Willa Morena - pakiet 1 - Zbigniew Zbikowski - ebook + audiobook

Willa Morena - pakiet 1 ebook i audiobook

Zbigniew Zbikowski

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Stuletnia posiadłość - bezpieczna rodzinna przystań i... wabik na mężczyzn o nieczystych intencjach.

Irmina Ludwiżanka to „dobra partia”. Młoda, urodziwa, z inteligenckiej rodziny, a do tego mieszka w okazałej willi. Nic dziwnego, że wokół panny kręci się wielu absztyfikantów. Cóż, serce nie sługa - wystarczyło jedno spotkanie na Festiwalu Młodzieży i Studentów, by myślami studentki zawładnął Włoch o imieniu Giulio. Wybuch namiętności prowadzi parę na ślubny kobierzec. Nie każdemu podoba się taki obrót spraw. Zazdrosny funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa zrobi wiele, by uprzykrzyć życie nowożeńcom.

Saga o losach trzech mieszkanek willi Morena, kompilacja następujących tytułów: „Fotografia w oknie”, „Samolot do Rzymu”, „Czwarta tajemnica”, „Piękny świdermajer”, „Kwestia ceny”, „Espresso dla czworga”, „Odległe planety”, „Smutek w sierpniu”, „Anioł albo czort”.

Willa Morena - wszystkie historie

Kolejne mieszkanki Willi Morena przeżywają w niej swoje radości i troski, a leciwy budynek chłonie ich emocje jak biszkopt. Irmina, Zuzanna i Wioletta będą się tu zakochiwać, opłakiwać sercowe zawody i odkrywać rodzinne tajemnice. Wszystko pod bacznym okiem funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa i jego krewnych, którzy chętnie przejęliby posiadłość rodu Ludwigów...

Zbigniew Żbikowski (ur. 1952) - polski dziennikarz, reporter i pisarz. Z wykształcenia fizyk, przez lata związany z tytułami prasy lokalnej i ogólnopolskiej - m.in. „Polityka”, „Życie” czy „Tygodnik Warszawski”. Wykładowca w Collegium Civitas i Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Członek i prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Autor powieści beletrystycznych, m.in. serii „Willa Morena”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 1134

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 37 godz. 25 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Joanna Domańska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zbigniew Zbikowski

Willa Morena - pakiet 1 

 

Saga

Willa Morena - pakiet 1 

 

Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney

Copyright © 2025, 2025 Zbigniew Zbikowski i Saga Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788727289151 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

 

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

WILLA MORENA tom pierwszy

FOTOGRAFIA W OKNIE

Prolog

I pomyśleć – gdyby nie ta śmieszna dziecięca zabawa, ta jedna jedyna chwila, gdy świat stanął na moment w miejscu, życie moje pobiegłoby zupełnie innym torem. Mniej zawiłym, może nawet banalnym, ale bardziej przewidywalnym i bezpiecznym. Lecz stało się inaczej. Krążąc z kolorową chusteczką po Placu Zamkowym, znalazłam się nagle, zupełnie przypadkowo – bo refren toczony z setki gardeł właśnie w tym momencie ucichł – naprzeciw przystojnego, wesołego Włocha i nastąpiły jakieś czary. Zatrzymaliśmy się. Nasze spojrzenia skrzyżowały się, a wszystkie skrywane nadzieje, pragnienia i oczekiwania powiązane z festiwalem, w którym przyszło nam uczestniczyć, jego i moje, w jednej sekundzie wylały się, wytrysnęły i splątały. I w jednej chwili jego i moje życie wskoczyło na nieplanowany tor, wiodący odtąd nieuchronnie, o czym nie mieliśmy wtedy zielonego pojęcia, ku prawdziwej tragedii.

Staliśmy na wprost siebie jak zaklęci w dwa słupy, aż okrzyki innych uczestników festiwalu biorących udział w zabawie przywołały nas do porządku. Gra musiała toczyć się dalej. Należało się pocałować i przekazać chusteczkę osobie, którą wyznaczył ślepy los, by teraz ona, krążąc po kole, rozpoczęła polowanie na swoją ofiarę. Chętni do wymiany pocałunków poczęli okazywać niecierpliwość. Hej, hej! Już! Buzi, buzi! Mój przypadkowy partner ocknął się, odgarnął grzywę kruczoczarnych włosów i nie zważając na nic, przywarł mocno do moich ust.

Reguły zabawy nie ustalały rodzaju pocałunku – mogło to być zwykłe cmoknięcie w policzek, dłuższe lub krótsze, muśnięcie warg albo namiętne zwarcie. Paolo wybrał wszystkie możliwe warianty, realizując je szybko jeden po drugim, jakby w obawie, że taka okazja więcej się nie powtórzy, a ja poddałam się temu szaleństwu, psując przy okazji innym zabawę. Bo zamiast przekazać chusteczkę Włochowi, oddałam ją najbliżej stojącej dziewczynie i pozwoliłam chłopakowi wyciągnąć mnie poza rozbawiony krąg uczestników ulicznej imprezy zapoznawczej.

Poza kręgiem konwencja zabawy, czyniąca pocałunki z nieznajomymi niewinną igraszką, już nas nie chroniła, ale też żadne z nas nie miało ochoty do niej wracać.

– Giulio – przedstawił się mój Włoch i szeroko uśmiechnięty wyciągnął rękę. – Giulio Pavone.

– Irmina Ludwiżanka – rzekłam w odpowiedzi, łącząc imię i nazwisko w jedno długie słowo, co wprawiło go w osłupienie. Nie był w stanie tego ciagu sylab powtórzyć, co więcej, nie rozumiał, co ja powiedziałam. – Irma – dodałam krótko i pokazałam na siebie.

– Irma – powtórzył powolutku, jakby smakował każdy dźwięk mego imienia. – Che bello!

Jak pięknie! Rozumiałam, bo podstawy włoskiego wyniosłam z domu. Powiedziałam w jego języku, że Giulio to po polsku Julek i zapytałam, czy mogę go tak nazywać, ale on chyba nie zrozumiał i już do końca pozostał Giuliem.

– Irma! – zawołał zachwycony. – Ty mówi italiano!

– O! A ty mówisz po polsku! – odpowiedziałam tym samym tonem.

– Ja mało po polsku – odrzekł i zaraz posmutniał teatralnie, niczym Arlekin z komedii.

– A ja mało italiano – oznajmiłam.

Wybuchnęliśmy śmiechem. Sytuacja nie była szczególnie zabawna, lecz nam chciało się po prostu śmiać. Tak od serca, z radości, jakbyśmy byli sobie potajemnie przeznaczeni, a nieubłagany los zetknął nas już drugiego dnia festiwalu.

– Andiamo? – rzucił Giulio zaproszenie do spaceru. – Ty lubi gelati?

Lody? Kto ich nie lubi! Kiwnęłam głową i ruszyłam obok niego do najbliższej lodziarni. Po paru krokach wziął mnie za rękę. Nie cofnęłam dłoni, choć trzymałam ją sztywną, bez odwzajemniania uścisku. Jeszcze nie wiedziałam, co się wydarzyło. Co znaczy zakochać się od pierwszego wejrzenia.

Kto tu namieszał w naszym życiu? Kto rzucił zaklęcie? Racjonalna w tamtym czasie po najdalsze zakamarki umysłu, nie wierzyłam już w bajki, w których pojawiają się jakieś czary mary i następstwo zdarzeń wymyka się regułom prostej logiki. Jednak w dzieciństwie wiele razy byłam świadkiem, jak mój dziadek Ernest szeptał tajemniczo, że Morena to nie jest zwyczajna willa. Że ma swój rozum i osobowość, i jest w stanie przyciągać do siebie dobrych ludzi a przed złymi się bronić, i słuchałam tego z wielkim przejęciem. Ot, bajeczki, których mała dziewczynka lubiła posłuchać przed snem, a potem, gdy podrosła, naigrawać się z własnej naiwności.

Rozdział 1 

Znałam go zaledwie kilka dni, a tyle już o nim wiedziałam! Jakbyśmy poznali się najmniej rok temu, a nie przed tygodniem. Może to zabawne, a może dwuznaczne, lecz całą tę wiedzę przyswoiłam sobie przy użyciu najwyżej stu włoskich słówek. Przeważnie tych, którymi dawniej, jeszcze przed wojną, lubił rzucać od czasu do czasu mój ojciec, a także, w większej obfitości, dziadek Ernest. Ten, który sto lat temu zbudował naszą willę.

Po tygodniu znajomości swój skromny zasób włoskich słówek powiększyłam o kolejną setkę, a może więcej. Próbowałam je nawet policzyć w jakimś szaleńczym porywie, gdy pewnego dnia czekanie na Giulia na stacji kolejowej przeciągało się, lecz doszedłszy do czterdziestu pięciu, dałam sobie spokój z rachunkami. Bo i po co mi one.

On z kolei, jakby dla zachowania symetrii w naszych rozmowach, przyswoił sobie raz dwa też przynajmniej sto polskich słów – nie licząc zwrotów grzecznościowych, które opanował przygotowując się do wyjazdu na festiwal – co w połączeniu z moją dziurawą włoszczyzną pozwalało nam prowadzić pełną zabawnych nieporozumień konwersację.

Miałam wrażenie, że odkąd się poznaliśmy, szybko pochłanianej wiedzy ciągle było mu mało. Na każdym kroku pytał mnie, jak się nazywa po polsku to, a jak tamto. Jedne słowa zapamiętywał natychmiast, inne z miejsca puszczał mimo uszu i albo do nich wracał, albo je zapominał na dobre. Podejrzewałam, że niekiedy tylko udawał, że czegoś nie pamięta. Zwłaszcza gdy po raz kolejny pytał „a to co?”, wskazując najpierw moje oczy, potem usta, szyję, wreszcie opuszczając palec jeszcze niżej i celując w sam środek mojej klatki piersiowej.

– Giulio! – zawołałam oburzona, gdy zabawiał się w ten sposób po raz pierwszy. – Na dziś wystarczy. I tak tylu słów naraz nie zapamiętasz.

Giulio zaśmiał się wtedy jak łobuziak, uniósł palec ponad moje czoło i oznajmił:

– A to? Wiem. To jest italiano.

– Jakie znowu italiano? – spytałam zdumiona. Jeśli to był żart, nie chwytałam go.

– Si , ty rano mówi na to „włoski”. Czicziese włoski. Tak czy nie? A drugi raz ty mówi, że „włoski” to „italiano”. To ja nie wie dobrze?

– Głuptas. Przyczeszę włoski, to znaczy... – Pogrzebałam w moim zasobie leksykalnym, ale nie znalazłam odpowiednich słów. Po chwili zorientowałam się z iskier w oczach Giulia, że spryciarz żartuje. – Znowu mnie nabrałeś! – powiedziałam ze śmiechem.

Teraz też, siedząc na twardej ławce otwartego przedziału w wagonie drugiej klasy pociągu mknącego hałaśliwie z Warszawy do Otwocka i dalej, do Lublina, pochylał się co chwila w moją stronę, niby wpatrując się w mijane obiekty i pytając o ich nazwy, by potem, śmiesznie przekręcając słowa, szeptać mi je do ucha. Współpasażerowie obserwowali naszą igraszkę spode łba, rzucając długie, naganne spojrzenia ku mnie i krótkie, pełne wzgardy, ku niemu. Z chust, jakie mieliśmy na szyjach, domyślali się oczywiście, skąd wzięliśmy się w pociągu i kogo reprezentujemy, i nie próbowali nas zagadywać.

W trakcie zabawy Giulio zaczął grzebać w swoim plecaku z grubego zielonego płótna. Wyjął z niego aparat fotograficzny, odpowiednio nastawił i pstryknął mi zdjęcie. Jedno z przodu, drugie z boku, z oknem w tle. Ja udawałam modelkę: targałam włosy, robiłam miny, raz wesołą, raz smutną, wydymałam wargi.

Ledwo minęliśmy stację Wawer, jeden z pasażerów wstał, zabrał swoją wielką brązową teczkę i zniknął. Nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi, zresztą nie było na co. Po chwili mężczyzna z teczką wrócił i usiadł. Dwie minuty po ruszeniu z następnej stacji w przedziale pojawił się konduktor w towarzystwie milicjanta w stopniu plutonowego.

– Bilety – szepnęłam do Giulia, kierując dyskretnie palec w kierunku drzwi. – Kontrola. Ale po co milicja? – zaniepokoiłam się. Wyciągnęłam rękę, żeby podał mi swój bilet.

Konduktor przedziurkował ręcznym dziurkaczem tekturki pasażerów siedzących przy drzwiach i szybko przeszedł do ławek w środku przedziału. Podałam mu bez słowa bilety swój i Giulia.

– Poproszę dokument uprawniający do zniżki – powiedział konduktor z wąsikiem w stylu Bieruta, obejrzawszy najpierw oba kartoniki. Sięgnęłam do torebki i podałam mu swoją legitymację. Ten zajrzał do wnętrza dokumentu. – A więc obywatelka studentka – oznajmił, jakby to było odkrycie. – A obywatel? – zwrócił się do Giulia, podsuwając jednocześnie moją legitymację milicjantowi.

– Kolega jest Włochem – wyjaśniłam szybko. – Jedziemy razem.

– Włoch, nie Włoch, jakiś dokument chyba posiada – mruknął konduktor, nieco zbity z tropu. – Bilet jest zniżkowy.

– Jest studentem. Bo my właśnie, znaczy on, przyjechał na nasz festiwal – zaczęłam tłumaczyć niepewnie. – I jedziemy teraz…

– I nie ma dokumentu? – przerwał mi milicjant.

– Ależ ma – zapewniłam i zwróciłam się do Giulia: – Documenti.

Giulio, przysłuchując się rozmowie, zrozumiał, o co chodzi. Z kieszeni bluzy wyjął kartę uczestnika Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów i podał ją konduktorowi. Ten natychmiast, nie rzuciwszy nawet na nią okiem, przekazał ją milicjantowi. Funkcjonariusz chwilę wpatrywał się w kartę, jakby chciał wyczytać z niej więcej, niż było tam napisane.

– To obywatel Włoch nie wie, że uczestnicy festiwalu mogą opuszczać Warszawę tylko w zorganizowanych grupach i pod opieką wyznaczonych osób?

Giulio wodził bezradnie wzrokiem ode mnie do milicjanta i z powrotem.

– On nie rozumie dobrze po polsku – rzekłam nieśmiało.

– To niech obywatelka przetłumaczy! – huknął plutonowy.

Pasażerowie z sąsiednich miejsc zaczęli po kolei podnosić się i oddalać do wyjścia. Został tylko mężczyzna z teczką.

– Kiedy ja tak dobrze po włosku też nie umiem – odrzekłam.

Pasażer z teczką uśmiechnął się złośliwie.

– Ciekawe. Dotąd jakoś się rozumieli – burknął głośno. – Nawet bardzo dobrze się rozumieli – dodał z przekąsem.

– Czy ta legitymacja upoważnia obywatela Włocha do zniżki? – zapytał szorstko milicjant, zwracając się do konduktora.

Zapytany obejrzał dokładnie dokument Giulia, po czym zdjął i zaraz założył czapkę.

– W zasadzie nic tu nie jest napisane, ale jako student chyba ma prawo – mruczał, próbując wybawić Giulia z kłopotu.

– Czyli nie upoważnia – oznajmił funkcjonariusz. – A to oznacza, że będziemy musieli wysiąść na najbliższej stacji.

– Kiedy my razem – zaczęłam na nowo wyjaśniać.

Konduktor, jakby nagle czymś olśniony, nie dał mi dokończył.

– Kornelin! – powiedział i pstryknął w bilet. – W zasadzie i tak tu wysiadają.

– Que cosa? – dopytywał się Giulio. – O co chodzi?

– No proszę! – rzekł z triumfem milicjant. – Obywatel Włoch udaje Greka, a mówi jednak po polsku.

Giulio uśmiechnął się szeroko, biorąc jego wypowiedź za komplement. Wstał i wyciągnął rękę po swoją kartę uczestnika, ale milicjant powstrzymał go, nakazując energicznym gestem, by usiadł.

– Najpierw spiszemy – oznajmił. – Na stacji.

Siedziałam jak sparaliżowana. Giulio niczego nie pojmował, ja nie umiałam wytłumaczyć mu, co się dzieje, sama też nie rozumiałam, czemu mamy być zatrzymani.

– A obywatela bilet? – zwrócił się konduktor do mężczyzny z teczką.

– Oczywiście – powiedział tamten służalczo i wręczył swój kartonik.

Konduktor tylko rzucił okiem.

– Dokument uprawniający jest? – zapytał.

Mężczyzna podał mu jakąś czerwoną legitymację. Stojący za konduktorem milicjant popatrzył mu przez ramię, po czym odwrócił wzrok. On zaś szybko zamknął dokument i oddał go właścicielowi.

– Dziękuję, w porządku – oznajmił, stukając lekko obcasami. – A obywatel – zwrócił się do Giulia, sięgając do swojej skórzanej raportówki – płaci karę.

– Co? – zapytał zdumiony Giulio, robiąc wielkie oczy i unosząc ramiona. Popatrzył na mnie. – Co ja płaci?

– Kara to jest… – odrzekłam roztargniona. – Nie wiem, jak po włosku jest „kara”. Giulio, ja nie wiem, co się dzieje! – zawołałam, już na dobre wystraszona.

– Ja wiem włoski cara mia – rzekł Giulio. – Droga moja.

– Och, nie! – jęknęłam płaczliwie. – To zupełnie inna kara.

– Spokojnie, wszystko się wyjaśni – oznajmił milicjant i usiadł na wolnym miejscu. – Co obywatel tu robi i obywatelka studentka też. Zadzwonimy gdzie trzeba i wyjaśnimy.

Nagle jakbym odzyskała pewność siebie.

– Tu nie ma nic do wyjaśniania – stwierdziłam drżącym z emocji głosem. – Studiuję w Warszawie, a mieszkam w Kornelinie. Jadę z moim narzeczonym przedstawić go rodzicom.

Plutonowy ożywił się.

– Czyli obywatel Włoch to narzeczony? No proszę! Dlaczego obywatelka od razu tego faktu nie ujawniła?

– Bo nikt nie pytał. Ale teraz oświadczam, że tak jest i proszę nas puścić.

– I obywatel Włoch to potwierdza?

– Proszę go zapytać – rzuciłam zuchwale. – Na pewno potwierdzi.

– Będzie trzeba, to zapytam – odrzekł milicjant ze złością. – Teraz niech lepiej zapłaci karę. Wypisana? – zapytał konduktora, co chwila śliniącego przy wypisywaniu kwitu ołówek kopiowy.

– Zasadniczo tu nie ma adresu – zauważył, wpatrując się w kartę Giulia. – To co mam napisać?

Nastąpiła konsternacja. Nikt nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Piszcie, że z Włoch. Wystarczy – uznał milicjant. – Zaraz stacja.

Konduktor wpisał jedno słowo, poślinił palec, przełożył kalkę i wydarł z bloczka oryginał. Chciał podać go Włochowi, ale ja wzięłam kartkę szybciej. Popatrzyłam na sumę.

– Co? – zawołałam. – Nie mam tyle przy sobie.

– Nie szkodzi – skomentował konduktor. – To ten obywatel płaci, nie obywatelka.

– On też nie ma – oznajmiłam natychmiast.

Giulio powoli wyciągnął kartkę z mojej dłoni i zaczął się w nią wpatrywać.

– Zapłacicie w takim razie na poczcie w ciągu trzech dni – poinformował konduktor. – Inaczej kara będzie jeszcze wyższa.

Zapiął raportówkę, szykując się do odejścia. Milicjant podniósł się i przytrzymał go za rękę.

– Zaraz. Musi zapłacić na miejscu. Jak go potem znaleźć, jak wyjedzie?

Pociąg dojeżdżał do stacji. Konduktor zasalutował niedbale.

– To już nie moja sprawa. Zrobiłem, co do mnie należy. Teraz muszę wyjść na peron. Taki obowiązek.

Odszedł ku drzwiom wagonu. My z Giuliem wstaliśmy.

– Proszę. – Milicjant wskazał wyjście ręką, w której trzymał nasze dokumenty. Niby uprzejmie, a władczo. – Idziemy na posterunek kolejowy.

Mężczyzna z teczką także się zerwał.

– Gdyby potrzebny był świadek, służę swoją osobą – oznajmił, ale nie doczekał się odpowiedzi.

– Te e io, andiamo con milicjanto – wyjaśniłam swoją łamaną włoszczyzną polecenie plutonowego, patrząc z przerażeniem w oczy Giulia.

On zachowywał powagę. Aby mnie uspokoić, dotknął mojego ramienia, jakby chciał powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Mandat schował do kieszeni.

Wysiadł z wagonu pierwszy, ja za nim, następnie plutonowy i obywatel z teczką. Milicjant rozejrzał się po stacji, po czym przywołał ruchem ręki stojącego nieopodal zawiadowcę i zapytał go o posterunek kolejowy.

– Mam dwójkę podejrzanych pasażerów – wyjaśnił. – Muszę ich przesłuchać i spisać raport.

Zawiadowca pokazał, jak dojść do pomieszczenia Straży Kolejowej. Ruszyliśmy, a gość z teczką pod pachą za nami.

We wskazanym pomieszczeniu zastaliśmy samotnego strażnika. Gdy milicjant poinformował go o celu wizyty, ten odstąpił mu swoje biurko. Zamierzał wyjść.

– Proszę zostać! – rzekł plutonowy. – Będzie obywatel świadkiem. – Spojrzał na mężczyznę z teczką. – A czy obywatel chciałby złożyć zeznanie? – zapytał.

– W zasadzie, gdyby była potrzeba, to oczywiście. – Podał znowu swoją legitymację. – Zawsze służę pomocą. Proszę spisać dane, a w razie konieczności zadzwonić do prezydium. Mogę też poczekać, aż obywatel plutonowy tych tu przesłucha.

Milicjant bez słowa otworzył swój notes, spisał dane z czerwonej legitymacji, po czym wstał i oddał ją właścicielowi.

– Dziękuję, obywatelu, za waszą postawę. Ja tu wszystko zrobię jak trzeba, co do mnie należy. A w razie potrzeby na pewno skontaktujemy się – rzekł pojednawczo.

Mężczyzna skłonił się lekko, schował dokument i opuścił pomieszczenie.

Staliśmy z Giuliem przy drzwiach. Strażnik usiadł na drugim krześle. Plutonowy zdjął czapkę i położył ją na biurku.

– Jak długo obywatelka zna tego obywatela? – zwrócił się do mnie.

– Od początku festiwalu. Czyli cały tydzień. – Wydawało mi się, że to kawał czasu.

Milicjant spojrzał na mnie spod brwi i uśmiechnął się zjadliwie.

– I już narzeczeni, co? Studenty, szybko to teraz u was idzie.

– W zasadzie my dopiero zamierzamy się zaręczyć – oznajmiłam. – Giulio miał poznać dziś moich rodziców.

– Znaczy się jednak nie narzeczeni. – Funkcjonariusz spojrzał na mnie groźnie. – To dlaczego obywatelka kłamie?

– Nie kłamię! Ja tylko informuję. O co panu chodzi? Nie zrobiliśmy nic złego. – Zdaje się, że popadałam w panikę.

– Czyli obywatelka jest mieszkanką Kornelina, tak? Przywozi ze sobą obywatela Włocha, który opuścił swoją grupę w Warszawie i udał się w niewiadomym kierunku. Czy ktoś z jego opiekunów wie, że obywatel tu przebywa? – Wzruszyłam ramieniem, dając mu do zrozumienia, że nie mam takiej wiedzy. – A czy obywatelka studentka wie, po co naprawdę obywatel Włoch tu przyjechał? Jakie informacje zbiera? Co ma w tej torbie?

Wskazał na plecak Giulia, nakazując natarczywym gestem, aby ten go otworzył. On, upewniwszy się, że milicjant chce go zrewidować, otworzył plecak i pokazał jego zawartość.

– Żadna bomba tu jest – zażartował.

– Aparat fotograficzny – powiedział milicjant, wskazując palcem małoobrazkowa leikę.

– Si, la macchina fotografica! – potwierdził Giulio z entuzjazmem.

– Co obywatel fotografuje? – zapytał plutonowy, naśladując rękoma czynność, o którą zapytał.

– Co? – zdziwił się Giulio. – Mia ragazza.

– To znaczy co? – Milicjant zwrócił się w moją stronę.

– Mówi, że mnie – odrzekłam. – Ragazza, czyli dziewczyna.

– Tak, tak, dziewczyna – podchwycił milicjant. – Tu niby dziewczyna, a przy okazji nie dziewczyna. To nie wiecie, że obiekty kolejowe są objęte zakazem fotografowania? Czytać nie umiecie? Ja mam was uczyć czujności? Zaczekać. – Zaczął coś pisać w notesie. – Muszę zadzwonić – rzekł po chwili.

– Najlepiej, jak pan zadzwoni do jego przewodnika, opiekuna grupy, i wszystko wyjaśni – poradziłam.

– Już ja wiem, gdzie mam zadzwonić – przerwał jej plutonowy.

W tym momencie otworzyły się drzwi i do pomieszczenia wszedł drugi strażnik. Powiódł wokół wzrokiem i zatrzymał go na mnie.

– Irmina? – wyrwało mu się.

Zaskoczył mnie kompletnie. Nic nie odpowiedziałam. Nie znałam go.

– Znacie tę obywatelkę? – zareagował natychmiast milicjant.

– No przecież. – Strażnik stropił się, jakby nie był pewny, czy to dobrze, że ujawnił się z tą znajomością. – Panna Ludwiżanka, z Kornelina.

Przyjrzałam mu się uważniej. Znałam go zaledwie z widzenia, z przypadkowych spotkań na stacji. Nic więcej.

– A tego obywatela? – Milicjant wskazał Giulia.

– Jego widzę po raz pierwszy. Ale o co chodzi? Zbroił coś? Zaczepiał ją?

Pokręciłam energicznie głową. Wpatrywałam się teraz w strażnika jak w ostatnią deskę ratunku.

– Chwilowo są zatrzymani, do wyjaśnienia – oznajmił milicjant. – Dobrze, że jesteście. Trzeba ich odprowadzić na posterunek milicji.

– Ale po co odprowadzać i robić zamieszanie? – zapytał strażnik. – Sam zaraz kogoś stamtąd zawołam. To niedaleko. Zaczekajcie.

Nim ktokolwiek zdążył zaprotestować, opuścił pokój, wykonując wcześniej w moim kierunku uspokajający gest. Plutonowy spojrzał na drugiego strażnika.

– A wy nie znacie obywatelki? – zapytał.

Ten raz jeszcze przypatrzył mi się, tym razem uważniej.

– Coś tak jakby. Ale nie, chyba nie – powiedział niepewnie. – Ja nietutejszy, rozumiecie, dojeżdżam – dodał na usprawiedliwienie. – A tamten kolega jest stąd, to zna ludzi.

– No to piszemy – oznajmił plutonowy i raz jeszcze zajrzał do mojej legitymacji studenckiej. – Irmina Ludwig znaczy – rzekł i zasępił się. – Co to w ogóle za imię jest? Jeszcze takiego nie spotkałem. Ruskie? – Wyglądał na niepewnego. Uczepiłam się tej jego niepewności. Postanowiłam nie prostować, że to imię niemieckie. Wykonałam tylko grymas, który on mógł wziąć za potwierdzenie swego domysłu. Rosyjskie imię wprawiło go w lekką konsternację. – Czyli co, rozumiecie? Studentka z Warszawy, tak? Pochodzenie?

– Inteligenckie – odrzekłam cicho.

– Ach, tak! – skomentował kwaśno funkcjonariusz i znów poczuł się pewniej. – Władza ludowa was kształci, inteligenty, a wy tak się odpłacacie? – Spojrzał na Giulia. – Obywatel pewnie też ciężką pracą się nie zhańbił.

– Ojciec obywatela pracuje w zakładach Fiat – oznajmiłam uroczyście, co było zgodne z prawdą, bo Giulio sam mi to powiedział.

– Czyli co, rozumiecie? Wysługuje się wyzyskiwaczom? Nie powiecie chyba, że syna robotnika stać w kapitalizmie na studia. Tam trzeba płacić, nie tak, jak u nas, gdzie obywatelka ma wszystko darmo. Czy nie tak? Nie uczyli was o tym?

– Jego ojciec jest działaczem związkowym – przerwałam mu. – A Giulio przyjechał na festiwal jako członek postępowej organizacji młodzieżowej.

Milicjant postukał końcem ołówka w blat biurka.

– Tak czy inaczej, muszę powiadomić Urząd Bezpieczeństwa – oznajmił.

Poczułam, że blednę.

– Czy to naprawdę konieczne? – zapytałam gwałtownie. – Nie wystarczy skontaktować się z biurem festiwalu? Tam wam powiedzą, co i jak.

– No nie wiem – mruknął pod nosem plutonowy, kalkulując coś w myślach. – Dlaczego nie jesteście w Warszawie? Przecież tam powinniście teraz być. W radiu trąbią, że wszyscy wasi są teraz na wiecu w obronie pokoju. A wy co, rozumiecie, urwaliście się?

– Już mówiłam. Giulio zwolnił się na kilka godzin. Chciałam przedstawić go swoim rodzicom.

– Tak, tak, mówiliście. Trafił się wam narzeczony, nie ma co. Ale karę zapłacić trzeba. – Zawisł z ręką nad telefonem. Nie uniósł jednak słuchawki. – Powiedzcie, taki festiwal to wielka rzecz, co? – rzucił niespodziewanie, oparłszy dłoń na aparacie. – Cały świat się tu zjechał. Wiecie, że ja dotąd, jak żyję, nie widziałem Murzyna? A tu masz! I biali, i żółci, i czarni, i różni, kolorowi. Nie można oczu oderwać. Wszyscy w kupie, jak na jakim filmie. – Zamyślił się. – Ja to bym chciał chociaż zdjęcie sobie z taką czarnulą zrobić – rozmarzył się na moment, po czym przywołał się do porządku. – No tak, a wróg czuwa – mruknął, zmieniając kierunek myślenia. – Przyznajcie się lepiej, coście tam sfotografowali, bo ten gość z teczką nie odpuści, to ważniak z powiatu, będzie się dopytywał, a ja muszę spisać raport, rozumiecie.

Cofnął rękę. W moje rozkołatane serce wstąpiła nadzieja.

– Nic takiego, panie milicjancie – zapewniłam gorąco. – Giulio naprawdę fotografował tylko mnie. Na stacjach zdjęć nie robił. Ten, co na nas doniósł, na pewno nic takiego nie widział.

– Nieważne, co widział, ważne, co zezna – odrzekł plutonowy, coraz bardziej ludzki w postawie. – Eh, studenty, same z wami kłopoty. – Podrapał się ostrzem ołówka po głowie. I co ja mam z wami zrobić? – Mówiąc to, patrzył na milczącego strażnika. – Tak czy siak, karku za was nadstawiać nie będę.

Znowu wyciągnął rękę po słuchawkę. Nim jednak ją podniósł, ktoś ostro zapukał, drzwi się otworzyły, wszedł drugi strażnik z milicjantem w stopniu sierżanta i, wskazując nas stojących przed biurkiem, powiedział:

– To oni!

Plutonowy, widząc starszego stopniem, zerwał się z krzesła, włożył czapkę i przyłożył dwa palce do daszka.

– Co tu się dzieje? – zapytał sierżant.

– Melduję, że ci tu dwoje – zaczął plutonowy, ale drugi milicjant od razu mu przerwał.

– To nasz teren, i ja przejmuję sprawę! – zakomunikował ostro. – Przejdziemy teraz na posterunek.

– Ale ja – rzekł znowu plutonowy. – Ja właśnie zamierzałem zatrzymanych oddać w wasze ręce.

– Znam tę osobę. Jest moją sąsiadką i mogę za nią ręczyć – oznajmił milicjant starszy stopniem.

Poznałam go od razu, gdy tylko wszedł. Nazywał się Eugeniusz Biernat. Mieszkaliśmy kilka lat pod jednym dachem, w naszej willi, do której po wojnie dokwaterowano całą jego rodzinę. Ale na wszelki wypadek przez chwilę nie odzywałam się. Dopiero teraz chciałam coś powiedzieć, potwierdzić, lecz on powstrzymał mnie kategorycznym ruchem dłoni. Milczałam więc dalej.

– Aha, to dobrze – odrzekł z ulgą młodszy. – A obywatel Włoch?

– Zajmiemy się nim. Jeśli jest z nią, to wszystko w porządku.

– Tak też napiszę w raporcie. Że przekazałem obie podejrzane osoby…

– Nie podejrzane, tylko zatrzymane celem wylegitymowania – poprawił go Gienek z przyganą w głosie. – To uczestnicy Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów. Nie rozumiecie? Chcecie, żeby wam na komendzie zmyli za to głowę? Wiecie chociaż, kto te osoby rekomendował na festiwal?

– Nnno, nie.

– A! Widzicie. A jak to jacyś ważni towarzysze?

Plutonowy stropił się.

– Na szkoleniu kazali nam tylko wzmóc w tych dniach czujność. No i ja, jak widzicie, wzmagam.

– I słusznie. Czujność jest ważna. A teraz tak. Nie robimy widowiska, tylko spokojnie, w miłej atmosferze, przechodzimy na posterunek Milicji Obywatelskiej.

Zasalutował na odejście strażnikom, ci odpowiedzieli mu tym samym, po czym przepuścił nas przodem. Gdy we czwórkę opuściliśmy stację, sierżant Biernat, udając, że idzie w towarzystwie ważnych gości, przeprowadził nas przez tory kolejowe i doprowadził do jednego z nielicznych w najbliższej okolicy stacji murowanych budynków, w którym mieścił się posterunek. Tam, nie zważając na dyżurnego, wprowadził nas od razu do najważniejszego pomieszczenia.

– Towarzyszu komendancie! – oznajmił siedzącemu w środku pod portretem Bieruta funkcjonariuszowi w stopniu starszego sierżanta. – Melduję, że mamy niespodziewaną wizytę. Prowadzę dwoje uczestników Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, którzy przybyli do nas prosto z Warszawy, by na miejscu, w terenie, zacieśnić więzy przyjaźni studentów z organami porządku.

Starszy sierżant podniósł się z krzesła.

– Dobra, Biernat, nie pitolcie już, za przeproszeniem – przerwał mu. – A plutonowy to kto?

– Towarzysz plutonowy postanowił sam, nieprzymuszony, z własnej, że tak powiem, inicjatywy, eskortować delegatów, żeby przypadkiem nie doznali nieprzyjemności ze strony nieodpowiedzialnych aspołecznych elementów.

– Ale pitolicie, Biernat. Sam nie umie mówić? – Plutonowy zameldował się przepisowo. Starszy sierżant popatrzył na mnie przenikliwie. – A ja obywatelkę znam – powiedział. – Obywatelka tutejsza, prawda?

Zamierzałam odpowiedzieć, ale Gienek mnie także wyręczył.

– Tak jest – oznajmił. – Mam zaszczyt powiedzieć, że razem się wychowywaliśmy, na jednym podwórku, że tak powiem, zanim nie poszedłem do szkoły milicyjnej. Jest sąsiadką moich rodziców i dobrą znajomą mojego brata Tadeusza, który obecnie też tam mieszka. Właściwie mieszkają w jednym domu, wie komendant, gdzie. Tam, przy Podleśnej, w tej ładnej willi na końcu ulicy. To dla nas zaszczyt, że obywatelka studentka reprezentuje naszą skromną miejscowość na festiwalu. A dziś przywozi nam reprezentanta mas pracujących Włoch. Co prawda studenta, ale klasowo uświadomionego.

Komendant dał znak żeby Biernat przestał i uśmiechnął się.

– W takim razie, proszę, czym możemy towarzyszom służyć?

Plutonowy chciał coś powiedzieć, ale sierżant nie dał mu dojść do głosu.

– Towarzysze studenci spieszą się, wiadomo, tyle jeszcze miejsc muszą odwiedzić, ale uważam, jeśli towarzysz komendant pozwoli, że powinniśmy najpierw powitać ich po naszemu. To znaczy, prawda, serdecznie. – Mówiąc to, pokazał palcami, że pięćdziesiątka wystarczy. – Towarzysz plutonowy też nie odmówi.

– Oj, Biernat! – Komendant pogroził mu. – Na służbie?

– W zasadzie, biorąc pod uwagę okoliczności, obecność gości zagranicznych, w pełni dopuszczalne.

Komendant podrapał się za uchem.

– No cóż, skoro nawet partia jest za, trzeba się zgodzić – uznał.

Przysiadł na krześle i otworzył szafkę biurka po lewej stronie. Wyciągnął stamtąd napoczętą butelkę wódki i kilka niejednakowych kieliszków.

Plutonowemu chyba nie podobało się, że swój raport może wrzucić do kosza. Przestępował z nogi na nogę i wzdychał. Obrzucana co chwila badawczym spojrzeniem przez Gienka Biernata, nie odzywałam się. Giulio nie rozumiał niczego, wodził tylko wzrokiem od jednej osoby do drugiej. Czekał, co z tego wyniknie. Gdy na biurku pojawiło się szkło i wódka, domyślił się, że nasza przygoda, wyglądająca początkowo na groźną, zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu. Podniósł kieliszek i zawołał ochoczo:

– Evviva!

Pozostali podchwycili toast, wołając „Na zdrowie!”, i wypili do dna. Giulio lekko się zakrztusił, pozostali chuchnęli mocno i głośno. Ja wypiłam tylko trochę, w zasadzie umoczyłam jedynie usta, a już wcześniej nie pozwoliłam napełnić swojego kieliszka do pełna. Tego tylko brakowało, żeby mnie upili.

Biernat zatarł dłonie.

– Było po jednym, to teraz do roboty – oznajmił. – Pozwoli komendant, że podwieziemy studentów do domu?

– Ależ nie! – zaprotestowałam.

Lecz i tym razem Gienek nie pozwolił mi na przejęcie inicjatywy. Poczekał, aż komendant kiwnie głową i rzekł:

– Kierowca podrzuci, to przecież niedaleko. Idziemy.

Podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się i wyszliśmy. Przed drzwiami, na zewnątrz budynku, Biernat powiedział do plutonowego, klepiąc go po ramieniu:

– No i po sprawie.

– A jak ten z powiatu będzie się dopytywał? – nie dawał za wygraną zmartwiony plutonowy.

– Biorę to na siebie – odpowiedział Biernat i znowu poklepał go po ramieniu. – Jak on się nazywa?

– Sęk w tym, że nie wiem. Przedstawiał się, ale wiecie, zapisałem, tylko kto by spamiętał.

– Można go zapytać – powiedziałam, bo słyszałam ich rozmowę. – Stoi po drugiej stronie ulicy i przygląda się nam.

Teraz także Gienek go zauważył. Przeszedł szybko przez jezdnię i podszedł do mężczyzny z teczką. Zasalutował i zaczęli rozmowę, której spod drzwi posterunku nie dało się słyszeć. Po chwili rozstali się. Mężczyzna odszedł na stację, a Gienek wrócił pod posterunek.

– I co? – zapytał gorączkowo plutonowy.

– Nic, a co ma być? Załatwione – odrzekł sierżant. – Możecie spokojni być, nie będzie się u was o nic dopytywał. – Odwrócił się i zawoławszy kierowcę, wydał mu polecenie, a gdy szeregowy milicjant wskoczył za kierownicę, powiedział do nas: – Wsiadajcie, podrzuci was. – Gdy ruszyliśmy do samochodu, dorzucił: – A, i pozdrówcie ode mnie brata.

– Dziękuję! – odrzekłam, odwracając głowę. – Ale nie wiem, czy go spotkamy. – Bo faktycznie, rzadko go spotykałam, prawie wcale.

Zobaczyłam jeszcze, że Biernat sięgnął po papierosy. Poczęstował plutonowego, przypalił mu i obaj weszli do budynku.

Ledwo ruszyliśmy, zawołałam w popłochu, prawie przerażona:

– Chwileczkę! A moja legitymacja? Ma ją ten plutonowy! Musimy wrócić.

Kierowca przyhamował i wrzucił wsteczny bieg. Za moment byłam już przy wejściu na posterunek. Strażnik przepuścił mnie bez pytania, nawet się uśmiechnął. Niepewnie, cicho stąpając, przeszłam do wewnętrznego korytarza. Ktoś stał za skrzydłem niedomkniętych drzwi jednego z pomieszczeń. Już miałam do tego kogoś zagadać, gdy usłyszałam głos Gienka:

– Co ona o nim mówiła? O tym Włochu. Kto to według niej jest?

Ktoś inny zaciągnął się głęboko i wydmuchnął dym, który kłębem wydostał się na korytarz.

– Mówi, że jej narzeczony, czy coś.

Poznałam głos plutonowego. Gienek Biernat zamilkł na chwilę, jakby kompletnie zaskoczony, a zaraz potem wybuchnął złym śmiechem.

– Narzeczony, mówicie? – prychnął na koniec. – Dobre sobie.

Usłyszałam znowu plutonowego.

– Właściwie mówiła, że dopiero mają się zaręczyć, że znają się tydzień. Podejrzane to.

Tym razem Biernat zaciągnął się dwa razy, głośno wydmuchnął dym, lekko splunął, jakby chciał usunąć drobinę tytoniu z wargi, ale tego nie widziałam.

– Dobra, to dajcie mi teraz ten swój raport, coście go pisali na stacji – rzekł, jakby wydawał polecenie.

– Kiedy nie mogę – odrzekł plutonowy z ociąganiem.

– Dajcie, dajcie! – naparł Biernat zdecydowanie. – Wystarczy mi kopia. Pisaliście przecież przez kalkę, widziałem.

– Czy ja wiem? – Plutonowy ciągle się wahał. – Powinienem właściwie zawiadomić Urząd Bezpieczeństwa.

– Nie bądźcie głupi! – ostrzegł Biernat. Stałam wystraszona, bojąc się ruszyć. Gdyby teraz wszedł strażnik albo komendant, byłabym zgubiona. – Powiem wam tylko, że mój brat, Tadeusz, ten, co mieszka w tym samym domu, co ona, pracuje w UB, i wiecie, co on może. – Zrezygnowany plutonowy sięgnął, jak mi się zdawało, do swojej raportówki i z ociąganiem oddał z trudem przez siebie wypełniony papier. Gienek Biernat powiedział: – To co, żegnamy się? Pociąg powrotny nadjeżdża za dziesięć minut. – Plutonowy stuknął obcasami. Dłużej ukrywać się nie mogłam.

– Halo! – zawołałam. – Jest tu kto? – Oni obaj natychmiast wysunęli się na korytarz i spojrzeli na mnie podejrzliwie. – Legitymacja studencka – powiedziałam grzecznie. – Nie dostałam jej z powrotem. Muszę ją mieć przy sobie.

– A, tak, zgadza się. – Plutonowy pospiesznie sięgnął do kieszeni. – Zapomniałem, rozumiecie.

– Nic dziwnego, przy takiej studentce niejeden by się zapomniał. – Gienek Biernat zaśmiał się fałszywie.

Rozdział 2 

– Gdzie mam się zatrzymać? – zapytał młody milicjant, mniej więcej w wieku Giulia, gdy wjechaliśmy w piaszczystą, prowadzącą w kierunku Wisły ulicę zabudowaną po obu stronach drewnianymi willami.

– Na końcu, po prawej – powiedziałam.

– A, to będzie ta Morena, co to wiecie – przeciągnął i uciął.

– Co takiego? Co pan chciał powiedzieć? – zainteresowałam się.

– No ta, co to brat naszego sierżanta w niej mieszka. Ten, wie pani. Z urzędu.

– A, tak, Tadeusz – przyznałam. – Starsi państwo Biernatowie też tam mieszkają. Ile lat temu to już będzie? Osiem, jeśli dobrze liczę. Zajmują górę domu i przybudówkę. Coś ma się zmienić? Wyprowadzą się może? Tadeusz dostał mieszkanie?

– Ja tam nic nie wiem – odrzekł kierowca i zamilkł.

Podjechał pod drewniany podniszczony parkan z ozdobnie wycinanymi, podstarzałymi już sztachetami i taką samą bramą z furtką.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmiłam.

Pokazałam gestem, że trzeba opuścić samochód. Giulio wyszedł pierwszy i pomógł mi wysiąść. Milicjant zasalutował nonszalancko na pożegnanie i ruszył przed siebie, by zaraz gwałtownie zawrócić, wzbijając przy tym tuman kurzu. W jednym z okien willi poruszyła się firanka. Także na piętrze pokazała się za szybą jakaś postać. Podprowadziłam Giulia do furtki i otworzyłam ją.

– Proszę – powiedziałam, wskazując dróżkę.

Ledwie przeszliśmy przez furtkę, otworzyły się drzwi wejściowe i na ganku stanęła moja mama w ciemnej, wizytowej sukni.

– Mamma – szepnęłam do Giulia.

– Buongiorno! – zawołała do nas. – Co tak późno? Pociąg już dawno przejechał.

Podeszliśmy bliżej.

– To jest Giulio – przedstawiłam go, a on uścisnął wyciągniętą do niego rękę.

– Bardzo mi miło – powiedział po polsku z silnym obcym akcentem i uśmiechnął się szeroko.

– Maria Ludwigowa – przedstawiła się mama. – Zapraszam – dodała, kierując rękę ku wnętrzu domu.

Giulio wszedł pierwszy, ja za nim, na końcu mama.

– Milicja? – szepnęła mi do ucha. – Już myślałam, że to Tadeusza przywieźli z powrotem. Bo był tu w południe i odjechał. Stało się coś?

– Nie teraz, mamo – powstrzymałam ją. – To długa historia.

W sieni czekał na nas ubrany w ciemny garnitur ojciec.

– Benvenuto – powiedział na widok Giulia i wyciągnął rękę na powitanie. – Sono Władysław Ludwig.

– Giulio Pavone. Tu wszyscy mówi italiano? – odrzekł mój chłopak mieszanką włoskiego i polskiego, dziwiąc się, że w tej rodzinie każdy coś rozumie w jego języku.

– To oczywiste – wyjaśnił ojciec. – Mój szwajcarski dziadek mówił po włosku na co dzień, ojciec, ożeniony z Polką, też znał ten język, to i ja co nieco się nauczyłem. U nas to rodzinne. Proszę do środka. Plecak można zostawić tutaj – rzekł, wskazując ścienne wieszaki.

Giulio chyba mało rozumiał ze słow ojca i jego gestykulacji, ale domyślił się, o co chodzi. Zostawił plecak w sieni, po czym wszyscy weszliśmy do salonu. Stał tam już zastawiony do posiłku stół.

– Cóż, nie za bogato – powiedziała mama.

– Ależ, mamo, jesteśmy po obiedzie! – zaprotestowałam. – Przecież tam nas karmią na tym festiwalu. – Rozejrzałam się. Nigdzie nie widziałam brata. – A gdzie Antoś?

– Zadzwonił do Biernatów, że nie dojedzie. Musiał zostać dłużej w pracy. Może się spóźni.

Odgadłam pytanie, jakie czaiło się w spojrzeniu Giulia.

– Mój brat, Antoni – wyjaśniłam. – Nie ma. Praca.

Giulio pokiwał głową ze zrozumieniem i także zaczął niespokojnie rozglądać się po domu.

– Jeśli chodzi o toaletę… – domyślił się ojciec. – Poprowadzę.

Gdy obaj odeszli w głąb mieszkania, mama powiedziała:

– Dobrze, że wreszcie mają swoją łazienkę, bo przedtem, sama wiesz, byłoby jak zawsze. – Machnęła ręką. – Flejtuchy. Byłby wstyd przed obcym, w dodatku z zagranicy.

Wrócił ojciec.

– Czy to jakiś komunista, ten cały Giulio? – zapytał bez ogródek.

– Co tacie przychodzi do głowy? – odrzekłam ostro. – Dlaczego zaraz komunista?

– Gdyby był reakcjonistą, jak oni mówią, to by go na ten wasz festiwal nie wzięli. W gazetach piszą, że cała postępowa młodzież świata zjechała do Warszawy. Znaczy lewicowa, komunistyczna. Zbudujemy nowy ład, w którym wszystko będzie lepsze – zakpił słowami popularnej piosenki.

– Giulio to prawdziwy demokrata – weszłam mu w słowo. – W dodatku antyfaszysta. Działa w postępowej organizacji studenckiej. Jest za równością i sprawiedliwością społeczną – wyliczyłam. – To chyba nic złego, nie?

– Miły chłopak – orzekła mama, a napotkawszy wzrok ojca, dodała: – Takie sprawia wrażenie. Dobrze, pójdę po zupę.

– Dlatego podwiozła go do nas milicja? – rzucił ojciec w moim kierunku. – I ciebie razem z nim.

– Oj, tato, zaraz milicja. To nie tak. Najpierw przyczepili się do nas jacyś dwaj w pociągu, bo Giulio robił zdjęcia, w dodatku kupiłam mu bilet ze zniżką studencką, a konduktor uznał, że się nie należy i wlepił karę. Zaprowadzili nas na posterunek.

Ojciec pokręcił głową.

– Czuć od niego alkohol.

– Musiał wypić na milicji. Mnie zresztą też częstowali. Wzięłam tylko kroplę.

– Ej, chyba coś kręcisz. Zatrzymali was na milicji i poczęstowali wódką? Taką wlepili wam karę za jazdę z nieważnym biletem?

– Sam tata widzi, jakie to skomplikowane. Bo jak byliśmy na posterunku, na stacji, pojawił się Gienek Biernat i…

– Idzie – przerwała nam mama, wchodząca akurat do pokoju stołowego z wazą.

Uśmiechnięty Giulio zatrzymał się w drzwiach. Mama postawiła zupę i poprosiła go, by zajął miejsce przy stole. Usiedliśmy wszyscy. Po jednej stronie rodzice, po drugiej my. Mama rozlała zupę jarzynową do talerzy i zaczęliśmy jeść. Giulio najpierw wygłosił pochwały pod adresem gospodyni, że taką wspaniałą zupę wyczarowała z tego, co było pod ręką, w ogródku, po czym rozpoczęła się rozmowa łamanym językiem, trochę po włosku, trochę po polsku, o festiwalu, o rodzinie bliższej i dalszej, o życiu we Włoszech i tak dalej.

– Pan u siebie pewnie codziennie pije kawę, a u nas, niestety, jej nie mamy – rzekła w pewnym momencie mama. – Jest tylko zbożowa. Kiedyś dalszy kuzyn męża ze Szwajcarii przysłał nam kawę w paczce, ale, rozumie pan, więcej z tego nieprzyjemności niż pożytku.

– Nie rozumie – odparł Giulio. – Jak nieprzyjemności? To tylko kawa jest.

– Nie rozumie i nie zrozumie – rzekł ojciec. – Bo wy tam nie macie socjalizmu i nie wiecie, jak to jest wspaniale żyć...

– Władek! – upomniała go mama i rozejrzała się bojaźliwie, kierując przy tym nieznacznie oczy ku górze. – Nie rozmawiamy o polityce.

Giulio jednak nie speszył się. Nabrał powietrza i oznajmił po włosku, że kiedy kapitalizm upadnie, będą mieli socjalizm także we Włoszech.

– Cały świat postęp walczy, żeby wszędzie sprawiedliwość społeczna – zakończył.

Ojciec westchnął głęboko.

– Może tego nie dożyję, kiedy zapanuje – burknął pod nosem. – Bo widzi pan...

– Córka wspomniała, że poznaliście się przy zabawie – przerwała głośno mama wywód ojca, zwracając się wprost do Włocha. – Jak to właściwie było?

Giulio potrzebował usłyszeć kilka włoskich słów, żeby zrozumieć pytanie. Zaczął opowiadać po polsku, ale szybko utknął.

– To może ja powiem – zaoferowałam się. – Zaraz drugiego dnia festiwalu bawiliśmy się na Placu Zamkowym w międzynarodowej grupie w taką czeską grę z chusteczką, wspominałam wam już. U nas małe dzieci też tak się bawią. „Mam chusteczkę kolorową…”, znacie przecież. Tu jest taka różnica, że para, która zostaje w kole, musi się na koniec pocałować. Na oczach wszystkich. Jest wtedy dużo śmiechu. I właśnie my z Giuliem, tak się złożyło…

– …że musieliście się pocałować – dokończyła mama z maskowanym uśmiechem.

– Tak! – podchwycił Giulio. – Irma powiedziała coś italiano i ja bardzo dziwił. To było bardzo miło.

– Tak miło, że zaczęliście się spotykać.

– Każdy dzień! – potwierdził ochoczo Giulio i chciał coś dodać, ale zgromiony moim spojrzeniem, zamilkł.

– Giulio uczy mnie włoskiego – wyjaśniłam. – Już dużo rozumiem.

– Zdolnego masz nauczyciela – rzucił ojciec, podnosząc wzrok, ale nie unosząc głowy znad talerza.

Popatrzyłam na Giulia i roześmiałam się cicho. On przytaknął:

– Irma szybko uczy.

– Się – poprawił ojciec. – Ona uczy się. Pan uczy ją.

– Uczy się – powtórzył Giulio. – Ja też uczę się. Polski.

– Zadziwiająco szybko – uznała mama. – Jak na tydzień nauki, mówi pan znakomicie.

– Ja uczył, się uczył, piccolo, to jest mało, przed jazda do Varsavia. Dzień dobry, dziękuję, proszę, prze–pra–szam, ile kosztuje, takie słowa. I jeszcze taki: ja kocham cię.

– O, o! To najważniejsze – zażartował ojciec i popatrzył na mnie przenikliwie. – Polki to lubią.

– O, tak! – podchwycił Giulio. – Ja teraz mogą powiedzieć: ja kocham Irmina – dodał niespodziewanie.

Poczułam, że się czerwienię, rodzice zapatrzyli się nagle w talerze. Mama odchrząknęła. Żeby przerwać kłopotliwą ciszę, Giulio dodał:

– Ona jest belissima. I taka, jak to się mówi polski, mądra?

– Giulio, przestań! – zganiłam go.

– Ale ja mówi prawda – bronił się. – I ja myśli, Irma pojedzie do Italia. I tam my studiować razem.

Rodzice spojrzeli szybko po sobie. Następnie utkwili wzrok we mnie. Ja spuściłam oczy.

– Bardzo pięknie. Nawet romantycznie – rzekł ojciec. – A długo się znacie? Z tego, co wiem, zaledwie tydzień.

– Ale ja, my, to takie… – Giulio nie znajdował odpowiednich słów. – Ja nie wie. To tak: bum, bum! W serce. I wszystko.

– Od pierwszego wejrzenia – podpowiedziałam.

– Si, si! A prima vista – powtórzył po włosku.

Ojciec odchrząknął. Widać było, że szybko i intensywnie o czymś myśli, i zaraz coś powie. Chrząknął jeszcze raz, jakby chciał ostrzec, by nikt nic nie mówił.

– Pomijam na razie wszystko inne, na przykład czy jako rodzice zgadzamy się, czy nie – odezwał się w końcu. – Załóżmy chwilowo, że jest nasza zgoda. Pan oczywiście wie, jak wygląda procedura wyjazdu na Zachód z Polski polskiego obywatela.

– Noo, ja myśli tak. Paszport… – Giulio podrapał się po głowie. – Normalnie tak.

Ja zerkałam niepewnie w bok. Ojciec roześmiał się wesoło, zadowolony, że udała mu się prowokacja. Potem zaraz spoważniał.

– Mam kolegę w pracy – zaczął opowiadać, wtrącając od czasu do czasu włoskie zwroty dla lepszego zrozumienia. – Jego brat był w armii Andersa, wie pan, druga wojna światowa, polskie wojsko na froncie zachodnim. Nie wrócił do Polski, został we Włoszech.

– Tak? – ucieszył się Giulio. – To mamy tam znajomy?

– Kolega jest na stanowisku – ciągnął ojciec, ignorując pytanie. – Niezbyt eksponowanym, ale zawsze to funkcja kierownicza. Zastępca kierownika szkoły, mój szef. Z bratem zerwał wszelkie kontakty, przynajmniej oficjalnie. Musiał się go wyrzec, bo by stracił pracę, w dodatku mogliby oskarżyć go o szpiegostwo. W rubryce „rodzina za granicą” pisze „nie ma”. Rozumie pan?

Giulio powiódł wzrokiem po wszystkich z niedowierzaniem.

– Naprawdę? – zdziwił się. – Dlaczego kłamać? To takie straszne jest, że ktoś z rodzina za granica jest? – Rodzice milczeli. – Kuzyn moja mamma w Ameryka jest, i co? Nic. – Przez sekundę intensywnie myślał. – A, rozumie! – zawołał. – On, ten brat, jest reakcja, nieprzyjaciel, faszysta!

Ojciec roześmiał się gorzko.

– Żaden faszysta – odrzekł. – Patriota. Tylko patriota.

– I nie wraca do Polska? Nie rozumie.

– Kiedyś może zrozumie – rzekł ojciec, kiwając głową. Ja nie próbowałam się wtrącać. – Tak to teraz u nas jest. Oni nie mogą przyjechać, my nie możemy wyjechać.

Giulio popatrzył na mnie, jakby w moich oczach szukał odpowiedzi. Nic jednak nie znalazł. Tak trudno było mi objaśnić najprostszą dla nas rzecz pod słońcem.

– To znaczy, że – Giulio próbował sklecić jakiś wniosek. – Jeśli teraz Irma by jedzie za granica…

– Nie ma obawy – przerwał mu ojciec Irminy. – Nie wypuszczą jej.

– Ale dlaczego? – zaperzył się Giulio. – Ona by uczyła… się.

– Jej nie wypuszczą, zwłaszcza samej, pan natomiast wróci do Włoch bez przeszkód – przerwał mu ojciec. – I tak się skończy wasza piękna przygoda. Smutne, ale prawdziwe.

Gotowa byłam rozpłakać się, zacięłam jednak usta. Giulio siedział zasępiony.

– I nie ma sposób? – zapytał, patrząc najpierw na rodziców, potem na mnie. Wszyscy jednak milczeliśmy. Giulio wiercił się przez chwilę niespokojnie. Wiele bym dała, żeby wiedzieć, co się kłębiło w jego głowie. – A ja myśli, że jest! – zawołał nagle. – Jest!

Szybko opróżnił talerz, rzucając spojrzenia, jakby czekał na pytania.

– Jaki? – zapytała w końcu cicho mama. – Co ma pan na myśli?

Giulio wyprostował się na swoim krześle.

– Ja ożeni z Irma! Tu, w Polska! – oznajmił triumfalnie. – Jeśli my – ciągnął, wskazując nas oboje – matrimonio, musi wypuszczą. Dobrze mówi ja?

Rodzice zastygli. Ja trąciłam Giulia stopą pod stołem, dając mu znak, żeby przestał.

– Hm, rzeczywiście, bardzo sprytnie i bardzo postępowo – mruknął ojciec sarkastycznie, a głośno dodał: – Pan oczywiście wie, ile Irma ma lat?

– Oczywiście – zapewnił. – Dziewiętnaście. Może sposare, może być żona. Prawo da zgoda.

– A pan?Ile pan ma lat?

– Ja? Dwadzieścia jeden. Też mogę żenić.

– No nie, młody człowiek oszalał! – uznał ojciec. – Irmo, a co ty na to? Powiedz coś!

Wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Nie mówiliśmy wcześniej o tym. Też jestem zaskoczona. Giulio teraz to wymyślił, na poczekaniu.

– I co sądzisz o jego pomyśle?

Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Giulio wstał.

– Irma! – powiedział uroczyście. – Ja kocham cię. Ty zostanie moja żona? Scuzi, nie ma kwiaty.

Powiodłam wokół spłoszonym wzrokiem. Jak miałam się zachować? Nie wiedziałam, czy to dzieje się na serio, czy też dalej bawimy się w chusteczkę kolorową. Zasłoniłam oczy dłońmi, odgarnęłam włosy. Miałam chęć uciec bez słowa z pokoju.

– Ja… ja… – jąkałam się. – Giulio, nie, ja nie wiem, co powiedzieć. Tak nagle?

– Tylko tak możemy jechać razem do Italia. Ty powie „tak” i dobrze – nalegał.

Rodzice znowu zamilkli na moment. Zdawało mi się, że rozbawienie mieszało się na ich twarzach z rosnącym niepokojem.

– Irma potrzebuje trochę czasu do namysłu – odezwał się wreszcie ojciec, ratując mnie z opresji. – Pensare – dodał po włosku. – Pomyśli. Jutro.

Giulio usiadł i wziął moje dłonie w swoje.

– Ty myśli i powie si  – rzekł. – Pan i pani też powie si . Ja powie to moja familia w Italia. I wszystko dobrze.

Cofnęłam ręce. Próbowałam bez skutku opanować mocne bicie serca. Zamierzałam powiedzieć coś zasadniczego.

– To nie takie proste, jak ci się wydaje – bąknęłam tylko.

– Ja myśli proste – rzekł Giulio. – My nasze documenti, idziemy do biuro i tam matrimonio. I wszystko. Ja wiem, w Italia tak nie można, ale w Polska można.

Kręciłam energicznie głową, dając do zrozumienia, że sytuacja mnie przerasta. Mama chyba poczuła, że teraz ona musi wkroczyć.

– Może kompocik dla ochłody? – zaproponowała, pomagając sobie gestykulacją. – Z owoców z naszego ogrodu – dodała i spróbowała powtórzyć to samo po włosku.

– Ja pije, jak Irma mówi „tak” – odrzekł Giulio butnie.

– Mam propozycję – powiedział ojciec, rozbawiony jego szantażem. – Poczekajmy. Jutro o tej samej porze, jak już ten poczęstunek milicjantów z pańskiej głowy wywietrzeje, zapyta pan jeszcze raz i wtedy Irma odpowie konkretnie. A teraz dokończmy spokojnie posiłek, jakby nic się nie stało.

Przytaknęłam skwapliwie i sięgnęłam po kompot. Giulio zrobił to samo z wyraźnym niezadowoleniem.

– Prawdziwie włoski temperament – orzekła mama. – W gorącej wodzie kąpany. Skąd ja to znam?

– Doprawdy, nie wiem – odparł ojciec, dając tonem do zrozumienia, że wie doskonale.

– Czy to nie po swojej babce, przez ojca, niespełnionego artystę, odziedziczyłeś pewne cechy charakteru, he? Przypomnij sobie, jak to było, gdy my…

– Na szczęście odziedziczyłem też coś innego po dziadku i po ojcu. Mianowicie zdrowy szwajcarski rozsądek – odrzekł ojciec spokojnie.

– Ciekawe, że im starszy, tym bardziej stajesz się szwajcarski, a w młodości byłeś bardziej włoski – droczyła się mama, starając się usilnie wywołać nowy temat rozmowy, by przygłuszyć niefortunne oświadczyny Giulia.

– Zdaje się, że nie są to dobre kierunki inspiracji, jak na dzisiejsze czasy – zauważył cierpko ojciec, zerkając na mojego Włocha, który niewiele z tej wymiany zdań rozumiał. – Dobrze, że przynajmniej matkę miałem z Kijowa.

Zajęci rozmową, nie zauważyliśmy wejścia nowego gościa. Dopiero gdy po raz drugi zapukał mocno we framugę, by zwrócić na siebie uwagę, popatrzyliśmy w jego kierunku.

W drzwiach stał nasz sąsiad. Był w szarym garniturze, bez krawata, w rozpiętej pod szyją koszuli.

– Tadek? – zdziwiła się mama. – Przepraszam, panie Tadeuszu, ja tak odruchowo, jak zwykle.

– Nie szkodzi, pani Mario – odrzekł Tadeusz i postąpił krok naprzód. – Proszę mi mówić po imieniu, jak dawniej, pani wie, że zawsze tego się domagam. Dzień dobry tym, których dziś nie widziałem. Mogę na chwilę przeszkodzić?

– Ależ bardzo proszę – powiedział ojciec, wstając od stołu. – Mamy wprawdzie gościa z zagranicy, studenta…

– Wiem, wiem, słyszałem – oznajmił Tadeusz, kłaniając się wszystkim nieznacznie. – I ja właśnie w tej sprawie.

– To może pan z nami usiądzie – zaproponował ojciec, maskując bladym uśmiechem zaniepokojenie tym, co usłyszał.

Tadeusz przysiadł na przysuniętym krześle, popatrzył uważnie po wszystkich, zatrzymując dłużej wzrok na Giuliu. Oczy mu rozbłysły, jakby delektował się rosnącym wokół jego obecności napięciem, po czym rzekł:

– Dowiedziałem się, że macie kłopoty.

Ojciec odchrząknął.

– Jakie znowu kłopoty? – zapytał.

– Eh, głupstwo, można powiedzieć – odrzekł Tadeusz lekceważąco, poprawił zaczesane do tyłu włosy i pogładził się po gładko wygolonym policzku. – Tym niemniej pytam. Wiem od brata. – Położył dłoń na stole i zabębnił krótko palcami. – Mandat jest, prawda? Za jazdę ze złym biletem.

– Gienek już wygadał? Myślałam, że student, to ma zniżkę – zaczęłam się tłumaczyć. – Przecież u nas wszyscy studenci mają.

– Mogę zobaczyć? – wypowiedział Biernat w formie pytającej ostre polecenie.

– Tak, naturalnie.

Wyjaśniłam pospiesznie Giuliowi o co chodzi, rzucając kilka włoskich słów. Ten sięgnął do kieszeni bluzy i wyjął stamtąd mandat. Tadeusz wyciągnął po niego rękę.

– Widzę, że już nawet po włosku z nim rozmawiasz – rzekł z przekąsem, biorąc papier. – Szybko, no, no, popatrz ty.

– W zasadzie trochę umiałam – bąknęłam. – Zanim zaczął się festiwal. Od dziecka przecież znałam.

Tadeusz spojrzał na ojca. Mina, którą ojciec przybrał w odpowiedzi, miała potwierdzać moje słowa.

– Taa – mruknął Tadeusz i przeniósł wzrok na papier. – Co my tu mamy? Giulio Pavone. Student. Z Włoch. – Zamilkł na dwie sekundy. – Brakuje adresu.

Giulio chciał sięgnąć po kartę uczestnika, ale Biernat go powstrzymał.

– Nieważne – powiedział. – Umówmy się tak. Zatrzymam ten papier i będzie po sprawie.

– Jak to, po sprawie? – próbowałam zaprotestować. – Co z nim zrobisz?

– Pan Tadeusz chce ci tylko pomóc – wtrącił się ojciec. – Nie po raz pierwszy zresztą – dorzucił mrukliwie.

– Wiem, o czym pan mówi. Ale wtedy chodziło o pomoc sąsiedzką i koleżeńską, jeśli pan ma na myśli przyjęcie Irmy na studia – odrzekł Biernat otwarcie, ku widocznemu niezadowoleniu ojca. – Owszem, zrobiliśmy, co w naszych możliwościach. Dziewczyna zdolna przecież jest, a że pochodzenie takie, jakie jest? Tłumaczyłem towarzyszom, że postępową inteligencję trzeba przyciągać do naszych racji, a nie z mety odrzucać. Jak widać, poskutkowało. Natomiast teraz chodzi o rzecz inną, wagi państwowej, można powiedzieć. Co towarzysze włoscy sobie pomyślą, jak sprawa z zatrzymaniem ich delegata do nich dotrze? Jak ocenią naszą polską gościnność? I, więcej, co powiedzą nasi, na górze? Zapraszamy towarzysza na światowy festiwal i wlepiamy mu mandat? Komuś tu zabrakło wyobraźni i trzeba naprawić jego błąd. Oczywiście pod warunkiem, że nie mamy tu do czynienia z samowolą, tylko z oficjalnym, zgłoszonym wyjazdem celem zapoznania się z życiem zwykłej polskiej rodziny. Co prawda nie robotniczej, ale postępowej. Ja przynajmniej tak to rozumiem.

Nie zwracał uwagi na uśmiechy Ludwigów i ich gościa, tylko dalej wpatrywał się w papier.

– Włochy, Włochy – mruczał chwilę pod nosem, po czym ożywił się. – W zasadzie – powiedział głośno – można będzie stwierdzić, że to pomyłka, bo we Włochach nikt taki nie mieszka. Pójdę tam do nich, jak będę w Warszawie, i zaświadczę. Spiszą protokół i anulują. A jak nie, uderzymy wyżej.

Jednak wyszedł z niego niedouczony prostak.

– Nie we Włochach, tylko we Włoszech – syknęłam przez zęby, chcąc go poprawić.

Popatrzył na mnie z politowaniem.

– Chyba wiem, co mówię, nie? – odrzekł koleżeńskim tonem, jakbyśmy dalej mieli po kilkanaście lat i bawili się w ogrodzie, przez co na moment przestał grać ważniaka. – Włochy pod Warszawą. Nie znasz? Może nigdy nie byłaś. Ja znam.

Roześmiałam się. Jednak to ja byłam niedouczona. A on przebiegły.

– Chyba że tak! Dziękuję. Co my bez ciebie byśmy zrobili.

Giulio zaczął dopytywać się, o co chodzi, dlaczego się śmieję, ale ja tylko machnęłam ręką.

– Wszystko w porządku – poinformowałam go i dodałam po włosku: – Tutto bene.

Rodzice kiwali głowami, uśmiechając się niepewnie.

Tadeusz wstał.

– To ja w zasadzie miałem do was tyle – oznajmił. – A kolega pewnie wraca jeszcze dziś do Warszawy?

– Tak, tak – zapewniłam go. – Posiedzimy tylko trochę i wracamy. Może posiedzisz z nami? – zapytałam niepewnie.

– Dziękuję, ale mam dziś sporo pracy. Sama rozumiesz. Festiwal i to wszystko wokół niego. Obowiązki. Wpadłem tylko na moment pożyczonym od Gienka motorem. Zostawiłem przy bramie. A kolega jak? Za parę dni ze swoimi do Włoch, co?

Ojciec zerwał się z krzesła.

– No cóż – powiedział szybko. – Tak to wygląda. Właśnie rozmawialiśmy sobie o życiu, że mimo trudności rozwijamy się i dajemy sobie radę. I słyszymy, jak trudno żyje się robotnikom we Włoszech, bo pan Giulio jest synem robotnika. O związkach zawodowych…

– Jak się podoba w Polsce? – Biernat po raz pierwszy zwrócił się bezpośrednio do Giulia, mówiąc powoli i wyraźnie.

– Bardzo dobrze – zapewnił Giulio, uśmiechając się szeroko. – Bardzo ładnie. I dziewczyny, bardzo bardzo, ja powie, fantastico.

Biernat pogroził mu palcem, łypiąc jednocześnie okiem na mnie, po czym pożegnał się i szybko wyszedł.

– Drugi raz dziś tu zagląda – burknął ojciec chwilę po jego zniknięciu.

– Czego chciał za pierwszym razem? – zapytałam, w gruncie rzeczy niezbyt tym zainteresowana.

Ojciec uniósł obie dłonie i szybko je opuścił.

– Nie warto teraz o tym mówić. Może lepiej przejdźmy się trochę – zaproponował.

Wstaliśmy od stołu. Ojciec wyszedł z salonu jako ostatni, po czym przekręcił klucz w drzwiach i wsunął go do kieszeni. Mama zamknęła na klucz kuchnię. Przeszliśmy przez ganek do ogrodu.

Zobaczyłam, że dopiero teraz Giulio przyjrzał się dokładniej całej willi.

Rozdział 3 

– Szkoda, że Antek nie zdążył. Na pewno polubiliby się z Giuliem – westchnęłam z żalem, gdy żegnałam się z rodzicami na stacji w Kornelinie przed powrotem do Warszawy.

– Będzie jeszcze okazja – odrzekł ojciec. – Może jutro?

Nadszedł moment na oznajmienie trudnej dla mnie prawdy.

– Dziś już chyba nie wrócę – oznajmiłam. Szczerze mówiąc, czekałam z tym oświadczeniem do chwili, gdy pociąg wtoczy się na peron, żeby za wiele nie tłumaczyć. Widząc niespokojne wzajemne spojrzenia rodziców, dorzuciłam szybko: – Kiedy dojedziemy, będzie za późno na powrót, poza tym za dużo by było tego podróżowania, jak na jeden dzień. Dwa razy tam i z powrotem? – Mimo wszystko tłumaczyłam się. – Przenocuję lepiej u koleżanki w akademiku. Od rana znowu mamy same spotkania, więc wiecie, jak to będzie. Najpierw Starówka, festyn z przodownikami pracy, potem sama już nie wiem, co.

– Uważaj tylko na siebie – rzekła mama z troską w głosie, jak to matki mają w zwyczaju.

– I słuchaj mamy – dodał ojciec.

Podziękował za wizytę i za stworzenie rzadkiej dla niego możliwości porozmawiania po włosku. Giulio na koniec, tuż przed wejściem do pociągu, oznajmił, bijąc się w pierś:

– Ja mówi serioso. Ja chce ożeni z Irma i jadę razem jak żona do Italia.

Ojciec pokiwał głową, uśmiechając się przy tym. Zanim Giulio wskoczył za mną na stopień wagonu, poklepał go po ramieniu.

– Jutro, młodzieńcze w gorącej wodzie kąpany – powiedział. – Pomyśl dobrze i powiedz to jutro.

– Jutro ja idę w Varsavia do takie biuro, gdzie matrimonio daje, anagrafe po włoski, nie wiem, jak polski, ja pyta gdzie to jest. Irma wie.

Mówił coraz szybciej, bo zawiadowca dał znak odjazdu i pociąg powoli ruszał. Mama milczała, ale z jej drobnych nerwowych ruchów dało się wyczytać, że to, co może się wydarzyć w związku z uporem Giulia, mocno ją niepokoi.

Giulio zatrzasnął drzwi wagonu i rozejrzeliśmy się za wolnym miejscem. Niestety, mimo wieczorowej pory, wszystkie ławki były zajęte. Pozostało stanąć w przejściu.

Tym razem nie odzywaliśmy się za wiele, aby nie ściągać na siebie uwagi pasażerów. Porozumiewaliśmy się jedynie spojrzeniami. Ty wariacie, mówiło moje spojrzenie, co narobiłeś! Dlaczego nie powiedziałeś tego najpierw mnie, na osobności? Giulio uśmiechał się. Taki jestem, zdawał się mówić, sypiąc iskry z oczu. Co w sercu, to na języku. Kocham i każdą przeszkodę pokonam. Choćby nie wiem co. Pokręciłam głową. I co teraz będzie? – zapytałam oczami. Dobrze będzie, odpowiedziały czarne źrenice Giulia. Tylko mi zaufaj. Ufam ci, wariacie, powiedziały moje oczy. Przysunęłam się do niego jeszcze bliżej i wsunęłam dłoń pod jego ramię. Staliśmy tak blisko siebie, kołysząc się w rytm stukotu kół pociągu, zastanawiając się, co będzie jutro.

Szybko jednak porzuciłam te rozważania. Zdałam się na los. Ten sam, który przez przypadek pozwolił mi poznać Giulia i sprawił, że dopadło nas obustronne zauroczenie. Obok nas przelewał się wielobarwny tłum gości z wszystkich kontynentów, którzy przyjechali na warszawski festiwal, młodych ludzi różnych kultur i języków, my zaś, jak zaślepieni, staraliśmy się każdą wolną chwilę spędzać z sobą, jakby nie bacząc na to, co się wokół nas dzieje. Szalone tempo wydarzeń i krótka perspektywa sprawiały, że różne pary i paczki w tej masie zawiązywały się i rozpadały w ciągu dnia bądź nocy, niekiedy w ciągu kilku godzin, a my, jakby na przekór wszechogarniającej atmosferze tymczasowości, trwaliśmy razem, aż najbliżsi znajomi z naszych grup tak do tego przywykli, że traktowali nas jak parę papużek. I pewnie coraz częściej zastanawiali się, jak będzie wyglądało nasze rozstanie.

Oczywiście wiedziałam, że swoje uczestnictwo w festiwalu, tak jak studia na politechnice, zawdzięczałam w pewnym sensie Tadeuszowi. Bo niby spełniłam wszystkie wymogi co do wiedzy – dobrze się uczyłam do matury i zdałam egzamin wstępny, ale jako córka niezaangażowanego politycznie pracownika oświaty, a więc inteligenta, w dodatku syna pracownika sektora bankowego, miałam małe szanse na zdobycie indeksu. Znacznie mniejsze niż dzieci robotników i chłopów, zwłaszcza tych z partyjną legitymacją. Kiedy więc przyjęcie na studia wisiało na włosku, Tadeusz, którego prawdziwe stanowisko w organach bezpieczeństwa publicznego nie było nam właściwie znane, wsparł moje podanie rekomendacją kogoś znaczącego. On sam bowiem, jako funkcjonariusz wprawdzie, lecz niewiele ode mnie starszy, nie miał odpowiedniej siły przekonywania.

Ojciec przystał na to wsparcie z ociąganiem. Raz kiedyś usłyszałam, co powiedział o tym do mamy, że za tę przysługę przyjdzie nam kiedyś zapłacić, nie wiadomo tylko jak i kiedy. Mama ofuknęła go wtedy, że tu chodzi o przyszłość córki, a jeśli ojciec ma lepszy pomysł, to, proszę, niech działa, i sprawi, że ją, czyli mnie, przyjmą na studia. Więcej rozmowy na ten temat nie było. Przypomniałam sobie o tym wszystkim, mając w pamięci niespodziewane najście Tadeusza sprzed dwóch godzin, który zapragnął ni stąd ni zowąd wybawić nas z kłopotu z mandatem.

Pomyślałam wtedy, czy przypadkiem Tadeusz ze swoją rekomendacją nie stał też za tym, że właśnie mnie uczelniana instancja Związek Młodzieży Polskiej wysunęła jako kandydatkę na uczestniczkę festiwalu. Nic wprawdzie o tym nie wspominał, a lubił sprawiać, żeby o każdej jego takiej przysłudze wszyscy w domu wiedzieli, lecz może tym razem zrobił to dyskretnie? A ta jego troska o to, czy Giulio niebawem wyjedzie? Co miała znaczyć?

– Co myślisz? – szepnął mi do ucha Giulio tak, żeby inni nie słyszeli. – O jutro?

Uśmiechnęłam się. Pokręciłam głową.

– O dzisiaj – odrzekłam wymijająco. – Piękny dzień mamy.

– Jutro bardziej piękny – stwierdził. – Ty moja żona.

– Jutro? – spytałam spłoszona. – To niemożliwe. Może we Włoszech, ale w Polsce tak szybko się nie da. Poza tym ja jeszcze nie wiem, czy to dobry pomysł.

– Ty chcesz jechać ze mną do Italia?

Spojrzałam mu w oczy.

– Chciałabym.

– Znasz inna droga? Powiedz. – Wzniosłam ramiona w geście bezradności, wyraził więc swoją wątpliwość po włosku.

Zobaczyłam, że stojący najbliżej nas pasażer, dość młody i modnie wystrzyżony, w samej koszuli z kieszeniami na piersiach i obszernych spodniach, słysząc obce słowa, zerknął na nas ukradkiem. Ostrzegawczo ścisnęłam dłoń Giulia. Dość już mieliśmy kłopotów z powodu używania obcego języka w drodze do Kornelina.

– Zobacz, bociany! – powiedziałam głośno, wskazując brodzące wśród nadwiślańskich traw dwa wielkie, czerwonodziobe i biało-czarnopióre ptaki.

– Cicogne! – powtórzył po włosku Giulio, podążywszy wzrokiem za moją wskazówką, a ja jeszcze mocniej ścisnęłam jego palce.

Sąsiad znowu nadstawił uszu. Wpadłam w popłoch.

– Czy konie? – zdziwiłam się na pokaz i posłałam ciekawskiemu pasażerowi uśmiech. – Nie konie, głuptasie, tylko bociany! Tam!

Giulio, nie rozumiejąc, o czym mowa, i co się wokół niego dzieje, zamilkł na dłużej. Sąsiad sięgnął po papierosy. Wyglądało na to, że zamierza nimi poczęstować współpasażerów i zagadnąć Włocha o cokolwiek, byle nawiązać kontakt. Na szczęście pociąg zaczął hamować. Po chwili zatrzymał się na stacji. Dosiedli się nowi pasażerowie, powiększając ciżbę, toteż naciskani przez wsiadających, zmieniliśmy miejsce.

Ciekawski jednak nie rezygnował. Ćmiąc papierosa, przesuwał się coraz bliżej. W końcu zagadał:

– Przepraszam, że pytam, ale pan to chyba nie Polak jest, co?

Giulio spojrzał na mnie, ja zaś w zdenerwowaniu odpaliłam napastliwie:

– A pana co to obchodzi?

– Ogólnie i szczegółowo absolutnie nic – odparł tamten, robiąc przy tym strapioną minę. – Tak tylko pytam. Ale – szepnął i pochylił się nad moim uchem. – Taki etranżer, rozumie pani, dolary może przy sobie mieć, a to, rozumie pani, duże obciążenie jest, spiesząc z pomocą, ulżyć by można.

– O czym pan mówi? – oburzyłam się, także zniżając głos.

– Nie mówię, że bezinteresownie – mruknął obcy i zaciągnął się papierosem. – Zasady obowiązują, nie? Dużo teraz tego towaru jest na rynku, więc, rozumie pani, kurs poszedł w dół. Ale krzywdy by nie było.

– Przecież to nielegalne – syknęłam.

– Ale że co, detalicznie? Tak tylko mówię, ogólnie, jak jest. Informacyjnie, że tak powiem, rozumie pani. Przez grzeczność. Że piękna pogoda jest, bociany i koniki w przyrodzie, i w ogóle pięknie. A jak by co, to ja pomocą służę. Państwo na Główną?

– Na Śródmieście – odparłam automatycznie.

– W porządku – skomentował nieznajomy. – W razie co, czekam na peronie.

Zaciągnął się raz jeszcze i przecisnął się między pasażerami kilka metrów dalej. Tam stanął i aż do dworca Warszawa Wschodnia na nas nie spojrzał.

– Co on mówi? – zapytał cicho Giulio.

– Chce kupić dolary – szepnęłam. – To nielegalne jest u nas, na pewno wiesz. Kara może być.

– Ta kara? – spytał Giulio, wskazując na kieszeń, w której trzymał mandat.

– Większa – odrzekłam i pokręciłam głową.

Ułożyłam palce obu dłoni tak, by przypominały więzienną kratę, i uniosłam je na wysokość oczu.

– Ojojoj! – wyszeptał Giulio znany mu skądś polski wykrzyknik, by dać wyraz swemu przerażeniu.

– Carcere – szepnęłam mu do ucha po włosku, żeby nie miał wątpliwości, co mu sugerowałam.

Giulio pokiwał głową i zamilkł. Coś rozważał, co chwila na mnie zerkając.

– Nie ma dolari – rzekł po chwili.

– To i nie ma problemu – stwierdziłam.

– Ma liri – ciągnął Giulio. – Ja chce cambio. J ak to polski?

– Wymiana. Ale, Giulio, nie wolno.

– Nie ma tyle złoty. Ja muszę kupować ring. No, jak to jest?

Pokazał serdeczny palec, pocierając przy tym miejsce, gdzie zwykle nosi się biżuterię.

– Obrączka? – zapytałam i pokręciłam ze zdziwieniem głową. – Oszalałeś?

– Nie. Nie oszalałeś. Trzeba, co ja kupi. Ile liri?

– Nie mam pojęcia! – Zdenerwowana, mówiłam coraz głośniej, aż zorientowałam się, że zwracam uwagę współpasażerów i znowu zniżyłam głos. – Nie wiem.

– Ty zapyta ten człowiek – szepnął Giulio i wskazał osobnika, który próbował go zagadnąć.

Znowu pokręciłam energicznie głową, tym razem na znak odmowy.

– Ja sam zapyta – oznajmił Giulio i wykonał gest, jakby zamierzał ruszyć w kierunku nieznajomego.

– Nie! – powstrzymałam go. – Nie tu. Na dworcu – dodałam ciszej, ustępliwie. – On będzie czekał.

– Bene – uznał Giulio i uśmiechnął się wesoło. – Dobra ragazza.

Na dworcu Warszawa Wschodnia zrobiło się w wagonie luźniej, lecz nieznajomy, który był chętny kupić od Giulia obcą walutę, nie zbliżył się do nas na krok ani nie dał żadnego znaku. Obserwował nas jednak dyskretnie, gotów za nami wysiąść, gdybyśmy zdecydowali się opuścić pociąg wcześniej. Tak dojechaliśmy do dworca Śródmieście.

Po wyjściu z wagonu chwilę staliśmy na peronie, czekając, aż tłum pasażerów odpłynie, po czym ruszyliśmy ku wyjściu. Wtedy zza załomu wychynął ich nieznajomy z pociągu.

– Przepraszam za pardon – zagadnął – ale czy państwo rozważyli moją ofertę pomocy? Obsługa pierwsza klasa gwarantowana.

– Jeśli chodzi o dolary… – zaczęłam, wyraźnie płosząc gościa.

– Ciii! – syknął, rozglądając się z uwagą. – Kto tu mówi o dolarach? Nieporozumienie.

– Myślałam, że tak – odrzekłam zdezorientowana. – To o co chodzi?

– Normalnie, sałata, rozumie pani, przyroda itepe. Jeśli mamy wspólne zainteresowania, to wychodzimy na górę i cześć.

Ruszyliśmy we trójkę na zewnątrz. Po chwili znaleźliśmy się na placu Stalina, na którym wprost z morza ruin wyrastał bielejący w słońcu dopiero co oddany przez budowlańców, ale oficjalnie jeszcze nieotwarty Pałac Kultury i Nauki.

– Przepraszam, że zapytam – odezwał się nieznajomy. – Czy szanowny pan reprezentuje może Włochy? – Giulio, widząc, że mężczyzna zwraca się do niego, przyjrzał mu się uważniej. – Italia? – dopytał tamten.

– Si, si, Italia – podchwycił Giulio. – Rozumie italiano?

– Czy ja capisco italiano? Nieszczególnie, ale co trzeba, skapuję – odrzekł towarzyszący im mężczyzna. – Uno, due, tre i tak dalej, do tysiąca i więcej. Czyli ile?

– Ja nie chce dolari przeda – oznajmił Giulio. – Ja chce kupi ring – wyjaśnił i pokazał miejsce na palcu.

– Rozumiem, złoty pierścioneczek dla pięknej dziewczyny – powiedział nieznajomy. – W zasadzie w tym towarze nie robię, ale jak trzeba, czemu nie?

– Jemu chodzi raczej o obrączki, nie o pierścionek – sprostowałam.

Tamten zagwizdał.

– Ach, takie buty! – powiedział. – Czy mnie to interesuje? Absolutnie. Nie pytam, co i jak. Klient żąda, Waldzio dostarcza, rozumie pani. Obsługa pierwsza klasa i towar pierwsza klasa. Ale to musi trochę potrwać. O wiele państwo życzą sobie zaczekać.

Giulio spojrzał na mnie bezradnie. Nie rozumiał, co się mówi.

– Jutro, południe, tutaj – rzekł mężczyzna powoli. – Jest sałata, jest towar. Capice?

– Capisco – odrzekł Giulio. – Dwa ringi. Ile liri?

– Liry, powiadasz pan? – Nieznajomy podrapał się za uchem. – Niech będą liry, nie wybrzydzam. Popatrzymy, jak dziś stoją, i coś się ukręci. A te obrączki jakie? Złote, to jasne. Ale cienkie, grube?

– Cieniutkie – odezwałam się. – Jak najcieńsze, żeby nie były drogie.

– Też trafili mi się klienci – mruknął młodzieniec. – Cieniutkie. Zakochani, jak nic. Żenić się macie zamiar, czy jak? – Popatrzył uważnie na nas oboje. – Pardon, nie było pytania. Klient nasz pan, Waldzio nie jest wścibski. Jutro w południe zjawia się z kółkami dla młodej pary. Arrivederci.

Odszedł i za moment zniknął nam z oczu. My z Giuliem poszliśmy w przeciwną stronę. Na Alejach Jerozolimskich zmieszaliśmy się z tłumem przechodniów. Przeszliśmy przez Marszałkowską i idąc ku Wiśle, skierowaliśmy się na Nowy Świat.

Na Warszawę spływał ciepły sierpniowy wieczór. Samochody osobowe i ciężarowe przejeżdżały z rzadka, częściej dzwoniły tramwaje i warczały autobusy. W drugim tygodniu festiwalu obca mowa nie zwracała już szczególnej uwagi ulicy. Mogliśmy głośno i swobodnie mieszać słówka polskie i włoskie, i śmiać się z językowych nieporozumień. Niemal całe śródmieście ustrojone było flagami, transparentami i portretami. Słowa „Pokój” i „Młodzież” pojawiały się na fasadach domów oraz w poprzek ulic we wszystkich najważniejszych językach świata. Nad Nowym Światem pojawiły się abstrakcyjne kompozycje plastyczne.

– Czy już mówiłam, że takich pikasowskich obrazków, jak te tutaj, dotąd na ulicy nie widziałam? – rzekłam do Giulia. – Raz na jednym zebraniu mówili nam, że to formalizm, sztuka nieprzydatna, społecznie niezaangażowana, dekadencka i jakaś tam, że tylko realizm socjalistyczny, a teraz, proszę. Wywieszają, pozwalają oglądać. Rozumiesz coś z tego?

– Lubi arte, tak? – zapytał Giulio, poruszony widać moją mową, choć mało co z niej zrozumiał, a ja gorąco potwierdziłam ruchem głowy, że to prawda. – I ty zna – dodał. Nieprawda, nie znałam się prawie wcale. Przed wojną na naukę byłam za mała, w czasie okupacji szkoły nie było, po wojnie przechodziłam kurs przyspieszony. Antoś, jako starszy, miał więcej szczęścia, przynajmniej zaczął uczyć się gry na pianinie. – W Italia dużo arte jest. Ty zobaczy, jak pojedzie.

– Może tak, może nie – mruknęłam i wzięłam go pod rękę.

– A dlaczego ty studiuje chemia, a nie scuola del arte?

– Akademia Sztuk Pięknych? – roześmiałam się w głos. – Tam to już na pewno by mnie nie przyjęli. Lubię sztukę, ale jej nie tworzę i słabo ją znam, rozumiesz? Nie jestem artystką. Poza tym, popatrz dookoła. Widzisz te ruiny? Ktoś je musi odbudować. Dziś w Polsce bardziej nam potrzeba inżynierów niż artystów. – Mówiłam, jakbym wróciła z zebrania ZMP. – Rozumiesz?

Giulio pokiwał głową.

– Rozumie. A ty będzie inżynier artysta.

– Inżynier chemik – uściśliłam. – Jeśli w ogóle do tego dojdzie. Paru artystów i mecenasów sztuki w rodzinie już mieliśmy. Inżyniera dotąd żadnego.

Kiedy zaczynałam mówić swobodniej po polsku, Giulio gubił się. Wtedy musiałam tłumaczyć mu powoli, przywołując dla lepszego zrozumienia znane mi włoskie słówka.

– Moja famiglia, robotnicy, ja pierwszy studio – przyznał, gdy zrozumiał, co powiedziałam. – Dwabraci, dwa sorelle.

– Wiem, masz dwóch braci i dwie siostry. Mówiłeś.

– Oni praca, una fabbrica. Dwa ragazzini, brat, mały, i la... siostra – wymieniał najmłodsze rodzeństwo, pokazując ręką ich wzrost – uczy, szkoła.

– Najmłodszy brat i siostra chodzą do szkoły?

Giulio przytaknął.

– Siostra chce być studente, rozumie, uniwersytet, jak ja, ale nie ma liri.

– Musicie płacić za studia, a nie ma czym?

– Na państwowy nie płaci dużo, ale żyć trzeba. Ja uczy się i pracuje, i mam liri.

– Ta twoja praca! Dwa razy cię pytałam, gdzie pracujesz , a ty…

– Praca to praca – rzekł szybko Giulio. – Ristorante. Nie ma co mówić. Dobra płaci.

Zamyśliłam się. Przypomniałam sobie słowa ojca.

– A ja? Jak miałabym żyć we Włoszech? – zapytałam po chwili poważnie. – Za co się utrzymać?

– Ja pracuje – oznajmił Giulio żywo. – Mam soldi. Dużo soldi – zaśmiał się.

– Pieniądze! A mieszkanie? Gdzie mielibyśmy mieszkać?

– Questo semplice.

Gdy się rozkręcał, zaczynał mówić więcej po włosku niż po polsku.

– To proste? – zdziwiłam się. – Czyli gdzie?

– Z moja familia! Razem. Wszyscy.

– Wszyscy na kupie? – zawołałam przerażona. Pokazałam siedem palców. – Was jest siedmioro w jednym mieszkaniu!

– Otto – poprawił mnie Giulio i odgiął dodatkowy palec. – Plus moja nonna.

– Jeszcze twoja babcia? Mieszka z wami? I do tego ja miałabym tam zamieszkać?

– Normale.

– Ile pokoi macie w tym mieszkaniu?

– Proszę? – Nie zrozumiał. Powtórzyłam, jak umiałam, po włosku. On wyciągnął otwartą dłoń i rozwarł wszystkie palce. – Cinque – oznajmił.

Zaczął je zaginać po kolei, opisując, kto zajmuje każde z pomieszczeń. Ostatni palec skierował ku sobie.

– Masz sam do dyspozycji jeden pokój?

– Nie każdy dzień. Od raz do raz jeden brat idzie spać u moja pokój. Teraz on tam śpi jeden każda noc.

– To on by mnie raczej nie polubił.

– Ciebie wszyscy lubi. Ty dobra ragazza. Mamma będzie lubi. Jak mamma lubi, wszyscy lubi.

Roześmiałam się. Miły był.

– Mało jeszcze o mnie wiesz, Giulio. Twoja mama nie zna mnie nic a nic, nawet o mnie nie słyszała. Może wcale ci się nie spodobam, jak mnie lepiej poznasz.

– Jak kocha, to podoba... się.

– A jak nie kocha?

Giulio przyciągnął mnie do siebie i otoczył ramieniem. Nie protestowałam.

– Ja chce ty pojedzie do Italia – rzekł z przekonaniem.

– To się nie uda, Giulio! – jęknęłam. On kompletnie nie znał naszych realiów. – Nie rozumiesz, jak to jest. Nie dostanę paszportu.

– Dlaczego ty nie ma paszport? W Italia każdy ma paszport. Jak chce, idzie do taki urząd i ma.

– Tu nie Włochy, u nas tak nie ma. Gdyby tak było, to ho, ho!

– Ale ty będzie żona. Idziemy do ambasada, nasza, ambasada italiana, tam mówi co trzeba i daje wiza.

– Po co wiza? Najpierw muszę mieć paszport.

– Najpierw matrimonio. Bez matrimonio nie ma paszport dla ciebie.

– Wariat jesteś, wiesz?

Przylgnęłam mocniej do jego ramienia. Giulio wykazywał tyle inicjatywy i desperacji w dążeniu do realizacji naprędce rzuconego celu, tyle było w nim opiekuńczości, że moje serce, już i tak mu oddane, topniało przy nim jak plastelina przy gorącym piecu. Nie wiedziałam, co z tego wariactwa wyniknie, czy przypadkiem następnego dnia szalony zamysł nie rozwieje się jak wieczorny miraż, po którym o świcie nie ma śladu. Gdyby nawet tak miało w przyszłości się stać, tego dnia pomysł ślubu z każdym kwadransem podobał mi się coraz bardziej. Przez te kilka godzin, odkąd został rzucony przy stole w Morenie, zdążyłam poddać się jego urokowi, jak jakiemuś zaklęciu.

A tak naprawdę – czy to nie ja sama zaczęłam tę grę, gdy przy milicjancie nazwałam Giulia narzeczonym? Nie było w tym wyrachowania, jedynie desperacja w szukaniu ratunku. Zdawało się, że on tego mojego rozpaczliwego fortelu nie zrozumiał, ale kto wie, może zrozumiał i spodobał mu się? Żona Włocha – jak to brzmi? Atrakcyjnie? A dlaczego nie? W końcu w tej rodzinie to nic zaskakującego. Skoro mój szwajcarski dziadek miał matkę Włoszkę (podobno, bo w domu prawie nic o niej się nie mówiło), ja, Polka, mogę mieć za męża Włocha. Męża!

Już? Tak szybko? Ledwie zaliczyłam pierwszy rok studiów i miałabym pójść za mąż? Popatrzyłam na Giulia. Jakiż on przystojny i męski. I zaledwie dwa lata starszy. Gotów żenić się z mało mu przecież znaną dziewczyną, żeby tylko umożliwić jej wyjazd z kraju, z którego nikomu normalnie wyjechać nie wolno. A może to jednak zauroczenie? Miłość? Żaden kolega ze studiów, ani z roku, ani z całej uczelni, z organizacji młodzieżowej, nikt z Kornelina ani z Otwocka aż tak dla mnie nie zwariował. A ten tutaj, z obcego kraju...

Jakaś para idąca z naprzeciwka zaczęła przyjaźnie machać do nas rękoma. W dziewczynie od razu rozpoznałam Ankę, przewodniczącą zarządu ZMP na naszym wydziale. Towarzyszącego jej młodzieńca o wschodniosłowiańskich rysach widziałam po raz pierwszy.

– Irma! – zawołała Anka. – Cześć! Co za spotkanie!

Zatrzymali się naprzeciw nas.

– Eee... witaj, Aniu – odrzekłam niepewnie. Nie powiem, żebym się uradowała na jej widok.

– Co z tobą? – ofuknęła mnie od razu Anka. – Dlaczego nie widziałam cię na naszym spotkaniu ze studentami z Moskwy? – Spojrzała najpierw wymownie na Giulia, następnie skierowała oczy na swojego towarzysza. – To właśnie jest Jurij z Uniwersytetu Łomonosowa. – Jurij przywitał się ze mną mocnym uściskiem dłoni. – A kolega to na pewno ten, no...

– Giulio z Turynu, też student – dokończyłam za nią, bo pewnie już o nim słyszała, ale zapomniała imię.

– Saluto! – zawołał Giulio i uścisnął obojgu ręce.

– To ty mówisz po włosku? – zdziwiła się Anka, zwracając się tylko do mnie. – No, no, nie przyznawałaś się. Czy może kolega zna nasz język?

Spojrzała na niego badawczo.

– Mówi mało polski – oznajmił Giulio z uśmiechem – rozumie dużo. Coraz więcej dużo.

Anka roześmiała się sztucznie. Poprawiła włosy.

– Jurij mówi dużo, a rozumie wszystko – powiedziała z dumą. – My dogadujemy się bez problemu po rosyjsku. Pewnie jeszcze nie wiecie, bo nie było was na spotkaniu. Chce mnie zaprosić do Moskwy.

– Da, toczno – potwierdził Rosjanin. – My z Annoj bardzo dobrze panimajemsia.

Nastąpiła chwila kłopotliwej ciszy.

– Czyli co – odezwała się Anka. – Spotykamy się jutro na festynie z przodownikami pracy, tak?

– Oczywiście – potwierdziłam skwapliwie, a Giulio kiwnął głową.

Już mieli się rozejść, gdy Jurij przejął inicjatywę.

– Riebiata! – zawołał. – Dawajtie, paguljajem razem. – Spojrzał na Ankę, oczekując jej aprobaty. – Nu, kak, Anna?

– Oczywiście – podchwyciła koleżanka przewodnicząca. – Przespacerujmy się wspólnie. Taki piękny wieczór. Porozmawiamy sobie o tym i owym.

– Kiedy my właśnie w przeciwną stronę – próbowałam wykręcić się od spaceru i nawet wykonałam gest, jakbyśmy chcieli z Giuliem odejść.

– Gdzie wam tak spieszno? – powstrzymała mnie Anka. – Dziś w programie nic już nie mamy. – Skoro Jurij zaprasza, nie wypada odmówić.

– Chyba że tak – bąknęłam pod nosem, po czym, używając swojej łamanej włoszczyzny, pod bacznym spojrzeniem Jurija wyjaśniłam Giuliowi, o co chodzi. – Pół godziny możemy pospacerować – oznajmiłam. – Potem jednak musimy jechać do akademika.

Nim doszliśmy do ruin Zamku Królewskiego, zawróciliśmy i idąc wolnym krokiem w jednym szeregu, zajmując przy tym pół chodnika, poszliśmy drugą stroną Krakowskiego Przedmieścia w kierunku uniwersytetu.

Najwięcej pytań zadawał Jurij. Anka poczuwała się zobowiązana do tłumaczenia jego zapytań na polski, mimo że całkiem dobrze je rozumiałam, a ja przekładałam je, na ile potrafiłam, na włoski. Na szczęście dla nas, rozmawiając w ten sposób, zbyt wielu kwestii nie udało się poruszyć. Ja przy tym cały czas drżałam, czy Giulio nie zacznie przechwalać się swoimi planami matrymonialnymi i wyjazdowymi. Gdy jeden raz rozmowa niebezpiecznie zeszła na plany na najbliższe dni, tak silnie ścisnęłam mu ramię, że on, zrozumiawszy, co gest miał oznaczać, więcej w tej sprawie się nie odezwał.

W pewnej chwili Jurij zwrócił się wprost do Giulia, a Anka przetłumaczyła na polski jego długie, mocno rozbudowane pytanie z ukrytą tezą, jakby wprost wycięte z jakiejś broszury:

– Jak komuniści z Włoch zapatrują się na kwestię walki z przeżytkami społeczeństwa mieszczańskiego w kraju, w którym, jak by nie patrzeć, urzęduje głowa Kościoła katolickiego, czyli głównej siły wstecznej współczesnego świata?

Wystraszyłam się, nie powiem. Jak to powiedzieć po włosku? Giulio, który zrozumiał połowę, albo nawet ćwierć, popatrzył na mnie z nadzieją, że mu objaśnię, w czym rzecz. Kiedy zdało się, że wreszcie pojął pytanie, podrapał się po głowie.

– Ja nie wie dobrze, co komunista – odrzekł zakłopotany. – Ja taka organizacja studenta dla postęp, libera, nie comunista. My za wolność i pokój, i sprawiedliwość na cały świat.

– A sprawa rewolucji? – wtrącił się Jurij.

– Rewolucja? Contro tirrania? Si, si! – zawołał Giulio z zapałem.

Zatrzymali się. Młode drzewka, nawet w dzień nie rzucające wielkiego cienia, teraz, przy zapadającym zmroku, kładły na chodnik długie, wąskie kreski.

– Przeciw tyranii... – próbowałam powiedzieć po polsku, to, co Giulio rzekł po włosku, ale Jurij nie dał mi dokończyć.

– Ja charaszo panimaju – oświadczył dobitnie.