35,00 zł
„Ludzie nie pojawili się na tej ziemi dla dobra ekonomii, a ekonomia
nie istnieje dla dobra kapitału. Jest dokładnie odwrotnie: kapitał ma
służyć ekonomii, która z kolei ma służyć ludziom”
„Jeśli chcesz rządzić ludźmi wyłącznie za pomocą narzucania
władzy państwa, lepiej od razu zaplanuj godzinę policyjną od
dziewiątej wieczorem” Adolf Hitler
„Pragnieniem Hitlera nigdy nie było zwyczajne stworzenie reżimu
opartego na sile. Dostrzeganie wyłącznie jego żądzy władzy jest
niezrozumieniem natury tego człowieka i jego motywacji”
-Joachim Fest
„Pamięć o wydarzeniach z lat 1918–1919 nie może być ignorowana,
jeśli faktycznie pragniemy obiektywnie ocenić korzenie niemieckiego antysemityzmu”
„Rosyjski imperializm mógł zmienić flagi w 1917 roku, ale w żadnym wypadku nie zmienił swej natury” - Leon Degrelle
Cytaty pochodzą z 2 tomu książki Leona Degrella, „Wiek Hitlera”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 740
Czy w Polsce nie ma cenzury? Oczywiście że jest. Nieformalna oczywiście. Kryptonim tej komórki w moim przypadku to WC GW (Wydział Cenzury Gazety Wyborczej). Otóż ten wydział postanowił zniszczyć książkę Degrella „Wiek Hitlera”. W togę cenzora przebrał się tym razem niejaki „redaktor” Rafał Wójcik. Jak to w WC, nie liczą się argumenty i rzetelna krytyka, to nie jest przecież obowiązkiem cenzora. Jego celem jest zatrzymanie dystrybucji książki i wsadzenie wydawcy do więzienia. W tym celu robi się nagonkę na wydawcę u dystrybutorów książki. Czyli dzwoni się wcześniej i informuje, że będzie donos do prokuratury na książkę i co oni na to. Zastraszeni dystrybutorzy – EMPIK, Matras i Azymut wycofują się z dystrybucji książki. Jeden z dystrybutorów twierdzi, że mają taki zwyczaj, że w momencie zgłoszenia niepoprawności książki do prokuratury, wycofują ją z obiegu. Innymi słowy, ktoś, kto chciałby zniszczyć jakieś wydawnictwo, może to łatwo zrobić, zgłaszając listę niepoprawnych książek do prokuratury!
Redaktor „Wyborczej” oczywiście nie stara się nawet polemizować z faktami przedstawionymi przez autora. To przecież nie o to chodzi. Cenzor nie musi przecież polemizować. A poza tym do tego, żeby polemizować, trzeba mieć jakąś wiedzę historyczną. A z tym już gorzej u autora artykułu. Grzmi oczywiście, że powinien być wstęp „fachowca”-historyka, a nie jakiegoś tam Andrzeja Ryby, który ledwie kończył historię na UMK w Toruniu i napisał jedynie około 100 wstępów i artykułów historycznych i wydaje książki historyczne raptem od jakichś 30 lat. Autor artykułu oczywiście z historią nie miał dotąd nic wspólnego, co oczywiście nie przeszkadza mu wcale w krytyce książki i mojej skromnej osoby wydawcy. Parafrazując słowa piosenki p. Jerzego Stuhra „Pisać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej”.
Trudno polemizować z kimś, kto nie rozumie, jaka jest rola źródła historycznego. Tak, tak, źródła, drogi „redaktorze”. Otóż bez publikacji „Mein Kampf”, dzieł Stalina i Lenina, czy też innych prominentnych osób związanych z totalitaryzmem jak moglibyśmy poznać ten totalitaryzm? A właśnie Degrell jest osobą blisko związaną z Hitlerem. Tak blisko, że Hitler traktuje go niemal jak syna. I tacy jak on, stojący na piedestale, mogą przedstawić nam historię z ich punktu widzenia – to jest, totalitaryzm postrzegany od środka. Bez takich książek nie można by określić, co się tak naprawdę wydarzyło w Niemczech w XX w. I nie moglibyśmy znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego naród niemiecki w blisko 100% popierał Hitlera prawie do samej kapitulacji. I skąd się wziął ten ohydny niemiecki antysemityzm?
Książka Degrella jest skarbnicą w tym temacie. Śmiem twierdzić, że żadna książka do tej pory wydana nie ukazuje lepiej tego co się działo w głowach Niemców, niż „Wiek Hitlera”.
Źródła antysemityzmu niemieckiego autor szuka w próbach wprowadzenia republik rad przez komunistów pochodzenia żydowskiego. Oczywiście Róża Luxemburg czy Karl Liebknecht i inni przywódcy rewolucji niemieckiej są pochodzenia żydowskiego. Żydzi dominowali w ruchach komunistycznych – zarówno w Rosji, w Niemczech, na Węgrzech, czy też w Polsce po II wojnie światowej (szczególnie w bezpiece) – takie są niestety fakty. Dlaczego tak się działo? Odpowiedź jest prosta. Cechą ruchów komunistycznych był ich kosmopolityzm („Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”). I w tym kosmopolityzmie najlepiej odnajdowali się Żydzi. W ruchach komunistycznych nikt nie pytał o narodowość, nie było więc tam dyskryminacji Żydów. To był jedyny praktycznie ruch w Europie pierwszej połowy XX w., w którym Żydzi mogli robić karierę polityczną i piastować dowolne stanowiska (jak w Rosji) bez żadnych ograniczeń. Nic więc dziwnego, że w 1939 roku część ludności żydowskiej witała z radością na terenach wschodnich Polski Armię Czerwoną, a czasem stawała się członkami sadów tymczasowych, na mocy postanowień których rozstrzeliwano Polaków „burżuazyjnego pochodzenia” (vide „Wolność w niewoli” Wacława Zagórskiego). Źródłem niemieckiego antysemityzmu były według Degrella dwie rzeczy: rewolucja w Niemczech („nóż wbity w plecy”) oraz poczucie, że oto „Żydzi bogacą się na wojnie, gdy my giniemy w okopach”. Abstrahując od tego, czy ten pogląd był słuszny czy nie, takie mogło być poczucie ogółu społeczeństwa niemieckiego, a Hitler doskonale to wykorzystał. Przed dojściem Hitlera do władzy Niemcy były na dnie olbrzymiego kryzysu (6 mln bezrobotnych!). W tej sytuacji potrzebowano winnego. Hitler łatwo go znalazł, grając na antysemityzmie. A naród niemiecki przyjął to za pewnik.
Ta strona Hitlera, ukazana w tomie drugim, gdy w sposób demokratyczny doszedł do władzy, jest może najmniej znana. No bo jak tu przyznać, że totalitaryzm wykorzystał demokrację do przejęcia w sposób legalny władzy? A potem w sposób równie demokratyczny, parlamentarny, tę demokrację zabił?!
Stąd dosyć przewrotny podtytuł tego tomu Degrella: „Hitler demokrata”. Ale jak pisze autor, w tym okresie mieliśmy do czynienia z najlepszym programem społecznym, jaki kiedykolwiek powstał w XX wieku, a być może w całej historii ludzkości!
Spróbujmy go przeanalizować.
1. Program budowy autostrad – okazał się tym kołem zamachowym gospodarki, który wraz z programem mieszkaniowym praktycznie w ciągu 2–3 lat zlikwidował sześciomilionowe bezrobocie!
2. Program mieszkaniowy – mieszkanie dla każdego. Powszechne łatwo dostępne kredyty, które najłatwiej było spłacić… dziećmi…Rodzinie która miała jedno dziecko, umarzano bowiem 25% zadłużenia. A rodzinie która miała 4 dzieci umarzano kredyt w całości! I w dodatku budżet nie padł, ponieważ rodzice oddawali do budżetu pieniądze kupując różne rzeczy dzieciom, co zwiększało wpływy z podatków do skarbu państwa.
3. Program socjalny – żaden inny robotnik w Europie nie miał tak długiego płatnego urlopu i nie miał takich dopłat do spędzania wypoczynku w miejscowościach wypoczynkowych.
4. Stworzenie nowego prawa, zabezpieczającego prawa pracownicze w fabrykach robotnikom. Stworzenie instytucji sądów pracowniczych, rozstrzygających spory między pracodawcą a pracobiorcą.
5. Wypuszczenie na rynek obligacji państwowych, które przyniosły szalony wzrost środków do budżetu państwowego. To dzięki temu sfinansowano cały program budowy autostrad.
6. Rewolucja mentalna, bodaj najważniejsza: każdy Niemiec jest równy i każdy jest ważnym ogniwem społeczeństwa, niezależnie od pozycji społecznej, zawodu i umiejętności.
Nic więc dziwnego, że Niemcy w ciągu kilku lat, gdy tak bardzo poprawiła im się jakość życia, po prostu uwielbiali Hitlera. A Hitler dbał przede wszystkim o stopę życiową Niemców – nawet wtedy, gdy już przegrywał wojnę. To ludność niemiecka była bowiem bezpośrednim beneficjentem dóbr zrabowanych w całej Europie (vide „Państwo Hitlera”). I tu leży klucz do rozwiązania zagadki, dlaczego Niemcy tak pokochali Hitlera.
Z drugiej strony pamiętajmy, że owe przywileje socjalne dotyczyły tylko Niemców. Żydzi niemieccy w tym samym czasie pozbawiani byli praw obywatelskich, a wkrótce rozpoczęło się masowe ich mordowanie, podobnie jak Żydów z innych krajów Europy. Nazizm był systemem zbrodniczym, zwłaszcza dla wszystkich tych narodów, które Hitler w swojej obłąkańczej teorii rasowej uznał za mało wartościowe lub bezwartościowe. Zgodnie z nią Żydzi powinni natychmiast zniknąć z powierzchni ziemi, a Słowianie pracować dla dobra III Rzeszy aż do fizycznego wyniszczenia. O zbrodniach Hitlera i nazizmu napisano już bardzo dużo. Aby jednak naprawdę zrozumieć fakt poparcia nazizmu przez prawie wszystkich Niemców musimy sięgnąć do źródeł, relacji ludzi zagłębionych w systemie, takich jak Degrell.
Tak zwana „poprawna politycznie historia” próbuje nam przedstawić dwa narody niemieckie. Jeden – to ten hitlerowski, zepsuty do szpiku kości, zbrodniczy. A drugi to ten nagle cudownie odrodzony – powojenny, gdzie oto okazało się, że w Niemczech żyją sami demokraci, a tylko hitlerowski „zamordyzm” powodował, że nie mogli uczestniczyć w tej poprawnej demokracji. Zaprzeczeniem tej teorii jest właśnie Leon Degrell. To on napisał, co tak naprawdę myśleli Niemcy. I to jego myśl jest tak cenna z punktu widzenia historyków. Bo właśnie on pokazał co myślała większość Niemców o wojnie i Hitlerze! I to jest to tak cenne źródło historyczne. Spojrzenie na historię XX wieku oczami kogoś, kto był postawiony na świeczniku nazizmu, kto był kimś z wewnątrz systemu, z SS – najbardziej fanatycznej organizacji hitlerowskiej.
Oczywiście pan redaktor z „Wyborczej”, czy jego kolega z „Faktu” raczej nie rozumieją tych niuansów i wagi Degrella jako źródła historycznego. Symptomatycznym przykładem nastrojów społecznych jest opis powrotu Degrella z frontu wschodniego, gdzie Belgowie wylegli na ulicę, aby witać ich bohatera. Za chwilę weszli tam alianci i Degrella zaocznie skazano na śmierć w imieniu tegoż społeczeństwa belgijskiego, które tak tłumnie go przed chwilą witało!
Więc co się stało z tym społeczeństwem? Nagle, w przeciągu paru dni zmieniło ono poglądy o 180 stopni? Śmiechu warte!
Ciekawa jest teoria Degrella dotycząca roli SS na froncie wschodnim. Według niego ten milion SS-manów ocalił Europe Zachodnią przed zalaniem jej przez falę komunizmu. Według niego, gdyby nie poświęcenie się fanatycznych oddziałów SS – zarówno niemieckich jak i ochotniczych z całej Europy, czołgi Stalina zatrzymałyby się na Atlantyku i Europa dzisiaj byłby komunistyczna. I chyba w tym przypadku Degrell niewiele rozmija się z prawdą. Gdyby Sowieci doszli do Atlantyku przed lądowaniem aliantów, nie byłoby mowy o wolnym Zachodzie!
Czy wobec tego winniśmy wystawiać pomniki SS-manom? Na pewno nie. To byli zbrodniarze, winni rzeczy strasznych, masowych mordów i okrucieństw. Ale trzeba pamiętać o różnych aspektach działalności tych oddziałów. Degrell chciał bronić Europy przed komunizmem!
I pozostał antykomunistą do ostatnich swoich dni. Próbowano go skazać za zbrodnie wojenne, ale nie można było, bo nawet w czasach Norymbergii nie znaleziono przeciwko niemu dowodów. Uznano go za winnego zdrady ojczyzny. I skazano zaocznie. To że go skazano, nie usprawiedliwia zwycięzców do ślepej zemsty i zezwierzęcenia. Bo tylko tak można nazwać to, co zrobiono z dziećmi Degrella, o czym pisze wydawca amerykański. W tym momencie zwycięzcy niczym nie różnili się od nazistów.
Książkę Degrella wydaję nie po to, żeby szerzyć jego poglądy, czy też opinie o charakterze rasistowskim i nazistowskim. Wydaję ją jako źródło historyczne. I wierzę, że historycy i hobbyści kochający historię to źródło docenią. I nie rozumiem powodów nagonki na moją osobę. W Polsce w ostatnich lat wydano m.in. pamiętniki Alberta Speera, Waltera Schellenberga, trzytomowe dzienniki Josepha Goebbelsa, dzienniki Alfreda Rosenberga. Ba! Wydano też i Degrella. Nikt wydawców tych książek nie ścigał – i słusznie, gdyż zostały one wydane jako źródła historyczne. Także ja (podkreślam to jeszcze raz) wydaję książki Degrella w charakterze źródeł historycznych.
Chciałbym serdecznie podziękować następującym instytucjom i firmom:
1. „Gazecie Wyborczej” i „Faktowi” za rozreklamowanie Degrella i mojej skromnej osoby.
2. Prokuraturze IPN za umorzenie sprawy o antypolonizm książki Degrella z donosu „Gazety Wyborczej” i „Faktów”.
3. Merlinowi za oparcie się napastliwemu atakowi GW na wycofanie tej książki.
4. Bonito za dystrybucję tej książki mimo olbrzymich nacisków medialnych i środowiskowych na rynku książki.
5. Wielu czytelnikom dzwoniącym do mnie ze słowami poparcia na wieść, że przeciwko mnie toczy się śledztwo w Prokuraturze Gdańskiej.
6. Piotrowi Zychowiczowi z „Do rzeczy” za artykuł w mojej obronie.
7. Mateuszowi Łabuzowi z portalu „II wojna światowa” za wsparcie na portalu i telefoniczne.
8. Mojemu synowi Marcinowi, za wzruszający list w mojej obronie opublikowany na facebooku.
W chwili, gdy piszę te słowa, nadal toczy się postępowanie prokuratorskie i nadal grozi mi do 3 lat więzienia.
Agora w osobie p. redaktora Pawła Stasińskiego przysłała mi list odmawiający opublikowania mojego sprostowania, które wobec tego publikuję w książce.
Kiedyś, w latach osiemdziesiątych XX wieku, byłem więziony za działalność w obronie wolnego słowa. Za to, że kolportowałem podziemne wydawnictwa trzymano mnie pół roku w ponurym areszcie na Młyńskiej w Poznaniu. Dzisiaj może być podobnie…
No cóż, historia po raz kolejny zatoczyła koło…
Andrzej Ryba
W artykule pana Rafała Wójcika „Wiek Hitlera w Polsce” zamieszczonym 21.09.2016 roku w „Gazecie Wyborczej” znalazło się wiele rzeczy nieprawdziwych.
Pan Wójcik przedstawia mnie wyłącznie jako wydawcę specjalizującego się w wydawaniu dzieł propagujących nazizm, co delikatnie mówiąc jest nieprawdą. Pomija milczeniem fakt, że w pracy wydawcy wydałem mnóstwo książek o treści patriotycznej, a nie raz były to pierwsze wydania zapomnianych polskich autorów. Przytoczę tu chociażby takie pozycje jak „Fala za falą” Pławskiego, „Powstańczy Tryptyk” Blichewicza „Szczerby” (książka doczekała się entuzjastycznej recenzji w „Gazecie Wyborczej”) czy wydanie wspomnień Kazimierza Leskiego z płytą z jego głosem.
Za swoją działalność wydawniczą zostałem zresztą odznaczony orderem „Pro memoria”, „Zasłużony działacz kultury” (z rąk wiceministra kultury Arama Rybickiego) i dwukrotnie za zasługi na rzecz pamięci o Polskiej Marynarce Wojennej.
Przedstawienie mnie wyłącznie jako wydawcę książek o tematyce nazistowskiej szkaluje moje dobre imię.
Autor zarzuca mi, że nie jestem „fachowym historykiem”, w związku z tym to nie ja powinienem pisać wstęp do książki Degrella. No cóż, dobrze byłoby wiedzieć co autor ma na myśli używając tego pojęcia. Jeśli ktoś, kto kończył historię na UMK w Toruniu, specjalizuje się w wydawaniu książek historycznych od lat trzydziestu i napisał około 100 wstępów do książek i artykułów historycznych nie jest „fachowcem” godnym napisać wstęp do „Wieku Hitlera”, to kto nim jest?
Z zaciekawieniem zerknąłem na Wikipedię, aby sprawdzić dorobek naukowy redaktora Wójcika, który pozwala mu tak krytycznie mnie oceniać. Niestety nic na ten temat nie znalazłem, ale to pewnie tym gorzej dla Wikipedii!
Panu Wójcikowi nic nie przeszkadza jednak cytować „niefachowca” w swoim artykule, gdzie przytacza całe fragmenty mojego wstępu, przy czym bez żadnego słowa krytyki na temat tego co w nim napisałem!
Autor artykułu nie odnosi się wcale do treści książki, czyli historii pierwszej wojny światowej w/g Degrella. Wnioskuję w związku z tym, że p. Wójcik albo nie przeczytał tej książki, albo przestraszył się, że będzie musiał skrytykować wielu „historyków-fachowców” francuskich o uznanym dorobku naukowym, których Degrell tak często przytacza.
Pan Wójcik skontaktował się też z dystrybutorami książki „Wiek Hitlera” – EMPIK-iem, Bonito.pl, Matrasem próbując ich zastraszyć, sugerując że książka nie powinna być przez nich dystrybuowana. Oczywiście też nie odnosząc się do treści książki.
Jak widać nie chodziło p. Wójcikowi o merytoryczną dyskusję na temat książki, ale o zniszczenie wydawnictwa, poprzez zablokowanie jego sieci dystrybucyjnej.
I jeszcze jedno. Redaktor Wójcik nie zadał sobie na tyle trudu, aby sprawdzić stopkę redakcyjną w książce „Wiek Hitlera”, atakując wydawnictwo Finna a nie rzeczywistego wydawcę, czyli spółkę Katmar. Ale… przecież nie o prawdziwe informacje tu chodzi…
W spisie książek zamieszczonych w artykule, propagujących nazizm wg redaktora Wójcika, znalazła się książka Siegfrieda Knappe: „Soldat: Refleksje niemieckiego żołnierza”. Jest to w rzeczywistości książka antyhitlerowska, a sam Knappe, autor książki, wspomina, jak to będąc w bunkrze Hitlera zastanawiał się, czy nie strzelić mu w łeb.
No cóż, pan Wójcik jak widać gustuje w poglądach, że jeśli jakieś fakty nie pasują do jego tezy, to tym gorzej dla faktów.
I na koniec o rzeczy obrzydliwej. Umieszczenie zdjęcia na którym obok siebie są okładki z podobizną Adolfa Hitlera i Lecha Kaczyńskiego jest zabiegiem godnym Josepha Goebbelsa. Gratuluję! Jak widać, redaktorzy „Wyborczej” czerpią z dobrych wzorców.
Andrzej Ryba
Specjalna dedykacja wydawcy [amerykańskiego]
Niniejszy zbiór prac zmarłego generała Leona Degrella nigdy nie przetrwałby koszmarnego spisku mającego na celu zniszczenie jego dziedzictwa (co opisane jest na stronach tej pracy), gdyby nie oddanie i lojalność wdowy po generale, Pani Jeanne Degrelle, która ściśle współpracowała ze mną i innymi członkami redakcji The Barnes Review w celu ocalenia spuścizny Leona Degrella przed bardzo realnym historycznym holokaustem, który miał stać się jej grobem.
To właśnie Pani Jeanne Degrelle jest najodpowiedniejszą osobą, której niniejszy tom jest dedykowany.
Willis A. Carto
Wydawca i redaktor The Barnes Review,
Czerwiec 2012
Oto inspirująca, choć tragiczna historia idealistycznego, niezłomnego i nieustraszonego przywódcy, któremu dane było przetrwać największe wichry II wojny światowej tylko po to, by u samego schyłku życia zostać dosięgniętym przez zdradę.
Michael Collins Piper
Leon Degrelle zmarł w Maladze, w Hiszpanii, w dniu 1 kwietnia 1994 roku w wieku 87 lat. Przed II wojną światową Degrelle był najmłodszym przywódca politycznym Europy i ojcem ruchu reksistowskiego w Belgii. W czasie wojny stał się bohaterem frontu wschodniego, gdzie walczył broniąc Europy przed komunizmem. Jako mąż stanu i żołnierz znał Hitlera, Mussoliniego, Churchilla, Franco, Lavala, Pétaina i wielu innych przywódców europejskich z czasów tytanicznych ideologicznych i militarnych zmagań, którymi była II wojna światowa. Jako jedyny z nich przetrwał jeszcze niemalże pół wieku, pozostając naocznym świadkiem tamtych wydarzeń.
Degrelle urodził się 15 czerwca 1906 roku w Bouillon w Luksemburgu, w rodzinie o francuskich korzeniach. Był synem dobrze prosperującego browarnika, który wyemigrował z Francji do Luksemburga pięć lat przed jego urodzinami, sprowokowany do tego kroku wydaleniem jezuitów przez antyklerykalny rząd francuski. Mówiło się, że tylu mężczyzn z rodu Degrellów zostało Jezuitami, iż każdy Degrelle jest „Jezuitą z ojca na syna”.
Młody Leon studiował na Uniwersytecie Louvain, gdzie uzyskał doktorat z prawa, ale pochłaniały go także inne dziedziny nauki, takie jak sztuka, archeologia, filozofia i nauki polityczne. Jego naturalne zdolności przywódcze stały się widoczne już w czasach studenckich. Do czasu ukończenia dwudziestego roku życia ów wyjątkowo utalentowany młody człowiek opublikował pięć książek i prowadził własny cotygodniowy dziennik.
Głębokie przekonania katolickie sprawiły, iż Degrelle dołączył do belgijskiej Akcji Katolickiej i, rzecz jasna, wkrótce stał się jednym z jej przywódców. Pasją Leona byli ludzie. Pragnął zjednywać sobie masy, w szczególności marksistowskie. Chciał, aby współdzieliły z nim jego ideały dotyczące socjalnych i duchowych zmian w życiu społecznym. Marzył o podniesieniu ludzi na duchu, o wykuciu dla nich trwałego, sprawnego i odpowiedzialnego państwa, opartego na zdrowym ludzkim rozsądku i funkcjonującego wyłącznie dla dobra ludu. Nic zatem dziwnego, że Degrelle często powtarzał: „Albo masz za sobą ludzi, albo nie masz niczego”. Jednym słowem, Degrelle był populistą.
Mimo, iż nie miał jeszcze dwudziestu pięciu lat, był słuchany z ogromnym zapałem. Jego książki i gazety były czytane wszędzie, gdyż zawsze poruszały prawdziwe i istotne tematy. W krótkim okresie kilku lat zjednał sobie dużą część społeczeństwa. Skorumpowany świat belgijskiej polityki zwrócił baczną uwagę na tego parweniusza. Mimo, iż Degrelle początkowo współpracował z belgijską Partią Katolicką (jedną z trzech, poza liberałami i socjalistami, rządzących partii Belgii) w ostatecznym rozrachunku doznał rozczarowania działaniami partyjnej kliki i zaczął koncentrować swoje wysiłki na budowaniu swojego ruchu reksistowskiego.
Żądając radykalnych reform politycznych i ustanowienia autorytatywnego „korporacyjnego” państwa sprawiedliwości społecznej i jedności narodowej, Degrelle rozpoczął zdecydowaną i doskonale prowadzoną kampanię propagandową przeciwko rządzącym partiom, które określał mianem pourris, – czyli „skorumpowanych” – zaś cyniczne malwersacje finansowe partyjnych klubów i ich popleczników, których Degrelle nazywał „banksterami”, sprawiły, że ruch reksistowski wywalczył ogromny polityczny kapitał.
Ruch Degrella dostrzegał fakt, iż partie rządzące, tak skłonne do współpracy, gdy chodziło o dzielenie łupów nagromadzonych przez polityków, sprzyjały podziałom i konfliktom w Belgii. Historyk Alan Cassels wskazywał, iż „Degrelle stopniowo stawał się coraz większym antykapitalistą – była to zmiana, będącą nie tyle odpowiedzią na Wielką Depresję, co efektem wynikającym z rosnącej świadomości powiązań pomiędzy biznesem i rządem, ujawnionych w kilku belgijskich skandalach.” 1
Platforma partii reksistowskiej odzwierciedlała jej populistyczne odchylenie: „Przede wszystkim stała w opozycji do superkapitalizmu w Belgii i w Kongo, a następnie odrzucała belgijskie partie i system parlamentarny jako taki, uważając je za zwykłą przybudówkę zgniłego świata biznesu. Banki miały być kontrolowane w bliżej nieustalony sposób, zaś problem bezrobocia miał być rozwiązany metodami pewnego rodzaju państwowego planowania. Robotnicy mieli być chronieni przez system korporacyjny ‘oparty na solidarności klas’, a struktura organizacyjna reksistowskich konfederacji została opracowana teoretycznie i wyłożona na papierze dla handlu, przemysłu, rolnictwa, rzemiosła, wolnych zawodów i nawet dla partyjnej administracji belgijskiego Konga. Jednak i tak większość starego systemu pozostałaby na miejscu; było miejsce dla monarchii, a wręcz i dla parlamentu, który w okrojonej formie współdzieliłby władzę legislacyjną z korporacjami.”2
24 maja 1936 roku reksistowscy kandydaci Degrella odnieśli wspaniałe zwycięstwo w walce wyborczej z partiami o ustalonej pozycji, gromadząc 34 miejsca w Izbie Reprezentantów i w Senacie.
Jednakże już wkrótce rządzące belgijskie partie poderwały się do walki by przeciwstawić się zagrożeniu, jakie dla ich władzy stwarzali reksiści, czemu dały wyraz w utworzeniu jednolitej falangi przeciwko młodemu populistycznemu przywódcy. Swego najbardziej namiętnego syna potępiła nawet hierarchia kościoła katolickiego, działająca w interesach „umiarkowania”. Konsekwencją tych działań była powolna utrata znaczenia przez ruch reksistowski. Mimo, iż w obliczu zgodnego nacisku establishmentu jego partia zaczęła ulegać dezintegracji, Degrelle został ponownie wybrany do Parlamentu z największą liczbą głosów spośród wszystkich deputowanych.
Europa Degrella wciąż była podzielona na niewielkie kraje, z których każdy był zazdrosny o każdego i zamknięty na kontakty z sąsiednimi narodami. Pod koniec lat trzydziestych, gdy wojna wisiała w powietrzu, Degrelle poświęcił swą uwagę na zapewnienie neutralności Belgii w celu zapobieżenia ponownemu wykorzystaniu jego kraju jako bufora między Niemcami i Francją w sytuacji, gdyby rozpoczęły się działania wojenne. Lecz nawet wtedy, kiedy pracował nad krótkoterminową kwestią integralności belgijskich granic, Degrelle, ze swą dalekowzrocznością patrzył także na przyszłość kontynentu. W czasach studenckich podróżował po Ameryce Łacińskiej, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Odwiedził Afrykę Północną, Środkowy Wschód i, rzecz jasna, wszystkie kraje europejskie. Uważał, iż przeznaczeniem Europy jest spełnienie wyjątkowej roli, co wymagało zjednoczenia jej na bazie wspólnego dziedzictwa kulturowego.
Mussolini zaprosił Degrella do Rzymu. Churchill przyjmował go w Londynie, zaś Hitler w Berlinie. Ryzykując swym życiem politycznym, Degrelle podejmował desperackie wysiłki, aby powstrzymać proces zapędzania Europy do nowej wojny. Jednakże odwieczna rywalizacja, małostkowe animozje i podejrzenia pomiędzy Francją i Niemcami zostały sprytnie wykorzystane. Powszechnie uznane partie oraz partia komunistyczna pracowały po tej samej stronie barykady: na rzecz wojny. Dla Kremla była to wyjątkowa okazja na skomunizowanie Europy – po tym, gdy będzie już wykrwawiona i osłabiona.
3 września 1939 roku – pod wpływem nacisków ze strony zorganizowanych kręgów światowego żydostwa, wspartych wysiłkami prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Roosevelta, (który utrzymywał bliskie stosunki z wpływowymi elitami żydowskimi w USA) – Anglia wypowiedziała wojnę Niemcom, chociaż Hitler zrobił wszystko, co w jego mocy, aby do owej wojny nie dopuścić.
Gdy Belgia została wciągnięta do konfliktu w 1940 roku, polityczni wrogowie Degrella dostrzegli okazję do usunięcia przywódcy reksistów. W dniu 10 maja 1940 roku został aresztowany przez lojalistów rządowych, oskarżony o przynależność do „piątej kolumny” i osadzony w więzieniu, gdzie był bity i torturowany. Uznany przez rodzinę za zmarłego, Degrelle wylądował w obozie koncentracyjnym w południowej Francji. Gdy Niemcy, życzliwie nastawieni do Degrella, dowiedzieli się o jego miejscu pobytu, został on uwolniony i powrócił do Belgii, gdzie w rzeczywistości początkowo unikał współpracy z niemieckimi siłami okupacyjnymi. Ironią pozostaje fakt, iż odróżniało go to od wielu z jego oportunistycznych oponentów ze sceny politycznej przedwojennej „demokratycznej” Belgii.
Jednak europejska wojna domowa trwała nadal, zaś komunistyczni władcy przygotowywali się już do wyzbierania rozłamanych kawałków Europy. Dowiadując się o planach inwazji Józefa Stalina do serca Zachodniej Europy przez okupowaną przez Sowietów część Polski a następnie Niemcy, Hitler uprzedził go, dokonując prewencyjnego uderzenia na Związek Radziecki w dniu 22 czerwca 1941 roku.
Najważniejszy polityczny i wojskowy fenomen II wojny światowej jest jednocześnie najmniej znany: Waffen-SS (dosłownie „uzbrojone oddziały obronne”). A przecież Leon Degrelle był jednym z najsłynniejszych żołnierzy Waffen-SS. Formacja ta była ideologiczną i militarną forpocztą szturmową planowanego Nowego Porządku dla Europy. Po tym, jak Niemcy rozpoczęły szturm bastionu międzynarodowego komunizmu, z każdego zakątka Europy napłynęły tysiące młodych ludzi, mocno wierzących w to, że oto ważą się także losy ich własnych krajów.
Ludzie ci, ochotnicy, położyli własne życie na szali walki z Sowietami wierząc, iż po zniszczeniu bolszewickiego zagrożenia będą wspólnie pracować nad stworzeniem zjednoczonej Europy. Ochotnicy zasilili szeregi Waffen-SS, które urosło do liczby czterystu tysięcy nieniemieckich Europejczyków walczących na froncie wschodnim. Schemat organizacyjny Waffen-SS powiększył się o wiele nowych dywizji. Niemiecka część formacji liczyła sześćset tysięcy ludzi.
Pomijając dawne wysiłki Napoleona, liczące milion żołnierzy Waffen-SS stanowiło pierwszą prawdziwie paneuropejską armię, jaka kiedykolwiek istniała. Zakładano, iż po wojnie każda jednostka tej armii zapewni swojej nacji kadry dla struktur politycznych wolnych od małostkowych nacjonalizmów przeszłości. Wszyscy żołnierze SS brali udział w tej samej walce. Wszystkich łączyło to samo spojrzenie na świat. Wszyscy byli towarzyszami broni i odnosili takie same rany.
Kiedy Hitler uderzył na Związek Radziecki, Degrelle zaoferował utworzenie ochotniczego batalionu złożonego z Walończyków celem zapewnienia honorowego miejsca dla francuskojęzycznych Belgów w nowej Europie Hitlera. Po zaciągnięciu się jako prosty szeregowiec, Degrelle w uznaniu wyjątkowego bohaterstwa awansował przez wszystkie stopnie od kaprala do generała. Osobiście brał udział w siedemdziesięciu pięciu bezpośrednich starciach, był siedmiokrotnie ranny. Był kawalerem najwyższych odznaczeń bojowych i jednocześnie pierwszym cudzoziemcem, który otrzymał, przez wielu tak upragniony, Krzyż Rycerski Żelaznego Krzyża z Liśćmi Dębu, osobiście wręczony mu przez Hitlera w czasie ceremonii w Berlinie w dniu 27 sierpnia 1944 roku.
Warto zauważyć, że kiedy w 1941 roku Degrelle po raz pierwszy wyruszył na front wschodni, miał już 35 lat i nigdy przedtem ani razu nie wystrzelił z karabinu. I chociaż zaproponowano mu wysoki stopień – jako wyraz uznania dla jego wybitnych przedwojennych osiągnięć w roli przywódcy partii reksistowskiej – Degrelle, tak samo jak Piotr Wielki, wybrał rangę szeregowca, dzieląc ze swymi towarzyszami broni wszelkie niewygody i pnąc się po drabinie awansów wyłącznie dzięki swym zdolnościom, aż do objęcia stanowiska dowódcy jednostki, którą stworzył: brygady SS „Wallonien”.
Nic zatem dziwnego, że jego koledzy-ochotnicy żartobliwie nazywali swego towarzysza, który stał się ich dowódcą, „Skromniś Pierwszy, książę Burgundii”. Jednakże z ośmiuset pierwszych Walończyków, którzy wyruszyli na front wschodni, tylko trzech przeżyło wojnę – jednym z nich był Degrelle. W tym okresie prawie dwa i pół tysiąca jego rodaków poległo, służąc w mundurze Waffen-SS i walcząc z Sowietami.
Degrelle powiedział kiedyś o SS: „Gdyby Waffen-SS nie istniało, Europa zostałaby całkowicie rozjechana przez Sowietów do 1944 roku. Dotarliby do Paryża na długo przed Amerykanami. Odwaga żołnierzy Waffen-SS powstrzymywała niszczycielką potęgę Sowietów pod Moskwą, Charkowem, Czerkasami i Tarnopolem. Rosjanie stracili w ten sposób dwanaście miesięcy. Bez oporu, stawianego przez SS, Sowieci byliby w Normandii przed Eisenhowerem. Ludzie okazywali głęboką wdzięczność tym młodym chłopakom, którzy poświęcali swoje życie. Od czasów wielkich zakonów rycerskich okresu średniowiecza nie było tak bezinteresownego idealizmu i heroizmu. W dzisiejszym wieku materializmu, członkowie Waffen-SS jawią się jako jasne światło duchowości. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że poświęcenie i niewiarygodne dokonania Waffen-SS doczekają się swego własnego piewcy w rodzaju Schillera. SS wyróżnia się wielkością w nieszczęściu.”
Po niemal czterech latach nieprzerwanych walk w piekle bitew, legion Degrella był jedną z ostatnich jednostek, które wycofały się z Rosji. Owa tytaniczna walka przeciwko połączonym siłom komunizmu i „zjednoczonych demokracji” opisana jest w jego słynnej epopei „Kampania w Rosji”, która przysporzyła mu europejskiej sławy, jako „Homerowi XX wieku”.
I kiedy po czterech latach walki z komunizmem na froncie wschodnim Degrelle powrócił do Brukseli, zgotowano mu największe masowe przyjęcie w historii Belgii. Dziesiątki tysięcy Belgów wyległo na ulice stolicy by wiwatować na cześć powracającego generała. Wszystko to na dwa miesiące przed aliancką inwazją ich kraju.
Jednakże Degrelle zdawał sobie sprawę, iż jako jeden z najbardziej nieprzejednanych wrogów komunizmu, któremu udało się przetrwać wojnę, stanie się niechybnym celem eksterminacji. Nie zamierzał klękać przed zwycięzcami.
Gdy upadły Niemcy, Degrelle ruszył w kierunku Norwegii, która w owym czasie wciąż znajdowała się pod niemiecką kontrolą. Tam wsiadł na pokład samolotu transportowego, którym przeleciał nad okupowaną przez aliantów Europą. Wraz z załogą przetrwał towarzyszący im przez całą drogę nieprzerwany ogień artylerii przeciwlotniczej i lądował awaryjnie na granicy hiszpańskiej, kiedy skończyło się paliwo. W czasie wymuszonego lądowania Degrelle odniósł liczne obrażenia, w tym kilka złamań. Dochodząc do siebie, spędził rok w szpitalach, z czego większość czasu w gipsie, niezdolny do ruchu. W typowym dla siebie odruchu, gdy tylko odzyskał władzę w prawej ręce, rozpoczął pracę nad swym arcydziełem „Kampania w Rosji”, która wyszła we Francji w dwóch edycjach.
Wkrótce po zakończeniu działań wojennych alianci zagrozili inwazją Hiszpanii, o ile Degrelle i były francuski premier Pierre Laval nie zostaną wydani celem stracenia. Franco poszedł na kompromis. Wydał Lavala, lecz odmówił przekazania aliantom Degrella, tłumacząc to fizyczną niemożliwością ruszenia go ze szpitala.
Rok później Degrelle uzyskał schronienie w klasztorze. Jednakże w domu członkowie jego rodziny, jak również jego przyjaciele i współpracownicy podlegali aresztowaniom i byli zamęczani na śmierć przez „demokratycznych wyzwolicieli” Belgii. Jego dzieci (siedem córek i mały syn) zostały siłą wywiezione do ośrodków odosobnienia w różnych częściach Europy, po tym jak zmieniono im nazwiska, by uniemożliwić ponowne połączenie rodziny lub choćby próbę ustalenia ich losu. Władze belgijskie zadecydowały, iż nigdy nie zezwoli im się na utrzymywanie kontaktu ze swoim ojcem, czy nawet ze sobą.
Nowy belgijski rząd skazał Leona Degrella na karę śmieci in absentia przy okazji trzech różnych procesów. Ustanowiono specjalne prawo, tak zwane Lex Degrellana, zakazujące przesyłania, posiadania lub otrzymywania jakichkolwiek publikacji jego autorstwa lub traktujących o Degrellu. „Kampania w Rosji” znalazła się tym samym na liście pozycji zakazanych w Belgii.
Pozostawiony samemu sobie, Degrelle zaczął odbudowywać swoje zrujnowane życie. Pełen energii i tak dla niego charakterystycznego niezłomnego ducha, pracował jako pracownik fizyczny w firmie budowlanej. I znów, podobnie jak na polu walki, gdzie z szeregowego doszedł do generała, Degrelle dorobił się własnej, poważnej firmy budowlanej wykonującej kluczowe zlecenia. Operatywność firmy i jakość wykonywanych przez nią usług stały się tak znane, że rząd amerykański złożył mu zamówienie na wykonanie prac związanych z istotnymi projektami obronnymi w Hiszpanii, w tym lotniskami wojskowymi.
W międzyczasie, lojalni wysłannicy Degrella krążyli po Europie w poszukiwaniu jego porwanych dzieci. Wszystkie zostały odnalezione i wróciły pod czułą opiekę swego ojca.
W okresie czterdziestu lat Degrelle dwunastokrotnie wzywał rząd belgijski do zorganizowania jego publicznego procesu z udziałem ławy przysięgłych. Jego ponawiane żądania, aby być sadzonym przed legalnym sądem (w przeciwieństwie do pokazowych inkwizytorskich procesów w stylu Norymbergi) spotykały się z pełną zakłopotania i poczucia winy ciszą. Jednocześnie miało miejsce kilka poważnych prób zmierzających do zlikwidowania Degrelle w czasie, gdy przebywał w Hiszpanii. 5 lipca 1961 roku hiszpańska policja aresztowała dwóch osobników próbujących wjechać do Hiszpanii od strony małej wioski w Pirenejach na granicy francuskiej. Samochodem Lincoln Continental podróżował obywatel Izraela nazwiskiem Zuis Alduide Idelon oraz druga osoba z francuskim paszportem wystawionym na nazwisko Suison Jake De Mon.
Posiadali przy sobie broń, amunicję, zagraniczną walutę o wartości około pół miliona dolarów amerykańskich, zestaw do narkozy, dokładny plan hiszpańskiej willi i, wreszcie, pudło w kształcie trumny. Obydwaj ostatecznie przyznali się, iż stanowili część specjalnej grupy komandosów pracującej dla wywiadu Izraela, której zadaniem było porwanie generała Degrella. Plan był następujący:
Część zespołu (składającego się w sumie z dziesięciu osób) miała przybyć na posiadłość Degrella helikopterem, odurzyć go, porwać i wywieźć do Tarragony. Tam, nieprzytomny Degrelle miał być umieszczony w pudle i przeniesiony nocą na pokład małej łodzi, która miała skierować się do jednego z francuskich portów na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Stamtąd większy statek miał zabrać go do Izraela. Po przybyciu na miejsce miano go pokazać publicznie, a następnie przekazać rządowi belgijskiemu lub po prostu zlikwidować.
W ostatecznym rozrachunku hiszpańska policja zdołała aresztować przywódcę grupy komandosów, obywatela Hiszpanii, komunistę Rubio de la Goaquina, jak również sześciu jego ludzi. Dochodzenie wykazało, że plan porwania był w części opracowany przez sowieckich agentów.
W 1983 roku hiszpańscy socjaliści, zjednoczeni w wysiłkach z międzynarodowymi żydowskimi grupami nacisku, rozpoczęły hałaśliwą kampanię na rzecz deportowania Degrella z Hiszpanii, jednak ich wysiłki spełzły na niczym. Nie powstrzymało to jednak środowisk żydowskich przed rozpętaniem kolejnej ofensywy przeciwko generałowi. Tym razem przywódcą stada był rabin Marvin Hier (nazywany przez swych krytyków „Rabbi Łgarz”) i jego kolega, rabin Abraham Cooper. Obydwaj stali na czele bardzo dochodowego przedsięwzięcia zajmującego się pozyskiwaniem funduszy, znanego jako Centrum Szymona Wiesenthala – agencji z siedzibą w Los Angeles, noszącej imię kontrowersyjnego samozwańczego „tropiciela nazistów”.
Ponieważ ostatecznie przyznano, iż najbardziej niesławny ze wszystkich „nazistowskich zbiegów”, dr Josef Mengele, był naprawdę martwy, a nie „ukrywający się w Argentynie” (lub Boliwii, Paragwaju, Panamie czy też innym podobnym miejscu), Hier i Cooper ewidentnie doszli do wniosku, iż generał Degrelle będzie idealną „nazistowską bestią”, nadająca się na „chłopca z plakatu” dla instytucji pozyskującej fundusze.
Obaj panowie wyznaczyli nagrodę w wysokości stu tysięcy dolarów za „ujęcie” Degrella, co samo w sobie było farsą, gdyż generał swobodnie i otwarcie żył w Hiszpanii, będąc popularną osobistością życia towarzyskiego, często biesiadującą w otoczeniu grona przyjaciół, wśród których było wielu jego wielbicieli z zagranicy, przybywających, aby odwiedzić emerytowanego przywódcę wojskowego i europejskiego męża stanu.
Gang Hiera-Coopera pełnym głosem histerycznie nawoływał do osądzenia Degrella za „zbrodnie wojenne” i, rzecz jasna, nakłaniał donatorów do pomocy w finansowaniu publicznej kampanii przeciwko generałowi. Interesującym faktem pozostaje, iż kilka lat wcześniej znany francuski producent telewizyjny, Jean Charlier, który pracował nad materiałem dokumentalnym o Degrellu, zwrócił się zarówno do „Synów Przymierza” (B’nai B’rith), jak i do Szymona Wiesenthala z prośbą o informacje, które mógłby wykorzystać w swoim programie, a które ujawniałyby naturę i brutalność owych „zbrodni wojennych” dokonanych przez Degrella. Charliera poinformowano, iż nie ma dowodów przeciwko generałowi oraz, że Belg nie jest poszukiwany przez jakikolwiek trybunał międzynarodowy jako przestępca wojenny. Jednakże teraz, gdy w interesie (finansowym) Centrum Szymona Wiesenthala leżało istnienie „zbrodniarza wojennego na wolności”, wersja uległa zmianie.
W owym czasie Degrelle skomentował całą sprawę w wywiadzie na wyłączność, którego udzielił gazecie tygodniowej The Spotlight w dniu 28 października 1985 roku: „Dr Abraham Cooper doskonale zdaje sobie sprawę, iż nie posiada najmniejszych dowodów przeciwko mnie. Sam przyznaje, iż może opierać się wyłącznie na własnych podejrzeniach.” Degrelle podkreśli, iż Cooper powiedział między innymi: „Nie zaskoczyłoby mnie, gdyby okazało się, że [Degrelle] popełnił krwawe zbrodnie.”
„Wyobrażacie sobie coś takiego?”, pytał Degrelle. „Przez czterdzieści lat niezliczone ilości razy podejmowano śledztwo przeciwko mnie i każde z nich okazało się bezowocne z tej prostej przyczyny, iż nigdy nie znaleziono nic przeciwko mnie. Cooper nie robi ceremonii, kiedy chce, abym zapłacił nie za jakieś naganne postępowanie, ale za przekonania, moje przekonania. Pragnąc zemścić się za idee człowieka, który myśli inaczej niż on, żydowski dygnitarz rozpętuje zagraniczną obławę z nagrodą stu tysięcy dolarów dla kogokolwiek, kto pochwyci bestię żywcem.
Leon Degrelle, jak to dr Abraham Cooper o mnie powiedział, ‘jest winien promowania nazistowskich ideałów wśród młodych ludzi całego świata. Będziemy go pilnie tropić i dopilnujemy, aby zapłacił za swoje występki.”
„Oto macie właściwe ‘idee’”, dodał Degrelle. „Nikt nie może mieć innych przekonań, niż rabin Abraham. Rzadko spotyka się taki brak tolerancji, szczególnie płynący z kraju pokroju Stanów Zjednoczonych, gdzie wolność przekonań określa się jako świętą. Ta nagonka, zorganizowana przez prywatne osoby, ma w sobie coś skandalicznego.”
„Owi myśliwi mają do dyspozycji bardzo konkretne fundusze. Owe środki, współczesna rzeka pieniędzy, do tego lata były przeznaczone na porwanie Josefa Mengele. Ale właśnie ustalono, że Mengele nie żyje od pięciu lat – i to kiedy Wiesenthal obwieszczał całemu światu, że śledzi każdy jego krok i już za moment go schwyta. Opisywał każdy etap swojego pościgu, każdą kryjówkę, z której Mengele rzekomo umknął tuż przed pojawieniem się Wiesenthala, a w której w rzeczywistości tamten nigdy nie przebywał.”
Degrelle dodał także, iż fakt wysłania za nim „listu gończego” przez żydowskich przywódców nie napawa go strachem.
„Widziałem lepsze zabawy na froncie wschodnim. Moje życie toczy się dokładnie tak, jak przedtem; sam kupuję swoje gazety i wychylam szklaneczkę nad brzegiem morza. Nie zamierzam zatruwać tego, co pozostało mi z życia problemami bezpieczeństwa. Wierzę w swoje szczęście i wierzę w Boga. A On odróżnia tych goniących za milionami dolarów od prześladowanych. Polegam na Jego opiece i Jego sprawiedliwości.”
Chociaż Degrelle zdołał pokrzyżować plany Centrum Szymona Wiesenthala w stosunku do swojej osoby, jego zaprzysięgli wrogowie podjęli jeszcze jedną, ostatnią próbę pozbycia się generała. Magazyn Hebdo, publikowany przez francuski Front Narodowy, w dniu 27 grudnia 1985 ujawnił, iż około dziesięciu osób legitymujących się wenezuelskimi paszportami i najprawdopodobniej powiązanych z Mossadem przybyło do Madrytu w celu podjęcia kolejnej próby porwania Degrella. Także i ten spisek został udaremniony przez czujne służby hiszpańskie.
Prawdopodobnie miały miejsce także i inne intrygi wymierzone w Degrella, lecz stary generał nieprzerwanie pędził jawny tryb życia i kontynuował swą osobistą krucjatę na rzecz prawdy w historii.
Pomimo postępujących lat, generał Degrelle zapoczątkował pracę nad przedsięwzięciem, które byłoby ukoronowaniem jego triumfu jako płodnego mistrza pióra i projektem godnym wirtuoza słowa, którego kiedyś określono jako „jednego z najbardziej niezwykłych francuskojęzycznych pisarzy.” W ciągu swego życia Degrelle napisał ponad czterdzieści książek i esejów obejmujących tematy od poezji do ekonomii i od architektury do historii, lecz jego nowy zamysł był zaiste wielki w swym zasięgu.
Belgijski mąż stanu rozpoczął pracę nad serią książek, która w zamyśle miała składać się z czternastu tomów pod wspólnym tytułem „Wiek Hitlera”, skupiających się, rzecz jasna, na roli, jaką odegrał Adolf Hitler w XX wieku i jego wpływie na czasy późniejsze.
Degrella napawała entuzjazmem możliwość swobodnego głoszenia poglądów i doceniał szansę, jaką była perspektywa wyrażenia swych myśli w języku angielskim, co pozwalało na dotarcie do odbiorców, którzy z pewnością nigdy nie mieli sposobności, aby usłyszeć opinię „drugiej strony”, dodatkowo wyrażoną jeszcze płynącym prosto z serca głosem człowieka, który „był i widział”.
Generał zanotował w owym czasie cierpką uwagę: „Kiedykolwiek słyszę aliancką wersję historii, przypomina mi się opowiastka o reporterze, którego wysłano do zrelacjonowania bójki. Skrupulatnie zapisał wszystkie ciosy wymierzone przez jedną ze stron, nie zauważając żadnego z drugiej strony. Jego historia stanowiła prawdziwe świadectwo agresji jednego uczestnika bójki i maltretowania drugiego. Ale niedomówienie jest kłamstwem. Nie zaprzeczam niczemu, co uczynił Hitler, ale wskazuję także na to, co zrobili komuniści i ich zachodni alianci, pozwalając odbiorcy wydać osąd.”
Generałowi zagwarantowano, iż otrzyma wszelkie niezbędne fundusze na sfinansowanie projektu i w niedługim czasie Degrelle ukończył pierwszy tom – okazałą książkę, wydaną przez mieszczący się w owym czasie w Torrance w Kalifornii, założony w 1978 roku przez Willisa Carto, Institute for Historical Review (IHR), który stał się wiodąca siłą w nurcie określanym jako rewizjonizm historyczny.
Pierwszy tom pracy Degrella – niekwestionowane arcydzieło – nosił tytuł „Hitler – Urodzony w Wersalu”. Oparty on jest na tezie, iż „bez układu wersalskiego nigdy nie byłoby Hitlera” i że znana nam powszechnie historia Hitlera i Niemiec może być zrozumiała wyłącznie w kontekście traktatu wersalskiego i okrutnego ujarzmienia Niemiec przez ich nieprzejednanych wrogów. Ta ponad pięćsetstronnicowa praca porusza kwestię francusko-brytyjskich intryg w Europie Centralnej, problem systematycznego zdradzania pryncypiów „czternastu punktów” Wilsona, znaczenie tajnych paktów od samego początku skazujących misję Wilsona na niepowodzenie, proceder cynicznego podziału ogromnych terytoriów dokonany przez wielkie mocarstwa bez oglądania się na wiele milionów ich nieszczęsnych mieszkańców – w tym okaleczenie Niemiec i Austro-Węgier, którym wydarto miliony Niemców (i niemieckich Austriaków), Węgrów i innych narodowości, zapędzonych jak trzodę pod nieprzyjazną władzę sąsiednich krajów.
Pierwszy tom – który spotkał się z szerokim uznaniem i sprawił, iż rzesze czytelników z całego świata zapragnęły poznać więcej prac pióra Degrella – stał się fundamentem, na którym bazować miała przyszła seria książek. Kolejnymi planowanymi tomami były: „Hitler Demokrata”, „Hitler i Niemcy”, „Hitler i Kościół”, „Hitler i Stany Zjednoczone”, „Hitler i Stalin”, „Hitler i Anglia”, „Hitler i Francja”, „Hitler i Banki”, „Hitler i Komuniści”, „Hitler i Żydzi”, „Hitler Polityk”, „Hitler Strateg” oraz „Hitler i Trzeci Świat”.
Pełen entuzjazmu wobec nowego projektu, generał bez reszty poświęcił się pracy z godnym podziwu zapałem. Mając 79 lat, Degrelle podjął się zadania, na które niewielu ludzi w jego wieku mogłoby się porwać choćby tylko w zamyśle. Do 1993 roku Degrelle ukończył sześć kolejnych tomów, zaś IHR był w trakcie tłumaczenia i publikacji tomów numer 2 i 3. I wtedy wydarzyła się tragedia.
Institute for Historical Review został przejęty od wewnątrz – dosłownie z lufą przytkniętą do skroni – przez grupę konspiratorów, których w owej zdradzie zakulisowo wspierał zagadkowy dziedzic nieruchomości z San Francisco, który nie tylko pozostawał w bliskich rodzinnych stosunkach z legendarną i potężną rodziną Strausów ze słynnego nowojorskiego kręgu żydowskich elit, „Naszej Paczki”, ale który był także zaangażowany w działalność (zarówno na Środkowym Wschodzie, jak i w Azji), którą można bezpośrednio powiązać z intrygami izraelskiej agencji wywiadowczej, Mossadu, i współpracujących z nią elementów wewnątrz amerykańskiej CIA.
Tak więc siły stojące za zniszczeniem IHR były niewątpliwie tymi samymi siłami, które tak długo spiskowały przeciwko Degrellowi. Tym samym, nie jest żadnym zaskoczeniem, iż natychmiast po przejęciu udziałów, klika, która objęła kontrolę nad IHR obrała za cel serię wydawniczą Degrella „Wiek Hitlera” i z powodzeniem doprowadziła do jej likwidacji.
Zabójcy IHR wychodzili ze skóry w swych atakach na prace generała. Jedno z oficjalnych oświadczeń złożonych przez konspiratorów określało prace Degrella jako „powodujące zażenowanie IHR ze względu na swą jawną prohitlerowska wymowę”. Inna deklaracja nazywała monumentalne dzieło Degrella „białym słoniem z wymalowaną z boku dużą swastyką”.
Kampanię przeciwko belgijskiemu generałowi można uznać za co najmniej dziwaczną – wystarczy tylko pamiętać o fakcie, iż „Wiek Hitlera” był jednym z najwyżej ocenianych projektów IHR.
Co więcej, sprzedaż pierwszego tomu, „Urodzony w Wersalu” było dla wydawnictwa ogromnym finansowym sukcesem i oczekiwano, że kolejne planowane tomy będą równie popularne.
W każdym bądź razie storpedowanie pracy Degrella dokładnie obnażyło agendę i motywy grupy kontrolującej obecnie IHR: jej misją było zniszczenie ruchu historycznego rewizjonizmu u jego źródeł, zaś dziedzictwo Degrella było pierwszoplanowym celem.
Ironią pozostaje fakt, że tysiące mil dalej, w Hiszpanii, generał Degrelle, nie wiedząc o zdradzie IHR, kontynuował swą pracę, ufając, iż ukończone manuskrypty znajdują się w bezpiecznych rękach wydawnictwa i są systematycznie przygotowywane do publikacji. Jednakże to, co nastąpiło później, jest wydarzeniem, które jest trudne do pojęcia dla normalnego ludzkiego umysłu. 28 stycznia 1994 roku konspiratorzy wysłali list do Degrella. Czytamy w nim:
„Drogi generale Degrelle,
Naszym niełatwym obowiązkiem jest poinformowanie pana, iż kolegium redakcyjne na podstawie już dostarczonych materiałów ustaliło, że przedłożone przez pana kilka tomów biografii Adolfa Hitlera nie nadaje się do publikacji. Problemy, które można wymienić, obejmują: całkowity brak historycznego obiektywizmu; liczne błędy faktograficzne, nadmierne poleganie na pewnych tekstach, często cytowanych, jak i pominięcie wielu innych źródeł, oraz częste powtórzenia.
W chwili obecnej, na mocy decyzji zarządu oraz zgodnie z opinią naszego prawnika, jesteśmy zmuszeni do proszenia pana o zaprzestanie pracy nad projektem dotyczącym Hitlera.”
List był podpisany: „z poważaniem.” W 1985 roku, autor obraźliwego listu, pisząc wstęp do „Kampanii w Rosji” Degrella, nazwał go „jedną z największych postaci tego i każdego innego wieku”, i zadeklarował, iż „Degrelle nie ucieka przed pisaniem niewygodnej prawdy i wydawaniem trudnych osądów.”
W rękach konspiratorów z IHR znajdowały się rękopisy prac już ukończonych przez Degrella. Seria „Wiek Hitlera” została efektywnie zamordowana. Konspiratorzy odmówili wydania cennych manuskryptów i na dzień dzisiejszy, gdy pisane są te słowa (wiele lat później), nigdy ich nie opublikowali i prawdopodobne jest, że materiały zostały zniszczone.
Mimo, że Degrelle miał już 87 lat, wciąż cieszył się godnym podziwu zdrowiem i zachował pełną sprawność umysłową. Jednak nadejście nikczemnego listu w powiązaniu z wydarzeniami w wydawnictwie, akurat w tak kluczowym czasie, u schyłku długiej kariery generała sprawiło, że bardzo mocno to przeżył. Efektem była natychmiastowa choroba, a w dniu 1 kwietnia 1994 roku anioł śmierci ostatecznie przyszedł po człowieka, który w przeszłości tyle razy go oszukał. Komunistyczne kule, miotacze ognia, granaty, szrapnele, czołgi, plutony egzekucyjne, strażnicy więzienni i oprawcy nie byli w stanie zabić Leona Degrella. Zrobiła to zdrada.
Wdowa po generale, Pani Jeanne Degrelle, w liście z dnia 22 czerwca 1994 roku, opublikowanym w The Spotlight, skomentowała:
„Korzystam z tej okazji, by świadczyć przeciwko kłamstwom owych osób o wątpliwej reputacji. Mój mąż był drobiazgowy we wszystkich faktach historycznych; był w posiadaniu ogromnych zasobów referencyjnych, dokumentów historycznych i materiałów każdego szczebla. Wszystkie jego prace, wydane i planowane, charakteryzował najwyższy poziom naukowy. Liczni historycy z całego świata składali mu hołd za jego ogromny wkład w historię świata.”
Tragiczne okoliczności towarzyszące ostatnim miesiącom życia generała Degrella i utrata jego cennych rękopisów muszą stanowić część swoistego dowodu – jakkolwiek niefortunny nie byłyby kontekst – gdyż ilustrują, do jakich granic gotowi są posunąć się jego wrogowie w swych próbach uciszenia jego donośnego głosu w historii.
Wszakże pomimo skandalicznego rozwoju sytuacji, która doprowadziła do zniszczenia IHR (i ostatecznie samego Degrella), nie wszystko było stracone.
Za sprawą prawdziwego aktu Bożej łaski, zarówno Willis Carto, jak i żona generała wciąż posiadali wcześniejsze szkice niektórych prac Degrella i dzięki nieocenionemu wsparciu ze strony pani Degrelle oraz żmudnemu procesowi starannej rekonstrukcji – wymagającej setek godzin pracy i wysiłków tłumaczy i redaktorów – zespół The Barnes Review (nowego magazynu założonego w 1994 roku przez Willisa Carto i lojalnych rewizjonistów w następstwie zniszczenia IHR) był w stanie dosłownie wskrzesić utracone prace Degrella – lub co najmniej ich znaczną część.
Ocalony materiał – publikowany na przestrzeni lat w The Barnes Review – koniec końców ukazuje się dzisiaj w całości jako „Hitler Demokrata” po raz pierwszy w okładkach jednej książki.
Tak więc ostatecznie, tom ten jest nie tylko monumentalną pracą historyczną, prawdziwie epicką, ale w pewnym sensie hołdem dla człowieka, który go stworzył: generała Leona Degrella.
Jak więc można zakończyć ten wstęp, będący jakże skąpą oceną tego wyjątkowego człowieka? Być może za najlepsze podsumowanie posłużą śmiałe słowa samego generała Degrella, który pewnego razu, zapytany przez dziennikarza, czy żałuje czegoś z czasów II wojny światowej, odpowiedział:
„Tylko tego, że przegraliśmy.”
Rozdział 1 Enigma Hitlera
„Hitler – znałeś go – jaki on był?” Od 1945 roku tysiąc razy zadawano mi to pytanie, i jest ono tym, na które najtrudniej znaleźć odpowiedź. O II wojnie światowej, a w szczególności o Hitlerze, napisano z górą dwieście tysięcy książek. Ale czy którakolwiek z nich odkryła prawdziwego Hitlera?
„Enigma Hitlera wykracza poza wszelką ludzką zdolność pojmowania” – napisał niemiecki liberalny tygodnik Die Zeit.
Salvador Dali, jedyny w swoim rodzaju geniusz sztuki, próbował ją zgłębić w jednym ze swych najbardziej dramatycznych obrazów. Krajobraz opadających zboczy gór niemalże wypełnia płótno, pozostawiając tylko kilka jasnych metrów morskiego brzegu usianego delikatnie miniaturyzowanymi ludzkimi postaciami: ostatnimi świadkami umierającego spokoju. Wielka, płacząca krwawymi łzami słuchawka telefoniczna zwiesza się z gałęzi martwego drzewa; tu i tam wiszą parasole i nietoperze, których przesłanie jest wymownie identyczne.
Jak mówi Dali, „Parasol Chamberlaina pojawił się na tym obrazie w złowieszczym świetle, co podkreśla swą obecnością nietoperz; poruszyło mnie to, kiedy go malowałem jako symbol niewiarygodnego bólu.”
Następnie wyznał: „Czułem, że ten obraz okaże się głęboko proroczy. Lecz muszę przyznać, że ja też nie rozgryzłem jeszcze zagadki Hitlera. Pociągał mnie wyłącznie jako obiekt mojej szalonej wyobraźni, ponieważ jawił mi się jako człowiek obdarzony darem dokonania nieporównywalnej z niczym zmiany.” Cóż to za lekcja pokory dla krytyków, którzy od 1945 roku śpieszyli wydawać tysiące swych „ostatecznych” książek, większość z nich pogardliwych, na temat człowieka, który nie dawał spokoju samokrytycznemu artyście do tego stopnia, że czterdzieści lat później wciąż nie miał pewności, co do swojej własnej psychodelicznej wizji.
Poza Salvadorem Dali, któż jeszcze kiedykolwiek próbował zaprezentować obiektywny portret tego wyjątkowego człowieka, którego Dali określił mianem najbardziej wybuchowej postaci w historii ludzkości?
Góry książek na temat Hitlera, pełnych ślepej nienawiści i ignorancji nie wnoszą wiele do prób wytłumaczenia lub przedstawienia najpotężniejszego człowieka, jakiego widział świat. Zastanawiam się, czy tysiące tak zasadniczo odmiennych portretów Hitlera w jakimś stopniu przypominają człowieka, którego znałem? Hitlera siedzącego obok mnie, stojącego, rozmawiającego, słuchającego. Stało się niemożliwością, aby ludziom przez dekady karmionym fantastycznymi opowieściami wytłumaczyć, że to, co czytali lub słyszeli w telewizji, zwyczajnie nijak ma się do prawdy.
Ludzie przyzwyczaili się do odbierania fikcji, powtarzanej w kółko tysiąc razy, jako prawdy. A przecież nigdy nie widzieli Hitlera, nigdy z nim nie rozmawiali, nigdy nie słyszeli jednego słowa z jego ust. Samo nazwisko Hitlera natychmiast wyczarowuje wykrzywionego w grymasie diabła, uosobienie wszelkich negatywnych uczuć. Niczym dzwonek Pawłowa, sama wzmianka o Hitlerze ma uczynić prawdę i istotę rzeczy zbędnymi. Z czasem jednak historia zacznie domagać się czegoś więcej, niż tylko tego typu uproszczonych osądów.
Hitler jest zawsze obecny w mojej pamięci: jako człowiek pokoju w 1936 roku, jako człowiek wojny w 1944. Jest niemożliwością, aby tak niepospolity człowiek na zawsze nie naznaczył tych, którzy byli bezpośrednimi świadkami jego życia. Nie ma dnia, aby Hitler nie pojawiał się znowu w mojej pamięci; nie jako człowiek, który od dawna nie żyje, ale jako realna istota, która przechadza się po swoim biurze, siada w fotelu, poprawia płonące brewiona w swoim kominku.
Pierwszą rzeczą, którą każdy zauważał, gdy tylko Hitler się pojawiał, był jego mały wąsik. Niezliczoną ilość razy radzono mu, by go zgolił, ale zawsze odmawiał: ludzie byli przyzwyczajeni do Hitlera takiego, jakim był. Nie był zbyt wysoki. Napoleon czy Aleksander Wielki też nie byli. Miał wyraziście niebieskie oczy, które wielu uważało za urzekające, chociaż ja tak nie sądziłem. Nie wyczuwałem też prądów, które, jak mówiono, płynęły z jego rąk. Miałem okazję ściskać jego dłoń ładnych parę razy, ale jakoś nigdy nie trafił mnie piorun.
Jego twarz wyrażała uczucia lub obojętność w zależności od pasji lub apatii, która ogarniała go w danej chwili. Czasami wyglądał jak sparaliżowany, nie mówił ani słowa i tylko jego szczęki poruszały się, jakby mieląc na pył coś, co mu przeszkadzało. Potem nagle się ożywiał i wybuchał potokiem słów skierowanych wyłącznie do ciebie, zupełnie jakby zwracał się do dwumilionowego tłumu ludzi na lotnisku Tempelhof. I wtedy jakby przechodził metamorfozę. Nawet jego cera, zwykle raczej szara, rozjaśniała się w miarę, jak mówił. I nie ulega wątpliwości, że w takich momentach Hitler był osobliwie fascynujący, zupełnie jakby posiadał magiczną moc.
Wszystko, co mogłoby w jego uwagach wydać się zbyt poważne, szybko łagodził nutą humoru. Barwne opisy, cięte riposty – był w tym dobry. W mgnieniu oka potrafił namalować słowem obraz wywołujący uśmiech lub w jednej chwili przywołać nieoczekiwane i rozbrajające porównanie. Potrafił być szorstki i wręcz nieustępliwy w swych osądach a jednocześnie zadziwiająco ugodowy, wrażliwy i ciepły.
Po 1945 roku Hitlera oskarżono o każde możliwe okrucieństwo, lecz bycie okrutnym nie leżało w jego naturze. Kochał dzieci. Zupełnie naturalnym odruchem było u niego zatrzymanie samochodu i dzielenie się prowiantem z młodymi rowerzystami, napotkanymi po drodze. Któregoś razu oddał swój płaszcz bezdomnemu, brnącemu w deszczu. Zwykł przerywać o północy pracę, by przygotować jedzenie dla swojego psa, Blondi. Jeśli nie lubił kotów, to tylko ze względu na fakt, iż polowały na ptaki.
Nie mógł się zmusić do jedzenia mięsa, gdyż było to równoznaczne ze śmiercią żywej istoty. Nie zgadzał się, by do przygotowania jego posiłku poświęcono bodaj królika czy pstrąga. Na stole tolerował wyłącznie jajka, albowiem zniesienie jaja oznaczało, iż kurę raczej oszczędzono, a nie zabito.
Obyczaje kulinarne Hitlera stanowiły wieczny powód mojego zdumienia. Jakim sposobem ktoś potrafił żyć na tak rygorystycznej diecie, ktoś, kto uczestniczył w tysiącach wyczerpujących spotkań, z których wracał ociekając potem, często gubiąc przy tym kilogram lub dwa wagi? Ktoś, kto spał po trzy czy cztery godziny na dobę; i wreszcie ktoś, kto od 1940 do 1945 roku dźwigał na swych barkach ciężar całego świata rządząc trzystoma osiemdziesięcioma milionami Europejczyków? Jak – pytałem sam siebie – mógł fizycznie przetrwać tylko na gotowanym jajku, kilku pomidorach, dwóch czy trzech naleśnikach i talerzu klusek? Ale jakoś to robił.
Pił wyłącznie wodę. Nie palił tytoniu i nie tolerował w swoim otoczeniu osób palących. O godzinie pierwszej lub drugiej nad ranem wciąż beztrosko rozmawiał przy kominku, mówiąc żywo i często zabawnie. Nigdy nie zdradzał najmniejszych oznak zmęczenia. Publika, owszem, mogła padać z nóg, ale nie Hitler.
Przedstawiano go jako starego i zmęczonego człowieka. Nic nie jest bardziej dalekie od prawdy. We wrześniu 1944 roku, kiedy to opowiadano, iż jest już nieźle trzęsącym się starcem, spędziłem z nim tydzień. Jego stan fizyczny i psychiczny był wciąż wyjątkowy. Próba zamachu na jego życie, podjęta 20 lipca, jeśli w ogóle na czymś zaważyła, to wręcz wlała w niego nowe siły. Popijał herbatę w swojej kwaterze równie spokojnie, jakbyśmy znajdowali się w jego prywatnym apartamencie w Kancelarii Rzeszy jeszcze przed wojną lub podziwiali śnieg i błękitne niebo przez jego wielkie okno w Berchtesgaden.
Faktem jest, że u schyłku życia zaczął się garbić, ale jego umysł był wciąż jasny jak błyskawica. Testament, który z wyjątkowym spokojem podyktował w przeddzień swojej śmierci, o trzeciej nad ranem 30 kwietnia 1945 roku, jest tego trwałym świadectwem. Napoleon w Fontainebleu nie był wolny od ataków paniki tuż przed swoją abdykacją. Cezar osłupiał na widok swych zabójców i nakrył głowę togą na moment przed tym, gdy jego adoptowany syn wymierzył cios w jego pierś. Hitler, jak codziennie, po prostu zjadł śniadanie, w ciszy uścisnął ręce swym współpracownikom i odszedł ku swej śmierci zupełnie jakby wybierał się na przechadzkę.
Kiedy to historia była świadkiem tak gigantycznej tragedii zakończonej z tak żelazną samokontrolą?
Najbardziej godną uwagi cechą Hitlera była jego prostota. Jego umysł sprowadzał najbardziej złożone problemy do kilku nieskomplikowanych zasad. Jego działania były ukierunkowane na pomysły i decyzje, które mogły być zrozumiane przez wszystkich. Jego sposób myślenia był przejrzysty dla robotnika z Essen, drobnego rolnika, przemysłowca z Zagłębia Ruhry i profesora uniwersytetu. Sama klarowność jego rozumowania sprawiała, iż wszystko stawało się oczywiste.
Jego zachowanie i sposób życia nigdy nie zmieniły się o jotę, nawet, gdy stał się władcą Niemiec. Żył i ubierał się oszczędnie. W początkowym okresie swojego pobytu w Monachium nie wydawał na jedzenie więcej, niż jedną markę dziennie. Na żadnym etapie swojego życia nie wydał ani grosza na siebie. Przez trzynaście lat, które spędził w Kancelarii Rzeszy, nigdy nie nosił przy sobie portfela ani nawet nie miał własnych pieniędzy.
Hitler bym samoukiem i nie próbował tego faktu ukrywać. Niekiedy irytowała go zarozumiałość zadowolonych z siebie intelektualistów i ich błyszczące pomysły w krzykliwych opakowaniach. Swą własną wiedzę zdobył poprzez bezustanną i selektywną naukę i wiedział znacznie więcej, niż tysiące obwieszonych dyplomami erudytów.
Nie sądzę, by ktokolwiek czytał więcej niż on. Zwykł czytać każdego dnia przynajmniej jedną książkę, zawsze zaczynając od wstępu i indeksu, aby ocenić, czy książka wzbudzi jego zainteresowanie. Posiadał zdolność do wydobycia istoty zagadnienia i zachowania jej w swym przypominającym komputer umyśle. Słyszałem, jak mówił o trudnych naukowych pracach z bezbłędną dokładnością, nawet w czasie, gdy wojna szalała w najlepsze.
Jego intelektualna ciekawość nie znała granic. Doskonale znał dzieła najbardziej różnorodnych autorów i nic nie było zbyt skomplikowane dla jego zdolności pojmowania rzeczy. Posiadał głęboką wiedzę i zrozumienie nauk Buddy, Konfucjusza i Jezusa Chrystusa, jak również Lutra, Kalwina czy Savonaroli; dzieł gigantów literatury takich jak Dante, Schiller, Szekspir, Goethe i pisarzy-analityków w rodzaju Renana czy Gobineau, Chamberlaina i Sorela.
Doskonalił swą wiedzę z zakresu filozofii, studiując Arystotelesa i Platona. Mimo, iż ten ostatni niespecjalnie pasował do jego systemu wartości, Hitler mimo wszystko potrafił wydobyć z niego to, co uważał za wartościowe. Umiał cytować z pamięci całe ustępy z Schopenhauera i przez długi czas nosił ze sobą kieszonkowe wydanie jego dzieł. Od Nietschego nauczył się wiele o sile woli.
Jego głód wiedzy był niezaspokojony. Spędził setki godzin zagłębiając się w prace Tacyta i Mommsena, studiował strategów wojskowych, takich jak Clausewitz czy budowniczych imperiów jak Bismarck. Nic mu nie umykało: historia świata czy historia cywilizacji, studia nad Biblią lub Talmudem, filozofia tomistyczna i wszystkie arcydzieła Homera, Sofoklesa, Horacego, Owidiusza, Tytusa Liwiusza i Cycerona. Postać Juliana Apostaty znał tak dobrze, jakby żył w jego czasach.
Jego wiedza rozciągała się również na mechanikę. Wiedział jak działają silniki, rozumiał balistykę różnych rodzajów broni i zadziwiał najtęższe umysły medyczne swoją wiedzą na temat medycyny i biologii. Uniwersalność wiedzy Hitlera może zaskakiwać lub drażnić tych, którzy nie byli jej świadomi, niemniej jednak pozostaje ona historycznym faktem: Hitler był jednym z najbardziej światłych umysłów XX wieku. Pod tym względem po tysiąckroć przewyższał Churchilla, intelektualnego miernotę, czy też Lavala, z jego ledwie pobieżną znajomością historii, lub Roosevelta, albo Eisenhowera, który nigdy nie wzbił się ponad powieści detektywistyczne.
Od najmłodszych lat Hitler był inny, niż pozostałe dzieci. Zawsze posiadał swoistą wewnętrzna moc i kierował się swym duchem i instynktem.
Potrafił zręcznie rysować gdy miał tylko 11 lat. Jego szkice wykonane w tym wieku cechuje siła i wyrazistość, co szczególnie widać w jego portrecie Wallensteina.
Jego pierwsze obrazy i akwarele, stworzone w wieku 15 lat, są pełne poezji i wrażliwości. Jedna z jego najważniejszych prac, „Zamek Utopia”, dowodzi, iż jako artysta cechował się niezwykłą wyobraźnią.
Jego orientacja artystyczna przybierała różne formy. Pisywał poezje od czasów chłopięcych. Swojej siostrze Pauli podarował kompletną sztukę teatralną i zadziwił ją swym dziełem. W wieku 16 lat, w Wiedniu, rozpoczął pracę nad operą. Zaprojektował nawet dekoracje, jak również i kostiumy. Oczywiście, postaciami byli wagnerowscy bohaterowie. W stopniu większym niż artystą, Hitler był przede wszystkim architektem. Setki jego prac są godne uwagi nie tylko ze względu na same obrazy, ale i na architekturę. Potrafił odtworzyć z pamięci najdrobniejsze szczegóły kopuły kościoła czy misterne kształty kutego żelaza. W rzeczywistości to właśnie pragnienie zostania architektem sprowadziło Hitlera na początku wieku do Wiednia.
Kiedy ogląda się setki jego obrazów, szkiców i rysunków z tamtego okresu, dowodzących kunsztu w kreśleniu trójwymiarowych form, zadziwiającym jest, iż jego egzaminatorzy z Akademii Sztuk Pięknych dwukrotnie oblali go na kolejnych egzaminach. Niemiecki historyk Werner Maser, niezaliczający się do przyjaciół Hitlera, poddał owych egzaminatorów surowej krytyce: „Wszystkie jego prace są świadectwem nadzwyczajnej wiedzy i talentu architektonicznego. Twórca Trzeciej Rzeszy daje powody do wstydu dawnej wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych.”
Oczarowany pięknem kościoła w opactwie benedyktynów, w którym w chłopięcych latach należał do chóru i służył jako ministrant, Hitler marzył przelotnie o zostaniu benedyktyńskim mnichem. Ciekawostką pozostaje fakt, iż to właśnie w tych właśnie czasach, za każdym razem, kiedy uczestniczył we mszy, przechodził pod pierwszą swastyką, jaką dane mu było ujrzeć: wyryta w kamieniu, widniała na tarczy herbowej nad głównym portalem kościoła.
Ojciec Hitlera, który był celnikiem, miał nadzieję, iż syn pójdzie w ślady ojca i zostanie urzędnikiem państwowym. Jego nauczyciel zachęcał go, by został mnichem. Zamiast tego, młody Hitler wyjechał, czy też raczej uciekł, do Wiednia. I tam właśnie, będąc zmuszonym przez biurokratyczne akademickie miernoty do rezygnacji ze swych ambicji, stał się samotnikiem oddającym się przemyśleniom. Zagubiony w stolicy Austro-Węgier, szukał swego przeznaczenia.
Przez pierwsze trzydzieści lat życia Hitlera, data 20 kwietnia 1889 roku nikomu nic nie mówiła. To właśnie tego dnia Hitler przyszedł na świat w Braunau, małym miasteczku w dolinie rzeki Inn. Podczas swego wiedeńskiego wygnania często wracał myślami do skromnego domu, a w szczególności do swojej matki. Gdy zachorowała, wrócił, aby się nią zająć. Całymi tygodniami opiekował się nią, wykonywał wszelkie obowiązki domowe i wspierał ją jak najbardziej kochający syn. Gdy ostatecznie zmarła, w Wigilię Bożego Narodzenia, jego ból nie znał granic. Pogrążony w rozpaczy, pochował matkę na małym wiejskim cmentarzu.
„Nigdy nie widziałem syna, który tak rozpacza”, powiedział lekarz jego matki, który zbiegiem okoliczności był Żydem. W swoim pokoju Hitler zawsze trzymał starą fotografię swojej matki. Pamięć o matce, którą tak bardzo kochał, pozostała z nim do dnia jego śmierci. Zanim odszedł z tego świata, 30 kwietnia 1945 roku, położył przed sobą jej zdjęcie. Miała niebieskie oczy, jak on, i podobną twarz. Jej matczyna intuicja podpowiadała jej, że syn jest inny, niż pozostałe dzieci. Zachowywała się tak, jakby czuła, co będzie przeznaczeniem jej dziecka. Kiedy umierała, zadręczała się aurą tajemniczości otaczającą jej syna.
Pomijając kontakty z matką, lata młodości Hitlera to życie w odosobnieniu. Jego największym marzeniem była ucieczka od całego świata. Będąc w głębi ducha samotnikiem, Hitler wałęsał się po mieście, jadał skromne posiłki, lecz za to pochłonął zbiory trzech bibliotek publicznych. Unikał rozmów i miał niewielu przyjaciół.
Wydaje się niemal niemożliwością, by wyobrazić sobie przeznaczenie, kiedy to człowiek zaczyna mając tak niewiele i osiąga takie szczyty. Aleksander Wielki był synem króla. Napoleon był generałem w wieku 24 lat i pochodził z dobrze sytuowanej rodziny. Piętnaście lat po przygodzie z Wiedniem, Hitler wciąż będzie nieznanym kapralem. Tysiące innych ludzi miało po tysiąckroć większe możliwości, by odcisnąć swe piętno na losach świata.
W owym czasie Hitler nie koncentrował się jeszcze na polityce, ale, mimo, że jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, to właśnie była droga, do której był najbardziej predysponowany. Ostatecznie polityka będzie harmonizować z jego zamiłowaniem do sztuki. Ludzie, masy, staną się gliną, której rzeźbiarz nada nieśmiertelne kształty. Owa ludzka glina stanie się dla niego dziełem sztuki niczym marmurowe rzeźby Myrona, obrazy Hansa Makarta czy „Pierścień Nibelunga” Wagnera.
Jego umiłowanie muzyki, sztuki i architektury tak naprawdę nie oderwały go od politycznego i towarzyskiego Wiednia. Aby przetrwać, pracował jako zwykły pracownik najemny ramię w ramię z innymi robotnikami. Był milczącym obserwatorem, ale nic nie umykało jego uwadze: ani próżność i egoizm burżuazji, ani moralne i materialne ubóstwo ludu, ani też setki tysięcy robotników, którzy falą przelewali się szerokimi alejami Wiednia, niosąc w sercach gniew.
Był zaskoczony rosnącą obecnością w Wiedniu brodatych Żydów, noszących kaftany – widok zupełnie w Linzu nieznany.
„Jak też oni mogą być Niemcami?” zadawał sobie pytanie.
Czytał statystyki: w 1860 roku w Wiedniu było sześćdziesiąt dziewięć rodzin żydowskich; czterdzieści lat później liczba Żydów wynosiła dwieście tysięcy. Byli wszędzie. Widział, jak zrzucają ze swych balkonów drabinki sznurowe, aby pomóc innym Żydom we wspięciu się na górę. Widział, jak zalewają uniwersytety, obsadzają stanowiska prawnicze i lekarskie, przejmują gazety.
Obecność w środowisku robotniczym uświadomiła Hitlerowi następstwa tego napływu, jednak robotnicy nie byli jedynymi, którzy na tę sytuację reagowali.
Wiele prominentnych osobistości zarówno w Austrii jak i na Węgrzech nie ukrywało swojej niechęci na widok czegoś, co w ich mniemaniu było obcą inwazją ich kraju. Burmistrz Wiednia, chrześcijański demokrata i znakomity mówca, był jednym z tych, których Hitler chętnie słuchał.
Hitler był również zaniepokojony losem ośmiu milionów austriackich Niemców, których utrzymano poza granicami Niemiec i tym samym pozbawiono należnego im obywatelstwa własnego kraju. Cesarza Franciszka Józefa odbierał jako zgorzkniałego i małostkowego starca niezdolnego do radzenia sobie z bieżącymi problemami i niepotrafiącego sprostać temu, co przyniesie przyszłość.
Hitler wciąż zachowywał spokój, jednak stopniowo podsumowywał pewne kwestie w swym umyśle. Po pierwsze, Austriacy byli częścią Niemiec, wspólnej ojczyzny. Po drugie, Żydzi byli obcym elementem wewnątrzniemieckiej społeczności. Po trzecie, patriotyzm miał sens tylko wtedy, gdy był wspólny dla wszystkich klas społecznych. Zwykli ludzie, z którymi Hitler dzielił smutki i poniżenie byli tak samo częścią ojczyzny jak milionerzy z wyższych sfer. Po czwarte, w każdym kraju walka klas nieuchronnie skaże na ruinę zarówno robotników, jak ich szefów. Żadne państwo nie jest w stanie przetrwać wojny klas; korzyści dla kraju może przynieść wyłącznie współpraca pomiędzy robotnikami i ich przełożonymi. Robotnicy muszą być szanowani i mieć możliwość życia w sposób godny i przyzwoity. Kreatywność nigdy nie powinna być tłumiona.
Gdy później Hitler twierdził, iż swą społeczną i polityczną doktrynę ukształtował w Wiedniu, mówił prawdę. Spostrzeżenia, które poczynił w stolicy Austrii, dziesięć lat później stanęły na porządku dziennym.
W ten sposób Hitler przez kilka lat żył w przeludnionym Wiedniu niczym faktyczny wyrzutek, jednak spokojnie obserwując przy tym wszystko wokół siebie. Jego siła płynęła z wewnątrz. Nie pozwalał, aby inni myśleli za niego. Wyjątkowe jednostki zawsze czują się samotnie w wielkim ludzkim stadzie. Hitler odbierał swoją samotność jako wyjątkową okazję do rozmyślań i nie pozwolił zalać się bezmyślnej fali.
Aby nie zagubić się na wielkich przestrzeniach wyjałowionej pustyni, silny duch musi szukać przystani wewnątrz samego siebie. Hitler był takim duchem.
Źródłem ognia – prawdziwą błyskawicą – w życiu Hitlera było słowo. Cały swój artystyczny talent ukierunkował na osiągnięcie mistrzostwa w komunikacji i elokwencji. Hitler potrafił oczarowywać słowami i to słowa sprawiały, że sam był jak zaczarowany. Znajdował absolutne spełnienie, gdy magia jego słów inspirowała serca i umysły tłumów, do których przemawiał. Gdy z mistycznym pięknem przekazywał nagromadzoną przez lata życia wiedzę, za każdym razem czuł się odrodzony. Jego magiczna elokwencja przez długi czas pozostanie rozległym polem badań dla psychoanalityków. Kluczem do wszystkiego jest tutaj potęga słów Hitlera.
Bez nich nigdy nie byłoby ery Hitlera.
Czy Hitler wierzył w Boga?
Tak, głęboko wierzył w Boga. Nazywał go Wszechmogącym, panem wszystkiego, co znane i nieznane.
Propagandyści przedstawiali go jako ateistę. Nie był nim. Gardził pełnymi hipokryzji materialistami w sutannach, ale nie był w tym osamotniony. Wierzył w konieczność istnienia standardów i teologicznych dogmatów, bez których, co niezmiennie powtarzał, wielka instytucja chrześcijańskiego kościoła zawaliłaby się. Te dogmaty gryzły się z jego inteligencją, lecz dostrzegał jednocześnie fakt, iż dla umysłu ludzkiego nie jest rzeczą łatwą pojęcie problemów stworzenia, jego bezgranicznego zasięgu i zapierającego dech w piersiach piękna. Akceptował fakt, iż każda istota ludzka ma potrzeby duchowe.
Śpiew słowika, wzory i kolory kwiatów sprawiały, iż bezustannie wracał do wielkich problemów stworzenia. Nikt na tym świecie nie rozmawiał ze mną w tak elokwentny sposób na temat istnienia Boga. Nie dlatego, że był wychowany w duchu chrześcijańskim (chrześcijaństwo początkowo raczej go szokowało), ale dlatego, iż jego analityczny umysł powiązał go z koncepcją Boga. Wiara Hitlera wykraczała poza schematy i przypadkowość. Bóg był dla niego podstawą wszystkiego, tym, który decyduje o losie wszystkich rzeczy i określa przeznaczenie jego i każdego innego człowieka.
Hitler nie przywiązywał wielkiej wagi do swojego prywatnego życia. W Wiedniu pomieszkiwał w obskurnych, pełnych robactwa kwaterach. Ale nie omieszkał wypożyczyć fortepianu, który zajął połowę jego pokoju, i skoncentrował się na komponowaniu swojej opery.
Żył chlebem, mlekiem i zupą jarzynową. Jego ubóstwo nie było udawane. Nie posiadał nawet płaszcza. Zimą pracował przy odśnieżaniu ulic. Nosił bagaże podróżnych na dworcu kolejowym. Spędził wiele tygodni w przytułkach dla bezdomnych. Ale nigdy nie przestał malować czy czytać.
Mimo skrajnego niedostatku, Hitler jakimś sposobem zdołał zachować schludny wygląd. Właściciele i właścicielki mieszkań w Wiedniu i w Monachium zapamiętali go jako człowieka uprzejmego i o miłym usposobieniu. Jego pokój był zawsze idealnie wysprzątany, jego skromny dobytek był zawsze drobiazgowo posegregowany, a ubrania starannie rozwieszone lub złożone. Sam prał i prasował swoje ubrania, czego w owych czasach nie robiło zbyt wielu mężczyzn. Do przetrwania nie potrzebował prawie niczego. Sprzedaż kilku obrazów była wszystkim, co było potrzebne do sfinansowania jego potrzeb.
Punktem zwrotnym w jego życiu stała się I wojna światowa. Postrzegał ją jako rękę przeznaczenia.
Rozdział 2 Nieznany żołnierz
W SIERPNIU 1914 roku nieznany artysta zostanie nieznanym żołnierzem. Nawet jego nazwisko pisano błędnie: w oficjalnych dokumentach widnieje jako „Hietler”. Nikt nie wiedział o jego zdolnościach malarskich czy miłości do muzyki. Jeśli chodzi o dar oratorstwa, sam ledwie miał o nim jakiekolwiek wyobrażenie. Będzie musiał dożyć trzydziestki, aby nagle zdać sobie z niego sprawę.
Poza tym, nikt w Niemczech nie miał pojęcia o marzeniu, motywującym tego nieznanego austriackiego żołnierza do przeprowadzki z Wiednia do Monachium, o namiętnym śnie o zjednoczonych, wielkich Niemcach. Jednak w Monachium, krawiec nazwiskiem Popp, który wynajął Hitlerowi niewielki pokój, wspominał o karteczce przyczepionej do wezgłowia łóżka jego lokatora:
Swobodnie, z otwartym sercem czekamy na ciebie.
Pełni wiary i gotowi do działania,
Czekamy na ciebie z radością.
Wielka niemiecka ojczyzno, pozdrawiamy cię.
W Monachium Hitler mieszkał przy Schleissheimerstrasse, niedaleko od numeru 106, gdzie w anonimowości rezydował inny zapalony miłośnik książek nazwiskiem Mayer. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Władimir Iljicz Uljanow, później zmienione na Lenin.
Ironia nad ironiami: Hitler i Lenin spacerowali tymi samymi wąskimi uliczkami nie znając się nawzajem i nawet nie śniąc, iż ich doktryny któregoś dnia zderzą się w największej z wojen w historii.
Pod numerem 34 Hitler spędził setki godzin malując i czytając, nigdy nie przyjmując przy tym żadnych gości. Podobnie jak w Wiedniu, żył niczym pustelnik, rozmyślając o ocaleniu zachodniej cywilizacji. W tym samym czasie Lenin snuł plany jej zniszczenia.
1 sierpnia 1914 roku, życie Hitlera wypełnione książkami, sztuką i samotnością, nagle rozsypało się na kawałki. Bez najmniejszego wahania porzucił sztukę i naukę i, niczym człowiek dotknięty paraliżem, który, cudownie uleczony odrzuca kule, cisnął precz wszystko, co wiązało się z jego ówczesnym cywilnym życiem.
„Móc wreszcie dowieść przed obliczem Boga szczerości mych przekonań było prawdziwym błogosławieństwem. Byłem pewien, że kiedy nadejdzie właściwy moment, wewnętrzny głos wskaże mi drogę.”
W opinii Hitlera, wojna miała wszystko poukładać. W walce będzie się liczył wyłącznie charakter. „Kiedy obaj idą do wojska, prezes zarządu jest na równej stopie z psim fryzjerem.” Chciwy i małostkowy świat burżuazji, którym tak bardzo gardził, zostanie zmieciony. „Dla mnie było to wybawieniem. Nie wstydzę się dziś powiedzieć: padłem na kolana i dziękowałem Bogu.”
Miliony Europejczyków w całej Europie czuło się dokładnie tak samo. „Na Berlin!”, krzyczeli Francuzi. „Na Paryż!”, skandowali Niemcy. W owych dniach podsycanego patriotyzmu podniecenie sięgnęło zenitu zarówno wśród robotników, jak i chłopów. Ale w przypadku Hitlera było to coś więcej niż zwykły zalew emocji; był to prawdziwy wybuch przekonania, iż naród niemiecki, sztucznie podzielony na Niemców i Austriaków, zostanie zjednoczony przynajmniej przez wojnę.
W normalnych warunkach Hitler nigdy nie powinien zostać żołnierzem. Przez wiele lat cierpiał na gruźlicę, a jeszcze kilka miesięcy przed wybuchem wojny, 5 lutego 1914 roku, gdy zgłosił się do służby wojskowej, odesłano go z kwitkiem: „Nie nadaje się do służby wojskowej lub pomocniczej. Zbyt słaby. Odmowa.”
