Wicher śmierci. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 7 - Steven Erikson - ebook

Wicher śmierci. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 7 ebook

Steven Erikson

4,6

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Imperium Letheryjskie chwieje się w posadach. Otoczony przez pochlebców oraz agentów przekupnego kanclerza cesarz Rhulad Sengar pogrąża się w obłędzie. Wszędzie roi się od spisków. Imperialna tajna policja wszczyna kampanię terroru skierowaną przeciwko obywatelom. Zbłąkany, ongiś bóg obdarzony zdolnością jasnowidzenia, nagle przestaje dostrzegać przyszłość. Woń chaosu zwabia straszliwe siły, które zbliżają się ze wszystkich stron.

Z chylącego się ku upadkowi imperium próbuje uciec grupa uchodźców. Jeden z nich, Fear Sengar, poszukuje duszy Scabandariego Krwawookiego, który mógłby uratować jego brata cesarza. Grupie towarzyszy jednak najstarszy i najbardziej nieprzejednany wróg Scabandariego: Silchas Ruin, brat Anomandera Rake'a. Na plecach nosi wciąż świeże rany zadane nożami Scabandariego, a jego motywy są wysoce niepewne...

To okrutna, mroczna opowieść o wojnie, zdradzie, ciemności i niepowstrzymanej magii, kolejny tom najbardziej ekscytującego i wizjonerskiego cyklu epickiej fantasy....ją okazywać łaski. Nadchodzi wojna, wojna na niebie. Jej stawką będzie przetrwanie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1583

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (41 ocen)
25
15
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
simonsith

Dobrze spędzony czas

świetna końcówka tomu
00

Popularność




Podzię­ko­wa­nia

Dzię­kuję czy­tel­ni­kom wcze­snej wer­sji: Ric­kowi, Chri­sowi, Mar­kowi, Bil­lowi, Hazel i Bowe­nowi. Wyra­żam rów­nież wdzięcz­ność ludziom z Black Stilt Cafe, Ambiente Cafe oraz Cafe Teatro w Vic­to­rii za sto­lik, kawę i dostęp do prądu. A za wspar­cie, które pomaga mi w pracy, dzię­kuję Clare i Simo­nowi z Trans­world, Howar­dowi i Patric­kowi, prze­ra­ża­ją­cej zgrai z Mala­za­nem­pire.com, Davi­dowi i Anne oraz Pete­rowi i Nicky Crow­the­rom.

Dra­ma­tis Per­so­nae

Lethe­ryj­czycy

Tehol Bed­dict: zubo­żały miesz­ka­niec

Bugg: lokaj Tehola

Shurq Elalle: wędrowna piratka

Skor­gen Kaban: pierw­szy ofi­cer na statku Shurq

Ublala Pung: bez­ro­botny pół­krwi Tar­the­nal

Ormly: czło­nek Cechu Szczu­ro­ła­pów

Ruc­ket: główny śled­czy z Cechu Szczu­ro­ła­pów

Karos Invic­tad: inwi­gi­la­tor Obroń­ców Ojczy­zny

Tanal Yathva­nar: oso­bi­sty asy­stent Karosa

Rau­tos Hiva­nar: prze­wod­ni­czący Kupiec­kiego Powier­nic­twa Wol­no­ści

Venitt Sathad: naj­bar­dziej zaufany agent Rau­tosa

Tri­ban Gnol: kanc­lerz Nowego Impe­rium

Nisall: pierw­sza kon­ku­bina daw­nego cesa­rza

Janall: oba­lona cesa­rzowa

Turu­dal Bri­zad: były kon­ku­bent

Janath Anar: więź­niarka poli­tyczna

Sir­ryn Kanar: straż­nik pała­cowy

Brul­lyg (Shake): nomi­nalny zarządca Dru­giego Fortu Dzie­wi­czego

Yedan Der­ryg (Wachta)

Orbyn Poszu­ki­wacz Prawdy: dowódca sek­cji Obroń­ców Ojczy­zny

Letur Anict: fak­tor Drene

Bivatt: atri-preda Armii Wschod­niej

Piór­kowa Wiedźma: lethe­ryj­ska nie­wol­nica Uruth

Tiste Edur

Rhu­lad: władca Nowego Impe­rium

Han­nan Mosag: cesar­ski ceda

Uruth: matriar­chini cesa­rza i żona Tomada Sen­gara

k’risnani: cesar­scy czar­no­księż­nicy

Bru­then Trana: Edur z pałacu

Brohl Han­dar: nad­zorca wschodu rezy­du­jący w Drene

Przy­by­wa­jący z flotą Edur

Yan Tovis (Pomroka): atri-preda w lethe­ryj­skiej armii

Varat Taun: jej porucz­nik

Tara­lack Veed: Gral, agent Bez­i­mien­nych

Ica­rium: broń Tara­lacka

Han­radi Kha­lag: czar­no­księż­nik Tiste Edur

Tomad Sen­gar: patriar­cha cesa­rza

Samar Dev: uczona i cza­row­nica z Sied­miu Miast

Karsa Orlong: wojow­nik Tobla­kai

taxi­la­nin: tłu­macz

Awl’dan

Czer­wona Maska: wygna­niec, który powró­cił

Masarch: wojow­nik z klanu Ren­fay­arów

Hadralt: wódz wojenny klanu Gane­to­ków

Sag’Chu­rok: oso­bi­sty straż­nik Czer­wo­nej Maski

Gunth Mach: oso­bi­sta straż­niczka Czer­wo­nej Maski

Nurt: mie­dzia­no­licy

Natar­kas: mie­dzia­no­licy

Ści­gani

Seren Pedac: lethe­ryj­ska porę­czy­cielka

Fear Sen­gar: Tiste Edur

Imbryk: lethe­ryj­ska sie­rota

Udi­naas: zbie­gły lethe­ryj­ski nie­wol­nik

Wither: widmo cie­nia

Sil­chas Ruin: Ascen­dent Tiste Andii

Refu­gium

Ulshun Pral: Imass

Rud Elalle: adop­to­wany znajda

Hostille Rator: T’lan Imass

Til’Aras Benok: T’lan Imass

Gr’ista­nas Ish’Ilm: T’lan Imass

Mala­zań­czycy

Łowcy Kości

Tavore Paran: głów­no­do­wo­dząca Łow­ców Kości

Lostara Yil: zastęp­czyni Tavore

Keneb: pięść w Łow­cach Kości

Bli­stig: pięść w Łow­cach Kości

Fara­dan Sort: kapi­tan

Madan’tul Rada: porucz­nik słu­żący pod roz­ka­zami Fara­dan Sort

Pędrak: adop­to­wany syn Keneba

Dziób: mag przy­dzie­lony kapi­tan Fara­dan Sort

Ósmy Legion, Dzie­wiąta Kom­pa­nia

Czwarta Dru­żyna

Skrzy­pek: sier­żant

Tarcz: kapral

Koryk: pół­krwi Seti, pie­chota mor­ska

Śmieszka: kobieta z Itko Kan, pie­chota mor­ska

Mątwa: saper

Flaszka: mag dru­żyny

Corabb Bhi­lan Thenu’alas: żoł­nierz

Piąta Dru­żyna

Gesler: sier­żant

Chmura: kapral

Pia­sek: pie­chota mor­ska

Krót­ko­nos: ciężka pie­chota

Mądrala: ciężka pie­chota

Uru Hela: ciężka pie­chota

Jętka: ciężka pie­chota

Siódma Dru­żyna

Postro­nek: sier­żant

Odprysk: kapral

Kulas: pie­chota mor­ska

Ebron: mag dru­żyny

Okruch (Jam­ber Pień): saper

Sinn: mag

Ósma Dru­żyna

Hel­lian: sier­żant

Obra­żal­ski: kapral # 1

Bez­dech: kapral # 2

Bal­grid: mag dru­żyny

Tavos Pond: pie­chota mor­ska

Moż­liwe: saper

Lut­nia: uzdro­wi­ciel dru­żyny

Dzie­wiąta Dru­żyna

Bal­sam: sier­żant

Tru­pi­smród: kapral

Rze­zi­gar­dzioł: pie­chota mor­ska

Galt: pie­chota mor­ska

Pła­tek: pie­chota mor­ska

Opak: mag dru­żyny

Dwu­na­sta Dru­żyna

Thom Tissy: sier­żant

Tuli­pan: kapral

Rampa: ciężka pie­chota

Jibb: śred­nio­zbrojna pie­chota

Mewi­ślad: śred­nio­zbrojna pie­chota

Bel­lig Harn: ciężka pie­chota

Trzy­na­sta Dru­żyna

Urb: sier­żant

Reem: kapral

Masan Gilani: pie­chota mor­ska

Micha: ciężka pie­chota

Hanno: ciężka pie­chota

Solanka: ciężka pie­chota

Nikły: ciężka pie­chota

Ósmy Legion, Trze­cia Kom­pa­nia

Czwarta Dru­żyna

Pra­va­lak Rim: kapral

Mio­dzik: saper

Strap Mull: saper

Ławica: ciężka pie­chota

Zer­kacz: ciężka pie­chota

Piąta Dru­żyna

Badan Gruk: sier­żant

Kryza: pie­chota mor­ska

Zgar­niaczka: pie­chota mor­ska

Nep Bruzda: mag

Reliko: ciężka pie­chota

Cał­kiem Nie­przy­tomny: ciężka pie­chota

Dzie­siąta Dru­żyna

Porząd­nicki: sier­żant

Obława: kapral

Mulvan Straszny: mag

Nel­ler: saper

Czasz­ko­śmierć: pie­chota mor­ska

Mie­czo­błysk: ciężka pie­chota

Inni

Bana­schar: ostatni kapłan D’rek

Withal: mec­kro­ski płat­nerz

San­da­lath Dru­kor­lat: Tiste Andii, żona Withala

Niman­der Golit: Tiste Andii, poto­mek Ano­man­dera Rake’a

Phaed: Tiste Andii, potom­kini Ano­man­dera Rake’a

Ser­watka: opę­tany szkie­let gada

Telo­rast: opę­tany szkie­let gada

Onrack: T’lan Imass, nie­zwią­zany

Trull Sen­gar: rene­gat Tiste Edur

Ben Ada­ephon Delat: cza­ro­dziej

Menan­dore: jed­no­po­chwy­cona (Sio­stra Brzask)

Shel­ta­tha Lore: jed­no­po­chwy­cona (Sio­stra Zmierzch)

Sukul Ankhadu: jed­no­po­chwy­cona (Sio­stra Cętka)

Kil­man­da­ros: pra­dawna bogini

Klips: Tiste Andii

Koty­lion: Sznur, bóg patron skry­to­bój­ców

Imroth: strza­skana, T’lan Imass

Płot: duch

Stary Gar­bus Arbat: Tar­the­nal

Zwię­zła: była oszustka

Tre­ściwa: była oszustka

Pully: cza­row­nica Shake’ów

Skwish: cza­row­nica Shake’ów

Pro­log

Pra­dawna grota Kurald Emur­lahnWiek roze­rwa­nia

Roz­dartą żalem pano­ramę ska­lały trupy sze­ściu smo­ków leżące na rów­ni­nie w nie­upo­rząd­ko­wa­nym sze­regu dłu­go­ści co naj­mniej tysiąca kro­ków. Z roze­rwa­nych ciał ster­czały poła­mane kości; pasz­cze były otwarte, a oczy wyschnięte. Tam, gdzie krew wylała się na zie­mię, widma zle­ciały się do niej jak muchy do soku i wpa­dły w pułapkę. Gdy krew ciem­niała, łącząc się z mar­twą glebą, duchy mio­tały się i krzy­czały sła­bymi, peł­nymi roz­pa­czy gło­si­kami. Kiedy wresz­cie stward­niała, prze­ista­cza­jąc się w szkli­sty kamień, zostały na wieki zamknięte w owym mrocz­nym wię­zie­niu.

Naga istota wędru­jąca ścieżką utwo­rzoną przez zabite smoki nie ustę­po­wała im masą, ale nie potra­fiła się wzbić ponad zie­mię. Poru­szała się na dwóch krzy­wych nogach o udach gru­bych jak tysiąc­let­nie drzewa. Sze­ro­kość jej barów dorów­ny­wała wzro­stowi Tar­theno Tobla­kai, gruba szyja kryła się pod grzywą czar­nych, lśnią­cych wło­sów, przed­nia część głowy – czoło, kości policz­kowe i szczęki – była wysu­nięta do przodu, w głę­boko osa­dzo­nych oczach wid­niały zaś czarne źre­nice oto­czone opa­li­zu­jącą bielą. Potężne ramiona były nie­pro­por­cjo­nal­nie dłu­gie, ogromne dło­nie nie­mal się­gały ziemi. Wiel­kie, jasne piersi koły­sały się mia­rowo. Stwór szedł obok zma­sa­kro­wa­nych, gni­ją­cych tru­pów dziw­nie płyn­nym kro­kiem, w któ­rym nie było nic ocię­ża­łego. We wszyst­kich koń­czy­nach miał dodat­kowe stawy.

Skóra koloru wybla­kłej na słońcu kości pociem­niała na koń­cach rąk do barwy poprze­szy­wa­nej żył­kami czer­wieni, wokół kostek dłoni wid­niały siniaki, a tu i ówdzie sia­teczka pęk­nięć odsła­niała kości – dło­nie istoty doznały uszko­dzeń, z pew­no­ścią zada­jąc potężne ciosy.

Stwo­rze­nie zatrzy­mało się i unio­sło głowę, spo­glą­da­jąc na trzy smoki, które się uno­siły wysoko pośród skłę­bio­nych chmur, to poja­wia­jąc się, to znowu nik­nąc w obło­kach dymu wypeł­nia­ją­cego umie­ra­jące kró­le­stwo.

Dło­nie cho­dzą­cej po ziemi istoty zadrżały ner­wowo. Z jej gar­dła wyrwało się niskie wark­nię­cie.

Po dłuż­szej chwili ruszyła w dal­szą drogę.

Minąw­szy ostat­niego smoka, dotarła do miej­sca, gdzie wzno­sił się sze­reg wzgórz. Naj­więk­sze z nich było roz­sz­cze­pione, jakby jakiś ogromny szpon wyszarp­nął serce wznie­sie­nia. W owej roz­pa­dli­nie było widać roz­dar­cie, szcze­linę w prze­strzeni. Pły­nęły z niej stru­mie­nie mar­twi­czej ener­gii, tak tok­sycz­nej, że stra­wiła boki pęk­nię­cia, roz­pusz­cza­jąc niczym kwas skały i głazy sta­ro­żyt­nego wału.

Roz­dar­cie wkrótce się zasklepi. Ten, kto przez nie ostat­nio prze­szedł, pra­gnął zamknąć drzwi za sobą. Podobne uzdra­wia­nie nie mogło jed­nak doko­ny­wać się w pośpie­chu. Rana znowu zacznie krwa­wić.

Istota pode­szła bli­żej, igno­ru­jąc ema­nu­jącą z roz­dar­cia jado­witą moc. Na progu zatrzy­mała się ponow­nie i spoj­rzała za sie­bie.

Smo­cza krew tward­niała, zamie­nia­jąc się w kamień. Jego poziome płyty oddzie­lały się już od ziemi, uno­siły po bokach, prze­ra­dza­jąc się w two­rzące dziwną plą­ta­ninę ściany. Nie­które zaczęły się zapa­dać, zni­ka­jąc z tego kró­le­stwa. Spa­dały przez kolejne światy, by wresz­cie poja­wić się na nowo, solidne i nie­prze­pusz­czalne, w innych kró­le­stwach, zgod­nych z aspek­tem krwi. Tych praw nie spo­sób było pod­wa­żyć. Sta­rvald Deme­lain, krew smo­ków i śmierć krwi.

W dali za istotą Kurald Emur­lahn, Kró­le­stwo Cieni, pierw­sze, które zro­dziło się ze związku Ciem­no­ści i Świa­tła, mio­tało się w śmier­tel­nych kon­wul­sjach. Daleko stąd na­dal trwały bra­to­bój­cze wojny, nato­miast w innych oko­li­cach zaczęła się już frag­men­ta­cja. Potężne odpry­ski tkanki świata ode­rwały się od reszty, stra­ciły z nią kon­takt, prze­ro­dziły w nie­za­leżne cało­ści, które albo się zagoją, albo zginą. A mimo to intruzi przy­byli tutaj niczym padli­no­żercy gro­ma­dzący się wokół mar­twego lewia­tana. Pró­bo­wali wyrwać dla sie­bie frag­menty giną­cego kró­le­stwa, zabi­ja­jąc się nawza­jem w zacie­kłych wal­kach o ochłapy.

Nikt nawet sobie nie wyobra­żał, że całe kró­le­stwo może zgi­nąć w taki spo­sób. Że okrutne czyny jego miesz­kań­ców są w sta­nie wszystko znisz­czyć. Światy żyją dalej bez względu na poczy­na­nia tych, któ­rzy je zamiesz­kują. Wszy­scy w to wie­rzyli. Przyj­mo­wali takie zało­że­nie. Rany się goją, niebo roz­po­ga­dza, a z mor­skiego mułu wypełza coś nowego.

Ale nie tym razem.

Zbyt wiele mocy, za dużo zdrad, nazbyt strasz­liwe, wszech­po­chła­nia­jące zbrod­nie.

Istota ponow­nie zwró­ciła się ku bra­mie.

Kil­man­da­ros, pra­dawna bogini, prze­szła na drugą stronę.

Ruiny domo­stwa K’Chain Che’MallePo upadku Sil­chasa Ruina

Drzewa pękały z trza­skiem od gwał­tow­nego chłodu, który opadł niczym całun, nie­wi­doczny, lecz doty­kalny, na spu­sto­szony las.

Gothos podą­żał bez trudu za śla­dem bitwy, tro­pem kolej­nych starć dwojga pra­daw­nych bogów z jed­no­po­chwy­co­nym smo­kiem. Wędru­ją­cemu szla­kiem znisz­cze­nia Jaghu­towi towa­rzy­szył pora­ża­jący mróz Omtose Phel­lack, Groty Lodu.

Zacho­wa­łem wszystko, tak jak mnie pro­si­łeś, Maelu. Uwię­zi­łem w tym miej­scu prawdę, by stała się czymś wię­cej niż tylko wspo­mnie­niem. Aż po dzień roz­trza­ska­nia samej Omtose Phel­lack.

Gothos zasta­no­wił się machi­nal­nie, czy był kie­dyś czas, gdy wie­rzył, że to się ni­gdy nie sta­nie. Że Jaghuci, w całej swej wystu­dio­wa­nej dosko­na­ło­ści, są wyjąt­kiem i ich trium­falna domi­na­cja będzie trwała wiecz­nie. Że ich cywi­li­za­cja jest nie­śmier­telna, a tylko wszyst­kie inne muszą kie­dyś umrzeć.

No cóż, nie­wy­klu­czone. W końcu nie­gdyś wie­rzył nawet w to, że nad całym bytem panuje wszech­mocna, dobro­czynna istota. A świersz­cze grają po to, by pomóc nam zasnąć. Nie spo­sób odgad­nąć, jakie jesz­cze głu­poty mogły się zakraść do jego mło­dej, naiw­nej głowy przed tymi wszyst­kimi tysiąc­le­ciami.

Rzecz jasna, nie ule­gał już podob­nym złu­dze­niom. Wszystko się koń­czy. Gatunki wymie­rają. Prze­ko­na­nie, że jest ina­czej, było tylko zaro­zu­mia­ło­ścią, pro­duk­tem wybu­ja­łego ego, prze­kleń­stwem nad­mier­nego poczu­cia wła­snej war­to­ści.

W co więc wie­rzę teraz?

Nie mógł sobie pozwo­lić, by odpo­wie­dzieć na to pyta­nie melo­dra­ma­tycz­nym śmie­chem. Jaki byłby w tym sens? W pobliżu nie było nikogo, kto doce­niłby jego iro­nię. Wli­cza­jąc jego samego.

Tak jest. Jestem ska­zany na życie we wła­snym towa­rzy­stwie.

To moja oso­bi­sta klą­twa.

Takie są naj­lep­sze.

Wszedł na roz­darte, pęk­nięte wzgó­rze. Skała macie­rzy­sta unio­sła się tu gwał­tow­nie, two­rząc ogromną szcze­linę. Gdy Gothos zatrzy­mał się nad nią i zaj­rzał do środka, pio­nowe ściany pokrył już szron. Gdzieś w mroku było sły­chać dwie kłó­cące się osoby.

Jaghut roz­cią­gnął usta w uśmie­chu.

Otwo­rzył swoją grotę i zaczerp­nął z niej uła­mek mocy, by opaść powoli na dno roz­pa­dliny. Kiedy się zbli­żał, głosy umil­kły. Ciszę mącił tylko ochry­pły, syczący dźwięk, który pul­so­wał lekko – oddech wcią­gany w płuca pośród fal bólu. Sły­szał też, nieco z boku, zgrzyt łusek trą­cych o kamień.

Wylą­do­wał na ster­cie skal­nych odłam­ków, kilka kro­ków od miej­sca, w któ­rym stał Mael. Dzie­sięć kro­ków dalej maja­czyła potężna syl­wetka Kil­man­da­ros. Od jej skóry biła lekka, nie­zdrowa poświata. Bogini zaci­skała dło­nie w pię­ści, a jej zwie­rzęca twarz miała wojow­ni­czy wyraz.

Sca­ban­da­riego, jed­no­po­chwy­co­nego smoka, zapę­dzono w zagłę­bie­nie ściany urwi­ska. Tkwił w nim teraz sku­lony, strza­skane żebra z pew­no­ścią spra­wiały, że każdy oddech był męczar­nią. Jedno skrzy­dło się zła­mało, było w poło­wie ode­rwane. Tylną nogę rów­nież miał strza­skaną, z ciała ster­czały kości. To był koniec jego ucieczki. Dwoje pra­daw­nych skie­ro­wało spoj­rze­nia na Gothosa.

– Zawsze mnie zachwyca, gdy zdrajca pada ofiarą zdrady – rzekł Jaghut, pod­cho­dząc bli­żej. – W tym przy­padku zdra­dziła go wła­sna głu­pota, a to jest jesz­cze lep­sze.

– Rytuał… skoń­czy­łeś go, Gotho­sie? – zapy­tał Mael, pra­dawny bóg mórz.

– Można tak powie­dzieć. – Jaghut wbił wzrok w Kil­man­da­ros. – Pra­dawna bogini, twoje dzieci w tym kró­le­stwie zgu­biły drogę.

Potężna, pół­zwie­rzęca kobieta wzru­szyła ramio­nami.

– Zawsze ją gubią, Jaghu­cie – odparła cichym, melo­dyj­nym gło­sem.

– To czemu cze­goś z tym nie zro­bisz?

– A ty?

Gothos uniósł cienką brew, a potem odsło­nił kły w uśmie­chu.

– Czy to zapro­sze­nie, Kil­man­da­ros?

Zer­k­nęła na smoka.

– Nie mam na to czasu. Muszę wra­cać do Kurald Emur­lahn. Zabiję go…

Pode­szła bli­żej.

– Nie możesz tego zro­bić – powstrzy­mał ją Mael.

Spoj­rzała na niego, otwie­ra­jąc i zaci­ska­jąc potężne pię­ści.

– Cią­gle mi to powta­rzasz, ty goto­wany kra­bie.

Bóg morza wzru­szył ramio­nami, spo­glą­da­jąc na Gothosa.

– Wytłu­macz jej to, pro­szę.

– Ile dłu­gów chcesz u mnie zacią­gnąć? – zain­te­re­so­wał się Jaghut.

– Och, doprawdy, Gotho­sie!

– Pro­szę bar­dzo. Kil­man­da­ros, wewnątrz rytu­ału, który opada teraz na tę oko­licę, na pole bitwy i te brzyd­kie lasy, sama śmierć nie ma mocy. Gdy­byś zabiła tu Tiste Edur, jego dusza uwolni się z ciała, ale pozo­sta­nie na miej­scu, a jej moc zmniej­szy się tylko nie­znacz­nie.

– Zamie­rzam go zabić – upie­rała się Kil­man­da­ros łagod­nym tonem.

– W takim razie będziesz potrze­bo­wała mojej pomocy – oznaj­mił Gothos, uśmie­cha­jąc się sze­rzej.

Mael prych­nął pogar­dli­wie.

– A do czego? – zapy­tała bogini.

Jaghut wzru­szył ramio­nami.

– Trzeba przy­go­to­wać Fin­nest. Dom, który uwięzi duszę jed­no­po­chwy­co­nego.

– No to zrób to.

– Jako przy­sługę dla was dwojga? Nie sądzę, pra­dawna bogini. Nie­stety, podob­nie jak Mael, będziesz musiała uznać się za moją dłuż­niczkę.

– Mam lep­szy pomysł – sprze­ci­wiła się Kil­man­da­ros. – Zmiaż­dżę twoją czaszkę mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, a potem wepchnę twe prze­mą­drzałe ścierwo do gar­dła Sca­ban­da­riemu, żeby się nim zadła­wił. To będzie odpo­wiedni kres dla was obu.

– Bogini, na sta­rość zro­bi­łaś się zgorzk­niała i gder­liwa – odparł Gothos.

– I nic w tym dziw­nego. Popeł­ni­łam błąd, pró­bu­jąc ura­to­wać Kurald Emur­lahn.

– Po co się tru­dzić? – zain­te­re­so­wał się Mael.

Kil­man­da­ros obna­żyła wyszczer­bione zęby.

– Ten pre­ce­dens jest… nie­po­żą­dany. Możesz z powro­tem scho­wać głowę w pia­sek, Maelu, ale ostrze­gam cię: śmierć jed­nego kró­le­stwa to zapo­wiedź takiego samego losu całej reszty.

– Skoro tak mówisz – rzekł po dłuż­szej chwili pra­dawny bóg. – Przy­znaję, że taka moż­li­wość ist­nieje. Tak czy ina­czej, Gothos domaga się zapłaty.

Kil­man­da­ros roz­luź­niła pię­ści i znowu je zaci­snęła.

– Zgoda. A teraz zrób ten Fin­nest, Jaghu­cie.

– To będzie w sam raz – oznaj­mił Gothos, wycią­ga­jąc jakiś przed­miot z dziury w wystrzę­pio­nej koszuli.

Dwoje pra­daw­nych gapiło się przez chwilę na obiekt. Wresz­cie Mael chrząk­nął.

– Tak, teraz rozu­miem. To dość dziwny wybór, Gotho­sie.

– Nie zwy­kłem doko­ny­wać innych. No dobra, Kil­man­da­ros, zakończ w swój sub­telny spo­sób żało­sną egzy­sten­cję jed­no­po­chwy­co­nego.

Smok syk­nął prze­raź­li­wie z wście­kło­ści i stra­chu, gdy pra­dawna bogini pode­szła bli­żej.

Ude­rzyła pię­ścią w sam śro­dek czaszki Sca­ban­da­riego, tuż nad smo­czymi oczami. Gruba kość pękła z trza­skiem, który wypeł­nił roz­pa­dlinę niczym tren. Z kostek dłoni bogini try­snęła krew.

Smo­cza głowa ude­rzyła z cięż­kim łosko­tem o spę­kaną skałę. Z bez­wład­nego ciała wycie­kły płyny.

Kil­man­da­ros odwró­ciła się, spo­glą­da­jąc na Gothosa.

Jaghut ski­nął głową.

– Mam bied­nego skur­czy­byka.

Mael pod­szedł do niego i wycią­gnął rękę.

– W takim razie wezmę Fin­nest…

– Nie.

Oboje pra­daw­nych spoj­rzało na Gothosa, który uśmiech­nął się po raz kolejny.

– To spłata długu. Dla was obojga. Zabie­ram Fin­nest z duszą Sca­ban­da­riego. Nie jeste­ście mi już nic winni. Nie cie­szy­cie się?

– Co zamie­rzasz z nim zro­bić? – zapy­tał Mael.

– Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem, ale mogę cię zapew­nić, że to będzie coś oso­bli­wie nie­przy­jem­nego.

Kil­man­da­ros ponow­nie zaci­snęła pię­ści, unio­sła nieco ręce.

– Korci mnie, żeby wysłać w pogoń za tobą moje dzieci, Jaghu­cie.

– Szkoda, że zgu­biły drogę.

Żadne z pra­daw­nych nie ode­zwało się już ani sło­wem. Gothos opu­ścił szcze­linę. Zawsze spra­wiało mu przy­jem­ność prze­chy­trze­nie takich zgrzy­bia­łych wra­ków z całą ich sta­ro­żytną, bez­li­to­sną mocą. Przy­naj­mniej chwi­lową przy­jem­ność.

Takie są naj­lep­sze.

***

Gdy Kil­man­da­ros opu­ściła szcze­linę, cze­kała na nią inna postać. Męż­czy­zna miał czarny płaszcz i białe włosy, wpa­try­wał się w roz­dar­cie z wyra­zem żar­to­bli­wej kon­tem­pla­cji na twa­rzy.

Chciał wejść do bramy czy cze­kał na Kil­man­da­ros? Skrzy­wiła się ze zło­ścią.

– Nie jesteś mile widziany w Kurald Emur­lahn – oznaj­miła.

Ano­man­da­ris Purake zatrzy­mał chłodne spoj­rze­nie na mon­stru­al­nej isto­cie.

– Wydaje ci się, że zamie­rzam zagar­nąć tron dla sie­bie?

– Nie był­byś pierw­szy.

Ponow­nie spoj­rzał na szcze­linę.

– Wro­go­wie oble­gają cię ze wszyst­kich stron, Kil­man­da­ros. Ofe­ruję pomoc.

– Nie­ła­two ci będzie zasłu­żyć na moje zaufa­nie, Tiste Andii.

– Jesteś nie­spra­wie­dliwa – odparł. – W prze­ci­wień­stwie do wielu swych pobra­tym­ców uznaję fakt, że korzy­ści pły­nące ze zdrady ni­gdy nie rów­no­ważą jej kosz­tów. W Kurald Emur­lahn wal­czą teraz ze sobą nie tylko zdzi­czałe smoki, lecz rów­nież jed­no­po­chwy­ceni.

– Gdzie Osserc? – zapy­tała pra­dawna bogini. – Mael mówił mi, że on zamie­rza…

– Znowu wejść mi w drogę? Osserc wyobra­żał sobie, że wezmę udział w zabój­stwie Sca­ban­da­riego. Po co miał­bym to robić? Ty i Mael pora­dzi­li­ście sobie z łatwo­ścią. – Chrząk­nął. – Wyobra­żam go sobie, jak lata wkoło, żeby mnie zna­leźć. Idiota.

– Sca­ban­dari zdra­dził two­jego brata. Nie pra­gniesz go pomścić?

Ano­man­da­ris zer­k­nął na nią, a potem uśmiech­nął się blado.

– Korzy­ści pły­nące ze zdrady. Dla Sca­ban­da­riego koszty oka­zały się wyso­kie, nie­praw­daż? A jeśli cho­dzi o Sil­chasa, no cóż, nawet Azath nie trwa wiecz­nie. Nie­mal mu zazdrosz­czę izo­la­cji od wszyst­kiego, co czeka nas w następ­nych tysiąc­le­ciach.

– Zaiste. A czy zamie­rzasz podą­żyć za jego przy­kła­dem i skryć się w podob­nym kur­ha­nie?

– Nie sądzę.

– W takim razie podej­rze­wam, że Sil­chas Ruin raczej nie będzie skłonny wyba­czyć ci obo­jęt­no­ści, gdy już odzy­ska wol­ność.

– Możesz się zdzi­wić, Kil­man­da­ros.

– Ty i twój rodzaj jeste­ście dla mnie tajem­nicą, Ano­man­da­ri­sie Purake.

– Wiem o tym. A więc umowa stoi, bogini?

Unio­sła głowę.

– Zamie­rzam prze­gnać pre­ten­den­tów z kró­le­stwa. Jeśli Kurald Emur­lahn musi umrzeć, niech umrze w spo­koju.

– Innymi słowy, chcesz, żeby Tron Cieni pozo­stał pusty.

– Tak.

Po chwili zasta­no­wie­nia ski­nął głową.

– Zgoda.

– Nie pró­buj mnie oszu­kać, jed­no­po­chwy­cony.

– Nie zro­bię tego. Jesteś gotowa, Kil­man­da­ros?

– Zawrą prze­ciwko nam soju­sze – zauwa­żyła. – Wyru­szą na wojnę z nami.

Ano­man­da­ris wzru­szył ramio­nami.

– Nie mam dziś nic lep­szego do roboty.

Dwoje Ascen­den­tów prze­szło przez bramę i zamknęło za sobą roz­dar­cie. W końcu do kró­le­stwa wio­dły też inne ścieżki. Ścieżki, które nie były ranami.

Gdy zna­leźli się w Kurald Emur­lahn, ujrzeli przed sobą spu­sto­szony świat.

I przy­stą­pili do oczysz­cza­nia tego, co zeń zostało.

Awl’dan, w ostat­nich dniach pano­wa­nia króla Diska­nara

Preda Bivatt, kapi­tan dreń­skiego gar­ni­zonu, była daleko od domu. Dwa­dzie­ścia jeden dni drogi wozem. Dowo­dziła eks­pe­dy­cją zło­żoną z dwu­stu żoł­nie­rzy z Armii Wystrzę­pio­nej Cho­rą­gwi, trzy­dzie­sto­oso­bo­wego oddziału lek­kiej jazdy z Nie­bie­skiej Róży oraz czte­ry­stu osób obsługi, w tym rów­nież cywi­lów. Roz­ka­zała roz­bić obóz, zsu­nęła się z konia i ruszyła ku odle­głej o pięć­dzie­siąt parę kro­ków kra­wę­dzi urwi­ska.

Gdy dotarła na skraj, wiatr ude­rzył ją w pierś z siłą młota, jakby chciał odrzu­cić ją do tyłu, zerwać z tego ostat­niego skrawka lądu. Leżący w dole ocean był wizją zro­dzoną w kosz­ma­rze arty­sty: wzbu­rzone, spie­nione morze, a nad nim cięż­kie chmury roz­dzie­rane na strzępy przez wicher. Woda była raczej biała niż nie­bie­sko­zie­lona. Piana pokry­wała grzbiety fal, try­skała spo­mię­dzy kamieni, kiedy bał­wany tłu­kły o brzeg.

Uświa­do­miła sobie, że to wła­śnie to miej­sce, i prze­szył ją się­ga­jący szpiku kości dreszcz.

Rybacka łódź, znie­siona daleko z kursu w śmier­cio­no­śną kipiel, jaką była ta część oce­anu. Nawet naj­więk­sze kupiec­kie statki nie zapusz­czały się tu z wła­snej woli. Przed osiem­dzie­się­ciu laty kipiel pochwy­ciła mia­sto Mec­kro­sów i roz­biła je na kawałki, wcią­ga­jąc w odmęty co naj­mniej dwa­dzie­ścia tysięcy miesz­kań­ców pły­wa­ją­cej osady.

Załoga łodzi prze­żyła jed­nak i zdo­łała dopły­nąć na pły­ci­znę, a potem dostać się na odle­gły o jakieś trzy­dzie­ści kro­ków brzeg, bro­dząc w się­ga­ją­cej pasa wodzie. Nie­ubła­gane fale roz­trza­skały ich łódź na szczapy, ale czte­rej lethe­ryj­scy roz­bit­ko­wie wyszli bez­piecz­nie na suchy ląd.

I zna­leźli tam… to.

Preda Bivatt zacią­gnęła rze­mień hełmu, żeby wiatr nie zerwał go jej razem z głową. Nie prze­sta­wała się przy­glą­dać leżą­cym na brzegu pozo­sta­ło­ściom. Fale pod­myły wzgó­rze, na któ­rym stała. Trzy dłu­go­ści ciała męż­czy­zny na dole znaj­do­wała się biała, piasz­czy­sta plaża zasłana sznu­rami zeschłych wodo­ro­stów, wyrwa­nymi z korze­niami drze­wami oraz szcząt­kami mec­kro­skiego mia­sta sprzed osiem­dzie­się­ciu lat. Było tam jed­nak coś wię­cej. Coś bar­dziej nie­spo­dzie­wa­nego.

Czółna wojenne. Mor­skie łodzie, każda długa jak wie­lo­ryb kora­lowy. Miały wyso­kie dzioby i były dłuż­sze i szer­sze niż okręty Tiste Edur. Nie były to też wyrzu­cone przez fale wraki. Nie dostrze­gała na nich żad­nych śla­dów uszko­dzeń. Wycią­gnięto je wysoko na brzeg i uło­żono w sze­regi, choć łatwo było zauwa­żyć, że zda­rzyło się to dość dawno temu – mie­siące, być może lata.

Ktoś przy­sta­nął obok niej. Kupiec z Drene, który zaopa­trzył ich wyprawę. Miał bladą cerę i jasne, pra­wie białe włosy. Jego okrą­gła twarz poczer­wie­niała od wia­tru, preda widziała jed­nak, że powiódł spoj­rze­niem bla­do­nie­bie­skich oczu wzdłuż sze­regu czó­łen, naj­pierw na zachód, a potem na wschód.

– Mam odro­binę talentu! – pochwa­lił się, prze­krzy­ku­jąc wichurę.

Bivatt mil­czała. Kupiec z pew­no­ścią potra­fił racho­wać. Można to było nazwać talen­tem, ale jako ofi­cer lethe­ryj­skiej armii potra­fiła bez jego pomocy oce­nić, ile osób mie­ściło się w każ­dej z ogrom­nych łodzi. Sto, z mar­gi­ne­sem błędu wyno­szą­cym dwa­dzie­ścia.

– Predo?

– Słu­cham?

Kupiec mach­nął bez­rad­nie dło­nią.

– Te czółna. – Wska­zał ręką w jedną, a potem w drugą stronę. – Muszą być…

Zabra­kło mu słów.

Ale i tak go zro­zu­miała.

Całe sze­regi czó­łen wycią­gnię­tych na nie­go­ścinny brzeg. Drene, naj­bliż­sze mia­sto w kró­le­stwie leżało trzy tygo­dnie drogi na połu­dniowy zachód stąd. Na połu­dniu cią­gnęły się zie­mie Awl’danu i trasy wędró­wek ple­mion z ich ogrom­nymi sta­dami były bar­dzo dobrze znane. W końcu Lethe­ryj­czycy wła­śnie pod­bi­jali te oko­lice. Nie dotarły do nich żadne mel­dunki o poja­wie­niu się obcych.

Przed dwoma, trzema laty do brzegu przy­biła tu wielka flota. Przy­by­sze wyszli na brzeg, zabie­ra­jąc ze sobą wszystko, co mieli, i zapewne ruszyli w głąb lądu.

Powinny być jakieś znaki, pogło­ski, jakieś echa wśród ple­mion Awli. Powin­ni­śmy coś o tym usły­szeć.

Ale tak się nie stało. Nie­znani intruzi po pro­stu… znik­nęli.

To nie­moż­liwe. Jak mogło do tego dojść?

Ponow­nie prze­su­nęła wzro­kiem wzdłuż sze­re­gów łodzi, jakby miała nadzieję, że odkryje jakiś szcze­gół o fun­da­men­tal­nym zna­cze­niu, który uspo­koi jej tłu­kące serce i zdej­mie z koń­czyn prze­szy­wa­jący chło­dem cię­żar.

– Predo…

Tak jest. Po stu na czółno. A tu widzimy… po cztery, pięć w sze­regu… Ile? Cztery, może pięć tysięcy?

Nie­mal tak daleko, jak okiem się­gnąć na wschód i na zachód, pół­nocny brzeg pokry­wała gęsta masa wojen­nych czó­łen z sza­rego drewna. Wycią­gnięto je tu na ląd i porzu­cono. Leżały na plaży jak zwa­lony las.

– Z górą pół miliona – ode­zwał się kupiec. – Według mojej oceny. Predo, gdzie oni wszy­scy się podziali, na Zbłą­ka­nego?

Skrzy­wiła się.

– Kop­nij to swoje gniazdo magów, Letu­rze Anict. Niech zaro­bią na swe wygó­ro­wane wyna­gro­dze­nie. Król musi poznać prawdę. Każdy szcze­gół. Wszystko.

– Już się robi – odparł męż­czy­zna.

Ona uczyni to samo z ekipą ako­li­tów cedy. Dublo­wa­nie się było w tym przy­padku konieczne. Gdyby nie obec­ność wybra­nych uczniów Kuru Qana, ni­gdy by się nie dowie­działa wszyst­kiego, co Letur Anict zataił w osta­tecz­nym rapor­cie, nie zdo­ła­łaby wydo­być prawdy z sze­regu pół­prawd i peł­nych kłamstw. Na tym pole­gał upo­rczywy pro­blem z pry­wat­nymi kon­tra­hen­tami. Wszy­scy kie­ro­wali się wła­snym inte­re­sem, a dla kre­atur takich jak Letur Anict, nowy fak­tor Drene, lojal­ność wobec korony zawsze miała dru­go­rzędne zna­cze­nie.

Bivatt rozej­rzała się w poszu­ki­wa­niu zej­ścia na plażę. Chciała lepiej się przyj­rzeć tym czół­nom, zwłasz­cza że wyglą­dało na to, że frag­menty ich dzio­bów zde­mon­to­wano. To wyda­wało się dziwne, ale z taką tajem­nicą jakoś sobie pora­dzi. Pomoże jej ona zapo­mnieć o całej resz­cie.

Z górą pół miliona.

Zbłą­kany, bło­go­sław, kto przy­był pomię­dzy nas?

Awl’dan, po pod­boju Letheru przez Edur

Wilki się zja­wiły, a potem ode­szły. W miej­scach, gdzie wywle­kły trupy z gęstego kłę­bo­wi­ska na wzgó­rzu, na któ­rym nie­znani żoł­nie­rze sto­czyli swą ostat­nią walkę, ślady ich żero­wa­nia były wyraź­nie widoczne.

Ten szcze­gół przy­cią­gnął uwagę samot­nego jeźdźca, który pro­wa­dził konia pośród nie­ru­cho­mych ciał. To było… nie­spo­ty­kane. Rzecz jasna, zamiesz­ku­jące tę rów­ninę wilki o brą­zo­wym futrze nie gar­dziły padliną, podob­nie jak wszyst­kie dra­pież­niki w Awl’danie, ale od dawna już znały ludzi i powinny były uciec, gdy tylko poczuły ich kwa­śną woń, nawet jeśli mie­szała się ona z zapa­chem krwi. Co więc zwa­biło je na to mil­czące pole bitwy?

Samotny jeź­dziec o twa­rzy zasło­nię­tej maską z kar­ma­zy­no­wej łuski ścią­gnął wodze u pod­stawy niskiego wzgó­rza. Jego wierz­cho­wiec konał, tar­gały nim drgawki. Nim słońce zaj­dzie, męż­czy­zna będzie musiał iść na pie­chotę. Gdy o świ­cie roz­bi­jał obóz, sku­biące kępę trawy na skraju parowu zwie­rzę uką­siła żmija rogata. Jad dzia­łał powoli, lecz nie­ubła­ga­nie. Nie mogły go zneu­tra­li­zo­wać żadne zioła ani lekar­stwa, jakie wędro­wiec miał ze sobą. Strata była bole­sna, ale nie kata­stro­falna. Ni­gdzie mu się nie śpie­szyło.

W górze krą­żyły kruki, żaden jed­nak nie chciał wylą­do­wać. To nie jego przy­by­cie je spło­szyło. Wprost prze­ciw­nie, widok kołu­ją­cych nad wzgó­rzami pta­ków przy­cią­gnął go w to miej­sce. Kra­kały rzadko, a ich głosy brzmiały dziw­nie cicho, nawet żało­śnie.

Dreń­skie legiony zabrały wła­snych pole­głych, zosta­wia­jąc tylko swe ofiary, by kar­miły trawę rów­nin. Na pociem­nia­łej po śmierci skó­rze było jesz­cze widać błysz­czące ślady poran­nego szronu, ale wszyst­kie zaczęły już top­nieć. Wyglą­dało to tak, jakby z nie­ru­cho­mych twa­rzy, otwar­tych oczu i śmier­tel­nych ran zabi­tych żoł­nie­rzy spły­wały łzy.

Sta­nął w strze­mio­nach i powiódł wzro­kiem po hory­zon­cie, wypa­tru­jąc swych dwóch towa­rzy­szy. Strasz­liwe stwo­rze­nia nie wró­ciły jesz­cze z łowów. Zasta­na­wiał się, czy nie zna­la­zły gdzieś na zacho­dzie nowego, atrak­cyj­niej­szego tropu. Lethe­ryj­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy wra­cali do Drene, trium­fu­jący i syci. Jeśli tak, dzi­siej­szy dzień będzie dniem rzezi. Nie cho­dziło tu jed­nak o żądzę zemsty. Podobne sen­ty­menty były obce jego towa­rzy­szom. Spra­wili wra­że­nie, że zabi­jają dla przy­jem­no­ści. Zemsta jako powód zagłady Lethe­ryj­czy­ków ist­niała wyłącz­nie w jego umy­śle. To była istotna róż­nica.

Ale przy­jem­nie było o tym pomy­śleć.

Ofiary, ci żoł­nie­rze w szaro-czar­nych mun­du­rach, były tu jed­nak obce. Zabrano im broń i zbroje, a także cho­rą­gwie jako tro­fea. Mimo to ich obec­ność w Awl’danie – w samym sercu ojczy­zny jeźdźca – budziła nie­po­kój.

Lethe­ryj­skich najeźdź­ców znał. Nie­zli­czone legiony z ich dzi­wacz­nymi nazwami i zacie­kłą rywa­li­za­cją, a także nie­ustra­szoną kon­nicę z Nie­bie­skiej Róży. Znał też na­dal wolne kró­le­stwa i tery­to­ria gra­ni­czące z Awl’danem: ich rywali, D’rha­sil­hani, Kery­nów, kró­le­stwo Bol­kando i pań­stwo Saphi­nand. Przed laty pak­to­wał albo krzy­żo­wał mie­cze z nimi wszyst­kimi i nikt tam nie przy­po­mi­nał tych żoł­nie­rzy.

Mieli jasną cerę, a włosy koloru słomy albo rdzy. Oczy nie­bie­skie bądź szare. I… tak wiele kobiet.

Zatrzy­mał spoj­rze­nie na jed­nej z żoł­nie­rek leżą­cej pod szczy­tem wzgó­rza. Zma­sa­kro­wane przez czary ciało sto­piło się ze zbroją, na któ­rej na­dal było widać znaki.

Zsiadł z konia i wszedł na wzgó­rze, omi­ja­jąc leżące ciała. Jego moka­syny śli­zgały się po krwa­wym bło­cie. Po chwili przy­kuc­nął nad tru­pem kobiety.

Na poczer­nia­nej kol­czu­dze z brązu wyma­lo­wano dwie wil­cze głowy. Jeden wilk był biały i jed­no­oki, drugi srebrno-czarny. Ni­gdy dotąd nie widział takiego herbu.

To rze­czy­wi­ście byli obcy.

Cudzo­ziemcy. Tutaj, w kraju jego naro­dzin.

Wykrzy­wił skrytą pod maską twarz. Nie było go zbyt długo. Czy teraz to on stał się obcym? Zie­mia zadrżała pod mia­ro­wym łosko­tem kro­ków. Jego towa­rzy­sze wra­cali.

A więc nie było zemsty.

No cóż, przyj­dzie jesz­cze na nią czas.

Ran­kiem obu­dziło go żałobne wycie wil­ków. To ich zew zwa­bił go w to miej­sce, jakby szu­kały świadka, jakby rze­czy­wi­ście go tu wezwały. Nie widział ich jed­nak. Nawet jed­nego.

Nie­mniej nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że ran­kiem wilki tu uczto­wały. Wycią­gały ciała ze stosu.

Scho­dząc w dół, z każdą chwilą zwal­niał kroku, aż wresz­cie się zatrzy­mał, zaczerp­nął tchu i wstrzy­mał oddech. Przyj­rzał się uważ­niej ota­cza­ją­cym go ze wszyst­kich stron cia­łom.

Wilki uczto­wały… ale nie tak, jak zwy­kły to robić… nie w ten spo­sób.

Roz­darte klatki pier­siowe, ster­czące żebra… pożarły serca. Nic wię­cej. Tylko serca.

Tętent był coraz bliż­szy, było sły­chać świst prze­szy­wa­ją­cych trawę szpo­nów. Kruki zakrzyk­nęły gło­śno i roz­pierz­chły się we wszyst­kie strony.

Księga pierw­sza

Cesarz w zło­cie

Kłam­stwo stoi samo, osa­mot­nione oszu­stwo,

odwró­cone do cie­bie ple­cami, bez względu na to,

z któ­rej strony zbli­żasz się nie­chęt­nie, a z każ­dym kro­kiem

twój cel się oddala, droga zata­cza kręgi, zapę­tla się

i idziesz wciąż wkoło, aż wresz­cie to, co stało przed tobą,

nie­pewne i zbłą­kane, jak wypo­wie­dziane mimo woli słowa,

odsła­nia legion swych dzieci, skłę­biony tłum, który cię ota­cza,

aż nie możesz zaczerp­nąć tchu, nie możesz się ruszyć.

Ty stwo­rzy­łeś ten świat i pew­nego dnia, mój przy­ja­cielu,

zosta­niesz sam pośród morza umar­łych, efekt two­ich słów

oto­czy cię zewsząd i wiatr ze śmie­chem skie­ruje cię

na ścieżkę wiecz­nych męczarni –

osa­mot­nione oszu­stwo, kłam­stwo, które stoi samo,

sploty i węzły tłumu zaci­sną się w spra­wie­dli­wym osą­dzie,

te same, któ­rymi ongiś zadu­si­łeś wszyst­kich,

któ­rzy ośmie­lali się mówić prawdę.

Ukój pra­gnie­nie moim współ­czu­ciem

i zdech­nij wyschnięty na pustyni.

Frag­ment zna­le­ziony w dniu, gdy Obrońcy Ojczy­zny aresz­to­wali poetkę Tesorę Ved­dict (sześć dni przed jej uto­pie­niem)

Roz­dział pierw­szy

Dwie siły, ongiś toczące zacie­kły bój, stały się nagle kochan­kami, choć żadna nie potra­fiła zde­cy­do­wać, która pierw­sza roz­ło­żyła nogi przed drugą. Pro­ste fakty wyglą­dały tak: pier­wotna hie­rar­chiczna struk­tura ple­mion Tiste Edur zna­ko­mi­cie paso­wała do lethe­ryj­skiego sys­temu, w któ­rym źró­dłem wła­dzy było bogac­two. Edur stali się koroną spo­czy­wa­jącą swo­bod­nie na gło­wie opa­słego ciel­ska Letheru. Czy jed­nak korona ma wła­sną wolę? Czy ten, kto ją nosi, ugina się pod jej cię­ża­rem? Spo­glą­da­jąc wstecz, dostrze­żemy, że prawda jest oczy­wi­sta. Choć unia wyda­wała się cał­ko­wita, pod powierzch­nią doszło do innego, znacz­nie groź­niej­szego zespo­le­nia. Wady obu sys­te­mów się połą­czyły, two­rząc nad­zwy­czaj wybu­chową mie­szankę.

Dyna­stia Hiro­thów (Tom XVII).Kolo­nia, histo­ria Letheru, Dinith Arnara

– Skąd to pocho­dzi?

Tanal Yathva­nar przy­glą­dał się, jak inwi­gi­la­tor powoli obraca w pulch­nych dło­niach nie­zwy­kły przed­miot. Onyksy, wpra­wione w liczne pier­ście­nie, które nosił na krót­kich pal­cach, błysz­czały w sno­pach sło­necz­nego świa­tła wpa­da­ją­cych przez otwarte okno. Przed­miot był dzi­wacz­nym zesta­wem powy­gi­na­nych szpil z brązu sple­cio­nych w sztywną klatkę.

– Chyba z Nie­bie­skiej Róży – odparł Tanal. – Robota Senorba. Prze­ciętny czas na roz­wią­za­nie łami­główki to trzy dni, choć rekord wynosi nieco poni­żej dwóch…

– U kogo ją zna­le­ziono? – zapy­tał sie­dzący za biur­kiem Karos, uno­sząc wzrok.

– U pół­krwi Tar­the­nala, jeśli potra­fisz w to uwie­rzyć. Tutaj, w Lethe­ras. Ponoć to przy­głup, ale ma wro­dzony talent do łami­głó­wek.

– A zada­nie polega na tym, żeby usta­wić szpilki tak, by wszystko się roz­sy­pało?

– Tak jest. Cała klatka robi się pła­ska. Sły­sza­łem, że liczba potrzeb­nych mani­pu­la­cji wynosi…

– Nie, Tanal, nie mów mi. Powi­nie­neś już się nauczyć. – Inwi­gi­la­tor, prze­ło­żony Obroń­ców Ojczy­zny, odło­żył przed­miot na biurko. – Dzię­kuję za ten poda­ru­nek. – Uśmiech­nął się. – A teraz powiedz mi, czy uwa­żasz, że już wystar­cza­jąco długo uprzy­krzamy życie Bru­the­nowi Tra­nie?

Karos wstał, popra­wił jedwabny, kar­ma­zy­nowy strój – jedyny kolor i mate­riał, jaki uzna­wał – a potem wska­zał na drzwi krót­kim ber­łem, które uczy­nił sym­bo­lem swego urzędu. Wyko­nano je z czar­nego krwa­wego drewna z ojczy­zny Edur, a w srebrne oku­cia wpra­wiono szli­fo­wane onyksy.

Tanal pokło­nił się i pierw­szy opu­ścił pomiesz­cze­nie. Potem ruszył sze­ro­kimi scho­dami na par­ter i wyszedł przez dwu­skrzy­dłowe drzwi na dzie­dzi­niec.

Pod jego zachod­nią ścianą cze­kał w bla­sku słońca sze­reg więź­niów. Wypro­wa­dzono ich z cel dzwon przed świ­tem, a nie­dawno minęło połu­dnie. Brak wody i żyw­no­ści, palący upał oraz bru­talne prze­słu­chi­wa­nia, jakim pod­da­wano ich przez cały tydzień, spra­wiły, że z górą połowa z osiem­na­stu aresz­to­wa­nych stra­ciła przy­tom­ność.

Inwi­gi­la­tor zmarsz­czył brwi na widok nie­ru­cho­mych, sku­tych łań­cu­chami ciał.

Łącz­nik z Tiste Edur, Bru­then Trana z ple­mie­nia Den-Rathów, stał bez słowa w cie­niu naprze­ciwko więź­niów. Wysoki męż­czy­zna zwró­cił się ku Tana­lowi i Karo­sowi.

– Witam ser­decz­nie, Bru­the­nie Trana – ode­zwał się Karos Invic­tad. – Dobrze się czu­jesz?

– Przejdźmy do rze­czy, inwi­gi­la­to­rze – rzekł sza­ro­skóry wojow­nik.

– Pro­szę bar­dzo. Jeśli zechcesz mi towa­rzy­szyć, spraw­dzimy wszyst­kich tu obec­nych więź­niów. Szcze­góły…

– Nie mam zamiaru pod­cho­dzić do nich bli­żej – odparł Bru­then. – Pokry­wają ich nie­czy­sto­ści, a pogoda jest pra­wie bez­wietrzna.

– Rozu­miem, Bru­then – rzekł z uśmie­chem Karos. Wsparł berło na ramie­niu i spoj­rzał na więź­niów. – Nie musimy się do nich zbli­żać. Zacznę od tego na lewym końcu…

– Jest nie­przy­tomny czy mar­twy?

– Jak mam roz­po­znać z tej odle­gło­ści?

Tanal zauwa­żył, że Edur skrzy­wił się ze zło­ścią. Pokło­nił się obu roz­mów­com, pod­szedł do odda­lo­nego o pięt­na­ście kro­ków więź­nia, przy­kuc­nął obok niego i przyj­rzał się mu uważ­nie.

– Żyje – oznaj­mił, pro­stu­jąc się.

– To go obudź! – roz­ka­zał Karos.

Kiedy prze­ma­wiał gło­śniej, jego głos brzmiał piskli­wie i ludzie nie­raz się krzy­wili, gdy go usły­szeli. Jed­nakże pozwo­le­nie, by inwi­gi­la­tor zauwa­żył tę instynk­towną reak­cję, było głu­potą. Tego rodzaju błędy popeł­niało się tylko raz.

Ranal kopał więź­nia, aż z ust ofiary wyrwało się suche, ochry­płe łka­nie.

– Wsta­waj, zdrajco – powie­dział cicho. – Tak kazał inwi­gi­la­tor. Wsta­waj, bo zacznę łamać kości w tym twoim plu­ga­wym ciel­sku.

Wię­zień podźwi­gnął się ciężko.

– Wody…

– Zamknij się. Pora odpo­wie­dzieć za zbrod­nie. Jesteś Lethe­ryj­czy­kiem, tak? Pokaż Edur, który jest naszym gościem, co to ozna­cza.

Tanal wró­cił do Karosa i Bru­thena.

– …Przy­znał się do związ­ków z dysy­den­tami z Kole­gium Leka­rzy – mówił inwi­gi­la­tor. – Cho­ciaż nie można go oskar­żyć o żadną kon­kretną zbrod­nię, nie ulega wąt­pli­wo­ści…

– Następny – prze­rwał mu Bru­then Trana.

Karos zamknął usta, po czym uśmiech­nął się, nie odsła­nia­jąc zębów.

– Oczy­wi­ście. To poeta, który napi­sał i roz­po­wszech­niał wezwa­nie do rewo­lu­cji. Niczemu nie zaprze­cza. Nawet z tej odle­gło­ści widać jego sto­icki spo­kój.

– A trzeci?

– Wła­ści­ciel gospody, w któ­rej spo­ty­kały się nie­po­żą­dane ele­menty. Nie­za­do­wo­leni żoł­nie­rze. Dwóch z nich rów­nież jest wśród więź­niów. O ich dzia­łal­no­ści poin­for­mo­wała nas czci­godna kurwa…

– Czci­godna kurwa, inwi­gi­la­to­rze? – zapy­tał z bla­dym uśmiesz­kiem Edur.

Karos zamru­gał.

– Jak naj­bar­dziej, Bru­the­nie Trana.

– Ponie­waż donio­sła na obe­rży­stę.

– Obe­rży­stę, który dopu­ścił się zdrady.

– Chyba raczej żądał zbyt wyso­kiej działki. Przejdźmy do następ­nych, ale stresz­czaj się, pro­szę.

– Oczy­wi­ście.

Karos Invic­tad stu­kał się mia­rowo ber­łem po pulch­nym ramie­niu, jakby odmie­rzał batutą rytm powol­nego mar­sza.

Tanal stał na bacz­ność u boku szefa, gdy ten wyli­czał zbrod­nie, jakich dopu­ścili się zebrani na dzie­dzińcu Lethe­ryj­czycy. Osiem­na­stu więź­niów sta­no­wiło repre­zen­ta­cyjną próbkę z górą trzy­stu, któ­rzy sie­dzieli w lochach zakuci w łań­cu­chy. Tanal pomy­ślał, że w tym tygo­dniu aresz­to­wali cał­kiem sporą grupę. Naj­gor­szych zdraj­ców cze­kały topie­nia. Mniej wię­cej jedna trze­cia z trzy­stu dwu­dzie­stu zatrzy­ma­nych będzie musiała odbyć spa­cer po dnie kanału, obcią­żona przy­gnia­ta­ją­cym cię­ża­rem. Buk­ma­che­rzy skar­żyli się, że nikt już nie wycho­dzi żywy z tej próby. Rzecz jasna, nie robili tego zbyt gło­śno, bo agi­ta­to­rów rów­nież ska­zy­wano na topie­nia. Wystar­czyło kilka przy­kła­dów i szybko nauczyli się trzy­mać język za zębami.

Tanal potra­fił doce­nić te metody. To było jedno ze sfor­mu­ło­wa­nych przez Karosa Invic­tada praw przy­musu i pano­wa­nia, wie­lo­krot­nie wymie­niane w obszer­nym trak­ta­cie, jaki inwi­gi­la­tor pisał na naj­bliż­szy swemu sercu temat.

„Weźmy dowolną grupę lud­no­ści, zde­fi­niujmy ści­śle jej cechy cha­rak­te­ry­styczne, a potem zmu­śmy ją do posłu­szeń­stwa. Prze­kupmy sła­bych, by wydali nam sil­nych. Zabijmy sil­nych, a reszta będzie nale­żała do nas. Przejdźmy do następ­nej grupy”.

Buk­ma­che­rzy byli łatwym celem, gdyż więk­szość ludzi ich nie lubiła – szcze­gól­nie nie­po­prawni hazar­dzi­ści, a tych z każ­dym dniem przy­by­wało.

Karos Invic­tad zakoń­czył swą lita­nię. Bru­then Trana ski­nął głową, odwró­cił się i opu­ścił dzie­dzi­niec.

Gdy tylko Edur znik­nął, inwi­gi­la­tor spoj­rzał na Tanala.

– Ci nie­przy­tomni przy­nie­śli nam wstyd.

– Tak jest.

– Trzeba zmie­nić głowy na zewnętrz­nym murze.

– Już się robi.

– Naj­pierw musisz pójść ze mną, Tanalu Yathva­nar. To potrwa tylko chwilkę. Potem będziesz mógł wró­cić do bie­żą­cych zadań.

Wró­cili do budynku. Inwi­gi­la­tor posu­wał się naprzód maleń­kimi krocz­kami i Tanal musiał co chwila zwal­niać.

Naj­po­tęż­niej­szy po cesa­rzu czło­wiek w impe­rium zasiadł za biur­kiem, wziął w rękę klatkę ze szpi­lek i prze­su­nął kil­ka­na­ście z nich szyb­kimi, pre­cy­zyj­nymi ruchami. Klatka zapa­dła się nagle. Karos Invic­tad uśmiech­nął się do Tanala i cisnął przed­miot na biurko.

– Wyślij pismo do Senorba w Nie­bie­skiej Róży. Zawia­dom go, ile czasu potrze­bo­wa­łem, żeby roz­wią­zać łami­główkę, a potem dodaj ode mnie, że chyba traci zdol­no­ści.

– Tak jest.

Karos Invic­tad się­gnął po zwój.

– Jaki pro­cent mia­łem otrzy­my­wać od mojej inwe­sty­cji w gospodę „Pod Zde­chłym Wężem”?

– Rau­tos chyba wspo­mi­nał o czter­dzie­stu pię­ciu, inwi­gi­la­to­rze.

– Świet­nie. Nie­mniej uwa­żam, że pora już na spo­tka­nie z prze­wod­ni­czą­cym Powier­nic­twa Wol­no­ści. Może być pod koniec tygo­dnia. Pomimo naszych suk­ce­sów na­dal w obiegu jest dziw­nie mało pie­nię­dzy. Chcę się dowie­dzieć dla­czego.

– Wiesz, co podej­rzewa Rau­tos Hiva­nar, inwi­gi­la­to­rze.

– W przy­bli­że­niu. Z pew­no­ścią się ucie­szy na wieść, że jestem gotowy wysłu­chać tych podej­rzeń z więk­szą uwagą. Masz więc dwa zada­nia. Ustal czas spo­tka­nia na jeden dzwon. Aha, jesz­cze jedno, Tanal.

– Słu­cham?

– Bru­then Trana. Te jego coty­go­dniowe wizyty. Chcę się dowie­dzieć, czy przy­pad­kiem nie jest do nich zmu­szany. Czy to nie jest jakaś typowa dla Tiste Edur kara albo spo­sób oka­zy­wa­nia cesar­skiego nie­za­do­wo­le­nia. A może skur­wy­syny naprawdę inte­re­sują się, co tu robimy? Bru­then nic ni­gdy nie mówi. Nawet nie pyta, jakie kary wymie­rzamy aresz­to­wa­nym. Co wię­cej, męczą mnie jego nie­cier­pli­wość i nie­uprzejme zacho­wa­nie. Może warto by było go spraw­dzić.

– Spraw­dzić Tiste Edur? – zapy­tał Tanal, uno­sząc brwi.

– Po cichu, rzecz jasna. Przy­znaję, że przed nami demon­strują nie­za­chwianą lojal­ność, ale trudno nie zada­wać sobie pyta­nia, czy rze­czy­wi­ście nie zda­rzają się wśród nich bun­tow­ni­cze wystą­pie­nia.

– Z całym sza­cun­kiem, inwi­gi­la­to­rze, nawet jeśli się zda­rzają, to czy Obrońcy Ojczy­zny są odpo­wied­nią orga­ni­za­cją…?

– Tanalu Yathva­nar – prze­rwał mu Karos ostrym tonem. – Cesarz zle­cił Obroń­com Ojczy­zny utrzy­ma­nie porządku w impe­rium. Nie jest naszym zada­niem dzie­le­nie miesz­kań­ców na Edur i Lethe­ryj­czy­ków, tylko na lojal­nych i nielojal­nych.

– Tak jest.

– Mam wra­że­nie, że czeka cię wiele zadań.

Tanal Yathva­nar pokło­nił się i opu­ścił gabi­net.

***

Posia­dłość zaj­mo­wała znaczny frag­ment pół­noc­nego brzegu Letheru, cztery prze­cznice na zachód od Kanału Quil­lasa. Ota­cza­jące ją schod­kowe mury zanu­rzały się w rzece, koń­cząc się z górą dwie dłu­go­ści łodzi od brzegu. Wspie­rały je paliki łago­dzące dzia­ła­nie prądu. Nieco dalej wzno­siły się dwa słupki cumow­ni­cze. Ostat­nio zda­rzyło się kilka powo­dzi. Prze­glą­da­jąc Kom­pen­dium Posia­dło­ści – tom rodzin­nych nota­tek i map zda­jący spra­woz­da­nie z ośmiu­set lat gospo­da­ro­wa­nia rodziny Hiva­na­rów – Rau­tos Hiva­nar uświa­do­mił sobie, że w minio­nym stu­le­ciu były one rzad­ko­ścią. Zapadł w wyście­łany fotel i dopił bala­tową her­batę, pogrą­ża­jąc się w leni­wej kon­tem­pla­cji.

Zarządca domu i główny agent Rau­tosa, Venitt Sathad, pod­szedł do sto­lika mapo­wego i umie­ścił kom­pen­dium z powro­tem w drew­nia­nej skrzyni z żela­znymi oku­ciami ukry­tej pod pod­łogą. Zasu­nął deski pod­ło­gowe i nakrył je dywa­nem, po czym wró­cił na miej­sce w pobliżu drzwi.

Rau­tos Hiva­nar był potęż­nie zbu­do­wa­nym męż­czy­zną o rumia­nej twa­rzy i gru­bych rysach. Domi­no­wał w każ­dym pomiesz­cze­niu, w któ­rym się zna­lazł, nawet naj­więk­szym. W tej chwili prze­by­wał w biblio­tece, gdzie wszyst­kie ściany aż po sufit zaj­mo­wały regały. Wszę­dzie walały się zwoje, gli­niane tabliczki i oprawne księgi, dzieła chyba tysiąca uczo­nych. Wielu nosiło nazwi­sko Hiva­nar.

Jako głowa rodziny i zarządca jej potęż­nego finan­so­wego impe­rium Rau­tos miał wiele zajęć. Od czasu pod­boju Letheru przez Tiste Edur musiał wytę­żać inte­lekt ze zdwo­joną siłą. Powo­łano wów­czas do życia Powier­nic­two Wol­no­ści, sto­wa­rzy­sze­nie naj­bo­gat­szych rodzin w Impe­rium Lethe­ryj­skim. Rau­tos miałby trud­no­ści z wytłu­ma­cze­niem, dla­czego wszystko to wydaje mu się teraz nudne i bez­sen­sowne. Owo uczu­cie zawład­nęło nim od chwili, gdy jego podej­rze­nia zaczęły bar­dzo powoli prze­ra­dzać się w pew­ność. Gdzieś rze­czy­wi­ście ukry­wał się wróg – albo wro­go­wie – sta­wia­jący sobie za cel eko­no­miczny sabo­taż. Nie cho­dziło o zwy­kłe mal­wer­sa­cje, które Rau­tos Hiva­nar znał dosko­nale, lecz o coś znacz­nie głęb­szego, zakro­jo­nego na szer­szą skalę. Atak na wszystko, co sta­no­wiło pod­stawę bytu Rau­tosa Hiva­nara i Powier­nic­twa Wol­no­ści, któ­rego był prze­wod­ni­czą­cym, a nawet pod­stawę bytu samego impe­rium – bez względu na to, że na jego tro­nie zasia­dał najeźdźca, a naj­wyż­sze szcze­ble hie­rar­chii zajęli okropni bar­ba­rzyńcy, stro­szący piórka niczym szare kawki przy­cup­nięte na sto­sie bły­sko­tek.

W daw­nych cza­sach Rau­tos Hiva­nar zare­ago­wałby bar­dzo sta­now­czo. Natych­miast wsz­cząłby inten­sywne poszu­ki­wa­nia win­nego, a myśl, że ktoś stwo­rzył tak dia­bo­liczny – a musiał przy­znać, że rów­nież sub­telny i genialny – plan, spra­wi­łaby, że pościg stałby się jego obse­sją.

Teraz jed­nak wolał stu­dio­wać stare księgi w poszu­ki­wa­niu wzmia­nek o daw­nych powo­dziach. To była znacz­nie bar­dziej pro­za­iczna zagadka i z pew­no­ścią nie inte­re­so­wała nikogo poza garstką ste­try­cza­łych uczo­nych. Musiał przy­znać, że zacho­wuje się dziw­nie, ale obse­sja wciąż przy­bie­rała na sile. Nocami, gdy leżał obok spo­co­nego, tłu­stego ciel­ska kobiety, która od trzy­dzie­stu trzech lat była jego żoną, roz­my­ślał nie­ustan­nie o cyklach czasu, sta­ra­jąc się pojąć spo­sób myśle­nia minio­nych epok. Szu­kał cze­goś…

Odsta­wił z wes­tchnie­niem pustą fili­żankę i wstał z fotela.

Gdy pod­szedł do drzwi, Venitt Sta­had, któ­rego rodzina była zadłu­żona u Hiva­na­rów już od sze­ściu poko­leń, zabrał z blatu kru­chą fili­żankę, a potem podą­żył za nim.

Wyszli na nad­rzeczny dzie­dzi­niec, prze­cięli mozaikę przed­sta­wia­jącą nada­nie Sko­va­lowi Hiva­na­rowi tytułu impe­rial­nego cedy, co wyda­rzyło się przed trzema stu­le­ciami, i zeszli po niskich schod­kach na dolny taras, gdzie w bar­dziej suchych cza­sach mie­ścił się ogród. Teraz jed­nak zalała go rzeka i woda wypłu­kała glebę oraz rośliny, odsła­nia­jąc głazy uło­żone w nie­zwy­kły spo­sób, przy­wo­dzący na myśl bru­ko­waną ulicę. Pro­sto­kątny pla­cyk ota­czała pali­sada, z któ­rej zostały jedy­nie zbu­twiałe kikuty, led­wie wysta­jące nad powierzch­nię wody.

Na brzegu gór­nego tarasu tru­dzili się robot­nicy, wzno­szący na roz­kaz Rau­tosa drew­niane umoc­nie­nie mające zapo­biec pod­my­ciu. Nieco z boku stała taczka wypeł­niona licz­nymi oso­bli­wymi przed­mio­tami zna­le­zio­nymi na odsło­nię­tym przez powódź bruku.

Wszystko to było jedną wielką tajem­nicą. Nie zacho­wały się żadne zapi­ski świad­czące, że ogród na dol­nym tara­sie peł­nił kie­dyś inną funk­cję. Z nota­tek pro­jek­tanta, spo­rzą­dzo­nych wkrótce po zbu­do­wa­niu rezy­den­cji, wyni­kało, że był tam zwy­kły, muli­sty brzeg.

Glina dobrze kon­ser­wo­wała drewno, nie spo­sób więc było okre­ślić, z jak daw­nych cza­sów pocho­dzi nie­zwy­kła kon­struk­cja. Wszyst­kie zna­le­zione na dzie­dzińcu przed­mioty wyko­nano jed­nak z brązu albo z mie­dzi, co suge­ro­wało sta­ro­żytne pocho­dze­nie. Nie było wśród nich broni, którą z reguły znaj­do­wało się w kur­ha­nach, a jeśli nie­które z obiek­tów były narzę­dziami, musiały słu­żyć do jakichś dawno zapo­mnia­nych czyn­no­ści. Żaden z robot­ni­ków, któ­rym poka­zy­wał je Rau­tos, nie potra­fił okre­ślić ich prze­zna­cze­nia. Nie przy­po­mi­nały zna­nych instru­men­tów słu­żą­cych do obróbki drewna bądź kamie­nia, ani przy­bo­rów kuchen­nych.

Wziął jedno ze zna­le­zisk i przyj­rzał się mu już chyba po raz setny. Przed­miot odlany z brązu w gli­nia­nej for­mie – wyraź­nie widział ślady – był długi i okrą­gławy, ale zgi­nał się pod nie­mal pro­stym kątem. W miej­scu zgię­cia metal nazna­czono krzy­żu­ją­cymi się ze sobą nacię­ciami. Na koń­cach nie było widać żad­nych połą­czeń, nie była to więc część jakie­goś więk­szego mecha­ni­zmu. Rau­tos pod­rzu­cił w ręce masywny przed­miot. Choć zagię­cie umiesz­czono pośrodku, wyda­wał się wyraź­nie nie­wy­wa­żony. Rau­tos odło­żył go i wziął okrą­gły płat mie­dzia­nej bla­chy, cień­szej niż war­stewka wosku pokry­wa­jąca tabliczkę skryby. Metal poczer­niał od kon­taktu z gliną, ale na brze­gach dopiero zaczy­nały się poja­wiać pierw­sze plamki śnie­dzi. W bla­sze wybito nie­zli­czone dziury. Wszyst­kie wyglą­dały tak samo – ide­al­nie okrą­głe i pozba­wione zadr umoż­li­wia­ją­cych odgad­nię­cie, z któ­rej strony je zro­biono. Mimo to nie ukła­dały się w żaden regu­larny wzór.

– Venitt – ode­zwał się kupiec. – Czy mamy mapę dzie­dzińca z zazna­czo­nymi miej­scami, w któ­rych zna­le­ziono te przed­mioty?

– Zaiste, panie. Jest tylko kilka wyjąt­ków. Oglą­da­łeś ją w zeszłym tygo­dniu.

– Naprawdę? Skoro tak mówisz. Po połu­dniu przy­nieś mi ją znowu do biblio­teki.

Obaj męż­czyźni spoj­rzeli na odźwierną, która wyło­niła się z wąskiego przej­ścia bie­gną­cego po lewej stro­nie rezy­den­cji. Kobieta przy­sta­nęła w odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków od Rau­tosa i pokło­niła się nisko.

– Panie, dostar­czono wia­do­mość od inwi­gi­la­tora Karosa Invic­tada.

– Zna­ko­mi­cie – odparł z roz­tar­gnie­niem w gło­sie wła­ści­ciel rezy­den­cji. – Zaraz się tym zajmę. Czy posła­niec czeka na odpo­wiedź?

– Tak, panie. Stoi na dzie­dzińcu.

– Każ go czymś poczę­sto­wać.

Odźwierna pokło­niła się i ode­szła.

– Venitt, chyba czeka cię podróż.

– Słu­cham, panie?

– Inwi­gi­la­tor w końcu uświa­do­mił sobie powagę groźby.

Venitt Sathad mil­czał.

– Poje­dziesz do Drene – mówił Rau­tos, ponow­nie spo­glą­da­jąc na tajem­ni­czą kon­struk­cję zaj­mu­jącą dolny taras. – Powier­nic­two musi otrzy­mać szcze­gó­łowy raport o pro­wa­dzo­nych tam przy­go­to­wa­niach. Nie­stety, mel­dunki przy­sy­łane przez fak­tora nie są satys­fak­cjo­nu­jące. Muszę mieć pew­ność, co tam się dzieje, jeśli mam sku­pić uwagę na bliż­szym zagro­że­niu.

Venitt Sathad na­dal się nie odzy­wał.

Rau­tos spoj­rzał na rzekę. W zatoce u dru­giego brzegu zebrały się łodzie rybac­kie, a do głów­nego portu zmie­rzały dwa kupiec­kie statki. Jeden, pły­nący pod flagą rodziny Ester­ric­tów, wyglą­dał na uszko­dzony, być może przez pożar. Rau­tos strzep­nął pył z dłoni, odwró­cił się i ruszył w stronę budynku. Sługa podą­żał krok za nim.

– Cie­kawe, co się kryje pod tymi kamie­niami.

– Panie?

– Nie­ważne, Venitt. Tylko gło­śno myśla­łem.

***

O świ­cie atri-preda Bivatt rzu­ciła na obóz Awli dwa plu­tony kawa­le­rii z Nie­bie­skiej Róży. Dwu­stu świet­nie wyszko­lo­nych lan­sje­rów wpa­dło mię­dzy namioty z nie­wy­pra­wio­nych skór. Spa­ni­ko­wani ludzie wybie­gli na zewnątrz. Chwilę przed jeźdź­cami zja­wiły się dreń­skie psy bojowe, które rzu­ciły się z wście­kło­ścią na awl’dań­skie psy paster­skie i pocią­gowe. Trzy rasy zwarły się ze sobą w zacię­tym boju.

Wojow­nicy Awli dali się cał­ko­wi­cie zasko­czyć. Tylko nie­liczni zdą­żyli chwy­cić za broń. Po paru chwi­lach rzeź objęła rów­nież star­ców i dzieci. Więk­szość kobiet wal­czyła u boku męż­czyzn – żony prze­le­wały krew razem z mężami, sio­stry z braćmi.

Walka mię­dzy Lethe­ryj­czy­kami a Awlami trwała zale­d­wie dwie­ście ude­rzeń serca. Bój toczony przez zwie­rzęta cią­gnął się dłu­żej, jako że psy paster­skie – choć mniej­sze i bar­dziej krępe od napast­ni­ków – były szyb­kie i zawzięte, a psy pocią­gowe, latem zaprzę­gane do wozów, a zimą do sań, nie ustę­po­wały roz­mia­rami dreń­skim masti­fom. Cęt­ko­wane bestie szko­lone do zabi­ja­nia wil­ków potra­fiły sobie pora­dzić z bojo­wymi bry­ta­nami i fala bitwy odwró­ci­łaby się, gdyby nie zja­wili się lan­sje­rzy. Bro­niąca obozu sfora poszła w roz­sypkę. Oca­lałe zwie­rzęta ucie­kły na wschód. Garstka dreń­skich psów pró­bo­wała je ści­gać, ale odwo­łali je tre­se­rzy.

Część lan­sje­rów zsia­dła z koni, żeby się upew­nić, że nikt z Awli nie oca­lał, pozo­stali zaś poje­chali do sąsied­niej doliny, gdzie cze­kały stada myri­dów i rodar.

Atri-preda Bivatt miała kło­poty z zapa­no­wa­niem nad pod­eks­cy­to­wa­nym inten­syw­nym odo­rem krwi ogie­rem. Brohl Han­dar, Tiste Edur nie­dawno mia­no­wany nad­zorcą mia­sta Drene, zatrzy­mał się obok niej. Sie­dział nie­zgrab­nie na koń­skim grzbie­cie, nie czu­jąc się pew­nie w sio­dle, do któ­rego nie był przy­zwy­cza­jony. Brohl obser­wo­wał, jak Lethe­ryj­czycy sys­te­ma­tycz­nie plą­drują obo­zo­wi­sko. Gdy już roze­brali zwłoki do naga, wycią­gnęli noże. Awle wpla­tali biżu­te­rię – prze­waż­nie złotą – głę­boko w war­ko­cze i zwy­cięzcy byli zmu­szeni wyci­nać frag­menty skal­pów, żeby zdo­być łup. Rzecz jasna, oka­le­cza­nie zwłok słu­żyło też innym celom. Lethe­ryj­czycy zbie­rali rów­nież frag­menty skóry, ozdo­bione cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla Awli tatu­ażami – wie­lo­barw­nymi i czę­sto wyszy­wa­nymi złotą nicią. Wielu lan­sje­rów zdo­biło tymi tro­fe­ami swe okrą­głe tar­cze.

Zdo­byte w bitwie stada sta­no­wiły teraz wła­sność fak­tora Drene, Letura Anicta. Zza wzgó­rza wyło­niły się setki myri­dów. Czarne, weł­ni­ste okry­cia nada­wały im wygląd sta­cza­ją­cych się ze stoku gła­zów. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że bogac­two fak­tora wyraź­nie wzro­sło. Dalej szły wyż­sze od myri­dów rodary o nie­bie­ska­wych grzbie­tach i dłu­gich szy­jach. Zwie­rzęta zamia­tały trwoż­nie dłu­gimi ogo­nami, gdy psy bojowe zaga­niały stado, pozo­ru­jąc ataki z flank.

Atri-preda wypu­ściła z sykiem powie­trze przez zęby.

– Gdzie się podział czło­wiek fak­tora? Te cho­lerne rodary zaraz wpadną w panikę. Porucz­niku! Każ tre­se­rom odwo­łać psy! Szybko! – Kobieta zdjęła hełm i zawie­siła go na kuli sio­dła. – Sam widzisz, nad­zorco.

– A więc to są Awle.

Odwró­ciła wzrok z gniew­nym gry­ma­sem.

– To był mały obóz. Tylko sie­dem­dzie­się­ciu paru doro­słych.

– Ale stada mieli wiel­kie.

Gry­mas się pogłę­bił.

– Kie­dyś były więk­sze, nad­zorco. Znacz­nie więk­sze.

– To zna­czy, że twoja kam­pa­nia zakoń­czyła się powo­dze­niem. Udało się prze­gnać intru­zów.

– To nie jest moja kam­pa­nia. – Nagle naj­wy­raź­niej wyczy­tała coś z twa­rzy Tiste Edur. – Oczy­wi­ście, nad­zorco. Ja dowo­dzę kor­pu­sem eks­pe­dy­cyj­nym, ale roz­kazy wydaje mi fak­tor. Ści­śle mówiąc, Awle nie są też intru­zami.

– Fak­tor jest innego zda­nia.

– Letur Anict to wpły­wowy czło­nek Powier­nic­twa Wol­no­ści.

Przez chwilę Brohl Han­dar przy­glą­dał się z uwagą kobie­cie.

– Nie wszyst­kie wojny toczy się o zie­mię i bogac­twa, atri-predo – stwier­dził wresz­cie.

– Nie mogę się z tobą zgo­dzić, nad­zorco. Czyż inwa­zja Tiste Edur nie miała cha­rak­teru pre­wen­cyj­nego? Czy nie oba­wia­li­ście się utraty ziem i zaso­bów? Kul­tu­ro­wej asy­mi­la­cji, końca nie­za­leż­no­ści. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że fak­tycz­nie zamie­rza­li­śmy uni­ce­stwić waszą cywi­li­za­cję, jak zro­bi­li­śmy to już z Tar­the­na­lami i z wie­loma innymi ludami. To była wojna toczona z przy­czyn eko­no­micz­nych.

– Nie dziwi mnie, że twoi rodacy tak na to patrzą, atri-predo. Nie wąt­pię też, że król-czar­no­księż­nik brał pod uwagę te wszyst­kie czyn­niki. Czy pod­bi­li­śmy was tylko po to, by prze­trwać? Być może.

Brohl chciał jesz­cze coś dodać, ale tylko pokrę­cił głową, obser­wu­jąc, jak cztery dreń­skie bry­tany oto­czyły ran­nego psa paster­skiego. Oku­la­wione zwie­rzę pró­bo­wało się bro­nić, ale wkrótce napast­nicy oba­lili je na zie­mię i roze­rwali mu brzuch.

– Czy zada­jesz sobie cza­sem pyta­nie, kto naprawdę wygrał tę wojnę? – zain­te­re­so­wała się atri-preda.

Obrzu­cił ją zło­wro­gim spoj­rze­niem.

– Nie zadaję. Jak rozu­miem, twoi zwia­dowcy nie zna­leźli w tej oko­licy innych śla­dów obec­no­ści Awli. Czy fak­tor zamie­rza utrwa­lić lethe­ryj­skie pano­wa­nie w zwy­cza­jowy spo­sób?

Ski­nęła głową.

– Pla­cówki, forty, bie­gnące na pod­wyż­sze­niu trakty. Potem nadejdą osad­nicy.

– A fak­tor prze­nie­sie swe chciwe spoj­rze­nie dalej na wschód.

– W rze­czy samej, nad­zorco. Z pew­no­ścią jed­nak rozu­miesz, że Tiste Edur rów­nież na tym sko­rzy­stają. Impe­rium się powięk­szy. Jestem pewna, że cesarz się ucie­szy.

Brohl Han­dar został guber­na­to­rem Drene dopiero w zeszłym tygo­dniu. W tym odle­głym zakątku impe­rium Rhu­lada miesz­kało nie­wielu Tiste Edur, w sumie nie­spełna setka, a tylko trzej człon­ko­wie sztabu Brohla pocho­dzili z jego ple­mie­nia, Ara­payów. Anek­sja Awl’danu, któ­rej towa­rzy­szyła nie­mal cał­ko­wita eks­ter­mi­na­cja jego miesz­kań­ców, roz­po­częła się przed wielu laty, na długo przed pod­bo­jem Letheru przez Edur. Dla toczo­nej tu mili­tar­nej kam­pa­nii nie miało wiel­kiego zna­cze­nia, kto spra­wuje rządy w odle­głym Lethe­ras. Brohl Han­dar, patriar­cha klanu utrzy­mu­ją­cego się z polo­wań na dłu­go­zębe foki, nie po raz pierw­szy zadał sobie pyta­nie, co wła­ści­wie tu robi.

Tytu­larna ranga nad­zorcy wyma­gała od niego wła­ści­wie tylko obser­wa­cji. Fak­tyczną wła­dzę spra­wo­wał Letur Anict, fak­tor Drene, „wpły­wowy czło­nek Powier­nic­twa Wol­no­ści”. Brohl sły­szał, że to coś w rodzaju gil­dii kupiec­kiej, nie miał jed­nak poję­cia, co wła­ści­wie ta tajem­ni­cza orga­ni­za­cja ma wspól­nego z wol­no­ścią. Chyba że cho­dziło o to, że jej człon­kom wszystko było wolno, rzecz jasna. Nawet wyko­rzy­sty­wać cesar­skie armie dla pomno­że­nia oso­bi­stych bogactw.

– Atri-predo?

– Słu­cham, nad­zorco.

– Czy Awle sta­wiają jakiś opór? Nie taki jak dzi­siaj. Czy doko­nują wypa­dów na tery­to­rium impe­rium? Gro­ma­dzą wojow­ni­ków przed otwartą wojną?

– Nad­zorco, ta kwe­stia ma dwa… hmm, poziomy – odparła z wyraź­nie zakło­po­taną miną Bevitt.

– Poziomy? Nie rozu­miem.

– Ofi­cjalny i… nie­ofi­cjalny. Wszystko zależy od punktu widze­nia.

– Wyja­śnij mi to.

– Sza­rzy oby­wa­tele dali się prze­ko­nać impe­rial­nym agen­tom, że Awle sprzy­mie­rzyli się z miesz­ka­ją­cymi na połu­dniu Ak’rynami, a także z D’rha­sil­hani i z dwoma kró­le­stwami, Bol­kando oraz Saphi­nan­dem. Krótko mówiąc, wszyst­kie gra­ni­czące z Impe­rium Lethe­ryj­skim ludy stwo­rzyły razem wojow­ni­czy, agre­sywny i poten­cjal­nie bar­dzo potężny zwią­zek zwany Sprzy­się­że­niem Bol­kan­dyj­skim, który może zagro­zić wschod­nim tery­to­riom Letheru. Jest tylko kwe­stią czasu, kiedy horda zbie­rze swe siły i poma­sze­ruje na nas. Dla­tego każda akcja lethe­ryj­skich wojsk, która zmniej­sza liczeb­ność Awli, jest dla nas uży­teczna, a utrata stad dodat­kowo osła­bia dzi­ku­sów. Głód może osią­gnąć to, czego nie mogły zdzia­łać mie­cze. Dopro­wa­dzić do zagłady całego ludu.

– Rozu­miem. A jak brzmi nie­ofi­cjalna wer­sja?

Spoj­rzała na niego.

– Nie ma żad­nego sprzy­się­że­nia, nad­zorco. Żad­nego soju­szu. Prawda wygląda tak, że Awle nie prze­stają wal­czyć mię­dzy sobą. W końcu obszary ich pastwisk wciąż się zmniej­szają. Co wię­cej, wszy­scy nie­na­wi­dzą Ak’rynów i D’rha­sil­hani, a ludzi z Bol­kando czy Saphi­nandu zapewne ni­gdy nawet nie widzieli. – Zawa­hała się. – Przed dwoma mie­sią­cami star­li­śmy się z jakąś kom­pa­nią najem­ni­ków. Przy­pusz­czam, że wła­śnie ta kata­stro­falna bitwa stała się przy­czyną two­jej nomi­na­cji. Było ich może z sied­miu­set. Po kilku potycz­kach wyru­szy­łam w pościg za nimi z sze­ścioma tysią­cami lethe­ryj­skich żoł­nie­rzy. Nad­zorco, ta ostat­nia bitwa kosz­to­wała nas pra­wie trzy tysiące ofiar. Gdyby nie nasi mago­wie… – Potrzą­snęła głową. – I na­dal nie mamy poję­cia, kim byli ci ludzie.

Brohl przyj­rzał się uważ­nie kobie­cie. Ni­gdy dotąd nie sły­szał o tej bitwie. Czy rze­czy­wi­ście przy­czy­niła się do jego nomi­na­cji? Nie­wy­klu­czone.

– Ta ofi­cjalna wer­sja, o któ­rej mówi­łaś przed­tem, to kłam­stwo, uspra­wie­dli­wia rzeź Awli w oczach plebsu i służy fak­to­rowi, który pra­gnie stać się jesz­cze bogat­szy. Powiedz mi, atri-predo, po co fak­to­rowi tyle złota? Co zamie­rza z nim zro­bić?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Złoto to wła­dza.

– Wła­dza nad kim?

– Nad wszyst­kim i wszyst­kimi.

– Oprócz Tiste Edur, któ­rym lethe­ryj­skie poję­cie bogac­twa jest obo­jętne.

– Naprawdę, nad­zorco? – zapy­tała z uśmie­chem. – Na­dal?

– Nie rozu­miem.

– W Drene są Hiro­tho­wie, wiem, że ich tam spo­tka­łeś. Każdy z nich podaje się za kuzyna cesa­rza. Pozwo­liło im to zagar­nąć naj­lep­sze rezy­den­cje i zie­mie. Setki zadłu­żo­nych służą im jako nie­wol­nicy. Nie­wy­klu­czone, że wkrótce pierwsi Tiste Edur zostaną człon­kami Powier­nic­twa Wol­no­ści.

Brohl Han­dar zmarsz­czył brwi. Na odle­głym wznie­sie­niu stały trzy psy: dwa pocią­gowe i jeden mniej­szy, paster­ski. Zwie­rzęta przy­glą­dały się sta­dom pędzo­nym przez znisz­czony obóz. Zadał sobie pyta­nie, dokąd teraz pójdą.

– Dość już widzia­łem – oznaj­mił nagle i zawró­cił wierz­chowca. Za mocno pocią­gnął za wodze i zwie­rzę szarp­nęło łbem z gło­śnym par­sk­nię­ciem, a potem wierz­gnęło. Brohl z tru­dem zdo­łał utrzy­mać rów­no­wagę.

Jeśli nawet roz­ba­wiło to atri-predę, była wystar­cza­jąco roz­sądna, by tego nie oka­zać.

Na nie­bie poja­wiły się pierw­sze padli­no­żerne ptaki.

***

Wzdłuż połu­dnio­wego brzegu Jaspu Połu­dnio­wego, jed­nego z czte­rech dopły­wów Letheru spły­wa­ją­cych z gór Nie­bie­skiej Róży, popro­wa­dzono po nasy­pie trakt, który nie­da­leko stąd zaczy­nał się wspi­nać ku prze­łę­czy. Za nią leżało sta­ro­żytne kró­le­stwo, któ­remu góry zawdzię­czały swą nazwę, obec­nie pod­bite przez Impe­rium Lethe­ryj­skie. Nurt był tu wartki, nie spo­wol­niła go jesz­cze roz­le­gła rów­nina, na którą rzeka wła­śnie wypły­wała. Lodo­wata woda omy­wała potężne głazy przy­nie­sione przez sta­ro­żytne lodowce, wypeł­nia­jąc powie­trze nad trak­tem dotkli­wie zimną mgiełką.

Samotny męż­czy­zna cze­ka­jący na sze­ściu wojow­ni­ków Tiste Edur i towa­rzy­szącą im świtę prze­ra­stał wzro­stem naj­wyż­szych spo­śród nich. Był jed­nak chudy i spo­wi­jało go czarne focze futro z unie­sio­nym kap­tu­rem. Na jego piersi krzy­żo­wały się dwa pen­denty, z któ­rych zwi­sały dłu­gie lethe­ryj­skie mie­cze. Do koł­nie­rza przy­le­piło się kilka wil­got­nych kosmy­ków bia­łych wło­sów wysu­wa­ją­cych się spod kap­tura.

Zbli­ża­ją­cym się Edur z ple­mie­nia Meru­dów twarz pod kap­tu­rem wydała się śmier­tel­nie blada, jakby z prze­raź­li­wie zim­nej rzeki wygra­mo­lił się trup, który od dawna już leżał zamar­z­nięty gdzieś w gór­skich śnie­gach przed nimi.

Pierw­szy z wojow­ni­ków, wete­ran pod­boju Lethe­ras, ski­nął na towa­rzy­szy, naka­zu­jąc im się zatrzy­mać, i poje­chał poroz­ma­wiać z nie­zna­jo­mym.

– Szu­kasz towa­rzy­szy do wspi­naczki na prze­łęcz? – zapy­tał Merude, sta­ra­jąc się dokład­niej przyj­rzeć skry­tej w cie­niu kap­tura twa­rzy. – W górach ponoć na­dal gra­sują ban­dyci i rene­gaci.

– Sam jestem dla sie­bie towa­rzy­stwem.

Głos męż­czy­zny brzmiał ochry­ple, a jego akcent był archa­iczny.

Merude zatrzy­mał się w odle­gło­ści trzech kro­ków. Widział już wyraź­niej nie­zna­jo­mego. Rysy jego twa­rzy przy­po­mi­nały rysy Edur, ale była biała jak śnieg, a czer­wone jak krew oczy budziły lęk.

– W takim razie czemu sto­isz nam na dro­dze?

– Przed dwoma dniami poj­ma­li­ście dwoje Lethe­ryj­czy­ków. Oni należą do mnie.

Merude wzru­szył ramio­nami.

– Trzeba ich było przy­kuć na noc łań­cu­chami, przy­ja­cielu. Zadłu­żeni pró­bują ucieczki przy każ­dej spo­sob­no­ści. Masz szczę­ście, że ich zła­pa­li­śmy. Oddamy ci ich, oczy­wi­ście. Przy­naj­mniej dziew­czynkę. Męż­czy­zna jest zbie­głym nie­wol­ni­kiem Hiro­thów. Świad­czą o tym jego tatu­aże. Nie­stety cze­kają go topie­nia. Być może zaofe­ruję ci innego w zamian. Tak czy ina­czej, dziew­czynka jest młoda i w związku z tym sporo warta. Mam nadzieję, że możesz sobie pozwo­lić na ten wyda­tek.

– Zabiorę oboje i nie zapłacę wam ani gro­sza.

Merude zmarsz­czył brwi.

– Postą­pi­łeś nie­ostroż­nie, dopusz­cza­jąc do ich ucieczki. My zaś wyka­za­li­śmy się czuj­no­ścią i ich schwy­ta­li­śmy. W związku z tym należy nam się nagroda za nasze wysiłki, nato­miast ty powi­nie­neś ponieść karę za lek­ko­myśl­ność.

– Zdej­mij­cie im łań­cu­chy – roz­ka­zał nie­zna­jomy.

– Nie. Z jakiego ple­mie­nia pocho­dzisz? – Oczy męż­czy­zny spo­glą­dały nie­ru­chomo na Merude’a. Wyda­wały się zupeł­nie… mar­twe. – Co się stało z twoją skórą? – Mar­twe jak oczy cesa­rza. – Jak się nazy­wasz?

– Uwol­nij­cie ich natych­miast.

Merude potrzą­snął głową, a potem wybuch­nął śmie­chem, który jed­nak zabrzmiał odro­binę nie­pew­nie. Wezwał ski­nie­niem towa­rzy­szy i chwy­cił za kor­de­las.

Wyzwa­nie rzu­cone przez nie­zna­jo­mego było tak absur­dalne, że spo­wol­niło to ruchy wojow­nika. Zdą­żył wydo­być broń zale­d­wie do połowy, gdy jeden z mie­czy bla­do­skó­rego wysu­nął się z pochwy i prze­ciął mu gar­dło.

Pię­ciu pozo­sta­łych Meru­dów wycią­gnęło mie­cze i pognało z wrza­skiem do ataku. Dzie­się­ciu lethe­ryj­skich żoł­nie­rzy podą­żyło za nimi.

Dowódca Edur zwa­lił się na zie­mię. Try­snęła czer­wona krew.

Nie­zna­jomy wycią­gnął drugi miecz i ruszył na spo­tka­nie pię­ciu Meru­dów. Szczęk­nęło żelazo, a potem zabrzmiał śpiew dwóch lethe­ryj­skich mie­czy. Jego tona­cja sta­wała się coraz wyż­sza z każ­dym zatrzy­ma­nym ude­rze­niem.

Dwaj Edur zato­czyli się jed­no­cze­śnie do tyłu, śmier­tel­nie ranieni. Jeden otrzy­mał pchnię­cie w pierś, a drugi stra­cił jedną trze­cią czaszki. Ten ostatni odwró­cił się, schy­lił po frag­ment głowy i odszedł, zata­cza­jąc się jak pijany. Padł kolejny Edur. Miecz prze­ciął mu lewą nogę. Dwaj ostatni cof­nęli się pośpiesz­nie, wrzesz­cząc na Lethe­ryj­czy­ków, któ­rzy zatrzy­mali się trwoż­nie trzy kroki za nimi.

Nie­zna­jomy nie zaprze­stał ataku. Spa­ro­wał lewym mie­czem pchnię­cie Edur z pra­wej strony, prze­su­nął miecz pod klingą prze­ciw­nika, a potem nagłym ruchem nad­garstka wyrwał mu broń z ręki i pchnął szty­chem w jego gar­dło. W tej samej chwili ude­rzył wysoko pra­wym mie­czem. Ostatni Edur odchy­lił się, by unik­nąć ataku, i spró­bo­wał ciąć nie­zna­jo­mego w nad­gar­stek. Bla­do­skóry męż­czy­zna pochy­lił zgrab­nie miecz, odbił kor­de­las w bok i wepchnął sztych w prawy oczo­dół wojow­nika. Stal prze­biła deli­katne kości, docie­ra­jąc do mózgu.

Nie­zna­jomy prze­szedł mię­dzy pada­ją­cymi na zie­mię Edur i zaata­ko­wał dwóch naj­bliż­szych Lethe­ryj­czy­ków. Ośmiu pozo­sta­łych rzu­ciło się do ucieczki, mija­jąc wozy – woź­nice rów­nież zła­zili pośpiesz­nie z kozłów, gotowi czmych­nąć – a potem sze­reg przy­glą­da­ją­cych się temu ze zdu­mie­niem jeń­ców. Rzu­cali w panice broń na drogę.

Nagle jeden z nie­wol­ni­ków pod­sta­wił nogę upa­trzo­nemu żoł­nie­rzowi. Gdy ucie­ka­jący zwa­lił się na zie­mię, łączący jeń­ców łań­cuch zako­ły­sał się gwał­tow­nie. Nie­wol­nik sko­czył na nie­szczę­snego Lethe­ryj­czyka, owi­nął mu luźny łań­cuch wokół szyi i napiął go mocno. Żoł­nierz wierz­gał, szar­pał się i pró­bo­wał dra­pać, ale nie­wol­nik nie dawał za wygraną. W końcu straż­nik prze­stał się wyry­wać.

Ści­ska­jący w rękach zawo­dzące jękli­wie mie­cze Sil­chas Ruin pod­szedł do Udi­na­asa, który nie prze­sta­wał dusić trupa.

– Możesz już prze­stać – oznaj­mił albi­nos Tiste Andii.

– Mogę – wykrztu­sił przez zaci­śnięte zęby Udi­naas. – Ale nie chcę. Ten skur­wy­syn był z nich naj­gor­szy. Naj­gor­szy.

– Jego dusza już tonie we mgle – zapew­nił Sil­chas Ruin. Odwró­cił się, spo­glą­da­jąc na dwie syl­wetki wycho­dzące z krza­ków rosną­cych w rowie na połu­dnie od traktu.

– Duś go dalej – poparła Udi­na­asa przy­kuta za nim Imbryk. – On mnie skrzyw­dził.

– Wiem – wychry­piał Udi­naas. – Wiem.

– W jaki spo­sób? – zapy­tał Sil­chas Ruin, pod­cho­dząc do dziew­czynki.

– Zwy­czaj­nie – odparła. – Tym, co miał mię­dzy nogami.

– A inni Lethe­ryj­czycy?

Pokrę­ciła głową.

– Tylko na to patrzyli. I śmiali się, zawsze się śmiali.

Sil­chas Ruin odwró­cił się nagle. Przy­szła Seren Pedac.

Wyraz, jaki ujrzała w jego nie­zwy­kłych oczach, zmro­ził jej krew w żyłach.

– Ruszę w pościg za tymi, któ­rzy ucie­kli, porę­czy­cielko – oznaj­mił Tiste Andii. – Dołą­czę do was przed zmierz­chem.

Odwró­ciła wzrok, zer­ka­jąc kąci­kiem oka na Feara Sen­gara, który przy­sta­nął nad tru­pami Meru­dów. Prze­nio­sła pośpiesz­nie spoj­rze­nie na usianą kamie­niami rów­ninę na połu­dniu. Ten widok jed­nak rów­nież oka­zał się zbyt bole­sny, gdyż na­dal krą­żył tam pozba­wiony kawałka czaszki Edur.

– Pro­szę bar­dzo – zgo­dziła się, patrząc na wozy i zaprzę­żone do nich konie. – Będziemy dalej zmie­rzać tą drogą.

Udi­na­asa w końcu opu­ścił gniew. Męż­czy­zna zosta­wił ciało Lethe­ryj­czyka, wstał i spoj­rzał na nią.

– Seren Pedac, a co z pozo­sta­łymi nie­wol­ni­kami? Musimy uwol­nić wszyst­kich.

Zmarsz­czyła brwi. Z powodu zmę­cze­nia trudno jej było myśleć. Ucie­kała już od wielu mie­sięcy, ukry­wa­jąc się zarówno przed Edur, jak i Lethe­ryj­czy­kami. Raz po raz zagra­dzano im drogę na wschód, zmu­szano do kie­ro­wa­nia się na pół­noc. Nie­ustanne prze­ra­że­nie pozba­wiło ją bystro­ści umy­słu.

Uwol­nić ich… tak jest. Ale…

– To będą jedy­nie kolejne pogło­ski – uspo­koił ją Udi­naas, jakby czy­tał w jej myślach, zanim jesz­cze zdo­łała je sfor­mu­ło­wać. – Krąży ich całe mnó­stwo. Tylko dez­orien­tują ści­ga­ją­cych. Posłu­chaj, Seren, oni i tak wie­dzą, gdzie w przy­bli­że­niu prze­by­wamy. A ci nie­wol­nicy zro­bią wszystko, żeby unik­nąć ponow­nego schwy­ta­nia. Nie musimy się o nich zbyt­nio nie­po­koić.

– Jesteś gotowy porę­czyć za towa­rzy­szy nie­doli, Udi­naas? – zapy­tała, uno­sząc brwi. – Czy żaden z nich nie sko­rzy­stałby z szansy kupie­nia wol­no­ści w zamian za klu­czowe infor­ma­cje?

– Jedyna alter­na­tywa to zabić wszyst­kich – stwier­dził Udi­naas, patrząc jej pro­sto w oczy.

Ci, któ­rzy przy­słu­chi­wali się ich roz­mo­wie, któ­rych bicie nie zamie­niło jesz­cze w bez­myślne auto­maty, zasy­pali Seren gło­śnymi zapew­nie­niami i obiet­ni­cami. Wycią­gali ku niej ręce, grze­cho­cząc łań­cu­chami. Inni unie­śli prze­ra­żone spoj­rze­nia niczym myrid, który nagle zwie­trzył nie­wi­docz­nego wilka. Niektó­rzy krzy­czeli gło­śno, pada­jąc na kamie­ni­ste błoto traktu.

– Klu­cze ma pierw­szy z zabi­tych Edur – oznaj­mił Udi­naas.

Sil­chas Ruin odda­lił się tym­cza­sem kawa­łek trak­tem, aż mgła zama­zała jego syl­wetkę. Następ­nie zmie­nił się w coś wiel­kiego i skrzy­dla­tego, po czym zerwał się do lotu. Seren zer­k­nęła na sze­reg nie­wol­ni­ków i prze­ko­nała się z ulgą, że żaden z nich tego nie zauwa­żył.

– Zgoda – odpo­wie­działa Udi­na­asowi i ruszyła w stronę Feara Sen­gara, który stał przy zwło­kach zabi­tych Edur.

– Muszę zabrać klu­cze – oznaj­miła, kuca­jąc przy pierw­szym z ciał.

– Nie doty­kaj go – sprze­ci­wił się Fear.

Unio­sła wzrok.

– Klu­cze… łań­cu­chy…

– Ja je znajdę.

Ski­nęła głową, wypro­sto­wała się i odsu­nęła nieco. Fear odmó­wił bez­gło­śną modli­twę, a potem opadł na kolana przy tru­pie. Zna­lazł klu­cze w skó­rza­nym mieszku przy­tro­czo­nym do pasa wojow­nika. Była tam też garstka gład­kich kamy­ków. Fear wziął klu­cze w lewą dłoń, a kamyki zatrzy­mał w pra­wej.

– Pocho­dzą z wybrzeża Meru­dów – oznaj­mił. – Zapewne zebrał je tam, kiedy był dziec­kiem.

– Dzieci z cza­sem dora­stają – zauwa­żyła Seren. – Nawet z pro­stych drzew wyra­stają krzywe konary.

– A co było złego w tym wojow­niku? – zapy­tał Fear, spo­glą­da­jąc na nią ze zło­ścią. – Wyko­ny­wał roz­kazy mojego brata, jak wszy­scy wojow­nicy z ple­mion.

– Nie­któ­rzy z cza­sem go porzu­cili, Fear. Jak ty.

– To, co porzu­ci­łem, jest tylko cie­niem tego, do czego zmie­rzam, porę­czy­cielko. Czy to zna­czy, że zdra­dzi­łem Tiste Edur? Swo­ich roda­ków? By­naj­mniej. Wszy­scy wciąż o tym zapo­mi­na­cie, bo tak jest wam wygod­niej. Zro­zum, porę­czy­cielko, jeśli trzeba, będę się ukry­wał, ale nie zamie­rzam zabi­jać roda­ków. Mamy pie­nią­dze, mogli­śmy ich wyku­pić…

– Nie Udi­na­asa.

Obna­żył zęby, ale nie ode­zwał się ani sło­wem.

Tak jest. Udi­naas. Czło­wiek, któ­rego pra­gniesz zabić. Gdyby nie Sil­chas Ruin…

– Fearze Sen­gar – zaczęła. – Posta­no­wi­łeś przy­łą­czyć się do nas, a nie może być naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że dowódcą naszej grupki jest Sil­chas Ruin. Jego metody nie muszą ci się podo­bać, ale z pew­no­ścią wiesz, że tylko on może nam umoż­li­wić dotar­cie do celu.

Wojow­nik Hiro­thów odwró­cił wzrok, spo­glą­da­jąc na trakt. Zamru­gał, by usu­nąć wil­goć z oczu.

– Z każ­dym kro­kiem koszt mojej misji rośnie. Powin­naś zro­zu­mieć cha­rak­ter tego długu, porę­czy­cielko. To lethe­ryj­ski spo­sób życia, brze­miona, przed któ­rymi nie można uciec. Ani się od nich wyku­pić.

Się­gnęła po klu­cze.

Wło­żył je w dłoń kobiety, sta­ra­jąc się nie patrzeć jej w oczy.

Niczym się nie róż­nimy od tych nie­wol­ni­ków, pomy­ślała, ważąc w dłoni brzę­czące żelazo. Łączą nas łań­cu­chy. Ale… kto ma klu­cze do naszej wol­no­ści?

– Dokąd się wybrał? – zapy­tał Fear.

– Chce dopaść zbie­głych Lethe­ryj­czy­ków. Mam nadzieję, że prze­ciwko temu nic nie masz.

– Ja nie, ale ty powin­naś mieć, porę­czy­cielko.

Pew­nie masz rację, pomy­ślała i ruszyła ku cze­ka­ją­cym nie­wol­ni­kom.

Męż­czy­zna przy­kuty obok Udi­na­asa pod­czoł­gał się do niego.

– Ten wysoki zabójca… Czy to Biała Wrona? To on, prawda? Sły­sza­łem…

– O niczym nie sły­sza­łeś – prze­rwał mu Udi­naas, wycią­ga­jąc rękę do nad­cho­dzą­cej Seren. – Ten z trzema ząb­kami – powie­dział do niej. – Tak, to on. Niech nas Zbłą­kany, nie śpie­szyło ci się.

Obró­ciła klucz i pierw­sza obręcz otwo­rzyła się z trza­skiem.

– Mie­li­ście ukraść z gospo­dar­stwa coś do jedze­nia, nie dać się zła­pać łow­com nie­wol­ni­ków.

– Łowcy obo­zo­wali w cho­ler­nym gospo­dar­stwie. Nikt się do nas nie uśmiech­nął tam­tej nocy.

Seren otwo­rzyła drugą obręcz i Udi­naas wystą­pił z sze­regu, pocie­ra­jąc czer­wone pręgi na nad­garst­kach.

– Fear sta­rał się powstrzy­mać Sil­chasa – oznaj­miła porę­czy­cielka. – Jeśli ci dwaj są typowi, nie dzi­wię się, że Edur i Andii toczyli ze sobą dzie­sięć tysięcy wojen.

Udi­naas stęk­nął gło­śno i oboje ruszyli w stronę Imbryk.

– Fear jest nie­za­do­wo­lony, że stra­cił dowódz­two – wyja­śnił. – A fakt, że musi słu­chać Tiste Andii, jesz­cze pogar­sza sprawę. Na­dal nie jest prze­ko­nany, że przed tymi wszyst­kimi tysiąc­le­ciami to Sca­ban­dari pierw­szy wycią­gnął nóż.

Seren Pedac mil­czała. Prze­cho­dząc obok Imbryk, spoj­rzała w jej umo­ru­saną buzię. Dziew­czynka powoli unio­sła wzrok.

– Tęsk­ni­łam za tobą – oznaj­miła z uśmie­chem Imbryk.

– Czy bar­dzo cię boli? – zapy­tała Seren, zdej­mu­jąc wiel­kie, żela­zne okowy.

– Mogę cho­dzić. I już nie krwa­wię. To dobry znak, prawda?

– Zapewne. – Roz­mowa o gwał­cie nie była dla niej łatwa. Miała wła­sne wspo­mnie­nia, które nawet na moment nie prze­sta­wały jej prze­śla­do­wać. – Będziesz miała bli­zny, Imbryk.

– Trudno jest być żywym. Cią­gle jestem głodna i bolą mnie stopy.

Nie zno­szę dzieci mają­cych tajem­nice. Zwłasz­cza takie, o któ­rych nawet nie wie­dzą. Muszę zna­leźć odpo­wied­nie pyta­nia. Nie ma innego spo­sobu.

– Co jesz­cze prze­szka­dza ci w byciu żywą, Imbryk?

– Czuję się mała.

Sto­jący obok nie­wol­nik chwy­cił Seren za ramię. Sta­ru­szek wycią­gnął rękę po klu­cze, z nadzieją w oczach. Wrę­czyła mu je.

– Uwol­nij pozo­sta­łych – roz­ka­zała.

Poki­wał ener­gicz­nie głową i zaczął gme­rać klu­czem w zamku.

– Z tym poczu­ciem wszy­scy musimy się pogo­dzić – wyja­śniła dziew­czynce. – Świat zbyt czę­sto sprze­ci­wia się naszym wysił­kom nada­nia mu postaci, która by nam odpo­wia­dała. Żyć zna­czy znać nie­za­do­wo­le­nie i fru­stra­cję.

– Na­dal pra­gnę roz­ry­wać gar­dła, Seren. Czy to źle? Na pewno tak.

Usły­szaw­szy te słowa, sta­ru­szek sku­lił się trwoż­nie i ze zdwo­jo­nym wysił­kiem zaczął się szar­pać z zam­kiem. Sto­jąca za nim kobieta zaklęła z nie­cier­pli­wo­ści.

Udi­naas wszedł do pierw­szego wozu, żeby zna­leźć zapasy, któ­rych mogli potrze­bo­wać. Imbryk wdra­pała się tam za nim.

– Musimy wyleźć z tej mgły – mruk­nęła Seren. – Prze­mo­kłam do suchej nitki. – Ruszyła w stronę wozu. – Pośpiesz­cie się, dobra? Jeśli ktoś nas tu znaj­dzie, możemy mieć kło­poty.

Zwłasz­cza że nie ma z nami Sil­chasa Ruina.

Prze­trwa­nie zawdzię­czali wyłącz­nie Tiste Andii. Gdy nie mogli się już dłu­żej ukry­wać przed ści­ga­ją­cymi, dwa mie­cze zaczy­nały śpie­wać nie­sa­mo­witą pieśń znisz­cze­nia.

Biała Wrona.

Minął tydzień, odkąd ostat­nio widzieli Edur i Lethe­ryj­czy­ków, któ­rzy ich ści­gali. Szu­kali rene­gata Feara Sen­gara. Pra­gnęli dopaść zdrajcę Udi­na­asa. Seren Pedac czuła się zdu­miona. Powinni byli wysłać za nimi całe armie. Pościg wyda­wał się nie­ustę­pliwy, choć raczej upo­rczywy niż inten­sywny. Sil­chas wspo­mniał kie­dyś mimo­cho­dem, że cesar­scy k’risnani odpra­wiają rytu­alne czary mające zwa­bić ich w pułapkę. Zasadzki zasta­wiono na wscho­dzie i wokół samego Lethe­ras. Te pierw­sze rozu­miała. To pust­ko­wia poło­żone na wschód od impe­rium były ich celem. Fear – z jakie­goś powodu, któ­rego nie chciał wyja­wić – był prze­ko­nany, że tam wła­śnie znaj­dzie to, czego szuka. Sil­chas Ruin nie twier­dził, że jest ina­czej. Seren nie potra­fiła jed­nak pojąć, dla­czego oto­czono zabez­pie­cze­niami sto­licę.

Można by pomy­śleć, że Rhu­lad boi się brata.

Udi­naas zesko­czył z pierw­szego wozu i ruszył do dru­giego.

– Zna­la­złem pie­nią­dze! – zawo­łał. – Mnó­stwo pie­nię­dzy. Powin­ni­śmy też zabrać konie. Za prze­łę­czą będziemy mogli je sprze­dać.

– Na prze­łę­czy jest fort – przy­po­mniała mu Seren. – Być może nie ma w nim gar­ni­zonu, ale nie możemy być tego pewni, Udi­naas. Jeśli roz­po­znają konie…

– Omi­niemy fort – odparł. – Prze­mkniemy nocą, nie­po­strze­że­nie.

Zmarsz­czyła brwi, ocie­ra­jąc wil­goć z oczu.

– Łatwiej byłoby to zro­bić bez koni. Poza tym wszyst­kie są stare i ste­rane. Nie dosta­niemy za nie dużo, zwłasz­cza w Nie­bie­skiej Róży. A kiedy wróci Wyval, zapewne padną ze stra­chu.

– Wyval nie wróci – zapew­nił ochry­płym gło­sem Udi­naas. – Już go wię­cej nie zoba­czymy.

Wie­działa, że nie powinna wąt­pić w jego słowa. W końcu to w nim zamiesz­kał duch smo­czego pomiotu. Nie­mniej jed­nak Udi­naas nie potra­fił – bądź nie chciał – wyja­śnić przy­czyn nagłego znik­nię­cia skrzy­dla­tej bestii. Wyvala nie było z nimi już od z górą mie­siąca.

Były nie­wol­nik rozej­rzał się po wnę­trzu kry­tego wozu i zaklął.

– Tu jest tylko broń.

– Broń?

– Mie­cze, tar­cze i zbroje.

– Lethe­ryj­skie?

– Tak. Kiep­skiej jako­ści.

– Dla­czego łowcy nie­wol­ni­ków cią­gnęli cały wóz broni?

Wzru­szył ramio­nami, zesko­czył na zie­mię, omi­nął Seren i poszedł wyprząc konie.

– Trudno by im było wdra­pać się na prze­łęcz – stwier­dził.

– Wraca Sil­chas Ruin – ode­zwała się Imbryk, wska­zu­jąc na trakt.

– Szybko się z nimi roz­pra­wił.

Udi­naas roze­śmiał się ochry­ple.

– Dur­nie powinni byli się roz­pro­szyć, zmu­sić go, żeby ści­gał każ­dego z osobna. Ale oni zapewne się prze­gru­po­wali, jak przy­stało dobrym, głu­pim żoł­nie­rzom.

– Krew w two­ich żyłach jest bar­dzo rzadka, prawda, Udi­naas? – ode­zwał się sto­jący przy pierw­szym wozie Fear Sen­gar.

– Jak woda – potwier­dził były nie­wol­nik.

Na Zbłą­ka­nego, Fear, on nie opu­ścił two­jego brata z wła­snej woli. Wiesz o tym. Nie spo­wo­do­wał też sza­leń­stwa Rhu­lada. Jak wielka część two­jej nie­na­wi­ści do niego bie­rze się z poczu­cia winy? Kto jest naprawdę winien? Przez kogo Rhu­lad stał się Cesa­rzem Tysiąca Śmierci?

Bia­ło­skóry Tiste Andii wyło­nił się z mgły niczym zjawa. Jego czarny płaszcz lśnił jak skóra węża. Sil­chas scho­wał mie­cze, tłu­miąc ich śpiew, ale głos żelaza nie chciał umilk­nąć tak łatwo. Jego echo będzie się utrzy­my­wało przez całe dni.

Jakże nie­na­wi­dziła tego dźwięku.

***

Tanal Yathva­nar spo­glą­dał z góry na leżącą na łożu nagą kobietę. Prze­słu­chu­jący nie­źle się natru­dzili w poszu­ki­wa­niu odpo­wie­dzi. Odnio­sła poważne obra­że­nia. Jej skórę pokry­wały rany i opa­rze­nia, a stawy miała obrzę­kłe i posi­nia­czone. Kiedy wczo­raj ją wyko­rzy­stał, była led­wie przy­tomna. To było łatwiej­sze niż korzy­sta­nie z usług kurew i do tego nic nie kosz­to­wało. Nie inte­re­so­wało go bicie kobiet, lubił tylko, żeby były pobite. Zda­wał sobie sprawę, że to zbo­cze­nie, ale tę orga­ni­za­cję – Obroń­ców Ojczy­zny – stwo­rzono dla ludzi takich jak on. Wła­dza i bez­kar­ność. To była śmier­cio­no­śna kom­bi­na­cja. Podej­rze­wał, że Karos Invic­tad świet­nie wie o jego noc­nych eska­pa­dach i trzyma tę wie­dzę w zana­drzu niczym ukryty nóż.

Ale w końcu jej nie zabi­łem. Nie będzie nawet o tym pamię­tać. Tak czy ina­czej, cze­kają ją topie­nia. Co to ma za zna­cze­nie, jeśli przed­tem zażyję z nią tro­chę przy­jem­no­ści? Żoł­nie­rze postę­pują tak samo.

Kie­dyś, przed wielu laty, marzył o tym, że zosta­nie żoł­nie­rzem. Był naiw­nym, roman­tycz­nym mło­dzień­cem, wie­rzył w boha­ter­stwo i niczym nie­ogra­ni­czoną wol­ność, jakby to pierw­sze było uspra­wie­dli­wie­niem tego dru­giego. W histo­rii Letheru nie bra­ko­wało szla­chet­nych zabój­ców. Jed­nym z nich był Gerun Ebe­rict. Zamor­do­wał tysiące zło­dziei, zbi­rów i nie­ro­bów, ludzi zde­pra­wo­wa­nych i żyją­cych w nędzy. Oczy­ścił ulice Lethe­ras i wszy­scy miesz­kańcy mia­sta na tym sko­rzy­stali. Teraz widziało się tutaj mniej żebra­ków i kie­szon­kow­ców, mniej bez­dom­nych i innych nędza­rzy, któ­rzy nie potra­fili spro­stać wymo­gom współ­cze­sno­ści. Tanal podzi­wiał go za to. Gerun Ebe­rict był wiel­kim czło­wie­kiem, ale zgi­nął z rąk zwy­kłego zbira, który roz­trza­skał mu czaszkę. Tra­giczna, bez­sen­sowna i okrutna śmierć.

Pew­nego dnia zła­piemy jego zabójcę.

Odwró­cił się od nie­przy­tom­nej kobiety, popra­wił lekką bluzę, żeby szwy na ramio­nach uło­żyły się syme­trycz­nie, a potem zapiął pas z bro­nią. Jedno z wyda­nych przez inwi­gi­la­tora zarzą­dzeń prze­wi­dy­wało, że wszy­scy ofi­ce­ro­wie Obroń­ców Ojczy­zny muszą nosić u pasa szty­let i krótki miecz. Tanal lubił cię­żar broni, a także przy­wi­lej, jakim było prawo jej nosze­nia. Cesar­ski dekret zabra­niał tego wszyst­kim pozo­sta­łym Lethe­ryj­czy­kom poza żoł­nie­rzami.

Jak mogli­by­śmy się zbun­to­wać. Ten cho­lerny dureń myśli, że to on wygrał wojnę. Oni wszy­scy tak myślą. Tępo­głowi bar­ba­rzyńcy.

Tanal Yathva­nar wyszedł z celi i ruszył do gabi­netu inwi­gi­la­tora. Chwilę przed tym, nim zapu­kał do drzwi, zabrzmiał drugi dzwon po połu­dniu. Potem usły­szał szept naka­zu­jący mu wejść.

Rau­tos Hiva­nar, prze­wod­ni­czący Powier­nic­twa Wol­no­ści, sie­dział już naprze­ciwko Karosa Invic­tada. Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna wyglą­dał, jakby wypeł­niał połowę pokoju. Tanal zauwa­żył, że inwi­gi­la­tor odsu­nął swoje krze­sło tak daleko, jak tylko się dało, opie­ra­jąc je o para­pet. Sie­dział jed­nak na nim swo­bod­nie i nie oka­zy­wał nie­po­koju.

– Tanal, nasz gość upo­rczy­wie zapew­nia, że jego podej­rze­nia nie są bez­pod­stawne. Udało mu się mnie prze­ko­nać, że powin­ni­śmy doło­żyć sta­rań, by odna­leźć źró­dło groźby.

– Inwi­gi­la­to­rze, czy to anty­pań­stwowy spi­sek, czy mamy do czy­nie­nia ze zwy­kłym zło­dzie­jem?

– Sądzę, że to dru­gie – odparł Karos, spo­glą­da­jąc na Rau­tosa Hiva­nara.