Romeo i Julia - William Shakespeare - darmowy ebook + książka

Romeo i Julia ebook

William Shakespeare

3,6

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Jeden z najwybitniejszych i najbardziej znanych dramatów Williama Szekspira “Romeo i Julia” jest dostępny w Legimi za darmo w formie ebook, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Historia zawarta w dramacie to jedna z najsłynniejszych opowieści miłosnych wszechczasów. Przypadkowe spotkanie Romea i Julii budzi w nich gorące uczucie. Jednak ich romans nie był przewidziany w gwiazdach. Kolejne wydarzenia doprowadzają do tragicznego finału.

 

Romeo jest popędliwym młodzieńcem, pełnym wigoru, ale także honorowym i uczuciowym. Julia natomiast to krucha istota, której dopiero miłość do Romea pozwala w pełni rozwinąć skrzydła. Na drodze do szczęściach młodych kochanków stają ich zwaśnione rodziny Montecchich i Capulettich

 

Szekspir stworzył ponadczasowy tekst opowiadający o pięknej, a zarazem tragicznej miłości. Kochankowie są stanie poświęcić wszystko, aby móc wspólnie żyć. Miłość jest uczucie żywym w każdym pokoleniu, co sprawia, że szekspirowska tragedia jest czytana tak chętnie przez kolejne. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 128

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (144 oceny)
41
36
44
14
9
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
nowakowska2607

Całkiem niezła

Koniec końców opowieść o rozhisteryzowanych nastolatkach
42
konha

Całkiem niezła

najlepsza książka Szekspira
10
Rottilla
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Może nie przepadam za historiami miłosnymi ale lubię historie krwawe. Całkiem ciekawie zrobili że niby wszystko będzie OK ole potem BUM! i klops wszyscy martwi... Polecam...🙂
00
V3r0n1ka

Z braku laku…

Lektura. Nie rozumiem jej fenomenu. Nie powiedziałabym że jest to "historia o prawdziwej miłości" ale co kto lubi...
00
PrzemoD

Nie oderwiesz się od lektury

Ponadczasowy dramat. Trzeba poznać
00

Popularność




Wil­liam Sha­ke­spe­are

Ro­meo i Ju­lia

tłum. Józef Paszkowski

Ro­meo i Ju­lia

OSO­BY:
ESKA­LUS – ksią­żę pa­nu­ją­cy w We­ro­niePA­RYS – mło­dy We­ro­neń­czyk szla­chet­ne­go ro­du, krew­ny księ­ciaMON­TE­KI, KA­PU­LET – na­czel­ni­cy dwóch do­mów nie­przy­ja­znych so­bieSTA­RZEC – stry­jecz­ny brat Ka­pu­le­taRO­MEO – syn Mon­te­kie­goMER­KU­CJO – krew­ny księ­ciaBEN­WO­LIO – sy­no­wiec Mon­te­kie­goTY­BALT – krew­ny Pa­ni Ka­pu­letLAU­REN­TY – oj­ciec fran­cisz­ka­ninJAN – brat z te­goż zgro­ma­dze­niaBAL­TA­ZAR – słu­żą­cy Ro­meaSAM­SON, GRZE­GORZ – słu­dzy Ka­pu­le­taABRA­HAM – słu­żą­cy Mon­te­kie­goAP­TE­KARZTRZECH MU­ZY­KAN­TÓWPAŹ PA­RY­SAPIOTRDO­WÓD­CA WAR­TYPA­NI MON­TE­KI – mał­żon­ka Mon­te­kie­goPA­NI KA­PU­LET – mał­żon­ka Ka­pu­le­taJU­LIA – cór­ka Ka­pu­le­tówMAR­TA – mam­ka Ju­liiOby­wa­te­le we­ro­neń­scy, róż­ne oso­by płci obo­jej, li­czą­cy się do przy­ja­ciół obu do­mów, ma­ski, straż woj­sko­wa i in­ne oso­by.
Rzecz od­by­wa się przez więk­szą część sztu­ki w We­ro­nie, przez część pią­te­go ak­tu w Man­tui.

PRO­LOG[1]

Prze­ło­żył Jan Ka­spro­wicz

Dwa ro­dy, za­cne jed­na­ko i sław­ne –  
Tam, gdzie się rzecz ta roz­gry­wa, w We­ro­nie,  
Do no­wej zbrod­ni pcha­ją zło­ści daw­ne,  
Pla­miąc szla­chet­ną krwią szla­chet­ne dło­nie  
Z łon tych dwu wro­gów wzię­ło bo­wiem ży­cie,  
Pod naj­strasz­liw­szą z gwiazd, ko­chan­ków dwo­je;  
Po peł­nym przy­gód nie­szczę­śli­wych by­cie  
Śmierć ich stłu­mi­ła ro­dzi­ciel­skie bo­je.  
Tej ich mi­ło­ści prze­bieg zbyt bo­le­sny  
I jak się oj­ców nie­na­wiść nie zmie­nia,  

AKT PIERW­SZY

SCE­NA PIERW­SZA

Plac pu­blicz­ny. Wcho­dzą Sam­son[2] i Grze­gorz uzbro­je­ni w tar­cze i mie­cze.

SAM­SON

Da­li­pan, Grze­go­rzu, nie bę­dziem dar­li pie­rza.

GRZE­GORZ

Ma się ro­zu­mieć, bo­by­śmy by­li zdzier­ca­mi.

SAM­SON

Ale bę­dzie­my dar­li ko­ty, jak z na­mi za­drą.

GRZE­GORZ

Kto ze­chce za­drzeć z na­mi, bę­dzie mu­siał za­drżeć.

SAM­SON

Mam zwy­czaj dra­pać za­raz, jak mię kto roz­ru­cha.

GRZE­GORZ

Tak, ale nie za­raz zwy­kłeś się dać roz­ru­chać.

SAM­SON

Te psy z do­mu Mon­te­kich roz­ru­chać mię mo­gą bar­dzo ła­two.

GRZE­GORZ

Roz­ru­chać się ty­le zna­czy co ru­szyć się z miej­sca; być wa­lecz­nym jest to stać nie­po­ru­sze­nie: poj­mu­ję więc, że skut­kiem roz­ru­cha­nia się twe­go bę­dzie – drap­nię­cie.

SAM­SON

Te psy z do­mu Mon­te­kich roz­ru­chać mię mo­gą tyl­ko do sta­nia na miej­scu. Bę­dę jak mur dla każ­de­go męż­czy­zny i każ­dej ko­bie­ty z te­go do­mu.

GRZE­GORZ

To wła­śnie po­ka­zu­je two­ją sła­bą stro­nę; mur dla ni­ko­go nie­strasz­ny i tyl­ko sła­bi go się trzy­ma­ją.

SAM­SON

Praw­da, dla­te­go to ko­bie­ty, ja­ko naj­słab­sze, tu­lą się za­wsze do mu­ru. Ja też od­trą­cę od mu­ru lu­dzi Mon­te­kich, a ko­bie­ty Mon­te­kich przy­prę do mu­ru.

GRZE­GORZ

Spór jest tyl­ko mię­dzy na­szy­mi pa­na­mi i mię­dzy na­mi, ich ludź­mi.

SAM­SON

Mniej­sza mi o to, bę­dę nie­ubła­ga­ny. Po­biw­szy lu­dzi, wy­wrę wście­kłość na ko­bie­tach: rzeź mię­dzy ni­mi spra­wię.

GRZE­GORZ

Rzeź ko­biet chcesz przed­się­brać?

SAM­SON

Nie ina­czej: wtło­czę miecz w każ­dą po ko­lei. Wia­do­mo, że się do lwów li­czę.

GRZE­GORZ

Tym le­piej, że się li­czysz do zwie­rząt; bo gdy­byś się li­czył do ryb, to był­byś pew­nie sztok­fi­szem[3]. Weź no się za in­stru­ment[4], bo oto nad­cho­dzi dwóch do­mow­ni­ków Mon­te­kie­go.

Wcho­dzą Abra­ham i Bal­ta­zar[5].

SAM­SON

Mój gi­wer[6] już do­by­ty: za­czep ich, ja sta­nę z ty­łu.

GRZE­GORZ

Gwo­li dra­pa­nia?

SAM­SON

Nie bój się.

GRZE­GORZ

Ja bym się miał bać z two­jej przy­czy­ny!

SAM­SON

Miej­my pra­wo za so­bą, niech oni za­czną.

GRZE­GORZ

Mar­sa im na­sta­wię[7] prze­cho­dząc; niech go so­bie, jak chcą, tłu­ma­czą.

SAM­SON

Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gę­bę wy­krzy­wię; hań­ba im, je­śli to ścier­pią.

ABRA­HAM

Skrzy­wi­łeś się na nas, mo­ści pa­nie?

SAM­SON

Nie ina­czej, skrzy­wi­łem się.

ABRA­HAM

Czy na nas się skrzy­wi­łeś, mo­ści pa­nie?

SAM­SON

do Grze­go­rza

Bę­dzie­my-ż mie­li pra­wo za so­bą, jak po­wiem: tak jest?

GRZE­GORZ

Nie.

SAM­SON

Nie, mo­ści pa­nie; nie skrzy­wi­łem się na was, tyl­ko skrzy­wi­łem się tak so­bie.

GRZE­GORZ

do Abra­ha­ma

Za­czep­ki waść szu­kasz?

ABRA­HAM

Za­czep­ki? nie.

SAM­SON

Je­że­li jej szu­kasz, to je­stem na wa­ści­ne usłu­gi. Mój pan tak do­bry jak i wasz.

ABRA­HAM

Nie lep­szy.

SAM­SON

Niech i tak bę­dzie.

Ben­wo­lio uka­zu­je się w głę­bi.

GRZE­GORZ

na stro­nie do Sam­so­na

Po­wiedz: lep­szy. Oto nad­cho­dzi je­den z krew­nych me­go pa­na.

SAM­SON

Nie ina­czej; lep­szy.

ABRA­HAM

Kła­miesz.

SAM­SON

Do­bądź­cie mie­czów, je­śli ma­cie ser­ca. Grze­go­rzu, pa­mię­taj o swo­im pchnię­ciu.

BEN­WO­LIO

Od­stąp­cie, głup­cy; scho­waj­cie mie­cze do po­chew. Sa­mi nie wie­cie, co ro­bi­cie.

Roz­dzie­la ich swo­im mie­czem.
Wcho­dzi Ty­balt.

TY­BALT

Cóż to? krzy­żu­jesz oręż z pa­rob­ka­mi?  
Do mnie, Ben­wo­lio! pil­nuj swe­go ży­cia.  

BEN­WO­LIO

Przy­wra­cam tyl­ko po­kój. Włóż miecz na­zad  
Al­bo wraz ze mną roz­dziel nim tych lu­dzi.  

TY­BALT

Z go­łym orę­żem po­kój? Nie­na­wi­dzę  
Te­go wy­ra­zu, tak jak nie­na­wi­dzę  
Sza­ta­na, wszyst­kich Mon­te­kich i cie­bie.  
Broń się, nik­czem­ny tchó­rzu.  
Wal­czą. Nad­cho­dzi kil­ku przy­ja­ciół obu par­tii i mie­sza­ją się do zwa­dy; wkrót­ce po­tem wcho­dzą miesz­cza­nie z pał­ka­mi.

PIERW­SZY OBY­WA­TEL

Ho­la! ber­dy­szów! pa­łek![8] Da­lej po nich!  
Precz z Mon­te­ki­mi, precz z Ka­pu­le­ta­mi!  
Wcho­dzą Ka­pu­let i Pa­ni Ka­pu­let[9]

KA­PU­LET

Co za ha­łas? Po­daj­cie mi dłu­gi  
Mój miecz! hej!  

PA­NI KA­PU­LET

Ra­czej ku­lę; co ci z mie­cza?  

KA­PU­LET

Miecz, mó­wię! Sta­ry Mon­te­ki nad­cho­dzi.  
I szyd­nie[10] swo­ją klin­gą mi urą­ga.  
Wcho­dzą Mon­te­ki i Pa­ni Mon­te­ki.

MON­TE­KI

Ha! nędz­ny Ka­pu­le­cie!  
do żo­ny
Puść mnie, pa­ni.  

PA­NI MON­TE­KI

Nie pusz­czę cię na krok, gdy wróg przed to­bą.  
Wcho­dzi Ksią­żę z or­sza­kiem.

KSIĄ­ŻĘ

Za­pa­mię­ta­li nie­sfor­ni pod­da­ni,  
Bez­cze­ści­cie­le brat­niej sta­li! Cóż to,  
Czy nie sły­szy­cie? Lu­dzie czy zwie­rzę­ta,  
Co wście­kłych swo­ich gnie­wów żar ga­si­cie  
W wła­snych żył swo­ich źró­dle pur­pu­ro­wym;  
Pod ka­rą tor­tur wy­puść­cie na­tych­miast  
Z dło­ni skrwa­wio­nych tę broń bun­tow­ni­czą  
I po­słu­chaj­cie te­go, co ni­niej­szym  
Wasz roz­ją­trzo­ny ksią­żę po­sta­na­wia.  
Do­mo­we star­cia, z mar­nych słów zro­dzo­ne  
Przez was, Mon­te­ki oraz Ka­pu­le­cie,  
Trzy­kroć już spo­kój mia­sta za­kłó­ci­ły,  
Tak że po­waż­ni wie­kiem i za­słu­gą  
Oby­wa­te­le we­roń­scy mu­sie­li  
Po­rzu­cić swo­je wy­god­ne przy­bo­ry  
I w sta­re dło­nie sta­re ująć mie­cze,  
By za­rdze­wia­łym ostrzem za­rdze­wia­łe  
Nie­chę­ci wa­sze prze­ci­nać. Je­że­li  
Wznie­ci­cie kie­dyś waśń po­dob­ną,  
Za­męt po­ko­ju opła­ci­cie ży­ciem.  
A te­raz wszy­scy ustąp­cie nie­zwłocz­nie.  
Ty, Ka­pu­le­cie, pój­dziesz ze mną ra­zem;  
Ty zaś, Mon­te­ki, przyj­dziesz po po­łu­dniu  
Na ra­tusz, gdzie ci do­kład­nie w tym wzglę­dzie  
Dal­sza ma wo­la oznaj­mio­na bę­dzie.  
Jesz­cze raz wzy­wam wszyst­kich tu obec­nych  
Pod ka­rą śmier­ci, aby się ro­ze­szli.  
Ksią­żę z or­sza­kiem wy­cho­dzi. Po­dob­nież Ka­pu­let, Pa­ni Ka­pu­let, Ty­balt, oby­wa­te­le i słu­dzy.

MON­TE­KI

Kto wsz­czął tę no­wą zwa­dę? Mów, sy­now­cze,  
Był żeś tu wte­dy, gdy się to za­czę­ło?  

BEN­WO­LIO

Nie­przy­ja­cie­la na­sze­go pa­choł­cy  
I wa­si już się bi­li, kie­dym nad­szedł;  
Do­by­łem bro­ni, aby ich roz­dzie­lić:  
Wtem wpadł sza­lo­ny Ty­balt z go­łym mie­czem,  
I har­de zio­nąc mi w uszy wy­zwa­nie,  
Jął się wy­wi­jać nim i siec po­wie­trze,  
Któ­re świsz­cza­ło tyl­ko szy­dząc z mar­nych  
Je­go za­ma­chów. Gdy­śmy tak ze so­bą  
Cię­cia i pchnię­cia za­mie­nia­li, zbiegł się  
Więk­szy tłum lu­dzi; z obu stron wal­czo­no,  
Aż ksią­żę nad­szedł i roz­dzie­lił wszyst­kich.  

PA­NI MON­TE­KI

Lecz gdzież Ro­meo? Wi­dział żeś go dzi­siaj?  
Jak­że się cie­szę, że nie był w tym star­ciu.  

BEN­WO­LIO

Go­dzi­ną pier­wej, nim wspa­nia­łe słoń­ce  
W zło­tych się oknach wscho­du uka­za­ło,  
Tro­ski wy­gna­ły mię z da­la od do­mu  
W sy­ko­mo­ro­wy[11] ów gaj, co się cią­gnie  
Ku po­łu­dnio­wi od na­sze­go mia­sta.  
Tam, już tak ra­no, syn wasz się prze­cha­dzał.  
Le­d­wiem go uj­rzał, po­bie­głem ku nie­mu;  
Lecz on, spo­strze­gł­szy mię, skrył się na­tych­miast  
I w naj­ciem­niej­szej ukrył się gę­stwi­nie.  
Po­ciąg ten je­go do od­osob­nie­nia  
Mie­rząc mym wła­snym (ser­ce na­sze bo­wiem  
Jest naj­czyn­niej­sze, kie­dy­śmy sa­mot­ni),  
Nie prze­szka­dza­łem mu w je­go du­ma­niach  
I w in­ną stro­nę się uda­łem, chęt­nie  
Stro­niąc od te­go, co rad mnie uni­kał.  

MON­TE­KI

Nie­raz o świ­cie już go tam wi­dzia­no  
Łza­mi po­ran­ną mno­żą­ce­go ro­sę,  
A chmu­ry – swe­go ob­li­cza chmu­ra­mi,  
Ali­ści le­d­wo na naj­dal­szym wscho­dzie  
We­so­łe słoń­ce sprzed ło­ża Au­ro­ry[12]
Za­czę­ło ścią­gać cie­ni­stą ko­ta­rę,  
On, ucie­ka­jąc od wi­do­ku świa­tła,  
Co tchu za­my­kał się w swo­im po­ko­ju;  
Za­sła­niał okna przed ja­snym dnia bla­skiem  
I sztucz­ną so­bie ciem­ni­cę utwa­rzał.  
W czar­ne bez­dro­ża du­sza je­go zaj­dzie,  
Je­śli się na to le­kar­stwo nie znaj­dzie.  

BEN­WO­LIO

Sza­now­ny stry­ju, znasz-że po­wód te­go?  

MON­TE­KI

Nie znam i z nie­go wy­do­być nie mo­gę.  

BEN­WO­LIO

Wy­ba­dy­wał żeś go ja­kim spo­so­bem?  

MON­TE­KI

Wy­ba­dy­wa­łem i sam, i przez dru­gich,  
Lecz on je­dy­ny po­wier­nik swych smut­ków.  
Tak im jest wier­ny, tak za­mknię­ty w so­bie,  
Od otwar­to­ści wszel­kiej tak da­le­ki  
Jak pą­czek kwia­tu, co go ro­bak gry­zie,  
Nim świa­tu won­ny swój kie­lich roz­to­czył  
I peł­ność swo­ją roz­wi­nął przed słoń­cem.  
Gdy­by­śmy mo­gli dojść tych trosk za­rod­ka,  
Nie zbra­kło­by nam za­rad­cze­go środ­ka.  
Ro­meo uka­zu­je się w głę­bi.

BEN­WO­LIO

Oto nad­cho­dzi. Od­stąp­cie na stro­nę;  
Wy­rwę mu z pier­si cier­pie­nia ta­jo­ne.  

MON­TE­KI

Obyś w tej spra­wie, co nam ser­ce ra­ni,  
Mógł być szczę­śliw­szym od nas! Pójdź­my, pa­ni.  
Wy­cho­dzą Mon­te­ki i Pa­ni Mon­te­ki.

BEN­WO­LIO

Dzień do­bry, bra­cie.  

RO­MEO

Jesz­cze-ż nie po­łu­dnie?  

BEN­WO­LIO

Dzie­wią­ta bi­ła do­pie­ro.  

RO­MEO

Jak nud­nie  
Wlo­ką się chwi­le. Moi-ż to ro­dzi­ce  
Tak spiesz­nie w tam­tą zbo­czy­li uli­cę?  

BEN­WO­LIO

Tak jest. Lecz cóż tak chwi­le two­je dłu­ży?  

RO­MEO

Nie­po­sia­da­nie te­go, co je skra­ca.  

BEN­WO­LIO

Mi­łość więc?  

RO­MEO

Brak jej.  

BEN­WO­LIO

Jak to? brak mi­ło­ści?  

RO­MEO

Brak jej tam, skąd bym pra­gnął wza­jem­no­ści.  

BEN­WO­LIO

Nie­ste­ty! Cze­muż, zda­jąc się nie­bian­ką,  
Mi­łość jest w grun­cie tak sro­gą ty­ran­ką?  

RO­MEO

Nie­ste­ty! Cze­muż, z za­sło­ną na skro­ni,  
Mi­łość na oślep za­wsze cel swój go­ni!