Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
A co, jeśli własna ścieżka nie oznacza drogi na skróty, tylko świadomy wybór?
Coraz więcej młodych ludzi uczy się poza szkolną ławką. Szukają czasu na pasje, spokojniejszego tempa, samodzielności albo po prostu innego sposobu na naukę. Patryk Świątek przygląda się edukacji domowej od środka. Rozmawia z uczniami i rodzicami, sięga do historii szkolnictwa, a na przykładzie Szkoły w Chmurze pokazuje, jak zmienia się myślenie o edukacji w Polsce.
„Własną ścieżką” to opowieść o wyborze, wolności i odpowiedzialności. Dla tych, którzy znają edukację domową, i tych, którzy dopiero próbują zrozumieć jej fenomen. Bo być może najważniejsze pytanie nie brzmi: „Jaka powinna być szkoła?”, ale: „Czego potrzebuje człowiek, żeby naprawdę się uczyć?”.
„Jeszcze kilkanaście lat temu edukacja domowa w Polsce wydawała się ciekawostką dla nielicznych. Jednak doświadczenia ostatniej dekady nauczyły nas, że dla tysięcy młodych ludzi w całym kraju to często jedyne sensowne rozwiązanie. Ta książka pokazuje, że edukacja domowa była, jest i powinna być ważną częścią polskiej oświaty”.
DR MIKOŁAJ MARCELA – pisarz, nauczyciel akademicki i jeden z najważniejszych
popularyzatorów nowoczesnego myślenia o edukacji w Polsce
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 199
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026
© Copyright by Fundacja Szkoła w Chmurze, 2026
Redakcja: Monika Simińska
Korekta: Monika Simińska, Magdalena Białek
Skład: Igor Nowaczyk
Ilustracje: Weronika Gediga
Projekt okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl
Projekt makiety: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Igor Nowaczyk
Zdjęcie autora: © Agnieszka Wanat
Producenci wydawniczy:
Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz
Wydawca: Marek Jannasz
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68987-44-7 (EPUB); 978-83-68987-45-4 (MOBI)
Książka wydana pod patronatem Fundacji Szkoła w Chmurze
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Wyobraźcie sobie, że w połowie XIX wieku, w nawet najbardziej rozwiniętych i cywilizowanych krajach świata, w szpitalach, przychodniach czy izbach lekarskich nie stosowano dezynfekcji. Nie tylko dezynfekcji narzędzi czy sprzętu używanego do ratowania ludzi. Lekarze w trakcie wykonywania czynności medycznych nie myli nawet rąk! Powodowało to wielką liczbę zakażeń, a w efekcie prowadziło do śmierci tysięcy ludzi. Ale wtedy jeszcze nikt nie łączył brudnych dłoni (i znajdujących się na nich drobnoustrojów) z przyczynami zgonów. Normą było, że lekarz z jednego stołu operacyjnego przechodził do drugiego, przenosząc tysiące bakterii z jednego pacjenta na kolejnego.
Jako pierwszy fakt ten odkrył w 1848 roku Ignacy Semmelweis, lekarz i naukowiec pracujący w Wiedniu. Zalecił on medykom pracującym w jego klinice położniczej stosowanie środka odkażającego (roztworu podchlorynu wapnia) do mycia rąk przed wykonywaniem badań i zabiegów. Tylko ta jedna zmiana sprawiła, że odsetek zgonów z powodu gorączki połogowej w ciągu kilku tygodni spadł z 18% do 2,2%, a po kilku miesiącach praktykowania odkażania rąk na jego oddziale nie zmarła już żadna kobieta.
Wydawałoby się, że po tak oczywistych wynikach wnioski z jego odkrycia szybko wyciągną lekarze całego świata, ratując w ten sposób życie wielu ludziom. A jednak natura ludzka bywa przewrotna. Profesorom i naukowcom nie mieściło się w głowie, że przez tak prozaiczną przyczynę mogli doprowadzić tylu ludzi do śmierci. Poza tym każdy z nich miał swoje teorie dotyczące przyczyny zakażeń swoich pacjentów. Niektórzy z nich nie mogli też pewnie przełknąć faktu, że sami na to nie wpadli. Dlatego Semmelweis został wyśmiany, zignorowany, uznany za dziwaka, a przez niektórych nawet wariata. Widząc jak na dłoni, dlaczego pacjenci chorują i umierają, w jak prosty sposób można by temu zapobiec, a jednocześnie samemu nie mogąc przebić się przez mur ludzkiej ignorancji, zrezygnował z pracy w wiedeńskim szpitalu powszechnym i wrócił w rodzinne strony na Węgry.
Przez całe swoje życie próbował przekonywać opinię publiczną do zmiany podejścia w tej dziedzinie. Publikował artykuły mające przekonać środowisko lekarskie do dezynfekcji dłoni i narzędzi, ale trafiał na bezsensowny opór. „Mycie rąk nie może zaszkodzić, ale lepiej jest dać chorej środek na przeczyszczenie lub wykonać upust krwi” – tak komentował jego postulaty jeden z niemieckich lekarzy.
Nie mogąc zrozumieć, jak można być tak ślepym, Semmelweis na pewnym etapie swojej walki, nie przebierając w słowach, nazwał medyków mordercami kobiet, a nawet porozwieszał w miejscach publicznych plakaty z napisem: „Ojcze, kiedy wzywasz lekarza albo położną, wzywasz śmierć...”.
Paul Antoine Dubois, przewodniczący wielkiego kongresu ginekologii w Paryżu w 1858 roku, podsumował prace Semmelweisa w ten sposób: „Niewykluczone, że są one oparte na jakichś pożytecznych założeniach, ale poprawne ich wykonanie jest związane z takimi trudnościami, że bardzo problematyczne korzyści nie usprawiedliwiają ich stosowania”.
„Niewykluczone, że są one oparte na jakichś pożytecznych założeniach, ale poprawne ich wykonanie jest związane z takimi trudnościami, że bardzo problematyczne korzyści nie usprawiedliwiają ich stosowania”.
Cała ta historia od razu w mojej głowie pojawiła się jako doskonałe porównanie tego, co dzisiaj dzieje się w dziedzinie edukacji i nowych inicjatyw edukacyjnych, takich jak nauczanie domowe. Szczególnie zdanie wypowiedziane przez Dubois rezonuje w mojej głowie.
A przypominam, że wypowiedź ta dotyczyła MYCIA RĄK! Żyjąc w XXI wieku, nie potrafimy zrozumieć, że można było być tak zaślepionym. Już pod koniec XIX wieku idea dezynfekcji stała się powszechna, ale przez kilkadziesiąt lat pacjenci umierali z powodu braku otwartości na zmianę, gotowości na zaburzenie schematu działania lekarzy, którzy przecież stosowali swoje metody tak, a nie inaczej „od zawsze”.
Czy nie mamy do czynienia z tą samą sytuacją dzisiaj w edukacji? Pozwolę sobie na parafrazę wypowiedzi Paula Dubois.
Niewykluczone, że proponowane przez niektórych zmiany w edukacji są oparte na jakichś pożytecznych założeniach, ale poprawne ich wykonanie jest związane z takimi trudnościami, że bardzo problematyczne korzyści nie usprawiedliwiają ich stosowania.
Czy nie jest to myśl, która krąży w głowach dziesiątek tysięcy rodziców, nauczycieli, kuratorów, kolejnych ministrów edukacji? Przecież wszyscy wiedzą, że szkoła musi się zmienić. Wszyscy to czują. Ale wykonanie tego wymaga od nich trudu. Przede wszystkim myślowego. Wymusza zmianę nawyków i utartych schematów. Do gruntownej, całkowitej zmiany potrzeba odwagi. Dlatego tak szybko jest wypierana z głów i zarzucana stosem tanich argumentów. Łatwiej jest zdyskredytować tę potrzebę niż włożyć siłę w jej realizację.
Chciałbym znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego musimy zmienić naszą edukację i jak możemy to zrobić. A żeby nie spekulować i omawiać jedynie teoretyczne założenia, za przykład realnej zmiany wezmę na swój pisarski warsztat organizację, która już na naszym polskim podwórku istnieje, zmienia mentalność wielu rodziców, otwiera oczy i bardzo dynamicznie się rozwija jako alternatywna gałąź polskiej edukacji – Szkołę w Chmurze, która działa na podstawie idei edukacji domowej.
Dzieci uczą się od rodziców, obserwując ich, słuchając ich rad i wskazówek. Człowiek od samego urodzenia wszystkimi zmysłami chłonie wiedzę i informacje od otaczającego go świata, od innych ludzi. Słynne pytanie „dlaczego?” zadawane raz za razem, każdego dnia i w każdej sytuacji, które niejednego rodzica kilkulatka doprowadza na skraj obłędu, jest jednym z najwymowniejszych przejawów wrodzonej chęci do pozyskiwania informacji. Dzieci chcą się uczyć, pragną wiedzy. Chłoną ją jak gąbka wodę. Taki stan umysłu dziecka potrafi trwać bardzo długo. Niestety, często udaje nam się tę wrodzoną ciekawość zabić, niemal bezpowrotnie.
Jak na przestrzeni lat wyglądał system szkolnictwa?
W starożytnej Grecji istniały dwa odmienne sposoby nauczania, które możemy śmiało nazwać systemami edukacji. Pierwszy z nich funkcjonował w Sparcie. Zakładał, że dziecko jest własnością Państwa i powinno przejść odpowiedni cykl kształcenia i wychowania, który skupiał się głównie na wykształceniu żołnierzy. Obywateli zdyscyplinowanych, którzy posługują się bronią, wykonują rozkazy, odpornych na ból i niewygodę oraz bezwzględnie posłusznych dowódcom.
W tym samym czasie zupełnie inny system edukacji działał w Atenach. Rozwój zarówno fizyczny, jak i psychiczny człowieka, nacisk na jego indywidualność, cechy wyróżniające, pisanie, liczenie, muzykę i zdolność wypowiedzi na forum. Był on jednak dostępny wyłącznie dla chłopców i to tylko tych z bogatych rodzin. Cykl kształcenia kończył się dwuletnim szkoleniem wojskowym.
W starożytnym Rzymie istniała szkoła podobna do tej, którą znamy obecnie. Funkcjonowały tam trzy etapy edukacji. Szkoła elementarna, w której zarówno chłopcy, jak i dziewczynki uczyli się pisać, czytać i liczyć. Dostępna była dla większości obywateli i zwykle na tym etapie edukacja się kończyła.
Drugi poziom to szkoły gramatyczne, gdzie uczono się geometrii, astronomii oraz podstaw retoryki, która dawała szansę na karierę polityczną. Były to szkoły prywatne, dostępne dla najbogatszych i tylko dla chłopców. Retorykę (najważniejszą z nauk w starożytnym Rzymie) można było zgłębiać następnie na trzecim etapie edukacji w szkołach retorycznych.
W średniowieczu nie funkcjonowały szkoły publiczne, dostępne dla wszystkich obywateli. Były szkoły kościelne, prywatne, a także praktyki rzemieślnicze. Szkółki kościelne były najpowszechniejszym modelem edukowania najmłodszych, gdzie można było zdobyć podstawy z zakresu czytania, pisania i liczenia, ale większość dzieci zostawała w swoich domach, gdzie od najmłodszych lat pomagała w prowadzeniu gospodarstw swoich rodziców. W przeciwieństwie do obecnych czasów nie było wówczas czegoś takiego jak beztroskie dzieciństwo i okres „ochrony” dziecka przed ciężką pracą.
Jeżeli dziecko skończyło podstawową szkołę i chciało kontynuować naukę, a rodzice mieli do tego zasoby, mogło pójść na... studia. Czyli najważniejszy edukacyjny wynalazek średniowiecza. Pierwszy uniwersytet powstał w 1088 roku w Bolonii. Cesarz Fryderyk Barbarossa nadał wykładowcom i studentom specjalne prawa, ufundował miejsce do nauki i ustanowił ich niezależnymi od władzy kościelnej i sądowniczej. Na podobnej zasadzie wkrótce zaczęły powstawać kolejne uniwersytety, m.in. w Paryżu, Oksfordzie czy w Cambridge. Wolność, którą otrzymali ówcześni uczeni, sprawiła, że nauka rozwijała się szybciej niż dotychczas. Przypadek?
W renesansie prawdziwą rewolucję przeżyło szkolnictwo podstawowe, przede wszystkim za sprawą Marcina Lutra. Głosił on tezę, że każde dziecko powinno mieć dostęp do edukacji, a nawet więcej, musiało chodzić do szkoły. Tak powstał obowiązek szkolny. W drugiej połowie XVI wieku takie prawo uchwalono po raz pierwszy w Niemczech. Za brak posłania dziecka do szkoły rodzice płacili grzywnę.
W tym czasie aktywnie rozwijały się też szkoły jezuickie, które kształciły dzieci pod kątem czytania i rozumienia tekstu, pisania, filozofii, teologii i łaciny. Jezuici budowali swoje placówki tak, aby korytarze były szerokie, a sale lekcyjne wysokie, z dużą liczbą okien, aby wpadało do nich jak najwięcej światła. Wprowadzili plan lekcji, a także ideę wycieczek szkolnych. Czy te zasady nie panują do dzisiaj?
Pruski system nauczania zaczął się kształtować w 1717 roku, kiedy to Fryderyk Wilhelm I wprowadził w całym kraju obowiązek szkolny, zgodnie z filozofią znaną jeszcze ze Sparty, że nauka ma być dla każdego obywatela, bo każdy obywatel jest własnością państwa. Ideę tę rozwijali jego następcy, a w całości okrzepła na początku XIX wieku za rządów Fryderyka Wilhelma III. Władza nie chciała szkolić jedynie bezmyślnie posłusznych żołnierzy, ale wykształconą kadrę dowódczą i urzędniczą, która poświęci swoje życie dla dobra narodu. Cały system nadzorowała instytucja będąca odpowiednikiem dzisiejszego ministerstwa spraw wewnętrznych. Określała ona, jaką sylwetkę obywatela chciano ujrzeć po przejściu przez żarna ówczesnej edukacji. Cały proces wyglądał na terenie całego kraju identycznie oraz był nadzorowany centralnie. Wszelkie zmiany w treści i sposobie nauczania były uchwalane w formie ustaw.
Urzędnicy pruscy stworzyli program nauczania, który odpowiadał poglądom władzy. Wprowadzili czterdziestopięciominutowe lekcje dzielone dzwonkami, obowiązkową listę lektur odpowiednią dla młodego człowieka i egzaminy na koniec poszczególnych etapów. Dzwonki obwieszczały początek i koniec lekcji, aby przyzwyczaić dzieci do sygnału dźwiękowego, z którym będą miały do czynienia w fabryce w dorosłym życiu. Obowiązkowi szkolnemu podlegały wszystkie dzieci od 7. roku życia. Zajęcia lekcyjne też wyglądały podobnie jak dzisiaj, czyli był to wykład nauczyciela. Każdy uczeń miał swoją ławkę i krzesło, a te były ustawione w równym rzędach jedno za drugim. Na wyposażeniu sali była tablica kredowa z gąbką do ścierania, biurko nauczyciela obok niej, a także szafka na pomoce naukowe z globusem i atlasami. Ponieważ większość dzieci uczęszczających do szkół pochodziła ze wsi, okres letni był wolny od szkoły – wtedy każda para rąk była potrzebna w polu. Dzieci uczyły się czytania, pisania, podstaw matematyki, ogólnej wiedzy z historii i nauk przyrodniczych. Duży nacisk był kładziony na nauki humanistyczne, które miały kształtować patriotyczną postawę. Zwieńczeniem edukacji był egzamin maturalny.
Dla pruskich władz system ten sprawdzał się doskonale. Zgodnie z założeniami kadra urzędnicza i wojskowa oraz posłuszni szeregowi stanowili świetną armię, a system państwa działał wzorowo. Wojna francusko-pruska w latach 1870–1871, w której Prusy zmiażdżyły zachodniego sąsiada, pokazała światu, że jest to właściwy kierunek, i kolejne kraje zaczęły wprowadzać podobne zmiany w edukacji. Pod koniec stulecia pojawiło się nawet przysłowie, które w tłumaczeniu brzmi: Bitwy pod Königgrätz i Sedanem zostały rozstrzygnięte przez pruskiego nauczyciela szkoły podstawowej.
Co więcej, pruskie podejście do edukacji idealnie sprawdziło się też w obliczu rewolucji przemysłowej, kiedy to licznie powstające fabryki potrzebowały posłusznych władzy i dobrze wyszkolonych robotników, wykonujących powtarzalne zadania i umiejących czytać oraz rozumieć pisemne instrukcje i obwieszczenia. Idealny obywatel tamtych czasów (tu niewiele się zmieniło) to obywatel pracowity, posłuszny, oddany państwu i nieposiadający ambicji.
Co jest w tym najciekawsze, ówczesne elity, arystokracja i najbogatsi przedstawiciele klasy średniej, nie posyłali dzieci do szkół publicznych. Wybierali oni... edukację domową. Skupiali się na indywidualnych zdolnościach swoich dzieci.
W 1803 roku Immanuel Kant w swoich wykładach O pedagogice napisał:
„Posyłamy więc dzieci do szkoły początkowo nie po to, by się tam czegoś nauczyły, lecz by przyzwyczaić je w niej siedzieć i dokładnie wykonywać to, co im zadano, by w przyszłości nauczyły się hamować rzeczywiste i natychmiastowe wprowadzenie w czyn wszelkich swych zachcianek”.
Z czymś Wam się to kojarzy?
Druga rewolucja przemysłowa (wynalezienie elektryczności i linii montażowej, początek XX wieku), trzecia rewolucja przemysłowa (automatyzacja produkcji za pomocą programowalnych sterowników z pamięcią i komputerów, lata 70. XX wieku), czwarta rewolucja przemysłowa (wprowadzenie cyber-fizycznych systemów produkcji i inteligentnych fabryk, XXI wiek), totalna cyfryzacja społeczeństwa, wzrost liczby ludności z półtora miliarda w 1900 roku do ośmiu miliardów w 2022 roku, wzrost średniej długości życia człowieka z czterdziestu do prawie osiemdziesięciu lat, loty w kosmos, całkowita zmiana systemów produkcji żywności na świecie, dwie wojny światowe, niezwykły rozwój medycyny, powstanie psychologii i odkrycie wielu zjawisk dotyczących rozwoju człowieka szczególnie w wieku dziecięcym, epidemie, pandemie, rozwój gospodarczy i technologiczny do poziomów nieporównywalnych z tymi w XIX wieku...
Wydawałoby się, że na świecie zaszły tak gigantyczne zmiany, w tempie nieporównywalnym z jakimikolwiek poprzednimi okresami w historii ludzkości, że w tym miejscu powinienem wymienić co najmniej kilka dużych rewolucji w podejściu do edukacji. A tymczasem szkolnictwo przez dwieście lat nie zmieniło się prawie wcale. Szczególnie porównując je do tego, jak bardzo zmieniły się inne dziedziny naszego życia.
Wydaje się wręcz niemożliwe, że przykładowa dziesięciolatka z rolniczej rodziny w XIX wieku mieszkająca w drewnianej chacie krytej strzechą, bez toalety, bieżącej wody i prądu, żyjąca w świecie, w którym nie wynaleziono jeszcze nawet radia (nie mówiąc o komputerach czy rakietach) chodziła na blok czterdziestopięciominutowych lekcji podzielonych dzwonkiem, ucząc się ze swojej ławki z tablicy polskiego, matematyki i historii dokładnie tam samo jak dzisiejsza dziesięciolatka z wielomilionowej, nowoczesnej metropolii, płynnie obsługująca smartfon, media społecznościowe, budząca się w domu, który obsługiwany jest w większości przez roboty, mogąca kilkoma kliknięciami kupić dowolną rzecz z drugiego końca globu za pomocą wirtualnych pieniędzy i planująca karierę w korporacji w branży technologicznej. To się w głowie nie mieści.
Wiem, że większość z Was (ja również) jest przyzwyczajona do tego, że szkoła wygląda w ten sposób. Ale spójrzcie na powyższe fakty. Porównajcie sobie wszystkie dziedziny życia teraz i dwieście lat temu. Popatrzcie, jak się zmieniły. I porównajcie to z systemem edukacji.
A przecież edukacja dzieci to jest najważniejszy element rozwoju społeczeństw świata. Dziedzina, która jak żadna inna wpływa na wszystko, co się dzieje w rozwoju naszej cywilizacji.
Funkcjonujemy w świecie, kiedy każdy z nas, również najmłodsi, ma cały czas pod ręką urządzenie, dzięki któremu może zdobyć każdą informację, na każdy temat, w ciągu kilkudziesięciu sekund. Ba, często nie musimy nawet używać do tego palców, wystarczy, że wypowiemy komendę głosową. I ten stan rzeczy nie zmieni się w kierunku ograniczonego dostępu do wiedzy, raczej będziemy mogli zdobywać ją coraz szybciej wraz z rozwojem technologii. A my nadal wkuwamy w szkołach na pamięć wiedzę z podręczników, zamiast uczyć dzieci wyszukiwania informacji, przetwarzania ich i filtrowania.
Jestem jednym z nielicznych nauczycieli w szkole, w której prowadzę lekcje geografii, który pozwala korzystać w trakcie sprawdzianów z zeszytów i książek. Uważam, że znacznie ważniejsza jest dla ucznia umiejętność poszukiwania informacji i adekwatne użycie jej w zadaniu niż wkucie na pamięć bez zrozumienia pewnej porcji informacji (które i tak za chwilę zapomni). I co jest dla mnie szokujące, wiele dzieci rozkłada ręce i nie wie, jak i gdzie szukać odpowiedzi na pytania. Widać jak na dłoni, że takich umiejętności nie trenują. Bo nasza szkoła, rodem z XIX wieku, w swoich metodach nie uwzględnia tej kluczowej zmiany, jaką jest niczym nieograniczony, stały i szybki dostęp do informacji na każdy temat.
Zacznijmy od uporządkowania pojęć, którymi będziemy posługiwali się w niniejszej książce. Naszym punktem odniesienia będzie standardowa, publiczna, stacjonarna szkoła. Taka, jaką każdy z nas ma przed oczami, kiedy słyszy słowo „szkoła”. Wiele osób używa na nią określeń „szkoła systemowa”, „systemówka” czy „szkoła rejonowa”. Jest to szkoła założona, prowadzona i dotowana przez podmiot publiczny (państwo lub jednostkę samorządu terytorialnego), w której zajęcia odbywają się w budynku szkolnym. Nauka w takiej szkole jest bezpłatna. Istnienie szkół publicznych jest powiązane bezpośrednio z obowiązkiem szkolnym. W kolejnych rozdziałach książki będę zamiennie posługiwał się różnymi określeniami na „zwykłą szkołę”, podążając za nazewnictwem ze strony swoich licznych rozmówców określających ją różnymi słowami.
W Polsce każde dziecko podlega przymusowej (obowiązkowej) edukacji od siódmego do osiemnastego roku życia. Może korzystać z publicznej (bezpłatnej szkoły) lub prywatnej (najczęściej płatnej). Jednak nie ma możliwości, aby dobrowolnie z nauki zrezygnować. Najbardziej indywidualną i oddaloną od standardowej szkoły formą nauczania jest edukacja domowa. Nie oznacza to jednak, że rodzic może tak po prostu uczyć swoje dziecko w domu. Musi najpierw złożyć odpowiednie wnioski formalne i być przypisanym do istniejącej szkoły, która kontroluje proces nauki dziecka, przeprowadzając w każdym roku egzaminy kwalifikujące z każdego przedmiotu.
Teoretycznie każda szkoła publiczna i prywatna może „kontrolować” proces nauczania domowego. To znaczy, że dziecko uczęszczające do dowolnej szkoły może przejść w tryb edukacji domowej i nadal zostać formalnie jej uczniem. Praktyka jednak pokazuje, że zwykle szkoły stacjonarne oraz uczący w nich nauczyciele nie mają odpowiednich narzędzi, doświadczenia i czasu na efektywne prowadzenie dziecka w nauczaniu domowym. I w takich przypadkach na rodzicach spoczywają wszystkie obowiązki (również te formalne) w organizacji nauki dziecku wraz z edukowaniem szkół w zakresie prawa oświatowej dotyczącego tego typu nauczania włącznie.
Dlatego w Polsce powstały szkoły specjalizujące się w dziedzinie edukacji domowej, mające przepracowane odpowiednie procedury, posiadające cały system wsparcia uczniów i rodziców, nowoczesne platformy online do nauki i rozumiejące ducha wolności oraz indywidualizmu osób pragnących uczyć się w domu. Jednocześnie placówki te w pewnym sensie ściągają ze szkół stacjonarnych niewygodny obowiązek organizowania nauczania domowego dla pojedynczych uczniów.
Ustawa o prawie oświatowym określa szczegóły prawne dotyczące edukacji domowej, jednak w ostatnich latach zmienia się ona tak dynamicznie, że podawanie tu jej szczegółów na ten moment mija się z celem. Faktem jednak jest, że rządzący próbują na różne sposoby ugryźć ten temat, raz to ułatwiając jej rozwój, innym razem znowu próbując go mocno ograniczyć. Niezależnie od formy prawnej i wysokości dotacji edukacja domowa była i jest elementem oświaty państwa, była i jest dotowana przez państwo i bezpłatna dla uczniów oraz stanowi jedyną możliwość przejęcia kontroli nad procesem nauki dziecka przez rodziców.
Liczba dzieci korzystających z edukacji domowej bardzo dynamicznie rośnie. W ogromnym stopniu wpłynął na to okres pandemii i kilka czynników wynikających z tej sytuacji.
Po pierwsze, dzieci w pandemii przez długi czas miały naukę zdalną i chcąc nie chcąc, i tak uczyły się w domu. Wielu rodziców odkryło wtedy, że taka nauka jest możliwa, zmieniło swoje rutyny, żeby móc nadzorować dziecko, i odkryło nowe możliwości wynikające z tej sytuacji.
Po drugie, wielu rodziców w trakcie nauki zdalnej mogło obserwować lekcje swoich dzieci i załamało się poziomem ich prowadzenia przez nauczycieli (którzy też nie mieli wiele czasu na przygotowanie się do takiej formy zajęć). Część z nich uznała, że wolą już wziąć odpowiedzialność za ich naukę na siebie i przenieść dziecko do szkoły, która da mu dodatkowe, sprawdzone w nauce zdalnej narzędzia. W dodatku niektórzy nauczyciele nie obniżyli wymagań odnośnie do posiadanej przez dzieci wiedzy, mimo niskiego poziomu lekcji online, co wpływało na ich i tak już niską motywację.
Po trzecie, w późniejszym okresie pandemii całe szkoły, klasy, a także poszczególni uczniowie nierzadko byli wysyłani na kwarantannę. Dzieci znowu musiały uczyć się w domu, rodzice musieli organizować opiekę i dla wielu łatwiejsze było już przejście na edukację domową na całego, gdzie dziecko może nauczyć się nowego schematu i samodzielnej pracy przy wsparciu platformy online, z warsztatami, jak się uczyć, i wsparciem pozostałych kolegów oraz pracowników specjalistycznych szkół.
Po czwarte, bardzo powszechna stała się też praca zdalna. Wielu rodziców, którzy wcześniej musieli jeździć do biura, teraz pracuje z domu. Dzięki temu mogą mieć oko na dzieci. W wielu przypadkach jest to dla nich nawet wygodniejsza opcja, bo nie muszą z samego rana ładować się w miejskie korki i tracić czas na odwożenie i przywożenie z placówki oświatowej. Szczególnie ważne jest to dla osób mieszkających w większej odległości od szkoły. Zwiększa to też czas, jaki rodzice mogą spędzić z dzieckiem, i ze względu na dwa poprzednie argumenty zdecydowanie powiększa możliwości wysłania dziecka na różnego rodzaju zajęcia dodatkowe.
Po piąte, działa tu efekt śnieżnej kuli. Każda nowa osoba, która trafiła w pandemii na edukację domową, odczarowywała i odmitologizowała tę formę nauczania dla swojego otoczenia i kolejnych potencjalnych uczniów. Kolejne, bardzo głośne i kontrowersyjne próby reformy ustawy oświatowej mocno zmieniające warunki edukacji domowej w Polsce jeszcze bardziej rozreklamowały tę formę nauczania.
W efekcie okres pandemii stał się trampoliną dla rozwoju szkół specjalizujących się w edukacji domowej. Ma to swoje uzasadnienie w statystykach.
W 2010 roku liczba dzieci korzystających z edukacji domowej była liczona w dziesiątkach w skali całego kraju. W 2019 roku było to nieco ponad dziesięć tysięcy uczniów, we wrześniu 2022 roku ponad trzydzieści tysięcy, a w roku szkolnym 2024/2025 – już ponad sześćdziesiąt tysięcy. Sama Szkoła w Chmurze, która we wrześniu 2021 roku miała około dziewięciuset uczniów, wiosną 2026 roku liczyła ponad dwadzieścia osiem tysięcy uczniów i należała do największych szkół w Europie[1].
Dużymi organizacjami zajmującymi się nauczaniem domowym są też Centrum Nauczania Domowego, Szkoły Benedykta, Fundacja Edukacji Domowej, Instytut Educatio Domestica, Stowarzyszenie Edukacji Domowej, Stowarzyszenie Unia Rodzin, Stowarzyszenie Edukacja w Rodzinie oraz kilkanaście mniejszych fundacji i stowarzyszeń.
A jak edukacja domowa wygląda u nas na tle innych krajów świata? Liderem w liczbie dzieci uczących się w domu są Stany Zjednoczone. W ten sposób wykształcenie zdobywa tam około 3% dzieci w wieku szkolnym, czyli łącznie około półtora miliona. Jednocześnie w takich krajach jak Niemcy czy Hiszpania edukacja domowa jest dopuszczalna tylko, jeżeli dziecko ma istotne wskazania medyczne, które uniemożliwiają mu chodzenie do stacjonarnej szkoły. U naszego zachodniego sąsiada zdarzały się nawet aresztowania rodziców, którzy nie chcieli posłać dzieci do szkoły (sprawa Dirka i Petry Wunderlich, którym opieka społeczna i policja z tego powodu siłą odebrały czwórkę dzieci). Sprawa nauczania domowego jako niezgodnego z konstytucją przetoczyła się nawet przez niemieckie sądownictwo, które potwierdziło, że idea ta w świetle niemieckiego prawa jest nielegalna i rodzice nie mogą uczyć dziecka sami, de facto stwierdzając, że dzieci są własnością państwa i rodzice nie mogą sami decydować o przekazywanych im treściach i sposobach nauki. Stanowisko to potwierdził Europejski Trybunał Praw Człowieka we wrześniu 2006 roku. Obecnie szacuje się, że w tym ponad osiemdziesięciomilionowym kraju uczy się w domu jedynie około pięciuset dzieci.
Można więc powiedzieć, że w Polsce jesteśmy w tej dziedzinie gdzieś pośrodku (na razie). Gdybyśmy chcieli „dogonić” kraje, które nie ograniczają ustawowo działalności edukacji domowej, a w których średnio 2% uczniów uczy się w ten sposób, mamy jeszcze w Polsce spore rezerwy, bo to oznaczałoby, że możemy mieć sto tysięcy „domowych uczniów”. Świat jednak zmienia się dynamicznie, więc kto wie, czy to w naszym kraju nie rozpocznie się edukacyjna rewolucja na skalę światową.
Istnieje wiele alternatywnych typów szkół i rodzajów edukacji do standardowej szkoły publicznej. Szkoły niepubliczne prowadzone są przez fundacje, stowarzyszenia, spółki prywatne czy spółdzielnie edukacyjne. Znajdziemy wśród nich szkoły demokratyczne (gdzie uczniowie sami decydują, kiedy, jak i czego się uczą, biorąc odpowiedzialność za cały proces edukacji), szkoły społeczne (w których wysokość czesnego może być inna dla każdego ucznia w zależności od sytuacji materialnej rodziny), szkoły Montessori (skupiają się na indywidualnym tempie uczenia się uczniów, rozwijaniu ich samodzielności i wykorzystywaniu specjalistycznego materiału dydaktycznego), szkoły waldorfskie (kładą nacisk na rozwijanie wszechstronnych umiejętności uczniów poprzez sztukę, ruch i praktyczne zajęcia), szkoły artystyczne i muzyczne, szkoły religijne, szkoły twórcze i wiele innych. Najczęściej jednak tego typu, wyjątkowe szkoły możemy znaleźć w największych miastach kraju i z ograniczoną liczbą miejsc, a dostanie się do najlepszych z nich (nawet na poziomie podstawówki) nie jest prostym zadaniem.
Tyle teorii. Teraz, Drogi Czytelniku, chciałbym pokazać Ci historie ludzi, uczniów i ich rodziców, którzy zdecydowali się podjąć ryzyko i zmienić swoje życie, decydując się na przejście w tryb edukacji domowej. Każdy z nich miał swoje powody, każdy trafił tam w inny sposób, każdy ma swoje wnioski i przemyślenia, czy było warto.
Większość moich bohaterów to uczniowie Szkoły w Chmurze, bo to właśnie w społeczność Chmury pchnął mnie podmuch losu w trakcie mojej podróży w poszukiwaniu odpowiedzi o sens edukacji domowej. Stanowią oni obecnie niemal trzy czwarte wszystkich dzieci w Polsce realizujących swój obowiązek szkolny w domach.
Wszystkie poniższe historie są prawdziwe, bohaterowie istnieją naprawdę, a ich wypowiedzi zostały odtworzone wiernie na podstawie notatek i nagrań ze spotkań na żywo. Jedynie imiona, nazwiska i miejscowości zostały zmienione na potrzeby ochrony prywatności moich rozmówców i swobody pogłębienia ich przemyśleń oraz opinii.
Historie osób, które podzieliły się doświadczeniami związanymi z edukacją domową
Historia rodziny Iksińskich z edukacją domową rozpoczęła się podobnie jak w przypadku wielu polskich rodzin – w pandemii. Sytuacja, w której dziecko bez możliwości wyboru musi uczyć się z domu, przed komputerem, pokazała, że taka nauka jest możliwa. Jednocześnie lekcje zdalne ujawniły wiele mankamentów systemu edukacji. Niski poziom przygotowania niektórych nauczycieli wrzuconych na głęboką wodę nauczania zdalnego, czasami rażące błędy w podejściu do dzieci, a w całości bardzo niska skuteczność nauczania tym sposobem bez perspektywy rychłego zakończenia izolacji sprawiły, że wielu rodziców zaczęło szukać alternatywnych sposobów.
Tak samo było w przypadku Agi. Po pewnym czasie nauczania zdalnego w zwykłej szkole w pandemii wraz z mężem postanowili przenieść najstarszego syna Michała na nauczanie domowe. Syn był wtedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Przyczynił się do tego fakt, że edukację w zerówce miał też zacząć średni syn, Kacper. Jest wcześniakiem, od dziecka miał problemy z płucami, dlatego względy zdrowotne oraz widmo częstych kwarantann w szkole pomogły rodzicom podjąć decyzję o zmianie formy edukacji. Jednym z głównych powodów była też możliwość życia bliżej natury. W domu, który zbudowali tuż przy lesie, z dala od zgiełku miasta, z możliwością nauki na spacerze lub na polanie w cieniu drzew.
Michał i Kacper edukację domową pod patronatem publicznej szkoły stacjonarnej zaczęli we wrześniu 2020 roku. Nie było źle – podkreśla Aga. Nauczycielka prowadząca była bardzo miłą i kompetentną osobą, ale nauka opierała się na zeszytach ćwiczeń i podręcznikach, które w nauczaniu domowym zwyczajnie się nie sprawdzają. Dlatego chłopcy bez problemów zaliczyli rok, zdali egzaminy, ale było to okupione bardzo dużą ilością pracy ze strony Agi i w samym procesie brakowało jednak „tego czegoś”.
Chłopcy przy wsparciu rodziców zdecydowali, że od nowego roku pójdą do stacjonarnej szkoły. Kacper do pierwszej klasy – chciał poznać kolegów, sprawdzić, jak to jest „chodzić do szkoły”. Michał po rocznej przerwie też chciał spróbować wrócić do zwykłego trybu szkolnego na czwartą klasę.
Okazało się jednak, że chłopcy znacznie lepiej uczyli się w domu. Aspekt towarzyski też nie przeważył szali na stronę uczęszczania do zwykłej szkoły. Dlatego Aga z mężem szukali alternatywy. Szkoły, która jednak byłaby lepiej przygotowana do tej formy nauki. I tak trafili na Szkołę w Chmurze. Było to w lutym 2022 roku – po zakończeniu pierwszego semestru w szkole stacjonarnej.
Bardzo szybko okazało się, że Szkoła w Chmurze to to, czego szukali. Forma edukacji domowej uzupełniona o platformę edukacyjną, z kartami pracy z każdego przedmiotu, system rejestracji na egzaminy online przez cały rok, nauczyciele przygotowani specjalnie do pełnienia funkcji mentorów w edukacji domowej, mnóstwo bardzo ciekawych warsztatów rozwijających ich umiejętności – takie zadnia szybko wypełniły kalendarz chłopców. Aga, mówiąc o tych pierwszych miesiącach w Chmurze, wzrusza się i mówi, że wzruszenie towarzyszyło im przez dłuższy czas. Że edukacja może tak wyglądać. A chłopcy? Są zachwyceni!
Z Agą rozmawiam w ich domu pod Krakowem. Ostatni budynek przy drodze, dalej już tylko łąka i las. Z wielkich okien rozpościera się widok na przyrodę. W trakcie naszej rozmowy trzy razy przez polanę obok domu przebiegają stadka saren. Nie tak dawno przed domem pojawił się łoś. Okolica działa na mnie kojąco i myślę sobie, że w takim miejscu musi się pracować świetnie i znakomicie jest się tu uczyć.
Aga często wychodzi z synami na spacer. W trakcie spaceru się uczą – szczególnie opowieści z historii idealnie łączą się z rytmem kroków w lesie. Zadania z biologii też zazwyczaj swój początek mają na łonie przyrody. Każda przerwa w nauce, kiedy chłopcy chcą odpocząć od książki czy komputera, to minuta na włożenie kurtki, butów i już są w otoczeniu natury.
Aga: Czasami zastanawiamy się, co zrobić na obiad, i pada pomysł na zupę lub sos grzybowy. Idziemy wtedy na półgodzinny spacer i mamy cały koszyk. Niesamowite uczucie.
Na przeprowadzkę pod miasto, bliżej natury, miał także wpływ fakt, że chłopcy mogą uczyć się z domu. Aga aktualnie nie ma stałej pracy i nadzoruje swoich trzech gagatków, mąż Agi też pracuje z domu – jest informatykiem. Spędzają ze sobą dużo czasu, ale spada z nich też bardzo wiele obowiązków.
