9,99 zł
Pewne sprawy, by wyjść na światło dzienne, potrzebują latami pozostawać w cieniu.
Podczas gdy Wioleta po raz pierwszy zostaje sama w murach starej willi Morena, Zuzanna wyrusza w podróż z Irminą i Weroniką. Ich celem jest Budapeszt, w którym liczą że odnajdą klucz do rodzinnej tajemnicy. Dlaczego Giulio, pierwszy mąż Irminy, zniknął pewnego razu bez śladu? Krok po kroku kobiety starają się rozwikłać zagadkę, która od dawna krąży w cieniu Moreny. Czy wytropienie śladów przeszłości pozwoli wreszcie odkryć pełną prawdę o willi? A może przyniesie odpowiedzi, których Ludwiżanki wolałyby nigdy nie usłyszeć?
„Zbłąkana kula” to siedemnasty tom sagi przedstawiającej historię trzech mieszkanek starej willi Morena.
Willa Morena
Wielotomowa saga o trzech zupełnie różnych mieszkankach willi Morena. Prawie stuletni budynek przechowuje rodzinne tajemnice, a echo przeszłości rozbrzmiewa w drewnianych ścianach. Tymczasem ktoś próbuje odebrać majątek prawowitym właścicielkom.
Zbigniew Zbikowski, właśc. Żbikowski (ur. 1952) – polski powieściopisarz. Absolwent Uniwersytetu Opolskiego. Po studiach pracował krótko jako nauczyciel fizyki. Porzucił nauczanie i zajął się karierą dziennikarską. Publikował w kraju i zagranicą. W latach 2005-2012 był wykładowcą dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Jako powieściopisarz zadebiutował książką „Berlin Blue” w 2012 r. Trzy lata później, jego kolejna powieść „Transprussia” znalazła się w polskim finale Europejskiej Nagrody Literackiej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 117
Zbigniew Zbikowski
Saga
Willa Morena 17: Zbłąkana kula
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2020, 2025 Zbigniew Zbikowski i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727270036
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Wioleta zbiegła po schodach, wsparła się rękoma o framugę drzwi pokoju stołowego i w tej pozycji zawisła na moment.
– Artur was podwiezie – powiedziała.
Właśnie pakowałyśmy z babcią Irminą swoje walizki. Nie powiem, zaskoczyła nas.
– Rozmawiałaś z nim? – zapytałam. Niepotrzebnie. W przeciwnym razie skąd by wiedział, kiedy wyjeżdżamy?
– Nie – odparła Wiola. – Gadałam przez komórkę z Oksaną. Wreszcie dziś odebrała. Powiedziałam jej co i jak, że zostaję na parę dni sama w Morenie, no i jakoś tak wyszło. Ona wygadała to Nikowi, a Niko kazał Arturowi przyszykować na wieczór samochód. No i tak. Dzwoniła przed chwilą i mówi, że podwiezie.
Przerwałyśmy pakowanie. Dżentelmen, zanim zdecyduje się udzielić damom pomocy, powinien raczej najpierw dowiedzieć się, czy ta pomoc w ogóle jest potrzebna. Niko wyglądał na dżentelmena, widać jednak lubił zarządzać bez pytania o cokolwiek.
– Ale że na stację? – zdziwiła się babcia. – Przecież to kawałek. Wzięłybyśmy sobie taksówkę.
– Nie wiem, nie znam się – odrzekła Wioleta, odrywając dłonie od framugi. – Ja tylko przekazuję. – Nie bardzo jej dowierzałam. Na pewno sama zainicjowała tę akcję. – Zuzi, powiesz o tym Weronice?
– Powiem, oczywiście, ale...
– Ale że co? – Wioleta weszła mi w słowo, jakby wiedziała, o co chcę zapytać i postanowiła nie dopuścić mnie do głosu. – Grzeczność sąsiedzka po prostu i tyle.
– W sumie miłe – stwierdziłam, porzucając dociekliwość. Już byłam przekonana, że to jej inicjatywa. – Ten Artur wie, o której godzinie tak w ogóle podjechać, żeby zdążyć?
– Spoko, oni wszystko wiedzą. To straszne jest i przerażające. Nawet ja nie mam pojęcia, o której wyjeżdżacie, a oni, owszem, wiedzą. Niczym ich nie zaskoczysz. Pomóc może w czymś?
– Na razie pilnuj pieca – odrzekłam. – Żeby ci nie zgasło. – Nowy piec działał tak, że nie miał prawa wygasnąć, lecz pomoc przy pakowaniu walizek nie była nam potrzebna. W końcu to wyjazd tylko na cztery dni.
– Ale w czym rzecz? – spytała Wiola. – Piec sam się ładuje, sam kontroluje. Zrobiłam wszystko, jak mi pokazywałaś. Zimno chyba nie jest.
– No nie jest – potwierdziłam zrezygnowana. Po jednej lekcji obsługi Wioleta uznała, że wszystko już wie i dalsze doskonalenie zawodowe nie ma sensu. Naszła mnie obawa, że jeśli taką postawę prezentować będzie co dzień w zakładzie pana Rysia, szybko wymarzoną fryzjerką nie zostanie. Jeśli w ogóle zostanie. – A jak tam fryzjerskie cięcie? Ćwiczysz?
– Trochę – odrzekła bez przekonania. – Mistrz kazał mi na przyszłość bardziej się przyłożyć. Ale, wiesz, jak było. I mistrz też wie. Kiedy niby miałam trenować? Dlatego na razie odpuścił. Kazał się przyglądać, jak oni strzygą, i sprzątać.
Tego dnia Wioleta po raz pierwszy od nieszczęśliwego zdarzenia z nożyczkami poszła do pracy. Wróciła tuż przed moim powrotem z Warszawy, lecz nie miałyśmy czasu, nawet w trakcie późnego obiadu, porozmawiać o tym, jak jej poszło. Poza rytualnym: I jak tam w robocie? W porzo.
– A z umową co? – zapytałam, przerywając na chwilę układanie czterech bluzek w walizce. Babcia przysiadła na kanapie. – Miała być na dziś przygotowana. Coś tam przecież obiecał.
– No właśnie, nie bardzo była. Mistrz mówi, żeby na razie uzbroić się w cierpliwość. Że jeszcze coś tam musi uzgodnić czy skonsultować. Jutro albo pojutrze. Tak powiedział.
– Nie podoba mi się to – oznajmiłam. – Jutro powie, że jutro już na pewno, a w środę nas nie będzie na miejscu i nikt ci nie pomoże. Oj, żeby ten Rysiu nie stracił w nas klientek.
– A co mu zrobisz? – rzuciła retorycznie Wioleta i usiadła obok babci. – Postraszysz?
– Na przykład – rzekłam twardo.
– To jej wcale nie zatrudni – stwierdziła babcia.
– A taki był sympatyczny – powiedziałam z przekąsem, zła, że niepotrzebnie obdarzyłam go nadmiernym zaufaniem. W końcu to ja sprawiłam, że zgodził się przyjąć Wiolę na staż. – Taki uczynny. Kwiaty nawet przyniósł.
– Oj, nie przekreślaj go jeszcze. – Babcia niespodziewanie wzięła pana Rysia w obronę. – Może ma jakieś kłopoty? Poczekamy, zobaczymy.
– Nie przekreślam go. Daję mu czas do naszego powrotu z Budapesztu. Chyba że wcześniej zrobi tak, jak tu obiecał, i zgłosi Wiolę do ubezpieczeń społecznych – oznajmiłam buńczucznie i wróciłam do pakowania wyciągniętej z szafy fury rzeczy, jakbyśmy miały zabawić w stolicy Węgier przynajmniej miesiąc. – Pogoda niepewna, w sumie nie wiadomo, co zabrać – rzekłam, usiłując po czterech bluzkach wcisnąć do wypełnionej po brzegi walizki na kółkach jeszcze gruby sweter.
Wioleta zamilkła. Siedząc, obgryzała paznokcie. Zerkałam na nią podejrzliwie, ona to zauważyła.
– Dobra, powiem wam – oznajmiła po chwili i wytarła paznokcie w spodnie. – Kłopoty to on może dopiero mieć. Rysiu znaczy. – Nie musiałyśmy z babcią zadawać dodatkowego pytania o rodzaj tych kłopotów, bo było ono wypisane na naszych twarzach. – Jak Artur się dowie – zakończyła Wiola i zaraz zastrzegła: – Ale ja sama niczego mu nie powiem, nie będę kapusiem.
– A coś tak jaśniej? – poprosiłam, bo poczułam kosmiczną pustkę w umyśle.
– No bo tak. – Wioleta ożywiła się. – Kiedy byłam pierwszy raz w willi Nika, wiecie, jak mnie Artur sprowadził tam przemocą, i gadaliśmy z nim o różnych rzeczach, znaczy on mnie wypytywał, a ja odpowiadałam, powiedziałam mu chyba, ale dobrze nie pamiętam, że bym chciała zostać fryzjerką i że mam zaklepane u pana Rysia, że będzie mnie szkolił. – Próbowała sobie to przypomnieć, aż nagle stuknęła się w czoło. – Tak, na pewno powiedziałam! Bo Niko zaraz oświadczył, to pamiętam, że fryzjerką zostanę tak czy inaczej, jak naprawdę zechcę, czyli że musiałam mu wspomnieć, że chcę. I teraz słuchajcie. Tego dnia, co miałam być pierwszy raz w pracy, ale w sumie nie byłam, bo Niko mnie wysłał do domu, wiecie, do matki i ojczyma, jeszcze zanim ja przyszłam do mistrza prosić o zwolnienie na jeden dzień, odwiedził go Artur. I po tych odwiedzinach pan Rysiu był taki, że ojej, do rany przyłóż. Szedł mi na rękę w każdej sprawie. Ja wiem, Zuzi, że to ty mi załatwiłaś to wejście i w ogóle, co będziemy się czarować, jestem ci bardzo wdzięczna, gdyby nie ty, mistrz wcale by ze mną nie gadał. Ale wiecie, jak taki Artur poprosi, dodatkowo oczywiście, to pan Rysiu ma o czym myśleć, no nie? – Słuchałyśmy jej z rosnącą uwagą, ciekawe, co też jeszcze usłyszymy. – Co się dziwić. Gdybym na jego miejscu miała z jednej strony prawniczkę, co w razie czego zaprowadzić go może przed sąd, a z drugiej takiego osiłka, co to, wiecie. – Podniosła ramiona i napięła wątłe mięśnie. – To ja wtedy też bym się mocno zastanawiała, co zrobić, żeby nie walnąć jakiejś głupoty. Tylko, powtarzam, ja skarżyć na niego do Artura nie będę. To nie w moim charakterze.
– Ja też nie – oznajmiłam. – Ani babcia, jak sądzę – dodałam, a babcia tylko potwierdziła. Zapewnienia Wiolety, że nie nakabluje na swojego szefa, rozbawiły mnie. – Czyli pan Rysiu może spokojnie robić, co chce – podsumowałam. – Może cię nie ubezpieczyć, może wcale nie dać umowy, nikt nic mu nie zrobi. – Wiola ściągnęła w grymasie jedną stronę ust. – Ale nie przejmuj się, ci dwaj i tak wszystkiego się dowiedzą – pocieszyłam ją. – Sama nas zapewniałaś, że zawsze wszystko wiedzą. Twoje słowa.
– No tak – przyznała Wiola uspokojona. – Niko wszędzie ma swoje wtyki. A jak nie wtyki, to kamery, mikrofony, pluskwy, czort wie, co jeszcze. – Wzruszyła ramieniem. – I ja nie wiem, z czego on żyje i czym się zajmuje. Bo z tego szpiegowania wszystkich dookoła to kasy raczej nie ma.
– Mówił, z czego – przypomniałam. – Dorobił się na handlu sztuką. A dokładniej obrazami. Tak zrozumiałam. Jego malunków nie kupowali, to zaczął obracać cudzymi.
– Ciekawe, czyimi – zastanowiła się babcia. – Może Berezyńskiego? Nazwisko ma odpowiednie.
– A wiesz, babciu, że tak mogło być? – Targnęło mną jakieś przeczucie, bez cienia dowodu. – Ktoś przecież tego Juliana musiał odkryć i wypromować. To jest normalny biznes, tylko ja się na tym nie znam za bardzo. Gabrysia powinna wiedzieć, jej ojciec tym bardziej. By trzeba zapytać.
– Mam nadzieję, że nie dziś – powiedziała babcia, układająca w walizce ostatnią bluzkę. – Liczę, że tam, w tym hostelu, dostaniemy jakieś żelazko, bo w pociągu wszystko się pogniecie i jak ja będe wyglądać.
– To ja lecę na razie – oznajmiła Wioleta i wstała. – Jak by co, jestem u siebie. Wystarczy zawołać. – Wyszła i zaraz cicho zaskrzypiały schody.
Miałam wrażenie, że czuje się w Morenie już całkiem swobodnie. Po wizycie w willi Nika stała się po prostu jedną z nas. Gdzieś uleciało często widoczne u niej skrępowanie, zaniepokojenie, niepewność i kompleks innego pochodzenia. Nie była już wrzuconą do morza szyszką poruszającą się tak, jak jej nakazywały fale, samotną i bez uwięzi, targaną tu i tam. Teraz miała za sobą potężnych protektorów, działających niczym kotwice i falochrony. Stała się kimś.
– W sumie to i ja udam się na spoczynek – stwierdziłam, szarpiąc się z zamkiem błyskawicznym walizki. Musiałam dopchnąć wieko kolanem, żeby dał się zasunąć. – Po co my się już dziś pakujemy właściwie? Jutro też byśmy zdążyły – rzuciłam już przy wyjściu. – Mam przecież urlop.
– No, no, nie zaszkodzi – powiedziała babcia. – Ja tam wolę mieć wszystko przygotowane zawczasu.
– Jeśli to cecha Ludwigów, to ja chyba ją zgubiłam, albo raczej nigdy jej nie posiadałam – zauważyłam samokrytycznie. – Zwykle nie odkładam nic na ostatnią chwilę, jak kiedyś moja mama, ale specjalnie zapobiegliwa też nie jestem, taka, żeby aż zawczasu coś robić – oznajmiłam. Bo to prawda. Po co robić coś z wyprzedzeniem, kiedy wystarczy zrobić na czas?
– Twój dziadek taki był – rzekła babcia. Już miałam udać się na schody śladem Wiolety, gdy na dźwięk słowa „dziadek” przystanęłam. – Giulio oczywiście, nie ten drugi, ojciec twojego ojca, którego nie znałam. Giulio nigdy nie zjawiał się przed czasem, niczego nie robił na zapas, nie planował niczego z wyprzedzeniem, lubił wchodzić na peron razem z wjeżdżającym na stację pociągiem, a do tramwaju wskakiwał, gdy ten ruszał. Mój Boże! – Zadumała się na moment, ja dalej stałam bez ruchu. – Tyle razy próbowałam wyobrazić sobie, jak zginął. Później zaprzestałam, ale ciągnęło się to za mną długo. I myślałam niejeden raz, że przez tę jego nieostrożność, niefrasobliwość, przez taką, jak ja to nazywałam, akuratność, działanie wtedy, kiedy trzeba, ale bez solidnego przygotowania, mogła go trafić jakaś zbłąkana kula, jakiś pocisk, który wystrzelony został, bo miał zostać wystrzelony w tym samym czasie, lecz bez specjalnego celu. Jak mówiła moja mama, żeby dodać mi otuchy po tym, jak przyszła ta straszna wiadomość, że Giulio nie żyje: tak widać miało być i człowiek jest tu bezsilny.
– Czy ja wiem? – rzuciłam sceptycznie. – Gdyby tak rzeczywiście było, wtedy naprawdę nie warto o nic się starać. – Ponownie rozbrzmiała we mnie nuta polemiczna. – Bo w sposób ten czy inny i tak stanie się to, co stać się miało. I nikt niczemu nie będzie winien, nie da się wskazać winnego. Los, fatum, koniec.
– I po co wtedy sąd, chcesz powiedzieć? I kodeks, i kara? – Babcia zawtórowała mi na nutę filozoficzną. – Usiądź jeszcze na moment, moja prawniczko. – Przysiadłam na najbliższym krześle. Zanosiło się na małe pouczenie. – Nas na studiach uczyli etyki marksistowskiej. Materializmu, determinizmu i takich tam mądrości. Dawno i w większości nieprawda, jak to się mówi. Ja ci dam przykład z chemii, bo na tym znam się lepiej i jest to wiedza ponadczasowa. Załóżmy, że chcesz wyprodukować jakiś związek iks. – Spostrzegła popłoch w moich oczach, bo dodała na uspokojenie: – Dobrze, dobrze, nie będzie prosto i zrozumiale. No więc związek iks. Substancję jakąś, nieważne, dajmy na to, że azotan taki czy siaki, potrzebny w rolnictwie. Możesz to zrobić na kilka sposobów: łatwiej, trudniej, taniej, drożej, choć wynik jest z góry określony. Musisz jednak któryś z tych sposobów wybrać. I tu tkwi sedno, w twoich wyborach. Pół biedy, gdy chodzi o technologię, jak w moim przykładzie, wtedy kierujesz się prostym rachunkiem zysków, strat i możliwości technicznych. A gdy będzie szło o wybory moralne? O dobro i zło? – Babcia przerwała na sekundę. Ja jednak, zamiast szukać odpowiedzi na pytanie, zastanawiałam się, co ją w głębi duszy dręczy. Nigdy dotąd nie poruszałyśmy takich tematów, przynajmniej na tym poziomie. A to nie był jeszcze koniec kwestii. Babcia postanowiła ją rozwinąć. – Czy dążąc do dobrego celu można wybierać po drodze zło, żeby je osiągnąć? Czy cel naprawdę uświęca środki? – To akurat nie było trudne pytanie, bo moraliści już dawno ustalili, że nie uświęca. – I odwrotnie: czy wybierając złe postępowanie dla zdobycia celu, można osiągnąć dobry rezultat? Zbudować jakieś dobro?
Nie miałam głowy do tego typu rozważań akurat w tej chwili. I nie wiedziałam, do czego babcia zmierza. Czy może to ja miałam się czegoś domyślić? Nic mi nie przychodziło do głowy.
– A mamy ma na myśli coś konkretnego, czy to tylko takie ogólne filozoficzne rozważania? – zapytałam. – Bo nie wiem, jak to się ma do śmierci Giulia Pavone.
– Dziecko drogie, wszystko na tym świecie ma się jakoś jedno do drugiego – odrzekła babcia sentencją, z którą nie dało się nijak polemizować.
– To akurat prawda – stwierdziłam i podniosłam się. – W takim razie pójdę już. I przemyślę to sobie – rzuciłam przed wyjściem obietnicę bez pokrycia. Tak jakoś mi się pomyślało, czy babcia, jeśli juŻ nie chodzi jej o mnie, nie nawiązuje przypadkiem do historii Nika. Zwłaszcza do najciemniejszego jej fragmentu, którego jeszcze nie poznałyśmy.
Na górze nie zajrzałam do sąsiedniego pokoju, żeby sprawdzić, co porabia Wioleta. Pewnie siedziała ze smartfonem i przeglądała Internet albo wymieniała jakieś esemesy. Sama miałam na to ochotę. W pracy zamierzałam pogadać z Pysiem, bo męczyłam się z dwoma przynajmniej tematami do przegadania, które nie cierpiały zwłoki, ale Pysio – jak to on – jeszcze przed południem oznajmił, że wychodzi i dziś być może już nas nie zaszczyci swoją obecnością, a wszelkie ewentualne skargi i zażalenia będzie przyjmował następnego dnia od ósmej trzydzieści cztery. Problem w tym, że od wtorku do piątku wzięłam resztkę urlopu (o dziwo, mimo że działałam przez zaskoczenie, szefowa podpisała druczek bez szemrania i nawet nie wypytywała specjalnie o powód, zadowoliła ją zdawkowa odpowiedź, że wyjeżdżamy z babcią na parę dni w sprawie rodzinnej), toteż żadna rozmowa z Pysiem w cztery oczy nie wchodziła w rachubę. Pozostał e-mail, telefon albo krótkie wiadomości tekstowe. Ewentualnie Messenger. Po chwili wahania wybrałam SMS.
Napisałam, że następnego dnia wyjeżdżam niespodziewanie do Budapesztu i muszę z nim koniecznie porozmawiać. Zadzwonił po trzech minutach.
– Cześć, co jest? – przywitał się, jakby to nie był on. Spodziewałabym się bardziej wykwintnej formuły powitalnej.
– No nic – odrzekłam. – Od jutra mam wolne, jak napisałam, a chciałabym cię zapytać o jedną rzecz.
– Pytaj.
– Umówiliśmy się na embargo do poniedziałku, pamiętasz?
– Hm. Pamiętam, a co? – Głos należał do Pysia, ale styl prowadzenia rozmowy jakby nie jego.
– Wygadałeś już? – Spróbowałam dostosować się do tego stylu.
– A, nie, jeśli o to chodzi, to nie – odrzekł dziwacznie. Zrozumiałam. Nie był sam, Gabrysia bądź jej ojciec, albo nawet oboje, znajdowali się w zasięgu jego głosu. – Z tym mamy jeszcze czas, spokojnie. Ale to świetnie, że dzwonisz, znaczy świetnie, że rozmawiamy, bo tak się składa, że jest u nas Jerzy. – Tu cię mam! Trafiłam. – Pozdrawia cię – dodał za moment. A więc zdradził jakoś, z kim rozmawia.
– Dziękuję, z wzajemnością – rzekłam uprzejmie. Czułam, że coś większego się szykuje.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
