Wojny nowoczesnych plemion. Spór o rzeczywistość w epoce populizmu - Michał Paweł Markowski - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Opisując sytuację polityczną w Stanach Zjednoczonych i w Polsce, autor pokazuje źródła wojen kulturowych, których jesteśmy świadkami, oraz logikę, wedle której się one rozwijają. Zastanawia się nad tym, jaki jest status prawdy w życiu publicznym i dlaczego miejsce argumentów zajęły afekty i opinie. Co musiałoby się zmienić, żeby sfera publiczna mogła na powrót stać się wspólna, gdzie szukać modelu dla skutecznej polityki demokratycznej? Kluczem do wyjścia z impasu jest dla Markowskiego sztuka interpretacji, będąca jego zdaniem jedną z najważniejszych umiejętności potrzebnych do funkcjonowania w życiu społecznym. W porywającym eseju nie tylko dowodzi jej użyteczności, ale też pokazuje, jak w praktyce możemy zastosować ją w wielu, głównie politycznych, wymiarach naszego życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 605

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mi­chał Pa­weł Mar­kow­ski

Woj­ny no­wo­cze­snych ple­mion

Spór o rze­czy­wi­stość w epo­ce po­pu­li­zmu

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2019

For Ro­sie, with af­fec­tion and un­der­stan­ding 

 

Nie moż­na do­trzeć do praw­dy po­przez opi­nie, po­nie­waż każ­da opi­nia to tyl­ko sza­lo­ny punkt wi­dze­nia rze­czy­wi­sto­ści.

Emil Cio­ran

Wpro­wa­dze­nie

Co ja tu ro­bię?

Głów­nym te­ma­tem tej książ­ki jest pro­ste, choć pew­nie za­ska­ku­ją­ce, py­ta­nie: jak moż­li­wa jest jesz­cze po­li­ty­ka? Nie ta lub tam­ta, le­wi­co­wa, pra­wi­co­wa czy li­be­ral­na, ale po­li­ty­ka jako taka. Dziw­ne to py­ta­nie, zwłasz­cza w sy­tu­acji, w któ­rej pew­nie każ­dy z nas uwa­ża, że po­li­ty­ki w na­szym ży­ciu jest za dużo i że trud­no zwąt­pić w jej ist­nie­nie. Wo­bec tego prze­for­mu­łu­ję to py­ta­nie na inne, znacz­nie bar­dziej ak­cep­to­wal­ne: czy lu­dzie mogą się dziś jesz­cze po­ro­zu­mieć? Dziś, to zna­czy w cza­sach in­ten­syw­nej po­la­ry­za­cji świa­to­po­glą­do­wej, kie­dy to, czy ktoś pój­dzie z kimś na ko­la­cję albo do łóż­ka, do oł­ta­rza czy też do urzę­du sta­nu cy­wil­ne­go, za­le­ży od tego, co kto my­śli o Ko­ście­le, abor­cji, ho­mo­sek­su­ali­zmie lub pra­wie do po­sia­da­nia bro­ni. Jaki więc ar­gu­ment, py­tam, moż­na by wy­su­nąć, aby prze­ko­nać jed­ne­go i dru­gie­go, tę i ową (bo nie wszyst­kich, rzecz ja­sna), że moż­li­wa jest zgo­da co do fak­tów, że coś ta­kie­go jak praw­da ist­nie­je, że lu­dzie mogą w roz­mo­wie dojść do cze­goś wię­cej niż wal­ka sprzecz­nych opi­nii? Że, mó­wiąc krót­ko, to, co my­śli się o świe­cie, może nie tyl­ko nie kłó­cić się z uczu­cia­mi ży­wio­ny­mi do in­nej oso­by (któ­ra my­śli o świe­cie co in­ne­go), ale i nie prze­szka­dzać w wy­zna­cze­niu te­re­nu do wspól­ne­go ży­cia.

Nie są to rze­czy bła­he. Wręcz prze­ciw­nie. Moż­na pi­sać opa­słe tomy o po­li­ty­ce i nie za­dać py­tań ele­men­tar­nych. Każ­dy z nas mógł­by opo­wie­dzieć hi­sto­rię z wczo­raj lub dzi­siaj, w któ­rej daw­ne przy­jaź­nie za­mie­ni­ły się w nie­przy­ja­ciel­skie po­tycz­ki, czu­łość prze­isto­czy­ła się w ob­cość, a sza­cu­nek – w nie­na­wiść. A wszyst­ko to na sku­tek po­li­ty­ki wła­śnie, któ­rej udział w ży­ciu co­dzien­nym ni­g­dy chy­ba nie był tak wiel­ki. Ro­dzi­ny kłó­cą się przy świą­tecz­nym lub co­dzien­nym sto­le, po czym roz­cho­dzą się w prze­ko­na­niu, że jed­nak ten wuj Edward to skoń­czo­ny kre­tyn, a ciot­ka Irka za­cho­wu­je się jak nie­re­for­mo­wal­na de­bil­ka i już ni­g­dy ro­dzin­nej wi­gi­lii nie bę­dzie. I nie szło wca­le o spa­dek po dziad­ku, ale o to, na kogo kto gło­so­wał w ostat­nich wy­bo­rach.

Naj­now­sze ba­da­nia (sty­czeń 2019) w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie tę książ­kę na­pi­sa­łem, wy­ka­za­ły, że pra­wie pięć­dzie­siąt mi­lio­nów lu­dzi, któ­rzy de­kla­ru­ją przy­na­leż­ność ide­olo­gicz­ną do okre­ślo­nej par­tii, uwa­ża, że ich prze­ciw­ni­cy to „czy­ste zło”, do­wn­ri­ght evil, na­to­miast w su­mie oko­ło dwu­dzie­stu mi­lio­nów lu­dzi po obu stro­nach po­li­tycz­nej ba­ry­ka­dy chcia­ło­by, żeby ich opo­nen­tów do­słow­nie szlag tra­fił. Nie, nie tyl­ko agre­syw­ni re­pu­bli­ka­nie tak uwa­ża­ją – taki ob­raz, za­pew­ne oczy­wi­sty dla li­be­ra­łów, był­by zbyt pro­sty. Wśród tych, któ­rzy chęt­nie wi­dzie­li­by w gro­bie swo­ich po­li­tycz­nych prze­ciw­ni­ków, prym wio­dą de­mo­kra­ci; jest ich po­nad dwa­na­ście mi­lio­nów. Ma­rze­nie o tym, żeby ide­olo­gicz­ny prze­ciw­nik zna­lazł się na­tych­miast na tam­tym świe­cie, oży­wia wszyst­kich – czer­wo­nych, nie­bie­skich, zie­lo­nych, bia­ło-czer­wo­nych – oży­wia każ­de bar­wy na tym glo­bie i oży­wia co­raz go­rę­cej. Na py­ta­nie wspo­mnia­nych an­kie­te­rów, czy w ra­zie zwy­cię­stwa par­tii prze­ciw­nej w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich 2020 uza­sad­nio­ne by­ło­by uży­cie prze­ciw­ko niej prze­mo­cy, po­nad osiem­na­ście pro­cent an­kie­to­wa­nych de­mo­kra­tów od­po­wie­dzia­ło, że jak naj­bar­dziej. Róż­na była tyl­ko ska­la: od „tro­chę” do „bar­dzo”. Je­śli na­wet ci, któ­rym za­ufa­li­by­śmy, że się za­sta­no­wią, za­nim pod­nio­są rękę na bliź­nie­go, nie­na­wi­dzą swo­ich ry­wa­li, to co mó­wić o in­nych, któ­rzy tyl­ko cze­ka­ją, żeby ktoś dał im sy­gnał do uży­cia siły? Na na­szych oczach kru­szą się mię­dzy­ludz­kie re­gu­la­cje i za­ka­zy, któ­re nie po­zwa­la­ły prze­kła­dać nie­zgo­dy na nie­na­wiść, a na plan pierw­szy w re­la­cjach mię­dzy­ludz­kich wy­su­wa się jaw­na, lub tyl­ko z tru­dem po­wstrzy­my­wa­na, gwał­tow­ność. Sko­ro jest tak źle, to co zro­bić, żeby było le­piej? Otóż nie mam naj­lep­szych wia­do­mo­ści. Bę­dzie jesz­cze go­rzej, al­bo­wiem w su­kurs po­li­tycz­nym po­dzia­łom idzie zma­so­wa­na po­tę­ga me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, za­miast obie­ca­ne­go glo­bal­ne­go po­łą­cze­nia fun­du­ją­cych nam glo­bal­ną sa­mot­ność, a z niej nie­któ­rzy nie wi­dzą in­ne­go wyj­ścia jak tyl­ko po­przez prze­moc.

Pech chciał, że o tę sa­mot­ność, o tę nie­zgo­dę i, w kon­se­kwen­cji, o tę prze­moc w ży­ciu spo­łecz­nym sami się pro­si­li­śmy. Od lat osiem­dzie­sią­tych na Za­cho­dzie i w Pol­sce wszy­scy za­chły­sty­wa­li się róż­ni­cą, co było zro­zu­mia­łe, bo wszy­scy od­re­ago­wy­wa­li Re­aga­na albo Ja­ru­zel­skie­go i na po­tę­gę szu­ka­li swo­ich, by od­dzie­lić się od in­nych lub ob­cych, czy to przez ad­o­ra­cję „ma­łych oj­czyzn”, czy to przez pod­kre­śla­nie róż­nic sek­su­al­nych, ma­te­rial­nych lub et­nicz­nych, czy wresz­cie przez po­gar­dę dla zdro­we­go roz­sąd­ku. I ja tam by­łem, miód i wino pi­łem; nie mogę po­wie­dzieć, wszyst­ko to było bar­dzo po­cią­ga­ją­ce, zwłasz­cza dla tych, któ­rym śpiesz­no było do ma­ni­fe­sto­wa­nia dłu­go tłu­mio­nej jed­nost­ko­wo­ści. Nie­roz­strzy­gal­ność za­miast roz­strzy­gal­no­ści, po­róż­nie­nie za­miast po­ro­zu­mie­nia, nie­zro­zu­mia­łość za­miast zro­zu­mia­ło­ści, in­dy­wi­du­al­ność za­miast so­li­dar­no­ści. Ta ostat­nia, zdys­kre­dy­to­wa­na nie­co przez mar­gi­na­li­za­cję związ­ków za­wo­do­wych po wzlo­cie i upad­ku So­li­dar­no­ści, ja­koś dziw­nie nie we­szła do wspól­ne­go re­per­tu­aru in­te­lek­tu­al­nych cnót i do­pie­ro ostat­nio Ja­nek Sowa za­czął się o nią słusz­nie upo­mi­nać w pu­blicz­nym dys­kur­sie. Ale on le­wak, a le­wac­two w Pol­sce wciąż nie jest naj­le­piej no­to­wa­ne. To nie­do­brze, bo gdy­by­śmy za­miast o po­róż­nie­niach, któ­re od 1989 roku żar­li­wie pod­szep­ty­wał nam neo­li­be­ra­lizm, my­śle­li o ich li­kwi­do­wa­niu, i za­miast o ka­sie (któ­rej i tak nie było) my­śle­li o kla­sie (zwłasz­cza tej naj­niż­szej), to dziś pew­nie cały ten po­li­tycz­ny klops wy­szedł­by z pie­ca mniej przy­pa­lo­ny. Ale sta­ło się, co się sta­ło. Dziś Po­la­cy – jak wrzesz­czał w te­le­wi­zji z oka­zji pił­kar­skie­go tur­nie­ju Ja­cek Gmoch – jak każ­dy inny na­ród lecą „po swo­je”, wieś mia­sta nie­na­wi­dzi, a mia­sto – wsi, mo­he­ry wszyst­kich na­ro­dów da­lej uświę­ca­ją swo­ich po­le­głych, a pre­zes Ka­czyń­ski – Cy­ran­kie­wicz z kruch­ty – stra­szy od­rą­ba­niem ręki, któ­ra na Ko­ściół (czy­li Pol­skę) się pod­nie­sie.

Nie­któ­rych czy­tel­ni­ków może za­sko­czyć mój jaw­ny zwrot od li­te­ra­tu­ry czy hu­ma­ni­sty­ki ku po­li­ty­ce, ale nic w tym dziw­ne­go. Za­czy­nam tę książ­kę od kam­pu­su na ame­ry­kań­skim Mi­dwe­ście, ale po­tem szyb­ko lecę do Po­zna­nia, żeby dać do zro­zu­mie­nia, że nie jest to ani roz­pra­wa o Sta­nach Zjed­no­czo­nych, mimo że jest to kraj, w któ­rym miesz­kam na sta­łe i któ­re­go pro­ble­my są moim chle­bem po­wsze­dnim, ani roz­pra­wa o Pol­sce, któ­rej ni­g­dy, wy­jeż­dża­jąc do Ame­ry­ki, nie opu­ści­łem. Nie two­rzę tu ani ana­li­zy po­li­tycz­nej, ani hi­sto­rii kul­tu­ro­wej, choć oby­dwie dzie­dzi­ny i ich na­rzę­dzia nie są da­le­kie od mo­ich za­in­te­re­so­wań. Nie pi­szę też bie­żą­ce­go ko­men­ta­rza do wy­da­rzeń po­li­tycz­nych, choć od ostat­nich wy­bo­rów w Sta­nach (2016) pil­nie śle­dzę ko­men­ta­rze, któ­re się w książ­kach i cza­so­pi­smach po­ja­wia­ją, na­mięt­nie oglą­dam pro­gra­my in­for­ma­cyj­ne i roz­ma­wiam z moją part­ner­ką, któ­ra tak­że pil­nie, w mia­rę wol­ne­go cza­su, robi to, co ja. Wy­kła­dam na jed­nym z naj­bar­dziej le­wi­co­wych w Sta­nach uni­wer­sy­te­tów, kształ­cą­cym w więk­szo­ści dzie­ci imi­gran­tów, pra­cu­ją­cych cięż­ko na przy­szłe ka­rie­ry swo­je­go po­tom­stwa. Po­tom­stwo to nie ma żad­ne­go ty­tu­łu do kul­tu­ro­wej do­mi­na­cji i musi do­pie­ro zna­leźć spo­sób na ży­cie w kra­ju, któ­ry, jak się oka­zu­je, w swo­jej więk­szo­ści nie jest do nie­go go­ścin­nie na­sta­wio­ny. Nic tu nie jest dane, lecz wszyst­ko wy­pra­co­wa­ne, a że nie da się na pu­blicz­nym uni­wer­sy­te­cie unik­nąć pre­sji oko­licz­no­ści, sło­wo „po­li­ty­ka” pada tu w sa­lach wy­kła­do­wych znacz­nie czę­ściej niż w Pol­sce. Z mo­jej per­spek­ty­wy ży­cie co­dzien­ne w Sta­nach – i w aka­de­mii, i poza nią – jest co­raz bar­dziej i bar­dziej upo­li­tycz­nio­ne, nie z po­wo­du wy­bry­ków Trum­pa lub ma­new­rów in­ne­go po­li­ty­ka, lecz z po­wo­du sil­ne­go wpły­wu po­li­ty­ki na ży­cie co­dzien­ne. Szcze­gól­nie wi­docz­ne było to w ostat­nich wy­bo­rach do ame­ry­kań­skie­go Kon­gre­su (li­sto­pad 2018), w któ­rych gło­so­wa­ło sto trzy­na­ście mi­lio­nów oby­wa­te­li, co da­wa­ło pra­wie po­ło­wę upraw­nio­nych, re­kord w przy­pad­ku tak zwa­nych mid­term elec­tions (czy­li na pół­met­ku pre­zy­den­tu­ry). Róż­ni­ca mię­dzy Pol­ską i Sta­na­mi w tym za­kre­sie daje się od­czuć naj­bar­dziej chy­ba, kie­dy po­rów­nu­ję – co­dzien­nie – ko­men­ta­rze czy­tel­ni­ków „Ti­me­sa” czy „Po­stu” z ko­men­ta­rza­mi czy­tel­ni­ków „Ga­ze­ty Wy­bor­czej”. Pierw­sze, w nie­któ­rych wy­pad­kach, idą w ty­sią­ce, dru­gie – w naj­lep­szym wy­pad­ku – w tu­zi­ny, choć nie licz­by bez­względ­ne tu de­cy­du­ją, lecz ja­kość ko­men­ta­rzy. W pierw­szych (nie we wszyst­kich oczy­wi­ście, ale w du­żej czę­ści) da się wy­czy­tać zdu­mie­wa­ją­cą kul­tu­rę po­li­tycz­ną, w dru­gich naj­czę­ściej jest to za­ma­sko­wa­ny lub otwar­ty bluzg. Nie ma co, przy­kre to do­świad­cze­nie. Nie­ste­ty, przez trzy­dzie­ści lat wol­nej Pol­ski nie uda­ło się wy­kształ­cić zbio­ro­wej świa­do­mo­ści po­li­tycz­nej, któ­ra ro­zu­mia­ła­by, co się w po­li­ty­ce dzie­je, i po­tra­fi­ła pod­dać to ja­kiej­kol­wiek ana­li­zie wol­nej od emo­cjo­nal­nej nad­wyż­ki; w tym fak­cie upa­tru­ję, za­pew­ne nie ja je­den, przy­czy­nę wy­so­kiej prze­wa­gi PiS nad każ­dą inną par­tią. Ka­czyń­ski ewi­dent­nie (i w spo­sób cy­nicz­ny) dys­kon­tu­je fakt, że ko­mu­nizm w Pol­sce za­bił za­in­te­re­so­wa­nie po­li­ty­ką i spra­wił, że naj­lep­sze umy­sły tego kra­ju po­sta­no­wi­ły szu­kać swe­go miej­sca gdzie in­dziej: w biz­ne­sie, w li­te­ra­tu­rze, w aka­de­mii (to, że po­tem cza­sa­mi stam­tąd do po­li­ty­ki prze­cho­dzi­ły – ca­sus Bal­ce­ro­wi­cza, Ka­czyń­skich, Ge­rem­ka, Pa­li­ko­ta, Go­wi­na i wie­lu in­nych – to zu­peł­nie inna hi­sto­ria). Jed­no­cze­śnie bar­dzo dużo ener­gii idzie w dzia­ła­nia bez­po­śred­nie: wie­ce, ma­ni­fe­sta­cje, zgro­ma­dze­nia, któ­rych zna­cze­nie jest bar­dziej sym­bo­licz­ne niż re­al­ne (jak za­wsze z wy­jąt­ka­mi) i któ­re są na­miast­ką po­li­ty­ki, nie­przy­no­szą­cą re­al­nych (choć­by usta­wo­daw­czych) re­zul­ta­tów. Po­mi­nąw­szy en­tu­zja­stów, któ­rych od cza­sów Gier­ka była za­wsze nie­znacz­na garst­ka (oce­nia­ją­ca sy­tu­ację naj­czę­ściej we­dle wła­snych miar i war­to­ści), pol­ska in­te­li­gen­cja, któ­ra nie wy­bie­ra ży­cia par­tyj­ne­go, albo stro­ni od po­li­ty­ki, albo ska­za­na jest na bez­po­śred­nią w nią in­ter­wen­cję po­przez wyj­ście na uli­cę. Oczy­wi­ście ist­nie­je ma­leń­kie gro­no świet­nych ana­li­ty­ków po­li­tycz­nych, któ­rzy z dy­stan­su oglą­da­ją bie­żą­cy roz­wój wy­pad­ków i mają osa­dzo­ną w świe­cie ska­lę po­rów­naw­czą, ale na­le­żą oni do wy­jąt­ków po­twier­dza­ją­cych re­gu­łę. Pe­sy­mi­stycz­ne prze­ko­na­nie, że nie da się nic w Pol­sce zro­bić, czy­li ro­dzi­my fa­ta­lizm spo­łecz­ny, jest tak­że dzie­łem ko­mu­ny, choć wie­lu uwa­ża, że na tym wła­śnie po­le­ga pol­ski cha­rak­ter (być może dla­te­go pod wzglę­dem ide­olo­gicz­nym ko­mu­na mia­ła się u nas do­brze do mo­men­tu, w któ­rym pa­dła za­mor­dy­stycz­na eko­no­mia, od­sła­nia­jąc nie­wy­dol­ność scen­tra­li­zo­wa­ne­go sys­te­mu). Albo Po­la­cy cwa­łu­ją z lan­ca­mi na me­ta­lo­we wozy pan­cer­ne (będę ar­gu­men­to­wał, że winę po­no­si tu bez­re­flek­syj­ne ubó­stwie­nie wol­no­ści), albo śpie­wa­ją pie­śni po ko­ścio­łach (będę su­ge­ro­wał, że za tę jed­no­stron­ność od­po­wia­da bez­kry­tycz­na tę­sk­no­ta za so­li­dar­no­ścią). Albo umie­ra­ją na ba­ry­ka­dzie, albo pro­wa­dzą dłu­gie noc­ne roz­mo­wy przy wód­ce. Mó­wię tu o bra­ku po­śred­niej, in­te­lek­tu­al­nej tra­dy­cji po­li­tycz­nej, któ­ra – szu­ka­jąc róż­nych spo­so­bów ar­ty­ku­la­cji, poza opo­zy­cją „Po­li­ty­ki” i „Sie­ci” czy „Ty­go­dni­ka Po­wszech­ne­go” i „Go­ścia Nie­dziel­ne­go” – mo­gła­by słu­żyć za wzór do na­śla­do­wa­nia i wyj­ścia poza opo­zy­cję hi­ste­rii i me­lan­cho­lii, okre­śla­ją­cej dzie­je pol­skiej kul­tu­ry no­wo­cze­snej. Hi­ste­ry­cy rzu­ca­li się pod gą­sie­ni­ce czoł­gów, bo nie wie­dzie­li, jak ina­czej strzą­snąć z sie­bie jarz­mo sym­bo­licz­nej im­po­ten­cji, me­lan­cho­li­cy utra­tę swo­bo­dy uzu­peł­nia­li utra­tą mo­ty­wa­cji do po­li­tycz­ne­go dzia­ła­nia. Będę w tej książ­ce do­wo­dził, że opo­zy­cja mię­dzy hi­ste­rią i me­lan­cho­lią, któ­ra na­zna­czy­ła pol­ską hi­sto­rię (i któ­rej mam za­miar przyj­rzeć się do­kład­niej w in­nej książ­ce; nie wszyst­kie ar­gu­men­ty moż­na wy­ło­żyć w jed­nej pra­cy), wy­ni­ka z nie­przy­jem­ne­go klin­czu na­rzu­co­ne­go nam przez no­wo­cze­sność, klin­czu mię­dzy dwo­ma skraj­ny­mi spo­so­ba­mi de­fi­nio­wa­nia czło­wie­ka: jako pod­mio­tu i jako in­dy­wi­du­um. Znam wie­lu wspa­nia­łych lu­dzi mo­je­go po­ko­le­nia, któ­rzy mio­ta­li się przez lata w tej pu­łap­ce za­sta­wio­nej przez pol­ską ko­mu­nę: z rów­ną siłą in­we­sto­wa­li w dzia­ła­nia bez­po­śred­nie, co z tej in­we­sty­cji re­zy­gno­wa­li, gdy tyl­ko oka­zy­wa­ło się, że nie przy­no­si ona spo­dzie­wa­nych re­zul­ta­tów. Chcę przez to po­wie­dzieć, że nie uda­ło nam się, mimo wie­lu god­nych po­dzi­wu wy­sił­ków, za­rów­no po kon­ser­wa­tyw­nej, jak i li­be­ral­nej stro­nie, stwo­rzyć w Pol­sce so­lid­nej kul­tu­ry, zdol­nej do wy­pra­co­wa­nia ję­zy­ka, dzię­ki któ­re­mu umie­li­by­śmy mó­wić o po­li­ty­ce. I choć „Kry­ty­ka Po­li­tycz­na” lub „Prze­gląd Po­li­tycz­ny” (by ogra­ni­czyć się do je­dy­nie dwóch wy­raź­nych przy­kła­dów le­wi­co­wych i li­be­ral­nych) ro­bią wie­le, żeby tę fa­tal­ną kon­dy­cję na­pra­wić, ich dzia­ła­nia waż­ne są je­dy­nie dla garst­ki lu­dzi, pań­stwo zaś – pań­stwo PiS – usil­nie za­bie­ga o to, by ode­brać im do­ta­cje, al­bo­wiem, jak w przy­pad­ku każ­de­go po­pu­li­zmu, po­tę­gę swej wła­dzy bu­du­je ono na nie­pi­śmien­no­ści. Dla­te­go, jak w każ­dej spo­łecz­no­ści feu­dal­nej, do­mi­nu­je tu bez­po­śred­nia za­leż­ność mię­dzy pa­nem i pod­da­nym, któ­ry temu pierw­sze­mu przy­rze­ka do­zgon­ną lo­jal­ność za to, że zo­stał do­pusz­czo­ny do pań­skie­go sto­łu.

Oczy­wi­ście mówi się o po­li­ty­ce w Pol­sce, na­wet moż­na by od­nieść wra­że­nie, że o ni­czym in­nym się te­raz nie mówi, a jed­nak, oglą­da­na z dy­stan­su i przez po­rów­na­nie (zwłasz­cza z Ame­ry­ką), pol­ska kul­tu­ra po­li­tycz­na ła­two daje się zre­du­ko­wać do nie­zbor­nej gad­ki in­ter­ne­to­wych trol­li albo na­pi­na­nia mu­sku­łów w Par­la­men­cie Eu­ro­pej­skim. Poza zbyt nie­licz­ny­mi przy­kła­da­mi pol­ska kul­tu­ra po­li­tycz­na brnie upar­cie w emo­cjo­nal­ne ba­gno, w któ­rym grzęź­nie wy­ostrzo­na per­cep­cja te­raź­niej­szo­ści. Jest tak dla­te­go – i będę to szcze­gól­nie moc­no pod­kre­ślał w swo­im ese­ju – że od lat je­ste­śmy za­kład­ni­ka­mi ka­ta­stro­fal­nej po­sta­wy wo­bec war­to­ści, któ­ra za­pa­no­wa­ła w Pol­sce dzię­ki ogrom­nej po­mo­cy Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go i zwią­za­nych z nim in­te­lek­tu­ali­stów. Tu tkwi bo­daj naj­więk­szy pro­blem pol­skiej kul­tu­ry ostat­nich dzie­się­cio­le­ci, z któ­rym jak do­tąd – a więc do mo­men­tu ujaw­nie­nia skan­da­lu pe­do­fi­lii – nikt nie umiał so­bie po­ra­dzić. Z jed­nej stro­ny nie spo­sób prze­ce­nić roli Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go w ochra­nia­niu (nie chcę po­wie­dzieć „sub­stan­cji”, bo nie wiem, czym ona mia­ła­by być) pol­skich dusz i umy­słów przed roz­ma­icie ro­zu­mia­nym „złem”. Oczy­wi­ste jest, że bez Ko­ścio­ła wal­ka z ko­mu­ną by­ła­by mniej sku­tecz­na i otwar­cie wi­ry­da­rzy świą­tyń dla po­li­tycz­nych dy­sy­den­tów mia­ło ko­lo­sal­ne zna­cze­nie dla kon­ty­nu­acji pod­ziem­ne­go ru­chu opo­ru. Praw­do­po­dob­ne jest też, że za­rów­no bez Ka­ro­la Woj­ty­ły, jak i jego glo­bal­ne­go so­bo­wtó­ra Jana Paw­ła II ko­mu­nizm do­go­ry­wał­by znacz­nie dłu­żej, choć mo­że­my się tu my­lić. Wziąw­szy te wszyst­kie za­słu­gi pod uwa­gę, na­le­ży tak­że pa­mię­tać, że to wła­śnie ka­to­li­cyzm w Pol­sce, przez sztyw­ną po­li­ty­kę war­to­ści, za­blo­ko­wał wy­two­rze­nie się po­śred­niej stre­fy po­li­tycz­nej, sku­tecz­nie mo­de­ru­ją­cej mię­dzy dwie­ma skraj­no­ścia­mi, któ­re Adam Mich­nik w klu­czo­wej dla roz­wo­ju pol­skiej opo­zy­cji książ­ce Ko­ściół, le­wi­ca, dia­log okre­ślił jako nie­prze­zwy­cię­żal­ny spór mię­dzy in­te­gry­zmem i ni­hi­li­zmem. Otóż uwa­żam, że opo­zy­cja ta, pre­cy­zyj­nie sfor­mu­ło­wa­na przez Mich­ni­ka, choć opar­ta na wa­dli­wie przy­ję­tych prze­słan­kach, jest klu­czem do zro­zu­mie­nia, co się w Pol­sce i Sta­nach Zjed­no­czo­nych (i gdzie in­dziej tak­że) sta­ło i cze­go je­ste­śmy ofia­ra­mi. Przed­sta­wia się ona tak: je­śli nie chce­my być ni­hi­li­sta­mi, któ­rzy nie dba­ją o war­to­ści, mu­si­my – bo nie ma in­nej moż­li­wo­ści – sprzy­mie­rzyć się z in­te­gry­sta­mi, któ­rzy wie­rzą w ich nie­wzru­szo­ny cha­rak­ter, czy­li, w tym wy­pad­ku, z Ko­ścio­łem. My­śle­nie to wy­ni­ka z ak­cep­ta­cji du­ali­stycz­ne­go mo­de­lu rze­czy­wi­sto­ści, po­dzia­łu, na któ­rym opie­ra­ją się ak­sjo­lo­gicz­na re­to­ry­ka i po­li­ty­ka Ko­ścio­ła. „Kto nie jest z nami, jest prze­ciw­ko nam”, „zło do­brem zwy­cię­żaj” – to nie tyl­ko zwy­kłe mą­dro­ścio­we afo­ry­zmy, ale i po­li­tycz­ne dy­rek­ty­wy, któ­re każą nam wi­dzieć świat przez pry­zmat opo­zy­cji do­bra (po na­szej stro­nie) i zła (po stro­nie prze­ciw­nej). Co nie jest złe, musi być do­bre (jak na­uczał św. Au­gu­styn), kto nie chce być ni­hi­li­stą, musi być in­te­gry­stą, kto nie wie­rzy w „obiek­tyw­ne” ist­nie­nie war­to­ści, ten jest le­wac­kim post­mo­der­ni­stą. To sztyw­ne roz­róż­nie­nie, któ­re każe za­rów­no bro­nić de­mo­kra­cji, jak i ją ata­ko­wać, od­sła­nia swo­ją nie­wy­dol­ność w sy­tu­acji, gdy do gło­su do­cho­dzą po­li­ty­cy, któ­rzy ma­ni­pu­lo­wa­nie war­to­ścia­mi do­pro­wa­dzi­li do per­fek­cji. Nic dziw­ne­go, że pod ko­niec mar­ca 2019 roku, roku wy­bo­rów do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go i pol­skie­go par­la­men­tu, były wi­ce­pre­mier i mar­sza­łek Sej­mu Lu­dwik Dorn wprost pi­sze w „Ga­ze­cie Wy­bor­czej” o pol­skiej po­li­ty­ce jako „fron­tal­nym star­ciu w woj­nie kul­tu­ro­wej”.

W książ­ce tej sta­ram się przed­sta­wić dość spój­ną ar­gu­men­ta­cję sprze­ci­wia­ją­cą się kul­tu­rze nie­zgo­dy, w któ­rej ży­je­my, i ro­bię to w kil­ku po­su­nię­ciach. Moja teza głów­na jest dość pro­sta: po­la­ry­za­cja po­li­tycz­na, któ­rej je­ste­śmy świad­ka­mi i z któ­rą mamy do czy­nie­nia na każ­dym kro­ku ży­cia co­dzien­ne­go, nie bę­dąc je­dy­nie te­le­wi­zyj­nym czy ga­ze­to­wym „new­sem”, wy­ni­ka z uzna­nia opi­nii, prze­ko­nań i war­to­ści za pod­sta­wo­we wy­znacz­ni­ki ży­cia po­li­tycz­ne­go. By tezę tę wes­przeć, naj­pierw opi­su­ję, co się z nami sta­ło, albo le­piej, co się z nami po­wo­li sta­wa­ło, gdy na­gle po­ja­wił się w Ame­ry­ce Trump, w Eu­ro­pie zaś roz­ma­ici po­pu­li­ści, wszyst­kim pu­ści­ły ner­wy i za­czę­ła się znów, jak to okre­ślił kil­ka­set lat temu Hob­bes, woj­na wszyst­kich ze wszyst­ki­mi. Po opo­wie­dze­niu po­nu­rej baj­ki o po­la­ry­za­cji sta­ram się po­ka­zać, że prze­ko­na­nia i opi­nie idą ręka w rękę z war­to­ścia­mi i emo­cja­mi, two­rząc ra­zem za­bój­cze pa­li­wo dla po­li­ty­ki. Na­stęp­nie po­ka­zu­ję, że za­trza­śnię­ci w du­ali­zmie mię­dzy spo­so­ba­mi my­śle­nia o czło­wie­ku jako in­dy­wi­du­um, z jed­nej stro­ny, i jako pod­mio­cie, z dru­giej, nie je­ste­śmy w sta­nie po­rzu­cić moc­no w nas za­ko­rze­nio­ne­go sen­ty­men­ta­li­zmu i rów­nie sil­nie za­ko­rze­nio­ne­go ra­cjo­na­li­zmu (w in­nej wer­sji spór ten przy­bie­ra po­stać kon­flik­tu mię­dzy li­be­ra­li­zmem i kon­ser­wa­ty­zmem albo kon­ser­wa­ty­zmu z li­be­ra­li­zmem, w za­leż­no­ści od tego, jak zde­fi­niu­je­my po­wyż­sze ter­mi­ny), w wy­ni­ku cze­go roz­pa­da się to, co fi­lo­zo­fo­wie na­zy­wa­ją „sfe­rą pu­blicz­ną”, a co ja chęt­nie na­zwę rze­czą wspól­ną, res pu­bli­ca. Jako że w Pol­sce bez war­to­ści ani rusz (war­to­ści de­fi­nio­wa­nych w okre­ślo­ny spo­sób), po­świę­cam im spo­ro uwa­gi, do­wo­dząc, że do­brze by się sta­ło, gdy­by „my­śle­nie we­dług war­to­ści”, któ­re słusz­nie w la­tach ko­mu­ni­stycz­nej opre­sji pro­pa­go­wał Jó­zef Ti­sch­ner, lecz któ­re po jego śmier­ci zo­sta­ło spusz­czo­ne z łań­cu­cha dys­cy­pli­ny, za­stą­pić „my­śle­niem we­dług sen­su”. Uwa­żam bo­wiem, że to, co dzia­ła­ło ku wspól­ne­mu po­żyt­ko­wi w cza­sach opo­ru prze­ciw­ko to­ta­li­tar­nym po­rząd­kom, dziś, w epo­ce ro­sną­ce­go po­wo­dze­nia po­pu­li­zmu, ujaw­nia swo­ją nie­ule­czal­ną sła­bość. Nie chciał­bym su­ge­ro­wać, że win­ny tego sta­nu rze­czy jest wy­łącz­nie Ko­ściół ka­to­lic­ki w Pol­sce albo spo­łecz­no­ści ewan­ge­li­kal­ne w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, bo pro­ces po­pu­li­za­cji spo­łe­czeństw jest zło­żo­ny i nie ma jed­nej przy­czy­ny. Ob­sta­ję jed­nak dość sta­now­czo przy te­zie, że nie­chęć do odłą­cze­nia wia­ry od po­li­ty­ki przy­no­si ka­ta­stro­fal­ne skut­ki i po­pu­lizm ma się świet­nie tam, gdzie lu­dzie przez dłu­gi czas wy­bie­ra­li prze­wa­gę (swo­je­go) ko­ścio­ła nad pań­stwem lub przy­naj­mniej nie chcie­li my­śleć o pry­ma­cie tego dru­gie­go w odłą­cze­niu od ko­ścio­ła. Ele­men­tem po­śred­ni­czą­cym nie jest tu re­li­gia, lecz wia­ra, je­den z naj­po­pu­lar­niej­szych spo­so­bów okre­śla­nia ludz­kie­go miej­sca w świe­cie. Nie ro­zum, jak są­dzi­li i na­dal są­dzą po­tom­ko­wie oświe­ce­nia, lecz wia­ra wła­śnie. „Ko­niecz­nie wia­ra, co?”, jak ką­śli­wie w Szki­cach piór­kiem okre­ślał tę przy­pa­dłość An­drzej Bob­kow­ski. Pró­bu­ję przez to po­wie­dzieć, że klu­czem do wal­ki z po­pu­li­zmem jest – obok nie­zbęd­ne­go wzro­stu do­bro­by­tu – la­icy­za­cja spo­łe­czeń­stwa, czy­li zmia­na ję­zy­ka do­ty­czą­ce­go praw­dy, co lo­ku­je mnie w obo­zie prze­ciw­nym wszel­kim pró­bom od­ro­dze­nia du­cho­we­go czy re­li­gij­ne­go, któ­re po­strze­ga się czę­sto jako śro­dek za­rad­czy na po­li­tycz­ny kry­zys. Praw­da nie jest kwe­stią ob­ja­wie­nia ani wia­ry, lecz spo­łecz­ne­go uzna­nia: do­pó­ki nie bę­dzie­my tak o niej my­śle­li, żad­na rzecz wspól­na w na­szym świe­cie się nie zja­wi. Ale żeby ne­go­cjo­wać wa­run­ki wspól­ne­go ży­cia, trze­ba po­sia­dać pew­ną szcze­gól­ną umie­jęt­ność, nie­zbęd­ną do funk­cjo­no­wa­nia w świe­cie współ­cze­snym. Umie­jęt­no­ścią tą jest in­ter­pre­ta­cja.

Je­den z fun­da­men­tal­nych kło­po­tów ze współ­cze­sno­ścią po­le­ga, we­dług mnie, na osta­tecz­nym za­mknię­ciu in­ter­pre­ta­cji w czte­rech ścia­nach uni­wer­sy­tec­kie­go se­mi­na­rium i ska­za­niu jej na spo­łecz­ną pod­rzęd­ność. In­ter­pre­ta­cję, je­śli w ogó­le to sło­wo wy­wo­łu­je ja­ki­kol­wiek re­zo­nans, ko­ja­rzy się po­wszech­nie z „wyż­szym stop­niem wta­jem­ni­cze­nia” w praw­dy nie­do­stęp­ne ma­lucz­kim i nie ma w tym od­czu­ciu błę­du, al­bo­wiem in­ter­pre­ta­cja jako dys­cy­pli­na i jako umie­jęt­ność roz­wi­nę­ła się w krę­gach wy­spe­cja­li­zo­wa­nych czy­tel­ni­ków tek­stów świę­tych i ni­g­dy nie na­le­ża­ła do ele­men­tar­nych za­jęć spo­łecz­nych. To lu­dzie wol­ni od trosk ży­cia co­dzien­ne­go, na uni­wer­sy­te­tach i w klasz­to­rach, zaj­mo­wa­li się tłu­ma­cze­niem tego, co mówi do nich Bóg, i prze­ka­zy­wa­li tę wia­do­mość da­lej, do nie­re­flek­syj­ne­go przy­ję­cia przez nie­uczo­ny lud. Nie prze­ka­zy­wa­li jed­nak za­sad in­ter­pre­ta­cji, te bo­wiem na­le­ża­ły do wta­jem­ni­czo­nych, któ­rzy – jako tłu­ma­cze trans­cen­den­cji – mie­li ogrom­ną wyż­szość nad za­trza­śnię­ty­mi w im­ma­nen­cji bie­da­ka­mi. Tak się in­ter­pre­ta­cja zro­dzi­ła – jako umie­jęt­ność okre­śla­nia tego, co Bóg chciał nam, ma­lucz­kim, po­wie­dzieć – i tak trwa­ła przy­wią­za­na do ob­ja­śnia­nia tek­stów świę­tych, aż oka­za­ło się, we wcze­snej no­wo­cze­sno­ści, że Bo­giem (czy też sfe­rą „świę­tą”) może też być sta­ro­żyt­ność, a na­stęp­nie – w no­wo­cze­sno­ści póź­niej­szej – na­wet współ­cze­sność, wo­bec cze­go sfe­ra tego, co war­te in­ter­pre­ta­cji, po­więk­szy­ła się naj­pierw o tek­sty kla­sycz­ne, a na­stęp­nie o wszyst­kie tek­sty two­rzo­ne przez czło­wie­ka. Kie­dy w no­wo­cze­snej Eu­ro­pie, po krót­kiej, lecz in­ten­syw­nej he­ge­mo­nii oświe­ce­nia, kul­tu­ra za­stą­pi­ła re­li­gię i umie­ści­ła na oł­ta­rzu tek­sty świec­kie na rów­ni ze świę­ty­mi, a na­wet po­nad nimi, po­wsta­ła nowa kla­sa wta­jem­ni­czo­nych: za­wo­do­wi czy­tel­ni­cy li­te­ra­tu­ry. Tym ra­zem jed­nak, rów­no­le­gle do po­wsta­nia no­wej ka­sty wy­spe­cja­li­zo­wa­nych czy­tel­ni­ków, pod wpły­wem na­ra­sta­ją­ce­go sen­ty­men­ta­li­zmu kul­tu­ral­ne­go, czy­li prze­ko­na­nia, że źró­dłem praw­dy jest ludz­kie wnę­trze (emo­cje, uczu­cia, prze­ko­na­nia), od­kry­to, że praw­dy ser­ca sto­ją wy­żej nad praw­da­mi in­sty­tu­cji, i mię­dzy czy­tel­ni­ka­mi pro­fe­sjo­nal­ny­mi a czy­tel­ni­ka­mi ama­to­ra­mi wy­ko­pa­no prze­paść, któ­ra dziś wy­da­je się już nie do za­sy­pa­nia. Tym sa­mym jed­nak po­ję­cie in­ter­pre­ta­cji, któ­re za­rów­no w ob­ja­śnia­niu tek­stów świę­tych, jak i świec­kich mia­ło bar­dzo tech­nicz­ne zna­cze­nie: pro­ce­dur, któ­re trze­ba za­sto­so­wać, żeby od­kryć sens czy­ta­ne­go utwo­ru, zo­sta­ło wy­kra­dzio­ne spe­cja­li­stom i przy­swo­jo­ne przez czy­tel­ni­ka nie­pro­fe­sjo­nal­ne­go. W wy­ni­ku dłu­go­trwa­łe­go pro­ce­su kul­tu­ro­we­go, któ­re­go je­ste­śmy świad­ka­mi i ofia­ra­mi od stu­le­ci (nie­któ­rzy pro­ces ten na­zy­wa­ją de­mo­kra­ty­za­cją wie­dzy, inni zaś – upad­kiem eli­tar­nej kul­tu­ry za­chod­niej), nie tyl­ko do­szło do schi­zmy za­wo­dow­ców i ama­to­rów, ale, co waż­niej­sze, ci pierw­si, po­zba­wie­ni ja­kie­go­kol­wiek au­to­ry­te­tu, zo­sta­li ze­pchnię­ci na spo­łecz­ny mar­gi­nes. W wy­ni­ku tego ma­new­ru, któ­ry wią­zać na­le­ży przede wszyst­kim z roz­wo­jem li­te­ra­tu­ry po­pu­lar­nej oraz roz­sze­rze­niem kla­sy czy­tel­ni­ków, no­wo­cze­sne spo­łe­czeń­stwa za­czę­ły czy­tać „na wła­sną rękę”, dwo­ru­jąc so­bie z nie­zro­zu­mia­łych słów i nie­po­trzeb­nych tech­nik, któ­re na­bra­ły więk­sze­go zna­cze­nia je­dy­nie dla nie­wiel­kie­go krę­gu znaw­ców. Tym sa­mym na sce­nie glo­bal­nej lek­tu­ry spe­cja­li­stę za­stą­pił czy­tel­nik mi­ło­śnik, prze­ko­na­ny, że o praw­dzie tek­stu roz­strzy­ga­ją jego in­dy­wi­du­al­ne – emo­cjo­nal­ne i mo­ral­ne – pre­dys­po­zy­cje. Praw­dzi­we prze­sta­ło być to, co do cze­go moż­na się było zgo­dzić na pod­sta­wie za­sto­so­wa­nia we­ry­fi­ko­wal­nych tech­nik, a sta­ło się to, co mia­ło za sobą wspar­cie jed­nost­ko­we­go za­an­ga­żo­wa­nia. We wcze­snym wie­ku XIX „czu­cie i wia­ra” za­stą­pi­ły, nie tyl­ko na pro­win­cjo­nal­nej Li­twie, „szkieł­ko i oko”, i tak już zo­sta­ło. Gdy za­py­tać dziś któ­re­go­kol­wiek stu­den­ta pierw­sze­go roku ja­kich­kol­wiek stu­diów hu­ma­ni­stycz­nych (a ro­bię to wy­trwa­le od lat), z czym mu się in­ter­pre­ta­cja ko­ja­rzy, to naj­czę­ściej pada od­po­wiedź, że jest to wy­ra­ża­nie wła­snych in­tu­icji na te­mat tek­stu, któ­re to in­tu­icje nie dają się uzgod­nić z ja­ki­mi­kol­wiek in­ny­mi, al­bo­wiem czy­ta­nie to tyl­ko je­den ze spo­so­bów na­sze­go pa­trze­nia na świat, a tu, jak wia­do­mo, nie ma mię­dzy nami żad­nych po­do­bieństw. In­ny­mi sło­wy, każ­dy in­ter­pre­tu­je, jak chce. In­ter­pre­ta­cja zo­sta­ła więc sta­now­czo od­su­nię­ta od tek­stu (i ja­kiej­kol­wiek in­sty­tu­cji), a przy­łą­czo­na do ca­łej se­rii in­dy­wi­du­al­nych stra­te­gii od­no­sze­nia się do świa­ta i spo­koj­nie utrzy­my­wa­na w po­go­to­wiu gdzieś mię­dzy opi­nią, prze­ko­na­niem, wia­rą, in­tu­icją czy emo­cją. Jest tym, na co moż­na so­bie po­zwo­lić, nie ba­cząc na kon­se­kwen­cje, i tę de­zyn­wol­tu­rę uwa­ża się za coś nie­sły­cha­nie zna­czą­ce­go: to wen­tyl bez­pie­czeń­stwa dla jed­nost­ko­wych fan­ta­zji trzy­ma­nych ską­d­inąd na wo­dzy. W związ­ku z na­ra­sta­ją­cą ko­dy­fi­ka­cją ży­cia spo­łecz­ne­go czy­ta­nie sta­ło się sfe­rą, w któ­rej nie­skrę­po­wa­ne in­sty­tu­cjo­nal­ny­mi przy­mu­sa­mi in­dy­wi­du­um pra­gnie za­cho­wać cał­ko­wi­tą wol­ność eks­pre­sji. Kie­dy do­cho­dzi do zde­rze­nia ta­kie­go po­glą­du na in­ter­pre­ta­cję z po­glą­dem za­wo­dow­ca, we­dle któ­re­go in­ter­pre­ta­cja jest okreś­loną tech­ni­ką, po­zwa­la­ją­cą pew­ne­mu wy­cin­ko­wi rze­czy­wi­sto­ści na­brać sen­su, zde­rze­nie ta­kie wy­wo­łu­je szok, al­bo­wiem trud­no do­strzec bez­po­śred­ni zwią­zek mię­dzy uczu­ciem i sen­sem. I słusz­nie, po­nie­waż szu­ka­nie sen­su róż­ni się za­sad­ni­czo od wy­ra­ża­nia sie­bie. Moż­na w wy­ra­ża­niu sie­bie wi­dzieć sens wła­snej eg­zy­sten­cji, ale tu wła­śnie dro­ga in­dy­wi­du­um i dro­ga spo­łecz­ne­go po­ro­zu­mie­nia zde­cy­do­wa­nie się roz­cho­dzą. Na tym po­le­ga no­wo­cze­sna nie­wy­go­da, że nie do­strze­ga się róż­ni­cy mię­dzy in­ter­pre­ta­cją i opi­nią, mię­dzy ar­gu­men­ta­cją i wia­rą. Z re­ak­cji na to po­mie­sza­nie wzię­ła się ta wła­śnie książ­ka, w któ­rej chcę po­ka­zać, że pro­blem in­ter­pre­ta­cji nie jest by­naj­mniej mar­gi­nal­nym pro­ble­mem garst­ki zbla­zo­wa­nych lu­dzi od­cię­tych od ży­cia co­dzien­ne­go i spo­łecz­ne­go, lecz tym, co okre­śla na­sze rze­czy­wi­sto­ści.

Uwa­żam bo­wiem, że nie ży­je­my w jed­nej rze­czy­wi­sto­ści, ale w wie­lu; rze­czy­wi­stość zaś (moja, two­ja, jej, ich) jest tym, co wy­ni­ka z na­szych słów. Oczy­wi­ście, ży­je­my wśród lu­dzi, zwie­rząt, ro­ślin, rze­czy, pro­ce­sów, ale one wszyst­kie na­bie­ra­ją dla nas zna­cze­nia tyl­ko dla­te­go, że ja­koś je so­bie tłu­ma­czy­my. Przyj­mu­ję, że lu­dzie wy­bie­ra­ją, ja­kie war­to­ści, oce­ny, opi­nie, po­glą­dy, prze­ko­na­nia, wia­ry chcą dzie­lić z in­ny­mi, i wła­śnie ich wy­bór (lub tyl­ko pa­syw­na zgo­da) de­cy­du­je o tym, w ja­kiej rze­czy­wi­sto­ści kto miesz­ka. Przez wy­bór ro­zu­miem tak­że zgo­dę na nie­podej­mo­wa­nie żad­nej de­cy­zji, a je­dy­nie uzna­nie za swój tego zbio­ru war­to­ści i opi­nii, któ­ry się od in­nych, z ra­cji uro­dze­nia czy in­nych oko­licz­no­ści, prze­ję­ło. Rze­czy­wi­stość is­lam­skich ter­ro­ry­stów nie jest rze­czy­wi­sto­ścią no­wo­jor­skich in­te­lek­tu­ali­stów, a rze­czy­wi­stość no­wo­tar­skich gó­ra­li nie jest rze­czy­wi­sto­ścią bruk­sel­skich tech­no­kra­tów. Choć wszy­scy oni żyją na tej sa­mej pla­ne­cie, ich rze­czy­wi­sto­ści róż­nią się od sie­bie tak, jak róż­nią się ję­zy­ki, któ­ry­mi mó­wią, wy­obra­że­nia o świe­cie, ja­kie po­sia­da­ją, a tak­że port­fe­le, któ­ry­mi dys­po­nu­ją. Sko­ro to, co ro­bi­my ze sło­wa­mi, ma klu­czo­we zna­cze­nie dla tego, kim chce­my być, czy­li w ja­kiej rze­czy­wi­sto­ści chce­my miesz­kać, wy­ni­ka z tego tak­że moż­li­wość zmia­ny rze­czy­wi­sto­ści w wy­ni­ku zmia­ny słow­ni­ka, któ­rym się po­słu­gu­je­my. Moja książ­ka po­świę­co­na jest wła­śnie owej dwu­znacz­no­ści wpi­sa­nej w ję­zy­ko­wy kształt rze­czy­wi­sto­ści. Prze­ko­nu­jąc nie­ustan­nie, dla­cze­go po­win­ni­śmy się zgo­dzić z tym, że rze­czy­wi­stość za­le­ży od spo­so­bów, za po­mo­cą któ­rych kształ­tu­je­my ją w sło­wach, sta­ram się po­ka­zać, że kry­zys współ­cze­snej po­li­ty­ki – ujaw­nio­ny gwał­tow­nie przez po­pu­lizm – wy­ni­ka z uzna­nia jed­ne­go tyl­ko spo­so­bu okreś­la­nia rze­czy­wi­sto­ści za uza­sad­nio­ny, z uzna­nia jed­ne­go tyl­ko słow­ni­ka za waż­ny. Spo­so­bem tym jest zrów­na­nie rze­czy­wi­sto­ści z opi­nią, prze­ko­na­niem i war­to­ścią. Su­ge­ru­ję, że do­pó­ki nie na­stą­pi zmia­na we współ­czes­nym my­śle­niu o po­li­ty­ce (a więc w uży­wa­nym przez nas ję­zy­ku), któ­re na plan pierw­szy po­win­no wy­su­nąć sens i in­ter­pre­ta­cję, do­pó­ty prze­strzeń pu­blicz­na, czy­li ma­cie­rzy­sta sfe­ra po­li­ty­ki, bę­dzie się co­raz bar­dziej kru­szyć i zwę­żać, za­stę­po­wa­na kon­se­kwent­nie sie­cią nie­po­wią­za­nych ze sobą punk­tów wi­dze­nia. W isto­cie rze­czy, cho­ro­ba nas wszyst­kich po­le­ga na od­sy­sa­niu z prze­strze­ni pu­blicz­nej sen­su, co do któ­re­go moż­na się zgo­dzić nie­za­leż­nie od po­glą­dów, i jego pod­mia­nie przez nie­ustę­pli­wą kon­fron­ta­cję war­to­ści. Nie ma ta sła­bość ni­cze­go wspól­ne­go z żad­ny­mi kon­kret­ny­mi po­glą­da­mi, li­be­ral­ny­mi, kon­ser­wa­tyw­ny­mi, le­wi­co­wy­mi, pra­wi­co­wy­mi, de­mo­kra­tycz­ny­mi, ko­mu­ni­stycz­ny­mi etc., i dla­te­go nie spo­sób jej zwal­czyć za po­mo­cą „lep­szych” po­glą­dów, po któ­rych u wszyst­kich na­stą­pi­ła­by po­pra­wa, ani „lep­szych” pro­gra­mów spo­łecz­nych, któ­re ule­czy­ły­by wszyst­kie mię­dzy­ludz­kie bo­lącz­ki. Je­dy­nym wyj­ściem z tej sy­tu­acji by­ła­by zmia­na ję­zy­ka: z ję­zy­ka war­to­ści na ję­zyk sen­su, z ję­zy­ka opi­nii na ję­zyk in­ter­pre­ta­cji, z ję­zy­ka uczuć na ję­zyk ar­gu­men­ta­cji. Pro­blem tyl­ko w tym, że aby to uczy­nić, na­le­ża­ło­by wprzó­dy po­dzie­lać ze mną prze­ko­na­nie, że rze­czy­wi­stośćjest przede wszyst­kim kwe­stią ję­zy­ka, któ­ry dyk­tu­je nam spo­so­by orien­to­wa­nia się w świe­cie, a tego wła­śnie ocze­ki­wać nie­mal nie spo­sób, gdyż – poza garst­ką za­wzię­tych no­mi­na­li­stów – mało kto na taką per­spek­ty­wę ze­chce się zgo­dzić. Moim zda­niem opór prze­ciw­ko ta­kie­mu uję­ciu nie wy­ni­ka wca­le – jak się naj­czę­ściej po­wia­da – z prze­ko­na­nia, że zrów­na­nie ję­zy­ka z rze­czy­wi­sto­ścią otwie­ra­ło­by przed kul­tu­rą za­bój­cze ot­chła­nie ni­hi­li­zmu (będę do­wo­dził, że jest cał­kiem od­wrot­nie). Wy­ni­ka on na­to­miast bez­po­śred­nio z opo­ru prze­ciw­ko sa­mej moż­li­wo­ści zmia­ny rze­czy­wi­sto­ści i ma wo­bec tego za sobą sil­ną sank­cję po­li­tycz­ną. By rzecz do­pro­wa­dzić do koń­ca, po­wiem, że epi­de­micz­ny roz­wój me­diów spo­łecz­no­ścio­wych nie przy­czy­nia się do naj­mniej­szej zmia­ny po­li­tycz­nej właś­nie z tego po­wo­du, że me­dia te, pro­mu­jąc opi­nie kosz­tem in­ter­pre­ta­cji, a war­to­ści kosz­tem sen­su, umac­nia­ją po­li­tycz­ne sta­tus quo, ja­kie­kol­wiek by ono było. A ni­g­dzie ono nie za­do­wa­la, choć śmiał­ko­wie – jak choć­by Ste­ven Pin­ker – nie­stru­dze­nie do­wo­dzą, że oświe­ce­nie na­dal świę­ci swo­je trium­fy, a po­stęp ludz­ki daje się ła­two zmie­rzyć.

Książ­ka ta nie jest roz­pra­wą na­uko­wą, więc sta­ram się nie uży­wać ję­zy­ka czy­tel­ne­go je­dy­nie dla spe­cja­li­stów. Kła­dę ra­czej na­cisk na spój­ność ar­gu­men­ta­cji niż opa­try­wa­nie każ­dej tezy set­ką przy­pi­sów, choć je­śli ktoś jest cie­kaw, skąd czer­pię swo­je dane, niech zaj­rzy na ko­niec, gdzie, dla uła­twie­nia, stwo­rzy­łem słow­nik uży­wa­nych tu po­jęć, a tak­że ze­bra­łem nie­zbęd­ne od­nie­sie­nia i wska­zów­ki do dal­szej lek­tu­ry. Jed­no­cze­śnie nie mogę nie od­wo­ły­wać się do pew­nych fi­lo­zo­ficz­nych te­ma­tów i nie re­fe­ro­wać in­te­lek­tu­al­nych do­cie­kań, al­bo­wiem głę­bo­ko wie­rzę, że mó­wiąc o po­li­ty­ce, przede wszyst­kim mu­si­my mieć pew­ność, że wie­my, o czym mó­wi­my, i że za­nim za­bie­rze­my się do zmia­ny rze­czy­wi­sto­ści (tym właś­nie win­na być po­li­ty­ka), na­le­ży do­wie­dzieć się, czym rze­czy­wi­stość jest i jak o niej mó­wić, nie ule­ga­jąc zgub­nym ste­reo­ty­pom, z któ­rych naj­bar­dziej złud­ny mówi, że rze­czy­wi­stość jest tam, my zaś ze swo­imi my­śla­mi, uczu­cia­mi i sło­wa­mi je­ste­śmy tu i nic tego dy­stan­su nie zni­we­lu­je. Je­stem mark­si­stą w tym sen­sie, że uzna­ję zmia­nę rze­czy­wi­sto­ści za głów­ny cel dzia­ła­nia po­li­tycz­ne­go, ale nim jed­no­cze­śnie zde­cy­do­wa­nie nie je­stem, gdyż nie uwa­żam, jak Marks, że ktoś, kto in­ter­pre­tu­je, rze­czy­wi­sto­ści nie zmie­nia. W pew­nym sen­sie książ­ka ta po­wsta­ła jako re­fu­ta­cja je­de­na­stej tezy Mark­sa o Feu­er­ba­chu: „Fi­lo­zo­fo­wie do tej pory je­dy­nie in­ter­pre­to­wa­li świat, idzie jed­nak o to, żeby go zmie­nić”. O kształ­cie rze­czy­wi­sto­ści, w ja­kiej chce­my miesz­kać i w ja­kiej chce­my żyć z in­ny­mi, de­cy­du­je­my my sami, i pierw­szy krok w tym kie­run­ku musi za­kła­dać re­flek­sję nad tym, czym są rze­czy­wi­stość, praw­da, fakt, sens i in­ter­pre­ta­cja. Bez ta­kiej re­flek­sji, do któ­rej moja książ­ka daje moc­ny im­puls, lecz jej nie wy­czer­pu­je, trud­no so­bie wy­obra­zić sku­tecz­ne dzia­ła­nie po­li­tycz­ne. Ja w każ­dym ra­zie wy­obra­zić go so­bie nie umiem, choć wiem, że je­stem w zde­cy­do­wa­nej mniej­szo­ści. Ale to dla tej wła­śnie mniej­szo­ści ni­niej­sza książ­ka po­wsta­ła.

Hi­sto­rie, któ­re opo­wiem, i ar­gu­men­ty, któ­re przed­ło­żę, nie są – rzecz ja­sna – neu­tral­ne i „obiek­tyw­ne”, ale stron­ni­cze, jak wszyst­ko, o czym tu i gdzie in­dziej pi­szę. Ze stron­ni­czo­ści jed­nak nie wy­ni­ka, że nie mam am­bi­cji mó­wie­nia praw­dy (bo mam ogrom­ną, nie ro­zu­mie­jąc, jak ktoś, kto za­bie­ra głos w prze­strze­ni pu­blicz­nej, nie chciał­by jej mieć), choć za­pew­ne moje ro­zu­mie­nie praw­dy róż­ni się od wie­lu obie­go­wych mnie­mań na jej te­mat. W in­nych mo­ich książ­kach, naj­wy­raź­niej pew­nie w Po­li­ty­ce wraż­li­wo­ści, pod­kre­śla­łem sta­now­czo, że w opi­sach rze­czy­wi­sto­ści – czy to tych, któ­re na­zy­wa­ją się na­uką, czy też tych, któ­re od tej na­zwy stro­nią – nie­moż­li­we jest osią­gnię­cie wy­raź­ne­go dy­stan­su mię­dzy opi­sem i rze­czy­wi­sto­ścią. Kto uży­wa ję­zy­ka do po­wie­dze­nia cze­goś o rze­czy­wi­sto­ści, już ją ja­koś do swo­je­go punk­tu opi­su przy­kra­wa, i nie ma w tym ni­cze­go szo­ku­ją­ce­go. Czym in­nym jest drga­ją­ca pla­ma wi­dzia­na pod mi­kro­sko­pem, czym in­nym „bak­te­ria” albo „wi­rus”, któ­re to na­zwy tę pla­mę sta­ra­ją się zi­den­ty­fi­ko­wać. Je­że­li owa drga­ją­ca ma­te­ria jest „wi­ru­sem”, to zna­czy, że nie umie­my na nią pa­trzeć ina­czej niż przez to wła­śnie sło­wo, któ­re od­sy­ła nas do in­nych słów opi­su­ją­cych inne ka­wał­ki rze­czy­wi­sto­ści. Nie tyl­ko hu­ma­ni­sty­ka wpa­da w tę za­leż­ność, ale każ­da wy­po­wiedź na te­mat rze­czy­wi­sto­ści, za­war­ta czy to w sło­wach, czy sym­bo­lach. Nie ma w tym nic eks­tra­wa­ganc­kie­go, bo ma­te­ria, z któ­rej świat jest zro­bio­ny (ka­mie­nie, je­zio­ra, fale ra­dio­ak­tyw­ne), i ję­zyk, ro­zu­mia­ny jako na­rzę­dzie ko­mu­ni­ka­cji, nic ze sobą ma­te­rial­nie wspól­ne­go nie mają, i dzi­wić się na­le­ży je­dy­nie tym, któ­rzy, wbrew oczy­wi­sto­ściom, uwa­ża­ją ina­czej. Sło­wo to wy­bra­ny przez nas dźwięk (lub ze­spół dźwię­ków) ob­da­rzo­ny zna­cze­niem i ani jed­ne­go, ani dru­gie­go wi­rus sam w so­bie nie po­sia­da. Mimo jed­nak, że dzie­li je od­ręb­ność ma­te­rii, rze­czy tego świa­ta i sło­wa ści­śle się ze sobą wią­żą, al­bo­wiem tak kie­dyś po­sta­no­wi­li­śmy i ina­czej niż za po­mo­cą słów o świe­cie wy­ra­żać się nie po­tra­fi­my. To, że sło­wa nie na­kła­da­ją się na rze­czy, jest po­wo­dem, dla któ­re­go tak bar­dzo pró­bu­je­my za­fik­so­wać miej­sce ich wza­jem­ne­go spo­tka­nia, a na­stęp­nie przed­sta­wić je jako „na­tu­ral­ne”. Z tego ro­dza­ju uję­cia wy­wo­dzi się każ­de prze­ko­na­nie o tym, że jest, jak mó­wi­my, nie dla­te­go że tak chce­my, ale dla­te­go że tak „po pro­stu” jest. Ale wy­wieść moż­na z nie­go tak­że prze­ko­na­nie prze­ciw­ne, a mia­no­wi­cie że sko­ro sło­wa i rze­czy moż­na roz­ma­icie ze sobą ze­sta­wiać, to na­le­ży ro­bić wszyst­ko, by wy­mknąć się pa­ra­li­żo­wi ję­zy­ka, al­bo­wiem bę­dzie ozna­czał on tak­że pa­ra­liż rze­czy­wi­sto­ści. Kto zda­nia po­rząd­nie zło­żyć nie umie, a do­ma­ga się wła­dzy, po­ka­zu­je ja­sno, że jego wła­dza opie­rać się bę­dzie na zwich­nię­tej wi­zji rze­czy­wi­sto­ści, po­kracz­nej jak jego skład­nia. Obu­stron­na to wsze­la­ko gra: kto mówi zbyt gład­ko, po­le­ru­jąc pu­ste ko­mu­na­ły opa­ko­wa­ne w nie­na­gan­ne zda­nia, nie ceni rze­czy­wi­sto­ści wca­le wy­żej niż jego nie­pi­śmien­ny ry­wal.

Na ko­niec po­wiem tak, od­kła­da­jąc na bok ma­skę teo­re­ty­ka pu­blicz­ne­go dys­kur­su: po­li­tycz­ny po­dział współ­cze­snej sce­ny po­li­tycz­nej w Pol­sce i Sta­nach Zjed­no­czo­nych (dwóch kra­jach, któ­re znam i na któ­re się w tej książ­ce po­wo­łu­ję) jest pie­kiel­nie groź­ny i sta­ram się po­ka­zać, że jako za­kład­ni­cy no­wo­czes­nego kon­flik­tu mię­dzy li­be­ra­ła­mi i kon­ser­wa­ty­sta­mi mamy przed sobą po­nu­rą przy­szłość. Te dwie moc­no ze sobą spo­la­ry­zo­wa­ne po­li­tycz­ne po­sta­wy nie mogą się spo­tkać na wspól­nym grun­cie, gdyż ist­nie­ją w osob­nych rze­czy­wi­sto­ściach, zbu­do­wa­nych na pod­sta­wie od­ręb­nych ze­sta­wów war­to­ści. Już daw­no ba­da­cze idei za­uwa­ży­li, że trwa­łym efek­tem oświe­ce­nia nie jest wspól­no­ta lu­dzi my­ślą­cych (je­den świat, nad któ­rym uno­si się ro­zum po­wszech­ny), lecz po­ka­wał­ko­wa­nie świa­ta (na nie­współ­mier­ne rze­czy­wi­sto­ści). Jak pi­sał Alas­da­ir Ma­cIn­ty­re, „w na­stęp­stwie po­dzia­łów w ob­rę­bie [no­wo­cze­sne­go] ży­cia spo­łecz­ne­go każ­da ze sfer po­sia­da wła­sny ze­staw trwa­łych norm i war­to­ści bę­dą­cy od­po­wied­ni­kiem wy­spe­cja­li­zo­wa­nia się wła­ści­wych dla niej ce­lów oraz pro­fe­sjo­na­li­za­cji skła­da­ją­cych się na nią za­jęć”. Ozna­cza to, że „w każ­dym z tych spo­łecz­nych kon­tek­stów war­tość przy­pi­sa­na ży­ciu oraz mia­ra tej war­to­ści okre­ślo­na jest […] przez nor­my wła­ści­we dla po­szcze­gól­ne­go kon­tek­stu”. Z tej ob­ser­wa­cji Ma­cIn­ty­re wy­pro­wa­dza tezę, że „do­mi­nu­ją­cej kul­tu­rze po­sto­świe­ce­nio­wej no­wo­cze­sno­ści brak ja­kiej­kol­wiek po­wszech­nej zgo­dy, a tym bar­dziej zgo­dy opar­tej na ra­cjo­nal­nych pod­sta­wach, czy mo­gą­cej cho­ciaż­by być przed­mio­tem ra­cjo­nal­nej de­ba­ty” co do tego, ja­kie war­to­ści po­win­ny obo­wią­zy­wać wszyst­kich.

Wy­pro­wa­dzam z tej po­wszech­nej dość ob­ser­wa­cji wnio­sek, że w sy­tu­acji otwar­te­go kon­flik­tu kul­tu­ro­we­go, któ­ry nas wszę­dzie osa­cza, kon­flik­tu, któ­ry jest skut­kiem utra­ty ra­cjo­nal­nych pod­staw pro­wa­dze­nia uni­wer­sal­nej de­ba­ty (lub tyl­ko uzna­niem, że ta­kich pod­staw ni­g­dy nie było), je­dy­nym roz­wią­za­niem war­tym po­li­tycz­ne­go roz­trzą­sa­nia nie jest wca­le, jak na­iw­nie uwa­ża­ją li­be­ral­ni opty­mi­ści, po­trze­ba roz­mo­wy, lecz zmia­na ję­zy­ka, przy uży­ciu któ­re­go mo­że­my o rze­czy wspól­nej, jaką jest na­sza res pu­bli­ca, rzecz­po­spo­li­ta, mó­wić. Tym ję­zy­kiem jest ję­zyk sen­su, nie war­to­ści, i ję­zyk in­ter­pre­ta­cji, nie opi­nii, i kto, nie­za­leż­nie od rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej tkwi po uszy, skłon­ny był­by, z po­wo­dów, któ­re mnie nie zaj­mu­ją, dać temu dys­kur­so­wi po­słuch, jest wy­ma­rzo­nym czy­tel­ni­kiem mo­jej książ­ki. Kto zaś uwa­ża, że po­li­ty­kę robi się wy­łącz­nie za po­mo­cą opi­nii i war­to­ści, czy­li na­rzu­ca­nia wła­snej nar­ra­cji in­nym, ten pew­nie już daw­no prze­stał czy­tać, czym tyl­ko po­twier­dza moją tezę, że roz­mo­wa mię­dzy miesz­kań­ca­mi róż­nych rze­czy­wi­sto­ści nie jest moż­li­wa. Co jest za­tem moż­li­we? Prze­ko­na­nie tych, któ­rzy jesz­cze nie wie­dzą, w ja­kiej rze­czy­wi­sto­ści chcie­li­by żyć. To do nich, wy­bor­ców spo­za du­opo­lu, kie­ru­ję mój esej.

 

Roz­dział 1

My i oni

Kon­trast – to naj­no­wo­cze­śniej­sza broń wszyst­kich no­wo­cze­snych ide­olo­gii, naj­do­sko­nal­sze na­rzę­dzie.

An­drzej Bob­kow­ski1

Di­vi­ded We Fail

11 mar­ca 2016 roku, póź­ne po­po­łu­dnie. Jesz­cze zim­no, choć słoń­ce przy­grze­wa co­raz moc­niej i dłu­żej. Wy­cho­dzę ze swo­je­go biu­ra na kam­pu­sie Uni­ver­si­ty of Il­li­no­is w Chi­ca­go. Zbli­ża się go­dzi­na mi­tyn­gu wy­bor­cze­go Do­nal­da Trum­pa (jesz­cze w wy­ści­gu po re­pu­bli­kań­ską no­mi­na­cję), w jed­nej z hal wi­do­wi­sko­wych uni­wer­sy­te­tu, wy­naj­mo­wa­nych czę­sto na pry­wat­ne im­pre­zy po to, by zbi­lan­so­wać bu­dżet. Już po chwi­li sto­ję w zwar­tym tłu­mie stu­den­tów i wy­kła­dow­ców, w ogrom­nej więk­szo­ści ko­lo­ro­wych, przed nami kor­don po­li­cyj­ny, za kor­do­nem bia­ła ko­lej­ka zwo­len­ni­ków Trum­pa cze­ka na wej­ście do hali. Spo­łecz­ność aka­de­mic­ka UIC pro­te­stu­je prze­ciw­ko obec­no­ści Trum­pa na kam­pu­sie, po­li­cja trzy­ma nas wszyst­kich z da­le­ka od jego zwo­len­ni­ków, wśród któ­rych, jak po­ka­że wie­czo­rem lo­kal­na kro­ni­ka, jest bar­dzo dużo chi­ca­gow­skich Po­la­ków, ma­so­wo po­pie­ra­ją­cych re­pu­bli­kań­skie­go kan­dy­da­ta.

Fla­gi, skan­do­wa­nie, ka­ry­ka­tu­ry, at­mos­fe­ra ser­decz­ne­go zbra­ta­nia we wspól­nej spra­wie. Ha­sła peł­ne jed­no­znacz­nych alu­zji hi­sto­rycz­nych (Heil Trump, Mein Trumpf) lub alu­zji cał­kiem po­zba­wio­ne (Fuck That Puto!), do­ma­ga­ją­ce się bliż­szej zna­jo­mo­ści (I Only Look Il­le­gal) i peł­ne fa­mi­lij­ne­go roz­cza­ro­wa­nia (Go Away, Trump, I Al­re­ady Have A Cra­zy Ra­cist Un­c­le). To po „na­szej” stro­nie. Po tam­tej stro­nie dość nie­przy­jem­ne spoj­rze­nia do­pra­wio­ne po­czu­ciem wyż­szo­ści i, mó­wiąc ła­god­nie, nie­chę­cią, któ­ra wy­ni­ka, mię­dzy in­ny­mi, z po­gar­dy dla roz­wy­drzo­nych dzie­cia­ków, a tak­że z otwar­te­go kon­flik­tu kon­ser­wa­tyw­nej pu­bli­ki z le­wi­co­wą w więk­szo­ści aka­de­mią ame­ry­kań­ską, kon­flik­tem, któ­ry to­czy się nie­prze­rwa­nie od lat osiem­dzie­sią­tych.

Stu­den­ci pro­te­stu­ją prze­ciw­ko ra­si­zmo­wi, groź­bie de­por­ta­cji, is­la­mo­fo­bii, sek­si­zmo­wi, któ­re zdą­ży­ły się już ujaw­nić w kam­pa­nii Trum­pa i będą póź­niej zna­kiem roz­po­znaw­czym jego pre­zy­den­tu­ry, są za pro-pe­ople go­vern­ment (czy­li „rzą­dem dla lu­dzi”) i ge­ne­ral­nie pro­szą: „Mr. Hate, Le­ave My Sta­te”. Tam­ta stro­na, co wi­dzę wy­raź­nie póź­niej, w re­la­cjach lo­kal­nej te­le­wi­zji, chce, by Ame­ry­ka sta­ła się znów wiel­ka, czy­li – cze­go nikt nie chce do­sad­nie po­wie­dzieć – bia­ła. Tym­cza­sem wie­lo­ko­lo­ro­wy (bo wie­lo­ra­so­wy) tłum gęst­nie­je, wy­peł­nia całą uli­cę Har­ri­son, a do środ­ka auli, mimo za­ostrzo­nych środ­ków pre­wen­cyj­nych, do­sta­je się wie­lu prze­ciw­ni­ków Trum­pa. Do­cho­dzi do prze­py­cha­nek, in­ter­we­niu­je po­li­cja, w koń­cu Trump, wy­raź­nie prze­stra­szo­ny moż­li­wo­ścią kon­fron­ta­cji, od­wo­łu­je wiec. Roz­cho­dzi­my się wie­czo­rem w po­czu­ciu lo­kal­ne­go zwy­cię­stwa. Pan Nie­na­wiść, na na­sze żą­da­nie, opusz­cza stan. W pa­mię­ci zo­sta­je mi jed­nak kor­don po­li­cji, od­dzie­la­ją­cy „nas” od „nich”. Uni­ted We Stand, trwa­my zjed­no­cze­ni, jak gło­si­ło ha­sło jed­no­czą­ce Ame­ry­ka­nów po ata­kach na World Tra­de Cen­ter w 2001 roku? Nic po­dob­ne­go. Ra­czej Di­vi­ded We Fail, w po­róż­nie­niu upa­da­my. Jed­no ta­kie po­po­łu­dnie wy­star­czy, by się prze­ko­nać, że naj­wy­raź­niej­sze li­nie po­dzia­łu po­li­tycz­ne­go nie prze­bie­ga­ją dziś mię­dzy pro­te­stu­ją­cy­mi i wła­dzą (re­la­cja wer­ty­kal­na: góra – dół), lecz mię­dzy dwo­ma świa­to­po­glą­da­mi wy­bor­ców (re­la­cja ho­ry­zon­tal­na: dół – dół), mię­dzy któ­ry­mi nie ma punk­tów stycz­nych i któ­re de fac­to nie mogą się spo­tkać we wspól­nej spra­wie na wie­cu wy­bor­czym. Po­li­cja nie sta­wia­ła ba­rier mię­dzy nie­za­do­wo­lo­ny­mi i bu­dyn­ka­mi rzą­do­wy­mi, lecz mię­dzy dwie­ma ide­olo­gia­mi, z któ­rych albo jed­na, albo dru­ga, dzię­ki de­mo­kra­tycz­ne­mu pro­ce­so­wi, uzy­ska do­stęp do wła­dzy, czy­li bę­dzie de­fi­nio­wa­ła to, czym w grun­cie rze­czy ma być dla swych oby­wa­te­li Ame­ry­ka. Osiem mie­się­cy póź­niej Trump, dzię­ki for­tun­nej ma­pie wy­bor­czej (od paru lat pie­czo­ło­wi­cie kon­stru­owa­nej przez re­pu­bli­ka­nów, któ­rym nie sprze­ci­wił się na­wet Sąd Naj­wyż­szy) i za­wi­łej pro­ce­du­rze elek­to­ral­nej, zdo­by­wa­jąc w gło­so­wa­niu po­wszech­nym mniej­sze (o dwa mi­lio­ny) po­par­cie wy­bor­ców niż jego prze­ciw­nicz­ka, Hil­la­ry Clin­ton, wy­gra wy­bo­ry i fala pro­te­stów bę­dzie już do­ty­czy­ła wła­dzy fe­de­ral­nej, któ­ra, mocą dziw­ne­go re­pu­bli­kań­skie­go pa­ra­dok­su, zro­bi wszyst­ko, by samą sie­bie ogra­ni­czyć, wzmac­nia­jąc jed­no­cze­śnie po­zy­cję sa­me­go pre­zy­den­ta, któ­ry roz­pę­ta woj­nę jed­ne­go prze­ciw wszyst­kim. Tego jed­nak 11 mar­ca 2016 roku nikt jesz­cze nie wie­dział. Uzna­li­śmy nasz zwy­cię­ski pro­test za za­po­wiedź przy­szłej klę­ski Trum­pa. O, jak bar­dzo się my­li­li­śmy!

My i oni

Praw­do­po­dob­nie po­mysł na na­pi­sa­nie tej książ­ki zro­dził się wła­śnie wte­dy, gdy sta­łem w róż­no­ko­lo­ro­wym tłu­mie boj­ko­tu­ją­cym kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Po­zor­nie wszyst­ko było w po­rząd­ku: je­stem zde­cy­do­wa­nym prze­ciw­ni­kiem Trum­pa, któ­re­go uwa­żam za cy­nicz­ne­go kom­bi­na­to­ra niż­sze­go rzę­du, i sta­now­czym obroń­cą nie­ustan­nie na­ru­sza­nych za­rów­no przez nie­go, jak i jego rząd praw i norm po­li­tycz­nych oraz spo­łecz­nych. A jed­nak po wspo­mnia­nym wy­żej wie­cu coś mnie uwie­ra­ło, coś nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. Po kil­ku mie­sią­cach pil­ne­go i co­dzien­ne­go przy­glą­da­nia się po­li­ty­ce w tym kra­ju za­czą­łem po­wo­li ro­zu­mieć, że po­wo­dem mo­jej ów­cze­snej nie­wy­go­dy była nie­ja­sna mie­sza­ni­na emo­cji i in­te­lek­tu, z tru­dem osią­ga­ją­ca stan rów­no­wa­gi, raz wy­bi­ja­ją­ca na pierw­szy plan uczu­cia, raz ro­zu­mo­wa­nie. By­cie w tłu­mie – z cze­go za­czę­to so­bie zda­wać spra­wę w mo­men­cie, gdy tłum na­brał zna­cze­nia po­li­tycz­ne­go – z pew­no­ścią przy­ga­sza ra­cjo­nal­ny osąd, umoż­li­wia­ją­cy po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji do­ty­czą­cych naj­waż­niej­szych spraw na­szej wspól­no­ty (dla mnie tą wspól­no­tą jest wie­lo­et­nicz­ny, wie­lo­ra­so­wy, sta­no­wy – nie pry­wat­ny, co istot­ne ze wzglę­du na ma­jąt­ko­wy sta­tus stu­den­tów – uni­wer­sy­tet, na któ­rym wy­kła­dam). A jed­nak by­cie w tłu­mie daje po­czu­cie nie­osią­gal­ne pod­czas sa­mot­nej ana­li­zy in­te­lek­tu­al­nej: rze­czy­wi­ste­go, bez­po­śred­nie­go uczest­nic­twa w dzie­ją­cych się wy­da­rze­niach, by­cia z in­ny­mi tu i te­raz, we wspól­nej spra­wie. Gdy­by jed­nak tę ana­li­zę od­dzie­lić od do­świad­cze­nia, zo­sta­ła­by naga emo­cja, bez któ­rej wpraw­dzie trud­no so­bie ja­kie­kol­wiek do­świad­cze­nie wy­obra­zić, lecz któ­rej trud­no tak­że cał­kiem ulec, nie ry­zy­ku­jąc utra­ty roz­sąd­ku – sło­wem tym tłu­ma­czy­my na pol­ski an­giel­skie wy­ra­że­nie com­mon sen­se, nie­mó­wią­ce nic o zdro­wiu, kła­dą­ce za to na­cisk na „wspól­ny zmysł”, jak pod­po­wia­da nam do­słow­ny prze­kład. To samo uczu­cie to­wa­rzy­szy­ło mi – mało do­świad­czo­ne­mu wy­rost­ko­wi – przed pra­wie czter­dzie­stu laty, pod­czas zry­wu So­li­dar­no­ści, a na­stęp­nie pierw­szych piel­grzy­mek pa­pie­ża do Pol­ski. Z jed­nej stro­ny bu­du­ją­ce po­czu­cie kon­kret­nej, nie abs­trak­cyj­nej, wspól­no­ty, któ­rej od­dech dało się czuć na ple­cach, z dru­giej zaś po­trze­ba dy­stan­su wo­bec na­zbyt bli­skiej pre­sji bez­po­śred­nich oko­licz­no­ści. Nie od­bie­ra­jąc pierw­szeń­stwa po­li­ty­ce i re­li­gii, śmia­ło moż­na po­wie­dzieć, że tego sa­me­go do­świad­cza się na sta­dio­nie spor­to­wym w mo­men­cie try­um­fu „na­szych”. Ra­dość z po­wi­no­wac­twa nie tyl­ko z kimś, kto lep­szy jest od in­nych, ale i z kimś, kto rów­nie moc­no cie­szy się z tego co my – rzecz sama w so­bie nie­wąt­pli­wie na­tu­ral­na – bu­dzić musi w cy­wil­nym, nie­ki­bol­skim umy­śle sprzecz­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny wpa­da­my mi­mo­wol­nie w afek­tyw­ną ot­chłań mię­dzy­na­ro­do­wej kon­ku­ren­cji, no­szą­cej wszyst­kie zna­mio­na ostre­go na­cjo­na­li­zmu, i ak­cep­tu­je­my to do­świad­cze­nie, bo czu­je­my, że jest ono war­to­ścio­we, nie tyl­ko dla­te­go że po­ma­ga roz­ła­do­wać spo­łecz­ną agre­sję, jak w każ­dym mo­men­cie, gdy pod rzą­da­mi ko­mu­ni­stów nasi bili „ru­skich” albo bra­li od­wet na „szko­pach”, ale tak­że dla­te­go że są to rzad­kie mo­men­ty spo­łecz­nej in­te­gra­cji, a ich zna­cze­nia nie moż­na nie do­strze­gać. Z dru­giej stro­ny jed­nak wie­my, że sport (i po­li­ty­ka) to ostra wal­ka. Każ­dy, kto w niej uczest­ni­czy, ma na­dzie­ję, że wy­gra, bo wie­rzy, że jest le­piej, umy­sło­wo i fi­zycz­nie, przy­go­to­wa­ny, czy­li że jest lep­szy od swo­je­go prze­ciw­ni­ka, z któ­rym tyl­ko w nie­zmier­nie rzad­kich mo­men­tach fair play moż­na czuć ja­kie­kol­wiek po­wi­no­wac­two. Sport niby nie ist­nie­je, jak do­wo­dzą le­wi­co­wi au­to­rzy, od­sła­nia­jąc – cał­kiem za­sad­nie – cy­nicz­ne gry ka­pi­ta­łu pod jego po­wierzch­nią (na tej za­sa­dzie nie­mal nic nie ist­nie­je w świe­cie póź­ne­go ka­pi­ta­li­zmu), kto jed­nak, jak ja, spę­dził dzie­ciń­stwo na ko­pa­niu do póź­ne­go wie­czo­ra skó­rza­ne­go ba­lo­na, gra­niu w siat­ków­kę przez trze­pak albo grze w kap­sle imi­tu­ją­ce uczest­ni­ków Wy­ści­gu Po­ko­ju (tej wy­so­ce pro­pa­gan­do­wej im­pre­zy „Try­bu­ny Ludu” i brat­nich ga­zet), kon­ku­ren­cyj­ny ata­wizm ma wpi­sa­ny w kul­tu­ro­we DNA. W tym ko­dzie za­cie­ra­ją się wy­raź­ne gra­ni­ce mię­dzy emo­cjo­nal­nym uczest­nic­twem i in­te­lek­tu­al­nym dy­stan­sem, in­dy­wi­du­al­ną po­trze­bą bez­po­śred­nie­go do­świad­cze­nia i ko­niecz­no­ścią po­dzie­le­nia się z in­ny­mi tym, co naj­bar­dziej moje, gra­ni­ce, o któ­rych będę w tej książ­ce mó­wił nie­ustan­nie i któ­rych kru­chość za­wdzię­cza­my na­szej no­wo­cze­sno­ści. Kie­dy więc z wie­lo­ko­lo­ro­wym tłu­mem opusz­cza­łem miej­sce nie­do­szłe­go mi­tyn­gu Trum­pa, jako ki­bic cie­szy­łem się ze zwy­cię­stwa wła­snej dru­ży­ny, ale jako ktoś, kto z re­flek­sji uczy­nił swój za­wód, mu­sia­łem wie­dzieć, że dru­ży­na prze­ciw­na jest wro­giem tyl­ko dla­te­go, że gra prze­ciw­ko nam, al­bo­wiem z jej punk­tu wi­dze­nia to my nie za­słu­gi­wa­li­śmy na­wet na po­da­nie ręki. Mo­gło­by się prze­cież zda­rzyć, że ja sam zna­la­zł­bym się po dru­giej stro­nie kor­do­nu i wte­dy książ­ka ta wy­glą­da­ła­by cał­kiem ina­czej (a naj­pew­niej w ogó­le by nie po­wsta­ła, bo po co, sko­ro wszyst­ko by­ło­by oczy­wi­ste), gdyż moje emo­cje i moje my­śli pro­wa­dzi­ły­by mnie w zu­peł­nie inną stro­nę i na uczest­ni­ków de­mon­stra­cji mógł­bym był pa­trzeć z po­li­to­wa­niem, a na­wet nie­na­wi­ścią, bo na tym po­le­ga ży­cie jed­no­stek: na trzy­ma­niu ze swo­imi prze­ciw­ko in­nym, na stron­ni­czo­ści, na nie­uzna­wa­niu in­nych ra­cji oraz ra­cji in­nych. Jak po­ka­zu­je to żart ry­sun­ko­wy w te­go­rocz­nym mar­co­wym wy­da­niu „New Yor­ke­ra”: ksiądz da­ją­cy ślub dwoj­gu lu­dziom, za­miast py­tać męż­czy­znę, czy ślu­bu­je swo­jej mał­żon­ce wier­ność, pyta: „Czy ślu­bu­jesz nie­na­wi­dzić tych sa­mych lu­dzi?”. Li­be­ra­ło­wie naj­chęt­niej uzna­li­by, że jest to kpi­na z pra­wi­cy, a prze­cież nie spo­sób przy­znać ra­cji pew­ne­mu scep­ty­ko­wi, któ­ry przed wie­lu laty za­uwa­żył trzeź­wo, że „wąt­pli­we, by z dwóch wal­czą­cych wro­gów tyl­ko je­den miał ra­cję”. Co tak­że, choć in­ny­mi sło­wy, sfor­mu­ło­wał współ­cze­sny po­li­to­log Da­vid Run­ci­man, któ­ry esej na te­mat po­pu­li­zmu za­koń­czył tak: „Cza­sa­mi w spo­łe­czeń­stwie otwar­tym naj­trud­niej jest pa­mię­tać, że na­wet je­śli wszy­scy inni wro­go­wie są tam, wro­giem nie­kie­dy mo­że­my być tak­że my”.

Bez ho­ry­zon­tu

Je­den z kur­sów, któ­ry od dzie­się­ciu lat nie­mal co roku pro­wa­dzę na Uni­ver­si­ty of Il­li­no­is w Chi­ca­go, na­zy­wa się SLAV 224: Wpro­wa­dze­nie do ana­li­zy li­te­rac­kiej. Jego ce­lem jest usta­le­nie pod­sta­wo­wych re­guł czy­ta­nia. To za­ję­cia dla po­cząt­ku­ją­cych, a jed­no­cze­śnie obo­wiąz­ko­we dla wszyst­kich, któ­rzy ro­bią ma­jor (mniej wię­cej li­cen­cjat) z li­te­ra­tu­ry pol­skiej albo ro­syj­skiej, są więc już ja­koś z te­ma­tem obe­zna­ni, choć nie mie­li jesz­cze oka­zji za­sta­no­wić się po­waż­nie, co „ana­li­za li­te­rac­ka” zna­czy. In­ny­mi sło­wy, jest to kurs nie­ja­ko wpro­wa­dza­ją­cy do za­wo­du, wy­ma­ga­ją­cy od stu­den­tów zna­jo­mo­ści kil­ku pod­sta­wo­wych ope­ra­cji umoż­li­wia­ją­cych pra­cę z książ­ka­mi. Z tego po­wo­du re­kla­mu­ję go na ulot­kach jako przed­miot, na któ­rym stu­den­ci mogą się do­wie­dzieć, „how to read (Sla­vic) li­te­ra­tu­re as a pro”, czy­li jak pro­fe­sjo­nal­nie czy­tać li­te­ra­tu­rę (sło­wiań­ską).

Oczy­wi­ście co roku mam na­dzie­ję, że ta obiet­ni­ca pro­fe­sjo­na­li­zmu jest wśród stu­den­tów na­dal żywa. Na uni­wer­sy­te­cie bo­wiem sta­je­my się, a przy­naj­mniej sta­ra­my się zo­stać, za­wo­dow­ca­mi, cze­go nie­wąt­pli­wym po­twier­dze­niem jest dy­plom, za­świad­cze­nie o zdol­no­ści do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du. W kwe­stii czy­ta­nia tym się uni­wer­sy­tet róż­ni od klu­bu książ­ki, że usi­łu­je po­ka­zać, na czym po­le­ga róż­ni­ca mię­dzy czy­ta­niem ama­tor­skim i pro­fe­sjo­nal­nym, mię­dzy tym, cze­go uza­sad­niać nie mu­si­my, a tym, co do­ma­ga się uza­sad­nie­nia i osa­dze­nia w po­dzie­la­nym przez pew­ne śro­do­wi­sko ka­no­nie po­stę­po­wa­nia. Jak na wy­dzia­le pra­wa nie uczy się mo­ral­ne­go osą­dza­nia za­cho­wa­nia in­nych lu­dzi, lecz prze­pi­sów któ­rych po­win­ni­śmy się trzy­mać w ra­mach pro­ce­dur są­do­wych, tak na wy­dzia­łach li­te­ra­tu­ry – tu zga­dzam się z by­łym dzie­ka­nem mo­je­go ko­le­dżu Stan­ley­em Fi­shem – nie po­win­no się uczyć wy­ra­ża­nia wła­snych opi­nii, lecz re­guł, któ­rych po­win­ni­śmy się trzy­mać, żeby nasz sąd o książ­ce miał szer­sze pod­sta­wy niż nasz ka­prys. Jest to jed­na z przy­czyn, dla któ­rych lu­dzie czy­ta­ją­cy książ­ki we­dle wła­snych re­guł nie cier­pią za­wo­do­wych czy­tel­ni­ków, gdyż ci dru­dzy swym nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­kiem uży­tym do opi­su po­dob­ne­go do­świad­cze­nia od­bie­ra­ją im „przy­jem­ność” lek­tu­ry, pod­czas gdy – jak gło­si po­pu­lar­na opi­nia sko­li­ga­co­na z pod­rzęd­nym ese­izmem – do­brze wia­do­mo, że praw­dzi­wa „fraj­da” jest nie­prze­ka­zy­wal­na, zda­wa­nie z niej spra­wy zaś grun­tow­nie ją nisz­czy.

Z tego po­wo­du za każ­dym ra­zem za­czy­nam swój kurs od od­róż­nie­nia opi­nii od in­ter­pre­ta­cji i sta­ram się po­ka­zać, że te dwie ak­tyw­no­ści ludz­kie­go umy­słu i cia­ła nie mają ze sobą nic wspól­ne­go. Opi­nia jest wy­ra­zem na­szych od­czuć, im­pre­sji, war­to­ści, któ­re nie szu­ka­ją żad­ne­go uza­sad­nie­nia u in­nych. Czy­tam tak, jak mi się po­do­ba, i wy­ra­żam na pod­sta­wie ta­kiej lek­tu­ry swo­ją opi­nię, a jak się ona ko­muś nie po­do­ba, to czort z nim, nic mnie to nie ob­cho­dzi, bo moja opi­nia jest moją opi­nią, jego zaś (czy jej) nie na­le­ży do mnie. Tłu­ma­czę więc stu­den­tom, że każ­dy ma pra­wo do swo­jej opi­nii, że trud­no na­sze ży­cie z opi­nii odzie­rać, tak są nam one do ży­cia nie­zbęd­ne, że ich wy­gła­sza­nie sta­no­wi pod­sta­wę na­sze­go spo­łecz­ne­go umo­co­wa­nia, i tak da­lej, i tym po­dob­ne. Ale jed­no­cze­śnie tłu­ma­czę, że je­śli chce­my, by ktoś inny na­sze sta­no­wi­sko zro­zu­miał i po­dzie­lał, mu­si­my przejść na wyż­szy po­ziom ko­mu­ni­ka­cji, na któ­rym nie mo­że­my już za­do­wa­lać się wła­sną opi­nią, lecz po­win­ni­śmy przed­sta­wić ar­gu­ment, co do któ­re­go mamy ja­kąś pew­ność, że po­tra­fi ko­goś in­ne­go prze­ko­nać. Prze­ko­nać nie na pod­sta­wie tego, że ktoś uwie­rzy nam na sło­wo, ale na pod­sta­wie pew­nych „do­wo­dów”, naj­le­piej po­cho­dzą­cych z tek­stu, o któ­rym chce­my roz­ma­wiać, czy­li, mó­wiąc naj­pro­ściej, nie z na­szej gło­wy, ale z rze­czy­wi­sto­ści, czy­li tego, co tak­że kto inny może zo­ba­czyć i sfor­mu­ło­wać wła­sny­mi sło­wa­mi, czę­sto od­mien­ny­mi od na­szych. Ten ro­dzaj po­stę­po­wa­nia z tek­stem na­zy­wam in­ter­pre­ta­cją i dla­te­go od­róż­niam opi­nię od in­ter­pre­ta­cji, by po­wie­dzieć, że na­sze za­cho­wa­nia wo­bec tek­stu róż­nią się w za­leż­no­ści od tego, czy chce­my roz­ma­wiać o so­bie (po­ziom opi­nii), czy o tek­ście (po­ziom in­ter­pre­ta­cji). Na ko­niec za­jęć py­tam stu­den­tów, czy ro­zu­mie­ją to roz­róż­nie­nie. Zgod­nie od­po­wia­da­ją, że tak. W po­rząd­ku. Idzie­my da­lej.

W tym roku, po przej­ściu przez wstęp­ne roz­róż­nie­nia, za­czę­li­śmy czy­tać opo­wia­da­nie An­drie­ja Pła­to­no­wa, „Wśród zwie­rząt i ro­ślin”. Jego bo­ha­te­rem jest nie­ja­ki Fio­do­row, któ­ry z ro­dzi­ną (ro­dzi­ca­mi, żoną i cór­ką) żyje na da­le­kiej ro­syj­skiej pro­win­cji, nie­da­le­ko je­zio­ra One­ga. W Związ­ku So­wiec­kim są lata trzy­dzie­ste, a bo­ha­ter wy­pa­tru­je „uni­wer­sal­ne­go ho­ry­zon­tu”, któ­ry po­zba­wi go in­dy­wi­du­ali­stycz­ne­go na­sta­wie­nia i wy­nie­sie po­nad jed­nost­ko­wość wła­snej eg­zy­sten­cji, któ­ra go ra­czej mę­czy. Ten uni­wer­sal­ny ho­ry­zont sym­bo­li­zu­ją dlań za­rów­no dzie­ła kul­tu­ry, jak i ma­szy­ny, naj­le­piej zaś ma­szy­ny słu­żą­ce prze­ka­zo­wi: ra­dio lub gra­mo­fon. Po­nie­waż Fio­do­row pra­cu­je jako na­staw­czy na sta­cji prze­lo­to­wej, wsłu­chu­je się w rytm prze­jeż­dża­ją­cych po­cią­gów jak w dzie­ło sztu­ki mu­zycz­nej, tę­sk­ni za spek­ta­kla­mi i czy­ta­niem, dla­te­go też pro­si prze­ło­żo­nych o prze­nie­sie­nie do więk­sze­go wę­zła ko­le­jo­we­go, gdzie znaj­du­ją się i te­atr, i bi­blio­te­ka. Nie­ste­ty, cza­sa­mi od­no­si wra­że­nie, że ów uni­wer­sal­ny ho­ry­zont za­kry­wa się mgłą, sta­je się nie­do­stęp­ny, a on sam czu­je się głu­pi i wpa­da w me­lan­cho­lię. Opo­zy­cja, któ­rą Pła­to­now kre­śli aku­rat w tym opo­wia­da­niu (bo nie w in­nych), jest ja­sna i dla­te­go do­brze słu­ży ce­lom dy­dak­tycz­nym. Z jed­nej stro­ny mamy uni­wer­sal­ny ro­zum, w któ­rym uczest­ni­czą lu­dzie, kie­dy chcą prze­kro­czyć wą­skie gra­ni­ce jed­nost­ko­we­go ży­cia (i dla­te­go Fio­do­row ro­zu­mie nie­uchron­ność ko­mu­ni­zmu), z dru­giej stro­ny ode­rwa­nie od tej po­wszech­nej per­spek­ty­wy i upa­dek w na­tu­rę, w smu­tek (i inne afek­ty), w ego­izm. W pew­nym mo­men­cie Fio­do­row, któ­ry czę­sto po­lu­je, żeby zdo­być je­dze­nie dla ro­dzi­ny, wi­dzi mrów­ki i po­rów­nu­je je do ku­ła­ków, gdyż, jak oni, umie­ją dbać tyl­ko o swo­je spra­wy i nie ro­zu­mie­ją, że od skrzęt­ne­go bie­ga­nia wo­kół sie­bie waż­niej­szy jest in­te­res po­wszech­ny. Dla Pła­to­no­wa, któ­ry tę samą opo­zy­cję tech­no­lo­gii i na­tu­ry wpi­sał w wie­le in­nych swo­ich dzieł, ma­rze­nie Fio­do­ro­wa o cią­głym pod­trzy­my­wa­niu uni­wer­sal­ne­go ho­ry­zon­tu jed­nost­ko­wej eg­zy­sten­cji było ma­rze­niem ży­cia. To, że wbrew za­po­wie­dziom ko­mu­ni­stycz­nej wła­dzy nie zo­sta­ło ono speł­nio­ne, nie do­wo­dzi­ło klę­ski idei ko­mu­ni­stycz­nej, lecz prze­ciw­nie: po­ka­zy­wa­ło sła­bość wła­dzy, któ­ra nie umia­ła tego ho­ry­zon­tu do­strzec i na plan pierw­szy wy­su­wa­ła par­ty­ku­lar­ne in­te­re­sy.

Tu cho­dzi o har­mo­nię

Tak przed­sta­wia się, naj­ogól­niej bio­rąc, sens tego utwo­ru. Za­nim za­czę­li­śmy o nim mó­wić, stwier­dzi­łem, że in­ter­pre­ta­cja to łą­cze­nie ze sobą róż­nych zna­czeń w je­den sens, po czym na kla­sycz­nym przy­kła­dzie „zie­lo­ne idee wście­kle śpią” po­ka­za­łem, że sens zda­nia nie wy­ni­ka wprost z sumy osob­nych zna­czeń (z tej per­spek­ty­wy oma­wia­ne zda­nie nie ma żad­ne­go sen­su), choć jed­no­cze­śnie je za­kła­da (bo ina­czej nie bę­dzie zda­niem). Na­stęp­nie za­su­ge­ro­wa­łem, że in­ter­pre­ta­cja ma cha­rak­ter wspól­nej pra­cy, więc naj­lep­szym spo­so­bem na roz­po­czę­cie głęb­sze­go czy­ta­nia bę­dzie wspól­ne szu­ka­nie po­wta­rza­ją­cych się mo­ty­wów, te­ma­tów albo na­wet słów, bo ich po­wta­rzal­ność bę­dzie ozna­cza­ła, że au­to­ro­wi za­le­ży na ich pod­kre­śle­niu. Po­stę­pu­jąc w ten spo­sób, kła­dę na­cisk na dwie kwe­stie: na to, że au­tor chciał coś po­wie­dzieć (czy­li trak­tu­je­my go po­waż­nie), oraz na to, że w tek­ście dają się wy­róż­nić ja­kieś „obiek­tyw­ne” wła­ści­wo­ści, co do któ­rych nie mo­że­my się spie­rać: nikt nie bę­dzie kwe­stio­no­wał, czy po­ja­wia się w nim okre­ślo­ne sło­wo czy też nie. Spie­rać się mo­że­my o to, co sło­wo ozna­cza, ale nie o to, czy zo­sta­ło wy­po­wie­dzia­ne czy nie i ile razy.

U Pła­to­no­wa sło­wo „uni­wer­sal­ny” po­ja­wia się w opo­wia­da­niu czte­ro­krot­nie i za każ­dym ra­zem w kon­tek­ście ma­rzeń Fio­do­ro­wa o „uni­wer­sal­nym ho­ry­zon­cie”. Ża­den ze stu­den­tów go nie za­uwa­żył, nie mó­wiąc już o do­strze­że­niu jego roli w tym opo­wia­da­niu. Nie zdzi­wi­ło mnie to w ogó­le, bo z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie ma­le­je umie­jęt­ność uważ­ne­go czy­ta­nia, a ro­śnie po­trze­ba czy­ta­nia szyb­kie­go, prze­la­tu­ją­ce­go nad de­ta­la­mi w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś ogól­ne­go sen­su, któ­ry naj­czę­ściej spro­wa­dza się do tego, czy ktoś za­bił, czy nie. „No do­brze – po­wia­dam – w ta­kim ra­zie za­cznij­my od lek­tu­ry frag­men­tów, któ­re uwa­ża­cie za naj­waż­niej­sze albo dla­te­go, że wy­ra­żo­na w nich zo­sta­ła ja­kaś istot­na dla opo­wia­da­nia myśl, albo dla­te­go, że od­sy­ła­ją do in­nej my­śli w tym utwo­rze”. Zgła­sza się stu­dent­ka (któ­rą dla uła­twie­nia będę na­zy­wał Ka­mi­lą, na­tu­ra­li­zo­wa­na Buł­gar­ka, choć nie wiem, czy to waż­ny szcze­gół). Mówi tak: „Uwa­żam, że bar­dzo waż­ny dla utwo­ru jest na­stę­pu­ją­cy frag­ment”, po czym czy­ta (po an­giel­sku, rzecz ja­sna, bo nie czy­ta­my na tych za­ję­ciach w ję­zy­kach ory­gi­nal­nych, by mieć pew­ność, że wszy­scy po­słu­gu­je­my się tą samą mową) taki oto ury­wek: „Gdy Fio­do­row był ma­łym chłop­cem, jego oj­ciec zwykł po­ka­zy­wać mu py­ski kró­li­ków i pta­ków, któ­re za­bił. Wy­glą­da­ły po­tul­nie i na­wet in­te­li­gent­nie, nie chciał więc ich jeść, ale ko­niec koń­ców nie miał żad­ne­go wy­bo­ru”. Nie­co zdzi­wio­ny, acz za­cie­ka­wio­ny otwie­ra­ją­cą się tu per­spek­ty­wą, py­tam, dla­cze­go ten frag­ment jest istot­ny. Na to Ka­mi­la od­po­wia­da mniej wię­cej w ten spo­sób: „Bo tu cho­dzi o har­mo­nię na­tu­ry, któ­rą czło­wiek nisz­czy, a bo­ha­ter bie­rze w tym udział”. Na to ja na­stęp­nie py­tam, czy uwa­ża, że ta­kie ro­zu­mie­nie na­tu­ry – jako nisz­czo­nej przez ludz­ką agre­sję – znaj­du­je swo­je po­twier­dze­nie w ca­łym opo­wia­da­niu. „To nie ma żad­ne­go zna­cze­nia – po­wta­rza Ka­mi­la – al­bo­wiem naj­waż­niej­sze jest to, że czło­wiek wdzie­ra się w na­tu­rę i nisz­czy jej har­mo­nię, co za­słu­gu­je na na­ga­nę”. Od­po­wia­dam na to, że je­śli na­wet tak jest i je­śli uwa­ża za okrop­ne nie­ustan­ne gwał­ce­nie na­tu­ry przez czło­wie­ka (w tym cza­sie stu­dent­ka za­py­ta­ła, czy jem mię­so, a kie­dy po­twier­dzi­łem, zna­czą­co po­ki­wa­ła gło­wą), to dla wy­mo­wy tego opo­wia­da­nia nie ma to więk­sze­go zna­cze­nia, al­bo­wiem głów­ny bo­ha­ter wy­raź­nie sta­wia na­tu­rę, któ­rą gar­dzi, poza uni­wer­sal­nym ho­ry­zon­tem, po­zo­sta­ją­cym w sfe­rze nie­ustan­nych ma­rzeń, a w ca­łym opo­wia­da­niu moż­na zna­leźć wie­le przy­kła­dów po­twier­dza­ją­cych ten spo­sób my­śle­nia. We­dług Pła­to­no­wa na­tu­ra nie ma w so­bie żad­nych cech, któ­re po­win­ni­śmy ce­le­bro­wać: jest okrut­na, nud­na i ła­pie nas w emo­cjo­nal­ny po­trzask. To wy­raź­nie roz­sier­dzi­ło Ka­mi­lę, za­czę­ła pra­wie krzy­czeć. „Nic mnie nie ob­cho­dzi, co so­bie au­tor wy­obra­ża, py­tał mnie pan o opi­nię, więc ją panu przed­sta­wiam, a jak się to panu nie po­do­ba, to trud­no, bo taka wła­śnie jest moja opi­nia”. Na to od­po­wia­dam z ko­lei, że wca­le nie, że nie pro­si­łem jej o opi­nię, ale o wska­za­nie ta­kie­go frag­men­tu tek­stu, któ­ry po­mo­że nam w jego ro­zu­mie­niu, a więc w jego in­ter­pre­ta­cji i, praw­dę mó­wiąc, jej opi­nia wca­le mnie te­raz nie in­te­re­su­je, po­dob­nie jak ja sam nie wy­gła­szam wła­snych opi­nii o tek­ście, tyl­ko sta­ram się go zro­zu­mieć zgod­nie z tym, co da się w nim zna­leźć. De­kla­ra­cja, że nie in­te­re­su­je mnie jej opi­nia, do­pro­wa­dza Ka­mi­lę do fu­rii. „Jak to – krzy­czy – naj­pierw pro­si pan o opi­nie, a po­tem nie jest pan nimi za­in­te­re­so­wa­ny? O co panu w ta­kim ra­zie cho­dzi? O to, że pań­ska opi­nia jest lep­sza od mo­jej? O to?”.

Sy­tu­acja sta­je się nie­mi­ła. By unik­nąć eska­la­cji kon­flik­tu i jed­no­cześ­nie nie zlek­ce­wa­żyć tego, co Ka­mi­la mó­wi­ła, py­tam gru­pę, czy ktoś inny wła­śnie ten frag­ment uznał za istot­ny dla ro­zu­mie­nia ca­łe­go opo­wia­da­nia. Ci­sza. „No to może inny frag­ment po­ma­ga, we­dług was, le­piej zro­zu­mieć Pła­to­no­wa?” Las rąk. „Kto ze­chce prze­czy­tać?” Inna stu­dent­ka, Me­gan, czy­ta: „Ale cza­sa­mi mu­zy­ka, albo to, co czy­tał, prze­sta­wa­ło na nie­go dzia­łać – albo, co było jesz­cze gor­sze, wpa­dał w roz­pacz albo gniew, nie wi­dząc już ja­sne­go ho­ry­zon­tu, obie­ca­ne­go przez mu­zy­kę, przez czy­ta­nie, przez sztu­kę wy­obraź­ni i po­ru­sze­nie czu­łe­go ser­ca. Tak, jak­by ogłu­piał, a jego du­sza o nic już się nie trosz­czy­ła”. Oczy­wi­ście bar­dzo się ucie­szy­łem i z tego cy­ta­tu w cią­gu pół go­dzi­ny wy­pro­wa­dzi­łem całą lo­gi­kę opo­wia­da­nia, w któ­rym na­tu­ra sta­ła twar­do po stro­nie głu­po­ty, smut­ku, ego­izmu i nie­ko­mu­ni­ko­wal­no­ści. Przy­pusz­czam, że stu­den­ci ro­zu­mie­li, że ry­su­jąc na ta­bli­cy dia­gram po­ka­zu­ją­cy głów­ne zrę­by tej lo­gi­ki, jed­no­cze­śnie od­po­wia­da­łem Ka­mi­li, któ­ra sie­dzia­ła cały czas po­twor­nie na­bur­mu­szo­na. Opo­wia­da­łem, że bez owe­go uni­wer­sal­ne­go ho­ry­zon­tu, o któ­rym ma­rzył Fio­do­row, a któ­ry – jak słusz­nie stu­den­ci pod­po­wie­dzie­li – otwie­ra się dzię­ki ję­zy­ko­wi, ko­mu­ni­ka­cja nie jest w ogó­le moż­li­wa, al­bo­wiem na­sza in­dy­wi­du­al­ność trwa upar­cie przy so­bie sa­mej i nie chce się sie­bie wy­rzec, bo od tego jest: od za­pie­kłej obro­ny sa­mej sie­bie (Ka­mi­la sie­dzia­ła na­dal ze spusz­czo­nym wzro­kiem). Su­ge­ro­wa­łem nie­dwu­znacz­nie, że upa­dek w afekt – gniew, smu­tek, roz­pacz – li­kwi­du­je po­most, po któ­rym moż­na do­stać się do – umy­słu? du­szy? – dru­giej oso­by, i że tym są afek­ty: in­stru­men­ta­mi obro­ny w sy­tu­acji za­gro­że­nia. Gdy stu­den­ci, za­py­ta­ni, czy w gnie­wie uda­je im się z kim­kol­wiek po­ro­zu­mieć (Fio­do­row szedł do lasu za­bi­jać zwie­rzę­ta, żeby wy­ła­do­wać swój gniew i nie kłó­cić się z ro­dzi­ną), od­po­wie­dzie­li nie­mal zgod­nie, że nie, ar­gu­ment był go­to­wy i nie mu­sia­łem wca­le od­no­sić go do tego, co za­szło wcze­śniej mię­dzy Ka­mi­lą i mną, by wszy­scy zro­zu­mie­li, że lo­gi­ka opo­wia­da­nia, na mocy za­ska­ku­ją­cej od­po­wied­nio­ści, tłu­ma­czy to, co się wy­da­rzy­ło na za­ję­ciach. Za­da­łem pra­cę do­mo­wą: na­pi­sać in­ter­pre­ta­cję utwo­ru, albo przyj­mu­jąc su­ge­ro­wa­ny prze­ze mnie sens opo­wia­da­nia (opar­ty na dy­cho­to­mii tech­no­lo­gii i na­tu­ry), albo go od­rzu­ca­jąc i pro­po­nu­jąc wła­sny. I do­da­łem: „Pa­mię­taj­cie, nie in­te­re­su­ją mnie wa­sze opi­nie na te­mat tego tek­stu, wiem już, że nie­któ­rym po­do­ba się ten utwór, in­nym nie bar­dzo, nie in­te­re­su­ją mnie wa­sze emo­cje przy jego czy­ta­niu, któ­re za­pew­ne są dla was bar­dzo istot­ne, ale dla zro­zu­mie­nia tego utwo­ru nie mają więk­sze­go zna­cze­nia, a na­wet zro­zu­mie­nie to mogą znacz­nie utrud­niać. In­te­re­su­je mnie od­po­wiedź na py­ta­nie: jak my­śli głów­ny bo­ha­ter, we­dle ja­kich ka­te­go­rii or­ga­ni­zu­je się jego ro­zu­mo­wa­nie (je­śli jest to ro­zu­mo­wa­nie) i od­czu­wa­nie świa­ta (je­śli jest to od­czu­wa­nie), czy wśród tych ka­te­go­rii da się za­pro­wa­dzić ja­kiś po­rzą­dek (na przy­kład taki jak na ta­bli­cy), a je­śli tak, to co ten po­rzą­dek ozna­cza i jak moż­na go od­nieść do tego, co dzie­je się poza sa­mym opo­wia­da­niem, na przy­kład w wa­szym ży­ciu?”. „Czy wszyst­ko jest jas­ne?” – za­py­ta­łem. „Tak” – od­po­wie­dzie­li stu­den­ci, po czym roz­sta­li­śmy się w po­ko­ju.

Wście­kłość i wrzask

Niby wszyst­ko skoń­czy­ło się do­brze, stu­den­ci otrzy­ma­li od­po­wied­nie in­struk­cje i przy­kład, jak na­le­ży po­stę­po­wać z tek­stem, kon­flikt zo­stał za­że­ga­ny i nikt już na ni­ko­go nie krzy­czał w przy­pły­wie emo­cji. To do­świad­cze­nie po­ka­za­ło jed­nak do­bit­nie, albo ra­czej raz jesz­cze do­wio­dło, w czym tkwi chy­ba naj­więk­szy pro­blem z ucze­niem o tek­stach kul­tu­ry, nie­za­leż­nie od tego, na któ­rej pół­ku­li się ono od­by­wa. Otóż tkwi on w tym, że ogrom­nie trud­no wy­rwać stu­den­tów z klesz­czy pry­wat­nych opi­nii i umie­ścić ich na grun­cie wspól­ne­go dzia­ła­nia. „Py­tał mnie pan o moją opi­nię, a te­raz pan mówi, że nie mam ra­cji. Nie in­te­re­su­je mnie to, jak pan to wi­dzi, i jak wi­dzi to au­tor. Ja to czu­ję wła­śnie tak”. To zda­nie nie jest zda­niem od­osob­nio­nym i dla­te­go przy­wią­zu­ję do nie­go ogrom­ną wagę, bo wy­po­wia­da­ne jest co­raz czę­ściej i co­raz gło­śniej, za­rów­no w sali wy­kła­do­wej, jak i poza nią. No cóż, to praw­da, że na wcze­śniej­szych za­ję­ciach za­czę­li­śmy od wy­gła­sza­nia opi­nii, bo to do­bry spo­sób na po­bu­dze­nie za­an­ga­żo­wa­nia, rzecz jed­nak w tym, że na­stęp­nie sku­pi­li­śmy się na pod­kre­śle­niu róż­nic mię­dzy opi­nia­mi, któ­re nie szu­ka­ją żad­ne­go uza­sad­nie­nia (jest, jak mó­wię, i ba­sta!), a in­ter­pre­ta­cja­mi, od­cho­dzą­cy­mi od jed­nost­ko­we­go sądu, by zna­leźć ta­kie par­tie tek­stu, któ­re od­po­wie­dzą na py­ta­nie, o czym ten tekst (nie moja oso­bo­wość) jest. Dla stu­den­tów, na­wet tych, któ­rzy w wy­bra­nej przez sie­bie dzie­dzi­nie szu­ka­ją pro­fe­sjo­na­li­zmu, kul­tu­ra to bar­dzo czę­sto sfe­ra eks­pre­sji jed­nost­ko­wych opi­nii lub uczuć albo też war­to­ści. To, o czym mowa, jest znacz­nie mniej waż­ne od tego, kto chce mó­wić i z ja­kie­go po­wo­du. Ab­so­lut­na jed­nost­ko­wość, a więc nie­po­wta­rzal­ność tego, co się mówi w prze­strze­ni pu­blicz­nej (a sala uni­wer­sy­tec­ka jest ta­kim wła­śnie ka­wał­kiem prze­strze­ni pu­blicz­nej, w któ­rej zbie­ra­ją się lu­dzie, żeby mó­wić ra­zem o czymś, i dla­te­go wła­śnie mó­wię o niej tak dłu­go), to fe­tysz dzi­siej­szych stu­den­tów, fe­tysz, któ­re­go po­dej­mu­ją się bro­nić z hi­ste­rycz­nym za­cię­ciem.

Jed­no­cze­śnie Ka­mi­la po­ka­za­ła jed­nak coś wię­cej niż tyl­ko skłon­ność do trzy­ma­nia się wła­snej opi­nii, nie ba­cząc, czy rze­czy­wi­stość (tekst li­te­rac­ki, inni czy­tel­ni­cy) ją po­twier­dza, czy nie. Otóż za­fra­po­wał mnie jej gniew, któ­ry do­tąd dość rzad­ko ob­ja­wiał się na mo­ich za­ję­ciach, nie­za­leż­nie od uni­wer­sy­te­tu, na któ­rym uczy­łem, a było ich w wie­lu kra­jach spo­ro. Gniew ten od­czy­tu­ję tak: nikt nie bę­dzie mi mó­wił, co mam my­śleć, nikt nie bę­dzie mó­wił w moim imie­niu, moja opi­nia jest moją opi­nią i nie ma żad­ne­go zna­cze­nia, czy ktoś się z nią zga­dza czy nie, a zwłasz­cza nie po­wi­nien tego ro­bić ten, kto ma wła­dzę, czy­li, w tym wy­pad­ku na­uczy­ciel. Trud­no o mniej dwu­znacz­ne po­sta­wie­nie spra­wy. Na­sza dys­ku­sja szyb­ko prze­isto­czy­ła się w erup­cję afek­tów i wal­kę o uzna­nie, bo – choć nie da­wa­łem tego po so­bie po­znać – i ja po­zwo­li­łem po­nieść się ner­wom, któ­re jed­nak trze­ba było trzy­mać na wo­dzy. Dla­cze­go Ka­mi­la się wście­kła, ro­zu­mia­łem, ale dla­cze­go ja w du­chu się unio­słem? Bo jej za­cho­wa­nie było nie­pro­fe­sjo­nal­ne? Nie mogę wy­ma­gać od stu­den­tów, żeby byli od po­cząt­ku za­wo­dow­ca­mi, zwłasz­cza od tych, któ­rych nie stać było na eli­tar­ne szko­ły i któ­rzy są pierw­szym po­ko­le­niem w ro­dzi­nie aspi­ru­ją­cym do dy­plo­mu. Po to stu­diu­ją, żeby się cze­goś na­uczyć, i moim za­da­niem jest kie­ro­wa­nie tym stop­nio­wym pro­ce­sem prze­cho­dze­nia od opi­nii do wie­dzy, od lek­tu­ry pry­wat­nej do in­sty­tu­cjo­nal­nej. Więc dla­cze­go? Spo­ro nad tym my­śla­łem i do­sze­dłem do ta­kie­go wnio­sku. Zde­ner­wo­wa­łem się, bo w dys­ku­sji, choć po­słu­gu­je­my się ar­gu­men­ta­mi i opra­co­wa­ny­mi kli­sza­mi, w tle cały czas czy­ha na­sza emo­cjo­nal­ność, by wy­leźć na świa­tło dzien­ne, kie­dy tyl­ko bę­dzie ku temu oka­zja. Kie­dy roz­ma­wia­my z in­ny­mi, w dys­ku­sji bie­rze udział nie tyl­ko nasz umysł, ale i jego cie­le­sna po­wło­ka, któ­ra, choć na dal­szy plan wy­sła­na, cały czas jest bli­sko i cze­ka tyl­ko na swo­ją ko­lej. W tym przy­pad­ku moja emo­cjo­nal­ność za­czę­ła się mo­bi­li­zo­wać w od­po­wie­dzi na jej emo­cjo­nal­ną re­ak­cję, choć prze­cież po­wi­nie­nem po­zo­stać je­dy­nie na po­zio­mie ar­gu­men­tów. Ow­szem, uży­wa­łem ich, ale czu­łem, jak głos mi za­czy­na nie­do­strze­gal­nie drżeć, jak za­czy­na mną rzą­dzić afekt, któ­ry pod wpły­wem kon­flik­tu chy­żo prze­mie­rza mój układ ner­wo­wy. Zro­zu­mia­łem, że choć sala uni­wer­sy­tec­ka nie po­win­na być miej­scem ujaw­nia­nia emo­cji, to jed­nak nie spo­sób temu za­po­biec, je­śli chce­my, by uni­wer­sy­tet nie był miej­scem sztucz­nie od­gro­dzo­nym od resz­ty świa­ta. W świe­cie nie dzia­ła­my je­dy­nie za po­mo­cą ra­cjo­nal­nych prze­my­śleń, lecz an­ga­żu­je­my się w czy­ny wszyst­ki­mi wła­ści­wo­ścia­mi na­sze­go cia­ła i umy­słu. Ba, moż­na śmia­ło po­wie­dzieć, że mimo ca­łej fi­lo­zo­ficz­nej tra­dy­cji, któ­ra w kon­dy­cji afek­tyw­nej wi­dzi niż­szą część na­sze­go upo­sa­że­nia, pod­po­rząd­ko­wu­jąc ją in­stan­cji wyż­szej (woli, ro­zu­mo­wi), tym, co de­ter­mi­nu­je na­sze uwi­kła­nie w świat, jest układ ner­wo­wy, któ­re­go głów­nym za­da­niem nie jest prze­my­śle­nie świa­ta, lecz obro­na przed nim. Tym są wła­śnie emo­cje: Ka­mi­la po­zwo­li­ła im wy­buch­nąć, bo w ten spo­sób bro­ni­ła się przed sy­tu­acją, w któ­rej jej in­dy­wi­du­al­ność zda­wa­ła się w opre­sji. Jej emo­cjo­nal­na re­ak­cja nie zmie­rza­ła do roz­mo­wy ze mną, lecz do obro­ny, i nie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia, że – we­dług mnie – ra­cja nie była po jej stro­nie. Ra­cja nie mia­ła tu nic do rze­czy, tym bar­dziej że była to ra­cja moja, nie jej. Nad­szarp­nię­te zo­sta­ło w niej po­czu­cie wła­snej war­to­ści, z któ­rym mu­sia­ła coś zro­bić, żeby za­cho­wać in­te­gral­ność swo­je­go in­dy­wi­du­um. To, że „obiek­tyw­nie” ja mia­łem ra­cję, nie li­czy­ło się. Na­wet je­śli ro­zu­mia­ła, że tra­ci ar­gu­men­ty, nie o ar­gu­men­ty tu cho­dzi­ło. Na jej twa­rzy wi­dać było ab­so­lut­ną de­ter­mi­na­cję: nie pod­dam się two­im ar­gu­men­tom, na­wet je­śli mó­wisz praw­dę. Nie, prze­pra­szam: zwłasz­cza wte­dy, gdy mo­żesz mó­wić praw­dę. Albo wte­dy, gdy mo­żesz mieć ra­cję. Nic dziw­ne­go, że ja sam za­czą­łem wpa­dać w stan emo­cjo­nal­ne­go po­bu­dze­nia: każ­de in­dy­wi­du­um bro­ni się swo­imi afek­ta­mi przed nie­przy­chyl­nym świa­tem.

Ner­wy i tek­sty

W tym, co opi­sa­łem, nie ma ni­cze­go za­ska­ku­ją­ce­go. Wie­my do­brze, jak dzia­ła­ją na­sze emo­cje, kie­dy i dla­cze­go nas „krew za­le­wa”, kie­dy „wpa­da­my w gniew”, kie­dy „bie­rze nas cho­le­ra”. Wie­my do­brze, zwłasz­cza ci, któ­rzy mie­li lub mają oka­zję miesz­kać z na­sto­lat­ka­mi, pró­bu­ją­cy­mi (jak my daw­niej) ja­koś swo­ją afek­tyw­ną kon­dy­cję kon­tro­lo­wać i w zgo­dzie z in­ny­mi za­prząc do eg­zy­sten­cjal­nej ro­bo­ty, że gdy do­cho­dzi do obro­ny in­te­gral­no­ści „Ja” „za­ata­ko­wa­ne­go” przez ze­wnętrz­ne oko­licz­no­ści, trud­no li­czyć na „obiek­tyw­ną” oce­nę rze­czy­wi­sto­ści. In­dy­wi­du­um, wspo­ma­ga­ne przez całe swo­je cie­le­sne ob­ra­mo­wa­nie, robi wszyst­ko, by zmo­bi­li­zo­wać całą swą ener­gię do ochro­ny sa­me­go sie­bie, nie­za­leż­nie od tego, jak „na­praw­dę” spra­wy się mają, i ten, kto bę­dzie sta­rał się je prze­ko­nać, że nie ma „ra­cji”, na­tych­miast sta­nie się jego wro­giem. Emo­cje – jak po­wia­da­ją psy­cho­lo­go­wie ewo­lu­cyj­ni – wmon­to­wa­ne zo­sta­ły w na­sze cia­ła, by chro­nić nas przed świa­tem nie­przy­ja­znym, a z przy­ja­znym wią­zać. Ich ce­chą pry­mar­ną jest na­tych­mia­sto­wość dzia­ła­nia. Nie za­sta­na­wia­my się, czy się cie­szyć, czy bać. Nasz sys­tem ner­wo­wy robi to za nas, bo od szyb­ko­ści re­ak­cji może za­le­żeć nasz suk­ces w śro­do­wi­sku, nie­za­leż­nie od tego, czy mó­wi­my o mrocz­nym le­sie czy kor­po­ra­cji. Uczu­cie wstrę­tu ma­lu­ją­ce się na na­szej twa­rzy po zje­dze­niu zupy po­wstrzy­ma in­nych od jej skosz­to­wa­nia. Uka­zu­ją­ce się na na­szej twa­rzy po­czu­cie smut­ku każe in­nym za­py­tać nas, czy wszyst­ko w po­rząd­ku. Ra­dość na na­szej twa­rzy za­chę­ci in­nych do kon­tak­tu. Emo­cje wy­ra­ża­ją na­sze we­wnętrz­ne sta­ny, ale tak­że za­chę­ca­ją in­nych – lub znie­chę­ca­ją – do ko­ope­ra­cji. Są fun­da­men­tem, na któ­rym bu­du­je się na­sze „Ja”, schro­nem, do któ­re­go się cho­wa­my przed za­gro­że­niem, lub bal­ko­nem, na któ­rym od­sła­nia­my się świa­tu. Z tych po­wo­dów nie spo­sób ich igno­ro­wać. Są tym, co nas wią­że – jak sło­wa – z rze­czy­wi­sto­ścią. Nie spo­sób nie brać ich pod uwa­gę, gdy mowa jest o tym, jak czło­wiek znaj­du­je dla sie­bie miej­sce w świe­cie.

Ale emo­cje są tak­że tym, co nas od rze­czy­wi­sto­ści od­dzie­la. Ka­mi­la po­sta­no­wi­ła dać uj­ście swo­im emo­cjom, by – tak to mu­sia­ła czuć – chro­nić sie­bie przede mną, a ści­ślej, przed oczy­wi­sto­ścią ar­gu­men­tu, do któ­re­go nie chcia­ła się prze­ko­nać. Ro­bi­ła to jed­nak kosz­tem związ­ku ze mną i z resz­tą gru­py, któ­ra z nią tego in­dy­wi­du­al­ne­go od­czu­cia nie dzie­li­ła i któ­ra – mu­szę to te­raz do­po­wie­dzieć – czu­ła się z jej za­cho­wa­niem dość nie­wy­god­nie. Gru­pie cho­dzi­ło o to, by w spra­wie opo­wia­da­nia wy­pra­co­wać ja­kieś wspól­ne sta­no­wi­sko, bo w pew­nym mo­men­cie zro­zu­mia­ła, że staw­ką jest tu­taj pra­ca ra­zem dla osią­gnię­cia ja­kie­goś re­zul­ta­tu, a nie to­nię­cie w od­mę­tach fru­stra­cji (na­wet je­śli tym re­zul­ta­tem mia­ło­by być nie­prze­dłu­ża­nie za­jęć). W tej kwe­stii li­czy­li na moją po­moc, bo sami czu­li się bez­rad­ni, sztur­mo­wa­ni przez wła­sne emo­cje i nie­zdol­ni do sfor­mu­ło­wa­nia od­po­wied­niej stra­te­gii od­po­ru. Li­czy­li na to, że ja sam nie uleg­nę emo­cjom i po­ka­żę im, jak wy­brnąć z sy­tu­acji spo­łecz­ne­go pa­ra­li­żu. Ka­mi­la nie bar­dzo się z gru­pą utoż­sa­mia­ła, bo cho­dzi­ło jej o za­cho­wa­nie in­te­gral­no­ści wła­sne­go „Ja”. Oka­za­ło się na­gle, że stu­den­ci dzie­lą się na dwa obo­zy. Obóz pierw­szy, wą­tły li­czeb­nie, bo opa­no­wa­ny przez Ka­mi­lę i se­kun­du­ją­cą jej, lecz mil­czą­cą, przy­ja­ciół­kę (na­tu­ra­li­zo­wa­ną Ro­sjan­kę), stał twar­do po stro­nie jed­nost­ko­wej opi­nii kosz­tem wspól­nej pra­cy nad tek­stem. Obóz dru­gi, li­czą­cy dzie­sięć osób (w więk­szo­ści La­ty­no­ski, La­ty­nos i Po­lki z po­cho­dze­nia, lecz oso­bo­wo­ścio­wo za­me­ry­ka­ni­zo­wa­ne), chciał wy­pra­co­wać ze mną wspól­ną in­ter­pre­ta­cję utwo­ru. Na ta­bli­cy sy­tu­acja za­czę­ła przy­po­mi­nać tę z po­przed­nie­go spo­tka­nia. Z jed­nej stro­ny mie­li­śmy opi­nię, któ­ra nie chcia­ła brać pod uwa­gę żad­nych ar­gu­men­tów lub do­wo­dów do­star­cza­nych przez in­nych, za­do­wa­la­ją­cą się de­kla­ra­cją: „Bo JA tak uwa­żam!”. Z dru­giej wy­si­łek in­ter­pre­ta­cji, któ­ry zmie­rzał w stro­nę wy­pra­co­wa­nia ja­kie­goś wspól­ne­go sta­no­wi­ska, da­ją­ce­go się uza­sad­nić czymś wię­cej niż dra­ma­tycz­ną obro­ną – na­zwij­my to tak mimo ry­zy­ka po­peł­nie­nia kul­tu­ro­we­go błę­du – Czę­sto­cho­wy, czy­li za­gro­żo­ne­go w swej osob­no­ści „Ja”. To, co wy­da­wa­ło się tyl­ko abs­trak­cyj­ną teo­rią, oka­za­ło się aka­de­mic­ką rze­czy­wi­sto­ścią. Ta zaś za­czę­ła po pro­stu przy­po­mi­nać na­sze ży­cie co­dzien­ne. Kto nie pa­mię­ta sa­me­go sie­bie w sy­tu­acji, w któ­rej ewi­dent­nie nie miał ra­cji, ale brnął w emo­cjo­nal­ne za­par­te, żeby, choć przed sa­mym sobą, twa­rzy nie stra­cić?