Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Niedomknięte sprawy mają to do siebie, że lubią wyłazić z ukrycia. W najmniej spodziewanym momencie...
Osiemdziesięcioletnia Irmina coraz gorzej znosi samotność w Willi Morena. Z radością przyjmuje informację, że do Kornelina sprowadza się spokrewniona z nią Zuzanna. Młoda Ludwiżanka szybko aklimatyzuje się w rodzinnym domu i sprowadza swoją znajomą Wiolettę, która znalazła zatrudnienie w pobliskiej restauracji. Trzem kobietom spokojnie mija dzień za dniem. Do momentu, gdy okazuje się, że szef Wioletty ma na nazwisko Biernat, a u drzwi Moreny niespodziewanie zjawia się tajemniczy Włoch Paolo. W Irminie ożywają wspomnienia przeszłości. Wyjątkowy zbieg okoliczności? Czy jednak kontynuacja intrygi sprzed lat?
Saga o losach trzech mieszkanek willi Morena, kompilacja następujących tytułów: „Sposób na Włocha”, „Wieczni uciekinierzy”, „Istny sajgon”, „Porwana nocą”, „Na przynętę”, „Jedno śmiałe cięcie”, „Portret z pamięci”, „Zbłąkana kula”, „Jesienna burza”.
Willa Morena - wszystkie historie
Kolejne mieszkanki Willi Morena przeżywają w niej swoje radości i troski, a leciwy budynek chłonie ich emocje jak biszkopt. Irmina, Zuzanna i Wioletta będą się tu zakochiwać, opłakiwać sercowe zawody i odkrywać rodzinne tajemnice. Wszystko pod bacznym okiem funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa i jego krewnych, którzy chętnie przejęliby posiadłość rodu Ludwigów...
Zbigniew Żbikowski (ur. 1952) - polski dziennikarz, reporter i pisarz. Z wykształcenia fizyk, przez lata związany z tytułami prasy lokalnej i ogólnopolskiej - m.in. „Polityka”, „Życie” czy „Tygodnik Warszawski”. Wykładowca w Collegium Civitas i Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Członek i prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Autor powieści beletrystycznych, m.in. serii „Willa Morena”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1110
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zbigniew Zbikowski
Saga Egmont
Willa Morena - pakiet 2
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2025, 2026 Zbigniew Zbikowski i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727289175
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Dwa tygodnie, które zmieniły tak wiele! Gdyby przed wylotem do Kanady jakaś wróżka przepowiedziała mi, że podczas tej podróży moje życie legnie w gruzach, by chwilę później powstać z ruin niczym Warszawa po ostatniej wojnie światowej, roześmiałabym się jej w twarz. Co ja wygaduję! – pomyślam. Porównanie swego życia do odbudowanej stolicy – tej samej, ale już nie takiej samej – które nie wiadomo skąd strzeliło mi do głowy, wydało mi się żenująco patetyczne. Lepsze to jednak niż mityczny Feniks, co to odradza się z popiołów. A tak wyglądała moja przemiana.
Zrobiłam kwaśną minę do własnych myśli i pokręciłam głową.
– O czym tak dumasz? – zapytała babcia Irmina, dostrzegłszy ten grymas.
Oj, babciu, babciu, przemknęło mi przez głowę. Kiedy leciałyśmy w tamtą stronę, byłaś dla mnie ciocią, a teraz ta ciocia wydaje się odległą przeszłością. Przyznasz, że jest o czym dumać.
– Paolo miał rację – powiedziałam głośno. – Pamiętasz, co powiedział na lotnisku przed naszym wyjazdem? Że kiedy wrócimy z Kanady, różne sprawy wydadzą się nam o wiele jaśniejsze, bardziej zrozumiałe. Czy coś w tym rodzaju. Może inaczej to ujął, dobrze nie pamiętam. W każdym razie jest dokładnie tak, jak przepowiedział. Sądzę, że on wie dużo więcej, niż nam się wydaje, tylko z jakiegoś powodu wszystkiego nie mówi. Nawet o nas samych sporo wie, co jest najbardziej zastanawiające. Ale skąd? Od kogo?
– Nie mam pojęcia, Zuziu – odrzekła babcia. – Powtarzam ci tylko przy byle okazji, że każda prawda kiedyś wychodzi na jaw. Czy nie tak? Pewnie się już z tego mojego powiedzonka podśmiewasz po kątach.
– Noo... – mruknęłam z ociąganiem. Nie, żebym się podśmiewała, ale uśmiech budziło często. – To prawda, wychodzi na jaw. Tylko dlaczego zawsze na koniec okazuje się, że jest to prawda niepełna?
Dzięki Carol, wracałyśmy do Warszawy bez żadnej przesiadki, prosto z Toronto. Przez ten jej pomysł, aby w ostatnich dniach pobytu w Kanadzie, zaraz po powrocie z wycieczki w Góry Laurentyńskie, spakować się i wyruszyć w piątkę, czyli z nią i jej rodzicami, do Toronto przez Ottawę. Po krótkim pobycie w stolicy Kanady (Bo co tam zwiedzać? Chyba tylko Parlament – zauważyła złośliwie Carol), zatrzymać się na noc w hotelu w Toronto, następnego dnia rzucić okiem na miasto (Carol: Amerykańskie w stylu, nie ma porównania z Montrealem) i odwiedzić wodospad Niagara, a stamtąd wrócić prosto na lotnisko Pearsona, by zdążyć na nocny lot do Warszawy. Pomysł podobał mi się. Liczyłam, że przy okazji nadmiar wrażeń pozwoli babci Irminie oderwać się od jałowych rozmyślaniach i ciągłego roztrząsania tego, co się zdarzyło i nie wróci. Babcia bowiem wciąż nie mogła otrząsnąć się po śmierci i pogrzebie brata. Zwłaszcza kremacja wywarła na niej przygnębiające wrażenie.
– I co po nim zostało? Garstka popiołu – powtarzała co kilka godzin. – I parę na krzyż wspomnień.
– Nie parę – próbowałam prostować. – Mnóstwo. Całe życie przecież.
– Jakie znowu życie? – zaoponowała za którymś razem babcia. – Pęknięte na pół, roztrzaskane. Oni tu nic nie wiedzą, co się z nim działo w Polsce, ja praktycznie nic nie wiem o jego życiu tutaj, bo to, co on do nas pisał, to... – powiedziała, nie znalazła jednak odpowiedniego słowa na nazwanie obrazów, jakie wuj Antoni roztaczał w listach do rodziny. – O rzeczach nieważnych pisał, te najważniejsze pomijał. A jego pobyt we Włoszech, zaraz po ucieczce z Polski, zanim przybył do Ameryki? O tym okresie właściwie nikt nic pewnego nie wie. Nie ma go. Jakby to jego życie od razu przeszło ze stanu stałego w lotny. Sublimacja.
– Ładnie powiedziane, ale cóż nam po bonmotach? – rzuciłam po kolejnej sesji westchnień i żalów, jaka nastąpiła po powrocie z górskiej wycieczki, i aż się wystraszyłam, że babcia może poczuć się moimi słowami dotknięta. – Zaraz po powrocie trzeba podjąć stanowcze działanie – dodałam szybko. – Posklejać to życie wujka w jedną całość. Czy nie takie było jego życzenie?
Babcia popatrzyła smętnie.
– Nie myślał o sobie. Chodziło mu o rodzinę – oznajmiła. – Żeby prawda wyszła na jaw.
– No i udało mu się! – Spróbowałam na okrągło zamknąć temat.
– Prawie – skwitowała babcia.
– Faktycznie – zgodziłam się tym samym zgaszonym tonem. – Parę sekretów jednak nam zostawił. Jak choćby ten o Paolu. Kim on jest naprawdę? Ale to już zadanie dla nas. Ja w każdym razie wiem, co robić. A tymczasem, być w Ameryce i nie zobaczyć Niagary? – rzekłam z ożywieniem. – Tego sobie nie wyobrażam! Zwłaszcza że jesteśmy tak blisko!
Nie zdołałam zarazić jej swoim entuzjazmem. Sprawiłam tylko, że babcia popatrzyła na mnie uważniej. Nie wiem, co szczególnego w mej twarzy dostrzegła, lecz wydało mi się, że nagle zrozumiała, jak bardzo mi na tej wycieczce zależy.
– Jeśli o mnie chodzi, mogę to sobie wyobrazić. Ale ty? W żadnym wypadku! – Jej wykrzyknik zabrzmiał nieco sztucznie, choć był szczery. – Pakujemy się. Przecież i tak musimy jakoś dostać się do Toronto. A jeśli można połączyć przyjemne z pożytecznym, dlaczego nie? – Jej ożywienie szybko jednak przygasło. – Mimo wszystko, choć Antosia nie ma już z nami, jakoś żal mi opuszczać to miejsce. Gdy pomyślę, że już na zawsze, to coś mnie ściska. Dziś nie wiem, jak to zrobić, ale kiedyś... – Chwyciła moją dłoń. – Obiecaj mi, Zuziu.
– Co, babciu?
– Że spełnimy życzenie mojego brata i sprowadzimy jego prochy do Polski. Jeśli ja nie zdążę, to przynajmniej ty sama. Bob na pewno pomoże.
– No nie wiem, przecież to jego ojciec! Carol też była z nim związana. Są tam jacyś jego znajomi, dalsza rodzina. A u nas? Tylko my dwie. Żeby już nie wspominać jego największego wroga.
– To znaczy?
– Starego Biernata, kogo by innego?
W oczach jej pojawił się zły błysk.
– On się nie liczy – warknęła. Moja argumentacja nie przekonała jej. – Ale Tosiek tak pragnął wrócić, choćby po śmierci.
– Babciu – rzekłam łagodnie. – Za trzy dni będziemy w Polsce, w domu. Zastanowimy się wtedy spokojnie, co trzeba, co należy, a co zostawić własnemu losowi. Zgoda?
Nic nie odrzekła, tylko zabrała się za składanie swoich rzeczy. Po minucie przerwała pakowanie i oznajmiła:
– Zabiorę z sobą do Moreny parę pamiątek po bracie. Jakieś drobiazgi. Nie powinni mieć nic przeciwko temu. Nie sądzisz?
– Sądzę, że nie powinni. Ale nie wiadomo, kto tu teraz rządzi.
– Tym bardziej powinno się udać.
Wiozła teraz te kilka rzeczy – zwykły długopis, jakiś stary szklany przycisk do papieru, zestaw starych fotografii, listy z Polski, używaną koszulę – zgarnięte w pośpiechu z biurka i z szafy, zamknięte w walizce w luku bagażowym. Trwający prawie osiem godzin lot miał się ku końcowi. Mimo że samolot tylko kilka godzin znajdował się w powietrzu, lądowanie na lotnisku Chopina nastąpić miało według czasu warszawskiego prawie w południe.
– Myślisz, że będzie czekał na lotnisku? – rzuciła babcia pytanie po głębokim wdechu i wstrzymaniu na moment powietrza, gdy samolot wyraźnie obniżył pułap.
– Kto taki?
– Nie udawaj. Paolo oczywiście.
– Skąd miałby wiedzieć, którym lotem wracamy? – Rzucając pytanie, zdobyłam się na obojętność. – Przez dwa tygodnie nie mieliśmy z nim żadnego kontaktu. Nie był łaskaw zapytać, a ja do niego pisać nie będę.
– Ma swoje sposoby – stwierdziła babcia z przekąsem. – O wylocie podobno też go nie informowałaś, a wszystko wiedział.
– No, może. Diabli wiedzą, jakie on ma kontakty – bąknęłam półgłosem. Siedzący obok pasażerowie nie wyglądali na osoby rozumiejące język polski, ale ci z przodu i z tyłu mogli się przysłuchiwać. – Tak czy tak, będzie czy nie, damy sobie radę.
Babcia zapatrzyła się w okno.
– Widać tam coś? – zapytałam.
– Co mówisz? – Ocknęła się. Widocznie nie podziwiała panoramy. – Nie, nic, tylko chmury pod nami. Tak sobie myślę, czy my dobrze zrobiłyśmy, decydując się na ten remont. Antosia już nie ma, ja też pewnie niedługo pociągnę.
– Babciu!
– Nie obruszaj się, mam swoje lata. A ty, młoda, świat taki wielki, czy warto przywiązywać się do jednego miejsca? To był pomysł głównie Antosia, żeby Morenę utrzymać i wyremontować. I żebyś ty tam była panią.
– No i dlatego trzeba postąpić według jego woli – oznajmiłam zdecydowanie. – Coś cię martwi, babciu?
Westchnęła.
– Do czego my wrócimy tak naprawdę? To już nie będzie ta sama Morena, co przedtem.
– Ależ oczywiście, że ta sama.
– Ale nie taka sama.
Uśmiechnęłam się gorzko. To tak, jak moje życie. Już nie takie samo.
– Na pewno ci się spodoba. Koniec ze skrzypiącymi podłogami, krzywymi tynkami, nieszczelnymi oknami, boazeriami, które wchłonęły wszystkie zapachy świata, bulgotem w rurach. Co tam jeszcze? Dymiącym piecem.
– Kiedy właśnie to wszystko... Jak ci to wyjaśnić? Tego wszystkiego będzie mi brakować, obawiam się.
– E tam. Pamiętam, tak samo było z pralką automatyczną, zmywarką, nową kuchnią, piekarnikiem. Trzy dni kwękania, a potem trudno sobie życie bez tych rzeczy wyobrazić. Nie jesteś, babciu, tak staroświecka, jaką próbujesz udawać. Pamiętasz, co sama kiedyś lubiłaś powtarzać, jak ci ktoś przygadywał, że nie nadążasz? Że seks, dżins i rock'n'roll wymyślono już za waszej młodości.
Zrozumiałam, że zaczynam mówić znacznie głośniej, bo pasażer z przedniego fotela uniósł dłoń ponad zagłówek i pokazał uniesiony kciuk, po czym dobiegło do nas krótkie „Brawo!”.
– Ale komputery znacznie później – spuentowała babcia. – Dlatego z nimi sobie nie radzę – dodała pod nosem.
Z komunikatu, jaki zaskrzeczał w głośnikach, wynikało, że przelecieliśmy właśnie nad Wyspami Brytyjskimi i nadlatujemy nad Danię.
– To już prawie jak w domu – zauważyłam.
Obserwowałam, jak z każdym kwadransem babcia staje się coraz bardziej niespokojna. Także i ona sama coraz wyraźniej uświadamiała sobie, że za dwie godziny znajdziemy się w znanej nam przecież rzeczywistości, w której jednak będziemy musiały na nowo się odnaleźć.
W ostatnich dniach nawet nie próbowałam zaznajamiać żyjącej przez całe dwa tygodnie jakby w innym wymiarze babci Irminy z napływającymi do mnie drogą elektroniczną informacjami. Nie powiedziałam ani o wizytach pod Moreną Marka z Januszem Biernatem, ani o odkrytym na ścianie jednego z pokoi malowidle, ani też o innym osobniku, który nie uszedł uwadze Weroniki. Podjechał pod wieczór pod bramę Moreny, wyszedł ze swojego wielkiego samochodu na warszawskiej rejestracji, podszedł do płotu, popatrzył na teren i nim pan Kajetan zdążył zapytać go, czego tu szuka, wdał się w rozmowę ze stróżem z willi Gargamela. W tej sytuacji Kajetan wycofał się na bezpieczną odległość i tylko obserwował z daleka rozmawiających mężczyzn. Mocno mnie zdziwiło to, że opisany przez Weronikę osobnik najbardziej pasował mi do Paola. Nie zastanawiałam się jednak, czy obaj panowie znali się wcześniej, czy też wywiązała się między nimi tylko przypadkowa rozmowa, bo strażnik z psem akurat znalazł się w pobliżu. Paolo dostarczył mi już dość zagadek, jedna więcej niczego nie zmieniała w ambiwalentnej ocenie tego tajemniczego Włocha. Czy naprawdę jest synem Michaela Vecchiego, a tym samym moim dalekim kuzynem, czy też jakimś oszustem, którego – na swe nieszczęście – obdarzyłam zaufaniem?
Czy każdy facet, któremu ufam, musi w końcu dać się poznać jako podstępny łgarz? – zastanowiłam się. Wywołałam z pamięci tylko tych, z którymi aktualnie miałam kontakty. Najpierw Marek. Zachowuje się ostatnio mocno podejrzanie. Zaufanie mocno nadszarpnięte. Paolo. Same niewiadome, chociaż uwierzyłam w jego zapewnienia, że to nie on podpalił restaurację Biernatów. Filip. Erudyta, przy tym uprzejmy i sympatyczny, nie można powiedzieć, ale jednak cynik. Zrobić, zarobić, ewentualnie zaliczyć. Janusz Biernat. No, ten przynajmniej nie pozostawia cienia wątpliwości co do swoich zamiarów. Komisarz Makuła. Dlaczego akurat on? Aha, ściga Paola. Zaufałam mu niejako służbowo, nic osobistego. Ale czy on odpłaca się tym samym? Może tylko prowadzi ze mną grę, która ma go doprowadzić do poszukiwanego rzekomego lub prawdziwego przestępcy? Gdyby jeszcze przebiegłym graczem, pająkiem, zwodzącym muszkę, jak go opisuje Aga, okazał się Marcin Pyszny, świat stałby się straszny, niewart okazywanego mu serca.
Siedziałam z przymkniętymi oczami, jakbym spała. Stewardessy pchały wózek z napojami. Ostatnia okazja, żeby przed lądowaniem czegoś się napić. Nie miałam ochoty, lecz pomyślała, że to dobra okazja, by zdobyć drobny prezent dla Kajetana. Oryginalny syrop klonowy, którego kilka butelek wiozłyśmy w bagażach, nie ucieszyłby go na pewno tak, jak sprzedawany w samolocie alkohol. Na przykład nie za duża buteleczka whisky. Dlaczego nie? Otworzyłam oczy i poprosiłam o jedną.
– A to co? – zareagowała babcia Irmina.
– Nic takiego, na prezent – uspokoiłam ją.
– Aby przypadkiem nie dla tego alkoholika, co nam domu pilnuje? – Babcia od razu mnie przejrzała.
– Nie zaszkodzi mu – stwierdziłam i zapłaciła stewardessie, po czym wsunęła butelkę do torby. – A babcia, widzę, w tym temacie nie zmieniła się ani o jotę. Od razu poczułam się jak w domu – zażartowałam. – Biedny Kajetan.
– Mam nadzieję, że będziemy miały na czym się przespać po podróży – burknęła babcia. – Nie zapomniał, że dziś wracamy.
– Na pewno nie zapomniał, choć ustawianie kanap i łóżek to nie jego sprawa.
– Ale mógłby dopilnować – upierała się.
Wspomnienie Kajetana przywróciło babci na chwilę dawny wigor, jaki stale towarzyszył jej w Morenie. W Kanadzie wydawała się jakby inna, przygaszona, czasami wręcz nieobecna, być może z powodu dręczących ją wyrzutów, że nie wyjawiła mi na czas sekretu mojego pochodzenia, mimo że brat prosił ją o to jeszcze przed wyjazdem, być może w związku z powolnym odchodzeniem. Teraz z każdym kilometrem w przestworzach zdawała się wracać do dawnej skóry, w której było jej tak do twarzy. Taką właśnie Irminę Ludwiżankę – ułożoną, logiczną, stanowczą, nie rzucającą słów na wiatr, ale nie upartą bez potrzeby, ceniłam i lubiłam najbardziej. W takiej bowiem, gdy sama wydawałam się sobie chwiejna i lękliwa, znajdowałam psychiczne oparcie. Czy kiedy dziś przejdziemy przez furtkę przy Morenie nasza dawna relacja powróci na sto procent? Nie wydawało mi się to już możliwe. Zapewne przyjdzie nam budować ją na nowo.
Pozostało czekać na lądowanie. Odkąd samolot wszedł w polską przestrzeń powietrzną, lot miał potrwać jeszcze niecałą godzinę. Wystarczająco długo, by oswoić się z czasem środkowoeuropejskim i mimo wrażenia, że właśnie wstaje poranek, przyjąć do wiadomości, że zbliża się południe.
Na lotnisku nikt na nas nie czekał.
Babcia wydawała się być zawiedziona, ja nie omieszkałam okazać złośliwej satysfakcji.
– Mówiłam – oświadczyłam, pchając wózek z walizami. – Faceci. Jak potrzebni, to ich nie ma.
– Przecież nie wiedział. Mieliśmy bilety powrotne open. Dobrze mówię?
– Dobrze, ale ja nie o Paolu.
– A o kim? Chyba nie o Kajetanie?
– Nieważne – odrzekłam. Żart z Kajetanem wydał mi się zbędną złośliwością. – Po prostu.
Nie chciałam się przyznać, że liczyłam na obecność Marcina Pysznego. W piątek, kiedy dojeżdżaliśmy do Toronto, odebrałam maila, w którym Pysio informował, że chyba już wie, kim jest nierozpoznany mężczyzna z sumiastym wąsem na fotografii z otwarcia Moreny. Odpisałam mu, że nie chcę teraz dyskutować, bo w niedzielę przed południem lądujemy w Warszawie i wtedy będzie czas na rozmowy. Pysio miał się reszty domyślić. Najwidoczniej nie domyślił się, choć to do niego niepodobne. Może poczuł się urażony, że zamiast od razu wyrazić uznanie dla jego dociekliwości i dopytać o szczegóły, zlekceważyłam go, przekładając zaspokojenie ciekawości na później?
Trudno. Pozostało wezwać taksówkę. Nie było z tym kłopotu, bo wśród pasażerów opuszczających odprawę od razu pojawili się osobnicy półgębkiem oferujący usługi transportowe. Ja jednak zwlekałam. Babcię poinformowałam, że wolę wziąć taksówkę z parkingu niż polegać na przygodnych kierowcach. Poprosiłam, żeby pozostała chwilę przy bagażach, a ja się rozejrzę.
Przy drzwiach wejściowych prawie zderzyłam się z Marcinem Pysznym.
– Zuza! – wrzasnął na cały hol i uśmiechnięty rozłożył ręce.
Miałam mu wpaść w ramiona? Niedoczekanie jego.
– Marcin? – zdziwiłam się i wyciągnęłam dłoń, pozwalając zaledwie na rytualny pocałunek na powitanie. – Skąd ty tu? Wiedziałeś?
– Różnie o mnie mówią, ale prorokiem, niestety, nie jestem. Sama napisałaś, kiedy wracacie.
– No tak, wspomniałam, dość niekonkretnie – kręciłam. – I nie po to, żebyś zaraz przyjeżdżał.
Co ja gadam? – przemknęło mi przez myśl. Przecież o to chodziło. Zaraz się obrazi i odjedzie.
– Pff – prychnął. – A więc pomyłka?
– Nie, nie! – zaprzeczyłam gorąco. – Świetnie, że jesteś. To znaczy cieszę się.
– Dobra, szkoda czasu – stwierdził i zapytał: – Gdzie bagaże?
– Babcia przy nich została.
– Babcia? – zdziwił się Pysio. – Przyleciałaś z Kanady z babcią? A co z ciocią? Została?
– To znaczy z ciocią. – Teraz to słowo wydało mi się obce i niestrawne. – Irminą. Tą samą. Później ci to wytłumaczę.
– No, ja myślę, że później, bo Gabi czeka w samochodzie na postoju dziesięciominutowym.
– Gabi? Z tobą? Kurcze, co tu się stało, kiedy mnie nie było?
– Później! Przyjechaliśmy samochodem jej ojca, bo pewnie macie dużo bagaży.
– E tam, tylko cztery walizy. – Wzruszyłam ramionami i ruszyłam ku babci. – Tylko pamiętaj – oznajmiłam w marszu. – Pochowaliśmy w Montrealu jej brata, więc nie pytaj, dlaczego jest na czarno i w ogóle nie mów na ten temat, okej? Gabi też to przekaż, niech się o nic nie dopytuje.
Pysio przytaknął na zgodę i poszliśmy do poczekalni.
– Wyobraź sobie, że spotkałam kolegę – powiedziałam do babci, gdy już do niej doszliśmy. – Marcin, mąż Gabrysi, którą już znasz – przedstawiłam go. – Mogę chyba tak powiedzieć? – zwróciłam się do Pysia, który strzelił gniewnie oczami. – Tak się składa, że mogą nas oboje podrzucić do Kornelina. Wspaniale, prawda?
Pysio przywitał się sztywno i zaraz zabrał się za bagaże.
– Widać Kanada ludzi odmienia – mruknął, pchając wózek.
– Co masz na myśli? – zapytałam rozbawiona.
– Nic szczególnego – odparł. – Wyleciała gąską, wróciła orlicą.
Miałam ochotę dać mu kuksańca. Zatrzymała się jednak, by towarzyszyć nienadążającej za nimi babci. Pysio tylko pokazał, gdzie stoi wóz i pospieszył pierwszy.
– Mówiłaś, zdaje się, że oni się rozwodzą? – przypomniała sobie babcia.
– Bo tak było! Może doszli do porozumienia? Może się pogodzili? A może nie wiem, co. Może tylko robią to dla nas, dla mnie właściwie, po koleżeńsku?
Gdy doszliśmy do samochodu, Pysio już pakował walizy do bagażnika. Uściskałam się z Gabrysią, powiedziałyśmy sobie nawzajem, jak świetnie wyglądamy, po czym Gabi uprzejmie przywitała babcię Irminę i pomogła jej zająć miejsce na przednim siedzeniu. Ja wrzuciłam z Pysiem ostatnią, największą walizkę.
– Uprzedziłem ją, jak chciałaś – szepnął Pyszny.
– Widzę – odrzekłam.
– Odstawię wózek i ruszamy.
My z Gabrielą zajęłyśmy miejsca z tyłu.
– A Aga co? – rzuciłam. – Nie chciała przyjechać?
– Uznała, że byłoby nam za ciasno – wyjaśniła Gabi wymijająco. – Wiesz, jak to ona.
– Uff, bo już myślałam, że i tu zaszła jakaś zmiana – powiedziałam dwuznacznie.
– W sensie że co? – zaniepokoiła się Gabi.
– No wiesz. – Szukałam słów, żeby nie powiedzieć wprost tego, co sądzę. – Ostatnio raczej nie widywało się was razem. Ciebie i Marcina.
– Ach, to masz na myśli! Nie, tu nic się nie zmieniło. Dalej nie jesteśmy razem. Jednakże, jak to się mówi, zostaliśmy przyjaciółmi.
– Gadanie! – skwitowałam, bo Pysio już biegł do samochodu, żeby być szybszy od nadchodzącego od drugiej strony strażnika.
Wpadł do wozu, dał nieokreślony znak ręką strażnikowi i uruchomił silnik, po czym natychmiast odjechał.
– Jak tam podróż? – zagadnęła Gabriela, gdy zjechaliśmy na trasę, która miała nas zaprowadzić na Most Siekierkowski. – Pewnie dużo by opowiadać?
– Za dużo – stwierdziłam. – Lepiej powiedz, co w Morenie, byłaś tam przecież. Co z tym malowidłem?
– Moim zdaniem to autentyk – orzekła Gabi. – Na pewno Berezyński przyłożył rękę do jego powstania. To nie może być przypadek, że ten sam motyw pojawia się później na jego płótnie, tym, co to wiesz, wisi u was.
Babcia obróciła głowę i zaczęła się przysłuchiwać.
– Tam jest jakiś motyw? – zdziwiłam się.
– Oczywiście!
– Ja chyba o czymś nie wiem – stwierdziła babcia.
– Ach, nic – oznajmiłam. – Podczas remontu odkryli u nas na ścianie malowidło Berezyńskiego. Przepraszam, nie mówiłam, bo w Montrealu mieliśmy inne sprawy na głowie.
– Wiesz, na czym polega jego oryginalność? – włączyła się Gabriela. Usłyszawszy pytanie, tylko uniosłam brwi. – W tamtych czasach tworzyło już paru malarzy abstrakcjonistów, czy ja wiem, Kandinsky, Malewicz, ale oni skupiali się przede wszystkim na kompozycji, barwie, geometrii, a Berezyński... – Pysio rzucił w tył niepokojące spojrzenie. – Berezyński chciał w swoich obrazach zamknąć abstrakcyjne pojęcia. Nie w formie alegorii, lecz linii, plam. Rozumiesz?
– Gabi – powstrzymałam ją. – Kiedyś mi to wytłumaczysz w spokoju. Teraz tylko mi poradź, co zrobić z tymi plamami na ścianie.
– No wiesz! Plamami? Ja bym je zachowała, ale przecież nie ja tam będę mieszkać. Gdyby w Morenie miało kiedyś powstać muzeum Berezyńskiego, to co innego. A tak, konserwacja, odświeżenie, nowe koszty, nie wiem, czy jesteś na to gotowa. Na razie zrobić porządną dokumentację i zabezpieczyć. A może inaczej? Założyli wam wszędzie od wewnątrz ocieplenie i nowe tynki, tylko ta jedna ściana została nieotynkowana. W sumie fajna dekoracja. Sama zobaczysz.
– Co się tyczy samej Moreny, to jest sensacja – odezwał się Pysio znad kierownicy. – Na pewno panie nie słyszały, bo za granicą ani w samolocie o tym nie mówili. W kraju zresztą też jeszcze tego nie rozgłaszają, ale jutro pewnie gazety napiszą, przynajmniej jedna, bo słyszałem w redakcji.
– Pysio! Mówisz dużo i niekonkretnie. Znowu zostałeś dziennikarzem? – wyrwało mi się. – Czemu ja nic nie wiem?
– Właściwie nie, ale trochę współpracuję. No więc słuchajcie. Policja zatrzymała wczoraj tu, w waszej okolicy, bodaj w Otwocku, jakiegoś Włocha, który podawał, że nazywa się Franco Moreno. Rozumiecie? Jak usłyszałem, od razu mi się skojarzyło. – Tknięta złym przeczuciem, zaniemówiłam, czekając na ciąg dalszy. Gabi też sprawiała wrażenie, że słyszy o incydencie po raz pierwszy. – No i co? Oszust – oznajmił Pyszny. – Udawał poważnego włoskiego handlowca i naciągał ludzi na sporą kasę. A że naiwnych u nas nie brak, to, sami wiecie, interes kwitł.
Na moment zapadła cisza.
– Prawdziwy Włoch czy tylko udawał? – zapytała babcia.
– Podobno prawdziwy – odparł Pysio. – Znacie kogoś takiego? – spytał, akcentując tonem niedowierzanie.
– Ja nie – bąknęłam niepewnie.
– Ani ja – przyznała babcia Irmina. – Moreno. Też mi nazwisko. I co z nim?
– Nie mam pojęcia. Pewnie trzymają go na dołku pod kluczem, bo podobno już od dłuższego czasu był poszukiwany.
Na Trasie Siekierkowskiej usłyszeliśmy z daleka sygnał wozu uprzywilejowanego.
– Pogotowie albo policja – powiedziałam. – Widocznie znowu komuś za bardzo się spieszyło.
Dom z zewnątrz wydawał się być na pierwszy rzut oka niemal taki sam, jakim go zostawiłyśmy. Ta sama, nienaruszona bryła i stare, drewniane elewacje. Ten sam wytarty ganek i mocno wyrobione drzwi wejściowe. Jedynie nowe okna dodawały ścianom elegancji i blasku. Lecz wystarczyło nieco podnieść głowę, by dostrzec nowe poszycie dachu, które elegancję i blask wzmacniały poczuciem stabilności. Wtedy też widziało się lepiej spływające od dachu proste krechy miedzianobarwnych rynien.
Babcia Irmina wyszła z samochodu, stanęła przy parkanie i popatrzyła na nową Morenę z zachwytem.
– Jak za mego dzieciństwa – wyznała żywiołowo. – Jest nawet ładniejsza. Tylko pomalować i podziwiać.
Usłyszeliśmy za ogrodzeniem szczekanie psa. Zza domu wybiegł nieznany nam kundel, zaraz za nim pojawił się Kajetan. Ujrzawszy Irminę i samochód, przywołał psa, który jednak niewiele sobie robił z jego wołania, dopóki nie dobiegł do furtki. Wtedy zawrócił.
– Pani Irmina! Panna Zuzanna! – zawołał Kajetan. – Nareszcie! Już myślałem, że coś się stało, bo wczoraj się spodziewałem. – Przesunął swój kaszkiet na tył głowy. Otworzył furtkę. – Proszę, proszę!
– Bramę lepiej by pan otworzył! – zakrzyknęła babcia Irmina. – Jak wjedziemy?
– A co to za towarzysz? – zapytałam, pokazując psa, który po przekroczeniu linii furtki zaczął się łasić do obcych.
– A wziąłem go, żeby szczekał na obcych, bo tu taka ciekawość, że hej! Ale niegroźne toto, nic nie zrobi – odrzekł Kajetan, zdejmując kłódkę i biorąc się do przesuwania skrzydła bramy.
– Aha, bo pewnie pies pilnuje, a on sam tam, w gospodarczym, albo z kolegami, wiadomo.
– No teraz to już wiem na pewno, że pani Irmina wróciła zdrowa i cała – skomentował kwaśno Kajetan, odsuwając drugie skrzydło. – Ot, sprawiedliwość dziejowa. Bury, poszedł! – przegonił psa kręcącego się mu pod nogami.
Pysio, który nie wysiadł, lekko wycofał samochód, skręcił koła i wjechał na podwórze. Gabrysia, też siedząca w środku, przejeżdżając obok, pomachała Kajetanowi na powitanie ręką.
– No i jak? – zapytała zaraz po wyjściu z wozu. – Poznajecie swój dom?
– Wygląda rewelacyjnie – orzekłam, a babcia potwierdziła.
– To ja już oddam klucze paniom, bo nic tu po mnie – rzekł Kajetan, uścisnąwszy wcześniej dłoń Pysznego. – Tylko swoje rzeczy pozbieram i znikam. – Wyciągnął rękę z pęczkiem kluczy.
– Powoli, panie Kajetanie – powstrzymałam go. – Gdzie panu tak spieszno?
– Wiadomo, gdzie – wtrąciła pod nosem babcia Irmina, a głośniej poleciła: – Zechce pan łaskawie otworzyć?
Kajetan posłusznie cofnął rękę i podszedł do drzwi wejściowych. Bury natychmiast podążył za nim, lecz ten go odpędził. Pies przysiadł kilka metrów dalej.
– Przepraszam, ale ja tu wcale nie zaglądał – oznajmił Kajetan po otwarciu. – Wszystko, co potrzebne, mam u siebie, w gospodarczym.
– Ale teraz może pan wejść, prawda? – zachęciłam go pospiesznie, żeby nie pozwolić na uszczypliwy komentarz babci. – Proszę.
– A nie, ja na końcu – oznajmił Kajetan i wycofał się, przepuszczając wszystkich po kolei.
Babcia weszła pierwsza. Ja przepuściłam przed sobą Gabrysię, a Pysio wszedł jako czwarty.
– Jestem pod wrażeniem – szepnął za moimi plecami, gdy już się rozejrzał. – Ciekawe jednak, co by na to powiedział Andriolli.
– Daj spokój – odpowiedziałam półgłosem. – Czy to jego dom?
– No, fakt – przyznał Pysio. – Tylko styl jego. Dom wasz.
Zaczęliśmy rozchodzić się po wszystkich pomieszczeniach, zaczynając od stołowego i kuchni. Wyglądały one niby tak samo jak przed remontem, tyle że ściany były teraz równe i czyste, podłogi idealnie poziome, w części pokryte panelami, w części ceramiką, w stołowym zaś odtworzono starą podłogę z oryginalnych desek, teraz wyszlifowanych i zabezpieczonych olejem.
– Co tu się działo! – wetknął Kajetan swoje trzy grosze między ochy i achy. – Ludzi do roboty było jak mrówków, jedni odchodzili, drudzy przychodzili, czasem do późna w noc robili, nawet w sobotę, ja tu tylko na noc zajęcie z Burym miał. Jedną przerwę mieli, na Wniebowzięcie. No i, ma się rozumieć, w niedziele, jak dziś. Takich robotnych pracowników to ja na oczy w życiu nie widział. Tylko jedno mnie się nie podoba.
– Co, panie Kajetanie? – rzuciłam w przelocie.
– Bo tak. Stare okna zostawili. Stare deski, co się nie nadawały, wyrzucili i musiałem je za garaż pochować. Stare rynny też tam leżą. Nie wiem, co z nimi będzie.
– Odda pan na złom i parę groszy wpadnie – odezwał się Pysio, ale zaraz zastrzegł: – O, przepraszam, nie moja sprawa.
– E tam, panie – odparł Kajetan. – Ja bym je wziął, jak niepotrzebne, rynny znaczy, i u siebie założył, bo te moje to... – Uniósł wysoko dłoń i energicznie opuścił, żeby pokazać, jaki złom odprowadza u niego wodę z dachu.
– A niech pan bierze – zgodziłam się. – Prawda? – zwróciłam się do babci.
– Tylko żeby mi nie sprzedał i wódki za to nie kupił – ostrzegła go.
– No, niechby mi ta ręka uschła, jak ja by takie coś – zaczął przysięgać Kajetan, ale nie dokończył. – A okna? Co z nimi będzie?
– Też by pan chciał? – zapytałam, lecz nie byłam już zainteresowana odpowiedzią, bo Gabrysia właśnie powoli otwierała podwójne drzwi zamkniętego pokoju ze ściennym malowidłem.
– Czemu nie – mruknął Kajetan, a spojrzawszy tam, gdzie podążył wzrok pozostałych, zdziwił się: – A to co? Nie może być! Fuszerka, czy materiału zbrakło?
Gabriela roześmiała się.
– To jest bardzo cenne malowidło, panie Kajetanie – oznajmiłam.
– Panno Święta! Cenne? Toż ja by sam, albo z Piotrem, takie coś nabazgrolił.
– Zwłaszcza po paru głębszych – przycięła mu babcia Irmina.
– No choćby – zgodził się tym razem Kajetan. – I dużo to warte? Warto wiedzieć.
– Tego dziś nikt nie wie – oznajmiła Gabriela. – Przypuszczam jednak, że dobry samochód pan by kupił.
– Matko Święta! Samochód! Ale na co mnie on, jak jak ja prawka nie mam? – odparował Kajetan. – No ale żeby samochód? Panna kpi sobie ze mnie?
– Pani – sprostowałam. – Ten pan jest jej mężem. – Wskazała na Pysia, przyglądającego się malunkowi z bardzo bliska.
– Oj, to przepraszam. Ja głupi, na takich rzeczach, jak to tutaj, się nie znam. Jak pani mówi, widać tak jest. – Przyłożył dłoń do daszka i wycofał się do sieni, a potem na ganek.
– I co myślicie z tym zrobić? – zapytała Gabriela.
– Też radzę zostawić – odezwał się Pysio. – Jak Berezyński wejdzie do kanonu sztuki, zaczną tu ciągnąć pielgrzymki.
Babcia chwyciła się za głowę.
– Oho, tylko tego nam brakowało.
– Gabi, daj nam się zastanowić – poprosiłam. – Jeszcze się nie rozpakowałyśmy, a ty już z takimi pytaniami.
– Normalne – burknął Pysio. – Sztuka nade wszystko.
– To może jakaś kawa? – zaproponowałam szybko, żeby zdusić iskrę mogącą doprowadzić do kłótni. – Przy okazji sprawdzimy, czy kuchnia działa.
– Może być – zgodził się Pysio. – A ja przyniosę wasze bagaże – zaproponował.
– W takim razie idę z tobą – zaoferowałam się.
– To ja zrobię kawę – oznajmiła babcia. – Z panią Gabrysią.
Obie z babcią, bez porozumienia, kierując się tylko intuicją, usiłowałyśmy rozdzielić skonfliktowaną parę. Ja miałam przy tym dodatkowy cel. Chciałam na moment zostać z Marcinem sam na sam.
– Kogo tam dokładnie odkryłeś, na tym zdjęciu? – zapytałam po chwili, wystawiając z bagażnika mniejszą walizkę.
– Już chcesz o tym mówić? – zdziwił się Pysio, stękając przy unoszeniu bagażu i stawianiu go obok samochodu. – Spokojnie, dziewczyno, pogadamy jutro czy pojutrze, na lunchu u Chińczyka.
– Ale coś chyba możesz powiedzieć?
Poszliśmy powoli, rozmawiając.
– To był taki tutejszy artysta stolarz. Wytwarzał różne ozdobne zawijasy, początkowo według projektów Andriolliego, później dokładał swoje własne elementy. Przypuszczam, że większość ozdóbek przy Morenie to jego robota.
– Artysta, powiadasz? Artysta by do tego grona pasował.
– Rzemieślnik, artystyczny wyrobnik, nazwij go, jak chcesz. Zwykły stolarz, czy też cieśla to nie był. Ktoś więcej. – Pysio dźwigał walizę, mocno pochylony na bok. – Jakieś skały przywiozłyście z tej Kanady? – Przystanął przed gankiem. – Właściciele najwidoczniej uznali, że wniósł ważny wkład w ostateczny kształt willi. Dlatego znalazł się na tym zdjęciu. Taka jest moja hipoteza.
– A jego nazwisko?
– Zabij mnie, dziś ci nie powiem.
– To ja ci powiem. – Ruszyłam, bo już biegł do mnie Kajetan, dając znaki, żebym zaczekała. – Biernat.
– No czemu panna Zuzanna dźwiga, przecież pomogę! – zawołał Kajetan, ale ja byłam już za drzwiami wejściowymi. – To ja następną – oświadczył i wrócił do otwartego bagażnika.
– Przypuszczenie czy pewnik? – zapytał Pysio w sieni.
– Niemal pewnik – oznajmiłam.
– Coś z tego wynika dla ciebie?
– Nie wyobrażasz sobie, jak wiele.
– Opowiesz mi?
– Później. Kiedyś. O ile potwierdzisz na sto procent to nazwisko.
– To da się zrobić. Ale wymaga czasu.
– Nie pali się.
Zamilkliśmy, bo znaleźliśmy się w stołowym, gdzie natknęliśmy się na Gabrysię.
– Podobno gdzieś tu stoją filiżanki – powiedziała, rozglądająca się bezradnie. – Tak twierdzi twoja ciocia.
Uświadomiłam sobie, że teraz na każdym kroku czekać mnie będą takie niespodzianki. Uznałam, że najlepiej przeciąć ten węzeł od razu.
– Nie ma ich tu. Są spakowane – poinformowałam. – A co do cioci, muszę wam obojgu coś powiedzieć. Chodźmy do kuchni.
W kuchni babcia nalewała wodę do ekspresu przelewowego.
– Wszystko działa. Woda, gaz. Jestem zaskoczona – oznajmiła. – I rzeczy na swoich miejscach. Jak oni to zrobili? I nowy piec centralnego ogrzewania wstawili!
– Fachowcy – orzekłam krótko. – Koniec z węglem, teraz palimy peletem. Ale filiżanki nierozpakowane. Weźmy zwykłe – zaproponowałam i przeszłam do rzeczy: – Czy zanim wypijemy kawę, możemy wyjaśnić moim przyjaciołom, co zaszło w Kanadzie? Mam na myśli to między nami. – Babcia odwróciła ku mnie głowę. – Że ciocia i tak dalej.
Jej gest ręką oznaczał „twój ruch, dziecko”. Wróciła do przygotowywania kawy. W twarzach Gabrieli i Marcina dostrzegłam pełne napięcia oczekiwanie.
– Nie ma już cioci Irminy – oznajmiłam i przerwałam, bawiąc się ich zdumieniem. – Jest babcia Irma – dokończyłam.
– Znaczy, że wy, ty i pani... – Pysio utknął. Gabi milczała, stojąc nieruchomo. – Mam rozumieć, że co?
– Macie rozumieć, że jesteśmy dla siebie babcią i wnuczką. Jesteście pierwszymi osobami w Polsce, które to słyszą.
– I żadnych pytań? – upewnił się Pysio.
– Najwyżej jedno – zgodziłam się.
– Po mieczu czy po kądzieli?
– Głupek – zawyrokowała Gabriela.
Było to pierwsze słowo, jakie od spotkania na lotnisku skierowała w mojej obecności do męża.
– Dziękuję – odrzekł Pysio.
– Gabi, przestań! – skarciłam koleżankę. – Człowiek jest ciekawy. Po prostu. Moja mama to, jak się okazuje, córka babci. I tyle.
– Chodzi o to, że... – zaczęła tłumaczyć się Gabriela. – Czasem lepiej milczeć, niż mówić bzdury. Ja wiem. Powiedziałaś to zwyczajnie, spokojnie, prawie bez emocji, a przecież za takimi wyznaniami kryją się, ja to wiem, rodzinne i po prostu ludzkie dramaty. Nie wszystko jest na sprzedaż, ot tak. A ten tu wyskakuje: po mieczu czy po kądzieli?
Babcia, nie patrząc na nikogo, udała się bez słowa do stołowego.
– Fakt, swoje przy okazji przeszłam – przyznałam, zagryzając wargę. – Obie przeszłyśmy. Nie do opowiadania przy pierwszej kawie. Tak że wybaczcie.
– Nie mówiłam? – Gabrysia podkreśliła, jak bardzo jest pewna swego. – Wiem coś o tym.
– Okej, nic nie mówię – zgodził się Pysio. – Jestem niedobry.
– Masz, i jeszcze się zgrywa – dorzuciła Gabrysia.
– Czy wy na pewno złapaliście jakieś porozumienie? – zapytałam. – Bo tak jakoś iskrzy między wami. Czy tylko tak mi się wydaje?
Gabriela wzruszyła ramionami. Pysio, nienawykły do sytuacji, kiedy to nie on ma rację, a jego maska cynika staje się przezroczysta i nie może się za nią skryć, wydał mi się przez sekundę bezradny. Rozłożył ręce.
– Umówmy się. Taki mamy styl bycia – powiedział. – Od zawsze.
Gabrysia spojrzała na niego bystro.
– Przynajmniej jedno mamy wspólne – stwierdziła.
Kawa spływająca do dzbanka pozwoliła mi przerwać rozmowę. Wyłączyłam ekspres i zajrzałam do lodówki.
– Nie ma mleka – zauważyłam. – W ogóle nic nie ma do jedzenia. Sorry.
– Wypiję czarną – zgodziła się Gabriela. – I zaraz uciekamy. Chyba że jakieś zakupy wam zrobić.
Wróciła babcia.
– Nie pamiętam, gdzie te filiżanki – oznajmiła.
– W kartonie, w garażu u pana Kajetana – przypomniałam. – Pójdę tam, może Kajetan ma mleko u siebie?
– O, już! – burknęła Irma. – Gdybyś pół litra potrzebowała, to prędzej.
Wyszłam do ogrodu przez werandę i wywołałam głośno Kajetana. Ten wychylił się zza garażu i zaraz podszedł kilka kroków.
– Ma pan mleko u siebie? – zapytałam go, nim się zbliżył.
– Oj, nie, panno Zuzanno – odrzekł stropiony. – Ale jak potrzeba, od siostry przyniosę. Ona zawsze ma. A może coś jeszcze potrzeba? Ja nie pomyślał, że panie nic do jedzenia nie mają – mówił, zbliżając się wespół z poszczekującym psem i drapiąc się pod kaszkietem. Zatrzymał się nagle, jego pies także. – Chwileczkę, coś się poradzi – oznajmił.
Nie doszedłszy do werandy, zrobił w tył zwrot i chwycił swój rower oparty o drzewo. Złożył obietnicę, że zaraz wróci i szybko odjechał. Bury popędził za nim.
Goście jednak nie chcieli czekać na jego powrót. Pysio stwierdził, że on i tak zawsze pija czarną, więc to nie jest problem. Miałam wrażenie, że chciałby jak najszybciej zakończyć niewygodną sytuację i odjechać. Wypiliśmy więc kawę niemal duszkiem, wymieniając kolejne pochwały pod adresem wykonawców remontu, podziękowania, że państwo Pyszni zechcieli przyjechać na lotnisko oraz zapewnienia, że niebawem musimy spotkać się raz jeszcze, żeby „na spokojnie” porozmawiać.
Kiedy Marcin i Gabriela wyjeżdżali z bramy, minęli się z powracającym Kajetanem. Przez kierownicę jego roweru przewieszona była płócienna torba. Zatrzymał się przed gankiem i podał mi ją.
– Tu siostra daje paniom, bo pewnie głodne – powiedział. Wyjęłam z torby starą kankę do mleka. – Ogórkowa – poinformował Kajetan. Jeszcze ciepła. Donnerwetter! – zaklął nagle. – Ja mleko zostawił!
– Nie trzeba już, panie Kajetanie – uspokoiłam go. – Zaraz pobiegnę do naszego sklepu. Chyba jeszcze otwarty. A pańskiej siostrze dziękujemy. I panu także.
Babcia dawała znać, że przyłącza się do podziękowań.
– Ja tylko tak, pomóc chciał.
– A Burego gdzie pan zgubił? – zapytałam.
– A, uwiązałem go – odrzekł. – Naszej chałupy teraz pilnuje.
Widać było, że coś jeszcze go gryzie.
– Proszę wejść – zaprosiła go do środka.
– No, na chwileczkę – zgodził się.
Weszliśmy do środka.
– Jest jeszcze taka rzecz – powiedział zaraz w sieni, miętosząc czapkę w dłoniach. – Nie chciałem przy gościach, ale teraz, jak odjechali, już mogę.
– No niechże pan mówi – ponagliła go babcia, widząc, że Kajetan zamilkł i utkwił wzrok w podłodze.
– Byli rano z policji. Pytali o pannę Zuzannę.
– O mnie?! – wykrzyknęłam, wystraszona pierwszą swoją myślą, że najście może mieć związek z zatrzymanym Włochem. – Ale po co?
– Też ja zapytał, ale ten komisarz nie tłumaczył. – Kajetan podniósł głowę. – Kazał tylko powiedzieć, żeby panna Zuzanna, jak przyjedzie, jak najszybciej się z nim skontaktowała.
Weszłyśmy do kuchni, Kajetan podążył za nami. Zatrzymał się w progu.
– Skąd pan wie, że komisarz? – zaciekawiła się babcia, nie kryjąc się z podejrzliwością. – Zna się pan na policyjnych dystynkcjach?
Wystawiła nieduży garnek, by przelać do niego zupę.
– Jak by trzeba, to by się znał – stwierdził Kajetan zaczepnym tonem, odbierając pustą torbę. – Ale po co mnie się znać, jak on był w cywilu? Wóz też bez koguta, i dobrze, nikt z sąsiadów nie zwrócił uwagi. Ot, znowu ktoś przyjechał. Ostatnio ciągle ktoś nowy przyjeżdża. Wiem, że komisarz, bo się przedstawił. Mazguła, czy jakoś.
– Makuła! – zawołałam.
– No, może tak. To panna też go zna? A to i lepiej, bo może afery żadnej nie ma.
– Jakiej znowu afery? – ofuknęła go babcia Irmina.
– A mnie skąd wiedzieć? Jak policja pyta, to nigdy nie wiesz, człowiecze, o co się rozchodzi. Miał ja przekazać, to przekazał. Reszta nie moja sprawa. Jedno powiem. Rozglądał się tu mocno i kręcił głową.
Babcia szykowała się już do nowego ataku na Kajetana, lecz uprzedziłam ją.
– Bardzo dobrze, że mnie pan poinformował – powiedziałam. – Zaraz zadzwonię do komisarza. To mój znajomy z komendy w Otwocku.
– No, chyba że tak – mruknął Kajetan. – Mógł od razu powiedzieć, że znajomy.
– Na razie dziękujemy za wszystko – rzekłam. – Jutro, przy poniedziałku, jak pan wpadnie do nas, to się do końca policzymy, dobrze?
– Ma się rozumieć – przytaknął bez entuzjazmu.
– Ale tak pod wieczór, po moim powrocie z Warszawy. A dziś... – Podeszła do swojej torby. – Taki mały prezent dla pana. – Wyciągnęłam ku niemu rękę z kupioną w samolocie whisky.
– Oj, a co to jest? – wykrzyknął spłoszony Kajetan, a na policzki wypłynął mu rumieniec. – Dla mnie?
– Oryginalna szkocka whisky – oznajmiłam. – Poczęstuje pan kolegów. Proszę.
– Ha, a gdzie by! – odrzekł, biorąc ostrożnie butelkę. – Siostrze pokażę. Toż to jest... – Przyjrzał się etykiecie. – Łyski? Zagraniczna. Nawet przeczytać nie umiem. – Podniósł roziskrzony wzrok. – Tylko że ona, siostra znaczy, dobra kobieta, ale... – Zamiast powtarzać oczywistość, przewrócił oczami. – Zarekwirować może. Jak by tak panna jej szepnęła, że to prezent, z Kanady, co, panno Zuzanno? To by pokazał. Bo inaczej to nie.
– Przy okazji – przyobiecałam. – Jak spotkam.
– To ja zostawiam i jadę – oznajmił Kajetan i położył na stole pęk kluczy.
– Tylko prosto do domu! – upomniała go babcia.
– A pani Irmina jak zawsze, żeby tylko szpilę wbić człowiekowi – odpowiedział. – A gdzie ja by miał jechać? Na mszę chyba tylko, bo dziś jeszcze nie był. Do widzenia.
Założył kaszkiet, wsunął butelkę do torby i skierował się ku drzwiom.
– A kankę jutro oddamy! – zawołała za nim babcia.
Tylko machnął ręką, jakby to była rzecz bez znaczenia.
Gdy zamknął za sobą drzwi, babcia westchnęła.
– Nareszcie w domu – powiedziała, rozglądając się po raz kolejny. – Nie wiadomo, od czego zacząć.
– Może od ogórkowej? – zaproponowałam.
– Dobra kobieta, pewnie jutrzejszy obiad oddała – stwierdziła babcia. – Ale odmówisz, będzie obrażona. Postawię garnek na ogień.
– Aha, a ja zadzwonię zaraz do komisarza Makuły, bo to mi się coraz mniej podoba. Zajechał w niedzielę? Osobiście? Jak nic, chodzi o Paola.
– Ładne powitanie – oceniła babcia złośliwie.
W moim pokoju, który także otrzymał nowe okno, warstwę ocieplenia na wewnętrznych ścianach i świeży, wymalowany na biało tynk, nic się poza tym nie zmieniło. Nawet podłoga pozostała ta sama. Wystarczyło dosunąć do ścian przesunięte na środek pokoju meble i można było zacząć mieszkać po staremu.
Zwinęłam ochronną folię i usiadłam na łóżku. Niepewnie wybrałam ze spisu telefonów numer Makuły. Komisarz odezwał się po czterech dzwonkach.
– Dowiedziałam się, że był pan rano u nas – powiedziałam. – A my obie dopiero co przyjechałyśmy. Coś się stało?
– I jak udała się podróż? – zapytał Makuła.
– Panie komisarzu – odrzekłam, nieskora w tym momencie do pogaduszek. – Na pewno nie po to odwiedził nas pan w niedzielę, żeby spytać o wrażenia z podróży. Mam rację? Dlatego proszę walić prosto z mostu.
– Czyli konkretnie? Konkretnie to mam dylemat. Zaledwie pani wylądowała, pełna wrażeń i tak dalej, a tu, jak to mówią, z deszczu pod rynnę.
– Czyli? – Serce biło mi coraz mocniej.
– Czyli mamy tego pani Włocha.
– Mojego Włocha? – Niemal krzyknęłam z oburzenia.
– No tego, którego my poszukujemy, a pani zapewniała o jego niewinności i ja nawet pani uwierzyłem. Jakże on się nazywa?
– Paolo Vecchi – odrzekła odruchowo. – A wy kogo macie?
– I tu jest problem. Człowiek ma przy sobie paszport na takie właśnie nazwisko oraz plik wizytówek, według których nazywa się Franco Moreno. Tak się przedstawiał ludziom, których... Pani Zuzanno, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, choć nie jest ona przyjemna. Których oszukiwał, trzeba powiedzieć. Na grube tysiące.
Gdybym nie siedziała, ugięłyby się pode mną nogi. A tak jedynie pobladłam.
– Jest pan pewien, że to on?
– Pani Zuzanno, człowiek niewinny, obcokrajowiec, poprosiłby od razu o konsula, przynajmniej o adwokata, prawda? A ten nic. Odmawia zeznań i czeka pewnie, aż minie czterdzieści osiem godzin i będziemy musieli go wypuścić.
– To macie coś na niego czy nie?
– Mamy, niestety. Został przyłapany niemal na gorącym uczynku.
– W czym więc problem? Nie można mu postawić zarzutu?
– Rzecz jest bardziej skomplikowana. Zechce pani wpaść do mnie na komendę jutro przed południem? Powiedzmy o dziewiątej. Wiem, że to niekomfortowa sytuacja, tak zaraz po powrocie, ale sprawa jest pilna. Mogę wystawić formalne wezwanie, jeśli pani chce.
– Nie trzeba, będę – zgodziłam się natychmiast. – Proszę tylko powiedzieć, co on robił? W jaki sposób oszukiwał? Jestem w szoku, rozumie pan. – Nie chciałam zdradzić, że już coś wiem na ten temat od Pysia.
– Jeśli to ktoś bliski, choć utrzymuje pani, że nie, to naprawdę współczuję. Słyszała pani o metodzie „na Włocha”?
– Szczerze mówiąc, nie.
– Nie? To proszę sobie wyguglać temat. Proceder kwitnie od dawna, wielu poszkodowanych zgłaszało temat policji. Ale gość był bardzo sprytny, nie dawał się złapać. Aż w temat włączyła się prasa, konkretnie jedna redakcja. I namierzyli faceta. Przepraszam, za dużo mówię. Proszę na pewno być jutro u mnie.
– Powiedziałam, że będę.
– Domek bardzo ładnie odnowiony – rzekł nagle, zamiast się pożegnać. – Taki remont musi kupę pieniędzy kosztować. A podobno to jeszcze nie koniec robót. Jeszcze elewacja będzie odnawiana. Tak słyszałem.
Zirytowała mnie ta uwaga.
– Ciekawi pana, ile to kosztuje?
– Tyle o ile. Bo to, co robicie, jest nietypowe. Z tego, co wiem, właściciele starych świdermajerów w okolicy dużo częściej zgłaszali pożar niż chęć remontu, bo taniej wychodzi postawić nowy dom niż wyremontować stary. A tu, proszę! Podziwiam.
– O tych pożarach już kiedyś pan wspominał. Pamięta pan? A jeśli chodzi o koszty, wszystkie rachunki będą do wglądu, jeśli zajdzie potrzeba – oznajmiłam nieprzyjemnym tonem.
– Ależ, pani Zuzanno! Źle mnie pani zrozumiała. Nie zamierzam was kontrolować. – Roześmiał się głośno. – Rzuciłem tylko luźną uwagę.
– Zatem do zobaczenia. Muszę, niestety,kończyć – oznajmiłam i rozłączyłam się.
Babcia Irmina wołała z dołu na zupę.
– Mamy problem – ogłosiłam.
Prawą ręką grzebałam łyżką w zupie, lewą stukałam w ekran smartfona.
– Zostaw ten telefon i jedz, bo ci całkiem wystygnie – ponagliła mnie babcia Irmina, pochylona nad swoim talerzem. – Jaki problem?
– Z naszym Paolem. Jeśli to naprawdę on. A na razie wszystko wskazuje na niego.
Babcia przerwała jedzenie.
– Nie sądzisz, że to może być pomyłka? – zapytała z nadzieją.
– Powtórzę. Wszystko przemawia przeciwko niemu – oznajmiłam. – Poczynając od tego, że od dwóch tygodni nie dał znaku życia, a kończąc na innych przesłankach. Jednego tylko nie rozumiem. Po co on tu w ogóle się zjawił? W jakim celu wszedł z nami w kontakt? Do czego byłyśmy mu potrzebne? Chciał nas na koniec okraść, czy co? Nie mam pojęcia, z czego. Z obrazów Berezyńskiego? Myślał, że nie znamy ich wartości? To jego nazwisko, Vecchi, od początku wydało mi się podejrzane, odkąd wiem, że tak nazywał się jeden z tych dżentelmenów na starym zdjęciu. A występując jako Franco Moreno, całkiem się pogrążył. To nie może być przypadek. Babciu, czemu nas takie rzeczy spotykają? – zakończyłam dramatycznie.
– Ale ja ciągle nie mam pewności, czy to jest na pewno ten Paolo Vecchi, syn Michaela Vecchiego. Ten, który zostawił ojca w Rochester i uciekł do Europy. Bo jeśli tak... – Babcia pokręciła głową i zacisnęła usta. – Jeśli Tosiek zdążył poznać go od nieciekawej strony już w Ameryce, wtedy nic dziwnego, że nie został umieszczony w jego testamencie, mimo że wnuk, jak by nie było. Może po prostu zbiegł do Europy, by się skryć przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości? I tu, w Polsce, dalej uprawia swój proceder.
– I może faktycznie podpalił gospodę Biernata, co? Teraz nagle jest tak, jakbym ujrzała wszystko w innym świetle.
– O Boże, Boże! – Babcia wzniosła oczy ku niebu, znowu przerywając jedzenie. – Najgorsze, że my tu, w Polsce, jesteśmy jego najbliższymi krewnymi.
– Posłuchaj, babciu. – Uniosłam smartfon, żeby lepiej widzieć drobną czcionkę. – Znalazłam w Internecie przynajmniej pięciu oszukanym tą samą metodą. Pięciu, którzy się przyznali i ogłosili to w Internecie, a także zgłosili oszustwo policji. Naprawdę oszukanych jest na pewno dużo, dużo więcej, tylko siedzą cicho. A tutaj jeden napisał, że szuka tego Włocha od dawna i ustalił, że gość podający się za Franka Moreno mieszka z jakąś Polką w Warszawie na ekskluzywnym osiedlu. To by mogła być Wioleta. Jeśli to ona, zostałyśmy oszukane podwójnie. Albo nawet do potęgi. Jakaż to misterna akcja! Aż nie chce mi się wierzyć. Może nawet sam Biernat jest w nią zamieszany.
– Albo odwrotnie. On też jest jego ofiarą. Tak też może być – powiedziała babcia. Skończyła jeść i teraz grzebała w pamięci, szukając podobnej sytuacji w przeczytanych kryminałach. – Słyszałyśmy przecież, że i od niego chciał wyciągnąć jakieś pieniądze. Potem ten pożar.
– To jest ich wersja. Teraz już niczemu, co nam opowiadali, nie można wierzyć.
Babcia wstała od stołu, po czym zabierała swój talerz.
– Twoja zupa ostygła. Może ci odgrzeję? – zaproponowała.
Szybko opróżniłam talerz do dna.
– Posłuchaj, babciu – powiedziałam, odłożywszy łyżkę. – Tylko spekuluję, ale wyobrażam sobie teraz najgorsze. A jeśli on sobie planuje, że jako spadkobierca wuja Antoniego wystąpi z roszczeniami do Moreny, licząc, że gdy coś wywalczy, odsprzeda potem swoją część Biernatowi? Może rzeczywiście obaj nie są w konflikcie, tylko w zmowie? Nie mam pojęcia, jak by mogło do niej dojść, lecz tacy cwaniacy zawsze na siebie trafią. Przypuśćmy, że Paolo Vecchi w restauracji Biernata zażądał zaliczki na konto tego interesu, a oni mu jej pod jakimś pretekstem nie dali. Głupiutka Wioleta była świadkiem tej sceny i może czegoś jeszcze, toteż należało ją zneutralizować, żeby w razie czego nie zeznawała. Dlatego wrobili ją w narkotyki. I dlatego Vecchi ją omotał, po czym umieścił pod kontrolą w jakiejś dziupli, niby u znajomych, a ta kobieta, z którą mieszka, to ktoś zupełnie inny. Jego wizyta u nas i wszystkie te jego piękne gadki były po to, żeby zamydlić nam oczy.
– Czyli Wioleta byłaby niewinna? – wyraziła kolejną nadzieję babcia. Obmywała talerze pod bieżącą wodą. – Popatrz, jak szybko ciepła teraz leci z kranu – zauważyła.
Ja intensywnie myślałam.
– Winna czy nie, na pewno nieświadoma, w co się wplątała – mruknęłam do siebie. Dalej manipulowałam przy smartfonie. – Ciekawi mnie, na czym wpadł. Niczego konkretnego nie mogę znaleźć. – Przeczytałam fragment kolejnego tekstu, który mnie zainteresował. – Posłuchaj, w czym się wyspecjalizował. Udawał włoskiego handlowca, który po jakiejś rzekomej wystawie w Polsce właśnie wraca samolotem do Rzymu. Zostało mu po tej imprezie parę niesprzedanych maszyn czy urządzeń, których nie opłaca mu się zabierać z powrotem do Włoch, bo wysokie opłaty za przewóz i tak dalej. Tu ktoś pisze, że dał się przekonać, że ten niby Franco jako przedstawiciel włoskiej firmy wystawiał coś na targach w Poznaniu. Przekonywał go, że za cztery godziny odlatuje i gotów jest zostawić markowy sprzęt za symboliczną rekompensatę, zaledwie za dwadzieścia procent wartości. Jest nawet opis gościa. Czarne włosy, typowy południowiec, metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, mówi po polsku z silnym włoskim akcentem. Paolo, jak ulał. No i udało mu się dokonać oszustwa. Wziął pieniądze i szybko odjechał.
Babcia przez chwile analizowała to, co usłyszała.
– I gdzie tu to wielkie oszustwo? – zapytała retorycznie. – Rozumiem, że sprzedał coś na lewo, bez podatku i tak dalej. Rozumiem, że kłamał, podawał fałszywą tożsamość, żeby dodać sobie wiarygodności, udawał nie wiadomo kogo, choć nie wiem, po co właściwie. Ale nikogo nie zmuszał do kupna, nie napadł, nie okradł.
– Ach, bo nie doszłam do tego, co najistotniejsze! Markowy sprzęt po uruchomieniu okazywał się chińską podróbką, niewartą nawet tej ceny, którą nieszczęśnik zapłacił.
– To przykre – orzekła babcia, złożywszy dłonie jak do modlitwy. – Naprawdę. Nieszczęśnik mógł jednak wykazać się większą ostrożnością. Naiwny i chciwy dwa razy traci.
– O, widzę, że oszust znalazł w babci obrońcę – skomentowałam kwaśno.
– To nie tak, moja droga. Nie bronię go. On nie postępuje uczciwie, bez dwóch zdań. Mówię tylko, że wykorzystuje ludzi, którym wydaje się, że i oni w jakimś sensie ominą legalną drogę zakupu.
– Pamiętam, że kiedy zjawił się u nas, w Morenie, po raz pierwszy, od razu wydał mi się podejrzany. A ty, babciu, wybacz, tak było, z miejsca obdarzyłaś go zaufaniem. Że przypomina ci Giulia, że wywołał wspomnienia i te pe.
Babcia posmutniała. Rozmowa stawała się nieprzyjemna.
– Oszust tak działa. Najpierw wzbudza zaufanie – stwierdziła w zamyśleniu, po czym energicznie klasnęła w dłonie. – Najważniejsze, że więcej nas nie oszuka.
– Mam nadzieję – odrzekłam, wstając od stołu. – Czuję jednak, że to nie koniec niespodzianek. Ten komisarz Makuła, wydawałoby się bystry facet. – Zastanowiłam się nad tym, co powiedziałam. – No tak, okazał się w sumie nawet przebiegły – stwierdziłam. – Czynił jakieś niewyraźne aluzje. Że ten remont naszego domu dużo kosztuje, jakby chciał zasugerować, że Paolo miał jakiś udział w finansowaniu. Otwarcie oczywiście tego nie powiedział, a nawet zaprzeczył, gdy wprost zapytałam, ale tak to odebrałam i ziarno niepewności, że tak powiem, zostało zasiane. Nie wiem, co o tym myśleć.
– Podejrzewa nas, że jesteśmy w jednej szajce? – zapytała babcia z niedowierzaniem i ekscytacją właściwą czytelniczkom kryminałów. – Niesamowite.
– Oj, babciu, nie chce mi się dziś już o tym myśleć. – Splotłam ramiona i stanęłam przy oknie. – Nie mam siły. Myśli mi się plączą. Tyle mamy do zrobienia w najbliższych dniach, ja zwłaszcza, a tu taki pasztet. Odechciewa się wszystkiego.
– Grunt to się nie załamywać – stwierdziła babcia. – Prawda i tak w końcu wyjdzie na jaw.
Zaczęła przeglądać zawartość szafek i szuflad, jakby sprawdzała, czy nic nie zginęło.
– Też bym tak chciała – mruknęłam. – Żyć jedną budującą maksymą. – Odeszłam od okna i przeszłam do stołowego. Babcia za mną. – Czas się rozpakować. Nikt za nas tego nie zrobi – oznajmiłam. – Witamy w domu.
– Jeśli pozwolisz, najpierw przejdę się po ogrodzie – odrzekła babcia uprzejmym tonem. – Wszystko pewnie zarosło.
– Dobrze, babciu – zgodziłam się. – Nikt nas nie goni. Zdążymy. A ta zupa ogórkowa, bardzo dobra, nie sądzisz?
– Zgadzam się. W ogóle ta kobieta dobrze gotuje. Po domowemu.
– Skąd wiesz?
– Kiedyś, po śmierci mojej mamy, jak zostałam sama, a ty tu jeszcze nie mieszkałaś, Kajetan nie raz przyjeżdżał na rowerze z tą kanką. Broniłam się, ale gdzie tam.
– Dobrzy z nich ludzie. Sami nie mają, a innym pomogą.
Wyszłyśmy przez werandę do ogrodu.
Zwróciłam tam uwagę przede wszystkim równo przyciętą trawę, babcia zaś skierowała się prosto ku swoim rabatom.
– Jak mówiłam – stwierdziła. – Podlewane, ale nie pielone. Kto tak robi? Turki ledwo widać, róże nie ogławiane. A tu? Popatrz. Marchew zachwaszczona, ogórki żółte.
– Babciu, pan Kajetan nie miał być ogrodnikiem, tylko stróżem – powiedziałam.– Za wiele nie wymagajmy. Trawa skoszona. Dla niego to najważniejsze.
– Tak, do tego się nadaje – burknęła babcia.
– I teren uporządkowany, nie walają się żadne resztki, wszystko poukładane za garażem.
– Ma w tym swój interes. Słyszałaś.
– I lata swoje też ma.
– Aha, i zainteresowania. – Babcia nie dopuszczała mnie do głosu. – Niezdrowe.
Przedzierając się przez zarośnięte ścieżki, dotarłyśmy do parkanu. Wtedy usłyszałyśmy znane dyszenie i wezwanie psa do spokoju. Ponad płotem pojawiła się głowa strażnika.
– Uszanowanie! – odezwał się. Babcia słyszała go chyba po raz pierwszy w życiu. – To już z powrotem?
– Dzień dobry – odpowiedziałam. – Mówiłam, że dwa tygodnie.
– Szybko zleciało – skomentował osiłek za płotem. – Ależ robota tu odchodziła! Na okrągło, prawie na trzy zmiany.
Jak na gbura, wydawał się wyjątkowo rozmowny.
– Dziękujemy, że zechciał pan rzucić czasem okiem na posesję – wyraziłam wdzięczność na wyrost.
– E, spokój, nic się nie działo – podsumował strażnik z psem.
Podrzucił mi powód do zaczepki.
– Czyżby? – zdziwiłam się. – Gapiów podobno nie brakowało.
– No tak, ale to... – Spojrzał w bok, szukając odpowiedniego określenia. – Niegroźne – stwierdził. – Zwykła ludzka ciekawość.
– Czyli nie był pan zmuszony do interwencji? – Roześmiałam się, żeby zamaskować ewidentną prowokację w pytaniu. – Nic pana nie zdziwiło?
– Mnie? Mnie już w życiu nic nie zdziwi, proszę pani.
– Burzliwa przeszłość? – Zaszarżowałam z kolejnym pytaniem, nie powiem, aż babcia spojrzała na mnie z niepokojem.
– Proszę pani!
Położył oddzielny akcent na każdym ze słów, co miało oznaczać, że mógłby wiele powiedzieć, ale nie ma o czym gadać. Zamiast potwierdzić lub zaprzeczyć, poklepał psa po karku.
– W każdym razie zaproszenie na kawę ciągle aktualne – przypomniałam. – Może nie dziś, bo, rozumie pan, dopiero wróciłyśmy i trzeba się trochę ogarnąć. Ale innego dnia zawsze, jeśli tylko jestem w domu.
– Będę pamiętał – odrzekł niezobowiązująco i uniósł dłoń, ni to na znak przyrzeczenia, ni pożegnania.
Burknął coś do psa i obaj poszli dalej wzdłuż ogrodzenia. My wycofałyśmy się na trawnik przed domem.
– Dziwna postać – rzekła babcia. – Groźna. Aż mnie ciarki przeszły, kiedy ty z nim tak odważnie zaczęłaś.
– Zamknę bramę – oznajmiłam i zadowolona pomaszerowałam przed siebie.
Gdy przesunęłam jedno skrzydło bramy, zauważyłam, że za furtką po drugiej stronie drogi stoi ktoś znajomy i przygląda mi się. Oczywiście była to Weronika. Przywołałam ją ruchem ręki.
– Zapraszam! – zawołałam, żeby nie było wątpliwości co do intencji.
Zdawało się, że Weronika tylko na to czeka, bo otworzyła furtkę i przebiegła przez jezdnię.
– Nie chciałabym przeszkadzać – powiedziała, gdy już się uściskałyśmy na powitanie.
– Ależ nie, nie przeszkadzasz – zapewniłam ją. – Nic wprawdzie nie mamy, nawet mleka do kawy, mimo to proszę do środka.
– To ja przyniosę – zaproponowała Weronika i nie czekając na nic, pobiegła z powrotem.
Przesunęłam drugie skrzydło, założyłam kłódkę, otworzyłam furtkę. Stałam w niej dłuższą chwilę. Weronika zjawiła się po dwóch minutach, taszcząc karton z mlekiem i plastikowe pudełko.
– Co to? – zapytałam.
– Ach, drobiazg.
W kuchni, po przywitaniu się z babcią, wyjęła z pudełka kawałek ciasta.
– Sernik mojej mamy – oznajmiła. – Na powitanie sąsiadek.
– Dlaczego mama sama nie przyjdzie? – zapytała babcia. – Tak mało się znamy, a przecież tak blisko mieszkamy.
– Nie, nie – odrzekła Weronika. – Nie tym razem, pani Irmino. Została z Zoltanem. Synek trochę biegał i właśnie zasnął.
– To co, jeszcze jedna kawa? – zaproponowałam.
– Proszę bardzo, pijcie, ale beze mnie – odpowiedziała babcia. – Ja poproszę herbatkę. Z melisy.
– To wstawmy wodę. – Postawiłam mały czajnik na gazie. – Chcesz zobaczyć, co nam tu porobili w środku, gdy nas nie było?
Weronika przystała z nieskrywanym zadowoleniem. Ciekawość wprost malowała się na jej twarzy.
– Ale teraz tu ładnie! – zawołała po wspólnej wycieczce po kilku pomieszczeniach.
– Aha, to znaczy, że przedtem było brzydko? Dziękuję za szczerość – zażartowałam.
– No nie! – zaprzeczyła speszona Weronika. – Ale teraz jest tak bardziej nowocześnie.
– Trochę surowo – stwierdziła babcia. – Jutro założymy czyste firanki i zasłony, przykryjemy podłogi, będzie przytulniej.
– Jutro? – zaciekawiłam się. Wystawiłam z szafki talerzyki i czyste filiżanki. – Chyba że wieczorem. Przecież ja pracuję! A w pojedynkę robić tego nie wolno, nie ma mowy. – W otwartej szafce zauważyłam ekspres do mokki i w pierwszej chwili zapragnęłam go użyć, lecz ledwie go dotknęłam, cofnęłam rękę. Przecież to prezent od Paola, tego oszusta! – Tak że zajmie nam to przynajmniej tydzień – dokończyłam.
– A gdybym pomogła? – włączyła się Weronika.
– Wtedy siedem dni – rzuciłam żartem. – Ale bardzo proszę – dodałam. – Będzie nam weselej we trzy. Prawda, babciu?
Babcia przytaknęła, a Weronika spojrzała na mnie dziwnie.
– No tak. – Zorientowałam się, że jest zdziwiona, dlaczego ciocię nazywam babcią. – Może trzeba wywiesić ogłoszenie na ganku? Żeby każdy, kto tu wchodzi, wiedział od progu, że obecnie mieszka tu babcia z wnuczką, obie z rodu Ludwigów. I żebym nie musiała każdemu od początku tłumaczyć, że tu zaszła zmiana.
– To znaczy, że... – Weronika wyglądała na zdezorientowaną. – Dobrze, nie pytam. Chociaż, proszę się nie gniewać, pani Irmino, ale mama mówiła mi coś, co słyszała od swoich rodziców, że pani pierwszym mężem, bardzo krótko, był jakiś Włoch. To możliwe? Bo z tym drugim mężem, którego pamiętam z dawnych lat, pani dzieci nie miała, prawda?
Babcia, zamiast odpowiedzieć, spojrzała na mnie z błaganiem w oczach.
– Ja ci to wyjaśnię – rzekłam, rozstawiając talerzyki i łyżeczki. – Tylko podziel sernik, a ja zrobię coś do picia. Giulio Pavone, mój dziadek, wyjechał z Polski, zanim moja mama przyszła na świat. A jak już przyszła, to jej wychowaniem zajęła się cioteczna siostra babci Irminy. Potem tralalalala, długa i skomplikowana historia, i mamy to, co mamy. Jasne?
– Nie bardzo – przyznała niepewnie Weronika. – Ten twój włoski dziadek, co z nim? Przepraszam, że pytam, ale skoro już o nim mówimy, chciałabym wiedzieć.
– O, i tu będzie nam potrzebna twoja pomoc – oznajmiłam.
– Proszę? – Weronika nie zrozumiała, co łatwo było zrozumieć.
– Znasz język węgierski?
– Co ma jedno do drugiego? – zapytała, ale nie doczekała się odpowiedzi. Trzymałam ja w napięciu. – Owszem, mieszkając na Węgrzech, z teściami, przez dwa lata siłą rzeczy czegoś tam się nauczyłam.
– To tak, jak ja z włoskim – wtrąciła się babcia. – Dogaduję się jako tako. Teraz już dużo zapomniałam, za to kiedyś, ho,ho!
– Potrzebujemy kogoś, kto mówi po węgiersku. – Nie dałam jej się rozgadać. Usiadłam naprzeciw Weroniki i wbiłam w nią wzrok. – I może pojechać z nami do Budapesztu.
Babcia także nie wiedziała, do czego zmierzam. Ponieważ czajnik zaczął gwizdać, wzięłam się za rozlewanie wrzątku.
– I co dalej? – spytała pogubiona Weronika. – Bo nic nie rozumiem.
– To proste – stwierdziłam. – Giulio Pavone, mąż babci, zginął na Węgrzech w czasie ich powstania w listopadzie 1956 r. To też oddzielna historia, nie do opowiedzenia w trzech zdaniach. Dotąd nie wiemy w jakich okolicznościach to się stało i gdzie jest jego grób. I czas już najwyższy, abyśmy go odnalazły. Szczerze mówiąc, należało to zrobić dużo wcześniej. Powiedz jednak sama, jak tam się dogadać? Ja znam tylko kalosz, bambosz niemasz.
Weronika roześmiała się.
– Bez przesady. Tam też znają angielski.
– Wszyscy?
– Nie wszyscy, ale zawsze znajdziesz kogoś, kto zna.
– Dolejcie sobie mleka – odezwała się babcia, przestawiając filiżanki na stół.
– Tak, jeśli wiesz dokąd iść, do kogo się zwrócić, jakie archiwum przejrzeć – kontynuowałam rozmowę z Weroniką, jednocześnie przechylając nad filiżanką kartonik z mlekiem. – A ja nic nie wiem. Możesz coś podpowiedzieć? – Sięgnęłam po kostkę sernika i zaraz odkroiłam łyżeczką spory kawałek. – Mmm, pycha. Spróbuj, babciu.
– Przepis mojej mamy – pochwaliła się Weronika. – A co do tej sprawy, ja bym zaczęła od Instytutu Węgierskiego w Warszawie. Mówią po polsku, mają kontakty, mogą pomóc. Węgrzy mają temat powstania dość dokładnie zbadany, łącznie z listami uczestników i poległych. Jest całe muzeum, które się tym zajmuje. Może faktycznie trzeba będzie tam pojechać.
– A widzisz. I na tę ewentualność potrzebować będziemy przewodnika, prawda? – zwróciłam się do babci, która delektowała się sernikiem i słysząc pytanie, tylko skinęła głową. – Jeśli się zgodzisz.
Weronika nie odpowiedziała od razu.
– To byłoby dla mnie trudne – odrzekła po chwili. – Zastanowię się.
– Ale w czym problem? Że spotkasz swojego byłego?
– Że go spotkam, to pewne.
– Dlaczego? Nie musi o niczym wiedzieć.
– Dobrze, mówię, jak jest. – Weronika odsunęła talerzyk i popiła z filiżanki. – Ferenc jest dziennikarzem w ich telewizji. Taki temat na pewno by go zainteresował. Mógłby pomóc.
– Ale nie chcesz z nim rozmawiać.
– Czy nie wspominałam, że rozeszliśmy się z powodu jego rodziców? – Weronika popijała raz za razem. – A właściwie przez matkę, od której Ferenc jest uzależniony. Otóż gdyby ona się dowiedziała, że ja przyjechałam do Budapesztu i kontaktuję się z jej synem, nie wiem, co by zrobiła. Dlatego mówię, że się zastanowię. Daj mi trochę czasu.
– W porządku – zgodziłam się. – Nie spieszy nam się aż tak bardzo. Wpadłam na ten pomysł dziś, nagle, gdy cię zobaczyłam. Toteż z babcią wcześniej o tym nie rozmawiałyśmy. Na razie mamy parę innych zmartwień, o których nawet nie chce się mówić.
– Pewnie w związku z tym, o czym ci pisałam w mailach? No wiesz, jak byłaś w Kanadzie.
– Też, ale pojawiły się większe problemy. Jak to w życiu. – Dawałam jej do zrozumienia, że nie będę teraz o nich mówiła. – A co tam w Kornelinie? Wydarzyło się coś? – zapytałam po chwili.
Weronika uniosła wysoko ramiona.
– Chyba tylko to, że szosę nam pod nosem zaczęli budować. Żegnaj błogi, półwiejski spokoju, niestety.
– A jednak! – zauważyłam. – Znaczy, spieszą się.
– Pewnie mają jakiś fundusz europejski do wykorzystania. I nowe osiedle stawiać będą – dodała. – Zaraz przy drodze. Ludzie się dziwią, bo w razie powodzi Wisła może te domki podtopić. Ale chyba wiedzą, co robią?
– Już budują?
– Na razie przygotowują teren. Byłam tam z Zoltanem na spacerze. – Weronika zorientowała się, że zaczynają mówić o sprawach mało ważnych. – Wpadłam tylko na chwilę, pójdę już – oznajmiła i wstała od stołu. – Na pewno chcecie odpocząć po podróży, a ja tu wam czas zabieram.
– Nie przejmuj się – uspokoiłam ją. – Cieszę się, że pogadałyśmy.
– Proszę przekazać mamie, że sernik jest pyszny – dodała babcia.
– Dziękuję i do widzenia – odrzekła Weronika. – Zabiorę pudełko.
Kiedy wyszła, powiedziałam:
– Naprawdę dobrze, że wpadła. Mogłyśmy choć przez chwilę nie myśleć o tej strasznej sprawie z Paolem. Może faktycznie warto trochę odpocząć, zanim pójdę po jakieś zakupy?
Przeszłyśmy do stołowego, gdzie stały ciągle nie rozpakowane walizy. Odsunęłam zamek bocznej kieszeni jednej z nich i wyciągnęłam kopertę z płytą CD. Podeszłam do odtwarzacza, podłączyłam go do prądu, umieściłam płytę na talerzu i pozwoliłam, żeby zaczęło się odtwarzanie. Po chwili z głośników popłynęły pierwsze dźwięki. Ktoś delikatnie głaskał klawisze pianina, wydobywając z niego synkopowaną melodię. W tle słychać było kontrabas i z uczuciem wybijany rytm na perkusji. Babcia opadła na fotel.
– Co to jest? – zapytała zdumiona i zastygła w bezruchu ze złożonymi dłońmi. – To jak... To tak jakby...
– Tak, to wujek gra – oznajmiłam. – On i jego combo. Antoni Ludwig, babciu. Wrócił do domu. Do swojej Moreny.
Babcia zasłoniła oczy. Chwilę tak trwała, stojąc, po czym osunęła się na najbliższe krzesło i zaniosła się głośnym szlochem. Pierwszy raz ujrzałam ją płaczącą jak dziecko, bez żadnych zahamowań. Podeszłam do niej z boku i pochyliwszy się, mocno ją objęłam.
Rano jako pierwsza zjawiła się pod Moreną ekipa niejakiego Sebastiana, nieznanego mi z nazwiska, która wystawiała i zabezpieczała meble przed remontem.
– ...ooobry! – przywitał się sam szef w towarzystwie dwóch pracowników. – My dokończyć robotę, bo nieskończona. I dobrze, że panie są.
Niezachęcony, bezceremonialnie wszedł do sieni.
– Ale co tu jeszcze? – zdziwiłam się.
Byłam już ubrana, gotowa do wyjścia. Spieszyłam się do Otwocka. Zdążyłam nawet zadzwonić do swojego biura, żeby poinformować, że z ważnych powodów dojadę dziś później.
– Pokaż pani – zwrócił się Sebastian do swojego pracownika. – Ma być, jak było, nie? – Pracownik pokazał tablet. – Na tę okoliczność mamy zabezpieczoną pełną dokumentację. Chyba że panie sobie nie życzą, to proszę podpisać zgodę na piśmie.
– Raczej niezgodę – zauważyłam pod nosem.
– Proszę?
– Nie, oczywiście, pomoc bardzo się przyda. Przenieść dywany i chodniki, porozkładać, ale firany to chyba już we własnym zakresie?
– Wedle życzenia. W umowie mamy, żeby wszystko. To jak?
Babcia Irmina wyjrzała ze stołowego. Wracała właśnie z ogrodu.
– Panowie z firmy, chcą wieszać firany – poinformowałam ją. – I zasłony. I dywany rozłożyć.
– Ale firany? Niepoprane – zmartwiła się babcia. – Chyba że zrobimy inaczej. – Zastanawiała się przez moment. – Założymy stare?
– Nam obojętne – stwierdził Sebastian. – Klient chce, klient ma. Zleceniodawca płaci.
– To ja zostawiam panów z babcią, dogadajcie się sami, bo na mnie czas – oznajmiłam. Zabrałam torebkę i pożegnałam się. Przy drzwiach przystanęłam. – A dotychczasowej roboty gratuluję – powiedziałam. – Naprawdę, wszystko jest na swoim miejscu.
– To nasza dewiza, szanowna pani – oświadczył pracownik z tabletem, a Sebastian poklepał go po plecach.
– Tylko nie daj Boże, żeby ta wasza dokumentacja miała wpaść w ręce złodziei – postraszyłam ich, licząc w duchu, że zostaną wprawieni w zakłopotanie.
– Spokojna głowa – zapewnił Sebastian niespeszony. – Mamy to obcykane. W razie co, policja nas pierwszych by wzięła na przesłuchanie, czy nie? Dotąd nie było przypadku.
– To jak się zabezpieczacie?
– Zwyczajnie. Po dwóch tygodniach, jak nie ma reklamacji, kasujemy zdjęcia. Dokumentnie.
Rzuciłam krótkie spojrzenie na każdego z mężczyzn. Przybrali miny trójki niewiniątek.
– Do widzenia panom zatem – powiedziałam i szybko wyszłam z domu.
Dojazd kolejką do Otwocka trwał krócej niż przemarsz z domu na stację, zwłaszcza że wdziałam tego dnia buty na podwyższonym obcasie i o przyspieszonym kroku nie mogło być mowy. Podobnie w Otwocku – dojście ze stacji do powiatowej komendy kosztowało mnie kwadrans marszu. W tym kilka minut na rozglądanie się po terenie, byłam bowiem w tym miejscu po raz pierwszy. Korzystałam naturalnie z internetowego przewodnika.
Kiedy weszłam do budynku komendy, zostałam najpierw obrzucona badawczym spojrzeniem przez dyżurnego, próbującego zgadnąć, z kim ma do czynienia. Słysząc „ja do komisarza Makuły”, zapytał:
– A wezwanie jest?
– Nie, ja bez wezwania. Ale jestem umówiona – wyjaśniłam.
Po sprawdzeniu, że rzeczywiście jestem oczekiwana przez komisarza Makułę, dostałam przepustkę i przeszłam do wydziału dochodzeniowo-śledczego. Tam skierowano mnie do pokoiku, w którym ktoś już oczekiwał na rozmowę.
– Pan komisarz Makuła prosi, aby zechciała pani chwilę zaczekać, aż skończy przesłuchanie innej osoby – powiedziała do mnie dyżurna funkcjonariuszka.
Usiadłam na jednym z wolnych krzeseł, bokiem do czterdziestoletniego na oko mężczyzny, bardzo niespokojnego. Wykonywał mnóstwo drobnych ruchów, bezustannie kręcąc się na swoim krześle.
– Pani też w tej sprawie? – zapytał po krótkiej chwili.
– A pan w jakiej? – odrzekłam.
– No tego niby Włocha. – Pokręcił ze złością głową. – Było w gazecie. – Nie pozostało mi nic innego, jak milczeniem potwierdzić jego przypuszczenie. – To kobiety też naciągał? Makaroniarz jeb... o, przepraszam. Nosi mnie, że tak się dałem wrobić.
Czułam, że człowiek ma potrzebę opowiadania o sobie i swojej przygodzie, a czekanie na przesłuchanie jest dla niego udręką.
– Gdzie to się stało? – zapytałam neutralnie, bez emocji. – Znaczy, w pańskim przypadku.
– Gdzie? A, tutaj, pod marketem. Pod nosem policji, można powiedzieć. Bo ja jestem spod Otwocka, wie pani. Jak przeczytałem dziś w gazecie, że go mają, od razu przyjechałem. Niech i mnie zamkną za kupowanie towaru na lewo, ale jemu nie popuszczę, draniowi!
– Pocieszę pana, za to nie zamykają – poinformowałam go.
– To i lepiej – stwierdził nieznajomy. – Pani patrzy. – Wyciągnął z kieszeni mały kartonik. – Co tu napisane? Jakiś Franco Moreno, manager. Dalej nie rozumiem. Pani też tak się przedstawił? Że niby handlowiec, spieszy się na samolot, odlot z Okęcia ma za dwie godziny, pyta, czy na pewno zdąży. A, i jeszcze taki numer zakłada, że pyta: czy pan mówi po włosku? Ale po co pyta, jak mówi po polsku. Ja nie mówię, ledwie po rusku coś tam ze szkoły pamiętam. Zdrastwujcie i doswidania. No dobra, to ja do niego, że przez Most Siekierkowski jak nic zdąży, jeszcze takim samochodem, to na sto procent. Bo wóz miał po zbóju, niezły wypas. Zresztą, co ja gadam, musiała sama pani widzieć, jak i panią nabrał. To on wtedy, że ma taki kłopot, że mu zostały po wystawie jakieś piły, jakiś generator, wie pani, taki sprzęt. – Słysząc to, pokiwałam głową. – Pani też tak nawijał? No proszę. I też mówił, że musi to zostawić, bo na samolot nie wezmą? Stały numer. W gazecie tak pisali, tylko trochę niekonkretnie, pewnie specjalnie, żeby świrusów nie ściągać na policję. Bo pani wie, jak zapytają, jaki sprzęt oferował, a ktoś powie, że na przykład bosza, a nie hondę albo sztila, to już wiadomo, że zmyśla i tylko liczy na odszkodowanie, ewentualnie, no to won z takim.
Zwiesił głowę i zamilkł na chwilę.
– Chyba że naprawdę jednym oferował bosza, a innym hondę – podsunęłam mu myśl, żeby zachęcić go do dalszych zwierzeń.
– By mogło być – zgodził się tamten. – Ale mnie szwagier już wytłumaczył, że Chińczyki, jak chodzi o generatory prądu, najczęściej podrabiają Japończyków, a z Niemców to sztila. Bo pani na pewno wie, to co będę tłumaczył, że ten jego super sprzęt to podróby, tylko że człowiek od razu tego nie widzi, dopiero jak rozpakuje i próbuje uruchomić. A on może i Włoch, ale oszust, nie handlowiec. Ale tak: paszport pokazał, tylko przekartkował, do środka nie zaglądałem, fakturę dał, gwarancję też. No, normalnie zgłupiałem. Pani nie? Też, za przeproszeniem, panią wyrolował, bo pani tu siedzi. – W pewnym sensie mnie wyrolował, pomyślałam, delikatnie przytakując głową. – No widzi pani. Ale pani na tym się zna? Taka lala? Na sprzęcie znaczy.
– Nie bardzo – przyznałam.
– A widzi pani. A ja się znam, może nie super, tak w miarę, jak to facet, i też mnie wpuścił w maliny. Niby chciał to wszystko zostawić, bo mu się nie opłaca zabierać do Rzymu, tylko żeby mu jakąś część zapłacić, symbolicznie. No i...
Otworzyły się drzwi, stanął w nich komisarz Makuła w cywilnym ubraniu. Od razu skierował się do mnie:
– Już jestem wolny. Zapraszam – powiedział.
– Chwila! – zaprotestował nieznajomy. – Jakaś kolejność chyba obowiązuje? Pani przyszła później.
– A pan na wezwanie? – zapytał energicznie komisarz.
– Nie, skąd! Sam z siebie. Żeby złożyć zeznanie. Czytałem w gazecie naszej, że ten Makaroni...
– To musi pan poczekać. Ta pani była umówiona na godzinę.
– Chyba że tak. – Gość popatrzył na mnie podejrzliwie.
– Albo skieruję do pana któregoś z podoficerów – zdecydował komisarz. – Chodzi o co dokładnie?
– No o tego Włocha, jak i tej pani.
– A, a, a... – Makuła pogładził się po nosie. – Zaraz ktoś do pana przyjdzie.
Wprowadził mnie do sąsiedniego pokoju i wskazał krzesło. Sam usiadł po drugiej stronie biurka. Podniósł słuchawkę, wybrał numer i zerkając na mnie, polecił komuś spisanie zeznania mężczyzny z poczekalni.
– Taa – powiedział, odłożywszy słuchawkę. – Się porobiło, jak to mówią, co?
Ja w obcisłych czarnych spodniach, czerwonej bluzce, czarnej kusej kurteczce, z mocniejszym niż zwykle makijażem, szminką w kolorze bluzki i lakieru paznokci, słowem, odpicowana – jak sama o sobie z rana pomyślałam – wyglądałam atrakcyjnie i zdawałam sobie z tego sprawę. Nie sprawiałam przy tym wrażenia słodkiej idiotki, tylko raczej chłodnej, wyrachowanej mądrali.
– Mam kłopoty? – spytałam rzeczowo.
– Nie, no skąd! Nie pani w każdym razie.
– Mogę się z nim zobaczyć?
Makuła rozłożył bezradnie ręce.
– Dobro śledztwa. Pani jest prawniczką, nie muszę tego tłumaczyć.
– Chciałam tylko wiedzieć. Nie zależy mi na widzeniu.
– O, a to dlaczego? – zapytał komisarz, udając zaskoczenie.
– Nie mam mu nic do powiedzenia.
– To mi wygląda na demonstrację. – Makuła popatrzył na mnie spod brwi. – Tak mówią kobiety zawiedzione, oszukane, może zdradzone.
– Może naiwne – dorzuciłam do jego listy. – Ale, panie komisarzu, proszę łaskawie porzucić tanią psychologię. Z tym panem nic mnie nie łączy, w sensie emocjonalnym.
– Wcześniej odniosłem inne wrażenie – stwierdził policjant, niewzruszony szpilą, którą próbowałam mu wbić. Teraz bawił się długopisem, obracając go w palcach. – Bardzo pani zależało na wykazaniu, że jest niewinny.
– Nie tak, panie komisarzu. Twierdziłam w pana obecności, że nie jest sprawcą pożaru w gospodzie. To nie to samo. O oszustwach nie mówiliśmy.
Siedziałam sztywno, ściskając w dłoniach torebkę. Starałam się zapomnieć, że spotkaliśmy się z Makułą dwa razy niemal towarzysko, choć w sprawie służbowej, i być jak najbardziej oficjalna.
– A teraz? – Komisarz postukał długopisem o blat biurka. – Powtórzyłaby pani to samo?
– A pan? – zapytałam odważnie. – Powtórzyłby pan swoją sugestię, że ktoś z góry chce wpłynąć na wynik śledztwa?
– Ja coś takiego sugerowałem? – Zdumienie Makuły zdawało się nie mieć granic. – Widocznie coś palnąłem w ferworze dyskusji, a pani kompletnie źle mnie zrozumiała.
– Widocznie – mruknęłam i dodałam zdecydowanie: – Teraz to chyba nie ma najmniejszego znaczenia. Ma pan do mnie konkretne pytania?
– O, i teraz możemy przejść do adremu, jak to mówią. – O ile wcześniej wygibasy słowne Makuły mnie bawiły, teraz zaczynały irytować. – Kiedy widzieliście się ostatnio?
– Ostatnio? – Nie musiałam długo grzebać w pamięci, żeby to sobie przypomnieć. – Jakieś dwa tygodnie temu. Przyjechał niespodziewanie na Okęcie, żeby się z nami pożegnać. Pojawił się tuż przed naszym odlotem do Kanady – wypaliłam bez zastanowienia. – Widzieliśmy się krótką chwilę. – Komisarz nie wyglądał na zaskoczonego. Ściągnął wargi. Uchwyciłam jego niepewną minę. – Wie pan o tym, prawda? Niech pan przyzna.
Nie zaprzeczył ani nie potwierdził. Poczułam złość. Skoro wie, czemu pyta? Żeby zweryfikować moją prawdomówność? Od mojego wylotu widzieć się z Paolem przecież nie mogliśmy. Z lodowatą miną myślałam intensywnie, kto mu doniósł o spotkaniu na lotnisku. Ten dziennikarz, który pojawił się niespodziewanie i odwiózł nas z domu na lotnisko? Fotoreporter, który się przyczaił, żeby zrobić zdjęcie? Makuła coś wspominał, że prasa pomogła policji schwytać oszusta. Więc to tak! O to chodziło! Nie o żaden wywiad o Morenie. Chyba że jeszcze ktoś inny nas śledził, na przykład z policji.
– Poszukiwany był od dawna – oznajmił Makuła, teraz już innym tonem. – Nie mogliśmy go jednak długo namierzyć. Nie mieliśmy nawet jego zdjęcia, tylko portret pamięciowy sporządzony według zeznań jednej z jego ofiar. Na tej podstawie wytypowano osoby do obserwacji. Z tym że wie pani, Włochów, okazało się, mieszka w Polsce sporo, a policja nie ma tylu sił i środków, żeby uganiać się za takimi typami, jak ten, gdy dzieją się rzeczy naprawdę poważne, które trzeba ścigać z urzędu. To tak między nami. Dostałem tę sprawę, gdy gość pojawił się na naszym terenie. Pożar i całe to zamieszanie, rozumie pani. W sprawę wmieszała się prasa. Zaczęli prowadzić własne śledztwo, zbierać swoje materiały.
– Aha, i wtedy wpadł pan na pomysł, że jak wy nam dacie coś, to i my wam damy.
– Przecież jest pani inteligentną kobietą. Już raz to mówiłem, prawda?
– Nie pamiętam. Ale to miły komplement – Rzuciłam mu krótkie spojrzenie. – I tak, w wyniku śledztwa, rzekomy Franco Moreno został „ożeniony” z naszą willą Moreną. Skojarzenie nasuwało się samo.
Makuła pokiwał głową.
– Przypomni mi pani, jak nazywał się pierwszy mąż pani Irminy? Jeśli dobrze pamiętam imię starszej pani.
– Dobrze. Nazywał się Giulio Pavone. Po co to panu wiedzieć?
– Po to. – Wyciągnął rękę z wizytówką, którą miał przygotowaną na biurku. – Proszę spojrzeć na adres.
Była to taka sama wizytówka, jak ta, którą pokazał jej człowiek w poczekalni. Na środku nazwisko „Franco Moreno”, poniżej tytuł „manager”, z boku logotypy znanych marek, a w dolnym rogu rzymski adres. Nie mogłam uwierzyć. Stało tam jak byk: „via Pavoni”. Podniosłam wzrok. Makuła triumfował.
– Jeden zbieg okoliczności może się zdarzyć, choć też byłby zastanawiający – powiedział. – Ale dwa? I do tego włoski paszport na nazwisko Paolo Vecchi. Jakieś wątpliwości?
– Nie, żadnych – odrzekłam. – Nie rozumiem tylko, po co mu to wszystko? Mógł przecież wymyślić sobie tyle innych nazwisk i adresów, z niczym się nie kojarzących.
– A ja myślałem, że to pani coś mi powie, wyjaśni te zastanawiające podobieństwa. Sprawdziliśmy. W Rzymie naprawdę jest taka ulica, znaczy via Pavoni, ale podany numer nie istnieje. Nie ma też oczywiście firmy, dla której rzekomo ten Włoch pracuje.
Manewry Makuły coraz bardziej mnie irytowały. Wolałabym, żeby powiedział wprost, o co mu chodzi.
– Że go czymś pogrążę? O tym pan myślał? – wyrzuciłam z siebie. – Nawet gdybym chciała, ja nic nie wiem. Nie znam jego adresu, ani we Włoszech, ani w Polsce, nie kontaktuję się z nim telefonicznie ni mailowo, on dzwoni do mnie kiedy chce, a przeważnie nie chce, jeśli już dzwoni, w sumie chyba dwukrotnie, to za każdym razem z innego numeru. – Podczas tej wyliczanki odginałam z zaciśniętej dłoni kolejne palce. – Wcześniej brałam te zachowania za szczególne środki ostrożności, bo poszukiwaliście go w związku z pożarem i oskarżeniem Biernata, że to on podpalił, ale teraz sama już nie wiem. Postawiono mu w końcu jakiś zarzut?
– Jest z tym, niestety, problem. Dziś rano skontaktował się przez tę kobietę, z którą prawdopodobnie mieszka, ze swoim adwokatem. Jeśli nic konkretnego na niego nie będziemy mieli, bo to, co mamy, nie kwalifikuje się na tymczasowy areszt, prokurator nie podpisze nakazu, a nawet jak podpisze, to sąd oddali, wtedy najdalej pod wieczór go wypuścimy. Zna pani prawo. Nie ma rady. Nawet oskarżenia o podpalenie nie da się utrzymać bez konkretnych dowodów. A wtedy ptaszek frrruuu... i znowu szukaj wiatru w polu, jak to mówią.
– Przykro mi, tu akurat pana nie wesprę – przyznałam. – Nie wiem nic, co by pomogło go zatrzymać na dłużej. – Makuła na to nadął policzki, po czym rozchylił usta, gwałtownie wypuszczając powietrze niczym z balonu. Zapytałam: – Czy to znaczy, że mogę już iść?
– Niech pani idzie – powiedział. – Tylko przepustkę pani podpiszę. – Skrobnął zamaszyście podpis i oddał karteczkę. – Do widzenia.
Wstałam z krzesła.
– A protokół z przesłuchania? Nie muszę go podpisać?
Machnął ręką.
