Willa Morena 18: Jesienna burza - Zbigniew Zbikowski - ebook + audiobook

Willa Morena 18: Jesienna burza ebook

Zbigniew Zbikowski

4,7
9,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przeszłość, nawet ta najgłębiej skrywana, w końcu upomni się o swoje.

Willa Morena od lat kryje w swoich murach sekrety, które wpływają na życie jej mieszkanek. Zuzanna coraz śmielej sięga w przeszłość, a niespodziewany powrót kogoś, kto od dawna uchodził za zmarłego, staje się punktem zwrotnym uporczywego śledztwa. Nagle wszystkie zagadki zyskują jasne odpowiedzi... Czy właścicielki Moreny odnajdą w sobie siłę, by zmierzyć się z tym, co ukryte w przeszłości? I czy wyjaśnienie dawnych tajemnic oznacza upragniony koniec strachu o rodzinną posiadłość?

„Jesienna burza” to osiemnasty tom sagi przedstawiającej historię trzech mieszkanek starej willi Morena.

Willa Morena

Wielotomowa saga o trzech zupełnie różnych mieszkankach willi Morena. Prawie stuletni budynek przechowuje rodzinne tajemnice, a echo przeszłości rozbrzmiewa w drewnianych ścianach. Tymczasem ktoś próbuje odebrać majątek prawowitym właścicielkom.

Zbigniew Zbikowski, właśc. Żbikowski (ur. 1952) – polski powieściopisarz. Absolwent Uniwersytetu Opolskiego. Po studiach pracował krótko jako nauczyciel fizyki. Porzucił nauczanie i zajął się karierą dziennikarską. Publikował w kraju i zagranicą. W latach 2005-2012 był wykładowcą dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Jako powieściopisarz zadebiutował książką „Berlin Blue” w 2012 r. Trzy lata później, jego kolejna powieść „Transprussia” znalazła się w polskim finale Europejskiej Nagrody Literackiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 123

Oceny
4,7 (7 ocen)
5
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zbigniew Zbikowski

Willa Morena 18: Jesienna burza

Saga

Willa Morena 18: Jesienna burza

Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney

Copyright © 2020, 2025 Zbigniew Zbikowski i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727270029 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Rozdział 1 

Wystukanie na komputerowej klawiaturze prośby o rozwiązanie stosunku pracy i posłanie pliku na drukarkę stanowiło najprostszą rzecz pod słońcem. Natomiast pójście z wydrukowanym pismem do Ewy i wręczenie jej, tak po prostu, do akceptacji i podpisu, okazało się o niebo trudniejsze. Reakcji szefowej nie dało się bowiem przewidzieć. Mogła się obrazić, w złości natychmiast podpisać i przestać się do mnie odzywać. Mogła zacząć mnie wypytywać, a co, a jak, a dlaczego, mnie zaś na pełne otwarcie i szczerość nie było tymczasem stać. Mogła próbować przekupić mnie lepszymi warunkami na nowym stanowisku, podejrzewając, niesłusznie, że korzystam z okazji, by wytargować dla siebie więcej. Wreszcie mogła z furią podrzeć papier, wrzucić go do kosza i zapytać: masz do mnie dzisiaj coś jeszcze? Jak nie, to do widzenia. Każdy z tych scenariuszy przerażał mnie. Gdybym bowiem pokazała jej to pismo, stałoby się dla niej jasne, że skoro chcę się na własną prośbę zwolnić z agencji, na żadne służbowe przeniesienie do nowej pracy nie liczę. A skoro tak, ona zostaje z problemem zorganizowania nowej agencji sama bądź z osobami niekoniecznie przyjaznymi. Bo w końcu kogoś by jej na zastępcę wcisnęli, gdyby sama nikogo nie zaproponowała. Dlatego pismo z wypowiedzeniem, z powodu mojej nabytej lękliwości, niepozwalającej, by odważnie wejść do Ewy, nosiłam od tygodnia w torebce, myśląc o nim jak o źle zabezpieczonym granacie.

Zwłaszcza że po telefonie od wiceministra Mateusza Biernata rzecz stała się jeszcze bardziej skomplikowana.

Zadzwonił trzy dni po naszej wizycie u niego w ministerstwie. Zostawiałam im swój numer? Chyba nie. Ale co za problem go zdobyć? Żaden. Wielu znajomych jego znajomych miało do niego dostęp. Najpierw odezwała się wygadana sekretarka z informacją, że łączy z panem ministrem, po czym odezwał się on sam.

– Biernat – powiedział krótko na powitanie. Zaczął od tego, jak wielkie wrażenie wywarłam na nim swoją fachowością, merytorycznym podejściem do problemów, pragmatyzmem i czymś tam jeszcze, choć w krótkiej rozmowie, jaką odbyliśmy, tak naprawdę niewiele mógł się o mnie dowiedzieć. Potem przeszedł do rzeczy. – Zastanawialiśmy się tu w niewielkim gronie, wie pani, w kierownictwie, nad pewną sprawą. Chodzi o to, mówiąc wprost, żeby nie przedłużać, czy nie zechciałaby pani rozważyć przystąpienia, oczywiście gdy sprawa stanie się aktualna, do konkursu na prezesa agencji, o której powstaniu pani wiadomo.

Tym razem przekonałam się na własnym ciele, co znaczy „zdębieć”.

– Ale przecież... – Zamierzałam powiedzieć, że już od dawna jest ustalone, że to Ewa wygra ten konkurs, a ja zostanę mianowana jej zastępczynią. Nie pozwolił.

– Wiem, wiem! – przerwał mi. Widocznie nie chciał, żeby cokolwiek na ten temat głośno się mówiło. – Konkurs, gdy już zostanie ogłoszony, będzie miał naturalnie charakter otwarty i każdy, kto spełni warunki, będzie mógł zgłosić swoja kandydaturę. A pani, jak się orientuję, absolutnie mieści się w kryteriach. Tych ogólnych, wie pani, jeszcze nie sformułowanych w ogłoszeniu. Staż w instytucji rządowej, znajomość tematyki, no, tu bije pani wszystkich, poza tym kreatywność, umiejętność współpracy i te inne ogólniki, jak zawsze. Gdyby zaś okazało się... – Ściszył głos. – Po prostu, gdyby przyszły prezes musiał wykazać się wykształceniem prawniczym, grono pretendentów radykalnie by się skurczyło. Rozumie pani? – Zamiast zapewnić go, że tak, oczywiście, mruknęłam tylko „taa...”. – No, proszę się dobrze zastanowić, czas nas nie goni, konkurs to kwestia dwóch miesięcy minimum. Naturalnie to zagadnienie absolutnie poufne, wyłącznie między nami. Pozdrawiam i życzę powodzenia. – Rozłączył się, nim i ja go pozdrowiłam.

Co on mi właściwie powiedział między wierszami? Dał jednoznacznie do zrozumienia, że to mnie mogą zrobić tą prezeską, jeśli zechcę nią zostać, a Ewę wyślą na out, bo ona nie ma wykształcenia prawniczego, tylko jakieś tam, szczerze mówiąc, nawet nie wiedziałam co ona skończyła. Kiedy otrząsnęłam się z doznanego szoku, zaczęłam myśleć analitycznie. Czyli było tak: po naszej rozmowie wiceminister skontaktował się ze swoim dalekim kuzynem Januszem Biernatem z Kornelina, dowiedział się co i jak ze mną, z babcią i z willą Ludwigów, i obaj ustalili strategię działania. Uznali, że być może będę skłonna przehandlować Morenę na intratne stanowisko prezeski rządowej agencji. Bo taka prezeska to jednak coś więcej niż szefowa kuchni w kornelińskiej knajpie Biernatów, na którą swego czasu nie dałam się złapać. Wiceminister dogadał się następnie z wicepremierem i z kimś jeszcze, gdyż krąg zainteresowanych osób na pewno jest większy niż ci dwaj, i postawili na mnie.

To nie wszystko. Nabrałam też przekonania, że na górze rozpoczęła się walka dwóch frakcji o przejęcie kontroli nad agencją, której projekt nie wszedł jeszcze nawet na ścieżkę legislacyjną. Jedna z nich, ta związana z Ekoreno, chciałaby wsadzić mnie jako swoją marionetkę na stanowisko wiceprezeski, a druga podbija stawkę, kusząc prezesurą.

Niedoczekanie ich. Jednych i drugich.

I to zobowiązanie do dyskrecji! Jeśli ją zachowam, okażę się nielojalna wobec Ewy i całej jej grupy wsparcia, z Filipem włącznie, co i tak kiedyś by wyszło na jaw i skazałoby mnie bezapelacyjnie na pożarcie przez Biernatów. Jeśli ujawnię „poufne zagadnienie”, a Biernat musiał się z tym liczyć, że wszystko wygadam, pewnie nawet stawiał na to, stanę się dla ludzi z Ekoreno niegodna zaufania i na wszelki wypadek skreślą mnie, co dla wiceministra byłoby bardzo na rękę, bo znowu miałby mnie w garści. Uczestniczenie w tej ich grze coraz wyraźniej wyglądało mi na pułapkę bez wyjścia.

Należało porozmawiać o tym wszystkim, ale ostrożnie, z Pysiem. Tak, żeby się nie wysypać przed nim całkowicie, jednak na tyle odkryć, by zdołał swoim cynicznym umysłem ogarnąć sytuację i coś poradzić. Mimo że tę jego poradę już jakbym słyszała: Dziewczyno, nie pakuj się w to absolutnie, wykorzystają cię i porzucą przy najbliższej okazji. Co innego jednak przeczuwać, a co innego usłyszeć.

Ponieważ nie mogliśmy już zwyczajnie, jak do niedawna, w przerwie na lunch udać się z Pysiem do Włocha na spaghetti po bolońsku ani do Chińczyka na potrawę w siedmiu smakach, żeby przegadać temat, umówiłam się z nim po pracy w ich, to znaczy jego i Gabrysi, mieszkaniu. Czyli jednak Gabrysi. A może po prostu jej ojca, który je podarował córce. Nie zdziwiłabym się ani trochę, gdyby się okazało, że pełne przekazanie mieszkania Gabrieli Gogołek-Pysznej i Marcinowi Pysznemu Jerzy Gogołek uzależnił od obdarzenia go dziedzicem.

– Fantastycznie – skomentował Pysio moją chęć odwiedzenia go w jego domostwie. – Gabi będzie zachwycona. Ma ci coś ważnego do powiedzenia.

– O Berezyńskim? – zapytałam z głupia frant, żeby nie poznał, że ich sekret jest mi już znany.

– Przekonasz się, jak przyjedziesz – odparł. – Adres znasz? – Nie znałam.

Chodziło o Złotą, bloki na granicy Śródmieścia i Woli, czyli całkiem niedaleko od siedziby naszej agencji. Ponieważ znowu przyjechałam do pracy samochodem, a przebijanie się przez ulice w godzinach szczytu zabierało trochę czasu, opuściłam nasze biuro nieco wcześniej niż zwykle. Nawet nie musiałam o to prosić Ewy, po prostu poinformowałam sekretarkę, że dziś już mnie nie będzie, i wyszłam. Agencja pracowała jedynie na oparach, tylko jedna Aga dostała niespodziewanie na koniec jakąś analizę do opracowania, nawet dość poważną, jak mi oznajmiła ze zdziwieniem. Nie powiedziałam jej, że jadę do mieszkania jej przyrodniej siostry i szwagra, zresztą, kiedy wychodziłam, siedziała w archiwum, nie dała więc mi szansy.

Niespodziewanie, jak to w Warszawie, gdzie nigdy nie wiesz, w którym miejscu i kiedy należy spodziewać się większych korków, a kiedy nagłego rozluźnienia, popołudniowy ruch na jakiś czas osłabł i pod domem, w którym mieszkali państwo Pyszni, znalazłam się kwadrans wcześniej, niż zamierzałam. Oczywiście wolnego miejsca do zaparkowania samochodu nigdzie w pobliżu nie dało się znaleźć. Stanęłam więc nieprzepisowo, czekając chwilę w nadziei, że może ktoś akurat zechce odjechać. I gdy tak obserwowałam ruch, nagle dostrzegłam coś intrygującego. Do jednego z samochodów podszedł nie kto inny, jak Jerzy Gogołek. Dopiero wtedy i samochód, i jego samego rozpoznałam. Widać odwiedzał córkę, a ze mną spotkać się nie chciał, albo po prostu miał coś pilniejszego do załatwienia. Pomyślałam, że to szkoda, bo miałabym okazję zapytać go w cztery oczy, czy ta propozycja pracy dla niego jest aktualna, bo sytuacja się nieco skomplikowała. Nim jednak zdążyłam dać jakikolwiek znak, wyjść, podejść, on błyskawicznie wsiadł do wozu i natychmiast włączył się do ruchu.

Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Zew przygody? Żyłka detektywistyczna? Babska intuicja niepoparta żadną logiką? Dość że zamiast wcisnąć się w zwolnione miejsce przy chodniku, ruszyłam za nim. W zwolniony prostokąt zresztą wślizgnął się tyłem natychmiast ktoś, kto czyhał z przeciwnej strony i był ode mnie zdecydowanie szybszy. Jadąc za Gogołkiem, mówiłam do siebie „Głupia, co robisz!”, nie był to jednak dla mego drugiego ja argument dostatecznie mocny, by porzucić durny pomysł i skruszona powrócić na Złotą. Ciekawa byłam, dokąd jedzie. Może dowiem się, gdzie mieszka, albo gdzie ma swoje biuro? Do niczego ta wiedza nie była mi potrzebna, tym bardziej więc cała zabawa stawała się absurdalna. Nie przestawałam jednak go śledzić. Nawet kiedy wyrwał mi się spod obserwacji w chwili, gdy ja musiałam zatrzymać się na czerwonym świetle, a on na końcówce żółtego pojechał dalej, nie straciłam jego dużego wozu z oczu i w końcu dopędziłam go na na przecięciu Alei Jerozolimskich z Kruczą. Za skrzyżowaniem skręcił ostrożnie w Bracką i dojechał do Placu Trzech Krzyży, tam zaś zjechał przy Sheratonie na parking w pobliżu Sejmu.

Okej, dosyć, powiedziałam sobie, to się dobrze nie skończy, zaraz pewnie zadzwoni Pysio z pytaniem, co się ze mną dzieje. Gdy Gogołek skręcił w lewo, ja wrzuciłam prawy migacz z zamiarem wykręcenia na parkingu i powrotu na Wiejską. Kiedy jednak rzuciłam odruchowo okiem w lewo, by się upewnić, czy nic stamtąd nie nadjeżdża, dostrzegłam stojący w głębi parkingu dobrze mi znany wóz z zaciemnianymi szybami, należący do Nika. Na moment kierownica wypadła mi z rąk, co miało ten skutek, że mój peugeocik zachwiał się niepewnie na jezdni, a kierowca jadący z naprzeciwka włączył sygnał dźwiękowy. Od otarcia się bokiem dzieliły nas dosłownie centymetry. Tego tylko mi brakowało! Dekonspiracja oznaczała kompromitację. I tak nie miałam pewności, czy nie zostałam dostrzeżona przez Gogołka w lusterku i rozpoznana. Pocieszyłam się, że mojego samochodu jeszcze nie kojarzy z moją osobą i tym razem mi się upiecze. Ale dość, dość! – powiedziałam sobie. Pojechałam jak najdalej w prawo, aż pod tyły Sejmu i zawróciłam, Niestety, nie dało się wyjechać z parkingu inaczej, jak przejeżdżając w pobliżu samochodu Gogołka. No i zobaczyłam, że on i Niko zaparkowali obok siebie i w najlepsze z sobą rozmawiają. Nie patrzyli w moją stronę, mogłam więc przyhamować na zakręcie i przez kilkanaście sekund obserwować tę scenę. A więc ujrzeć, jak Niko unosi tył swojego lexusa i wyjmuje z bagażnika spory, płaski, prostokątny przedmiot zapakowany w papier bądź folię. Wrzuciłam bieg i oszołomiona odjechałam kilkadziesiąt metrów, żeby zniknąć im z pola widzenia. Tam, mimo znaku zakazu, zatrzymałam się dwoma kołami na chodniku. Musiałam ochłonąć. Wytężając wyobraźnię, zobaczyłam to, czego widzieć w rzeczywistości nie zdołałam – że Niko przekazuje Gogołkowi kopię drugiego obrazu Berezyńskiego wiszącego przez lata w naszym pokoju stołowym, a teraz ukrytego w Gogołkowym sejfie.

Co to miało znaczyć? Panowie najwyraźniej dobrze się znali, o czym w Morenie nikt nie miał zielonego pojęcia.

Wybrałam numer Pysia i przeprosiłam, że trochę się spóźnię.

– Bo wiesz, dzieje się – rzuciłam zagadkowo.

– Wyobrażam sobie – odrzekł i dodał, że czekają.

Dotarłam pod ich blok w dziesięć minut. O dziwo, jak w cudownym scenariuszu, tym razem znalazło się miejsce do parkowania.

Pysio otworzył. Gabriela czekała uśmiechnięta w głębi przedpokoju. Kiedy weszłam, niemal podbiegła i uściskała się ze mną, jakbym była jej lata niewidzianą ukochaną siostrzyczką.

– Zuzi, jak się cieszę! – powiedziała podekscytowana. – Wejdź, proszę. – Kiedy zrzuciłam kurtkę i przeszłam do dużego pokoju, dodała: – Otworzylibyśmy szampana, ale obie nie powinnyśmy. Ty, bo prowadzisz, a ja... – Emocjonalne ciśnienie nie pozwalało jej dłużej dusić tego w sobie. Stanęła naprzeciw mnie, oczy jej błyszczały. – Wyobraź sobie, jestem w ciąży! – zawołała. – Jesteśmy – poprawiła się zaraz i zerknęła na męża.

Był to jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu. Żeby nie wkopać Agi i nie zepsuć Gabrieli przyjemności, musiałam odegrać scenę, z której powinno bić kompletne zaskoczenie i niewysłowiona radość. Fakt, ich szczęście cieszyło mnie autentycznie, ale zaskoczenia nie było.

– Naprawdę? – zawołałam i otworzyłam ramiona, żeby raz jeszcze ją uściskać, a przy okazji ukryć oczy. – Ależ to wspaniała wiadomość, gratuluję! – Przyszłemu ojcu także – dorzuciłam, kiedy już mnie puściła. – Cieszę się razem z wami. Od dawna?

– Dopiero parę tygodni, drugi miesiąc, ale gdy okres mi się spóźnił, od razu pobiegłam do lekarza. I proszę, jest! – Nie poznawałam jej. To ta sama skupiona, nawet chłodna Gabrysia, jaką pamiętałam, czy może jakaś podróba? Nawet jej policzki, zwykle pociągłe, wręcz wychudzone, zaokrągliły się nieco i zaróżowiły. – Od razu przestałam palić – dodała. – Ale nie wiem, jak długo wytrzymam.

– Wytrzymasz – orzekłam. – Czego jak czego, ale uporu w dążeniu do celu nie można ci odmówić.

– Myślisz? – odrzekła zadowolona. – To ja przygotuję coś do przekąszenia, bo pewnie jesteś głodna, a wy sobie pogadajcie – rzekła Gabi, doskonale wyczuwająca cel mojej wizyty. Może po prostu Pysio ją uprzedził, że przychodzę z problemem.

Rozejrzałam się po pokoju. Urządzony był gustownie, jak salon osoby obcującej na co dzień ze sztuką, ale zabudowany zwyczajnie, typowymi meblami z Ikei, jakby to był lokal chwilowy, a nie na całe życie. Mieszkanie, jak i całe to ich blokowisko, pochodziło z czasów, kiedy nie łączono jeszcze salonu z częścią kuchenną.

– To teraz wiele w waszym życiu się zmieni – rzuciłam na początek luźną uwagę. – Teść jest pewnie zachwycony. – Zabrzmiało to dość cierpko, zaraz więc dodałam: – O was oczywiście nie mówię, bo to naturalne. Takie wydarzenie! – Obserwował mnie uważnie, jakby chcąc się przekonać, czy nie kpię w jego stylu. – Serio mówię.

– Zmieni się wszystko – oznajmił, kładąc nacisk na ostatnie słowo. – A Jerzy oczywiście zachwycony. No więc z czym przychodzisz?

– Odwiedza was teraz pewnie częściej?

– Ustalmy fakty. Mówimy o sensacji sprzed tygodnia. Za mało czasu upłynęło, żeby zmieniły się obyczaje. Ale fakt, Jerzy bywa teraz u nas codziennie.

– Przyjdzie może? – zapytałam, błagając wzrokiem, by mi wybaczył moja hipokryzję.

– Dziś już był. Wyszedł przed twoim przyjazdem, bo ma coś ważnego do załatwienia.

– Może ma odebrać kopię Berezyńskiego? – zaryzykowałam.

– A wiesz, że tak może być? – Pysio uniósł palec wskazujący. – Wychodząc, powiedział, że Zuzanna nie może dłużej czekać. Znasz go, zawsze mówi tylko pół zdania, a mnie nie zawsze chce się dopytywać o drugą połowę, bo to bywa męczące. Teraz też nie dopytałem, ale pewnie masz rację. Nie o to jednak chciałaś zapytać, jak sądzę.

– I dalej nie wiesz, kto maluje te kopie?

– Nie. Od soboty nic się nie zmieniło. A ty coś wiesz?

Potrząsnęłam przecząco głową.

– Wyobraź sobie – powiedziałam, zmieniając temat – że agencja wspierania i czegoś tam jeszcze, co to wiesz, znalazła się w ognisku zainteresowania nowej grupy ze szczytów władzy. Obok tej związanej z Ekoreno.

– A, tu cię boli! To ty wyobraź sobie, że nie jestem zaskoczony. Nic nie wiem, ale zaskoczenia zero. Są frukty do wyciągnięcia, zlatują się chętni. O co chodzi?

– Znasz wiceministra Mariusza Biernata? Od środowiska. W zasadzie podsekretarza stanu, ale w randze wiceministra. Wiesz, facet od roboty, a nie z nadania politycznego. Możesz nie znać, bo wprowadził się tydzień temu, a ty miałeś w tym czasie inne sprawy na głowie.

– Nie mów. Z tych Biernatów, których mam na myśli?

– Otóż to. Jak się okazuje.

– Pff. No i co?

– Ma być ministerialną czapą nad tą agencją. Facet znikąd. Deus ex machina.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.