Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 128 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Romeo i Julia - William Shakespeare

Jeden z najwybitniejszych i najbardziej znanych dramatów Williama Szekspira “Romeo i Julia” jest dostępny w Legimi za darmo w formie ebook, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Historia zawarta w dramacie to jedna z najsłynniejszych opowieści miłosnych wszechczasów. Przypadkowe spotkanie Romea i Julii budzi w nich gorące uczucie. Jednak ich romans nie był przewidziany w gwiazdach. Kolejne wydarzenia doprowadzają do tragicznego finału.

 

Romeo jest popędliwym młodzieńcem, pełnym wigoru, ale także honorowym i uczuciowym. Julia natomiast to krucha istota, której dopiero miłość do Romea pozwala w pełni rozwinąć skrzydła. Na drodze do szczęściach młodych kochanków stają ich zwaśnione rodziny Montecchich i Capulettich

 

Szekspir stworzył ponadczasowy tekst opowiadający o pięknej, a zarazem tragicznej miłości. Kochankowie są stanie poświęcić wszystko, aby móc wspólnie żyć. Miłość jest uczucie żywym w każdym pokoleniu, co sprawia, że szekspirowska tragedia jest czytana tak chętnie przez kolejne. 

Opinie o ebooku Romeo i Julia - William Shakespeare

Cytaty z ebooka Romeo i Julia - William Shakespeare

Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie, Od otwartości wszelkiej tak daleki Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie, Nim światu wonny swój kielich roztoczył I pełność swoją rozwinął przed słońcem. Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka, Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.
tu podobno Jakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko. W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość. O! wy sprzeczności niepojęte dziwa! Szorstka miłości! nienawiści tkliwa! Coś narodzone z niczego! Pieszczoto Odpychająca! Poważna pustoto! Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu! Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu! Śnie bez snu! Taką to w sobie zawiłość, Taką niełączność łączy moja miłość.
ROMEO A właśnieś chybił. Niczym tu kołczany Kupida [15] ; ona ma naturę Diany [16] ; Pod twardą zbroją wstydliwości swojej Grotów miłości wcale się nie boi; Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych; Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych; Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna. Bogata w wdzięki, w tym jedynie biedna, Że kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi Całe bogactwo, którego tak skąpi.
PARYS Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki. KAPULET Lecz prędko więdną przedwczesne mężatki. Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje: Oprócz tej jednej; ona jest, Parysie, Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką. Staraj się jednak, skarb sobie jej serce, Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce; Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzie Jej pozwolenia echem tylko będzie.
Były rówieśne. Zuzanka u Boga – Był-że to anioł! ale jak mówiłam, Julcia dopiero na świętego Piotra i Pawła [24] skończy spełna lat czternaście. Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija teraz Rok jedenasty od trzęsienia ziemi
Cóż, Julio? Będziesz mogła go kochać? Dziś w wieczór ujrzysz go wśród naszych gości. Wczytaj się w księgę jego lic, na których Pióro piękności wypisało miłość; Przypatrz się jego rysom, jak uroczo, Zgodnie się schodzą z sobą i jednoczą; A co w tej księdze wyda ci się mrocznym, To w jego oczach stanieć się widocznym. Do upięknienia
Ona zawstydza świec jarzących blaski; Piękność jej wisi u nocnej opaski [53] Jak drogi klejnot u uszu Etiopa. Nie tknęła ziemi wytworniejsza stopa. Jak śnieżny gołąb wśród kawek tak ona Świeci wśród swoich towarzyszek grona. Zaraz po tańcu przybliżę się do niej I dłoń mą uczczę dotknięciem jej dłoni. Kochał-żem dotąd? O! zaprzecz, mój wzroku! Boś jeszcze nie znał równego uroku.
JULIA do Romea Mości pielgrzymie, bluźnisz swojej dłoni, Która nie grzeszy zdrożnym dotykaniem; Jest-li ujęcie rąk pocałowaniem, Nikt go ze świętych pielgrzymom nie broni. ROMEO jak pierwej Nie mają-ż święci ust tak jak pielgrzymi? JULIA jak pierwej Mają ku modłom lub kornej podzięce.
Dwa rody, zacne jednako i sławne – Tam, gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie, Do nowej zbrodni pchają złości dawne, Plamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie Z łon tych dwu wrogów wzięło bowiem życie, Pod najstraszliwszą z gwiazd, kochanków dwoje; Po pełnym przygód nieszczęśliwych bycie Śmierć ich stłumiła rodzicielskie boje. Tej ich miłości przebieg zbyt bolesny I jak się ojców nienawiść nie zmienia, Aż ją zakończy dzieci zgon przedwczesny, Dwugodzinnego treścią przedstawienia, Które otoczcie cierpliwymi względy, Jest w nim co złego, my usuniem błędy…
gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie, Do nowej zbrodni pchają złości dawne, Plamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie Z łon tych dwu wrogów wzięło bowiem życie, Pod najstraszliwszą z gwiazd, kochanków
Gdyby nie ciemność, co mi twarz maskuje, Widziałbyś na niej rozlany rumieniec Po tym, co z ust mych słyszałeś tej nocy. Rada bym form się trzymać, rada cofnąć To, co wyrzekłam; ale precz, udanie! Czy ty mię kochasz? Wiem, że powiesz: tak jest; I ja-ć uwierzę; mimo przysiąg jednak Możesz mię zawieść. Z wiarołomstwa mężczyzn Śmieje się, mówią, Jowisz. O! Romeo! Jeśli mię kochasz, wyrzecz to rzetelnie; Lecz jeśli masz mię za podbój zbyt łatwy, To zmarszczę czoło i przewrotną będę, I na miłosne twoje oświadczenia Powiem: nie, w innym razie za nic w świecie. Za czuła może jestem, o! Monteki, Stąd możesz sądzić me obejście płochym; Ufaj mi jednak, będę ja wierniejsza Od tych, co bieglej umieją się drożyć [69] . Byłabym ja się była, prawdę mówiąc, Także drożyła, gdybyś był tajnego Głosu miłości mojej nie podchwycił. Nie wiń mię przeto ani też przypisuj Płochości tego wylania mych uczuć, Które zdradziła noc ciemna.
Lecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna! Ono jest wschodem, a Julia jest słońcem! Wnijdź, cudne słońce, zgładź zazdrosną lunę, Która aż zbladła z gniewu, że ty jesteś Od niej piękniejsza; o, jeśli zazdrosna, Nie bądź jej służką! Jej szatkę zieloną I bladą noszą jeno głupcy [67] . Zrzuć ją! To moja pani, to moja kochanka! O! gdyby mogła wiedzieć, czym jest dla mnie! Przemawia, chociaż nic nie mówi; cóż stąd? Jej oczy mówią, oczom więc odpowiem. Za śmiały jestem; mówią, lecz nie do mnie. Dwie najjaśniejsze, najpiękniejsze gwiazdy Z całego nieba, gdzie indziej zajęte, Prosiły oczu jej, aby zastępczo Stały w ich sferach, dopóki nie wrócą. Lecz choćby oczy jej były na niebie, A owe gwiazdy w oprawie jej oczu: Blask jej oblicza zawstydziłby gwiazdy Jak zorza lampę; gdyby zaś jej oczy Wśród eterycznej zabłysły przezroczy, Ptaki ocknęłyby się i śpiewały, Myśląc, że to już nie noc, lecz dzień biały. Patrz, jak na dłoni smutnie wsparła liczko! O! gdybym mógł być tylko rękawiczką, Co tę dłoń kryje!

Fragment ebooka Romeo i Julia - William Shakespeare

Wil­liam Sha­ke­spe­are

Ro­meo i Ju­lia

tłum. Józef Paszkowski

Ro­meo i Ju­lia

OSO­BY:
ESKA­LUS – ksią­żę pa­nu­ją­cy w We­ro­niePA­RYS – mło­dy We­ro­neń­czyk szla­chet­ne­go ro­du, krew­ny księ­ciaMON­TE­KI, KA­PU­LET – na­czel­ni­cy dwóch do­mów nie­przy­ja­znych so­bieSTA­RZEC – stry­jecz­ny brat Ka­pu­le­taRO­MEO – syn Mon­te­kie­goMER­KU­CJO – krew­ny księ­ciaBEN­WO­LIO – sy­no­wiec Mon­te­kie­goTY­BALT – krew­ny Pa­ni Ka­pu­letLAU­REN­TY – oj­ciec fran­cisz­ka­ninJAN – brat z te­goż zgro­ma­dze­niaBAL­TA­ZAR – słu­żą­cy Ro­meaSAM­SON, GRZE­GORZ – słu­dzy Ka­pu­le­taABRA­HAM – słu­żą­cy Mon­te­kie­goAP­TE­KARZTRZECH MU­ZY­KAN­TÓWPAŹ PA­RY­SAPIOTRDO­WÓD­CA WAR­TYPA­NI MON­TE­KI – mał­żon­ka Mon­te­kie­goPA­NI KA­PU­LET – mał­żon­ka Ka­pu­le­taJU­LIA – cór­ka Ka­pu­le­tówMAR­TA – mam­ka Ju­liiOby­wa­te­le we­ro­neń­scy, róż­ne oso­by płci obo­jej, li­czą­cy się do przy­ja­ciół obu do­mów, ma­ski, straż woj­sko­wa i in­ne oso­by.
Rzecz od­by­wa się przez więk­szą część sztu­ki w We­ro­nie, przez część pią­te­go ak­tu w Man­tui.

PRO­LOG[1]

Prze­ło­żył Jan Ka­spro­wicz

Dwa ro­dy, za­cne jed­na­ko i sław­ne –  
Tam, gdzie się rzecz ta roz­gry­wa, w We­ro­nie,  
Do no­wej zbrod­ni pcha­ją zło­ści daw­ne,  
Pla­miąc szla­chet­ną krwią szla­chet­ne dło­nie  
Z łon tych dwu wro­gów wzię­ło bo­wiem ży­cie,  
Pod naj­strasz­liw­szą z gwiazd, ko­chan­ków dwo­je;  
Po peł­nym przy­gód nie­szczę­śli­wych by­cie  
Śmierć ich stłu­mi­ła ro­dzi­ciel­skie bo­je.  
Tej ich mi­ło­ści prze­bieg zbyt bo­le­sny  
I jak się oj­ców nie­na­wiść nie zmie­nia,  

AKT PIERW­SZY

SCE­NA PIERW­SZA

Plac pu­blicz­ny. Wcho­dzą Sam­son[2] i Grze­gorz uzbro­je­ni w tar­cze i mie­cze.

SAM­SON

Da­li­pan, Grze­go­rzu, nie bę­dziem dar­li pie­rza.

GRZE­GORZ

Ma się ro­zu­mieć, bo­by­śmy by­li zdzier­ca­mi.

SAM­SON

Ale bę­dzie­my dar­li ko­ty, jak z na­mi za­drą.

GRZE­GORZ

Kto ze­chce za­drzeć z na­mi, bę­dzie mu­siał za­drżeć.

SAM­SON

Mam zwy­czaj dra­pać za­raz, jak mię kto roz­ru­cha.

GRZE­GORZ

Tak, ale nie za­raz zwy­kłeś się dać roz­ru­chać.

SAM­SON

Te psy z do­mu Mon­te­kich roz­ru­chać mię mo­gą bar­dzo ła­two.

GRZE­GORZ

Roz­ru­chać się ty­le zna­czy co ru­szyć się z miej­sca; być wa­lecz­nym jest to stać nie­po­ru­sze­nie: poj­mu­ję więc, że skut­kiem roz­ru­cha­nia się twe­go bę­dzie – drap­nię­cie.

SAM­SON

Te psy z do­mu Mon­te­kich roz­ru­chać mię mo­gą tyl­ko do sta­nia na miej­scu. Bę­dę jak mur dla każ­de­go męż­czy­zny i każ­dej ko­bie­ty z te­go do­mu.

GRZE­GORZ

To wła­śnie po­ka­zu­je two­ją sła­bą stro­nę; mur dla ni­ko­go nie­strasz­ny i tyl­ko sła­bi go się trzy­ma­ją.

SAM­SON

Praw­da, dla­te­go to ko­bie­ty, ja­ko naj­słab­sze, tu­lą się za­wsze do mu­ru. Ja też od­trą­cę od mu­ru lu­dzi Mon­te­kich, a ko­bie­ty Mon­te­kich przy­prę do mu­ru.

GRZE­GORZ

Spór jest tyl­ko mię­dzy na­szy­mi pa­na­mi i mię­dzy na­mi, ich ludź­mi.

SAM­SON

Mniej­sza mi o to, bę­dę nie­ubła­ga­ny. Po­biw­szy lu­dzi, wy­wrę wście­kłość na ko­bie­tach: rzeź mię­dzy ni­mi spra­wię.

GRZE­GORZ

Rzeź ko­biet chcesz przed­się­brać?

SAM­SON

Nie ina­czej: wtło­czę miecz w każ­dą po ko­lei. Wia­do­mo, że się do lwów li­czę.

GRZE­GORZ

Tym le­piej, że się li­czysz do zwie­rząt; bo gdy­byś się li­czył do ryb, to był­byś pew­nie sztok­fi­szem[3]. Weź no się za in­stru­ment[4], bo oto nad­cho­dzi dwóch do­mow­ni­ków Mon­te­kie­go.

Wcho­dzą Abra­ham i Bal­ta­zar[5].

SAM­SON

Mój gi­wer[6] już do­by­ty: za­czep ich, ja sta­nę z ty­łu.

GRZE­GORZ

Gwo­li dra­pa­nia?

SAM­SON

Nie bój się.

GRZE­GORZ

Ja bym się miał bać z two­jej przy­czy­ny!

SAM­SON

Miej­my pra­wo za so­bą, niech oni za­czną.

GRZE­GORZ

Mar­sa im na­sta­wię[7] prze­cho­dząc; niech go so­bie, jak chcą, tłu­ma­czą.

SAM­SON

Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gę­bę wy­krzy­wię; hań­ba im, je­śli to ścier­pią.

ABRA­HAM

Skrzy­wi­łeś się na nas, mo­ści pa­nie?

SAM­SON

Nie ina­czej, skrzy­wi­łem się.

ABRA­HAM

Czy na nas się skrzy­wi­łeś, mo­ści pa­nie?

SAM­SON

do Grze­go­rza

Bę­dzie­my-ż mie­li pra­wo za so­bą, jak po­wiem: tak jest?

GRZE­GORZ

Nie.

SAM­SON

Nie, mo­ści pa­nie; nie skrzy­wi­łem się na was, tyl­ko skrzy­wi­łem się tak so­bie.

GRZE­GORZ

do Abra­ha­ma

Za­czep­ki waść szu­kasz?

ABRA­HAM

Za­czep­ki? nie.

SAM­SON

Je­że­li jej szu­kasz, to je­stem na wa­ści­ne usłu­gi. Mój pan tak do­bry jak i wasz.

ABRA­HAM

Nie lep­szy.

SAM­SON

Niech i tak bę­dzie.

Ben­wo­lio uka­zu­je się w głę­bi.

GRZE­GORZ

na stro­nie do Sam­so­na

Po­wiedz: lep­szy. Oto nad­cho­dzi je­den z krew­nych me­go pa­na.

SAM­SON

Nie ina­czej; lep­szy.

ABRA­HAM

Kła­miesz.

SAM­SON

Do­bądź­cie mie­czów, je­śli ma­cie ser­ca. Grze­go­rzu, pa­mię­taj o swo­im pchnię­ciu.

BEN­WO­LIO

Od­stąp­cie, głup­cy; scho­waj­cie mie­cze do po­chew. Sa­mi nie wie­cie, co ro­bi­cie.

Roz­dzie­la ich swo­im mie­czem.
Wcho­dzi Ty­balt.

TY­BALT

Cóż to? krzy­żu­jesz oręż z pa­rob­ka­mi?  
Do mnie, Ben­wo­lio! pil­nuj swe­go ży­cia.  

BEN­WO­LIO

Przy­wra­cam tyl­ko po­kój. Włóż miecz na­zad  
Al­bo wraz ze mną roz­dziel nim tych lu­dzi.  

TY­BALT

Z go­łym orę­żem po­kój? Nie­na­wi­dzę  
Te­go wy­ra­zu, tak jak nie­na­wi­dzę  
Sza­ta­na, wszyst­kich Mon­te­kich i cie­bie.  
Broń się, nik­czem­ny tchó­rzu.  
Wal­czą. Nad­cho­dzi kil­ku przy­ja­ciół obu par­tii i mie­sza­ją się do zwa­dy; wkrót­ce po­tem wcho­dzą miesz­cza­nie z pał­ka­mi.

PIERW­SZY OBY­WA­TEL

Ho­la! ber­dy­szów! pa­łek![8] Da­lej po nich!  
Precz z Mon­te­ki­mi, precz z Ka­pu­le­ta­mi!  
Wcho­dzą Ka­pu­let i Pa­ni Ka­pu­let[9]

KA­PU­LET

Co za ha­łas? Po­daj­cie mi dłu­gi  
Mój miecz! hej!  

PA­NI KA­PU­LET

Ra­czej ku­lę; co ci z mie­cza?  

KA­PU­LET

Miecz, mó­wię! Sta­ry Mon­te­ki nad­cho­dzi.  
I szyd­nie[10] swo­ją klin­gą mi urą­ga.  
Wcho­dzą Mon­te­ki i Pa­ni Mon­te­ki.

MON­TE­KI

Ha! nędz­ny Ka­pu­le­cie!  
do żo­ny
Puść mnie, pa­ni.  

PA­NI MON­TE­KI

Nie pusz­czę cię na krok, gdy wróg przed to­bą.  
Wcho­dzi Ksią­żę z or­sza­kiem.

KSIĄ­ŻĘ

Za­pa­mię­ta­li nie­sfor­ni pod­da­ni,  
Bez­cze­ści­cie­le brat­niej sta­li! Cóż to,  
Czy nie sły­szy­cie? Lu­dzie czy zwie­rzę­ta,  
Co wście­kłych swo­ich gnie­wów żar ga­si­cie  
W wła­snych żył swo­ich źró­dle pur­pu­ro­wym;  
Pod ka­rą tor­tur wy­puść­cie na­tych­miast  
Z dło­ni skrwa­wio­nych tę broń bun­tow­ni­czą  
I po­słu­chaj­cie te­go, co ni­niej­szym  
Wasz roz­ją­trzo­ny ksią­żę po­sta­na­wia.  
Do­mo­we star­cia, z mar­nych słów zro­dzo­ne  
Przez was, Mon­te­ki oraz Ka­pu­le­cie,  
Trzy­kroć już spo­kój mia­sta za­kłó­ci­ły,  
Tak że po­waż­ni wie­kiem i za­słu­gą  
Oby­wa­te­le we­roń­scy mu­sie­li  
Po­rzu­cić swo­je wy­god­ne przy­bo­ry  
I w sta­re dło­nie sta­re ująć mie­cze,  
By za­rdze­wia­łym ostrzem za­rdze­wia­łe  
Nie­chę­ci wa­sze prze­ci­nać. Je­że­li  
Wznie­ci­cie kie­dyś waśń po­dob­ną,  
Za­męt po­ko­ju opła­ci­cie ży­ciem.  
A te­raz wszy­scy ustąp­cie nie­zwłocz­nie.  
Ty, Ka­pu­le­cie, pój­dziesz ze mną ra­zem;  
Ty zaś, Mon­te­ki, przyj­dziesz po po­łu­dniu  
Na ra­tusz, gdzie ci do­kład­nie w tym wzglę­dzie  
Dal­sza ma wo­la oznaj­mio­na bę­dzie.  
Jesz­cze raz wzy­wam wszyst­kich tu obec­nych  
Pod ka­rą śmier­ci, aby się ro­ze­szli.  
Ksią­żę z or­sza­kiem wy­cho­dzi. Po­dob­nież Ka­pu­let, Pa­ni Ka­pu­let, Ty­balt, oby­wa­te­le i słu­dzy.

MON­TE­KI

Kto wsz­czął tę no­wą zwa­dę? Mów, sy­now­cze,  
Był żeś tu wte­dy, gdy się to za­czę­ło?  

BEN­WO­LIO

Nie­przy­ja­cie­la na­sze­go pa­choł­cy  
I wa­si już się bi­li, kie­dym nad­szedł;  
Do­by­łem bro­ni, aby ich roz­dzie­lić:  
Wtem wpadł sza­lo­ny Ty­balt z go­łym mie­czem,  
I har­de zio­nąc mi w uszy wy­zwa­nie,  
Jął się wy­wi­jać nim i siec po­wie­trze,  
Któ­re świsz­cza­ło tyl­ko szy­dząc z mar­nych  
Je­go za­ma­chów. Gdy­śmy tak ze so­bą  
Cię­cia i pchnię­cia za­mie­nia­li, zbiegł się  
Więk­szy tłum lu­dzi; z obu stron wal­czo­no,  
Aż ksią­żę nad­szedł i roz­dzie­lił wszyst­kich.  

PA­NI MON­TE­KI

Lecz gdzież Ro­meo? Wi­dział żeś go dzi­siaj?  
Jak­że się cie­szę, że nie był w tym star­ciu.  

BEN­WO­LIO

Go­dzi­ną pier­wej, nim wspa­nia­łe słoń­ce  
W zło­tych się oknach wscho­du uka­za­ło,  
Tro­ski wy­gna­ły mię z da­la od do­mu  
W sy­ko­mo­ro­wy[11] ów gaj, co się cią­gnie  
Ku po­łu­dnio­wi od na­sze­go mia­sta.  
Tam, już tak ra­no, syn wasz się prze­cha­dzał.  
Le­d­wiem go uj­rzał, po­bie­głem ku nie­mu;  
Lecz on, spo­strze­gł­szy mię, skrył się na­tych­miast  
I w naj­ciem­niej­szej ukrył się gę­stwi­nie.  
Po­ciąg ten je­go do od­osob­nie­nia  
Mie­rząc mym wła­snym (ser­ce na­sze bo­wiem  
Jest naj­czyn­niej­sze, kie­dy­śmy sa­mot­ni),  
Nie prze­szka­dza­łem mu w je­go du­ma­niach  
I w in­ną stro­nę się uda­łem, chęt­nie  
Stro­niąc od te­go, co rad mnie uni­kał.  

MON­TE­KI

Nie­raz o świ­cie już go tam wi­dzia­no  
Łza­mi po­ran­ną mno­żą­ce­go ro­sę,  
A chmu­ry – swe­go ob­li­cza chmu­ra­mi,  
Ali­ści le­d­wo na naj­dal­szym wscho­dzie  
We­so­łe słoń­ce sprzed ło­ża Au­ro­ry[12]
Za­czę­ło ścią­gać cie­ni­stą ko­ta­rę,  
On, ucie­ka­jąc od wi­do­ku świa­tła,  
Co tchu za­my­kał się w swo­im po­ko­ju;  
Za­sła­niał okna przed ja­snym dnia bla­skiem  
I sztucz­ną so­bie ciem­ni­cę utwa­rzał.  
W czar­ne bez­dro­ża du­sza je­go zaj­dzie,  
Je­śli się na to le­kar­stwo nie znaj­dzie.  

BEN­WO­LIO

Sza­now­ny stry­ju, znasz-że po­wód te­go?  

MON­TE­KI

Nie znam i z nie­go wy­do­być nie mo­gę.  

BEN­WO­LIO

Wy­ba­dy­wał żeś go ja­kim spo­so­bem?  

MON­TE­KI

Wy­ba­dy­wa­łem i sam, i przez dru­gich,  
Lecz on je­dy­ny po­wier­nik swych smut­ków.  
Tak im jest wier­ny, tak za­mknię­ty w so­bie,  
Od otwar­to­ści wszel­kiej tak da­le­ki  
Jak pą­czek kwia­tu, co go ro­bak gry­zie,  
Nim świa­tu won­ny swój kie­lich roz­to­czył  
I peł­ność swo­ją roz­wi­nął przed słoń­cem.  
Gdy­by­śmy mo­gli dojść tych trosk za­rod­ka,  
Nie zbra­kło­by nam za­rad­cze­go środ­ka.  
Ro­meo uka­zu­je się w głę­bi.

BEN­WO­LIO

Oto nad­cho­dzi. Od­stąp­cie na stro­nę;  
Wy­rwę mu z pier­si cier­pie­nia ta­jo­ne.  

MON­TE­KI

Obyś w tej spra­wie, co nam ser­ce ra­ni,  
Mógł być szczę­śliw­szym od nas! Pójdź­my, pa­ni.  
Wy­cho­dzą Mon­te­ki i Pa­ni Mon­te­ki.

BEN­WO­LIO

Dzień do­bry, bra­cie.  

RO­MEO

Jesz­cze-ż nie po­łu­dnie?  

BEN­WO­LIO

Dzie­wią­ta bi­ła do­pie­ro.  

RO­MEO

Jak nud­nie  
Wlo­ką się chwi­le. Moi-ż to ro­dzi­ce  
Tak spiesz­nie w tam­tą zbo­czy­li uli­cę?  

BEN­WO­LIO

Tak jest. Lecz cóż tak chwi­le two­je dłu­ży?  

RO­MEO

Nie­po­sia­da­nie te­go, co je skra­ca.  

BEN­WO­LIO

Mi­łość więc?  

RO­MEO

Brak jej.  

BEN­WO­LIO

Jak to? brak mi­ło­ści?  

RO­MEO

Brak jej tam, skąd bym pra­gnął wza­jem­no­ści.  

BEN­WO­LIO

Nie­ste­ty! Cze­muż, zda­jąc się nie­bian­ką,  
Mi­łość jest w grun­cie tak sro­gą ty­ran­ką?  

RO­MEO

Nie­ste­ty! Cze­muż, z za­sło­ną na skro­ni,  
Mi­łość na oślep za­wsze cel swój go­ni!