Zszywanie - w ucieczce - Michał Jagiełło - ebook

Zszywanie - w ucieczce ebook

Michał Jagiełło

0,0
12,81 zł

lub
Opis

Wiersze Michała Jagiełły są przepojone niezwykle silnymi emocjami. To szczere i wyraziste wspomnienia o ludziach i miejscach, o dokonywanych w życiu wyborach, nawet tych nie zawsze słusznych, o czasie minionym bezpowrotnie, ale stale i boleśnie obecnym w pamięci autora.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 42




Projekt graficzny: Janusz Barecki
Korekta: Zespół
Copyright © by Michał Jagiełło
Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014
ISBN 978-83-244-0356-6
Zrealizowano w ramach stypendium z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2013).
WYDAWCA
Wydawnictwo ISKRY
ul. Smolna 11, 00-375 Warszawa
tel./faks (22) 827-94-24-15
www.iskry.com.pl
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Mieszkać (ze studni)

Wyraziście niczym przedmioty

codziennego

użytku

w ogołoconym mieszkaniu;

stół i szafa odarte z atmosfery zażyłości

nagie i groźne

w zimnym świetle gołej żarówki.

Czy to nasz stół? Czy tu naprawdę

mieszkaliśmy?

W tym więzienno-szpitalnym pomieszczeniu

kochaliśmy i byliśmy kochani?

Wśród tych odpychających obcością

sprzętów

nasze dziecko

uczyło się chodzić?

Stojąc już na progu, z ostatnim spakowanym

drżącym z niepewności tobołkiem

u nogi

widzimy swoje życie

bez iluzji

bez światłocienia

chcemy jak najszybciej zamknąć za sobą drzwi

i znaleźć się w nowym mieszkaniu, gdzie już.

Firanki zasłony abażury obrus na łóżku narzuta.

Przyjrzeć się sobie w krystalicznej trzeźwości:

Co znaczy – mieszkać?

Co znaczy – być?

Że nie wypada wchodzić na to podmokłe

banalnością grzęzawisko fundamentalnych

pytań?!

Każdy ma prawo do prób zszywania

siebie.

Po grudzie

Nie trzeba wojny pożarów powodzi unoszących

nawet psią budę mułu dławiącego studnię zaborców

ograbiających z dziedzictwa…

Wystarczyła moja nihilistyczna.

Dziś niepojęta w milczącej zaciętości.

Obawa. Że zaleje mnie czułość. I utonę

w Zagrodzie obmywanej przypływami urodzin chrztów

ślubów umierania i lamentów źrebiąt na chwiejnych

nogach szczeniąt wylizujących cały tutejszy kmiecy

świat. Że zaduszę się w objęciach zapachów kobiet

bzów kwiatów akacji. W macierzy i ojcowiźnie.

I dlatego nie ma fotografii listów głosów strzępów

spisanej opowieści. Nawet pustki. Tylko czasem,

na siwe noce, jakaś zamglona postać wciąga mnie

jeżynami wyrzutów w duszące krzewy

zaniechania.

Trociny

Słońce, śnieg, mróz luty, ale litościwy,

żywiczne szczapy wgryzają się w żar.

Południe. Siedzimy, męskie zagrodowe

plemię, na co dopiero urżniętych.

Ojciec, dziadkowie, pies i ja.

Sosny, czasem świerk, dąb.

Bracia i siostry. Krewni.

Jak dalecy?

Więc trzeba się przeżegnać.

Piła, siekiery, stalowe kliny.

Rozstawione nogi, zamach, uderzenie,

okiść spada na głowy, echo, smużka dymu.

Jak bliscy?

Uczę się grać toporkiem na leżącym.

Jeszcze ciepły.

Tylko nie płacz – proszę.

Obdzierając.

Kora jest tak żywa,

że przydusza

ogień.

Lekcja ratownictwa

To będzie jego osobiste siedzisko.

Przywiązuje sosnowy klocek powrózkiem.

Zaprzęga. Z lasu w pola. Po śladach.

Zawiewanych. Bo już brodzą w zawiei.

Toną w zadymce. Zsuwają się w zaspę

strachu – klocek, pies, sanki i chłopiec.

Że nigdy już nie dobrniemy. Znikąd pomocy.

Zagraj – starszy niż ja – drży, co dodaje mi sił.

Wypina go z uprzęży.

Wyciera łzy w mokrą sierść.

Siada na klocku i skręca linę ze słów:

śnieg śnieżyca zadyma zawieja kurniawa.

Ratujcie!

Zagroda podpływa we mgle.

Harmonia świata

W zdziczałym sadzie ziemia zryta jęzorami ulewy.

W gliniastej mazi pobłyskuje...

W niedziele siadywał pod jabłonką i grał znane,

a czasem nawet na gorąco tworzone.

To było gdzieś nad szeroką rzeką. Oder – tak ładnie

to wymawiała. Ukrywała się w łozinach. Zastraszona,

rozczochrana, utytłana w błocie. Schował ją w piwnicy

wymył nakarmił utulił zamknął na kłódkę.

Klucz na sercu.

Cały tydzień ich pogańskiego stadła.

Raz wdarło się paru. Uchronił ją. Ale w końcu musiał iść.

Położył więc Gretę z kapitanem. Odwdzięczył się harmoszką.

Płakała. Został mu chociaż klucz.

Grywał latami pod jabłonką. Aż kiedyś zatkała uszy

i zaczęła krzyczeć: Dosyć! Koniec. Już nigdy cię

nie nawiedzę.

Roztrzaskał muzykę o pień. Ten ktoś w nim wszedł.

Na podwórze. Skatował niewinnego barana.

I się powiesił. W stodole.

Wyszło słońce. Co to błyszczy w tej wyrwie?

Swój do swego

Pod groźbą stukania w szybę kolbą: Otwierać!

Zagroda już przyuczona wojną, mundurową

partyzantką a w końcu i luźnymi o zaszczutych

oczach. Naftowa lampa rozpalić pod blachą

mleko jajka sweter właśnie wyśmigany drutami

dla męża z jeleniami sczepionymi wieńcami

rozrośniętych rogów smalec ledwo skrzepły.

Teraz i pieniądze wydane pod błyszczącą lufą

przyssaną do piersi, co wychynęła spod kwiatów

chusty, narzuconej w popłochu na nocną koszulę.

Nie bądź taka skąpa – rzuca najważniejszy.

Ujmujący głos. I wygląda jak ci z ilustracji,

które tak lubiła oglądać: powstańcy bojownicy

za waszą i naszą leśni jeszcze Polska...

A to przecie bandzior.

Cofnęła się plecami aż do kredensu

i zaciągnęła zmartwiałe kwiaty.

Nie zdejmując z niej wzroku poleca swoim:

Przygotujcie gospodarza. Krzyknęła.

Ciiicho – powstrzymał ją.

W piecu strzeliły iskry.

Wzdrygnęła się.

Jestem z tobą. Ujął ją pod rękę

i do sypialnego. Co takie delikatne ręce robią

w tej chałupie?

Przekręcił klucz – wcisnął go w jej drżącą dłoń.

Podszedł do okna, uchylił róg zazdrostki

ze słońcem w promieniach, uśmiechnął się do sceny,

którą dostrzegł mimo mroku.

Gospodarz kopał dół.

Niech kmiotek wie, że może to być grób

na jego wsiową miarę.

Gdy dowódca wyszedł z ciepła z walczącymi

bykami pod bluzą – ruszyli w stronę majaczących

nieopodal zabudowań. Przyboczny beknął z przeżarcia.

To nie tak – skarcił go szef trupy. Uprawiamy inny teatr.

Awangardowy, z przymieszką efektu obcości. Ale i pijemy

ze swojskiego bajorka tradycji z kurzem krwi bratniej...

Spocony, ciężko dyszący Piotr powtarzał różaniec

przeznaczonej mu roli. Załomocze jak na pożar.

Kto tam? Swój.

Ładnie zagrane – pochwali go reżyser. Ja tak nie lubię

dosłowności. No idź już. I dbaj o swoją. Ma takie delikatne,

zdolne palce.

Żniwo

Dzień w dzień upał kurz pot zlepione

zmęczeniem całego chudego ciała.

Żyto z pszenicą zrośnięte koniecznym

przymusem ścigania się z burzowym

czasem. Z groźbą gradu – tej lodowej

szarańczy czającej się w granatowej

chmurze. Przeciwko nam nawet ciepły

wiatr, bo byle machnięciem może wytrzepać

do ziarnka przejrzałe kłosy. Żeby tylko

zdążyć. Napełnić stodołę. Nie dać się

zniszczyć obawie oblepiającej nawet sny:

konie odmówią nam współpracy,

żniwiarka rozkrakraczy się bezwstydnie

w środku łanu i to tak kurewsko, że –

nie do użycia. Że i my wreszcie opadniemy

z sił. Że – cichojta niechciane myśli – piorun

w