Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 459

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Przedwiośnie - Stefan Żeromski

Jedna z najważniejszych powieści Stefana Żeromskiego “Przedwiośnie” dostępna w Legimi za darmo w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Żeromski pisał “Przedwiośnie” w bardzo ważnym i trudnym momencie historycznym dla Polski. Tłem dla wydarzeń w powieści jest rozgorączkowane dziesięciolecie między wybuchem I Wojny Światowej, odzyskaniem przez Polskę niepodległości po wojnę polsko-bolszewicką.

 

Losy głównego bohatera powieści śledzimy od jego dziecięcych lat spędzonych razem z rodziną w Baku, aż po młodzieńcze lata w Warszawie. Jego spokojne dzieciństwo zostaje przerwane przez wybuch rewolucji bolszewickiej, która odciśnie niezbywalne piętno na młodzieńcu. W skutek działania maszyny terroru Baryka traci matkę i dzięki namowom ojca decyduje się wyjechać do odrodzonej Polski.

 

Postać Cezarego Baryki posłużyła Żeromskiemu do stworzenia portretu młodzieńca, który przepełniony wzniosłymi ideami musi skonfrontować je z rzeczywistością. Na własnej skórze doświadczył rewolucyjnego terroru, jednak mimo tego, nie potrafi uciec przez rewolucyjnym żarem. Głęboko wierzy w sens ewolucyjnych reform, jednak cechuje go także młodzieńcza porywczość.

 

Żeromski w powieści oddaje głos obu stronom w postaciach Antoniego Lulka, młodego warszawskiego komunisty i Szymona Gajowca, wysokiego urzędnika, który działa dla dobra społeczeństwa. Cezary dostrzega u obu swoich przyjaciół zaangażowanie w sprawę, racjonalność argumentów i wiarę w pozytywne rezultaty działań. Jednak sam nie potrafi opowiedzieć się za żadną ze stron.

 

Przedwiośnie” jest wspaniałą lekturą, która nie pozostawia nikogo obojętnym. Na szerokim historycznym tle Żeromski pokazuje rozdarcie młodego pokolenia, które szybko chciałoby wszystko osiągnąć. Trudne decyzje, które muszą podjąć bohaterowie nadal są aktualne. “Przedwiośnie” stanowi doskonały przewodnik po młodzieńczej duszy. 

Opinie o ebooku Przedwiośnie - Stefan Żeromski

Cytaty z ebooka Przedwiośnie - Stefan Żeromski

Zżymała się wewnętrznie, wiła się w udręczeniu powątpiewania i w żywej torturze nadziei, upadała pod krzyżem swym, leżąc u drzwi Boga w błaganiu, ażeby na tym statku, co za Apszerońskim Półwyspem w mrocznej rósł dalekości – był Seweryn. Z morza i z tego lądu ruskiego, stokroć obszerniejszego niż morze, z dziejów straszliwych wojny i rewolucji, z pożarów i szaleństwa gromad ludzkich
. Oczom młodego woźnicy narzucało się raz w raz, długo, z natręctwem, aż go dosięgło wreszcie i poraziło wewnętrznie nadzwyczajne piękno twarzy umarłej. Jej ciało, policzki, podbródek, usta i uszy były cudem harmonii. Oczy czarne, zawleczone
„Co widziały oczy twoje, męczennico, gdy usta twe krzyk śmierci wydać były przymuszone?” – pytał umarłej. „Dokąd mię odprowadzasz, woźnico? – pytały nawzajem igrające palce dziewicze. – Czy mnie nie żałujesz, bezduszny żołdaku? Czy mnie nie pomścisz, bezwstydny sługo? Nędzny tchórzu! Mężczyzno, który się boisz silniejszego od siebie mężczyzny! Serce twoje drży jak serce psa, który się przeląkł na widok gniewu pana! Przypatrz się, najemniku, nieszczęściu memu i spełniaj dalej pilnie rzemiosło swoje!”

Fragment ebooka Przedwiośnie - Stefan Żeromski

Ste­fan Że­rom­ski

Przed­wio­śnie

Przed­wio­śnie

Pa­nu Kon­ra­do­wi Czar­noc­kie­mu1
w przy­ja­znym upo­min­ku ofia­ro­wu­je ten utwór
au­tor

RO­DO­WÓD

Nie cho­dzi tu­taj – u ka­du­ka! – o herb ani o sze­re­gi przod­ków pod­go­lo­nych, z sar­mac­ki­mi wą­sa­mi i przy ka­ra­be­lach – ani wy­de­kol­to­wa­ne pra­bab­ki w fio­kach. Oj­ciec i mat­ka – otóż i ca­ły ro­do­wód, jak to jest u nas, w dzie­jach no­wo­cze­snych lu­dzi bez wczo­raj. Z ko­niecz­no­ści wzmian­ka o jed­nym dziad­ku, z mu­su no­tat­ka o jed­nym je­dy­nym pra­dziad­ku. Chce­my usza­no­wać na­sy­co­ną do peł­na du­chem i upodo­ba­niem se­mic­kim awer­sję lu­dzi no­wo­cze­snych do ob­cią­ża­nia so­bie pa­mię­ci wia­do­mo­ścia­mi, w któ­rym ko­ście­le czy na ja­kim cmen­ta­rzu da­ny dzia­dek spo­czy­wa.

Otóż – oj­ciec no­sił na­zwi­sko Ba­ry­ka, imię Se­we­ryn, któ­re na roz­ło­gach ro­syj­skich zbyt­nio nie ra­zi­ło. „Sie­wie­rian Gri­go­rie­wicz Ba­ry­ka” – ucho­dzi­ło wte­dy, prze­śli­zgi­wa­ło się nie­po­strze­że­nie. Mat­ka by­ła nie­wi­docz­na, sa­mo­swo­ja, naj­zwy­czaj­niej­sza Ja­dwi­ga Dą­brow­ska, ro­dem z Sie­dlec. Ca­łe pra­wie ży­cie spę­dza­jąc w Ro­sji, w naj­roz­ma­it­szych jej gu­ber­niach i po­wia­tach, nie na­uczy­ła się do­brze mó­wić po ro­syj­sku, a du­chem prze­miesz­ki­wa­ła nie gdzieś tam na Ura­lu, czy w Ba­ku2, w Sym­bir­sku3 – czy zgo­ła w Tu­le4, lecz wciąż w Sie­dl­cach. Tyl­ko w Sie­dl­cach – choć to je­dy­nie z li­stów i ga­zet wie­dzia­ła – dzia­ły się dla niej rze­czy waż­ne, in­te­re­su­ją­ce, god­ne wzru­sze­nia, pa­mię­ci i tę­sk­no­ty. Wszyst­ko in­ne, po­za mę­żem i sy­nem, by­ła to przy­god­na, do­cze­sna, prze­lot­na su­ma rze­czy i zda­rzeń, wzbu­dza­ją­ca co­raz więk­szą tę­sk­no­tę wła­śnie za Sie­dl­ca­mi. W naj­pięk­niej­szej miej­sco­wo­ści – oa­zie naf­to­wej pu­sty­ni, Ba­ku – kę­dyś na tak zwa­nym Zy­chu5, w za­to­ce Pół­wy­spu Ap­sze­roń­skie­go, wo­nie­ją­cej od kwia­tów i ro­ślin­no­ści Po­łu­dnia, gdzie przej­rzy­ste mo­rze szme­rem na­peł­nia­ło cie­nie nad­brzeż­nych ga­jów, pa­ni Ba­ry­ko­wa nie mia­ła za­wsze nic pil­niej­sze­go do nad­mie­nie­nia jak stwier­dze­nie, że na Se­ku­le był „tak­że” bar­dzo pięk­ny staw, w Ra­kow­cu6 by­ły nad­to łą­ki – gdzie! pięk­niej­sze niż ja­kie­kol­wiek na świe­cie, a kie­dy księ­życ świe­cił nad Mu­chaw­ką7 i od­bi­jał się w sta­wie oko­ło mły­na… Na­stę­po­wa­ło nie­unik­nio­ne śli­ma­cze­nie się wpo­śród dłu­go­trwa­łe­go wy­po­mi­na­nia pięk­no­ści ja­kichś tam mo­krych łąk pod Iga­nia­mi8, la­sku pod Stocz­kiem9, a na­wet szo­sy ku Mor­dom10, któ­ra – żal się Bo­że! – tak­że by­ła we wspo­mnie­niach peł­na nie tyl­ko bło­ta, ku­rzu i sta­łych wy­bo­jów, lecz i uro­ku.

Już po raz pierw­szy, wnet po ślu­bie, ja­dąc przez Mo­skwę pa­ni Ba­ry­ko­wa (Ja­dwi­ga z Dą­brow­skich) wsła­wi­ła się by­ła po­śród po­lo­nii ro­syj­skiej11 roz­mo­wą z jamsz­czy­kiem12. Gdy bo­wiem po­wóz, w któ­rym sie­dzia­ła, trząsł nie­mi­ło­sier­nie na wy­bo­jach mo­sto­wej13, stro­fo­wa­ła ku­cze­ra14 sie­dzą­ce­go na koź­le, ob­rzę­do­wo i po­nie­kąd urzę­do­wo wy­pcha­ne­go so­wi­cie we wszyst­kich kie­run­kach: – „Co to tu­taj u was ta­kie pło­che15 bru­ki!” Po­wta­rza­ła tę wy­mów­kę raz, dru­gi i trze­ci, w mia­rę znie­cier­pli­wie­nia, aż do chwi­li ka­ta­stro­fy. Woź­ni­ca oglą­dał się na nią kil­ka­kroć z obu­rze­niem, a gdy jesz­cze raz po­wtó­rzy­ła okrzyk uskar­ża­ją­cy się na „pło­che bru­ki”, za­trzy­mał swe­go siw­ka i wrza­snął:

– Da czto wy, ba­ry­nia, w sa­mom die­le k mo­im briu­kam pri­sta­li! Plo­chi­je briu­ki, da pło­chi­je briu­ki! Isz ba­bu! Pło­chi­je briu­ki, tak pło­chi­je, a tie­bie, ba­ba, czto za die­ło!16

Kie­dy in­dziej, już ja­ko mał­żon­ka do­brze sy­tu­owa­ne­go urzęd­ni­ka, pra­gnąc przy­czy­nić się w mia­rę moż­no­ści do po­wo­dze­nia i awan­sów mę­ża, za­szko­dzi­ła mu zna­mien­nie swą nie­do­sta­tecz­ną zna­jo­mo­ścią ar­ka­nów mo­wy ro­syj­skiej. By­ło to na ba­lu pu­blicz­nym w mie­ście gu­ber­nial­nym pod Ura­lem. Bal ów za­szczy­cił swą obec­no­ścią miej­sco­wy gu­ber­na­tor oraz je­go do­ra­sta­ją­ca cór­ka. Pa­ni Ba­ry­ko­wa po prze­tań­cze­niu wal­ca mia­ła szczę­ście zna­leźć przy­pad­kiem miej­sce obok cór­ki gu­ber­na­to­ra, za­pra­gnę­ła za­wią­zać mi­łą roz­mo­wę z dzie­dzicz­ką pod­ural­skiej po­tę­gi. Za­pra­gnę­ła sko­rzy­stać z chwi­li i coś zro­bić dla mę­ża przez po­zy­ska­nie przy­chyl­no­ści cór­ki gu­ber­na­to­ra. Nie wie­dzia­ła, od cze­go za­cząć roz­mo­wę, wa­ha­ła się i gu­bi­ła w nie­po­ko­ju, co by tu po­wie­dzieć… Wresz­cie zna­la­zła! Wi­dząc ślicz­ną ró­żę przy­pię­tą do sta­ni­ka uro­czej gu­ber­na­to­rów­ny, pa­ni Ba­ry­ko­wa z za­chwy­tem, roz­pły­wa­jąc się w unie­sie­niu, to­nąc w uśmie­chach uwiel­bie­nia, wy­rze­kła:

– Ach, ka­ka­ja u was kra­sna­ja ro­ża!17

Ja­kież by­ło jej zdu­mie­nie, ba! prze­ra­że­nie, gdy dziew­czę gu­ber­na­tor­skie omdle­wa­ją­co-bo­le­snym dy­sz­kan­tem po­czę­ło wo­łać w kie­run­ku oj­ca:

– Pa­pień­ka! Pa­pień­ka! Mie­nia zdieś obi­ża­jut!18

Skąd­że pa­ni Ja­dwi­ga (z Dą­brow­skich) mo­gła wie­dzieć, że pol­ska ró­ża to nie ro­ża, tak, zda­wa­ło się, z brzmie­nia po­dob­na!

Sa­mo wyj­ście za mąż za Se­we­ry­na Ba­ry­kę od­by­ło się w spo­sób nie­zwy­kły.

Sie­dząc już na do­brej po­sa­dzie, zdro­wy, w si­le wie­ku, przy­stoj­ny „mło­dy czło­wiek” po­sta­no­wił oże­nić się, oczy­wi­ście w kra­ju. Wziął te­dy urlop jed­no­mie­sięcz­ny i w cza­sie, któ­rym do­wol­nie roz­po­rzą­dzał, po od­trą­ce­niu okre­su po­dró­ży, wszyst­ko za­ła­twił: wy­szu­kał so­bie do­zgon­ną to­wa­rzysz­kę ży­cia, wy­ko­nał pra­wi­dło­we „kon­ku­ry”, zjed­nał so­bie przy­chyl­ność ro­dzi­ców, „do­znał wza­jem­no­ści” – (choć pan­na za czymś tam, czy za kimś sro­dze spa­zmo­wa­ła) – wziął ślub, od­był po­dróż po­wrot­ną i nie spóź­nił się ani o go­dzi­nę na swe sta­no­wi­sko, kę­dyś u pod­nó­ża środ­ko­we­go Ura­lu.

Se­we­ryn Ba­ry­ka nie otrzy­mał w mło­do­ści spe­cjal­ne­go wy­kształ­ce­nia i nie miał okre­ślo­ne­go za­wo­du. Gdy był czas po te­mu, nie bar­dzo mu się chcia­ło za­przą­tać so­bie gło­wy na­uką, a póź­niej oko­licz­no­ści tak się uło­ży­ły, że za póź­no już by­ło przed­się­brać zde­cy­do­wa­ne stu­dia. Był te­dy przez czas dość dłu­gi po­spo­li­tym ty­pem czło­wie­ka po­szu­ku­ją­ce­go ja­kiej­kol­wiek po­sa­dy. Gdy zaś zna­lazł nie­zbyt od­po­wied­nią, szu­kał ci­cha­czem in­nej, zy­skow­niej­szej, w ja­kiej­kol­wiek bądź dzie­dzi­nie. Cho­dzi­ło tyl­ko o wy­so­kość pen­sji, miesz­ka­nie, opał, świa­tło, tan­tie­my19 i tym po­dob­ne do­dat­ki, a co się za te tan­tie­my wy­ko­ny­wu­je20, to by­ło naj­zu­peł­niej obo­jęt­ne. Trze­ba nad­mie­nić, iż Se­we­ryn Ba­ry­ka był czło­wie­kiem z grun­tu i do dna uczci­wym, to­też za naj­wyż­szą pen­sję i za naj­ob­szer­niej­sze miesz­ka­nie nie ro­bił­by nic pod­łe­go. W gra­ni­cy jed­nak na­kre­ślo­nej przez miesz­czań­ski rzut oka po­mię­dzy do­bro i złe te­go świa­ta go­tów był ro­bić wszyst­ko, co ka­żą „star­si”.

Ro­sja przed­wo­jen­na by­ła wy­ma­rzo­ną are­ną do­rob­ku dla lu­dzi te­go ty­pu, zwłasz­cza po­cho­dzą­cych z „Kró­le­stwa”. Wia­do­mo­ści za­czerp­nię­te w „kla­sach” gim­na­zjal­nych, wro­dzo­na in­te­li­gen­cja, któ­ra wraz ze zdro­wiem to­wa­rzy­szy­ła po­szu­ki­wa­czo­wi po­sa­dy i na za­wo­ła­nie zja­wia­ła się, nie sia­na i nie pie­lę­gno­wa­na – wy­trzy­ma­łość, od­wa­ga, we­so­łość i pew­na odro­bi­na drwi­ny z „Mo­ska­la”, u któ­re­go się słu­ży, lecz nad któ­rym jed­nak pa­nu­je się mi­mo wszyst­ko – to­ro­wa­ły dro­gę od niż­szej do wyż­szej po­zy­cji. Trze­ba przy­znać, że nie ostat­nią ro­lę gra­ła w tej ope­rze pro­tek­cja, ci­cha, po­kor­na, do­bra wróż­ka, pro­wa­dzą­ca za rę­kę od ni­skie­go do co­raz wyż­sze­go ro­da­ka, tu i tam za­cze­pio­ne­go no­gą lub łok­ciem na tej ro­syj­skiej dra­bi­nie.

Nie­wie­le upły­nę­ło cza­su od chwi­li ślu­bu w Sie­dl­cach, ali­ści Se­we­ryn Ba­ry­ka był nie tyl­ko oj­cem uro­dzi­we­go syn­ka – któ­re­mu nada­no imię Ce­za­ry Grze­gorz – lecz i za­sob­nym w pew­ne oszczęd­no­ści ary­wi­stą21. Spra­wie­dli­wość na­ka­zu­je wy­znać, że nie hu­lał, na by­le co nie pusz­czał pie­nię­dzy. Ciu­łał, je­że­li nie na­gi i ży­wy grosz w zło­cie, to przed­mio­ty: me­ble, dy­wa­ny, bi­żu­te­rię, na­wet ob­ra­zy, na­wet książ­ki – nie­ko­niecz­nie dla ślę­cze­nia nad ni­mi, lecz ra­czej ja­ko dro­go­cen­ne pre­cjo­za22. Gdy jed­nak za­szła po­trze­ba ze­tknię­cia się ze świa­tem ogła­dzo­nym i oczy­ta­nym, zja­wi­ła się też nie­unik­nio­na ko­niecz­ność czy­ta­nia owych pol­skich, dro­go­cen­nych, bi­blio­tecz­nych „bia­łych kru­ków” w bo­ga­tych opra­wach. Z te­go zaś czę­sto­tli­we­go czy­ta­nia snuł się w ży­cie duch pe­wien, ja­ko­by za­pach ni­kły, sub­tel­ny, nie­ja­sny.

Wśród to­mów, po­opra­wia­nych bar­dzo wspa­nia­le w skó­rę zło­co­ną, wy­ci­ska­ną i po­kry­tą ty­tu­ła­mi, le­żał pe­wien to­mik nie­po­kaź­ny, spe­cjal­nie pie­lę­gno­wa­ny ni­czym w skarb­cu klej­not naj­droż­szy. Był to pa­mięt­ni­czek z woj­ny 1831 ro­ku, na­pi­sa­ny i wy­da­ny na emi­gra­cji przez au­to­ra bez­i­mien­ne­go o wy­pra­wie ge­ne­ra­ła Jó­ze­fa Dwer­nic­kie­go23 na Be­re­stecz­ko i Ra­dzi­wił­łów. Wśród mnó­stwa pe­ry­pe­tii, opi­sa­nych szcze­gó­ło­wo i w spo­sób wy­so­ce za­gma­twa­ny, by­ła tam na stro­ni­cy trzy­dzie­stej siód­mej po­da­na wia­do­mość, iż do licz­by pięt­na­stu oby­wa­te­li na Ru­si, któ­rzy do po­wsta­nia przy­stą­pi­li i ca­łym swym ma­jąt­kiem je po­par­li, na­le­żał Ka­likst Grze­gorz Ba­ry­ka, dzie­dzic So­ło­wi­jów­ki z przy­le­gło­ścia­mi. Był to w pro­stej li­nii dziad Se­we­ry­na Ba­ry­ki. Dziad Ka­likst swym przy­stą­pie­niem do po­wsta­nia wpadł, jak to mó­wią, naj­fa­tal­niej. Sko­ro bo­wiem ge­ne­rał Dwer­nic­ki po bi­twie pod Bo­rem­lem nad Sty­rem, na­ci­śnię­ty przez prze­wa­ża­ją­ce si­ły ge­ne­ra­ła ro­syj­skie­go Ru­di­ge­ra, mu­siał pod Lu­liń­ca­mi przejść su­chą gra­ni­cą do Ga­li­cji – rząd ro­syj­ski rzu­cił się z ca­łą za­cie­kło­ścią na tych wszyst­kich, któ­rzy ów ruch po­par­li. So­ło­wi­jów­ka zo­sta­ła skon­fi­sko­wa­na, dom ro­dzin­ny naj­przód zra­bo­wa­ny do­szczęt­nie, a póź­niej spa­lo­ny, a ów dziad Ka­likst na ostat­nim ko­niu z prze­ob­fi­tej nie­gdyś staj­ni mu­siał ru­szyć w świat, to zna­czy w sza­rą i ciem­ną głę­bi­nę po­po­wsta­nio­wej bie­dy – stał się z pa­na ubo­gim czło­wie­kiem, tru­dem rąk na ka­wa­łek chle­ba za­ra­bia­ją­cym w ob­czyź­nie.

Tekst wia­do­mo­ści o tym fak­cie, po­da­ny su­cho, bez tkli­wo­ści, lecz szcze­gó­ło­wo, był z obu stron kart­ki za­kre­ślo­ny przez sy­na owe­go dzia­da Ka­lik­sta a oj­ca Se­we­ry­na. Dwaj ostat­ni z po­wo­ła­nej wy­żej So­ło­wi­jów­ki z przy­le­gło­ścia­mi po­sia­da­li już tyl­ko wer­sję przy­to­czo­ną w bro­szu­rze oraz ust­nie po­da­wa­ną le­gen­dę. So­ło­wi­jów­ka sta­ła się mi­tem ro­dzin­nym, klech­dą, po­da­wa­ną w co­raz to in­nej po­sta­ci, o czymś da­le­kim, sław­nym, do­stoj­nym, prze­ogrom­nym.

Sa­ma ta le­gen­da, jak to zwy­kle by­wa z le­gen­da­mi, po­więk­szy­ła dzia­dow­skie bo­gac­twa, roz­sze­rzy­ła po­sia­dło­ści a sa­me­mu je­go czy­no­wi nada­ła pięt­no nad­ludz­kie­go nie­mal dzie­ła. Su­cha no­tat­ka w rzad­kiej bro­szur­ce bez­i­mien­ne­go au­to­ra sta­ła się nie­ja­ko wrze­cio­nem, na któ­re się na­wi­ja­ła peł­na ta­jem­ni­cy cien­ka i dro­go­cen­na nić wia­ry ubo­gich po­tom­ków. Wie­rzy­li w ja­kąś swą wyż­szość, któ­ra ich w du­mę wzbi­ja­ła. Oj­ciec Se­we­ry­na pod ty­tu­łem bro­szu­ry wy­pi­sał wiel­ki­mi li­te­ra­mi, nie wia­do­mo do ko­go roz­kaz sto­su­jąc, do swe­go je­dy­na­ka czy do ca­łe­go sze­re­gu po­tom­nych: „Pil­no­wać jak oka w gło­wie”!

W isto­cie, Se­we­ryn Ba­ry­ka pil­no­wał owej ksią­żecz­ki jak oka w gło­wie. Wę­dro­wa­ła z nim po sze­ro­kiej Ro­sji, le­żąc ci­cho na dnie ku­fer­ka, mię­dzy brud­ny­mi koł­nie­rzy­ka­mi i zno­szo­ną bie­li­zną, w są­siedz­twie nie­po­wab­nych skar­pe­tek i bru­lio­nów po­dań o po­sa­dy do roz­ma­itych dy­gni­ta­rzy, gdy po­to­mek lek­ko­myśl­ne­go a wspa­nia­łe­go dzia­da był ubo­gi jak mysz ko­ściel­na. Póź­niej spo­czy­wa­ła w szu­fla­dzie sto­li­ka, mię­dzy naj­waż­niej­szy­mi pa­pie­ra­mi. Tra­fi­ła do te­ki wyż­sze­go afe­rzy­sty, do skryt­ki dro­go­cen­ne­go biu­ra dy­gni­ta­rza, wresz­cie do sza­fy oszklo­nej, na­bi­ja­nej brą­za­mi, peł­nej cen­nych za­byt­ków, ra­ry­ta­sów dru­ku i opra­wy.

Nie moż­na po­wie­dzieć, że­by treść hi­sto­rycz­ne­go rap­tu­la­rzy­ka24 mia­ła ja­kiś szcze­gól­nie głę­bo­ki zwią­zek z ży­ciem du­cho­wym Se­we­ry­na Ba­ry­ki. By­ła ona jed­nak w tym ży­ciu czymś da­le­kim, sen­nym, nę­cą­cym. By­ło w tej ksią­żecz­ce za­war­te jak gdy­by coś z re­li­gii, któ­rej się na­wet nie wy­zna­je i nie prak­ty­ku­je, lecz któ­rą się z usza­no­wa­niem to­le­ru­je. By­ło w niej coś z za­pa­chu kwia­tu na wio­snę, któ­re­go czło­wiek sil­ny, prak­tycz­ny i za­ję­ty in­te­re­sa­mi nie spo­strze­ga, choć­by nań pa­trzał, lecz któ­ry z ni­skiej zie­mi i z cie­nia pa­trzy nań wier­nie mi­mo wszyst­ko i mi­mo wszyst­ko woń swą ku nie­mu wy­le­wa. Nad­to do skrom­ne­go to­mi­ku przy­ro­sła py­cha do­mo­wa i skry­ta am­bi­cja: nie wy­pa­dło się – do dia­bła! – sro­ce spod ogo­na, jak pierw­szy lep­szy z tych, któ­rych się na dro­dze ka­rie­ry spo­ty­ka i któ­rym w pas kła­niać się trze­ba.

Od niż­szej do wyż­szej idąc po­sa­dy, roz­ma­ite z ko­lei za­miesz­ku­jąc mia­sta Se­we­ryn Ba­ry­ka zna­lazł się wresz­cie w Ba­ku, na ta­mecz­nych naf­to­wych „prze­my­słach”25, już ja­ko urzęd­nik wyż­szy, ma­ją­cy pod so­bą ca­łe biu­ro. Skrom­ne daw­niej miesz­ka­nie za­mie­ni­ło się na apar­ta­ment, któ­re­go po­sadz­ki za­le­ga­ły per­skie dy­wa­ny. Na dy­wa­nach sta­nę­ły me­ble, nie ja­kieś tam ar­ty­stycz­ne, lecz po pro­stu dro­gie, kry­te bez­cen­ny­mi kau­ka­ski­mi atła­sa­mi. Cięż­kie ser­we­ty na­kry­ły sto­ły, a na ścia­nach za­wi­sły „ręcz­nie ma­lo­wa­ne” praw­dzi­wie olej­ne ob­ra­zy mi­strzów, rów­nie wy­so­ko w skła­dach me­bli ce­nio­nych, jak sa­me me­ble. Wie­le na­czyń ze sre­bra i zło­ta prze­cho­wy­wa­ły dę­bo­we i orze­cho­we sza­fy, ma­syw­ne jak for­tecz­ne ba­stio­ny.

Wciąż jed­na­ko­wo umiar­ko­wa­ne pro­wa­dząc ży­cie Se­we­ryn Ba­ry­ka po la­tach miał w ban­ku zło­żo­nych oszczęd­no­ści na czar­ną go­dzi­nę kil­ka­set ty­się­cy ru­bli. Był wy­so­ko ce­nio­nym osob­ni­kiem, so­lid­ną jed­nost­ką, cie­szą­cą się po­wszech­nym usza­no­wa­niem w świe­cie, gdzie go los rzu­cił. Wy­ra­stał na wi­docz­ną fi­gu­rę w świat­ku pol­skim. Ci­cha żo­na, po­chli­pu­ją­ca sta­le i wiecz­nie a co­raz na­tar­czy­wiej za mia­stem ro­dzin­nym, wy­war­ła już na mę­ża wpływ ta­ki, że cza­sem… nie­raz… pach­nia­ła mu myśl po­wro­tu do kra­ju, prze­nie­sie­nia nad Wi­słę do­mo­we­go ogni­ska, pod­ję­cia ja­kiejś tam szer­szej pra­cy. Ale zna­ko­mi­ta w Ba­ku po­sa­da, grosz na­pły­wa­ją­cy do kie­sy ist­ną stru­gą – do­bro­byt, spo­kój – wresz­cie kraj ów, mle­kiem i mio­dem pły­ną­cy – po­wstrzy­my­wa­ły na miej­scu. Zja­wi­ło się na­wet pew­ne przy­zwy­cza­je­nie do ta­mecz­ne­go wła­śnie do­bro­by­tu. Cie­pły kli­mat, zna­ko­mi­te i nad­zwy­czaj­nie ta­nie po­łu­dnio­we owo­ce, ła­twość otrzy­ma­nia za ni­ja­ki grosz prze­pysz­nych je­dwa­biów, ta­niość pra­cy ludz­kiej, moż­ność spę­dza­nia po­ry upa­łów na Zy­chu, wy­go­da i do­stat­niość urzą­dze­nia do­mo­we­go – nie wy­pusz­cza­ły z te­go kra­ju. Nie­świa­do­mie czy pod­świa­do­mie trzy­ma­ło jesz­cze przy­wią­za­nie do ca­łe­go ukła­du sto­sun­ków, do prze­po­tę­gi car­sko-ro­syj­skiej, na któ­rej sie­dzia­ło się jak mu­cha na uprzę­ży ści­ska­ją­cej łeb i bo­ki dzi­kie­go, ob­ce­go ru­ma­ka.

Tak to z ro­ku na rok ma­rząc o po­wro­cie do kra­ju, a jed­no­cze­śnie po­ra­sta­jąc w zło­te i srebr­ne pió­ra Se­we­ryn Ba­ry­ka ca­łą du­szę wkła­dał w syn­ka, w zdro­we­go i za­żyw­ne­go Cza­ru­sia. Chło­piec ten miał od naj­wcze­śniej­szych lat naj­droż­sze na­uczy­ciel­ki fran­cu­skie­go, an­giel­skie­go, nie­miec­kie­go i pol­skie­go ję­zy­ka, naj­lep­szych, dro­go płat­nych ko­re­pe­ty­to­rów, gdy po­szedł do gim­na­zjum. Uczył się wca­le nie­źle, a ra­czej uczył­by się był zna­ko­mi­cie, gdy­by roz­ko­cha­ni w nim ro­dzi­ce nie prze­szka­dza­li swy­mi trwo­ga­mi i piesz­czo­ta­mi, czy aby się nie prze­pra­co­wu­je i nie wy­si­la za­nad­to. W za­cisz­nym ga­bi­ne­cie, wy­sła­nym pu­szy­stym dy­wa­nem, tak pu­szy­stym, że w nim sto­pa gi­nę­ła, oj­ciec i syn spę­dza­li jak naj­czę­ściej roz­kosz­ne sam na sam. Chło­piec pierw­szo­kla­si­sta, le­żąc na pier­siach oj­ca, z gło­wą przy je­go gło­wie, i oj­ciec, ko­ły­szą­cy się na bu­ja­ją­cym fo­te­lu, wca­ło­wy­wa­li so­bie z ust w usta ta­blicz­kę mno­że­nia, baj­kę fran­cu­ską, któ­rą sro­gi na­uczy­ciel fran­cu­skie­go za­dał na ju­tro, al­bo po­wta­rza­li do upa­dłe­go ja­kiś ma­ły wier­szy­czek pol­ski, że­by zaś nie za­po­mnieć do­bre­go wy­ma­wia­nia tej trud­nej mo­wy. Szko­ła ro­bi­ła swo­je. Cza­ruś sto­kroć le­piej mó­wił po ro­syj­sku niż po pol­sku. Nie po­ma­ga­ło prze­strze­ga­nie w do­mu mo­wy pol­skiej ani to, że słu­żą­ce by­ły Po­lki. Pa­ni do­mu, jak wia­do­mo, nie mo­gła wpły­nąć na zrusz­cze­nie sy­na. Nie mógł rów­nież przy­czy­nić się do zrusz­cze­nia Cza­ru­sia oj­ciec – do­sko­na­le zresz­tą ro­zu­mie­ją­cy ko­niecz­ność zna­jo­mo­ści ję­zy­ka pań­stwo­we­go i kła­dą­cy na tę ko­niecz­ność na­cisk wiel­ki – gdyż w tym okre­sie cza­su26 już mu sa­me­mu pach­nia­ło to coś de­li­kat­ne, mięk­kie, pań­skie, co z da­le­kie­go kra­ju się nio­sło. Lecz ży­cie sa­mo, prze­po­jo­ne du­chem ro­syj­skim, ro­bi­ło swo­je.

Tak to dni Cza­ru­sia upły­wa­ły w ra­mio­nach oj­ca i mat­ki, na ich ko­la­nach, pod ich roz­ko­cha­ny­mi oczy­ma.

Część pierw­sza – Szkla­ne do­my

Cza­ruś do­stał był wła­śnie pro­mo­cję z kla­sy czwar­tej do pią­tej i skoń­czył czter­na­sty rok ży­cia, gdy Se­we­ry­na Ba­ry­kę ja­ko ofi­ce­ra za­pa­so­we­go po­wo­ła­no do woj­ska. – Woj­na wy­bu­chła. – Szyb­ko, w cią­gu pa­ru dni, idyl­la ro­dzin­na zo­sta­ła zdru­zgo­ta­na. Ce­za­ry zna­lazł się sam z mat­ką w osie­ro­cia­łym miesz­ka­niu. Gdy od­pro­wa­dzał oj­ca na sta­tek wo­jen­ny od­cho­dzą­cy do Astra­cha­nia, nie czuł żad­ne­go zgo­ła ża­lu. No­wość! Zaj­mo­wa­ły go ty­sią­ce szcze­gó­łów, dro­bia­zgów, dat, na­zwisk, cyfr, zwią­za­nych z prze­bra­niem się oj­ca w mun­dur ofi­cer­ski. Pa­ko­wał wa­liz­kę, świet­ną wa­liz­kę oj­cow­ską z gru­bej, żół­tej skó­ry, z me­ta­lo­wym oku­ciem, z wy­ci­śnię­tym ini­cja­łem i mnó­stwem we­wnątrz ta­jem­ni­czych prze­gró­dek. Nie po­dzie­lał i nie ro­zu­miał zu­peł­nie pła­czu i spa­zmów mat­ki, de­spe­ru­ją­cej od świ­tu do no­cy. Do­pie­ro gdy oj­ciec w gro­nie in­nych ofi­ce­rów zo­stał na po­kła­dzie, a on sam z mat­ką na brze­gu, i kład­kę z ha­ła­sem ode­pchnię­to, Ce­za­rek do­znał na­pa­du prze­ra­że­nia, ja­kie­go jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu nie do­świad­czył. Pod na­ci­skiem te­go uczu­cia wy­cią­gnął rę­ce i po­czął krzy­czeć jak ist­ny dzie­ciak. Lecz zna­ki uspa­ka­ja­ją­ce, któ­re kre­śli­ły w po­wie­trzu bia­łe rę­ce oj­cow­skie, uci­szy­ły go tak na­gle, jak na­gle przy­szła ta śle­pa bo­leść dzie­cię­ca. Prze­cie to na krót­ko! Ist­ne ma­new­ry! Woj­na nie bę­dzie trwa­ła dłu­go. Ja­kieś tam pa­rę ty­go­dni. Mo­że mie­siąc. Naj­wy­żej dwa. Wał ro­syj­ski prze­su­nie się po po­lach wro­gów, zmiaż­dży prze­szko­dy jak mar­chew czy ku­ku­ry­dzę i wszyst­ko wró­ci do nor­my. Tak mó­wi­li wszy­scy i ta­ką też opi­nię w spad­ku po oj­cu od­jeż­dża­ją­cym otrzy­mał Ce­za­ry.

Gdy z por­tu wra­cał do do­mu z mat­ką, za­iste, jak grób mil­czą­cą, był już we­so­ły. Po­cie­szy­ło go to i owo, a na­de wszyst­ko per­spek­ty­wa swo­bo­dy. Oj­ciec, któ­ry go ni­g­dy a ni­g­dy nie ka­rał, ni­g­dy na­wet nie ła­jał, a stro­fo­wał pół­żar­tem, z lek­ką drwin­ką, dow­cip­ku­jąc, po­sia­dał nad sy­nem wła­dzę że­la­zną, nie­złom­ną. Wbrew ła­god­ne­mu uśmie­cho­wi oj­ca, wbrew je­go grzecz­nym za­le­ce­niom i po­kor­nym ra­dom, do­bro­tli­wym proś­bom, rzu­co­nym wśród umi­zgów i za­ba­wy – nic nie moż­na by­ło po­ra­dzić. By­ły to ka­no­ny i pa­ra­gra­fy wo­li, na­rzu­co­ne z uśmie­chem i w gro­nie piesz­czo­tek. Był to rząd sa­mo­wład­ny i dyk­ta­tu­ra tak nie­złom­na, iż nic, li­te­ral­nie nic nie mo­gło jej prze­ła­mać. Te­raz ta że­la­zna ob­ręcz roz­luź­ni­ła się i sa­mo­chcąc opa­dła. Prze­strach pa­nicz­ny w oczach mat­ki: – „Co na to oj­ciec po­wie?” – znikł. Oj­ciec usu­nął się z miesz­ka­nia i ze świa­ta, a je­go nie­obec­ność po­wie­dzia­ła: „Rób, co chcesz!”

Swo­bo­da uszczę­śli­wi­ła Ce­zar­ka. Prze­ra­że­niem na­peł­ni­ła je­go mat­kę.

– Co te­raz bę­dzie? – szep­ta­ła za­ła­mu­jąc rę­ce.

Ce­za­ry nie za­da­wał so­bie ta­kich py­tań. Przy­rze­kał mat­ce, że bę­dzie po­słusz­ny, zu­peł­nie tak sa­mo, jak gdy­by oj­ciec był obec­ny w ga­bi­ne­cie. Po­sta­na­wiał być po­słusz­nym i uspa­ka­jał mat­kę mi­lio­nem naj­czul­szych piesz­czot. Lecz w grun­cie rze­czy du­szą i cia­łem wy­ry­wał, gdzie pieprz ro­śnie. Cze­go nie mógł u mat­ki do­piąć sa­mo­wol­ny­mi ka­pry­sa­mi, to wy­pra­szał umi­zga­mi lub awan­tu­rą. On to te­raz sta­wiał na swo­im. Ro­bił, co chciał. Nie do­strze­ga­jąc gra­nic tych ob­sza­rów, któ­rych mu daw­niej nie wol­no by­ło prze­kra­czać, rzu­cał się na pra­wo i na le­wo, w tył i na­przód – że­by wszyst­ko daw­niej za­ka­za­ne do­kład­nie obej­rzeć. Ca­łe te­raz dnie spę­dzał po­za do­mem na ło­bu­ze­rii z ko­le­ga­mi, na grach, za­ba­wach, eska­pa­dach27 i wa­gu­sach28. Gdy się skoń­czy­ły wa­ka­cje, „uczęsz­czał” do gim­na­zjum i po­bie­rał w do­mu jak daw­niej lek­cje fran­cu­skie­go i nie­miec­kie­go, an­giel­skie­go i pol­skie­go ję­zy­ka, ale był to już ra­czej sze­reg awan­tur, a nie­raz i bó­jek. Z każ­dym te­raz bel­frem za­dzie­rał, wsz­czy­nał kłót­nie i to­czył nie­skoń­czo­ne pro­ce­sy, do­zna­wał bo­wiem sta­le „nie­spra­wie­dli­wo­ści” i „krzywd”, za któ­re zno­wu ja­ko czło­wiek ho­no­ru mu­siał się mścić w spo­sób wła­ści­wy i za wła­ści­wy uzna­ny w sfe­rach mia­ro­daj­nych, wśród „sta­rych” ko­le­gów pią­tej kla­sy. Za­ba­wy – zresz­tą nie­win­ne – ła­zę­go­stwo i urwi­so­stwo, po­chło­nę­ły go jak ja­kiś ży­wioł. W gro­nie kil­ku sta­rych ko­le­gów dra­ło­wał29 z lek­cyj i bu­jał po oko­li­cy, a na­wet no­cą ga­niał po uli­cach, po ja­mach i wer­te­pach, po zwa­li­skach gwe­bryj­skich świą­tyń30 i ru­inach sta­rych me­cze­tów.

Wy­rwaw­szy się z oj­cow­skiej uździe­ni­cy nie mógł już znieść żad­ne­go ar­ka­nu31. Nie­szczę­sna mat­ka tra­ci­ła gło­wę, roz­pły­wa­ła się we łzach i ga­sła z nie­po­ko­ju. Na wi­dok tych łez gorz­kich i nu­dzą­cych go aż do śmier­ci Ce­za­ry po­pra­wiał się na dzień, z tru­dem – na dwa. Na trze­ci już zno­wu gdzieś coś pła­tał. Wy­bi­jał szy­by Ta­ta­rom, wdzie­rał się na pła­skie da­chy do­mów i, nie­wi­dzial­ny, strze­lał z pro­cy do do­mow­ni­ków. Tam wy­wier­cił dziu­rę w ścia­nie do­mu, ty­łem od­wró­co­ne­go do uli­cy, aże­by przez otwór przy­pa­try­wać się „żo­nom” mi­lio­ne­ra mu­zuł­ma­ni­na, cho­dzą­cym po bez­drzew­nym ogród­ku bez czar­cza­fów, czy­li je­dwab­nych za­słon na twa­rzach – tu zor­ga­ni­zo­wał nie­zno­śne­mu bel­fro­wi ko­cią mu­zy­kę. No­cą, bez ce­lu i sen­su wa­łę­sał się po nie­skoń­czo­nym bul­wa­rze no­we­go mia­sta al­bo po pro­stu jak bez­pań­ski pies ga­niał po za­uł­kach, po wą­skich i stro­mych ulicz­kach sta­re­go, uwi­jał się w por­cie, w bru­dach i cza­dach „czar­ne­go mia­sta”32 lub mię­dzy wul­ka­na­mi, któ­rych kra­te­ry wy­rzu­ca­ją sło­ne bło­to. Ta ko­niecz­ność włó­cze­nia się, bez­ce­lo­we­go cwa­łem wy­ry­wa­nia z miej­sca na miej­sce sta­ła się na­ło­giem i pa­sją. Nie mógł usie­dzieć. Nad­to – gry. Gry w pił­kę, w pa­sek, w ja­kieś ka­my­ki, „kicz­ki”33, w wy­świech­ta­ne gru­ziń­skie kost­ki.

Próż­nia­cze dnie Ce­za­re­go na­peł­nio­ne by­ły jed­nak nie by­le ja­ki­mi pra­ca­mi. Uczył się ro­li do te­atru ko­le­żeń­skie­go o tre­ści roz­bój­ni­czej, któ­ry miał być ode­gra­ny se­kret­nie w zbu­rzysz­czach sta­rych ba­kiń­skich for­ta­li­cji34. Bu­do­wał wraz z in­ny­mi skryt­ki w skal­nych pie­cza­rach i w la­bi­ryn­cie sta­rych mu­rów, w ce­lu prze­cho­wy­wa­nia za­ka­za­nych ksią­żek, nie­przy­zwo­itych wier­szy Pusz­ki­na i in­nych por­no­gra­fów35. Tam­że le­żał w ukry­ciu pe­wien wie­ko­wy re­wol­wer bez na­boi i prze­cho­wy­wa­ny był ozdob­ny gru­ziń­ski kin­żał36, któ­re­go cio­sy jesz­cze „na ra­zie” dla ni­ko­go nie by­ły prze­zna­czo­ne. Za­rów­no re­wol­wer, jak kin­żał, owi­nię­te w ko­lo­ro­we bi­buł­ki i czę­sto­tli­wie prze­wi­ja­ne, cze­ka­ły cier­pli­wie na swo­je lo­sy. Tym­cza­sem urzą­dza­no na­pa­ści na bur­żu­jów, za­rów­no ta­tar­skie­go, jak or­miań­skie­go ga­tun­ku, mniej mi­li­tar­ny­mi na­rzę­dzia­mi. Wy­star­cza­ły do bi­cia szyb zwy­czaj­ne ka­mie­nie.

Mat­ka nie by­ła w sta­nie utrzy­mać sy­na w do­mu, na­ka­zać mu zmia­ny wy­uz­da­nych oby­cza­jów, do­pil­no­wać go i wy­śle­dzić miej­sca je­go kry­jó­wek. Bez prze­rwy nie­mal cze­ka­ła na je­go po­wrót. Gdy chwy­tał czap­kę i pę­dem wy­la­ty­wał z do­mu, coś pod­su­wa­ło się do jej gar­dzie­li i za­pie­ra­ło od­dech. Nie mia­ła już si­ły pro­sić urwi­sa, że­by nie cho­dził. Z po­cząt­ku uda­wał po­słu­szeń­stwo: cza­ił się, przy­mi­lał, wy­pra­szał po­zwo­le­nie na bom­bler­kę. Póź­niej na­brał zu­chwa­łe­go re­zo­nu. Z cza­sem stał się im­per­ty­nenc­ki, drwią­cy, uszczy­pli­wy, kłó­tli­wy i na­pa­stli­wy. A wresz­cie nic so­bie z mat­ki nie ro­bił. Za­ci­snę­ła zę­by i mil­cza­ła prze­ży­wa­jąc nie­skoń­czo­ne go­dzi­ny trwo­gi o je­dy­na­ka.

To ob­ce mia­sto sta­ło się dla niej jesz­cze bar­dziej ob­ce, cu­dze, nie­po­ję­te, groź­ne, zło­wiesz­cze. Po wy­jeź­dzie mę­ża wszyst­kie­go się tu­taj ba­ła. Do­pó­ki mąż był w do­mu, on był oso­bą – ona ci­chym i po­kor­nym cie­niem oso­by. Te­raz ów cień mu­siał stać się fi­gu­rą czyn­ną. Cień mu­siał na­brać wo­li, wła­dzy, de­cy­zji. Jak­że ten mus był nie­zno­śny, jak uciąż­li­wy! Mu­sia­ła wie­dzieć o wszyst­kim, prze­wi­dy­wać, za­po­bie­gać, roz­ka­zy­wać. Gu­bi­ła się w plą­ta­ni­nie swych obo­wiąz­ków. Nie wie­dzia­ła, od cze­go za­cząć, gdzie jest dro­ga i jak nią iść. Wsty­dzi­ła się i trwo­ży­ła. Prze­ży­wa­ła jed­ną z naj­sroż­szych tor­tur, tor­tu­rę czy­nu na­rzu­co­ną nie­do­łęż­nej bier­no­ści. Cier­pia­ła, nie mo­gąc dać so­bie ra­dy. Trwo­ga o sy­na, któ­ry się jak na złość zli­sił, do­bi­ja­ła ją. Je­dy­ną ulgę znaj­dy­wa­ła w cią­gu no­cy, kie­dy chło­pak twar­do spał. Sły­sza­ła wte­dy je­go od­dech, wie­dzia­ła, że jest obok niej i że mu nic nie za­gra­ża. Ale sa­ma wte­dy nie spa­ła. Po­pa­dła w bez­sen­ność. Wo­la­ła jed­nak bez­sen­ność bia­łej no­cy niż trwo­gę bia­łe­go dnia. Och, jak­że do­brze jej by­ło przy­cza­ić się na le­go­wi­sku, za­su­nąć się w kąt i pa­trzeć na ślicz­ną gło­wę chłop­ca, owia­ną gę­stwi­ną fa­li­stej czu­pry­ny i – pa­trząc tak na nie­go – o nim ma­rzyć!… Ja­kiż ślicz­ny, ja­kiż uko­cha­ny ten ło­buz, ten urwis, ten włó­czy­kij i za­wa­li­dro­ga!

Co mu się też śni – co tam prze­pły­wa pod cza­ru­ją­cą płasz­czy­zną spa­dzi­ste­go czo­ła? Co też to wi­dać w tych oczach głu­cho za­mknię­tych, pod cie­ni­sty­mi po­wie­ka­mi? Ja­kiś na­mięt­ny krzyk do­by­wa się z pul­su­ją­ce­go gar­dła! Ja­kieś gwał­tow­ne, dzi­kie, sro­gie wi­do­wi­sko ja­wi się przed nim, bo pro­sty nos na­cią­ga się jak cię­ci­wa łu­ku, noz­drza drga­ją, a war­gi nie­zrów­na­nych ust od­sło­ni­ły gro­zę i groź­bę prze­ślicz­nych bia­łych zę­bów! Ja­ki to wilk! Cóż za pa­sja nie­strzy­ma­na w tym sen­nym dziec­ka uśmie­chu! A pa­trząc tak na głów­kę je­dy­na­ka, głę­bo­ko roz­wa­ża­ła: „Któż to jest, na Bo­ga! ten chło­piec? Oto ta­jem­ni­ca nie­zba­da­na po­czę­ła go w niej. Oto był ma­leń­ki i nie­do­łęż­ny – kru­szy­na cie­le­sna, byt za­leż­ny je­dy­nie od niej – cząst­ka jej ca­ło­ści, jak gdy­by no­wy or­gan jej cia­ła, rę­ka lub no­ga… Wy­kar­mi­ła go, wy­pie­lę­gno­wa­ła, wy­ho­do­wa­ła. Z ro­ku na rok rósł w jej rę­kach, w jej oczach, w jej ob­ję­ciu. Każ­dy dzień je­go za­le­żał od niej, z niej się po­czy­nał, na niej się koń­czył. Si­ły swe prze­la­ła, ży­cie swe prze­są­czy­ła kro­pla po kro­pli w je­go si­ły. Na­sta­wi­ła i wy­pro­sto­wa­ła dro­gi je­go krwi. Nada­ła mu głos, krzyk, śpiew. A oto te­raz ob­cy się sta­je i zło­wiesz­czy. Ob­ra­ca się prze­ciw­ko niej. Z nie­go pły­nie na nią ja­kieś złe. Bez­gra­nicz­na mi­łość ku nie­mu prze­kształ­ca się i prze­ra­dza na krzyw­dę sła­be­go jej cia­ła i du­cha omdla­łe­go. Gdy­by go tak bez­gra­nicz­nie nie ko­cha­ła, cóż by jej by­ło, choć­by się psuł i, gdzie chce, ha­sał? Ale on bi­je w mi­łość, tar­ga tą si­łą, któ­rą go ob­da­rzył jej sła­by osta­tek mo­cy”.

Dnia­ło nie­raz, za­nim znu­żo­na po­pa­da­ła w sła­by pół­sen, w krót­kie za­po­mnie­nie się, w pół­czu­wa­nie. Bu­dził ją każ­dy ruch chłop­ca, je­go chra­pa­nie al­bo mo­wa przez sen. W tych sta­nach pół­świa­do­mo­ści za­wsze ucie­ka­ła z tych miejsc ob­cych „do do­mu”, to zna­czy do Sie­dlec. Sły­sza­ła w głę­bi swej gło­wy stuk kół po­cią­gu i wi­dzia­ła nie­zmie­rzo­ne ob­sza­ry pól, la­sów, pu­stek i pa­stwisk tej zie­mi prze­ogrom­nej – Ro­sji – któ­ra by­ła jej wię­zie­niem. Skry­te, ra­do­sne, iście zło­dziej­skie ma­rze­nie pod­po­wia­da­ło jej pe­ry­pe­tie czy­nu: za­brać Cza­ru­sia, za­wią­zać w wę­zeł tro­chę rze­czy i czmych­nąć. Uciec z te­go wy­gna­nia! Zwiać! Wie­dzia­ła w każ­dym ock­nie­niu, że to jest nie­moż­li­we, że te­go być nie mo­że, że Se­we­ryn ni­g­dy by na to nie przy­stał. Czyż nie miał­by pra­wa po­wie­dzieć, że ucie­kła dla­te­go, że w Sie­dl­cach jest Szy­mon Ga­jo­wiec?

To imię i to na­zwi­sko mia­ło moc cza­ro­dziej­ską. Ono tu od­sła­nia­ło daw­ne, wio­sen­ne po­ran­ki i let­nie dni, któ­rych już nie ma na zie­mi. Mia­ła zno­wu sie­dem­na­ście lat i tę ra­dość w ser­cu, któ­rej już nie ma na zie­mi. Wie­dząc o tym do­sko­na­le, że to jest gru­by i śmiesz­ny non­sens, by­ła zno­wu so­bą, daw­ną, mło­dą dziew­czy­ną. Ko­cha­ła zno­wu Szy­mo­na Ga­jow­ca se­kret­nie, skry­cie, na śmierć – jak wte­dy. By­ła zno­wu na śmierć ko­cha­na przez te­go wy­smu­kłe­go, pięk­ne­go mło­dzień­ca – jak wte­dy. Prze­ży­wa­ła swój nie­my ro­mans. Cze­ka zno­wu na je­go wy­zna­nie – dłu­go, tę­sk­nie. Ale on nie po­wie­dział jej ni­g­dy ani sło­wa! Ani jed­ne­go wes­tchnie­nia, ani jed­ne­go pół­słó­wecz­ka! Tyl­ko w tych ciem­nych, głę­bo­kich oczach je­go pło­nie mi­łość. Och, nie ro­mans, nie mi­łost­ka, nie ra­do­sny flirt, lecz po­sęp­na mi­łość. Jak­że mógł ośmie­lić się na wy­zna­nie mi­ło­sne, jej, pan­nie z „do­mu” sie­dlec­kie­go, on, bied­ny kan­ce­li­sta z „Pa­ła­ty”37, a nad­to po­cho­dzą­cy z chło­pów pod­la­skich czy tam z ja­kiejś drob­nej za­go­no­wej szlach­ty. To­też mil­czał, aż się do­mil­czał! Przy­je­chał Se­we­ryn i wy­da­no ją bez ga­da­nia. Wspo­mi­na­ła zno­wu od­jazd swój z mę­żem do Ro­sji. Stoi oto w oknie wa­go­nu, uśmiech­nię­ta, szczę­śli­wa, mło­da mę­żat­ka. Mnó­stwo lu­dzi, wszy­scy zna­jo­mi, ca­łe mia­sto. Gwar, kwia­ty, uści­ski, po­zdro­wie­nia, ży­cze­nia. A w głę­bi pe­ro­nu, z da­la, sam je­den, opar­ty o fra­mu­gę okna – tam­ten. Jęk prze­rzy­nał du­szę na no­wo. Wi­dzia­ła je­go oczy i uśmiech pe­łen śmier­tel­nej bo­le­ści.

Wspo­mi­na­ła dnie daw­ne, uro­cze chwi­le, kie­dy prze­cha­dza­li się nad wo­dą sta­wu w Se­ku­le, nad wo­dą nie­za­po­mnia­ną, po­kry­tą wod­ny­mi li­lia­mi. Pa­mię­ta­ła każ­de je­go sło­wo owo­cze­sne, ci­chą roz­mo­wę o unii pod­la­skiej38, o mę­czeń­stwie, ka­to­wa­niach, przy­mu­sach. W du­szy je­go unia pod­la­ska i ca­ła owa kra­ina smut­na a peł­na ta­jem­ni­cy mia­ła jak gdy­by ka­pli­cę swo­ją. On to je­den wie­dział o wszyst­kim, wszyst­ko znał z ak­tów, z pa­pie­rów urzę­do­wych, z ta­jem­nych ra­por­tów. On je­den stał nad dro­ga­mi te­go kra­ju jak sa­mot­ny krzyż. Jej tyl­ko jed­nej po­wie­rzał se­kre­ty. I tak go oto zdra­dzi­ła… Wspo­mi­na­ła wy­ciecz­kę jed­ną do Dro­hi­czy­na39, dra­bi­nia­sty­mi wo­za­mi, w licz­nym to­wa­rzy­stwie mło­dzie­ży. Jak­że by­ło we­so­ło, ja­ka wio­sna by­ła w du­szach!

Po dro­dze za­trzy­ma­no się obok sta­rej unic­kiej ka­plicz­ki, za­bi­tej gwoź­dzia­mi i ska­za­nej na za­gła­dę. Wspo­mnia­ła so­bie oczy Ga­jow­ca, oczy wznie­sio­ne na ze­szło­wiecz­ny w głę­bi ob­raz. O Bo­że, te­go czło­wie­ka od­rzu­ci­ła, po­de­pta­ła, za­bi­ła na du­szy!… Wspo­mi­na­ła po raz ty­sięcz­ny ów list je­go okrut­ny, gdy się ro­ze­szła wieść, że wy­cho­dzi za Se­we­ry­na – list na sze­ściu stro­ni­cach, bła­gal­ny, że­brzą­cy, za­ma­za­ny stru­ga­mi łez, obłą­ka­ny list Ga­jow­ca. Po­dar­ła go wów­czas, lecz sło­wa te­go pi­sma ży­ły w jej du­szy. Czy­ta­ła je w pa­mię­ci swej, jak wte­dy na stry­chu, gdy tar­ga­ła wło­sy i omdle­wa­ła z roz­pa­czy. Na wspo­mnie­nie imie­nia te­go czło­wie­ka, któ­re­mu ni­g­dy nie uści­snę­ła rę­ki, do któ­re­go nie wy­rze­kła jed­ne­go czul­sze­go wy­ra­zu, wio­sna oj­czy­sta pach­nia­ła w jej du­szy. On to był jej na­uczy­cie­lem, prze­wod­ni­kiem, ci­chym mi­strzem – ach, i wy­bra­nym ze wszyst­kich lu­dzi na zie­mi! Wszyst­ko prze­szło, na­sta­ło strasz­ne od­da­le­nie w cza­sie, w prze­strze­ni – na­ro­dził się Cza­ruś – a prze­cie tam­ten czło­wiek nie umarł w du­szy. Gdy­by na­wet nie by­ło go już na zie­mi, bło­go­sła­wi­ła je­go pa­mięć…

Od mę­ża nad­cho­dzi­ły li­sty dość czę­sto. Był na li­nii bo­jo­wej, gdzieś w Pru­sach Wschod­nich, po­nad Ma­zur­ski­mi Je­zio­ra­mi40. Li­sty je­go by­ły jed­no­staj­ne, nie­mal urzę­do­we, su­che i za­wie­ra­ją­ce za­wsze te sa­me zwro­ty. Oczy­wi­ście nie skar­ży­ła się mę­żo­wi na sy­na – prze­ciw­nie, w spo­sób kłam­li­wy chwa­li­ła go za cno­ty, któ­rych ani cie­nia nie ujaw­niał. Oj­ciec dzię­ko­wał w li­stach swych Ce­za­re­mu za tak chwa­leb­ne pro­wa­dze­nie się i po­stę­py w na­ukach. Mat­ka od­czy­ty­wa­ła te ustę­py za­twar­dzia­łe­mu re­cy­dy­wi­ście i osią­ga­ła na chwi­lę coś w ro­dza­ju skru­chy i ża­lu za grze­chy. Ale niech­że któ­ry z ko­le­gów, ja­kiś tam Mi­sza czy Ko­la, gwiź­nie pod oknem, już by­ło po skru­sze i moc­nym po­sta­no­wie­niu po­pra­wy!

Raz tyl­ko przy­stą­pi­ło coś do Ce­zar­ka. Był zwy­czaj, iż w miej­sco­wej ka­pli­cy ka­to­lic­kiej śpie­wa­no w nie­dzie­lę na chór­ku. Ce­za­ry miał bar­dzo ład­ny głos i kil­ka już ra­zy śpie­wał so­lo przy akom­pa­nia­men­cie fis­har­mo­nii. Ksiądz, Gru­zin, wy­cho­wa­ny w głę­bi Ro­sji i nie­przy­chyl­nie uspo­so­bio­ny dla Po­la­ków, nie­chęt­nie zga­dzał się na te śpie­wy, jed­nak to­le­ro­wał je ze wzglę­du na licz­ną pol­ską ko­lo­nię. Pew­ne­go je­sien­ne­go po­ran­ka Ce­za­ry śpie­wał na chór­ku sta­rą, po­spo­li­tą pieśń:

O Pa­nie, co lo­sy ludz­ko­ści
dzier­żysz w dło­ni Swej,
Sto­ją­cych na pro­gu wiecz­no­ści
do ło­na przy­tu­lić chciej…41

Gdy się za­niósł od sa­mot­ne­go śpie­wu, chwy­ci­ło go coś za ser­ce. Nie­po­ję­ta, głu­cha tę­sk­no­ta za oj­cem się­gnę­ła do osta­tecz­nej głę­bi w je­go du­szy. Czuł, że la­da chwi­la za­nie­sie się od pła­czu. Śpiew je­go stał się przej­mu­ją­cy i pięk­niej­szy po­nad wszel­ką po­chwa­łę. Sta­ry, ste­ra­ny, za­pi­ty urzęd­nik, któ­ry już sła­bo ję­zyk pol­ski pa­mię­tał, le­d­wie mógł so­bie dać ra­dę z akom­pa­nia­men­tem – drżą­cy­mi pal­ca­mi chwy­tał współ­to­ny, aże­by nic nie uro­nić, aże­by – ucho­waj Bo­że! – nic nie ze­psuć w tej pie­śni, co się sta­ła wiesz­cze­niem po­nad­ludz­kim, za­iste mo­dli­twą przed Pa­nem. Zda­wa­ło się słu­cha­czom, że to anioł nie­biań­ski zstą­pił z ko­ściel­ne­go ob­ra­zu, sta­nął przy kla­wi­kor­dzie i za­śpie­wał za grzesz­nych lu­dzi pieśń bła­gal­ną.

Ten ko­ściel­ny na­strój od­szedł jed­nak rów­nie szyb­ko, jak przy­szedł. Za mu­ra­mi ka­pli­cy Cza­ruś był so­bą, a ra­czej był we wła­dzy wspól­ne­go sza­łu, któ­ry go wraz z ko­le­ga­mi opę­tał. Uczu­cie tę­sk­no­ty za oj­cem, nie­od­par­te i głę­bo­kie, na­po­tka­ło na swej dro­dze oba­wę wo­bec moż­li­wo­ści po­wro­tu ro­dzi­ca. Ol­brzy­mia ba­nia swo­bo­dy stłu­kła­by się na­tych­miast. Trze­ba by zno­wu przy­cza­ić się, uda­wać świę­tosz­ka, grzecz­niu­sia, pra­cow­nicz­ka, któ­ry o ni­czym nie my­śli, tyl­ko o szkol­nej i po­zasz­kol­nej na­uce. Ani mrum­ru już wte­dy o wła­snej wo­li, o bu­ja­niu sa­mo­pas, do­kąd oczy po­nio­są, i o tym nie­na­sy­co­nym upa­ja­niu się wol­nym po­wie­trzem, ja­kie da­je mło­do­cia­ne roz­pa­sa­nie.

Czę­sto­kroć zresz­tą owo roz­pa­sa­nie przy­bie­ra­ło for­my dziw­nie po­spo­li­te. Ko­le­dzy scho­dzi­li się u jed­ne­go ze współ­próż­nia­ków i, ni­by to w wiel­kiej ta­jem­ni­cy, śpie­wa­li naj­bar­dziej zna­ne i naj­bar­dziej okle­pa­ne pie­śni ro­syj­skie. Po śpie­wach na­stę­po­wa­ły kar­ty. Ten i ów ko­chał się. Ce­za­ry jesz­cze się w ni­kim nie ko­chał, ale wie­dział, że ta­ka po­zy­cja ist­nie­je i jest w mo­dzie.

Se­we­ryn Ba­ry­ka nie po­ko­nał Niem­ców nad Ma­zur­ski­mi Je­zio­ra­mi. Prze­ciw­nie – wiał na wschód z resz­tą ar­mii. Dłu­go nie by­ło od nie­go wie­ści, a gdy wresz­cie na­de­szła, to już zu­peł­nie ską­d­inąd. Był w Kar­pa­tach42. Parł na Wę­gry. Przy­sy­łał stam­tąd wia­do­mo­ści, tak sa­mo su­che i jed­no­brz­mią­ce. Każ­dy list za­czy­nał się od py­tań o Ce­za­re­go i koń­czył nie­skoń­czo­ny­mi dla nie­go po­zdro­wie­nia­mi. Ani jed­ne­go sło­wa, ani wzmian­ki o po­wro­cie! Bi­twy, ob­lę­że­nia, po­cho­dy, śnie­gi, do­li­ny i gó­ry, gó­ry, któ­rych Ce­za­ry nada­rem­nie szu­kał na ma­pie.

Po­ło­że­nie żo­ny i sy­na by­ło za­bez­pie­czo­ne. Już sa­ma pen­sja ofi­cer­ska, wy­pła­ca­na punk­tu­al­nie, wy­star­czy­ła­by naj­zu­peł­niej. Nad­to Se­we­ryn Ba­ry­ka przed pój­ściem na front wy­jął z sa­fe­su43 ban­ko­we­go znacz­ną część swych oszczęd­no­ści, za­mie­nił na zło­to i „na wszel­ki wy­pa­dek” za­ko­pał w piw­ni­cy wraz z bi­żu­te­rią i co cen­niej­szy­mi przed­mio­ta­mi ze sre­bra i zło­ta. Sa­mych pie­nię­dzy by­ło kil­ka­set ty­się­cy. Przy ce­re­mo­nii za­ko­py­wa­nia, do­ko­na­nej w no­cy z ca­łą ostroż­no­ścią i pre­me­dy­ta­cją, by­ła obec­na pa­ni Ba­ry­ko­wa i Ce­za­ry. Część ka­pi­ta­łu po­zo­sta­wio­na w ban­ku, zno­wu „na wszel­ki wy­pa­dek”, słu­ży­ła do do­raź­ne­go użyt­ku i do­wol­ne­go roz­po­rzą­dze­nia. Z te­go mat­ka i syn mo­gli czer­pać, ile chcie­li, na swe po­trze­by, na opła­tę lek­cji ję­zy­ków, mu­zy­ki, śpie­wu, tań­ca, kon­nej jaz­dy, łyżw, wro­tek, mo­to­cy­klu, ro­we­ru, ło­dzi mo­to­ro­wej, ae­ro­pla­nu, sa­mo­cho­du oraz wszel­kiej in­nej ma­nii czy fa­na­be­rii je­dy­na­ka, o ja­kiej tyl­ko du­sza je­go za­ma­rzyć mo­gła.

Ce­za­rek dbał o to, że­by „ra­chu­nek bie­żą­cy” nie sple­śniał w ban­ku. Pró­bo­wał wszyst­kie­go, co mu strze­li­ło do gło­wy. Mat­ka zga­dza­ła się na wszyst­ko, a ra­czej mu­sia­ła na wszyst­ko przy­sta­wać, co po­dyk­to­wał. Jeź­dził te­dy po lą­dzie i po mo­rzu, a na­wet la­tał po po­wie­trzu. Nie moż­na po­wie­dzieć, że­by się wca­le nie uczył al­bo na­wet źle uczył. Lu­bił na przy­kład mu­zy­kę i grał du­żo, w cza­sie lek­cji i po­za lek­cja­mi. Czy­tał mnó­stwo wsze­la­kich ksią­żek. Prze­cho­dził z kla­sy do kla­sy, tak i owak ła­ta­jąc bra­ki sys­te­ma­tycz­nych i po­rząd­nych stu­diów, jak to by­wa­ło za cza­sów oj­cow­skich, kie­dy trze­ba by­ło przy­sia­dy­wać fał­dów dzień dnia44 i wszyst­ko pil­nie od­ra­biać do ostat­nie­go uda­rien’ja45.

Po ro­ku, dwu, trzech la­tach, o oj­cu da­le­kim – w isto­cie – jak gdy­by słuch za­gi­nął. Ba­ry­ka był wciąż w ar­mii. Czy­nił ofen­sy­wy i do­zna­wał de­fen­syw, lecz nie przy­jeż­dżał. Raz do­niósł, że był ran­ny, że le­żał w szpi­ta­lu, kę­dyś da­le­ko, na gra­ni­cy rdzen­nej Pol­ski. Dłu­go po­tem nie pi­sał. Gdy po­tem list nad­szedł, był to skrypt nie­ofi­cjal­ny, da­to­wa­ny z in­ne­go miej­sca po­by­tu.

W tym cza­sie Ce­za­rek wy­ra­stał na sa­mo­dziel­ne­go, a ra­czej sa­mo­wład­ne­go mło­ko­sa. O oj­cu – ja­koś za­po­mniał. Myśl o oj­cu – by­ło to wid­mo prze­sta­rza­łych za­ka­zów, pa­dół ja­kiś ciem­ny, z któ­re­go zio­nę­ło uczu­cie dziw­nie bo­le­sne, ści­ska­ją­ce, a na­de wszyst­ko smut­ne, tę­sk­ne, lecz za­ra­zem w nie­po­ję­ty spo­sób wła­sne i ro­dzo­ne. Ce­za­ry nie lu­bił my­śleć o oj­cu. Cza­sa­mi jed­nak chwy­ta­ło go w pół dro­gi, ni to w ob­ję­cia, błęd­ne wid­mo – za­trzy­my­wa­ły po­środ­ku za­ba­wy nie­wi­dzial­ne rę­ce. Coś go cza­sa­mi cią­gnę­ło w od­męt smut­ku i ża­lu, któ­ry się na­gle pod no­ga­mi otwie­rał. Trze­ba by­ło po­tem za­bi­jać to uczu­cie, któ­re no­si­ło wśród ko­le­gów na­zwę chan­dra46, wy­sił­ka­mi na łód­ce, na ro­we­rze, na mo­to­cy­klu al­bo na dzi­kim ko­zac­kim ko­niu. W cią­gu tych dłu­gich wo­jen­nych lat mat­ka sta­ła się dla Ce­za­re­go czymś tak po­dat­nym, po­wol­nym, uży­tecz­nym, wła­snym, po­słusz­nym wzglę­dem każ­de­go za­chce­nia i od­ru­chu, że, za­iste, był to już je­go or­gan, jak rę­ka lub no­ga. Nie zna­czy to wca­le, że­by Ce­za­rek był złym sy­nem, a je­go mat­ka nie­do­łęż­ną cia­pą. Lecz tak da­le­ce zro­sły się te dwa or­ga­ni­zmy, a je­den tak do dru­gie­go na­le­żał, iż sta­no­wi­ły jed­no du­cho­we cia­ło. Z wol­na i kon­se­kwent­nie Ce­za­rek zaj­mo­wał miej­sce Se­we­ry­na ja­ko źró­dło de­cy­zji, ra­dy, pla­nu i rzu­tu oka na me­tę da­le­ką oraz ja­ko roz­ka­zo­daw­ca. Nie zaj­mo­wał się do­mem i je­go spra­wa­mi, lecz od nie­go wszyst­ko za­le­ża­ło. Wie­dzie­li wszy­scy, iż pa­ni Ba­ry­ko­wa od­bie­ra i wrę­cza pie­nią­dze tu­dzież wy­ko­ny­wu­je47 po­le­ce­nia, ale rzą­dzi pięk­ny Ce­za­rek.

W do­stat­nio urzą­dzo­nym miesz­ka­niu wszyst­ko zo­sta­ło na miej­scu, jak by­ło w chwi­li od­jaz­du Se­we­ry­na Ba­ry­ki. Ani je­den cięż­ki me­bel nie zo­stał ina­czej prze­sta­wio­ny w sa­lo­nie – ani jed­na książ­ka ina­czej po­ło­żo­na na biur­ku w ga­bi­ne­cie pa­na do­mu. Tak sa­mo wszyst­ko tkwi­ło na miej­scu, jak gdy­by te­goż dnia ra­no wy­szedł do swe­go urzę­du „na prze­my­słach”. Oto ga­ze­ta, któ­rą czy­tał w przed­dzień wy­jaz­du – oto dro­go­cen­ny nóż do roz­ci­na­nia kar­tek, jesz­cze, zda się, cie­pły od uję­cia przez je­go dłoń, tkwi w środ­ku roz­ło­żo­ne­go to­mu. Miesz­ka­nie to, moż­na by rzec, by­ło ob­ra­zem po­tęż­ne­go pań­stwa, w któ­re­go ob­rę­bie się przy­tu­li­ło. Jak tam, tak i tu wszyst­ko sta­ło po­tęż­ny­mi pra­ca­mi usta­no­wio­ne i z daw­na uję­te w klu­by.

Go­spo­darz nie wra­cał. W trze­cim ro­ku woj­ny nie by­ło od nie­go żad­nej wie­ści tak dłu­go, iż żo­na, a na­wet lek­ko­myśl­ny syn po­pa­dli w roz­pacz. In­for­ma­cje w urzę­dach woj­sko­wych by­ły ja­kieś męt­ne i nie­pew­ne. Raz po­wie­dzia­no, że ma­jor „Sie­wie­rian Gri­go­rie­wicz Ba­ry­ka” – za­gi­nął. Kie­dy in­dziej wy­ja­śnio­no, że do­stał się „praw­do­po­dob­nie” do nie­miec­kiej czy au­striac­kiej nie­wo­li. Wresz­cie od­pa­lo­no na­tar­czy­we py­ta­nia zim­nym cio­sem, z pew­nym iro­nicz­nym zmru­że­niem urzęd­ni­cze­go oka, iż prze­padł w ot­chła­niach woj­ny, wieść o nim za­gi­nę­ła tak da­le­ce, iż o tym czło­wie­ku nic zgo­ła nie wia­do­mo. Roz­pacz nie­szczę­snej ko­bie­ty prze­cho­dzi­ła wszel­kie gra­ni­ce.

Nie tu jed­nak by­ły gra­ni­ce, a na­wet nie tu­taj jesz­cze by­ło pań­stwo roz­pa­czy. Na­su­nę­ło się to pań­stwo wiel­kie i dzi­kie, nie­wia­ro­god­ne i nie­po­ję­te ja­ko­by za­gon ta­bu­nów ta­tar­skich, z prze­stwo­rów Ro­sji i z cza­su. Jed­ne­go dnia ro­ze­szła się w mie­ście Ba­ku lo­tem bły­ska­wi­cy wieść: re­wo­lu­cja48! Co zna­czy­ło w prak­ty­ce owo sło­wo, nikt ob­ja­śnić nie umiał, a gdy by­ło naj­mą­drzej­sze­go po­pro­sić o wy­ja­śnie­nie, na pew­no orzekł coś in­ne­go niż po­przed­ni znaw­ca i co in­ne­go niż je­go na­stęp­ca. Je­że­li kto wie­dział co­kol­wiek re­al­ne­go o isto­cie re­wo­lu­cji, to chy­ba tyl­ko sam Ce­za­ry Ba­ry­ka, gdyż on to ją wła­śnie z miej­sca wsz­czy­nał. Przede wszyst­kim, z daw­na już sły­sząc, że jest gdzieś ja­kaś re­wo­lu­cja, prze­stał „uczęsz­czać” do swej ósmej kla­sy. Wraz z nim co gor­liw­si wy­znaw­cy je­go spo­so­bu my­śle­nia i po­stę­po­wa­nia. Nad­to – prze­brał się po cy­wil­ne­mu. Nie­zu­peł­nie zresz­tą: czap­ka uczniow­ska bez pal­my, ma­ry­nar­ka cy­wil­na. Gdy zaś dy­rek­tor gim­na­zjum, spo­tkaw­szy go na mie­ście, w naj­nie­win­niej­szej my­śli za­py­tał, cze­mu to pa­ra­du­je po cy­wil­ne­mu, w czap­ce na ba­kier i ze szpi­cru­tą – tro­stocz­koj49 – w rę­ku, Ce­za­rek tąż szpi­cru­tą – tro­stocz­koj – wy­mie­rzył dy­rek­to­ro­wi w sen­sie od­po­wie­dzi dwa z daw­na zbio­ro­wo wy­śnio­ne in­dy­wi­du­al­ne cio­sy: je­den w pra­we ucho, a na­stęp­nie dru­gi w le­we. Zbie­go­wi­sko ulicz­ne nie sta­nę­ło po stro­nie po­krzyw­dzo­ne­go dy­rek­to­ra, lecz wła­śnie po stro­nie na­past­ni­ka Ba­ry­ki. Ce­za­ry od­szedł spo­koj­nie do do­mu, oto­czo­ny au­re­olą, nio­sąc w rę­ku sław­ną od­tąd tro­stocz­kę. Sko­ro zaś dy­rek­tor gim­na­zjum, zwo­ław­szy ra­dę pe­da­go­gicz­ną, wy­da­lił Ce­za­re­go Ba­ry­kę z tej szko­ły, ze wszyst­kich in­nych gim­na­zjów ba­kiń­skich i ze wszyst­kich szkół w pań­stwie, gdyż za­le­cił go do tak zwa­ne­go „wil­cze­go bi­le­tu” – to był to akt naj­zu­peł­niej nie­szko­dli­wy, gdyż Ce­za­ry Ba­ry­ka nie kwa­pił się już do żad­nej szko­ły w tym pań­stwie. In­ne mu już wia­try świ­sta­ły ko­ło uszu.

Ani pod­sąd­ny, ani człon­ko­wie ka­rzą­ce­go cia­ła nie­wie­le przy­wią­zy­wa­li wa­gi do wy­ro­ku. Obi­ty zwierzch­nik za­skar­żył wy­cho­wań­ca do są­du. Lecz nim nad­szedł ter­min po­wo­ła­nia na­past­ni­ka przed krat­ki, ja­kieś ta­jem­ni­cze si­ły tłu­kły co noc szy­by w miesz­ka­niu dy­rek­to­ra gim­na­zjum nie po­zo­sta­wia­jąc ani jed­nej – ma­za­ły dzieg­ciem i in­ny­mi źle wo­nie­ją­cy­mi mer­kap­ta­na­mi50 drzwi, scho­dy i ścia­ny je­go wil­li – wrzu­ca­ły mu do ga­bi­ne­tu przez dziu­ry w oknach zde­chłe szczu­ry, urzą­dza­ły po­de drzwia­mi ko­cie mu­zy­ki i wszel­kie in­ne ża­kow­skie psi­ku­sy. Po­li­cja? Po­li­cja sta­ła się w tej do­bie czyn­ni­kiem prze­dziw­nie ospa­łym. Nie mo­gła żad­ną mia­rą po­chwy­cić i uka­rać zło­czyń­ców. Moż­na by po­wie­dzieć, iż sro­mot­nie przed ni­mi tchó­rzy­ła, jak zresz­tą wszy­scy w mie­ście. Któż mógł wie­dzieć, czy to w ten spo­sób nie ob­ja­wia swej po­tę­gi re­wo­lu­cja, tak groź­na i wszech­wład­na na pół­no­cy pań­stwa? Tej zaś no­wej si­le na­czel­nej po­li­cja nie chcia­ła się na­ra­żać.

Przez czas dość dłu­gi w mie­ście Ba­ku by­ło głu­cho, mar­two i nud­no. Wszyst­ko jesz­cze po daw­ne­mu ru­sza­ło się i ła­zi­ło, ale nie­sły­cha­nie ospa­le, nie­mra­wo, z re­zer­wą, a na­wet jaw­ną per­fi­dią. Nie mo­gło być ina­czej, sko­ro z dnia na dzień wszyst­ko się od­mie­nia­ło. Dwa ży­wio­ły mia­sta51 – Ta­ta­rzy i Or­mia­nie – cza­to­wa­li na się wza­jem­nie z wy­szcze­rzo­ny­mi zę­ba­mi i wy­ostrzo­nym w za­na­drzu kin­ża­łem. Wła­dze, re­gu­lu­ją­ce ten sta­ry za­targ na rzecz pa­no­wa­nia ro­syj­skie­go, przy­wa­ro­wa­ły, al­bo­wiem w sa­mym źró­dle ich po­tę­gi coś się urwa­ło i wy­wró­ci­ło do gó­ry no­ga­mi. Wresz­cie wszyst­ko pierz­chło na wszyst­kie stro­ny. Zja­wił się ko­mi­sarz re­wo­lu­cyj­ny – o dzi­wo! – Po­lak z po­cho­dze­nia. Ten pio­ru­nem usta­no­wił no­wą wła­dzę i za­pro­wa­dził no­we po­rząd­ki. Ta­ta­rzy i Or­mia­nie da­li po­kój wal­ce, a jed­ni i dru­dzy na swój spo­sób wy­zy­ski­wa­li sy­tu­ację. Przede wszyst­kim – zni­kły wszel­kie to­wa­ry. Po­za­my­ka­no skle­py. Za­bra­kło żyw­no­ści. Ban­ki nie wy­da­wa­ły zło­żo­nych ka­pi­ta­łów i nie wy­pła­ca­ły pro­cen­tów. Nikt nie do­sta­wał pen­sji. Ru­go­wa­no z miesz­kań. Za­pa­no­wa­ła uli­ca, ro­bot­ni­cy naf­to­wi i fa­brycz­ni, cze­ladź skle­po­wa i do­mo­wa, ma­ry­na­rze. By­ło tam jed­nak sto­sun­ko­wo spo­koj­nie. Mia­sto sta­ło wła­ści­wie bra­kiem rzą­du, a si­łę swą czer­pa­ło z wal­ki skłó­co­nych ple­mion. Lud­ność nie­za­moż­na upa­ja­ła się mi­tyn­ga­mi52, mo­wa­mi i wy­wra­ca­niem wszyst­kie­go na ni­ce.

Ce­za­ry Ba­ry­ka był oczy­wi­ście by­wal­cem zgro­ma­dzeń lu­do­wych. Na jed­nym z ta­kich zbie­go­wisk wie­sza­no in ef­fi­gie53 bur­żu­azyj­nych ce­sa­rzów, wiel­ko­rząd­ców, pre­zy­den­tów, ge­ne­ra­łów, wo­dzów – mię­dzy in­ny­mi lal­kę ubra­ną za Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go. Tłum kla­skał ra­do­śnie, a Ce­za­rek naj­gło­śniej, choć nic jesz­cze, co praw­da, o Jó­ze­fie Pił­sud­skim nie wie­dział. Wszyst­ko, co wy­krzy­ki­wa­li mów­cy wie­co­wi, tra­fia­ło mu do prze­ko­na­nia, by­ło jak­by wy­ję­te z je­go wnę­trza, wy­rwa­ne z je­go gło­wy. To by­ła wła­śnie esen­cja rze­czy. Gdy wra­cał do do­mu, po­wta­rzał mat­ce wszyst­ko od a do z, wy­ja­śniał ar­ka­na co za­wil­sze. Mó­wił z ra­do­ścią, z fu­rią od­kryw­cy, któ­ry na­resz­cie tra­fił na swo­ją dro­gę.

Mat­ka nie cho­dzi­ła na mi­tyn­gi. Pa­trzy­ła te­raz po­nu­ro w zie­mię i nie od­zy­wa­ła się z ni­czym do ni­ko­go. Gdy by­ła z Ce­za­rym sam na sam, pró­bo­wa­ła opo­no­wać. Lecz wte­dy po­pa­dał w gniew, gro­mił ją, iż ni­cze­go nie mo­że zro­zu­mieć z rze­czy tak ja­snych, pro­stych i spra­wie­dli­wych. Ga­da­ła zaś nie­stwo­rzo­ne kli­tuś-baj­tuś. Twier­dzi­ła, że kto by chciał two­rzyć ustrój ko­mu­ni­stycz­ny, to po­wi­nien by po­dzie­lić na rów­ne dzia­ły pu­stą zie­mię, ja­kiś step czy ja­kieś gó­ry, i tam wspól­ny­mi si­ła­mi orać, siać, bu­do­wać – żąć i zbie­rać. Za­czy­nać wszyst­ko spra­wie­dli­wie, z Bo­ga i ze sie­bie. Cóż to za ko­mu­nizm, gdy się we­drzeć do cu­dzych do­mów, pa­ła­ców, ko­ścio­łów, któ­re dla in­nych ce­lów zo­sta­ły prze­zna­czo­ne i po rów­no po­dzie­lić się nie da­dzą. Jest to – mó­wi­ła – po­spo­li­ta gra­bież. Nie­wiel­ka to sztu­ka z pa­ła­cu zro­bić mu­zeum. By­ło­by sztu­ką god­ną no­wych lu­dzi – wy­two­rzyć sa­mym przed­mio­ty mu­ze­al­ne i umie­ścić je w gma­chu zbu­do­wa­nym ko­mu­ni­stycz­ny­mi si­ła­mi w mu­ze­al­nym ce­lu. Draż­ni­ła tak sy­na swy­mi ba­nia­lu­ka­mi, ar­gu­men­ta­mi spod ciem­nej gwiaz­dy, a ra­czej z naj­ob­skur­niej­szej „sie­dlec­kiej” uli­cy, aż tu­taj na świa­tło re­wo­lu­cji przy­tasz­czo­ny­mi, iż świerz­bi­ła go rę­ka, że­by ją za ta­kie an­ty-re­wo­lu­cyj­ne bzdu­ry po pro­stu zdzie­lić po­tęż­nie i raz na za­wsze od­uczyć re­ak­cji. Nie szczę­dził jej uwag w sło­wie i od­po­wied­nich epi­te­tów. Znie­cier­pli­wie­nie po­no­si­ło go nie­raz tak da­le­ko, iż póź­niej ża­ło­wał pew­nych do­bit­nych afo­ry­zmów. Gdy się już bar­dzo gnie­wał, za­ci­cha­ła, a na­wet ro­bi­ła mi­ny i gry­ma­sy przy­ta­ku­ją­ce al­bo wprost uda­wa­ła re­wo­lu­cyj­ny en­tu­zjazm.

Nie na sa­mych wie­cach i ze­bra­niach by­wał mło­dy Ba­ry­ka. W tłu­mie, w pod­nie­co­nym, wzbu­rzo­nym, roz­ju­szo­nym na­tło­ku lu­dzi, pę­dził nie­raz do wię­zień, gdy wy­włó­czo­no z lo­chów róż­nych bia­ło­gwar­dzi­stów, re­ak­cyj­nych ge­ne­ra­łów, wsła­wio­nych okru­cień­stwa­mi, i gdy ich mor­do­wa­no. Pa­trzał, jak się w tej ro­bo­cie od­zna­cza­li ma­ry­na­rze oraz roz­ma­ite oso­by urzę­do­we. Cze­kał nie­raz dłu­go na sa­mo­wol­ne eg­ze­ku­cje i przy­pa­try­wał się nie­opi­sa­nym sza­leń­stwom ludz­kim, gdy za­bi­ja­no po­wol­nie, wśród bła­gań ska­zań­ców o ry­chlej­szą śmierć. Gdy wra­cał z tych wi­do­wisk i opo­wia­dał mat­ce szcze­gó­ło­wo, co tam by­ło i jak się od­by­wa­ło, gdy miał oczy roz­sze­rzo­ne, noz­drza ro­ze­dr­ga­ne, gdy był zzia­ja­ny, wzru­szo­ny, uśmiech­nię­ty dia­bel­skim pół­u­śmie­chem, ona co­fa­ła się przed nim, wle­pia­ła weń prze­ra­żo­ne oczy i mam­ro­ta­ła swe mo­dli­twy.

Pew­nej no­cy, gdy twar­do spał, ze­szła do piw­ni­cy ze śle­pą la­tar­ką i wy­ko­pa­ła znacz­ną część skar­bu zło­żo­ne­go przez mę­ża. Tę więk­szą i cen­niej­szą część wy­nio­sła za mia­sto i ukry­ła w mu­rach sta­rych zwa­lisk, w pew­nej wnę­ce, któ­rą naj­przód z pre­me­dy­ta­cją zba­da­ła. Ta jej prze­zor­ność – wy­ni­ka­ją­ca z głu­che­go ro­zu­mie­nia pro­stac­kie­go, z in­stynk­tu, ja­kim się w woj­nach i re­wo­lu­cjach rzą­dzą i kie­ru­ją lu­dzie przy­ziem­ni, tak zwa­ni ciem­ni, chło­pi, kup­czy­ki, ma­li prze­my­słow­cy, pod­miej­scy rze­mieśl­ni­cy i drob­ni za­rob­ni­cy – wnet wzię­ła swój sku­tek. Wy­da­ny zo­stał de­kret ko­mi­sar­ski, aże­by każ­dy, kto­kol­wiek ma skarb za­ko­pa­ny w zie­mi, wska­zał go wła­dzy pod ka­rą głów­ną. Ce­za­ry przy­szedł do do­mu z wia­do­mo­ścią o de­kre­cie i oświad­cze­niem, iż on nie­zwłocz­nie wska­że miej­sce skar­bu ro­dzin­ne­go w piw­ni­cy. Nie z tchó­rzo­stwa, lecz dla idei! Dość te­go ży­cia na koszt lu­du! Nie chce mieć krwi na swych rę­kach! Pa­li go zło­to oj­cow­skie!

Mat­ka ki­wa­ła gło­wą. Zga­dza­ła się, sko­ro tak chce on, gło­wa do­mu. Nie by­ło już mo­wy ani wzmian­ki o oj­cu. Ce­za­rek wy­ko­nał swe po­sta­no­wie­nie. Przy­szli wnet lu­dzie świa­do­mi, maj­ster­ki w prze­szu­ki­wa­niu piw­nic, cwa­nia­ki w tej ma­te­rii, któ­rzy by i bez je­go „idei” zna­leź­li skarb oj­cow­ski, zwą­cha­li i spe­ne­tro­wa­li złot­ko, choć­by by­ło na sto łok­ci w zie­mię czy w mur wpusz­czo­ne. Ce­za­ry pa­trzał z du­mą, gdy wy­no­szo­no oszczęd­no­ści Se­we­ry­na Ba­ry­ki. Gdy jed­nak zja­wił się na obiad zha­sa­ny i zgłod­nia­ły, żą­dał je­dze­nia i gnie­wał się, gdy by­ło ma­ło. A by­ło co­raz mniej i co­raz jed­no­staj­niej­sze: co dzień – ry­by i ka­wior. Ani już śla­du chle­ba, mię­sa, ja­rzyn, owo­ców! Do­wóz ustał i skle­py by­ły na głu­cho za­mknię­te. Ce­za­ry nie py­tał, skąd mat­ka bie­rze pie­nią­dze na ry­by i ka­wior. Tę­sk­nił za chle­bem i owo­ca­mi, ale po­cie­szał się pew­ni­kiem, iż re­wo­lu­cja prze­ży­wa te bra­ki chwi­lo­wo. Tym­cza­sem ry­by i ka­wior, po­wta­rza­ją­ce się trzy ra­zy dzien­nie i bez od­mia­ny, po­czę­ły szko­dzić na zdro­wiu wszyst­kim.

Cóż do­pie­ro mó­wić o mat­ce Ba­ry­ki! Nie ja­dła, chu­dła z dnia na dzień, a nie sy­pia­ła wca­le. Gdy mło­dy adept54 re­wo­lu­cji ca­ły te­raz dzień spę­dzał po­za do­mem na ob­ser­wo­wa­niu zja­wisk spo­łecz­ne­go prze­wro­tu, a wła­ści­wie na gro­ma­dze­niu fa­ce­cji, za­baw­nych nie­skoń­cze­nie, sko­ro jed­ni szli z sa­lo­nów do piw­nic, a in­ni z piw­nic do sa­lo­nów – mat­ka je­go gro­ma­dzi­ła za­pa­sy. Wy­my­ka­ła się z mia­sta na da­le­ką pro­win­cję. Czy­ni­ła wy­pra­wy w step uro­dzaj­ny, bie­gną­cy ku wy­brze­żom rze­ki Ku­ry55, do za­gród ta­tar­skich i gru­ziń­skich al­bo do fol­warcz­ków nie­miec­kich. Zra­zu je­cha­ła ko­le­ją, a póź­niej z ja­kiejś pod­rzęd­nej sta­cyj­ki pusz­cza­ła się pie­cho­tą. Nio­sła ze so­bą zło­te i srebr­ne przed­mio­ty, zło­te im­pe­ria­ły56 i srebr­ne ru­ble, a w za­mian za nie wy­pra­sza­ła ja­kieś pa­rę garn­cy ziar­na psze­ni­cy, ży­ta, wresz­cie jęcz­mie­nia, a na­wet pro­sa. Kil­ka­kroć uda­ło jej się wy­dę­bić, po pro­stu wy­że­brać, za ol­brzy­mią ce­nę nie­co mą­ki. Nio­sła ją z po­wro­tem, upa­da­jąc pod cię­ża­rem, wior­sta­mi do sta­cji ko­le­jo­wej, a w sa­mym po­cią­gu prze­my­ca­ła, krót­ko mó­wiąc, pod spód­ni­cą. Cho­dzi­ły bo­wiem wzdłuż wa­go­nów pa­tro­le i kon­fi­sko­wa­ły te­go ro­dza­ju in­dy­wi­du­ali­stycz­ną i bur­żu­azyj­ną kon­tra­ban­dę. Przy­tasz­czyw­szy ziar­no do mia­sta, Ba­ry­ko­wa nio­sła je po no­cy do Ta­ta­rów, z któ­ry­mi mia­ła za­daw­nio­ne kon­szach­ty. Meł­ła ziar­no, zno­wu za ba­jecz­ną opła­tą w zło­cie i sre­brze. Po no­cy rów­nież pie­kła chle­by i pod­pło­my­ki, naj­czę­ściej nie­wy­ro­śnię­te plac­ki z jęcz­mie­nia, aże­by jej je­dy­nak mógł za­kosz­to­wać świę­te­go, mącz­ne­go chle­ba. Ce­za­ry ma­ło co wie­dział o tych mat­czy­nych wy­ciecz­kach. Nie in­for­mo­wa­ła go prze­cie, skąd i ja­kim spo­so­bem po­sia­da cen­ne rze­czy na wy­mia­nę za zbo­że i mą­kę. Wie­dzia­ła, że w świę­tej głu­po­cie swo­jej wy­dał­by w te pę­dy i tam­ten skarb z gro­ty. Pra­wi­ła mu te­dy, iż ten Ta­tar al­bo tam­ten Or­miasz­ka da­je jej po sta­rej zna­jo­mo­ści pa­rę gar­ści żyt­niej mą­ki.

Lecz si­ły tej ko­bie­ty ma­la­ły. No­gi jej za­pla­ta­ły się i gię­ły. W oczach la­tał jak­by rój skrzy­deł czar­nych nie­to­pe­rzów, a du­sza peł­na by­ła mro­ku i stra­chu. Ba­ła się te­raz śmier­ci. Strasz­li­wie, ach, strasz­li­wie! Cóż się sta­nie z tym chłop­cem nie­szczę­snym! Bę­dzie ja­kimś ka­tem, zbó­jem, mor­der­cą! Du­sza je­go ru­nie w prze­paść! Umrze tu­taj z gło­du wśród lu­dzi, któ­rzy się tę­go na­śmie­ją z je­go chłop­czyń­skiej ła­two­wier­no­ści.

Miesz­ka­nie Se­we­ry­na Ba­ry­ki za­re­kwi­ro­wa­no. Do sa­lo­nu, ga­bi­ne­tu, sy­pial­ni, ja­dal­ni wpro­wa­dzi­li się no­wi lu­dzie. Roz­sie­dli się na me­blach i za­gar­nę­li wszyst­ko, co by­ło w miesz­ka­niu. Ce­za­ry z mat­ką mie­ścił się te­raz w naj­mniej­szym po­ko­iku, a sy­piał w ni­szy, gdzie daw­niej by­ło le­go­wi­sko po­ko­jów­ki.

Gdy za­bie­ra­no ga­bi­net oj­ca, Ce­za­ry przy­po­mniał so­bie za­le­ce­nie: „Pil­no­wać jak oka w gło­wie!” – wy­pi­sa­ne w ma­łej ksią­żecz­ce opra­wio­nej ozdob­nie, któ­rą mu nie­raz po­ka­zy­wa­no. Chciał od­szu­kać ową ksią­żecz­kę, po­ka­zać ją, ko­mu na­le­ży, ja­ko nie­win­ną pa­miąt­kę, i za­cho­wać ją dla oj­ca, gdy­by przy­pad­kiem żył i gdy­by kie­dyś po­wró­cił. Prze­szu­kał ca­łą sza­fę, prze­rzu­cił wszyst­kie książ­ki, lecz bro­szur­ki o wy­pra­wie ge­ne­ra­ła Dwer­nic­kie­go na Ruś nie zna­lazł. Przy­szedł te­dy do wnio­sku, że oj­ciec mu­siał ją za­brać ze so­bą.

Pry­wa­cje57, na któ­re Ce­za­ry Ba­ry­ka zo­stał na­ra­żo­ny – wy­rze­cze­nie się pół­do­bro­wol­ne i szcze­rze ofiar­ne wszyst­kie­go: roz­kosz­nych za­baw, spor­tów, miesz­ka­nia, je­dze­nia, ubra­nia, pie­nię­dzy – po­dzia­ła­ło jed­nak na nie­go w pew­nej mie­rze otrzeź­wia­ją­co. Ja­koś spo­waż­niał, ze­smut­niał. Po­czął spo­strze­gać rze­czy i zja­wi­ska, któ­re daw­niej nie wpa­da­ły mu w oczy. Przede wszyst­kim z na­gła i z dzi­wacz­ną oczy­wi­sto­ścią uj­rzał – mat­kę. Ude­rzy­ła go nie­spo­dzie­wa­nie jej twarz, jej ma­ło­mów­ność, jej spo­glą­da­nie spode łba, jej spo­sób za­cho­wa­nia się, po­stę­po­wa­nia, mil­cze­nia. Przy­pa­trzył się jej pew­ne­go ra­zu pil­nie, spod oka – i wzdry­gnął się jak od spa­rze­nia bia­łym że­la­zem. Po­czął ob­ser­wo­wać jej wy­bie­gi, śle­dzić jej kro­ki, ba­dać jej uczyn­ki – i wzdry­gnął się jesz­cze bar­dziej. Nie by­ła prze­cie jesz­cze sta­ra, mia­ła za­le­d­wie czter­dzie­ści lat, a wy­glą­da­ła na sześć­dzie­siąt. Zgar­bi­ła się, sku­li­ła, zma­la­ła. By­ła si­wa, po­marsz­czo­na, żół­ta, odzia­na w daw­ną, wy­świech­ta­ną su­kien­czy­nę. Gdy bie­ga­ła za je­go spra­wa­mi, wy­no­si­ła je­go bru­dy, pra­ła je­go bie­li­znę, ob­słu­gi­wa­ła go jak po­ko­jów­ka i ku­char­ka – czę­sto chwy­ta­ła się rę­ka­mi za ser­ce al­bo za gło­wę. Wi­dział, jak się pod­pie­ra sę­ka­tym ki­jem wcho­dząc na scho­dy – ma­ca rę­ka­mi sprzę­ty i ścia­ny w bia­ły dzień, jak­by na­gle ośle­pła. Sma­ga­ją­cy wstyd wziął go w ob­ro­ty na wspo­mnie­nie usług tej ste­ra­nej i bez­sil­nej ko­bie­ty, gdy go pie­lę­gno­wa­ła, zdro­we­go bycz­ka, któ­ry się wy­sy­piał, ob­że­rał, wy­po­czy­wał i tra­wił wo­bec niej, go­nią­cej ostat­kiem tchu i wy­czer­pa­ny­mi ner­wa­mi.

Nie mógł jed­nak­że zmie­nić od ra­zu po­stę­po­wa­nia – ni­by to dla­te­go, że mat­ka spo­strze­gła­by się od ra­zu – a wła­ści­wie z ja­kie­goś szcze­gól­ne­go wsty­du czy z ja­kiejś py­chy. Po­czął nie­po­strze­że­nie, chył­kiem, ni­by to od nie­chce­nia po­ma­gać w pra­cy: no­sić cięż­kie rze­czy, usu­wać bru­dy, myć pod­ło­gę i na­czy­nia, na­wet prać, pra­so­wać, rą­bać drwa, dźwi­gać wo­dę i pi­tra­sić ja­dło. Tłu­ma­czył mat­ce z daw­ną opry­skli­wo­ścią, iż na­de­szły cza­sy in­ne, ko­mu­ni­stycz­ne, i oto wszy­scy mu­szą pra­co­wać. Kto nie pra­cu­je, ten niech nie je. Gra­bit’ na­gra­blen­no­je58 – o ty­le tyl­ko jest słusz­ne, o ile się pra­cu­je. Precz z bia­ły­mi rącz­ka­mi! – i tym po­dob­ne.

Wy­śle­dził wresz­cie se­kret mat­czy­ny, naj­sta­ran­niej cho­wa­ny: wy­pra­wy za mia­sto po zbo­że. Wte­dy ogar­nął go żal stu­siecz­ny. Ce­za­ry pła­kał głu­cho, my­śląc o tym, jak bie­gła ob­cy­mi po­la­mi, cią­gnąc i nio­sąc dla nie­go zbo­że, jak się od ro­wu do ro­wu sła­nia­ła na zwą­tla­łych no­gach, jak chwy­ta­ła po­wie­trze, któ­re­go płu­ca co­raz wię­cej po­trze­bo­wa­ły. Po­czął w no­cy cza­to­wać na jej bez­sen­ność. Wsta­wał, okry­wał ją, ma­łą i chu­dą pod koł­drą, jak­by jej wca­le nie by­ło – utu­lał, uspa­ka­jał, uci­szał. Zda­rza­ło się, iż za­sy­pia­ła słod­ko uśmiech­nię­ta, z ra­do­snym w ser­cu we­se­lem od je­go ła­ska­wych słów i nie­znacz­nych po­gła­skań.

W tym cza­sie obo­je ja­koś przy­tu­li­li się do sie­bie mo­ral­nie i wspar­li ra­mio­na­mi du­cha. Ce­za­ry spo­strzegł, iż mat­ka, któ­ra „nic nie mo­gła ska­po­wać, naj­prost­szych rze­czy nie ro­zu­mia­ła” – nie by­ła prze­cież tak ogra­ni­czo­na, jak mu się z pierw­sze­go wy­da­wa­ło. Pew­ne wy­ni­ki prze­wi­dy­wa­ła nie­omyl­nie ja­sno, nie­któ­re zja­wi­ska oce­ni­ła z ma­te­ma­tycz­ną do­kład­no­ścią. Tu brzmią ta­kie oto ha­sła, wdra­ża się w ży­cie ta­kie oto że­la­zne dy­rek­ty­wy, ta­kie pa­da­ją wznio­słe i wspa­nia­łe na­ka­zy – a ona wi­dzi w skut­ku coś bez­względ­nie od­wrot­ne­go, coś śmiesz­nie i dia­me­tral­nie59 prze­ciw­ne­go. I oto, wbrew lo­gi­ce rze­czy, wbrew si­le i kie­run­ko­wi im­pul­su – we­dług jej mru­kli­wej, pół­gęb­kiem wy­ra­żo­nej wąt­pli­wo­ści spra­wy po­szły. Za­sta­na­wia­ła Ce­za­re­go ta przy­pad­ko­wa zbież­ność, lecz nie zdo­ła­ła go ze­pchnąć z dro­gi ob­ra­nej.

Gdy od stro­ny Astra­cha­nia przy­cho­dził sta­tek pa­sa­żer­ski, o czym mat­ka za­wsze z gó­ry wie­dzia­ła, oby­dwo­je cho­dzi­li do por­tu i wy­cze­ki­wa­li – nie wie­dzieć na co. Wła­ści­wie na­wet wie­dzie­li na co, lecz ni­g­dy o tym nie mó­wi­li. Nie chcie­li przy­znać się przed so­bą i ba­li się, że­by nie spło­szyć szczę­ścia. Cze­ka­li na oj­ca. Te­raz już Ce­za­ry nie lę­kał się je­go po­wro­tu, gdy by­ło za póź­no. Stra­cił już wszel­ką na­dzie­ję, od­kąd mu po­wie­dzia­no w urzę­dzie, że oj­ciec zgi­nął na woj­nie. Nie wy­ja­wiał te­go mat­ce, gdyż nie był w sta­nie wy­mie­rzyć jej te­go cio­su w stru­dzo­ne ser­ce. Zresz­tą – wąt­pił. Ileż to ra­zy po­wra­ca­li ci, któ­rych za za­bi­tych ogło­szo­no!

Sta­li te­dy za­wsze w por­cie i cze­ka­li, gdy w za­dy­mio­nej od mgły, sza­ro­błę­kit­nej ot­chła­ni mo­rza miał się uka­zać punk­cik nie­ja­sny. Twarz mat­ki kost­nia­ła wte­dy, oczy męt­nia­ły, war­gi sta­wa­ły się drżą­ce, dło­nie mię­ły chust­kę, mo­krą od łez. Taj­ne, bez­słow­ne mo­dli­twy prze­pły­wa­ły po­przez jej cia­ło wy­nisz­czo­ne – mo­dli­twy ta­mecz­ne, pod­la­skie, wśród re­li­gij­nych prze­śla­do­wań wy­ho­do­wa­ne, a na tak da­le­ki brzeg wy­nie­sio­ne i na tak od­mien­ne ko­le­je wy­da­rzeń… Zży­ma­ła się we­wnętrz­nie, wi­ła się w udrę­cze­niu po­wąt­pie­wa­nia i w ży­wej tor­tu­rze na­dziei, upa­da­ła pod krzy­żem swym, le­żąc u drzwi Bo­ga w bła­ga­niu, aże­by na tym stat­ku, co za Ap­sze­roń­skim Pół­wy­spem w mrocz­nej rósł da­le­ko­ści – był Se­we­ryn. Z mo­rza i z te­go lą­du ru­skie­go, sto­kroć ob­szer­niej­sze­go niż mo­rze, z dzie­jów strasz­li­wych woj­ny i re­wo­lu­cji, z po­ża­rów i sza­leń­stwa gro­mad ludz­kich – mó­gł­że nad­pły­nąć czło­wiek wy­śnio­ny, on je­den je­dy­ny, któ­ry ją na ten brzeg wy­wiódł i sa­mą rzu­cił? Pa­trzy­ła po­przez za­sło­ny łez w sta­tek ów, ja­ko­by w wi­dze­nie anio­ła bo­że­go, któ­ry mię­dzy lą­dem i mo­rzem prze­bie­ga nio­sąc szczę­ście al­bo nie­szczę­ście. Ser­ce ło­mo­ta­ło w jej pier­si jak dzwon w wie­ży pu­stej, gdy sta­tek nad­pły­wał, wcho­dził do przy­sta­ni, przy­bi­jał… Rzu­ca­ła się oczy­ma na każ­dą twarz i na każ­dą po­stać, gdy pu­blicz­ność za­czę­ła wy­cho­dzić. Mie­rzy­ła wzro­kiem każ­de­go czło­wie­ka i każ­de­go od­trą­ca­ła – ze spło­szo­nym i za­lę­kłym swo­im prze­kleń­stwem.

– Nie ma! – gdy wy­cho­dzi­li tłu­mem.

– Nie ma! – gdy się ci­snę­li na most­ku.

– Nie ma! – gdy się roz­sy­py­wa­li na ka­mien­nym wy­brze­żu.

A gdy wy­szedł na­resz­cie ostat­ni z ostat­nich i sa­mi je­no ma­ry­na­rze zo­sta­wa­li na po­kła­dzie, mu­sia­ła sa­ma sie­bie prze­mo­cą chwy­tać za ra­mio­na, aże­by nie ru­nąć na gła­zy por­tu, nie wyć i nie rwać wło­sów. Lecz prze­cie do­ro­sły syn stał przy niej. On tak­że pa­trzał w przy­by­szów. On tak­że prze­wier­cał tłusz­czę oczy­ma i za­ta­piał wzrok w ciż­bę na most­ku, sko­ro tyl­ko wy­wa­lać się za­czę­ła z wnę­trza okrę­tu. I on cze­kał. Nie­raz okrop­ne mo­skiew­skie wy­zwi­sko z warg je­go zla­ty­wa­ło. Za­czy­nał drwić z tych przy­by­szów. Wska­zy­wał ich mat­ce z nie­na­wi­ścią, z tą no­wą, no­wo­mod­ną nie­na­wi­ścią, ja­kiej ni­g­dy przed­tem w je­go ser­cu nie by­ło. Mó­wił, że to jest kał Ro­sji. Mó­wił, że cze­luść otwar­ta te­go stat­ku to jest jak gdy­by otwór kisz­ki od­cho­do­wej wiel­kie­go car­stwa. Ucie­ki­nie­rzy! Uchodź­cy! Bur­żu­je! Da­ją oto dra­pa­ka z oj­czy­zny. Zmia­ta­ją – urzęd­ni­cy, dy­gni­ta­rze, pa­no­wie, wiel­cy ma­gna­ci i pod­ma­gnat­ki, kup­cy, prze­my­słow­cy, chło­pi, po­pi i ofi­ce­ro­wie. Wład­cy nie­daw­ni, czi­no­dra­ły60, stu­paj­ki61, wszel­kie ciem­ne in­dy­wi­dua w naj­dzi­wacz­niej­szych ubra­niach i reszt­kach mun­du­rów. Ten i ów ma jesz­cze gwiaz­dę, „ko­kar­dę”62 na cza­pie. Pa­no­wie w ar­mia­kach63, ma­gna­ci w chłop­skich ru­basz­kach64, a mam­ro­czą z ci­cha po­mię­dzy so­bą po fran­cu­sku. Wor­ki nio­są na ple­cach, to­bo­ły plą­czą się do­oko­ła ich nóg, rę­ce nie mo­gą udźwi­gnąć gra­tów i sprzę­tów. Da­ją nu­ra z oj­czy­zny swej do Azji Mniej­szej, do Kon­stan­ty­no­po­la i „w ogó­le”, by­le­by tyl­ko w świat da­le­ki. Go­to­wi by­li pod­bi­jać, przy­własz­czać so­bie, po­chło­nąć świat ca­ły, a te­raz świat ich po­chło­nie. Wy­cho­dzą na pod­bój świa­ta w pa­ni­ce, w trwo­dze, w bo­jaź­ni wiel­kiej, któ­ra ich ba­tem wy­pę­dza z dzie­dzin ich wła­dzy. Prze­fa­so­wa­ła ich i prze­ma­ce­ro­wa­ła do­sko­na­le re­wo­lu­cja w zę­bach i try­bach swych ka­tow­ni-czre­zwy­cza­jek65. Wie­ją te­raz, gdzie pieprz ro­śnie. Wo­lą być w łach­ma­nach i iść o ki­ju, by­le­by da­lej a da­lej, od tych miejsc nie­ogar­nio­nych, nad któ­ry­mi roz­po­ście­ra­ło się pra­wo ich pa­ra­gra­fu i ich ko­zac­kie­go ba­to­ga.

Pew­ne­go dnia, gdy tak obo­je cze­ka­li jak zwy­kle i gdy już ca­ły sta­tek opu­sto­szał aż do ostat­nie­go czło­wie­ka – a cze­ka­li po swo­je­mu, na próż­no – za­uwa­ży­li pew­ną gru­pę nę­dza­rek, któ­re wy­szedł­szy ze stat­ku usia­dły w kucz­ki tuż na ka­mie­niach, ze­braw­szy ko­ło sie­bie wę­zeł­ki i to­boł­ki. By­ła to ro­dzi­na zło­żo­na z czte­rech dziew­cząt i mat­ki, ko­bie­ty star­szej. Dziew­czę­ta by­ły su­che, wy­nisz­czo­ne, ob­dar­te tak da­le­ce, że obu­wie ich skła­da­ło się z desz­czu­łek po­przy­wią­zy­wa­nych do stóp sznur­ka­mi, łach­ma­ny zwi­sa­ły z nich w strzę­pach, a przez dziu­ry wi­dać by­ło na­gie cia­ło. Oso­by te nie by­ły jed­nak nę­dzar­ka­mi z uro­dze­nia. Twa­rze ich by­ły re­gu­lar­ne i sub­tel­ne, a twarz mat­ki zdra­dza­ła, po­mi­mo łach­ma­nów odzie­nia, ja­kąś wy­twor­ność i de­li­kat­ność. Sa­mo cier­pie­nie by­ło w tej twa­rzy od­mien­ne, jak gdy­by do­brze wy­cho­wa­ne i ary­sto­kra­tycz­ne. Mat­ka Ce­za­re­go, przez wro­dzo­ne jej uspo­so­bie­nie li­to­ści­wo­ści, pod­su­nę­ła się do tych ko­biet i za­czę­ła z ni­mi roz­ma­wiać. Ce­za­ry, któ­ry ta­kich tkli­wizn nie zno­sił, ru­szył w swo­ją stro­nę. Wte­dy je­go mat­ka śmia­ło już za­wią­za­ła zna­jo­mość z przy­by­ły­mi. Oka­za­ło się, że jest to księż­na i księż­nicz­ki Szczer­ba­tow-Ma­ma­jew, ucie­ka­ją­ce z kra­ju. Ma­jąt­ki ich, obej­mu­ją­ce wiel­kie ob­sza­ry zie­mi, la­sy, fa­bry­ki, pa­ła­ce, wil­le – zo­sta­ły skon­fi­sko­wa­ne, a one sa­me, prze­wle­czo­ne przez naj­roz­ma­it­sze kry­mi­na­ły, zje­dzo­ne przez cho­ro­by, kro­sty, brud, wszy i nę­dzę osta­tecz­ną, wy­rwa­ły się wresz­cie i ucie­ka­ją, do­kąd oczy po­nio­są.

Pa­ni Ba­ry­ko­wa, tknię­ta współ­czu­ciem, za­pro­si­ła je do swe­go po­ko­ju i po­ło­ży­ła spać, jak mo­gła i zdo­ła­ła w nie­wiel­kim lo­ka­lu. Gdy mło­de usnę­ły na wspól­nym le­go­wi­sku, roz­po­star­tym na zie­mi, w po­przek izby, księż­na Szczer­ba­tow-Ma­ma­jew w kuch­ni zwie­rzy­ła się w czte­ry oczy go­ścin­nej i li­to­ści­wej Po­lce. Oto na obu­dwu66 wy­chu­dłych łyd­kach, od ko­la­na do sto­py, mia­ła po­za­pi­na­ne bran­so­le­ty bez­cen­nej war­to­ści, nie tyl­ko co do wa­lo­ru dro­gich ka­mie­ni, lecz i co do ich wa­gi hi­sto­rycz­nej, pa­miąt­ko­wej. Te zło­te kaj­da­ny nę­ka­ły ją strasz­li­wie, gdyż, na pół po­otwie­ra­ne, wgry­zły się w cia­ło swy­mi pasz­cza­mi i po­wy­że­ra­ły krwa­we wklę­śnię­cia. Obie­dwie67 od­ję­ły z bo­le­snych nóg księż­nej owe bran­so­le­ty, któ­rych w po­cią­gach-tie­płusz­kach68, a po­tem na stat­ku nie zdej­mo­wa­ła od ty­go­dni w oba­wie re­wi­zji i kon­fi­ska­ty. Uło­ży­ły je na pie­cu i księż­na od ty­lu cza­sów pierw­szy raz za­snę­ła.

Nie­szczę­ście chcia­ło, że tej­że no­cy zwa­li­ła się do miesz­ka­nia re­wi­zja. Pre­cjo­za zna­le­zio­no i za­bra­no, a ka­rę za ukry­wa­nie zło­ta i dro­gich ka­mie­ni w ta­kiej ilo­ści po­niósł Ce­za­ry i je­go mat­ka. Oby­dwo­je do­sta­li się na czar­ną li­stę. Tyl­ko do­bra opi­nia, ja­ką u władz bol­sze­wic­kich cie­szył się „to­wa­rzysz Ba­ry­ka”, wpły­nę­ła na zmniej­sze­nie ka­ry. Emi­grant­ki, któ­re, oczy­wi­sta, śle­dzo­no, do­sta­ły się zno­wu do sro­giej tur­my69.

Go­ści­na udzie­lo­na księż­nej Szczer­ba­tow-Ma­ma­jew nie wy­szła mat­ce Ce­za­re­go na zdro­wie. Od tej chwi­li by­ła, wi­dać, ści­śle tro­pio­na, gdyż przy­trzy­ma­no ją wła­śnie, gdy za­mie­rza­ła wy­do­być coś ze skar­bu ukry­te­go w gó­rze za mia­stem – w ce­lu wy­pra­wie­nia się zno­wu na wieś po zbo­że. Bi­ta po­tęż­nie „po mor­dzie”, przy­zna­ła się do po­sia­da­nia skar­bu i po­ka­za­ła kry­jów­kę, gdzie się mie­ścił. To jej jed­nak nie ura­to­wa­ło. Skie­ro­wa­no ją do ro­bót pu­blicz­nych w por­cie. Nie­dłu­go tam jed­nak pra­co­wa­ła. Ro­bo­ty owe by­ły do­sko­na­łą ku­ra­cją pro­wa­dzą­cą z te­go świa­ta na tam­ten. Ce­za­ry wy­jed­nał to swy­mi proś­ba­mi, iż na ja­kiś czas umiesz­czo­no mu mat­kę w szpi­ta­lu po­wszech­nym. Lecz gdy od­po­czę­ła, trze­ba by­ło zno­wu iść do cięż­kich ro­bót. Sła­by i znisz­czo­ny or­ga­nizm nie wy­trzy­mał: pchnię­ta przez do­zor­cę, pa­dła na dro­dze i skoń­czy­ła ży­cie. Mia­no zwło­ki cho­wać we wspól­nym ro­wie kontr­re­wo­lu­cjo­ni­stów, lecz i tu syn wy­że­brał ustęp­stwo. Po­cho­wa­no „bur­żuj­kę” od­dziel­nie, na ka­to­lic­kim cmen­ta­rzu. Ksiądz Gru­zin od­pra­wił nad nią prze­pi­sa­ne mo­dły, wy­po­wie­dział sta­re ła­ciń­skie wy­ra­zy, do któ­rych by­ła przy­tro­czo­na jej dzie­cię­ca wia­ra, ra­dość mło­do­ści i wiel­kie smut­ki ży­cia.

Nim jed­nak spusz­czo­no pro­stą trum­nę w głąb do­łu, Ce­za­ry za­pra­gnął raz jesz­cze spoj­rzeć na mat­kę. Ode­rwał de­skę na­kry­wa­ją­cą świer­ko­we pu­dło i po raz ostat­ni przy­pa­trzył się ob­li­czu zga­słej. Spla­ta­jąc jej ze­sztyw­nia­łe pal­ce do snu wiecz­ne­go, zo­ba­czył rów­nież, że zło­ta ob­rącz­ka, któ­rą przez ty­le lat przy­wykł ca­ło­wać i wy­czu­wać, iż by­ła nie­ja­ko czę­ścią rę­ki, czymś ni­by kość czy su­staw70, wro­śnię­ta w skó­rę chu­dej rę­ki – że ta zło­ta ob­rącz­ka zdar­ta zo­sta­ła z pal­ca wraz z nie­ży­wą skó­rą, gdyż, wi­dać, nie chcia­ła pod­dać się roz­łą­cze­niu do­bro­wol­ne­mu. Sczer­nia­ła, za­pie­kła ra­na wid­nia­ła na tym miej­scu, gdzie nie­gdyś by­ła ob­rącz­ka. Ce­za­ry za­pa­mię­tał so­bie ten wi­dok. Nikt nie umiał mu po­wie­dzieć, kto za­brał ślub­ny pier­ścień mat­ki. Na za­py­ta­nie, czy tu na­stą­pi­ła kon­fi­ska­ta, wzru­sza­no urzę­do­wy­mi ra­mio­na­mi, od­po­wia­da­no skrzy­wie­niem ust w uśmiech po­błaż­li­wy, iro­nicz­ny-nie­iro­nicz­ny, wy­ro­zu­mia­ły. Te­raz do­pie­ro czu­ciem do­tarł do wia­do­mo­ści, dla ko­go to w dzie­ciń­stwie i za­ra­niu wcze­snych mło­dzień­czych lat prze­cho­wy­wał kin­żał w skal­nej kau­ka­skiej pie­cza­rze.

Tak to Ce­za­ry Ba­ry­ka sam je­den zo­stał na świe­cie. Nie miał już mat­ki, nie miał oj­ca i nie miał nic z daw­ne­go do­stat­ku. Na­wet po­kój w daw­nym miesz­ka­niu ode­bra­no mu i prze­zna­czo­no in­ny, da­le­ko od te­go miej­sca, w czar­nym mie­ście, wśród „prze­my­słów”. Po śmier­ci mat­ki o oj­cu prze­stał już my­śleć. Wła­dze bol­sze­wic­kie, gdy jesz­cze raz usi­ło­wał po­wziąć wia­do­mość, udzie­li­ły mu fa­tal­nej. We­dług tej ostat­niej in­for­ma­cji Se­we­ryn Ba­ry­ka, ma­jor ar­mii car­skiej, prze­szedł daw­no – daw­no na stro­nę wro­gów, przy­stał do pol­skich le­gio­nów, zdra­dził swój sztan­dar. Lecz – do­da­wa­no – i tam, w tych le­gio­nach, nie ma go we­dług da­nych, ja­kie biu­ra wy­wia­dow­cze po­sia­da­ją. I tam prze­padł bez wie­ści. – Po­gib!71 – wy­krztu­szo­no wresz­cie z ukry­tą ra­do­ścią.

By­ła to już for­mu­ła ostat­nia, nie­odwo­łal­na.

Ce­za­ry schwy­ta­ny zo­stał przez ar­kan72 sa­mot­no­ści. Za ży­cia mat­ki nie znał te­go sta­nu. Tak du­ży ka­wa­ler, wy­pra­wia­jąc roz­ma­ite fo­chy czy­sto oso­bi­ste, szedł prze­cież pro­wa­dzo­ny za rę­kę. Te­raz do­pie­ro zdrę­twiał, nie znaj­du­jąc już w próż­ni rę­ki ma­łej, chu­dej, sła­bej. Sta­wiał się har­do sa­me­mu so­bie, tłu­ma­cząc swym uczu­ciom, że prze­cież to jest naj­na­tu­ral­niej­sze zja­wi­sko, iż sta­ra, scho­ro­wa­na, zde­ner­wo­wa­na ko­bie­ci­na zmar­ła. Zwłasz­cza w wa­run­kach tak dla jej zdro­wia nie­od­po­wied­nich. Ale nie pod­da­wał się ro­zu­mo­wa­niu, nie chciał mu ulec – żal – stan po­dob­ny do wszech­wład­nej go­rącz­ki, któ­ra po­ra­ża or­ga­nizm zdro­wy. Sa­me no­gi nio­sły na cmen­tarz, do tej świe­żej ku­py gli­ny prze­sy­co­nej ziem­ny­mi ga­za­mi, gdzie le­ża­ło za­ko­pa­ne je­ste­stwo czu­ją­ce mat­ki. Sie­dział tam i pa­trzał w zie­mię.

Te­raz do­pie­ro wy­raź­nie wi­dział, jak ta sła­ba ko­bie­ta by­ła sa­mą so­bą, jak da­le­ce świa­do­mie szła do swe­go ce­lu, jak nie­omyl­nie wi­dzia­ła wszyst­ko, co by­ło na dro­dze, po któ­rej szła do swe­go ce­lu. Ona jed­na nie by­ła za­sko­czo­na przez wy­pad­ki. Chwy­ta­ła nad­cho­dzą­ce w swe dło­nie na­tych­miast, do­sko­na­le i świa­do­mie, co w każ­dej mi­nu­cie jej, mat­ce czy­nić na­le­ży. Przy­pa­tru­jąc się te­raz po­przez ku­pę czer­wo­nej ba­kiń­skiej gli­ny ży­ciu swej mat­ki, Ce­za­ry wi­dział, że ona nie by­ła sła­ba, lecz wła­śnie sil­na. Gnę­bi­ły ją, na­pa­sto­wa­ły, bi­ły cho­ro­by wy­dzie­ra­ją­ce wszel­ką si­łę – bez­sen­ność, ane­mia, wresz­cie bie­da i gło­do­wa­nie, a wszyst­kie wy­szczer­bi­ły się na niej. Prze­cie ani na jed­nę73 mi­nu­tę nie pod­da­ła się ni­cze­mu, nie usta­ła, nie cof­nę­ła się, nie uci­chła. Do­pie­ro pod­ła, so­ba­cza74 ludz­ka prze­moc i fi­zycz­na, nie­zwal­czo­na śmierć prze­trą­ci­ła jej że­la­zną wo­lę. Te­raz do­pie­ro wy­su­nę­ły się na świa­tło prze­wi­nie­nia wzglę­dem niej, nie­po­słu­szeń­stwa, gru­biań­stwa, cham­skie opo­ry, nędz­ne po­słu­gi­wa­nie się tym bez­cen­nym na­czy­niem du­cha. Ale łzy nie­mę­skie, któ­re skru­cha wy­ci­ska­ła, sta­no­wi­ły kry­ni­cę oczysz­cze­nia. Na no­wo się od­naj­dy­wa­li – mat­ka i syn. Rę­ka w rę­kę szli w la­sy da­le­kie na sto­kach po­łu­dnio­wych pod­gó­rza al­bo w ga­je nad­brzeż­ne Zy­chu, któ­re wie­trzyk wio­sen­ny po­gła­ska­niem osre­brzał. Ce­za­ry był sam i nie sam. Pa­trzył na wdzięcz­ne drzew­ko brzo­skwi­nio­we, co na tle ka­mien­ne­go ogro­dze­nia pra­co­wi­te­go Ta­ta­ra ja­snym się ró­żem wy­róż­nia­ło w tym strasz­nym bez­drzew­nym kra­ju, i mó­wił z ci­cha do mat­ki: – Patrz, sa­mot­ne drzew­ko brzo­skwi­nio­we! – Zry­wał naj­wcze­śniej­sze wio­sen­ne ane­mo­ny75 i kie­li­chy ich bez­won­ne, otwar­te w stro­nę nie­ba, od­da­wał nie ist­nie­ją­cej dło­ni. Kładł kwia­ty te w zim­nym po­wie­trzu, a gdy upa­da­ły na zie­mię, śnił, iż rę­ce wiecz­nie skłon­ne do ob­jęć przy­ci­ska­ją je do uśmiech­nię­tych ust, czuł na so­bie po­wró­sła nie do prze­stą­pie­nia, z tą sa­mą si­łą obej­mu­ją­ce.

Dłu­gie go­dzi­ny prze­pę­dzał na wpa­try­wa­niu się w mo­rze, wiecz­nie jed­na­kie i wiecz­nie od­mien­ne, ku któ­re­mu usko­ki na­gich gór zni­ża­ją się na­głym upad­kiem – nad któ­rym wi­szą zwa­ły strzę­pia­stych so­sen Po­łu­dnia. Gdy tra­wy otu­la­ją­ce urwi­ste ogro­dy pięk­nej za­to­ki pół­wy­spu za­zie­le­ni­ły się buj­ną i lśnią­cą bar­wą, a wśród nich sto­kroć, fioł­ki i sa­san­ki otwar­ły swe oczy ży­we i uka­za­ły twa­rzycz­ki, przy­po­mi­nał so­bie pi­sma po­etów, któ­rych mu się w róż­nych ję­zy­kach uczyć ka­za­no i któ­ry­mi daw­niej po­gar­dzał. Gdy wy­le­wa­ły woń swą, wiecz­ne ro­dzą­cą wzru­sze­nie, przy­cho­dził do prze­świad­cze­nia, iż dwie są tyl­ko na zie­mi spra­wy nie­śmier­tel­ne i nie pod­le­ga­ją­ce ze­psu­ciu śmier­ci: wie­ku­isty po­wrót kwia­tów na wio­snę i od­two­rze­nie ich po­wro­tu na zie­mię w wier­szach po­etów. Wy­po­wia­dał te­raz mat­ce umar­łej te ci­che, wo­nie­ją­ce jak fioł­ki sło­wa, na nic ni­ko­mu nie przy­dat­ne, swoj­skie i ob­ce, któ­rych daw­niej nie ro­zu­miał i nie ce­nił. Po­sy­łał jej do zim­nej głę­bi gro­bu wia­do­mość tam­ty­mi sło­wy, iż wio­sna przy­szła zno­wu – iż pta­szek zło­to­pió­ry, wi­wil­ga bo­ża-wo­la, któ­re­go tak lu­bi­li po­ka­zy­wać so­bie za dni szczę­śli­wych, upły­nio­nych, któ­re­go śpie­wu słu­chać lu­bi­li w po­ran­ki wio­sny, zja­wił się skąd­siś zno­wu i wśród ga­łę­zi sa­mot­ne­go ce­dru nie­zro­zu­mia­łą mo­wą swo­ją ogła­sza nie­bio­som, mo­rzu i zie­mi szczę­ście po­wro­tu przed­wio­śnia.

Ce­za­ry – po­nie­wcza­sie! – był te­raz ule­gły mat­ce. Wsu­wał się pod jej rę­kę, jak wte­dy, gdy był ma­leń­ki i bez­sil­ny. Usi­ło­wał po­siąść wszyst­kie jej my­śli, zro­zu­mieć ją, po­jąć ją aż do ostat­ka. I znacz­na by­ła ulga w je­go cier­pie­niu, gdy ją tak w sie­bie wchła­niał. Wszyst­kę76! Z ca­łym za­so­bem jej my­śli, uczu­wań, ze wszyst­ki­mi od­no­ga­mi, od­ga­łę­zie­nia­mi i za­zę­bie­nia­mi jej na­tu­ry. Ze wszyst­ki­mi błę­da­mi! Ro­zu­miał te­raz ilość i ja­kość błę­dów. Prze­ba­czał im i pusz­czał je na wol­ność. Oto tak o spra­wach te­go świa­ta błęd­nie są­dzi­ła. Wi­dział jak na dło­ni dro­gę jej ro­zu­mo­wa­nia. Na­wet tam, gdzie by­ła w isto­cie prze­mą­drza­ła77, nie­omyl­na, do­sko­na­le prze­wi­du­ją­ca, do­strze­gał błąd i od­pusz­czał go z ser­ca. Nie mo­gąc prze­ko­nać ży­wej, prze­ko­ny­wał du­cha. Wy­ja­wiał na­wza­jem du­cho­wi sa­me­go sie­bie. Uczył go ta­jem­ni­cy swe­go du­cho­we­go wnę­trza. Kę­dyś da­le­ko na gó­rze ja­ło­wej, któ­rą krzy­we, ko­śla­we krza­ki za­ście­la­ły, wiódł z mat­ką dłu­gie roz­mo­wy. Wy­ja­śniał jej ta­jem­ni­cę, iż prze­cie on sam – Ce­za­ry – nie był nią, mat­ką. Był czymś in­nym, od­mien­nym, osob­nym, no­wym, twar­dym, szorst­kim, ru­chli­wym i po­dat­nym na bu­rze i gwał­ty – czymś mło­dym, a nie sta­rym ja­ko ona. W je­go ser­cu mę­skim i mło­dym in­ny się pa­lił pło­mień niż w jej ser­cu ko­bie­cym, sta­rym i mat­czy­nym. Wy­ja­śniał jej z mi­ło­ścią i czcią, iż ona nie mo­gła, gdyż nie by­ła w sta­nie za wi­ną swej płci i swej mi­ło­ści, de­fek­tu mi­ło­ści – po­jąć ogro­mu bu­rzy za­war­te­go w re­wo­lu­cji. On wchła­niał ten ogrom bu­rzy, jak gąb­ka wo­dę oce­anu, a ona, mat­ka, nie by­ła w sta­nie nic z te­go wy­ssać dla sie­bie, gdyż zbyt moc­no, ja­ko mat­ka, trwo­ży­ła się i mi­ło­wa­ła. A te­raz, gdy już od niej ode­szło nik­czem­ne, ziem­skie, sła­be, ko­bie­ce drże­nie ser­ca i nie­moc, i trwo­ga o sy­na – gdy już nie wła­da jej cia­łem bez­sen­ne czu­wa­nie – gdy jest sa­mym tyl­ko wol­nym i czy­stym du­chem – nie­chaj­że wej­rzy w je­go ser­ce, niech wstą­pi w je­go ser­ce mę­skie i mło­de. Prze­ni­ka­ła nie­gdyś wszyst­kie po­trze­by je­go or­ga­ni­zmu nie­mow­lę­ce­go, wdzie­ra­ła się w sa­mo sed­no je­go isto­ty. Tak sa­mo te­raz!

„Re­wo­lu­cja – na­uczał du­cha mat­ki – jest to ko­niecz­ność, wyż­sza po­nad wszyst­ko. Jest to pra­wo mo­ral­ne. Po­przez dzie­siąt­ki se­tek lat lu­dzie nie­szczę­śli­wi by­li przez uprzy­wi­le­jo­wa­nych dep­ta­ni, cie­mię­że­ni, wy­zu­wa­ni ze wszel­kie­go pra­wa. Iluż to wsku­tek te­go be­stial­skie­go pra­wa pa­no­wa­nia uprzy­wi­le­jo­wa­nych nad wy­zu­ty­mi ze wszel­kie­go pra­wa po­nio­sło śmierć z cho­rób, z nę­dzy, z ka­tu­szy przy­mu­so­we­go ubó­stwa, w udrę­cze­niach, w jarz­mie służ­by! Na­wet w wi­dze­niu i za po­mo­cą lot­nej wy­obraź­ni nie­po­dob­na zli­czyć ogro­mu ist­nień za­mor­do­wa­nych, bo­gactw du­cha zni­we­czo­nych, pięk­na na za­wsze uni­ce­stwio­ne­go. Jest to ja­ko­wyś kon­ty­nent po­grze­bio­nych za ży­cia, cmen­ta­rzy­sko bez koń­ca, gdzie każ­da grud­ka zie­mi wzy­wa o po­mstę nad Ka­inem. Gdy­by te grud­ki mar­twej zie­mi mo­gły prze­ma­wiać al­bo zna­la­zły moż­ność da­wa­nia zro­zu­mia­łych zna­ków, to każ­dy ka­mień cer­kwi i ko­ścio­łów wy­da­wał­by jęk, każ­da ce­gła pa­ła­ców, każ­da ko­lum­na sal ocie­ka­ła­by krwią, a bruk ulic zro­szo­ny by był łza­mi. Al­bo­wiem wszę­dzie pod prze­mo­cą strasz­li­wą, w jarz­mie, pod ba­tem i w uci­sku czło­wiek mu­siał pra­co­wać nie dla sie­bie, lecz dla dru­gie­go czło­wie­ka. Na­sze pie­nią­dze, na­sze cen­ne i wy­god­ne sprzę­ty, na­sze dro­gie na­czy­nia i smacz­ne w nich po­tra­wy za­pra­wio­ne są i prze­sy­co­ne do cna krzyw­dą czło­wie­czą. O mat­ko! Nie chcę już pić dro­gie­go wi­na, bo ono zmie­sza­ne jest z po­tem mę­czen­ni­ków. Nie chcę stą­pać po pu­szy­stych dy­wa­nach, bo sto­py mo­je cho­dzi­ły­by po char­czą­cych pier­siach su­chot­ni­ków. Nie chcę no­sić pięk­ne­go odzie­nia, bo ono pa­li­ło­by mię jak tu­ni­ka za­pra­wio­na krwią ze śmier­tel­nej ra­ny cen­tau­ra Nes­so­sa78. Na­le­ża­ło raz prze­cie wy­ko­nać ten skok lwi, aże­by prze­moc ze­pchnąć prze­mo­cą ra­mie­nia z tro­nu po­tę­gi. Jak­że szczę­śli­wi je­ste­śmy, że sta­ło się to za na­szych cza­sów, że do­ko­na­ło się w na­szych oczach! Pa­trzy­li­śmy na po­ród brze­mie­nia cza­sów. Precz na­resz­cie z krzyw­dą! Precz z prze­mo­cą czło­wie­ka nad czło­wie­kiem! Twój syn nie mo­że stać w sze­re­gu cie­mię­ży­cie­li. Nie chcę! Nie bę­dę! Nie bę­dę! Nie bę­dę!”

Chwia­ły się ła­god­nie ga­łę­zie, w słoń­cu przy­grza­ne. Wśród ma­łych list­ków szem­ra­ło jak­by wes­tchnie­nie. W wie­trze z po­łu­dnia po­la­tał nie­ja­ko szept, zna­ny z dzie­ciń­stwa, do któ­re­go ucho przy­wy­kło:

„Tak, tak, mój syn­ku! Sko­ro ty mó­wisz, że tak, to tak…”

In­ną ko­le­ją po­to­czy­ło się ży­cie miesz­kań­ców mia­sta Ba­ku, pół­wy­spu i ca­łe­go kau­ka­skie­go pod­gó­rza, gdy w mar­cu 1918 ro­ku jed­na część miesz­kań­ców – tzn. Or­mia­nie pod wo­dzą Szau­mian­ca – za­we­zwa­ła czte­ry puł­ki or­miań­sko-gru­ziń­skie, pod­pusz­czo­ne do cof­nię­cia się z fron­tu azja­tyc­kie­go przez roz­ka­zy z re­wo­lu­cyj­ne­go rzą­du ro­syj­skie­go, a nad­to, gdy zdo­ła­ła prze­ko­nać do­wód­cę wojsk an­giel­skich, aże­by swą ar­ty­le­rią, pie­cho­tą i ka­wa­le­rią w łącz­nej su­mie dwu ty­się­cy lu­dzi ob­sa­dził cen­trum roz­cią­gnię­tej osa­dy ba­kiń­skiej. Dru­ga część miesz­kań­ców – to zna­czy Ta­ta­rzy – na sku­tek ta­kie­go ob­ro­tu rze­czy przy­pa­dła w prze­ra­że­niu do zie­mi, ma­jąc w pa­mię­ci swe prze­wi­ny, strasz­li­wą rzeź z ro­ku 1905, któ­rej ofia­rą pa­dło wów­czas or­miań­skie po­gło­wie.

Oba­wy i prze­wi­dy­wa­nia nie za­wio­dły Ta­ta­rów. Or­mia­nie spa­li­li me­cze­ty wraz z ta­tar­ski­mi ko­bie­ta­mi i dzieć­mi, któ­re się tam schro­ni­ły, i od mar­ca do wrze­śnia by­li pa­na­mi ży­cia i śmier­ci, a ra­czej dys­po­zy­to­ra­mi79 sa­mej śmier­ci Ta­ta­rów. Tej dru­giej czę­ści miesz­kań­ców mia­sta Ba­ku i je­go oko­lic nie po­zo­sta­ło do zro­bie­nia nic in­ne­go, jak szu­kać po­mo­cy na ze­wnątrz. Nie mo­gła zaś jej zna­leźć gdzie in­dziej, tyl­ko nad Bos­fo­rem80, u stóp ka­li­fa, za­stęp­cy pro­ro­ka i na­tu­ral­ne­go mści­cie­la znie­wa­żo­nych i spa­lo­nych me­cze­tów. Ka­lif na­kło­nił ucha do proś­by i dzie­jów krzyw­dy je­dy­no­wier­ców ta­tar­skich i turk­meń­skich. Znacz­na ar­mia tu­rec­ka pod wo­dzą Nu­ri-Pa­szy w si­le po­no trzech dy­wi­zji ru­szy­ła na zdo­by­cie po­gó­rza, prze­kro­czy­ła Ku­rę, tnąc w pień miesz­kań­ców wio­sek or­miań­skich, a przez gór­skie po­to­ki ście­ląc pod ko­ła ar­mat po­mo­sty z tru­pów.