Wirus - Guillermo delToro, Chuck Hogan - ebook

Opis

ZAWSZE TU BYŁY. WAMPIRY.

CZEKAŁY W UKRYCIU, ALE TERAZ NADSZEDŁ ICH CZAS.

DRAPIEŻNY INSKTYNT POPCHNIE JE DO NAJBARDZIEJ OKRUTNYCH CZYNÓW.

W MIESIĄC UNICESTWIĄ AMERYKĘ. A POTEM CAŁY ŚWIAT.

W Nowym Jorku ląduje samolot z Berlina. Kontrolerzy lotu nie są w stanie nawiązać łączności z pilotami. Drzwi pozostają zamknięte, a ze środka maszyny nikt nie wysiada. Wezwana na miejsce lądowania ekipa z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób, z Ephraimem Goodweatherem na czele, znajduje na pokładzie tylko śmierć. Spośród ponad dwustu pasażerów żyje tylko czworo z nich. W samolocie nie znaleziono żadnych trujących substancji, a ofiary wyglądają jakby spały.

Co mogło spowodować śmierć tylu osób? Ponadto śledczych i patologów już wkrótce zaniepokoją zmiany zachodzące w ciałach. Tajemnic jest coraz więcej, a towarzyszy im rozprzestrzeniająca sie epidemia wampirzego wirusa.

Wizjonerski twórca nagrodzonego trzema Oscarami Labiryntu Fauna i zdobywca nagrody im. Dashiella Hammetta puszczają w ruch diabelską maszynę, która pędzi z oszałamiającą prędkością. Przed Nami pierwsza część trylogii o krwiopijcach. Niebawem zrobi się głośno o serialowej adaptacji, którą wyreżyseruje Guillermo del Toro!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 558

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (60 ocen)
21
17
16
5
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MariaWojtkowiak

Dobrze spędzony czas

Przeplatam czytanie oglądaniem serialu. Preferuję formę drukowaną. Mimo średnich sądów na temat powieści mogę ją szczerze polecić. Wampiry w nowej wersji z metrowymi jęzorami-ssawkami. Wirus w postaci minipijawek. Różnorodne postaci.
00
AkademiaInternetu.pl

Nie oderwiesz się od lektury

Cykl "Wirus" to doskonała metafora tego, co dziś serwują nam wampiry - politycy: sukcesywne odbieranie wolności, wysysanie krwi, niepohamowana pazerność. Książkę tę czytać/słuchać można zarówno dla rozrywki, jako całkiem niezły horror, ale dla mnie jest ona właśnie smutną zapowiedzią lat 20. XXI wieku. Przestrogą nie mniej ważną niż słynny "Atlas zbuntowany" Ayn Rand, która każdy myślący i świadomy człowiek powinien bezwzględnie poznać... Maciej Dutko www.evolu.pl
00

Popularność




Dla Lorenzy, Mariany i Marisy…, i wszystkich potworów z moich dziecięcych lat: obyście nigdy nie zostawiły mnie w spokoju

G.D.T.

Dla Lili

C.H.

Legenda o Józefie Sardu

Dawno, dawno temu — zaczęła swą opowieść babka Abrahama Setrakiana — żył sobie pewien olbrzym.

Oczy małego Abrahama się rozweseliły. Barszcz ukraiński w drewnianej miseczce od razu zaczął lepiej smakować, a przynajmniej nie czuć było już tak bardzo czosnkowego aromatu. Abraham był bladym chłopcem, mizernym i chorowitym. Babcia, która pragnęła nieco podtuczyć wnuczka, usiadła teraz naprzeciwko niego i przyglądając się, jak zajada zupę, zabawiała go historyjką.

Bube majse. Babcina opowieść. Bajka. Legenda.

— Był synem polskiego szlachcica. Nazywał się Józef Sardu. Panicz Sardu górował nad innymi ludźmi, a nawet nad dachami domów we wsi. Musiał się bardzo pochylić, żeby przejść przez drzwi. Ten wzrost był dla niego ciężarem. Chorobą, z którą się urodził, a nie błogosławieństwem. Młody człowiek bardzo cierpiał. Miał słabe mięśnie i trudno mu było dźwigać długie, ciężkie kości. Czasami samo chodzenie sprawiało mu kłopot. Używał laski, długiej laski — wyższej od ciebie — ze srebrną rączką w kształcie łba wilka, będącego ich herbem rodowym.

— I co dalej, bube? — spytał Abraham między jedną łyżką zupy a drugą.

— Życie nauczyło go pokory, która u szlachcica jest rzadką cechą. Potrafił współczuć: biedakom, strudzonym pracą, chorym… Okazywał wszystkim życzliwość, zwłaszcza dzieciom ze wsi, a jego przepastne kieszenie, wielkie jak worki na rzepę, kryły wiele niespodzianek, zawsze były pełne słodyczy. Sam nie miał zbyt udanego dzieciństwa. Gdy skończył osiem lat, wzrostem dorównywał już ojcu, a rok później — przerósł go. Ojciec wstydził się słabości i wyjątkowego wzrostu syna. Ale panicz Sardu był naprawdę łagodnym olbrzymem, uwielbianym przez poddanych. Mówiono, że widzi wszystkich z wysoka, ale na nikogo nie patrzy z góry.

Babcia kiwnęła głową, przypominając Abrahamowi, żeby wziął do buzi kolejną łyżkę zupy. Chłopiec żuł kawałek gotowanego buraka, nazywanego „serduszkiem” z powodu jego barwy, kształtu i żyłko­watej struktury.

— I co dalej, bube?

— Kochał też przyrodę i nie interesowały go brutalne polowania. Ale ponieważ był szlachcicem zajmującym określoną pozycję, gdy miał piętnaście lat, ojciec i wujowie przekonali go, aby pojechał z ni­mi na sześć tygodni do Rumunii.

— Tutaj, bube? — spytał Abraham. — Ten olbrzym był tutaj?

— Na północy kraju, kadiszel. W ciemnych borach. Nie przybyli tu, aby ustrzelić dzika, niedźwiedzia czy łosia. Chcieli zapolować na innego drapieżnika — wilka, symbol i broń rodu Sardu. Legenda głosiła, że zjedzenie wilczego mięsa miało zapewnić mężczyznom pochodzącym z tego rodu odwagę i siłę, a ojciec młodego panicza wierzył, że uda się w ten sposób uleczyć wątłe mięśnie jego syna.

— I co dalej, bube?

— Czekała ich długa i mozolna wędrówka. Pogoda nie sprzyjała i Józef szedł z wielkim trudem. Nigdy dotychczas nie opuszczał rodzinnej wioski, a spojrzenia obcych, których mijali po drodze, wprawiały go w zakłopotanie. Gdy dotarli do ciemnego lasu, ten jakby ożył. Napotykali stada zwierząt, które zachowywały się niczym uchodźcy wypędzeni ze swego schronienia, z jaskiń, gniazd i legowisk. Otaczało ich tak wiele zwierząt, że myśliwi nie odważyli się położyć spać w obozie. Niektórzy chcieli zawrócić, ale starszym Sardu zawładnęła obsesja. W nocy słyszeli wycie wilków, a on z całego serca pragnął upolować jednego z nich dla swego jedynaka, którego olbrzymi wzrost był ujmą dla całego rodu. Chciał pomóc synowi, znaleźć dla niego żonę i doczekać się wielu zdrowych dziedziców.

Tak więc ojciec panicza, tropiąc wilka, pierwszy odłączył się od całej grupy drugiego dnia tuż przed zmierzchem. Czekali na niego przez całą noc, po czym po wschodzie słońca rozdzielili się i wyruszyli na poszukiwania. Tamtego wieczoru nie wrócił jeden z kuzynów Józefa. A potem zniknął następny.

— I co dalej, bube?

— W końcu został tylko Józef, chłopiec olbrzym. Następnego dnia udał się w drogę i w miejscu, które wcześniej przeszu­kali, znalazł ciała ojca i wszystkich krewnych, ułożone przy wejściu do podziemnej jaskini. Ich czaszki zmiażdżono z wielką siłą, ale poza tym nie mieli żadnych obrażeń. Zabiła ich jakaś potężna bestia, lecz nie z głodu czy strachu. Nie wiedział, dlaczego to zrobiła, choć czuł, że ktoś lub coś go obserwuje, bacznie mu się przygląda z głębi ciemnej jaskini.

Panicz Sardu po kolei przeniósł ciała z dala od jaskini i pogrzebał je głęboko w ziemi. Oczywiście wycieńczyło go to bardzo, pozbawiając większości sił. Był farmutszet. A mimo to, samotny, przerażony i wyczerpany, wrócił tej samej nocy do jaskini, aby stawić czoło złu, które wyłaniało się po zmroku. Chciał pomścić swych krewnych lub zginąć z honorem. Wiemy o tym z dziennika, który prowadził. Znaleziono go w lesie wiele lat później. To ostatni wpis.

Abraham szeroko otworzył pustą buzię.

— Ale co się stało, bube?

— Nikt tak naprawdę nie wie. Mieszkańcy ich rodzinnej wioski, kiedy minęło sześć tygodni, potem osiem, a następnie dziesięć, nie otrzymawszy żadnych wieści, zaczęli się obawiać, że myśliwych spotkało coś złego. Zorganizowali grupę poszukiwawczą, ale nic nie znaleźli. Potem, w jedenastym tygodniu, pewnej nocy do majątku rodzi­­ny Sardu przybył powóz z zasłoniętymi oknami. Przyjechał nim mło­dy panicz. Ukrył się w zamku, w skrzydle z pustymi komnatami, i od tej pory rzadko go widywano, jeśli w ogóle. Zaczęły się szerzyć plotki na temat tego, co wydarzyło się w lesie w Rumunii. Nieliczni, którzy twierdzili, że widzieli Sardu — jeśli można im wierzyć — utrzymywali, że został uleczony ze słabości. Pojawiły się nawet głosy, że wrócił z wielką mocą, odpowiadającą jego nadnaturalnym rozmiarom. A mimo to pogrążony był w tak wielkiej żałobie po utracie ojca, wujów i kuzynów, że nigdy więcej nie widziano go za dnia. Zwolnił większość służby. Nocami w zamku panowało poruszenie i okna były jasno rozświetlone, lecz z czasem siedziba rodu Sardu popadła w ruinę.

Pewnej nocy… podobno olbrzym przechadzał się po wsi. Dzieci mówiły, że słyszały stukot jego laski, na której Sardu już nie musiał się opierać, używał jej tylko po to, by wywabiać je z łóżek i rozdawać im podarki i smakołyki. Niedowiarkom pokazywały dziurki w ziemi, niektóre tuż pod oknami ich pokojów, małe wgłębienia, jak od laski z rączką w kształcie wilczego łba.

Oczy babki pociemniały. Zerknęła na miskę chłopca i ucieszyła się, że większość zupy zniknęła.

— Wtedy, Abramku, zaczęły znikać dzieci chłopów. Pojawiły się pogłoski, że znikały też dzieci z okolicznych miejscowości. Nawet z mojego miasteczka. Tak, Abramku, twoja bube, gdy była małą dziewczynką, mieszkała o pół dnia drogi od zamku Sardu. Pamiętam dwie siostry… Ich ciała znaleziono na polanie w lesie, białe jak otaczający je śnieg, a na otwartych oczach osiadł szron. Ja sama pewnej nocy słyszałam stukanie… Mocny, rytmiczny odgłos… Stuk… stuk… stuk… Naciągnęłam koc na głowę, żeby go nie słyszeć, ale i tak nie mogłam spokojnie zasnąć przez wiele dni.

Abraham z trudem przełknął resztkę zupy.

— Większość mieszkańców wioski Sardu w końcu ją opuściła i miejsce to uznano za przeklęte. Cyganie, kiedy ich tabor przejeżdżał przez nasze miasteczko, opowiadali o dziwnych zdarzeniach, duchach i zjawach pojawiających się w pobliżu zamku. Mówili o olbrzymie, który krążył w blasku księżyca po okolicy niczym bóg nocy. To oni nas ostrzegli: „Jedzcie i nabierajcie sił albo Sardu was dopadnie”. Dlatego to takie ważne, Abramku. Jedz na zdrowie i rośnij. Wyskrob miskę. Albo on znów przyjdzie… — Babka otrząsnęła się z mrocznych wspomnień. Jej oczy, przed chwilą ciemne, znów się ożywiły. — Przyjdzie Sardu. Stuk… stuk… stuk…

Wnuk spałaszował wszystko, do ostatniego buraczka. Miska była pusta, a i opowieść dobiegła końca. To, że zjadł, sprawiło przyjemność babci, a na jej twarzy malował się wyraz bezgranicznej miłości do wnuka. W tych chwilach bliskości przy rozklekotanym domowym stole jednoczyli się, posilając nie tylko swe ciała, lecz także dusze.

Dziesięć lat później rodzinę Setrakianów wypędzono z ich stolar­ni i wioski, choć nie Sardu to uczynił. W ich domu zakwaterowano niemieckiego oficera. Mężczyzna, doświadczywszy ich życzliwości, kiedy to dzielili się z nim chlebem przy tym samym koślawym stole, pewnego wieczoru odwdzięczył się i w porę ostrzegł ich przed niebezpieczeństwem. To dzięki niemu nie stawili się na stacji kolejowej następnego dnia, lecz jeszcze poprzedniej nocy opuścili dom i wioskę.

Całą rodziną — a było ich ośmioro — wyruszyli przez łąki i lasy, zabrawszy ze sobą tyle, ile zdołali unieść. Babcia spowalniała wędrówkę. Co gorsze, wiedziała o tym i przeklinała swoje stare, zmęczone nogi. Pozostali członkowie rodziny w końcu ruszyli przodem, z wyjątkiem Abrahama, który był teraz silnym, obiecującym młodym mężczyzną, mistrzem rzeźbiarskim, studiującym Talmud, interesującym się zwłaszcza Księgą Zohar i sekretami żydowskiej mistyki. On pozostał u boku babci. Gdy dotarła do nich wiadomość, że resztę rodziny aresztowano w pobliskim miasteczku i wsadzono do pociągu jadącego do Polski, jego bube, zdruzgotana poczuciem winy, chciała dla dobra Abrahama dobrowolnie oddać się w ręce oprawców.

— Uciekaj, Abramku. Uciekaj przed hitlerowcami. Tak jak przed Sardu. Uciekaj!

Lecz on nie pozwolił na to. Ani myślał zostawić ją samą.

Rankiem znalazł babcię na podłodze pokoju, w którym spali — schronili się w domu pewnego litościwego chłopa. Usta miała czarne i wyschnięte, szyję poczerniałą. Zmarła po zażyciu trutki na szczury. Za łaskawą zgodą rodziny gospodarzy Abraham Setrakian pochował babcię pod białą brzozą. Wyrzeźbił jej piękny drewniany nagrobek, ozdobiony kwiatami, ptakami i wszystkim, co za życia tak kochała. Wylał morze łez, opłakując ukochaną bube — a potem ruszył przed siebie.

Uciekał co sił w nogach przed hitlerowcami, przez cały czas słysząc za plecami: stuk… stuk… stuk…

Zło deptało mu po piętach.

POCZĄTEK

Rejestrator rozmów w kokpicie N323RG

Fragmenty zapisu sporządzonego przez NTSB*, lot 753, z Berlina (TXL) do Nowego Jorku (JKF), 24.09.2010.

20:49:31

[Interkom włączony.]

KAPITAN PETER J. MOLDES:

„Szanowni państwo, mówi kapitan Moldes. Za kilka minut powinniśmy wylądować zgodnie z planem. Dziękuję, że wybrali państwo podróż Regis Airlines, i w imieniu swoim, drugiego pilota Nasha oraz personelu pokładowego wyrażam nadzieję, że wkrótce ponownie skorzystają państwo z naszych usług…”.

20:49:44

[Interkom wyłączony.]

KAPITAN PETER J. MOLDES:

„…żebyśmy nie stracili roboty”. [Śmiech w kokpicie.]

20:50:01

Wieża kontroli lotów w Nowym Jorku (JFK): „Regis 7-5-3 ciężki, podchodzi z lewej, na 1-0-0. Pozwolenie na lądowanie na 13R”.

KAPITAN PETER J. MOLDES:

„Regis 7-5-3 ciężki, podchodzi z lewej, na 1-0-0. Gotowy do lądowania na 13R. Zrozumieliśmy”.

20:50:15

[Interkom włączony.]

KAPITAN PETER J. MOLDES:

„Personel pokładowy, przygotować się do lądowania”.

20:50:18

[Interkom wyłączony.]

DRUGI PILOT, RONALD W. NASH IV:

„Podwozie gotowe”.

KAPITAN PETER J. MOLDES:

„Jak miło wrócić do domu…”.

20:50:41

[Głuche uderzenie. Zakłócenia. Piskliwy dźwięk.]

KONIEC TRANSMISJI

* NTSB (ang. National Transportation Safety Board) — Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu w USA (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

LĄDOWANIE

Wieża kontroli lotów Międzynarodowego Portu Lotniczego JFK

Nazywali go talerzem. Świecący zielony, monochromatyczny monitor (JFK czekało na nowe kolorowe monitory już od ponad dwóch lat) przypominał talerz pełen zupy z groszku upstrzonej zbitkami liter, przyczepionych do szyfrowanych punktów na ekranie. Każdy punkt reprezentował setki ludzkich istnień bądź, jak mawiano w dawnym żeglarskim żargonie, który przetrwał do dziś w lotnictwie: dusz.

Setki dusz.

Może dlatego wszyscy kontrolerzy lotów nazywali Jimmy’ego Mendesa „Biskupem”. Jimmy „Biskup” był jedynym kontrolerem, który przez całą ośmiogodzinną zmianę, zamiast siedzieć, przechadzał się w tę i z powrotem z grubym ołówkiem w dłoni po wieży kontrolnej, górującej trzysta dwadzieścia jeden stóp nad międzynarodowym lotniskiem imienia Johna F. Kennedy’ego, sprowadzając odrzutowce do Nowego Jorku niczym pasterz zaganiający swoje stado. Różową gumkę ołówka utożsamiał z samolotem będącym pod jego dowodzeniem, określając wzajemną relację pomiędzy położeniem maszyny i wieży, nigdy nie opierał się wyłącznie na dwuwymiarowym wyświetlaczu radaru.

A tam setki dusz co sekundę wydawały jakiś odgłos.

— United 6-4-2, skręć w prawo na 1-0-0, wznieś się na pięć tysięcy.

Nie dało się jednak myśleć w ten sposób przy „talerzu”. Nie można było zastanawiać się nad tymi wszystkimi ludźmi, których los spoczywał w jego rękach: pasażerami upchniętymi wewnątrz uskrzydlonych torped, pędzących wiele mil nad ziemią. Nie potrafił wyobrazić sobie obrazu całości: wszystkich samolotów na talerzu i innych kontrolerów mruczących szyfrem przez mikrofon przy słuchawkach, i tych ma­szyn na ich talerzach, i wieży kontroli lotów nad sąsiednim lotniskiem LaGuardia… i wszystkich wież we wszystkich miastach Stanów Zjednoczonych… i na całym świecie…

Calvin Buss, kierownik kontroli ruchu lotniczego i bezpośredni przełożony Jimmy’ego „Biskupa”, podszedł do niego. Wrócił wcześniej z przerwy i wciąż przeżuwał jedzenie.

— Gdzie masz Regis 7-5-3?

— Regis 7-5-3 wylądował. — Jimmy zerknął szybko na monitor, że­by się upewnić. — Podjeżdża do bramki. — Przewinął harmonogram bramek, szukając 7-5-3. — A o co chodzi?

— Radar naziemny wskazuje, że mamy samolot stojący na fokstrocie.

— Na drodze kołowania? — Jimmy ponownie sprawdził na monitorze, upewnił się, że słuchawki i mikrofon działają, po czym włączył kanał do DL753. — Regis 7-5-3, mówi wieża JFK, odbiór.

Cisza. Spróbował jeszcze raz.

— Regis 7-5-3, mówi wieża JFK, odezwijcie się, odbiór.

Odczekał chwilę. Znów nic. Nawet nie usłyszał odgłosu włączenia radia.

— Regis 7-5-3, tu wieża JFK, słyszycie mnie? Odbiór.

Za plecami Calvina Bussa pojawił się asystent z wieży.

— Jakiś problem ze sprzętem? — zapytał.

— Raczej poważniejsza mechaniczna usterka — odparł Buss. — Ktoś mówił, że w samolocie zgasły światła.

— Zgasły światła? — powtórzył Jimmy, dziwiąc się, jak niewiele bra­kowało do szczęśliwego zakończenia podróży. Stracili łączność z samolotem tuż po wylądowaniu. Pomyślał, że musi zatrzymać się w drodze do domu i obstawić w lotto 7, 5 i 3 na następny dzień.

Calvin podłączył własną słuchawkę do sprzętu Jimmy’ego.

— Regis 7-5-3, tu wieża JFK, odezwijcie się. Regis 7-5-3, mówi wieża, odbiór.

Cisza.

Jimmy „Biskup” przyjrzał się oznaczeniom na monitorze — żadnych alarmów, wszystkie samoloty w porządku.

— Lepiej zasugerujcie ominięcie fokstrota — powiedział.

Calvin odłączył słuchawkę i się cofnął. Nieobecnym wzrokiem spo­glądał nad konsolą Jimmy’ego przez okna wieży, w kierunku drogi kołowania. W jego oczach widać było zdezorientowanie i niepokój.

— Musimy oczyścić fokstrot. Wezwijcie kogoś, żeby się tym zajął — zwrócił się do asystenta.

Jimmy chwycił się za brzuch, czując nadchodzące mdłości. Jego zawód polegał przede wszystkim na byciu położnikiem. Jimmy pomagał pilotom w bezpiecznym wydobyciu samolotów pełnych dusz z macicy przestworzy i doprowadzeniu ich na ziemię. Teraz czuł lęk, podobny do tego, jakiego doświadcza młody lekarz odbierający pierwszego martwego noworodka.

Płyta Terminalu 3

LORENZA RUIZ jechała właśnie do bramki wózkiem bagażowym, będącym w zasadzie hydrauliczną rampą na kółkach. Kiedy 753 nie pojawił się za rogiem, jak oczekiwała, Lo podjechała dalej, żeby sprawdzić, co się stało, ponieważ zaraz wybierała się na przerwę. Na uszach miała ochronne słuchawki, pod odblaskową kamizelką bluzę z logo Metsów, na oczach gogle — nad płytą unosił się paskudny pył — a obok niej na siedzeniu leżały chorągiewki sygnalizacyjne.

„Co u licha?” — zdziwiła się.

Zdjęła gogle, jakby chcąc zobaczyć to na własne oczy. Na fokstrocie stał pogrążony w ciemności boeing 777, potężna maszyna, jedna z nowych we flocie. Nawet światła na skrzydłach były zgaszone. Widziała tylko gładką, obłą powierzchnię kadłuba i skrzydła połyskujące lekko w światłach lądujących samolotów. Jeden z nich, Lufthansa 1567, o mało nie zahaczył o nieruchomą maszynę podwoziem.

— Jesus Santisimo!

Zgłosiła to.

— Za chwilę tam będziemy — odparł jej szef. — Wieża chce, żebyś podjechała i z bliska się wszystkiemu przyjrzała.

— Ja? — zdziwiła się Lo.

Skrzywiła się. Oto kara za ciekawość. Ruszyła drogą dla obsługi terminalu pasażerskiego, przejeżdżając przez linie pasów namalowane na płycie lotniska. Trochę się denerwowała i jechała bardzo ostrożnie, nigdy przedtem tak daleko się nie zapuszczała. FAA* ściśle określała, dokąd mogły podjechać taśmociągi i wózki bagażowe.

Minęła niebieskie światła wyznaczające drogę do kołowania. Sa­molot wyglądał na całkiem wyłączony, od dzioba do ogona. Żadnych świateł ostrzegawczych czy przeciwkolizyjnych, brak oświetlenia w kok­picie. Zazwyczaj nawet z ziemi, trzydzieści stóp poniżej, przez ma­leńkie okna przypominające zmrużone oczy nad charakterystycznym „nosem” boeinga dawało się dojrzeć wnętrze kokpitu: górny panel z przełącznikami i czerwone oświetlenie przyrządów. Tym razem jednak było zupełnie ciemno.

Lo zatrzymała się w odległości dziesięciu jardów od lewego skrzydła. Jeśli wystarczająco długo pracuje się na płycie — a ona była tu już od ośmiu lat, tyle nie trwały nawet jej oba małżeństwa razem wzię­te — człowiek uczy się pewnych rzeczy. Klapy krawędzi spływu i lotki — spojlery na brzegach tylnych skrzydeł — sterczały prosto do góry, tak jak piloci ustawiali je, gdy samolot dotknął kołami ziemi. Silniki odrzutowe, choć pracowały cicho, zwykle jeszcze przez jakiś czas po wyłączeniu mełły powietrze, zasysając pył i owady niczym wielkie, wy­głodniałe odkurzacze. A więc ten śliczny olbrzym wylądował bez najmniejszego problemu i dotarł aż tutaj, zanim zgasły światła…

Jeszcze bardziej niepokojące było to, że skoro dostał zgodę kontrolera na lądowanie, cokolwiek poszło nie tak, zdarzyło się to w ciągu ostatnich dwóch, może trzech minut. Co złego mogło stać się tak szybko?

Lo podjechała bliżej i stanęła za skrzydłem. Nie chciała zostać wessana i rozszarpana na strzępy niczym jakaś kanadyjska gęś, gdyby jednak silniki nagle się włączyły. Zbliżyła się do ładowni, części samolotu, którą znała najlepiej, niedaleko ogona, i zatrzymała się przy tylnym wyjściu. Zaciągnęła hamulec i pociągnęła dźwignię podnoszącą rampę, która na tej wysokości pochyliła się o jakieś trzydzieści stopni. Niewystarczająco, ale zawsze coś. Wysiadła, sięgnęła po chorągiewki i ruszyła po rampie w kierunku martwego samolotu.

Martwego? Dlaczego tak pomyślała? Przecież maszyna nigdy nie była żywa…

Przez chwilę jednak Lorenza widziała oczami wyobraźni wielkie, gnijące cielsko, przypominające wyrzuconego na plażę wieloryba. Tym właśnie wydawał się jej samolot: rozkładającą się padliną, martwym lewiatanem.

Wiatr ustał, gdy podeszła do góry. Musicie zrozumieć jedno, gdy mowa o pogodzie na płycie lotniska JFK: wiatr tu nigdy nie cichnie. Nigdy, przenigdy. Na płycie zawsze jest wietrznie, mają na to wpływ przylatujące samoloty oraz słone bagna i cholerny Atlantyk tuż po drugiej stronie Rockaway Boulevard. Nagle jednak zrobiło się naprawdę cicho — tak cicho, że Lo zdjęła wielkie słuchawki, żeby się upewnić. Wydawało się jej, że usłyszała dudnienie dobiegające z wnętrza maszyny, ale to tylko jej serce biło tak głośno. Włączyła latarkę i skierowała snop światła na prawy bok samolotu.

Podążając wzrokiem za okrągłą plamą światła, zauważyła, że kadłub wciąż był śliski i perlisty, pachnący wiosennym deszczem. Oświetliła latarką długi rząd okien. Wszystkie rolety były zaciągnięte.

Dziwne. Zaczęła się bać. I to bardzo. Czuła się malutka przy o­gromnej, wartej dwieście pięćdziesiąt milionów dolarów i ważącej trzysta osiemdziesiąt trzy tony maszynie. Miała wrażenie, że stoi obok przypominającej smoka bestii. Demona, który udawał, że śpi, po to, by w odpowiedniej chwili otworzyć ślepia i rozewrzeć przerażającą paszczę. Przeszył ją dreszcz, skurczyła się w sobie.

Nagle zauważyła, że jedna z rolet jest podniesiona. Włosy stanęły jej dęba, więc próbowała je przygładzić dłonią, jakby chcąc uspokoić zdenerwowane zwierzę. Musiała wcześniej przeoczyć tę roletę. Na pewno od początku była podniesiona. Na pewno.

A może…

Wewnątrz samolotu coś się poruszyło w ciemności. Lo poczuła, że ktoś ją obserwuje.

Pisnęła jak małe dziecko, ale nie mogła się powstrzymać. Skamieniała. Czuła pulsowanie krwi, gardło zacisnęło jej się ze strachu…

Wtedy w jednej chwili zrozumiała: to, co tam było, chciało ją pożreć…

Wiatr znów się wzmógł, a Lo nie potrzebowała dalszej zachęty. Zbiegła po rampie i wskoczyła do wózka. Wrzuciła wsteczny i cofnęła piszczący ostrzegawczo wózek z wciąż uniesioną rampą. Słychać było tylko chrzęst jednej z niebieskich lamp przy krawędzi pasa, gdy odjechała szybko, zahaczając o trawę, w kierunku zbliżających się świateł pojazdów ekipy ratowniczej.

Wieża kontroli lotów JFK

CALVIN BUSS założył inne słuchawki i teraz wydawał rozkazy według wskazówek opracowanych przez FAA, na wypadek gdyby na drodze do kołowania zaszły jakieś niespodziewane wydarzenia. Wstrzymano wszystkie przyloty i odloty w promieniu pięciu mil od JFK. Z tego powodu na lotnisku szybko zrobiło się tłoczno. Calvin odwołał przerwy i wezwał wszystkich kontrolerów będących na służbie, aby spróbowali skontaktować się z lotem 753 na każdej możliwej częstotliwości. Takiego chaosu na wieży kontrolnej JFK Jimmy „Biskup” jeszcze nie widział.

Przedstawiciele władz lotniska — faceci w garniturach mruczący do bezprzewodowych mikrofonów — zebrali się z tyłu. To nigdy nie był dobry znak. Zabawne, jak ludzie w naturalny sposób chcą trzymać się razem w obliczu niewyjaśnionych zdarzeń.

Jimmy spróbował połączyć się z samolotem jeszcze raz, ale na próżno.

Jeden z gości w garniturach zapytał go:

— Czy coś mogłoby świadczyć o tym, że doszło do porwania?

— Nie — odparł Jimmy. — Nic.

— Był alarm pożarowy?

— Oczywiście, że nie.

— A alarm drzwi kokpitu? — spytał inny.

Jimmy zrozumiał, że weszli w fazę dochodzenia cechującą się za­dawaniem idiotycznych pytań. Teraz musiał zdobyć się na cierpliwość, aby być zdolnym do właściwej oceny zdarzeń, jak przystało na dobrego kontrolera lotów.

— Wylądował bez problemu. Regis 7-5-3 potwierdził numer bram­ki i zjechał z pasa. Wyłączyłem radar i przekazałem ruchowi naziemnemu.

Calvin zasłonił mikrofon i dodał:

— Może pilot musiał wyłączyć prąd?

— Może — odparł Jimmy. — A może sam się wyłączył.

Facet w garniturze się zamyślił.

— Wobec tego dlaczego nie otworzyli drzwi?

Jimmy nie mógł tego pojąć. Pasażerowie z reguły nie byli w stanie usiedzieć ani minuty dłużej, niż to było konieczne. W minionym tygodniu na pokładzie jetBlue z Florydy o mały włos nie wybuchł bunt, i to z powodu czerstwych bajgli. W tym samolocie ludzie siedzieli nieruchomo dobry kwadrans. W zupełnej ciemności.

Jimmy się odezwał:

— Na pewno robi się tam już gorąco. Jeśli elektryczność padła, nie mają wentylacji.

— W takim razie na co oni, do cholery, czekają? — zastanawiał się inny mężczyzna w garniturze.

Jimmy czuł niepokój narastający we wszystkich zebranych. Tę pustkę w trzewiach, która pojawia się, gdy człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że coś się stało…

— A jeśli nie mogą się ruszyć? — mruknął pod nosem, zanim zdążył się powstrzymać.

— Zostali zakładnikami? To pan chce powiedzieć? — spytał jeden z przedstawicieli władz lotniska.

„Biskup” skinął głową bez słowa, choć nie to miał na myśli. Z niewytłumaczalnego powodu myślał jedynie o… duszach.

Droga kołowania Fokstrot

SŁUŻBY RATOWNICZE LOTNISKA wyruszyły na standardową misję, jaka jest organizowana, gdy pojawią się kłopoty z samolotem. Z pomocą spieszyło sześć pojazdów, w tym jeden gaśniczy, z pianą do pokrycia plam z paliwa, jeden z pompą i jeden z drabiną obrotową. Zatrzymały się przy wózku bagażowym porzuconym przed niebie­skimi światłami wyznaczającymi krawędź pasa. Kapitan Sean Navarro zeskoczył z tylnego stopnia wozu z drabiną i teraz stał, w hełmie i kombinezonie strażackim, przed nieruchomą maszyną. Błyskające światła pojazdów ratowniczych, odbijające się od kadłuba, sprawiały, że samolot zdawał się pulsować czerwonym światłem. Wyglądał tak, jakby był opuszczony, przygotowany do nocnych ćwiczeń.

Kapitan Navarro podszedł do szoferki wozu i usiadł obok kierowcy, Benny’ego Chufera.

— Wezwij obsługę, niech ustawią tu reflektory. Potem podjedź za skrzydło.

— Mamy rozkaz się wstrzymać — odparł Benny.

— Tam stoi samolot pełen ludzi. Nie płacą nam za to, żebyśmy paradowali w strojach ratunkowych. Płacą nam za ratowanie życia.

Benny wzruszył ramionami i zrobił to, co kazał mu kapitan. Navarro wyszedł z kabiny i wspiął się na dach, a Benny podniósł wysięgnik na taką wysokość, żeby podsadzić go na skrzydło. Kapitan włączył latarkę i zszedł na krawędź spływu między dwiema klapkami, a jego noga znalazła się dokładnie w tym miejscu, w którym dużymi czarnymi literami napisano: NIE STAWAĆ.

Ruszył w stronę szerszej części skrzydła, dwadzieścia stóp nad płytą lotniska. Podszedł do wyjścia nad skrzydłem, jedynych drzwi w samolocie, które można było otworzyć od zewnątrz. W drzwiach znajdowało się niewielkie, niezasłonięte okienko. Próbował zajrzeć do środka, mimo że było zaparowane, ale ujrzał tylko ciemność. W środku musiało być duszno jak w żelaznym płucu.

Dlaczego nie wzywali pomocy? Dlaczego nie dochodziły go z wnętrza samolotu żadne oznaki życia? Jeśli samolot wciąż znajdował się pod ciśnieniem, pozostawał szczelny. Pasażerom musiało już brakować tlenu.

Dłońmi w strażackich rękawicach wepchnął podwójne czerwone klapki do środka i pociągnął za klamkę umieszczoną w zagłębieniu. Przekręcił ją w kierunku wyznaczonym przez strzałki, prawie o sto osiemdziesiąt stopni i mocno pociągnął. Drzwi powinny się otworzyć na zewnątrz, ale ani drgnęły. Szarpnął jeszcze raz, choć od razu wiedział, że to próżny wysiłek. Niemożliwe, żeby zablokowały się od środka. Klamka musiała się zaciąć. Albo coś trzymało je od wewnątrz.

Zszedł po skrzydle na drabinę. Zobaczył obracające się poma­rańczowe światło wózka wracającego z terminala międzynarodowego. Kie­dy podjechał bliżej, dostrzegł w nim agentów z Administracji ds. Bez­pieczeństwa Transportu.

— Już się zaczyna — mruknął kapitan Navarro, spoglądając w dół z drabiny.

Było ich pięciu; przedstawili się po kolei, ale kapitan Navarro nie tracił czasu na zapamiętywanie nazwisk. On podjechał do samolotu z wozami strażackimi i gaśnicami; oni przybyli z laptopami. Przez chwilę tylko stał i słuchał, gdy mówili do swojego sprzętu, jeden przez drugiego:

— Musimy się poważnie zastanowić, zanim zawiadomimy Depar­tament Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nie będziemy podnosić krzyku bez powodu.

— Nawet nie wiemy, z czym mamy do czynienia. Gdybyśmy wezwali strażaków z bazy Otis, wywołałoby to panikę na całym wschodnim wybrzeżu.

— Jeżeli to faktycznie jest bomba, czekali do ostatniej chwili.

— Może chcieli zdetonować ją na amerykańskiej ziemi.

— Albo udają martwych. Wyłączyli radio. Próbują zwabić nas bliżej. Czekają na media.

Jakiś facet przeczytał coś na wyświetlaczu telefonu.

— Mam lot z Tegel w Berlinie.

Inny połączył się z kimś:

— Dajcie mi jakiegoś Niemca, który mówi po angielsku. Musimy się dowiedzieć, czy zauważono tam coś podejrzanego, jakieś naruszenia. Będziemy też potrzebować ich regulaminu dotyczącego pro­cedur postępowania z bagażem.

Kolejny wydał polecenie:

— Sprawdźcie rozkład lotów i przejrzyjcie jeszcze raz listę pasażerów. Tak… Wszystkie nazwiska po kolei, jeszcze raz. Tym razem łącznie z innymi wersjami pisowni.

— Dobra — odezwał się inny, czytając z monitora laptopa. — Pełne dane. Numer rejestracyjny samolotu to N323RG. Boeing 777-200LR. Ostatni przegląd cztery dni temu na Atlanta Hartsfield. Wymieniono zużyte mocowanie do przewodu w odwracaczu ciągu lewego silnika i zużyte mocowanie tulei w prawym. Odroczono naprawę wgniecenia w uchwycie na pokładzie w lewej części ogona z uwagi na rozkład lo­tów. Najważniejsze jest to, że był całkowicie sprawny.

— 777 to nowy model, prawda? Ma rok czy dwa, nie więcej?

— Dopuszczalna liczba pasażerów: trzystu jeden. Tym samolotem leciało dwieście dziesięć osób. Stu dziewięćdziesięciu dziewięciu pasażerów, dwóch pilotów, dziewięć osób personelu pokładowego.

— Był ktoś bez biletu? Mam na myśli małe dzieci.

— Według mojej listy nie.

— Klasyczna taktyka — powiedział mężczyzna obstający przy ataku terrorystycznym. — Zrobić zamieszanie, wywołać reakcję, przyciągnąć widownię, a potem zdetonować ładunek wybuchowy, żeby osiągnąć jak najsilniejszy efekt.

— Jeśli to prawda, to już po nas.

Spojrzeli na siebie z niepewnymi minami.

— Musimy wycofać wozy ratownicze. Co za idiota wlazł na skrzydło?

Kapitan Navarro wysunął się do przodu i zaskoczył ich odpowiedzią:

— Ja.

— Ach. No cóż. — Mężczyzna zakaszlał w dłoń. — Tylko obsługa może tam wchodzić, kapitanie. Takie są zarządzenia FAA.

— Wiem.

— I co? Widział pan coś?

— Nie — odparł Navarro. — Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Wszystkie rolety są zaciągnięte.

— Zaciągnięte? Wszystkie?

— Wszystkie.

— Próbował pan otworzyć wejście nad skrzydłem?

— Tak.

— I co?

— Zacięło się.

— Zacięło? To niemożliwe.

— Zacięło się — powtórzył kapitan Navarro, okazując tym pięciu facetom więcej cierpliwości niż własnym dzieciom.

Najstarszy z mężczyzn odszedł na bok, żeby zadzwonić. Navarro spojrzał na pozostałych.

— Co robimy, w takim razie?

— Właśnie czekamy, żeby się tego dowiedzieć.

— Czekamy, żeby się dowiedzieć? Ilu macie pasażerów w tym samolocie? Ile osób dzwoniło pod numery alarmowe?

Jeden z mężczyzn pokręcił głową.

— Nie było jeszcze żadnych połączeń z komórek pod numery alarmowe.

— Jeszcze? — powtórzył Navarro.

Mężczyzna stojący obok dodał:

— Spośród stu dziewięćdziesięciu osób żadna nie próbowała wzywać pomocy. Niedobrze.

— Faktycznie niedobrze.

Kapitan Navarro przyjrzał się im zdumiony.

— Musimy coś zrobić, i to natychmiast. Nie potrzebuję pozwolenia, żeby wziąć kilof i powybijać okna, jeśli ludzie w środku umierają albo już są martwi. W tym samolocie brakuje powietrza!

Starszy mężczyzna zakończył rozmowę i wrócił.

— Przywiozą palnik. Rozcinamy.

Dark Harbor, Wirginia

ZATOKA CHESAPEAKE, woda czarna i skłębiona o tak późnej porze.

Wewnątrz oszklonego patio głównego budynku stojącego na malowniczym urwisku, z którego rozciągał się widok na zatokę, w specjalnie zaprojektowanym fotelu medycznym odpoczywał starszy mężczyzna. Światła były przygaszone, dla jego wygody, ale i z oszczędności. Przemysłowe termostaty, tylko w tym jednym pomieszczeniu były trzy, utrzymywały temperaturę sześćdziesięciu dwóch stopni w skali Fahrenheita. Z dyskretnie ukrytych głośników płynęła muzyka, Święto wiosny Strawińskiego, zagłuszając szmer pompy do dializ.

Z ust mężczyzny unosiła się ledwo widoczna para. Z boku mogłoby się wydawać, że jest on bliski śmierci. Ktoś mógłby pomyśleć, że stał się oto świadkiem ostatnich dni lub tygodni życia człowieka, który odniósł sukces, sądząc po posiadłości o powierzchni około siedmiu hektarów. Mógłby nawet rzucić jakąś ironiczną uwagę, że tak bogaty człowiek zajmujący określoną pozycję kończy tak samo jak byle nędzarz.

Tyle że Eldritch Palmer nie był u schyłku życia. Miał siedemdziesiąt sześć lat i nie zamierzał zrezygnować z pobytu na tym ziemskim padole. Ani z czegokolwiek innego.

Szanowany inwestor, biznesmen, teolog, człowiek zarządzający funduszami powierniczymi przechodził przez tę samą procedurę, trwającą trzy, cztery godziny, każdego wieczoru przez siedem ostatnich lat swego życia. Miał wątłe zdrowie, lecz jego stan był stabilny, dbali o to przez całą dobę lekarze dysponujący profesjonalnym, szpitalnym sprzętem medycznym, zakupionym na jego prywatny użytek.

Zamożnych ludzi stać na doskonałą opiekę lekarską. Mogą sobie pozwolić także na ekscentryzm. Eldritch Palmer ukrywał swoje dziwactwa przed innymi, nawet przed najbliższymi przyjaciółmi. Nigdy się nie ożenił. Nie spłodził dziedzica. Tak więc często zastanawiano się, co stanie się z fortuną Palmera po jego śmierci. Nie miał zastępcy w swoim głównym przedsiębiorstwie: Stoneheart Group. Nie interesował się działalnością organizacji dobroczynnych, w przeciwieństwie do dwóch innych mężczyzn rywalizujących z nim o pierwsze miejsce na liście najbogatszych Amerykanów, sporządzanej co roku przez magazyn „Forbes”: Billa Gatesa i inwestora Berkshire Hathaway — Warrena Buffetta. (Gdyby „Forbes” brał pod uwagę rezerwy złota w Ameryce Południowej oraz szemrane interesy w Afryce, Palmer niewątpliwie zająłby pierwsze miejsce). Nie sporządził testamentu, co byłoby przeoczeniem nie do pomyślenia dla człowieka posiadającego choćby jedną tysięczną jego majątku.

Ale Eldritch Palmer po prostu nie zamierzał umrzeć.

Hemodializa to zabieg leczniczy, podczas którego przez system rurek usuwa się z ciała krew, filtruje ją przez maszynę do dializy lub sztuczną nerkę i ponownie wtłacza do organizmu, wolną od ubocznych produktów przemiany materii i substancji toksycznych. Igły umieszczone są w syntetycznej tętnicy, wszczepionej w przedramię. Do tej pory Palmer używał doskonałego modelu Fresenius. Przez cały czas monitorował on najważniejsze parametry w organizmie i powiadamiał pana Fitzwilliama, przebywającego zawsze w pobliżu, o wszelkich przekroczeniach normy.

Lojalni inwestorzy byli przyzwyczajeni do mizernego wyglądu Palmera. Stał się on niemalże jego znakiem firmowym, ironicznym symbolem finansowej potęgi, tego, że tak kruchy człowiek o wyniszczonej przez chorobę twarzy może posiadać ogromną władzę i wpływ na finanse międzynarodowe oraz politykę. Legion wiernych mu inwestorów składał się z trzydziestu tysięcy osób, tworząc blok elity finansowej: opłata za wstęp wynosiła dwa miliony dolarów, a wielu z tych, którzy robili interesy za pośrednictwem Palmera od dziesięcioleci, posiadało majątek wart setek milionów dolarów. Wartość nabywcza Stoneheart Group była tak wielka, że właściciel firmy mógł czasem pozwolić sobie na bezwzględne, ale skuteczne działania.

Zachodnie drzwi, wychodzące na przestronny hol, otworzyły się i wszedł przez nie Fitzwilliam, który pełnił także funkcję dowódcy specjalnego oddziału osobistych ochroniarzy Palmera. Na srebrnej tacy wniósł przenośny bezpieczny telefon. Fitzwilliam kiedyś służył w marynarce, z jego ręki zginęło czterdziestu dwóch wrogów, poza tym mógł się pochwalić bystrym umysłem oraz wykształceniem medycznym, które Palmer sfinansował, gdy mężczyzna zakończył przygodę z armią.

— Dzwoni podsekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, sir — oznajmił, a z jego ust wydobył się obłoczek pary i zawisł w chłodnym powietrzu.

Zazwyczaj Palmer nie pozwalał, aby zakłócano mu spokój podczas wieczornych zabiegów, wolał raczej wykorzystać ten czas na rozmyślania. Ale tego telefonu się spodziewał. Wziął słuchawkę od Fitzwilliama i zaczekał, aż ten opuści pomieszczenie.

Palmer odebrał. Poinformowano go o uśpionym samolocie. Dowiedział się, że przedstawiciele władz na JFK nie mieli pewności, jak powinni postąpić. W głosie jego rozmówcy słychać było niepokój, przybrał nieśmiały oficjalny ton, jak dumne dziecko opowiadające o swym dobrym uczynku.

— To wyjątkowo nietypowa sytuacja, sir, więc pomyślałem, że chciałby pan niezwłocznie zostać powiadomiony.

— Owszem — odparł Palmer. — Doceniam tę uprzejmość.

— Mi… miłego wieczoru życzę, sir.

Palmer rozłączył się i położył telefon na swoich chudych kolanach. To będzie rzeczywiście miły wieczór. Poczuł dreszcz podniecenia. Właśnie na to czekał. A teraz, gdy samolot wylądował, wiedział, że wszystko się zaczęło — i to w tak spektakularnym stylu.

Podekscytowany, odwrócił się do wielkiego telewizora zawieszonego na bocznej ścianie i pilotem wbudowanym w oparcie fotela włączył dźwięk. Jeszcze nie nadawano żadnych wiadomości o samolocie. Ale już niedługo…

Nacisnął guzik interkomu.

— Słucham, sir?

— Niech przygotują helikopter, panie Fitzwilliam. Mam coś do załatwienia na Manhattanie.

Eldritch Palmer odłożył słuchawkę i wyjrzał przez szklaną ścianę na czarne i skłębione fale wielkiej zatoki Chesapeake, wpatrywał się w miejsce, w którym stalowe wody Potomaku wpadały w jej ciemną głębię.

Droga kołowania Fokstrot

OBSŁUGA LOTNISKA przywiozła butle z tlenem pod kadłub samolo­tu. Rozcinanie było procedurą, do której uciekano się w ostateczno­ści. W każdym komercyjnym samolocie jest specjalne miejsce „do wy­cięcia”. W boeingu 777 znajduje się ono w tylnej części kadłuba, pod ogonem, między tylnymi włazami do ładowni po prawej stronie. Litery „LR” w Boeingu 777-200LR były skrótem od long range — samolot dalekiego zasięgu. Jako model z maksymalnym zasięgiem ponad dziewięciu tysięcy mil powietrznych (niemal jedenaście tysięcy mil amerykańskich), posiadający zbiorniki paliwa mieszczące łącznie do dwustu tysięcy litrów (ponad pięćdziesiąt tysięcy galonów), samolot wyposażony był — obok tradycyjnych zbiorników wew­nątrz skrzydeł — w trzy dodatkowe w tylnej ładowni. Z tego właśnie powodu jego konstruktorzy wyznaczyli miejsce, w którym można bezpiecznie wyciąć dziurę w obudowie, aby dostać się do środka.

Obsługa używała sprzętu Arcair, egzotermicznego palnika często wykorzystywanego do działań przy katastrofach, dlatego że był nie tylko łatwy do przeniesienia, lecz także zasilany tlenem, nie zaś niebezpiecznym gazem, takim jak acetylen. Przecięcie grubego kadłuba powinno zająć około godziny.

W tym momencie już żadna z osób zgromadzonych na płycie lotniska nie spodziewała się szczęśliwego zakończenia. Ani jeden pasażer nie zadzwonił pod numer 911. Nigdzie nie było widać światła, z wnętrza Regis 753 nie dochodził hałas czy jakikolwiek sygnał. Sytuacja była bardzo tajemnicza.

Zdalnie sterowany pojazd jednostki ratowniczej ustawiono na pły­cie terminalu za potężnymi reflektorami oświetlającymi samolot. Oddział SWAT zajmował się przeprowadzaniem ewakuacji, ratowaniem zakładników oraz działaniami antyterrorystycznymi na mostach, w tunelach, na dworcach autobusowych, lotniskach, liniach ko­lei PATH łączącej Nowy Jork z New Jersey oraz w portach Nowego Jorku czy New Jersey. Oficerowie taktyczni byli wyposażeni w lekki ekwipunek i uzbrojeni w pistolety maszynowe Heckler-Koch. Dwa owczarki niemieckie obwąchiwały główną część podwozia — ogromne opony, po sześć w każdym zestawie — węsząc w powietrzu, jakby one też przeczuwały kłopoty.

Kapitan Navarro przez chwilę zastanawiał się, czy właściwie ktokolwiek jest jeszcze na pokładzie. Czy to nie w którymś z odcinków Strefy mroku wylądował pusty samolot?

Członkowie ekipy ratunkowej włączyli palniki i zabierali się właśnie do rozcinania dolnej części kadłuba, gdy jeden z psów zaczął wyć i kręcić się na smyczy wokół własnej osi.

Kapitan Navarro zobaczył, że kierowca wozu z drabiną, Benny Chufer, wskazuje na środkową część samolotu. Przed jego oczami pojawił się cienki, czarny cień. Idealnie gładką pierś kadłuba przecięła pionowa kreska.

To drzwi nad skrzydłem. Te, których kapitan Navarro nie zdołał otworzyć.

Były otwarte.

Nic z tego nie rozumiał, ale milczał, oniemiały. Może zamek się zaciął, może klamka… może nie postarał się wystarczająco… a może — tylko może — ktoś w końcu otworzył drzwi.

Wieża kontroli lotów JFK

PRZEDSTAWICIELE PANYNJ — zespołu portowego Nowego Jorku i New Jersey, obejmującego także lotnisko — odsłuchiwali nagranie Jimmy’ego „Biskupa”. On sam stał, jak zwykle, i czekał teraz na werdykt, razem z facetami w garniturach, gdy ich telefony rozdzwoniły się jak szalone.

— Otwarte — oznajmił jeden. — Ktoś otworzył 3L.

Wszyscy wstali, usiłując to zobaczyć. Jimmy spojrzał z wieży na podświetlony samolot. Stąd drzwi nie wyglądały na otwarte.

— Od środka? Ktoś wychodzi? — zapytał Calvin Buss.

Facet pokręcił głową, wciąż trzymając telefon przy uchu.

— Nie. Jeszcze nikt nie wyszedł.

Jimmy wziął z parapetu niewielką lornetkę i postanowił dokładniej przyjrzeć się boeingowi.

Zobaczył to. Czarny cień nad skrzydłem przypominający rozdarcie w kadłubie samolotu.

Widok ten sprawił, że Jimmy’emu zaschło w ustach. Drzwi uchylały się lekko na zewnątrz, gdy się je otworzyło, a następnie cofały się i składały przy wewnętrznej ściance. A więc tak naprawdę tylko śluza powietrzna była otwarta. Drzwi pozostawały zamknięte.

Odłożył lornetkę na parapet i cofnął się. Coś mu mówiło, że to najlepszy moment, by wziąć nogi za pas.

Droga kołowania Fokstrot

CZUJNIKI GAZU I PROMIENIOWANIA zbliżone do szpary w drzwiach niczego nie wykazały. Mężczyzna z ekipy ratowniczej leżący na skrzydle zdołał odciągnąć drzwi o kilka cali za pomocą długiego, zakrzywionego pręta, a dwóch uzbrojonych oficerów taktycznych asekurowało go z płyty poniżej. Do środka wsunięto paraboliczny mikrofon; zarejestrował on różne piski i dzwonki, wydawane przez komór­ki pasażerów, których nikt nie odbierał. Odgłosy te robiły niesamowite i żałosne wrażenie, przypominały cichutkie, osobiste sygnały SOS.

Nawoływania przez megafon nic nie dały. Nie spotkały się z żad­ną reakcją z wnętrza samolotu: nie zapalono świateł, nie zauważono najmniejszego ruchu, nic.

Dwaj oficerowie z lekkim ekwipunkiem odeszli od oświetlenia pasa, żeby ustalić, co dalej. Przeglądali przekrojowy schemat samolotu, przedstawiający po dziesięć miejsc w rzędzie w kabinie, do której mieli wejść: po trzy w rzędach bocznych i cztery w środkowym. Wewnątrz maszyny było ciasno, więc zamienili pistolety maszynowe H-K na bardziej poręczne glocki 17, przygotowując się do walki z bliska.

Wspięli się po drabinie strażackiej na skrzydło i podeszli do drzwi. Przywarli do ściany kadłuba po obu stronach wejścia. Jeden z mężczyzn butem przyparł drzwi do wewnętrznej ścianki, po czym wsunął się do środka, przykucnął i skierował się od razu do najbliższej ścianki działowej, nie zmieniając pozycji. Jego partner wszedł za nim na pokład.

Z megafonu rozległ się głos:

— Do osób znajdujących się na pokładzie Regis 753: mówi przedstawiciel władz lotniska Nowy Jork–New Jersey. Wchodzimy na pokład samolotu. Dla własnego bezpieczeństwa prosimy pozostać na miejscach i spleść dłonie na głowie.

Oficer czekał zwrócony plecami do ścianki i nasłuchiwał. Maska tłumiła dźwięk, który przypominał ryk we wnętrzu słoja, jednak w środku samolotu nie dostrzegł żadnych ruchów. Włączył noktowizor i wnętrze maszyny stało się zielone. Skinął głową do swojego partnera, odbezpieczył glocka i zaczął odliczać, na „trzy” wsunął się do szerokiej kabiny.

* FAA (ang. Federal Aviation Administration) — Federalna Administracja Lotnicza w USA.

WEJŚCIE NA POKŁAD

Worth Street, Chinatown

Ephraim Goodweather nie potrafił powiedzieć, czy wycie syreny dobiegało z ulicy — czyli stanowiło element rzeczywistości — czy też było jednym z odgłosów gry wideo, w którą grał ze swoim synem Zackiem.

— Dlaczego mnie ciągle zabijasz? — spytał Eph.

Chłopiec o piaskowych włosach wzruszył ramionami, jakby pytanie go uraziło.

— Tato… Przecież właśnie o to chodzi w tej grze!

Telewizor stał obok wychodzącego na zachód szerokiego okna, które nie było najbardziej atrakcyjnym elementem maleńkiego mieszkanka na drugim piętrze w bloku bez windy, na południowym krańcu Chinatown. Na stoliku przed nimi walały się otwarte pudełka po chińszczyźnie; znajdowały się też na nim: torba z komiksami z Forbidden Planet, komórka Epha, komórka Zacka i śmierdzące stopy chłopca. Konsola do gier była nowa — kolejna zabawka kupiona z myślą o Zacku. Podobnie jak jego babka do ostatniej kropli wyciskała sok z połówki pomarańczy, tak Eph starał się wycisnąć jak najwięcej zabawy i pozytywnych emocji z ograniczonego czasu, jaki mogli spędzić razem. Jedyny syn był całym jego życiem, powietrzem, wodą i pożywieniem, i starał się nacieszyć nim, kiedy tylko było to możliwe, bo czasem przez cały tydzień musiał zadowolić się jedną czy dwiema rozmowami przez telefon — i był to tydzień jakby bez słońca.

— O co chodzi, do ch… — Eph nacisnął kciukiem guzik joysticka, wciąż nieposkromionego bezprzewodowego gadżetu. Ciągle naciskał niewłaściwe przyciski. Jego żołnierz uderzał pięścią o ziemię. — Przynajmniej pozwól mi wstać.

— Za późno. Nie żyjesz. Znowu.

Dla wielu znanych Ephowi facetów, znajdujących się w jego sytuacji, rozwód oznaczał zarówno rozstanie z żoną, jak i z dziećmi. Oczywiście bez przerwy gadali o tym, jak bardzo tęsknią za swymi synami i córkami, twierdzili, że byłe żony próbowały zniszczyć więź łączącą ich z dziećmi, ale oni sami nigdy nie starali się zbytnio, aby tę więź podtrzymać. Kiedy spędzali weekend z synem czy córką, czuli, że została ograniczona ich dopiero co odzyskana wolność. Dla Epha spotkania z Zackiem były sensem istnienia. Eph nie chciał rozwodu. Nawet teraz. Przyjął do wiadomości fakt, że jego małżeństwo z Kelly się skończyło — bardzo jasno dała mu to do zrozumienia — ale nie chciał zrezygnować z Zacka. Opieka nad chłopcem była jedyną nierozstrzygniętą kwestią, jedynym powodem, dla którego wciąż pozostawali małżeństwem w świetle prawa.

Był to ostatni z próbnych weekendów Epha, jak określił je wyznaczony przez sąd kurator. W przyszłym tygodniu mieli wezwać Zacka na rozmowę, a potem podjąć ostateczną decyzję. Eph nie zniechęcał się, chociaż wiedział, że ma niewielkie szanse na uzyskanie opieki nad synem; to była walka jego życia. „Należy postąpić tak, żeby wyszło jak najlepiej dla Zacka” — tak brzmiał slogan, za pomocą którego Kelly starała się wzbudzić w nim poczucie winy, chciała w ten sposób zmusić Epha do wyrażenia zgody na pozostanie chłopca przy niej. Ale jej mąż uważał, że jedynym słusznym wyborem jest zatrzymanie Zacka przy sobie. Wymógł na swoim pracodawcy — rządzie Stanów Zjednoczonych — założenie głównego biura jego zespołu w Nowym Jorku zamiast w Atlancie, gdzie mieściła się siedziba CDC*, nie chciał z własnej winy zakłócać życia syna.

Mógł walczyć ostrzej. Mniej fair. Tak jak wiele razy doradzał mu prawnik. Ten facet znał się na sztuczkach rozwodowych. Jednak Eph wolał nie korzystać z jego rad, rozwód sprawił, że popadł w melancholię. Poza tym cechy jego charakteru, które czyniły go wspaniałym lekarzem, sprawiały, że nie potrafił walczyć o swoje, nie przykładał wagi do mniej istotnych rzeczy. Poddał się niemalże wszystkim żądaniom i roszczeniom finansowym Kelly przedstawionym przez jej adwokata. On pragnął tylko spędzać czas sam na sam ze swym jedynym synem.

Który właśnie rzucał w niego granatami.

— Jak mam się bronić, skoro odstrzeliłeś mi ręce? — spytał Eph.

— Nie wiem. Może spróbuj kopnąć?

— Teraz rozumiem, dlaczego mama nie chce ci kupić konsoli.

— Bo robię się przez nią nadpobudliwy i aspołeczny, i… ZAŁATWIŁEM CIĘ!

Pasek życia Epha zmalał do zera.

W tym momencie zawibrowała jego komórka. Podskakiwała i obijała się o puste kartoniki po jedzeniu niczym wygłodniały srebrny chrząszcz. To pewnie Kelly chciała mu przypomnieć, żeby Zack użył inhalatora. A może po prostu pragnęła sprawdzić, czy nie wywiózł go po kryjomu do Maroka albo gdzieś indziej.

Eph wziął telefon do ręki i zerknął na wyświetlacz. Kierunkowy 718. Miejscowy. Identyfikator podał nazwę: „JFK Kwarantanna”.

CDC miało swoją stację na terminalu międzynarodowym JFK, na wypadek gdyby zaszła potrzeba przeprowadzenia kwarantanny. Nie był to oddział leczniczy, a zaledwie kilka niewielkich biurek i gabinet do badań: odosobnione miejsce, w którym można było zdiagnozować potencjalne zagrożenie i powstrzymać rozprzestrzenienie się choroby na całą populację Stanów Zjednoczonych. Najczęściej izolowali i badali pacjentów, którzy poczuli się źle podczas lotu; czasem diagnozowali zakażenie meningokokami lub ostrą ciężką niewydolność oddechową: SARS.

Wieczorem biura były zamknięte, a Eph nie miał dzisiaj dyżuru na telefon — był wolny aż do poniedziałku rano. Ustalił to wiele tygodni temu, z myślą o spędzeniu weekendu z Zackiem.

Wyłączył telefon i odłożył go obok pudełka z naleśnikami z szalotką. Niech ktoś inny się tym zajmie.

— To ten dzieciak, który mi to sprzedał — powiedział do Zacka. — Dzwoni, żeby mnie nękać pytaniami.

Zack wcinał kolejnego pierożka.

— Nie mogę uwierzyć, że zdobyłeś bilety na jutrzejszy mecz Jankesów z Red Sox.

— Wiem. I to jakie dobre miejsca. Od strony trzeciej bazy. Musiałem naruszyć fundusz przeznaczony na twoje studia, ale nie martw się — z takimi umiejętnościami daleko zajdziesz z samą maturą.

— Tato…

— Wiesz, jak mnie denerwuje wsadzanie Steinbrennerowi do kieszeni choćby jednego dolara. To właściwie zdrada stanu.

— Red Sox na drzewo! Jankesi górą! — rzucił Zack.

— Najpierw mnie zabijasz, a potem ze mnie kpisz?

— Pomyślałem, że jako fan Red Sox jesteś do tego przyzwyczajony.

— Dość tego!

Eph objął syna i zaczął łaskotać go między żebrami, a chłopiec wierzgał i zwijał się ze śmiechu. Zack stawał się coraz silniejszy, w jego ruchach czuć było prawdziwą siłę — a jeszcze niedawno Eph kręcił synkiem po pokoju, trzymając go jedną ręką. Zachary miał włosy swojej matki, piaskowe (to był jej naturalny kolor, kiedy poznał ją w college’u) i delikatne. Mimo że był podobny do Kelly, Eph, ku swemu zdumieniu i radości, zauważył, że dłonie syna do złudzenia przypominają jego włas­ne, gdy miał jedenaście lat. Były to te same ręce o szerokich kostkach, które chciały dotykać piłki bejsbolowej z krowiej skóry, nie znosiły lekcji gry na pianinie i nie mogły się doczekać, kiedy zostaną im powierzone czynności zarezerwowane dla dorosłych. Ujrzenie tych dziecięcych dłoni raz jeszcze było niesamowitym doznaniem. Dzieci naprawdę pojawiają się po to, by nas zastąpić. Zachary był idealnym ludzkim zestawem, w jego DNA zapisane zostało wszystko, co kiedyś dla Epha i Kelly było ważne: ich nadzieje, marzenia, potencjał. Zapewne dlatego oboje tak bardzo się starali, każde na swój własny sposób, często sprzeczny z wolą tego drugiego, aby obudzić w synu to, co najlepsze. Dlatego myśl, że Zacka wychowa facet Kelly, Matt, który teraz z nią mieszkał — miły, porządny, ale tak przeciętny, że czasem wręcz niezauważalny — nie dawała mu zasnąć. Pragnął dla swojego syna wyzwań, inspiracji, wielkości! Walka o opiekę nad osobą Zacka została zakończona, ale walka o opiekę nad jego duszą wciąż trwała.

Komórka Epha znów zawibrowała, przesuwając się po blacie niczym zabawkowa sztuczna szczęka, jedna z tych, jakie zdziwaczali wujkowie dają w prezencie pod choinkę. Hałasujące urządzenie przerwało ich harce. Eph puścił Zacka i odruchowo spojrzał na wyświetlacz. Coś się stało. W przeciwnym wypadku nie dzwoniliby do niego. Epidemia. Zarażony podróżny.

Eph powstrzymał się przed odebraniem telefonu. Ktoś inny będzie musiał się z tym uporać. Ten weekend chciał poświęcić Zackowi. A on właśnie mu się przyglądał.

— Nie martw się — powiedział Eph, odkładając telefon na stolik. Włączyła się poczta głosowa. — Wszystko załatwione. Żadnej roboty w ten weekend.

Zack kiwnął głową, poderwał się i złapał joystick.

— Chcesz jeszcze pograć?

— Nie wiem. Kiedy będzie ten moment, gdy mały Mario toczy beczki w kierunku małpy…?

— Tato, proszę cię…

— Jakoś lepiej się czuję, gdy mam do czynienia z małymi makaroniarzami zżerającymi grzyby za punkty.

— Jasne. Przypomnij mi, ile mil musiałeś codziennie przejść, brnąc przez śnieg do szkoły?

— Przegiąłeś!

Eph przyciągnął go znów do siebie, ale chłopiec tym razem był przygotowany na atak i mocno przycisnął łokcie do ciała, broniąc się przed łaskotkami. Eph zmienił więc strategię i złapał Zacka za wyjątkowo wrażliwe ścięgno Achillesa. Mocował się z jego piętami, próbu­jąc uniknąć kopnięcia w twarz. Chłopiec błagał o litość, gdy Eph zorientował się, że jego telefon znów wibruje.

Tym razem zerwał się, wściekły, już pewien, że obowiązki nie pozwolą mu spędzić tego wieczoru z synem. Spojrzał na identyfikator dzwoniącego. I tym razem numer zaczynał się od kierunkowego z Atlanty. Bardzo niedobrze. Zamknął oczy i przycisnął brzęczący telefon do czoła, próbując zebrać myśli.

— Przepraszam cię, Zack. Sprawdzę tylko, co się dzieje.

Wyszedł do kuchni obok i odebrał.

— Ephraim? Mówi Everett Barnes.

Doktor Everett Barnes. Szef CDC.

Eph stał odwrócony plecami do Zacka. Wiedział, że syn na niego patrzy, i nie mógł znieść jego wzroku.

— Słucham? Czy coś się stało?

— Dostałem właśnie telefon z Waszyngtonu. Pański zespół jedzie już na lotnisko?

— Właściwie, sir…

— Widział pan w telewizji?

— W telewizji?

Podszedł znów do sofy i pokazał Zackowi otwartą dłoń, prosząc go tym gestem o cierpliwość. Eph znalazł pilota i obejrzał go, szukając odpowiednich przycisków, po czym wypróbował kilka. Ekran stał się czarny. Zack odebrał mu pilota i z ponurą miną przełączył na kab­lówkę.

Na kanale z wiadomościami zobaczyli samolot stojący na płycie lotniska. Pojazdy ekipy ratowniczej okrążyły go, zachowując sporą odległość, być może obawiano się podjechać bliżej. Lotnisko JFK.

— Chyba już widzę.

— Jim Kent właśnie do mnie dzwonił. Zbiera sprzęt, którego może potrzebować Kanarek. Jest pan bardzo potrzebny. Nie zrobią ani kroku dopóty, dopóki pan nie przyjedzie.

— Ale kto, sir?

— Władze zespołu portowego Nowego Jorku i New Jersey, ci z Administracji do spraw Bezpieczeństwa Transportu, z Narodowej Ra­dy Bezpieczeństwa Transportu, z Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego…

Projekt Kanarek został stworzony z myślą o szybkim reagowaniu na wypadek niebezpieczeństwa. Do jego zadań należały wykrywanie i identyfikacja zagrożeń biologicznych w początkowym stadium. Skupiał wielu epidemiologów terenowych. Ludzie biorący w nim udział mieli zajmować się zarówno zagrożeniami naturalnymi, na przykład chorobami wywołanymi przez występujące w przyrodzie wirusy i riketsje, jak i epidemiami spowodowanymi przez człowieka — choć większość pieniędzy zdobyto, zajmując się aktami bioterroryzmu. W Nowym Jor­ku znajdowała się ich główna siedziba, a mniejsze oddziały mieściły się przy szpitalach uniwersyteckich w Miami, Los Angeles, Denver i Chicago.

Nazwa programu pochodzi od dawnej sztuczki górników, którzy przynosili pod ziemię kanarka w klatce; był to prymitywny, lecz skuteczny system wczesnego ostrzegania przed niebezpieczeństwem. Ten żółty ptaszek ma bowiem wyjątkowo czuły metabolizm, potrafi wykryć metan i tlenek węgla w powietrzu, zanim osiągną toksyczne czy wybuchowe stężenie — ćwierkające zazwyczaj radośnie stworzenie nagle cichło i zaczynało kołysać się na drążku.

Współcześnie każdy człowiek mógł stać się kimś w rodzaju kanarka stojącego na straży. Zadaniem zespołu Epha było odizolowanie go, gdy przestał śpiewać, leczenie zarażonych oraz zapobieganie rozprzestrzenieniu choroby.

— Co się stało, sir? Czy w samolocie ktoś umarł?

— Wszyscy pasażerowie nie żyją. Co do jednego.

Kelton Street, Woodside, Queens

* CDC (ang. Center for Disease Control and Prevention) — Centrum Kontroli i Prewencji Chorób.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

PIERWSZE INTERLUDIUM

ABRAHAM SETRAKIAN

Dostępne w wersji pełnej

PRZYBYCIE

Dostępne w wersji pełnej

OKULTACJA

Dostępne w wersji pełnej

PRZEBUDZENIE

Dostępne w wersji pełnej

DRUGIE INTERLUDIUM

PŁONĄCY DÓŁ

Dostępne w wersji pełnej

RUCH

Dostępne w wersji pełnej

PIERWSZA NOC

Dostępne w wersji pełnej

TRZECIE INTERLUDIUM

BUNT, 1943

Dostępne w wersji pełnej

ŚWIT

Dostępne w wersji pełnej

STARY PROFESOR

Dostępne w wersji pełnej

DRUGA NOC

Dostępne w wersji pełnej

UJAWNIENIE

Dostępne w wersji pełnej

OSTATNIE INTERLUDIUM

RUINY

Dostępne w wersji pełnej

REPLIKACJA

Dostępne w wersji pełnej

ŚWIATŁO DNIA

Dostępne w wersji pełnej

KRYJÓWKA

Dostępne w wersji pełnej

KLAN

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału angielskiego

THE STRAIN

Copyright © 2009 by Guillermo del Toro and Chuck Hogan

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2014

All rights reserved

Redaktor prowadzacy

Izabela Troinska

Projekt okładki i stron tytułowych

Wojciech Pawlik

Ilustracje

Maciej Kamuda

Wszystkie postaci, zdarzenia, miejsca i organizacje występujące w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób, żyjących lub zmarłych, jest zupełnie przypadkowe. Wszystkie prawa zastrzeżone, żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w żadnej formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.

ISBN 978-83-7785-543-0

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

[email protected]

www.zysk.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com