Wiek Hitlera Tom 1 - Leon Degrelle - ebook + książka

Wiek Hitlera Tom 1 ebook

Degrelle Leon

0,0
49,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Kobiety kochają ludzi władzy. Hitler pokazał mi szufladę pełną

listów od kobiet, które błagały go by został ojcem ich dzieci...”

„Gdyby tylko Brytyjczycy chcieli wziąć pod uwagę propozycje

porozumienia Wilsona, pierwsza wojna światowa w ogóle by nie

wybuchła”

- Richard Seymour, historyk Uniwersytetu w Yale

„Anglia jest tylko związana z Europą, ale nie jest jej częścią”

- Winston Churchill

„Lud ma prawo i obowiązek aby przejąć władzę siłowo, a nie za pomocą demokracji”

- Lenin

Cytaty pochodzą z książki Leona Degrella, „Wiek Hitlera”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 612

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przedmowa do wydania polskiego

Ulu­bie­niec Hitlera pisze nową, szo­ku­jącą histo­rię XX-go wieku! I co wię­cej, na potwier­dze­nie swo­ich kon­tro­wer­syj­nych tez czę­sto przy­ta­cza doku­menty archi­walne lub cytuje publi­ka­cje cał­kiem wia­ry­god­nych euro­pej­skich histo­ry­ków.

Książka jest kapi­tal­nym dowo­dem na to, że nie ma histo­rii tzw. obiek­tyw­nej, czyli jedy­nej słusz­nej. Każdy histo­ryk stara się uwy­pu­klać jedne doku­menty kosz­tem innych, a czę­sto i cytuje jedne źró­dło, pomi­ja­jąc inne, które może zaprze­czyć wysu­nię­tej przez niego tezie. Na naszym podwórku czę­sto tak wła­śnie czy­nią histo­rycy piszący o Powsta­niu War­szaw­skim. (Jeśli jestem za, przy­ta­czam tylko doku­menty za, a jeśli prze­ciw, to odwrot­nie).

Nie ustrzegł się tego i Leon Degrelle. Pisząc z pozy­cji wyznawcy Hitlera nie mógł się wyzwo­lić od anty­ży­dow­skiej reto­ryki. Kry­ty­ku­jąc (słusz­nie lub nie) zacho­wa­nia nie­któ­rych osób pocho­dze­nia żydow­skiego, będą­cych na świecz­niku wła­dzy w Euro­pie, roz­sze­rza tą kry­tykę na wszyst­kich Żydów. I to jest wła­śnie anty­se­mi­tyzm, z któ­rego oko­wów Degrelle uciec nie może.

Ale odrzu­ca­jąc ten cały degrel­low­ski anty­se­mi­tyzm, a także anty­po­lo­nizm i anty­sla­wi­nizm, dosta­jemy do ręki fascy­nu­jącą książkę, pełną nie­zwy­kłych aneg­dot o ludziach wła­dzy przed i w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej.

Degrelle, opi­su­jąc rze­czy­wi­stość euro­pej­ską cza­sów pierw­szej wojny świa­to­wej, nie stroni też od wycie­czek w przy­szłość, do cza­sów hitle­row­skich. Prze­szłość i przy­szłość czę­sto się u niego spla­tają, nic zresztą w tym dziw­nego, bo pierw­sza wojna świa­towa, według autora, była pra­przy­czyną dru­giej wojny świa­to­wej.

Ory­gi­nalna teza, że wojny tak naprawdę chcieli ludzie będący przy wła­dzy w Rosji, Fran­cji i Anglii, sta­wia naszą wie­dzę histo­ryczną w tym tema­cie na gło­wie. Co cie­kawe, Degrelle czę­sto przy­ta­cza prace fran­cu­skich histo­ry­ków, potwier­dza­ją­cych tą tezę.

Cały nakład tej książki, wydany w Bel­gii został w cało­ści znisz­czony.

W pew­nym sen­sie jest to książka do dzi­siaj zaka­zana. Jej jedyne wyda­nie uka­zało się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Ale skoro żyjemy w cza­sach, w któ­rych legal­nie wydaje się „Main Kampf”…nie ma powodu aby nie wydać i tej książki.

I na końcu parę cyta­tów z Degrella:

„Co zna­czy cier­pie­nie, kiedy w życiu miało się kilka nie­śmier­tel­nych chwil? Przy­naj­mniej się żyło.”

„Krót­kie czy dłu­gie życie jest coś warte jedy­nie wtedy, gdy nie będziemy musieli się go wsty­dzić.”

Andrzej Ryba

Przedmowa autora

Zabój­stwo, które mogło pozo­stać niczym innym, jak tylko obu­rza­ją­cym wyda­rze­niem w histo­rii ter­ro­ry­zmu, miało zamiast tego w decy­du­jący i kata­stro­falny spo­sób zawa­żyć na całym XX wieku. Spo­wo­do­wało wybuch „Wiel­kiej Wojny” z lat 1914–1918, uto­ro­wało Sowie­tom drogę ku Rewo­lu­cji Paź­dzier­ni­ko­wej w 1917 roku, umoż­li­wiło Hitle­rowi doj­ście do wła­dzy w 1933 roku i póź­niej­szą II wojnę świa­tową, a przede wszyst­kim spo­wo­do­wało kon­fron­ta­cję dwóch współ­cze­snych gigan­tów – Związku Radziec­kiego i Sta­nów Zjed­no­czo­nych, któ­rej kon­se­kwen­cją, prę­dzej czy póź­niej, może być nisz­czy­ciel­ska III wojna świa­towa.

Zabój­stwo arcy­księ­cia Fran­ciszka Fer­dy­nanda i jego żony w Sara­je­wie, w Bośni, w dniu 28 czerwca 1914 roku, które począt­kowo było jesz­cze jedną wia­do­mo­ścią z pierw­szych stron gazet, pozor­nie ska­zaną na prze­mi­nię­cie, jak jej podobne, po kilku dniach okaże się jed­nak owo­cem zawi­łego spi­sku. Począt­kowo sprawa wyda­wała się ogra­ni­czona do Ser­bii i Austrii, dwóch noto­rycz­nie skłó­co­nych ze sobą sąsia­dów. Ale nie minęły cztery tygo­dnie, gdy stało się jasne, iż Ser­bo­wie, będący przed­mu­rzem Bał­ka­nów, byli spryt­nie mani­pu­lo­wani przez pan­sla­wi­stów na rosyj­skim car­skim dwo­rze.

Austria ze swej strony złą­czona była z Niem­cami wię­zami soju­szu poli­tycz­nego i woj­sko­wego. Z kolei rząd rosyj­ski zwią­zany był pak­tem woj­sko­wym z wła­dzami Fran­cji, zde­spe­ro­wa­nej by odzy­skać Alza­cję i Lota­ryn­gię, które Niemcy anek­to­wały w 1871 roku. Ponadto, bry­tyj­ski esta­bli­sh­ment, w ciągu kilku ostat­nich lat roz­sier­dzony wzro­stem wpły­wów nie­miec­kiej gospo­darki i roz­bu­dową nie­miec­kiej floty, jesz­cze bar­dziej zbli­żył się do Fran­cji i jej nie­daw­nego rywala, Rosji. Tym samym powstały oko­licz­no­ści sprzy­ja­jące kata­kli­zmowi, któ­rego furia miała w bez­pre­ce­den­sowy spo­sób wstrzą­snąć Bia­łym świa­tem. W ciągu pię­ciu tygo­dni, dzięki kilku kulom wystrze­lo­nym przez mier­notę w sen­nym mie­ście na Bał­ka­nach, wiel­kie euro­pej­skie potęgi sko­czą sobie do gar­deł. W kon­se­kwen­cji, ponie­waż ani Potrójna Ententa Anglii, Fran­cji i Rosji, ani Dwu­przy­mie­rze Nie­miec i Austro-Węgier nie będą w sta­nie zmu­sić dru­giej strony do ustą­pie­nia, wal­czące pań­stwa nie znajdą lep­szego spo­sobu, niż wcią­gnię­cie do rzezi kolej­nych dzie­więt­na­stu kra­jów. Dzięki obiet­ni­com, rów­nie fał­szy­wym, co sprzecz­nym ze sobą, za pomocą taj­nych poro­zu­mień, kon­ku­ru­jące pań­stwa będą ofe­ro­wać dokład­nie te same tro­fea wojenne dwóm, a cza­sami trzem róż­nym kra­jom. Miliony ludzi zosta­nie sprze­da­nych niczym na aukcjach, bez swej wie­dzy i zgody, jako łup dla najbar­dziej zago­rza­łych prze­ciw­ni­ków swych wła­snych naro­dów.

Celem wzbu­dze­nia nie­na­wi­ści do Nie­miec i wydźwi­gnię­cia jej do poziomu histe­rii, kraje Ententy oskar­żać będą Niemcy o naj­bar­dziej odra­ża­jące okru­cień­stwa, kreu­jąc sza­leń­czą żądzę zemsty, która w połą­cze­niu z krót­ko­wzroczną chci­wo­ścią i głu­potą zwy­cięz­ców zro­dzi w efek­cie trak­tat wer­sal­ski. Układ ten, który zmiaż­dżył pierw­szą potęgę Europy, Niemcy, pod cię­ża­rem wstydu i repa­ra­cji wojen­nych, który ampu­to­wał żywotne tery­to­ria z ciała narodu i który uczy­nił go bez­bron­nym wobec wro­gów wewnętrz­nych i zewnętrz­nych, w kon­se­kwen­cji był sku­teczny jedy­nie w tym, iż spro­wo­ko­wał nową i nie­uchronną wojnę w Euro­pie. Inte­li­gentne mózgi Europy prze­wi­działy następ­stwa trak­tatu jesz­cze zanim został narzu­cony. Bry­tyj­ski pre­mier David Lloyd Geo­rge w 1919 roku uprze­dzał w Paryżu zwy­cię­skie pań­stwa: „Jeśli pokój zosta­nie zawarty na takich warun­kach, sta­nie się zarze­wiem nowej wojny.” I tak też się stało, gdyż bez trak­tatu wer­sal­skiego byłoby nie­moż­li­wo­ścią, aby nie­znany żoł­nierz pie­choty, uro­dzony w Austrii i zahar­to­wany w wal­kach na fron­cie zachod­nim doszedł do abso­lut­nej wła­dzy w Niem­czech. Adolf Hitler przy­szedł na świat w Brau­nau am Inn, ale w sen­sie poli­tycz­nym zro­dził się w Wer­salu.

Dzień, w któ­rym pod­pi­sano trak­tat, 29 czerwca 1919 roku, nie tylko zakoń­czył I wojnę świa­tową – zapo­cząt­ko­wał także II wojnę.

Część I. Zamach w Sarajewie

Część I

Zamach w Sara­je­wie

Rozdział 1. „Czarna Ręka” w Sarajewie

Roz­dział 1 „Czarna Ręka” w Sara­je­wie

28 CZERWCA 1914 roku był w całej Euro­pie dniem cie­płym i sło­necz­nym. Nie­wielu mogłoby przy­pusz­czać, iż ten z pozoru cichy, letni dzień zapi­sze się krwawo na kar­tach histo­rii, i że owa brze­mienna w skutki czerw­cowa data sta­nie się w tym wieku dla Europy zwia­stu­nem tak wielu kolej­nych, ską­pa­nych we krwi czerw­co­wych dni – od trak­tatu wer­sal­skiego w 1919 roku do kapi­tu­la­cji Fran­cji w 1940 roku, do „Dnia D” i lądo­wa­nia w Nor­man­dii w 1944 roku i do roz­bioru sta­rego euro­pej­skiego porządku w Pocz­da­mie, w czerwcu 1945 roku.

Ni­gdzie słońce nie świe­ciło tak mocno, jak owego pamięt­nego dnia w Sara­je­wie – sen­nym bał­kań­skim mia­steczku w Bośni. Dawna sie­dziba pro­win­cji Impe­rium Osmań­skiego wciąż miała orien­talny posmak, z bia­łymi wie­żami mina­re­tów wzno­szą­cymi się nad krę­tymi ulicz­kami bazaru. Mia­sto prze­szło pod admi­ni­stra­cję cesar­stwa austro-węgier­skiego w 1878 roku, zostało osta­tecz­nie anek­to­wane w 1908 roku i teraz było miej­scem, gdzie rzadko działo się coś nad­zwy­czaj­nego.

Tego jed­nak dnia odwie­dzał je naj­waż­niej­szy czło­wiek w monar­chii austro-węgier­skiej, arcy­książę Fran­ci­szek Fer­dy­nand. Był następcą habs­bur­skiego tronu, na któ­rym od sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat zasia­dał leciwy i scho­ro­wany, osiem­dzie­się­cio­sze­ścio­letni Fran­ci­szek Józef. Arcy­książę, na któ­rego piersi pobrzę­ki­wały medale, a hełm zdo­biły pyszne pióra, był czło­wiekiem krzep­kim, wiel­kim miło­śni­kiem polo­wań, który zapeł­nił pałace i dwory myśliw­skie Europy licz­nymi roga­tymi tro­fe­ami.

Następca tronu, jako głów­no­do­wo­dzący armią austro-węgier­ską, przy­był do Sara­jewa celem obser­wo­wa­nia manew­rów, które odby­wały się kilka mil poza mia­stem. Fran­ci­szek Fer­dy­nand wraz z mał­żonką jechał do miej­skiego ratu­sza nabrze­żem rzeki Mil­jacka prak­tycz­nie bez obstawy. Kolumna, skła­da­jąca się z czte­rech pojaz­dów, prze­była zale­d­wie połowę drogi, gdy młody zama­cho­wiec wymie­rzył bombę w arcy­księ­cia. Ładu­nek, ude­rza­jąc w tył samo­chodu arcy­księ­cia, ześli­zgnął się i eks­plo­do­wał pod następ­nym pojaz­dem, gdzie zra­nił dwóch ofi­ce­rów – jed­nego z nich natych­miast prze­wie­ziono do pobli­skiego szpi­tala. Fran­ci­szek Fer­dy­nand i jego żona, wstrzą­śnięci, lecz cali i zdrowi, kon­ty­nu­owali podróż do ratu­sza, gdzie arcy­książę ostro zga­nił bur­mi­strza za taki prze­jaw braku gościn­no­ści w mie­ście. Następ­nie mała kolumna pojaz­dów skie­ro­wała się w stronę szpi­tala, gdzie opa­try­wano mło­dego, ran­nego ofi­cera.

Samo­chód jadący na czele kolumny omył­kowo skrę­cił w nie­wła­ściwą ulicę i pojazd arcy­księ­cia podą­żył za nim. Woj­skowy guber­na­tor Bośni, gene­rał Potio­rek, przy­tom­nie zasy­gna­li­zo­wał kie­rowcy, by ten cof­nął samo­chód i wró­cił na zapla­no­waną trasę. Gdy kie­rowca zaha­mo­wał, do przodu wystą­pił młody czło­wiek, który sta­ran­nie celu­jąc, dwu­krot­nie wystrze­lił w kie­runku otwar­tego pojazdu.

Jedna z kul tra­fiła Fran­ciszka Fer­dy­nanda w szyję. Druga ugo­dziła w brzuch jego żonę Zofię, księżną Hohen­berg. Gdy osu­nęła się na zie­lony mun­dur męża, zbry­zgany krwią, ten wyszep­tał, „Zofio, żyj dla naszych dzieci”. Para zmarła kilka minut po ataku.

* * *

Wia­do­mość o zabój­stwie swego bra­tanka i następcy, cesarz Fran­ci­szek Józef przy­jął w swym wie­deń­skim pałacu Hofburg z nie­sto­sow­nym spo­ko­jem. Sędziwy czło­wiek żywił nie­chęć do Fran­ciszka Fer­dy­nanda, być może czę­ściowo z powodu, iż arcy­książę zastą­pił w kolejce do tronu jego wła­snego syna, Rudolfa, który dwa­dzie­ścia pięć lat wcze­śniej zmarł w pała­cyku myśliw­skim May­er­ling wraz ze swą kochanką, Marią Vet­serą, tra­giczną, samo­bój­czą śmier­cią.

Co gor­sza, żona Fran­ciszka Fer­dy­nanda, Zofia, choć pocho­dziła ze sta­rego, cze­skiego rodu ksią­żę­cego, była zbyt nisko uro­dzona, by odpo­wia­dać stan­dar­dom prawa i oby­cza­jów, które wyma­gały od habs­bur­skiej księż­nej znacz­nie wyż­szego tytułu i pocho­dze­nia. Gdy Fran­ci­szek Fer­dy­nand oże­nił się z nią w 1900 roku, musiał zrzec się wszel­kich praw dzie­dzi­cze­nia tronu Habs­bur­gów ze strony mał­żonki i ich wspól­nych dzieci. Mał­żeń­stwo mor­ga­na­tyczne – nie­wy­ba­czalne prze­stęp­stwo w zawo­dzie cesa­rza! Jasne jest, iż pozwala się koro­no­wa­nym gło­wom na utrzy­my­wa­nie kocha­nek i nawet bękar­tów, uwa­ża­jąc je za dopusz­czalne „przy­gody serca”. Ale gdyby Rudolf Habs­burg, Fran­ci­szek Fer­dy­nand, król Anglii Edward VIII lub król Bel­gii Leopold III nie zechcieli pod­po­rząd­ko­wać się odwiecz­nej tra­dy­cji wybie­ra­nia sto­sow­nych mał­żo­nek – musie­liby się mieć na bacz­no­ści! Tak więc na pań­stwo­wym pogrze­bie Fran­ciszka Fer­dy­nanda i jego żony, który odbył się w Wied­niu, zamor­do­wana para podró­żo­wała osob­nymi kara­wa­nami. Pro­ce­sja pań­stwo­wych dygni­ta­rzy postę­po­wała za wspa­nia­łym kara­wa­nem arcy­księ­cia, ude­ko­ro­wa­nym czar­nymi pió­rami i cią­gnię­tym przez kare konie. Kara­wan Zofii, znacz­nie mniej oka­zały, jechał z tyłu. Jej trumnę usta­wiono w kate­drze o jeden sto­pień niżej, niż trumnę męża. Zamiast korony, poło­żono na niej wachlarz zwy­kłej damy dworu. Wie­kowy monar­cha wciąż wsty­dził się żony swo­jego bra­tanka, nawet po jej śmierci.

Fran­ci­szek Józef miał jesz­cze jeden powód, by nie przej­mo­wać się zbyt­nio gwał­tow­nym zej­ściem swo­jego następcy. Poglądy poli­tyczne księ­cia i jego pro­jekty reformy cesar­stwa były dla sta­rego monar­chy rze­czami wyklę­tymi, gdyż sam z każ­dym mija­ją­cym rokiem sta­wał się coraz bar­dziej kon­ser­wa­tywny. W 1867 roku oko­licz­no­ści zmu­siły Fran­ciszka Józefa (prze­grana rok wcze­śniej wojna z Pru­sami) do przy­zna­nia Węgrom nie­mal rów­no­rzęd­nych praw w pań­stwie, które stało się austro-węgier­ską monar­chią duali­styczną. W kolej­nych latach sło­wiań­scy pod­dani Habs­bur­gów zaczęli się doma­gać coraz więk­szych praw, a Fran­ci­szek Fer­dy­nand znany był ze swo­jego przy­chyl­nego sto­sunku do ich żądań do tego stop­nia, iż być może posu­nąłby się tak daleko, by wpro­wa­dzić monar­chię tria­li­styczną. Dla reak­cyj­nego w swych poglą­dach Fran­ciszka Józefa, jak rów­nież dla dum­nych Madzia­rów, zazdro­snych o swe przy­wi­leje, tria­lizm sta­no­wił śmier­telne zagro­że­nie dla monar­chii. Poza gra­ni­cami impe­rium rów­nież zna­la­zły się siły, dla któ­rych idee arcyksię­cia oka­zały się rów­nie nie­bez­pieczne.

Ser­bia, oddzie­lona od Austro-Węgier Duna­jem, była naj­bar­dziej aktyw­nym i agre­syw­nym ze wszyst­kich państw bał­kań­skich. Kraje bał­kań­skie, które przez wieki pozo­sta­wały pod wła­da­niem otto­mań­skiej Tur­cji, i któ­rych wielu oby­wa­teli prze­szło na islam – Ser­bia, Buł­ga­ria, Alba­nia, Rumu­nia i Gre­cja – uzy­skały sta­tus nie­pod­le­głych państw w dzie­więt­na­stym i na początku dwu­dzie­stego wieku. Odzy­skaw­szy nie­za­leż­ność, poświę­cały mnó­stwo ener­gii na próby wza­jem­nej domi­na­cji, sprze­cza­jąc się o pro­blemy nie do roz­wią­za­nia w rejo­nach tak etnicz­nie zróż­ni­co­wa­nych, jak Mace­do­nia i Tra­cja, i robiąc to z bar­ba­rzyń­skim zapa­łem, który był rów­nie nie­zmor­do­wany, co zabój­czy.

Przej­ściowo zjed­no­czone w 1912 roku, pań­stwa bał­kań­skie zdo­łały wyzwo­lić pozo­stałą część Bał­ka­nów spod pano­wa­nia turec­kiego, spy­cha­jąc Tur­ków na przed­mie­ścia Kon­stan­ty­no­pola – ostatni ich bastion na euro­pej­skiej ziemi. Rok póź­niej Ser­bo­wie i Buł­ga­rzy rzu­cili się na sie­bie z dziką zacie­kło­ścią, zde­ter­mi­no­wani, by zawład­nąć Mace­do­nią. Nie­szczę­śni Mace­doń­czycy ponie­śli główne koszty tej walki, gdy tysiące z nich zostało zma­sa­kro­wa­nych, a jesz­cze wię­cej zapę­dzo­nych pod sztan­dary serb­skich i buł­gar­skich najeźdź­ców. Ser­bia zatrium­fo­wała, gdyż miała wspar­cie potęż­nego patrona, który był zde­cy­do­wany na posłu­że­nie się małym, bał­kań­skim pań­stwem do wywal­cze­nia punktu pod­par­cia w swym mar­szu na połu­dnie i zachód – wszech­moc­nego Cesar­stwa Rosyj­skiego.

Poko­nani i upo­ko­rzeni przez Japo­nię w 1905 roku, car­scy impe­ria­li­ści musieli zre­zy­gno­wać ze swych ambi­cji roz­sze­rze­nia wpły­wów na wschód. Bez­pow­rot­nie minęły czasy, gdy wieki temu nie­zwy­cię­żeni Kozacy gnali po kry­sta­licz­nych śnie­gach Sybe­rii, a Wielki Niedź­wiedź zapusz­czał się na Ala­skę i do Kali­forni. Oka­zało się, że ocię­żała rosyj­ska mary­narka wojenna jest nie­efek­tywna i prze­sta­rzała. Po dzi­wacz­nym incy­den­cie na Morzu Pół­noc­nym, kiedy to rosyj­skie okręty ostrze­lały bry­tyj­skie statki rybac­kie, w prze­ko­na­niu, iż są to japoń­skie nisz­czy­ciele, flota car­ska prze­pły­nęła dzie­sięć tysięcy mil tylko po to, by japoń­ska flota admi­rała Togo mogła posłać ją na dno w Cie­śni­nie Cuszim­skiej w maju 1905 roku. Oka­zało się, że japoń­skie armie w Man­dżu­rii są lep­sze, niż rosyj­skie, co w efek­cie ozna­czało dla cara utratę Port Artura i reszty Man­dżu­rii.

Wkrótce potem cesar­scy impe­ria­li­ści zmie­nili stra­te­gię, poszu­ku­jąc spo­so­bów na wyko­rzy­sta­nie obaw i nadziei ich sło­wiań­skich kuzy­nów na Bał­ka­nach, w szcze­gól­no­ści Ser­bów i Buł­ga­rów, któ­rych kraje zapew­niały wygodny dostęp do Adria­tyku i owego stu­let­niego celu rosyj­skich carów – kolo­ro­wych kopuł i murów Kon­stan­ty­no­pola, bramy do cie­płych wód Morza Śród­ziem­nego.

* * *

W 1908 roku impe­ria­li­ści rosyj­scy, wciąż liżący rany po swej klę­sce na Dale­kim Wscho­dzie, oraz ich serb­scy pro­te­go­wani, zostali zmu­szeni do zaak­cep­to­wa­nia, na kon­fe­ren­cji w Lon­dy­nie, austro-węgier­skiej anek­sji Bośni i Her­ce­go­winy, która była tery­to­rium sło­wiań­skim na zachód od Ser­bii, na które Ser­bo­wie od dawna patrzyli z wiel­kim ape­ty­tem. Serb­ska kon­trola nad tymi rejo­nami zapew­ni­łaby ich car­skim panom dostęp do por­tów na wybrzeżu Adria­tyku, jed­nak Rosja­nie czuli się zbyt słabi mili­tar­nie, by pró­bo­wać prze­for­so­wać tę kwe­stię zbroj­nie.

Przy­wo­łane do porządku, lecz nie­zra­żone, impe­ria­li­styczne kręgi na dwo­rze cara Miko­łaja II, „pan­sla­wi­ści”, zin­ten­sy­fi­ko­wały swe dzia­ła­nia. Car Miko­łaj – nie­bez­pieczny, gdyż łatwo pod­da­jący się wpły­wom i wiecz­nie nie­zde­cy­do­wany – dał im wolną rękę. Reżim z Sankt Peters­burga zamie­szał w bał­kań­skim kotle z jesz­cze więk­szym zapa­łem. Wobec rosną­cego napię­cia na linii Ser­bia – Austro-Węgry, rosyj­scy agenci i doradcy wydali roz­kazy oraz dostar­czyli Ser­bom nie­zbędne środki. Rosyj­ski amba­sa­dor w Ser­bii, Miko­łaj Har­twig, nie­dy­skret­nie napo­mknął rumuń­skiemu mini­strowi Fila­liti w dniu 12 listo­pada 1912 roku: „Rosja liczy na to, że Ser­bia, powięk­szona o bał­kań­skie pro­win­cje Austro-Węgier, sta­nie się przed­mu­rzem pan­sla­wi­zmu”.

Har­twig, jako car­ski amba­sa­dor w Bel­gra­dzie, był bez­dy­sku­syj­nym zarządcą mia­sta i czło­wie­kiem, któ­rego fran­cu­ski amba­sa­dor, Descos, okre­ślił, jako „praw­dzi­wego władcę Ser­bii.” Inni nazy­wali Har­twiga po pro­stu „wice­kró­lem”.

W teo­rii głową pań­stwa był król Ser­bii, Piotr I, ale król Piotr, wnuk han­dla­rza świń, zawdzię­czał wynie­sie­nie na tron klice serb­skich spi­skow­ców, któ­rzy zli­kwi­do­wali poprzed­niego króla, Alek­san­dra Obre­no­wi­cza i jego żonę, kró­lową Dragę, doko­nu­jąc w 1903 roku maka­brycz­nego aktu podwój­nego mor­der­stwa. Rodzina króla Pio­tra, Kara­dzior­dzie­wi­cze, przez więk­szą część poprzed­niego wieku pozo­sta­wała w cią­głym kon­flik­cie z ze swymi rywa­lami, Obre­no­wi­czami. Przy jed­nej z oka­zji szef klanu Obre­no­wi­czów zapre­zen­to­wał na dwo­rze suł­tana w Istam­bule sta­ran­nie zaso­loną głowę jed­nego z Kara­dzior­dzie­wi­czów. Pre­mie­rem przy Pio­trze I był Nikola Pašić, czło­wiek prze­bie­gły, acz dający sobą kie­ro­wać, który z dnia na dzień i bez zbęd­nych wyrzu­tów sumie­nia prze­sko­czył ze sta­no­wi­ska pre­miera, przy Alek­san­drze Obre­no­wi­czu, na sto­łek szefa rządu u króla wynie­sio­nego na tron przez zabój­ców. Bał się pod­że­ga­czy, któ­rzy zamor­do­wali rodzinę kró­lew­ską i z ochotą zgo­dził się słu­żyć, jako narzę­dzie potęż­nych i wpły­wo­wych Rosjan.

Prze­słu­cha­nie zabój­ców arcy­księ­cia Fran­ciszka Fer­dy­nanda w Sara­je­wie spo­wo­do­wało, powoli i nie­ubła­ga­nie, pewne impli­ka­cje, gdyż wyja­wiło powią­za­nia wska­zu­jące na naj­wyż­sze kręgi serb­skiego reżimu. Obaj ter­ro­ry­ści począt­kowo byli nie­zbyt roz­mowni – Čabrinović, któ­rzy nie­cel­nie rzu­cił bombę w arcy­księ­cia i ranił dwóch ofi­ce­rów oraz Gaw­riło Prin­cip, który oddał śmier­telne strzały, zaprze­czali, jakoby brali udział w więk­szym spi­sku. Wymknęło im się tylko jedno nazwi­sko. Zapy­tani, kto szko­lił ich w uży­ciu broni strze­lec­kiej, odpo­wie­dzieli: „Ciga­no­vić.” W rze­czy­wi­sto­ści Milan Ciga­no­vić, pra­cow­nik Kolei Serb­skich oraz czło­nek taj­nej orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej „Czarna Ręka”, był oso­bi­stym agen­tem pre­miera Pašića.

Rozdział 2. Europa reaguje

Roz­dział 2 Europa reaguje

Jeśli rząd serb­ski uwa­żałby, iż jest poza wszel­kimi podej­rze­niami, powi­nien bez­zwłocz­nie roz­po­cząć publiczne docho­dze­nie w kwe­stii poważ­nego prze­stęp­stwa, w które uwi­kła­nych było pię­ciu oby­wa­teli jego kraju. Nie­pod­ję­cie śledz­twa, czy nawet powstrzy­ma­nie się przed wyda­niem ofi­cjal­nego oświad­cze­nia, mogło tylko wzmoc­nić rosnące austriac­kie podej­rze­nia co do tego, że w sprawę zamie­szane są ofi­cjalne czyn­niki serb­skie.

W rze­czy­wi­sto­ści kwe­stia spi­sku była znana Pašićowi już na tygo­dnie przed 28 czerwca. Angiel­ski histo­ryk Geo­rge Mal­colm Thom­son napi­sał póź­niej: „Ten wysoki, dobrze wyglą­da­jący męż­czy­zna, któ­rego sza­cowna broda i impo­nu­jąca pre­zen­cja skry­wały jed­nego z naj­bar­dziej szczwa­nych lisów na Bał­ka­nach, wie­dział o pla­no­wa­nym mor­der­stwie pra­wie natych­miast po tym, jak je uknuto. Być może usły­szał o nim przy­pad­kowo, a być może dzięki jakie­muś pod­słu­chi­wa­czowi z jed­nej z kilku w Bel­gra­dzie kafe­jek, gdzie dys­ku­to­wano na tematy poli­tyczne. Bar­dziej praw­do­po­dobne jest, iż jego agent, urzęd­nik kole­jowy, który był także człon­kiem „Czar­nej Ręki”, prze­ka­zał mu tę infor­ma­cję.” (The Twe­lve Days, s. 48).

W ten spo­sób intrygę można było zawczasu uda­rem­nić. W takim przy­padku jed­nak, Pašić z pew­no­ścią ścią­gnąłby na sie­bie zemstę „Czar­nej Ręki”. Ponie­waż stary bro­dacz, wytrawny poli­tyk, cenił swoją skórę, oba­wiał się otwar­cie zgnieść spi­sek. Z dru­giej strony zale­żało mu też na tym, by zabez­pie­czyć się przed moż­li­wymi oskar­że­niami o współ­udział, które mogły paść ze strony Austria­ków. Wpadł na pomysł pod­rzu­ce­nia zawo­alo­wa­nego, del­fic­kiego ostrze­że­nia, które serb­ski amba­sa­dor w Wied­niu prze­ka­zał austriac­kiemu mini­strowi finan­sów, Leonowi Biliń­skiemu, Pola­kowi z Gali­cji, do któ­rego obo­wiąz­ków nale­żało mię­dzy innymi zarzą­dza­nie Bośnią. Biliń­ski, który nie nale­żał do lojal­nych zwo­len­ni­ków cesar­stwa austro-węgier­skiego (zbiegł w cza­sie wojny), albo nie prze­jął się nie­wy­raźną suge­stią serb­skiego amba­sa­dora, iż arcy­książę może mieć nie­for­tunny wypa­dek pod­czas swej wizyty w Bośni, lub też, jeśli został dosta­tecz­nie poin­for­mo­wany, nie zde­cy­do­wał się dzia­łać w opar­ciu o uzy­skane infor­ma­cje. Nie pod­jęto więc środ­ków zapo­bie­gaw­czych; Fran­ci­szek Fer­dy­nand podą­żył w kie­runku swego prze­zna­cze­nia. Poja­wiły się kolejne serb­skie powią­za­nia ze spi­skow­cami jesz­cze przed zabój­stwem: serb­ski następca tronu, Alek­san­der, spo­tkał się w Bel­gra­dzie z jed­nym z mor­der­ców.

Kto zapla­no­wał ope­ra­cję i nią kie­ro­wał? Wino­wajcą był nie kto inny, jak szef wywiadu woj­sko­wego, puł­kow­nik Dra­gu­tin Dmi­trie­vić, doświad­czony ter­ro­ry­sta i główne narzę­dzie w rękach Rosji na Bał­ka­nach. Jede­na­ście lat wcze­śniej, jako młody kapi­tan, Dmi­trie­vić brał udział w zamor­do­wa­niu serb­skiej pary kró­lew­skiej. Póź­niej spi­sko­wać będzie z zamia­rem doko­na­nia zabój­stwa cesa­rza Nie­miec, Wil­helma II, jak rów­nież będzie pla­no­wać zamor­do­wa­nie kró­lów Buł­ga­rii i Gre­cji. Dmi­trie­vić, pozo­sta­jąc na żoł­dzie rosyj­skiego amba­sa­dora, Har­twiga, dodat­kowo peł­nił funk­cję przy­wódcy taj­nej „Czar­nej Ręki”, która wystę­pu­jąc prze­ciwko Austro-Węgrom, wyko­ny­wała krwawą robotę na rzecz Ser­bii i jej rosyj­skich moco­daw­ców.

* * *

Natych­mia­sto­wym następ­stwem ataku były austriac­kie podej­rze­nia, co do roli serb­skiego rządu, ale moż­liwe współ­uczest­nic­two rosyj­skie nie było nawet roz­pa­try­wane. Pod wpły­wem roz­wagi, ale także sła­bo­ści, spę­dzono cenne tygo­dnie na dro­bia­zgo­wym docho­dze­niu w spra­wie zbrodni na tyle, na ile było to moż­liwe w przy­padku prze­stęp­stwa, któ­rego korze­nie znaj­do­wały się po dru­giej stro­nie gra­nicy. Gdyby Austria, prak­tycz­nie pewna udziału Ser­bii, zażą­dała wyja­śnień po kilku dniach, gdy obu­rze­nie Europy spo­wo­do­wane maka­bryczną zbrod­nią wciąż się­gało zenitu, z łatwo­ścią dopro­wa­dzi­łoby to do sytu­acji, w któ­rej mały bał­kań­ski kraj zostałby przy­wo­łany do porządku bez pro­te­stów ze strony wiel­kich mocarstw. W 1801 i 1807 roku Bry­tyj­czycy ostrze­lali Kopen­hagę za sto razy mniej rażące pro­wo­ka­cje. Gdy Hus­sein Dey pac­nął wachla­rzem fran­cu­skiego kon­sula w Algie­rii w 1830 roku, Fran­cja desan­to­wała tam swe oddziały i zaanek­to­wała kraj. Wie­deń był jed­nak sto­licą kraju glę­dzą­cych star­ców i wymu­ska­nych tchó­rzy. Cesarz Fran­ci­szek Józef, który wciąż wzbu­dzał ogromny sza­cu­nek i cie­szył się ogrom­nymi wpły­wami, był starą, wycień­czoną zjawą, nie mającą już kom­pe­ten­cji poli­tycz­nych. Jego mini­ster spraw zagra­nicz­nych, Leopold Anton Zyg­munt Józef Kor­si­nus Fer­dy­nand Graf Berch­told w roli dyplo­maty lub poli­tyka nie czuł się dobrze. Jego gustom bar­dziej odpo­wia­dało życie pośród nie­koń­czą­cych się serii sztuk i kon­cer­tów, na fry­wol­nych salo­nach, wyści­gach kon­nych i w skle­pach z rzad­kimi księ­go­zbio­rami. Nie­czę­sto widy­wany bez swego wyso­kiego jedwab­nego cylin­dra, był wybred­nym ele­gan­tem i zapa­lo­nym miło­śni­kiem grec­kich kla­sy­ków. Prze­ni­kliwy obser­wa­tor napi­sał o nim: „Był z pew­no­ścią oddany kra­jowi, któ­remu słu­żył całą wie­dzą, na jaką było go stać – z fatal­nym skut­kiem”. Hra­bia Berch­told, podob­nie jak jego odpo­wied­nik na czele austro-węgier­skiej armii cesar­skiej, gene­rał Con­rad von Hot­zen­dorff, mili­ta­ry­styczny „poły­kacz ognia”, pozba­wiony cie­nia wyczu­cia w dyplo­ma­cji, stał murem za pomy­słem zło­je­nia skóry Ser­bom. Żaden z nich jed­nak nie był w sta­nie poko­nać austriac­kiej iner­cji. Pierw­szy krok, który Austria był w sta­nie pod­jąć, miał miej­sce pra­wie w tydzień po zama­chu, gdy Fran­ci­szek Józef napi­sał list do cesa­rza Nie­miec, Wil­helma II, z prośbą o kon­sul­ta­cje przed pod­ję­ciem jakich­kol­wiek kro­ków prze­ciwko Ser­bii.

Wil­helm II, inte­li­gentny, lecz neu­ro­tyczny, był osobą kapry­śną. Mając inkli­na­cje do nano­sze­nia zło­śli­wych uwag na przed­kła­da­nych mu doku­men­tach pań­stwo­wych, w rodzaju „Ropu­chy!”, „Kruki!”, „Jezu­ici!”, czę­sto odgry­wał rolę afek­tow­nego aktora w krót­ko­trwa­łych poli­tycz­nych dra­ma­tach, które jed­nak zwy­kle koń­czyły się bez­bo­le­śnie. 28 czerwca ode­brał w Ber­li­nie wie­ści o śmierci Fran­ciszka Fer­dy­nanda z prze­ra­że­niem, gdyż obaj pano­wie pozo­sta­wali w przy­jaźni. Odpi­sał na list Fran­ciszka Józefa, infor­mu­jąc go, iż Niemcy gotowe są wypeł­nić swe obo­wiązki sojusz­ni­cze wobec swego austriac­kiego alianta, gdyby oka­zało się, że Ser­bia wspo­ma­gała lub chro­niła zabój­ców. Jed­nakże inten­cją Wil­helma II nie było pro­wa­dze­nie Nie­miec do wojny na skalę euro­pej­ską, ani też roz­sze­rza­nie kon­fliktu poza gra­nice zachod­nich Bał­ka­nów.

Kaiser, do tej pory czę­sto przed­sta­wiany, jako roz­hi­ste­ry­zo­wany ogr z upo­rem miaż­dżący wszystko na swo­jej dro­dze, był tak daleki od myśli o przy­go­to­wa­niach do wojny, iż w dniu 6 lipca wyru­szył w trzy­ty­go­dniowy rejs swym jach­tem „Hohen­zol­lern” w kie­runku Nor­we­gii. Podob­nie, jak i on, jego mini­stro­wie udali się na waka­cje: von Jagow, mini­ster spraw zagra­nicz­nych, udał się w podróż poślubną; von Moltke, szef sztabu, prze­by­wał w uzdro­wi­sku Kar­lowe Wary, a admi­rał von Tir­pitz wypo­czy­wał w Tarasp, w Szwaj­ca­rii. Także kró­lo­wie Bawa­rii i Sak­so­nii opu­ścili swe sto­lice, uda­jąc się do rezy­den­cji ziem­skich w głębi kraju. Ani Cesarz, ani jego mini­stro­wie nie uru­cho­mili przed wyjaz­dem żad­nych pro­ce­dur alar­mo­wych. Nie pod­jęto kro­ków, mają­cych na celu zgro­ma­dze­nie zapa­sów zboża: w lipcu 1914 roku Niemcy nie zaku­piły nawet jed­nej tony mąki. Nawet przy­wódcy opo­zy­cji opu­ścili Ber­lin.

Pod­czas gdy zarówno Kaiser, jak i jego rząd nie mieli motywu – i jesz­cze mniej chęci – by pogrą­żać Europę w bra­to­bój­czej woj­nie, zupeł­nie inne odczu­cia pano­wały wśród przy­wód­ców fran­cu­skich. Fran­cuzi wciąż bole­śnie odczu­wali nie­miecką anek­sję Alza­cji i czę­ści Lota­ryn­gii z roku 1871. W Paryżu, na Placu Zgody, pomniki upa­mięt­nia­jące Metz i Stras­burg wciąż były prze­wią­zane kirem.

W 1914 roku byłem zale­d­wie ośmio­let­nim chłop­cem, uro­dzo­nym w bel­gij­skich Arde­nach po dru­giej stro­nie fran­cu­skiej gra­nicy. Nawet tam, w dłu­gich, cichych doli­nach odda­lo­nych nie­malże od wszyst­kiego, histo­ria Alza­cji i Lota­ryn­gii roz­pa­lała nasze emo­cje. Widząc jaskółki wra­ca­jące na wio­snę z połu­dnia, śpie­wa­li­śmy: „Oto ptak, który leci z Fran­cji”, dokład­nie tak samo, jak robiły dzieci w Alza­cji na swym pru­skim zesła­niu. Podob­nie jak Fran­cuzi, z żalem myśle­li­śmy o Alza­cji i Lota­ryn­gii i czu­li­śmy urazę do Niem­ców: prze­klęci Pru­sacy będą musieli ją oddać, nawet, jeśli trzeba będzie użyć siły.

Niemcy, aspi­ru­jące do pozy­cji świa­to­wej potęgi eko­no­micz­nej i poli­tycz­nej, ze swą lud­no­ścią rosnącą o sześć­set tysięcy ludzi rocz­nie, nie zaprzą­tały sobie spe­cjal­nie głowy kwe­stią zade­mon­stro­wa­nia swo­jej domi­na­cji Fran­cu­zom. Sam Bismarck ni­gdy nie prze­ja­wiał entu­zja­zmu na myśl o anek­sji, a jego następcy gotowi byli na ustęp­stwa wobec Fran­cji. The­obald von Beth­mann-Hol­l­weg, w 1912 roku kanc­lerz cesar­stwa, pro­po­no­wał w tymże samym roku amba­sa­do­rowi fran­cu­skiemu w Ber­li­nie, Jule­sowi Cam­bon, nego­cja­cje z Fran­cją doty­czące neu­tral­no­ści i peł­nej auto­no­mii Alza­cji i Lota­ryn­gii, ale suge­stia została wynio­śle odrzu­cona. Fran­cja zama­ni­fe­sto­wała swą złą wolę. Niemcy zaś woleli łudzić się nadzieją, iż czas zale­czy rany Fran­cji.

* * *

Ofi­cjalna bry­tyj­ska reak­cja na zbrod­nię w Sara­je­wie była bar­dziej powścią­gliwa. Naj­więk­szym powo­dem do zmar­twień dla przed­sta­wi­cieli esta­bli­sh­mentu bry­tyj­skiego impe­rium była stała roz­bu­dowa nie­miec­kiej mary­narki wojen­nej i floty han­dlo­wej, które Wil­helm II kon­se­kwent­nie wspie­rał – w kon­tra­ście do roz­wagi, jakiej dowiódł póź­niej Hitler, zga­dza­jąc się w 1935 roku na ogra­ni­cze­nie tonażu floty nie­miec­kiej do poziomu 35% Royal Navy. Tak naprawdę, dla angiel­skiej opi­nii publicz­nej, Bel­grad, nie wspo­mi­na­jąc o Sara­je­wie, był czymś nie­zna­nym. Dla lon­dyń­czy­ków Sin­ga­pur, Hong Kong, czy nawet Wyspy Fal­klandz­kie, były miej­scami nie­zbyt odle­głymi od ujścia Tamizy, ale Dunaj był dziką i nie­znaną rzeką na krańcu cywi­li­zo­wa­nego świata (podob­nie, jak dla Nevilla Cham­ber­la­ina Cze­cho­sło­wa­cja w 1938 roku sta­no­wiła „odle­gły kraj, o któ­rym nie­wiele wiemy”).

W Bel­gra­dzie pre­mier Pašić, dowo­dząc nie­ma­łej hipo­kry­zji, zarzą­dził mszę za zmar­łego arcy­księ­cia i jego mał­żonkę. Ze łzami w oczach usil­nie pro­sił Wszech­moc­nego, by przy­jął na swe łono dwoje swych sług, Fran­ciszka Fer­dy­nanda i Zofię. Jego poza wydała się tak cyniczna, iż fran­cu­ski amba­sa­dor w Bel­gra­dzie, Descos, odmó­wił udziału w uro­czy­sto­ści.

Descos od dawna miał podej­rze­nia co do intryg serb­skiego rządu. Obser­wo­wał gwał­towną roz­bu­dowę serb­skiej armii, która rok wcze­śniej podwo­iła swoją liczeb­ność, wchła­nia­jąc dzie­siątki tysięcy mace­doń­skich rekru­tów. Kto zagra­żał temu kra­jowi?

Amba­sa­dor fran­cu­ski dostrze­gał korup­cję w inte­re­sach, dzięki któ­rej miliony fran­ków w zło­cie pły­nęły z Fran­cji do Ser­bii w postaci nisko­opro­cen­to­wa­nych poży­czek po tym, jak drogę uto­ro­wały im serb­skie łapówki, wrę­czane wpły­wo­wym Fran­cu­zom, głów­nie ze świata prasy. Fran­cu­ski sena­tor Hum­bert, wydawca Le Jour­nal, oso­bi­ście ode­brał pro­wi­zję w wyso­ko­ści 15% od war­to­ści dużego kon­traktu na dostawę woj­sko­wego obu­wia, które zaku­pił Bel­grad. Tego typu wyda­tek wyma­gał dra­stycz­nych oszczęd­no­ści w pro­ce­sie pro­duk­cji: skó­rzane obcasy zastą­piono kar­to­no­wymi i w związku z tym tra­giczny odwrót armii serb­skiej w 1915 roku będzie odby­wać się boso. Przy­pa­dek sena­tora Hum­berta nie był odosob­niony. Descos, dosta­tecz­nie już znie­sma­czony tym, co się dzieje, zażą­dał, aby zwol­niono go z ze sta­no­wi­ska amba­sa­dora – pełna hipo­kry­zji msza za zmar­łych była ostat­nią kro­plą, która prze­lała czarę. W tym samym cza­sie jego ustą­pie­nia zażą­dał też Pašić, i Descos opu­ścił Bel­grad, jako czło­wiek bar­dzo poiry­to­wany.

W mię­dzy­cza­sie Austriacy kon­ty­nu­owali swe śledz­two doty­czące zama­chu w Sara­je­wie. Po tym, jak poznano nazwi­sko Ciga­no­vića, austriaccy śled­czy dowie­dzieli się, dzięki uprzej­mo­ści rządu serb­skiego, iż aku­rat ten kon­spi­ra­tor w cudowny spo­sób znik­nął. Można przy­to­czyć tu lako­niczne stwier­dze­nie Pašića: „W dniu 28 czerwca udał się w nie­zna­nym kie­runku”. Nie pojawi się przez ponad rok.

Gniew Austria­ków rósł powoli. Dopiero po trzech tygo­dniach przed obli­czem rządu Pašića poja­wił się austriacki amba­sa­dor w Bel­gra­dzie, Giesl, aby przed­sta­wić żąda­nie Austrii doty­czące powo­ła­nia komi­tetu docho­dze­nio­wego, skła­da­ją­cego się z przed­sta­wi­cieli obu kra­jów. Austriacy sfor­mu­ło­wali swe żąda­nia w surowy spo­sób. Po pierw­sze, posta­wili wymóg, by strona serb­ska w jed­no­znaczny spo­sób potę­piła zabój­stwo; po dru­gie, doma­gali się poważ­nego docho­dze­nia z udzia­łem przed­sta­wi­cieli Austrii. Rzecz jasna, rząd serb­ski opo­no­wał. Jak utrzy­my­wał pre­mier Pašić, nie było to tylko kwe­stią suwe­ren­no­ści Ser­bii. Zwie­rza­jąc się Dra­go­mi­rowi Ste­fa­no­vi­ćowi, swemu sekre­ta­rzowi spraw zagra­nicz­nych (i jed­no­cze­śnie swemu pasier­bowi), powie­dział: „Jeśli zaak­cep­tu­jemy to docho­dze­nie, zła­pią nas na gorą­cym uczynku”.

W obli­czu żądań Austrii, Pašić zro­bił coś, w co trudno uwie­rzyć. Nie tylko zwle­kał i uni­kał odpo­wie­dzi na pyta­nia, ale uciekł. Każdy szcze­gół tej dzi­wacz­nej histo­rii stał się znany. Gdy amba­sa­dor Giesl w dniu 23 lipca poja­wił się w serb­skim Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych, zaopa­trzony w sto­sowne pismo do Pašića, jego sekre­tarz powi­tał go lapi­dar­nym: „Wyje­chał”. Zapy­tany, dokąd, odpo­wie­dział emi­sa­riu­szowi, „W teren”. Zgod­nie z infor­ma­cją urzęd­nika, nie było szans na skon­tak­to­wa­nie się z nim przez tele­fon, więc Austriak nie miał innego wyboru, jak zło­żyć ulti­ma­tum na ręce sekre­tarza.

W tym samym cza­sie Pašić prze­by­wał w Niszu, osiem­dzie­siąt kilo­me­trów na połu­dnie od sto­licy. Powia­do­miony o austriac­kich żąda­niach, Pašić, zamiast wró­cić natych­miast do Bel­gradu, jesz­cze tego samego popo­łu­dnia wsko­czył do pociągu i podą­żył na połu­dnie do Salo­nik, aby, jak to powie­dział kilku towa­rzy­szą­cym mu przy­ja­cio­łom, „inco­gnito spę­dzić tam kilka dni na odpo­czynku”. Georg Mal­colm Thom­son tak okre­ślił zacho­wa­nie pod­stęp­nego poli­tyka: „Zamia­rem Pašića było pozo­sta­wa­nie ‘poza zasię­giem’ w kry­tycz­nym cza­sie, gdy ulti­ma­tum mogło być zaak­cep­to­wane lub odrzu­cone, gdyż oba roz­wią­za­nia były dla niego rów­nie nie­bez­pieczne”.

Jed­nakże w Bel­gra­dzie książę regent, Alek­san­der, ina­czej poj­mo­wał obo­wiązki Pašića. Naka­zał naczel­ni­kowi sta­cji w Niszu, aby tele­gra­ficz­nie prze­ka­zał Pašićowi roz­kaz natych­mia­sto­wego powrotu. Jed­nak Pašić wciąż wyka­zy­wał upór, wsia­da­jąc do pociągu i kon­ty­nu­ując podróż na połu­dnie. Po godzi­nie skład został zatrzy­many i Pašić ponow­nie otrzy­mał pole­ce­nie nie­zwłocz­nego powrotu do Bel­gradu. Po kilku kolej­nych godzi­nach lawi­ro­wa­nia, Pašića opu­ściła deter­mi­na­cja i udał się w stronę sto­licy.

24 lipca o godzi­nie pią­tej rano, po przy­by­ciu na dwo­rzec w Bel­gra­dzie, Pašić, ze szkli­stym spoj­rze­niem i zmierz­wioną brodą, zro­bił coś wiele mówią­cego – zamiast natych­miast zamel­do­wać się u regenta, udał się bez­po­śred­nio do amba­sady rosyj­skiej. Było oczy­wi­ste, kto spra­wuje w Ser­bii praw­dziwą wła­dzę.

* * *

Rosja, wcale nie bar­dziej niż Ser­bia, mogła sobie pozwo­lić na dokładne śledz­two w spra­wie sara­jew­skiego spi­sku. Zna­mienne są słowa, wypo­wie­dziane przez car­skiego mini­stra spraw zagra­nicz­nych, Sazo­nowa, który 24 lipca powie­dział, dowie­dziaw­szy się o for­mal­nych żąda­niach Austrii: „To ozna­cza wojnę w Euro­pie”.

Natych­miast zawtó­ro­wał mu fran­cu­ski amba­sa­dor w Rosji, Mau­rice Pale­olo­gue, który pospie­szył do Sazo­nowa, nio­sąc posła­nie pre­zy­denta Poincaré: „Bądź­cie twar­dzi! Musimy być twar­dzi!”. W dniu 24 lipca książę Alek­san­der wysłał do cara roz­pacz­liwe prze­sła­nie. Rosyj­ska reak­cja miała ujaw­nić, czy Rosja zde­cy­do­wana jest wes­przeć swo­jego serb­skiego wabika, czy też nie. Po kilku godzi­nach nade­szła tele­gra­ficzna odpo­wiedź i Pašić otwo­rzył ją trzę­są­cymi się rękoma. Prze­czy­tał ją szybko, po czym wykrzyk­nął: „Dobry, wielki, miło­sierny car!”.

Mając popar­cie Rosji, Ser­bia nie będzie musiała poku­to­wać za swe występki.

Następ­nego dnia amba­sa­dor Giesl ponow­nie poja­wił się w biu­rze pre­miera, tym razem nie­długo przed godziną szó­stą po połu­dniu. Pašić był obecny i na austriac­kie ulti­ma­tum odpo­wie­dział zde­cy­do­wa­nym „nie”. Odmowa sfor­mu­ło­wana była w wyra­fi­no­wa­nym, dyplo­ma­tycz­nym tonie i zawie­rała nawet pewne ustęp­stwa, jed­nakże Ser­bo­wie nie byli gotowi na wyda­nie Austria­kom zezwo­le­nia na pro­wa­dze­nie docho­dze­nia na tery­to­rium Ser­bii, nawet przy współ­udziale strony serb­skiej. Austriacki amba­sa­dor uprzej­mie zabrał swój melo­nik i wyszedł, aby zdą­żyć na pociąg do Wied­nia, odcho­dzący o godzi­nie osiem­na­stej trzy­dzie­ści. Sto­sunki dyplo­ma­tyczne zostały zerwane. W powie­trzu zapach­niało wojną.

Jak na iro­nię, trzy lata póź­niej, Pašić, celem osią­gnię­cia wła­snych celów poli­tycz­nych, ode­gra poka­zowe docho­dze­nie i pro­ces ofi­ce­rów, któ­rzy zor­ga­ni­zo­wali zamach. Fina­łem roz­prawy sądo­wej będzie egze­ku­cja puł­kow­nika Dmi­trie­vića i jego sie­pa­czy. W owym cza­sie, w roku 1917, Pašić, któ­rego armie zapę­dzono znad Dunaju nad Adria­tyk po zada­niu im strat w zabi­tych w wyso­ko­ści trzy­stu tysięcy ludzi, wpad­nie na pomysł pojed­na­nia się z Austro-Węgrami, na czele któ­rych stać będzie wów­czas cesarz Karol I. Mimo, iż Karol I nie był prze­ciwny ugo­dzie, fina­łem całej sprawy będzie nic innego, jak tylko koniec Dmi­trie­vića i jego kon­fe­de­ra­tów oraz ponure w swym wydźwięku ujaw­nie­nie cyni­zmu serb­skiego przy­wódcy.

Gdyby Dmi­trie­vić przy­znał się do winy w 1914 roku tak, jak zro­bił to w 1917, rząd Pašića bez wąt­pie­nia by upadł i ani Ser­bia, ani Europa nie zamie­ni­łyby się w morze ruin tak, jak to się stało w 1917 roku.

Jak ujaw­nił przed śmier­cią Dmi­trie­vić, praw­dzi­wym dyry­gen­tem całego spi­sku był rosyj­ski attaché woj­skowy, puł­kow­nik Wik­tor Art­ma­now, który na wcze­snym eta­pie przy­go­to­wań powie­dział do Dmi­trie­vića: „Dzia­łaj­cie. Jeśli was zaata­kują, nie będzie­cie sami.” Dmi­trie­vić ujaw­nił w swych zezna­niach, iż Art­ma­now finan­so­wał spi­skow­ców, i że on sam nie uru­cho­mił machiny spi­sko­wej, zanim nie otrzy­mał final­nej zgody Rosjan. Jeśli cho­dzi o Art­ma­nowa, opu­ścił Bel­grad na długo przed 28 czerwca, dniem zama­chu. Tego dnia prze­by­wał w Zuri­chu i kon­ty­nu­ował swą nie­śpieszną podróż po Szwaj­ca­rii i Wło­szech, nie zapo­mi­na­jąc o pro­wa­dze­niu dokład­nego dzien­nika, który mógłby posłu­żyć mu za dowód, pozwa­la­jący na roz­li­cze­nie się z każ­dego dnia.

W Sankt Peters­burgu rząd car­ski w pośpie­chu przy­go­to­wy­wał się do wojny. W dniu 7 lipca 1914 roku, na dwa tygo­dnie przed dostar­cze­niem przez Austrię ulti­ma­tum dla Ser­bii, wydano roz­kazy doty­czące prze­rzu­ce­nia wojsk z Ser­bii do euro­pej­skiej czę­ści Rosji. Do 25 lipca oddziały te były już zakwa­te­ro­wane na tery­to­rium moskiew­skiego okręgu woj­sko­wego.

Gdyby Austria miała szansę prze­słu­cha­nia Dmi­trie­vića tak szybko, jak póź­niej zro­bili to ludzie Pašića, bły­ska­wicz­nie dowie­dzia­łaby się, że zała­twie­nie sprawy Sara­jewa nie zakoń­czy się małą sprzeczką pomię­dzy jej wła­snymi, pokaź­nymi siłami zbroj­nymi i woj­skami małej Ser­bii, lecz, że czeka na nią pię­cio­mi­lio­nowa armia naj­bar­dziej lud­nego pań­stwa Europy, gotowa siłą prze­ciw­sta­wić się impe­rium Habs­bur­gów.

Po śmierci Dmi­trie­vića, (któ­rej bez­sku­tecz­nie pró­bo­wało zapo­biec kilka kra­jów, pod­czas gdy Pašić nie mógł tole­ro­wać stanu, gdy ten wciąż żył i mówił), pamięć o nim zagi­nęła na ćwierć wieku, aż do chwili, gdy została wskrze­szona i doce­niona przez Josipa Broz Tito, innego ter­ro­ry­stę, który skrom­nie mia­no­wał się mar­szał­kiem. Dmi­trie­vić stał się boha­te­rem naro­do­wym i jed­nym z męczen­ni­ków w przy­szłej Jugo­sła­wii. Czło­wiek, który naci­snął spust, Gaw­riło Prin­cip, został podob­nie uho­no­ro­wany i w miej­scu, w któ­rym stał w Sara­je­wie i celo­wał z rewol­weru, znaj­duje się dziś pomnik.

W ten oto spo­sób Austro-Węgry zostały wcią­gnięte w pułapkę, która stała się naj­więk­szą i naj­bar­dziej nisz­czy­ciel­ską wojną, jaką widział do tej pory świat. Następ­nym celem rosyj­skich pro­wo­ka­to­rów będzie zwa­bie­nie w pułapkę Nie­miec. W dniu 31 lipca 1914 roku było to już fait accom­pli.

Rozdział 3. Niemieckie dynamo

Roz­dział 3 Nie­miec­kie dynamo

Prze­ciętny oby­wa­tel Zachodu – Euro­pej­czyk, Ame­ry­ka­nin, czy też, kto tam jesz­cze chce­cie – od dawna przyj­mo­wał za pew­nik, że główną odpo­wie­dzial­ność za I wojnę świa­tową ponosi cesarz Wil­helm II. Prze­cież pod koniec wojny nawet zwy­kle roz­sądny czło­wiek, jakim był bry­tyj­ski pre­mier David Lloyd Geo­rge, widząc zwy­cię­stwo w zasięgu ręki obwie­ścił, iż on i jego sojusz­nicy „Powie­szą Kaisera!” Póź­niej Lloyd Georg obie­cał Izbie Gmin, że cesarz-wino­wajca będzie obwo­żony uli­cami Lon­dynu w żela­znej klatce. Obiet­nica ta pozwo­liła mu zgrab­nie wygrać wybory w lutym 1919 roku.

Cho­ciaż Lloyd Geo­rge i motłoch, do któ­rego prze­ma­wiał, jak rów­nież bry­tyj­scy alianci i rewo­lu­cyjni spad­ko­biercy Wil­helma w Niem­czech zostali odarci ze swych pra­gnień, repu­ta­cja Kaisera została sku­tecz­nie zszar­gana przez ówcze­sną pro­pa­gandę wojenną i na zawsze zawi­sła na szu­bie­nicy histo­rii dzięki pisar­stwu wpły­wo­wych gre­miów histo­ry­ków. Ogłu­pia­jący efekt tej pro­pa­gandy był taki, że, mimo iż masa ludzi do dziś jest prze­ko­nana, że nie­miecki cesarz był wyjąt­ko­wym oka­zem odra­ża­ją­cego ogra, to nawet jedna osoba na tysiąc nie ma poję­cia o dzia­ła­niach Kaisera w tam­tych dniach. Wra­że­nie jest takie, że osiem milio­nów ludzi zgi­nęło w rzeź­niach Flan­drii i Gali­cji wyłącz­nie dzięki Kaise­rowi.

Trak­tat wer­sal­ski, który potwier­dził, iż wyłączną winę za wybuch wojny pono­szą Niemcy, rzecz jasna ni­gdy nie mógłby być narzu­cony, gdyby u jego pod­wa­lin nie leżała teza o nik­czem­no­ści Wil­helma II. Naj­mniej­sza wąt­pli­wość, co do rze­ko­mych wojen­nych kno­wań Wil­helma spra­wi­łaby, że cały oszu­kań­czy doku­ment stra­ciłby swą moc.

* * *

Jaka była rze­czy­wi­sta rola Wil­helma II w roz­pę­ta­niu wojny?

By rzec prawdę, trzeba zauwa­żyć, iż w dniu, kiedy Austro-Węgry wypo­wie­działy wojnę Ser­bii, cesa­rza od wielu dni nie było w Niem­czech. Jako zado­wo­lony urlo­po­wicz wciąż żeglo­wał po Morzu Pół­noc­nym na swym jach­cie „Hohen­zol­lern”. Powia­do­miony o zbrodni w Sara­je­wie, wyra­ził swe prze­ra­że­nie i zapew­nił cesa­rza Fran­ciszka Józefa o swym peł­nym popar­ciu. Nie­mniej jed­nak w owym cza­sie wciąż odbie­rał całe wyda­rze­nie jako lokalny incy­dent, któ­rym Austro-Węgry – za jed­nym zama­chem pozba­wione swego następcy tronu i głów­no­do­wo­dzą­cego armią – mogły być w oczy­wi­sty spo­sób poważ­nie zanie­po­ko­jone. Wciąż nie­świa­dom tego, jakich rze­czy dowie­dzą się Austriacy w cza­sie prze­słu­cha­nia zama­chow­ców, cesarz wyje­chał na początku lipca z kraju, z moc­nym posta­no­wie­niem, by spę­dzić cały mie­siąc na morzu.

Gdyby impul­sywny władca rze­czy­wi­ście pra­gnął wznie­cić wojnę w Euro­pie, z pew­no­ścią zwró­ciłby więk­szą uwagę na dopil­no­wa­nie, by jego plany zostały wcie­lone w życie. Jed­nak pozwo­lił na to, aby jego szef sztabu, von Moltke, kon­ty­nu­ował swój wypo­czy­nek w Kar­lo­wych Warach, a admi­rał Tir­pitz wciąż spę­dzał czas na urlo­pie w Tarasp.

Zresztą, dla­czego Niemcy i ich przy­wódca mie­liby chcieć wojny? Do 1914 roku Niemcy osią­gnęły na kon­ty­nen­cie pry­mat eko­no­miczny bez jed­nego wystrzału. Zauwa­żył to fran­cu­ski histo­ryk Lavisse, który w kwiet­niu 1917 roku na odczy­cie wygło­szo­nym na Sor­bo­nie, odniósł się do okresu 1871–1914 w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „ Ni­gdy jesz­cze w żad­nym kraju histo­ria nie widziała tak zdu­mie­wa­ją­cego wzro­stu pro­duk­cji i ogól­nego dobro­bytu w tak krót­kim cza­sie”.

Od 1870 roku liczba lud­no­ści Nie­miec zwięk­szyła się o pięt­na­ście milio­nów, pod­czas gdy liczba miesz­kań­ców Anglii utrzy­my­wała się na nie­zmien­nym pozio­mie, zaś Fran­cja znaj­do­wała się w okre­sie sta­gna­cji. Niemcy nie musieli już emi­gro­wać, gdyż kolo­salny wzrost eko­no­miczny kraju zapew­niał pracę dla wszyst­kich. W okre­sie mię­dzy 1900 i 1910 rokiem wydo­by­cie węgla nie­malże się podwo­iło. Nie­miecki prze­mysł meta­lur­giczny, che­miczny i wyro­bów pre­cy­zyj­nych nie miały sobie rów­nych na świe­cie. Pro­dukty nie­miec­kie wszę­dzie wzbu­dzały podziw, co w latach 1910–1913 pozwo­liło na podwo­je­nie eks­portu, który w tym ostat­nim roku osią­gnął war­tość dzie­się­ciu miliar­dów marek.

Towary eks­por­to­wano do odle­głych kra­jów – Chin i obu Ame­ryk – nie­miec­kimi stat­kami, gdyż flota han­dlowa wkro­czyła wła­śnie w okres swo­jego naj­więk­szego roz­woju i ban­dera cesar­stwa była obecna na sied­miu morzach.

Nie­miecka eks­pan­sja robiła wra­że­nie, tym bar­dziej że przez kilka dzie­się­cio­leci odby­wała się bez pod­bo­jów mili­tar­nych, co było zauwa­żal­nie poko­jo­wym spo­so­bem roz­sze­rza­nia wpły­wów, szcze­gól­nie w porów­na­niu z krwa­wymi meto­dami takich impe­rial­nych potęg, jak Anglia i Fran­cja, nie wspo­mi­na­jąc o Ame­ryce, która uzy­skała nowe tery­to­ria kosz­tem Mek­syku.

Jakość nie­miec­kich towa­rów, w połą­cze­niu z efek­tyw­no­ścią nie­miec­kich przed­sta­wi­cieli han­dlo­wych, powo­do­wała budzącą obawy zazdrość, szcze­gól­nie wśród moż­nych angiel­skiego impe­ria­li­zmu. Wybitny fran­cu­ski histo­ryk, Pierre Reno­uvin, zauwa­żył: „Od 1900 roku Niemcy były na fali suk­cesu. Dzięki ini­cja­ty­wie swych han­dlow­ców-glob­tro­te­rów, któ­rzy dokła­dają wszel­kich sta­rań, by odgad­nąć potrzeby swych klien­tów i zaspo­koić ich gusta, jak rów­nież dzięki dobrym warun­kom ofe­ro­wa­nym przez eks­por­te­rów swym odbior­com, nie­miecki han­del bie­rze górę nad angiel­skim w Holan­dii, gdzie Rot­ter­dam jest dodat­kiem do Nad­re­nii; w Bel­gii, gdzie część firm w Antwer­pii jest w rękach czter­dzie­stu tysięcy Niem­ców; we Wło­szech, które kupują wyroby nie­mieckiego prze­my­sły che­micz­nego i meta­lur­gicz­nego; w Rosji, gdzie Niemcy mają prze­wagę odle­gło­ści i lep­szej zna­jo­mo­ści kraju, i nawet w Ser­bii. Wąski mar­gi­nes prze­wagi, jaką han­del bry­tyj­ski cie­szy się na ryn­kach Fran­cji, Hisz­pa­nii i Impe­rium Osmań­skiego, bez­u­stan­nie się zmniej­sza. Angiel­ski pro­du­cent i eks­por­ter dener­wuje się, gdyż wszę­dzie natra­fia na nie­miec­kich han­dlow­ców, któ­rzy wygry­zają go z inte­resu. Rywa­li­za­cja eko­no­miczna two­rzy zły kli­mat wśród opi­nii publicz­nej, co nie może nie mieć wpływu na sto­sunki poli­tyczne. (Reno­uvin, La crise euro­pe­enne, s. 142)

Do tego czasu morza przez dwa wieki były nie­malże pry­watną domeną impe­rium bry­tyj­skiego, a świa­towy han­del na prze­strzeni dzie­więt­na­stego wieku był zmo­no­po­li­zo­wany przez Bry­tyj­czy­ków. Zarówno Fran­cja, jak i Hisz­pa­nia zostały solid­nie prze­trze­pane za to, że nie chciały z odpo­wied­nim wdzię­kiem zgo­dzić się na supre­ma­cję Bry­ta­nii. Marze­nia Filipa II, króla Hisz­pa­nii oraz Napo­le­ona, cesa­rza Fran­cji, poszły na dno razem z ich flo­tami, zato­pio­nymi przez Royal Navy.

Wil­helm II, mając śmia­łość zbu­do­wać flotę mogącą obsłu­żyć sie­dem­dzie­siąt pro­cent zamor­skiego han­dlu Nie­miec, wywo­łał gniew aro­ganc­kiego mono­polu, któ­rego nawet Hitler nie miał odwagi anta­go­ni­zo­wać dobre dwa­dzie­ścia lat póź­niej. Kró­lowa Anglii wyra­ziła poglądy esta­bli­sh­mentu, mówiąc: „Wil­helm II bawi się w Char­le­ma­gne”.

W więk­szo­ści przy­pad­ków bry­tyj­scy przy­wódcy z nie­chę­cią myśleli o publicz­nym roz­trzą­sa­niu swych obaw co do eks­pan­sji nie­miec­kiego prze­my­słu i floty. Niemcy ze swo­jej strony żyli nadzieją, iż uda im się uzgod­nić sprawy z Bry­tyj­czy­kami na zasa­dzie pew­nego rodzaju umowy dżen­tel­meń­skiej.

Jed­nak bry­tyj­ska odpo­wiedź nie była zachę­ca­jąca, szcze­gól­nie w kwe­stii roz­sze­rza­nia nie­miec­kich kolo­nii, które mogłyby wchło­nąć część rosną­cej popu­la­cji. Każdy wysi­łek w tym kie­runku był zazdro­śnie tor­pe­do­wany przez Wielką Bry­ta­nię. Mali sąsie­dzi, tacy jak Bel­gia czy Holan­dia, mogli posia­dać wiel­kie zamor­skie impe­ria, sześć­dzie­się­cio­krot­nie lub osiem­dzie­się­cio­krot­nie prze­wyż­sza­jące powierzch­nię metro­po­lii, ale one z dawien dawna uwa­żane były za posłusz­nych sate­li­tów. Niemcy zaś były potęż­nym rywa­lem.

Oczy­wi­sta prawda, iż do sku­tecz­nego kon­ku­ro­wa­nia z rosnącą potęgą nie­miec­kiej eko­no­mii Zjed­no­czone Kró­le­stwo musia­łoby pro­du­ko­wać towary rów­nie dobre i nie­dro­gie, jak te wytwa­rzane w Rze­szy, zupeł­nie umy­kała uwa­dze Bry­tyj­czy­ków. Zamiast pod­jąć wyzwa­nie, czuli się zagro­żeni. Samotni, wynio­śli i opry­skliwi, ruszyli na poszu­ki­wa­nie sprzy­mie­rzeń­ców prze­ciwko nie­miec­kiemu „zagro­żeniu”. W 1904 roku Bry­ta­nia zapo­cząt­ko­wała zbli­że­nie ze swym odwiecz­nym wro­giem, Fran­cją, kiedy to oba kraje zawarły układ, znany pod nazwą Entente Cor­diale, który w rze­czy­wi­sto­ści zawsze pozo­sta­nie swo­istym Mesen­tente Cor­diale. W końcu jed­nak fakt, iż ocię­żały John Bull i zwinna Marianne ruszyli do tańca, ozna­czał punkt zwrotny w histo­rii.

Bry­tyj­ski esta­bli­sh­ment potrze­bo­wać będzie kata­kli­zmu dwóch wojen świa­to­wych w cza­sie jed­nego wieku, by dotarło do niego, iż jego świa­towy mono­pol osta­tecz­nie się skoń­czył, wyparty przez nie­pewne kon­do­mi­nium Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki i Związku Sowiec­kiego.

* * *

Pomi­ja­jąc chy­bioną bry­tyj­ską ofertę por­tu­gal­skiej Angoli w zamian za zanie­cha­nie roz­bu­dowy floty, zło­żoną Niem­com w 1912 roku, Wil­helm II nie dał się odwieść od swych pla­nów i stocz­nie kon­ty­nu­owały prace pełną parą. By­naj­mniej nie zna­czyło to, iż Kaiser dążył do wojny. W rze­czy samej, w 1905 roku, z wła­snej ini­cja­tywy, prze­by­wa­jąc na waka­cjach na pokła­dzie swego jachtu u wybrzeży Danii, zawarł bra­ter­ską umowę z nie­gdy­siej­szym rosyj­skim rywa­lem, carem. Impe­ra­tor Rosji był z natury czło­wie­kiem łagod­nego uspo­so­bie­nia, ocie­ka­ją­cym dobrymi inten­cjami. Ale miał słabą wolę i będąc neu­ro­ty­kiem, był cią­gle oto­czony krę­giem pan­sla­wi­stycz­nych akty­wi­stów, wojow­ni­czych arcy­ksią­żąt, męt­nych sza­rych emi­nen­cji i wsze­la­kiej maści mani­pu­la­to­rów. Pomimo inten­cji Wil­helma, by przy­cią­gnąć Fran­cję do jego ser­decz­nego poro­zu­mie­nia z Rosją, sku­pione wokół cara ele­menty nie­przy­ja­zne nie­miecko-rosyj­skiemu odprę­że­niu, zdo­łały w ciągu czte­rech mie­sięcy stor­pe­do­wać poro­zu­mie­nie. Fran­cu­sko-rosyj­skie anty­nie­miec­kie poro­zu­mie­nie z 1894 roku pozo­stało w mocy i rosyj­scy impe­ria­li­ści spo­zie­rali na Śląsk (austro-węgier­ski) i Gali­cję wzro­kiem bar­dziej łako­mym, niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Fran­cuzi ze swo­jej strony, pod­nie­sieni na duchu per­spek­tywą wspar­cia ze strony potęż­nej armii rosyj­skiej, knuli, aby odzy­skać Alza­cję i Lota­ryn­gię.

Rozdział 4. Ambicja i rewanżyzm

Roz­dział 4 Ambi­cja i rewan­żyzm

Od 1871 ROKU Repu­blika Fran­cu­ska ogar­nięta była obse­sją odzy­ska­nia Alza­cji i Lota­ryn­gii. W tym samym roku, pod­czas obrad Zgro­ma­dze­nia Naro­do­wego w Bor­de­aux, Vik­tor Hugo trą­bił o swym nie­złom­nym odda­niu spra­wie utra­co­nych tery­to­riów. Po nim do chóru lite­rac­kich rewan­ży­stów dołą­czyli Dero­ulede, Bar­ras i Bour­get.

Jak­kol­wiek szla­chetne byłyby fran­cu­skie pro­te­sty, nie brały pod uwagę histo­rii – szcze­gól­nie histo­rii swego wła­snego kraju. W prze­szło­ści Fran­cja była dość zręczna w anek­to­wa­niu tery­to­riów swo­ich sąsia­dów. W końcu, jakim spo­so­bem Nord, Dun­kierka, Lille, Arras i Douai, wszyst­kie mające nie­miec­kiego orła w tar­czy her­bo­wej, zna­la­zły się we Fran­cji? To samo doty­czy Rousil­lon, ory­gi­nal­nie będą­cego czę­ścią Kata­lo­nii, jak rów­nież Bur­gun­dii i Ver­dun, do 1552 roku nie­miec­kiego mia­sta kate­dral­nego. Toul stało się czę­ścią Fran­cji dopiero w 1648 roku, po zawar­ciu Pokoju West­fal­skiego.

A i same Alza­cja i Lota­ryn­gia zostały uzy­skane w nie­zbyt odle­głej prze­szło­ści. Lota­ryn­gia była nie­miecka przez tysiąc­le­cie. Pra­wie czte­ry­sta lat wcze­śniej cesarz Karol V marzył, aby uczy­nić ją wol­nym i nie­zby­wal­nym kra­jem, bufo­rem mię­dzy Fran­cją a Niem­cami. Fran­cuzi mieli jed­nak inne aspi­ra­cje. W roku 1633 zdo­byli Nancy; sto trzy­dzie­ści trzy lata póź­niej pozo­stała część Lota­ryn­gii została zajęta i anek­to­wana. Gdy Niemcy ode­brali pro­win­cję w 1870 roku, nale­żała do Fran­cu­zów led­wie ponad wiek.

Podobna sytu­acja była z Alza­cją. Trak­tat w Ver­dun z roku 843 uczy­nił ją czę­ścią Lota­ryn­gii. Dwa­dzie­ścia sie­dem lat póź­niej trak­tat w Meers­sen przy­znał ją Ludwi­kowi II Nie­miec­kiemu. Od XII do XV wieku była czę­ścią Księ­stwa Szwa­bii i prze­ży­wała roz­kwit gospo­dar­czy. I nie wcze­śniej niż w roku 1679, po tym, jak fran­cu­skie woj­ska dowo­dzone przez mar­szałka Turenne oka­zały się lep­sze niż armia Cesar­stwa Nie­miec­kiego, trak­tat w Nij­me­gen potwier­dził fran­cu­skie zwierzch­nic­two nad Alza­cją. Stras­burg pozo­sta­wał nie­miecki do 1681 roku, a pokaźne mia­sto Miluza opie­rało się Fran­cji do 1798 roku, kiedy to zostało osta­tecz­nie zdo­byte.

Jest w tym jakaś prawda, iż naj­młod­sze dziecko – lub ostat­nia zdo­bycz – kochana jest naj­bar­dziej. Tak wyglą­dała histo­ria z Alza­cją i Lota­ryn­gią. I nie ulega wąt­pli­wo­ści, iż pro­win­cje te ode­gra­łyby zdrow­szą rolę w histo­rii Europy, gdyby dane im było stać się rdze­niem bufo­ro­wego pań­stwa dzie­lą­cego dwóch rywali, zamiast przez tysiąc lat sta­no­wić arenę bojów ich armii.

Niemcy cesa­rza Wil­helma II osta­tecz­nie zorien­to­wały się, że kwe­stia „utra­co­nych pro­win­cji” sta­nowi barierę nie do poko­na­nia na dro­dze do fran­cu­sko-nie­miec­kiego pojed­na­nia i w roku 1911 przy­znały Alza­cji i Lota­ryn­gii auto­no­mię w ramach Rze­szy. Zro­biono to, mimo dowo­dów na rosnącą akcep­ta­cję nie­miec­kiej wła­dzy wśród miej­sco­wej lud­no­ści, w takim wymia­rze, iż histo­ryk fran­cu­ski Reno­uvin zmu­szony był zauwa­żyć: „Oby­wa­tele Alza­cji i Lota­ryn­gii są świa­domi korzy­ści mate­rial­nych, jakie osią­gają dzięki ogól­nemu dobro­by­towi w Niem­czech. Nie muszą ucie­kać się do pro­te­stów, lecz wysy­łają swych repre­zen­tan­tów do Reich­stagu, gdzie ci zasia­dają razem z par­tiami nie­miec­kimi, zarówno kato­lic­kimi, jak i socja­li­stycz­nymi. (Reno­uvin, La crise euro­pe­enne, s.138)

Niemcy pró­bo­wały ugła­skać Fran­cję nie tylko w kwe­stii Alza­cji i Lota­ryn­gii, lecz także w mate­rii kolo­nii, jed­nak rząd fran­cu­ski pozo­stał nie­czuły na te zabiegi. W 1906 roku, rezy­gnu­jąc na rzecz Fran­cji z kon­troli nad Maro­kiem, Niemcy otrzy­mały w zamian wąski skra­wek jało­wego lądu w Afryce Rów­ni­ko­wej. Ponadto, nowi bry­tyj­scy sojusz­nicy Fran­cji wywarli pre­sję na Hisz­pa­nii, by odmó­wiła Niem­com zgody na poło­że­nie pod­mor­skiego kabla tele­gra­ficz­nego przez Wyspy Kana­ryj­skie, który miał zapew­nić łącz­ność tele­fo­niczną z kolo­niami w Afryce Cen­tral­nej.

Nie­zra­żony tym rząd nie­miecki zapro­po­no­wał Fran­cji ści­słą współ­pracę w 1912 roku. Sam pre­zy­dent Fran­cji, Poincaré, przy­zna w 1922 roku w Izbie Depu­to­wa­nych: „Nie ulega wąt­pli­wo­ści, iż przez cały 1912 rok Niemcy czy­niły szczere wysiłki, by sprzy­mie­rzyć się z nami w inte­re­sie zacho­wa­nia pokoju i we wspól­nym inte­re­sie całej Europy”. Dodał następ­nie: „Ale Fran­cja nie była jesz­cze na to gotowa”.

I taka, w końcu, była cała prawda. Bez względu na to, na jak duże ustęp­stwa gotowe były pójść Niemcy, nie mogło dojść do zbli­że­nia, dopóki fran­cu­ska trój­ko­lo­rowa flaga nie będzie powie­wać nad Alza­cją i Lota­ryn­gią. Jeśli inne pań­stwa zacho­wy­wa­łyby się wobec Fran­cji w podobny spo­sób, nie byłoby pojed­na­nia z Hisz­pa­nią, dopóki Fran­cja nie odda­łaby Per­pi­gnan Kata­lo­nii i nie byłoby pojed­na­nia z Bel­gią, zanim Fran­cja nie zwró­ci­łaby regionu Nord bel­gij­sko-fla­mandz­kiej ojczyź­nie. Jed­nak w kwe­stii rekon­kwi­sty swych utra­co­nych nad­gra­nicz­nych pro­win­cji Fran­cja nie kie­ro­wała się ideą pojed­na­nia, lecz wolała pole­gać na sile mili­tar­nej.

Przy­mie­rze Fran­cji z Impe­rium Rosyj­skim z roku 1894 było dziw­nym pak­tem. Paryż i Sankt Peters­burg dzie­liło wię­cej niż tysiąc mil – ogromna odle­głość w cza­sach przed epoką awia­cji. Miesz­kańcy Fran­cji i ludzie żyjący w impe­rium carów nad wyraz się róż­nili. Wcze­śniej jedyne zna­czące kon­takty mię­dzy dwoma naro­dami spro­wa­dzały się do wro­go­ści, kiedy to Napo­leon w 1812 roku popro­wa­dził Wielką Armię do Moskwy i gdy fran­cu­scy Żuawi wspie­rali oddziały bry­tyj­skie pod­czas oku­pa­cji Krymu w 1854 roku.

Na razie jed­nak inte­resy Fran­cji i Rosji, a przy­naj­mniej inte­resy rzą­dzą­cych elit poli­tycz­nych, były zbieżne. Fran­cu­ska repu­blika potrze­bo­wała kilku milio­nów dodat­ko­wych żoł­nie­rzy i Rosja je miała. Rosja potrze­bo­wała miliar­dów fran­ków w zło­cie by finan­so­wać swe pan­sla­wi­styczne i dale­ko­wschod­nie pomy­sły i Fran­cja była gotowa je zapew­nić.

Żadna ze stron nie miała złu­dzeń, co do rze­czy­wi­stych impli­ka­cji takiego układu. Fran­cu­scy poli­tycy nie pałali sym­pa­tią do car­skiej auto­kra­cji, ani też pan­sla­wi­styczni rosyj­scy wielcy ksią­żęta nie mieli żad­nego sza­cunku wobec cze­goś, co nazy­wali fran­cu­ską „tłu­mo­kra­cją”. Mimo to, woj­skowe więzy zacie­śniały się coraz bar­dziej – sztaby gene­ralne ofi­cjal­nie utrzy­my­wały regu­larne kon­takty, urzą­dzano wspólne prze­glądy wojsk, a floty odwie­dzały się wza­jem­nie. Podły układ wkrótce zro­dzi owoce.

Wyda­rze­nia poli­tyczne w kraju spo­tę­go­wały fran­cu­ski kurs ku otwar­tej wro­go­ści wobec Nie­miec. W 1913 roku Ray­mond Poincaré, dotych­czas peł­niący obo­wiązki mini­stra spraw zagra­nicz­nych, został wybrany pre­zy­den­tem Repu­bliki Fran­cu­skiej. Gdy na początku tego roku Poincaré prze­jął Pałac Eli­zej­ski od pre­zy­denta Fal­lie­resa, ten miał powie­dzieć: „Oba­wiam się, że wojna wkra­cza za mną do pałacu”. Geo­rge Mal­colm Tho­mas wyra­ził nastę­pu­jąca opi­nię: „Jest pewne, że Lota­ryń­czyk Poincaré nie czuł odrazy do wojny”.

Fran­cu­ska par­tia rewan­ży­stów miała swych opo­nen­tów, nie­któ­rych o znacz­nych wpły­wach. Joseph Cail­laux, były pre­mier i mini­ster finan­sów, był potęż­nym mężem stanu, któ­rego Poincaré ogrom­nie się oba­wiał jako rywala. Jean Jau­res, pło­mienny socja­li­styczny mówca i pacy­fi­sta, był w sta­nie porwać masy, jak żaden z fran­cu­skich poli­ty­ków. Jed­nak z pre­zy­den­tem Poincaré sto­ją­cym mocno u steru, głosy te oka­zały się bez­silne i nie mogły wpły­nąć na woj­skowe i poli­tyczne machi­na­cje fran­cu­skiego rządu.

Poincaré nie był cie­płym czło­wie­kiem, nie był też elo­kwentny ani skłonny do zgody. Był suchy jak szczapa, z oczami wypcha­nej sowy. W cza­sach mojej mło­do­ści mia­łem oka­zję poznać go oso­bi­ście. Gdy go spo­tka­łem, byłem zdu­miony jego ostrym i nie­przy­jem­nym gło­sem. Wyda­wał się być zim­nym, małym czło­wiecz­kiem z policz­kami wydę­tymi przez wro­dzone roz­draż­nie­nie. Ze sta­lo­wo­sza­rymi boko­bro­dami, przy­po­mi­na­ją­cymi pędzel do gole­nia, spra­wiał wra­że­nie szczwa­nego lisa. Nie ufał innym ludziom, a oni nie ufali jemu. Całe życie mający skłon­no­ści do dzie­le­nia włosa na czworo, wypeł­niał całą swą poli­tyczną i dyplo­ma­tyczną aktyw­ność, swe wystą­pie­nia par­la­men­tarne i nawet swoje wspo­mnie­nia taką ilo­ścią kłamstw, wybie­gów, uni­ków, a momen­tami wręcz bania­luk, że sam ich ogrom był pora­ża­jący.

Wydaje się, że zacho­wy­wał uczci­wość w spra­wach wła­snych finan­sów, co jest rzad­ko­ścią wśród elit poli­tycz­nych i świata prasy, które zwy­kle pła­wią się w moral­nej zgni­liź­nie. Ale jego brudne, poli­tyczne sztuczki były nie­zli­czone! Lepiej byłoby, gdyby wypro­wa­dził z publicz­nej kasy kil­ka­set milio­nów fran­ków, zamiast posy­łać pół­tora miliona Fran­cu­zów na śmierć w krwa­wej łaźni I wojny świa­to­wej.

Poincaré nie mógł otwar­cie dążyć do wojny, cho­ciaż w duchu pra­gnął jej z całych sił. Gdy wojna w końcu nade­szła, powie­dział póź­niej, że była to „nie­spo­dzianka z nieba”. Char­les de Gaulle, który nie miał sobie rów­nych, jeśli cho­dzi o zdol­ność do przej­rze­nia soko­lim okiem pod­świa­do­mo­ści swych roda­ków, napi­sał w La France et son armée: „Patrzył na nad­cho­dząca tra­ge­dię nie bez ukry­tych nadziei”.

Jed­nakże w 1912 roku Poincaré nie był gotów, aby poświę­cić się spra­wie bał­kań­skich przy­gód rosyj­skich pan­sla­wi­stów. Nie mógł pomy­lić Bel­gradu czy Sara­jewa ze Stras­bur­giem. Odpo­wia­dało to Rosja­nom, któ­rzy doło­żyli wiel­kich sta­rań, by ukryć swe intrygi przed ich fran­cu­skim alian­tem.

W marcu 1912 roku, bez wie­dzy Fran­cu­zów, rosyj­ski amba­sa­dor i fak­tyczny peł­no­moc­nik w Bel­gra­dzie, Miko­łaj Har­twig, nakre­ślił tajne punkty układu mię­dzy Ser­bią i Buł­ga­rią, które okre­ślały liczbę buł­gar­skich jed­no­stek woj­sko­wych, jakie miały być posta­wione do dys­po­zy­cji Ser­bii w przy­padku wojny z Austro-Węgrami.

Poincaré był ziry­to­wany skry­to­ścią swego sojusz­nika, szcze­gól­nie po tym, gdy jego amba­sa­dor był w sta­nie wydo­być ze swych rosyj­skich kole­gów wyłącz­nie hipo­kry­zyjne zaprze­cze­nia. Poincaré przez jakiś czas był słabo poin­for­mo­wany o ruchach Rosji na Bał­ka­nach, może jesz­cze gorzej niż ich wspólny, nie­miecki wróg. Był nie­świa­dom kre­ślo­nych przez Rosję pla­nów pro­wi­zo­rycz­nych gra­nic jej bał­kań­skich sojusz­ni­ków przed kon­flik­tami z lat 1912 i 1913. Mimo swych zja­dli­wych zastrze­żeń, gdy dowie­dział się już prawdy, fran­cu­ski pre­zy­dent musiał prze­łknąć iry­tu­jące rosyj­skie wyja­śnie­nia tak, jakby były to poobied­nie mię­tówki.

W 1913 roku, gdy wresz­cie otrzy­mał tekst taj­nego poro­zu­mie­nia mię­dzy Rosją i Buł­ga­rią, mruk­nął do Sier­gieja Sazo­nowa, rosyj­skiego mini­stra spraw zagra­nicz­nych: „Mon­sieur Sazo­now, pozwolę sobie zwró­cić pana uwagę, iż trak­tat jest przy­mie­rzem wojny – nie tylko prze­ciwko Tur­cji, ale i Austrii.” (Poincaré, Les Bal­kans enfeu, s. 113)

Sazo­now odpo­wie­dział trzema sło­wami: „Muszę się zgo­dzić”, ale nie pospie­szył z infor­ma­cjami odno­śnie rosyj­skich pla­nów na Bał­ka­nach.

Nowy pre­zy­dent nie tylko doło­żył wszel­kich sta­rań, by unie­moż­li­wić zawar­cie fran­cu­sko – nie­miec­kiego poro­zu­mie­nia, ale posta­rał się, by zan­ta­go­ni­zo­wać Austro-Węgry, które w jego opi­nii, były zbyt dobrze nasta­wione do Fran­cji. Na przy­kład, Poincaré oso­bi­ście zdo­łał stor­pe­do­wać pożyczkę Banku Fran­cji dla Austro-Węgier, które cie­szyły się nie­za­chwianą finan­sową repu­ta­cją. Fran­cuzi do tej pory udzie­lili poży­czek na sumę czter­dzie­stu pię­ciu miliar­dów fran­ków w zło­cie, z czego jedna trze­cia przy­pa­dła na Rosję i to na bar­dzo szczo­drych warun­kach. Ser­bia rów­nież sko­rzy­stała z czę­ści tej fran­cu­skiej szczo­dro­bli­wo­ści. Bez względu na fakt, iż obję­cie pożyczką Austrii zwięk­szy­łoby znacz­nie fran­cu­skie wpływy u wiel­kiej, środ­ko­wo­eu­ro­pej­skiej potęgi, Poincaré zde­cy­do­wany był obra­zić teu­toń­skiego sojusz­nika znie­na­wi­dzo­nych Nie­miec.

Wycho­dząc z rów­nie gru­biań­skich zało­żeń, Poincaré doło­żył wszel­kich sta­rań, by obra­zić Wil­helma II. Na początku 1914 roku fran­cu­ski mini­ster Ari­stide Briand został uprzej­mie zapro­szony przez Wil­helma II na regaty w Kilo­nii. Poincaré zabro­nił mini­strowi uczest­nic­twa, stwier­dza­jąc, iż „zapro­sze­nie tego rodzaju jest skan­da­liczne i nie­po­ko­jące”.

Fran­cu­scy dyplo­maci w Niem­czech wie­lo­krot­nie infor­mo­wali Paryż o życz­li­wych inten­cjach Nie­miec wobec Fran­cji. Amba­sa­dor Cam­bon prze­ka­zał tele­gra­ficz­nie z Ber­lina infor­ma­cję, którą w zaufa­niu otrzy­mał od barona Bey­ensa, bel­gij­skiego amba­sa­dora w Niem­czech: „Poza wszelką wąt­pli­wo­ścią pozo­staje fakt, iż nie­miecki kanc­lerz za wszelka cenę chce unik­nąć pożaru w Euro­pie”.

Bły­sko­tliwy socja­li­styczny przy­wódca, Mar­cel Sam­bat, pod­kre­ślał zasad­ni­czą ostroż­ność Wil­helma II w swej książce Faitez la paix ou faites un roi: „ Nie­miecki cesarz zno­sił prze­śmiewki czy wręcz zarzuty o tchó­rzo­stwo przez dwa­dzie­ścia pięć lat.”

W miarę jak Rosja nasi­lała swe intrygi na Bał­ka­nach, Fran­cja sta­wała się coraz lepiej poin­for­mo­wana. Ser­bia inten­sy­fi­ko­wała przy­go­to­wa­nia prze­ciwko Austrii. Zaszy­fro­wany mel­du­nek, dato­wany na 28 marca 1914 roku, który swemu rzą­dowi prze­słał fran­cu­ski attaché woj­skowy w Sofii, dono­sił o uwa­gach, wygło­szo­nych poprzed­niego dnia przez króla Buł­ga­rii, Fer­dy­nanda, do swych dowód­ców woj­skowych: „Nie prze­szka­dzajmy Ser­bii. Ser­bo­wie sądzą, że są już na tyle silni, by poko­nać Austrię. Nie minie sześć mie­sięcy, a zaata­kują ją wspól­nie z Rosją”.

Na trzy mie­siące przez Sara­je­wem fran­cu­ski rząd jaw­nie nie przej­mo­wał się wizją wybu­chu wojny mię­dzy Austrią i Ser­bią. Zamiast raczej poszu­ki­wać dróg media­cji, Fran­cja pil­nie dostar­czała Ser­bii środ­ków finan­so­wych, by ta mogła wzmac­niać swój arse­nał i zapasy mate­ria­łów wojen­nych. Duża fran­cu­ska pożyczka z wrze­śnia 1913 roku była do tego bodź­cem. Fran­cu­skie pie­nią­dze nie tylko uzbro­iły Ser­bów, ale uczy­niły boga­tymi ich przy­wód­ców.

Jako przy­kład korup­cji, zro­dzo­nej przez fran­cu­sko-serb­sko-rosyj­skie powią­za­nia, można uznać sprawę kara­bi­nów Mau­sera. 29 listo­pada 1913 roku sekre­tarz gene­ralny mini­stra spraw zagra­nicz­nych, Dra­go­mir Ste­fa­no­vić, nakre­ślił poniż­sze słowa w liście do fran­cu­skiego magnata finan­so­wego i pra­so­wego (Le Temps), Edgara Roelsa:

„Pano­wie,

Kwe­stia kara­bi­nów jest pilna. Pro­szę, byście trak­to­wali ją, jako sprawę naj­wyż­szej wagi. Pro­szę o poda­nie mi naj­wcze­śniej­szej daty, do któ­rej fabryka może upo­rać się z zamó­wie­niem. Cena kara­binu może wyno­sić nawet 80 fran­ków za sztukę (pro­wi­zje muszą być wli­czone w cenę).

Jak już infor­mo­wa­łem, mówimy tu wyłącz­nie o kara­bi­nie Mau­sera o kali­brze 7 mm, model 1910. Ponie­waż Mau­ser jest czę­ścią kar­telu z austriacką firmą Steyr Works, mamy obawy przed skła­da­niem zamó­wie­nia bez­po­śred­nio Mau­serowi, ponie­waż osta­tecz­nie broń pro­du­ko­wana będzie przez firmę Steyr i jej odbiór będzie nie­moż­liwy w momen­cie, gdy skom­pli­kuje się sytu­acja poli­tyczna. Zda­rzyło się tak już poprzed­nim razem, w 1908 roku. Dostawy, o któ­rych mowa, muszą być opła­cone wyłącz­nie z pożyczki, zacią­gnię­tej we Fran­cji. W żad­nym razie Mau­ser nie może być o niczym infor­mo­wany.”

Kara­biny Mau­sera, zaku­pione przez Fran­cję, dotarły do Ser­bii w lutym i w marcu 1914 roku. Nastę­pu­jący serb­scy dygni­ta­rze otrzy­mali pro­wi­zje za swe wysiłki: pre­mier Pašić 4,5 do 5 pro­cent (w zależ­no­ści od wiel­ko­ści zamó­wie­nia), mar­sza­łek Put­nik 3 pro­cent, mar­sza­łek dworu i mar­sza­łek skarbu po 1 pro­cen­cie, a serb­ski gene­ra­lis­si­mus wycią­gnął 2 pro­cent.

Poziom nie­uczci­wo­ści osią­gnął takie wyżyny zło­dziej­stwa, że powo­jenna jugo­sło­wiań­ska Socja­li­styczna Par­tia Demo­kra­tyczna będzie w sta­nie oskar­żyć Nikolę Pašića o oso­bi­ste przy­własz­cze­nie miliona fran­ków w zło­cie, prze­ka­za­nego Ser­bii przez Rosję. Socja­li­ści oskarżą także byłego amba­sa­dora Ser­bii w Paryżu, M.R. Vesnića, o ucieczkę z kolej­nym milio­nem fran­ków w zło­cie, które prze­zna­czone były na opiekę nad ran­nymi serb­skimi żoł­nie­rzami.

Rosja także przy­stą­piła do pracy, pole­ga­ją­cej na wcią­gnię­ciu w sidła swej anty­au­striac­kiej agi­ta­cji istot­nego sojusz­nika Austro-Węgier, zwią­za­nego z nią pak­tem jesz­cze z 1883 roku – Rumu­nii.

Wielki książę Miko­łaj, wuj cara, jeden z naj­bar­dziej zacie­kłych pan­sla­wi­stycz­nych pod­że­ga­czy wojen­nych, przy­był do Buka­resztu, by sko­rum­po­wać zarówno rząd rumuń­ski, jak i rodzinę kró­lew­ską. Momen­tal­nie osią­gnął suk­ces z rumuń­skim pre­mie­rem, Take Ione­scu. Dra­go­mir Ste­fa­no­vić ujaw­niał póź­niej w swych Wspo­mnie­niach i doku­men­tach serb­skiego dyplo­maty: „W grud­niu 1912 roku Take Ione­scu dwu­krot­nie spo­tkał się z wiel­kim księ­ciem Miko­ła­jem w obec­no­ści naszego chargé d’affa­ires przy posel­stwie rosyj­skim. To wła­śnie przy oka­zji dru­giego z tych spo­tkań usta­lono osta­teczną kwotę, jaką otrzyma rumuń­ski mąż stanu, jako cenę za pomoc, którą obie­cał przy pro­mo­wa­niu rosyj­skiej pro­pa­gandy anty­au­striac­kiej. Kwota wyno­sić miała pięć tysięcy fran­ków w zło­cie mie­sięcz­nie”.

Take Ione­scu gwa­ran­to­wał wiel­kiemu księ­ciu Miko­ła­jowi, iż w razie kon­fliktu austriacko-rosyj­skiego, wraz ze swymi przy­ja­ciółmi, przy wspar­ciu głów­nych oso­bi­sto­ści woj­sko­wych, a w szcze­gól­no­ści gene­ra­łów Fili­pe­scu i Ave­re­scu, unie­moż­liwi kró­lowi Karo­lowi i jego pro­nie­miec­kim mini­strom wypeł­nie­nie zobo­wią­zań, wyni­ka­ją­cych z soju­szu, łączą­cego od 1883 roku rządy Rumu­nii i Austrii.

Mar­chi­lo­man, poprzed­nik Ione­scu na sta­no­wi­sku pre­miera, zdo­łał uzy­skać i opu­bli­ko­wać foto­gra­fie pokwi­to­wań Ione­scu. Ujaw­niono także, iż Ione­scu był doto­wany przez tajny fun­dusz z Włoch. On sam zaś, spon­so­ro­wał fran­cu­ską gazetę codzienną Le Temps i jej przed­sta­wi­ciel­stwo na Bał­ka­nach – pie­nią­dze te, rzecz jasna, pocho­dziły od Rosjan, któ­rzy z kolei otrzy­my­wali je w for­mie ogrom­nych poży­czek z Fran­cji.

Ste­fa­no­vić zano­to­wał w swych wspo­mnie­niach: „Jeśli cho­dzi o nas [serb­skie Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych], od stycz­nia 1913 roku byli­śmy pewni, że gdy nadej­dzie decy­du­jący moment, Rumu­nia poma­sze­ruje z nami prze­ciwko Austro-Węgrom”.

Niemcy szybko zro­zu­mieli, na czym polega rosyj­ska aktyw­ność w Rumu­nii. W stycz­niu 1913 roku nie­miecki amba­sa­dor w Buka­resz­cie tele­gra­fo­wał do Ber­lina: „Liczba szpie­gów i taj­nych agen­tów, któ­rych Rosja od mie­sięcy utrzy­muje w Rumu­nii staje się roz­rzutna. Wszy­scy kon­cen­trują swoje wysiłki na pod­że­ga­niu kraju prze­ciwko Austrii. Zapy­tuję sam sie­bie, do czego w efek­cie dążą”.

Ze swo­jej strony, nie­miecki amba­sa­dor w Ate­nach, hra­bia Kuadt, tele­gra­fo­wał w dniu 1 marca 1913 roku: „Rosyj­ska pro­pa­ganda prze­są­czą się do naj­niż­szych warstw spo­łe­czeń­stwa Rumu­nii”.Amba­sa­dor nie­miecki w Austro-Węgrzech, von Tschir­schky, stwier­dził, że Rosja­nie zgro­ma­dzili fun­dusz łapów­kowy w wyso­ko­ści milio­nów rubli, prze­zna­czony na prze­ku­py­wa­nie Rumu­nów, w czym dziel­nie sekun­do­wali im Fran­cuzi w oso­bie fran­cu­skiego amba­sa­dora w Buka­resz­cie, Blon­dela. Na jego zapro­sze­nie, w celu sze­rze­nia pro­pa­gandy wymie­rzo­nej w Austro-Węgry, do Rumu­nii pły­nął nie­prze­rwany stru­mień fran­cu­skich poli­ty­ków i dzien­ni­ka­rzy, wśród któ­rych był także André Tar­dieu z Le Temps.

We Fran­cji Tar­dieu był bli­skim powier­ni­kiem amba­sa­dora Rosji, Alek­san­dra Izwol­skiego, który w 1912 roku pisał do swego mini­stra spraw zagra­nicz­nych, Sazo­nowa: „Udzie­lam wywia­dów panu Tar­dieu co drugi dzień”. Tar­dieu był śli­skim i pozba­wio­nym skru­pu­łów gra­czem, spi­sku­ją­cym z nie­miec­kim dyplo­matą w Paryżu odno­śnie stwo­rze­nia nie­le­gal­nego kon­sor­cjum gumo­wego w Kongo, co, poprzez pod­sta­wio­nych ludzi, przy­nio­słoby mu milio­nowe zyski. Pomy­słowi zmowy poło­żył w końcu kres straż­nik finan­sowy fran­cu­skiego Zgro­ma­dze­nia Naro­do­wego, Joseph Cail­laux.

Na sześć mie­sięcy przed Sara­je­wem, Tar­dieu otrzy­mał zie­lone świa­tło do zaofe­ro­wa­nia Rumu­nom Tran­syl­wa­nii, czę­ści Austro-Węgier, w zamian za ich współ­pracę. W pro­wo­ka­cyjny spo­sób Tar­dieu wygło­sił w Buka­resz­cie publiczny odczyt zaty­tu­ło­wany „Tran­syl­wa­nia jest Alza­cją i Lota­ryn­gią Rumu­nii”.

W dniu 24 czerwca, na cztery dni przed zamor­do­wa­niem arcy­księ­cia i jego żony, Take Ione­scu tele­gra­fo­wał do Tar­dieu, uży­wa­jąc zako­do­wa­nych sfor­mu­ło­wań: „Zgoda w ogól­nym zary­sie, wszyst­kie punkty zado­wa­la­jące, wspólne inte­resy usta­lone wczo­raj po roz­mo­wie z Sazo­no­wem, Bra­tianu. Zasada uzna­nia naszych rosz­czeń do Tran­syl­wa­nii, Buko­winy, Banatu. STOP. Obec­nie nie­od­po­wied­nie wszel­kie komen­ta­rze, list w dro­dze kurie­rem dyplo­ma­tycz­nym”.

Tego samego dnia Rosja potwier­dziła fran­cu­skie gwa­ran­cje dla Rumu­nii.

Póź­niej Geo­r­ges Cle­men­ceau oświad­czy: „Ze wszyst­kich świń na tej woj­nie Rumuni byli naj­bar­dziej świń­scy”. Być może z tym stwier­dze­niem można by dys­ku­to­wać: świństw było wtedy pełno dookoła, szcze­gól­nie na Bał­ka­nach.

Rozdział 5. Poincaré i Caillaux

Roz­dział 5 Poincaré i Cail­laux

Nie­za­leż­nie od deter­mi­na­cji, z jaką fran­cu­scy poli­tycy parli do wojny, wciąż nale­żało jesz­cze spra­wić, by masy Fran­cu­zów rzu­ciły się w kie­runku oko­pów. W tym momen­cie poli­tycy w rodzaju Poincaré uznali tajną pomoc rosyj­ską za bez­cenną.

Była to dzi­waczna, lecz wza­jem­nie korzystna umowa. Rosja­nie doto­wali fran­cu­skie gazety, które lob­bo­wały na rzecz finan­so­wego i woj­sko­wego wspar­cia dla Rosji, co spra­wiało, iż Rosja mogła prze­zna­czać jesz­cze więk­sze środki finan­sowe na łapówki. Pod­że­ga­cze wojenni fran­cu­skiej poli­tyki zbie­rali owoce pracy prasy, bez­u­stan­nie biją­cej w bęben wro­go­ści do Państw Cen­tral­nych – Nie­miec i Austrii. Zna­le­zie­nie na tyle prze­kup­nych dzien­ni­ka­rzy, by nagłówki i wstęp­niaki były kre­ślone ręką obcych sił, nie nale­żało do naj­trud­niej­szych zadań. W rze­czy­wi­sto­ści więk­szym pro­ble­mem dla Rosjan było wybra­nie tych naj­bar­dziej uży­tecz­nych spo­śród tłumu chęt­nych, któ­rzy prze­py­chali się do przodu w nadziei na łapówkę.

Artur Raf­fa­ło­wicz, przed­sta­wi­ciel rosyj­skiego mini­ster­stwa finan­sów w Paryżu, rapor­to­wał pre­mie­rowi, hra­biemu Witte: „ Ponie­waż nie można kupić wszyst­kich, trzeba będzie doko­ny­wać selek­cji”. Dodał też: „Codzien­nie można się nauczyć pogardy dla kogoś nowego.”

Od samego początku 1912 roku rosyj­scy spe­cja­li­ści od prze­kup­stwa wyło­żyli setki tysięcy fran­ków w zło­cie. Wciąż rosnące tempo sub­wen­cji wywin­do­wało ich poziom do kwoty trzy­stu pięć­dzie­się­ciu tysięcy fran­ków w zło­cie mie­sięcz­nie. Ogólne wydatki na łapówki osią­gnęły w końcu dzie­siątki milio­nów.

Po prze­ję­ciu wła­dzy przez bol­sze­wi­ków w 1917 roku, opu­bli­ko­wali oni tajne doku­menty uka­zu­jące zasięg tych machi­na­cji, a wśród nich tele­gram Raf­fa­ło­wi­cza z 26 lutego 1913 roku, tym razem adre­so­wany do amba­sa­dora Izwol­skiego: „Pie­nią­dze te dostar­czy pan pouf­nie, bez­po­śred­nio z rąk do rąk, jako wyna­gro­dze­nie za współ­pracę uzgod­nioną z Le Temps, L’Eclair i Echo de Paris”.

Jeden z pra­cow­ni­ków Poincaré napi­sał o wydaw­nic­twach, pozo­sta­ją­cych na liście płac pan­sla­wi­stów: „Wstrętna lista, na któ­rej, złą­czone tą samą dzia­łal­no­ścią i tym samym wsty­dem, kotłują się Le Figaro Gastona Cal­mette, Radi­cal, Jour­nal des Débats, Henri Let­te­ier i jego Jour­nal, La République Fran­ca­ise, Le Matin, L’Echo de Paris i L’Eclair i wresz­cie, domi­nu­jący nad całą resztą, redak­tor działu poli­tyki zagra­nicz­nej Le Temps, przy­szły nego­cja­tor pokoju i pre­mier, André Tar­dieu, któ­rego dopiero co widzie­li­śmy przy pracy w Rumu­nii. Był ozdob­nym piór­kiem przy rosyj­skim kape­lu­szu. Kilka lat wcze­śniej jego gazeta w dużym stop­niu sym­pa­ty­zo­wała z Austro-Węgrami.”; w liście do Sankt Peters­burga, dato­wa­nym 16 lutego 191 roku, Izwol­ski napi­sał: „Gazeta Le Temps pana Tar­dieu korzy­sta z każ­dej spo­sob­no­ści by uka­zać dobre fran­cu­sko-rosyj­skie sto­sunki w złym świe­tle”.

Rok póź­niej, amba­sa­dor mógł już napi­sać: „Pan Tar­dieu nie traci ani chwili, by oddać swe pióro na me usługi”.

Serb­ski rząd nie ocią­gał się i dołą­czył do prze­kup­nej gry, wie­dziony przy­kła­dem swych rosyj­skich patro­nów. Jak ujaw­nił Dra­go­mir Ste­fa­no­vić, na dwa lata przed Sara­je­wem Ser­bo­wie prze­ka­zali czo­ło­wym tytu­łom pra­so­wym Fran­cji łączną sumę pół­tora miliona fran­ków w zło­cie – „nie­wiel­kie napiwki”, by użyć słów pre­miera Pašića. Serb­skie pie­nią­dze opła­ciły powsta­nie wpły­wo­wej, bał­kań­skiej redak­cji Le Temps, pro­wa­dzo­nej przez wszech­obec­nego Tar­dieu, która dostar­czała fran­cu­skim gaze­tom dobre dzie­więć­dzie­siąt pro­cent ich mate­riału z Bał­ka­nów. Rosyj­ski amba­sa­dor w Ser­bii, Har­twig, odgry­wał istotną rolę w ich kształ­to­wa­niu, a sama redak­cja posłu­gi­wała się wła­snym kodem, któ­rego nie był w sta­nie odcy­fro­wać nawet fran­cu­ski rząd.

Wobec zalewu infor­ma­cji ze strony opła­ca­nej prasy, fran­cu­ska opi­nia publiczna nie mogła długo pozo­sta­wać neu­tralna. Jeden z kole­gów Cle­men­ceau napi­sze póź­niej: „Naj­bar­dziej bez­czelna mowa-trawa i naj­bar­dziej bez­wstydne kłam­stwa, po tym jak zostały opu­bli­ko­wane i sko­men­to­wane przez Le Temps, Echo de Paris i Jour­nal des Débats – które w owym cza­sie były uwa­żane przez nasze klasy rzą­dzące za dobrze poin­for­mo­wane i opi­nio­twór­cze organy pra­sowe, godne cał­ko­wi­tego zaufa­nia – były prze­dru­ko­wy­wane przez wszyst­kie pro­win­cjo­nalne gazety. Miliony ludzi, pocho­dzą­cych zarówno z niż­szych, jak i z wyż­szych warstw klasy śred­niej, eme­ryci, robot­nicy i chłopi, przez dwa­dzie­ścia lat patrzyli, jak ich oszczęd­no­ści wędrują w for­mie poży­czek do Rosji, «przy­ja­ciółki i sojusz­niczki», pod­czas gdy oni cze­kali, by móc poświę­cić dla niej swoje życie”.

Poincaré nie uczy­nił nic, by prze­szko­dzić rosyj­skim pla­nom opła­ca­nia wol­nej prasy we Fran­cji. Gdy w 1912 roku odwie­dził go Izwol­ski z zary­sem swego planu sko­rum­po­wa­nia fran­cu­skiej prasy, był w sta­nie szybko prze­zwy­cię­żyć jego obawy. Agent Izwol­skiego, nie­jaki Davi­doff, utrzy­mu­jący kon­takty z Poincaré, pew­nego dnia usły­szał jak ten mruk­nął świę­tosz­ko­wa­tym tonem: „W miarę moż­li­wo­ści trzeba będzie roz­dzie­lać [pie­nią­dze] na nie­wiel­kie sumy, i prze­ka­zy­wać je z wielką roz­wagą i dys­kre­cją”. Poincaré zada­wał się też z cie­szą­cym się jesz­cze gor­szą sławą typem, nazwi­skiem Lenoir, do któ­rego obo­wiąz­ków nale­żało oso­bi­ste wrę­cza­nie wypcha­nych kopert sze­fom mediów.

Poincaré wyja­śniał póź­niej, raczej obłud­nie, iż być może spo­tkał Leno­ira jeden, jedyny raz, ale w żad­nym razie „nie miał oka­zji z nim roz­ma­wiać.” Jed­nakże fakt, iż jego żydow­ski mini­ster finan­sów, Klotz, bar­dziej ubru­dził sobie ręce w tym pro­ce­de­rze, nie­spe­cjal­nie oczysz­cza Poincaré. Klotz, który na pew­nym eta­pie wręcz zażą­dał, aby Rosja­nie prze­ka­zy­wali łapówki z wyprze­dze­niem, „ponie­waż gabi­net fran­cu­ski znaj­duje się w ogól­nie trud­nej sytu­acji”, zakoń­czy po woj­nie swą karierę w skan­da­liczny spo­sób – w sądzie kar­nym.

Pomimo rosną­cej spo­łecz­nej sym­pa­tii do Rosji i Ser­bii, fran­cu­skie masy wciąż nie miały ochoty na wojnę. Poli­tykę Poincaré uwa­żano za zbyt mili­ta­ry­styczną, szcze­gól­nie, kiedy to w 1914 roku fran­cu­ski pre­zy­dent zapra­gnął prze­dłu­że­nia okresu służby woj­sko­wej z dwóch do trzech lat. Pomimo wzmo­żo­nej kam­pa­nii pra­so­wej, napę­dza­nej przez rosyj­skie pie­nią­dze („Klotz”, jak dono­sił Raf­fa­ło­wicz do Sankt Peters­burga, „żąda dru­giej tran­szy: trzeba wiel­kiej kam­pa­nii, aby prze­pchnąć trzy lata [prze­pis]”), pro­jekt został odrzu­cony w gło­so­wa­niu. W naj­bar­dziej wpły­wo­wych fran­cu­skich krę­gach naj­sil­niej­sza opo­zy­cja wobec woj­sko­wych pla­nów Poincaré sper­so­ni­fi­ko­wana była w oso­bie Jose­pha Cail­laux.

Cail­laux, który zmarł w 1944 roku, jest dziś posta­cią w więk­szo­ści zapo­mnianą, ale nie­wy­klu­czone, że być może był naj­bar­dziej inte­li­gent­nym i kom­pe­tent­nym poli­ty­kiem fran­cu­skim owego czasu. Char­les De Gaulle uwa­żał go za pierw­szego euro­pej­skiego męża stanu, który rozu­miał istotną rolę eko­no­mii w życiu publicz­nym. Podob­nie jak jego prze­ciw­nik Poincaré, Cail­laux był twardy, wład­czy i auto­ry­tarny. Byli uro­dzo­nymi wro­gami, któ­rych prze­zna­cze­niem było ście­ra­nie się ze sobą w cza­sie swych karier. Cail­laux, w prze­ci­wień­stwie do wielu Fran­cu­zów, nie był twar­do­gło­wym niem­co­żercą. Sza­no­wał nie­miecką potęgę woj­skową i uwa­żał, że kolos zza Renu mógłby dać jego wła­snemu kra­jowi kilka istot­nych lek­cji z zakresu pracy, porządku i uno­wo­cze­śnia­nia prze­my­słu. Cail­laux wie­rzył, że oba kraje powinny się raczej uzu­peł­niać, niż pro­wa­dzić rywa­li­za­cję, zaognioną róż­ni­cami w tem­pe­ra­men­cie i psy­cho­lo­gii. Każda ze stron miała wiele do zaofe­ro­wa­nia i obie mogły osią­gnąć stan nie­zwy­kłej sym­biozy. Zbyt późno wielu Niem­ców i Fran­cu­zów doszło do wnio­sku, że Cail­laux miał rację. O ileż lepiej byłoby, gdyby Fran­cuzi wyja­śnili dzie­lące ich róż­nice z Niem­cami kali­bru von Bismarcka, czy nawet von Bülowa, niż żeby Ade­nauer, kanc­lerz okro­jo­nych Nie­miec i Char­les De Gaulle, pre­zy­dent Fran­cji, musieli zjeź­dzić pół świata, by zako­py­wać topór wojenny po osiem­dzie­się­ciu latach kata­stro­fal­nej nie­na­wi­ści. W 1914 roku wyda­wało się, że Cail­laux miał duże szanse na wygra­nie wybo­rów i obję­cie sta­no­wi­ska Pre­zesa Rady Mini­strów, co zmu­si­łoby Poincaré, pre­zy­denta Repu­bliki Fran­cu­skiej, do powie­rze­nia znacz­nej czę­ści rzą­dów wła­śnie jemu. Ale cóż wyszłoby wtedy z pło­mien­nych pla­nów Poincaré na odzy­ska­nie Alza­cji i Lota­ryn­gii?

Pozy­cję Poincaré w walce z Cail­laux wzmac­niał fakt, iż wielu Fran­cu­zów było rów­nie nie­prze­jed­na­nych w kwe­stii „utra­co­nych” pro­win­cji jak on sam i nie zno­siło Cail­laux za jego roz­są­dek w tej spra­wie. W głębi ducha Fran­cuzi są bar­dzo szo­wi­ni­styczni. W ich mnie­ma­niu Bel­go­wie to „mali Bel­go­wie”, któ­rzy poro­zu­mie­wają się dziw­nym beł­ko­tem. Hisz­pa­nie to „na wpół Afry­ka­nie”, Anglicy zaś to uro­dzeni hipo­kryci, a Ame­ry­ka­nie są nie­wiele lepsi, niż na wpół dzi­kie bestie. Świat zewnętrzny nie wzbu­dza wiel­kiego zain­te­re­so­wa­nia Fran­cu­zów i nie mają potrzeby, by o nim coś wie­dzieć. Char­les Maur­ras, naj­bar­dziej fran­cu­ski z fran­cu­skich inte­lek­tu­ali­stów, w wieku lat czter­dzie­stu ni­gdy nie odwie­dził fran­cu­sko­ję­zycz­nej czę­ści Bel­gii, poza jedy­nym przy­pad­kiem, gdy prze­jeż­dżał tam­tędy w ramach kil­ku­go­dzin­nej wycieczki. Pierre Laval, który jede­na­sto­krot­nie zaj­mo­wał sta­no­wi­ska mini­ste­rialne, przy­znał w roz­mo­wie ze mną, że prze­jeż­dżał przez Bel­gię tylko raz, jadąc nocą przez Liège w wago­nie sypial­nym. Żeby nie było wąt­pli­wo­ści, Fran­cuzi zoba­czyli szmat Europy pod­czas dzie­się­ciu wie­ków pod­bo­jów: Bruk­selę, Rzym, Madryt, Wie­deń, Ber­lin, Moskwę i dwu­dzie­stu róż­nych najaz­dów na Niemcy. Ale nie­na­wi­dzą dys­ku­sji na te tematy. To wła­śnie na podob­nej awer­sji do cudzo­ziem­ców oraz nie­umie­jęt­no­ści dostrze­że­nia racji dru­giej strony pod­czas debaty poli­tycz­nej, Poincaré oparł swoją wła­sną karierę poli­tyczną. Nie­stru­dze­nie agi­to­wał za poli­tyką rewanżu i siły mili­tar­nej. Cail­laux odwa­żył się brnąć pod prąd popu­lar­nego szo­wi­ni­zmu i fakt ten zyskał mu miliony wro­gów.

Przy oka­zji kło­po­tli­wej kwe­stii zwią­za­nej z trzy­let­nią służbą woj­skową, zalety Poincaré, umoż­li­wia­jące mu gra­nie na popu­lar­nych nastro­jach tłumu, zde­rzyły się z rów­nie wielką tro­ską wielu Fran­cu­zów o wła­sną skórę i swą oso­bi­stą wol­ność. Przy­jem­nie agi­to­wało się za Alza­cją i Lota­ryn­gią w kafej­kach, wspa­niale było wiwa­to­wać na Champs Elysées w cza­sie woj­sko­wych defi­lad z oka­zji rocz­nicy zdo­by­cia Basty­lii… ale oso­bi­ste poświę­ce­nie kosz­tem wła­snego życia i wła­snych rodzin wyma­gało głęb­szych prze­my­śleń. Poincaré musiał zna­leźć jakiś spo­sób na pognę­bie­nie rywala. Zna­lazł go w sła­bo­ści Cail­laux do kobiet. Pomimo swej łysiny, Cail­laux miał powo­dze­nie u płci pięk­nej. Jak wielu fran­cu­skich poli­ty­ków, rado­śnie galo­po­wał od kochanki do kochanki i, jak w przy­padku wielu męż­czyzn na świecz­niku, jego pozy­cja spra­wiała, że kobiety gnały za nim. Hitler, który był dość kon­ser­wa­tywny w tej mate­rii, poka­zał mi kie­dyś szu­fladę wypeł­nioną listami od uro­dzi­wych kobiet w naj­róż­niej­szym wieku, które bła­gały go, by został ojcem ich dziecka. W miło­ści – Napo­leon dobrze to okre­ślił – bez­pie­czeń­stwo polega na ucieczce. Cesarz wie­lo­krot­nie zmu­szony był brać nogi za pas. Cail­laux nie był rów­nie skory do rej­te­rady. Po tym, jak mniej lub bar­dziej skry­cie korzy­stał z uro­ków jed­nej ze swych wiel­bi­cie­lek, poślu­bił ją. To była ładna, mod­nie się ubie­ra­jąca, popie­la­to­blon­d­włosa Hen­rietta. Byli bar­dzo w sobie zako­chani.

Naprawdę, nic nie można było zarzu­cić temu związ­kowi, szcze­gól­nie w myśl dzi­siej­szych stan­dar­dów. Poincaré powi­nien być ostat­nim, który węszy wokół tej małej idylli, tym bar­dziej, że jego wła­sny zwią­zek z kobietą mniej niż nie­winną byłby sen­sa­cją, szcze­gól­nie, gdy pani jego serca, po zde­cy­do­wa­nie mało cno­tli­wej karie­rze, zażą­dała, by ona i jej stary anty­kle­ry­kał wzięli pota­jemny ślub w obec­no­ści biskupa. To samo doty­czyło czło­wieka, który miał się stać prawą ręką Poincaré w wyre­ży­se­ro­wa­nej prze­ciwko Cail­laux „Ope­ra­cji Halka” – Louisa Bar­thou, który nie mógł raczej zostać lau­re­atem nagrody za cno­tliwy tryb życia.

Georg Mal­colm Thom­son nakre­ślił taki obraz sytu­acji:

„Wcze­sną wio­sną 1914 roku Cail­laux był dla pre­zy­denta Poincaré źró­dłem poważ­nych zmar­twień. Wybory szy­ko­wano na maj; nastroje spo­łe­czeń­stwa dry­fo­wały w lewo. W takich oko­licz­no­ściach byłoby trudno odmó­wić rywa­lowi teki pre­miera. Cail­laux w swej bez­gra­nicz­nej pew­no­ści sie­bie wie­rzył, że może ubić inte­res z Niem­cami! Dla Poincaré byłby to koniec jego sztyw­nej poli­tyki wro­go­ści wobec potęgi zza Renu.” (The Twe­lve Days, s.66)

Poincaré i jego asy­stenci opra­co­wali plan zni­we­cze­nia szans Cail­laux, który zakła­dał, jak można się było spo­dzie­wać, posłu­że­nie się prasą. Le Figaro, kie­ro­wane przez ubo­giego nie­gdyś Gastona Cal­mette, który korzy­stał z hoj­nych dota­cji rosyj­skich (pozo­sta­wił w testa­men­cie trzy­na­ście milio­nów fran­ków), roz­po­częło 10 maja 1914 roku kam­pa­nię nisz­cze­nia Cail­laux takimi sło­wami: „Nad­szedł teraz decy­du­jący moment, w któ­rym nie możemy uchy­lać się przed dzia­ła­niem, nawet gdyby nasza moral­ność i oso­bi­ste upodo­ba­nia je potę­piały”.

Krótko mówiąc, gazeta uzy­skała dostęp do miło­snych listów Cail­laux i jego żony, pisa­nych w cza­sach, gdy była jesz­cze jego kochanką. Cail­laux pod­pi­sy­wał się „Jo-Jo”, Hen­riette, „Ri-Ri”. Listy były dokład­nie tym, co kochan­ko­wie pisy­wali do sie­bie przez wieki; przy­zna­niem się do namięt­no­ści, bucha­ją­cych niczym wul­kan, cza­sami zupeł­nie poważ­nymi, czę­sto peł­nymi wiary, lecz w żad­nym razie nie prze­zna­czo­nymi dla postron­nych oczu.

16 maja, kiedy Ri-Ri rzu­ciła okiem na tytu­łową stronę Le Figaro, odkryła, iż wia­do­mo­ścią dnia jest pierw­szy list, który Jo-Jo do niej napi­sał. To była praw­dziwa breja: nie oszczę­dzono naj­bar­dziej intym­nych szcze­gó­łów. Gazeta obwiesz­czała, iż pozo­stałe listy zostaną opu­bli­ko­wane w kolej­nych wyda­niach. Pani Cail­laux rzu­ciła się w ramiona męża. Łka­jąc, bła­gała go: „Czy pozwo­lisz tym dzien­ni­kar­skim hie­nom na buszo­wa­nie po naszym budu­arze?”

Ona sama nie zamie­rzała im na to pozwo­lić. Po tym, jak znany pary­ski sędzia odpra­wił ją z kwit­kiem, wzru­sza­jąc ramio­nami i mówiąc: „Oto cena za bycie czę­ścią poli­tyki.”, zdo­była pisto­let i udała się do redak­cji Le Figaro