49,00 zł
„Kobiety kochają ludzi władzy. Hitler pokazał mi szufladę pełną
listów od kobiet, które błagały go by został ojcem ich dzieci...”
„Gdyby tylko Brytyjczycy chcieli wziąć pod uwagę propozycje
porozumienia Wilsona, pierwsza wojna światowa w ogóle by nie
wybuchła”
- Richard Seymour, historyk Uniwersytetu w Yale
„Anglia jest tylko związana z Europą, ale nie jest jej częścią”
- Winston Churchill
„Lud ma prawo i obowiązek aby przejąć władzę siłowo, a nie za pomocą demokracji”
- Lenin
Cytaty pochodzą z książki Leona Degrella, „Wiek Hitlera”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 612
Ulubieniec Hitlera pisze nową, szokującą historię XX-go wieku! I co więcej, na potwierdzenie swoich kontrowersyjnych tez często przytacza dokumenty archiwalne lub cytuje publikacje całkiem wiarygodnych europejskich historyków.
Książka jest kapitalnym dowodem na to, że nie ma historii tzw. obiektywnej, czyli jedynej słusznej. Każdy historyk stara się uwypuklać jedne dokumenty kosztem innych, a często i cytuje jedne źródło, pomijając inne, które może zaprzeczyć wysuniętej przez niego tezie. Na naszym podwórku często tak właśnie czynią historycy piszący o Powstaniu Warszawskim. (Jeśli jestem za, przytaczam tylko dokumenty za, a jeśli przeciw, to odwrotnie).
Nie ustrzegł się tego i Leon Degrelle. Pisząc z pozycji wyznawcy Hitlera nie mógł się wyzwolić od antyżydowskiej retoryki. Krytykując (słusznie lub nie) zachowania niektórych osób pochodzenia żydowskiego, będących na świeczniku władzy w Europie, rozszerza tą krytykę na wszystkich Żydów. I to jest właśnie antysemityzm, z którego okowów Degrelle uciec nie może.
Ale odrzucając ten cały degrellowski antysemityzm, a także antypolonizm i antyslawinizm, dostajemy do ręki fascynującą książkę, pełną niezwykłych anegdot o ludziach władzy przed i w czasie pierwszej wojny światowej.
Degrelle, opisując rzeczywistość europejską czasów pierwszej wojny światowej, nie stroni też od wycieczek w przyszłość, do czasów hitlerowskich. Przeszłość i przyszłość często się u niego splatają, nic zresztą w tym dziwnego, bo pierwsza wojna światowa, według autora, była praprzyczyną drugiej wojny światowej.
Oryginalna teza, że wojny tak naprawdę chcieli ludzie będący przy władzy w Rosji, Francji i Anglii, stawia naszą wiedzę historyczną w tym temacie na głowie. Co ciekawe, Degrelle często przytacza prace francuskich historyków, potwierdzających tą tezę.
Cały nakład tej książki, wydany w Belgii został w całości zniszczony.
W pewnym sensie jest to książka do dzisiaj zakazana. Jej jedyne wydanie ukazało się w Stanach Zjednoczonych. Ale skoro żyjemy w czasach, w których legalnie wydaje się „Main Kampf”…nie ma powodu aby nie wydać i tej książki.
I na końcu parę cytatów z Degrella:
„Co znaczy cierpienie, kiedy w życiu miało się kilka nieśmiertelnych chwil? Przynajmniej się żyło.”
„Krótkie czy długie życie jest coś warte jedynie wtedy, gdy nie będziemy musieli się go wstydzić.”
Andrzej Ryba
Zabójstwo, które mogło pozostać niczym innym, jak tylko oburzającym wydarzeniem w historii terroryzmu, miało zamiast tego w decydujący i katastrofalny sposób zaważyć na całym XX wieku. Spowodowało wybuch „Wielkiej Wojny” z lat 1914–1918, utorowało Sowietom drogę ku Rewolucji Październikowej w 1917 roku, umożliwiło Hitlerowi dojście do władzy w 1933 roku i późniejszą II wojnę światową, a przede wszystkim spowodowało konfrontację dwóch współczesnych gigantów – Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych, której konsekwencją, prędzej czy później, może być niszczycielska III wojna światowa.
Zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żony w Sarajewie, w Bośni, w dniu 28 czerwca 1914 roku, które początkowo było jeszcze jedną wiadomością z pierwszych stron gazet, pozornie skazaną na przeminięcie, jak jej podobne, po kilku dniach okaże się jednak owocem zawiłego spisku. Początkowo sprawa wydawała się ograniczona do Serbii i Austrii, dwóch notorycznie skłóconych ze sobą sąsiadów. Ale nie minęły cztery tygodnie, gdy stało się jasne, iż Serbowie, będący przedmurzem Bałkanów, byli sprytnie manipulowani przez panslawistów na rosyjskim carskim dworze.
Austria ze swej strony złączona była z Niemcami więzami sojuszu politycznego i wojskowego. Z kolei rząd rosyjski związany był paktem wojskowym z władzami Francji, zdesperowanej by odzyskać Alzację i Lotaryngię, które Niemcy anektowały w 1871 roku. Ponadto, brytyjski establishment, w ciągu kilku ostatnich lat rozsierdzony wzrostem wpływów niemieckiej gospodarki i rozbudową niemieckiej floty, jeszcze bardziej zbliżył się do Francji i jej niedawnego rywala, Rosji. Tym samym powstały okoliczności sprzyjające kataklizmowi, którego furia miała w bezprecedensowy sposób wstrząsnąć Białym światem. W ciągu pięciu tygodni, dzięki kilku kulom wystrzelonym przez miernotę w sennym mieście na Bałkanach, wielkie europejskie potęgi skoczą sobie do gardeł. W konsekwencji, ponieważ ani Potrójna Ententa Anglii, Francji i Rosji, ani Dwuprzymierze Niemiec i Austro-Węgier nie będą w stanie zmusić drugiej strony do ustąpienia, walczące państwa nie znajdą lepszego sposobu, niż wciągnięcie do rzezi kolejnych dziewiętnastu krajów. Dzięki obietnicom, równie fałszywym, co sprzecznym ze sobą, za pomocą tajnych porozumień, konkurujące państwa będą oferować dokładnie te same trofea wojenne dwóm, a czasami trzem różnym krajom. Miliony ludzi zostanie sprzedanych niczym na aukcjach, bez swej wiedzy i zgody, jako łup dla najbardziej zagorzałych przeciwników swych własnych narodów.
Celem wzbudzenia nienawiści do Niemiec i wydźwignięcia jej do poziomu histerii, kraje Ententy oskarżać będą Niemcy o najbardziej odrażające okrucieństwa, kreując szaleńczą żądzę zemsty, która w połączeniu z krótkowzroczną chciwością i głupotą zwycięzców zrodzi w efekcie traktat wersalski. Układ ten, który zmiażdżył pierwszą potęgę Europy, Niemcy, pod ciężarem wstydu i reparacji wojennych, który amputował żywotne terytoria z ciała narodu i który uczynił go bezbronnym wobec wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, w konsekwencji był skuteczny jedynie w tym, iż sprowokował nową i nieuchronną wojnę w Europie. Inteligentne mózgi Europy przewidziały następstwa traktatu jeszcze zanim został narzucony. Brytyjski premier David Lloyd George w 1919 roku uprzedzał w Paryżu zwycięskie państwa: „Jeśli pokój zostanie zawarty na takich warunkach, stanie się zarzewiem nowej wojny.” I tak też się stało, gdyż bez traktatu wersalskiego byłoby niemożliwością, aby nieznany żołnierz piechoty, urodzony w Austrii i zahartowany w walkach na froncie zachodnim doszedł do absolutnej władzy w Niemczech. Adolf Hitler przyszedł na świat w Braunau am Inn, ale w sensie politycznym zrodził się w Wersalu.
Dzień, w którym podpisano traktat, 29 czerwca 1919 roku, nie tylko zakończył I wojnę światową – zapoczątkował także II wojnę.
Część I
Zamach w Sarajewie
Rozdział 1 „Czarna Ręka” w Sarajewie
28 CZERWCA 1914 roku był w całej Europie dniem ciepłym i słonecznym. Niewielu mogłoby przypuszczać, iż ten z pozoru cichy, letni dzień zapisze się krwawo na kartach historii, i że owa brzemienna w skutki czerwcowa data stanie się w tym wieku dla Europy zwiastunem tak wielu kolejnych, skąpanych we krwi czerwcowych dni – od traktatu wersalskiego w 1919 roku do kapitulacji Francji w 1940 roku, do „Dnia D” i lądowania w Normandii w 1944 roku i do rozbioru starego europejskiego porządku w Poczdamie, w czerwcu 1945 roku.
Nigdzie słońce nie świeciło tak mocno, jak owego pamiętnego dnia w Sarajewie – sennym bałkańskim miasteczku w Bośni. Dawna siedziba prowincji Imperium Osmańskiego wciąż miała orientalny posmak, z białymi wieżami minaretów wznoszącymi się nad krętymi uliczkami bazaru. Miasto przeszło pod administrację cesarstwa austro-węgierskiego w 1878 roku, zostało ostatecznie anektowane w 1908 roku i teraz było miejscem, gdzie rzadko działo się coś nadzwyczajnego.
Tego jednak dnia odwiedzał je najważniejszy człowiek w monarchii austro-węgierskiej, arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Był następcą habsburskiego tronu, na którym od sześćdziesięciu sześciu lat zasiadał leciwy i schorowany, osiemdziesięciosześcioletni Franciszek Józef. Arcyksiążę, na którego piersi pobrzękiwały medale, a hełm zdobiły pyszne pióra, był człowiekiem krzepkim, wielkim miłośnikiem polowań, który zapełnił pałace i dwory myśliwskie Europy licznymi rogatymi trofeami.
Następca tronu, jako głównodowodzący armią austro-węgierską, przybył do Sarajewa celem obserwowania manewrów, które odbywały się kilka mil poza miastem. Franciszek Ferdynand wraz z małżonką jechał do miejskiego ratusza nabrzeżem rzeki Miljacka praktycznie bez obstawy. Kolumna, składająca się z czterech pojazdów, przebyła zaledwie połowę drogi, gdy młody zamachowiec wymierzył bombę w arcyksięcia. Ładunek, uderzając w tył samochodu arcyksięcia, ześlizgnął się i eksplodował pod następnym pojazdem, gdzie zranił dwóch oficerów – jednego z nich natychmiast przewieziono do pobliskiego szpitala. Franciszek Ferdynand i jego żona, wstrząśnięci, lecz cali i zdrowi, kontynuowali podróż do ratusza, gdzie arcyksiążę ostro zganił burmistrza za taki przejaw braku gościnności w mieście. Następnie mała kolumna pojazdów skierowała się w stronę szpitala, gdzie opatrywano młodego, rannego oficera.
Samochód jadący na czele kolumny omyłkowo skręcił w niewłaściwą ulicę i pojazd arcyksięcia podążył za nim. Wojskowy gubernator Bośni, generał Potiorek, przytomnie zasygnalizował kierowcy, by ten cofnął samochód i wrócił na zaplanowaną trasę. Gdy kierowca zahamował, do przodu wystąpił młody człowiek, który starannie celując, dwukrotnie wystrzelił w kierunku otwartego pojazdu.
Jedna z kul trafiła Franciszka Ferdynanda w szyję. Druga ugodziła w brzuch jego żonę Zofię, księżną Hohenberg. Gdy osunęła się na zielony mundur męża, zbryzgany krwią, ten wyszeptał, „Zofio, żyj dla naszych dzieci”. Para zmarła kilka minut po ataku.
* * *
Wiadomość o zabójstwie swego bratanka i następcy, cesarz Franciszek Józef przyjął w swym wiedeńskim pałacu Hofburg z niestosownym spokojem. Sędziwy człowiek żywił niechęć do Franciszka Ferdynanda, być może częściowo z powodu, iż arcyksiążę zastąpił w kolejce do tronu jego własnego syna, Rudolfa, który dwadzieścia pięć lat wcześniej zmarł w pałacyku myśliwskim Mayerling wraz ze swą kochanką, Marią Vetserą, tragiczną, samobójczą śmiercią.
Co gorsza, żona Franciszka Ferdynanda, Zofia, choć pochodziła ze starego, czeskiego rodu książęcego, była zbyt nisko urodzona, by odpowiadać standardom prawa i obyczajów, które wymagały od habsburskiej księżnej znacznie wyższego tytułu i pochodzenia. Gdy Franciszek Ferdynand ożenił się z nią w 1900 roku, musiał zrzec się wszelkich praw dziedziczenia tronu Habsburgów ze strony małżonki i ich wspólnych dzieci. Małżeństwo morganatyczne – niewybaczalne przestępstwo w zawodzie cesarza! Jasne jest, iż pozwala się koronowanym głowom na utrzymywanie kochanek i nawet bękartów, uważając je za dopuszczalne „przygody serca”. Ale gdyby Rudolf Habsburg, Franciszek Ferdynand, król Anglii Edward VIII lub król Belgii Leopold III nie zechcieli podporządkować się odwiecznej tradycji wybierania stosownych małżonek – musieliby się mieć na baczności! Tak więc na państwowym pogrzebie Franciszka Ferdynanda i jego żony, który odbył się w Wiedniu, zamordowana para podróżowała osobnymi karawanami. Procesja państwowych dygnitarzy postępowała za wspaniałym karawanem arcyksięcia, udekorowanym czarnymi piórami i ciągniętym przez kare konie. Karawan Zofii, znacznie mniej okazały, jechał z tyłu. Jej trumnę ustawiono w katedrze o jeden stopień niżej, niż trumnę męża. Zamiast korony, położono na niej wachlarz zwykłej damy dworu. Wiekowy monarcha wciąż wstydził się żony swojego bratanka, nawet po jej śmierci.
Franciszek Józef miał jeszcze jeden powód, by nie przejmować się zbytnio gwałtownym zejściem swojego następcy. Poglądy polityczne księcia i jego projekty reformy cesarstwa były dla starego monarchy rzeczami wyklętymi, gdyż sam z każdym mijającym rokiem stawał się coraz bardziej konserwatywny. W 1867 roku okoliczności zmusiły Franciszka Józefa (przegrana rok wcześniej wojna z Prusami) do przyznania Węgrom niemal równorzędnych praw w państwie, które stało się austro-węgierską monarchią dualistyczną. W kolejnych latach słowiańscy poddani Habsburgów zaczęli się domagać coraz większych praw, a Franciszek Ferdynand znany był ze swojego przychylnego stosunku do ich żądań do tego stopnia, iż być może posunąłby się tak daleko, by wprowadzić monarchię trialistyczną. Dla reakcyjnego w swych poglądach Franciszka Józefa, jak również dla dumnych Madziarów, zazdrosnych o swe przywileje, trializm stanowił śmiertelne zagrożenie dla monarchii. Poza granicami imperium również znalazły się siły, dla których idee arcyksięcia okazały się równie niebezpieczne.
Serbia, oddzielona od Austro-Węgier Dunajem, była najbardziej aktywnym i agresywnym ze wszystkich państw bałkańskich. Kraje bałkańskie, które przez wieki pozostawały pod władaniem ottomańskiej Turcji, i których wielu obywateli przeszło na islam – Serbia, Bułgaria, Albania, Rumunia i Grecja – uzyskały status niepodległych państw w dziewiętnastym i na początku dwudziestego wieku. Odzyskawszy niezależność, poświęcały mnóstwo energii na próby wzajemnej dominacji, sprzeczając się o problemy nie do rozwiązania w rejonach tak etnicznie zróżnicowanych, jak Macedonia i Tracja, i robiąc to z barbarzyńskim zapałem, który był równie niezmordowany, co zabójczy.
Przejściowo zjednoczone w 1912 roku, państwa bałkańskie zdołały wyzwolić pozostałą część Bałkanów spod panowania tureckiego, spychając Turków na przedmieścia Konstantynopola – ostatni ich bastion na europejskiej ziemi. Rok później Serbowie i Bułgarzy rzucili się na siebie z dziką zaciekłością, zdeterminowani, by zawładnąć Macedonią. Nieszczęśni Macedończycy ponieśli główne koszty tej walki, gdy tysiące z nich zostało zmasakrowanych, a jeszcze więcej zapędzonych pod sztandary serbskich i bułgarskich najeźdźców. Serbia zatriumfowała, gdyż miała wsparcie potężnego patrona, który był zdecydowany na posłużenie się małym, bałkańskim państwem do wywalczenia punktu podparcia w swym marszu na południe i zachód – wszechmocnego Cesarstwa Rosyjskiego.
Pokonani i upokorzeni przez Japonię w 1905 roku, carscy imperialiści musieli zrezygnować ze swych ambicji rozszerzenia wpływów na wschód. Bezpowrotnie minęły czasy, gdy wieki temu niezwyciężeni Kozacy gnali po krystalicznych śniegach Syberii, a Wielki Niedźwiedź zapuszczał się na Alaskę i do Kaliforni. Okazało się, że ociężała rosyjska marynarka wojenna jest nieefektywna i przestarzała. Po dziwacznym incydencie na Morzu Północnym, kiedy to rosyjskie okręty ostrzelały brytyjskie statki rybackie, w przekonaniu, iż są to japońskie niszczyciele, flota carska przepłynęła dziesięć tysięcy mil tylko po to, by japońska flota admirała Togo mogła posłać ją na dno w Cieśninie Cuszimskiej w maju 1905 roku. Okazało się, że japońskie armie w Mandżurii są lepsze, niż rosyjskie, co w efekcie oznaczało dla cara utratę Port Artura i reszty Mandżurii.
Wkrótce potem cesarscy imperialiści zmienili strategię, poszukując sposobów na wykorzystanie obaw i nadziei ich słowiańskich kuzynów na Bałkanach, w szczególności Serbów i Bułgarów, których kraje zapewniały wygodny dostęp do Adriatyku i owego stuletniego celu rosyjskich carów – kolorowych kopuł i murów Konstantynopola, bramy do ciepłych wód Morza Śródziemnego.
* * *
W 1908 roku imperialiści rosyjscy, wciąż liżący rany po swej klęsce na Dalekim Wschodzie, oraz ich serbscy protegowani, zostali zmuszeni do zaakceptowania, na konferencji w Londynie, austro-węgierskiej aneksji Bośni i Hercegowiny, która była terytorium słowiańskim na zachód od Serbii, na które Serbowie od dawna patrzyli z wielkim apetytem. Serbska kontrola nad tymi rejonami zapewniłaby ich carskim panom dostęp do portów na wybrzeżu Adriatyku, jednak Rosjanie czuli się zbyt słabi militarnie, by próbować przeforsować tę kwestię zbrojnie.
Przywołane do porządku, lecz niezrażone, imperialistyczne kręgi na dworze cara Mikołaja II, „panslawiści”, zintensyfikowały swe działania. Car Mikołaj – niebezpieczny, gdyż łatwo poddający się wpływom i wiecznie niezdecydowany – dał im wolną rękę. Reżim z Sankt Petersburga zamieszał w bałkańskim kotle z jeszcze większym zapałem. Wobec rosnącego napięcia na linii Serbia – Austro-Węgry, rosyjscy agenci i doradcy wydali rozkazy oraz dostarczyli Serbom niezbędne środki. Rosyjski ambasador w Serbii, Mikołaj Hartwig, niedyskretnie napomknął rumuńskiemu ministrowi Filaliti w dniu 12 listopada 1912 roku: „Rosja liczy na to, że Serbia, powiększona o bałkańskie prowincje Austro-Węgier, stanie się przedmurzem panslawizmu”.
Hartwig, jako carski ambasador w Belgradzie, był bezdyskusyjnym zarządcą miasta i człowiekiem, którego francuski ambasador, Descos, określił, jako „prawdziwego władcę Serbii.” Inni nazywali Hartwiga po prostu „wicekrólem”.
W teorii głową państwa był król Serbii, Piotr I, ale król Piotr, wnuk handlarza świń, zawdzięczał wyniesienie na tron klice serbskich spiskowców, którzy zlikwidowali poprzedniego króla, Aleksandra Obrenowicza i jego żonę, królową Dragę, dokonując w 1903 roku makabrycznego aktu podwójnego morderstwa. Rodzina króla Piotra, Karadziordziewicze, przez większą część poprzedniego wieku pozostawała w ciągłym konflikcie z ze swymi rywalami, Obrenowiczami. Przy jednej z okazji szef klanu Obrenowiczów zaprezentował na dworze sułtana w Istambule starannie zasoloną głowę jednego z Karadziordziewiczów. Premierem przy Piotrze I był Nikola Pašić, człowiek przebiegły, acz dający sobą kierować, który z dnia na dzień i bez zbędnych wyrzutów sumienia przeskoczył ze stanowiska premiera, przy Aleksandrze Obrenowiczu, na stołek szefa rządu u króla wyniesionego na tron przez zabójców. Bał się podżegaczy, którzy zamordowali rodzinę królewską i z ochotą zgodził się służyć, jako narzędzie potężnych i wpływowych Rosjan.
Przesłuchanie zabójców arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie spowodowało, powoli i nieubłaganie, pewne implikacje, gdyż wyjawiło powiązania wskazujące na najwyższe kręgi serbskiego reżimu. Obaj terroryści początkowo byli niezbyt rozmowni – Čabrinović, którzy niecelnie rzucił bombę w arcyksięcia i ranił dwóch oficerów oraz Gawriło Princip, który oddał śmiertelne strzały, zaprzeczali, jakoby brali udział w większym spisku. Wymknęło im się tylko jedno nazwisko. Zapytani, kto szkolił ich w użyciu broni strzeleckiej, odpowiedzieli: „Ciganović.” W rzeczywistości Milan Ciganović, pracownik Kolei Serbskich oraz członek tajnej organizacji terrorystycznej „Czarna Ręka”, był osobistym agentem premiera Pašića.
Rozdział 2 Europa reaguje
Jeśli rząd serbski uważałby, iż jest poza wszelkimi podejrzeniami, powinien bezzwłocznie rozpocząć publiczne dochodzenie w kwestii poważnego przestępstwa, w które uwikłanych było pięciu obywateli jego kraju. Niepodjęcie śledztwa, czy nawet powstrzymanie się przed wydaniem oficjalnego oświadczenia, mogło tylko wzmocnić rosnące austriackie podejrzenia co do tego, że w sprawę zamieszane są oficjalne czynniki serbskie.
W rzeczywistości kwestia spisku była znana Pašićowi już na tygodnie przed 28 czerwca. Angielski historyk George Malcolm Thomson napisał później: „Ten wysoki, dobrze wyglądający mężczyzna, którego szacowna broda i imponująca prezencja skrywały jednego z najbardziej szczwanych lisów na Bałkanach, wiedział o planowanym morderstwie prawie natychmiast po tym, jak je uknuto. Być może usłyszał o nim przypadkowo, a być może dzięki jakiemuś podsłuchiwaczowi z jednej z kilku w Belgradzie kafejek, gdzie dyskutowano na tematy polityczne. Bardziej prawdopodobne jest, iż jego agent, urzędnik kolejowy, który był także członkiem „Czarnej Ręki”, przekazał mu tę informację.” (The Twelve Days, s. 48).
W ten sposób intrygę można było zawczasu udaremnić. W takim przypadku jednak, Pašić z pewnością ściągnąłby na siebie zemstę „Czarnej Ręki”. Ponieważ stary brodacz, wytrawny polityk, cenił swoją skórę, obawiał się otwarcie zgnieść spisek. Z drugiej strony zależało mu też na tym, by zabezpieczyć się przed możliwymi oskarżeniami o współudział, które mogły paść ze strony Austriaków. Wpadł na pomysł podrzucenia zawoalowanego, delfickiego ostrzeżenia, które serbski ambasador w Wiedniu przekazał austriackiemu ministrowi finansów, Leonowi Bilińskiemu, Polakowi z Galicji, do którego obowiązków należało między innymi zarządzanie Bośnią. Biliński, który nie należał do lojalnych zwolenników cesarstwa austro-węgierskiego (zbiegł w czasie wojny), albo nie przejął się niewyraźną sugestią serbskiego ambasadora, iż arcyksiążę może mieć niefortunny wypadek podczas swej wizyty w Bośni, lub też, jeśli został dostatecznie poinformowany, nie zdecydował się działać w oparciu o uzyskane informacje. Nie podjęto więc środków zapobiegawczych; Franciszek Ferdynand podążył w kierunku swego przeznaczenia. Pojawiły się kolejne serbskie powiązania ze spiskowcami jeszcze przed zabójstwem: serbski następca tronu, Aleksander, spotkał się w Belgradzie z jednym z morderców.
Kto zaplanował operację i nią kierował? Winowajcą był nie kto inny, jak szef wywiadu wojskowego, pułkownik Dragutin Dmitriević, doświadczony terrorysta i główne narzędzie w rękach Rosji na Bałkanach. Jedenaście lat wcześniej, jako młody kapitan, Dmitriević brał udział w zamordowaniu serbskiej pary królewskiej. Później spiskować będzie z zamiarem dokonania zabójstwa cesarza Niemiec, Wilhelma II, jak również będzie planować zamordowanie królów Bułgarii i Grecji. Dmitriević, pozostając na żołdzie rosyjskiego ambasadora, Hartwiga, dodatkowo pełnił funkcję przywódcy tajnej „Czarnej Ręki”, która występując przeciwko Austro-Węgrom, wykonywała krwawą robotę na rzecz Serbii i jej rosyjskich mocodawców.
* * *
Natychmiastowym następstwem ataku były austriackie podejrzenia, co do roli serbskiego rządu, ale możliwe współuczestnictwo rosyjskie nie było nawet rozpatrywane. Pod wpływem rozwagi, ale także słabości, spędzono cenne tygodnie na drobiazgowym dochodzeniu w sprawie zbrodni na tyle, na ile było to możliwe w przypadku przestępstwa, którego korzenie znajdowały się po drugiej stronie granicy. Gdyby Austria, praktycznie pewna udziału Serbii, zażądała wyjaśnień po kilku dniach, gdy oburzenie Europy spowodowane makabryczną zbrodnią wciąż sięgało zenitu, z łatwością doprowadziłoby to do sytuacji, w której mały bałkański kraj zostałby przywołany do porządku bez protestów ze strony wielkich mocarstw. W 1801 i 1807 roku Brytyjczycy ostrzelali Kopenhagę za sto razy mniej rażące prowokacje. Gdy Hussein Dey pacnął wachlarzem francuskiego konsula w Algierii w 1830 roku, Francja desantowała tam swe oddziały i zaanektowała kraj. Wiedeń był jednak stolicą kraju ględzących starców i wymuskanych tchórzy. Cesarz Franciszek Józef, który wciąż wzbudzał ogromny szacunek i cieszył się ogromnymi wpływami, był starą, wycieńczoną zjawą, nie mającą już kompetencji politycznych. Jego minister spraw zagranicznych, Leopold Anton Zygmunt Józef Korsinus Ferdynand Graf Berchtold w roli dyplomaty lub polityka nie czuł się dobrze. Jego gustom bardziej odpowiadało życie pośród niekończących się serii sztuk i koncertów, na frywolnych salonach, wyścigach konnych i w sklepach z rzadkimi księgozbiorami. Nieczęsto widywany bez swego wysokiego jedwabnego cylindra, był wybrednym elegantem i zapalonym miłośnikiem greckich klasyków. Przenikliwy obserwator napisał o nim: „Był z pewnością oddany krajowi, któremu służył całą wiedzą, na jaką było go stać – z fatalnym skutkiem”. Hrabia Berchtold, podobnie jak jego odpowiednik na czele austro-węgierskiej armii cesarskiej, generał Conrad von Hotzendorff, militarystyczny „połykacz ognia”, pozbawiony cienia wyczucia w dyplomacji, stał murem za pomysłem złojenia skóry Serbom. Żaden z nich jednak nie był w stanie pokonać austriackiej inercji. Pierwszy krok, który Austria był w stanie podjąć, miał miejsce prawie w tydzień po zamachu, gdy Franciszek Józef napisał list do cesarza Niemiec, Wilhelma II, z prośbą o konsultacje przed podjęciem jakichkolwiek kroków przeciwko Serbii.
Wilhelm II, inteligentny, lecz neurotyczny, był osobą kapryśną. Mając inklinacje do nanoszenia złośliwych uwag na przedkładanych mu dokumentach państwowych, w rodzaju „Ropuchy!”, „Kruki!”, „Jezuici!”, często odgrywał rolę afektownego aktora w krótkotrwałych politycznych dramatach, które jednak zwykle kończyły się bezboleśnie. 28 czerwca odebrał w Berlinie wieści o śmierci Franciszka Ferdynanda z przerażeniem, gdyż obaj panowie pozostawali w przyjaźni. Odpisał na list Franciszka Józefa, informując go, iż Niemcy gotowe są wypełnić swe obowiązki sojusznicze wobec swego austriackiego alianta, gdyby okazało się, że Serbia wspomagała lub chroniła zabójców. Jednakże intencją Wilhelma II nie było prowadzenie Niemiec do wojny na skalę europejską, ani też rozszerzanie konfliktu poza granice zachodnich Bałkanów.
Kaiser, do tej pory często przedstawiany, jako rozhisteryzowany ogr z uporem miażdżący wszystko na swojej drodze, był tak daleki od myśli o przygotowaniach do wojny, iż w dniu 6 lipca wyruszył w trzytygodniowy rejs swym jachtem „Hohenzollern” w kierunku Norwegii. Podobnie, jak i on, jego ministrowie udali się na wakacje: von Jagow, minister spraw zagranicznych, udał się w podróż poślubną; von Moltke, szef sztabu, przebywał w uzdrowisku Karlowe Wary, a admirał von Tirpitz wypoczywał w Tarasp, w Szwajcarii. Także królowie Bawarii i Saksonii opuścili swe stolice, udając się do rezydencji ziemskich w głębi kraju. Ani Cesarz, ani jego ministrowie nie uruchomili przed wyjazdem żadnych procedur alarmowych. Nie podjęto kroków, mających na celu zgromadzenie zapasów zboża: w lipcu 1914 roku Niemcy nie zakupiły nawet jednej tony mąki. Nawet przywódcy opozycji opuścili Berlin.
Podczas gdy zarówno Kaiser, jak i jego rząd nie mieli motywu – i jeszcze mniej chęci – by pogrążać Europę w bratobójczej wojnie, zupełnie inne odczucia panowały wśród przywódców francuskich. Francuzi wciąż boleśnie odczuwali niemiecką aneksję Alzacji i części Lotaryngii z roku 1871. W Paryżu, na Placu Zgody, pomniki upamiętniające Metz i Strasburg wciąż były przewiązane kirem.
W 1914 roku byłem zaledwie ośmioletnim chłopcem, urodzonym w belgijskich Ardenach po drugiej stronie francuskiej granicy. Nawet tam, w długich, cichych dolinach oddalonych niemalże od wszystkiego, historia Alzacji i Lotaryngii rozpalała nasze emocje. Widząc jaskółki wracające na wiosnę z południa, śpiewaliśmy: „Oto ptak, który leci z Francji”, dokładnie tak samo, jak robiły dzieci w Alzacji na swym pruskim zesłaniu. Podobnie jak Francuzi, z żalem myśleliśmy o Alzacji i Lotaryngii i czuliśmy urazę do Niemców: przeklęci Prusacy będą musieli ją oddać, nawet, jeśli trzeba będzie użyć siły.
Niemcy, aspirujące do pozycji światowej potęgi ekonomicznej i politycznej, ze swą ludnością rosnącą o sześćset tysięcy ludzi rocznie, nie zaprzątały sobie specjalnie głowy kwestią zademonstrowania swojej dominacji Francuzom. Sam Bismarck nigdy nie przejawiał entuzjazmu na myśl o aneksji, a jego następcy gotowi byli na ustępstwa wobec Francji. Theobald von Bethmann-Hollweg, w 1912 roku kanclerz cesarstwa, proponował w tymże samym roku ambasadorowi francuskiemu w Berlinie, Julesowi Cambon, negocjacje z Francją dotyczące neutralności i pełnej autonomii Alzacji i Lotaryngii, ale sugestia została wyniośle odrzucona. Francja zamanifestowała swą złą wolę. Niemcy zaś woleli łudzić się nadzieją, iż czas zaleczy rany Francji.
* * *
Oficjalna brytyjska reakcja na zbrodnię w Sarajewie była bardziej powściągliwa. Największym powodem do zmartwień dla przedstawicieli establishmentu brytyjskiego imperium była stała rozbudowa niemieckiej marynarki wojennej i floty handlowej, które Wilhelm II konsekwentnie wspierał – w kontraście do rozwagi, jakiej dowiódł później Hitler, zgadzając się w 1935 roku na ograniczenie tonażu floty niemieckiej do poziomu 35% Royal Navy. Tak naprawdę, dla angielskiej opinii publicznej, Belgrad, nie wspominając o Sarajewie, był czymś nieznanym. Dla londyńczyków Singapur, Hong Kong, czy nawet Wyspy Falklandzkie, były miejscami niezbyt odległymi od ujścia Tamizy, ale Dunaj był dziką i nieznaną rzeką na krańcu cywilizowanego świata (podobnie, jak dla Nevilla Chamberlaina Czechosłowacja w 1938 roku stanowiła „odległy kraj, o którym niewiele wiemy”).
W Belgradzie premier Pašić, dowodząc niemałej hipokryzji, zarządził mszę za zmarłego arcyksięcia i jego małżonkę. Ze łzami w oczach usilnie prosił Wszechmocnego, by przyjął na swe łono dwoje swych sług, Franciszka Ferdynanda i Zofię. Jego poza wydała się tak cyniczna, iż francuski ambasador w Belgradzie, Descos, odmówił udziału w uroczystości.
Descos od dawna miał podejrzenia co do intryg serbskiego rządu. Obserwował gwałtowną rozbudowę serbskiej armii, która rok wcześniej podwoiła swoją liczebność, wchłaniając dziesiątki tysięcy macedońskich rekrutów. Kto zagrażał temu krajowi?
Ambasador francuski dostrzegał korupcję w interesach, dzięki której miliony franków w złocie płynęły z Francji do Serbii w postaci niskooprocentowanych pożyczek po tym, jak drogę utorowały im serbskie łapówki, wręczane wpływowym Francuzom, głównie ze świata prasy. Francuski senator Humbert, wydawca Le Journal, osobiście odebrał prowizję w wysokości 15% od wartości dużego kontraktu na dostawę wojskowego obuwia, które zakupił Belgrad. Tego typu wydatek wymagał drastycznych oszczędności w procesie produkcji: skórzane obcasy zastąpiono kartonowymi i w związku z tym tragiczny odwrót armii serbskiej w 1915 roku będzie odbywać się boso. Przypadek senatora Humberta nie był odosobniony. Descos, dostatecznie już zniesmaczony tym, co się dzieje, zażądał, aby zwolniono go z ze stanowiska ambasadora – pełna hipokryzji msza za zmarłych była ostatnią kroplą, która przelała czarę. W tym samym czasie jego ustąpienia zażądał też Pašić, i Descos opuścił Belgrad, jako człowiek bardzo poirytowany.
W międzyczasie Austriacy kontynuowali swe śledztwo dotyczące zamachu w Sarajewie. Po tym, jak poznano nazwisko Ciganovića, austriaccy śledczy dowiedzieli się, dzięki uprzejmości rządu serbskiego, iż akurat ten konspirator w cudowny sposób zniknął. Można przytoczyć tu lakoniczne stwierdzenie Pašića: „W dniu 28 czerwca udał się w nieznanym kierunku”. Nie pojawi się przez ponad rok.
Gniew Austriaków rósł powoli. Dopiero po trzech tygodniach przed obliczem rządu Pašića pojawił się austriacki ambasador w Belgradzie, Giesl, aby przedstawić żądanie Austrii dotyczące powołania komitetu dochodzeniowego, składającego się z przedstawicieli obu krajów. Austriacy sformułowali swe żądania w surowy sposób. Po pierwsze, postawili wymóg, by strona serbska w jednoznaczny sposób potępiła zabójstwo; po drugie, domagali się poważnego dochodzenia z udziałem przedstawicieli Austrii. Rzecz jasna, rząd serbski oponował. Jak utrzymywał premier Pašić, nie było to tylko kwestią suwerenności Serbii. Zwierzając się Dragomirowi Stefanovićowi, swemu sekretarzowi spraw zagranicznych (i jednocześnie swemu pasierbowi), powiedział: „Jeśli zaakceptujemy to dochodzenie, złapią nas na gorącym uczynku”.
W obliczu żądań Austrii, Pašić zrobił coś, w co trudno uwierzyć. Nie tylko zwlekał i unikał odpowiedzi na pytania, ale uciekł. Każdy szczegół tej dziwacznej historii stał się znany. Gdy ambasador Giesl w dniu 23 lipca pojawił się w serbskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, zaopatrzony w stosowne pismo do Pašića, jego sekretarz powitał go lapidarnym: „Wyjechał”. Zapytany, dokąd, odpowiedział emisariuszowi, „W teren”. Zgodnie z informacją urzędnika, nie było szans na skontaktowanie się z nim przez telefon, więc Austriak nie miał innego wyboru, jak złożyć ultimatum na ręce sekretarza.
W tym samym czasie Pašić przebywał w Niszu, osiemdziesiąt kilometrów na południe od stolicy. Powiadomiony o austriackich żądaniach, Pašić, zamiast wrócić natychmiast do Belgradu, jeszcze tego samego popołudnia wskoczył do pociągu i podążył na południe do Salonik, aby, jak to powiedział kilku towarzyszącym mu przyjaciołom, „incognito spędzić tam kilka dni na odpoczynku”. Georg Malcolm Thomson tak określił zachowanie podstępnego polityka: „Zamiarem Pašića było pozostawanie ‘poza zasięgiem’ w krytycznym czasie, gdy ultimatum mogło być zaakceptowane lub odrzucone, gdyż oba rozwiązania były dla niego równie niebezpieczne”.
Jednakże w Belgradzie książę regent, Aleksander, inaczej pojmował obowiązki Pašića. Nakazał naczelnikowi stacji w Niszu, aby telegraficznie przekazał Pašićowi rozkaz natychmiastowego powrotu. Jednak Pašić wciąż wykazywał upór, wsiadając do pociągu i kontynuując podróż na południe. Po godzinie skład został zatrzymany i Pašić ponownie otrzymał polecenie niezwłocznego powrotu do Belgradu. Po kilku kolejnych godzinach lawirowania, Pašića opuściła determinacja i udał się w stronę stolicy.
24 lipca o godzinie piątej rano, po przybyciu na dworzec w Belgradzie, Pašić, ze szklistym spojrzeniem i zmierzwioną brodą, zrobił coś wiele mówiącego – zamiast natychmiast zameldować się u regenta, udał się bezpośrednio do ambasady rosyjskiej. Było oczywiste, kto sprawuje w Serbii prawdziwą władzę.
* * *
Rosja, wcale nie bardziej niż Serbia, mogła sobie pozwolić na dokładne śledztwo w sprawie sarajewskiego spisku. Znamienne są słowa, wypowiedziane przez carskiego ministra spraw zagranicznych, Sazonowa, który 24 lipca powiedział, dowiedziawszy się o formalnych żądaniach Austrii: „To oznacza wojnę w Europie”.
Natychmiast zawtórował mu francuski ambasador w Rosji, Maurice Paleologue, który pospieszył do Sazonowa, niosąc posłanie prezydenta Poincaré: „Bądźcie twardzi! Musimy być twardzi!”. W dniu 24 lipca książę Aleksander wysłał do cara rozpaczliwe przesłanie. Rosyjska reakcja miała ujawnić, czy Rosja zdecydowana jest wesprzeć swojego serbskiego wabika, czy też nie. Po kilku godzinach nadeszła telegraficzna odpowiedź i Pašić otworzył ją trzęsącymi się rękoma. Przeczytał ją szybko, po czym wykrzyknął: „Dobry, wielki, miłosierny car!”.
Mając poparcie Rosji, Serbia nie będzie musiała pokutować za swe występki.
Następnego dnia ambasador Giesl ponownie pojawił się w biurze premiera, tym razem niedługo przed godziną szóstą po południu. Pašić był obecny i na austriackie ultimatum odpowiedział zdecydowanym „nie”. Odmowa sformułowana była w wyrafinowanym, dyplomatycznym tonie i zawierała nawet pewne ustępstwa, jednakże Serbowie nie byli gotowi na wydanie Austriakom zezwolenia na prowadzenie dochodzenia na terytorium Serbii, nawet przy współudziale strony serbskiej. Austriacki ambasador uprzejmie zabrał swój melonik i wyszedł, aby zdążyć na pociąg do Wiednia, odchodzący o godzinie osiemnastej trzydzieści. Stosunki dyplomatyczne zostały zerwane. W powietrzu zapachniało wojną.
Jak na ironię, trzy lata później, Pašić, celem osiągnięcia własnych celów politycznych, odegra pokazowe dochodzenie i proces oficerów, którzy zorganizowali zamach. Finałem rozprawy sądowej będzie egzekucja pułkownika Dmitrievića i jego siepaczy. W owym czasie, w roku 1917, Pašić, którego armie zapędzono znad Dunaju nad Adriatyk po zadaniu im strat w zabitych w wysokości trzystu tysięcy ludzi, wpadnie na pomysł pojednania się z Austro-Węgrami, na czele których stać będzie wówczas cesarz Karol I. Mimo, iż Karol I nie był przeciwny ugodzie, finałem całej sprawy będzie nic innego, jak tylko koniec Dmitrievića i jego konfederatów oraz ponure w swym wydźwięku ujawnienie cynizmu serbskiego przywódcy.
Gdyby Dmitriević przyznał się do winy w 1914 roku tak, jak zrobił to w 1917, rząd Pašića bez wątpienia by upadł i ani Serbia, ani Europa nie zamieniłyby się w morze ruin tak, jak to się stało w 1917 roku.
Jak ujawnił przed śmiercią Dmitriević, prawdziwym dyrygentem całego spisku był rosyjski attaché wojskowy, pułkownik Wiktor Artmanow, który na wczesnym etapie przygotowań powiedział do Dmitrievića: „Działajcie. Jeśli was zaatakują, nie będziecie sami.” Dmitriević ujawnił w swych zeznaniach, iż Artmanow finansował spiskowców, i że on sam nie uruchomił machiny spiskowej, zanim nie otrzymał finalnej zgody Rosjan. Jeśli chodzi o Artmanowa, opuścił Belgrad na długo przed 28 czerwca, dniem zamachu. Tego dnia przebywał w Zurichu i kontynuował swą nieśpieszną podróż po Szwajcarii i Włoszech, nie zapominając o prowadzeniu dokładnego dziennika, który mógłby posłużyć mu za dowód, pozwalający na rozliczenie się z każdego dnia.
W Sankt Petersburgu rząd carski w pośpiechu przygotowywał się do wojny. W dniu 7 lipca 1914 roku, na dwa tygodnie przed dostarczeniem przez Austrię ultimatum dla Serbii, wydano rozkazy dotyczące przerzucenia wojsk z Serbii do europejskiej części Rosji. Do 25 lipca oddziały te były już zakwaterowane na terytorium moskiewskiego okręgu wojskowego.
Gdyby Austria miała szansę przesłuchania Dmitrievića tak szybko, jak później zrobili to ludzie Pašića, błyskawicznie dowiedziałaby się, że załatwienie sprawy Sarajewa nie zakończy się małą sprzeczką pomiędzy jej własnymi, pokaźnymi siłami zbrojnymi i wojskami małej Serbii, lecz, że czeka na nią pięciomilionowa armia najbardziej ludnego państwa Europy, gotowa siłą przeciwstawić się imperium Habsburgów.
Po śmierci Dmitrievića, (której bezskutecznie próbowało zapobiec kilka krajów, podczas gdy Pašić nie mógł tolerować stanu, gdy ten wciąż żył i mówił), pamięć o nim zaginęła na ćwierć wieku, aż do chwili, gdy została wskrzeszona i doceniona przez Josipa Broz Tito, innego terrorystę, który skromnie mianował się marszałkiem. Dmitriević stał się bohaterem narodowym i jednym z męczenników w przyszłej Jugosławii. Człowiek, który nacisnął spust, Gawriło Princip, został podobnie uhonorowany i w miejscu, w którym stał w Sarajewie i celował z rewolweru, znajduje się dziś pomnik.
W ten oto sposób Austro-Węgry zostały wciągnięte w pułapkę, która stała się największą i najbardziej niszczycielską wojną, jaką widział do tej pory świat. Następnym celem rosyjskich prowokatorów będzie zwabienie w pułapkę Niemiec. W dniu 31 lipca 1914 roku było to już fait accompli.
Rozdział 3 Niemieckie dynamo
Przeciętny obywatel Zachodu – Europejczyk, Amerykanin, czy też, kto tam jeszcze chcecie – od dawna przyjmował za pewnik, że główną odpowiedzialność za I wojnę światową ponosi cesarz Wilhelm II. Przecież pod koniec wojny nawet zwykle rozsądny człowiek, jakim był brytyjski premier David Lloyd George, widząc zwycięstwo w zasięgu ręki obwieścił, iż on i jego sojusznicy „Powieszą Kaisera!” Później Lloyd Georg obiecał Izbie Gmin, że cesarz-winowajca będzie obwożony ulicami Londynu w żelaznej klatce. Obietnica ta pozwoliła mu zgrabnie wygrać wybory w lutym 1919 roku.
Chociaż Lloyd George i motłoch, do którego przemawiał, jak również brytyjscy alianci i rewolucyjni spadkobiercy Wilhelma w Niemczech zostali odarci ze swych pragnień, reputacja Kaisera została skutecznie zszargana przez ówczesną propagandę wojenną i na zawsze zawisła na szubienicy historii dzięki pisarstwu wpływowych gremiów historyków. Ogłupiający efekt tej propagandy był taki, że, mimo iż masa ludzi do dziś jest przekonana, że niemiecki cesarz był wyjątkowym okazem odrażającego ogra, to nawet jedna osoba na tysiąc nie ma pojęcia o działaniach Kaisera w tamtych dniach. Wrażenie jest takie, że osiem milionów ludzi zginęło w rzeźniach Flandrii i Galicji wyłącznie dzięki Kaiserowi.
Traktat wersalski, który potwierdził, iż wyłączną winę za wybuch wojny ponoszą Niemcy, rzecz jasna nigdy nie mógłby być narzucony, gdyby u jego podwalin nie leżała teza o nikczemności Wilhelma II. Najmniejsza wątpliwość, co do rzekomych wojennych knowań Wilhelma sprawiłaby, że cały oszukańczy dokument straciłby swą moc.
* * *
Jaka była rzeczywista rola Wilhelma II w rozpętaniu wojny?
By rzec prawdę, trzeba zauważyć, iż w dniu, kiedy Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, cesarza od wielu dni nie było w Niemczech. Jako zadowolony urlopowicz wciąż żeglował po Morzu Północnym na swym jachcie „Hohenzollern”. Powiadomiony o zbrodni w Sarajewie, wyraził swe przerażenie i zapewnił cesarza Franciszka Józefa o swym pełnym poparciu. Niemniej jednak w owym czasie wciąż odbierał całe wydarzenie jako lokalny incydent, którym Austro-Węgry – za jednym zamachem pozbawione swego następcy tronu i głównodowodzącego armią – mogły być w oczywisty sposób poważnie zaniepokojone. Wciąż nieświadom tego, jakich rzeczy dowiedzą się Austriacy w czasie przesłuchania zamachowców, cesarz wyjechał na początku lipca z kraju, z mocnym postanowieniem, by spędzić cały miesiąc na morzu.
Gdyby impulsywny władca rzeczywiście pragnął wzniecić wojnę w Europie, z pewnością zwróciłby większą uwagę na dopilnowanie, by jego plany zostały wcielone w życie. Jednak pozwolił na to, aby jego szef sztabu, von Moltke, kontynuował swój wypoczynek w Karlowych Warach, a admirał Tirpitz wciąż spędzał czas na urlopie w Tarasp.
Zresztą, dlaczego Niemcy i ich przywódca mieliby chcieć wojny? Do 1914 roku Niemcy osiągnęły na kontynencie prymat ekonomiczny bez jednego wystrzału. Zauważył to francuski historyk Lavisse, który w kwietniu 1917 roku na odczycie wygłoszonym na Sorbonie, odniósł się do okresu 1871–1914 w następujących słowach: „ Nigdy jeszcze w żadnym kraju historia nie widziała tak zdumiewającego wzrostu produkcji i ogólnego dobrobytu w tak krótkim czasie”.
Od 1870 roku liczba ludności Niemiec zwiększyła się o piętnaście milionów, podczas gdy liczba mieszkańców Anglii utrzymywała się na niezmiennym poziomie, zaś Francja znajdowała się w okresie stagnacji. Niemcy nie musieli już emigrować, gdyż kolosalny wzrost ekonomiczny kraju zapewniał pracę dla wszystkich. W okresie między 1900 i 1910 rokiem wydobycie węgla niemalże się podwoiło. Niemiecki przemysł metalurgiczny, chemiczny i wyrobów precyzyjnych nie miały sobie równych na świecie. Produkty niemieckie wszędzie wzbudzały podziw, co w latach 1910–1913 pozwoliło na podwojenie eksportu, który w tym ostatnim roku osiągnął wartość dziesięciu miliardów marek.
Towary eksportowano do odległych krajów – Chin i obu Ameryk – niemieckimi statkami, gdyż flota handlowa wkroczyła właśnie w okres swojego największego rozwoju i bandera cesarstwa była obecna na siedmiu morzach.
Niemiecka ekspansja robiła wrażenie, tym bardziej że przez kilka dziesięcioleci odbywała się bez podbojów militarnych, co było zauważalnie pokojowym sposobem rozszerzania wpływów, szczególnie w porównaniu z krwawymi metodami takich imperialnych potęg, jak Anglia i Francja, nie wspominając o Ameryce, która uzyskała nowe terytoria kosztem Meksyku.
Jakość niemieckich towarów, w połączeniu z efektywnością niemieckich przedstawicieli handlowych, powodowała budzącą obawy zazdrość, szczególnie wśród możnych angielskiego imperializmu. Wybitny francuski historyk, Pierre Renouvin, zauważył: „Od 1900 roku Niemcy były na fali sukcesu. Dzięki inicjatywie swych handlowców-globtroterów, którzy dokładają wszelkich starań, by odgadnąć potrzeby swych klientów i zaspokoić ich gusta, jak również dzięki dobrym warunkom oferowanym przez eksporterów swym odbiorcom, niemiecki handel bierze górę nad angielskim w Holandii, gdzie Rotterdam jest dodatkiem do Nadrenii; w Belgii, gdzie część firm w Antwerpii jest w rękach czterdziestu tysięcy Niemców; we Włoszech, które kupują wyroby niemieckiego przemysły chemicznego i metalurgicznego; w Rosji, gdzie Niemcy mają przewagę odległości i lepszej znajomości kraju, i nawet w Serbii. Wąski margines przewagi, jaką handel brytyjski cieszy się na rynkach Francji, Hiszpanii i Imperium Osmańskiego, bezustannie się zmniejsza. Angielski producent i eksporter denerwuje się, gdyż wszędzie natrafia na niemieckich handlowców, którzy wygryzają go z interesu. Rywalizacja ekonomiczna tworzy zły klimat wśród opinii publicznej, co nie może nie mieć wpływu na stosunki polityczne. (Renouvin, La crise europeenne, s. 142)
Do tego czasu morza przez dwa wieki były niemalże prywatną domeną imperium brytyjskiego, a światowy handel na przestrzeni dziewiętnastego wieku był zmonopolizowany przez Brytyjczyków. Zarówno Francja, jak i Hiszpania zostały solidnie przetrzepane za to, że nie chciały z odpowiednim wdziękiem zgodzić się na supremację Brytanii. Marzenia Filipa II, króla Hiszpanii oraz Napoleona, cesarza Francji, poszły na dno razem z ich flotami, zatopionymi przez Royal Navy.
Wilhelm II, mając śmiałość zbudować flotę mogącą obsłużyć siedemdziesiąt procent zamorskiego handlu Niemiec, wywołał gniew aroganckiego monopolu, którego nawet Hitler nie miał odwagi antagonizować dobre dwadzieścia lat później. Królowa Anglii wyraziła poglądy establishmentu, mówiąc: „Wilhelm II bawi się w Charlemagne”.
W większości przypadków brytyjscy przywódcy z niechęcią myśleli o publicznym roztrząsaniu swych obaw co do ekspansji niemieckiego przemysłu i floty. Niemcy ze swojej strony żyli nadzieją, iż uda im się uzgodnić sprawy z Brytyjczykami na zasadzie pewnego rodzaju umowy dżentelmeńskiej.
Jednak brytyjska odpowiedź nie była zachęcająca, szczególnie w kwestii rozszerzania niemieckich kolonii, które mogłyby wchłonąć część rosnącej populacji. Każdy wysiłek w tym kierunku był zazdrośnie torpedowany przez Wielką Brytanię. Mali sąsiedzi, tacy jak Belgia czy Holandia, mogli posiadać wielkie zamorskie imperia, sześćdziesięciokrotnie lub osiemdziesięciokrotnie przewyższające powierzchnię metropolii, ale one z dawien dawna uważane były za posłusznych satelitów. Niemcy zaś były potężnym rywalem.
Oczywista prawda, iż do skutecznego konkurowania z rosnącą potęgą niemieckiej ekonomii Zjednoczone Królestwo musiałoby produkować towary równie dobre i niedrogie, jak te wytwarzane w Rzeszy, zupełnie umykała uwadze Brytyjczyków. Zamiast podjąć wyzwanie, czuli się zagrożeni. Samotni, wyniośli i opryskliwi, ruszyli na poszukiwanie sprzymierzeńców przeciwko niemieckiemu „zagrożeniu”. W 1904 roku Brytania zapoczątkowała zbliżenie ze swym odwiecznym wrogiem, Francją, kiedy to oba kraje zawarły układ, znany pod nazwą Entente Cordiale, który w rzeczywistości zawsze pozostanie swoistym Mesentente Cordiale. W końcu jednak fakt, iż ociężały John Bull i zwinna Marianne ruszyli do tańca, oznaczał punkt zwrotny w historii.
Brytyjski establishment potrzebować będzie kataklizmu dwóch wojen światowych w czasie jednego wieku, by dotarło do niego, iż jego światowy monopol ostatecznie się skończył, wyparty przez niepewne kondominium Stanów Zjednoczonych Ameryki i Związku Sowieckiego.
* * *
Pomijając chybioną brytyjską ofertę portugalskiej Angoli w zamian za zaniechanie rozbudowy floty, złożoną Niemcom w 1912 roku, Wilhelm II nie dał się odwieść od swych planów i stocznie kontynuowały prace pełną parą. Bynajmniej nie znaczyło to, iż Kaiser dążył do wojny. W rzeczy samej, w 1905 roku, z własnej inicjatywy, przebywając na wakacjach na pokładzie swego jachtu u wybrzeży Danii, zawarł braterską umowę z niegdysiejszym rosyjskim rywalem, carem. Imperator Rosji był z natury człowiekiem łagodnego usposobienia, ociekającym dobrymi intencjami. Ale miał słabą wolę i będąc neurotykiem, był ciągle otoczony kręgiem panslawistycznych aktywistów, wojowniczych arcyksiążąt, mętnych szarych eminencji i wszelakiej maści manipulatorów. Pomimo intencji Wilhelma, by przyciągnąć Francję do jego serdecznego porozumienia z Rosją, skupione wokół cara elementy nieprzyjazne niemiecko-rosyjskiemu odprężeniu, zdołały w ciągu czterech miesięcy storpedować porozumienie. Francusko-rosyjskie antyniemieckie porozumienie z 1894 roku pozostało w mocy i rosyjscy imperialiści spozierali na Śląsk (austro-węgierski) i Galicję wzrokiem bardziej łakomym, niż kiedykolwiek wcześniej. Francuzi ze swojej strony, podniesieni na duchu perspektywą wsparcia ze strony potężnej armii rosyjskiej, knuli, aby odzyskać Alzację i Lotaryngię.
Rozdział 4 Ambicja i rewanżyzm
Od 1871 ROKU Republika Francuska ogarnięta była obsesją odzyskania Alzacji i Lotaryngii. W tym samym roku, podczas obrad Zgromadzenia Narodowego w Bordeaux, Viktor Hugo trąbił o swym niezłomnym oddaniu sprawie utraconych terytoriów. Po nim do chóru literackich rewanżystów dołączyli Deroulede, Barras i Bourget.
Jakkolwiek szlachetne byłyby francuskie protesty, nie brały pod uwagę historii – szczególnie historii swego własnego kraju. W przeszłości Francja była dość zręczna w anektowaniu terytoriów swoich sąsiadów. W końcu, jakim sposobem Nord, Dunkierka, Lille, Arras i Douai, wszystkie mające niemieckiego orła w tarczy herbowej, znalazły się we Francji? To samo dotyczy Rousillon, oryginalnie będącego częścią Katalonii, jak również Burgundii i Verdun, do 1552 roku niemieckiego miasta katedralnego. Toul stało się częścią Francji dopiero w 1648 roku, po zawarciu Pokoju Westfalskiego.
A i same Alzacja i Lotaryngia zostały uzyskane w niezbyt odległej przeszłości. Lotaryngia była niemiecka przez tysiąclecie. Prawie czterysta lat wcześniej cesarz Karol V marzył, aby uczynić ją wolnym i niezbywalnym krajem, buforem między Francją a Niemcami. Francuzi mieli jednak inne aspiracje. W roku 1633 zdobyli Nancy; sto trzydzieści trzy lata później pozostała część Lotaryngii została zajęta i anektowana. Gdy Niemcy odebrali prowincję w 1870 roku, należała do Francuzów ledwie ponad wiek.
Podobna sytuacja była z Alzacją. Traktat w Verdun z roku 843 uczynił ją częścią Lotaryngii. Dwadzieścia siedem lat później traktat w Meerssen przyznał ją Ludwikowi II Niemieckiemu. Od XII do XV wieku była częścią Księstwa Szwabii i przeżywała rozkwit gospodarczy. I nie wcześniej niż w roku 1679, po tym, jak francuskie wojska dowodzone przez marszałka Turenne okazały się lepsze niż armia Cesarstwa Niemieckiego, traktat w Nijmegen potwierdził francuskie zwierzchnictwo nad Alzacją. Strasburg pozostawał niemiecki do 1681 roku, a pokaźne miasto Miluza opierało się Francji do 1798 roku, kiedy to zostało ostatecznie zdobyte.
Jest w tym jakaś prawda, iż najmłodsze dziecko – lub ostatnia zdobycz – kochana jest najbardziej. Tak wyglądała historia z Alzacją i Lotaryngią. I nie ulega wątpliwości, iż prowincje te odegrałyby zdrowszą rolę w historii Europy, gdyby dane im było stać się rdzeniem buforowego państwa dzielącego dwóch rywali, zamiast przez tysiąc lat stanowić arenę bojów ich armii.
Niemcy cesarza Wilhelma II ostatecznie zorientowały się, że kwestia „utraconych prowincji” stanowi barierę nie do pokonania na drodze do francusko-niemieckiego pojednania i w roku 1911 przyznały Alzacji i Lotaryngii autonomię w ramach Rzeszy. Zrobiono to, mimo dowodów na rosnącą akceptację niemieckiej władzy wśród miejscowej ludności, w takim wymiarze, iż historyk francuski Renouvin zmuszony był zauważyć: „Obywatele Alzacji i Lotaryngii są świadomi korzyści materialnych, jakie osiągają dzięki ogólnemu dobrobytowi w Niemczech. Nie muszą uciekać się do protestów, lecz wysyłają swych reprezentantów do Reichstagu, gdzie ci zasiadają razem z partiami niemieckimi, zarówno katolickimi, jak i socjalistycznymi. (Renouvin, La crise europeenne, s.138)
Niemcy próbowały ugłaskać Francję nie tylko w kwestii Alzacji i Lotaryngii, lecz także w materii kolonii, jednak rząd francuski pozostał nieczuły na te zabiegi. W 1906 roku, rezygnując na rzecz Francji z kontroli nad Marokiem, Niemcy otrzymały w zamian wąski skrawek jałowego lądu w Afryce Równikowej. Ponadto, nowi brytyjscy sojusznicy Francji wywarli presję na Hiszpanii, by odmówiła Niemcom zgody na położenie podmorskiego kabla telegraficznego przez Wyspy Kanaryjskie, który miał zapewnić łączność telefoniczną z koloniami w Afryce Centralnej.
Niezrażony tym rząd niemiecki zaproponował Francji ścisłą współpracę w 1912 roku. Sam prezydent Francji, Poincaré, przyzna w 1922 roku w Izbie Deputowanych: „Nie ulega wątpliwości, iż przez cały 1912 rok Niemcy czyniły szczere wysiłki, by sprzymierzyć się z nami w interesie zachowania pokoju i we wspólnym interesie całej Europy”. Dodał następnie: „Ale Francja nie była jeszcze na to gotowa”.
I taka, w końcu, była cała prawda. Bez względu na to, na jak duże ustępstwa gotowe były pójść Niemcy, nie mogło dojść do zbliżenia, dopóki francuska trójkolorowa flaga nie będzie powiewać nad Alzacją i Lotaryngią. Jeśli inne państwa zachowywałyby się wobec Francji w podobny sposób, nie byłoby pojednania z Hiszpanią, dopóki Francja nie oddałaby Perpignan Katalonii i nie byłoby pojednania z Belgią, zanim Francja nie zwróciłaby regionu Nord belgijsko-flamandzkiej ojczyźnie. Jednak w kwestii rekonkwisty swych utraconych nadgranicznych prowincji Francja nie kierowała się ideą pojednania, lecz wolała polegać na sile militarnej.
Przymierze Francji z Imperium Rosyjskim z roku 1894 było dziwnym paktem. Paryż i Sankt Petersburg dzieliło więcej niż tysiąc mil – ogromna odległość w czasach przed epoką awiacji. Mieszkańcy Francji i ludzie żyjący w imperium carów nad wyraz się różnili. Wcześniej jedyne znaczące kontakty między dwoma narodami sprowadzały się do wrogości, kiedy to Napoleon w 1812 roku poprowadził Wielką Armię do Moskwy i gdy francuscy Żuawi wspierali oddziały brytyjskie podczas okupacji Krymu w 1854 roku.
Na razie jednak interesy Francji i Rosji, a przynajmniej interesy rządzących elit politycznych, były zbieżne. Francuska republika potrzebowała kilku milionów dodatkowych żołnierzy i Rosja je miała. Rosja potrzebowała miliardów franków w złocie by finansować swe panslawistyczne i dalekowschodnie pomysły i Francja była gotowa je zapewnić.
Żadna ze stron nie miała złudzeń, co do rzeczywistych implikacji takiego układu. Francuscy politycy nie pałali sympatią do carskiej autokracji, ani też panslawistyczni rosyjscy wielcy książęta nie mieli żadnego szacunku wobec czegoś, co nazywali francuską „tłumokracją”. Mimo to, wojskowe więzy zacieśniały się coraz bardziej – sztaby generalne oficjalnie utrzymywały regularne kontakty, urządzano wspólne przeglądy wojsk, a floty odwiedzały się wzajemnie. Podły układ wkrótce zrodzi owoce.
Wydarzenia polityczne w kraju spotęgowały francuski kurs ku otwartej wrogości wobec Niemiec. W 1913 roku Raymond Poincaré, dotychczas pełniący obowiązki ministra spraw zagranicznych, został wybrany prezydentem Republiki Francuskiej. Gdy na początku tego roku Poincaré przejął Pałac Elizejski od prezydenta Fallieresa, ten miał powiedzieć: „Obawiam się, że wojna wkracza za mną do pałacu”. George Malcolm Thomas wyraził następująca opinię: „Jest pewne, że Lotaryńczyk Poincaré nie czuł odrazy do wojny”.
Francuska partia rewanżystów miała swych oponentów, niektórych o znacznych wpływach. Joseph Caillaux, były premier i minister finansów, był potężnym mężem stanu, którego Poincaré ogromnie się obawiał jako rywala. Jean Jaures, płomienny socjalistyczny mówca i pacyfista, był w stanie porwać masy, jak żaden z francuskich polityków. Jednak z prezydentem Poincaré stojącym mocno u steru, głosy te okazały się bezsilne i nie mogły wpłynąć na wojskowe i polityczne machinacje francuskiego rządu.
Poincaré nie był ciepłym człowiekiem, nie był też elokwentny ani skłonny do zgody. Był suchy jak szczapa, z oczami wypchanej sowy. W czasach mojej młodości miałem okazję poznać go osobiście. Gdy go spotkałem, byłem zdumiony jego ostrym i nieprzyjemnym głosem. Wydawał się być zimnym, małym człowieczkiem z policzkami wydętymi przez wrodzone rozdrażnienie. Ze stalowoszarymi bokobrodami, przypominającymi pędzel do golenia, sprawiał wrażenie szczwanego lisa. Nie ufał innym ludziom, a oni nie ufali jemu. Całe życie mający skłonności do dzielenia włosa na czworo, wypełniał całą swą polityczną i dyplomatyczną aktywność, swe wystąpienia parlamentarne i nawet swoje wspomnienia taką ilością kłamstw, wybiegów, uników, a momentami wręcz banialuk, że sam ich ogrom był porażający.
Wydaje się, że zachowywał uczciwość w sprawach własnych finansów, co jest rzadkością wśród elit politycznych i świata prasy, które zwykle pławią się w moralnej zgniliźnie. Ale jego brudne, polityczne sztuczki były niezliczone! Lepiej byłoby, gdyby wyprowadził z publicznej kasy kilkaset milionów franków, zamiast posyłać półtora miliona Francuzów na śmierć w krwawej łaźni I wojny światowej.
Poincaré nie mógł otwarcie dążyć do wojny, chociaż w duchu pragnął jej z całych sił. Gdy wojna w końcu nadeszła, powiedział później, że była to „niespodzianka z nieba”. Charles de Gaulle, który nie miał sobie równych, jeśli chodzi o zdolność do przejrzenia sokolim okiem podświadomości swych rodaków, napisał w La France et son armée: „Patrzył na nadchodząca tragedię nie bez ukrytych nadziei”.
Jednakże w 1912 roku Poincaré nie był gotów, aby poświęcić się sprawie bałkańskich przygód rosyjskich panslawistów. Nie mógł pomylić Belgradu czy Sarajewa ze Strasburgiem. Odpowiadało to Rosjanom, którzy dołożyli wielkich starań, by ukryć swe intrygi przed ich francuskim aliantem.
W marcu 1912 roku, bez wiedzy Francuzów, rosyjski ambasador i faktyczny pełnomocnik w Belgradzie, Mikołaj Hartwig, nakreślił tajne punkty układu między Serbią i Bułgarią, które określały liczbę bułgarskich jednostek wojskowych, jakie miały być postawione do dyspozycji Serbii w przypadku wojny z Austro-Węgrami.
Poincaré był zirytowany skrytością swego sojusznika, szczególnie po tym, gdy jego ambasador był w stanie wydobyć ze swych rosyjskich kolegów wyłącznie hipokryzyjne zaprzeczenia. Poincaré przez jakiś czas był słabo poinformowany o ruchach Rosji na Bałkanach, może jeszcze gorzej niż ich wspólny, niemiecki wróg. Był nieświadom kreślonych przez Rosję planów prowizorycznych granic jej bałkańskich sojuszników przed konfliktami z lat 1912 i 1913. Mimo swych zjadliwych zastrzeżeń, gdy dowiedział się już prawdy, francuski prezydent musiał przełknąć irytujące rosyjskie wyjaśnienia tak, jakby były to poobiednie miętówki.
W 1913 roku, gdy wreszcie otrzymał tekst tajnego porozumienia między Rosją i Bułgarią, mruknął do Siergieja Sazonowa, rosyjskiego ministra spraw zagranicznych: „Monsieur Sazonow, pozwolę sobie zwrócić pana uwagę, iż traktat jest przymierzem wojny – nie tylko przeciwko Turcji, ale i Austrii.” (Poincaré, Les Balkans enfeu, s. 113)
Sazonow odpowiedział trzema słowami: „Muszę się zgodzić”, ale nie pospieszył z informacjami odnośnie rosyjskich planów na Bałkanach.
Nowy prezydent nie tylko dołożył wszelkich starań, by uniemożliwić zawarcie francusko – niemieckiego porozumienia, ale postarał się, by zantagonizować Austro-Węgry, które w jego opinii, były zbyt dobrze nastawione do Francji. Na przykład, Poincaré osobiście zdołał storpedować pożyczkę Banku Francji dla Austro-Węgier, które cieszyły się niezachwianą finansową reputacją. Francuzi do tej pory udzielili pożyczek na sumę czterdziestu pięciu miliardów franków w złocie, z czego jedna trzecia przypadła na Rosję i to na bardzo szczodrych warunkach. Serbia również skorzystała z części tej francuskiej szczodrobliwości. Bez względu na fakt, iż objęcie pożyczką Austrii zwiększyłoby znacznie francuskie wpływy u wielkiej, środkowoeuropejskiej potęgi, Poincaré zdecydowany był obrazić teutońskiego sojusznika znienawidzonych Niemiec.
Wychodząc z równie grubiańskich założeń, Poincaré dołożył wszelkich starań, by obrazić Wilhelma II. Na początku 1914 roku francuski minister Aristide Briand został uprzejmie zaproszony przez Wilhelma II na regaty w Kilonii. Poincaré zabronił ministrowi uczestnictwa, stwierdzając, iż „zaproszenie tego rodzaju jest skandaliczne i niepokojące”.
Francuscy dyplomaci w Niemczech wielokrotnie informowali Paryż o życzliwych intencjach Niemiec wobec Francji. Ambasador Cambon przekazał telegraficznie z Berlina informację, którą w zaufaniu otrzymał od barona Beyensa, belgijskiego ambasadora w Niemczech: „Poza wszelką wątpliwością pozostaje fakt, iż niemiecki kanclerz za wszelka cenę chce uniknąć pożaru w Europie”.
Błyskotliwy socjalistyczny przywódca, Marcel Sambat, podkreślał zasadniczą ostrożność Wilhelma II w swej książce Faitez la paix ou faites un roi: „ Niemiecki cesarz znosił prześmiewki czy wręcz zarzuty o tchórzostwo przez dwadzieścia pięć lat.”
W miarę jak Rosja nasilała swe intrygi na Bałkanach, Francja stawała się coraz lepiej poinformowana. Serbia intensyfikowała przygotowania przeciwko Austrii. Zaszyfrowany meldunek, datowany na 28 marca 1914 roku, który swemu rządowi przesłał francuski attaché wojskowy w Sofii, donosił o uwagach, wygłoszonych poprzedniego dnia przez króla Bułgarii, Ferdynanda, do swych dowódców wojskowych: „Nie przeszkadzajmy Serbii. Serbowie sądzą, że są już na tyle silni, by pokonać Austrię. Nie minie sześć miesięcy, a zaatakują ją wspólnie z Rosją”.
Na trzy miesiące przez Sarajewem francuski rząd jawnie nie przejmował się wizją wybuchu wojny między Austrią i Serbią. Zamiast raczej poszukiwać dróg mediacji, Francja pilnie dostarczała Serbii środków finansowych, by ta mogła wzmacniać swój arsenał i zapasy materiałów wojennych. Duża francuska pożyczka z września 1913 roku była do tego bodźcem. Francuskie pieniądze nie tylko uzbroiły Serbów, ale uczyniły bogatymi ich przywódców.
Jako przykład korupcji, zrodzonej przez francusko-serbsko-rosyjskie powiązania, można uznać sprawę karabinów Mausera. 29 listopada 1913 roku sekretarz generalny ministra spraw zagranicznych, Dragomir Stefanović, nakreślił poniższe słowa w liście do francuskiego magnata finansowego i prasowego (Le Temps), Edgara Roelsa:
„Panowie,
Kwestia karabinów jest pilna. Proszę, byście traktowali ją, jako sprawę najwyższej wagi. Proszę o podanie mi najwcześniejszej daty, do której fabryka może uporać się z zamówieniem. Cena karabinu może wynosić nawet 80 franków za sztukę (prowizje muszą być wliczone w cenę).
Jak już informowałem, mówimy tu wyłącznie o karabinie Mausera o kalibrze 7 mm, model 1910. Ponieważ Mauser jest częścią kartelu z austriacką firmą Steyr Works, mamy obawy przed składaniem zamówienia bezpośrednio Mauserowi, ponieważ ostatecznie broń produkowana będzie przez firmę Steyr i jej odbiór będzie niemożliwy w momencie, gdy skomplikuje się sytuacja polityczna. Zdarzyło się tak już poprzednim razem, w 1908 roku. Dostawy, o których mowa, muszą być opłacone wyłącznie z pożyczki, zaciągniętej we Francji. W żadnym razie Mauser nie może być o niczym informowany.”
Karabiny Mausera, zakupione przez Francję, dotarły do Serbii w lutym i w marcu 1914 roku. Następujący serbscy dygnitarze otrzymali prowizje za swe wysiłki: premier Pašić 4,5 do 5 procent (w zależności od wielkości zamówienia), marszałek Putnik 3 procent, marszałek dworu i marszałek skarbu po 1 procencie, a serbski generalissimus wyciągnął 2 procent.
Poziom nieuczciwości osiągnął takie wyżyny złodziejstwa, że powojenna jugosłowiańska Socjalistyczna Partia Demokratyczna będzie w stanie oskarżyć Nikolę Pašića o osobiste przywłaszczenie miliona franków w złocie, przekazanego Serbii przez Rosję. Socjaliści oskarżą także byłego ambasadora Serbii w Paryżu, M.R. Vesnića, o ucieczkę z kolejnym milionem franków w złocie, które przeznaczone były na opiekę nad rannymi serbskimi żołnierzami.
Rosja także przystąpiła do pracy, polegającej na wciągnięciu w sidła swej antyaustriackiej agitacji istotnego sojusznika Austro-Węgier, związanego z nią paktem jeszcze z 1883 roku – Rumunii.
Wielki książę Mikołaj, wuj cara, jeden z najbardziej zaciekłych panslawistycznych podżegaczy wojennych, przybył do Bukaresztu, by skorumpować zarówno rząd rumuński, jak i rodzinę królewską. Momentalnie osiągnął sukces z rumuńskim premierem, Take Ionescu. Dragomir Stefanović ujawniał później w swych Wspomnieniach i dokumentach serbskiego dyplomaty: „W grudniu 1912 roku Take Ionescu dwukrotnie spotkał się z wielkim księciem Mikołajem w obecności naszego chargé d’affaires przy poselstwie rosyjskim. To właśnie przy okazji drugiego z tych spotkań ustalono ostateczną kwotę, jaką otrzyma rumuński mąż stanu, jako cenę za pomoc, którą obiecał przy promowaniu rosyjskiej propagandy antyaustriackiej. Kwota wynosić miała pięć tysięcy franków w złocie miesięcznie”.
Take Ionescu gwarantował wielkiemu księciu Mikołajowi, iż w razie konfliktu austriacko-rosyjskiego, wraz ze swymi przyjaciółmi, przy wsparciu głównych osobistości wojskowych, a w szczególności generałów Filipescu i Averescu, uniemożliwi królowi Karolowi i jego proniemieckim ministrom wypełnienie zobowiązań, wynikających z sojuszu, łączącego od 1883 roku rządy Rumunii i Austrii.
Marchiloman, poprzednik Ionescu na stanowisku premiera, zdołał uzyskać i opublikować fotografie pokwitowań Ionescu. Ujawniono także, iż Ionescu był dotowany przez tajny fundusz z Włoch. On sam zaś, sponsorował francuską gazetę codzienną Le Temps i jej przedstawicielstwo na Bałkanach – pieniądze te, rzecz jasna, pochodziły od Rosjan, którzy z kolei otrzymywali je w formie ogromnych pożyczek z Francji.
Stefanović zanotował w swych wspomnieniach: „Jeśli chodzi o nas [serbskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych], od stycznia 1913 roku byliśmy pewni, że gdy nadejdzie decydujący moment, Rumunia pomaszeruje z nami przeciwko Austro-Węgrom”.
Niemcy szybko zrozumieli, na czym polega rosyjska aktywność w Rumunii. W styczniu 1913 roku niemiecki ambasador w Bukareszcie telegrafował do Berlina: „Liczba szpiegów i tajnych agentów, których Rosja od miesięcy utrzymuje w Rumunii staje się rozrzutna. Wszyscy koncentrują swoje wysiłki na podżeganiu kraju przeciwko Austrii. Zapytuję sam siebie, do czego w efekcie dążą”.
Ze swojej strony, niemiecki ambasador w Atenach, hrabia Kuadt, telegrafował w dniu 1 marca 1913 roku: „Rosyjska propaganda przesączą się do najniższych warstw społeczeństwa Rumunii”.Ambasador niemiecki w Austro-Węgrzech, von Tschirschky, stwierdził, że Rosjanie zgromadzili fundusz łapówkowy w wysokości milionów rubli, przeznaczony na przekupywanie Rumunów, w czym dzielnie sekundowali im Francuzi w osobie francuskiego ambasadora w Bukareszcie, Blondela. Na jego zaproszenie, w celu szerzenia propagandy wymierzonej w Austro-Węgry, do Rumunii płynął nieprzerwany strumień francuskich polityków i dziennikarzy, wśród których był także André Tardieu z Le Temps.
We Francji Tardieu był bliskim powiernikiem ambasadora Rosji, Aleksandra Izwolskiego, który w 1912 roku pisał do swego ministra spraw zagranicznych, Sazonowa: „Udzielam wywiadów panu Tardieu co drugi dzień”. Tardieu był śliskim i pozbawionym skrupułów graczem, spiskującym z niemieckim dyplomatą w Paryżu odnośnie stworzenia nielegalnego konsorcjum gumowego w Kongo, co, poprzez podstawionych ludzi, przyniosłoby mu milionowe zyski. Pomysłowi zmowy położył w końcu kres strażnik finansowy francuskiego Zgromadzenia Narodowego, Joseph Caillaux.
Na sześć miesięcy przed Sarajewem, Tardieu otrzymał zielone światło do zaoferowania Rumunom Transylwanii, części Austro-Węgier, w zamian za ich współpracę. W prowokacyjny sposób Tardieu wygłosił w Bukareszcie publiczny odczyt zatytułowany „Transylwania jest Alzacją i Lotaryngią Rumunii”.
W dniu 24 czerwca, na cztery dni przed zamordowaniem arcyksięcia i jego żony, Take Ionescu telegrafował do Tardieu, używając zakodowanych sformułowań: „Zgoda w ogólnym zarysie, wszystkie punkty zadowalające, wspólne interesy ustalone wczoraj po rozmowie z Sazonowem, Bratianu. Zasada uznania naszych roszczeń do Transylwanii, Bukowiny, Banatu. STOP. Obecnie nieodpowiednie wszelkie komentarze, list w drodze kurierem dyplomatycznym”.
Tego samego dnia Rosja potwierdziła francuskie gwarancje dla Rumunii.
Później Georges Clemenceau oświadczy: „Ze wszystkich świń na tej wojnie Rumuni byli najbardziej świńscy”. Być może z tym stwierdzeniem można by dyskutować: świństw było wtedy pełno dookoła, szczególnie na Bałkanach.
Rozdział 5 Poincaré i Caillaux
Niezależnie od determinacji, z jaką francuscy politycy parli do wojny, wciąż należało jeszcze sprawić, by masy Francuzów rzuciły się w kierunku okopów. W tym momencie politycy w rodzaju Poincaré uznali tajną pomoc rosyjską za bezcenną.
Była to dziwaczna, lecz wzajemnie korzystna umowa. Rosjanie dotowali francuskie gazety, które lobbowały na rzecz finansowego i wojskowego wsparcia dla Rosji, co sprawiało, iż Rosja mogła przeznaczać jeszcze większe środki finansowe na łapówki. Podżegacze wojenni francuskiej polityki zbierali owoce pracy prasy, bezustannie bijącej w bęben wrogości do Państw Centralnych – Niemiec i Austrii. Znalezienie na tyle przekupnych dziennikarzy, by nagłówki i wstępniaki były kreślone ręką obcych sił, nie należało do najtrudniejszych zadań. W rzeczywistości większym problemem dla Rosjan było wybranie tych najbardziej użytecznych spośród tłumu chętnych, którzy przepychali się do przodu w nadziei na łapówkę.
Artur Raffałowicz, przedstawiciel rosyjskiego ministerstwa finansów w Paryżu, raportował premierowi, hrabiemu Witte: „ Ponieważ nie można kupić wszystkich, trzeba będzie dokonywać selekcji”. Dodał też: „Codziennie można się nauczyć pogardy dla kogoś nowego.”
Od samego początku 1912 roku rosyjscy specjaliści od przekupstwa wyłożyli setki tysięcy franków w złocie. Wciąż rosnące tempo subwencji wywindowało ich poziom do kwoty trzystu pięćdziesięciu tysięcy franków w złocie miesięcznie. Ogólne wydatki na łapówki osiągnęły w końcu dziesiątki milionów.
Po przejęciu władzy przez bolszewików w 1917 roku, opublikowali oni tajne dokumenty ukazujące zasięg tych machinacji, a wśród nich telegram Raffałowicza z 26 lutego 1913 roku, tym razem adresowany do ambasadora Izwolskiego: „Pieniądze te dostarczy pan poufnie, bezpośrednio z rąk do rąk, jako wynagrodzenie za współpracę uzgodnioną z Le Temps, L’Eclair i Echo de Paris”.
Jeden z pracowników Poincaré napisał o wydawnictwach, pozostających na liście płac panslawistów: „Wstrętna lista, na której, złączone tą samą działalnością i tym samym wstydem, kotłują się Le Figaro Gastona Calmette, Radical, Journal des Débats, Henri Letteier i jego Journal, La République Francaise, Le Matin, L’Echo de Paris i L’Eclair i wreszcie, dominujący nad całą resztą, redaktor działu polityki zagranicznej Le Temps, przyszły negocjator pokoju i premier, André Tardieu, którego dopiero co widzieliśmy przy pracy w Rumunii. Był ozdobnym piórkiem przy rosyjskim kapeluszu. Kilka lat wcześniej jego gazeta w dużym stopniu sympatyzowała z Austro-Węgrami.”; w liście do Sankt Petersburga, datowanym 16 lutego 191 roku, Izwolski napisał: „Gazeta Le Temps pana Tardieu korzysta z każdej sposobności by ukazać dobre francusko-rosyjskie stosunki w złym świetle”.
Rok później, ambasador mógł już napisać: „Pan Tardieu nie traci ani chwili, by oddać swe pióro na me usługi”.
Serbski rząd nie ociągał się i dołączył do przekupnej gry, wiedziony przykładem swych rosyjskich patronów. Jak ujawnił Dragomir Stefanović, na dwa lata przed Sarajewem Serbowie przekazali czołowym tytułom prasowym Francji łączną sumę półtora miliona franków w złocie – „niewielkie napiwki”, by użyć słów premiera Pašića. Serbskie pieniądze opłaciły powstanie wpływowej, bałkańskiej redakcji Le Temps, prowadzonej przez wszechobecnego Tardieu, która dostarczała francuskim gazetom dobre dziewięćdziesiąt procent ich materiału z Bałkanów. Rosyjski ambasador w Serbii, Hartwig, odgrywał istotną rolę w ich kształtowaniu, a sama redakcja posługiwała się własnym kodem, którego nie był w stanie odcyfrować nawet francuski rząd.
Wobec zalewu informacji ze strony opłacanej prasy, francuska opinia publiczna nie mogła długo pozostawać neutralna. Jeden z kolegów Clemenceau napisze później: „Najbardziej bezczelna mowa-trawa i najbardziej bezwstydne kłamstwa, po tym jak zostały opublikowane i skomentowane przez Le Temps, Echo de Paris i Journal des Débats – które w owym czasie były uważane przez nasze klasy rządzące za dobrze poinformowane i opiniotwórcze organy prasowe, godne całkowitego zaufania – były przedrukowywane przez wszystkie prowincjonalne gazety. Miliony ludzi, pochodzących zarówno z niższych, jak i z wyższych warstw klasy średniej, emeryci, robotnicy i chłopi, przez dwadzieścia lat patrzyli, jak ich oszczędności wędrują w formie pożyczek do Rosji, «przyjaciółki i sojuszniczki», podczas gdy oni czekali, by móc poświęcić dla niej swoje życie”.
Poincaré nie uczynił nic, by przeszkodzić rosyjskim planom opłacania wolnej prasy we Francji. Gdy w 1912 roku odwiedził go Izwolski z zarysem swego planu skorumpowania francuskiej prasy, był w stanie szybko przezwyciężyć jego obawy. Agent Izwolskiego, niejaki Davidoff, utrzymujący kontakty z Poincaré, pewnego dnia usłyszał jak ten mruknął świętoszkowatym tonem: „W miarę możliwości trzeba będzie rozdzielać [pieniądze] na niewielkie sumy, i przekazywać je z wielką rozwagą i dyskrecją”. Poincaré zadawał się też z cieszącym się jeszcze gorszą sławą typem, nazwiskiem Lenoir, do którego obowiązków należało osobiste wręczanie wypchanych kopert szefom mediów.
Poincaré wyjaśniał później, raczej obłudnie, iż być może spotkał Lenoira jeden, jedyny raz, ale w żadnym razie „nie miał okazji z nim rozmawiać.” Jednakże fakt, iż jego żydowski minister finansów, Klotz, bardziej ubrudził sobie ręce w tym procederze, niespecjalnie oczyszcza Poincaré. Klotz, który na pewnym etapie wręcz zażądał, aby Rosjanie przekazywali łapówki z wyprzedzeniem, „ponieważ gabinet francuski znajduje się w ogólnie trudnej sytuacji”, zakończy po wojnie swą karierę w skandaliczny sposób – w sądzie karnym.
Pomimo rosnącej społecznej sympatii do Rosji i Serbii, francuskie masy wciąż nie miały ochoty na wojnę. Politykę Poincaré uważano za zbyt militarystyczną, szczególnie, kiedy to w 1914 roku francuski prezydent zapragnął przedłużenia okresu służby wojskowej z dwóch do trzech lat. Pomimo wzmożonej kampanii prasowej, napędzanej przez rosyjskie pieniądze („Klotz”, jak donosił Raffałowicz do Sankt Petersburga, „żąda drugiej transzy: trzeba wielkiej kampanii, aby przepchnąć trzy lata [przepis]”), projekt został odrzucony w głosowaniu. W najbardziej wpływowych francuskich kręgach najsilniejsza opozycja wobec wojskowych planów Poincaré spersonifikowana była w osobie Josepha Caillaux.
Caillaux, który zmarł w 1944 roku, jest dziś postacią w większości zapomnianą, ale niewykluczone, że być może był najbardziej inteligentnym i kompetentnym politykiem francuskim owego czasu. Charles De Gaulle uważał go za pierwszego europejskiego męża stanu, który rozumiał istotną rolę ekonomii w życiu publicznym. Podobnie jak jego przeciwnik Poincaré, Caillaux był twardy, władczy i autorytarny. Byli urodzonymi wrogami, których przeznaczeniem było ścieranie się ze sobą w czasie swych karier. Caillaux, w przeciwieństwie do wielu Francuzów, nie był twardogłowym niemcożercą. Szanował niemiecką potęgę wojskową i uważał, że kolos zza Renu mógłby dać jego własnemu krajowi kilka istotnych lekcji z zakresu pracy, porządku i unowocześniania przemysłu. Caillaux wierzył, że oba kraje powinny się raczej uzupełniać, niż prowadzić rywalizację, zaognioną różnicami w temperamencie i psychologii. Każda ze stron miała wiele do zaoferowania i obie mogły osiągnąć stan niezwykłej symbiozy. Zbyt późno wielu Niemców i Francuzów doszło do wniosku, że Caillaux miał rację. O ileż lepiej byłoby, gdyby Francuzi wyjaśnili dzielące ich różnice z Niemcami kalibru von Bismarcka, czy nawet von Bülowa, niż żeby Adenauer, kanclerz okrojonych Niemiec i Charles De Gaulle, prezydent Francji, musieli zjeździć pół świata, by zakopywać topór wojenny po osiemdziesięciu latach katastrofalnej nienawiści. W 1914 roku wydawało się, że Caillaux miał duże szanse na wygranie wyborów i objęcie stanowiska Prezesa Rady Ministrów, co zmusiłoby Poincaré, prezydenta Republiki Francuskiej, do powierzenia znacznej części rządów właśnie jemu. Ale cóż wyszłoby wtedy z płomiennych planów Poincaré na odzyskanie Alzacji i Lotaryngii?
Pozycję Poincaré w walce z Caillaux wzmacniał fakt, iż wielu Francuzów było równie nieprzejednanych w kwestii „utraconych” prowincji jak on sam i nie znosiło Caillaux za jego rozsądek w tej sprawie. W głębi ducha Francuzi są bardzo szowinistyczni. W ich mniemaniu Belgowie to „mali Belgowie”, którzy porozumiewają się dziwnym bełkotem. Hiszpanie to „na wpół Afrykanie”, Anglicy zaś to urodzeni hipokryci, a Amerykanie są niewiele lepsi, niż na wpół dzikie bestie. Świat zewnętrzny nie wzbudza wielkiego zainteresowania Francuzów i nie mają potrzeby, by o nim coś wiedzieć. Charles Maurras, najbardziej francuski z francuskich intelektualistów, w wieku lat czterdziestu nigdy nie odwiedził francuskojęzycznej części Belgii, poza jedynym przypadkiem, gdy przejeżdżał tamtędy w ramach kilkugodzinnej wycieczki. Pierre Laval, który jedenastokrotnie zajmował stanowiska ministerialne, przyznał w rozmowie ze mną, że przejeżdżał przez Belgię tylko raz, jadąc nocą przez Liège w wagonie sypialnym. Żeby nie było wątpliwości, Francuzi zobaczyli szmat Europy podczas dziesięciu wieków podbojów: Brukselę, Rzym, Madryt, Wiedeń, Berlin, Moskwę i dwudziestu różnych najazdów na Niemcy. Ale nienawidzą dyskusji na te tematy. To właśnie na podobnej awersji do cudzoziemców oraz nieumiejętności dostrzeżenia racji drugiej strony podczas debaty politycznej, Poincaré oparł swoją własną karierę polityczną. Niestrudzenie agitował za polityką rewanżu i siły militarnej. Caillaux odważył się brnąć pod prąd popularnego szowinizmu i fakt ten zyskał mu miliony wrogów.
Przy okazji kłopotliwej kwestii związanej z trzyletnią służbą wojskową, zalety Poincaré, umożliwiające mu granie na popularnych nastrojach tłumu, zderzyły się z równie wielką troską wielu Francuzów o własną skórę i swą osobistą wolność. Przyjemnie agitowało się za Alzacją i Lotaryngią w kafejkach, wspaniale było wiwatować na Champs Elysées w czasie wojskowych defilad z okazji rocznicy zdobycia Bastylii… ale osobiste poświęcenie kosztem własnego życia i własnych rodzin wymagało głębszych przemyśleń. Poincaré musiał znaleźć jakiś sposób na pognębienie rywala. Znalazł go w słabości Caillaux do kobiet. Pomimo swej łysiny, Caillaux miał powodzenie u płci pięknej. Jak wielu francuskich polityków, radośnie galopował od kochanki do kochanki i, jak w przypadku wielu mężczyzn na świeczniku, jego pozycja sprawiała, że kobiety gnały za nim. Hitler, który był dość konserwatywny w tej materii, pokazał mi kiedyś szufladę wypełnioną listami od urodziwych kobiet w najróżniejszym wieku, które błagały go, by został ojcem ich dziecka. W miłości – Napoleon dobrze to określił – bezpieczeństwo polega na ucieczce. Cesarz wielokrotnie zmuszony był brać nogi za pas. Caillaux nie był równie skory do rejterady. Po tym, jak mniej lub bardziej skrycie korzystał z uroków jednej ze swych wielbicielek, poślubił ją. To była ładna, modnie się ubierająca, popielatoblondwłosa Henrietta. Byli bardzo w sobie zakochani.
Naprawdę, nic nie można było zarzucić temu związkowi, szczególnie w myśl dzisiejszych standardów. Poincaré powinien być ostatnim, który węszy wokół tej małej idylli, tym bardziej, że jego własny związek z kobietą mniej niż niewinną byłby sensacją, szczególnie, gdy pani jego serca, po zdecydowanie mało cnotliwej karierze, zażądała, by ona i jej stary antyklerykał wzięli potajemny ślub w obecności biskupa. To samo dotyczyło człowieka, który miał się stać prawą ręką Poincaré w wyreżyserowanej przeciwko Caillaux „Operacji Halka” – Louisa Barthou, który nie mógł raczej zostać laureatem nagrody za cnotliwy tryb życia.
Georg Malcolm Thomson nakreślił taki obraz sytuacji:
„Wczesną wiosną 1914 roku Caillaux był dla prezydenta Poincaré źródłem poważnych zmartwień. Wybory szykowano na maj; nastroje społeczeństwa dryfowały w lewo. W takich okolicznościach byłoby trudno odmówić rywalowi teki premiera. Caillaux w swej bezgranicznej pewności siebie wierzył, że może ubić interes z Niemcami! Dla Poincaré byłby to koniec jego sztywnej polityki wrogości wobec potęgi zza Renu.” (The Twelve Days, s.66)
Poincaré i jego asystenci opracowali plan zniweczenia szans Caillaux, który zakładał, jak można się było spodziewać, posłużenie się prasą. Le Figaro, kierowane przez ubogiego niegdyś Gastona Calmette, który korzystał z hojnych dotacji rosyjskich (pozostawił w testamencie trzynaście milionów franków), rozpoczęło 10 maja 1914 roku kampanię niszczenia Caillaux takimi słowami: „Nadszedł teraz decydujący moment, w którym nie możemy uchylać się przed działaniem, nawet gdyby nasza moralność i osobiste upodobania je potępiały”.
Krótko mówiąc, gazeta uzyskała dostęp do miłosnych listów Caillaux i jego żony, pisanych w czasach, gdy była jeszcze jego kochanką. Caillaux podpisywał się „Jo-Jo”, Henriette, „Ri-Ri”. Listy były dokładnie tym, co kochankowie pisywali do siebie przez wieki; przyznaniem się do namiętności, buchających niczym wulkan, czasami zupełnie poważnymi, często pełnymi wiary, lecz w żadnym razie nie przeznaczonymi dla postronnych oczu.
16 maja, kiedy Ri-Ri rzuciła okiem na tytułową stronę Le Figaro, odkryła, iż wiadomością dnia jest pierwszy list, który Jo-Jo do niej napisał. To była prawdziwa breja: nie oszczędzono najbardziej intymnych szczegółów. Gazeta obwieszczała, iż pozostałe listy zostaną opublikowane w kolejnych wydaniach. Pani Caillaux rzuciła się w ramiona męża. Łkając, błagała go: „Czy pozwolisz tym dziennikarskim hienom na buszowanie po naszym buduarze?”
Ona sama nie zamierzała im na to pozwolić. Po tym, jak znany paryski sędzia odprawił ją z kwitkiem, wzruszając ramionami i mówiąc: „Oto cena za bycie częścią polityki.”, zdobyła pistolet i udała się do redakcji Le Figaro
