Wilcze gniazdo - Jacek Komuda - ebook + audiobook + książka

Wilcze gniazdo ebook

Jacek Komuda

4,4

Opis

To już drugie wydanie popularnej książki Jacka Komudy o młodym polskim szlachcicu wyrruszającym w ukraiński step po kłopotliwe dziedzictwo. W niespokojny czas. Między ludzi, którzy kiedy kochają czy nienawidzą, to pełną piersią...

*  *  *

Jacek Dukaj o 'Wilczym gnieździe":  Mamy tu do czynienia raczej z mitologią niż prawdą historyczną i z prezentacją stronniczą, przez człowieka ewidentnie zakochanego w tamtej kulturze, który stara się "zarazić" czytelnika swoją fascynacją. I cel ten w dużej mierze osiąga.

"Wilcze gniazdo" nie posiada wielkich pretensji literackich, nie wychodzi poza schemat fabularny ciągu przygód przedstawiających typowe sceny z życia Sarmaty: pojedynku, zajazdu, porwania narzeczonej itp. (omal miniscenariusze do "Dzikich Pól", których Komuda jest współautorem). Jednak przez odwołanie się do tej baśniowej rzeczywistości Sienkiewicza, zagrawszy na narodowych stereotypach i kompleksach - wciąga nas bez reszty w fikcyjny świat. Przynajmniej mnie "Gniazdo" wciągnęło.

Jacek Dukaj, "Magazyn Esensja"

Tapety na pulpit

1280x800:

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




RozdziałIKarczma „Rozłogi”

Był koniec sierpnia. Lato stawało się jesienią. Od dawna panowały upały i stepy wyschły; kostrzewy i ostnice przybrały barwę brązu. Na zboczach jaru zamiast gęstych zarośli sterczały uschłe badyle, wyżej rozpościerał się gąszcz bezlistnych bodiaków i suchych, stepowych ostów. Zapadał zmrok. Czerwonawy blask rozlewał się po zachodnim widnokręgu. Jednak do wąwozu, którym jechał pan Gedeon Sienieński, przedostawało się wystarczająco światła, aby jechać bez ryzyka skręcenia karku.

To nie był trakt, jaki spotykało się na przedmieściach Krakowa czy Lwowa, lecz zwykły ukrainny szlak – szeroka, wydeptana w glinie ścieżka biegła dnem wąwozu, więc trudno było ją zgubić. W stepach błądziły czasami całe karawany kupieckie, a tylko po starych kurhanach – mogiłach i kopcach – poznać można było, że tędy, a nie gdzie indziej, przebiega droga. Na szczęście wielu podróżnych trzymało się zwyczaju nakazującego, by przejeżdżając obok, cisnąć na kopiec choćby starą gałąź. Dlatego te odnawiane ciągle znaki przetrwały całe lata.

Gedeon spieszył się, choć wiedział, że do nadejścia mroku było daleko. Nie zamierzał spędzić samotnie nocy na stepie. Jego czeladź pochorowała się jeszcze w Bracławiu. Zostawił ich pod dobrą opieką, a sam ruszył dalej, mimo iż wielu odradzało mu tę podróż. Ale jak dotąd nie przytrafiło mu się nic szczególnego. Wprawdzie w Konstantynowie usieczono przy nim człowieka w karczmie, potem wpadł w środek zajazdu, który urządził pan podkomorzy Ostrowski na jakiegoś Bałabana, następnie zaś o mało nie wzięto go za woźnego z pozwem i nie obito kijami. Były to jednak zwykłe, domowe sprawy panów braci, jakie działy się nie tylko tu, na dalekiej Ukrainie, lecz także i w rodzinnym Sieradzkiem. W sumie – strachy na Lachy.

Jar stał się mniej stromy. Wkrótce Sienieński wyjechał na step porośnięty kępami niewysokich zarośli. Dalej był las – stary, mroczny, pogrążony w ciszy wieczoru. Ogromne drzewa wyciągały konary nisko nad drogą. Wierzchowiec Gedeona – duży, silny koń jabłkowitej maści – potrząsnął łbem i parsknął. Szlachcic położył dłoń na szabli. Drzewa rozstąpiły się, na niewielkiej polanie mężczyzna ujrzał karczmę. Zdumiał go nieco ten widok. Zwykle gospody znajdowały się we wsiach, które z obawy przed tatarskimi najazdami umacniano tak, iż przypominały małe forteczki. Jednak ta chałupa stała w lesie, z dala od ludzkich sadyb. Aż dziw, że przetrwała. Niedaleko było stąd do Korsunia, a kilka mil za nim rozciągały się już osławione Dzikie Pola.

Gedeon przyjrzał się oberży. Nie spodziewał się tutaj wspaniałego zajazdu ze świeżą pościelą, łaźnią i pachnącymi dziewkami służebnymi. Karczmy w tej części Ukrainy, co poznał na własnej skórze, były małe, brudne i ciasne. W ich strzesze świszczał wiatr, z powały spadały paskudne robaki, a wokół paleniska leżeli na pół martwi z przepicia Kozacy. Ta zaś nie była ani lepsza, ani inna niż pozostałe. Zwieńczona słomianym, opadającym aż do ziemi dachem, w którym – rzecz dziwna – widniała tylko jedna mała dziura. Ściany krzywe, jakby wsparł się o nie krzepki pijanica pozostający pod przemożnym wpływem trunku, obejście brudne i zarośnięte chwastami. Zajazd nie miał obszernego stanu z tyłu. Już na pierwszy rzut oka wyglądał na typową mordownię. Na szczycie dachu przybito wiechę, a nad drzwiami spróchniałą tablicę z nazwą. Ale nie jakąś tam ładną, pasującą do tego miejsca. Napisano po prostu „Rozłogi. Trónki i pivo”. Znaczyło to, że karczmę można było uznać niemal za światową, bo w tych stronach mało kto z pospólstwa potrafił czytać i pisać.

– Hej, bywaj tu! – zakrzyknął Sienieński, gdy wjechał na plac otoczony zmurszałym płotem. – Wyjdźże, Kozacze!

Nikt nie odpowiedział. Gedeon rozejrzał się. Zwykle oberże w tej okolicy prowadzili starzy Zaporożcy o czerwonych od gorzałki nosach, gębach ozdobionych bliznami po zwadach i bitwach. Może w tej było inaczej? Może prowadził ją ktoś inny? W takim razie mógł być nim chyba tylko Żyd.

– Hej, Żydzie!

I znów bez odzewu. Gedeon zeskoczył z kulbaki, wprowadził wierzchowca do starej, na wpół rozwalonej szopy obok gospody. Były w niej dwa konie. Jeden biały, smukły, o wspaniałej, delikatnej grzywie, a obok niego kudłaty tatarski bahmat. Znaczyło to, że w karczmie ktoś stał. Czyli było z kim pić. Koń Gedeona zarżał gniewnie, gdy właściciel przywiązał go obok tamtych. Szybko zamierzył się zadem, chcąc kopnąć dzianeta. Sienieński uderzył go dłonią po łbie.

– Spokój, Kaper, szelmo!

Przemierzył podwórze i kopniakiem otworzył drzwi karczmy. Tak jak się spodziewał, izba była mała i brudna. Na widocznym w głębi pomieszczenia szynkwasie płonął kaganek, na ścianach dwie pochodnie. W ich blasku ujrzał dwóch szlachciców. Pierwszy nie był wysoki, Gedeon przewyższał go o co najmniej pół głowy. Włosy, podgolone wysoko, mocno mu już posiwiały. Czoło znaczyła głęboka, ciemna bruzda – blizna po dawnym cięciu szablą. Oczy, zmrużone, zielonkawe, wyglądały w półmroku jak ślepia kota. Nieznajomy odziany był w dostatni szarawy żupan przepasany litym pasem, zza którego sterczała rękojeść kindżału. Obok zasiadał drugi – młodszy, dużo wyższy, bardzo chudy, w skromnym żupanie z zielonego sukna.

Pewno pan i sługa, pomyślał Gedeon.

– Czołem, waszmościowie! – rzekł, podnosząc rękę do rysiego kołpaka.

Tamci nie odpowiedzieli. Starszy, ten z blizną, przyjrzał się uważniej Sienieńskiemu. Zapewne nie uszedł jego uwadze dostatni strój nowo przybyłego, a zwłaszcza młoda twarz i szabla w nabijanej klejnotami pochwie. Gedeon wiedział, że z pozoru wyglądał na mało doświadczonego szlachetkę, który częściej miał do czynienia z kuflem i miską niż z szablą, a fechtował wyłącznie łyżką. Pozory jednak myliły, i to bardzo, o czym miało sposobność przekonać się już co najmniej kilku warchołów z Sieradzkiego.

Zza kontuaru wybiegł przygarbiony Żyd w wystrzępionym chałacie.

– Piwa, Żydzie! I jeść mi dawaj!

– Ja witać, witać, jaśnie wielmoźna pan ślachcic! – zagadał szybko starozakonny. – Nu u Chaima wśiśtko psiednie. U Chaima są delicyjały, jakich nawet pan ślachcic u księcia Koheckiego by nie miał!

– Jak zwykle łżesz, Żydzie! – mruknął cicho Gedeon. – Ruszaj po jadło.

Żyd nie zareagował, skulił się i wyszeptał niemal do ucha Sienieńskiego:

– Ja się bać, panie ślachcic. Ja się bahdzo bać... Źeby ja być sam, to aj-waj! Ja by ugościć jaśnie pana jak habina! Ale tu stać inny ślachcic. I on nie chcieć, źeby tu kto inny poza nim był. A jak ktoś być, to on giewałty czynić. To on się bić. On kahczmę spalić i stahego Źida za bhodę szahpać! Jaśnie wielmoźny pan! Ja nie wiedzieć, co czynić.

Gedeon westchnął ciężko. Zerknął z ukosa na posiwiałego szlachcica.

– A widziałeś ty, Chaim, taki piniondz? – zapytał, przedrzeźniając nieco mowę Żyda, po czym rzucił na stół czerwonego złotego. Oczy Chaima rozszerzyły się gwałtownie. Gedeon pozwolił, by wziął w rękę ciężką monetę. Widział jego bezbrzeżny zachwyt.

– Ruszaj po jadło. A tamtym gościem się nie martw.

– Jaśnie pan, źieby ja się nie mahtwił niczym, toby ja ho, ho, habinem nasim zośtał. A tak z łaśki pana Niemihycza ten kahczma phowadzę. A ten pan to jeśt moźny pan. To jaśnie wielmoźny pan Dyonizy Muhaszko. Moźny ślachcic.

– Ruszaj po żarcie! – warknął zniecierpliwiony Sienieński. Spojrzał z ukosa na obu mężczyzn, a potem wyciągnął zza pasa krócicę i położył na stole tak, żeby widzieli ją dokładnie. Zastanawiał się, kiedy tamci się zorientują, że bynajmniej nie ma ochoty opuścić karczmy. Był bardzo ciekaw, kiedy skończy się cierpliwość pana Muraszki.

Chwilę później pan Muraszko skinął na Chaima, a potem rzekł coś doń ściszonym głosem. Żyd załamał ręce i przytruchtał do Gedeona.

– Jaśny pan ślachcic. Pan Muhaszko kazał powiedzieć, zieby wasia wielmoźność stąd posiedł.

– A czyja to karczma? – spytał Gedeon. – Pana Muraszki?

– Jaśnie wielmoźnego pana Niemihycza...

– Skoro tak, to tylko Niemirycz mógłby kazać mi stąd wyjść. Rób swoje, Żydzie, i panem Muraszką się nie przejmuj!

– Aj-waj! Giewałt będzie! – załamał ręce karczmarz.

Odszedł jednak od gościa. Pospiesznie udał się za szynkwas, a po dłuższej chwili przyniósł Gedeonowi misę kaszy jaglanej z mięsem, zwanej na Ukrainie sałamachą, i pogięty cynowy kufel pełen piwa. Sienieński zamierzał wziąć się do wieczerzy, gdy poderwał się towarzysz Muraszki.

– Waćpan nie słyszałeś, co ci Żyd mówił?! – warknął nieprzyjaźnie. – Dymaj z tej karczmy!

– Czy to wasz szynk?

Tamten stropił się nieco. Milczał przez chwilę. Najwyraźniej pytanie przerosło możliwości jego podgolonego łba.

– Nasz czy nie nasz... Łeż to! – powiedział trochę nie do rzeczy. – Waćpan masz stąd iść i kwita!

– A jak nie pójdę?

– Bieda będzie! – rozległo się z boku. To przemówił sam Muraszko. Wstał, nieco się chwiejąc. Widocznie był już nieźle podpity. – Ja w tej gospodzie stoję, chłystku. Ja lubię, jak mam dużo miejsca. – Czknął z powagą. – Dymaj stąd!

– A jak nie pójdę? – powtórzył Sienieński.

Chudy odstąpił w tył. Gedeon dostrzegł, że wyciąga rękę do szabli.

Boże, przemknęło mu przez głowę. Znowu awantura. A już myślałem, że dojadę spokojnie...

– Stawaj, waść! – zakrzyknął w furii siwy szlachcic. – Stawaj zaraz, mlekosysie!

– Co waści tak spieszno do bitki? I o co idzie spór? Miejsca tu dosyć!

– Ja nie lubię, jak mi hołota powietrze psuje – mruknął tamten niewyraźnie. – Jam jest Dionizy Muraszko, o którym wiele waćpan musiałeś słyszeć!

– Słyszałem, jako psy wyją do księżyca... A jam Gedeon Michał Sienieński.

– Sienieński! – wykrzyknął Muraszko. – Syn Janusza Sienieńskiego?

– Co waści do tego. A jeśli nie syn, a bratanek, to co?

– To nic. – Muraszko wyglądał na nieco stropionego. – Choćbyś był tylko jego bękartem, to i tak stawaj!

– Zaraz. Wieczerzę skończę...

Chudzielec obrócił się błyskawicznie. Chciał chwycić oparty o ławę bandolet, ale gdy się wyprostował, Gedeon zerwał się z ławy szybko i wymierzył weń krócicę. Muraszko chwycił za szablę, lecz zaraz zamarł niezdecydowany.

– Odwołaj pachołka, bo ruszę cyngiel! – wycedził Gedeon. – Coście wy? Zbóje, żeby napadać na samotnego?! A niechże to pioruny strzelą! Idźcie do diaska!

– Stawaj, waść!

– Jak skończę jeść.

– Tchórzysz? – zapytał cicho Muraszko. – Godniejszym od ciebie krew upuszczałem.

– To gdzie staniemy? Przed karczmą?

– Idź!

– Ty pierwszy – zarządził Gedeon. – A pachołka puść przodem. Nie chcę mieć kuli w plecach!

– My szlachta, honor mamy!

– Akurat. Pies jebał twoje szlachectwo... – Gedeon nie skończył. Jego ręka, trzymająca krócicę na wysokości serca chudego sługi, nawet nie drgnęła w czasie rozmowy. – I niech twój pachołek odłoży broń! Nie chcę tu jatki.

Muraszko spojrzał uważniej na Gedeona. Ale w głosie młodzieńca nie wyczuł wahania ani niepewności. Skinął na swego towarzysza i ten opuścił bandolet.

– Wyjdźcie pierwsi!

Stary skierował się w stronę drzwi. Wychodząc, wyszarpnął z pochwy zygmuntówkę. Stal zalśniła słabo w świetle pochodni.

– Stawaj, psi synu!

Gedeon ruszył za nimi wolno. Opuścił pistolet. Obaj zawalidrogi odwrócili się w stronę karczmy.

– Wyłaź! – warknął Muraszko.

Sienieński stanął w drzwiach, ale zamiast wyjść, chwycił za klamkę, zatrzasnął drzwi i zasunął rygiel. Potem spokojnie wrócił na miejsce i wziął się do sałamachy. Kasza już wystygła.

Minęła długa chwila, nim z zewnątrz dało się słyszeć sapanie Muraszki. Chyba dopiero teraz zorientował się, co miało miejsce. Gedeon usłyszał ciche przekleństwo, a potem niepewny głos:

– Panie Sienieński... Co się... To tak?! Ty psi synu! Wychodź!

Gedeon milczał. Nie miał zamiaru wszczynać karczemnej zwady.

– Tylko wieczerzę skończę! – odkrzyknął. – Poczekaj na mnie, panie Muraszko!

– Ty tchórzu! – rozdarł się w odpowiedzi adwersarz. – Ty psi synu! Ty hołoto! Wychodź, ścierwo, jak na szlachcica przystało!

Gedeon nie zadał sobie trudu, aby wytężyć słuch. Zaraz potem doszło go łomotanie w dębowe deski. Na szczęście drzwi były solidne, a okna zasłonięte okiennicami. Usłyszał znowu krzyki, wrzaski i wymyślania.

– To co, nie wyjdziesz?! – Muraszko nie popuszczał. – Już ja cię dostanę, z kurwy synu!

Gedeon jadł i nie zwracał uwagi na krzyki. Jego przeciwnik raz jeszcze zabębnił w drzwi, a potem zapanowała cisza. Dopiero później Sienieńskiemu zdało się, że usłyszał stłumiony, oddalający się tętent kopyt.

Nie minęło wiele czasu, gdy Gedeon skończył sałamachę, wypił nieco piwa, a potem z pistoletem w garści otworzył drzwi. Księżyc świecił silnie, wyraźnie widział więc cały plac przed szynkiem. Nie było na nim nikogo. Najwyraźniej pan Muraszko nie dotrzymał mu pola i wolał udać się w jakieś inne miejsce. Sienieński zastanawiał się, czy powinien tego żałować. Zwykle lubił zwady i awantury, niegdyś zresztą omal nie zabito go w pojedynku, tym razem jednak wolał uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi. Wiedział, że w tej okolicy będzie musiał zatrzymać się na dłużej, więc nie chciał, by już na wstępie znano go jako hultaja i zabijakę. Choć z drugiej strony to była przecież Ukraina. A każdy, kto nie potrafił utrzymać szabli w garści, kończył w tatarskich łykach lub też na dwie piędzi pod ziemią. Ciekawiło go, kim tak naprawdę był ten Muraszko. Nie wyglądał na wielkiego posesjonata ani znaczącą osobistość. Sienieński miał nadzieję, że spotkał się ze zwykłym zawalidrogą, jakich pełno było zawsze w każdym zaścianku zarówno na Ukrainie, jak i na Mazowszu.

– Jaśnie pan ślachcic... Jaśnie pan ślachcic... – usłyszał nagle. Żyd, który wcześniej ukrywał się w komorze, załamywał ręce.

– Co się stało?

– Aj-waj, jaśnie panie! – wykrzyknął starozakonny. – I co ja tehaz zhobię? I co tehaz ze mną będzie?! Ja sthacę! Wsiśtko sthacę! I będzie konieć! Jak mnie cięźko zić na świecie...

– Przecie Muraszko pojechał.

– Ale, pan ślachcic... Pojechał... On tu ma blisko wieś i dwohy. Tam źije jego hodzina! Panowie Muhaśkowie. I on do nich pojechał. I on ich sphowadzi! I ja będę pił to piwo, co mi wasia wielmoźność nawaził...

– Tam żyje jego rodzina? – wyszeptał cicho Gedeon i nagle, choć noc była ciepła, zrobiło mu się chłodno. – To mówisz, że on pojechał po swoich krewnych?

– Ja wiedzieć wsiśtko, jaśnie wielmoźny pan. Tam źije ze sto chłopa. A panowie Muhaśkowie sthaśni. Oni na jahmahku w Kohsuniu pana Ksiesia zabili. Pana Muszalskiego pościehbili! Aj-waj z nimi phocesować i wadzić! Aj-waj, pan ślachcic tehaz będzie miał z nimi...

– Przyprowadź mi konia! – rozkazał Gedeon. – Nie ma co, będzie nieszczęście...

Nie minęła chwila, gdy Sienieński dopadł Kapera i wskoczył na siodło. Spojrzał na karczmarza.

– Bywaj, Chaim. A jakby się o mnie pytali, powiedz, że pojechałem na Bohusław.

– Aj-waj, panie. Już ja tu awantuhę czuję...

Gedeon spiął konia ostrogami. Ruszył szybko traktem na zachód, tam, skąd niedawno przyjechał. Ale ledwie gospoda zniknęła mu z oczu, skręcił w las. Wjechał wolno pomiędzy stare dęby, a potem zeskoczył na ziemię. Wyglądało na to, że będzie musiał spędzić noc w borze. Miał nadzieję, że nie żyły tu wilki. Ale żeby nie pozbawiać się przyjemności, podszedł lasem pod karczmę. W końcu zatrzymał się na wprost wejścia, ukrył za konarami spróchniałego, zwalonego buka, przywiązał Kapera do drzewa. Zajazd miał stąd jak na dłoni. Mimowolnie wysunął zza pasa krócicę. Dopiero teraz spostrzegł, że nie nakręcił zamka, a więc gdy w izbie groził słudze Muraszki, nie mógłby oddać strzału. Poczuł nieprzyjemny dreszcz. Doprawdy udało mu się sprytnie wywikłać z większej awantury. Czekał, co będzie dalej.

Siedząc za pniem zwalonego drzewa, z szablą pod ręką, słyszał pohukiwanie sowy, potem szelest liści, gdy jakieś małe zwierzątko przekradało się przez chaszcze. Z oddali doszło doń przytłumione wilcze wycie. Kaper poruszył się, parskał niespokojnie. Gedeon wydobył bukłak z piwem, nalał na dłoń nieco trunku i podsunął koniowi. Wierzchowiec wyczuł miłą woń chmielu, pospiesznie chłeptał piwo. Sapnął ciężko i od razu się uspokoił.

Nagle Sienieński zamarł. Wytężył słuch. Na drodze, gdzieś daleko, załomotały końskie kopyta. Tętent narastał. Nie minęło wiele czasu, gdy z boru na polanę wypadło kilkunastu jeźdźców. Szybko dopadli karczmy, osadzili spienione wierzchowce. Czyjś koń zarżał, inny stanął dęba. W świetle księżyca zabłysły obnażone szable, zaczerniały kołpaki i wilcze kapuzy na głowach nowo przybyłych. Rozległy się krzyki i nawoływania. Drzwi oberży otwarły się z trzaskiem. Gedeon usłyszał rozwścieczony głos Muraszki.

– Gdzie on, Żydzie! Gdzie Sienieński? Gadaj, psi synu!

– Za borodu! Za borodu Żyda chwataj!

– Gdzie on?! Gdzie?! Szukajcie wszędzie, takie syny!

Kilku zeskoczyło z koni i wparowało do wnętrza gospody. Wkrótce Gedeon usłyszał łoskot i brzęk, któremu wtórowało biadolenie Żyda. Potem chlaśnięcia nahajów. Głosy polskie mieszały się z ruskimi, widocznie wśród watahy znajdowali się Kozacy.

– Aj-waj! Co wy czynicie! Giewałt się dzieje. Aj-waj! Moje gahnki! Moje dzbany! Aj, zhujnujecie!

– Zamilcz, mordo judaszowa! – krótko a składnie przyciął Chaimowi Muraszko. – Gadaj, gdzie Sienieński?! Dokąd pojechał? A może go przechowujesz?! Semen! Zajrzyj do komory!

– Moje miody! Moje wina! Pomiłujcie, panie! Ja jestem phosty Żid. Mnie niczego do ślachty, do siabli. Mnie ino andele, andele. Ja mieć dzieci. Moja Kindełe ośm dzieciów pohodziła!

– Stara szkapa! – mruknął któryś z towarzyszy Muraszki. – Chyba, panie Dionizy, chędożyć jej nie będziesz! Nic tu po nas.

Gedeon usłyszał gwałtowny łomot i trzaski.

– Ne ma Lacha, pane!

Z karczmy ponownie doszły odgłosy uderzeń i zmieszane, wściekłe głosy.

– Będziesz ty gadał! Będziesz!

– Aj-waj! Ja juź mówić. Ja wsiśtko mówić! Ja nie mieć ziadna kłamstwa... Ziadna wykhęty. On pojechać... Pan ślachcic pojechać na Bohusław, nu. Na Bohusław!

– Słyszeliście! Na Bohusław trzeba jechać!

– A to gospoda Niemirycza! Zły będzie na nas! Coś ty narobił, Dionizy?!

– Niemirycz możny pan! Poszczerbić nas gotów!

– Nie gadać! Na Bohusław! Łapcie go, szelmę!

– Na Bohusław!

Na polanie znowu rozległo się rżenie koni, brzęk uździenic i chrapanie wierzchowców. Nie minęła chwila, a cała wataha poderwała rumaki do biegu. Wypadli na trakt, a potem pomknęli na zachód.

– O tak... Całujcie psa w rzyć! – roześmiał się cicho Gedeon. – Na pewno będę w Bohusławiu.

Odetchnął z ulgą. Schował krócicę za pas. Do karczmy wolał już nie wracać, więc cofnął się, odwiązał Kapera od drzewa i wszedł głębiej w las.

Znalazł osłonięty od wiatru wykrot pod korzeniami pochylonego dębu, rozkulbaczył i spętał wierzchowca. Potem ułożył się pod drzewem, na stercie zeschłych liści, okrył się derką. Miał nadzieję, że do rana nic się nie zdarzy.

Promienie słońca grzały twarz Gedeona. Żółty, łagodny blask przeświecał przez gęstwinę liści. Wstawał dzień. Jesienny, ale zarazem pełen ciepła i słodyczy. Kolejny dzień Ukrainy. Gdzieś tam, daleko, otwierały się zapewne o tej porze okiennice chałup, skrzypiały studzienne żurawie. Świat budził się ze snu. Drzewa szumiały w podmuchach wiatru. Czas ruszać w drogę.

Gdy Gedeon wyjechał na trakt, poranek przeszedł w jasny, przepełniony złocistym blaskiem słońca i błękitem dzień. W gęstwinie drzew, wśród krzaków, bodiaków i porostów, trwała wspaniała, doprawdy niezwykła w tym roku jesień. Była akurat ta pora, gdy wszystko szykowało się już do zimowego snu, ale drzewa nie straciły jeszcze listowia, słońce długo gościło na niebie, a szary świt nie mroził chłodem i szronem.

Gedeon minął karczmę, po czym wypuścił Kapera w skok. Za lasem pełnym starych, splątanych konarów, zapachu wilgoci i kurzu rozpościerał się step. Z pozoru uśpiony, usłany zamarłymi w bezruchu trawami. Step Ukrainy. A wszystko na Ukrainie było tak piękne, tak zapomniane i odległe, jak gdyby kraina owa nie stanowiła części Rzeczypospolitej, lecz jakiś nieznany, odległy ląd. Wszystko było tu inne. Trawy nie wyrastały nigdzie indziej tak wysoko jak tutaj. Lasy nie były tak splątane i mroczne, trakty nie gubiły się w stepach, w pustkowiach, gdzie od wieków ukryte pod dywanem kwiatów leżały stosy niepogrzebanych kości. Chwasty kryły ruiny po spalonych wsiach, zrównanych z ziemią grodach, polach bitew sprzed stuleci. Wiejskie chałupy – niskie, o spadzistych słomianych dachach – były małymi twierdzami. Ufortyfikowanych dworów broniły palisady, zasieki i płoty.

Już wkrótce dokoła traktu pojawiły się uprawne pola, wioski i małe, brudne miasteczka. Podążał przez nie wolno, z namysłem, gdy nagle droga poczęła opadać. Strzeliste wzgórza zarastał wiekowy las. W gęstym borze natrafiało się znienacka na parowy, ogromne jary wypełnione szumem potoków i wodospadów, skalne progi i zdradliwe bagna nęcące z dala świeżą trawą i kwiatami. Sienieński zjechał w dół, w ogromny stepowy jar, i zanim zdołał zorientować się, gdzie jest, dostrzegł mogiłę z trzema krzyżami, a dalej, w głębi doliny, miasto. I wtedy domyślił się, że dotarł do Korsunia.

Minęła długa chwila, nim zjechał nad Roś i znalazł się na wprost blokhauzu. Na zwodzonym moście panował ruch. Wielkie kupieckie wozy wjeżdżały do Korsunia ze skrzypieniem nienaoliwionych osi, trzeszczeniem spojeni. Za bramą Gedeon dostał się w sam środek zamieszania. W wąskich uliczkach pomiędzy drewnianymi ścianami domostw panował gwar i ścisk. Brodaci ormiańscy kupcy otwierali kramy, Żydzi szykowali wódkę i piwo, przekupnie wystawiali towary, a starzy bywalcy gospód pociągali z kielichów.

Już wkrótce dotarł do rynku miasta. Plac w środku Korsunia był duży, o wiele większy niż rynki innych miast Korony czy Litwy, zatłoczony, pełen ruchu, wrzasków, ryku bydła, turkotu kół i tupotu stóp. Był początek jesieni, więc siromachowie kozaccy, wypasający bydło na stepach, gnali stada na targi. Ukraina, bogata w zboże, nigdy nie wywoziła go do dalekich, zamorskich krajów, jak czyniono to w innych częściach Rzeczypospolitej. Dlatego karmiono ziarnem bydło, a woły przepędzano na Podole, do Multan, a nawet do Budziaku. Była już prawie jesień, więc półnadzy lub poprzebierani w futra czabanowie pędzili stada wśród przekleństw, świstów batów, swarów i kłótni. Była jesień... Czas zbiorów i koniec kozackich chadzek za morze, zatem czumacy wykładali na straganach zwoje tureckich materii, pęki skór i zdobiony oręż. A między nimi kręcili się Żydzi, Tatarzy i chłopi wiozący w podwodach sól i wiśnie. Wszystko można było tutaj dostać, wszystko sprzedać...

Gedeon przedarł się z trudem przez rozwrzeszczany tłum. Skierował się w stronę południowej części rynku, gdzie wznosił się dwór starościński. Przed gankiem prowadzącym do siedziby starosty czekało już kilkunastu panów braci. Wszyscy odziani byli w żupany i delie i najwyraźniej na kogoś czekali. Gedeon poczuł się nieswojo. Wąsate, ponure gęby poznaczone bliznami i ranami nie pałały nadmierną życzliwością do bliźniego. Wszyscy sprawiali wrażenie ludzi dobrych w szabli i skorych do zwady. Popatrywali chłodno na Sienieńskiego, gdy oddawał wodze pachołkowi starosty. Gedeon miał tylko nadzieję, że nie spotka kompanów albo kuzynów pana Dionizego Muraszki.

Gdy wszedł na ganek, nagle z ciemnej sieni wysunął się niewysoki, brodaty, siwy szlachcic o kaprawych oczkach. Nie miał prawej nogi – kuśtykał, wspierając się na drewnianej protezie; szedł jednak szybko i pewnie – można by rzec, iż niemal pędził, potrząsając zaciśniętą pięścią. Omal nie wpadł na Gedeona. Potknął się, a Sienieński mimowolnie chwycił starca za ramię, przytrzymał. Kulawy skinął mu głową w podzięce, a gdy wyszedł za nim jakiś młody człowiek, na oko pisarz grodzki, staruszek rozwarł dłoń, ukazując zmięty papier, którym zamachał w powietrzu.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Copyright © by Jacek Komuda Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2009

Wydanie IV

ISBN 978-83-7574-397-5

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Dark Crayon

Projekt okładki Paweł Zaręba

Ilustracje Hubert Czajkowski

Redakcja Karolina Wiśniewska

KorektaMagdalena Byrska, Katarzyna Pawlik

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 [email protected] www.dressler.com.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/