Piarżysko. Tatry i Zakopane w reportażach prasowych przełomu XIX i XX wieku - Michał Jagiełło - ebook
Opis

Fascynacja górami, któż z nas jej nie doświadczył? Zachwyt ich potęgą, majestatem i tajemniczością nie był także obcy wizytującym Zakopane i okolice pierwszym turystom XIX wieku. Byli wśród nich wielcy pisarze (B. Prus, A. Asnyk, K. Przerwa-Tetmajer), malarze (W. Gerson, S. Witkiewicz), politycy, dziennikarze i ciekawi świata podróżnicy. Niektórzy opisali swoje wrażenia i przeżycia, publikując je w gazetach i tomach wspomnień.

Niniejsza książka zbiera wiele z tych relacji i zapisków. Opatrzone ciepłym, serdecznym komentarzem Michała Jagiełły są źródłem wiedzy o odkrywaniu piękna Tatr, kultury jej mieszkańców, opisem bohaterów wypraw górskich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 638

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt graficzny: Andrzej Barecki

Redakcja: Tadeusz Nowakowski

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Zdjęcia zamieszczone w książce pochodzą ze zbiorów

Muzeum Tatrzańskiego im. Dra Tytusa Chałubińskiego.

Copyright © by Anna Jagiełło, Dominika Jagiełło, Katarzyna Jagiełło-Wilgat

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN: 978-83-244-1050-7 (EPUB); 978-83-244-1050-7 (MOBI)

Wydawnictwo ISKRY

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Pochwała piarżyska

Piarg – to ułomki, które kiedyś były wysoko. Niemal pod każdą większą ścianą skalną znajdujemy piarżyska – piarg uformowany w trójkąt przez czas wygrywający na swoich instrumentach, którymi są woda i śnieg, słońce i mróz, orzeźwiający powiew i przewalający się przez główną grań Tatr halny wiatr. Bloki skalne, istne sarkofagi z granitu lub wapienia, i ruchome głazy, aż po ostry żwir i wreszcie proch. Na tyle żyzny, że zakorzenia się w nim trawa, krzew, a nawet sama upartość kosodrzewina. Oczywiście – mają swoje indywidualne cechy. Jedne są wciąż żywe i tak zachłanne, że wczołgują się do jezior, inne już się ustatkowały i pogodziły ze swoją rolą – z wyniosłości do podnóżka, z twardości w ziemię: ubogą, ale przecież przyjmującą nawet limbę.

Obejmując wzrokiem górę – od szczytu po piarg – mamy prawo przypomnieć szczytowi (a przy okazji i sobie!): Spokojnie, poczekaj – i na ciebie przyjdzie kolej. Nie szarp się przeciwko prawu. W naszej materialnej rzeczywistości tak już jest: z góry, w dół, z wysokiej grani otulanej przez mgły rozpoznawalności – w zapomnienie typowe dla zwyczajnego piarżyska. Od mocno posadowionych w historii literatury pisarzy, po kamyki-postaci wydobyte z piarżyska zapomnienia na światło czytelniczej łaskawości. Głównym tematem Piarżyska są wypowiedzi kilkunastu różnych osób o Tatrach i Zakopanem, udostępniane czytającej prasę publiczności począwszy od połowy XIX do początku XX wieku. I na zakończenie esej Kazimierz Przerwa-Tetmajer: echa tatrzańskie – pierwszy przegląd opinii pisarza o tak bliskich mu górach, ale nie w twórczości beletrystycznej i poezji, lecz w innych wypowiedziach o charakterze doraźnych korespondencji prasowych, felietonów, artykułów problemowych oraz szkiców, a nawet listów. Skoro obsadziłem się w roli swego rodzaju „przeszukiwacza” tego rozległego piarżyska, za jakie uważam publikowane w dawnej prasie artykuły na interesujący mnie temat, powinienem dopuszczać do głosu tych, których arbitralnie wybrałem do prezentacji. I dlatego tak wiele w tej książce cytatów oraz przypisów lokalizujących dane przytoczenie.

Niniejszy tom to skromny owoc mojego zainteresowania naszym piśmiennictwem o Tatrach, które trwa już ponad pół wieku. Wiele godzin spędzonych nad słowem drukowanym i nad rękopisami setek autorów: tych z wyniosłej grani i tych z piarżyska, przechowywanymi w Bibliotece Narodowej, Bibliotece Jagiellońskiej, Bibliotece UW, Bibliotece PAU/PAN w Krakowie... Korzystam z okazji i składam serdeczne podziękowania pracownikom tych książnic za doznawaną od nich życzliwość.

Michał Jagiełło

Warszawa – Zakopane – Tatry, styczeń 2016.

Józef Łepkowski o Tatrach i nie tylko

Józef Aleksander Łepkowski (1826–1894) ma swoje zasłużone miejsce w naszej kulturze i nauce, czego dowodem są jego biogramy w wydawnictwach encyklopedycznych[1] i oczywiście książki dostępne w Bibliotece Narodowej oraz innych wielkich książnicach. Badacz zabytków przeszłości na ziemiach polskich, archeolog, konserwator zabytków, publicysta. Pod sam koniec lat czterdziestych XIX w. działacz polskiego ruchu narodowego na Śląsku, co zaowocowało opracowaniamiObraz dziejów Szląska dla ludu szląskiego (1849) i Wiadomościami o Szląsku (1849). W latach 1849–1851 „objeżdżał ziemię sądecką, wadowicką i inne rejony Galicji [...]. Była to jakby pierwsza na terenie Polski próba inwentaryzacji zabytków narodowych, przy czym Ł. interesował się również archiwaliami” – pisze Celina Bąk-Koczarska[2]. Później profesor pierwszej katedry archeologii UJ i rektor tej uczelni. Spośród jego książek i szkiców wymienić warto: Starożytności i pomniki Krakowa (1847), Ułomek z podróży archeologicznej po Galicji odbytej w r. 1849 („Biblioteka Warszawska” 1850, t. 3), Kalwaria Zebrzydowska i jej okolice pod względem dziejowym i archeologicznym (1850).

Nas w sposób szczególny interesują jego wrażenia z pobytu w Zakopanem i z wędrówki po Tatrach, o których co prawda wspominają autorzy encyklopedii tatrzańskiej, ale które praktycznie nie są znane. Nie znalazły się nawet wśród tekstów Łepkowskiego zamieszczonych w interesującej skądinąd antologiiRomantyczne wędrówki po Galicji Andrzeja Zielińskiego[3]. Sięgnijmy więc po krakowski „Czas” z 1850 roku, odnajdźmy „Dodatek Literacki” i przejrzyjmy Listy z Tatrów podpisane J.Ł. List pierwszy jest datowany: „Zakopane d. 26 sierpnia 1850 r.” i zaczyna się retorycznym pytaniem: „Szwajcaria! Włochy! Marienbad! Wołają nasi estetycy – tam widoki, tam poezja, zdrowie, życie – a któż z nich i kiedy zajrzał w rodzime Tatry? Pusto, głucho w tych cudach przyrody – ledwo kilka imion naliczyć można, co piórem lub pędzlem przypominają od czasu do czasu, że Polska ma swe Alpy”. W zeszłym roku – kontynuował autor – „zwiedzałem podtatrzańskie i tatrowe okolice, zbierając w świątyniach pomniki przeszłości [...]; teraz więcej dla poratowania zdrowia i nasycenia się cudami przyrody niż w celu badań wybrałem się w podróż do moich ukochanych Tatr”. Oczywiście podróżował z Krakowa wozem. I wreszcie „...jakoż nad samym wieczorem ujrzałem pod ścianami Tatr łuny ogniste zakopańskiej[4] kuźni”. W liście drugim, datowanym: „Morskie Oko 26 sierpnia”, mamy zdawkowe sprawozdanie z pobytu nad tym jeziorem („Śmierć i dzika przyroda – oto cechy – oto godło ścian Morskiego Oka”), ale za to więcej o wcześniejszym zwiedzeniu „cudnej okolicy”, jak autor określa Dolinę Kościeliską: „Jakież pióro, jakiż pędzel zdoła oddać piękności Kościeliska! Czemu Mićkiewicz [!] nie oglądał Tatr zamiast krymskich wyżyn, on jeden byłby nam opisał godnie te cuda naszych rodzimych piękności. [...] Dzień pobytu mego w tej krainie poezji nazwę najszczęśliwszym w mym życiu; a przecież prócz S. Goszczyńskiego[5] żaden z poetów naszych nie przybył w te miejsca, by się przysłuchać czarodziejskim powieściom: o bogactwach, pałacach i czynach fantastycznych Janoszki, co w jaskini źródeł Czarnego Dunajca założył swe siedlisko. Nasz tylko Głowacki i Płonczyński zdolną ręką nakreślili nam w obrazkach Kościeliskiej cuda – a teraz spotkałem artystów PP.A. Gorczyńskiego i Dębowskiego czerpiących widoki w tym nieprzebranym dla malarzy źródle”[6].

Rzeczywiście, Jan Nepomucen Głowacki (1802–1847) to „pierwszy artysta – malarz polski w Tatrach” – jak swego czasu trafnie powiedział to Stanisław Eljasz-Radzikowski[7]. Jego uczniami i kontynuatorami obrazowania Tatr byli Aleksander Płonczyński (1820–1858) i Leon Dembowski (1823–1904)[8]. Swoje miejsce w dziejach motywów tatrzańskich w naszej sztuce ma też Adam Gorczyński (1805–1876).

W drodze do Morskiego Oka

Dolina Kościeliska koło Skały Pisanej, 1889 rok

Wróćmy do pana Józefa: „W Zakopanem zanocowałem w schludnym domku górala Marcina Krzeptyckiego [Krzeptowski]”, pochodzącego, jak twierdził, „z rodziny sołtysów [...]. Widziałem u niego przywilej na sołtystwo, nadany jego poprzednikom przez Stefana Batorego w 1578 r., a potwierdzony przez Michała Korybuta w 1670 r.”. Po krótkim odpoczynku – kontynuował autor – „wziąwszy za przewodnika młodego sołtysiaka, udaliśmy się ku Morskiemu Oku, drogą rzadko przez zwiedzających uczęszczaną, drapiąc się najpierw na głowiasty szczyt Magury – stąd spuściliśmy się w dolinę Stawów Gąsienicowych, z których znów udaliśmy się na szczyt Kościelca. Droga na Magurę lubo męcząca i niewygodna może się jednak nazwać gościńcem w porównaniu z przeprawą do szczytu Kościelca. Pochyłość góry jest tak straszna, iż rękami przychodzi chwytać się głazów, widząc się nieraz nad przepaścią, gdy kamienie z łoskotem spod nóg usuwać się poczną. Ta piekielna przeprawa trwała przeszło 2 godziny – grób granitowy otwierał się co chwila pod mymi nogami”.

Gdy czytałem to po raz pierwszy, przez moment myślałem, że oto mamy dowód pierwszego turystycznego wejścia na Kościelec, cztery lata przed pionierem badań nad florą Tatr Feliksem Berdau, ale ostudził mnie fakt, że zamiast opowieści o trudnym zejściu z wierzchołka, mamy zdanie: „Przybyłem wreszcie do szczytu – gdzie wśród skał między odwiecznym śniegiem ujrzałem Pięć Stawów. Gdzie zanocowano przy watrze. Istna to kraina śmierci – przez dzień cały przechodu przez góry ni człowieka, ni zwierzęcia nie spotkaliśmy wśród kamieni” – wspominał wędrowiec. A więc – to tylko przejście przez Zawrat...

Niby nie ma w tych listach rewelacji – raczej typowość przejawiająca się choćby w pozytywnym odbieraniu łuny bijącej od pieców w Kuźnicach i unoszących się stamtąd dymów, jako widomych i wyczuwalnych przejawów cywilizacji, czy też w przeciwstawianiu grozy wysokogórskiego krajobrazu, kojarzącego się tylko ze śmiercią i dzikością, sielskości Kościeliskiej – a jednak są one na swój sposób zajmujące. Autora stać na przykład na taki iście impresjonistyczny obraz: „Już zmrok spuszczał się w amfiteatry gór. Pyszny to był widok nieznany mieszkańcom dolin. Jednę część piramidalnych wierchów osnuło purpurą zachodzące słońce, a na przeciwnych im szczytach srebrnymi smugi płynął jasny księżyc”[9].

Bez wątpienia ujmujące są jego narzekania na nikłe zainteresowanie Tatrami poetów, artystów i geografów. Zresztą rok później w innym miejscu stwierdzał: „śmiało rzec można, iż gdyby nie Staszic, Zejszner i Pol, nawet byśmy naszych Tatrów szczegółowo nie znali”[10]. Rzeczywiście: Stanisław Staszic, Ludwik Zejszner i Wincenty Pol założyli solidne fundamenty obecności Tatr w polskim piśmiennictwie, o czym pisze Jacek Kolbuszewski w swych znakomitych monografiach[11].

Wtrąćmy, że Józef Łepkowski dostrzegał też osady Rusinów w rejonie Muszyny[12], a w liście pisanym z Florynki pod Grybowem trafnie zauważał: „Duchowieństwo ruskie, mimo nader ubogich dotacji przeznaczonych na wyżywienie i kształcenie znakomicie licznych rodzin, energicznie popiera narodowe usiłowania. Po roku 1848 zaprowadzono wszędzie szkoły parafialne ruskie”[13]. Ukazuje się coraz więcej broszur pisanych po rusku, co nastręcza sporo trudności, jako że język ten ma różne odmiany – dopowiadał.

Bystry obserwator, wyczulony na stan zabytków, taką snuł refleksję po zwiedzeniu Czerwonego Klasztoru u podnóża Pienin: „Wewnątrz pustka wieje spod gotyckiego sklepu – ledwo wielki ołtarz pozostał cały – zresztą gołe, odarte z ozdób ściany niedługo może rozpadną się w gruzy. [...] Przy kościele nie ma ani archiwum, ani nikogo, co by mógł dzieje tych miejsc opowiedzieć – wszystko gdzieś przepadło – zniknęło w otchłani czasu”[14].

Warto wspomnieć, że w Krakowie w 1861 r. ukazała się broszura Galicja pod względem geograficzno-statystycznym, politycznym i topograficznym, opisana przez Ł. i B.; gdzie należne miejsce zajęły Tatry, Pieniny, Beskidy i inne górskie pasma. Autorami opracowania byli oczywiście Józef Łepkowski i Feliks Berdau[15].

Natomiast nieco później nasz główny bohater w jednym ze swoich interesujących szkiców stwierdzał: „Wycieczki w Tatry naukowe, literackie i artystyczne są u nas od lat kilkunastu coraz powszechniejsze”. Malarze: J.N. Głowacki, A. Płonczyński, A. Gorczyński oraz Wojciech Gerson, Julian Cegliński, Alfred Schouppé i Aleksander Kotsis „dali nam kilka prób krajobrazów tatrzańskich i scen z życia ludu tamtejszego. Tego roku wrócili z Tatr z bogatymi plonami w szkicach olejnych i akwarelowych” Józef Marszewski, Gustaw Daniel Budkowski, Andrzej Grabowski[16] oraz A. Gorczyński, Józef Jaroszyński i Franciszek Tepa. „Niezawodnie żadna okolica nie zyskała tak specjalnych badań, ilustracji i szczegółowych pod każdym względem opisów, jakimi Tatry poszczycić się mogą. Studiowano już owe strony ze stanowiska nauk przyrodniczych, etnografii, historii, obyczajów, strojów wieśniaczych, podań, pieśni, języka, starożytności i widoków malarskich. Można by przywieść cały szereg pisarzy, których imiona łączą się z Podtatrzem i pasmem Beskidów, nie mówiąc już o poetach i autorach pomniejszych beletrystycznych opisów. W ilustrowanych wreszcie czasopismach zebrała się także wielka ilość drzeworytów, wystawiających już to widoki z Karpat, już to obyczajowe sceny z życia ludu tamtejszego. Można by tedy, skorzystawszy z tak wielostronnych badań, wydać wspaniałą monografię Tatr, ozdobioną gotowymi już drzeworytami i tym, co gromadzą artyści nasi, a zawierającą umiejętnie zestawiony zbiór wszystkiego, co najlepszego i najgruntowniejszego napisano o owych górach. Tylko zdolny redaktor i przedsiębiorczy wydawca potrzebny do tej ponętnej, a nawet zyskownej edycji: nasuwamy im więc niniejszą myśl naszę”[17].

Świetny pomysł. Wolno sądzić, że znakomitymi realizatorami owej  m y ś l i  byli Zofia Radwańska-Paryska i Witold Henryk Paryski z imponującą Wielką encyklopedią tatrzańską, w której są biogramy najważniejszych wymienionych w cytowanym fragmencie artystów.

Sięgnijmy teraz po esej Jacka Woźniakowskiego Tatry i malarze i odnajdźmy jakże trafną opinię, że J.N. Głowacki to „bodaj pierwszy polski malarz Tatr”. I czytajmy następnie: „Wojciech Gerson (1831–1901) zjawił się po raz pierwszy w Tatrach razem z Alfredem Schouppé późno, w roku 1860, ale za to od roku 1880 jeździł tam przez dziesięć lat corocznie i wszedł w nie głęboko. Aleksander Kotsis (1836–1901) poznał Podhale trochę wcześniej [...] i wracał tam nieraz. [...] Zapewne i u Głowackiego, i u Gersona, i u Kotsisa [...] fundamentalna wydaje się postawa poznawcza. Ci malarze chcą widzieć i wiedzieć, jak to naprawdę jest – i wynik swoich dociekań chcą uczciwie pokazać. Oni Tatry odkrywają – całkiem dosłownie”[18].

To „odkrywanie” Tatr przez kolejne pokolenia – złożone przecież z poszczególnych niepowtarzalnych jednostek, co prawda zanurzonych w swoim czasie, ale zdolnych do własnego spojrzenia – ma swoje dzieje i swoją, jeśli można tak powiedzieć, kroczącą teraźniejszość, jakże szybko umykającą w bliską i dalszą przeszłość; ma swoje szczyty, ściany i piarżyska... Fascynująca jest żywotność „wątku tatrzańskiego” w polskiej kulturze, co prześledzić można choćby w znakomitym kwartalniku „Tatry” redagowanym przez Marka Grocholskiego, a wydawanym przez Tatrzański Park Narodowy w Zakopanem. To właśnie tu Anna Król publikuje swoje artykuły poświęcone Tatrom w sztukach pięknych[19]. W tymże czasopiśmie Witold Huculak podzielił się z czytelnikami swoimi uwagami o motywach tatrzańskich w twórczości J.N. Głowackiego[20].

PS Złośliwy skrzat chyba spowodował, że tak zasłużeni w tym odkrywaniu Zofia Radwańska-Paryska i Witold Henryk Paryski właśnie Józefowi A. Łepkowskiemu przypisali Skazówkę podróży z Krakowa do Tatr i Pionin, czyli, jak podawał autor: „króciuchny przewodnik, marszrutę dla chcących zwiedzić Tatry”; a ich śladem poszedł Krzysztof Pisera w opowieści Jak dawniej po Tatrach chadzano (Zakopane 2007, 2008, 2013). Najwyższy czas, aby przywołać Lucjana Siemieńskiego, faktycznego autora, który ogłosił ten szkic anonimowo najpierw w krakowskim „Czasie” (1852, nr 165), następnie w zbiorze Mozaika. Powiastki i opowiadania (Kraków 1853, s. 52–56), i wreszcie pt. Wskazówka..., w: Lucjan Siemieński, Dzieła, t. 8:Wieczornice. Mozaika. Brodziński. Okruchy (Warszawa 1882, s. 93–96).

M.S.:Kościeliska, Kuźnice i kultura klasyczna

AutorWycieczki w Tatry, podpisujący się inicjałami M.S., publikował swój reportaż w krakowskim „Czasie”, począwszy od 24 września 1853 roku[21]. Ferdynand Hoesick mówił po latach: „Jedno jest pewnym, iż autorem był któryś z wybitnych znawców świata klasycznego, czego przy lada sposobności dał mnóstwo przekonywających dowodów, może aż nadto szafując porównaniami z mitologii lub dziejów starożytnych, rzymskich i greckich”[22]. Uwzględnił go także Jacek Kolbuszewski w fundamentalnej monografii obecności Tatr w naszej literaturze przy okazji objaśnień, że w połowie XIX w. „daje się zauważyć tendencja do pewnej obiektywizacji doznań, mimo wciąż jeszcze występującego nałogu odszukiwania w zjawiskach górskich efektów grozy i niesamowitości, a nawet jakby licytowania się w pogoni za zwiększeniem niesamowitości w artystycznej interpretacji zjawisk”. I właśnie ów M.S. jest tu ciekawym przykładem; zresztą „w tak znacznym stopniu hołdował porównaniom typu klasycznego, że utwór jego w metodzie obrazowania stanowi niemal epigoński przejaw klasycyzmu”[23]. Właśnie w owym „niemal epigoński” – kryje się spory potencjał. Bez wątpienia warto przypomnieć tego intrygującego autora sprzed ponad 165 lat.

M.S. zaczął swoją opowieść oczywistym stwierdzeniem, że „czas sprzyjający zwiedzaniu gór nadzwyczaj bywa krótki; ledwo bowiem w czerwcu śniegi topnieją, już z początkiem września zaczyna się pora wichrów i deszczów, a przynajmniej dokuczliwego zimna”. Jak tylko nastało lato, nasz autor wynajął kryty powóz i razem z damami krok za krokiem – na południe. Z postojami po drodze. W Mogilanach miejscowy proboszcz, „osiwiały pasterz”, uroczyście obchodził półwiecze swojego kapłaństwa. Podróżnikowi przypomniał się znany francuski pisarz Alphonse Lamartine i jego Jocelyn i już ta wzmianka świadczy o jego kulturze umysłowej, a to przecież dopiero początek. Za chwilę przytacza odpowiedni fragment O ziemiorodztwie Karpatów i innych gór i równin Polski (1815) Stanisława Staszica, pasujący do jego obserwacji, że za Myślenicami „lud tu osiadły liczy się do górali beskidowych, ale nie ma owej bystrości umysłu, rześkości i pięknych form, jakie odznaczają Podhalan; nie brak też tu kretynów, tych nieodgadnionych istot pojawiających się zwykle w przedgórzach przytykających do gór pierworodnych”.

Naszego sprawozdawcę interesują historia i zabytki niektórych przemierzanych miejscowości, ale o pewnym małym kościółku notuje: „Chrzcielnica kamienna obrobiona w gruby sposób, gdyby stała w jakim starożytnym romańskim lub gockim gmachu, kazałaby się domyślać archeologom najgłębszej starożytności; ale tutaj pokazuje widocznie, że sztuka przed wieki i dzisiaj nigdy nie kwitła w tych stronach” – wyrokuje. A jednak właśnie w tych okolicach, na postoju, spostrzega grubą księgę „żywota i pism św. Teresy w dobrym staropolskim przekładzie”. Jako bywały w świecie, wtrąca: „Sam własnoręczny jej rękopis w Escurialu nie zawiera ani jednego przemazanego słówka”.

Przy karczmie na Chramcówkach

Wycieczka na Boczaniu

Wycieczka na Polski Grzebień („Kłosy”, t. XXIX)

Czas siadać do powozu i trząść się po dziurawych i kamienistych drogach. Pod górę, w dół, i znowu stromo, aż pojawiła się Babia Góra. Z jednej strony patrząc – wielka, chociaż w porównaniu... Posłuchajmy: „Wszelka też wielkość, piękność, doskonałość, osobliwość bywa względną. – Nie masz na świecie równego, jak widoki w Karpatach! – wołają entuzjaści i entuzjastki pięknych widoków... Zapewne, odpowiadam im, gdyby na Karpatach zaczynał się i kończył świat, ale że cokolwiek rozpościera się dalej, więc są gdzieniegdzie piękniejsze. Wyrzec coś podobnego, można być obwinionym o świętokradztwo, mniejsza o to; jednakże jak w każdej rzeczy, tak w ocenianiu widoków potrzeba pewnego znawstwa; przyznam się, że kawał skały, gęstwia świerkowa i hałasujący po kamykach potok – to jeszcze nic tak osobliwego, żeby mdleć na ten widok, a jednak są osoby co w formalne wpadają mdłości – zupełnie jak w Spazmach modnych starego [Wojciecha] Bogusławskiego”.

Dobrze powiedziane. Ale poczciwe konie wyciągnęły powóz na widokowe miejsce. I nasz racjonalista tak wspomina tę chwilę: „Przyznam się, że widok z Obidowej góry na łańcuch Tatrów ma coś prawdziwie wielkiego, a nawet rzadkiego w swoim rodzaju, bo się za jednym rzutem oka obejmuje taki ogrom, że z niczym nie znajdziesz porównania, chyba...”. No właśnie. Od czegóż choćby najbardziej pobieżne gimnazjalne wiadomości o antyku. Chyba – ciągnie podróżny, jak się wydaje z niejaką ironią, że „sobie przypomnisz grecką bajkę o Tytanach walących Ossę na Pelion”.

Ponieważ nie wszyscy z nas wiedzą w czym rzecz, przypomnijmy zatem sobie, że w mitologii greckiej tytani i tytanki to sześć synów i sześć córek Nieba i Ziemi, Uranosa i Gai; wśród nich byli Kronos i Rea, którzy spłodzili Herę, Hestię, Hadesa, Zeusa, Demeter i Posejdona, a synami tego ostatniego było dwóch olbrzymów: Otos i Efialtes, którzy, chcąc „dostać się do nieba i stamtąd zaatakować bogów olimpijskich, zamierzali górę Ossę położyć na Pelion a[lbo] Pelion na Ossę; pioruny Zeusa udaremniły ten plan”. Wyrażenie: stawiać Pelion na Ossę albo Ossę na Pelion – znaczy: „dokonywać niezwykle skomplikowanego i potężnego dzieła”. Natomiast w sensie ironicznym to: „zużywać ogrom energii i przedsiębiorczości na coś nikłego”[24].

Powróćmy do przerwanej tyrady o panoramie Tatr: „Również i to osobliwe, iż cała ta grupa nagle wyskakuje z ziemi i po obu końcach dość wyraźnie się ucina. Kto by nie wiedział, na pierwszy rzut oka wziąłby je za masę czarnego wojska chmur, sposobiącego się do wielkiej burzy, jeżeli zaś biały promień słońca ozłoci niektóre szczyty lub jeśli się biały obłok wysunie z tych czeluści, poznajesz, jest to błąd, ale sobie myślisz, jakże tam straszno i dziko! To chyba brama do piekieł, lub też sama piekieł stolica!”.

A tymczasem nasz bohater zbliża się już do Nowego Targu. I ma Tatry na horyzoncie. „Zgoła skały te wydają ci się istotą żyjącą, mającą swoje napady gniewu, wesołego uśmiechu i ponurej zadumy... Całe dnie mógłbyś trawić, patrząc na ich oblicze i przyzwawszy w pomoc niewielką nawet dozę fantazji malowniczej, wyobrażać sobie ogromne jakieś miasta z cyklopskimi murami ni to Babilon lub Niniwę; to średniowieczne katedry i zamczyska feudalnych baronów [...] z których wyglądają oczekujące na powrót rycerzy dziewice... a jeśli nie to i nie owo, tedy zawsze jakąś krainę pełną tajemnic, cudów, zjawisk, strachów i niespodzianek, słowem, siedzibę istot nadzwyczajnych grających rolę we wszystkich bajkach i balladach, jak olbrzymy, karły, boginki, dziwożony, czarnoksiężniki, czarownice i straszące mnichy, a jeśli jeszcze i tego nie potrafisz sobie wyobrazić, tedy koniecznie przypuścić musisz bandę walecznych i wspaniałych rozbójników, co to obdarłszy bogatych, dają ubogim, co to umieją grzecznie obchodzić się z damami i rozkochiwać je pod przybranym nazwiskiem jakiego podróżującego książęcia”. Właśnie wokół kościółka pw. św. Anny krąży „legenda o rozbójnikach, którzy mieli w Węgrzech ukraść obraz ś[w]. Anny, tu go przenieść i kosztem własnym (ma się rozumieć ze złupionych skarbów) wystawić ten kościółek”. Podróżnik orzeka, że we wnętrzu świątyni „nic nie ma godnego uwagi, przeciwnie, wszystko najordynarniejsze, nieświadczące ani o przyrodzonych talentach góralskich budowniczych, rzeźbiarzy i malarzy...”. I wyznaje: „Zawsze przypuszczałem, a przynajmniej przypuszczać pragnąłem, że górale tutejsi, obdarzeni bystrym umysłem i żywą fantazją, powinni z drzewa wyrabiać rzeźby” – jakie często spotyka się w krajach alpejskich. „Przy małym zatrudnieniu w polu, a w lesie przy paszeniu bydła na halach, jakże by użytecznie ten czas mogli zapełnić rzeźbieniem różnych drobnostek – szczególnie chłopaki co to lubią się nożykiem...”. Rozpytywał więc o wyroby góralskie, szczególnie z drewna. Dotarł do miejscowego sklepu. „Lecz kupiec wzruszył tylko ramionami i pokazał mi z uśmiechem politowania dwie półłokciowe lalki wyobrażające górala i góralkę pomalowanych jaskrawymi farbami”. – Co to jest? – Spluwaczki! Góralski wyrób – objaśnił kupiec.

Nowy Targ

Górale z Nowego Targu

„Biedacy! Czyżby nie czuli, że ich Pan Bóg tak pięknymi stworzył, że nie wiem nawet, czy te Greki na rzeźbach Partenonu mogliby się poszczycić większą urodą, harmonią i symetrią budowy ciała... [...] Jakoż Podhalanin wie o tym, że go Pan Bóg pięknie stworzył, i pretensjonalnie trefi sobie kędziory, ubiera świecidełkami kapelusz, koszulę, pas; umie przymrużać oczy, w częstym uśmiechu szczerzyć białe zęby, ale też i koniec na tym... takiej kokieterii daleko jeszcze do uczucia i pojęcia piękna we wszystkim, do ideału...” – czytamy u M.S.

Zresztą Nowy Targ prawie że nie ma „odrębnego charakteru, nie tak jak Żywiec [...]. W Nowym Targu, chodząc w dzień ze świecą, nie znalazłbyś żadnego zabytku zasługującego na wspomnienie, co się łatwo da usprawiedliwić tą uwagą, iż nigdy tu żaden pan nie rezydował. U nas oświata i wszelka kultura wychodziła tylko z rycerskiego stanu; sam lud, choćby tak odosobniony jak górale tutejsi, składający, że tak powiem, odrębną rzeczpospolitą, zbyt mało wystawioną na wpływ szlachty, nie mógł przecież rozwinąć się w żadną stronę pomimo największej swobody, jakiej używał, pomimo niedoznawanych nigdy klęsk wojennych... Przyrodzenie dało im bystrość umysłu i żywość objęcia, oni też dary te obracają na potrzebę codzienną, dalej nie sięgając myślą... Przyczyną niedostatku tej samodzielnej u nich kultury i twórczości naznaczyłbym późnemu dopiero osiedleniu tych stron kolonistami z Niemiec przybyłymi”.

Autor obejrzał Nowy Targ, „w którym nie ma nic do widzenia” – jak ocenił (ale podał podstawowe fakty z dziejów miasta, powołując się na prace historyków), podziękował dotychczasowemu woźnicy z ciężkim powozem i krakowskimi końmi, i – jak powiada – „zastąpiliśmy i jedno, i drugie lekkimi góralskimi wózkami i rześkimi końmi”. I żwawo do Kościelisk. Czyli ku sławnej dolinie. Notuje uwagi o mijanych chatach i polach: „Owies i ziemniaki, ziemniaki i owies – oto cała uprawa. Jedynym też gospodarstwem górala chów bydła i owiec; to go żywi i odziewa. [...] Mężczyźni są tu wszędzie bardzo przystojni; trzymając się prosto, z głową do góry, widoczną tworzą różnicę od mieszkańców równia; kobiety wysmukłe, bardzo schludne”.

Jako wyraźnie zainteresowany antykiem nie omieszkał napisać, że pasy górali „przypomniały mi, kiedym je wziął w rękę, opis tarczy Achillesowej; z tą różnicą, że tamta była siedmioskórna, a pas góralski dwu- lub trzyskórny, ale z tym wszystkim taki ciężki i miąższy, że nawet i kula w pędzie cokolwiek słabnąca mogłaby się odbić od niego”. Zastanawiając się „nad właściwym użytkiem tego pancerza”, doszedłem do wniosku, „że kiedy dawniej Tatry służyły za gniazdo opryszkom bawiącym się rozbojami na szeroką skalę, więc tacy łotrzykowie, chcąc się zabezpieczyć od strzałów, a bardziej od pchnięć niebezpiecznych, wynaleźli sobie tego rodzaju tarczę”.

Bacznie obserwuje drogę: słyszy „hałaśliwy szum Czarnego Dunajca”; zauważa nawet, że „o ile pięknym i malowniczym jest świerk pomięszany z innymi drzewy, o tyle zabójczym jest dla widoków tatrzańskich. Widziany szczególniej w masie, kiedy okrywa boki gór, ma w składzie swoich gałęzi tak coś symetrycznego, tak jednostajnego, że musi w rozpacz wprawiać każdego malarza, niewiedzącego, co począć z płatami ciemnej zieleni przypominającymi półmisek jarmużu” – nie kryje rezerwy. A to tylko przygotowanie do kpiarskiej oceny: „Teraz rozumiem, dlaczego niektóre tatrzańskie widoki [Jana Nepomucena] Głowackiego tak mało mają wdzięku – artysta, chcąc być wiernym, musiał być prozaicznym”.

Ulica Kościeliska w Zakopanem

Dosyć krytycznych uwag: – Dojeżdżamy „do Kościelisk – mówił nasz góral, wskazując przed siebie biczyskiem... Serce mi żywiej zabiło, jak to zwykle bywa, kiedy po długim oczekiwaniu mamy coś ujrzeć niezwyczajnego”. Nie tylko ujrzeć, ale i znaleźć odpowiednie słowa przybliżające metafory-obrazy, którymi chcemy to niezwykłe opisać – wtrąćmy. I czym prędzej wróćmy do naszego autora: „Minąwszy bramę skalną, znaleźliśmy się w Dolinie Kościeliskiej... Na pierwszy rzut oka sprawia ona bardzo wdzięczne wrażenie. Przed tobą rozciąga się na tysiąc i więcej kroków, lecz niezbyt szeroka, błoń prześlicznej zieleni, przerżnięta wzdłuż szumiącym Dunajcem, a zamknięta w kształcie długiego obłęku stromymi ścianami skał, które od dołu po wierzch porosły gęszczą nieszczęśliwych świerków... Szczyty same tylko tych bocznych ścian sterczą bardzo malowniczymi grupami głazów tworzących niby zamczyska, niby ruiny klasztorów, niby jakieś olbrzymie i potworne posągi jak gdyby je Layard z Khorsabad na wystawę przysłał...”. Czyli mowa o odkryciach ruin Niniwy i Nimrud (Kalchu), które w latach 1845–1851 prowadził sir Austen Henry Layard, angielski archeolog, autor głośnej wtedy pracy The Monuments of Ninevech... (1849) – wtrąćmy za pozwoleniem. I idźmy za słowem dobrze wprowadzonego w wydarzenia ze świata kultury M.S.

Autor nasz notuje: „Cała ta dolina, a raczej brzegi tej kotliny są ugarnirowane tymi fantastycznymi głazy, które prawdziwie są zachwycające, jeżeli tylko słońce zeszle jaki zachodni promień, co je swym ogniem obleje. Dolina ta, widziana bez słońca, traci większą połowę swego uroku, na którym jej nie zbywa obok całej szorstkości alpejskiej, dzikiej natury. Nie dziwię się, że zachwyciła tak dalece [Seweryna] Goszczyńskiego, że w niej znalazł myśl do napisania poematu; bo chciawszy Tatry wziąć za scenę, nie można było znaleźć nic piękniejszego – zwłaszcza jeżeli podanie przyozdobiło ją napadem Tatarów i obroną górali, którzy w tych Termopilach szczęśliwe Leonidasy! Nie swoje, lecz tatarskie pogrzebili koście”.

Nasz sceptyk pytał jednak: „Cóżby konny Tatar robił w miejscach jeszcze mało osiadłych i niewytrzebionych?”. I odpowiadał przytomnie: „Ale niech sobie zostanie legenda, kiedy już przeszła w naszą poezją; jednakowoż żeby miała od górali wyjść, nie bardzo w coś wierzę. Zresztą czy podanie to prawdziwe lub nie, mniejsza o to, kiedy poeta wziąwszy je za przedmiot swego poematu, któremu za ramy dał Tatry, a mianowicie Dolinę Kościeliską, uczynił te skały głośnymi po świecie. Tylko jedna poezja podnosi i unieśmiertelnia, tak ludzi jak widoki. Na nieszczęście jednę tylko piosneczkę poświęcił Goszczyński opisowi Kościelsk, które zowie «pochmurną doliną»”. Bez wątpienia autor znał Sobótkę – fragment planowanego poematu Kościelisko – i nie omieszkał również przytoczyć pierwszych wersów z utworu znanego w literaturze jako Pieśń o pochmurnej dolinie, a mianowicie: „Rozkoszna, jedyna/Pochmurna dolina”.

Wróćmy do jego komentarza pisanego, jak się zdaje, z ironicznym dystansem: „Zapomniałem dodać, że jakie wniście do Kościelisk, takie samo i wyjście; i tu i tam rozdarta skała, przez którą Dunajec szumi. Przymiotniki: «rozkoszna – jedyna», które w wierszach zwykle są na podorędziu, tutaj bardzo właściwe, gdyż rzeczywiście w całych Tatrach nie ma takiej drugiej doliny, co by sprawiała wrażenie tak wdzięczne. Nie wątpię, iż gdyby ją był znał Teokryt, pomieściłby w niej swoich pasterzy. Nie wiem nawet, czyli owa sławna Tempe tak bardzo przewyższa wdziękiem Kościelisko. Wprawdzie Olimp i Ossa tworzą tam jar, którego środkiem płynie Penej pomiędzy najrozkoszniejsze platany, jaśminy, różowe laury i mirty, ale cóż nam do tego, kiedy Katullus malujący Tempe taki daje jej obraz, jakby na Kościelisko patrzał”.

Przyznajmy: uznać Kościeliską jako pierwowzór dla poetów starożytności – to wręcz intelektualna perwersja. Autor krakowskiego dziennika informuje czytelników „o wyższości Dunajca nad Penejem toczącym spokojnie wapnistą białą wodę, kiedy Dunajec czysty jak kryształ, i jak chłopiec swawolny i hałaśliwy, skacząc z kamyka na kamień po najpiękniejszej murawie zasłanej najrozmaitszymi kwiaty”, i wymienia tojady, goździki i kocanki (szarotki) „pnące się wyżej i mające podobieństwo do prześlicznych gwiazd wyciętych z białego aksamitu”.

Idylla? Tak, chociaż... „Wszakże nie myślcie czytelnicy, żeby Dolina Kościeliska, piękna sama w sobie, wystarczała ciekawości podróżnych. Przeszedłszy bowiem drugą bramę utworzoną z dwóch rozdartych skał – jar, którym Dunajec szumi, zwęża się w ciasny prawie wąwóz. Charakter widoku zmienion zupełnie. Tu już nie ma Teokrytowej idylli z zieloną murawą, ale skał urwiska, ale ogromne głazy zwalone jedne na drugie, jakby tu był plac boju Tytanów, a spośród nich nieunikniony świerk wyrasta... Dzikość i groza, przerywana tylko kiedy niekiedy ślicznymi płatami zielonych hali – towarzyszy ci w całej utrudzającej drodze do źródeł rzeki... a raczej do jamy w skale, z której źródło wytryska”. Ujrzeliśmy też – opowiada nasz autor – „krówki [...] szczypiące niską trawę i pastuszków grających na piszczałkach. Pytam takiego góralika: – A daleko tu do źródła? Pokaż nam, którędy iść. – A zapłacicie? – odpowiedział, nie robiąc najmniejszego poruszenia, które widać już otaksował na krajcary. – Zapewne, że ci zapłacę... – odpowiedziałem. On też żwawo wyskoczył, nie tylko sam, ale i z towarzyszem, i poprowadziwszy nas kilkadziesiąt kroków, pokazał źródło, które bylibyśmy i sami bez niego znaleźli. Roześmiałem się w duchu, ale i rozgniewałem na tę interesowność, która przez częste zwiedzanie tych gór przez podróżnych może przyjść do tej doskonałości, z jakiej słyną Szwajcary”. Z tym że tam „wszędzie spotykasz usłużność i wygodę – tutaj przeciwnie, wielką trudność w najmniejszej usłudze, a niewygodę wszędzie”. I tam, i tu „umizg do twej kieszeni – jednaki”; a niekiedy tu jest do „bezczelnych posunięty żądań”. I to tak dalece, „że od pewnego podróżnika, który często zwiedzał Tatry, słyszałem to zdanie: «Jeżeli góry te dawniej były gniazdem rabusiów nastających na życie podróżnych, dziś są stekiem zuchwałych wydrwigroszów, wytrząsających pod lada pozorem nędznej przysługi kieszenie nieszczęśliwych turystów, przynoszących idylliczne wyobrażenia o złotym wieku niewinności, jaki ma panować między góralami»”.

Przerwijmy na moment omawianie Wycieczki w Tatry i sięgnijmy do znanego nam już Ferdynanda Hoesicka zauważającego kąśliwie: „przekonał się klasycznie usposobiony wielbiciel sielankopisarzy greckich i rzymskich, że o ile natura jest tu piękna, o tyle górale całkiem się zrzekli klasycyzmu”.

Nie szukając daleko: ledwo ruszyliśmy z wylotu doliny do Zakopanego – wspomina M.S. – góralscy woźnice chcieli nas „gwałtem zmusić do nocowania w jakiejś lichej karczemce pełnej brudu i Żydostwa” – pisze nasz esteta. „Gdyby nie wdanie się jakiegoś uprzejmego oficjalisty z dóbr p. Homolacza [...] – bylibyśmy musieli przepędzić noc bardzo smutną bez pokrzepienia się po całodziennym trudzie. [...] jaką nasi górale mieli spekulacją, że nas tam chcieli osadzić; chytrość ich bowiem względem nieznających miejscowości podróżnych przechodzi wszelkie pojęcie”.

Pół godziny doskonałą drogą i „ukazała się nam jakby łuna na niebie ponad lasem raz mocniej, raz słabiej błyskająca”. I wnet „z prawdziwym zachwyceniem patrzałem na te ognie, które tworzą w nocy widok prawdziwie czarodziejski, i przysłuchiwałem się hukowi młotów zapowiadającemu, żeśmy w kraj zamieszkały i przemysłowy wjechali, co nam wróżyło nocleg wygodny”. I rzeczywiście: „znaleźliśmy wszelką wygodę w oberży, z osobnymi nawet stancjami i łóżkami”.

Podczas zwiedzania Kościelisk podróżny parokrotnie słyszał od ich górala wyraz – „homry”. Co to może znaczyć? – rozważał z przymrużeniem oka: „Daremnie głowę sobie łamałem etymologicznymi dociekaniami, tak dalece zapędziłem się, iż omal nie zacząłem przypuszczać jakiej dalekiej tradycji o greckim śpiewaku Iliady przechowywanej w tych górach, tym więcej, że mię już zastanawiały te ich kapelusiki okrągłe, kubek w kubek takie same, jakie na starożytnych spotykałem płaskorzeźbach. Kiedy takie dwa dowody zbiegną się w głowie etymologa, wniosek staje się pewnikiem; w myśli snuła mi się nawet rozprawa mająca dowieść, że dzisiejsi Podhalanie są szczątkami jakicheś Greków przybyłych w te strony – ale którą drogą? Nic łatwiejszego jak po starożytnym świecie wytykać gościńce; tym bardziej że wtenczas stacji pocztowych nie było. Na szczęście czy nieszczęście uczonego świata” – mruga do nas autor – „właśnie wyjeżdżamy z gęstwi leśnej i oto witają nas kuźnie buchające iskrami [...]. Zaraz też zrozumiałem znaczenie homrów, czyli hammrów”. Które bardzo przypadły do gustu estecie i zarazem zwolennikowi przemysłu.

Nazajutrz pełne słońce i pogodne niebo, „i w całej krasie przedstawiła się dolina Zakopanego, która lubo nie ma piękności Kościelisk, wszakże widziana w pewnym oddaleniu ze wszystkimi kuźnicami, magazynami i wspaniałym jak na te góry domem mieszkalnym dziedzica, zgoła z całymi zabudowaniami leżącymi jakby drobne kamyki białe na dnie olbrzymiej czeluści – daleko przedstawia się malowniczości niż tyle innych zachwalanych tatrzańskich widoków”. Paroosobowe zapewne towarzystwo poszło dróżką w górę doliny i wnet usłyszeli „huk wodospadu. Było to właśnie źródło potoku wytryskujące od razu z taką obfitością, że dość imponującą tworzy kolumnę wody, która rozbijając się o kamienie – spada z góry mającej z kilkadziesiąt stóp”. Zresztą – marudzi nieco sprawozdawca – „charakter okolicy” zawsze ten sam: „skały – kawałki zieloności – mrukliwy potoczek – i świerki – wszędzie świerki. Byłoby to przecudne, gdyby z tego można patrzeć na co inszego, ale ze skały patrzeć na skałę, spod świerku na świerk i ciągle słyszeć jeden szum, to w końcu przestaje smakować, jak dziś nie smakuje w literaturze romantyzmu”.

Kuźnice w Zakopanem, widok od stóp Nosala, 1860 rok

Zatęskniłem więc – przyznawał M.S. – „do klasycznej cywilizacji, która tym razem była dla mnie w pięknych i licznych budynkach hutniczych rozrzuconych wzdłuż doliny, i udałem się na zwiedzenie ich. Oto piece, miechy, młoty i czarni posługacze tej plutonicznej krainy” – powiada nasz tajemniczy znajomy; stosowniej jednak będzie, jeżeli zamiast opisywania swoich wrażeń „z całą prozą opowiem krótką historię i stan zakładów hutniczych w Zakopanem, które niezawodnie pierwsze zajmują miejsce między galicyjskimi, i najlepiej są utrzymywane”. I niemal cały piąty, niestety ostatni odcinek Wycieczki w Tatry to zgęszczona informacjami opowieść o robotach górniczych i produkcji żelaza począwszy od XVI w., i stanowisk w Magurze, „a gdzie jeszcze są ślady dawnych dymarek konsumujących niezmierną ilość opałowego drzewa, a który to sposób, z zaprowadzeniem wielkich pieców do wytapiania surowizny, zarzuconym został. Miejsce to, w Olszy [Olcza], przyległej do Zakopanego, po dziś dzień nazywają Hutą”. Pojawiają się Emanuel Homolacz (Homolacs) i jego bratanek Edward oraz zarządca Rudolf Elsner[25]. A wszystko to na kilka lat przed Marią Steczkowską, która bodaj pierwsza użyła określenia Kuźnice zakopiańskie[26].

Przytoczmy zatem, na zakończenie, ostatni akapit pióra interesującego nas podróżnego: „Sprawia to bardzo miły widok, kiedy wyszedłszy z chaosu skał, gdzie śpiewu ptaszka nawet nie usłyszysz, gdzie ci się żadna z żywych istot nie odzywa – znaleźć się nagle w dolinie Zakopanego pełnej ruchu, pracy i przemysłu. Ten nagły kontrast sprawia bardzo miłe na podróżnym wrażenie; patrząc bowiem przez kilka dni na same przepaści, urwiska, powalone głazy, rwące potoki, na tę wegetacją tak wątłą, a nade wszystko nie spotykając bożych stworzeń – wyobraża sobie, że się dostał gdzieś między dzikich, a przynajmniej jak Odys z towarzyszami do państw Polifema, gdzie ich czekała perspektywa być zjedzonymi... Rzeczywiście przed jakie 30 laty można było spotkać się z czymś podobnym, przynajmniej z jaką bandą rabusiów, lecz odkąd przemysł tu zakwitnął, odkąd tyle rąk ma przyzwoity zarobek, już o rozbojach nie słychać. Prawda, że na tym straciły podróże pozbawione romansowości, ale cywilizacja zyskała”.

Panie M.S., prosimy o kontakt, chcemy porozmawiać o klasycznym pięknie tatrzańskiego chaosu.

Krajoznawca spada z Zawratu

Oskar Flatt (1822–1872) wywodził się z niemieckich protestantów wyznania ewangelicko-augsburskiego silnie zakorzenionych w polskości. Bogumił, jego ojciec, uczył niemieckiego w Piotrkowie Trybunalskim. Natomiast stryj, Jerzy Beniamin (1768–1860), był znanym agronomem i działaczem oświatowym, współpracownikiem Stanisława Staszica i pierwszym dyrektorem Instytutu Agronomicznego w Marymoncie (1816–1833). Nasz bohater był najpierw urzędnikiem rządu gubernialnego w Warszawie, następnie pełnił wysokie funkcje w dyrekcji Kolei Żelaznej Libawskiej. Dziennikarz związany z warszawską „Gazetą Codzienną” i jej dodatkiem „Gazeta Rolnicza, Przemysłowa i Handlowa”. Jak pisze Anna Kutrzebianka: „Zapalony krajoznawca, wielbiciel swojszczyzny, a zarazem zwolennik postępu w technice i nauce, pozostawał pod wpływem literatury okresu romantycznego, zwracającej się ku badaniom pieśni i zwyczajów ludu. Interesował go także rozwój przemysłu polskiego”[27]. Pozostawił po sobie m.in. Opis Piotrkowa Trybunalskiego pod względem historycznym i statystycznym (1850), Opis miasta Łodzi pod względem historycznym, statystycznym i przemysłowym (1853) orazBrzegi Wisły od Warszawy do Ciechocinka. Z dopełniającym poglądem na przestrzeń od Torunia do Gdańska (1854). Nas intryguje jego Wspomnienie Tatrów. Z notat podróżnych[28].

W połowie XIX w. Lucjan Siemieński – zresztą autor opracowania Rysy Górali tatrzańskich. Podania. Rozbójnicy. Pieśni („Orędownik Naukowy” 1843, nr 43–45) – anonimowo ogłosił w krakowskim „Czasie” szkic pt. Skazówka podróży z Krakowa do Tatr i Pionin, czylikróciuchny przewodnik, marszrutę dla chcących zwiedzić Tatry, w którym rzetelnie wymieniał Stanisława Staszica, Ludwika Zejsznera i innych piszących o naszych najwyższych górach, co jednak nie przeszkadzało mu stwierdzić: „Tatry nasze dla powszechności zostały dotąd odległą ziemią, co do niej znów jak za morze wybierać się przychodzi, i śmiało jeszcze powiedzieć można, że więcej Polaków zwiedziło obce góry niż krajowe”[29].

Parę lat później Oskar Flatt wyznawał: „Wędrówki po rodzinnej ziemi były mi od dzieciństwa najmilszym marzeniem” – i zabierał nas z sobą w podróż na południe Polski. Wiemy, że na dworcu kolejowym w królewskim Krakowie został „pożegnany serdecznie przez zacnego autora Listów”. Wolno sądzić, że był to sam Józef Kremer (1806–1875), filozof znany w środowisku literackim i naukowym, związany z Uniwersytetem Jagiellońskim i Szkołą Sztuk Pięknych, gdzie od 1853 r. prowadził wykłady z estetyki i historii sztuki. Znaczną popularnością cieszyły się jego Listy z Krakowa. Być może podróżny zauważył i takie zdanie swojego znajomego: „Odwiedź no te nasze Tatry, zapuść się w serce tych olbrzymich grodów natury [...] a wstąp na ostrze Łomnickiej iglicy, na najwyższy szczyt Krępaku”[30].

Nasz bohater ruszył trasą: Kraków – Bochnia – Limanowa – Nowy i Stary Sącz, przeprawa promem w Jazowsku przez Dunajec i dalej Łącko – Krościenko i Szczawnica. Jako człowiek oczytany, wymienia Józefa Szalaya Album Szczawnickie, czyli nabrzeża górnego Dunajca (Kraków 1858) i Teodora Tripplina Wycieczki po stokach galicyjskich i węgierskich Tatrów (t. 1–2, Warszawa 1856). Wie, że w Łopusznej mieszkają Tetmajerowie. Wspomina Kułacha – zapewne Wojciecha zwanego Wawrzyńcokiem (1812–1897), sławnego rzeźbiarza z Gliczarowa Górnego – i innych samorodnych artystów. Zna dzieje Czorsztyna i Niedzicy. W Harklowej zwiedził „kościółek wiejski, ubogi, ale starożytny”. I stać go na zdecydowaną opinię: „Przykro rażą oko upiększenia nowoczesnych dobroczyńców i z duszy żałować przychodzi, że światlejszy sąd czy lepsza rada nie kieruje dobrymi chęciami ofiarodawców”. Przejeżdżał przez Leśnicę i wstąpił do Czerwonego Klasztoru. „Tu wsiedliśmy na zbite razem dwie maleńkie łodzie i pod sterem poczciwych, ciekawych, rozmownych dwóch rybaków czorsztyńskich puściliśmy się ochoczo prądem wartkich wód Dunajca, z gniewną pianą i szumem torujących sobie drogę przez skaliste kolosy Pionin”. Dopadła ich nawet burza, ale po trzech godzinach spływu dobili do przystani w Szczawnicy.

Nie zwlekając, Oskar dał podróżną torbę na wóz – i wio! Piękna pogoda. „Za Czorsztynem cudna nowotarska dolina [...]; w głębi Babia Góra, a za Niedzicą, jakby czarodziejskim zaklęciem, rosną ci przed oczy skaliste Karpat opoki...” – Tatry. „Nie zapomnę widoku, jaki mnie wtedy olśnił”. W Nowym Targu poznał Ludwika Kamińskiego (Kamieńskiego): „niegdyś szczerego na literackim polu pracownika, dziś – po srogich burzach, jakie przed 12 laty całe jego mienie uniosły, oddanego zawodowi handlowemu”. Oskar Flatt miał świadomość, że jego nowy znajomy ma imponującą wiedzę o Podhalu, góralach i Tatrach, ale – niestety – zamkniętą w rękopisach. Owe „burze” to oczywiście krwawe wystąpienia chłopów w czasie rabacji galicyjskiej 1846 roku. Przypomnijmy, że Ludwik Kamiński (vel Kamieński) sprowadził się na Podhale na początku lat 30. XIX w., dzierżawił przez jakiś czas Ludźmierz, a następnie mieszkał w Nowym Targu. Wolno go nazwać pierwszym etnografem góralszczyzny. Z jego uwag i być może notatek korzystał Seweryn Goszczyński i inni podróżnicy i badacze zapuszczający się na Podhale i w Tatry[31].

Klementyna Homolacs

I wreszcie nasz podróżny dociera pod Regle. Podejmuje go Klementyna Homolacsowa: „Dziedziczka zakopiańskich dóbr, przyjaciółka Goszczyńskiego i Pola, kiedyś róża karpacka, dziś królowa Tatrów, mieszka w Zakopanem z synem i dwiema córkami”. Początek lipca. Deszczowo. Przejaśnia się na tyle, że można zwiedzić Dolinę Kościeliską – oglądaną osobiście, naocznie, i równocześnie mając w pamięci strofy poetów. „Ze świtem puściłem się w drogę w towarzystwie żwawego i gadatliwego górala. Nie obce wam Kościeliska, nie tylko z nazwy swojej, ale i cudnego poematu Goszczyńskiego” – zwraca się podróżny do światłych czytelników. I ciągnie dalej: „Wchodziłem w tę dolinę z myślą, by trzeźwym obejrzeć ją okiem, bo zdało mi się, że obłoczyste Seweryna słowa aż do egzaltacji w idealizm ją spowiły. Ale próżne to było targanie się moje: kilkudniowy chłód i deszcz nie zdołał ostudzić mnie aż do zimnej refleksji, i szał poezji uniósł mnie z sobą, racjonalizm zatonął na dnie Dunajca, a duch ze ślepą wiarą przylgnął do ideałów wiersza. Oko nie wystarcza w tatrzańskiej podróży ani go najwyborniejsza nie uzbroi luneta; innych tu trzeba skrzydeł, innego widzenia i wyobraźni, uczucia i zapału”. Czym innym są spacerki po przygotowanych dróżkach w okolicach popularnych zdrojowisk, a czym innym rzeczywiste wędrówki – zda się mówić autor. „Tatry to obraz wiecznego boju natury, to skarbiec otwierający się tylko na zaklęcie znojnych trudów i chętnych poświęceń”.

Dość szczegółowo opisuje dolinę, referuje swoje rozmowy z młodą góralką i pasterzami. Jest już na Hali Smytniej. „Na wstępie zaraz, po lewej stronie Dunajca, wita nas z kamiennej powały skromny drewniany krzyż; na roztoczonych ramionach czytam serdeczny napis: «I nic nad Boga» – z datą 7 sierpnia 1852 r. Tu przed laty stoczone z turni głazy zabić miały jakiegoś młynarza; naprzeciw krzyża, za drogą, wznosi się jego mogiła, na którą każdy przechodzień gałązkę pamięci porzuci, i z wolna rośnie kurhan. Ten krzyż zaś postawił zacny autor Mohorta w czasie wycieczki tatrzańskiej odbytej w licznym krakowian gronie”.

Jak czytamy u Józefa Nyki, według legendy była to mogiłka „królewskiego młynarza kruszcowego, zabitego przez zbójników. Przechodzący górale rzucali na nią chrust, który zapalali w dniu jesiennego spędu owiec”[32].

Wróćmy do Oskara. Dni biegły szybko. Radzono mu, aby „według uświęconej przez większość turystów marszruty [...] na dokończenie tatrzańskiej podróży wyjechać z Zakopanego do Bukowiny, a stamtąd zrobić wycieczkę do Morskiego Oka”. Nasz znajomy jest ambitny. „Zażądałem przewodnika, i stawił się dzielny, piękny góral, dobrze tu znany Jędrzej Krzeptowski, najzręczniejszy strzelec karpacki, oświadczając, że lubo jeszcze w tym roku dla wczesnej pory droga wierchami nie była w użyciu, przebyć by ją jednak można”.

Nie będzie od rzeczy wspomnieć, że już Kazimierz Wodzicki, badacz tatrzańskich ptaków, opisując swoją wycieczkę do Kościeliskiej w czerwcu 1850 r., nadmieniał: „wziąłem dawno mi zaleconego przewodnika, Jędrzeja Krzeptowskiego, górala czystej krwi, jak ich dawniej znaliśmy; otwarty, usłużny, zręczny i poczciwy, znany myśliwy (bez pozwolenia) na kozy dzikie i niedźwiedzie, syn dawnego wójta”[33].

A zatem Oskar jest pod dobrą opieką. Ruszają o trzeciej w nocy. O siódmej, przy pięknej pogodzie, są nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Jędrzej powiada, że od września poprzedniego roku nikt nie zapuszczał się wyżej. „W grubej, śnieżnej zasłonie leży przed nami otulony olbrzym, to Zawrot [Zawrat]. Przez tę śnieżną wyżynę wdrapać się musimy tam, do bielejącego szczytu, gdzie jest przełom naszego tatrzańskiego łańcucha. Więc w imię Boże naprzód. Z energią torujemy sobie drogę przez gładkie, zlodowaciałe śniegu pokłady” – zanotował nasz wędrowiec. I nagle... „Jedno poślizgnięcie, i szalonym pędem, po śnieżnej zamieci, lecę w głąb rozdartych turni. Zadymiły się śniegi lawiną, posypały się gradem zerwane moim upadkiem kamienie, uderzam głową o skałę, całą siłą chwytam się urwiska i zdołałem siąść na nim. Dziękczynnie westchnąłem ku niebu, śniegiem utamowałem upływ krwi i raźno spojrzałem wkoło siebie. Kilkaset stóp dzieliło mnie od mego przewodnika, a kilkadziesiąt stóp poniżej skalna powała. Opatrzna wola zatrzymała mnie na urwisku, ponad rumowiskami potrzaskanych skał zwanych tu rypami. Znalazłszy, po bliższym opatrzeniu, że prócz kilku pokaleczeń cięższego nie poniosłem szwanku, dałem hasło przewodnikowi, który z trwogą i przerażeniem zeszedł do mnie. Znużony krwi upływem wytchnąłem chwilę w lodowej czeluści między ścianą turni a pokładem śniegów. Trzaskający mróz febrycznie przejął kości, a tymczasem przewodnik wyrąbywał tropy, po których powtórnie puściłem się na Zawrot. Choć osłabiony, szczęśliwie w godzinę stanąłem u szczytu. [...] Z obwiązaną już ręką i głową ruszyłem dalej. Nie schmurzył mi przecież ten wypadek pogody humoru i serdecznego zajęcia dla widzianych obrazów. Na szczycie Zawrotu roztoczył się przed okiem majestatyczny widok całego tatrzańskiego państwa, wszystkie jego zjawy i dziwy” – referuje autor.

„Droga od Gąsienicowego do Pięciu Stawów jest dość utrudzająca i wymaga pewnego oswojenia z górami. Kto nie ma odwagi lub chęci skakać kilka godzin po kamieniach i skałach lub kto cierpi zawrot na wysokościach, temu nie radzę puszczać się w drogę”. Natomiast niemal każdy, nawet damy, może wejść w Dolinę Roztoki – objaśnia Oskar. I dodaje: „nie pomnę wyśmienitszej uczty, jak złamany z przewodnikiem moim chleba kawał, wędlina i ożywczy haust wódki”.

I wreszcie Morskie Oko. Noc w szałasie: „Dach zupełnie przez wiatr był zerwany, zimno przejmujące: więc rozpalono ognisko wkoło którego legli górale z pobliskiego szałasu...”. Nazajutrz wschód słońca nasz dzielny krajoznawca wita znad Czarnego Stawu.

Po powrocie do Warszawy zanotował: „żadna nas w Tatrach różność zdań nie rozdzieli, bośmy tam silni wspólną miłością i uwielbieniem wspólnym. Dwa tygodnie spędzone w Tatrach liczę do najpiękniejszych dni mego życia i za nic w świecie nie wydarłbym ich z pamiętnika mojej młodości”.

Rozumiemy cię, Oskarze!

Bronisław Ryx o Zakopanem

Bronisław Ryx (1837–1914), ziemianin i publicysta; po wybuchu powstania styczniowego zniósł pańszczyznę w swoim majątku i przyłączył się do walki. W czerwcu 1863 r. włączony został do składu Rządu Narodowego. Uszedł na emigrację (Drezno, Paryż, Rzym). Władze rosyjskie uznały go za zdrajcę i skazały zaocznie na karę śmierci. W 1870 r. wrócił do Galicji, „osiadł w Krakowie, gdzie jednak policja nakazała mu opuszczenie miasta. Dopiero dzięki interwencji Alfreda Potockiego pozwolono mu zostać”. Współpracował z krakowskim dziennikiem „Kraj” (1869–1874) i w 1882 r. otworzył sakiewkę przy zakładaniu „Nowej Reformy”. Od 1861 r. Bronisław był mężem Izabelli z Kropiwnickich (1844–1904), córki Alfonsa Ferdynanda Kropiwnickiego (1803–1881), wziętego budowniczego, reprezentanta późnego klasycyzmu w Warszawie. Izabella wybrała wciąż rzadki wtedy wśród kobiet zawód zootechnika, służyła też swoją wiedzą, publikując porady w prasie („Gazeta Rolnicza”, „Rolnik i Hodowca”, „Dobra Gospodyni”, a także „Kurier Warszawski” i „Tygodnik Ilustrowany”). Małżonkowie prowadzili w Krakowie ożywione życie towarzyskie i kulturalne; gościli u siebie Adama Asnyka, Michała Bałuckiego, Helenę Modrzejewską i innych[34].

W Bibliotece Narodowej w Warszawie przechowywany jest rękopis Bronisława Ryxa zatytułowany Wspomnienie z lat dziecinnych, młodości i starości[35]. Wyjmijmy z niego opowieści o pobytach autora w Zakopanem – począwszy od lata 1870 roku. Jest to tym bardziej uzasadnione, że bodaj tylko Maria Szypowska przytoczyła kiedyś mały fragment interesującego nas tekstu[36]. Jak się zaraz okaże, przesuwają się tu postaci znane – Adam Asnyk, Michał Bałucki, dr Tytus Chałubiński, Walery Eljasz-Radzikowski, Helena Modrzejewska, Ignacy Jan Paderewski, Maciej Sieczka, ks. Józef Stolarczyk...

Ksiądz Józef Stolarczyk, 1889 rok

FOT. STANISŁAW BIZAŃSKI

Bronisław Ryx

FOT. WALERY RZEWUSKI

Maciej Sieczka – przewodnik tatrzański, 1885 rok

FOT. STANISŁAW BIZAŃSKI

Możemy się przekonać, że Bronisław Ryx nie stronił od plotek, ale przecież nawet drobne złośliwostki nabierają z wiekiem swoistej patyny i stają się – szumnie mówiąc – częścią antropologii kulturowej.

„W połowie czerwca [1870 r.] wyjechałem furą góralską do Zakopanego. Nie była to miejscowość tak zaludniona i tak pysznie zabudowana jak dziś (r. 1900). Wtedy można się było lokować tylko po chałupach u górali, a restauracji nie było ani jednej. Na szczęście dla mnie zapoznałem się tu z Lucjanem Tatomirem, znanym profesorem jeografii i historii. Przyjechał on do Zakopanego jako mentor dwóch młodych książątek Sapiehów[37] i jednego ks. Dzieduszyckiego. Oni stali u Macieja Sieczki, a ja u Krzeptowskiego, a że mieli z sobą prowianty i dobrego kucharza, przeto nie potrzeba mnie było bardzo prosić do nich. Za przybyciem – L. Tatomir sadowił mnie zaraz przy stole na pierwszym miejscu i kazał usługiwać młodzieży. Ponieważ robiłem ceremonie, Tatomir mówi mi raz do ucha: – Pozwól Pan, niech się książątka uczą grzeczności, bo się im w życiu nieraz przyda. – Dziś obaj Sapiehowie wielcy dygnitarze, a jeden z nich, Paweł, niezadługo zostanie biskupem, a nawet i arcybiskupem”[38].

Nie zwlekając, powiedzmy, że Lucjan Tatomir (1836–1901) był pedagogiem, publicystą, autorem podręczników do historii i geografii: Geografia Polski (1863), Geografia Galicji (1864), Geografia ogólna i statystyczna dawnej Polski (1868), O królu Kazimierzu Wielkim (1868), Przegląd najnowszych odkryć geograficznych (1869). Jest także autorem opracowania, w którym pisał m.in.: „U stóp Tatrów w czterech wielkich dolinach podtatrzańskich zamieszkał od wieków lud polski, ruski i słowacki w bezpośrednim ze sobą sąsiedztwie”. I następnie: „Góral słowacki nierównie mniej się różni od swojego rodaka z równin niż góral polski od swego brata z Mazurów lub Krakowskiego”[39].

Wróćmy do naszego autora: „Właścicielem Zakopanego był wtedy p. baron L. Eichborn i mieszkał w Kuźnicach, które były wtedy czynne. Budowano przy tym papiernię z turbinami, co warto było obejrzeć. Do Morskiego Oka jechaliśmy wozami na Bukowinę i Głodówkę do Roztoki, gdzie był nocleg pod gołym niebem przy rozpalonym ognisku. Tu poznałem dra Bośniackiego i jego narzeczoną, a później żonę, p. Rulikowską z Poradowskich, autorkę Obrony Częstochowy. On, licha figura. Ona... wolnych trochę obyczajów. Dr Boś[niacki] był zdaje się wtedy żonaty, ale żył z żoną w separacji. Wyjechał do Włoch na dobre, bo miał w Galicji b. złą opinię”.

Baron Ludwig Eichborn, niemiecki bankier, w latach 1870–1881 właściciel dóbr białczańsko-zakopiańskich zakupionych od Homolacsów, dobrze się zapisał w Zakopanem i polskich Tatrach; należał do wąskiego grona współzałożycieli Towarzystwa Tatrzańskiego. Wiadomo też, że w 1870 r. na jego zaproszenie przyjechał do Zakopanego niemiecki fotograf, Hermann Wilhelm Vogel, który porobił zdjęcia w Tatrach Polskich i wydał jeden z pierwszych albumów pt. Die Hoche Tatra[40].

Powiedzmy teraz parę słów o Zygmuncie Bośniackim (1837–1921), lekarzu z wykształcenia o poważnych zainteresowaniach przyrodą, geologią, paleontologią i paleoichtiologią. Jak podają autorzy Wielkiej encyklopedii tatrzańskiej: „Tatry zwiedzał już jako student w 1855 z botanikiem ks. Wojciechem Grzegorzkiem. Weszli wówczas na Łomnicę, Gierlach, Lodowy Szczyt i Krywań”. Bośniacki w 1862 r. w Uniwersytecie Jagiellońskim obronił pracę doktorską na temat Mchy i torfowce w Tatrach, Pieninach i Beskidach. Przez trzy lata wydawał periodyk sezonowy „Iwonicz w czasie pory kąpielowej roku 1870 i dwu następnych” (Kraków 1871–1874). Następnie wyjechał do Włoch i w San Giuliano pod Pizą zbudował willę Belvedere, gdzie bywał Teofil Lenartowicz[41].

Powróćmy do wspomnień Bronisława Ryxa: „Od Roztoki już piechotą nazajutrz po okropnej drodze, a wypocząwszy i posiliwszy się zabranymi z sobą wiktuałami, wróciliśmy z powrotem do Roztoki i późno już w nocy do Zakopanego. Przy Morskim Oku ani w Roztoce nie było wtedy żadnego schroniska. W Zakopanem poznałem też wtedy malarza W. Eljasza[42] i ks. prof. Stolarczyka[43]. Dr Chałubiński[44] nie odwiedzał jeszcze tej miejscowości. Po kilkotygodniowym pobycie, w lipcu wyjechałem z Zakopanego, jadąc na Krościenko do Szczawnicy. W Krościenku zatrzymałem się w karczmie, ponieważ mi powiedziano, że wezbrany Dunajec zerwał most i przejechać niepodobna. W karczmie zastałem kilkanaście osób, pomiędzy którymi jenerała Kruszewskiego z familią. Deszcz lał już trzeci dzień jak z cebra i wszyscy nudzili się okropnie, nie mając prawie co jeść. W tym zjawia się młody góral i proponuje przewiezienie czółenkiem na drugą stronę Dunajca. Poszliśmy nad rzekę, ale ujrzawszy wezbrane i wzburzone fale oraz koryto wydłubane z topoli, wszyscy się cofnęli. Ja jednak, znudzony, zgłosiłem się na propozycję i zabrawszy swój kuferek, uzbrojony drągiem zamiast wiosła, wobec licznych widzów, puściłem się z młodym góralem. Tylko cudem można nazwać, żeśmy obaj nie zatonęli, bo zaraz z miejsca woda nas porwała i ani mowy nie było o kierowaniu naszym [?] okrągłym korytem. Szczęściem fala nas zniosła między zarośla i krzaki, skąd z wielkim trudem, na grzbiecie górala, wydostałem się na łąkę.

W Szczawnicy po raz pierwszy dowiedziałem się o wypowiedzianej wielkiej wojnie pomiędzy Francją a Prusami[45]. Gazet nie czytałem już od miesiąca, gdyż ich w Zakopanem nikt ze znajomych nie prenumerował. Tutaj świat był o wiele więcej cywilizowany, gdyż dzienników było pełno nie tylko w czytelni, ale w każdej restauracji i cukierni. Na deptaku zostałem zaczepiony przez pewną damę, której w pierwszej chwili zupełnie nie poznałem. Na zapytanie damy: – Kto ja jestem? – odpowiedziałem najnaiwniej, że nie wiem. Dopiero na wykrzyknik: – Jak to? Pan nie poznaje Florkowej? – domyśliłem się, że mam do czynienia z artystką, panią Niewiarowską[46]. Znałem ją jeszcze z Krakowa z r. 1863, gdy tu bawiła ze swą piękną siostrą Ewą Łapińską, późniejszą Nowakowską”[47].

„W Zakopanem byłem później kilka razy” – kontynuuje autor. I powiada, że swego czasu – a było to, dopowiedzmy, bez wątpienia na samym początku lat 70. – „trafiłem tam na b. liczne towarzystwo, a mianowicie Modrzejewską[48], uczoną panią Natanson [...] 2. voto Gobebską[49] [...] która pierwsza uczyła tam Modrzej[ewską] angielskiego, pp. Górskich, ona z domu baronówna Rosen, on artysta skrzypek, p. Michała Bobrzyńskiego, później prof. Uniwersytetu, następnie prezesa komisji edukacyjnej, posła i na koniec namiestnika, poetę A. Asnyka, pp. Chałubińskich z ich liczną familią i przybocznym rodzeństwem Krzywickich itd., itd. W milutkiej Modrzejewskiej wszyscy się kochali, wydawaliśmy też na jej cześć różne bale, muzyki, wycieczki i festyny. Ona grywała małe sztuki lub same sceny na dobroczynne cele, a oprócz tego nieraz przy wspólnym stole dawała nam osobne przedstawienia i próbki swej mimiki twarzy, zakrywając ją swymi dłońmi. Na żądanie twarz ta przedstawiała zadziwiająco szybko to gniew, to rozpacz, to ból i cierpienie, to litość, to obłąkanie itp.

„Inną również milutką, promienną [?], słodziutką inteligentną osóbką była pani Helena Górska. Nie dziwię się wcale Paderewskiemu, że się w niej zakochał, rozwiódł z mężem i ożenił. Mówią, że potulnemu artyście J.G. dał odstępnego 20 000 fr. Ten p. skrzypek i prof. Kons[erwatorium] Warszaw[skiego] nie był wcale złym człowiekiem, ale trochę jako artysta narwany. Raz, pamiętam, poszliśmy we trójkę na Nosal, górę pod Kuźnicami. Wracając, Górskiemu nudno było wracać tą samą drogą i postanowił puścić się na dół prosto z góry na złamanie karku. Pomimo próśb i błagań żony zrobił swoje, zostawiając nas samych wśród lasu. Szczęściem na dole zastaliśmy go podrapanego i obdartego, ale żywego”. Autor mówił następnie: „Jako wybitny kontrast obu powyższych kobiet była pani drowa Tytusowa Chałubińska, a jednak zacny profesor formalnie wariował z miłości, zanim się z nią ożenił”.

Przerwijmy naszemu gawędziarzowi i wtrąćmy parę słów o sprawach osobistych Doktora. Otóż Tytus w czasie studiów w Dorpacie za pośrednictwem swego przyjaciela Kazimierza Krzywickiego (1820–1883) poznał młodziutką Antoninę Wilde. Zakochał się i nawet wręczył czternastolatce pierścionek zaręczynowy. I na tym się skończyło. Przynajmniej na razie. Antonina wyszła za Kazimierza i małżonkowie dochowali się trzech córek i syna. Pierwszą żoną Tytusa Chałubińskiego była Antonina z Kozłowskich. Po jej rychłej śmierci Doktor ożenił się z Anną Magdaleną Leszczyńską (1831–1911) i z tego związku (1852–1869) urodziła się Jadwiga (1853–1941), która wyszła za mąż za Jana Alfonsa Surzyckiego, oraz Ludwik (1860–1933). Po latach doszło do spotkania Tytusa z Antoniną Krzywicką i – stało się! Od połowy 1869 r. – po unieważnieniu małżeństwa z Anną Magdaleną – Antonina z Wildów Krzywicka została panią Chałubińską. Uczestniczyła czasem w łatwiejszych wycieczkach i bywało, że górale nosili ją w lektyce[50].

Tytus Chałubiński

Ignacy Jan Paderewski

Nie będzie chyba od rzeczy, jeśli właśnie w tym miejscu pojawi się żelazny krzyż stojący na Gubałówce od sierpnia 1873 roku. Ufundował go Doktor nie na pamiątkę opanowania zarazy cholery – jak mówiono i pisano jeszcze do niedawna – bo ta dopadła polskie Podtatrze we wrześniu tegoż roku, ale... Szczegółowo omówił to Wiesław A. Wójcik w wywodzie Z dziejów mitu o krzyżu na Gubałówce i na podstawie wiarygodnych świadectw stwierdził, że „fundacja i postawienie krzyża na Gubałówce było wyrazem swego rodzaju ekspiacji za zerwanie przez Profesora małżeństwa z Anną Leszczyńską i ślub z Antoniną z Wildów Krzywicką, co było konsekwencją jeszcze młodzieńczej miłości obojga”[51].

Posłuchajmy teraz pana Bronisława, tak plotkującego o Profesorowej: „Że nie była ani ładną, ani powabną, ani nawet grzeczną, ale przeciwnie ordynarną babą, o tym przekonałem się w Zakopanem w r. 1877. Wybraliśmy się raz w kilkanaście furmanek do Morskiego Oka na Bukowinę i Głodówkę. W Roztoce rozpaliliśmy ogień (watrę), napiliśmy się gorącej herbaty, posilili wiktuałami z sobą przywiezionymi i położyliśmy się pokotem na gołej, wilgotnej trawie, otuleni płaszczami i pledami. Nazajutrz rano wstajemy zziębnięci, pijemy znów herbatę, jemy śniadanie i dalej jeszcze kawałek drogi wozami. Na wsiadaniu robi się jakiś hałas, jakiś krzyk i wymyślania: – Kto mi skradł pled. – To pani Drowa Chał[ubińska] tak hałasuje i robi harmider. Górale i wszyscy poszukują owego szala. Naraz ta herod-baba przyskakuje do mnie i powiada z pasją: – A co to Pan ma na sobie? – Odpowiadam spokojnie: – Mój pled. – Nieprawda! – wykrzykuje ta jędza – bo pled mojego męża. – Oglądam się po sobie i z przerażeniem widzę pomyłkę, bo w ciemności ubrałem się zamiast w swój, w pled Dra Chał[ubińskiego], który spał tuż koło mnie. Tłumaczę, jak mogę, i pytam owej pani: – A gdzież mój szal? – To mnie nic do tego, szukaj go sobie Pan sam. – Zaczynam i ja tracić cierpliwość, następuje nieparlamentarna wymiana słów, aż profesor wdaje się w ten spór i prosi swą żonę o uspokojenie. Baba wiedziała dawno, że Jej nie lubię, bom krzywym okiem spoglądał, jak to tłuste babsko górale w pocie czoła dźwigali w fotelu na drągach po górach i wertepach”.

Wśród osób wymienionych przez autora wspomnień pojawia się Władysław Górski (1846–1915), skrzypek wirtuoz i kompozytor, uczeń Stanisława Moniuszki. Wybitny pedagog Konserwatorium Warszawskiego. Autor artykułów o muzyce, a także poezji satyrycznej i lirycznej. W 1874 r. poślubił młodziutką Helenę Rosen (1856–1934), córkę Władysława Rosena i nieznanego imienia Greczynki z Korfu. Oboje Górscy przyjaźnili się z Paderewskim. W przyszłości Helena będzie się opiekować Alfredem – sparaliżowanym synem Ignacego z jego pierwszego małżeństwa z Antoniną Korsakówną, zmarłą przy porodzie (1881). Jak pisze Andrzej Piber: „Przywiązanie Paderewskiego do Górskiej przerodziło się w miłość. Związek ich trwał od r. 1891. W wyniku starań Górskiej o unieważnienie małżeństwa (i niewątpliwie też rozległych stosunków Paderewskiego) Sąd Arcybiskupi w Warszawie 17 XII 1898 uznał małżeństwo Władysława i Heleny Górskich za nieważne. W dn. 31 V 1899 w kościele Św. Ducha w Warszawie odbył się ślub Heleny z Paderewskim”[52].

Zanim przejdziemy do ostatniej części wspomnień – wprowadźmy na naszą scenę pewnego wybitnego historyka. Michał Bobrzyński (1849–1935) w lipcu 1872 r. ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim ze stopniem doktora praw, ale równocześnie zajął się historią i wnet (od 1877) został profesorem tegoż uniwersytetu; był także profesorem honorowym Uniwersytetu Lwowskiego (1893–1901)[53].

I dopiero teraz dopuśćmy do głosu naszego autora: „Muszę też wspomnieć o przejściu, jakie miałem z p. dr Michałem Bobrzyńskim, dziś (w r. 1910) namiestnikiem Galicji, a wtedy tylko docentem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Znaliśmy się dobrze w Krakowie i on bywał u nas na wieczorkach literackich razem z Bałuckim, Asnykiem, M. Straszewiczem, prof. filozofii[54], A. Bełcikowskim[55] itp. Gdy został docentem prawa polskiego, zaledwie wyszedłszy z ławy szkolnej, i gdy mu tej docentury winszowałem, odpowiedział pyszałkowato i z zarozumiałością: – Dawno mi się to należało! – To maluje już człowieka. Zdolnym był, nie przeczę, i wymownym, jakkolwiek nie wymawiał litery «ł» i mówił z[a]m[iast] «sławny» – «sjawny», i tak Go moja żona przezwała.

Otóż w Zakopanem wybrało się raz liczne towarzystwo na spacer do Kuźnic, a była tu wesoła Modrzejesia, Natansonowa, pp. Stef[anowstwo] Muczkowscy z córką (która się cichaczem zapijała w domu) i synem [...] Asnyk, pp. Górscy, Chałubiński, Eljaszowie i wiele młodzieży obojej płci.

Ze szczytu Nosala

Tatry z Gubałówki

Zasiedliśmy kilka długich stołów pod gołym niebem w restauracji i kazaliśmy sobie podać, co kto chciał. Obok mnie zasiadł p. Michał, a naprzeciwko nasi przyjaciele i przyjaciółki. Szepnąłem do ucha p. Michałowi, że warto by wypić zdrowie dam, i nie czekając Jego odpowiedzi, poleciłem kelnerowi przynieść kilka butelek dobrego wina węgierskiego. Chłopiec spełnił moje polecenie i ja pierwszy kieliszek nalewam do połowy sobie, chcąc się przekonać, czy wino czyste. Nie zdołałem tego uczynić, gdyż p. Michał wziął go do swych ust i wychylił. Nalewam sobie drugi i trzeci, a On wciąż mi kieliszki wypijał, czym mnie już do prawdziwej pasji doprowadził, tym bardziej że zaczęto się śmiać dokoła, nie wiem, czy ze mnie, czy z Niego. Na razie jednak nic nie mówię i zaciskam zęby. Rozlałem wreszcie wino dokoła mym sąsiadom i sąsiadkom, nie wyłączając p. Michała. On też bierze swój kieliszek, podnosi się i widzę, że chce wznieść pierwszy toast i wyciąć mówkę. W gniewie, jak Go nie palnę z całych sił w to Jego wzniesione ramię, tak w oka mgnieniu kieliszek wypadł Mu z ręki, pada z brzękiem na stół, ale się nie tłucze i wylewa całą zawartość na białą kamizelkę i inexprimable mojego in spe profesora i ministra. P. Michał cały zaperzony porywa się z ławki, zaczyna się otrzepywać i obcierać chustką: – To trochę za wiele; to zbyt gruby żart. – Wcale nie za gruby wobec tego, co Pan mi wyrządził – odpowiedziałem śmiało.

Całe towarzystwo było skonsternowane i jedni brali moją stroną, drudzy p. docenta. Ten ostatni, nic nikomu nie mówiąc, zawrócił do domu do Zakopanego. Pociągnęliśmy wieczorem i my, ale ja całą noc i cały przyszły dzień oczekiwałem świadków p. Michała; sądziłem bowiem po tym, co mi powiedział, że się nie obejdzie bez żądania ode mnie satysfakcji. Na szczęście obeszło się bez niej, świadków żadnych nie otrzymałem i tylko boczenie się i niekłanianie mi się na ulicy było całą satysfakcją ze strony przyszłego znakomitego profesora, historyka i męża stanu. Chwali Mu się to bardzo bez zaprzeczenia”.

Dopowiedzmy, że Michał Bobrzyński w latach 1885–1914 był posłem do galicyjskiego Sejmu Krajowego oraz do austriackiej Rady Państwa (1885–1890 i 1903–1908). Przyczynił się do rozwoju szkolnictwa w Galicji. Zwolennik, potem przywódca konserwatystów krakowskich (tzw. stańczyków). W latach 1908–1913 namiestnik Galicji. Wybitny badacz dziejów Polski, współtwórca tzw. krakowskiej szkoły historycznej. Autor parokrotnie wznawianej syntezy Dzieje Polski w zarysie (1879) i innych ważnych opracowań.

Lipiec 1871 w Tatrach[Antoni Zaleski na Polskim Grzebieniu]

Antoni Zaleski (1824–1885) pochodził z dość majętnej rodziny ziemiańskiej i swoje zainteresowania sztukami pięknymi mógł pogłębiać tak w kraju, jak i podczas zagranicznych podróży artystycznych. Przyjaźnił się z Cyprianem Norwidem i Teofilem Lenartowiczem, jego rysunki wysoko cenili Julian Kossak, Józef Ignacy Kraszewski, Władysław Syrokomla i Michał Elwiro Andriolli. Szczególne uznanie przyniosły mu cykle ilustracji do Pamiętników Jana Chryzostoma Paska i Pamiętników kwestarza Ignacego Chodźki publikowane w wydawnictwie „Album wileńskie” Jana Kazimierza Wilczyńskiego, wychodzącym seriami w Paryżu (1849). Wiadomo, że za aktywność patriotyczną na Litwie w 1863 r. został zesłany do Wiatki, skąd po czterech latach wrócił do kraju i zamieszkał w Warszawie. W 1869 r. znalazł się z rodziną w Krakowie, gdzie był aktywny jako sekretarz Towarzystwa Sztuk Pięknych i wolontariusz w Bibliotece Jagiellońskiej zajęty katalogowaniem zbiorów rycin. Wątłe zdrowie córki, Józefy, powodowało, że Zalescy w poszukiwaniu zdrowego powietrza wyjeżdżali latem do Szczawnicy i Krynicy, a Antoniego nęciły także – jak pisał – „ulubione mi Tatry, do których wiernie przez trzy lata uczęszczałem...”[56].

Zły stan zdrowia córki zmuszał do poszukiwania cieplejszego klimatu – w efekcie rodzina w 1873 r. przeniosła się do Florencji. Antoni utrzymywał kontakt z Polską, myślał o pisaniu pamiętników, stał się też znany w sferach muzealników jako kolekcjoner i znawca dzieł wykonanych w brązie. Niestety, dopadła go poważna choroba... Jego odejście zasmuciło przyjaciół i w ogóle ludzi kultury, czego dowodem były pożegnania zamieszczone w „Biesiadzie Literackiej”, „Kłosach”, „Tygodniku Ilustrowanym” i innych czasopismach[57].

Zdumiewająco szybko popadł w zapomnienie; tym ważniejsza jest rzetelna nota o nim Wandy Rukóyżo w Słowniku pracowników książki polskiej[58] oraz opracowanie Janiny Wiercińskiej pod jakże trafnym tytułem Przeoczone ogniwo. Rzecz o Antonim Zaleskim, gdzie czytamy: „Dziś nikt o Zaleskim nie pamięta, osoba jego często zresztą jest mylona ze znacznie odeń młodszym publicystą o analogicznie brzmiącym imieniu i nazwisku, przyjacielem Henryka Sienkiewicza i redaktorem «Słowa»”[59]. Obie wymienione autorki wspominają, że ich autor opublikował ilustrowany reportaż z wędrówki po Tatrach, ale ów tekst rzadko funkcjonuje w obiegu publicznym.

Na Antoniego Zaleskiego powołuje się w swoich pracach o Zakopanem Maciej Pinkwart, reportaż dość szczegółowo omówił Krzysztof Pisera w interesującej książce Jak dawniej po Tatrach chadzano[60] i dwukrotnie cytuje go Wiesław A. Wójcik w świetnym opracowaniu o Macieju Gąsienicy Sieczce[61]. Bez wątpienia warto poświęcić trochę miejsca na omówienie tego reportażu, którego akcja toczy się przed „epoką” Tytusa Chałubińskiego, sławą Sabały i powstaniem Towarzystwa Tatrzańskiego...

Sięgnijmy zatem po „Wieniec” – „pismo czasowe ilustrowane wychodzące dwa razy na tydzień” w Warszawie. Rok I, marzec 1872. Antoni Zaleski wspomina swoje pobyty u polskich wód, począwszy od 1869 r., kiedy to – jak wyznaje – „w czasie krótkiej wycieczki do Szmeksu dotknąłem stopą urwistych stoków Łomnicy, ale wrażenie to pozostało mi tylko jakby zakosztowanie upragnionej wycieczki, zaostrzając jedynie apetyt do bardziej wyczerpującej w samo wnętrze Tatrów podróży”[62].

Tak się ułożyło, że akurat wtedy Walery Eljasz wydał IIustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic