Bohun - Jacek Komuda - ebook + audiobook + książka

Bohun ebook

Jacek Komuda

4,2

Opis

Ani historia alternatywna, ani kontynuacja Trylogi

Wsłuchaj się w słowa opowieści o bitwie pod Batohem. Zwanej staropolskim Katyniem. Objętej zmową milczenia historyków i dawnych pamiętnikarzy. Oto zapis zdarzeń poprzedzających najstraszniejszą klęskę w dziejach Rzeczypospolitej...

Komuda zaprasza do XVII-wiecznej Rzeczpospolitej, opisanej bez upiększeń. Krwawe waśnie, zemsta, zdrada, szpiegostwo i dyplomacja splatają się w sugestywną wizję świata jednocześnie pięknego i śmiertelnie niebezpiecznego

Andrzej Pilipiuk

Bohaterowie z krwi i kości, kochający i nienawidzący pełną piersią. Mordujący w pijanym szale, a jednocześnie pełni głębokiej wiary w Boga. Zajmująca fabuła, nietuzinkowe postaci, wszystko w przejmującej scenerii Dzikich Pól, spowitych dymem płonących chutorów i rozbrzmiewających jękami mordowanych

Jacek Piekara

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tych, co żywcem pojmano [...], nazajutrz [...] pościnano wszystkich.

Zygmunt Druszkiewicz

Gdy więźniowie konając wołali Jezus, przestraszyli Tatarów, zatem po gardłach siekali, aby imienia Jezus [...] nie wspominali.

Wespazjan Kochowski

Jak Polska Polską,

Rozdział I   Biesy

Śmierć atamana • Dola kozacza • Rezat’ Lacha albo za garść szelągów • Szable nie rdzewiały • Widzenie Tarasa • Krywo idet, pane mistru! • Biesy zadnieprzańskie • Chmel zdradnyk! • Piernaczem w łeb albo pogrzeb pułkownika

Iwan Bohun, pułkownik kalnicki, przesławny mołojec, zwycięski wódz Kozaków, który z niejednej bitwy i zasadzki wyniósł cało głowę, umierał. Nie odchodził jednak jak prosty Zaporożec – w stepie, w samotności, słuchając łopotu skrzydeł kruków i wycia wilków, zwabionych świeżą krwią. Leżał na posłaniu ze skór śmierdzących dziegciem, nakryty wspaniałą karmazynową delią z sobolowym kołnierzem, a głowę wspierał na tureckiej kulbace. Oto przyszła nań ostatnia godzina, tuż za ścianą namiotu czaiła się śmierć. Kiedy wstrząsany paroksyzmami bólu miotał się na posłaniu, niemal słyszał zbliżający się tętent kopyt jej karego konia; zdawało mu się, że chwila jeszcze, a Pani Małodobra wpadnie tu na krótką chwilę, aby ściąć jednym ruchem kosy siwy, poznaczony bliznami łeb Kozaka.

Rany, które odniósł na brzegach Płaszowej, na skraju krwawego beresteckiego pola bitwy, gdzie kwiat mołojeckiej armii Chmielnickiego padł stratowany kopytami polskich koni, nie chciały się zagoić, a wraża kula wciąż tkwiła w boku atamana. Pułkownik spluwał krwią, charczał, kiedy prosił o driakiew czy palankę. Przez całe miesiące leżał na wpół żywy, czasem zrywał się, wołał o konia i szablę. Kilka razy poczuł się lepiej – wówczas siadał na rumaka i gnał w step. Lecz zawsze w końcu dopadała go niemoc. Tak było teraz – miast cwałować na zdobycznym polskim dzianecie, stękał na posłaniu, a w słabnącym ręku ściskał złotą buławę pułkownikowską, zdobytą ongiś w obozie pod Piławcami. Kozacy modlili się wokół niego.

– Cariu Niebiesnyj, Utieszytielu, Dusze istiny, Iże wiezdie syj i wsia ispołniajaj, Sokrowiszcze błahich i żyzni Podatielu, Priid i wsielisia w ny, i oczisti nyu ot wsiakija skwierny, i spasi, Błaże, duszy nasza – szeptał klęczący przy posłaniu stary Fyłyp, zwany Kulasem, a to dlatego, iż lata temu, broniąc się w obozowisku pod Starycą utracił nogę i odtąd wspierał się na drewnianej kuli. Chodziły słuchy, że najlepiej w całym Kalniku znał się na zamawianiu chorób i wyciąganiu kul, a takoż na puszczaniu krwi, wycinaniu czyraków i odpędzaniu kołtuna.

– Kraczesz jak kruk, didu! – warknął Kozak Sirko, nie wypuszczając spomiędzy żółtych, poszczerbionych zębów cybucha zdobycznej tureckiej fajki. – Horyłki przynieś lepiej, a nie tropariony odmawiaj.

– Chudo z nim – mruknął Krysa, zwany tak od ciemnej blizny przecinającej lewą brew, nos i policzek. – Dawaliście palankę z prochem?

– Nie tylko z prochem, ale nawet z popiołem – mruknął Fyłyp.

– I co?

– Nie pomogła.

– Co komu pisane, to go nie ominie. – Krysa z namaszczeniem zakręcił nasmołowany osełedec wokół prawego ucha. – Jak horyłka z popiołem nie wygodziła, to już śmierć pewna jako amen w pacierzu.

– Kula siedzi głęboko – rzekł Fyłyp. – Nie wyciągniesz jej świdrem, nie wydłubiesz dłutem. Ja takem myślał, że może sama wyjdzie, ale widać do serca ją ciągnie, a nie do ziemi. Co tu gadać – chudo bude!

Bohun jęknął. Krysa wysmarkał się przez dwa palce, otarł rękę o lity pas polski, do którego przyszytych miał bodaj ze sto lackich pierścieni herbowych. Kozak powiadał zawsze, że były to sygnety jego wrogów, wszyscy wiedzieli jednak, że znaczną część zebrał z trupów na pobojowisku, a niektóre, co znaczniejsze, wykupił za gorzałkę od czerni i Tatarów. Pochylił się nad Bohunem, spojrzał na jego bladą twarz i zroszone potem czoło.

– Bat’ko – rzekł cicho. – Ja znaju. Tobie smert pisana. Tak ty powiedz, gdzie ciebie chować mamy? Tu, na stepie, czy w Kijowie, u świętego Michała, pod Złotym Dachem?

– Bat’ko godny mołojec – mruknął Sirko. – Jemu się hetmański pogrzeb należy i katafalk, z chorągwiami, muzyką. W Peczerskim monastyrze mu leżeć, w pieczarze, między świętymi, a nie u Michała, z chacharami i popami.

– Skur... wy... że... – wycharczał Bohun przez zaciśnięte zęby. – Ja wam... pecze... Z Pesztą... chować chcecie? W jednym grobie, dytcze syny?! – urwał i splunął krwią, bo chwycił go paroksyzm bólu.

Kozacy stropili się, popatrzyli na siebie. Wreszcie Krysa palnął się pięścią w podgolony łeb. Na śmierć zapomnieli, że nieboszczyk Peszta, co przed śmiercią postrzygł się w mnichy w klasztorze kijowskim, miał wielki rankor do Bohuna.

– Tedy gdzie cię, bat’ko, chować mamy? – zapytał Sirko. – Chyba w Kalniku?

– Zawrzyj gębę, stary capie! – warknął Krysa. – O jakim Kalniku gadasz? W Trechtymirowie bat’ko zlegnie. Trumnę każę zrobić z sośniny zadnieprzańskiej, mocniejszej niźli pale i szubienice, co mołojcom dobrym kniaź Jarema stawiał. Do sklepu [1] pod klasztorem ciało spuścimy. Będzie ci tam, bat’ko, całkiem jak w łożu pod pierzyną puchową. A i dziewek ci nie zbraknie, bo tam pod Trechtymirowem z dawnych czasów chowali duńki zacne, a niektóre to chyba nawet dziewice. A jak ci dziesięć lat zleci, tak będziesz wyglądał, jako one zewłoki z Ziemi Świętej, co z nich Żydzi kamienieccy driakiew i antydota czynią.

Sirko strzyknął śliną przez połamane zęby. Zarzucił za ucho koniec długiego, nasmołowanego wąsa.

– Poskrom ty jęzor, Krysa – zawarczał – cobyś go razem z hołową nie stracił. Nie w Trechtymirowie, jeno w Kalniku pułkownika pochowamy. A nie chcesz moich racji uznać, tedy wychodź na kułaczyj boj!

– Nie w kułaczym boju, ale szablą osełedec ci podgolę! – krzyknął Krysa, a potem rzucił się do Sirki, chwycił go za żupan pod szyją, szarpnął, powlókł ku sobie. Szybko rozdzielili ich pozostali Kozacy – złapali za ręce, dali po łbach, odciągnęli na bok.

– Pierwszemu, co za szablę chwyci, łeb rozwalę! – warknął Fyłyp i porwał się do obuszka. – Precz! Precz z kurwy synowie, świniopasy pohańskie!

Kozacy posłuchali. Wyrzucili z namiotu awanturników i wyszli, tłocząc się przy wejściu. Stary już był Fyłyp i niemrawy, jednak wszyscy mieli w pamięci dawną awanturę z atamanem Hołotą w Bracławiu o nierządną dziewkę, kiedy w pół pacierza tak oporządził Kozaka czekanikiem i wygniótł drewnianym kulasem, że medyk sprowadzony z Humania i stara worożycha Galina ledwie poskładali Hołotę do kupy.

Stary Kozak został sam na sam z umierającym. Bohun rzęził, krew pojawiała się na jego poranionych wargach. Poorana bliznami twarz pułkownika stawała się coraz bledsza.

– To koniec, Fy... łyp... – wydyszał. – Dziś umrę.

– Dola kozacza. Dzisiaj żyjem – jutro gnijem. Wczora horyłkę pijaliśmy, jutro już na Sądzie będziemy u Hospodyna.

– Ile to ja lat... żyłem... Liczyłeś ty, Fyłyp?

– Będzie już ze czterdzieści i kilka roków, bat’ko. Ale na więcej wyglądacie. Nie posłużyła wam ta lacka kula spod Beresteczka.

– Pochowajcie mnie w Perejasławiu... przy soborze świętego Michała...

– Będzie jak chcecie, bat’ko.

– Nie chcę katafalku. Jeno w mniszy habit ciało obleczcie. A jakbyście nie dowieźli, bo gnić bym począł, tedy w stepie złóżcie. Pod kamieniem, coby wilki nie wygrzebały... I na głazie wyryjcie...

– Nie wygrzebią. Dopilnuję.

– Wiem... Fyłyp... Ja muszę... widzieć Tarasa. Zawołaj go. Zaraz!

Stary Kozak rozejrzał się dokoła.

– Nie masz tu Tarasa – rzekł cicho. – Wszak wasza mość go wypędził.

– Jak to wy... wypędził... – wycharczał Bohun. – Nie może być.

– To było wtedy, kiedy się nie chciał was Taras słuchać i Lachów, co ich wzięliśmy pod Białą Cerkwią, wyścinać. Wasza mość kazał mu się na oczy nie pokazywać. I Weresaj jako kamień w wodzie przepadł. Tylko jego ojciec z nami ostał, bo ślepy już i stary.

– Jak to?! – zaszlochał półprzytomny Bohun. – Jak to być może?

– Ano tak to i było. Nie masz już Tarasa. A wyście, bat’ko, potem w gniewie horyłkę pili. Mołojcom po gębach nakładli, ziemię gryźli. I tak z apopleksyjej rany się wam pootwierały.

– Źle uczyniłem – wydyszał umierający. – Na Światuju Pereczystuju, popełniłem grzech. Wybacz mi, Panie, gniew! Jak mogłem wygnać bandurzystę, co był mi jak syn rodzony! Toż ja sam jestem jedyny na świecie. Fyłyp!

– Sługa waszej miłości.

– Ja Tarasa... Ja mu wszystko oddaję. Całą moją sławę, majętności z lackich gardeł wydarte... Ty go znajdź... Ty mu wszystko powiedz... i rzeknij... rzeknij... że w grobie będę czekał jego zmiłowania! Fyłyp! Spasi Chryste!

Bohun poderwał się z łoża, chwycił za świtę starego Kozaka, potrząsnął nim, a potem opadł na plecy. Krwawa piana wystąpiła mu na wargi.

– Będzie jak każecie, bat’ko – wyszeptał Fyłyp. Bohun miotał się i rzęził. Krew plamiła pyszną polską delię, spływała na szlachetne jedwabie i adamaszki, na szczerozłotą buławę, na futra wilcze, kunie i sobole.

– Tylem lat wojował – wycharczał Bohun – biłem Lachów... Tysiące mołojców na śmierć wiodłem... I po co to wszystko? Co z tej chwały mieć będę w Królestwie Niebieskim...?

Poderwał się i zadygotał. Krew puściła się z jego ust, krwawe plamy wystąpiły na bandaże i szarpie. Fyłyp modlił się cicho, ze spuszczoną głową. Czerwona posoka pułkownika plamiła skóry i płótno. Spływała po jedwabnych pasach, po wilczych i sobolich futrach, po złotogłowiach i aksamitach. Po szabli ormiance w pochwie nabijanej jaspisami, po kindżale, po pułkownikowskiej buławie nabijanej turkusami. Po kołpaku z rysiego futra zwieńczonym trzęsieniem i diamentem wartym połowę wsi. Krew spływała z posłania, skapywała na rozdartą kopytami koni, wstrząsaną wystrzałami z dział i arkebuzów ziemię Ukrainy. Fyłyp miał wrażenie, że ściekała też z góry po ścianach namiotu, sączyła się z dachu, omywała drzewca spis, na których rozpięto namiot; wszystko było skąpane w szkarłacie.

A potem Bohun poderwał się z łoża, chwycił zakrwawioną ręką za szablę i krzyknął przerażającym głosem:

– Taras! Bywaj tu! Taras... Com ja ci uczynił...

Zakaszlał i na powrót padł bez sił na posłanie. Znieruchomiał.

Minęła długa chwila, nim Fyłyp odmówił modlitwę i wyszedł z namiotu, splamiony krwią atamana. Spojrzał na Kozaków, którzy zgromadzili się przed wejściem i dwie łzy stoczyły się po jego ogorzałej, poznaczonej bliznami twarzy.

– Mości panowie mołojcy i wszystka starszyzno pułku kalnickiego ze wszystkim towarzystwem wojska zaporoskiego... Wszystka Rzeczpospolita Ukraińska... – urwał. Głos Fyłypa się załamał, lecz po chwili podjął przemowę:

– Iwan Bohun, pułkownik kalnicki, mołojec sławny, wódz wielki, wolności wojska zaporoskiego strażnik i miłośnik... Wojennik niepospolity... oddał ducha. Bohun nie żyje!

Kozacy pospuszczali głowy.

•••

– Tyś naprawdę wierzył, że Sonka dziewica?! He, he, he! Wszystkim mołojcom piczy dawała; gziła się z semenami jakoby klacz na wiosnę, tylko z tobą jednym nie chciała. A wiesz czemu?

– Nie wiem.

– Boś kiep i nigdyś baby nie chędożył!

Kozacy, paskudni, obdarci zawalidrodzy roztaczający wokół siebie woń dziegciu i gorzałki, zarechotali tak głośno, że aż konie stuliły uszy. Taras Weresaj spuścił wzrok, spłonił się jak niewinna mołodycia na widok rzyci Zaporożca.

– Mają baby swoje sposoby sekretne, że i sam mąż nie pozna, czy ją kto wcześniej na ławie heblował – rzekł ze znawstwem Sysun, podciągając przykrótki rękaw zdobycznego giermaka i mrużąc skośnawe oczy. – Wszystkie baby na Bracławszczyźnie to murwy. Z wyjątkiem mojej i waszych matek. Ale długo by o tym gadać. W konie, bracia!

Zjechali do głębokiego jaru, przemknęli z pluskiem przez strumień. Kopyta bachmatów i wołoszynów załomotały na kamieniach starej, zarośniętej trawą drogi.

– Nie za mało nas do tej chadzki? – zapytał Ołeś, zawołany lirnik i bandurzysta bractwa świętego Michała z Bracławia. – Jak będzie Lach dworu bronił, chudo z nami bude!

– Dudy w miech, mości panowie mołojcy! Jednego Lacha się boicie? Nie tacy to już panowie, co nas bijali. Nie Żółkiewscy i Koniecpolscy, jeno Tchórzowscy i Zajączkowscy, baby w żelazo poubierane. Dobrze będzie, mówię wam.

– A pewnie! – zakrzyknął młodszy z braci Horyłków. – Już tam czekają na nas w Kopyśnicy beczki z dukatami we dworze. Dziewki przaśne i materie pozłociste. Wszystko po kozacku weźmiem!

– Żal dać przepadać dobru! – dorzucił starszy Horyłko, rozparty wygodnie w kulbace.

– Na swą zgubę Lach tu wrócił – wyszczerzył żółte zęby Sysun. – Po smert!

– Jutro w Kalniku poswawolim – rozmarzył się Morozowicki, który powiadał się szlachcicem, a w rzeczy samej był najzwyklejszym osierckiem i to – jak szeptano po karczmach – pozostałym ponoć po żydowskim arendarzu. – Powiadam wam, panowie bracia, że małpy bracławskie jako stare kobyły zajeździmy. Nie będą mogły przez miesiąc kurwy nogami poruszać!

– Graj, Taras! – krzyknął Sysun. – Graj, do kroćset! Toż jak na weselisko jedziem!

Taras chwycił bandurę i zagrał.

Wtedy to Kozak, biedny nieborak, Kiedy te słowa posłyszał W końcu stoła siadał, trzosik wyjmował I młodej szynkarce, Naści karczmarce Cały stół czerwieńcami zaściełał. Wtedy wielmoże kozaccy – bogaccy, Gdy czerwieńce dojrzeli u niego Zaraz częstować go jęli Miodu szklanką I gorzałki czarką...

•••

– Bat’ko... pomrzemy tutaj! – zapłakała Luba.

– Co ty mówisz, dziecino? – spytał brat Michał.

– Biesy do nas idut... – załkała dziewczynka. Łzy grube niczym groch spływały po jej ślicznej bladej twarzyczce.

– Cicho, detyno. – Zakonnik utulił ją w ramionach, gładził i pocieszał. Pozostałe dzieci poruszyły się niespokojnie. Któreś poczęło chlipać.

– Jarema ide! – jęknął Mykoła, któremu wiśniowiecczycy odrąbali prawą rękę.

– Bat’ko, Lachy nas dostaną!

– Nie znajdą nas ni Lachy, ni Kozacy. Toż dwór opuszczony od lat. Cały ród tu czerń wygubiła. Nikt o nas nie wie...

– One idą... Biesy pędzą na koniach wronych, ojcze – piszczała Luba. Dzieci płakały coraz głośniej, nawet Mykoła przetarł oczy lewą ręką.

– Matka Boska nas obroni – westchnął brat Michał. – Chodźmy do niej, moje dziateczki.

Wszedł do świetlicy, ukląkł przed figurą Marii Bogurodzicy. Dzieci cisnęły się do niego, przyklękały, szlochając.

I modliły się...

•••

I wtedy to Feśko Handża Andyber, Hetman zaporoski Z cicha słowami przemawiał: Ej, Kozacy, mówi, dzieci, druhowie – mołojcy, Proszę was dobrze się starajcie, Tych wielmożów kozackich – bogackich Zza stołu niby woły za łeb wyprowadzajcie Przed oknami pokładajcie, Po trzykroć brzeziną osmagajcie!

To śpiewał i grał Ołeś. Słowa dumy porywał wiatr, głuszyły je końskie kopyta. Wypadli z jaru na szeroki step, otworzyło się przed nimi morze traw, zielonych bodiaków, ostów i kwiatów. Teraz pomknęli skokiem, pokrzykując wesoło.

– Na sławu! – huknął Sysun.

– Na szczastie! – zawtórowali mu Kozacy.

•••

Na majdanie załomotały końskie kopyta. Któryś z wierzchowców zarżał, poskromiony silną ręką. Dzieci rozszlochały się, rzuciły zakonnikowi do stóp. Brat Michał skłonił siwą głowę; jego szczupłe ręce dygotały lekko. Palec zakonnika nadal zdobił szlachecki sygnet z Kościeszą. Modlił się z całych sił, wpatrzony w posąg Maryi i widział, jak po obliczu Bogurodzicy toczyły się dwie łzy... A może tylko mu się zdawało?

Mały Mykoła przycisnął zdrową ręką płaczącą Lubę. Zadrżał, gdy w sieni trzasnęły drzwi, kiedy deski podłogi zadudniły pod podkutymi butami.

– Smert – wyszeptała Luba. – Smert idzie.

Brat Michał przytulił oboje do siebie.

– Bóg nas obroni, moje dzieciny – wyszeptał cicho przez łzy.

•••

Kozacy wpadli do świetlicy w sześciu, z dobytymi szablami, z rusznicami i czekanami na podorędziu. Nikt nie stawił im oporu. Nikt nie porwał za broń...

Mołojcy zamarli zaskoczeni, widząc gromadę dziatek tulącą się do starego zakonnika w szarym, bernardyńskim habicie przepasanym rycerskim pasem kolczym. A wraz z Kozakami wtargnął do świetlicy zaduch dziegciu, koni i gorzałki. I coś jeszcze... Zimny powiew śmierci. Płomienie smolnych szczap zachybotały się pod jej lodowatym tchnieniem.

Taras popatrzył na skulone, chlipiące dzieci i odetchnął z ulgą. Spodziewał się oporu we dworze, zbrojnej czeladzi i Lachów. Obawiał się nawet, że ich sześciu nie starczy na zdobycie folwarku, do którego, jak powiadał Sysun, wrócił potajemnie szlachcic wraz z całą rodziną. Tymczasem znaleźli tu głód, nędzę i mizerię. I kalekie dzieci...

Weresaj zadrżał, gdy przypatrzył się gromadce malców. Niewysoki chłopczyk obejmował kikutem ramienia dziewczynkę z czarnymi jamami zamiast oczu. Tuż obok leżało dziecko bez nóg, przypominające wór łachmanów, a dalej cisnęły się do kolan zakonnika piszczące pacholęta.

Dzieci były strasznie okaleczone. Taras z przerażeniem oglądał kikuty rąk i nóg, główki poznaczone głębokimi ranami, szramami od szabel, bliznami po oparzeniach. Niektóre z dziatek miały obcięte uszy, nosy, lub palce – widać wraz z rodzicielami wpadły w ręce żołnierzy z chorągwi koronnych – być może nawet oddziałów kniazia Jaremy, mszczących się za rzezie i popalone dwory na Zadnieprzu. Taras widział przed sobą najnieszczęśliwsze ofiary wojny, jaką wzniecił Bohdan Chmielnicki przeciwko Rzeczypospolitej. Nieszczęsne pacholęta, które zapłaciły za bunt cenę sroższą niż czerń, Kozacy, starszyzna zaporoska, polscy i ruscy panowie.

Na dalsze rozmyślania nie było czasu. Sysun wpadł między kaleki, roztrącił je, chwycił starego zakonnika za habit i wywlókł z gromady.

– Gdzie Lach? – zawył. – Gdzie twój pan?

– Pomiłujcie, panowie mołojcy – jęknął zakonnik. – Jego mość Gdeszyński, co tu był gospodarzem, zabit. Czerń cały ród wydusiła razem z żoną i dziatkami cztery roki temu. O tam – pokazał ruchem głowy w stronę podwórza – za stajnią pogrzebaliśmy to, co z nich ostało...

– Łżesz, didu! On tu we dworze ukrywa się! Ale my go znajdziem. Spod ziemi wydobędziem. Tak ty lepiej gadaj, gdzie Gdeszyński złoto i srebra ukrył. Inaczej chudo bude!

– I na prażonych podeszwach na tamten świat pójdziesz, popie! – Morozowicki wykrzywił twarz w paskudnym uśmiechu.

– We dworze nie ma nikogo poza mną i tymi dziateczkami – rzekł zakonnik. – Z gościńców je zebrałem, kaleki nieszczęsne.

– Znaczy, ty tutaj dziećmi opiekujesz się? Ty Lach – jezuita?

– Ja od ojców bernardynów – odrzekł starzec. – Za grzechy moje ofiarowałem się Panu Bogu, a on rzekł mi, abym sieroty nieszczęsne pod dach mój brał. Tak i ja was, panowie mołojcy, zmiłowania proszę – nie czyńcie krzywdy kalekom nieszczęsnym.

– Milcz, popie! – warknął młodszy Horyłko. – Gdzie złoto chowasz? Gdzie twoje judaszowe dukaty, kundlu jezuicki? Oddasz nam, to cię całego ostawimy. A jeśli choć jednego zatrzymasz, tedy na gałęzi poskaczesz!

– Nie mamy złota. Toż ja biedny mnich jestem...

Jednym szybkim ruchem Sysun chwycił za kindżał i przyłożył ostrze do gardła zakonnika.

– Zawrzyj gębę, didu! Dukaty dawaj, talary, jefimki, orty!

– Bierzcie co chcecie, jeno oszczędźcie sieroty!

– Przeszukać dwór! – ryknął Sysun, a potem walnął Lacha rękojeścią kindżału w brzuch. Zakonnik jęknął, padł na kolana, złożył ręce do modlitwy.

– Taras, pilnuj go!

Bandurzysta podszedł do starca, ale nie dobył szabli. Nie wierzył, aby Lach stawił mu opór. Sysun i Horyłkowie rozbiegli się po dworze. Z łoskotem poczęli rąbać beczki czekanami i obuszkami, rozwalać wieka skrzyń, odrywać obluzowane deski podłogi, zaglądać do komór i pieców. Z lichych, parcianych worków wysypało się ziarno, ze skrzyni wzbił obłok mąki. Z rozbitych baryłek wyciągnęli suchary, resztki jagieł i kaszy.

– Nie bójcie się, ojcze – rzekł cicho Taras. – Jeśliście złota nie zataili, nic wam nie będzie. Wyście panie, szlachcic?! – zapytał, widząc pas kolczy na habicie starego bernardyna.

Zakonnik modlił się żarliwie. Dzieci płakały, garnąc się do niego.

– Sługiwałem wojskowo – wyszeptał cicho. – Byłem pod Beresteczkiem. Ale po rzezi ofiarowałem się Panu Bogu. I poszedłem zbierać po traktach pacholęta. Te wszystkie chore, ranne, bez rodzicieli. Dzieci, co pozostały po przejściu ordy, Kozaków albo naszych chorągwi. Tu są wszystkie – te ze szlacheckich dworów i te z prostych chałup. Z miast i przysiółków. Z jarów i pól.

Taras spojrzał na dzieci, na ich rany, blizny, kikuty rąk i nóg obwiązane gałganami, na pobladłe twarzyczki. Przeniósł wzrok na zakonnika.

Zamarł...

Wróciło tamto...

Kozaczek zadygotał, opadł na kolana i na chwilę ukrył twarz w dłoniach. To... To nie mogło być prawdą! Zobaczył... Znowu, tak jak przed rokiem, dostrzegał... Widział tę straszną rzecz.

Zakonnik popatrzył mu prosto w oczy. Spasi Chryste... Czyżby wiedział o widzeniach Kozaka?! Czyżby coś przeczuwał?

– Taras, nie lękaj się – wyszeptał brat Michał. – Mnie śmierć pisana, lecz nie trwóż się. Ojciec niebieski przyjmie mnie do swej chwały. Nic to, że zginę, jeśli dzieci ocaleją.

– Ty wiesz – wydyszał bandurzysta. – Ty znajesz... Co mi się stało wtedy...

– Wiem, co widzisz – wyszeptał starzec. – To samo, co ujrzałeś pod Beresteczkiem, kiedy ostatniego dnia bitwy Chmielnicki uderzał na królewskie wojska. Znów masz to przed oczyma. Módl się za mnie, Kozacze.

– Skąd wiesz? Ojcze... ja...

– Ja to samo ujrzałem. Straszne miałem widzenia, póki nie zrzuciłem zbroi husarskiej i nie przywdziałem habitu. I nie ofiarowałem się Panu Bogu. Ja wiem, co czujesz...

– Ja... nie chcę! – jęknął Taras. – Nie zniosę już tego dłużej.

– I powiedział Pan: kto nie bierze swojego krzyża i idzie do mnie, nie jest mnie godzien. Tak oto synu otrzymałeś dar od Boga, ufaj więc w jego siłę i moc, a on uczyni z niego najlepszy pożytek.

– Dlaczego to przytrafiło się właśnie mnie?!

– Ufaj w moc i opiekę Bogurodzicy. Idź za jej głosem i daj się prowadzić. Być może ty właśnie zaprowadzisz pokój Boży na Ukrainie. I zakończysz wojnę...

Taras milczał. Dygotał z przerażenia, nie mógł patrzeć na zakonnika.

Wtedy to Kozacy wpadli do świetlicy z brzękiem szabel, z łoskotem podkutych butów.

– Nie ma dukatów! – krzyknął Morozowicki.

– Nie ma złota! – zawtórowali mu jak jeden mąż Horyłkowie.

Ołeś spojrzał na Sysuna złowrogim wzrokiem.

– Gdzie dukaty i talary? Gdzie orty i szóstaki? Gdzie złotogłowie i aksamity, czapraki, delie? Gdzie materie tureckie, coś nam je obiecywał?!

– Nie masz ich tutaj! – huknął młodszy z Horyłków.

– Łgałeś, psi synu!

Sysun rozejrzał się dokoła ze złością. Być może nie wiedział, czy od razu porwać za szablę, czy też odwrócić jakoś uwagę rozwścieczonych kompanów. I wtedy jego bystre oczy dostrzegły coś za plecami mołojców.

– Tam Lach złoto schował! – zawołał, wskazując figurę Bogurodzicy. – Bierzcie! Matka Boska talarów nie potrzebuje.

Wytrzeszczyli oczy. Pod posągiem Marii leżał chudy trzos.

Zakonnik zerwał się na nogi.

– To są ostatnie grosze nasze, oddane pod opiekę Najświętszej Panny!

Ołeś skoczył ku figurze, wyciągając rękę po sakiewkę. Bernardyn zagrodził mu drogę, lecz Kozak pchnął starca. Bez skutku. W zamian za to zakonnik chwycił jego dłoń i zatrzymał bez wysiłku; uwięził ramię, niby w kowalskich kleszczach. Ołeś szarpnął się wściekle.

– Puskaj! – krzyknął. – Do dytka!

Kozacy skoczyli mu na pomoc, roztrącając dzieci. Izba wypełniła się łoskotem, krzykiem i brzękiem. Lecz nim Zaporożcy dopadli do posępnej postaci zakonnika, Lach odepchnął Ołesia z takim rozmachem, że Kozak padł w tył, walnął podgolonym łbem w ławę, niemal nakrył się nogami. Zanim jego kompani przypadli do bernardyna, zakonnik chwycił cienki trzos i z całej siły przycisnął do piersi.

– Przez mękę Zbawiciela naszego, pomiłujcie! – zakrzyknął. – To dla dzieci...

Horyłkowie i Sysun chwycili starca za ręce, chcąc wyrwać mu mizerną zdobycz. Rozdarli habit, ale nie byli w stanie wydrzeć sakiewki.

– Taras! – zacharczał Sysun. – Taras, chodź tu!

Bandurzysta nie ruszył się. Kozacy stęknęli, szarpnęli zakonnika za ramiona, w których ukrywał sakiewkę, ale nic nie wskórali.

– Z kurwy synu! – wycedził przez zaciśnięte zęby Ołeś i jednym szybkim ruchem zdzielił bernardyna czekanem w łeb. Zakonnik krzyknął, padł na kolana, lecz nie wypuścił sakiewki. Krew polała się na podłogę, ściekła na zmurszałe deski.

– Oddaj dukaty! – ryknął Sysun. – Dawaj złoto, dytczy synu!

Chwycili zakonnika za ramiona. Sapali, klęli, warczeli, ale jego uchwyt był silniejszy niźli kuta stal.

Ołeś porwał za szablę i zadał cios. Sysun wyprowadził drugi. Młodszy Horyłko uderzył trzeci, a Morozowicki jako czwarty...

– Stać! – Taras rzucił się między mołojców. – Zostawcie go!

Starszy Horyłko wbił Weresajowi łokieć pod żebra, młodszy poprawił pięścią w skroń. Taras zgiął się, runął pod ławę, skulił na podłodze, trzymając za żywot.

– Brać złoto! – zawył Sysun.

– To dla dzieci! – jęknął zakonnik. – Zlitujcie... Oszczędźcie...

Ostatkiem sił Horyłko oderwał prawą rękę bernardyna od ciała, chwycił za przedramię, przytrzymał. Lecz nie był w stanie rozewrzeć mu palców.

– Oddawaj! – krzyknął Sysun.

– Dla dziatek – powtórzył mnich zakrwawionymi ustami. – Dla...

Sysun ciął jednym ruchem kurczowo zaciśniętą dłoń. Zakonnik jęknął. Sakwa upadła na podłogę razem z odciętymi palcami.

Sysun zawył. Chciał rzucić się po sakiewkę, ale bernardyn był szybszy. Nim Kozak schylił się po mieszek, chwycił go lewą ręką, przycisnął do pokrwawionego ciała.

– Ulitujcie – wybełkotał. – Ja...

Ciosy szabel i czekanów spadły na niego ze wszystkich stron, raz za razem. Bernardyn jęczał; ostatkiem sił pełzł ku posągowi Maryi, nie wypuszczając z ręki sakiewki.

– Skaczesz, Lachu! – zakrzyknął Sysun. – Jeszcze skaczesz!

Ciął szablą ze świstem i jednym wprawnym ciosem odrąbał mu lewą rękę w łokciu.

Zakonnik zawył. Padł w drgawkach na podłogę tuż przed posągiem Maryi. Czerwona krew trysnęła na ściany, na figurę Najświętszej Maryi Panny. Bernardyn uczynił ostatni, rozpaczliwy wysiłek, chciał rzucić się całym ciałem na sakiewkę, lecz Sysun chwycił za jego długie, białe włosy, poderwał głowę ku górze, a potem ze świstem uderzył szablą!

Szloch i krzyk dzieci urwały się w jednej chwili. Cios był tak silny, że Sysun przerąbał szyję zakonnika i zarazem figurę Matki Boskiej. Głowa bernardyna padła z łoskotem na deski, przeturlała z głuchym dudnieniem, a potem zamarła w kącie. Jej powieki poruszyły się jeszcze, zatrzepotały i znieruchomiały. Krew spływała po przewróconych świecach, po różańcu, Biblii i okaleczonym, bezgłowym posągu Maryi.

Z okrzykami tryumfu Sysun i Morozowicki rzucili się ku sakiewce, chwycili ją, poczęli wyrywać sobie z rąk. Materiał pękł w jednej chwili, a z płóciennego woreczka sypnęły się monety. Lecz nie talary, dukaty, czy czerwone złote. To były zwykłe, pospolite miedziaki, połamane i oberżnięte ternary, denary, szelągi i grosze, wśród których zabłysnął czasem ort czy szóstak.

Taras patrzył przerażony, jak panowie mołojcy zgarniali unurzane we krwi miedziaki. Jak młodszy Horyłko podniósł odcięty palec zakonnika i pomagając sobie zębami zerwał zeń herbowy pierścień. Morozowicki odrywał deski z podłogi, rąbał ściany, przewracał sprzęty. Tymczasem Ołeś ściągnął z martwego ciała bernardyna jego rycerski pas.

Sysun podniósł się z kolan, schował do sakwy zakrwawione grosze, a potem rzucił okiem na odrąbaną głowę zakonnika i splunął.

– Podpalić dwór! – rozdarł się na całe gardło. – Spalcie to wilcze gniazdo!

Morozowicki porwał smolną szczapę zatkniętą przy drzwiach. Szybko podłożył ją pod obrusy i materie przy bezgłowej figurce Maryi. Płomienie buchnęły w górę, przeniosły się na ścianę.

– Podpalać! Podkładajcie ogień! – ryczał Ołeś. – Spalmy dwór do szczętu!

Dzieci już nie płakały. Stłoczone w kącie sali, wpatrywały się nieruchomymi spojrzeniami w to, co rozgrywało się na środku świetlicy – pewnie dlatego, że w czasie wojny na Ukrainie widziały gorsze rzeczy. Śmierć rodziców, braci i sióstr, tortury, rzezie, niewolę, strach, zniszczenie. Taras oprzytomniał szybko. Skoczył ku nim, objął pacholęta, popchnął w stronę drzwi wiodących do sieni.

– Uchodźcie! – zakrzyknął. – Uchodźcie ze mną!

•••

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Sklep – tu w znaczeniu piwnicy, lochu

Copyright © by Jacek Komuda Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2006

Wydanie V

ISBN 978-83-7574-349-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski Robert Łakuta

Grafika oraz projekt okładki Piotr Cieśliński

Ilustracje Hubert Czajkowski

Redakcja Ewa Białołęcka

KorektaJolanta Aleksandrowicz, Barbara Caban

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/