Willa Morena 12: Istny sajgon - Zbigniew Zbikowski - ebook + audiobook

Willa Morena 12: Istny sajgon ebook

Zbigniew Zbikowski

4,5
9,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Czasem największe zagrożenia nie nadchodzą z daleka, lecz rodzą się tuż za płotem.

Nowe osiedle na obrzeżach Kornelina, restauracja tuż obok Moreny – plany nowych inwestycji wzbudzają czujność Zuzanny. Mieszkanka willi coraz mniej wierzy w przypadki. Zwłaszcza, że Tadeusz Biernat nie ustaje w staraniach, by zawładnąć posiadłością Ludwigów. Kolejne, na pozór niezwiązane ze sobą sytuacje, w głowie Zuzanny układają się w spójną ciemną układankę. Czy to jeszcze uzasadniona ostrożność czy już paranoiczne złudzenia?

„Istny sajgon” to dwunasty tom sagi przedstawiającej historię trzech mieszkanek starej willi Morena.

Willa Morena

Wielotomowa saga o trzech zupełnie różnych mieszkankach willi Morena. Prawie stuletni budynek przechowuje rodzinne tajemnice, a echo przeszłości rozbrzmiewa w drewnianych ścianach. Tymczasem ktoś próbuje odebrać majątek prawowitym właścicielkom.

Zbigniew Zbikowski, właśc. Żbikowski (ur. 1952) – polski powieściopisarz. Absolwent Uniwersytetu Opolskiego. Po studiach pracował krótko jako nauczyciel fizyki. Porzucił nauczanie i zajął się karierą dziennikarską. Publikował w kraju i zagranicą. W latach 2005-2012 był wykładowcą dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Jako powieściopisarz zadebiutował książką „Berlin Blue” w 2012 r. Trzy lata później, jego kolejna powieść „Transprussia” znalazła się w polskim finale Europejskiej Nagrody Literackiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 129

Oceny
4,5 (4 oceny)
2
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zbigniew Zbikowski

Willa Morena 12: Istny sajgon

Saga

Willa Morena 12: Istny sajgon

Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney

Copyright © 2020, 2025 Zbigniew Zbikowski i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727270135 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Babcia Irmina przyłapała mnie akurat w chwili, gdy ubrana w obcisły dres, zakładany zwykle do biegania, pokonywałam szybko schody.

– Oszalałaś, dziewczyno? Dokąd to! – zawołała. – Goście prawie w drzwiach, a ta ucieka z domu!

– Babciu, wszystko jest już gotowe do przyjęcia, a ja muszę się trochę po tym wszystkim odstresować – oznajmiłam, znalazłszy się na dole. – Bieganie mnie uspokaja – objaśniłam. Zaczęłam przebierać nogami, jakbym naprawdę wykonywała trucht. – A ty? – zwróciłam się do wychodzącej z kuchni Wiolety. – Nie pobiegniesz ze mną?

– Sorry, te numery to beze mnie. – Wiola odmówiła, zdecydowanie kręcąc głową i wykonując wymach rękoma. – Mnie te rzeczy w ogóle nie bawią. Poza tym... – Poszukała wzrokiem wsparcia babci. Nie zyskawszy go, dodała krótko: – Nie i koniec.

– Jak chcesz, przymusu nie ma – powiedziałam z nutą pretensji i otworzyłam drzwi na ganek. – Najdalej za dwadzieścia minut wracam.

Za furtką założyłam słuchawki, włączyłam odtwarzacz i pobiegłam bez pośpiechu ku Wiśle.

Po kwadransie zerknęłam na zegarek i przyspieszyłam kroku, choć nadal poruszałam się lekkim truchtem. Obiegłam najpierw Morenę i pobliskie zabudowania, później skierowałam się na świeżo wyasfaltowaną drogę równoległą do rzeki. Na skrzyżowaniu asfaltówki z ruchliwszą ulicą zawróciłam i po kilkudziesięciu metrach skręciłam na śródleśną ścieżkę wijącą się niedbale wśród nadrzecznych drzew i krzewów. Tutaj postanowiła przyspieszyć rytm. Zamierzałam na minutę zmusić organizm do większego wysiłku i powrócić do domu.

Wtedy między przerzedzonymi drzewami dostrzegłam plac budowy. Zamiast przyspieszyć, zwolniłam.

Ależ tu się przez ten miesiąc zmieniło, pomyślałam, zbliżywszy się do ogrodzenia.

Na łące, z której usunięto wszystkie krzewy a pozostawiono jedynie grubsze drzewa, pojawiły się zarysy przynajmniej kilkunastu domów. Tworzyć miały trzy zespoły w zabudowie szeregowej.

Drobiąc krok, przesuwałam się wzdłuż ogrodzenia. Oszacowałam szybko, ilu ludzi może w tych budynkach zamieszkać. Gdyby w jednym szeregu miało osiąść na stałe dwanaście rodzin, wyszło, że nie zamieszka tu więcej niż sto pięćdziesiąt osób.

Sto pięćdziesiąt! I z tej gromadki mieliby się rekrutować klienci nowego lokalu gastronomicznego wystawionego obok Moreny? Toż to garstka! Bo, bądźmy szczerzy, raczej nie wszyscy mieszkańcy osiedla mieliby ochotę wpadać codziennie do włoskiej trattorii na pizzę bądź spaghetti. Nie, to nie byłby dochodowy interes. Nawet gdyby nowi mieszkańcy co jakiś czas urządzali w restauracji chrzciny, urodziny i pierwsze komunie. Na pewno Biernat, a z nim Marek z Irkiem, i nie wiadomo kto jeszcze, przeprowadzili dokładniejszą kalkulację. Ale na co liczą? Skąd by mieli wytrzasnąć większą klientelę? Mówiło się wcześniej o budowie dużego osiedla, można więc przyjąć, że szeregowych domów powstanie tu więcej. Może o to chodzi? A może o to, że niektórzy mieszkańcy starego Kornelina też by zaczęli zaglądać do trattorii?

Zajęta takim rozmyślaniem, zbiegłam niżej, ku niewidocznej jeszcze Wiśle. Przypomniałam sobie ośrodek wypoczynkowy nad jeziorkiem. Jego też w kalkulacji nie można pominąć. Do tego planowana przystań wiślana, goście z Warszawy i okolic. Tak, przy tych założeniach plan biznesowy wyglądałby okazalej. Przynajmniej w sezonie letnim można by liczyć na większą klientelę. Ale czy to wystarczy?

Dobiegałam wreszcie do jeziorka powstałego ongiś w starym korycie rzeki. Tam także trwały prace budowlane i porządkowe. Wzdłuż oczyszczonych brzegów biegła teraz nowa ścieżka, nad betonową płytą – widziałam, jak ją wylewali na początku lata – wznosił się niewielki pawilon. Poza ekipą budowlaną nikt jednak tu się nie kręcił. Najwyraźniej sezon wypoczynkowy miał się rozpocząć dopiero wiosną. No tak, uświadomiłam sobie, wybory samorządowe. Politycy i lokalni działacze znajdą doskonałą okazję do przecięcia wstęgi i zdobycia paru głosów więcej.

Lecz dlaczego Biernat nie postara się o lokalizację dla swojego nowego lokalu tu właśnie, w pobliżu ośrodka, tylko uparł się na plac przy Morenie? Przy jego kontaktach i koneksjach nie byłoby to trudne. Chyba że próbował, lecz żaden urzędnik nie odważył się podpisać pozwolenia na lokal gastronomiczny na terenie zagrożonym zalaniem? Domy mieszkalne stawiane są wyżej, tuż przy drodze, na piaskach, których Wisła nigdy nie zalewała, nie ma więc ryzyka podtopienia, ale ośrodek? A może – przecież sama o tym pisałam w swoim opracowaniu na konferencję – może chodzi im o atrakcyjne otoczenie, przyrodnicze i architektoniczne, z autentycznym zabytkowym świdermajerem tuż obok. O klimat. O bliskie sąsiedztwo. Krótko mówiąc, o dodatkowy argument na rzecz przyciągnięcia konsumentów spoza Kornelina. Włoska trattoria obok willi zaprojektowanej przez ucznia samego Andriolliego! Niezły haczyk do wykorzystania w reklamie. Biernat by tego nie wymyślił, ktoś musiał mu coś takiego doradzić. O ile oczywiście tak właśnie było.

A jeśli jest jeszcze inaczej?

Nagle jakbym doznała olśnienia. Myśl uznałam za absolutnie odkrywczą. Aż złamałam reguły joggingu i wstrzymałam trucht. To, co mi przyszło do głowy, w prosty sposób tłumaczyło cały zamęt wokół Moreny. W tym także to, dlaczego w tajemniczych okolicznościach kolejni lokalni fachowcy, mimo początkowej zgody, jeszcze przed przystąpieniem do pracy rezygnowali z remontu willi. Jakby byli do tego zmuszani. I pewnie nikt by się zadania nie podjął, gdyby na horyzoncie nie pojawiła się firma Ekoreno. Tej już nieznani dręczyciele nie byli w stanie ani zastraszyć, ani przekupić. Widocznie ich łapy nie sięgają aż tak daleko, pomyślałam. To by oznaczało, że chodzi o ludzi z okolicy. Zależało im, aby nie remontować willi, by nie podnosić jej wartości. Aby w rezultacie kupić ją za mniejsze pieniądze i dopiero wtedy wyremontować. Zupełnie inaczej, niż to sobie z babcią wymyśliłyśmy.

Bo przecież – to była ta odkrywcza myśl – potencjalnym klientom można zaproponować jeszcze większą atrakcję niż sąsiedztwo zabytkowego świdermajera. Nie miałam wątpliwości, kto za takim planem mógł stać.

Załózmy, myślałam, że Biernat z nieokreśloną paczką swoich ludzi na wszelkie sposoby – formalnie i nieformalnie, otwarcie i podstępem – zabiega o przejęcie Moreny, gdyż w niej właśnie zamierza urządzić stylową restaurację. To dopiero byłoby coś! Może wie nawet co nieco o Julianie Berezyńskim, że wybitny malarz, że tu bywał i pracował? Nie, to raczej niemożliwe. Skąd by wiedział takie rzeczy? Trudno sobie wyobrazić, żeby Gabrysia, Pysio, czy nawet Gogołek wchodzili w konszachty z Januszem Biernatem. Ale i bez tej wiedzy mógł uznać, że walka o to miejsce warta jest zachodu. Czyli nie chodzi o obsesję starego Biernata, który z niejasnych powodów chce mieć Morenę dla siebie i swojej rodziny, a o racjonalny plan.

A do budynku mieszkalnego, który Biernatowie zbudowaliby na sąsiedniej działce, wprowadzić się może Paulina, być może jako formalna właścicielka lokalu, bo jej świeżo zdobyty licencjat z marketingu i zarządzania będzie domagać się odpowiedniej oprawy. I do tego ewentualnie ze świeżo poślubionym mężem. Tylko z kim konkretnie by miała zamieszkać? To oddzielna zagadka.

I czy Marek ma coś wspólnego z tym planem? I czy w ogóle taki plan istnieje? Za wiele pytań, na które brak odpowiedzi, uznałam. Na razie należy skupić się na jednym, najważniejszym: czy rzeczywiście ktoś, przede wszystkim Biernat, planuje przerobić Morenę na lokal gastronomiczny.

Marek nic nie wie o Berezyńskim i jego obrazach, pomyślałam jeszcze.

Do wiślanego brzegu pozostało paręset metrów. Byłam ciekawa, czy i tam trwają jakieś prace przy budowie zapowiadanej przystani dla łodzi i statków rzecznych, które by miały docierać w okolice Kornelina z warszawskiego nabrzeża. Spojrzawszy jednak ponownie na zegarek, zrezygnowałam z dotarcia do Wisły. Za duże ryzyko, że wpadnę w ostatniej chwili na spotkanie z koleżeństwem z pracy. Że kiedy dobiegnę do Moreny, oni już będą na mnie czekać. A to ostatnie takie spotkanie.

Co prawda Pysio wciąż nalegał, by po remoncie zwołać wielkie „Andriolli party”, ale urządzanie teraz wesołej zabawy, kiedy babcia nie rozstawała się z czernią po śmierci brata Antoniego, wydawało się pomysłem niefortunnym.

Z drugiej strony zdawałam sobie sprawę, że to już ostatnia okazja do spotkania w tym gronie, bo chmury zbierające się od paru miesięcy nad naszą komórką w rządowej agencji nieuchronnie zapowiadały burzę z piorunami, po której może nastąpić albo całkowita wymiana kadr, albo likwidacja jednostki. Umówiłyśmy się więc z babcią, że urządzimy tylko drobne koleżeńskie przyjęcie z okazji nabycia przeze mnie pierwszego własnego samochodu. W gruncie rzeczy jednak miało to być pożegnalne spotkanie grupy przyjaciół, z których każde za chwilę uda się w swoją podróż.

Prawie jak stypa, pomyślałam.

Obiecane dwadzieścia minut mojej nieobecności minęło jak z bicza strzelił. Nabrałam obawy, że za chwilę babcia z Wioletą wyślą za mną kogoś na poszukiwania. Skierowałam się na znaną mi śródleśną drogę, kiedyś spokojną, porośniętą trawą, teraz mocno rozjeżdżoną przez samochody budowy, i pobiegłam wprost do Moreny.

– Dwadzieścia minut! – przywitała mnie babcia z wyrzutem zdradzającym niepokój. – Po co ci telefon komórkowy, skoro go nie zabierasz. Ja dzwonię, a nikt nie odpowiada. Wyobrażasz sobie, co mogłam pomyśleć? Dopiero Wiola mówi, że coś dzwoni na górze. Oczywiście twoja komórka.

– Oj, przepraszam, babciu. – Chciała ją serdecznie objąć, ale ona tylko wzruszyła ramionami.

– Czemu tak długo? – zapytała.

– Tak jakoś wyszło. Zbiegłam nad jeziorko, a tam... – Podniosłam ręce. – Budują na potęgę.

– Tak cię to interesuje? Nie przypuszczałam.

– Och, babciu, żebyś wiedziała – oznajmiłam zagadkowo, po czym przeszłam do kuchni. Babcia weszła za mną. – Myślę, że obie nie zdawałyśmy sobie dotąd sprawy, jaki może mieć ta budowa związek z naszym życiem. I z tym wszystkim, co się dzieje wokół Moreny.

– Nie zdawałyśmy? Jeśli chodzi o mnie, dalej tkwię w stanie nieświadomości – zauważyła. – Ale na pewno zaraz mnie oświecisz.

– Na razie powiem tylko tyle, że nagle wszystko zrozumiałam. Zachowanie Biernata i w ogóle. – Napełniłam szklankę do połowy sokiem pomarańczowym i opróżniłam ją kilkoma dużymi łykami. – Widzisz? Bieganie ma sens. Gdzie Wioleta?

– Poszła cię szukać.

– Wiedziałam. Czy ja dziecko jestem, żeby mnie pilnować? Zadzwonię do niej, niech wraca.

Wbiegłam na górę po swój telefon. Przy okazji zabrałam przygotowane wcześniej ciuchy do przebrania się i zeszłam na dół.

– Tylko pamiętaj, co ustaliłyśmy – upomniała mnie czekająca przy schodach babcia Irmina. – Żadnych działań na własną rękę. Każdy ruch planujemy wspólnie.

– Spokojnie – rzekłam, wybierając jedną ręką numer Wiolety. – Nic przecież nie robię. Tylko mówię. Przyszło mi do głowy... – Przyłożyłam komórkę do ucha i odczekałam moment. – Wioleta? No gdzie ty latasz? Jestem w domu. Możesz wracać. – Rozłączyłam się. – Do głowy – ciągnęłam przerwany wątek – że Biernat... – Zawiesiłam głos, zastanawiając się, czy nie palnę zbyt wielkiego głupstwa. – Krótko mówiąc, że Morena jest mu potrzebna na lokal gastronomiczny.

– Phi! – Babcia prychnęła kpiąco, po czym wybuchła krótkim śmiechem, nagle urwanym. – Też wymyśliłaś! – Widać było jednak, że myśl ta mocno ją zastanowiła. – Skąd ci to przyszło do głowy?

– Po prostu – odrzekłam, wzruszając ramionami.

Z telefonem w jednej ręce, a ubraniem w drugiej, weszłam do łazienki. Tam zrzuciłam z siebie dres, obmyłam się, uczesałam, zrobiłam lekki makijaż i w czystych dżinsach oraz bluzie wyszłam do sieni.

Wioleta zdążyła wrócić. Już miała coś do niej powiedzieć, gdy przed domem rozległ się klakson samochodu. Przez kuchenne okno zobaczyłyśmy, jak pod Morenę zajeżdża samochód z Marcinem Pysznym za kierownicą. Ale to nie był jego wóz. Wewnątrz dostrzegłam troje pasażerów.

– Dziwne – mruknęłam do babci. – Kogo on tu jeszcze przywiózł?

Wyszłam szybko przed ganek i dałam znak, żeby Pysio podjechał bliżej. Gdy się zatrzymał, tylnymi drzwiami wysiadły z wozu Gabrysia i Aga, przodem zaś, wraz z Pysiem, starszy postawny mężczyzna z lekko posiwiałymi skroniami. Koleżanki od razu podbiegły, żeby się przywitać, panowie stanęli z pewnym oddaleniu.

– Zuzanno, pozwól, że ci kogoś przedstawię – rzekł po chwili Marcin Pyszny. – Wprawdzie powinna to zrobić Gabi, ale okej, mniejsza z tym. Krótko mówiąc, mój teść.

– Jerzy Gogołek – przedstawił się teść Pysia, ściskając moją dłoń, a ponieważ trzymałam ją sztywno, nie ucałował jej, tylko szarmancko się pochylił.

– A ja mam wrażenie, że my się bardzo dobrze znamy – zauważyłam.

– Mimo że widzimy się po raz pierwszy? – doprecyzował szybko Gogołek.

– Łączą was w końcu wspólne interesy – zażartował Pysio. – Malarskie.

– Poniekąd – przyznałam. – Ale pan chyba nie po raz pierwszy w Morenie? – dorzuciłam.

– Właściwie... – Gogołek wyglądał przez sekundę na lekko zmieszanego. Wyczuł wyraźnie, że pytanie zawierao jakąś ukrytą aluzję, której on nie zdołał na czas odczytać. – Ależ tak! Byłem przecież pod nieobecność obu pań obejrzeć to malowidło ścienne – oznajmił z uśmiechem, rad, że znalazł dobrą odpowiedź. – Jak ono się ma?

– Proszę je samemu o to zapytać – odrzekłam nieco ironicznie, wskazując jednocześnie drzwi wejściowe. Nie byłam ciekawa jego reakcji. – Dziewczyny! – zawołałam do Agi i Gabi, oglądających dom z zewnątrz. – Do środka!

– A gdzie twój nowy piękny samochód? – zapytała Gabriela.

– Jak to gdzie? Tam, gdzie jego miejsce. W garażu.

– A twój Włoch? W domu? – dorzuciła pytanie Aga.

– Żartujesz? – odparowałam szybko. – Włocha w domu nie utrzymasz. No, chyba że by naprawdę był mój. Ten ma ciągle jakieś swoje sprawy w Warszawie i czort wie gdzie jeszcze. Teraz na przykład. Rano powiedział, że wyjeżdża i zniknął. Ale spokojnie, zawsze wraca. Jak zły szeląg. – Dawałam tą paplaniną do zrozumienia, że nic mnie to nie obchodzi. – A Izy czemu nie zabraliście?

– Nie dzwoniła do ciebie? – zdziwiła się Aga. Pokręciłam głową. – Powiedziała mi rano przez telefon, żeby po nią nie przyjeżdżać, bo coś tam coś tam. Mąż, teściowie, jakoś tak chaotycznie się tłumaczyła, nie starałam się zapamiętać. Znasz Izę.

Rozmawiając, powoli przechodziłyśmy przez sień, gdzie panowie już witali się z babcią Irminą i Wioletą.

– Wiola?! – wykrzyknęła Aga, wbijając wzrok w jej fryzurę. – Co za zmiana! W życiu bym cię nie poznała.

– Ona jest teraz fryzjerką – zdradziłam głosem udającym szept.

– Właściwie dopiero zaczynam – uściśliła skromnie Wioleta.– Byłam w zakładzie dwa razy, ale na krótko, jeszcze nic nie robiłam. Mam nadzieję, że pan Rysiu mnie przyjmie, bo kazał mi w poniedziałek przyjść znowu, już tak na poważnie.

– Proszę państwa dalej, do stołowego. – Babcia przejęła rolę gospodyni. – A ty, moja panno, może zaproponujesz coś gościom? – rzekła do mnie, obrzucając mnie krytycznym spojrzeniem.

– Zaraz, babciu – odrzekłam, po czym objaśniła wszystkim, że przed chwilą wróciłam z joggingu, że przepraszam, ale musiała pobiegać i że trochę dłużej mi zeszło.

– A nie mówiłam, że tak będzie? – przypomniała babcia. – Mówiłam.

Goście rozglądali się po domu. Gogołek kiwał głową z uznaniem, Aga, która widziała willę po remoncie po raz pierwszy, wydawała z siebie co chwila krótkie „uhuhu”, Pysio naśladował mimiką teścia, Gabrysia zaś tylko uśmiechała się zagadkowo.

Po inspekcji pomieszczeń na parterze wszyscy na nowo znaleźli się w stołowym.

– Fantastycznie – ocenił Pysio. – Zgodzisz się chyba? – zwrócił się do teścia.

Gogołek zrobił kwaśną minę. Wszyscy zastygli w oczekiwaniu na jego krytyczną opinię.

– Czegoś mi tu brakuje – oświadczył, wykonując cmoknięcie sceptyka.

Przeczekawszy efektowną pauzę, skierował wzrok na pustą ścianę nad pianinem.

– Może obrazów Berezyńskiego? – zapytałam niepewnie.

– Bingo! – zawołał zabawnie Gogołek, strzelając palcami, bo takie zachowanie nie pasowało do przystojnego, dystyngowanego szpakowatego mężczyzny. – Poza tym nie mam zastrzeżeń. A tak między nami. Ten remont musiał kosztować majątek.

Gabrysia spuściła wzrok, Aga uśmiechnęła się kącikiem ust, nieco kpiąco.

– Dżentelmeni o forsie nie rozmawiają – uciął Pysio niewygodny dla mnie temat.

– Nie pytam. Tylko stwierdzam – wybronił się Gogołek. – Co nieco wiem na ten temat.

Jego przyjazd, jak mi się zdawało, nie wziął się tylko z kurtuazji, ani z tego, że ma duży samochód. Na pewno miał coś ważnego do powiedzenia.

– To co, tradycyjnie. Kawa czy herbata? – zapytałam.

– Jeśli o mnie chodzi, zawsze kawa – oznajmił Gogołek i złożył dłonie, przyjmując formalną postawę, jakby wygłaszał przemówienie. – Jednakże jest pewien problem. Z przyjemnością przywiozłem tu młodych, lecz sam będę zmuszony najdalej za godzinę wracać do Warszawy. Interesy, rozumiecie. Umówiliśmy się, że jeśli pojawi się taka potrzeba, wrócę tu wieczorem.

– Ależ, nie trzeba! – wyrwałam się. – Mam przecież samochód, odwiozę.

– Weź, Zuza! – zbeształa mnie Aga. – Przyjechaliśmy oblewać ten twój wóz, a nie żeby nim się rozbijać.

– No tak. Nie pomyślałam – odrzekłam smętnie. – W tej sytuacji mamy problem.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.