Wojna w roku 1920 - Lucjan Żeligowski - ebook + książka

Wojna w roku 1920 ebook

Żeligowski Lucjan

0,0

Opis

Wojna w roku 1920” to obraz szczególny, widziany oczami dowódcy legendarnej 10 Dywizji Piechoty. Sam będąc doświadczonym oficerem Żeligowski stara się wyjaśnić motywy swoich działań oraz konsekwencje, czasami negatywne, rozkazów które otrzymywał. Książka zawiera liczne uwagi zarówno pod adresem szeregowych żołnierzy, jak i oficerów dając świadectwo głębokiej znajomości praktycznej strony wojny.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 174

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Lucjan Żeligowski

WOJNA

w roku

1920

WSPOMNIENIA I ROZWAŻANIA

ESPADON PUBLISHING

W A R S Z A W A  2 0 2 0

Copyright © 2020 by Espadon Publishing Sp. Z o.o.

Skład i łamanie: Espadon Publishing Sp. z o.o.

Projekt okładki: De Facto

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-60786-23-9

Espadon Publishing Sp. z o.o.

Warszawa

[email protected]

OD AUTORA

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że przyszły poważny badacz historii wojny 1920 roku będzie musiał zająć się przede wszystkim psychologią naszego żołnierza. Tylko psycholog zrozumie cały szereg zjawisk duchowej natury, które wojna ta uwidoczniła. Psycholog, badając ciężki odwrót naszych armii na północy, potrafi wysnuć ciekawe wnioski, dotyczące charakteru i wartości bojowej naszego oficera i szeregowego.

Przeszłość naszego wojska nie sprzyjała dotąd gruntownemu zajęciu się tą kwestią. Lepiej znamy charakter naszych wodzów niż zbiorowy charakter naszych szeregowców. A właśnie wojna 1920 roku może być wdzięcznym polem do tego rodzaju analizy, zwłaszcza jeśli ci oficerowie, którzy dowodzili w linii, przezwyciężą swoją niechęć do pióra i chociażby w drobnych fragmentach opowiedzą przeżycia duchowe swoje i swych podkomendnych.

Dopiero te prace dadzą nam wyobrażenie o typie polskiego żołnierza.

Dotychczas utarło się zdanie, że żołnierz nasz jest zbyt wrażliwy, że nie umie się dobrze bronić, że każdy odwrót działa na niego szczególnie demoralizująco, czyli że – do pewnego stopnia – stanowi drugorzędny materiał żołnierski.

Badanie wojny 1920 roku winno położyć kres tym dyletanckim twierdzeniom. Oficer i żołnierz, którzy, w następstwie błędów strategicznych, wykonali odwrót przeszło 600-kilometrowy, pod naciskiem trzykrotnie niemal przeważającego nieprzyjaciela, stosując fałszywą taktykę linearną, nie utracili jednak nigdy zdolności bojowych i w rezultacie, zwyciężywszy pod Warszawą, dowiedli, że ujemne sądy wydawane o nich są powierzchowne. Zasługują oni na to, aby głębiej zbadać ich psychikę.

Chciałbym, aby moja praca, wraz z jej błędami, była zachętą dla tych wszystkich, którzy mając dużo do powiedzenia, dotychczas milczeli. Mówiąc to mam na myśli oficerów liniowych, którym armia nasza z roku 1920 tak wiele zawdzięcza.

Spotkać mnie może zarzut, że mówiąc o wojnie 1920 roku nazbyt krytycznie omawiam wypadki i podkreślam błędy, pomijając strony dodatnie, w które tak obfitowała ta ciężka dla nas wojna.

Czynię to świadomie. Nie tylko w myśl zasady, że trzeba się uczyć na własnych błędach, nie tylko dlatego, że – moim zdaniem – we wszystkich dziedzinach naszego piśmiennictwa wojskowego panuje ton zbyt gloryfikacyjny, zrozumiały po zwycięstwie, lecz szczególnie dlatego, że na szczeblu dowódcy dywizji, z którego oceniam wypadki bojowe, błędy te dają się odczuwać najbardziej.

Na koniec poczuwam się do obowiązku serdecznego podziękowania Szefowi Wojskowego Biura Historycznego, p. generałowi Julianowi Stachiewiczowi, za ułatwienie mi pracy niniejszej.

Jeśli chcemy atakować,

musimy być przygotowani

do obrony.

Napoleon

WIOSNA 1920

Sprawa dowództwa – Grupy operacyjne – Front litewsko-białoruski – Linia kordonowa – Powrót do mojej dywizji – Papierowa gospodarka

W końcu marca 1920 roku otrzymałem rozkaz zameldowania się w Warszawie u Naczelnego Wodza. Dowodziłem wtedy grupą operacyjną, składającą się z 2., 6. i 14. Dywizji z miejscem postoju w Mińsku Litewskim, podlegając dowództwu frontu litewsko-białoruskiego.

Był to okres, kiedy front ten rozczłonkowywano na trzy armie, i chodziło o wyznaczenie ich dowódców. Z grupy mińskiej formowano czwartą armię. Byłem pewny, że w dalszym ciągu będę nią dowodził. Tak się nie stało. Kiedy zameldowałem się w Belwederze, powiedział mi Marszałek Piłsudski, że ma wielkie trudności ze sprawami personalnymi, i zapytał, czy zgodzę się objąć dowództwo 10. Dywizji Piechoty, gdyż na dowódców armii mają być wyznaczeni inni generałowie. Muszę przyznać, że propozycja ta była dla mnie nader przykra, nie dałem tego jednak odczuć Marszałkowi. Wiedziałem, w jak ciężkiej sytuacji znajduje się Naczelny Wódz, wyznaczając dowódców. Mówiono o warunkach stawianych przez niektórych generałów. Potępiałem zawsze tych panów. W armiach zaborczych byliby wdzięczni za stanowiska znacznie niższe. Oczywiście zgodziłem się bez zastrzeżeń na propozycję Marszałka, nie dając mu poznać, jak przykra była dla mnie ta degradacja.

Byłem zwykłym, liniowym oficerem w byłej armii rosyjskiej i nigdy nie marzyłem o wysokich stanowiskach, tym bardziej że prócz wartości bojowych nie posiadałem żadnych kwalifikacji specjalnych. Rozumiałem jednak, że mam przewagę nad niektórymi generałami nie tylko dlatego, że już od roku 1915 robiłem wszelkie wysiłki dla sformowania armii polskiej w Rosji i że 4. Dywizja Strzelców, dowodzona przeze mnie, była jedynym oddziałem, który po ciężkich przemarszach z Kubania przybył z Rosji do Polski z bronią w ręku, ale szczególnie dlatego, że jako były oficer armii rosyjskiej znałem charakter wschodniego przeciwnika, charakter naszej ludności na kresach wschodnich i topografię kraju.

Wszystkie te myśli przeszły mi przez głowę, gdy rozmawiałem z Marszałkiem Piłsudskim. Zdawałem sobie jednak sprawę, że wojna trwa, a sytuacja Naczelnego Wodza jest niezmiernie ciężka. Kwestie personalne były naszym przekleństwem. Czy miałem utrudniać sytuację? Chętnie po męczącej wojnie oddałbym się mojemu ulubionemu zawodowi – rolnictwu. Czas jednak nie był odpowiedni. Zgodziłem się więc i w kilka dni później zameldowałem się w Wilnie u generała Zygadłowicza, któremu przed kilkoma miesiącami zdałem 10. Dywizję Piechoty, a który obecnie wyznaczony został na dowódcę 1. Armii.

Dowodzenie grupą operacyjną w Mińsku pozostawiło mi przykre wspomnienia. Już samo pojęcie „grupa operacyjna” dało się nam we znaki w tej wojnie. Organizacja ta była wprost naszą plagą, gdyż stwarzała nowe organizmy dowodzenia, nie dając im ku temu żadnych środków. Stwarzano grupy w najrozmaitszych wymiarach, nawet wtedy, kiedy nie było żadnych operacji. Istniały grupy większe od armii, ale były i mniejsze od batalionu.

W zasadzie mogło się zdarzyć, że pewne zadanie wymagało połączenia kilku oddziałów, nie związanych ze sobą organizacyjnie lub pochodzących z różnych rodzajów broni. Wówczas jeden z dowódców obejmował całość i wykonywał pewien plan operacyjny. W podobnych wypadkach, np. we Francji, istniał już przygotowany zawczasu sztab takiej grupy. Wyznaczony dowódca, obejmując grupę, posiadał zorganizowany aparat dowodzenia, wyposażony we wszystkie nowoczesne środki.

Gorzej było u nas. Zwykle jeden z dowódców dywizji zostawał dowódcą grupy. Najczęściej nic nie było zorganizowane – ani łączność, ani środki lokomocji. Jeżeli więc taki dowódca zabierał ze sobą to, co miał w dywizji, to krzywdził swego następcę i swoją dywizję. Jeżeli tego nie zrobił, to nie mógł się po prostu ruszyć z miejsca. Jeśli jakimś sposobem dostał się do miejsca postoju swojej grupy, to był tam ciężarem jednego z podległych mu oddziałów, któremu „rekwirował” środki dowodzenia. Jeżeli się na to nie zdecydował, pozostawał bezczynny.

Pamiętam, że dowodząc dywizją codziennie ze strachem czekałem wyznaczenia mnie na dowódcę grupy. Miałem w sztabie jeden stary samochód. Jako dowódca grupy musiałem się nim, oczywiście, posługiwać, a zastępca mój pozostawał bez żadnego środka lokomocji. To samo dotyczyło łączności, najgorsze zaś było to, że i szefa sztabu [dywizji] należało „awansować” na szefa grupy, a dywizja musiała sobie jakoś radzić.

Dziwny wydaje się ten pęd do stwarzania grup, zwłaszcza gdy się zważy, że dowódca armii dowodził u nas 4-5 dywizjami, a więc liczbą, jaką dowodzić można bez trudności.

Chodziło tu o kwestię odpowiedzialności, którą wyższe dowództwa lubiły się dzielić, zwłaszcza w czasie niepowodzeń. Nie zamierzam omawiać tych przebrzmiałych spraw szerzej, ale po moich doświadczeniach na tym polu życzę naszej armii, aby w przyszłej wojnie nie posiadała dowódców grup z nagła oderwanych od swoich macierzystych oddziałów, z aparatem dowodzenia stwarzanym „we własnym zakresie”.

Szczególnie w warunkach, jakie istniały na froncie litewsko-białoruskim, organizacja grup była nie tylko niecelowa, ale nawet szkodliwa. W jakimże bowiem okresie działo się to wszystko? Na froncie nie było pokoju, ale nie było i wojny. Wojska nasze stały rozciągnięte w długą linię, mając za najpoważniejsze zadanie osłonę ludności przed bolszewizmem. Kraj, biedny z natury, był do szczętu wyniszczony wojną światową. Dowództwo wojskowe w tych warunkach musiało starać się, by ulżyć miejscowej ludności. Scentralizowanie w Wilnie władzy gospodarczej dowództwa frontu bynajmniej temu nie sprzyjało. Grupy operacyjne, które mogły pośredniczyć między frontem a oddziałami i ludnością, nie posiadały ani aparatu gospodarczego, ani uprawnień. Gospodarce cywilnej, prowadzonej z wielką energią i znajomością rzeczy przez dzisiejszego wojewodę wileńskiego, pana Raczkiewicza, grupa mało mogła dopomóc.

Tu dodam, że wielką wadą w całym ówczesnym systemie dowodzenia był brak osobistego porozumienia między dowódcą a podwładnymi. Wszystko ograniczało się do pisemnych rozkazów. Nie pamiętam, ażeby w ciągu całej zimy choć raz wezwano mnie na jakąś naradę czy konferencję, mimo że kilkakrotnie o to prosiłem. Kiedy obecnie generał Szeptycki w swojej książce skarży się, że narad takich nie zarządzało i Naczelne Dowództwo, to trzeba przyznać, że zaniechaliśmy najprostszej i najbardziej celowej drogi do kontaktu między przełożonymi i podwładnymi.

Armia nasza zimą 1919 roku na kresach wschodnich znajdowała się w ciężkich warunkach. Uzbrojona niejednolicie, ze słabą artylerią i dużymi brakami amunicji, wyszkolona naprędce, najczęściej tylko w musztrze formalnej, nie posiadająca prawie szkolenia strzeleckiego, źle zaopatrzona, często bez taborów, kuchni polowych i ciepłego umundurowania spędzała surową zimę ówczesną na biednych i wyniszczonych terenach, w ciągłych większych i mniejszych utarczkach z oddziałami sowieckimi.

Bardzo dzielnie zachowywało się społeczeństwo polskie na kresach wschodnich. Znaczna większość mężczyzn pełniła służbę wojskową, przeważnie w dywizji litewsko-białoruskiej, a wiele kobiet pracowało w szpitalach, zakładach gospodarczych i instytucjach filantropijnych. Trzeba było podziwiać energię i poświęcenie naszych kobiet kresowych w tych niełatwych warunkach.

Ze wspomnień mińskich utkwiły mi w pamięci dwa wypadki, nie związane bezpośrednio ze sprawami wojska, ale charakterystyczne dla tych czasów.

Oddziały sowieckie, opuszczając Wilno, uprowadziły z sobą cały szereg obywateli, zajmujących pewne stanowiska. Byli wśród nich księża, profesorowie, lekarze i obywatele ziemscy. Później, właśnie w zimie 1920 r., zwalniano tych ludzi partiami, wymieniając ich na zwolenników [bolszewizmu] czy też obywateli sowieckich. Pamiętam powrót jednej z takich grup, w której znajdował się cały szereg wybitnych obywateli, z biskupem Michalkiewiczem i profesorem Massoniusem na czele. Wyjechaliśmy na ich spotkanie wraz z p. Raczkiewiczem do Borysowa, na linię naszych placówek. Długa kolumna ludzi, objuczonych tobołami, posuwała się przez zarośla, brnąc w śniegu. Powitanie było bardzo radosne i rozrzewniające.

Wówczas zdarzył się ciekawy wypadek.

Jeden z tych panów zbliżył się do mnie i zakomunikował mi, że posiada list wybitnego działacza sowieckiego, Polaka, do jego rodziny w Polsce. Otóż ów działacz, wręczając memu rozmówcy ten list, polecił mu, by przed oddaniem pisma krewnym pokazał je któremukolwiek z polskich wyższych dowódców. Stąd pan ten zwrócił się do mnie, wskazując mi ustęp, który zakreślił mu ów działacz sowiecki. Dotyczyło to jazdy Budionnego, działającej na Kaukazie: „Jazda ta – pisał ów Polak-komunista – jest wyśmienita i nie chciałbym, aby kiedykolwiek trafiła do Polski”.

Był to jeden z wypadków, nie odosobniony zresztą, gdzie Polak-komunista pomagał swoim, jak mógł. Zdarzało się jednak i odwrotnie. Bywali Polacy-komuniści znacznie gorsi dla swoich niż Rosjanie.

Drugi ciekawy wypadek zdarzył się niedługo potem.

Pewnego dnia przekroczył granicę wraz z żoną i kilkoma przyjaciółmi znakomity pisarz rosyjski Dymitr Mereżkowski. Pozostał on w Mińsku dłuższy czas i miałem sposobność dyskutowania z tym miłym człowiekiem o wielkiej duchowej kulturze. Był rozżalony na Polskę: „Jak to – mówił – Polacy, naród tak rycerski, nie chcą wyratować nas od bandy zbójów, którzy przypadkowo opanowali władzę? Nie byłaby to walka z Rosją ani z jej przedstawicielstwem, byłaby to walka z bandytyzmem”.

Starałem się przekonać tego gorącego patriotę, że Polska nie może rozpoczynać wojny z Rosją. Nie możemy się wtrącać w sprawy wewnętrzne rosyjskie nie tylko dlatego, że nie mamy na to sił, ale i dlatego, że nauczyła nas historia, iż nie należy nigdy mieszać się do spraw sąsiada ze wschodu. A gdyby to nawet było możliwe i Polska zajęła Moskwę, trzeba by się stamtąd wycofywać, gdyż mielibyśmy wszystkich przeciwko sobie. Komu wtedy oddalibyśmy władzę? Jakiemu stronnictwu?

Na to pytanie Mereżkowski nie mógł dać odpowiedzi, gdyż takiego stronnictwa w Rosji nie było.

Dużo mówiło się i mówi o systemie kordonowym, który wtedy istniał na froncie. System ten polegał na tym, że cała armia rozciągnięta była w cienką linię od Dniestru do Dźwiny, tworząc osłonę Polski od wschodu. Naczelnemu Dowództwu robiono zarzuty, że wzorując się na frontach z wojny światowej, a nie mając po temu ani sił, ani środków, nie starało się wynaleźć innego, bardziej dla nas odpowiedniego ugrupowania. Oczywiście, jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko względy bojowe, to kordonowe to ugrupowanie było dla nas bardzo szkodliwe, gdyż nie pozwalało nigdzie zgrupować silniejszych odwodów ani ugrupować się w głąb.

Istniały jednak wówczas względy nie tylko bojowe.

Któż z nas nie pamięta roku 1919, nastrojów, warunków i stosunków, jakie wówczas panowały na wschodzie? Sterroryzowana ludność garnęła się do Polski, błagając o pomoc. Czy był dowódca, który by mógł odmówić tej pomocy, nawet z uszczerbkiem dla spraw strategicznej czy taktycznej natury? Właściwie cały rok 1919 i cała zima 1919/20 przeszły pod znakiem zabezpieczania tej ludności. Czy można winić dowódców, którzy z pewną ujmą dla zadań bojowych osłaniali swych rodaków?

Sądzę, że osławiona linia kordonowa w biernym okresie wojny była czymś naturalnym, a błąd polegał na tym, że zawczasu nie wytężyliśmy myśli, aby w razie potrzeby zmienić ją na inne, bojowo bardziej dla nas korzystne ugrupowanie.

Siłą rzeczy kordon przetrwał nie tylko całą zimę, ale i wiosnę, trwając w dalszym ciągu niemal do wrót Warszawy.

Zaniechaliśmy manewru, walczyliśmy linią. Stąd jej katastrofalne skutki do sierpnia 1920, tj. do czasu, kiedy zarzuciliśmy ją zupełnie.

We wspomnianej na wstępie przykrej dla mnie sytuacji dodatnią stroną było to, że porzucałem grupę, a wracałem do dowodzenia dobrze mi znaną i związaną ze mną całym szeregiem przeżyć 10. Dywizją Piechoty.

Dywizja ta miała swoją wyjątkową historię. Składała się z 2 części: z 4. Dywizji Strzelców, sformowanej na Kubaniu w roku 1918, i 10. Dywizji Piechoty, która formowała się w Łodzi.

Po rozbrojeniu I Korpusu generała Dowbór-Muśnickiego i po bitwie kaniowskiej1 oficerowie i żołnierze, którzy nie chcieli wracać do kraju okupowanego przez Niemców, udawali się na Kubań do rosyjskiej armii generała Denikina, gdzie jeszcze istniała słaba możliwość formowania polskich oddziałów. W ten sposób na Kubaniu zebrała się grupa ludzi, należących do różnych organizacji i do różnych stronnictw politycznych.

Byli tam i piłsudczycy, i dowborczycy z I Korpusu, i hallerczycy z II Korpusu, z przekonań socjaliści, narodowi demokraci i inni. Wszystkich tych ludzi, częstokroć wrogo do siebie usposobionych politycznie, łączyła wspólna idea tworzenia wojska polskiego.

Armia Denikina, osaczana przez Sowiety, nie tylko nie mogła uzbroić i zaopatrzyć polskich oddziałów, ale wymagała jeszcze, aby biły się one pod jej rozkazami.

Historia niewątpliwie odnajdzie tu wiele ciekawych momentów, ustalających patriotyzm, energię i siłę woli tych ludzi, którzy, odbywając dalekie, niebezpieczne podróże przez najrozmaitsze fronty niemieckie i sowieckie, wśród najcięższych warunków materialnych i moralnych, zmuszeni często przelewać krew za sprawy obce, dążyli niestrudzenie do jednego, by gdzieś w okolicy gór Kaukazu służyć interesom Polski i reprezentować jej honor.

Historię 4. Dywizji Strzelców w owych czasach charakteryzuje rozkaz generała francuskiego d’Anselme, dowódcy grupy dywizji, złożonej z 2 francuskich, 2 greckich i jednej polskiej dywizji, które tworzyły pod wspólnym dowództwem marszałka Franchet d’Esperay armię południową.

Gdy 4. Dywizja Strzelców opuszczała grupę, udając się wzdłuż Besarabii i Bukowiny do Polski, generał d’Anselme wydał następujący rozkaz pożegnalny:

Czwarta Dywizja Polska opuszcza Grupę i idzie w bój, by dotrzeć do granic swej Ojczyzny i by dokonać dzieła ostatecznej odbudowy wielkiej Polski, która dla Francji żywiła odwieczną przyjaźń i była najwierniejszą jej sojuszniczką.

Czwarta Dywizja Polska w ciągu wielu miesięcy walczyła z nami w Rosji i cała nasza Grupa mogła podziwiać energię, wierność i legendarną brawurę oddziałów polskich.

Wśród olbrzymich trudności i wielkich niedostatków Polacy utrzymali wysoko poziom ducha i wiarę w przyszłość kraju.

Generał d’Anselme winszuje Im i dziękuje za usługi położone dla wspólnej Sprawy. W imieniu całej Grupy oddaję cześć Generałowi Żeligowskiemu, 4. Dywizji Polskiej i Jej Sztandarom.

(–) d’Anselme, generał

Po przejściu dywizji przez Odessę, Besarabię i Rumunię do Polski została ona na rozkaz Naczelnego Wodza połączona z 10. Dywizją Piechoty. Odnośny rozkaz brzmiał:

Przesyłam na ręce Generała wyrazy serdecznej radości, że dzielne wojska przez Pana dowodzone po długiej tułaczce i świetnych walkach na obcej ziemi stanęły wreszcie na gruncie ojczystym. Za dotychczasową służbę w obronie honoru oręża polskiego dziękuję Generałowi, Oficerom i Żołnierzom Dywizji. Zawiadamiam zarazem Generała, że wobec słabego stanu Dywizji, która rozporządza jedynie kadrowym materiałem, potrzebnym gwałtownie dla całego wojska, rozwiązuję niniejszym Jego Dywizję, przeznaczając skład do zaszczytnej roli zapłodnienia szeregów armii polskiej tym duchem wojennym, który dotąd cechował Dywizję Pana Generała.

(–) Józef Piłsudski, Wódz Naczelny

Z żalem rozstawała się „dzika” dywizja ze swoją dotychczasową tradycją i zmieniała nazwę z 4. na 10. Większość jednak stanowisk dowódców od brygad do kompanii objęli w niej przeważnie oficerowie 4. Dywizji, a jej podoficerowie i szeregowi zostali również wcieleni do 10. Dywizji. Wszyscy oficerowie i podoficerowie przeszli twardą szkołę, mieli duże doświadczenie, stali blisko żołnierza i stanowili pierwszorzędny materiał bojowy.

10. Dywizja, rozrzucona wówczas na całym froncie, zebrała się na rozkaz Naczelnego Wodza w okolicy Niżniowa – Złotego Potoku w przeddzień bitwy pod Jazłowcem, w której bohaterem dnia był pułk ułanów (dzisiejszy 14. pułk ułanów jazłowieckich, przybyły wraz z 4. Dywizją z Kubania pod dowództwem rotmistrza Plisowskiego). Tu odbyło się połączenie obu dywizji w jedną. W kilka dni później 10. Dywizja osiągnęła linię Zbrucza, stanowiącą do dzisiaj granicę państwa.

Omawiam obszerniej powstanie dywizji i jej tradycje, gdyż dzieje jej w przeważającej części stanowią treść niniejszych moich wspomnień.

Po bitwie pod Jazłowcem i zajęciu linii Zbrucza wyznaczony na dowódcę grupy do Mińska z wielkim żalem opuszczałem szeregi 10. Dywizji. Teraz wracałem, by znowu nią dowodzić.

10. Dywizja składała się z czterech pułków piechoty: 28., 29., 30. i 31. oraz 10. pap. Pierwsze dwa tworzyły XIX brygadę, dowodzoną przez pułkownika Małachowskiego, dwa drugie stanowiły XX brygadę, którą dowodził pułkownik F. Sikorski. Obaj ci dzielni oficerowie przybyli wraz z 4. Dywizją Strzelców i dowodzili w niej od jej najwcześniejszych zaczątków.

Gdy powtórnie obejmowałem dywizję w Wilnie, dwa pułki dywizji: 28. i 30. znajdowały się w Wilnie, 29. zaś i 31. były na froncie litewskim.

Objąwszy dowództwo, znalazłem w sztabie dywizji wielkie zmiany, szczególnie w dziedzinie prac kancelaryjnych. Rozkwitła niezwykle papierowość. Pisano z jednego pokoju do drugiego. Kwestie, które można było załatwić w kilku słowach telefonicznie, nabierały wagi, wchodząc w akta, gdzie dopiero rozpoczynał się proceder referowania całej tej papierowej gospodarki. Odnosiło się wrażenie, że nie tyle chodzi o to, aby coś zrobić, ile o to, żeby na wszystko mieć usprawiedliwienie w aktach i odpisach na wypadek odpowiedzialności.

Na szczęście choroba ta nie dotknęła pułków. Nie zdołała tam dotrzeć. Broniło się przed nią życie i prosty rozum żołnierski.

Podobnie obcy był dla mnie tu nowy system dowodzenia. Dowództwo armii dysponowało często już nie batalionami, ale nawet kompaniami.

Dziś, z perspektywy lat, szukając źródła tej choroby, widzę ją przede wszystkim we wzajemnym braku zaufania. Wyżsi oficerowie należeli do różnych armii zaborczych, a więc pochodzili z różnych szkół i środowisk. Prawie nigdy nie mogliśmy się zrozumieć. Gotów jestem przyznać, że niektórzy starsi austriaccy oficerowie stali wyżej od rosyjskich. Polak w armii rosyjskiej pozbawiony był możności wyższego wykształcenia wojskowego. Nie mógł on skończyć wyższej szkoły wojennej, nie mógł zajmować całego szeregu stanowisk sztabowych. Mógł być tylko i wyłącznie oficerem liniowym. Stąd jego niższość od oficera austriackiego w zakresie organizacyjnym i służby w sztabach i stąd jego wyższość w służbie liniowej i w sprawach bojowych. Austriaccy generałowie po przejściu do naszej armii przynieśli z sobą cały system papierowości nadmiernej, jak się zdaje, nawet w starej i celowo zorganizowanej armii austriackiej.

U nas system ten okazał się zupełnie nieżyciowy i zamiast upraszczać, plątał i komplikował życie naszego wojska.

1 W pobliżu Kaniowa na Środkowej Ukrainie 11 maja 1918 roku II Korpus gen. Hallera stoczył zaciętą bitwę z niemieckimi wojskami okupacyjnymi [przyp. red.].

POCZĄTEK DZIAŁAŃ WOJENNYCH

Południe a północ – Rosyjska ofensywa majowa – Kontrakcja armii rezerwowej – Błędne wysunięcie lewego skrzydła – Znaczenie okopów niemieckich i ich wartość dla nas w roku 1920 – Nasz żołnierz – Co wiedzieliśmy o przeciwniku – Doktryna Napoleona

Z wiosną 1920 roku było już rzeczą zupełnie niewątpliwą, że Sowiety lada dzień rozpoczną działania zaczepne przeciw Polsce, stanowiącej dla nich przeszkodę w urzeczywistnieniu rewolucji światowej.

Mówiło się wówczas wiele o celowości wojny na południu i akcji na Kijów. Nas, żołnierzy, mało to obchodziło. Wyprawy tej chciał i kierował nią Naczelny Wódz, a to wystarczało dla przekreślenia wszelkich wątpliwości. Zresztą dążenia, zmierzające do naprawy błędów naszej przeszłości datujących się od czasów Chmielnickiego, wydawały się wszystkim celowe i słuszne.

Omyliliśmy się jednak w ocenie sytuacji strategicznej. Zamiast na południu, Rosjanie koncentrowali swe wojska na północy. Stało się to oczywiste wtedy, kiedy większość naszych sił zgrupowana była na Ukrainie. Wódz Naczelny zadecydował nie zmieniać planu wojny, a tylko przyśpieszyć operację, i 7 maja wojska nasze weszły do Kijowa.

Lecz atakując na południu, musieliśmy osłabić północ. Angażując większe siły na południu, trzeba było bronić się na północy i w tym celu zorganizować odpowiednio cały system strategicznej i taktycznej obrony. Należało przewidywać, że nasi przeciwnicy na nasze uderzenie na południu odpowiedzą na północy.

W momencie rozpoczęcia kampanii linia północnego frontu biegła spod Połocka przez Lepel i Borysów, następnie wzdłuż Berezyny do Bobrujska, skąd dalej na południe wzdłuż rzeki Ptyczy do Prypeci.

Jak należało oczekiwać w odpowiedzi na naszą akcję na południu, Rosjanie, którzy nie mieli jeszcze skoncentrowanych wszystkich sił na północy, z tym, co mieli, rozpoczęli tak zwaną ofensywę majową.

Jakkolwiek zaatakowana 1. Armia, posiadająca w pierwszej linii 8. Dywizję i 1. Dywizję litewsko-białoruską, musiała się cofnąć do linii: górny brzeg rzeki IIji – Madzioł – Postawy, ofensywa ta nie wydała się nam poważna.

Mogła natomiast i powinna była nam dać dużo do myślenia. Przekonaliśmy się przede wszystkim, że linia osłony, stanowiąca jednocześnie naszą linię obronną – nie jest odpowiednia. Rozciągnięte na kilkadziesiąt kilometrów słabe dywizje, bez odwodów, w żadnym punkcie nie były zdolne ani do stawiania oporu, ani do przeciwnatarcia.

Nadto, przedsiębiorąc wyprawę kijowską i angażując tam większe siły, mieliśmy front północny zbyt wysunięty na wschód, bo niemal aż do przedmieść Połocka. Majowa ofensywa Sowietów uwidoczniła silnie ten nasz błąd, który łącznie z linią kordonową stanowił wielkie niebezpieczeństwo dla frontu północnego, w szczególności dla jego północnego skrzydła.

Zasadniczym więc wnioskiem, jaki z wypadków na całej wschodniej granicy należało wyciągnąć, było cofnięcie lewego skrzydła do okopów niemieckich i przygotowanie do obrony Wilna i Grodna.

W ostatnich dniach maja ukończono koncentrację świeżo sformowanej armii rezerwowej pod dowództwem generała Sosnkowskiego.

W tych dniach też wchodzi w akcję na wschodnim froncie brygada 10. Dywizji, dowodzona przez pułkownika Małachowskiego, która dotąd pozostawała częściowo w Wilnie, częściowo wzdłuż granicy litewskiej.

Natarcie sowieckich wojsk w rejonie Dzisny i Mołodeczna, przełamawszy nasz front, wytworzyło jak gdyby worek, głęboko dnem sięgający na zachód. Chcąc ten worek zlikwidować, Naczelny Wódz zamierzał uderzyć w dwóch kierunkach: od strony Borysowa i Ihumenia od południa oraz od Bracławia – Pohostu z północy.

Zostałem wezwany do dowódcy armii rezerwowej, generała Sosnkowskiego. Sztab tej armii znajdował się w Święcianach. Prócz mojej dywizji podporządkowano mi 21. i 23. pułki piechoty oraz 13. pułk ułanów wileńskich. Tego samego dnia przybyłem do Kozian, następnego zaś ranka rozpoczęło się nasze natarcie.

Po przeszło 2-tygodniowych ciężkich bojach doszliśmy do wysokości rzeki Auty. Przedostatniego dnia naszego zwycięskiego marszu dowódca 2. batalionu 30. pułku, kapitan Podwysocki, znalazłszy się na tyłach nieprzyjaciela, zdobył pod Hostobożem i Jamnami 28 karabinów maszynowych i większą liczbę jeńców.

Jakkolwiek pułki były bardzo przemęczone, opanowanie miasteczka Dzisna, z uwagi na rzekę Dźwinę, wydało mi się konieczne. Toteż z pewnym zdziwieniem przyjąłem rozkaz zajęcia pozycji między jeziorami Jelnia i Żado i dalej na południe. Jednakże po głębszym zastanowieniu się doszedłem do przekonania, a i dzisiaj jestem najgłębiej przekonany, że rozkaz ten był jedynie celowy. Dlaczego?

Generał Szeptycki np. uważa, że powinniśmy byli kontynuować ofensywę czerwcową, wyzyskując porażkę nieprzyjaciela. Pisze on w swej książce pod tytułem „Front litewsko-białoruski”:

Jestem przekonany, że kontynuowanie ofensywy dałoby nam niezliczone sukcesy. Rozbijając oddziały 15. Armii sowieckiej, silnie ugrupowanej w rejonie Lepla, uniemożliwiłbym na długi przeciąg czasu zaczepne zamiary nieprzyjaciela.

i dalej:

W niewykorzystaniu dogodnej dla nas sytuacji z początkiem czerwca widzę jeden z głównych powodów naszych klęsk w lipcu.

Ja natomiast uważam, że generał Szeptycki nie ma racji i że nie powinniśmy byli iść naprzód. Nie tylko dlatego, że wojska mieliśmy przemęczone 2-tygodniowymi ciężkimi bojami, nie tylko dlatego, że zamierzone było przerzucenie niektórych dywizji na front południowy, lecz szczególnie dlatego, że mieliśmy bardzo małe stany liczebne i że żadnej korzyści po tej ofensywie spodziewać się nie było można. W najlepszym razie mogliśmy się posunąć jeszcze o 100 km, zająć jeszcze pewien obszar terytorialny.

Czy to jednak było naszym zadaniem strategicznym? Czy wyczerpane i nieliczne nasze dywizje mogły rozbić grupującą się armię rosyjską i przeszkodzić jej koncentracji?

Dziś już wiemy, że w tym samym czasie dążyły do rejonu koncentracyjnego Połock – Tołoczyn – Orsza liczne dywizje i pułki marszowe, ściągane przez rząd Sowietów z różnych frontów. Czy nawet rozbicie niektórych z nich mogło mieć jakikolwiek wpływ na przygotowane wielkie ugrupowanie wojsk, a więc i na przyszłą kampanię?

Sytuacja strategiczna na całym wschodnim froncie wymagała wobec akcji na Ukrainie nie wysuwania na wschód grupy północnej, ale cofnięcia jej na linię niemieckich okopów. Daleko idąca ofensywa mogła nas narazić na katastrofę i odsłonięcie całego obszaru północnego frontu.

Sprawa ta nie jest bynajmniej nowa. Marszałek Piłsudski omawia ją w swojej książce obszernie, a poza tym jest faktem, że już w czasie wojny, przed rozpoczęciem wielkiej ofensywy sowieckiej, Naczelne Dowództwo proponowało dowództwu frontu cofnięcie lewego skrzydła na linię okopów niemieckich. Niestety rada ta, nie poparta rozkazem, została przez dowódcę frontu północnego zlekceważona.

Myśl niewysuwania lewego skrzydła za daleko na wschód musiała się ścierać z inną myślą, która gdzieś na polach Smoleńska w opisanych warunkach szukać chciała rozstrzygnięcia. Jak zobaczymy, ta druga myśl nie została zaniechana, i w przeddzień generalnej ofensywy rosyjskiej, w przeddzień ataku 15 dywizji rosyjskich, otrzymała 10. dywizja, składająca się wtedy z 3 pułków, rozkaz zajęcia miasteczka Jazno.

Jak mówiłem, nie tylko ruch armii naprzód nie był pożądany, ale i cofnięcie się na linię okopów niemieckich, zgodnie z poglądem Naczelnego Wodza, było wskazane i konieczne.

Po pierwsze, skróciłoby to front o 130 km, po drugie, odchyliłoby na zachód nasze zbyt wysunięte lewe skrzydło, po trzecie, dałoby armii możność wykorzystania umocnień, budowanych celowo i w każdym razie znacznie silniejszych aniżeli to, co w ciągu 2 tygodni mogliśmy wybudować na rzece Aucie. Innymi słowy, zaangażowawszy się na południu, musieliśmy przejść do obrony na północy, a tu linia okopów niemieckich była znacznie odpowiedniejsza aniżeli linia Auty.

Generał Szeptycki wysuwa dwa argumenty, mające uzasadnić, dlaczego był przeciwny zajęciu okopów niemieckich. P i e r w sz y, że okopy niemieckie budowane były dla większej liczby wojsk, a więc trudno je było obsadzić naszymi szczupłymi siłami; d r u g i, że nasz młody żołnierz mógł się zdemoralizować w czasie odwrotu na tę linię.

Uważam obydwa te zastrzeżenia za n i e i s t o t n e.

Oczywiście, okopy niemieckie wybudowane były dla większej liczby wojsk, lecz to nie wykluczało wcale, byśmy z nich nie mogli wybrać tego, co nam było przydatne. Przy tym główną ich cechą była oszczędność sił, które Niemcom tak bardzo były potrzebne na zachodnim froncie. Ideę obrony ogniowej doprowadzono tam do doskonałości, podobnie jak i odrutowanie, którego nie zdążyły zniszczyć nasze, smutnej pamięci, demobile. Prawda, że nie było już całych odrutowanych pól ani przewodów wysokiego napięcia, ale to, co było, wystarczało, aby przy pewnej energii i zdolnościach poszczególnych dowódców stworzyć oparcie dla naszych nielicznych, lecz silnych duchem oddziałów. Rzecz naturalna, że i ta linia mogła zostać przełamana przez wojska Sowietów, ale linia Auty znacznie łatwiej mogła ulec i uległa zresztą temu losowi.

Linia okopów niemieckich miałaby jeszcze i tę dobrą stronę, że przestałaby łączyć w sobie dwie linie: osłonową i obronną. Byłaby jedyną linią, o której każdy szeregowiec wiedziałby, że tu trzeba się bronić. Broniąc tej linii, mielibyśmy czas przygotować obronę Wilna, linii Niemna i Grodna oraz wykonać taki czy inny manewr. Utarł się na froncie zwyczaj jeszcze przed ujęciem tej sprawy w pewną zasadę taktyczną, że dowództwo każdego oddziału zajmującego pewną przestrzeń frontu jest również gospodarzem na obszarze frontu w głąb i na taką samą szerokość, jak długi jest odcinek tego frontu. Obowiązywało to na szczeblu dowódcy kompanii, batalionu, pułku, brygady, dywizji. Ta sama zasada obowiązywała oczywiście i dowództwo frontu, a zatem linia okopów niemieckich leżała w orbicie działań dowództwa frontu i jeszcze w czasie spokoju powinna była być przygotowana jako druga linia obronna. Przejście z jednej linii na drugą nie nastręczyłoby żadnych szczególniejszych trudności, nie przedstawiałby ich również nawet atak jazdy wykonany przez nieprzyjaciela w odwrocie nie wymuszonym, lecz nakazanym i przeprowadzonym planowo. Wojska, które nie potrafiłyby spokojnie wykonać takiego odwrotu, nie zasługiwałyby na nazwę wojska.

Na szczęście stan naszej armii nie odpowiadał pesymistycznym poglądom niektórych naszych wyższych dowódców. Po porażce na Aucie potrafiła ona wykonać odwrót nie tylko na linię niemiecką, ale aż pod Warszawę, w każdym momencie zdolna nie tylko do przyjęcia bitwy, lecz i do natarcia.

Mniemam, że odwrót na linię okopów niemieckich byłby wówczas przeprowadzony bez nacisku ze strony nieprzyjaciela. Gdyby okopy te przygotowano uprzednio przy pomocy oficerów inżynierii i z użyciem do robót cywilnej ludności, odegrałyby one poważną rolę w całokształcie wojny 1920 r.

Drugie twierdzenie, że żołnierz nasz nie znosi odwrotu i walczy dobrze tylko wtedy, gdy idzie naprzód, nie przemawia mi do przekonania. Myśl ta pokutowała, zdaje się, nie tylko u dowódcy frontu i stała się aksjomatem, stanowiąc szkodliwy fałsz. Nie tylko nasz, ale każdy żołnierz (zarówno francuski, jak niemiecki, amerykański itd.) w natarciu jest najlepszy, a znacznie słabszy w odwrocie. Taka jest już natura rzeczy i nie można twierdzić, że specjalnie nasz żołnierz ma inną psychologię. Jestem zdania, że ma on wszelkie warunki, żeby być najlepszym, zarówno w ataku, jak i w obronie. Krzywdzące byłoby dla naszego żołnierza twierdzenie, że stanowi on tłum, który tylko wtedy jest coś wart, gdy idzie naprzód.

Wreszcie czy odwrót w czerwcu miałby być psychicznie gorszy od odwrotu w lipcu?

Wywiad na ogół mieliśmy dobry. Już w połowie czerwca wiedzieliśmy o bardzo intensywnej koncentracji sił rosyjskich na północy. Z początku prowadziliśmy skrupulatną ewidencję tych sił, lecz kiedy one przerosły nasze dwukrotnie, przestaliśmy się tym przejmować. Widoczne było, że zbliża się moment decydujący, że potężna armia rosyjska uderzy na północne nasze skrzydło, a mając w swym ręku inicjatywę, dowolnie wybierze punkt uderzenia.

Na czym mogliśmy opierać nadzieję na zwycięstwo?

Poczynając od jeziora Meszuszol do Dźwiny na przestrzeni około 100 km mieliśmy rozrzuconych 6 dywizji piechoty i brygadę jazdy, a naprzeciw nich skoncentrowano 13 dywizji piechoty i korpus jazdy. Nastrój w dowództwie armii był pesymistyczny. Gdy dowódca armii przyjechał do Szarkowszczyzny i omawialiśmy sytuację, rzuciłem zdanie, że trzeba będzie bronić Wilna. Dowódca armii machnął na to ręką na znak beznadziejności i rzekł: „Chyba Warszawy!”.

Stara prawda głosi, że „rządzić – to przewidywać”. Powinniśmy byli przewidzieć, co nas może spotkać na północy.

„SEDAN” – 4 LIPCA

Nasze pozycje – Ułamki – Wypad na Jazno – Sprawa uzupełnień – Rozpoczęcie ofensywy Sowietów – Bieg wypadków 4 lipca – Utrata łączności z armią

W połowie czerwca boje zakończyły się, a dywizja zgodnie z rozkazem dowództwa armii zajęła linię rzeczki Jamny między jeziorami Jelnia i Żado. W tym czasie z własnych pułków, jak już wspomniałem, posiadała dywizja tylko dwa, tj. 28. i 30., dodano jej zaś dwa inne, a mianowicie: 23. i 155. rezerwowy. Z dwóch innych, należących do dywizji, 29. znajdował się na granicy litewskiej, 31. zaś wszedł w skład 4. Armii koło Mińska. Sprawy te nie dały się ustabilizować, gdyż istniał wówczas bardzo szkodliwy zwyczaj psucia związków organizacyjnych. Dowódcy armii rozporządzali zwykle mniejszymi jednostkami, stąd rozrzucenie pułków, a niekiedy nawet batalionów po całym froncie. Mówiono wtedy żartem, że nie mamy jednostek armii, lecz ułamki. Rzeczywiście „ułamki” te istniały na każdym kroku. Zatykano nimi dziury, nie troszcząc się o ich łączność organizacyjną. Rzecz jasna, nie przyczyniało się to do wzmocnienia armii.

Sztab dywizji stanął w Hermanowiczach, mając sztab XIX brygady w Łużkach, sztab XX zaś w Michaliszkach. 23. pułk umieściłem, jako odwód dywizji, w wiosce Bojary.

Na prawo od dywizji znajdowała się grupa generała Jędrzejewskiego. Jej VII brygada rezerwowa sąsiadowała bezpośrednio z XIX brygadą. Na północy sąsiadem brygady XX, za jeziorem Jelnia, była grupa pułkownika Sawickiego, zamykająca, niby korek, najwęższe miejsce między jeziorem Jelnia a rzeką Dźwiną.

Cały teren rzeki Dzisny, dopływu Dźwiny, jest bardzo błotnisty, porośnięty krzakami i rzadkim lasem. Na niektórych wyspach, wśród błot, rozrzucone są nieduże wsie. Jedyna droga w tym terenie łączy miasteczka Dzisnę, Hermanowicze, Szarkowszczyznę, Koziany i Twerecz ze Święcianami. Droga ta na błotnistym podłożu, przez Niemców jeszcze wyłożona okrąglakami, była bardzo niepewna, zwłaszcza dla artylerii i samochodów ciężarowych. Z tej przyczyny umieszczono bazę prowiantową dywizji w Głębokiem, skąd droga szła przez Łużki i Hermanowicze. Było to niewygodne, gdyż wiodła ona wzdłuż frontu.

W Hermanowiczach stanęła w odwodzie armii 8. Dywizja Piechoty w składzie 3 pułków. Była ona osłabiona walkami majowymi i nie posiadała taboru. Ponieważ istnienie na jednym terenie dwóch odrębnych organizacji ze względów administracyjnych było niewygodne, prosiłem o podporządkowanie 8. Dywizji mnie. Dowództwo armii nie zgodziło się na to. Jak zobaczymy później, odmowa dowódcy armii miała w przyszłości przykre skutki.

Chociaż stanęliśmy na wskazanej linii, walki wciąż trwały. Nasi przeciwnicy, rozporządzając wielką liczbą żywej siły, nie żałowali ludzi i urządzali wypady bezskuteczne, ale ustawicznie się powtarzające. Nastrój jednak w armii rosyjskiej nie był dobry i wiedzieliśmy od jeńców, że nie ma u nich zapału bojowego.

Jednocześnie jednak dały się wyczuć wielkie przygotowania Rosjan do ofensywy. Pozycje obronne dywizji na rzeczce Jamnie były dość silne. Obydwa jeziora Jelnia i Żado w tej porze roku nie wyschły jeszcze i stanowiły przeszkodę do obejścia skrzydeł. Pułki własnymi siłami pobudowały umocnienia polowe z punktami oporu, na których znajdowały się karabiny maszynowe. Najczęściej posiadały te punkty łączność ogniową, nie stanowiąc ciągłej linii.

O poważniejszych umocnieniach nie było mowy, nie tylko z powodu braku środków technicznych, ale także dlatego, że nikt tej pozycji nie uważał za stałą, fundamentalną linię obronną.

Nastrój w dywizji był bardzo dobry. Jedynie szerzący się tyfus z powodu złej komunikacji i braku szpitali bardzo się dawał we znaki.

Wobec koncentracji armii rosyjskiej w rejonie Połocka sytuacja naszej grupy stawała się nader drażliwa. Słaba liczebnie, z żołnierzem, który walczył bez przerwy od początków majowej ofensywy, w rejonie katastrofalnie złych dróg i nie urządzonych tyłów, dywizja w każdej chwili mogła oczekiwać ataku kilkakrotnie silniejszego wroga, który miał niczym nie krępowaną inicjatywę wykonania natarcia wedle swoich planów.

Nawet manewr majowy, powtórzony przez Rosjan większymi siłami i skierowany po osi Głębokie – Postawy odcinał naszą grupę od południa i pozbawiał ją dróg odwrotowych.

Sytuację komplikowało to także, że dowództwo dywizji nie tylko nie miało upoważnienia do pewnej swobody w wyborze decyzji, swobody w takich wypadkach niezbędnej, lecz odwrotnie, w dowództwach wyższych istniały tendencje ofensywne, noszono się z zamiarem atakowania Dzisny, a w każdym razie zamierzano utrzymać dotychczasowy stan posiadania za wszelką cenę.

Słabe liczebnie oddziały musiały udawać silne, robiąc wypady nakazane przez dowództwo armii. Niewątpliwie system wypadów był na ogół racjonalny, zwłaszcza w ciągu zimy, gdyż podtrzymywało to nastrój bojowy w oddziałach. Jednakże później, a szczególniej w czerwcu, kiedy już graliśmy z nieprzyjacielem w otwarte karty, wiedząc o jego wielkich, ofensywnych ugrupowaniach, wypady naszych oddziałów nadwerężały nasze siły moralne i materialne i zużywały niepotrzebnie naszą energię tak bardzo – jak to dziś już jest oczywiste – potrzebną nam wówczas na najbliższe dni. Jedyny cel tych wypadów – zdobycie jeńca – mniej był istotny, gdyż o nieprzyjacielu mieliśmy dane dokładne.

W drugiej połowie czerwca powrócił do dywizji 29. pułk.

Była to bardzo silna jednostka bojowa, dowodzona przez jednego z najlepszych naszych oficerów majora Stefana Waltera. Pułk ten skierowałem do Łużek, gdzie wraz z 28. pułkiem tworzył XIX brygadę.

Z końcem czerwca dowództwo armii utworzyło z dywizji grupę operacyjną, w której skład weszła grupa pułkownika Sawickiego. Dodanie do dywizji całego skrzydła północnego było bardzo kłopotliwe, gdyż odległość oddziałów Sawickiego od sztabu, który teraz przeniósł się do Szarkowszczyzny, wynosiła przeszło 40 km po najgorszych drogach. Przy tym dowództwo dywizji, czy teraz raczej grupy, nie mogło pułkownika Sawickiego w razie potrzeby wspomóc nie posiadając żadnych odwodów. Wobec tego stanu rzeczy dowodzenie grupą Sawickiego, która macierzyście należała do 8. Dywizji Piechoty, było faktycznie fikcją.

W drugiej połowie czerwca dowództwo armii postanowiło przeprowadzić wypad na Dzisnę i opanować to miasteczko. Planowi temu zdołałem się przeciwstawić, gdyż taki manewr wydał mi się niepotrzebny i szkodliwy.

Gdybyśmy byli zajęli Dzisnę, musielibyśmy jej później bronić, a wtedy odcięcie grupy północnej byłoby dla Rosjan jeszcze łatwiejsze.

Wówczas dowództwo armii zarządziło akcję na Jazno.

Słaba liczebnie dywizja, wysunięta anormalnie na północny wschód, z fatalnymi drogami na tyłach, w obliczu wielkiego ugrupowania rosyjskiego miała iść jeszcze dalej na wschód, wziąć Jazno i utrzymać to miasteczko, przy czym po wyjściu z rejonu jezior oba jej skrzydła zawisłyby w powietrzu.

Nie pomogły moje protesty. Sztab armii usilnie nalegał na wykonanie tej operacji. Jej rozmiary udało mi się o tyle zmniejszyć, że ograniczyła się do akcji 29. pułku. Nie udało mi się niestety zmniejszyć strat, które wyniosły: 8 oficerów i około 300 szeregowych zabitych i rannych.

Rzeczą stale niepokojącą była kwestia uzupełnień dywizji. Po zakończeniu ofensywy majowej Naczelne Dowództwo zajęte było wypadkami na Ukrainie, front północny zaś odgrywał rolę bierną. Uzupełnienia przybywały rzadko i były nieliczne, a straty w czasie bitew, poczynając od Kozian, dość znaczne.

Ustawiczne boje i utarczki na przedpolu wyczerpywały siły oddziałów, zwłaszcza że nie było ich czym luzować. Siły więc topniały z dnia na dzień, ku czemu przyczyniał się również tyfus. By jakoś radzić, zasilano oddziały bojowe kosztem organizacji tyłowych. Ideałem było, aby stosunek liczbowy oddziałów bojowych do oddziałów tyłowych wynosił 3:1. Gorzej, chociaż nie najgorzej jeszcze przedstawiała się sprawa, gdy stosunek ten wyglądał jak 2:1; niepokój budziła proporcja 1:1.

W końcu czerwca nastąpiła dokładna rewizja wszelkich pomocniczych służb, celem zasilenia oddziałów liniowych. Nie udało się zrobić wiele, gdyż brak dobrej komunikacji i niedostatek taboru pochłaniały dużo sił. Z niepokojem przekonałem się wtedy, że stosunek sił bojowych do tyłów zbliżał się powoli do 1:1.

W tych warunkach każda nawet nieznaczna strata w ludziach dotkliwie dawała się odczuwać w dywizji, toteż straty, poniesione w wypadzie na Jazno, były w tej sytuacji ciężkim ciosem.

W ten sposób, oczekując decydującego natarcia, osłabialiśmy swe siły.

Z prac sztabu rosyjskiego wiemy obecnie, że ofensywa Sowietów miała się rozpocząć odcięciem naszej grupy północnej. Plan ten był niewątpliwie racjonalny i wobec tak znacznej przewagi sił – wykonalny. Przeciw dywizjom 10. i 8. oraz grupom generałów Jędrzejewskiego i Rządkowskiego mieliśmy na froncie trzy armie sowieckie: 4., 15. i 3. w składzie 13 dywizji piechoty i korpusu kawalerii.