Galeony wojny - Jacek Komuda - ebook + książka

Galeony wojny ebook

Jacek Komuda

4,3

Opis

Powieść marynistyczna z pogranicza historii i fantastyki uhonorowana prestiżową Nagrodą im. Leonida Teligi

Śmierć i chwała! Bitwy wojennych galeonów, salwy całoburtowe, kaperskie rajdy i abordaże na pokładach tonących okrętów, niszczycielskie sztormy.

Smak morskiej wody i krwi. Gorycz porażki i słodki zapach zwycięstwa...

Świat żaglowców, morskich awanturników, kaszubskich piratów, kaprów i kapitanów XVII-wiecznej Rzeczypospolitej.

Gdańsk, rok 1627. Szwedzi atakują ujście Wisły, ich okręty rozpoczynają blokadę miasta. Do walki z eskadrami Gustawa Adolfa staje młoda polska flota wojenna Zygmunta III Wazy wspierana przez kaprów na służbie królewskiej. Kapitan Arendt Dickmann - późniejszy admirał i zwycięzca w bitwie pod Oliwą - rzuca wyzwanie Fortunie, stawiając na jedną kartę honor i doświadczenie. Razem ze szlachcicem Markiem Jakimowskim - buntownikiem z tureckiej galery - wyrusza w morze, by posłać na dno złowrogiego Lewiatana napadającego na statki z Gdańska. I przekonać się, czy opowieści o bestii z morskich otchłani są prawdą, czy tylko podstępną intrygą szwedzkich korsarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 709

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Jeszcze nie jest pobity świetny okręt Rzeczpospolitej...

Jacek Kowalski Psalm rodowodowy

Idźmy więc w imię Boże przeciwko Tigernowi!

Arendt Dickmann, admirał floty polskiej w bitwie pod Oliwą

Pamięci Augustyna Necla, znanego jako Chrysty Globus, bez którego kaszubskich baśni nigdy nie zostałbym pisarzem.

Rozdział I   Maszoperia Dahla

Statek na strądzie • Diabelska fluita • Krew na pokładzie • Pocałunek śmierci • Wizerunek niepospolity Zachariasza Knadego • Dwór pełen łotrów • Ich wszystkie kłamstwa i zdrady • Coelesti iungimur arcu, czyli złota Wenecja Północy

Wiosenny sztorm cichł, rozpadał się na pojedyncze porywy bezsilnego gniewu. Wiatr niosący grube krople dżdżu siekł twarze deszczem, zrywał kłęby piany ze szczytów fal piętrzących się niczym górskie zbocza, szamotał się wśród drzew na stromym brzegu. Ogromne bałwany rozbijały się z szumem i łoskotem na zdziczałym wybrzeżu Osetnika[1]. Przewalały się z hukiem na wąskim pasku plaży, za którą wznosił się, jak potężny mur, poszarpany uskok wybrzeża zarośniętego prastarym bukowym borem, następnie przechodzącym w las przetykany prześwitami i polanami, na których plewiły się osty, turzyce i bodiaki.

Jost wpatrzył się w morze, przesłonił ręką oczy, by nie raził go blask ognia rozpalonego na stromym brzegu, jego wzrok przemknął nad roztańczonymi grzywami fal. Daleko wśród szarych zwałów chmur przedzierała się wąska czerwonawa łuna zachodzącego słońca. Na tle dalekiego poblasku dostrzegł to, czego cała maszoperia[2] wypatrywała niczym Dnia Zbawienia – wysmukły kształt rozpruwający fale obłym dziobem.

Statek! Jost rzuciłby na szalę wagi Fortuny swojego parta i dołożyłby roczny połów bantek[3], że była to flamandzka fluita. Ogromny stos rzucał migotliwy poblask; choć maszop stał tyłem do ognia, ciągle miał przed oczyma czerwonawą poświatę płomieni. Nie widział, rzecz oczywista, pawęży rufowej, jednak silnie zwężające się burty i trzy wysmukłe maszty pozwalały sądzić, że statek nie był galeonem, krejerem ani pinką – gdyż Jost nie dostrzegał ostro ściętej dziobnicy. Zapewne szyper płynął z Rygi lub Narwy, może z Königsbergu, choć maszop nie oddałby za to głowy. Fluita zbliżała się do brzegu gnana wiatrem i falami – zapewne pilot lub sternik brał ogień rozpalony przez maszoperię za światło wskazujące początek wodnego szoru, wiodącego aż do portu w Łebie, i chwała za to Panu. Błądzenie było rzeczą ludzką, a w takich ciemnościach mógł zgubić drogę nawet bardzo doświadczony szyper. Jednak w tym wypadku cena pomyłki była równie wysoka jak podniesione do ciosu topory kaszubskich piratów.

Statek wszedł na mieliznę. Maszop nie widział, co działo się na pokładzie, bo fale i deszcz przesłaniały zdobycz przed jego drapieżnym wzrokiem. Jednak bez trudu mógł się domyślić wszystkiego. Strądowanie[4] na Osetniku zawsze wyglądało tak samo. Pierwszy wstrząs... Później chwila przerwy.

Stępka statku szoruje po mieliźnie, wiatr wpycha go coraz głębiej na piaszczystą łachę. Pokład dygoce wstrząsany paroksyzmami agonii, gdy fluita desperacko walczy o przetrwanie, ludzie walą się z nóg, źle przymocowane beczki toczą się po pokładzie, pęka maszt – lecą na pokład reje, liny i stengi.

Jost polecił Boskiej opiece dusze załogi. Zdawało mu się, że słyszy krzyki przerażenia, lamenty i modlitwy, gdy kadłub zadygotał, a klepki poszycia zatrzeszczały pod ciężarem statku. Wreszcie fluita stanęła, lekko pochylona na bok. Zamarła daleko od brzegu, otoczona wieńcem fal.

– Statek na strądzie! – rzekł Jost do reszty maszopów. – Pakowny orlog, fluita albo pinasa. Będzie ze sto łasztów frachtu! Ino załogi nie widzę.

– Niech ich Smantk wezmie! Zagasić ogień, we diochle! – rzucił Gust Dahl, szyper i przywódca towarzystwa.

Grube dębowe polana i kawały buczyny zasyczały polane wodą. Płomienie zachybotały zasypywane piaskiem; poczęły przygasać, przegrawszy skazaną z góry na porażkę walkę z ludzką przemyślnością.

– Zbierać się, knepi[5]! Chyże!

Maszopi porwali się na nogi. Wszyscy zawzięci i chmurni jak morze podczas grudniowego sztormu. Jost widział ich ogorzałe gęby, przenosił wzrok z jednej postaci na drugą. Stali przy dogasającym ogniu – wielkie, czerstwe chłopy w skórzanych buksach, w wępsach z rękawami, w mokrych świtach i granatowych sekniach; w ociekających deszczem mucach i kapeluszach na głowach. Zbrojni w szable, siekiery, pałasze, a gdyby one nie wystarczyły – w pistolety i półhaki ukrywane przed deszczem pod połami opończy.

Szybko ruszyli na wybrzeże; znikli w wykrocie pod pniem buka powalonego w jednym z okrutnych jesiennych sztormów, gdy niebo i woda łączyły się w szaleństwie na podobieństwo rozwścieczonych bestii. Zeszli ze stromego klifu, poszarpanego kłami morskich żywiołów niczym brzeg znoszonej sukni starego żebraka z Gduńska.

A potem chmury rozstąpiły się i wzeszedł księżyc, rozświetlając dziki brzeg. W blasku miesiąca wyglądał niczym wybrzeże przeklętej wyspy, która nagle wynurzyła się z fal na środku legendarnego Morza Sargassowego w dalekim Nowym Świecie, gdzie rozpadały się rozdarte galeony i karaki obrośnięte wodorostami. Wąski pasek piasku u podnóża wzgórz przypominał pobojowisko po walkach stolemów[6], pełne poskręcanych, połamanych drzew, kamieni i wodorostów przyniesionych falą przyboju. Gałęzie ogromnych buków zwalonych z wysokiego brzegu, podmytego morską falą, wyciągały się nad maszopami niczym kikuty powalonych olbrzymów, mokre i obwieszone wodorostami z niedawnego sztormu, niby kości trupa oblepione zbutwiałymi resztkami odzienia. Spod piasku prześwitywały szczątki kadłubów i klepki poszycia statków, które znalazły swój grób na mieliznach i głębiach Osetnika za sprawą maszoperii Dahla. Pod nogami chrzęściły muszle i kamienie wyrzucone falą przyboju.

Bracia Strądowi zwani Stolemami, Mały Jeka, Mostnik i Szulist zepchnęli na wodę dwie łodzie skryte bezpiecznie w jarze. Wskakiwali do nich co tchu, ponaglani krzykami Dahla. Jost zajął miejsce na ławce, między maszopami. Pozostali chwycili za pojazdy[7], zgięli się z wysiłku, prężąc ramiona w walce z wodnym żywiołem.

Morze wciąż było wzburzone. Ogromna, postrzępiona fala podniosła wysoko w górę dziób pierwszej łodzi, tak iż przez krótką chwilę mierzył w zasnute chmurami niebo. Potem bat[8] zwalił się w dół, zjechał po grzbiecie rozpędzonego bałwana w otchłań pełną wodnego pyłu, piany i wodorostów czepiających się burt, aby już za chwilę podźwignąć się z wysiłkiem na kolejnej sztormowej fali. Płynęli do statku. Maszopi napierali na pojazdy, dobywając ostatniego tchu z piersi. Jost sprawdził, czy nie zamokły zatknięte za pasem pistolety, zmacał pałasz przy boku, a potem przeżegnał się. Gdzieś na dnie jego duszy narastał lęk, bo nie miał pewności co do szczęśliwego zakończenia wyprawy, choć przecież nie była to ich pierwsza hanza. Odwiecznym, starodawnym zwyczajem betowizny, respektowanym nawet przez królów polskich, strądowych i wójtów, to, co rzuciła na brzeg fala przyboju, należało do Rebocy[9]. Tylko że Dahl i jego maszopi potrafili dopomóc Fortunie; sprawić, by poza jantarem i deskami ze statków rzucała na mielizny pinki, szkuty, fluity, a czasem nawet całe galeony. Maszopi byli skrzętni i zapobiegliwi – nikt z ocalałych nie przeżył dotąd wejścia na strąd pod Osetnikiem. Ciała szyprów, majtków i bosmanów powierzali morskiej głębi, która nigdy nie wydawała swoich tajemnic.

Jost oczyma duszy już widział to, co stanie się za chwilę; oglądał błysk opadających w dół zakrwawionych toporów, słyszał świst szabel i pałaszy, urywany trzask wystrzałów. Wrzaski, jęki i krzyki załogi, krew tryskającą na deski, rozpaczliwe prośby o miłosierdzie, którego nigdy nie dawali. Wiedząc, co ich czeka, począł się modlić, zrazu cicho, potem coraz głośniej:

Boże, Oycze Niebiesky Ja jem człowiek grzeszny Tobie ja swe grzechy wyznawam Z nich się winniem dawam

To wszystko miało się stać już za chwilę, gdy pozostali Reboce rzucą kotwiczki i haki, kiedy zaczną wspinać się po linach na pokład. Za nimi był mroczny, urwisty brzeg, a przed nimi... tylko piekło.

Litanię Josta podjęli pozostali maszopi. I całe kaszubsko-klekowskie towarzystwo wyrzekło jak jeden mąż:

Zgrzeszieljem myli Panie Gryze mię me summienie Tak wiele grzechu mojego Jak piasku morskiego

Ale te pociechę mam Łaskawego cię znam Przysiągłeś grzechy odpuścić Chto się zechce nawrocić

Fluita siedziała na mieliźnie niczym nadmorski głaz. Postrzępione bałwany uderzały o burty w bezsilnej złości. Jost zdziwił się tylko, że załoga nie zrzuciła żagli – choć fok i grot były sprzątnięte, wiatr wciąż szarpał postrzępionymi zrefowanymi marslami; wył wśród sztagów, topenantów i brasów, świszczał na nokach rei, wantach i szotach.

– Chyże, dreszi[10], z Pónem Bogiem! Po szczęście i sławę!

Jost przeżegnał się znowu, widząc wyniosły galion pod bukszprytem statku. To była morzeczka, niewiasta z obliczem kobiety, a ogonem ryby – panna wodna. Tak nazywano wiele statków, nawet pinki i galeony z floty królewskiej. Jednak dlaczego zamiast włosów na głowie ondyny wiły się węże szczerzące kły i wysuwające na wszystkie strony świata długie języki? Jost widział coś takiego po raz pierwszy. Poczuł chęć, aby od razu wypalić morskiej pannie w łeb z pistoletu albo przeżegnać się nabożnie. Co też uczynił.

Bracia Stolemowie, Szulist i inni maszopi cisnęli linki z kotwicami na pokład fluity. Jost usłyszał głuche dudnienie, z jakim żelazne haki uderzały o deski pokładu, brzęk, z którym zaczepiły o falszburtę i relingi.

– Na dek!

Uchwycił linę i począł wspinać się w górę po mokrej burcie statku. Maszopi skoczyli za nim. Wdrapywali się, wyszukując nogami wypukłości kadłuba, wspierając się na zdobieniach i pokrywach ambrazur. Nie było to trudne, bo na fluitach burty pochylały się mocno ku sobie przy głównym deku. Wszystko po to, aby wystrychnąć na dudka Duńczyków pobierających na Sundzie cło uzależnione od rozmiarów głównego pokładu statku. To dziwne, lecz w ciągu ostatnich trzydziestu lat nawet najbardziej gorliwi szarpacze i poborcy króla Chrystiana nie poszli jeszcze po rozum do głowy i wciąż nie zwrócili uwagi, że holenderskie statki mają coraz mniejsze deki i coraz bardziej pochylone ku sobie burty.

Jost miał nadzieję, że załoga nie sprawi im zbyt wiele kłopotów. Zresztą dopóki trwał sztorm, mogli zedrzeć sobie gardła do krwi, wołając o pomoc, a z dział i muszkietów strzelać aż do sądnego dnia. Na lądzie nikt nie usłyszałby ich głosów, bo od morskiego brzegu Osetnika aż do samego Sasena[11] ciągnęły się nieprzebyte bory, wrzosowiska, pastwiska porośnięte ostem i burzanem, na których tańcowały purtki i stolemy, a błędne ogniki wodziły dobrych chrześcijan na manowce.

Dahl i Szulist pierwsi wpadli na pokład fluity z dobytymi szablami. Jost przeskoczył falszburtę, wyrwał z pochwy pałasz, wyszarpnął spod świty pistolet, odwiódł z trzaskiem skałkę, gotowy na pierwszą oznakę oporu strzelać, ciąć i prać, ile tylko tchu w piersiach starczy.

Nie miał kogo bić.

Pokład fluity był pusty.

Morze uderzało o burty statku, strzelało w górę bryzgami piany. Wiatr wył na takielunku, jakby przygrywał śmierci do tańca, i próbował wytrzymałość sztagów, łopotał postrzępionymi, porwanymi marslami, przerzucał z łoskotem uwolnioną z lin rejkę bezana na ostatnim maszcie. Pokład zawalony był piaskiem, rozbitymi szczątkami baryłek, deskami, naglami wyrwanymi z kołkownicy, splątanymi kawałkami lin. Statek, osadzony głęboko na piaszczystej łasze, jęczał niczym żywa istota, czasem tylko dygotał wpychany głębiej na mieliznę przez fale przyboju. Skrzypiały reje szarpiące się na wyluzowanych brasach, trzeszczały naprężone fały, sztagi i wanty.

Maszopi rozglądali się po pokładzie. Spodziewali się wszystkiego, a więc zaskoczenia, rozpaczliwych próśb o łaskę, a przede wszystkim oporu. Zdziwiła ich pustka.

Deski zadudniły gdzieś przed nimi!

Jost i Szulist skoczyli w stronę gretingu, wpadli za grotmaszt, ale to tylko pusta beczka toczyła się po pokładzie, przewalała z boku na bok...

Coś zatrzeszczało, załopotało na fokmaszcie. Zamarli.

Fałszywy alarm. Jeden z marsli wyluzował naprężoną i źle obłożoną na kołkownicy linę szota, żagiel załopotał na wietrze, reja zatrzeszczała...

– Woj bjeda! – rzekł Dahl, wodząc lufą półhaka wzdłuż ociekających wodą gretingów. – Pod pokład! Tam się zataili!

Skoczyli do rufowego kasztelu – znacznie mniejszego niż nadbudówki na galeonach, zwężającego się poprzecznie, zakończonego wąskim, wznoszącym się stromo ku górze achterdekiem. Zamarli przed niską, okutą furtą prowadzącą do wnętrza. Pomimo szumu i łoskotu morza wyraźnie usłyszeli dochodzące spoza drzwi łomot i szelesty, jak gdyby coś obijało się o deski. Jost i Szulist podnieśli pistolety, bracia Stolemowie sięgnęli po topory i tasaki. Co to mogło być? Co czekało na nich w mroku nadbudówki? Dahl pchnął drzwi jednym kopnięciem. Odskoczyły z łoskotem. Maszopi wrzasnęli, gdy prosto w twarze runęło im z łopotem skrzydeł niewielkie stadko mew... Widać wleciały do wnętrza statku i gdy kołysanie zatrzasnęło drzwi, znalazły się w pułapce.

Tak przynajmniej naprędce tłumaczył to sobie Jost.

Dahl zapalił latarnię. Ruszyli do wnętrza, zziębnięci i przemoczeni, potrząsając bronią. Przed nimi był kabestan rufowy, ciasna, wąska komora zalatująca wilgocią i pleśnią. Była pusta, jak gdyby statek przez długie tygodnie dryfował bez załogi.

Szli dalej, oblani czerwoną poświatą, jak morskie diabły albo maszopi bezgłowego Szalińca mieszkającego w lodowej grocie na dnie morza. Światło latarni wydobywało z mroku coraz to nowe rzeczy i sprzęty. Przewrócony zydel, otwartą, rozbebeszoną skrzynię pełną sukiennych ubrań, zapomnianą ciżmę rzuconą w kąt, bukłak na szumkę.

W sterówce nie było nikogo. Jost zerknął na żałośnie przekrzywiony w bok rudel. Czy ręka sternika trzymała go, kiedy statek wpadł na mieliznę? Czy w ogóle ktoś stał za sterem statku, kiedy ten wchodził na strąd?

Kiedy pchnęli drzwi do kapitańskiej kajuty – wąskiej, długiej i ciemnej, jak to zwykle na fluitach – usłyszeli piski. Ręce maszopów zrazu chwyciły za rękojeści szabel i pałaszy, a serca zabiły mocniej. I równie szybko się uspokoiły. To były szczury. Umknęły z piskiem ze stołu, pod którym poniewierało się szkło z flasz po winie, srebrna zastawa, łyżki, noże i stłuczona, roztrzaskana klepsydra, z której dawno wysypał się piasek.

– Gdzie oni są?! – jęknął Jost. – Dowodca? Załoga?

– Uszli na łodzi?! – spytał szeptem Gust. – Porzucili statek?

– Gadaj zdrów – parsknął Wańtoch. – Myślisz, że polecieli do nieba? To chyba na marslach z grotmasztu!

– Te diochle! – warknął Dahl. – Jak wósrane beło, tak wósrane je! Szulist! Bierz Stolemów i biejta na dziób. Sprawdź fordek, kasztel dziobowy, a jak się kto tam utaił, to go uciszcie na wieczne czasy. – Szyper uczynił lewą ręką wymowny gest w pobliżu szyi. – A wy, bracia, za mną! Pod pokład!

– Bywajcie! – Jost skinął na Stolemów. I odetchnął pełną piersią. Chwała Najwyższemu, na statku nie było załogi. Znaczyło to tyle, że obyło się bez przelewania krwi, a miejscowe wątłusze i łososie musiały tym razem obejść się smakiem. Może i dobrze, bo Jost bał się, że psiejuchy spasą się na martwych ciałach wyrzucanych z wraków tak licznie, że na jesieni nie wystarczy żelaznego niewodu, aby utrzymać połów w sieci. Fluita, na której pokładzie przebywali, nie była przecież pierwszą ani ostatnią ofiarą maszoperii Dahla.

Wypadli na główny dek. Wiatr osłabł, przestał wyć na linach i masztach, morze było jeszcze rozkołysane, ale już nie takie groźne jak wcześniej. Wiatr rozgonił chmury i wysoko ponad bocianim gniazdem wzeszedł wielki, blady księżyc.

Bracia Stolemowie otwarli drzwi do forkasztelu, zaświecili do wnętrza latarnią. Kubryk był pusty. Na ziemi leżały kości do gry, noże i płócienne chusty, na kojach i posłaniach poniewierały się wilgotne prześcieradła i derki. Pod ścianami stały zamknięte na głucho drewniane skrzynie, kufry i beczki. Niespodziewanie dostrzegli tu otwór zejściówki, której zwykle nie bywało w tym miejscu. Jost zajrzał do schodni wiodącej pod pokład, wzdrygnął się, widząc drewniane stopnie prowadzące w duszną ciemność. Splunął, przeżegnał się i zawrócił.

– Heeej, tutaj!

Wołanie dochodziło z głównego deku, spod grotmasztu. Jost skoczył tam, pozostawiając na straży forkasztelu obu braci. Krzyk powtórzył się, dochodził prawie spod stóp maszopa. Jost nachylił się nad lukiem przesłoniętym gretingiem[12]. Został on osztalowany na czas morskiej podróży, ale grube płótno było pocięte i poszarpane w kilku miejscach. Kaszub odrzucił mokrą płachtę; spojrzał w dół. Niżej, na dolnym pokładzie, wśród stosów beczek, skrzyń i worków stał Szulist. Maszop odszpuntował jeden z półbeczków, zanurzył ręce w czymś, co wypełniało go aż po same wręby, wyciągnął dwie pełne garście, podrzucił w górę, rozsypując wysoko nad głową, i zaniósł się niskim, charczącym śmiechem.

– Szafran i pieprz, chłopy! Dalebóg, będzie tego ze dwadzieścia łasztów! Mesme bogaci! Bogaaaaaaaci!

Jost zamarł. Fluita szła z ładunkiem przypraw, których każdy funt był wart więcej niż góra czystego złota! Zwłaszcza teraz, gdy Szwedzi wylądowali w ujściu Wisły, zamarł handel wiślany, a szlachta w Koronie Polskiej zamiast pieprzu, cynamonu, imbiru, szafranu i drogich korzeni sypała do pieczystego plebejską pietruszkę i chamski koper, dobre na stół w słomianej chacie, lecz niegodne gardeł jaśnie oświeconych panów braci.

Nagle, jak grom z jasnego nieba, coś skoczyło na plecy zanoszącego się śmiechem Szulista. Z szybkością błyskawicy pociągnęło go w tył, w mrok zalegający poza plamami blasku pochodni prześwitującymi przez otwory gretingu. Śmiech Szulista zmienił się w obłędny ryk strachu, w oddalający się wrzask przerażenia. Jost padł na kolana, chwycił obiema rękoma za kraty, nie wierząc własnym oczom.

– Szulist! – rozdarł się rozpaczliwie. – Dresze!

Dahl z resztą maszopów wpadł pod greting. Szyper rozejrzał się dokoła, spojrzał w górę, dostrzegł dygocącego, uczepionego kraty Josta.

– Szulist! – załkał maszop. – Purtk go capnął! Diobeł! Żeby ja do gęby więcej kornusa nie brał, jak łżę! Na rufę zabroł! Ratujcie, maszopy, nie dajcie skapiać chłopu!

Jost kłamał. Po tym, co zobaczył, gotów był nie brać do gęby nie tylko kornusa, ale i szumki, nie tylko szumki, ale nawet piwa; co więcej – modlić się przez rok, leżąc krzyżem przed posągiem Madonny Swarzewskiej, byle tylko ujść żywym z tego przeklętego statku.

– Obuchy w garść, chłopy! – ryknął Dahl. – Polecić duszę Ponu i na rufę! Jost, nie schodź z deku, miej oko na łodzie! Chyże!

Z bojowym krzykiem, z tupotem i łoskotem skórzanych butów maszopi roztopili się w mroku wypełniającym dolny pokład fluity. Jost poderwał się na nogi, skoczył w stronę forkasztelu, gdzie stali Stolemowie, zamachał do nich ręką.

– Szulista purtki wziali! – wykrzyknął. – Biejta chudko na pomoc, knepi![13]

Niższy z braci Strądowych zakołysał się na deskach. Jost jęknął ze zgrozy, gdy coś szarpnęło maszopa w tył. I zanim zdołał wymówić „Ojcze Niebieski”, pociągnęło po deskach w mrok kubryka, zawlokło do schodni. Stolem wypuścił z rąk latarnię – stłukła się z brzękiem; świeca zgasła, pogrążając ich w ciemnościach.

– Ratuuujcie, bracia! – zawył Strądowy. – Za...biera mnie...

– Jaaaanis – ryknął drugi z braci Stolemów. – Jaaaaanis!

– Stój! – Dygocący z przerażenia Jost chwycił go za rękaw sekni. – Stój, glepi!

Nie strzymał maszopa. Stolem wyrwał mu się, rozdzierając materiał, skoczył do forkasztelu; z siekierą w ręku wpadł na schodnię wiodącą do dolnego pokładu, tam, gdzie znikł jego brat. Dławiąc się rykiem wściekłości, pognał przed siebie, łomocąc podkutymi butami po drewnianych stopniach.

Jost zatrzymał się nad zejściówką. Spojrzał na pogrążone w ciemności schody, zadygotał, przeżegnał się. Z dołu, z diabelskich czeluści pod jego stopami, doszedł cichy, bolesny ryk, łoskot przewracanych ciał, rozbijanych beczek i Bóg jeden wie czego jeszcze. Miał wrażenie, że to kamienna lawina druzgoce właśnie wszystkie pokłady fluity.

– Jesu Chrisce Miłościwy – jęknął i ściągnął kapelusz. – Odpuść moje winy...

Nie zszedł na dół, nie zstąpił w mrok, gdyż nie było siły, która zmusiłaby go do tego. Stojąc tak, miał wrażenie, że drewniane stopnie schodni wiodą prosto do piekła. Na tym przeklętym statku działo się coś, co targało jego zmysłami jak wicher skrzydłami wiatraka. To nie były czary czy zwykłe gusła – Jost był gotów kląć się na Madonnę Swarzewską, Świętego Jakuba, a nawet na Diabli Kamień pod Odargowem, że na tej łajbie było więcej purtków niźli Szwedów w puckim zamtuzie w Święto Wniebowzięcia Marii Panny.

Usłyszał wrzaski na rufie... To krzyczał szyper Dahl i jego ludzie. Wzywali pomocy, więc Jost zawahał się.

– A biej do Lecepera! – wrzasnął.

Porwał pałasz w prawą rękę, pistolet z odwiedzioną skałką w lewą i pognał w stronę rufowej zejściówki. Po drodze zerknął przez greting na dolny pokład, ale nic nie zobaczył. Doskoczył do nadbudówki, wszedł przez drzwi i wrzasnął, zadygotał, gdy coś ciężkiego zwaliło mu się do stóp. To był Mostnik, rozchełstany, blady, w zakrwawionej koszuli.

– Ratuj, bracie! – zawył. – Za...biją nas... Purtki, diobły, biesy...

Jost cisnął pistolet i obnażony pałasz, chwycił kompana za ręce.

Na próżno... Coś z wielką siłą szarpnęło Mostnika w dół, powlokło po schodach, pociągnęło za nim Josta. W mroku dojrzał błysk białych kłów i szponów. Maszop runął na kolana, przeszorował łbem po deskach, wyrżnął w wysoki próg schodni.

– Zmiłuj się! – zajęczał Mostnik. – Maaaatko!

Jost jęknął, chciał zaprzeć się łokciami. Na próżno! Straszna siła wyrwała dłonie Mostnika z jego rąk, porwała go w dół po schodach, w głąb ładowni fluity.

– Uciekaj! – ryknął w ostatniej chwili Mostnik. – Ona...

Zakrztusił się krwią, zajęczał i zniknął na dolnym pokładzie.

Jostowi nie trzeba było powtarzać tych słów dwa razy. Obrócił się na pięcie i runął w stronę wyjścia. Dopadł go z krzykiem, a potem puścił się pędem po zalanym wodą pokładzie do miejsca, w którym zostały kotwice i liny wiodące do łodzi.

Nie zdążył uciec!

Nim przebył kilka kroków dzielących go od wolności, coś z wielką siłą uderzyło go w plecy, obaliło na mokre deski. Cios był tak silny, że prawie wydarł mu dech z piersi. Maszop zakrztusił się, zacharczał, rozłożył ramiona, wbił paznokcie w deski pokładu, szukając najmniejszej, najdrobniejszej szczeliny mogącej dać mu oparcie! Ale nieubłagalna siła powlokła go wstecz, w stronę otwartej furty prowadzącej do kasztelu tej przeklętej fluity.

Jost zawył jak wilk. Wiatr porwał jego krzyki i poniósł je do stóp wiekowych buków na starych urwiskach nad dzikim brzegiem Osetnika. Nikt nie usłyszał tego wołania. Stłumiła je wysoka, postrzępiona fala przyboju, która uderzyła z rykiem o burty statku, zagłuszył plusk wody. Lecz choćby nawet prośba o pomoc dotarła do brzegu i dalej, to i tak nie miałby kto jej wysłuchać. Osetnik był wszak opuszczonym uroczyskiem, a od najbliższej wioski przez całe mile ciągnęły się puszcze, bory i ostępy.

Maszop krzyczał i wył. Jego jęk stłumił szum wzburzonego morza, łoskot fal rozbijających się na kamienistym, zdziczałym brzegu. Któż zresztą użalałby się nad dolą nieszczęsnego kaszubskiego pirata?

*

Śmierć musiała wyglądać jak anioł, jeśli to ona gościła na obliczu leżącej bez ruchu Elżbiety. Bladą twarzyczkę okalała burza jasnych kręconych włosów, rozczesywanych cierpliwie co dzień rogowym grzebieniem przez służkę.

Ciągle jest piękna, pomyślał Arendt Dickmann, od lat siedemnastu szczęśliwy mąż, a od trzech – sterany życiem mężczyzna, załamany i przygnębiony niedolą małżonki.

Trzy długie lata. Trzy zimy, trzy wiosny, trzy lata i trzy jesienie pełne smutku i cierpienia, kiedy to Elżbieta oddalała się od niego każdego dnia, zdążając w stronę otchłani, z której nie było powrotu. Jedynym znakiem życia, jaki dawała, było kilka wypowiedzianych od czasu do czasu słów, nie zawsze zrozumiałych. Nigdy przy tym nie otworzyła oczu. Trzy lata nie widział jej słodkiego spojrzenia. Odchodziła od niego każdego ranka i wieczora, ale zawsze zatrzymywała się na ostatecznej krawędzi życia i śmierci. A Arendt zrywał się co rano z pościeli z myślą, że tego dnia wreszcie coś się zmieni. Całe popołudnia spędzał u wezgłowia mahoniowego łoża z baldachimem w ich dawnej małżeńskiej sypialni. I łudził się, że zobaczy na obliczu żony coś, co da mu chociaż wątły promyk nadziei.

Wszystko na próżno.

Jedyne, co pozostawało mu po tych wszystkich latach, to czekać. Dotykać jej dłoni, pomagać Annette przebierać żonę, przewracać na bok, nacierać sadłem i maściami sine rany na ciele. Dzień w dzień modlić się o cud, który nie następował. Jego serce, jego miłość, jego żona leżała, dobywając ostatniego tchu. Coraz bardziej wiotka, coraz bledsza i koścista, jak gdyby jej dusza już dawno rozdzieliła się z ciałem.

Dickmann może nawet pogodziłby się z tym wszystkim, gdyby nie gdańska inwidia, którą czuł co dzień w spojrzeniach mieszczan, konfratrów z Dworu Artusa i Ratusza, w gestach patrycjuszy z Głównego Miasta. W szeptach złośliwych przekupek i kumoszek, obgadujących na Długim Targu członków Rady Miasta, Ławy i ordynków, począwszy od ich matek, a skończywszy na dziadach, babkach i pradziadach. Znających lepiej wszystkie grzeszki, zdrady, anatemy i ukrywane skrzętnie bękarty możnych niż archanioł Gabriel ważący ludzkie grzechy na szali dobrego i złego na Sądzie Ostatecznym. Dickmann wciąż słyszał wokół siebie szepty, krzyki, jazgot, złośliwe mamrotanie, że to, co stało się Elżbiecie, jest karą za grzechy, dopustem bożym, predestinare czy co tam jeszcze mogli wymyślić patrycjusze i pospólstwo – zgodnie: katolicy, lutrzy i kalwini. A wszystko dlatego, że on, ubogi szyper z dalekiego Delft w Zjednoczonych Prowincjach, pojął za żonę możną wdowę po Joachimie Weście, armatorze, panującym nad dziesięcioma fluitami i dwoma kantorami, ale nie nad sercem swej małżonki. Co gorsza, to sama Elżbieta wybrała właśnie jego, odrzucając precz umizgi mieszczańskich synków i starców, którzy nawet na łożu śmierci ściskali w dygocących dłoniach dublony, floreny i czerwone złote. A to już było novum jak Gdańsk Gdańskiem. Owszem, zdarzało się, że wzbogaceni patrycjusze brali biedne żony, a bogaci mieszczankowie wydawali córki za mąż za zubożałych polskich szaraczków, których skrypty dłużne były dłuższe niż ich szlacheckie wąsy. Wszak nawet Maurycy Ferber poślubił kiedyś Annę Pilemann wbrew woli rodziców, od czego miasto zadrżało w posadach. Kłopot jednak w tym, że wybranką Arendta była niewiasta z rodu Uphagenów. Z tych Uphagenów, dodajmy, czyli z mieszczan, którzy choć nie szczycili się nigdy sławą czy wojennym męstwem, to przecież trzymali krzepko w garści trzy kamienice tudzież pięć kantorów, co w tym mieście i w tym czasie znakomicie wystarczało na pokrycie wszelakich niedostatków odwagi. Tuczyli się wekslami, lichwą, borderiami jak robactwo na kołnierzu żebraka – z nazwisk ich dłużników złożyć można było całą Biblię ze Starym i Nowym Testamentem, a wekslami wybrukować gościniec z Gdańska do Warszawy. Imię zaś tych, którym skrzywili żywoty, wysłali na bruk i do ciemnicy za długi, pisało się legion.

Nie dziwota tedy, że kiedy bogata i posażna młoda wdowa z Uphagenów wybrała za męża nieznanego żeglarza, stało się tak, jakoby dała siarczysty policzek całemu miastu wzbogaconych dusigroszy.

Gdańsk o tym nie zapomniał. Wówczas, przed laty, w dniu ślubu Dickmannów wystawił im weksel z odroczoną płatnością. A teraz, gdy spadło na nich nieszczęście, zażądał procentów, o jakich nie śniło się najbardziej zajadłemu z dusigroszy. Dlatego drzwi kamienic zamykały się z trzaskiem przed Dickmannem, a zza papierów dłużnych nie widział słońca. A jeśli nawet przezierało na chwilę, natychmiast zasłaniali je wierzyciele i lichwiarze, kupcy i aptekarze, którzy dobijali się do wrót jego kamienicy przy Świętego Ducha jak grzesznicy do bramy strzeżonej przez Świętego Piotra. Szczęściem wrota kamieniczki były grube i okute żelazem, okiennice zaś zamknięte na głucho. Dlatego tylko czasem zdarzali się tacy, którzy brali szturmem furtę, przebijali się szarżą – niby polski jeździec – przez ostróżki hożej i rozłożystej Annette, atakowali schody, a czasem docierali nawet do drzwi sypialni, aby spotkać się ze znużonym, ale twardym wzrokiem Arendta Dickmanna. Który pomimo dźwiganego na karku szóstego krzyżyka stawiał im czoła niczym ostatni szwedzki pikinier spod Kircholmu. I jak do tej pory odnosił zawsze zwycięstwa.

Lecz teraz czekała go przeprawa trudniejsza niż wszystkie poprzednie...

Dickmann schylił się, ucałował dłoń Elżbiety, pogładził chudą, bladą rękę, westchnął cicho.

– Panie wielmożny, czekają na was – wyszeptała stojąca za jego plecami Annette. Służyła u Dickmannów już pięć lat, a ciągle kaleczyła gdańską mowę. Prawdę powiedziawszy, Arendt szybciej nauczył się mówić po polsku niż Annette od niego po niemiecku. Ale, do diabła, nie stać go było na inną służącą. Zresztą nawet gdyby był bogaty jak legendarny Ferber, i tak nie wyrzuciłby dziewki na bruk. Co wyróżniało go z tłumu gdańszczan, którym łatwiej przychodziło rozstać się ze sługą niż ze starym chodakiem.

– Ciągle ten Knade! – mruknął przez zaciśnięte zęby. Zaiste mistrz rzeźnickiego cechu wykazywał się od miesięcy umiejętnością zaskakiwania Dickmanna w najmniej spodziewanych miejscach i najbardziej niedogodnych okolicznościach. Nachodził go z uporem godnym lepszej sprawy przy obiedzie, w łaźni, kościele czy karczmie, jakby chodziło co najmniej o zbawienie nieśmiertelnej duszy. I nie mógł zrozumieć, że Arendt ma o wiele ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmyślania o tym, skąd wziąć kilka marnych grzywien na zaspokojenie jego pretensji.

– Żeby tylko sam, wielmożny panie – odparła dziewczyna. – We dwóch przyszły, juchy. A jednemu to ślipia cięgiem po ścianach latają. Rachują, proszę łaski pana, police, lampy, kasetony, meble i świeczniki, jakby je już na jarmark mieli wywozić!

– Wywiozą po moim trupie. Zdaje się, że muszę do nich zejść. Poczekaj tutaj.

Wyszedł z sypialni zgarbiony i zmęczony. Wkroczył do pustych bawialnych izb, gdzie nie było już szaf, gdańskich sekretarzyków, gobelinów i kobierców, a zamiast nich po kątach snuła się bieda, mizeria i pajęczyny. Zszedł na dół po trzeszczących schodach, do wykładanej drewnem sieni, gdzie czekało na niego dwóch mieszczan w pelerynach, wamsach i kapeluszach. Nie skorzystali na razie z szerokich, wygodnych ław wymoszczonych poduszkami, nie zasiedli w żadnym z krzeseł. Niższy sterczał na samym środku komnaty, wspierając się na jesionowej lasce zwieńczonej mosiężną gałką w kształcie paskudnego morskiego potwora szczerzącego paszczę pełną zębów. Drugi zaś – wysoki, ospowaty i chudy jak chmielowa tyka – krążył bezustannie wokół swego patrona, jakby podłoga paliła mu się pod nogami. Łypał przy tym okiem – a to na schody, a to na ścienne malowidła, ale bynajmniej nie na wyobrażenie statku wiozącego zbawione dusze do raju. Swoje kaprawe spojrzenie kierował bowiem nade wszystko na malowidło przedstawiające narodziny Wenus. Trudno zresztą mu się dziwić, bo w tym akurat przypadku było na co patrzeć. I to nawet pomimo faktu, iż bogini skrywała swe krągłe wdzięki pod burzą zawiniętych fantazyjnie złotych włosów.

Człowiekowi, który czekał na Dickmanna na środku sieni, Bozia poskąpiła wzrostu, w zamian obdarowując wydętym kałdunem. Z nalaną, pospolitą gębą opatrzoną trzema solidnymi podbródkami, z tłustą szyją rozsadzającą koronkowy kołnierz opadający na ramiona pasował do mieszczańskiego domostwa jak herszt żebraków do królewskiej antykamery. A jednak ponieważ był zdecydowanie nie na miejscu i nie o czasie, nadrabiał brak fantazji miną, gestem i podniesionym głosem. A także obecnością zbrojnego pachołka.

– Mynheer Knade! – Dickmann rozłożył szeroko ramiona w iście sarmackim geście. – Powitać, powitać w moich skromnych progach! A cóż was sprowadza? Przyszliście pogwarzyć o starych, dobrych czasach, gdy miałem jeszcze fortunę i w terminie oddawałem długi? A może chcecie pogawędzić o handlu i interesach?

– Nie udawajcie głupca, panie – zahuczał nowo przybyły. – Nie przyszedłem tu, panie, aby tracić czas na pogawędki o kurwach i umarłych kredytach. Ja, panie, jestem tu po pieniądze. Po moje sto pruskich grzywien[14]! Bo wy mi, do stu diabłów, nie płacicie, panie. Ja z wami nie robić żadnych interesów! Bo takie interesy to tylko Schweine, panie!

– Nie płacę, bo nie mam, mynheer Knade. Wojna, złe czasy. Gustavus w Pilawie wylądował, ziemię i niebo w Prusach zostawił, statki mi zarekwirował, potopił, towary zabrał. Chcecie swoje sto grzywien, tedy pokłońcie się Oxenstiernie, Gyllenhielmowi i innym Szwedom. Mają owi Śledzie, jak powiadają, uszy w czubkach butów. Jak im czołem bić będziecie, da Pan Bóg, wysłuchają was i basarunki naznaczą.

– Mam ja na was większego stracha niż Szwedy, panie! – zaprotestował Knade i pomachał przed obliczem Dickmanna papierem opatrzonym pieczęcią. – Patrzcie, co trzymam w garści! Oto wasz weksel! Wasz podpis, wasz cyrograf. Cała prawda stoi tutaj jakoby godmisz na widok niewieściej piczy: „Ja, sławetny Arendt Dickmann, mieszczanin osiadły w szlachetnym mieście Gdańsku, winien jestem sumę stu grzywien pruskich Zachariaszowi Knademu i zobowiązuję się ją wypłacić na kwietną niedzielę Anno Domini 1627”. I wy tej prawdzie nie zaprzeczycie, panie! Teraz mi się nie wyprzecie! Bo ja na wszystko mam pergamenty i dokumenta, całe koszta i zyski mam zapisane w księgach, na Ratuszu roborowane. Nie wykpicie się gadaniną. Płaćcie, pókim dobry!

Dickmann ani myślał się wywijać, unikać czy uciekać. Po prostu chwilowo miał to wszystko w tej części ciała, którą tylko błaźni śmieli pokazywać swym panom i władcom.

– Rad bym wszystkie długi uiścić, mynheer Knade, gdybym tylko miał z czego – rzekł dobrotliwie. – Ostało mi jeszcze parę talarów, ale to na małżonkę chorą iść musi...

– Jeśli wy tak do mnie – rozdarł się Knade – to ja z wami inaczej pogadam, panie! Ja was... – Zakrztusił się, jego opasła gęba nie przypominała już dobrotliwego oblicza mistrza masarskiego fachu, ale paskudnego rzygacza z kamienicy Speymannów na Długim Targu albo maszkarona z domu cysterskich opatów na Starym Mieście. – Ja was do Katowni, panie! Do Męczennicy! Jak dwie niedziele pod Świntuchem i Zającem posiedzicie, znajdą się pieniążki razem z procentami!

Dziobaty sługa Knadego położył dłoń na rękojeści rapiera. Spojrzał bezczelnie gospodarzowi w oczy, zanucił cicho jakąś melodyjkę.

– Tarara, ra, ta, ta...

Dickmann dostrzegł, że hultaj nie miał kawałka jednego ucha. Zastanawiał się przez chwilę, czy stracił je w zwadzie, czy też obcięto mu je za szelmostwo pod pręgierzem przy Wieży Więziennej.

– Wy mi lepiej nie gróźcie, mynheer Knade, bo na mnie nie zrobią wrażenia żadne krzyki. A wasz sługa – Dickmann rzucił niechętne spojrzenie na ospowatego przydupasa – niechaj straszy przekupki z Długiego Targu, a nie mnie, starego szypra gdańskiego. Bo inaczej, dalibóg, nie zdzierżę, a wtedy będzie straszył baby nie tylko ospowatą, ale i obitą gębą!

– Dili, dili, di, li... – zanucił fałszywie przydupnik i podniósł z podłogi grecką amforę. Przez chwilę udawał, że interesują go wyłącznie napisy. Wodził nawet po nich palcem, udając, że odcyfrowywuje starożytne inskrypcje. A przecież patrząc na jego poszczerbioną, ozdobioną kilkoma bliznami gębę, nikt nie łudziłby się, że znał się na starodawnej grece lepiej niż na rozbijaniu łbów.

– Pójdę do sądów, panie! – prawie krzyknął Knade. – Sprocesuję was do galotów! Puszczę w ostatniej koszuli! Zabiorę kamienicę, jeśli nie zapłacicie.

– Ostawcie mi chociaż wychodek – roześmiał się Dickmann, bo cóż mógł jeszcze zrobić w tej sytuacji. – Mój Boże, mości Knade, dopraszam się łaski!

Drgnął, słysząc głuchy tupot stóp na schodach nad swoją głową. Podniósł wzrok i dostrzegł Annette. Dziewczyna dygotała, drżała na całym ciele, zacisnęła ręce na drewnianej balustradzie.

– Pani się przebudziła! Woła was, płacze, po łożu się rzuca... Ratujcie!

Serce Dickmanna zabiło mocniej.

– Wybaczcie, mynheer, ale muszę was opuścić. Żona...

– Nie tak szybko! – wycedził Knade i zastąpił mu drogę. – Wasza połowica poczeka, panie. Nie wyfrunie jak ptaszek, nie bójcie się! Chyba że prosto do nieba! Najpierw skrypty załatwimy!

Sługa nie wiedzieć jak znalazł się za plecami Dickmanna. Uśmiechnął się szczerbato. I bardzo paskudnie.

– Ta, la li, ta la la – zanucił cicho, lecz bardzo, ale to bardzo złowróżbnie.

– Moje pieniądze, panie!

Dickmann zamarł. Spojrzał na Annette. A potem jednym szybkim ruchem sięgnął do szyi, ściągnął przez głowę mały złocony kluczyk. Rzucił go dziewczynie stojącej na schodach.

– Annette, idź do świetlicy i otwórz skarbny kufer. Przynieś mi trzos. Ruszaj!

Dziewczyna skinęła mu głową bez słów, choć jej oczy rozwarły się szeroko ze zdumienia. Posłusznie skoczyła do pokoju i prawie zaraz wróciła, przynosząc ciężki skórzany mieszek. Dickmann zważył go w garści, a potem bez słowa rzucił Knademu pod nogi.

– Sto dwadzieścia grzywien – mruknął. – Cała suma z procentami, mynheer Knade. Bierz i mówiąc po polsku, zabierajcie dupy w troki!

Knade chwycił trzos szybko i drapieżnie. Ze złym uśmiechem wysypał dukaty, floreny i gdańskie orty na jedną z ław. Chwilę przeliczał, wreszcie uśmiechnął się, zagarnął złoto do mieszka, schował w zanadrze, poklepał się po kałdunie wydętym jak brzuch zdechłego wieloryba.

– Brać złoto i precz! – warknął Dickmann i wyrwał mu z ręki weksel. – Dwa razy nie będę się powtarzał.

– Nie tak prędko, panie! – zaskrzeczał z paskudnym uśmiechem Knade, demonstrując przy okazji poczerniałe szczerby po spróchniałych zębach. – To jeszcze nie wszystko.

– Jak nie wszystko?! Przecież tu na papierze – wskazał skrypt dłużny – czarno na białym stoi: sto grzywien pruskich, ani grosza mniej, ani więcej. To czego tu jeszcze uważacie, mynheer Knade? Czepcie się lepiej własnej baby albo psiego ogona!

– Mam drugi weksel, panie – zarechotał Knade i wyciągnął z zanadrza kolejny papier. – O, tu patrzcie, co napisane. A jak wam wzrok niedomaga, to przeczytam.

Dickmann rzucił okiem na skrypt, który Knade podsunął mu pod sam nos. Ledwie spojrzał na dwa podpisy pod wekslem, zbladł. To, co przeczytał, zabolało gorzej niż cios sztyletem w serce.

– Jesteście mi winni trzy tysiące talarów bitych lewkowych, panie! Dawno dług mieliście spłacić, tedy wierzyciele wasi i kompanionowie ze mną się ugadali. Kupiłem wszystkie wasze należności od von Suchtena i Feldstetego, panie!

– Nie mam z czego zapłacić – rzekł wstrząśnięty Dickmann. – Przyjdźcie innym razem.

– Nie będzie innego razu – mruknął Knade, a jego zbir znów począł pogwizdywać melodyjkę. – Drugi raz przyjdę tu z pachołkami miejskimi.

– Nie teraz. – Dickmann zerknął na Annette, na schody wiodące do góry. – Mynheer Knade, ja błagam, na Jezusa, nie teraz! Żona mnie wzywa, mówi coś do mnie... Ona, nieboga, od lat bez życia leży.

Oprych Knadego, niby przypadkiem, wypuścił z rąk wazę. Amfora upadła na wykładaną mozaiką posadzkę, rozbiła się z hałasem na tysiące kawałków. Ospowaty uśmiechnął się przepraszająco.

– I co z tego, że leży, skoro dukatów wam nie urodzi, panie! – warknął Knade i podłubał palcem w zębach. – Jeśli nie macie pieniędzy, tedy dawajcie klucze do kantoru! Chcę je mieć natychmiast! Inaczej zamiast do żonki pójdziemy na Ratusz, a potem prościuteńko na Stockturm, panie!

– Tala, lili, la, la – zawtórował mu ospowaty, gmerając ręką w pobliżu rękojeści rapiera.

– Mynheer Knade, ustąpcie. Ja muszę do niej iść!

– Pójdziecie, jak zapłacicie, panie!

– Wat duivel![15] – ryknął Dickmann. – Nic wam nie zapłacę! Loop naar de drommel[16], psi synu!

Jednym ruchem porwał wiszącą na ścianie batorówkę, którą dostał kiedyś w podarunku od wojewody Jana Weyhera, a potem natarł na ospowatego. Pachołek dał się zaskoczyć – widać, że do tej pory miał do czynienia z gamoniami z miejskiego pospólstwa, którzy na sam jego widok padali na kolana z pełnymi galotami albo klepali pacierze ze strachu. Uchwycił rozpaczliwie rękojeść rapiera, ale nim zdołał dobyć go z pochwy, Dickmann ciął go przez łeb, chlasnął w czoło, przez prawą brew, nasadę nosa i lewy policzek. Rębajło padł na kolana, zawył jak pies, ale wytrzymał! Wyszarpnął rapier z pochwy, lecz Arendt był już przy nim. Ciął na odlew, poprawił wręcz, rozrąbując uzbrojoną dłoń, tnąc sługę przez obojczyk i prawy bark. Pachołek zawył, na wpół zamroczony przetoczył się po posadzce, porzucił broń, chwycił się za pokrwawiony łeb, a potem począł krzyczeć, wyć, szlochać – długo, melodyjnie i do taktu.

Dickmann odwrócił się w stronę Knadego, który stał na środku sieni z laską w ręku niczym biblijny słup soli. Wyglądało na to, że sytuacja przerosła go niczym góra lodowa piętrząca się nad statkiem. Ale jeśli medytował właśnie nad tym, czy rzucić się na Dickmanna, czy też może wiać gdzie pieprz rośnie, to Arendt wydatnie dopomógł mu w podjęciu decyzji.

Jednym szybkim ruchem ciął swego wierzyciela, a gdy tamten zasłonił się nieporadnie, zbił bez trudu lagę na bok, po czym zdzielił łyczka w łeb rękojeścią szabli.

Knade padł na posadzkę, aż gruchnęło. Nim oprzytomniał, Dickmann chwycił go za pludry i kark, poderwał na nogi, okrzyknął Annette, która zawczasu rozwarła wrota, a potem jednym ruchem posłał szelmę prosto w błoto ulicy, gdzie wielkomiejski bruk niknął pod brudem i odpadkami wyrzucanymi z pobliskich kramów i ław rzeźniczych. Knade przeleciał przez przedproże, wylądował na stosie zgniłej kapusty, brukwi i buraków, którego jeszcze nie zdążyli sprzątnąć pachołkowie.

Dickmann wrócił po jęczącego sługę, który pełzł na kolanach ku zbawczym wrotom. Z nim poszło jeszcze łatwiej. Arendt złapał go za kołnierz, poderwał z ziemi, pchnął w rozwarte drzwi, dopomógł kułakiem w opuszczeniu domostwa. Wyrzucił za nim kapelusz i rapier, płosząc przy tym gołębie, które przysiadły na kamiennej balustradzie przedproża. A potem podjął z podłogi jesionową lagę Knadego, zwieńczoną mosiężnym łbem cetusa, który teraz, po zwycięskiej potyczce, zdawał mu się bardziej spasionym brytanem niż morską bestią, złamał ją z trzaskiem na kolanie, po czym posłał w ślad za właścicielem.

– Ta ra raa raaa ra raaaa... – zanucił cicho Dickmann starą polską piosenkę, której nauczył się przed laty, bywając w karczmach i zamtuzach Krakowa i Poznania.

Knade dźwignął się na kolana, wypluł z ust kapuścianego głąba, odnalazł wśród zgniłej brukwi i buraków sfatygowany, spłaszczony kapelusz z pękiem piór, które po bliskim kontakcie z gdańskim brukiem przypominały wiecheć słomy dobyty z buta Kaszuba, i ze złością nasadził go na głowę.

– Dickmann! – rozdarł się tak głośno, że słychać go było bodaj i w Ratuszu. – Ty brdyku, dyndasie, chwieju, suczy chwoście! Baraśniku z zajebanego burdelu! Ja cię ze skóry na żywca obedrę! Ja cię z tą małpą, klępą, bestyją na gościniec wydymam! Ja ci z rzyci te dukaty wyrwę, do ciemnicy poślę, na samo dno Nory Żmij, minerwa cię mać! Klnę się na Boga i diabła, że zobaczę, jak tańczysz na szubienicy!

Przekupki, baby kramne i pospólstwo nadstawili uszu. Awantura! To ci była okazja, jakiej nie bywało w Gdańsku od kwietnia, to jest od czasu, gdy ladacznica zwana Papugą zamknięta w podziemiach Ratusza obrzucała obelgami przechodzących mieszczan i cierpliwie wyliczała ku uciesze gawiedzi, kiedy, z kim, jak i jak długo.

– A całuj ty floka w rzyć! – mruknął Arendt, a potem zatrzasnął i zaryglował drzwi do kamienicy. Było już za późno, bo zwada i krzyki zwabiły pospólstwo. Od strony bramy Dzwonnej napływały prawdziwe tłumy, zza progów Domu Krawców, z cechowej gospody wychylały się ciekawskie gęby czeladników, od bramy wodnej Świętego Ducha nadciągały kramarki; w sukurs im szli chłopi, tragarze i plebs z portu nad Motławą. Wieść o awanturze szła z ust do ust, z ucha do ucha, szeptały ją między sobą kramarki, kmiecie, furmani, pachołkowie, hajducy, pajucy, odźwierni, przekupnie, tragarze, brokarze, sprzedawcy cebuli i rzepy, baby z preclami i bułkami, sprzedawcy trutki na szczury i miejscy hycle. Tudzież oczywiście wszystkie okoliczne biksy, gamratki, przechodki, narożnice, małpy, prukwy i pindole. A skoro one zwęszyły już zwadę, znaczyło to, że lada chwila zacznie huczeć całe Główne Miasto, potem wieść lotem ptaka dojdzie do Ratusza, pod Dwór Artusa i na giełdę, do portu, na Polski Hak, a nawet dalej – pójdzie w Długie Ogrody, za Radunię, do Starych Szkotów, Oliwy, Latarni, a pewnie i do Oruni, Chełma, może nawet do Pucka.

Ale na rozpamiętywanie tego, co się stało, nie było już czasu.

*

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Obszerniejsze wyjaśnienia i omówienia wszystkich trudniejszych terminów znajdują się na końcu książki w rozdziale Przypisy.

2 Maszoperia (niderl. maatschappij) – towarzystwo.

3 Bantki (kasz.) – flądry.

4 Strądowanie (obecnie sztrandowanie) – wejście okrętem na brzeg lub mieliznę, najczęstszą przyczyną jest uszkodzenie okrętu w czasie sztormu.

5 Knep (kasz.) – chłop, mężczyzna.

6 Stolemy – tak Kaszubi nazywają legendarnych olbrzymów lub ludzi obdarzonych dużym wzrostem.

7 Pojazdy – tak w XVII wieku nazywano wiosła.

8 Bat – niewielka łódź, często używana w XVII wieku do połowów.

9 Reboce (kasz.) – tak nazywano niegdyś Kaszubów mieszkających na wysuniętych najdalej na północ polskich wybrzeżach.

10 Drech (kasz.) – brat, kamrat.

11 Saseno (kasz.) – dzisiejsze Sasino, położone 12 kilometrów na wschód od Łeby.

12 Luk – duży otwór prowadzący pod pokład jednostki i służący do załadunku towarów, zwykle nakryty gretingiem – drewnianą kratą przepuszczającą powietrze.

13 Biejta... (kasz.) – Biegnijcie mu szybko na pomoc, chłopy!

14 Grzywna pruska w XVII wieku warta była 20 groszy polskich, czyli o ⅓ mniej niż złoty zwany także florenem.

15 Wat duivel! (niderl.) – Do stu piorunów!

16 Loop... (niderl.) – Idź do diabła.

Rozdział II   Bractwo morskich diabłów

Braterstwo błękitnej toni • Co się stało z Dekkerem? • Krwawy sztorm na pruskie wybrzeże • Okrucieństwa Lewiatana • Die Prinzessin von Polen • Okręt widmo • Tajemnica kapitańskiej kajuty • Przed Komisją • Imię marynarskiej bestii

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział III   Wrota do piekła

Ludzie od masztów i żagli • Powieszeni, utopieni i poćwiartowani • W szranki z katem • Umierający kostera • Kontrakt nie do odrzucenia • Kapitan Arendt Dickmann • Grotżagiel staw, cumy rzuć! • Pożegnalne saluty • Pokłon koronnej banderze • Galeon kapitana Dickmanna

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział IV   Morska nawigacja

Pogoń za Spieringiem • Buntownicy to jest iskra na prochy • Trwoga na okręcie • Diabeł w zęzie • Na grzbiecie morskich furii • Widmo Elżbiety • Poskromienie wężycy • Kiedy kapitan zwraca honor • Tajemnica Mollera • O przebiegłości cetusów, lewiatanów i krakenów • Wszyscy na pokład!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział V   Proch i żelazo

Dziwka Fortuna, czyli wrogie knowania • Zdrada i kłamstwa • Wrak na skałach • Na ratunek! • Między diabłem a Spieringiem • Kajdany ze szwedzkiej stali • Niespodziewane uwolnienie • Kapitan śmierć • Salwą z całej burty! • Pokład we krwi • Wiatr na szablach • Bez pardonu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział VI   Księżniczka wiatrów

Pocałunek śmierci, czyli krotochwila z wisielcem • Skrzynia szwedzkiego umrzyka • Co się kryło w ładowni • Dramatyczna zagadka • Przygody w Boleńcu, to jest w kaszubskiej Tortudze • Pojedynek w żakach • Zadziwiające wieści • Honor maszoperii • Tajemniczy merk

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział VII   Tańcz, kostucho!

Widmo przeklętego Wismaru • Przerażający rozkaz • Wyścig z wiatrem • Na Małe Morze • W oku szwedzkiego tajfunu • Bitwa pod Latarnią • Pocałunek śmierci • Osaczeni • Dziś jeszcze będziemy w piekle • Przez środek armady • Przesłuchanie • Niespodziewany atak Lewiatana

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział I   Buntownicy

Krejer pełen śmierci • Prawdziwe stygmaty Jakimowskiego • Jam jest Pierwszy i Ostatni • Krwawa rywalizacja • Kufer zdrajcy • Brama do piekła • Tajemnica gdańskiego krantora • Taniec na pohyblu • Dom pełen kłamstw • Szaleńczy pościg • O włos od victorii • Bunt Dickmanna • Wyprawa straceńców • Amsterdam • Nadchodzi mgła

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział II   Lewiatan

Co zobaczono, kiedy ustąpiła mgła • Chimera • Diabelski pryz • Nawigacja w koniunkcji • Trwoga w oparach • Tam i z powrotem, czyli zagadka fluity • Granat na pokładzie, czyli jak przeciąć gordyjski węzeł • Dramatyczne objawienie • Hejże na Amsterdam! • Lewiatany • Ich przerażające oblicze • Piekło Jakimowskiego • Odsiecz Jordana • Maszoperia zbrodni

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział III   Największy dzień najmniejszej floty

Tryumf kapitana • Krnąbrne miasto • Słodkie kłamstwa na Ratuszu • Rada zgina sztywne karki • Ritter Sankt Georg • Powrót do Elżbiety • Diabeł morski nie odchodzi • Duma i gniew • Admirał Arendt Dickmann • Wojenne wichry • Sygnałem będzie strzał • Ad maximam Poloniae gloriam • Śmierć albo chwała

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział IV   Ostatnia salwa z Tigerna

Transakcja wojenna między Świętym Jerzym a Tigernem • Salwy całoburtowe • Ich krwawe dzieło • Abordażować Szweda! • Desperacja Stiernskolda • Piekielne sceny na śródokręciu • I znów bijatyka • Pojedynek na forkasztelu • Masakra z Latającego Jelenia • Porąbani, rozerwani, spaleni, usieczeni i utopieni • Szturm pod pokład, czyli cudowne nawrócenie Szwedów • Tygrys zdobyty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział V   Kiedy słońce zachodzi w południe

Kurs na Solena • Dawid i Goliat • Pojedynek na armaty • Okrutne zmagania • Walka na pokładzie • Szwedzka odpowiedź • Krwawa rąbanina • Bez pomocy • Rąbać szoty i brasy! • Trwoga na pokładzie • Pogoń Jakimowskiego • Pojedynek w komorze prochowej • Przerażająca ucieczka • W ognistym piekle • Solen tonie • Fatalny strzał • Bitwa pod Oliwą

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział VI   Galeony wojny

Chwalebna droga Dickmanna i Storcha • Czas nawrócenia • Kruszenie kopii • Pożegnanie z admirałem • Ostatnia wola • Znowu na morzu • Przerażający sztorm • Zagubieni • Lodowy okręt • Kiedy wszystko staje się jasne • Użytek ze złamanego pałasza • Prawdziwy koniec Lewiatana • Szwedzki brzeg • Ostatnia walka Latającego Jelenia • Rozbitkowie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przypisy księgi pierwszej

Przypisy księgi drugiej

Od Autora

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Książki Jacka Komudy wydane nakładem naszego wydawnictwa

Cykl „Orły na Kremlu”

Samozwaniec – tom 1Samozwaniec – tom 2Samozwaniec – tom 3Samozwaniec – tom 4Moskiewska Ladacznica – tom 1 (w przygotowaniu)

Dzieje François Villona

Imię BestiiHerezjarcha

Powieści

Wilcze gniazdoWarchoły i pijaniceBohunDiabeł ŁańcuckiGaleony wojnyBanitaKrzyżacka zawieruchaOstatni honorowyHubal

Zbiory Opowiadań

Opowieści z Dzikich PólCzarna szablaCzarna banderaZborowski

Copyright © by Jacek Komuda Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2014

Wydanie III

ISBN 978-83-7964-279-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski Robert Łakuta

Grafika na okładce Piotr Cieśliński

Projekt okładkiPaweł Zaręba

Redakcja Dorota Pacyńska

Konsultacja merytoryczna Tomisław „Rodion” Kucharzak

KorektaMagdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl