Wiek Hitlera Tom II. Hitler demokrata - Leon Degrelle - ebook

Wiek Hitlera Tom II. Hitler demokrata ebook

Degrelle Leon

0,0
35,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Ludzie nie pojawili się na tej ziemi dla dobra ekonomii, a ekonomia

nie istnieje dla dobra kapitału. Jest dokładnie odwrotnie: kapitał ma

służyć ekonomii, która z kolei ma służyć ludziom”

„Jeśli chcesz rządzić ludźmi wyłącznie za pomocą narzucania

władzy państwa, lepiej od razu zaplanuj godzinę policyjną od

dziewiątej wieczorem” Adolf Hitler

„Pragnieniem Hitlera nigdy nie było zwyczajne stworzenie reżimu

opartego na sile. Dostrzeganie wyłącznie jego żądzy władzy jest

niezrozumieniem natury tego człowieka i jego motywacji”

-Joachim Fest

„Pamięć o wydarzeniach z lat 1918–1919 nie może być ignorowana,

jeśli faktycznie pragniemy obiektywnie ocenić korzenie niemieckiego antysemityzmu”

„Rosyjski imperializm mógł zmienić flagi w 1917 roku, ale w żadnym wypadku nie zmienił swej natury” - Leon Degrelle

Cytaty pochodzą z 2 tomu książki Leona Degrella, „Wiek Hitlera”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 740

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Od wydawcy

Czy w Pol­sce nie ma cen­zury? Oczy­wi­ście że jest. Nie­for­malna oczy­wi­ście. Kryp­to­nim tej komórki w moim przy­padku to WC GW (Wydział Cen­zury Gazety Wybor­czej). Otóż ten wydział posta­no­wił znisz­czyć książkę Degrella „Wiek Hitlera”. W togę cen­zora prze­brał się tym razem nie­jaki „redak­tor” Rafał Wój­cik. Jak to w WC, nie liczą się argu­menty i rze­telna kry­tyka, to nie jest prze­cież obo­wiąz­kiem cen­zora. Jego celem jest zatrzy­ma­nie dys­try­bu­cji książki i wsa­dze­nie wydawcy do wię­zie­nia. W tym celu robi się nagonkę na wydawcę u dys­try­bu­to­rów książki. Czyli dzwoni się wcze­śniej i infor­muje, że będzie donos do pro­ku­ra­tury na książkę i co oni na to. Zastra­szeni dys­try­bu­to­rzy – EMPIK, Matras i Azy­mut wyco­fują się z dys­try­bu­cji książki. Jeden z dys­try­bu­to­rów twier­dzi, że mają taki zwy­czaj, że w momen­cie zgło­sze­nia nie­po­praw­no­ści książki do pro­ku­ra­tury, wyco­fują ją z obiegu. Innymi słowy, ktoś, kto chciałby znisz­czyć jakieś wydaw­nic­two, może to łatwo zro­bić, zgła­sza­jąc listę nie­po­praw­nych ksią­żek do pro­ku­ra­tury!

Redak­tor „Wybor­czej” oczy­wi­ście nie stara się nawet pole­mi­zo­wać z fak­tami przed­sta­wio­nymi przez autora. To prze­cież nie o to cho­dzi. Cen­zor nie musi prze­cież pole­mi­zo­wać. A poza tym do tego, żeby pole­mi­zo­wać, trzeba mieć jakąś wie­dzę histo­ryczną. A z tym już gorzej u autora arty­kułu. Grzmi oczy­wi­ście, że powi­nien być wstęp „fachowca”-histo­ryka, a nie jakie­goś tam Andrzeja Ryby, który led­wie koń­czył histo­rię na UMK w Toru­niu i napi­sał jedy­nie około 100 wstę­pów i arty­ku­łów histo­rycz­nych i wydaje książki histo­ryczne rap­tem od jakichś 30 lat. Autor arty­kułu oczy­wi­ście z histo­rią nie miał dotąd nic wspól­nego, co oczy­wi­ście nie prze­szka­dza mu wcale w kry­tyce książki i mojej skrom­nej osoby wydawcy. Para­fra­zu­jąc słowa pio­senki p. Jerzego Stuhra „Pisać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej”.

Trudno pole­mi­zo­wać z kimś, kto nie rozu­mie, jaka jest rola źró­dła histo­rycz­nego. Tak, tak, źró­dła, drogi „redak­to­rze”. Otóż bez publi­ka­cji „Mein Kampf”, dzieł Sta­lina i Lenina, czy też innych pro­mi­nent­nych osób zwią­za­nych z tota­li­ta­ry­zmem jak mogli­by­śmy poznać ten tota­li­ta­ryzm? A wła­śnie Degrell jest osobą bli­sko zwią­zaną z Hitle­rem. Tak bli­sko, że Hitler trak­tuje go nie­mal jak syna. I tacy jak on, sto­jący na pie­de­stale, mogą przed­sta­wić nam histo­rię z ich punktu widze­nia – to jest, tota­li­ta­ryzm postrze­gany od środka. Bez takich ksią­żek nie można by okre­ślić, co się tak naprawdę wyda­rzyło w Niem­czech w XX w. I nie mogli­by­śmy zna­leźć odpo­wie­dzi na pyta­nie, dla­czego naród nie­miecki w bli­sko 100% popie­rał Hitlera pra­wie do samej kapi­tu­la­cji. I skąd się wziął ten ohydny nie­miecki anty­se­mi­tyzm?

Książka Degrella jest skarb­nicą w tym tema­cie. Śmiem twier­dzić, że żadna książka do tej pory wydana nie uka­zuje lepiej tego co się działo w gło­wach Niem­ców, niż „Wiek Hitlera”.

Źró­dła anty­se­mi­ty­zmu nie­miec­kiego autor szuka w pró­bach wpro­wa­dze­nia repu­blik rad przez komu­ni­stów pocho­dze­nia żydow­skiego. Oczy­wi­ście Róża Luxem­burg czy Karl Liebk­necht i inni przy­wódcy rewo­lu­cji nie­miec­kiej są pocho­dze­nia żydow­skiego. Żydzi domi­no­wali w ruchach komu­ni­stycz­nych – zarówno w Rosji, w Niem­czech, na Węgrzech, czy też w Pol­sce po II woj­nie świa­to­wej (szcze­gól­nie w bez­piece) – takie są nie­stety fakty. Dla­czego tak się działo? Odpo­wiedź jest pro­sta. Cechą ruchów komu­ni­stycz­nych był ich kosmo­po­li­tyzm („Pro­le­ta­riu­sze wszyst­kich kra­jów łącz­cie się”). I w tym kosmo­po­li­tyzmie naj­le­piej odnaj­do­wali się Żydzi. W ruchach komu­ni­stycz­nych nikt nie pytał o naro­do­wość, nie było więc tam dys­kry­mi­na­cji Żydów. To był jedyny prak­tycz­nie ruch w Euro­pie pierw­szej połowy XX w., w któ­rym Żydzi mogli robić karierę poli­tyczną i pia­sto­wać dowolne sta­no­wi­ska (jak w Rosji) bez żad­nych ogra­ni­czeń. Nic więc dziw­nego, że w 1939 roku część lud­no­ści żydow­skiej witała z rado­ścią na tere­nach wschod­nich Pol­ski Armię Czer­woną, a cza­sem sta­wała się człon­kami sadów tym­cza­so­wych, na mocy posta­no­wień któ­rych roz­strze­li­wano Pola­ków „bur­żu­azyj­nego pocho­dze­nia” (vide „Wol­ność w nie­woli” Wacława Zagór­skiego). Źró­dłem nie­miec­kiego anty­se­mi­ty­zmu były według Degrella dwie rze­czy: rewo­lu­cja w Niem­czech („nóż wbity w plecy”) oraz poczu­cie, że oto „Żydzi bogacą się na woj­nie, gdy my giniemy w oko­pach”. Abs­tra­hu­jąc od tego, czy ten pogląd był słuszny czy nie, takie mogło być poczu­cie ogółu spo­łe­czeń­stwa nie­miec­kiego, a Hitler dosko­nale to wyko­rzy­stał. Przed doj­ściem Hitlera do wła­dzy Niemcy były na dnie olbrzy­miego kry­zysu (6 mln bez­ro­bot­nych!). W tej sytu­acji potrze­bo­wano win­nego. Hitler łatwo go zna­lazł, gra­jąc na anty­se­mi­ty­zmie. A naród nie­miecki przy­jął to za pew­nik.

Ta strona Hitlera, uka­zana w tomie dru­gim, gdy w spo­sób demo­kra­tyczny doszedł do wła­dzy, jest może naj­mniej znana. No bo jak tu przy­znać, że tota­li­ta­ryzm wyko­rzy­stał demo­kra­cję do prze­ję­cia w spo­sób legalny wła­dzy? A potem w spo­sób rów­nie demo­kra­tyczny, par­la­men­tarny, tę demo­kra­cję zabił?!

Stąd dosyć prze­wrotny pod­ty­tuł tego tomu Degrella: „Hitler demo­krata”. Ale jak pisze autor, w tym okre­sie mie­li­śmy do czy­nie­nia z naj­lep­szym pro­gra­mem spo­łecz­nym, jaki kie­dy­kol­wiek powstał w XX wieku, a być może w całej histo­rii ludz­ko­ści!

Spró­bujmy go prze­ana­li­zo­wać.

1. Pro­gram budowy auto­strad – oka­zał się tym kołem zama­cho­wym gospo­darki, który wraz z pro­gra­mem miesz­ka­nio­wym prak­tycz­nie w ciągu 2–3 lat zli­kwi­do­wał sze­ścio­mi­lio­nowe bez­ro­bo­cie!

2. Pro­gram miesz­ka­niowy – miesz­ka­nie dla każ­dego. Powszechne łatwo dostępne kre­dyty, które naj­ła­twiej było spła­cić… dziećmi…Rodzi­nie która miała jedno dziecko, uma­rzano bowiem 25% zadłu­że­nia. A rodzi­nie która miała 4 dzieci uma­rzano kre­dyt w cało­ści! I w dodatku budżet nie padł, ponie­waż rodzice odda­wali do budżetu pie­nią­dze kupu­jąc różne rze­czy dzie­ciom, co zwięk­szało wpływy z podat­ków do skarbu pań­stwa.

3. Pro­gram socjalny – żaden inny robot­nik w Euro­pie nie miał tak dłu­giego płat­nego urlopu i nie miał takich dopłat do spę­dza­nia wypo­czynku w miej­sco­wo­ściach wypo­czyn­ko­wych.

4. Stwo­rze­nie nowego prawa, zabez­pie­cza­ją­cego prawa pra­cow­ni­cze w fabry­kach robot­ni­kom. Stwo­rze­nie insty­tu­cji sądów pra­cow­ni­czych, roz­strzy­ga­ją­cych spory mię­dzy pra­co­dawcą a pra­co­biorcą.

5. Wypusz­cze­nie na rynek obli­ga­cji pań­stwo­wych, które przy­nio­sły sza­lony wzrost środ­ków do budżetu pań­stwo­wego. To dzięki temu sfi­nan­so­wano cały pro­gram budowy auto­strad.

6. Rewo­lu­cja men­talna, bodaj naj­waż­niej­sza: każdy Nie­miec jest równy i każdy jest waż­nym ogni­wem spo­łe­czeń­stwa, nie­za­leż­nie od pozy­cji spo­łecz­nej, zawodu i umie­jęt­no­ści.

Nic więc dziw­nego, że Niemcy w ciągu kilku lat, gdy tak bar­dzo popra­wiła im się jakość życia, po pro­stu uwiel­biali Hitlera. A Hitler dbał przede wszyst­kim o stopę życiową Niem­ców – nawet wtedy, gdy już prze­gry­wał wojnę. To lud­ność nie­miecka była bowiem bez­po­śred­nim bene­fi­cjen­tem dóbr zra­bo­wa­nych w całej Euro­pie (vide „Pań­stwo Hitlera”). I tu leży klucz do roz­wią­za­nia zagadki, dla­czego Niemcy tak poko­chali Hitlera.

Z dru­giej strony pamię­tajmy, że owe przy­wi­leje socjalne doty­czyły tylko Niem­ców. Żydzi nie­mieccy w tym samym cza­sie pozba­wiani byli praw oby­wa­tel­skich, a wkrótce roz­po­częło się masowe ich mor­do­wa­nie, podob­nie jak Żydów z innych kra­jów Europy. Nazizm był sys­te­mem zbrod­ni­czym, zwłasz­cza dla wszyst­kich tych naro­dów, które Hitler w swo­jej obłą­kań­czej teo­rii raso­wej uznał za mało war­to­ściowe lub bezwar­to­ściowe. Zgod­nie z nią Żydzi powinni natych­miast znik­nąć z powierzchni ziemi, a Sło­wia­nie pra­co­wać dla dobra III Rze­szy aż do fizycz­nego wynisz­cze­nia. O zbrod­niach Hitlera i nazi­zmu napi­sano już bar­dzo dużo. Aby jed­nak naprawdę zro­zu­mieć fakt popar­cia nazi­zmu przez pra­wie wszyst­kich Niem­ców musimy się­gnąć do źró­deł, rela­cji ludzi zagłę­bio­nych w sys­te­mie, takich jak Degrell.

Tak zwana „poprawna poli­tycz­nie histo­ria” pró­buje nam przed­sta­wić dwa narody nie­miec­kie. Jeden – to ten hitle­row­ski, zepsuty do szpiku kości, zbrod­ni­czy. A drugi to ten nagle cudow­nie odro­dzony – powo­jenny, gdzie oto oka­zało się, że w Niem­czech żyją sami demo­kraci, a tylko hitle­row­ski „zamor­dyzm” powo­do­wał, że nie mogli uczest­ni­czyć w tej popraw­nej demo­kra­cji. Zaprze­cze­niem tej teo­rii jest wła­śnie Leon Degrell. To on napi­sał, co tak naprawdę myśleli Niemcy. I to jego myśl jest tak cenna z punktu widze­nia histo­ry­ków. Bo wła­śnie on poka­zał co myślała więk­szość Niem­ców o woj­nie i Hitle­rze! I to jest to tak cenne źró­dło histo­ryczne. Spoj­rze­nie na histo­rię XX wieku oczami kogoś, kto był posta­wiony na świecz­niku nazi­zmu, kto był kimś z wewnątrz sys­temu, z SS – naj­bar­dziej fana­tycz­nej orga­ni­za­cji hitle­row­skiej.

Oczy­wi­ście pan redak­tor z „Wybor­czej”, czy jego kolega z „Faktu” raczej nie rozu­mieją tych niu­an­sów i wagi Degrella jako źró­dła histo­rycz­nego. Symp­to­ma­tycz­nym przy­kła­dem nastro­jów spo­łecz­nych jest opis powrotu Degrella z frontu wschod­niego, gdzie Bel­go­wie wyle­gli na ulicę, aby witać ich boha­tera. Za chwilę weszli tam alianci i Degrella zaocz­nie ska­zano na śmierć w imie­niu tegoż spo­łe­czeń­stwa bel­gij­skiego, które tak tłum­nie go przed chwilą witało!

Więc co się stało z tym spo­łe­czeń­stwem? Nagle, w prze­ciągu paru dni zmie­niło ono poglądy o 180 stopni? Śmie­chu warte!

Cie­kawa jest teo­ria Degrella doty­cząca roli SS na fron­cie wschod­nim. Według niego ten milion SS-manów oca­lił Europe Zachod­nią przed zala­niem jej przez falę komu­ni­zmu. Według niego, gdyby nie poświę­ce­nie się fana­tycz­nych oddzia­łów SS – zarówno nie­miec­kich jak i ochot­ni­czych z całej Europy, czołgi Sta­lina zatrzy­ma­łyby się na Atlan­tyku i Europa dzi­siaj byłby komu­ni­styczna. I chyba w tym przy­padku Degrell nie­wiele roz­mija się z prawdą. Gdyby Sowieci doszli do Atlan­tyku przed lądo­wa­niem alian­tów, nie byłoby mowy o wol­nym Zacho­dzie!

Czy wobec tego win­ni­śmy wysta­wiać pomniki SS-manom? Na pewno nie. To byli zbrod­nia­rze, winni rze­czy strasz­nych, maso­wych mor­dów i okru­cieństw. Ale trzeba pamię­tać o róż­nych aspek­tach dzia­łal­no­ści tych oddzia­łów. Degrell chciał bro­nić Europy przed komu­ni­zmem!

I pozo­stał anty­ko­mu­ni­stą do ostat­nich swo­ich dni. Pró­bo­wano go ska­zać za zbrod­nie wojenne, ale nie można było, bo nawet w cza­sach Norym­ber­gii nie zna­le­ziono prze­ciwko niemu dowo­dów. Uznano go za win­nego zdrady ojczy­zny. I ska­zano zaocz­nie. To że go ska­zano, nie uspra­wie­dli­wia zwy­cięz­ców do śle­pej zemsty i zezwie­rzę­ce­nia. Bo tylko tak można nazwać to, co zro­biono z dziećmi Degrella, o czym pisze wydawca ame­ry­kań­ski. W tym momen­cie zwy­cięzcy niczym nie róż­nili się od nazi­stów.

Książkę Degrella wydaję nie po to, żeby sze­rzyć jego poglądy, czy też opi­nie o cha­rak­te­rze rasi­stow­skim i nazi­stow­skim. Wydaję ją jako źró­dło histo­ryczne. I wie­rzę, że histo­rycy i hob­by­ści kocha­jący histo­rię to źró­dło doce­nią. I nie rozu­miem powo­dów nagonki na moją osobę. W Pol­sce w ostat­nich lat wydano m.in. pamięt­niki Alberta Spe­era, Wal­tera Schel­len­berga, trzy­to­mowe dzien­niki Jose­pha Goeb­belsa, dzien­niki Alfreda Rosen­berga. Ba! Wydano też i Degrella. Nikt wydaw­ców tych ksią­żek nie ści­gał – i słusz­nie, gdyż zostały one wydane jako źró­dła histo­ryczne. Także ja (pod­kre­ślam to jesz­cze raz) wydaję książki Degrella w cha­rak­te­rze źró­deł histo­rycz­nych.

Chciał­bym ser­decz­nie podzię­ko­wać nastę­pu­ją­cym insty­tu­cjom i fir­mom:

1. „Gaze­cie Wybor­czej” i „Fak­towi” za roz­re­kla­mo­wa­nie Degrella i mojej skrom­nej osoby.

2. Pro­ku­ra­tu­rze IPN za umo­rze­nie sprawy o anty­po­lo­nizm książki Degrella z donosu „Gazety Wybor­czej” i „Fak­tów”.

3. Mer­li­nowi za opar­cie się napa­stli­wemu ata­kowi GW na wyco­fa­nie tej książki.

4. Bonito za dys­try­bu­cję tej książki mimo olbrzy­mich naci­sków medial­nych i śro­do­wi­sko­wych na rynku książki.

5. Wielu czy­tel­ni­kom dzwo­nią­cym do mnie ze sło­wami popar­cia na wieść, że prze­ciwko mnie toczy się śledz­two w Pro­ku­ra­tu­rze Gdań­skiej.

6. Pio­trowi Zycho­wi­czowi z „Do rze­czy” za arty­kuł w mojej obro­nie.

7. Mate­uszowi Łabu­zowi z por­talu „II wojna świa­towa” za wspar­cie na por­talu i tele­fo­niczne.

8. Mojemu synowi Mar­ci­nowi, za wzru­sza­jący list w mojej obro­nie opu­bli­ko­wany na face­bo­oku.

W chwili, gdy piszę te słowa, na­dal toczy się postę­po­wa­nie pro­ku­ra­tor­skie i na­dal grozi mi do 3 lat wię­zie­nia.

Agora w oso­bie p. redak­tora Pawła Sta­siń­skiego przy­słała mi list odma­wia­jący opu­bli­ko­wa­nia mojego spro­sto­wa­nia, które wobec tego publi­kuję w książce.

Kie­dyś, w latach osiem­dzie­sią­tych XX wieku, byłem wię­ziony za dzia­łal­ność w obro­nie wol­nego słowa. Za to, że kol­por­to­wa­łem pod­ziemne wydaw­nic­twa trzy­mano mnie pół roku w ponu­rym aresz­cie na Młyń­skiej w Pozna­niu. Dzi­siaj może być podob­nie…

No cóż, histo­ria po raz kolejny zato­czyła koło…

Andrzej Ryba

Sprostowanie

W arty­kule pana Rafała Wój­cika „Wiek Hitlera w Pol­sce” zamiesz­czo­nym 21.09.2016 roku w „Gaze­cie Wybor­czej” zna­la­zło się wiele rze­czy nie­praw­dzi­wych.

Pan Wój­cik przed­sta­wia mnie wyłącz­nie jako wydawcę spe­cja­li­zu­ją­cego się w wyda­wa­niu dzieł pro­pa­gu­ją­cych nazizm, co deli­kat­nie mówiąc jest nie­prawdą. Pomija mil­cze­niem fakt, że w pracy wydawcy wyda­łem mnó­stwo ksią­żek o tre­ści patrio­tycz­nej, a nie raz były to pierw­sze wyda­nia zapo­mnia­nych pol­skich auto­rów. Przy­to­czę tu cho­ciażby takie pozy­cje jak „Fala za falą” Pław­skiego, „Powstań­czy Tryp­tyk” Bli­che­wi­cza „Szczerby” (książka docze­kała się entu­zja­stycz­nej recen­zji w „Gaze­cie Wybor­czej”) czy wyda­nie wspo­mnień Kazi­mie­rza Leskiego z płytą z jego gło­sem.

Za swoją dzia­łal­ność wydaw­ni­czą zosta­łem zresztą odzna­czony orde­rem „Pro memo­ria”, „Zasłu­żony dzia­łacz kul­tury” (z rąk wice­mi­ni­stra kul­tury Arama Rybic­kiego) i dwu­krot­nie za zasługi na rzecz pamięci o Pol­skiej Mary­narce Wojen­nej.

Przed­sta­wie­nie mnie wyłącz­nie jako wydawcę ksią­żek o tema­tyce nazi­stow­skiej szka­luje moje dobre imię.

Autor zarzuca mi, że nie jestem „facho­wym histo­ry­kiem”, w związku z tym to nie ja powi­nie­nem pisać wstęp do książki Degrella. No cóż, dobrze byłoby wie­dzieć co autor ma na myśli uży­wa­jąc tego poję­cia. Jeśli ktoś, kto koń­czył histo­rię na UMK w Toru­niu, spe­cja­li­zuje się w wyda­wa­niu ksią­żek histo­rycz­nych od lat trzy­dzie­stu i napi­sał około 100 wstę­pów do ksią­żek i arty­ku­łów histo­rycz­nych nie jest „fachow­cem” god­nym napi­sać wstęp do „Wieku Hitlera”, to kto nim jest?

Z zacie­ka­wie­niem zer­k­ną­łem na Wiki­pe­dię, aby spraw­dzić doro­bek naukowy redak­tora Wój­cika, który pozwala mu tak kry­tycz­nie mnie oce­niać. Nie­stety nic na ten temat nie zna­la­złem, ale to pew­nie tym gorzej dla Wiki­pe­dii!

Panu Wój­ci­kowi nic nie prze­szka­dza jed­nak cyto­wać „nie­fa­chowca” w swoim arty­kule, gdzie przy­ta­cza całe frag­menty mojego wstępu, przy czym bez żad­nego słowa kry­tyki na temat tego co w nim napi­sa­łem!

Autor arty­kułu nie odnosi się wcale do tre­ści książki, czyli histo­rii pierw­szej wojny świa­to­wej w/g Degrella. Wnio­skuję w związku z tym, że p. Wój­cik albo nie prze­czy­tał tej książki, albo prze­stra­szył się, że będzie musiał skry­ty­ko­wać wielu „histo­ry­ków-fachow­ców” fran­cu­skich o uzna­nym dorobku nauko­wym, któ­rych Degrell tak czę­sto przy­ta­cza.

Pan Wój­cik skon­tak­to­wał się też z dys­try­bu­to­rami książki „Wiek Hitlera” – EMPIK-iem, Bonito.pl, Matra­sem pró­bu­jąc ich zastra­szyć, suge­ru­jąc że książka nie powinna być przez nich dys­try­bu­owana. Oczy­wi­ście też nie odno­sząc się do tre­ści książki.

Jak widać nie cho­dziło p. Wój­ci­kowi o mery­to­ryczną dys­ku­sję na temat książki, ale o znisz­cze­nie wydaw­nic­twa, poprzez zablo­ko­wa­nie jego sieci dys­try­bu­cyj­nej.

I jesz­cze jedno. Redak­tor Wój­cik nie zadał sobie na tyle trudu, aby spraw­dzić stopkę redak­cyjną w książce „Wiek Hitlera”, ata­ku­jąc wydaw­nic­two Finna a nie rze­czy­wi­stego wydawcę, czyli spółkę Kat­mar. Ale… prze­cież nie o praw­dziwe infor­ma­cje tu cho­dzi…

W spi­sie ksią­żek zamiesz­czo­nych w arty­kule, pro­pa­gu­ją­cych nazizm wg redak­tora Wój­cika, zna­la­zła się książka Sieg­frieda Knappe: „Sol­dat: Reflek­sje nie­miec­kiego żoł­nie­rza”. Jest to w rze­czy­wi­sto­ści książka anty­hi­tle­row­ska, a sam Knappe, autor książki, wspo­mina, jak to będąc w bun­krze Hitlera zasta­na­wiał się, czy nie strze­lić mu w łeb.

No cóż, pan Wój­cik jak widać gustuje w poglą­dach, że jeśli jakieś fakty nie pasują do jego tezy, to tym gorzej dla fak­tów.

I na koniec o rze­czy obrzy­dli­wej. Umiesz­cze­nie zdję­cia na któ­rym obok sie­bie są okładki z podo­bi­zną Adolfa Hitlera i Lecha Kaczyń­skiego jest zabie­giem god­nym Jose­pha Goeb­belsa. Gra­tu­luję! Jak widać, redak­to­rzy „Wybor­czej” czer­pią z dobrych wzor­ców.

Andrzej Ryba

Spe­cjalna dedy­ka­cja wydawcy [ame­ry­kań­skiego]

Niniej­szy zbiór prac zmar­łego gene­rała Leona Degrella ni­gdy nie prze­trwałby kosz­mar­nego spi­sku mają­cego na celu znisz­cze­nie jego dzie­dzic­twa (co opi­sane jest na stro­nach tej pracy), gdyby nie odda­nie i lojal­ność wdowy po gene­rale, Pani Jeanne Degrelle, która ści­śle współ­pra­co­wała ze mną i innymi człon­kami redak­cji The Bar­nes Review w celu oca­le­nia spu­ści­zny Leona Degrella przed bar­dzo real­nym histo­rycz­nym holo­kau­stem, który miał stać się jej gro­bem.

To wła­śnie Pani Jeanne Degrelle jest naj­od­po­wied­niej­szą osobą, któ­rej niniej­szy tom jest dedy­ko­wany.

Wil­lis A. Carto

Wydawca i redak­tor The Bar­nes Review,

Czer­wiec 2012

Wstęp – Leon Degrelle: Wojownik Zachodu

Oto inspi­ru­jąca, choć tra­giczna histo­ria ide­ali­stycz­nego, nie­złom­nego i nie­ustra­szo­nego przy­wódcy, któ­remu dane było prze­trwać naj­więk­sze wichry II wojny świa­to­wej tylko po to, by u samego schyłku życia zostać dosię­gnię­tym przez zdradę.

Michael Col­lins Piper

Leon Degrelle zmarł w Mala­dze, w Hisz­pa­nii, w dniu 1 kwiet­nia 1994 roku w wieku 87 lat. Przed II wojną świa­tową Degrelle był naj­młod­szym przy­wódca poli­tycz­nym Europy i ojcem ruchu rek­si­stow­skiego w Bel­gii. W cza­sie wojny stał się boha­te­rem frontu wschod­niego, gdzie wal­czył bro­niąc Europy przed komu­ni­zmem. Jako mąż stanu i żoł­nierz znał Hitlera, Mus­so­li­niego, Chur­chilla, Franco, Lavala, Pétaina i wielu innych przy­wód­ców euro­pej­skich z cza­sów tyta­nicz­nych ide­olo­gicz­nych i mili­tar­nych zma­gań, któ­rymi była II wojna świa­towa. Jako jedyny z nich prze­trwał jesz­cze nie­malże pół wieku, pozo­sta­jąc naocz­nym świad­kiem tam­tych wyda­rzeń.

Degrelle uro­dził się 15 czerwca 1906 roku w Bouil­lon w Luk­sem­burgu, w rodzi­nie o fran­cu­skich korze­niach. Był synem dobrze pro­spe­ru­ją­cego bro­war­nika, który wyemi­gro­wał z Fran­cji do Luk­sem­burga pięć lat przed jego uro­dzi­nami, spro­wo­ko­wany do tego kroku wyda­le­niem jezu­itów przez anty­kle­ry­kalny rząd fran­cu­ski. Mówiło się, że tylu męż­czyzn z rodu Degrel­lów zostało Jezu­itami, iż każdy Degrelle jest „Jezu­itą z ojca na syna”.

Młody Leon stu­dio­wał na Uni­wer­sy­te­cie Louvain, gdzie uzy­skał dok­to­rat z prawa, ale pochła­niały go także inne dzie­dziny nauki, takie jak sztuka, arche­olo­gia, filo­zo­fia i nauki poli­tyczne. Jego natu­ralne zdol­no­ści przy­wód­cze stały się widoczne już w cza­sach stu­denc­kich. Do czasu ukoń­cze­nia dwu­dzie­stego roku życia ów wyjąt­kowo uta­len­to­wany młody czło­wiek opu­bli­ko­wał pięć ksią­żek i pro­wa­dził wła­sny coty­go­dniowy dzien­nik.

Głę­bo­kie prze­ko­na­nia kato­lic­kie spra­wiły, iż Degrelle dołą­czył do bel­gij­skiej Akcji Kato­lic­kiej i, rzecz jasna, wkrótce stał się jed­nym z jej przy­wód­ców. Pasją Leona byli ludzie. Pra­gnął zjed­ny­wać sobie masy, w szcze­gól­no­ści mark­si­stow­skie. Chciał, aby współ­dzie­liły z nim jego ide­ały doty­czące socjal­nych i ducho­wych zmian w życiu spo­łecz­nym. Marzył o pod­nie­sie­niu ludzi na duchu, o wyku­ciu dla nich trwa­łego, spraw­nego i odpo­wie­dzial­nego pań­stwa, opar­tego na zdro­wym ludz­kim roz­sądku i funk­cjo­nu­ją­cego wyłącz­nie dla dobra ludu. Nic zatem dziw­nego, że Degrelle czę­sto powta­rzał: „Albo masz za sobą ludzi, albo nie masz niczego”. Jed­nym sło­wem, Degrelle był popu­li­stą.

Mimo, iż nie miał jesz­cze dwu­dzie­stu pię­ciu lat, był słu­chany z ogrom­nym zapa­łem. Jego książki i gazety były czy­tane wszę­dzie, gdyż zawsze poru­szały praw­dziwe i istotne tematy. W krót­kim okre­sie kilku lat zjed­nał sobie dużą część spo­łe­czeń­stwa. Sko­rum­po­wany świat bel­gij­skiej poli­tyki zwró­cił baczną uwagę na tego par­we­niu­sza. Mimo, iż Degrelle począt­kowo współ­pra­co­wał z bel­gij­ską Par­tią Kato­licką (jedną z trzech, poza libe­ra­łami i socja­li­stami, rzą­dzą­cych par­tii Bel­gii) w osta­tecz­nym roz­ra­chunku doznał roz­cza­ro­wa­nia dzia­ła­niami par­tyj­nej kliki i zaczął kon­cen­tro­wać swoje wysiłki na budo­wa­niu swo­jego ruchu rek­si­stow­skiego.

Żąda­jąc rady­kal­nych reform poli­tycz­nych i usta­no­wie­nia auto­ry­ta­tyw­nego „kor­po­ra­cyj­nego” pań­stwa spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej i jed­no­ści naro­do­wej, Degrelle roz­po­czął zde­cy­do­waną i dosko­nale pro­wa­dzoną kam­pa­nię pro­pa­gan­dową prze­ciwko rzą­dzą­cym par­tiom, które okre­ślał mia­nem pour­ris, – czyli „sko­rum­po­wa­nych” – zaś cyniczne mal­wer­sa­cje finan­sowe par­tyj­nych klu­bów i ich poplecz­ni­ków, któ­rych Degrelle nazy­wał „bank­ste­rami”, spra­wiły, że ruch rek­si­stow­ski wywal­czył ogromny poli­tyczny kapi­tał.

Ruch Degrella dostrze­gał fakt, iż par­tie rzą­dzące, tak skłonne do współ­pracy, gdy cho­dziło o dzie­le­nie łupów nagro­ma­dzo­nych przez poli­ty­ków, sprzy­jały podzia­łom i kon­flik­tom w Bel­gii. Histo­ryk Alan Cas­sels wska­zy­wał, iż „Degrelle stop­niowo sta­wał się coraz więk­szym anty­ka­pi­ta­li­stą – była to zmiana, będącą nie tyle odpo­wie­dzią na Wielką Depre­sję, co efek­tem wyni­ka­ją­cym z rosną­cej świa­do­mo­ści powią­zań pomię­dzy biz­ne­sem i rzą­dem, ujaw­nio­nych w kilku bel­gij­skich skan­da­lach.” 1

Plat­forma par­tii rek­si­stow­skiej odzwier­cie­dlała jej popu­li­styczne odchy­le­nie: „Przede wszyst­kim stała w opo­zy­cji do super­ka­pi­ta­li­zmu w Bel­gii i w Kongo, a następ­nie odrzu­cała bel­gij­skie par­tie i sys­tem par­la­men­tarny jako taki, uwa­ża­jąc je za zwy­kłą przy­bu­dówkę zgni­łego świata biz­nesu. Banki miały być kon­tro­lo­wane w bli­żej nie­usta­lony spo­sób, zaś pro­blem bez­ro­bo­cia miał być roz­wią­zany meto­dami pew­nego rodzaju pań­stwo­wego pla­no­wa­nia. Robot­nicy mieli być chro­nieni przez sys­tem kor­po­ra­cyjny ‘oparty na soli­dar­no­ści klas’, a struk­tura orga­ni­za­cyjna rek­si­stow­skich kon­fe­de­ra­cji została opra­co­wana teo­re­tycz­nie i wyło­żona na papie­rze dla han­dlu, prze­my­słu, rol­nic­twa, rze­mio­sła, wol­nych zawo­dów i nawet dla par­tyj­nej admi­ni­stra­cji bel­gij­skiego Konga. Jed­nak i tak więk­szość sta­rego sys­temu pozo­sta­łaby na miej­scu; było miej­sce dla monar­chii, a wręcz i dla par­la­mentu, który w okro­jo­nej for­mie współ­dzie­liłby wła­dzę legi­sla­cyjną z kor­po­ra­cjami.”2

24 maja 1936 roku rek­si­stow­scy kan­dy­daci Degrella odnie­śli wspa­niałe zwy­cię­stwo w walce wybor­czej z par­tiami o usta­lo­nej pozy­cji, gro­ma­dząc 34 miej­sca w Izbie Repre­zen­tan­tów i w Sena­cie.

Jed­nakże już wkrótce rzą­dzące bel­gij­skie par­tie pode­rwały się do walki by prze­ciw­sta­wić się zagro­że­niu, jakie dla ich wła­dzy stwa­rzali rek­si­ści, czemu dały wyraz w utwo­rze­niu jed­no­li­tej falangi prze­ciwko mło­demu popu­li­stycz­nemu przy­wódcy. Swego naj­bar­dziej namięt­nego syna potę­piła nawet hie­rar­chia kościoła kato­lic­kiego, dzia­ła­jąca w inte­re­sach „umiar­ko­wa­nia”. Kon­se­kwen­cją tych dzia­łań była powolna utrata zna­cze­nia przez ruch rek­si­stow­ski. Mimo, iż w obli­czu zgod­nego naci­sku esta­bli­sh­mentu jego par­tia zaczęła ule­gać dez­in­te­gra­cji, Degrelle został ponow­nie wybrany do Par­la­mentu z naj­więk­szą liczbą gło­sów spo­śród wszyst­kich depu­to­wa­nych.

Europa Degrella wciąż była podzie­lona na nie­wiel­kie kraje, z któ­rych każdy był zazdro­sny o każ­dego i zamknięty na kon­takty z sąsied­nimi naro­dami. Pod koniec lat trzy­dzie­stych, gdy wojna wisiała w powie­trzu, Degrelle poświę­cił swą uwagę na zapew­nie­nie neu­tral­no­ści Bel­gii w celu zapo­bie­że­nia ponow­nemu wyko­rzy­sta­niu jego kraju jako bufora mię­dzy Niem­cami i Fran­cją w sytu­acji, gdyby roz­po­częły się dzia­ła­nia wojenne. Lecz nawet wtedy, kiedy pra­co­wał nad krót­ko­ter­mi­nową kwe­stią inte­gral­no­ści bel­gij­skich gra­nic, Degrelle, ze swą dale­ko­wzrocz­no­ścią patrzył także na przy­szłość kon­ty­nentu. W cza­sach stu­denc­kich podró­żo­wał po Ame­ryce Łaciń­skiej, Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Kana­dzie. Odwie­dził Afrykę Pół­nocną, Środ­kowy Wschód i, rzecz jasna, wszyst­kie kraje euro­pej­skie. Uwa­żał, iż prze­zna­cze­niem Europy jest speł­nie­nie wyjąt­ko­wej roli, co wyma­gało zjed­no­cze­nia jej na bazie wspól­nego dzie­dzic­twa kul­tu­ro­wego.

Mus­so­lini zapro­sił Degrella do Rzymu. Chur­chill przyj­mo­wał go w Lon­dy­nie, zaś Hitler w Ber­li­nie. Ryzy­ku­jąc swym życiem poli­tycz­nym, Degrelle podej­mo­wał despe­rac­kie wysiłki, aby powstrzy­mać pro­ces zapę­dza­nia Europy do nowej wojny. Jed­nakże odwieczna rywa­li­za­cja, małost­kowe ani­mo­zje i podej­rze­nia pomię­dzy Fran­cją i Niem­cami zostały spryt­nie wyko­rzy­stane. Powszech­nie uznane par­tie oraz par­tia komu­ni­styczna pra­co­wały po tej samej stro­nie bary­kady: na rzecz wojny. Dla Kremla była to wyjąt­kowa oka­zja na sko­mu­ni­zo­wa­nie Europy – po tym, gdy będzie już wykrwa­wiona i osła­biona.

3 wrze­śnia 1939 roku – pod wpły­wem naci­sków ze strony zor­ga­ni­zo­wa­nych krę­gów świa­to­wego żydo­stwa, wspar­tych wysił­kami pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych Fran­klina Roose­velta, (który utrzy­my­wał bli­skie sto­sunki z wpły­wo­wymi eli­tami żydow­skimi w USA) – Anglia wypo­wie­działa wojnę Niem­com, cho­ciaż Hitler zro­bił wszystko, co w jego mocy, aby do owej wojny nie dopu­ścić.

Gdy Bel­gia została wcią­gnięta do kon­fliktu w 1940 roku, poli­tyczni wro­go­wie Degrella dostrze­gli oka­zję do usu­nię­cia przy­wódcy rek­si­stów. W dniu 10 maja 1940 roku został aresz­to­wany przez loja­li­stów rzą­do­wych, oskar­żony o przy­na­leż­ność do „pią­tej kolumny” i osa­dzony w wię­zie­niu, gdzie był bity i tor­tu­ro­wany. Uznany przez rodzinę za zmar­łego, Degrelle wylą­do­wał w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w połu­dnio­wej Fran­cji. Gdy Niemcy, życz­li­wie nasta­wieni do Degrella, dowie­dzieli się o jego miej­scu pobytu, został on uwol­niony i powró­cił do Bel­gii, gdzie w rze­czy­wi­sto­ści począt­kowo uni­kał współ­pracy z nie­miec­kimi siłami oku­pa­cyj­nymi. Iro­nią pozo­staje fakt, iż odróż­niało go to od wielu z jego opor­tu­ni­stycz­nych opo­nen­tów ze sceny poli­tycz­nej przed­wo­jen­nej „demo­kra­tycz­nej” Bel­gii.

Jed­nak euro­pej­ska wojna domowa trwała na­dal, zaś komu­ni­styczni władcy przy­go­to­wy­wali się już do wyzbie­ra­nia roz­ła­ma­nych kawał­ków Europy. Dowia­du­jąc się o pla­nach inwa­zji Józefa Sta­lina do serca Zachod­niej Europy przez oku­po­waną przez Sowie­tów część Pol­ski a następ­nie Niemcy, Hitler uprze­dził go, doko­nu­jąc pre­wen­cyj­nego ude­rze­nia na Zwią­zek Radziecki w dniu 22 czerwca 1941 roku.

Naj­waż­niej­szy poli­tyczny i woj­skowy feno­men II wojny świa­to­wej jest jed­no­cze­śnie naj­mniej znany: Waf­fen-SS (dosłow­nie „uzbro­jone oddziały obronne”). A prze­cież Leon Degrelle był jed­nym z naj­słyn­niej­szych żoł­nie­rzy Waf­fen-SS. For­ma­cja ta była ide­olo­giczną i mili­tarną for­pocztą sztur­mową pla­no­wa­nego Nowego Porządku dla Europy. Po tym, jak Niemcy roz­po­częły szturm bastionu mię­dzy­na­ro­do­wego komu­ni­zmu, z każ­dego zakątka Europy napły­nęły tysiące mło­dych ludzi, mocno wie­rzą­cych w to, że oto ważą się także losy ich wła­snych kra­jów.

Ludzie ci, ochot­nicy, poło­żyli wła­sne życie na szali walki z Sowie­tami wie­rząc, iż po znisz­cze­niu bol­sze­wic­kiego zagro­że­nia będą wspól­nie pra­co­wać nad stwo­rze­niem zjed­no­czo­nej Europy. Ochot­nicy zasi­lili sze­regi Waf­fen-SS, które uro­sło do liczby czte­ry­stu tysięcy nie­nie­miec­kich Euro­pej­czy­ków wal­czą­cych na fron­cie wschod­nim. Sche­mat orga­ni­za­cyjny Waf­fen-SS powięk­szył się o wiele nowych dywi­zji. Nie­miecka część for­ma­cji liczyła sześć­set tysięcy ludzi.

Pomi­ja­jąc dawne wysiłki Napo­le­ona, liczące milion żoł­nie­rzy Waf­fen-SS sta­no­wiło pierw­szą praw­dzi­wie paneu­ro­pej­ską armię, jaka kie­dy­kol­wiek ist­niała. Zakła­dano, iż po woj­nie każda jed­nostka tej armii zapewni swo­jej nacji kadry dla struk­tur poli­tycz­nych wol­nych od małost­ko­wych nacjo­na­li­zmów prze­szło­ści. Wszy­scy żoł­nie­rze SS brali udział w tej samej walce. Wszyst­kich łączyło to samo spoj­rze­nie na świat. Wszy­scy byli towa­rzy­szami broni i odno­sili takie same rany.

Kiedy Hitler ude­rzył na Zwią­zek Radziecki, Degrelle zaofe­ro­wał utwo­rze­nie ochot­ni­czego bata­lionu zło­żo­nego z Waloń­czy­ków celem zapew­nie­nia hono­ro­wego miej­sca dla fran­cu­sko­ję­zycz­nych Bel­gów w nowej Euro­pie Hitlera. Po zacią­gnię­ciu się jako pro­sty sze­re­go­wiec, Degrelle w uzna­niu wyjąt­ko­wego boha­ter­stwa awan­so­wał przez wszyst­kie stop­nie od kaprala do gene­rała. Oso­bi­ście brał udział w sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu bez­po­śred­nich star­ciach, był sied­mio­krot­nie ranny. Był kawa­le­rem naj­wyż­szych odzna­czeń bojo­wych i jed­no­cze­śnie pierw­szym cudzo­ziem­cem, który otrzy­mał, przez wielu tak upra­gniony, Krzyż Rycer­ski Żela­znego Krzyża z Liśćmi Dębu, oso­bi­ście wrę­czony mu przez Hitlera w cza­sie cere­mo­nii w Ber­li­nie w dniu 27 sierp­nia 1944 roku.

Warto zauwa­żyć, że kiedy w 1941 roku Degrelle po raz pierw­szy wyru­szył na front wschodni, miał już 35 lat i ni­gdy przed­tem ani razu nie wystrze­lił z kara­binu. I cho­ciaż zapro­po­no­wano mu wysoki sto­pień – jako wyraz uzna­nia dla jego wybit­nych przed­wo­jen­nych osią­gnięć w roli przy­wódcy par­tii rek­si­stow­skiej – Degrelle, tak samo jak Piotr Wielki, wybrał rangę sze­re­gowca, dzie­ląc ze swymi towa­rzy­szami broni wszel­kie nie­wy­gody i pnąc się po dra­bi­nie awan­sów wyłącz­nie dzięki swym zdol­no­ściom, aż do obję­cia sta­no­wi­ska dowódcy jed­nostki, którą stwo­rzył: bry­gady SS „Wal­lo­nien”.

Nic zatem dziw­nego, że jego kole­dzy-ochot­nicy żar­to­bli­wie nazy­wali swego towa­rzy­sza, który stał się ich dowódcą, „Skrom­niś Pierw­szy, książę Bur­gun­dii”. Jed­nakże z ośmiu­set pierw­szych Waloń­czy­ków, któ­rzy wyru­szyli na front wschodni, tylko trzech prze­żyło wojnę – jed­nym z nich był Degrelle. W tym okre­sie pra­wie dwa i pół tysiąca jego roda­ków pole­gło, słu­żąc w mun­du­rze Waf­fen-SS i wal­cząc z Sowie­tami.

Degrelle powie­dział kie­dyś o SS: „Gdyby Waf­fen-SS nie ist­niało, Europa zosta­łaby cał­ko­wi­cie roz­je­chana przez Sowie­tów do 1944 roku. Dotar­liby do Paryża na długo przed Ame­ry­ka­nami. Odwaga żoł­nie­rzy Waf­fen-SS powstrzy­my­wała nisz­czy­cielką potęgę Sowie­tów pod Moskwą, Char­ko­wem, Czer­ka­sami i Tar­no­po­lem. Rosja­nie stra­cili w ten spo­sób dwa­na­ście mie­sięcy. Bez oporu, sta­wia­nego przez SS, Sowieci byliby w Nor­man­dii przed Eisen­ho­we­rem. Ludzie oka­zy­wali głę­boką wdzięcz­ność tym mło­dym chło­pa­kom, któ­rzy poświę­cali swoje życie. Od cza­sów wiel­kich zako­nów rycer­skich okresu śre­dnio­wie­cza nie było tak bez­in­te­re­sow­nego ide­ali­zmu i hero­izmu. W dzi­siej­szym wieku mate­ria­li­zmu, człon­ko­wie Waf­fen-SS jawią się jako jasne świa­tło ducho­wo­ści. Nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że poświę­ce­nie i nie­wia­ry­godne doko­na­nia Waf­fen-SS docze­kają się swego wła­snego piewcy w rodzaju Schil­lera. SS wyróż­nia się wiel­ko­ścią w nie­szczę­ściu.”

Po nie­mal czte­rech latach nie­prze­rwa­nych walk w pie­kle bitew, legion Degrella był jedną z ostat­nich jed­no­stek, które wyco­fały się z Rosji. Owa tyta­niczna walka prze­ciwko połą­czo­nym siłom komu­ni­zmu i „zjed­no­czo­nych demo­kra­cji” opi­sana jest w jego słyn­nej epo­pei „Kam­pa­nia w Rosji”, która przy­spo­rzyła mu euro­pej­skiej sławy, jako „Home­rowi XX wieku”.

I kiedy po czte­rech latach walki z komu­ni­zmem na fron­cie wschod­nim Degrelle powró­cił do Bruk­seli, zgo­to­wano mu naj­więk­sze masowe przy­ję­cie w histo­rii Bel­gii. Dzie­siątki tysięcy Bel­gów wyle­gło na ulice sto­licy by wiwa­to­wać na cześć powra­ca­ją­cego gene­rała. Wszystko to na dwa mie­siące przed aliancką inwa­zją ich kraju.

Jed­nakże Degrelle zda­wał sobie sprawę, iż jako jeden z naj­bar­dziej nie­prze­jed­na­nych wro­gów komu­ni­zmu, któ­remu udało się prze­trwać wojnę, sta­nie się nie­chyb­nym celem eks­ter­mi­na­cji. Nie zamie­rzał klę­kać przed zwy­cięz­cami.

Gdy upa­dły Niemcy, Degrelle ruszył w kie­runku Nor­we­gii, która w owym cza­sie wciąż znaj­do­wała się pod nie­miecką kon­trolą. Tam wsiadł na pokład samo­lotu trans­por­to­wego, któ­rym prze­le­ciał nad oku­po­waną przez alian­tów Europą. Wraz z załogą prze­trwał towa­rzy­szący im przez całą drogę nie­prze­rwany ogień arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej i lądo­wał awa­ryj­nie na gra­nicy hisz­pań­skiej, kiedy skoń­czyło się paliwo. W cza­sie wymu­szo­nego lądo­wa­nia Degrelle odniósł liczne obra­że­nia, w tym kilka zła­mań. Docho­dząc do sie­bie, spę­dził rok w szpi­ta­lach, z czego więk­szość czasu w gip­sie, nie­zdolny do ruchu. W typo­wym dla sie­bie odru­chu, gdy tylko odzy­skał wła­dzę w pra­wej ręce, roz­po­czął pracę nad swym arcy­dzie­łem „Kam­pa­nia w Rosji”, która wyszła we Fran­cji w dwóch edy­cjach.

Wkrótce po zakoń­cze­niu dzia­łań wojen­nych alianci zagro­zili inwa­zją Hisz­pa­nii, o ile Degrelle i były fran­cu­ski pre­mier Pierre Laval nie zostaną wydani celem stra­ce­nia. Franco poszedł na kom­pro­mis. Wydał Lavala, lecz odmó­wił prze­ka­za­nia alian­tom Degrella, tłu­ma­cząc to fizyczną nie­moż­li­wo­ścią rusze­nia go ze szpi­tala.

Rok póź­niej Degrelle uzy­skał schro­nie­nie w klasz­to­rze. Jed­nakże w domu człon­ko­wie jego rodziny, jak rów­nież jego przy­ja­ciele i współ­pra­cow­nicy pod­le­gali aresz­to­wa­niom i byli zamę­czani na śmierć przez „demo­kra­tycz­nych wyzwo­li­cieli” Bel­gii. Jego dzieci (sie­dem córek i mały syn) zostały siłą wywie­zione do ośrod­ków odosob­nie­nia w róż­nych czę­ściach Europy, po tym jak zmie­niono im nazwi­ska, by unie­moż­li­wić ponowne połą­cze­nie rodziny lub choćby próbę usta­le­nia ich losu. Wła­dze bel­gij­skie zade­cy­do­wały, iż ni­gdy nie zezwoli im się na utrzy­my­wa­nie kon­taktu ze swoim ojcem, czy nawet ze sobą.

Nowy bel­gij­ski rząd ska­zał Leona Degrella na karę śmieci in absen­tia przy oka­zji trzech róż­nych pro­ce­sów. Usta­no­wiono spe­cjalne prawo, tak zwane Lex Degrel­lana, zaka­zu­jące prze­sy­ła­nia, posia­da­nia lub otrzy­my­wa­nia jakich­kol­wiek publi­ka­cji jego autor­stwa lub trak­tu­ją­cych o Degrellu. „Kam­pa­nia w Rosji” zna­la­zła się tym samym na liście pozy­cji zaka­za­nych w Bel­gii.

Pozo­sta­wiony samemu sobie, Degrelle zaczął odbu­do­wy­wać swoje zruj­no­wane życie. Pełen ener­gii i tak dla niego cha­rak­te­ry­stycz­nego nie­złom­nego ducha, pra­co­wał jako pra­cow­nik fizyczny w fir­mie budow­la­nej. I znów, podob­nie jak na polu walki, gdzie z sze­re­go­wego doszedł do gene­rała, Degrelle doro­bił się wła­snej, poważ­nej firmy budow­la­nej wyko­nu­ją­cej klu­czowe zle­ce­nia. Ope­ra­tyw­ność firmy i jakość wyko­ny­wa­nych przez nią usług stały się tak znane, że rząd ame­ry­kań­ski zło­żył mu zamó­wie­nie na wyko­na­nie prac zwią­za­nych z istot­nymi pro­jek­tami obron­nymi w Hisz­pa­nii, w tym lot­ni­skami woj­sko­wymi.

W mię­dzy­cza­sie, lojalni wysłan­nicy Degrella krą­żyli po Euro­pie w poszu­ki­wa­niu jego porwa­nych dzieci. Wszyst­kie zostały odna­le­zione i wró­ciły pod czułą opiekę swego ojca.

W okre­sie czter­dzie­stu lat Degrelle dwu­na­sto­krot­nie wzy­wał rząd bel­gij­ski do zor­ga­ni­zo­wa­nia jego publicz­nego pro­cesu z udzia­łem ławy przy­się­głych. Jego pona­wiane żąda­nia, aby być sadzo­nym przed legal­nym sądem (w prze­ci­wień­stwie do poka­zo­wych inkwi­zy­tor­skich pro­ce­sów w stylu Norym­bergi) spo­ty­kały się z pełną zakło­po­ta­nia i poczu­cia winy ciszą. Jed­no­cze­śnie miało miej­sce kilka poważ­nych prób zmie­rza­ją­cych do zli­kwi­do­wa­nia Degrelle w cza­sie, gdy prze­by­wał w Hisz­pa­nii. 5 lipca 1961 roku hisz­pań­ska poli­cja aresz­to­wała dwóch osob­ni­ków pró­bu­ją­cych wje­chać do Hisz­pa­nii od strony małej wio­ski w Pire­ne­jach na gra­nicy fran­cu­skiej. Samo­cho­dem Lin­coln Con­ti­nen­tal podró­żo­wał oby­wa­tel Izra­ela nazwi­skiem Zuis Aldu­ide Ide­lon oraz druga osoba z fran­cu­skim pasz­por­tem wysta­wio­nym na nazwi­sko Suison Jake De Mon.

Posia­dali przy sobie broń, amu­ni­cję, zagra­niczną walutę o war­to­ści około pół miliona dola­rów ame­ry­kań­skich, zestaw do nar­kozy, dokładny plan hisz­pań­skiej willi i, wresz­cie, pudło w kształ­cie trumny. Oby­dwaj osta­tecz­nie przy­znali się, iż sta­no­wili część spe­cjal­nej grupy koman­do­sów pra­cu­ją­cej dla wywiadu Izra­ela, któ­rej zada­niem było porwa­nie gene­rała Degrella. Plan był nastę­pu­jący:

Część zespołu (skła­da­ją­cego się w sumie z dzie­się­ciu osób) miała przy­być na posia­dłość Degrella heli­kop­te­rem, odu­rzyć go, porwać i wywieźć do Tar­ra­gony. Tam, nie­przy­tomny Degrelle miał być umiesz­czony w pudle i prze­nie­siony nocą na pokład małej łodzi, która miała skie­ro­wać się do jed­nego z fran­cu­skich por­tów na wybrzeżu Morza Śród­ziem­nego. Stam­tąd więk­szy sta­tek miał zabrać go do Izra­ela. Po przy­by­ciu na miej­sce miano go poka­zać publicz­nie, a następ­nie prze­ka­zać rzą­dowi bel­gij­skiemu lub po pro­stu zli­kwi­do­wać.

W osta­tecz­nym roz­ra­chunku hisz­pań­ska poli­cja zdo­łała aresz­to­wać przy­wódcę grupy koman­do­sów, oby­wa­tela Hisz­pa­nii, komu­ni­stę Rubio de la Goaqu­ina, jak rów­nież sze­ściu jego ludzi. Docho­dze­nie wyka­zało, że plan porwa­nia był w czę­ści opra­co­wany przez sowiec­kich agen­tów.

W 1983 roku hisz­pań­scy socja­li­ści, zjed­no­czeni w wysił­kach z mię­dzy­na­ro­do­wymi żydow­skimi gru­pami naci­sku, roz­po­częły hała­śliwą kam­pa­nię na rzecz depor­to­wa­nia Degrella z Hisz­pa­nii, jed­nak ich wysiłki speł­zły na niczym. Nie powstrzy­mało to jed­nak śro­do­wisk żydow­skich przed roz­pę­ta­niem kolej­nej ofen­sywy prze­ciwko gene­ra­łowi. Tym razem przy­wódcą stada był rabin Marvin Hier (nazy­wany przez swych kry­ty­ków „Rabbi Łgarz”) i jego kolega, rabin Abra­ham Cooper. Oby­dwaj stali na czele bar­dzo docho­do­wego przed­się­wzię­cia zaj­mu­ją­cego się pozy­ski­wa­niem fun­du­szy, zna­nego jako Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala – agen­cji z sie­dzibą w Los Ange­les, noszą­cej imię kon­tro­wer­syj­nego samo­zwań­czego „tro­pi­ciela nazi­stów”.

Ponie­waż osta­tecz­nie przy­znano, iż naj­bar­dziej nie­sławny ze wszyst­kich „nazi­stow­skich zbie­gów”, dr Josef Men­gele, był naprawdę mar­twy, a nie „ukry­wa­jący się w Argen­ty­nie” (lub Boli­wii, Para­gwaju, Pana­mie czy też innym podob­nym miej­scu), Hier i Cooper ewi­dent­nie doszli do wnio­sku, iż gene­rał Degrelle będzie ide­alną „nazi­stow­ską bestią”, nada­jąca się na „chłopca z pla­katu” dla insty­tu­cji pozy­sku­ją­cej fun­du­sze.

Obaj pano­wie wyzna­czyli nagrodę w wyso­ko­ści stu tysięcy dola­rów za „uję­cie” Degrella, co samo w sobie było farsą, gdyż gene­rał swo­bod­nie i otwar­cie żył w Hisz­pa­nii, będąc popu­larną oso­bi­sto­ścią życia towa­rzy­skiego, czę­sto bie­sia­du­jącą w oto­cze­niu grona przy­ja­ciół, wśród któ­rych było wielu jego wiel­bi­cieli z zagra­nicy, przy­by­wa­ją­cych, aby odwie­dzić eme­ry­to­wa­nego przy­wódcę woj­sko­wego i euro­pej­skiego męża stanu.

Gang Hiera-Coopera peł­nym gło­sem histe­rycz­nie nawo­ły­wał do osą­dze­nia Degrella za „zbrod­nie wojenne” i, rzecz jasna, nakła­niał dona­to­rów do pomocy w finan­so­wa­niu publicz­nej kam­pa­nii prze­ciwko gene­ra­łowi. Inte­re­su­ją­cym fak­tem pozo­staje, iż kilka lat wcze­śniej znany fran­cu­ski pro­du­cent tele­wi­zyjny, Jean Char­lier, który pra­co­wał nad mate­ria­łem doku­men­tal­nym o Degrellu, zwró­cił się zarówno do „Synów Przy­mie­rza” (B’nai B’rith), jak i do Szy­mona Wie­sen­thala z prośbą o infor­ma­cje, które mógłby wyko­rzy­stać w swoim pro­gra­mie, a które ujaw­nia­łyby naturę i bru­tal­ność owych „zbrodni wojen­nych” doko­na­nych przez Degrella. Char­liera poin­for­mo­wano, iż nie ma dowo­dów prze­ciwko gene­ra­łowi oraz, że Belg nie jest poszu­ki­wany przez jaki­kol­wiek try­bu­nał mię­dzy­na­ro­dowy jako prze­stępca wojenny. Jed­nakże teraz, gdy w inte­re­sie (finan­so­wym) Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala leżało ist­nie­nie „zbrod­nia­rza wojen­nego na wol­no­ści”, wer­sja ule­gła zmia­nie.

W owym cza­sie Degrelle sko­men­to­wał całą sprawę w wywia­dzie na wyłącz­ność, któ­rego udzie­lił gaze­cie tygo­dnio­wej The Spo­tli­ght w dniu 28 paź­dzier­nika 1985 roku: „Dr Abra­ham Cooper dosko­nale zdaje sobie sprawę, iż nie posiada naj­mniej­szych dowo­dów prze­ciwko mnie. Sam przy­znaje, iż może opie­rać się wyłącz­nie na wła­snych podej­rze­niach.” Degrelle pod­kre­śli, iż Cooper powie­dział mię­dzy innymi: „Nie zasko­czy­łoby mnie, gdyby oka­zało się, że [Degrelle] popeł­nił krwawe zbrod­nie.”

„Wyobra­ża­cie sobie coś takiego?”, pytał Degrelle. „Przez czter­dzie­ści lat nie­zli­czone ilo­ści razy podej­mo­wano śledz­two prze­ciwko mnie i każde z nich oka­zało się bez­owocne z tej pro­stej przy­czyny, iż ni­gdy nie zna­le­ziono nic prze­ciwko mnie. Cooper nie robi cere­mo­nii, kiedy chce, abym zapła­cił nie za jakieś naganne postę­po­wa­nie, ale za prze­ko­na­nia, moje prze­ko­na­nia. Pra­gnąc zemścić się za idee czło­wieka, który myśli ina­czej niż on, żydow­ski dygni­tarz roz­pę­tuje zagra­niczną obławę z nagrodą stu tysięcy dola­rów dla kogo­kol­wiek, kto pochwyci bestię żyw­cem.

Leon Degrelle, jak to dr Abra­ham Cooper o mnie powie­dział, ‘jest winien pro­mo­wa­nia nazi­stow­skich ide­ałów wśród mło­dych ludzi całego świata. Będziemy go pil­nie tro­pić i dopil­nu­jemy, aby zapła­cił za swoje występki.”

„Oto macie wła­ściwe ‘idee’”, dodał Degrelle. „Nikt nie może mieć innych prze­ko­nań, niż rabin Abra­ham. Rzadko spo­tyka się taki brak tole­ran­cji, szcze­gól­nie pły­nący z kraju pokroju Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie wol­ność prze­ko­nań okre­śla się jako świętą. Ta nagonka, zor­ga­ni­zo­wana przez pry­watne osoby, ma w sobie coś skan­da­licz­nego.”

„Owi myśliwi mają do dys­po­zy­cji bar­dzo kon­kretne fun­du­sze. Owe środki, współ­cze­sna rzeka pie­nię­dzy, do tego lata były prze­zna­czone na porwa­nie Josefa Men­gele. Ale wła­śnie usta­lono, że Men­gele nie żyje od pię­ciu lat – i to kiedy Wie­sen­thal obwiesz­czał całemu światu, że śle­dzi każdy jego krok i już za moment go schwyta. Opi­sy­wał każdy etap swo­jego pościgu, każdą kry­jówkę, z któ­rej Men­gele rze­komo umknął tuż przed poja­wie­niem się Wie­sen­thala, a w któ­rej w rze­czy­wi­sto­ści tam­ten ni­gdy nie prze­by­wał.”

Degrelle dodał także, iż fakt wysła­nia za nim „listu goń­czego” przez żydow­skich przy­wód­ców nie napawa go stra­chem.

„Widzia­łem lep­sze zabawy na fron­cie wschod­nim. Moje życie toczy się dokład­nie tak, jak przed­tem; sam kupuję swoje gazety i wychy­lam szkla­neczkę nad brze­giem morza. Nie zamie­rzam zatru­wać tego, co pozo­stało mi z życia pro­ble­mami bez­pie­czeń­stwa. Wie­rzę w swoje szczę­ście i wie­rzę w Boga. A On odróż­nia tych gonią­cych za milio­nami dola­rów od prze­śla­do­wa­nych. Pole­gam na Jego opiece i Jego spra­wie­dli­wo­ści.”

Cho­ciaż Degrelle zdo­łał pokrzy­żo­wać plany Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala w sto­sunku do swo­jej osoby, jego zaprzy­się­gli wro­go­wie pod­jęli jesz­cze jedną, ostat­nią próbę pozby­cia się gene­rała. Maga­zyn Hebdo, publi­ko­wany przez fran­cu­ski Front Naro­dowy, w dniu 27 grud­nia 1985 ujaw­nił, iż około dzie­się­ciu osób legi­ty­mu­ją­cych się wene­zu­el­skimi pasz­por­tami i naj­praw­do­po­dob­niej powią­za­nych z Mos­sa­dem przy­było do Madrytu w celu pod­ję­cia kolej­nej próby porwa­nia Degrella. Także i ten spi­sek został uda­rem­niony przez czujne służby hisz­pań­skie.

Praw­do­po­dob­nie miały miej­sce także i inne intrygi wymie­rzone w Degrella, lecz stary gene­rał nie­prze­rwa­nie pędził jawny tryb życia i kon­ty­nu­ował swą oso­bi­stą kru­cjatę na rzecz prawdy w histo­rii.

Pomimo postę­pu­ją­cych lat, gene­rał Degrelle zapo­cząt­ko­wał pracę nad przed­się­wzię­ciem, które byłoby uko­ro­no­wa­niem jego triumfu jako płod­nego mistrza pióra i pro­jek­tem god­nym wir­tu­oza słowa, któ­rego kie­dyś okre­ślono jako „jed­nego z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych fran­cu­sko­ję­zycz­nych pisa­rzy.” W ciągu swego życia Degrelle napi­sał ponad czter­dzie­ści ksią­żek i ese­jów obej­mu­ją­cych tematy od poezji do eko­no­mii i od archi­tek­tury do histo­rii, lecz jego nowy zamysł był zaiste wielki w swym zasięgu.

Bel­gij­ski mąż stanu roz­po­czął pracę nad serią ksią­żek, która w zamy­śle miała skła­dać się z czter­na­stu tomów pod wspól­nym tytu­łem „Wiek Hitlera”, sku­pia­ją­cych się, rzecz jasna, na roli, jaką ode­grał Adolf Hitler w XX wieku i jego wpły­wie na czasy póź­niej­sze.

Degrella napa­wała entu­zja­zmem moż­li­wość swo­bod­nego gło­sze­nia poglą­dów i doce­niał szansę, jaką była per­spek­tywa wyra­że­nia swych myśli w języku angiel­skim, co pozwa­lało na dotar­cie do odbior­ców, któ­rzy z pew­no­ścią ni­gdy nie mieli spo­sob­no­ści, aby usły­szeć opi­nię „dru­giej strony”, dodat­kowo wyra­żoną jesz­cze pły­ną­cym pro­sto z serca gło­sem czło­wieka, który „był i widział”.

Gene­rał zano­to­wał w owym cza­sie cierpką uwagę: „Kie­dy­kol­wiek sły­szę aliancką wer­sję histo­rii, przy­po­mina mi się opo­wiastka o repor­te­rze, któ­rego wysłano do zre­la­cjo­no­wa­nia bójki. Skru­pu­lat­nie zapi­sał wszyst­kie ciosy wymie­rzone przez jedną ze stron, nie zauwa­ża­jąc żad­nego z dru­giej strony. Jego histo­ria sta­no­wiła praw­dziwe świa­dec­two agre­sji jed­nego uczest­nika bójki i mal­tre­to­wa­nia dru­giego. Ale nie­do­mó­wie­nie jest kłam­stwem. Nie zaprze­czam niczemu, co uczy­nił Hitler, ale wska­zuję także na to, co zro­bili komu­ni­ści i ich zachodni alianci, pozwa­la­jąc odbiorcy wydać osąd.”

Gene­ra­łowi zagwa­ran­to­wano, iż otrzyma wszel­kie nie­zbędne fun­du­sze na sfi­nan­so­wa­nie pro­jektu i w nie­dłu­gim cza­sie Degrelle ukoń­czył pierw­szy tom – oka­załą książkę, wydaną przez miesz­czący się w owym cza­sie w Tor­rance w Kali­for­nii, zało­żony w 1978 roku przez Wil­lisa Carto, Insti­tute for Histo­ri­cal Review (IHR), który stał się wio­dąca siłą w nur­cie okre­śla­nym jako rewi­zjo­nizm histo­ryczny.

Pierw­szy tom pracy Degrella – nie­kwe­stio­no­wane arcy­dzieło – nosił tytuł „Hitler – Uro­dzony w Wer­salu”. Oparty on jest na tezie, iż „bez układu wer­sal­skiego ni­gdy nie byłoby Hitlera” i że znana nam powszech­nie histo­ria Hitlera i Nie­miec może być zro­zu­miała wyłącz­nie w kon­tek­ście trak­tatu wer­sal­skiego i okrut­nego ujarz­mie­nia Nie­miec przez ich nie­prze­jed­na­nych wro­gów. Ta ponad pięć­set­stron­ni­cowa praca poru­sza kwe­stię fran­cu­sko-bry­tyj­skich intryg w Euro­pie Cen­tral­nej, pro­blem sys­te­ma­tycz­nego zdra­dza­nia pryn­cy­piów „czter­na­stu punk­tów” Wil­sona, zna­cze­nie taj­nych pak­tów od samego początku ska­zu­ją­cych misję Wil­sona na nie­po­wo­dze­nie, pro­ce­der cynicz­nego podziału ogrom­nych tery­to­riów doko­nany przez wiel­kie mocar­stwa bez oglą­da­nia się na wiele milio­nów ich nie­szczę­snych miesz­kań­ców – w tym oka­le­cze­nie Nie­miec i Austro-Węgier, któ­rym wydarto miliony Niem­ców (i nie­miec­kich Austria­ków), Węgrów i innych naro­do­wo­ści, zapę­dzo­nych jak trzodę pod nie­przy­ja­zną wła­dzę sąsied­nich kra­jów.

Pierw­szy tom – który spo­tkał się z sze­ro­kim uzna­niem i spra­wił, iż rze­sze czy­tel­ni­ków z całego świata zapra­gnęły poznać wię­cej prac pióra Degrella – stał się fun­da­men­tem, na któ­rym bazo­wać miała przy­szła seria ksią­żek. Kolej­nymi pla­no­wa­nymi tomami były: „Hitler Demo­krata”, „Hitler i Niemcy”, „Hitler i Kościół”, „Hitler i Stany Zjed­no­czone”, „Hitler i Sta­lin”, „Hitler i Anglia”, „Hitler i Fran­cja”, „Hitler i Banki”, „Hitler i Komu­ni­ści”, „Hitler i Żydzi”, „Hitler Poli­tyk”, „Hitler Stra­teg” oraz „Hitler i Trzeci Świat”.

Pełen entu­zja­zmu wobec nowego pro­jektu, gene­rał bez reszty poświę­cił się pracy z god­nym podziwu zapa­łem. Mając 79 lat, Degrelle pod­jął się zada­nia, na które nie­wielu ludzi w jego wieku mogłoby się porwać choćby tylko w zamy­śle. Do 1993 roku Degrelle ukoń­czył sześć kolej­nych tomów, zaś IHR był w trak­cie tłu­ma­cze­nia i publi­ka­cji tomów numer 2 i 3. I wtedy wyda­rzyła się tra­ge­dia.

Insti­tute for Histo­ri­cal Review został prze­jęty od wewnątrz – dosłow­nie z lufą przy­tkniętą do skroni – przez grupę kon­spi­ra­to­rów, któ­rych w owej zdra­dzie zaku­li­sowo wspie­rał zagad­kowy dzie­dzic nie­ru­cho­mo­ści z San Fran­ci­sco, który nie tylko pozo­sta­wał w bli­skich rodzin­nych sto­sun­kach z legen­darną i potężną rodziną Strau­sów ze słyn­nego nowo­jor­skiego kręgu żydow­skich elit, „Naszej Paczki”, ale który był także zaan­ga­żo­wany w dzia­łal­ność (zarówno na Środ­ko­wym Wscho­dzie, jak i w Azji), którą można bez­po­śred­nio powią­zać z intry­gami izra­el­skiej agen­cji wywia­dow­czej, Mos­sadu, i współ­pra­cu­ją­cych z nią ele­men­tów wewnątrz ame­ry­kań­skiej CIA.

Tak więc siły sto­jące za znisz­cze­niem IHR były nie­wąt­pli­wie tymi samymi siłami, które tak długo spi­sko­wały prze­ciwko Degrel­lowi. Tym samym, nie jest żad­nym zasko­cze­niem, iż natych­miast po prze­ję­ciu udzia­łów, klika, która objęła kon­trolę nad IHR obrała za cel serię wydaw­ni­czą Degrella „Wiek Hitlera” i z powo­dze­niem dopro­wa­dziła do jej likwi­da­cji.

Zabójcy IHR wycho­dzili ze skóry w swych ata­kach na prace gene­rała. Jedno z ofi­cjal­nych oświad­czeń zło­żo­nych przez kon­spi­ra­to­rów okre­ślało prace Degrella jako „powo­du­jące zaże­no­wa­nie IHR ze względu na swą jawną pro­hi­tle­row­ska wymowę”. Inna dekla­ra­cja nazy­wała monu­men­talne dzieło Degrella „bia­łym sło­niem z wyma­lo­waną z boku dużą swa­styką”.

Kam­pa­nię prze­ciwko bel­gij­skiemu gene­ra­łowi można uznać za co naj­mniej dzi­waczną – wystar­czy tylko pamię­tać o fak­cie, iż „Wiek Hitlera” był jed­nym z naj­wy­żej oce­nia­nych pro­jek­tów IHR.

Co wię­cej, sprze­daż pierw­szego tomu, „Uro­dzony w Wer­salu” było dla wydaw­nic­twa ogrom­nym finan­so­wym suk­ce­sem i ocze­ki­wano, że kolejne pla­no­wane tomy będą rów­nie popu­larne.

W każ­dym bądź razie stor­pe­do­wa­nie pracy Degrella dokład­nie obna­żyło agendę i motywy grupy kon­tro­lu­ją­cej obec­nie IHR: jej misją było znisz­cze­nie ruchu histo­rycz­nego rewi­zjo­ni­zmu u jego źró­deł, zaś dzie­dzic­two Degrella było pierw­szo­pla­no­wym celem.

Iro­nią pozo­staje fakt, że tysiące mil dalej, w Hisz­pa­nii, gene­rał Degrelle, nie wie­dząc o zdra­dzie IHR, kon­ty­nu­ował swą pracę, ufa­jąc, iż ukoń­czone manu­skrypty znaj­dują się w bez­piecz­nych rękach wydaw­nic­twa i są sys­te­ma­tycz­nie przy­go­to­wy­wane do publi­ka­cji. Jed­nakże to, co nastą­piło póź­niej, jest wyda­rze­niem, które jest trudne do poję­cia dla nor­mal­nego ludz­kiego umy­słu. 28 stycz­nia 1994 roku kon­spi­ra­to­rzy wysłali list do Degrella. Czy­tamy w nim:

„Drogi gene­rale Degrelle,

Naszym nie­ła­twym obo­wiąz­kiem jest poin­for­mo­wa­nie pana, iż kole­gium redak­cyjne na pod­sta­wie już dostar­czo­nych mate­ria­łów usta­liło, że przed­ło­żone przez pana kilka tomów bio­gra­fii Adolfa Hitlera nie nadaje się do publi­ka­cji. Pro­blemy, które można wymie­nić, obej­mują: cał­ko­wity brak histo­rycz­nego obiek­ty­wi­zmu; liczne błędy fak­to­gra­ficzne, nad­mierne pole­ga­nie na pew­nych tek­stach, czę­sto cyto­wa­nych, jak i pomi­nię­cie wielu innych źró­deł, oraz czę­ste powtó­rze­nia.

W chwili obec­nej, na mocy decy­zji zarządu oraz zgod­nie z opi­nią naszego praw­nika, jeste­śmy zmu­szeni do pro­sze­nia pana o zaprze­sta­nie pracy nad pro­jek­tem doty­czą­cym Hitlera.”

List był pod­pi­sany: „z powa­ża­niem.” W 1985 roku, autor obraź­li­wego listu, pisząc wstęp do „Kam­pa­nii w Rosji” Degrella, nazwał go „jedną z naj­więk­szych postaci tego i każ­dego innego wieku”, i zade­kla­ro­wał, iż „Degrelle nie ucieka przed pisa­niem nie­wy­god­nej prawdy i wyda­wa­niem trud­nych osą­dów.”

W rękach kon­spi­ra­to­rów z IHR znaj­do­wały się ręko­pisy prac już ukoń­czo­nych przez Degrella. Seria „Wiek Hitlera” została efek­tyw­nie zamor­do­wana. Kon­spi­ra­to­rzy odmó­wili wyda­nia cen­nych manu­skryp­tów i na dzień dzi­siej­szy, gdy pisane są te słowa (wiele lat póź­niej), ni­gdy ich nie opu­bli­ko­wali i praw­do­po­dobne jest, że mate­riały zostały znisz­czone.

Mimo, że Degrelle miał już 87 lat, wciąż cie­szył się god­nym podziwu zdro­wiem i zacho­wał pełną spraw­ność umy­słową. Jed­nak nadej­ście nik­czem­nego listu w powią­za­niu z wyda­rze­niami w wydaw­nic­twie, aku­rat w tak klu­czo­wym cza­sie, u schyłku dłu­giej kariery gene­rała spra­wiło, że bar­dzo mocno to prze­żył. Efek­tem była natych­mia­stowa cho­roba, a w dniu 1 kwiet­nia 1994 roku anioł śmierci osta­tecz­nie przy­szedł po czło­wieka, który w prze­szło­ści tyle razy go oszu­kał. Komu­ni­styczne kule, mio­ta­cze ognia, gra­naty, szrap­nele, czołgi, plu­tony egze­ku­cyjne, straż­nicy wię­zienni i oprawcy nie byli w sta­nie zabić Leona Degrella. Zro­biła to zdrada.

Wdowa po gene­rale, Pani Jeanne Degrelle, w liście z dnia 22 czerwca 1994 roku, opu­bli­ko­wa­nym w The Spo­tli­ght, sko­men­to­wała:

„Korzy­stam z tej oka­zji, by świad­czyć prze­ciwko kłam­stwom owych osób o wąt­pli­wej repu­ta­cji. Mój mąż był dro­bia­zgowy we wszyst­kich fak­tach histo­rycz­nych; był w posia­da­niu ogrom­nych zaso­bów refe­ren­cyj­nych, doku­men­tów histo­rycz­nych i mate­ria­łów każ­dego szcze­bla. Wszyst­kie jego prace, wydane i pla­no­wane, cha­rak­te­ry­zo­wał naj­wyż­szy poziom naukowy. Liczni histo­rycy z całego świata skła­dali mu hołd za jego ogromny wkład w histo­rię świata.”

Tra­giczne oko­licz­no­ści towa­rzy­szące ostat­nim mie­sią­com życia gene­rała Degrella i utrata jego cen­nych ręko­pi­sów muszą sta­no­wić część swo­istego dowodu – jak­kol­wiek nie­for­tunny nie byłyby kon­tekst – gdyż ilu­strują, do jakich gra­nic gotowi są posu­nąć się jego wro­go­wie w swych pró­bach uci­sze­nia jego dono­śnego głosu w histo­rii.

Wszakże pomimo skan­da­licz­nego roz­woju sytu­acji, która dopro­wa­dziła do znisz­cze­nia IHR (i osta­tecz­nie samego Degrella), nie wszystko było stra­cone.

Za sprawą praw­dzi­wego aktu Bożej łaski, zarówno Wil­lis Carto, jak i żona gene­rała wciąż posia­dali wcze­śniej­sze szkice nie­któ­rych prac Degrella i dzięki nie­oce­nio­nemu wspar­ciu ze strony pani Degrelle oraz żmud­nemu pro­ce­sowi sta­ran­nej rekon­struk­cji – wyma­ga­ją­cej setek godzin pracy i wysił­ków tłu­ma­czy i redak­to­rów – zespół The Bar­nes Review (nowego maga­zynu zało­żo­nego w 1994 roku przez Wil­lisa Carto i lojal­nych rewi­zjo­ni­stów w następ­stwie znisz­cze­nia IHR) był w sta­nie dosłow­nie wskrze­sić utra­cone prace Degrella – lub co naj­mniej ich znaczną część.

Oca­lony mate­riał – publi­ko­wany na prze­strzeni lat w The Bar­nes Review – koniec koń­ców uka­zuje się dzi­siaj w cało­ści jako „Hitler Demo­krata” po raz pierw­szy w okład­kach jed­nej książki.

Tak więc osta­tecz­nie, tom ten jest nie tylko monu­men­talną pracą histo­ryczną, praw­dzi­wie epicką, ale w pew­nym sen­sie hoł­dem dla czło­wieka, który go stwo­rzył: gene­rała Leona Degrella.

Jak więc można zakoń­czyć ten wstęp, będący jakże skąpą oceną tego wyjąt­ko­wego czło­wieka? Być może za naj­lep­sze pod­su­mo­wa­nie posłużą śmiałe słowa samego gene­rała Degrella, który pew­nego razu, zapy­tany przez dzien­ni­ka­rza, czy żałuje cze­goś z cza­sów II wojny świa­to­wej, odpo­wie­dział:

„Tylko tego, że prze­gra­li­śmy.”

Rozdział 1. Enigma Hitlera

Roz­dział 1 Enigma Hitlera

„Hitler – zna­łeś go – jaki on był?” Od 1945 roku tysiąc razy zada­wano mi to pyta­nie, i jest ono tym, na które naj­trud­niej zna­leźć odpo­wiedź. O II woj­nie świa­to­wej, a w szcze­gól­no­ści o Hitle­rze, napi­sano z górą dwie­ście tysięcy ksią­żek. Ale czy któ­ra­kol­wiek z nich odkryła praw­dzi­wego Hitlera?

„Enigma Hitlera wykra­cza poza wszelką ludzką zdol­ność poj­mo­wa­nia” – napi­sał nie­miecki libe­ralny tygo­dnik Die Zeit.

Salva­dor Dali, jedyny w swoim rodzaju geniusz sztuki, pró­bo­wał ją zgłę­bić w jed­nym ze swych naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nych obra­zów. Kra­jo­braz opa­da­ją­cych zbo­czy gór nie­malże wypeł­nia płótno, pozo­sta­wia­jąc tylko kilka jasnych metrów mor­skiego brzegu usia­nego deli­kat­nie minia­tu­ry­zo­wa­nymi ludz­kimi posta­ciami: ostat­nimi świad­kami umie­ra­ją­cego spo­koju. Wielka, pła­cząca krwa­wymi łzami słu­chawka tele­fo­niczna zwie­sza się z gałęzi mar­twego drzewa; tu i tam wiszą para­sole i nie­to­pe­rze, któ­rych prze­sła­nie jest wymow­nie iden­tyczne.

Jak mówi Dali, „Para­sol Cham­ber­la­ina poja­wił się na tym obra­zie w zło­wiesz­czym świe­tle, co pod­kre­śla swą obec­no­ścią nie­to­perz; poru­szyło mnie to, kiedy go malo­wa­łem jako sym­bol nie­wia­ry­god­nego bólu.”

Następ­nie wyznał: „Czu­łem, że ten obraz okaże się głę­boko pro­ro­czy. Lecz muszę przy­znać, że ja też nie roz­gry­złem jesz­cze zagadki Hitlera. Pocią­gał mnie wyłącz­nie jako obiekt mojej sza­lo­nej wyobraźni, ponie­waż jawił mi się jako czło­wiek obda­rzony darem doko­na­nia nie­po­rów­ny­wal­nej z niczym zmiany.” Cóż to za lek­cja pokory dla kry­ty­ków, któ­rzy od 1945 roku śpie­szyli wyda­wać tysiące swych „osta­tecz­nych” ksią­żek, więk­szość z nich pogar­dli­wych, na temat czło­wieka, który nie dawał spo­koju samo­kry­tycz­nemu arty­ście do tego stop­nia, że czter­dzie­ści lat póź­niej wciąż nie miał pew­no­ści, co do swo­jej wła­snej psy­cho­de­licz­nej wizji.

Poza Salva­do­rem Dali, któż jesz­cze kie­dy­kol­wiek pró­bo­wał zapre­zen­to­wać obiek­tywny por­tret tego wyjąt­ko­wego czło­wieka, któ­rego Dali okre­ślił mia­nem naj­bar­dziej wybu­cho­wej postaci w histo­rii ludz­ko­ści?

Góry ksią­żek na temat Hitlera, peł­nych śle­pej nie­na­wi­ści i igno­ran­cji nie wno­szą wiele do prób wytłu­ma­cze­nia lub przed­sta­wie­nia naj­po­tęż­niej­szego czło­wieka, jakiego widział świat. Zasta­na­wiam się, czy tysiące tak zasad­ni­czo odmien­nych por­tre­tów Hitlera w jakimś stop­niu przy­po­mi­nają czło­wieka, któ­rego zna­łem? Hitlera sie­dzą­cego obok mnie, sto­ją­cego, roz­ma­wia­ją­cego, słu­cha­ją­cego. Stało się nie­moż­li­wo­ścią, aby ludziom przez dekady kar­mio­nym fan­ta­stycz­nymi opo­wie­ściami wytłu­ma­czyć, że to, co czy­tali lub sły­szeli w tele­wi­zji, zwy­czaj­nie nijak ma się do prawdy.

Ludzie przy­zwy­cza­ili się do odbie­ra­nia fik­cji, powta­rza­nej w kółko tysiąc razy, jako prawdy. A prze­cież ni­gdy nie widzieli Hitlera, ni­gdy z nim nie roz­ma­wiali, ni­gdy nie sły­szeli jed­nego słowa z jego ust. Samo nazwi­sko Hitlera natych­miast wycza­ro­wuje wykrzy­wio­nego w gry­ma­sie dia­bła, uoso­bie­nie wszel­kich nega­tyw­nych uczuć. Niczym dzwo­nek Paw­łowa, sama wzmianka o Hitle­rze ma uczy­nić prawdę i istotę rze­czy zbęd­nymi. Z cza­sem jed­nak histo­ria zacznie doma­gać się cze­goś wię­cej, niż tylko tego typu uprosz­czo­nych osą­dów.

Hitler jest zawsze obecny w mojej pamięci: jako czło­wiek pokoju w 1936 roku, jako czło­wiek wojny w 1944. Jest nie­moż­li­wo­ścią, aby tak nie­po­spo­lity czło­wiek na zawsze nie nazna­czył tych, któ­rzy byli bez­po­śred­nimi świad­kami jego życia. Nie ma dnia, aby Hitler nie poja­wiał się znowu w mojej pamięci; nie jako czło­wiek, który od dawna nie żyje, ale jako realna istota, która prze­cha­dza się po swoim biu­rze, siada w fotelu, popra­wia pło­nące bre­wiona w swoim kominku.

Pierw­szą rze­czą, którą każdy zauwa­żał, gdy tylko Hitler się poja­wiał, był jego mały wąsik. Nie­zli­czoną ilość razy radzono mu, by go zgo­lił, ale zawsze odma­wiał: ludzie byli przy­zwy­cza­jeni do Hitlera takiego, jakim był. Nie był zbyt wysoki. Napo­leon czy Alek­san­der Wielki też nie byli. Miał wyra­zi­ście nie­bie­skie oczy, które wielu uwa­żało za urze­ka­jące, cho­ciaż ja tak nie sądzi­łem. Nie wyczu­wa­łem też prą­dów, które, jak mówiono, pły­nęły z jego rąk. Mia­łem oka­zję ści­skać jego dłoń ład­nych parę razy, ale jakoś ni­gdy nie tra­fił mnie pio­run.

Jego twarz wyra­żała uczu­cia lub obo­jęt­ność w zależ­no­ści od pasji lub apa­tii, która ogar­niała go w danej chwili. Cza­sami wyglą­dał jak spa­ra­li­żo­wany, nie mówił ani słowa i tylko jego szczęki poru­szały się, jakby mie­ląc na pył coś, co mu prze­szka­dzało. Potem nagle się oży­wiał i wybu­chał poto­kiem słów skie­ro­wa­nych wyłącz­nie do cie­bie, zupeł­nie jakby zwra­cał się do dwu­mi­lio­no­wego tłumu ludzi na lot­ni­sku Tem­pel­hof. I wtedy jakby prze­cho­dził meta­mor­fozę. Nawet jego cera, zwy­kle raczej szara, roz­ja­śniała się w miarę, jak mówił. I nie ulega wąt­pli­wo­ści, że w takich momen­tach Hitler był oso­bli­wie fascy­nu­jący, zupeł­nie jakby posia­dał magiczną moc.

Wszystko, co mogłoby w jego uwa­gach wydać się zbyt poważne, szybko łago­dził nutą humoru. Barwne opisy, cięte ripo­sty – był w tym dobry. W mgnie­niu oka potra­fił nama­lo­wać sło­wem obraz wywo­łu­jący uśmiech lub w jed­nej chwili przy­wo­łać nie­ocze­ki­wane i roz­bra­ja­jące porów­na­nie. Potra­fił być szorstki i wręcz nie­ustę­pliwy w swych osą­dach a jed­no­cze­śnie zadzi­wia­jąco ugo­dowy, wraż­liwy i cie­pły.

Po 1945 roku Hitlera oskar­żono o każde moż­liwe okru­cień­stwo, lecz bycie okrut­nym nie leżało w jego natu­rze. Kochał dzieci. Zupeł­nie natu­ral­nym odru­chem było u niego zatrzy­ma­nie samo­chodu i dzie­le­nie się pro­wian­tem z mło­dymi rowe­rzy­stami, napo­tka­nymi po dro­dze. Któ­re­goś razu oddał swój płaszcz bez­dom­nemu, brną­cemu w desz­czu. Zwykł prze­ry­wać o pół­nocy pracę, by przy­go­to­wać jedze­nie dla swo­jego psa, Blondi. Jeśli nie lubił kotów, to tylko ze względu na fakt, iż polo­wały na ptaki.

Nie mógł się zmu­sić do jedze­nia mięsa, gdyż było to rów­no­znaczne ze śmier­cią żywej istoty. Nie zga­dzał się, by do przy­go­to­wa­nia jego posiłku poświę­cono bodaj kró­lika czy pstrąga. Na stole tole­ro­wał wyłącz­nie jajka, albo­wiem znie­sie­nie jaja ozna­czało, iż kurę raczej oszczę­dzono, a nie zabito.

Oby­czaje kuli­narne Hitlera sta­no­wiły wieczny powód mojego zdu­mie­nia. Jakim spo­so­bem ktoś potra­fił żyć na tak rygo­ry­stycz­nej die­cie, ktoś, kto uczest­ni­czył w tysią­cach wyczer­pu­ją­cych spo­tkań, z któ­rych wra­cał ocie­ka­jąc potem, czę­sto gubiąc przy tym kilo­gram lub dwa wagi? Ktoś, kto spał po trzy czy cztery godziny na dobę; i wresz­cie ktoś, kto od 1940 do 1945 roku dźwi­gał na swych bar­kach cię­żar całego świata rzą­dząc trzy­stoma osiem­dzie­się­cioma milio­nami Euro­pej­czy­ków? Jak – pyta­łem sam sie­bie – mógł fizycz­nie prze­trwać tylko na goto­wa­nym jajku, kilku pomi­do­rach, dwóch czy trzech nale­śni­kach i tale­rzu klu­sek? Ale jakoś to robił.

Pił wyłącz­nie wodę. Nie palił tyto­niu i nie tole­ro­wał w swoim oto­cze­niu osób palą­cych. O godzi­nie pierw­szej lub dru­giej nad ranem wciąż bez­tro­sko roz­ma­wiał przy kominku, mówiąc żywo i czę­sto zabaw­nie. Ni­gdy nie zdra­dzał naj­mniej­szych oznak zmę­cze­nia. Publika, ow­szem, mogła padać z nóg, ale nie Hitler.

Przed­sta­wiano go jako sta­rego i zmę­czo­nego czło­wieka. Nic nie jest bar­dziej dale­kie od prawdy. We wrze­śniu 1944 roku, kiedy to opo­wia­dano, iż jest już nie­źle trzę­są­cym się star­cem, spę­dzi­łem z nim tydzień. Jego stan fizyczny i psy­chiczny był wciąż wyjąt­kowy. Próba zama­chu na jego życie, pod­jęta 20 lipca, jeśli w ogóle na czymś zawa­żyła, to wręcz wlała w niego nowe siły. Popi­jał her­batę w swo­jej kwa­te­rze rów­nie spo­koj­nie, jak­by­śmy znaj­do­wali się w jego pry­wat­nym apar­ta­men­cie w Kan­ce­la­rii Rze­szy jesz­cze przed wojną lub podzi­wiali śnieg i błę­kitne niebo przez jego wiel­kie okno w Berch­tes­ga­den.

Fak­tem jest, że u schyłku życia zaczął się gar­bić, ale jego umysł był wciąż jasny jak bły­ska­wica. Testa­ment, który z wyjąt­ko­wym spo­ko­jem podyk­to­wał w przed­dzień swo­jej śmierci, o trze­ciej nad ranem 30 kwiet­nia 1945 roku, jest tego trwa­łym świa­dec­twem. Napo­leon w Fon­ta­ine­bleu nie był wolny od ata­ków paniki tuż przed swoją abdy­ka­cją. Cezar osłu­piał na widok swych zabój­ców i nakrył głowę togą na moment przed tym, gdy jego adop­to­wany syn wymie­rzył cios w jego pierś. Hitler, jak codzien­nie, po pro­stu zjadł śnia­da­nie, w ciszy uści­snął ręce swym współ­pra­cow­ni­kom i odszedł ku swej śmierci zupeł­nie jakby wybie­rał się na prze­chadzkę.

Kiedy to histo­ria była świad­kiem tak gigan­tycz­nej tra­ge­dii zakoń­czo­nej z tak żela­zną samo­kon­trolą?

Naj­bar­dziej godną uwagi cechą Hitlera była jego pro­stota. Jego umysł spro­wa­dzał naj­bar­dziej zło­żone pro­blemy do kilku nie­skom­pli­ko­wa­nych zasad. Jego dzia­ła­nia były ukie­run­ko­wane na pomy­sły i decy­zje, które mogły być zro­zu­miane przez wszyst­kich. Jego spo­sób myśle­nia był przej­rzy­sty dla robot­nika z Essen, drob­nego rol­nika, prze­my­słowca z Zagłę­bia Ruhry i pro­fe­sora uni­wer­sy­tetu. Sama kla­row­ność jego rozu­mo­wa­nia spra­wiała, iż wszystko sta­wało się oczy­wi­ste.

Jego zacho­wa­nie i spo­sób życia ni­gdy nie zmie­niły się o jotę, nawet, gdy stał się władcą Nie­miec. Żył i ubie­rał się oszczęd­nie. W począt­ko­wym okre­sie swo­jego pobytu w Mona­chium nie wyda­wał na jedze­nie wię­cej, niż jedną markę dzien­nie. Na żad­nym eta­pie swo­jego życia nie wydał ani gro­sza na sie­bie. Przez trzy­na­ście lat, które spę­dził w Kan­ce­la­rii Rze­szy, ni­gdy nie nosił przy sobie port­fela ani nawet nie miał wła­snych pie­nię­dzy.

Hitler bym samo­ukiem i nie pró­bo­wał tego faktu ukry­wać. Nie­kiedy iry­to­wała go zaro­zu­mia­łość zado­wo­lo­nych z sie­bie inte­lek­tu­ali­stów i ich błysz­czące pomy­sły w krzy­kli­wych opa­ko­wa­niach. Swą wła­sną wie­dzę zdo­był poprzez bez­u­stanną i selek­tywną naukę i wie­dział znacz­nie wię­cej, niż tysiące obwie­szo­nych dyplo­mami eru­dy­tów.

Nie sądzę, by kto­kol­wiek czy­tał wię­cej niż on. Zwykł czy­tać każ­dego dnia przy­naj­mniej jedną książkę, zawsze zaczy­na­jąc od wstępu i indeksu, aby oce­nić, czy książka wzbu­dzi jego zain­te­re­so­wa­nie. Posia­dał zdol­ność do wydo­by­cia istoty zagad­nie­nia i zacho­wa­nia jej w swym przy­po­mi­na­ją­cym kom­pu­ter umy­śle. Sły­sza­łem, jak mówił o trud­nych nauko­wych pra­cach z bez­błędną dokład­no­ścią, nawet w cza­sie, gdy wojna sza­lała w naj­lep­sze.

Jego inte­lek­tu­alna cie­ka­wość nie znała gra­nic. Dosko­nale znał dzieła naj­bar­dziej róż­no­rod­nych auto­rów i nic nie było zbyt skom­pli­ko­wane dla jego zdol­no­ści poj­mo­wa­nia rze­czy. Posia­dał głę­boką wie­dzę i zro­zu­mie­nie nauk Buddy, Kon­fu­cju­sza i Jezusa Chry­stusa, jak rów­nież Lutra, Kal­wina czy Savo­na­roli; dzieł gigan­tów lite­ra­tury takich jak Dante, Schil­ler, Szek­spir, Goethe i pisa­rzy-ana­li­ty­ków w rodzaju Renana czy Gobi­neau, Cham­ber­la­ina i Sorela.

Dosko­na­lił swą wie­dzę z zakresu filo­zo­fii, stu­diu­jąc Ary­sto­te­lesa i Pla­tona. Mimo, iż ten ostatni nie­spe­cjal­nie paso­wał do jego sys­temu war­to­ści, Hitler mimo wszystko potra­fił wydo­być z niego to, co uwa­żał za war­to­ściowe. Umiał cyto­wać z pamięci całe ustępy z Scho­pen­hau­era i przez długi czas nosił ze sobą kie­szon­kowe wyda­nie jego dzieł. Od Nie­tschego nauczył się wiele o sile woli.

Jego głód wie­dzy był nie­za­spo­ko­jony. Spę­dził setki godzin zagłę­bia­jąc się w prace Tacyta i Mom­m­sena, stu­dio­wał stra­te­gów woj­sko­wych, takich jak Clau­se­witz czy budow­ni­czych impe­riów jak Bismarck. Nic mu nie umy­kało: histo­ria świata czy histo­ria cywi­li­za­cji, stu­dia nad Biblią lub Tal­mu­dem, filo­zo­fia tomi­styczna i wszyst­kie arcy­dzieła Homera, Sofo­klesa, Hora­cego, Owi­diu­sza, Tytusa Liwiu­sza i Cyce­rona. Postać Juliana Apo­staty znał tak dobrze, jakby żył w jego cza­sach.

Jego wie­dza roz­cią­gała się rów­nież na mecha­nikę. Wie­dział jak dzia­łają sil­niki, rozu­miał bali­stykę róż­nych rodza­jów broni i zadzi­wiał naj­tęż­sze umy­sły medyczne swoją wie­dzą na temat medy­cyny i bio­lo­gii. Uni­wer­sal­ność wie­dzy Hitlera może zaska­ki­wać lub draż­nić tych, któ­rzy nie byli jej świa­domi, nie­mniej jed­nak pozo­staje ona histo­rycz­nym fak­tem: Hitler był jed­nym z naj­bar­dziej świa­tłych umy­słów XX wieku. Pod tym wzglę­dem po tysiąc­kroć prze­wyż­szał Chur­chilla, inte­lek­tu­al­nego mier­notę, czy też Lavala, z jego led­wie pobieżną zna­jo­mo­ścią histo­rii, lub Roose­velta, albo Eisen­ho­wera, który ni­gdy nie wzbił się ponad powie­ści detek­ty­wi­styczne.

Od naj­młod­szych lat Hitler był inny, niż pozo­stałe dzieci. Zawsze posia­dał swo­istą wewnętrzna moc i kie­ro­wał się swym duchem i instynk­tem.

Potra­fił zręcz­nie ryso­wać gdy miał tylko 11 lat. Jego szkice wyko­nane w tym wieku cechuje siła i wyra­zi­stość, co szcze­gól­nie widać w jego por­tre­cie Wal­len­ste­ina.

Jego pierw­sze obrazy i akwa­rele, stwo­rzone w wieku 15 lat, są pełne poezji i wraż­li­wo­ści. Jedna z jego naj­waż­niej­szych prac, „Zamek Uto­pia”, dowo­dzi, iż jako arty­sta cecho­wał się nie­zwy­kłą wyobraź­nią.

Jego orien­ta­cja arty­styczna przy­bie­rała różne formy. Pisy­wał poezje od cza­sów chło­pię­cych. Swo­jej sio­strze Pauli poda­ro­wał kom­pletną sztukę teatralną i zadzi­wił ją swym dzie­łem. W wieku 16 lat, w Wied­niu, roz­po­czął pracę nad operą. Zapro­jek­to­wał nawet deko­ra­cje, jak rów­nież i kostiumy. Oczy­wi­ście, posta­ciami byli wagne­row­scy boha­te­ro­wie. W stop­niu więk­szym niż arty­stą, Hitler był przede wszyst­kim archi­tek­tem. Setki jego prac są godne uwagi nie tylko ze względu na same obrazy, ale i na archi­tek­turę. Potra­fił odtwo­rzyć z pamięci naj­drob­niej­sze szcze­góły kopuły kościoła czy misterne kształty kutego żelaza. W rze­czy­wi­sto­ści to wła­śnie pra­gnie­nie zosta­nia archi­tek­tem spro­wa­dziło Hitlera na początku wieku do Wied­nia.

Kiedy ogląda się setki jego obra­zów, szki­ców i rysun­ków z tam­tego okresu, dowo­dzą­cych kunsztu w kre­śle­niu trój­wy­mia­ro­wych form, zadzi­wia­ją­cym jest, iż jego egza­mi­na­to­rzy z Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych dwu­krot­nie oblali go na kolej­nych egza­mi­nach. Nie­miecki histo­ryk Wer­ner Maser, nie­za­li­cza­jący się do przy­ja­ciół Hitlera, pod­dał owych egza­mi­na­to­rów suro­wej kry­tyce: „Wszyst­kie jego prace są świa­dec­twem nad­zwy­czaj­nej wie­dzy i talentu archi­tek­to­nicz­nego. Twórca Trze­ciej Rze­szy daje powody do wstydu daw­nej wie­deń­skiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych.”

Ocza­ro­wany pięk­nem kościoła w opac­twie bene­dyk­ty­nów, w któ­rym w chło­pię­cych latach nale­żał do chóru i słu­żył jako mini­strant, Hitler marzył prze­lot­nie o zosta­niu bene­dyk­tyń­skim mni­chem. Cie­ka­wostką pozo­staje fakt, iż to wła­śnie w tych wła­śnie cza­sach, za każ­dym razem, kiedy uczest­ni­czył we mszy, prze­cho­dził pod pierw­szą swa­styką, jaką dane mu było ujrzeć: wyryta w kamie­niu, wid­niała na tar­czy her­bo­wej nad głów­nym por­ta­lem kościoła.

Ojciec Hitlera, który był cel­ni­kiem, miał nadzieję, iż syn pój­dzie w ślady ojca i zosta­nie urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym. Jego nauczy­ciel zachę­cał go, by został mni­chem. Zamiast tego, młody Hitler wyje­chał, czy też raczej uciekł, do Wied­nia. I tam wła­śnie, będąc zmu­szo­nym przez biu­ro­kra­tyczne aka­de­mic­kie mier­noty do rezy­gna­cji ze swych ambi­cji, stał się samot­ni­kiem odda­ją­cym się prze­my­śle­niom. Zagu­biony w sto­licy Austro-Węgier, szu­kał swego prze­zna­cze­nia.

Przez pierw­sze trzy­dzie­ści lat życia Hitlera, data 20 kwiet­nia 1889 roku nikomu nic nie mówiła. To wła­śnie tego dnia Hitler przy­szedł na świat w Brau­nau, małym mia­steczku w doli­nie rzeki Inn. Pod­czas swego wie­deń­skiego wygna­nia czę­sto wra­cał myślami do skrom­nego domu, a w szcze­gól­no­ści do swo­jej matki. Gdy zacho­ro­wała, wró­cił, aby się nią zająć. Całymi tygo­dniami opie­ko­wał się nią, wyko­ny­wał wszel­kie obo­wiązki domowe i wspie­rał ją jak naj­bar­dziej kocha­jący syn. Gdy osta­tecz­nie zmarła, w Wigi­lię Bożego Naro­dze­nia, jego ból nie znał gra­nic. Pogrą­żony w roz­pa­czy, pocho­wał matkę na małym wiej­skim cmen­ta­rzu.

„Ni­gdy nie widzia­łem syna, który tak roz­pa­cza”, powie­dział lekarz jego matki, który zbie­giem oko­licz­no­ści był Żydem. W swoim pokoju Hitler zawsze trzy­mał starą foto­gra­fię swo­jej matki. Pamięć o matce, którą tak bar­dzo kochał, pozo­stała z nim do dnia jego śmierci. Zanim odszedł z tego świata, 30 kwiet­nia 1945 roku, poło­żył przed sobą jej zdję­cie. Miała nie­bie­skie oczy, jak on, i podobną twarz. Jej mat­czyna intu­icja pod­po­wia­dała jej, że syn jest inny, niż pozo­stałe dzieci. Zacho­wy­wała się tak, jakby czuła, co będzie prze­zna­cze­niem jej dziecka. Kiedy umie­rała, zadrę­czała się aurą tajem­ni­czo­ści ota­cza­jącą jej syna.

Pomi­ja­jąc kon­takty z matką, lata mło­do­ści Hitlera to życie w odosob­nie­niu. Jego naj­więk­szym marze­niem była ucieczka od całego świata. Będąc w głębi ducha samot­ni­kiem, Hitler wałę­sał się po mie­ście, jadał skromne posiłki, lecz za to pochło­nął zbiory trzech biblio­tek publicz­nych. Uni­kał roz­mów i miał nie­wielu przy­ja­ciół.

Wydaje się nie­mal nie­moż­li­wo­ścią, by wyobra­zić sobie prze­zna­cze­nie, kiedy to czło­wiek zaczyna mając tak nie­wiele i osiąga takie szczyty. Alek­san­der Wielki był synem króla. Napo­leon był gene­ra­łem w wieku 24 lat i pocho­dził z dobrze sytu­owa­nej rodziny. Pięt­na­ście lat po przy­go­dzie z Wied­niem, Hitler wciąż będzie nie­zna­nym kapra­lem. Tysiące innych ludzi miało po tysiąc­kroć więk­sze moż­li­wo­ści, by odci­snąć swe piętno na losach świata.

W owym cza­sie Hitler nie kon­cen­tro­wał się jesz­cze na poli­tyce, ale, mimo, że jesz­cze nie zda­wał sobie z tego sprawy, to wła­śnie była droga, do któ­rej był naj­bar­dziej pre­dys­po­no­wany. Osta­tecz­nie poli­tyka będzie har­mo­ni­zo­wać z jego zami­ło­wa­niem do sztuki. Ludzie, masy, staną się gliną, któ­rej rzeź­biarz nada nie­śmier­telne kształty. Owa ludzka glina sta­nie się dla niego dzie­łem sztuki niczym mar­mu­rowe rzeźby Myrona, obrazy Hansa Makarta czy „Pier­ścień Nibe­lunga” Wagnera.

Jego umi­ło­wa­nie muzyki, sztuki i archi­tek­tury tak naprawdę nie ode­rwały go od poli­tycz­nego i towa­rzy­skiego Wied­nia. Aby prze­trwać, pra­co­wał jako zwy­kły pra­cow­nik najemny ramię w ramię z innymi robot­ni­kami. Był mil­czą­cym obser­wa­to­rem, ale nic nie umy­kało jego uwa­dze: ani próż­ność i ego­izm bur­żu­azji, ani moralne i mate­rialne ubó­stwo ludu, ani też setki tysięcy robot­ni­ków, któ­rzy falą prze­le­wali się sze­ro­kimi ale­jami Wied­nia, nio­sąc w ser­cach gniew.

Był zasko­czony rosnącą obec­no­ścią w Wied­niu bro­da­tych Żydów, noszą­cych kaftany – widok zupeł­nie w Linzu nie­znany.

„Jak też oni mogą być Niem­cami?” zada­wał sobie pyta­nie.

Czy­tał sta­ty­styki: w 1860 roku w Wied­niu było sześć­dzie­siąt dzie­więć rodzin żydow­skich; czter­dzie­ści lat póź­niej liczba Żydów wyno­siła dwie­ście tysięcy. Byli wszę­dzie. Widział, jak zrzu­cają ze swych bal­ko­nów dra­binki sznu­rowe, aby pomóc innym Żydom we wspię­ciu się na górę. Widział, jak zale­wają uni­wer­sy­tety, obsa­dzają sta­no­wi­ska praw­ni­cze i lekar­skie, przej­mują gazety.

Obec­ność w śro­do­wi­sku robot­ni­czym uświa­do­miła Hitle­rowi następ­stwa tego napływu, jed­nak robot­nicy nie byli jedy­nymi, któ­rzy na tę sytu­ację reago­wali.

Wiele pro­mi­nent­nych oso­bi­sto­ści zarówno w Austrii jak i na Węgrzech nie ukry­wało swo­jej nie­chęci na widok cze­goś, co w ich mnie­ma­niu było obcą inwa­zją ich kraju. Bur­mistrz Wied­nia, chrze­ści­jań­ski demo­krata i zna­ko­mity mówca, był jed­nym z tych, któ­rych Hitler chęt­nie słu­chał.

Hitler był rów­nież zanie­po­ko­jony losem ośmiu milio­nów austriac­kich Niem­ców, któ­rych utrzy­mano poza gra­ni­cami Nie­miec i tym samym pozba­wiono należ­nego im oby­wa­tel­stwa wła­snego kraju. Cesa­rza Fran­ciszka Józefa odbie­rał jako zgorzk­nia­łego i małost­ko­wego starca nie­zdol­nego do radze­nia sobie z bie­żą­cymi pro­ble­mami i nie­po­tra­fią­cego spro­stać temu, co przy­nie­sie przy­szłość.

Hitler wciąż zacho­wy­wał spo­kój, jed­nak stop­niowo pod­su­mo­wy­wał pewne kwe­stie w swym umy­śle. Po pierw­sze, Austriacy byli czę­ścią Nie­miec, wspól­nej ojczy­zny. Po dru­gie, Żydzi byli obcym ele­men­tem wewnątrz­nie­miec­kiej spo­łecz­no­ści. Po trze­cie, patrio­tyzm miał sens tylko wtedy, gdy był wspólny dla wszyst­kich klas spo­łecz­nych. Zwy­kli ludzie, z któ­rymi Hitler dzie­lił smutki i poni­że­nie byli tak samo czę­ścią ojczy­zny jak milio­ne­rzy z wyż­szych sfer. Po czwarte, w każ­dym kraju walka klas nie­uchron­nie skaże na ruinę zarówno robot­ni­ków, jak ich sze­fów. Żadne pań­stwo nie jest w sta­nie prze­trwać wojny klas; korzy­ści dla kraju może przy­nieść wyłącz­nie współ­praca pomię­dzy robot­ni­kami i ich prze­ło­żo­nymi. Robot­nicy muszą być sza­no­wani i mieć moż­li­wość życia w spo­sób godny i przy­zwo­ity. Kre­atyw­ność ni­gdy nie powinna być tłu­miona.

Gdy póź­niej Hitler twier­dził, iż swą spo­łeczną i poli­tyczną dok­trynę ukształ­to­wał w Wied­niu, mówił prawdę. Spo­strze­że­nia, które poczy­nił w sto­licy Austrii, dzie­sięć lat póź­niej sta­nęły na porządku dzien­nym.

W ten spo­sób Hitler przez kilka lat żył w prze­lud­nio­nym Wied­niu niczym fak­tyczny wyrzu­tek, jed­nak spo­koj­nie obser­wu­jąc przy tym wszystko wokół sie­bie. Jego siła pły­nęła z wewnątrz. Nie pozwa­lał, aby inni myśleli za niego. Wyjąt­kowe jed­nostki zawsze czują się samot­nie w wiel­kim ludz­kim sta­dzie. Hitler odbie­rał swoją samot­ność jako wyjąt­kową oka­zję do roz­my­ślań i nie pozwo­lił zalać się bez­myśl­nej fali.

Aby nie zagu­bić się na wiel­kich prze­strze­niach wyja­ło­wio­nej pustyni, silny duch musi szu­kać przy­stani wewnątrz samego sie­bie. Hitler był takim duchem.

Źró­dłem ognia – praw­dziwą bły­ska­wicą – w życiu Hitlera było słowo. Cały swój arty­styczny talent ukie­run­ko­wał na osią­gnię­cie mistrzo­stwa w komu­ni­ka­cji i elo­kwen­cji. Hitler potra­fił ocza­ro­wy­wać sło­wami i to słowa spra­wiały, że sam był jak zacza­ro­wany. Znaj­do­wał abso­lutne speł­nie­nie, gdy magia jego słów inspi­ro­wała serca i umy­sły tłu­mów, do któ­rych prze­ma­wiał. Gdy z mistycz­nym pięk­nem prze­ka­zy­wał nagro­ma­dzoną przez lata życia wie­dzę, za każ­dym razem czuł się odro­dzony. Jego magiczna elo­kwen­cja przez długi czas pozo­sta­nie roz­le­głym polem badań dla psy­cho­ana­li­ty­ków. Klu­czem do wszyst­kiego jest tutaj potęga słów Hitlera.

Bez nich ni­gdy nie byłoby ery Hitlera.

Czy Hitler wie­rzył w Boga?

Tak, głę­boko wie­rzył w Boga. Nazy­wał go Wszech­mo­gą­cym, panem wszyst­kiego, co znane i nie­znane.

Pro­pa­gan­dy­ści przed­sta­wiali go jako ate­istę. Nie był nim. Gar­dził peł­nymi hipo­kry­zji mate­ria­li­stami w sutan­nach, ale nie był w tym osa­mot­niony. Wie­rzył w koniecz­ność ist­nie­nia stan­dar­dów i teo­lo­gicz­nych dogma­tów, bez któ­rych, co nie­zmien­nie powta­rzał, wielka insty­tu­cja chrze­ści­jań­skiego kościoła zawa­li­łaby się. Te dogmaty gry­zły się z jego inte­li­gen­cją, lecz dostrze­gał jed­no­cze­śnie fakt, iż dla umy­słu ludz­kiego nie jest rze­czą łatwą poję­cie pro­ble­mów stwo­rze­nia, jego bez­gra­nicz­nego zasięgu i zapie­ra­ją­cego dech w pier­siach piękna. Akcep­to­wał fakt, iż każda istota ludzka ma potrzeby duchowe.

Śpiew sło­wika, wzory i kolory kwia­tów spra­wiały, iż bez­u­stan­nie wra­cał do wiel­kich pro­ble­mów stwo­rze­nia. Nikt na tym świe­cie nie roz­ma­wiał ze mną w tak elo­kwentny spo­sób na temat ist­nie­nia Boga. Nie dla­tego, że był wycho­wany w duchu chrze­ści­jań­skim (chrze­ści­jań­stwo począt­kowo raczej go szo­ko­wało), ale dla­tego, iż jego ana­li­tyczny umysł powią­zał go z kon­cep­cją Boga. Wiara Hitlera wykra­czała poza sche­maty i przy­pad­ko­wość. Bóg był dla niego pod­stawą wszyst­kiego, tym, który decy­duje o losie wszyst­kich rze­czy i okre­śla prze­zna­cze­nie jego i każ­dego innego czło­wieka.

Hitler nie przy­wią­zy­wał wiel­kiej wagi do swo­jego pry­wat­nego życia. W Wied­niu pomiesz­ki­wał w obskur­nych, peł­nych robac­twa kwa­te­rach. Ale nie omiesz­kał wypo­ży­czyć for­te­pianu, który zajął połowę jego pokoju, i skon­cen­tro­wał się na kom­po­no­wa­niu swo­jej opery.

Żył chle­bem, mle­kiem i zupą jarzy­nową. Jego ubó­stwo nie było uda­wane. Nie posia­dał nawet płasz­cza. Zimą pra­co­wał przy odśnie­ża­niu ulic. Nosił bagaże podróż­nych na dworcu kole­jo­wym. Spę­dził wiele tygo­dni w przy­tuł­kach dla bez­dom­nych. Ale ni­gdy nie prze­stał malo­wać czy czy­tać.

Mimo skraj­nego nie­do­statku, Hitler jakimś spo­so­bem zdo­łał zacho­wać schludny wygląd. Wła­ści­ciele i wła­ści­cielki miesz­kań w Wied­niu i w Mona­chium zapa­mię­tali go jako czło­wieka uprzej­mego i o miłym uspo­so­bie­niu. Jego pokój był zawsze ide­al­nie wysprzą­tany, jego skromny doby­tek był zawsze dro­bia­zgowo pose­gre­go­wany, a ubra­nia sta­ran­nie roz­wie­szone lub zło­żone. Sam prał i pra­so­wał swoje ubra­nia, czego w owych cza­sach nie robiło zbyt wielu męż­czyzn. Do prze­trwa­nia nie potrze­bo­wał pra­wie niczego. Sprze­daż kilku obra­zów była wszyst­kim, co było potrzebne do sfi­nan­so­wa­nia jego potrzeb.

Punk­tem zwrot­nym w jego życiu stała się I wojna świa­towa. Postrze­gał ją jako rękę prze­zna­cze­nia.

Rozdział 2. Nieznany żołnierz

Roz­dział 2 Nie­znany żoł­nierz

W SIERP­NIU 1914 roku nie­znany arty­sta zosta­nie nie­znanym żoł­nie­rzem. Nawet jego nazwi­sko pisano błęd­nie: w ofi­cjal­nych doku­men­tach wid­nieje jako „Hie­tler”. Nikt nie wie­dział o jego zdol­no­ściach malar­skich czy miło­ści do muzyki. Jeśli cho­dzi o dar ora­tor­stwa, sam led­wie miał o nim jakie­kol­wiek wyobra­że­nie. Będzie musiał dożyć trzy­dziestki, aby nagle zdać sobie z niego sprawę.

Poza tym, nikt w Niem­czech nie miał poję­cia o marze­niu, moty­wu­ją­cym tego nie­zna­nego austriac­kiego żoł­nie­rza do prze­pro­wadzki z Wied­nia do Mona­chium, o namięt­nym śnie o zjed­no­czo­nych, wiel­kich Niem­cach. Jed­nak w Mona­chium, kra­wiec nazwi­skiem Popp, który wyna­jął Hitle­rowi nie­wielki pokój, wspo­mi­nał o kar­teczce przy­cze­pio­nej do wez­gło­wia łóżka jego loka­tora:

Swo­bod­nie, z otwar­tym ser­cem cze­kamy na cie­bie.

Pełni wiary i gotowi do dzia­ła­nia,

Cze­kamy na cie­bie z rado­ścią.

Wielka nie­miecka ojczy­zno, pozdra­wiamy cię.

W Mona­chium Hitler miesz­kał przy Schle­is­she­imer­strasse, nie­da­leko od numeru 106, gdzie w ano­ni­mo­wo­ści rezy­do­wał inny zapa­lony miło­śnik ksią­żek nazwi­skiem Mayer. Jego praw­dziwe nazwi­sko brzmiało Wła­di­mir Iljicz Ulja­now, póź­niej zmie­nione na Lenin.

Iro­nia nad iro­niami: Hitler i Lenin spa­ce­ro­wali tymi samymi wąskimi ulicz­kami nie zna­jąc się nawza­jem i nawet nie śniąc, iż ich dok­tryny któ­re­goś dnia zde­rzą się w naj­więk­szej z wojen w histo­rii.

Pod nume­rem 34 Hitler spę­dził setki godzin malu­jąc i czy­ta­jąc, ni­gdy nie przyj­mu­jąc przy tym żad­nych gości. Podob­nie jak w Wied­niu, żył niczym pustel­nik, roz­my­śla­jąc o oca­le­niu zachod­niej cywi­li­za­cji. W tym samym cza­sie Lenin snuł plany jej znisz­cze­nia.

1 sierp­nia 1914 roku, życie Hitlera wypeł­nione książ­kami, sztuką i samot­no­ścią, nagle roz­sy­pało się na kawałki. Bez naj­mniej­szego waha­nia porzu­cił sztukę i naukę i, niczym czło­wiek dotknięty para­li­żem, który, cudow­nie ule­czony odrzuca kule, cisnął precz wszystko, co wią­zało się z jego ówcze­snym cywil­nym życiem.

„Móc wresz­cie dowieść przed obli­czem Boga szcze­ro­ści mych prze­ko­nań było praw­dzi­wym bło­go­sła­wień­stwem. Byłem pewien, że kiedy nadej­dzie wła­ściwy moment, wewnętrzny głos wskaże mi drogę.”

W opi­nii Hitlera, wojna miała wszystko poukła­dać. W walce będzie się liczył wyłącz­nie cha­rak­ter. „Kiedy obaj idą do woj­ska, pre­zes zarządu jest na rów­nej sto­pie z psim fry­zje­rem.” Chciwy i małost­kowy świat bur­żu­azji, któ­rym tak bar­dzo gar­dził, zosta­nie zmie­ciony. „Dla mnie było to wyba­wie­niem. Nie wsty­dzę się dziś powie­dzieć: padłem na kolana i dzię­ko­wa­łem Bogu.”

Miliony Euro­pej­czy­ków w całej Euro­pie czuło się dokład­nie tak samo. „Na Ber­lin!”, krzy­czeli Fran­cuzi. „Na Paryż!”, skan­do­wali Niemcy. W owych dniach pod­sy­ca­nego patrio­ty­zmu pod­nie­ce­nie się­gnęło zenitu zarówno wśród robot­ni­ków, jak i chło­pów. Ale w przy­padku Hitlera było to coś wię­cej niż zwy­kły zalew emo­cji; był to praw­dziwy wybuch prze­ko­na­nia, iż naród nie­miecki, sztucz­nie podzie­lony na Niem­ców i Austria­ków, zosta­nie zjed­no­czony przy­naj­mniej przez wojnę.

W nor­mal­nych warun­kach Hitler ni­gdy nie powi­nien zostać żoł­nie­rzem. Przez wiele lat cier­piał na gruź­licę, a jesz­cze kilka mie­sięcy przed wybu­chem wojny, 5 lutego 1914 roku, gdy zgło­sił się do służby woj­sko­wej, ode­słano go z kwit­kiem: „Nie nadaje się do służby woj­sko­wej lub pomoc­ni­czej. Zbyt słaby. Odmowa.”