom. Sięgnijmy więc do dziełka „O świstaku” i przeczytajmy, co zanotował Nowicki: Wala i Jafur wybrawszy się za pogody na świstaki, zaskoczeni zostali w halach śniegawicą. Zasypane śniegiem Tatry uniemożebniają im powrót do domu, bo za każdym krokiem grożą przepaści złamaniem karku. Zawierucha nie ustaje, skromny zasób żywności na trzy dni obrany spotrzebowany, głód dzień po dniu okropniej dokucza, więcej jeszcze zimno, bo nie można rozpalić ognia, by ogrzać kostniejące ciało. Dopiero jedenastego dnia wraca do domu z towarzyszem Wala, już za nieboszczyka w Zakopanem ogłoszony, za którego duszę odprawiono nawet nabożeństwo żałobne[19].

Brzmi to mało prawdopodobnie – choć nie należy wykluczać uwięzienia skrytostrzelców gdzieś wysoko w turniach, może w kolebie, której otwór został zasypany przez śnieżycę... W każdym razie coś się musiało wydarzyć – ponoć w Rohaczach – bo wspomina o tej przygodzie także Walery Eljasz Radzikowski: Przecież raz Wala z wyprawy na kozice wrócił ledwie po 11 dniach, opłakany przez rodzinę, bo zasypany śniegiem wydobyć się nie mógł i nacierpiał się głodu[20].

Jędrzej Wala zabawiał swoich „panów” pobudzającymi wyobraźnię opowieściami i – szczęśliwie – niektórzy z nich zapamiętali je tak dobrze, że pomieścili we wspomnieniach z tatrzańskich wędrówek. Sięgnijmy więc po „Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin” Marii Steczkowskiej. W nyży pod Hrubym Wierchem zwykł chronić się Wala polować na noc i podczas słoty. Po latach, przy rozpalonej watrze, na biwaku w drodze na Krywań, sławny przewodnik snuł opowieść ku podziwieniu towarzystwa. Opowiadał nam – pisze Maria Steczkowska – że raz, nocując tam z towarzyszem, usłyszeli huk straszliwy, do grzmotu podobny, a zarazem zatrzęsła się cała góra. Strwożeni pewni byli, że już nadeszła ostatnia ich godzina, że zamknięci w pieczarze jakim odłamem skały okropną śmiercią zakończą życie.

Nie dowiemy się, jak wyglądały fakty. Czy to zresztą takie ważne? Najważniejsze, że po opowieściach starego polowaca pozostały pisane ślady. Pani Maria, jakby uprzedzając powątpiewania sceptyków, pochylających się nad tym fragmentem jej książki, dodała znamiennie: W opowiadaniu Wali nie było żadnej przesady, nie przechwalał się on z odwagi i zręczności według zwyczaju myśliwych, którzy swą próżną chełpliwością ciężko prawdę obrażać zwykli.

Czołówka zakopiańskich przewodników odznaczała się nie tylko znajomością gór i sprawnością fizyczną, ale także inteligencją. Byli to ludzie bystrzy, znający się na gościach oddanych ich opiece, potrafiący dostosować się do sytuacji i okoliczności. Przewodnik w tamtych czasach to opiekun. A dobry opiekun w górach – musi być po trosze psychologiem i po trosze aktorem. Jest czas grania roli mężczyzny nieznającego lęku, przychodzi jednak czas odegrania sceny, kiedy to życie opiekuna – waszego opiekuna – było zagrożone. Na pewno Jędrzej Wala był świetnym aktorem.

Widzę go, odgrywającego scenę polowania na kozice. Spłoszone przez naganiaczy kozy z nieopisaną szybkością pędzące na strome turnie wpadają na strzelców, czatujących w zasadzce, i wtedy niejedna z nich ginie pod ich strzałami, ale też czasem i strzelec śmiercią przypłaca swoją odwagę, gdyż kozy wylęknione w szalonym pędzie strącają wszystko w przepaść, co im stanie na zawadzie[21].

Niebezpieczeństwo strącenia myśliwca w przepaść przez kozicę nie jest zresztą wytworem fantazji. Jest to nie tylko prawdopodobne, ale zdarzało się co jakiś czas. Mówiło się o tym na postojach podczas tatrzańskich wycieczek, tym bardziej że przewodnikami bywali także „nawróceni” polowace. Bronisław Rajchman nasłuchał się tego rodzaju opowieści i przekazał je czytelnikom. Gdy kozica znajdzie się na wąskim gzymsie, na którym jednak może się obrócić, przezwycięża swój strach przed człowiekiem i biegnie ku niemu. Jeśli strzelec nie zajmuje wtedy dość pewnego miejsca, to pozostaje mu tylko albo położyć się na gzymsie, albo przysunąć się do ściany skalistej, aby kozica przezeń lub obok niego przeskoczyć mogła. W przeciwnym razie może być strącony w przepaść.

Gadano też, że orły potrafią atakować człowieka. Nie słyszeliśmy nic o przypadku, w którym by się orłu powiodło: może dlatego, że umarli nie mówią – a orzeł tylko na samotnych napada. O zamierzonych jednak napadach opowiadają dość liczne przykłady. I tak np. nad Maciejem Rojem, stryjem dzisiejszego przewodnika, zaczął raz kołować orzeł w miejscu niebezpiecznym, coraz bardziej zbliżając się. Góral jednak spostrzegł go dość wcześnie i przestrzelił mu skrzydło[22].

Że strzelił – to pewne. Że nie ubił – także. Że orzeł atakował – było tak, a może inaczej. Że gościom podobała się opowiastka przewodnika, jak to mojego stryka, Panowie, oreł atakował! – któż śmiałby powątpiewać.

W jednym z opisów wędrówki po Tatrach latem 1853 r. czytamy, że leciwy już góral Wojciech był sławnym myśliwym, zabił był już w życiu więcej jak czterdzieści kóz dzikich, a więc z powołania swego doskonałym był przewodnikiem. Podczas popasu w górach tak opowiadał panom o swojej przygodzie sprzed wielu lat: wybrałem się sam na kozy, łażę i drapię się po skałach, aż tu mi się noga obsunęła i w przepaść spadłem, było to na węgierskiej stronie, głowę sobie okropnie rozbiłem, bez przytomności kilka chwil leżałem, a gdym się ocucił, dowlokłem się do pobliskiego strumienia, wodą głowę obmyłem, obwiązałem i z trudnością i ogromnym bólem do domu się wlokłem. Ale mimo wszystko postanowił dalej za kozami chodzić i chodzić, aż tu kozioł wypada na mnie, strzeliłem do niego, na miejscu go położyłem i sam do domu go przywlokłem, a koźlisko było ogromne – odtwarza turysta gadkę górala[23].

Powoli, krok po kroku wchodzą w Tatry przybysze: uczeni, przyrodnicy, zwyczajni lubownicy krajowidoków – jak czasem wtedy mawiano.

Nadszedł czas, aby w naszej opowieści zalśniły twarde tatrzańskie śniegi. Zwróciła na nie uwagę Łucja Rautenstrachowa zwiedzająca Morskie Oko: po nacieszeniu się odwiecznym na głaz prawie stwardniałym karpackim śniegiem, tak miłym w sierpniowym upale (...) zabraliśmy się na powrót do Bukowiny – zapisała w swojej książce[24].