Bramy Domu Umarłych. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 2 - Steven Erikson - ebook

Bramy Domu Umarłych. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 2 ebook

Steven Erikson

4,5

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Bramy Domu Umarłych są drugim rozdziałem monumentalnej Malazańskiej Księgi Poległych. Doskonałą powieścią o wojnie i zdradzie, stawiającą Stevena Eriksona pośród największych mistrzów gatunku. Osłabione konfliktem w Darudżystanie Imperium Malazańskie stoi o krok od wojny domowej. Na Świętej Pustyni Raraku jasnowidząca sha`ik zbiera olbrzymią armię, która weźmie udział w Tornadzie Apokalipsy - od dawna przepowiadanym powstaniu przeciwko cesarzowej... Jednak to nie żołnierze Apokalipsy stanowią największe zagrożenie dla śmiertelnych. Ze wszystkich stron Świata do Imperium przybywają jednopochwyceni i d`iversi, poszukujący Legendarnej Ścieżki Dłoni, prowadzącej do ascendencji. Już wkrótce może dojść do konfliktu zmiennokształtnych z bogami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1154

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (150 ocen)
97
41
9
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Togus81

Dobrze spędzony czas

Książka bardzo dobra warta przeczytania
10
tuffghosts

Nie oderwiesz się od lektury

Cieszę się rereadem serii z większą świadomością. To niesamowite, jak misternie w każdym szczególe plątana jest ta pełna rozmachu historia. Jest po prostu genialna, i to naprawdę nie słowo rzucone na wiatr. A ten tom jest naprawdę smutny, bolesny. Duszy trochę ubywa, coś za gardło trzyma, i to chyba już na zawsze.
10
kasiasta3925

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonały cykl.
10
krzwas1

Nie oderwiesz się od lektury

Fenomenalne
10
Kos12ad

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja, super i jeszcze lepsza część od pierwszego tomu. Zaraz zabieram się za trzeci tom. Polecam bardzo serdecznie.
00

Popularność




Podzię­ko­wa­nia

Z wyra­zami naj­wyż­szej wdzięcz­no­ści dzię­kuję nastę­pu­ją­cym oso­bom: per­so­ne­lowi „Café Rouge” w Dorking (rób­cie dalej tę kawę…); ludziom z Psiona, któ­rych nad­zwy­czajna Seria 5 była domem dla pierw­szej wer­sji tej powie­ści; Dary­lowi i per­so­ne­lowi „Café Hosete”; a także oczy­wi­ście Simo­nowi Tay­lo­rowi i resz­cie ludzi z Trans­world.

Rodzi­nie i przy­ja­cio­łom dzię­kuję za wiarę i wyrazy zachęty, bez któ­rych wszyst­kie moje osią­gnię­cia zna­czy­łyby nie­wiele.

Dzię­kuję rów­nież Ste­phe­nowi i Rosowi Donald­so­nom za ich cie­płe słowa, Jame­sowi Barc­lay­owi, Seanowi Rus­sel­lowi i Arie­lowi. Na koniec, bar­dzo dzię­kuję wszyst­kim czy­tel­ni­kom, któ­rzy poświę­cili chwilę na to, by umie­ścić swe komen­ta­rze w roz­ma­itych witry­nach sie­cio­wych. Pisar­stwo jest samot­ni­czym zaję­ciem, które ska­zuje na izo­la­cję, a Wy ulży­li­ście nieco mej doli.

Dra­ma­tis per­so­nae

Na ścieżce dłoni

Ica­rium: wędro­wiec mie­sza­nej krwi jaghuc­kiej

Mappo: jego towa­rzysz Trell

Iska­ral Krost: wielki kapłan Cie­nia

Ryl­lan­da­ras: Biały Sza­kal, d’ivers

Mes­sremb: jed­no­po­chwy­cony

Gryl­len: d’ivers

Mogora: d’ivers

Mala­zań­czycy

Feli­sin: naj­młod­sza córka rodu Para­nów

Hebo­ric Lekki Dotyk: wygnany histo­ryk i były kapłan Fenera

Bau­din: towa­rzysz Feli­sin i Hebo­rica

Skrzy­pek: Dzie­wiąta Dru­żyna, Pod­pa­la­cze Mostów

Cro­kus: gość z Daru­dży­stanu

Apsa­lar: daw­niej Dzie­wiąta Dru­żyna, Pod­pa­la­cze Mostów

Kalam: kapral z Dzie­wią­tej Dru­żyny, Pod­pa­la­cze Mostów

Duiker: histo­ryk impe­rialny

Kulp: kadrowy mag, Siódma Armia

Mal­lick Rel: główny doradca wiel­kiej pię­ści Sied­miu Miast

Sawark: dowódca straży w kopalni ota­ta­ralu w Cze­re­pie

Pella: żoł­nierz sta­cjo­nu­jący w Cze­re­pie

Pormqual: wielka pięść Sied­miu Miast, sta­cjo­nu­jący w Are­nie

Bli­stig: dowódca Gwar­dii Areń­skiej

Top­per: dowódca Szponu

Cichacz: kapi­tan z Siód­mej Armii

Chen­ned: kapi­tan z Siód­mej Armii

Sul­mar: kapi­tan z Siód­mej Armii

Prze­chył: kapral z Siód­mej Armii

Mły­nek: saper

Mątwa: saper

Gesler: kapral ze Straży Przy­brzeż­nej

Chmura: żoł­nierz ze Straży Przy­brzeż­nej

Prawda: rekrut ze Straży Przy­brzeż­nej

Patrza­łek: łucz­nik

Perła: szpon

Kapi­tan Keneb: uchodźca

Selv: żona Keneba

Minala: sio­stra Selv

Kesen: pier­wo­rodny syn Keneba i Selv

Vaneb: drugi syn Keneba i Selv

Kapi­tan: wła­ści­ciel i dowódca statku han­dlo­wego Utkany Szma­tami

Gar­bus: wic­kań­ski pies paster­ski

Pchełka: hen­geń­ski pie­sek poko­jowy

Wic­ka­nie

Col­ta­ine: pięść, Siódma Armia

Temul: młody lan­sjer

Sormo E’nath: czar­no­księż­nik

Nul: czar­no­księż­nik

Nadir: czar­no­księż­niczka

Bult: doświad­czony komen­dant i wuj Col­ta­ine’a

Czer­wone Mie­cze

Baria Setral: (Dosin Pali)

Mesker Setral: jego brat (Dosin Pali)

Tene Baralta (Ehr­li­tan)

Aralt Arpat (Ehr­li­tan)

Lostara Yil (Ehr­li­tan)

Szla­chet­nie uro­dzeni w Sznu­rze Psów (Mala­zań­czycy)

Neth­para

Lene­stro

Pul­lyk Alar

Tum­lit

Zwo­len­nicy apo­ka­lipsy

Sha’ik: przy­wód­czyni buntu

Leoman: kapi­tan z Apo­ka­lipsy Raraku

Tobla­kai: oso­bi­sty straż­nik i wojow­nik Apo­ka­lipsy Raraku

Febryl: mag i wysoki rangą doradca sha’ik

Kor­bolo Dom: była pięść, rene­gat dowo­dzący odhań­ską armią

Kamist Reloe: wielki mag w odhań­skiej armii

L’oric: mag z Apo­ka­lipsy Raraku

Bidi­thal: mag z Apo­ka­lipsy Raraku

Mebra: szpieg dzia­ła­jący w Ehr­li­ta­nie

Inni

Salk Elan: mor­ski podróż­nik

Shan: Ogar Cie­nia

Gear: Ogar Cie­nia

Blind: Ogar Cie­nia

Baran: Ogar Cie­nia

Rood: Ogar Cie­nia

Moby: cho­wa­niec

Hen­tos Ilm: rzu­ca­jąca kości T’lan Imas­sów

Legana Breed: T’lan Imass

Olar Ethil: rzu­ca­jący kości T’lan Imas­sów

Kim­loc: cho­dzący z duchami Tanno

Beneth: król zbrodni

Irp: mały sługa

Rudd: rów­nie mały sługa

Apt: apto­riań­ska demo­nica

Panek: dziecko

Kar­po­lan Deme­sand: kupiec

Bula: karcz­marka

Koty­lion: bóg patron skry­to­bój­ców

Tron Cie­nia: władca Wiel­kiego Domu Cie­nia

Rel­lock: sługa

Pro­log

Cóż to widzisz na sinej pla­mie hory­zontu, czego nie możesz zasło­nić unie­sioną ręką?

Pod­pa­la­cze Mostów Toc Młod­szy

1163 rok snu Pożogi 9 rok pano­wa­nia cesa­rzo­wej Laseen Rok Czystki

Gdy wyszedł chwiej­nym kro­kiem z Alei Dusz na Rondo Sądu, wyglą­dał jak gro­te­skowy kłąb much. Rojące się sku­pi­ska tych owa­dów migro­wały bez­myśl­nie po jego ciele, czarne i lśniące, a nie­kiedy odpa­dały od niego w osza­la­łych brył­kach, które eks­plo­do­wały lotem, gdy tylko ude­rzyły o bruk.

Godzina Pra­gnie­nia miała się ku koń­cowi. Kapłan wlókł się jej śla­dem, ślepy, głu­chy i mil­czący. Sługa Kap­tura, Pana Śmierci, uczcił w ów dzień swego boga w ten spo­sób, że wraz z towa­rzy­szami roze­brał się do naga i wysma­ro­wał krwią stra­co­nych mor­der­ców, którą prze­cho­wy­wano w wiel­kich amfo­rach usta­wio­nych pod ścia­nami w nawie świą­tyni. Potem bra­cia utwo­rzyli pro­ce­sję i wyszli na ulice Unty, by przy­wi­tać duszki boga i pokie­ro­wać śmier­tel­nym tań­cem, który ozna­czał ostatni dzień Pory Zgni­li­zny.

Sto­jący wokół ronda straż­nicy roz­stą­pili się przed kapła­nem, a potem odsu­nęli się od sie­bie jesz­cze bar­dziej, by prze­pu­ścić ruchliwą, brzę­czącą chmurę, która podą­żała za nim. Niebo nad Untą wciąż było raczej szare niż błę­kitne, jako że muchy, które o świ­cie zgro­ma­dziły się w sto­licy Impe­rium Mala­zań­skiego, zerwały się teraz do lotu i pofru­nęły nie­śpiesz­nie nad zatoką ku sło­nym bagnom i zala­nym wodą wysep­kom leżą­cym po dru­giej stro­nie rafy. Pora Zgni­li­zny zawsze spro­wa­dzała ze sobą robac­two, a w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat nade­szła aż trzy razy, co było czymś nie­spo­ty­ka­nym.

W powie­trzu nad ron­dem na­dal pełno było roz­brzę­cza­nych pla­mek przy­po­mi­na­ją­cych lata­jący żwir. Gdzieś na uli­cach jakiś pies uja­dał roz­pacz­li­wie, jakby był bli­ski śmierci, ale nie mógł zakoń­czyć życia. Nie­opo­dal cen­tral­nej fon­tanny ronda porzu­cony muł, który jakiś czas temu padł na zie­mię, poru­szał jesz­cze słabo unie­sio­nymi w górę nogami. Muchy wła­ziły do środka przez wszyst­kie natu­ralne otwory ciała zwie­rzę­cia, które wzdęły już gazy. Tak jak wszyst­kie muły, było ono jed­nak z natury uparte i zdy­chało od ponad godziny. Gdy obok prze­szedł pozba­wiony wzroku kapłan, muchy pode­rwały się z ciała muła, two­rząc ruchomą zasłonę, i dołą­czyły do całunu owa­dów spo­wi­ja­ją­cego męż­czy­znę.

Feli­sin, która stała razem z innymi, cze­ka­jąc na kapłana Kap­tura, nie miała wąt­pli­wo­ści, że zmie­rza on pro­sto ku niej. Spo­glą­dał w jej stronę dzie­się­cioma tysią­cami oczu i była pewna, że wszyst­kie w nią się wpa­trują. Nawet nara­sta­jąca groza nie była jed­nak w sta­nie zwal­czyć odrę­twie­nia, które spo­wiło jej umysł tłam­szą­cym kocem. Zda­wała sobie sprawę, że wzbiera w niej prze­ra­że­nie, lecz przy­po­mi­nało to raczej pamięć o nim niż żywe uczu­cie.

Nie­wiele pamię­tała z pierw­szej Pory Zgni­li­zny, którą prze­żyła, z dru­giej jed­nak zacho­wała kla­rowne wspo­mnie­nia. Przed nie­spełna trzema laty spę­dziła ten dzień bez­pieczna w rodzin­nej posia­dło­ści, domu o gru­bych ścia­nach, w któ­rym okien­nice zamknięto i uszczel­niono płót­nem, na zewnątrz pod drzwiami usta­wiono pie­cyki kok­sowe, a na wyso­kich, naje­żo­nych odłam­kami szkła murach kłę­bił się gry­zący dym z pło­ną­cych liści ista­arl. Ostatni dzień Pory Zgni­li­zny i jego Godzina Pra­gnie­nia budziły w niej nie­spre­cy­zo­waną odrazę, były iry­tu­jącą nie­do­god­no­ścią, lecz niczym wię­cej. Nie myślała wów­czas zbyt wiele o nie­zli­czo­nych żebra­kach i bez­dom­nych zwie­rzę­tach, a nawet uboż­szych oby­wa­te­lach, któ­rych potem na wiele dni przy­mu­sowo wcie­lano do bry­gad sprzą­ta­czy.

To samo mia­sto, ale inny świat.

Zasta­na­wiała się, czy straż­nicy spró­bują w jakiś spo­sób pokie­ro­wać zbli­ża­ją­cym się do ofiar czystki kapła­nem. Podob­nie jak inni sto­jący w sze­regu ludzie była teraz pod­opieczną cesa­rzo­wej i odpo­wia­dała za nią Laseen, a choć mogło się wyda­wać, że trasą kapłana kie­ruje ślepy traf i koli­zje są efek­tem przy­padku, a nie świa­do­mego zamiaru, Feli­sin w głębi duszy wie­działa, że tak nie jest. Czy noszący hełmy straż­nicy podejdą do kapłana, odcią­gną go na bok i prze­pro­wa­dzą bez­piecz­nie przez rondo?

– Nie sądzę – ode­zwał się czło­wiek, który przy­kuc­nął po jej pra­wej stro­nie. W jego pół­przy­mknię­tych, głę­boko zapad­nię­tych oczach poja­wił się błysk cze­goś, co mogło być roz­ba­wie­niem. – Widzia­łem, jak prze­no­si­łaś spoj­rze­nie ze straż­ni­ków na kapłana, a potem znowu na straż­ni­ków.

Rosły, mil­czący drab po jej lewej stro­nie pod­niósł się powoli, cią­gnąc za sobą łań­cuch. Skrzy­żo­wał ramiona na nagiej, pokry­tej bli­znami piersi, szar­piąc gwał­tow­nie oko­wami, aż Feli­sin skrzy­wiła się z bólu. Męż­czy­zna spo­glą­dał spode łba na nad­cho­dzą­cego kapłana, lecz nie odzy­wał się ani sło­wem.

– Czego on ode mnie chce? – zapy­tała szep­tem dziew­czyna. – Czym sobie zasłu­ży­łam na uwagę kapłana Kap­tura?

Przy­kuc­nięty czło­wiek koły­sał się w przód i w tył, uno­sząc twarz ku póź­no­po­po­łu­dnio­wemu słońcu.

– Kró­lowo Snów, czy to, co sły­szę z tych peł­nych, słod­kich uste­czek, to mło­dzień­czy ego­cen­tryzm, czy tylko zwy­czajna zaro­zu­mia­łość szlachty, która sądzi, że cały wszech­świat obraca się wokół niej? Odpo­wiedz mi, bła­gam, kapry­śna Kró­lowo!

Feli­sin skrzy­wiła się.

– Lepiej było, kiedy myśla­łam, że śpisz. Albo nie żyjesz.

– Mar­twi nie kucają, dziew­czyno. Leżą na ziemi. Kapłan Kap­tura nie idzie po cie­bie, lecz po mnie.

Zwró­ciła się w jego stronę. Łączący ich łań­cuch zagrze­cho­tał. Męż­czy­zna przy­po­mi­nał raczej ropu­chę o zapad­nię­tych oczach niż czło­wieka. Był łysy, a na twa­rzy miał tatuaż zło­żony z maleń­kich, czar­nych, wytra­wio­nych sym­boli, ukry­tych wewnątrz więk­szego wzoru, który pokry­wał skórę niczym pomarsz­czony zwój. Jego nagość zasła­niała jedy­nie wystrzę­piona prze­pa­ska bio­drowa, koloru wybla­kłej czer­wieni. Muchy łaziły po całym jego ciele, nie chcąc odle­cieć, Feli­sin zdała sobie jed­nak sprawę, że nie tań­czą w rytm ponu­rej muzyki Kap­tura. Wyta­tu­owane było całe ciało nie­zna­jo­mego. Na twa­rzy miał pysk dzika, wzdłuż ramion, ud i goleni wił mu się splą­tany labi­rynt kędzie­rza­wego, utka­nego z liter futra, a w skó­rze stóp wytra­wiono przed­sta­wione ze szcze­gó­łami kopyta. Do tej pory Feli­sin była zanadto pochło­nięta sobą, zbyt odrę­twiała z szoku, by zwra­cać uwagę na sku­tych z nią łań­cuchem towa­rzy­szy. Ten męż­czy­zna był kapła­nem Fenera, Dzika Lata, i wyda­wało się, że muchy o tym wie­dzą, rozu­mieją to na tyle, by zmie­nić tok swego osza­la­łego ruchu. Przy­glą­dała się z cho­ro­bliwą fascy­na­cją, jak gro­ma­dzą się na koń­cach kiku­tów ucię­tych w nad­garst­kach rąk. Pokry­wa­jące je stare bli­zny były jedy­nymi miej­scami na jego skó­rze, które nie nale­żały do Fenera. Ścieżki, po któ­rych duszki zmie­rzały do owych kiku­tów, nie doty­kały ani jed­nej linii tatu­ażu. Muchy uni­kały ich w swym tańcu, lecz mimo to wyda­wało się, że bar­dzo chcą tań­czyć.

Kapłan Fenera zamy­kał sze­reg. Skuto go w kostce, pod­czas gdy wszy­scy pozo­stali nosili wąskie żela­zne okowy na nad­garst­kach. Stopy miał wil­gotne od krwi. Muchy krą­żyły nad nimi, lecz bały się wylą­do­wać. Męż­czy­zna otwo­rzył oczy, gdy nagle coś prze­sło­niło słońce.

Przy­był sługa Kap­tura. Łań­cuch zako­ły­sał się, gdy drab sto­jący po lewej stro­nie Feli­sin cof­nął się tak daleko, jak tylko pozwo­liły na to okowy. Ściana za jej ple­cami była roz­grzana, a płytki, na któ­rych nama­lo­wano sceny przed­sta­wia­jące impe­rialne cere­mo­nie, przez cienki mate­riał nie­wol­ni­czej tuniki wyda­wały się śli­skie. Feli­sin wbiła wzrok w spo­wi­tego w muchy stwora, który zatrzy­mał się bez słowa przed przy­kuc­nię­tym kapła­nem Fenera. Ni­gdzie nie widziała ani skrawka odsło­nię­tego ciała. Owady prze­sło­niły go cał­ko­wi­cie. Pod ich powłoką żył w ciem­no­ści i nie docie­rał do niego nawet sło­neczny żar. Ota­cza­jąca go chmura roz­po­starła się sze­rzej. Dziew­czyna odsu­nęła się trwoż­nie, gdy zimne nóżki nie­zli­czo­nych insek­tów dotknęły jej skóry i szybko pobie­gły w górę po udach. Otu­liła się cia­śniej tuniką i zwarła mocno nogi.

– Godzina Pra­gnie­nia już minęła, ako­lito – ode­zwał się kapłan Fenera. Na jego sze­ro­kiej twa­rzy wykwitł pozba­wiony weso­ło­ści uśmiech. – Wra­caj do świą­tyni.

Sługa Kap­tura nie odpo­wie­dział, wyda­wało się jed­nak, że brzę­cze­nie much zmie­niło tona­cję. Muzyka ich skrzy­de­łek wypeł­niła kości Feli­sin wibra­cją.

Kapłan przy­mru­żył głę­boko osa­dzone oczy. Jego głos zmie­nił tona­cję.

– No dobrze. W rze­czy samej byłem ongiś sługą Fenera, lecz nie jestem nim już od lat, choć z mojej skóry nie da się zetrzeć dotyku boga. Wydaje się jed­nak, że choć Dzik Lata mnie nie kocha, cie­bie darzy jesz­cze mniej­szą miło­ścią.

W duszy Feli­sin coś zadrżało, gdy brzę­cze­nie zmie­niło rap­tow­nie nutę, two­rząc zro­zu­miałe dla niej słowa.

– Tajem­nicę… poka­zać… teraz…

– No to mi ją pokaż – wark­nął były sługa Fenera.

Być może w sprawę włą­czył się wtedy sam Dzik Lata i ude­rzyła dłoń roz­wście­czo­nego boga. Feli­sin dobrze zapa­mię­tała ów moment i w przy­szło­ści czę­sto miała o nim myśleć. Moż­liwe też, że tajem­nica była tylko drwiną nie­śmier­tel­nych, żar­tem dalece wykra­cza­ją­cym poza jej poj­mo­wa­nie. Tak czy ina­czej, w tej wła­śnie chwili nara­sta­jąca w dziew­czy­nie fala prze­ra­że­nia wyrwała się na wol­ność, dru­zgo­cąc sku­wa­jące jej duszę okowy odrę­twie­nia. Muchy eks­plo­do­wały we wszyst­kie strony, odsła­nia­jąc… pustkę.

Były kapłan Fenera wzdry­gnął się jak ude­rzony. Wyba­łu­szył sze­roko oczy. Z gar­deł sze­ściu straż­ni­ków sto­ją­cych po dru­giej stro­nie ronda wyrwał się nie­ar­ty­ku­ło­wany krzyk. Łań­cu­chy strze­liły gło­śno, gdy inni sto­jący w sze­regu więź­nio­wie szarp­nęli się nagle, jakby chcieli uciec. Osa­dzone w murze żela­zne kręgi napięły się mocno, wytrzy­mały jed­nak, podob­nie jak same okowy. Straż­nicy pobie­gli w stronę więź­niów, któ­rzy cof­nęli się posłusz­nie.

– No, to już była prze­sada – wymam­ro­tał wyraź­nie wstrzą­śnięty wyta­tu­owany męż­czy­zna.

***

Minęła godzina, pod­czas któ­rej strasz­liwa, szo­ku­jąca tajem­nica, jaką oka­zał się kapłan Kap­tura, zapa­dła głę­boko we wspo­mnie­nia Feli­sin, sta­jąc się kolej­nym, lecz by­naj­mniej nie ostat­nim, epi­zo­dem kosz­maru, który nie miał końca. Ako­lita Kap­tura… któ­rego nie było. Brzę­czące skrzy­dełka for­mu­jące słowa.

Czy to był sam Kap­tur? Czy Pan Śmierci zstą­pił mię­dzy śmier­tel­ni­ków? I dla­czego zatrzy­mał się wła­śnie przed byłym kapła­nem Fenera? Jaki prze­kaz nio­sło w sobie to obja­wie­nie?

Powoli jed­nak wszyst­kie te pyta­nia uci­chły w jej umy­śle. Wró­ciło odrę­twie­nie, a wraz z nim zimna roz­pacz. Cesa­rzowa prze­pro­wa­dziła czystkę szlachty, pozba­wiła małe i wiel­kie rody nagro­ma­dzo­nych bogactw. Potem nastę­po­wało oskar­że­nie o zdradę i wyrok, który pro­wa­dził do zaku­cia w łań­cu­chy. Jeśli cho­dzi o byłego kapłana po jej pra­wej stro­nie oraz olbrzy­miego męż­czy­znę o wyglą­dzie bestii po lewej, który spra­wiał wra­że­nie pospo­li­tego prze­stępcy, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że żaden nie może się pochwa­lić szla­chet­nym uro­dze­niem.

Roze­śmiała się cicho, zaska­ku­jąc ich obu.

– Czyż­byś prze­nik­nęła sekret Kap­tura, dziew­czyno? – zapy­tał były kapłan.

– Nie.

– To co cię tak śmie­szy?

Potrzą­snęła głową.

Liczy­łam na to, że znajdę się w dobrym towa­rzy­stwie. To ci dopiero zaro­zu­miała myśl. Za tę wła­śnie postawę nie­na­wi­dzą nas pro­stacy. To jest źró­dło oliwy, do któ­rej cesa­rzowa przy­tknęła pło­mień…

– Dziecko! – usły­szała głos jakiejś sta­rej kobiety, wciąż pełen buty, lecz jed­no­cze­śnie prze­sy­cony roz­pacz­li­wym pra­gnie­niem. Zamknęła na chwilę oczy, a potem otwo­rzyła je i spoj­rzała na sto­jącą za zbi­rem wychu­dłą sta­ruszkę. Kobieta miała na sobie nocną koszulę, roz­dartą i popla­mioną. I to szla­checką krwią.

– Pani Gaesen.

Sta­ruszka wycią­gnęła do niej drżącą dłoń.

– Tak! Żona pana Hil­raca! Jestem pani Gaesen…

Zabrzmiało to tak, jakby nie była pewna wła­snej toż­sa­mo­ści. Ścią­gnęła brwi pod pokry­wa­jącą zmarszczki powłoką spę­ka­nego maki­jażu, wbi­ja­jąc w Feli­sin spoj­rze­nie zaczer­wie­nio­nych oczu.

– Znam cię – wysy­czała. – Jesteś z rodu Para­nów. Naj­młod­sza córka, Feli­sin!

Dziew­czynę ogar­nął nagły chłód. Odwró­ciła się i skie­ro­wała wzrok przed sie­bie, na opie­ra­ją­cych się o piki straż­ni­ków, któ­rzy poda­wali sobie nawza­jem butelki ale i oga­niali się od ostat­nich much. Przy­je­chał wóz po muła. Zeszło z niego czte­rech uwa­la­nych popio­łem męż­czyzn ze sznu­rami i oście­niami. Za ota­cza­ją­cymi rondo murami widać było malo­wane wieże i kopuły Unty. Feli­sin z tęsk­notą wspo­mi­nała bie­gnące mię­dzy nimi cie­ni­ste ulice, a także luk­susy, jakie ota­czały ją jesz­cze przed tygo­dniem. Kiedy tre­so­wała swą ulu­bioną klacz, Sebry ochry­płym gło­sem wykrzy­ki­wał pole­ce­nia. Wyko­naw­szy pre­cy­zyjny zakręt, Feli­sin pod­no­siła wzrok, by ujrzeć równy sze­reg oło­wio­drze­wów o zie­lo­nych liściach, które dzie­liły par­kur od rodzin­nych win­nic.

Sto­jący obok zbir chrząk­nął gło­śno.

– Na stopy Kap­tura, ta dziwka ma nie­złe poczu­cie humoru.

Która? – zadała sobie pyta­nie Feli­sin. Jej twarz nic nie zdra­dzała, mimo że wyrwano ją z dają­cych pocie­chę wspo­mnień.

Były kapłan poru­szył się lekko.

– Sprzeczka mię­dzy sio­strami, co? – Prze­rwał na chwilę. – Chyba tro­chę prze­sa­dziła – dodał z prze­ką­sem.

Drab chrząk­nął po raz drugi i pochy­lił się lekko. Jego cień padł na Feli­sin.

– Jesteś byłym kapła­nem, zga­dza się? Cesa­rzowa rzadko wyświad­cza świą­ty­niom podobne przy­sługi.

– To nie było tak. Poboż­ność odstą­piła mnie już dawno. Cesa­rzowa na pewno wola­łaby, żebym pozo­stał w klasz­to­rze.

– Aku­rat ją to obcho­dzi – burk­nął zbir z pogardą w gło­sie, po czym wró­cił do poprzed­niej pozy­cji.

– Musisz z nią poroz­ma­wiać, Feli­sin! – traj­ko­tała tym­cza­sem pani Gaesen. – Zło­żyć ape­la­cję! Mam boga­tych przy­ja­ciół…

Tym razem chrząk­nię­cie draba prze­szło we wście­kłe wark­nię­cie.

– Twoi bogaci przy­ja­ciele stoją z nami w rządku, stara wiedźmo!

Feli­sin tylko pokrę­ciła głową.

Nie roz­ma­wia­łam z nią od mie­sięcy. Nawet gdy umarł ojciec.

Nastała chwila ciszy, która prze­cią­gała się, przy­po­mi­na­jąc panu­jące przed­tem mil­cze­nie. Wresz­cie jed­nak były kapłan odkaszl­nął i splu­nął.

– Nie warto szu­kać ratunku u tych, któ­rzy tylko wyko­nują roz­kazy, pani – mruk­nął. – To nie ma zna­cze­nia, że ona jest sio­strą tej dziew­czyny…

Feli­sin skrzy­wiła się. Prze­szyła byłego kapłana wście­kłym spoj­rze­niem.

– Pozwa­lasz sobie…

– Na nic sobie nie pozwala – wark­nął zbir. – Zapo­mnij o wię­zach krwi, o tym, jak wy patrzy­cie na podobne sprawy. To robota cesa­rzo­wej. Może ci się wydaje, że to oso­bi­sta sprawa, może nawet musisz tak myśleć, bio­rąc pod uwagę, kim jesteś…

– Kim jestem? – Feli­sin par­sk­nęła ochry­płym śmie­chem. – A do jakiego to rodu ty nale­żysz?

Drab wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

– Do rodu hańby. No i co z tego? Twój wcale nie wygląda w tej chwili lepiej.

– Tak też myśla­łam – odparła Feli­sin, z tru­dem igno­ru­jąc prawdę zawartą w jego ostat­nich sło­wach. Spoj­rzała spode łba na straż­ni­ków. – Co się dzieje? Dla­czego tu sie­dzimy?

Były kapłan splu­nął po raz drugi.

– Godzina Pra­gnie­nia dobie­gła końca. Trzeba teraz zor­ga­ni­zo­wać tłusz­czę, która czeka na zewnątrz. – Spoj­rzał na Feli­sin spod wydat­nych brwi. – Pod­ju­dzić motłoch. My pój­dziemy na pierw­szy ogień, dziew­czyno. Trzeba dać przy­kład. To, co wyda­rzy się w Uncie, wstrzą­śnie wszyst­kimi szla­chet­nie uro­dzo­nymi w impe­rium.

– Non­sens! – wark­nęła pani Gaesen. – Potrak­tują nas dobrze. Cesa­rzowa musi nam oka­zać należny…

Zbir chrząk­nął po raz trzeci. Feli­sin zdała sobie sprawę, że to ma być śmiech.

– Gdyby głu­pota była zbrod­nią, pani, aresz­to­wano by cię już dawno – stwier­dził. – Ten potwór ma rację. Tylko nie­liczni z nas dotrą żywi do nie­wol­ni­czych stat­ków. Parada Aleją Kolumn będzie jedną wielką jatką. Ale… – Popa­trzył przy­mru­żo­nymi oczyma na straż­ni­ków. – Sta­ru­szek Bau­din nie pozwoli, żeby roz­szar­pała go zgraja pro­sta­ków…

Feli­sin poczuła w brzu­chu dotknię­cie praw­dzi­wego stra­chu. Stłu­miła drże­nie.

– Pozwo­lisz mi się ukryć w swym cie­niu, Bau­din?

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią z góry.

– Jesteś tro­chę za pulchna jak na mój gust. – Odwró­cił się. – Ale możesz zro­bić, co zechcesz – dodał.

Były kapłan przy­su­nął się do Feli­sin.

– Posłu­chaj, ten wasz spór to coś wię­cej niż zwy­kłe dziew­czyń­skie plotki i dra­pa­nie się pazu­rami. Twoja sio­stra na pewno zechce się upew­nić, że…

– To przy­boczna Tavore – prze­rwała mu Feli­sin. – Nie jest już moją sio­strą. Wyrze­kła się naszego rodu na żąda­nie cesa­rzo­wej.

– Mam jed­nak wra­że­nie, że to na­dal oso­bi­sta sprawa.

Feli­sin skrzy­wiła się wście­kle.

– A co ty możesz o tym wie­dzieć?

Męż­czy­zna odpo­wie­dział jej lek­kim, iro­nicz­nym pokło­nem.

– Kie­dyś byłem zło­dzie­jem, potem kapła­nem, a teraz jestem histo­ry­kiem. Znam trudną sytu­ację, w jakiej zna­la­zła się obec­nie szlachta.

Feli­sin roz­chy­liła wolno powieki, prze­kli­na­jąc wła­sną głu­potę. Nawet Bau­din, który nie mógł nie usły­szeć tych słów, zwró­cił się w stronę byłego kapłana i obrzu­cił go badaw­czym spoj­rze­niem.

– Hebo­ric – stwier­dził. – Hebo­ric Lekki Dotyk.

Męż­czy­zna uniósł ramiona.

– Lekki jak zawsze.

– To ty napi­sa­łeś tę zre­wi­do­waną histo­rię – cią­gnęła Feli­sin. – Dopu­ści­łeś się zdrady…

Hebo­ric uniósł gęste brwi, uda­jąc zanie­po­ko­je­nie.

– Bogo­wie, broń­cie! To był tylko filo­zo­ficzny spór, nic wię­cej! Sam Duiker tak powie­dział na moim pro­ce­sie. Bro­nił mnie, niech go Fener bło­go­sławi.

– Ale cesa­rzowa nie chciała go słu­chać – wtrą­cił z uśmie­chem Bau­din. – Osta­tecz­nie nazwa­łeś ją mor­der­czy­nią, a potem jesz­cze mia­łeś tupet dodać, że schrza­niła robotę!

– Zna­la­złeś gdzieś nie­le­galny egzem­plarz, co?

Bau­din zamru­gał.

– Tak czy ina­czej… – cią­gnął Hebo­ric, zwra­ca­jąc się do Feli­sin. – Domy­ślam się, że twoja sio­stra, przy­boczna, chce, byś dotarła na nie­wol­ni­czy sta­tek cała i zdrowa. Twój brat znik­nął na Gena­bac­kis i wasz ojciec tego nie prze­żył… tak przy­naj­mniej sły­sza­łem – dodał z uśmie­chem. – Ale to pogło­ski o zdra­dzie pona­gliły do dzia­ła­nia twoją sio­strę, prawda? Chciała oczy­ścić wasze nazwi­sko i tak dalej…

– W two­ich ustach brzmi to roz­sąd­nie, Hebo­ric – prze­rwała mu Feli­sin. Sły­szała gorycz w swym gło­sie, lecz prze­stało ją to obcho­dzić. – Mię­dzy mną a Tavore doszło do róż­nicy zdań i teraz widzisz tego skutki.

– Róż­nicy zdań na jaki temat?

Nie odpo­wie­działa.

Przez sze­reg prze­bie­gło nagłe poru­sze­nie. Straż­nicy wypro­sto­wali się i zwró­cili ku Zachod­niej Bra­mie Ronda. Feli­sin pobla­dła na widok swej sio­stry – teraz przy­bocz­nej Tavore, następ­czyni pole­głej w Daru­dży­sta­nie Lorn – która wje­chała na rondo na swym ogie­rze, pocho­dzą­cym, ni mniej, ni wię­cej, tylko ze stad­niny Para­nów. U jej boku jechała zawsze jej towa­rzy­sząca T’jan­tar, piękna, młoda kobieta, któ­rej długa, płowa grzywa har­mo­ni­zo­wała z imie­niem. Choć nikt nie wie­dział, skąd pocho­dzi, została teraz oso­bi­stą adiu­tantką Tavore. Za dwiema kobie­tami zmie­rzało dwu­dzie­stu ofi­ce­rów z kom­pa­nią cięż­kiej kawa­le­rii. Żoł­nie­rze spra­wiali nie­zwy­kłe, egzo­tyczne wra­że­nie.

– Cóż za iro­nia – mruk­nął Hebo­ric, spo­glą­da­jąc na jeźdź­ców.

Bau­din wysu­nął głowę przed sze­reg i splu­nął.

– Czer­wone Mie­cze. Bez­kr­wi­ste sukin­syny.

Były kapłan obrzu­cił go roz­ba­wio­nym spoj­rze­niem.

– Czy to twój zawód pozwo­lił ci zwie­dzić świat, Bau­din? Widzia­łeś nad­mor­skie wały Arenu?

Zbir zako­ły­sał się nie­spo­koj­nie, po czym wzru­szył ramio­nami.

– Zda­rzało mi się w życiu stać na pokła­dzie, potwo­rze. Poza tym pogło­ski o nich krążą w mie­ście od co naj­mniej tygo­dnia.

Kolumna Czer­wo­nych Mie­czy poru­szyła się nagle jak jeden mąż. Zakute w sta­lowe ręka­wice dło­nie zaci­snęły się na ręko­je­ściach, a hełmy ze szpi­cami zwró­ciły w stronę przy­bocz­nej.

Moja sio­stro Tavore, czy znik­nię­cie naszego brata zra­niło cię aż tak bar­dzo? – pomy­ślała Feli­sin. Jak wiel­kie musiały być twoim zda­niem jego prze­winy, jeśli wyma­gały aż takiej rekom­pen­saty? A potem, by twa wier­ność stała się nie­za­chwiana, wybra­łaś, którą z nas zło­żyć w sym­bo­licz­nej ofie­rze, mnie czy matkę. Czy nie wie­dzia­łaś, że po obu stro­nach tego wyboru czeka Kap­tur? Przy­naj­mniej matka jest teraz z uko­cha­nym mężem…

Tavore obrzu­ciła pośpiesz­nym spoj­rze­niem swój oddział, a potem powie­działa coś do T’jan­tar, która skie­ro­wała wierz­chowca ku Wschod­niej Bra­mie.

Bau­din chrząk­nął po raz kolejny.

– Rób­cie wesołe miny! Zaraz się zacznie Bez­kre­sna Godzina.

***

Co innego oskar­żyć cesa­rzową o mor­der­stwo, a cał­kiem co innego prze­wi­dzieć jej następne posu­nię­cie. Gdyby tylko posłu­chali mojego ostrze­że­nia.

Gdy ruszyli, okowy wpiły się w kostki Hebo­rica, który skrzy­wił się z bólu.

Ludzie cywi­li­zo­wani uwiel­biają odsła­niać mięk­kie pod­brzu­sze swej psy­che. Deka­den­cja i wraż­li­wość to sym­bole wyso­kiego uro­dze­nia. Mogli popi­sy­wać się nimi z łatwo­ścią, gdyż niczym im to nie gro­ziło. O to wła­śnie szło. Dawali w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że żyją w bez­piecz­nym dobro­by­cie. Paliło to gar­dła bie­da­ków bar­dziej niż wszel­kie osten­ta­cyjne pokazy bogac­twa.

Hebo­ric pisał o tym w swym trak­ta­cie i mógł teraz przy­znać, że darzy gorz­kim podzi­wem cesa­rzową i przy­boczną Tavore, która pod­czas czystki była narzę­dziem Laseen. Pierw­szy szok wywo­łała prze­sadna bru­tal­ność noc­nych aresz­to­wań. Wyła­my­wano drzwi i wywle­kano z łóżek całe rodziny przy akom­pa­nia­men­cie lamen­tów służby. Oszo­ło­mio­nych bra­kiem snu szla­chet­nie uro­dzo­nych krę­po­wano i zaku­wano w kaj­dany, a następ­nie kazano im sta­wać przed pija­nym sędzią i ławą przy­się­głych skła­da­jącą się ze zgar­nię­tych z ulicy żebra­ków. Ta gorzka, jawna paro­dia spra­wie­dli­wo­ści odzie­rała ich z ostat­nich nadziei na cywi­li­zo­wane trak­to­wa­nie, a nawet samej cywi­li­za­cji, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie chaos i bestial­stwo.

Szok nastę­po­wał za szo­kiem, roz­dzie­ra­jąc te ich deli­katne pod­brzu­sza. Tavore znała ludzi ze swej war­stwy, znała ich słabe strony i bez­li­to­śnie zro­biła uży­tek z tej wie­dzy. Co mogło ją skło­nić do podob­nego okru­cień­stwa?

Gdy tylko bie­dacy o wszyst­kim się dowie­dzieli, wyle­gli na ulice, wzno­sząc gło­śne okrzyki na cześć swej cesa­rzo­wej. Dziel­nicę Szla­checką ogar­nęły sta­ran­nie spro­wo­ko­wane zamieszki, któ­rym towa­rzy­szyły gra­bieże i rzeź. Tłusz­cza wyła­wiała nie­licz­nych, wybra­nych szla­chet­nie uro­dzo­nych, któ­rych nie aresz­to­wano. Było ich wystar­cza­jąco wielu, żeby pod­sy­cić żądzę krwi motło­chu, dać cel jego gnie­wowi i nie­na­wi­ści. Potem przy­wró­cono porzą­dek, by mia­sta nie stra­wił pożar.

Cesa­rzowa popeł­niała nie­wiele błę­dów. Wyko­rzy­stała tę oka­zję, by zgar­nąć nie­za­do­wo­lo­nych, a wraz z nimi nie­za­leż­nych uczo­nych, zaci­snąć na sto­licy pięść woj­sko­wej oku­pa­cji, pod­kre­ślić potrzebę poboru nowych żoł­nie­rzy, nowych rekru­tów, któ­rzy będą chro­nili impe­rium przed zdra­dziec­kimi spi­skami szlachty. Skon­fi­sko­wane majątki pokryły wszel­kie wydatki. To było mistrzow­skie posu­nię­cie, nawet jeśli można się go było spo­dzie­wać. Moc Cesar­skiego Dekretu roz­cho­dziła się teraz falami po całym impe­rium. Wszyst­kie jego mia­sta ogar­nął okrutny gniew.

Gorzki podziw. Hebo­ric cią­gle miał ochotę splu­wać, czego nie zwykł czy­nić od cza­sów, gdy był rze­zi­miesz­kiem w Mysiej Dziel­nicy Malazu. Widział szok na twa­rzach pra­wie wszyst­kich sku­tych łań­cu­chami współ­więź­niów. Więk­szość aresz­to­wa­nych miała na sobie tylko bie­li­znę nocną, a ich obli­cza pokry­wał brud z dołów, w któ­rych ich prze­trzy­my­wano. Pozba­wiono ich nawet osłony, jaką zapew­nia zwy­kłe ubra­nie. Roz­czo­chrane włosy, zdu­mione miny, zdru­zgo­tane pozy – wszystko to cze­ka­jąca pod Ron­dem tłusz­cza gorąco pra­gnęła ujrzeć i roz­szar­pać na strzępy…

Witaj­cie na uli­cach, pomy­ślał Hebo­ric, gdy straż­nicy popę­dzili ich naprzód. Przy­boczna wciąż przy­glą­dała się więź­niom, sie­dząc sztywno w wyso­kim sio­dle. Jej chuda twarz była tak zapad­nięta, że zostały z niej same linie: szcze­liny oczu, zmarszczki wokół pro­stych, nie­mal pozba­wio­nych warg ust.

A niech to, natura nie obda­rzyła jej zbyt szczo­drze.

Przy­boczna skie­ro­wała wzrok na swą młod­szą sio­strę, dziew­czynę, która wlo­kła się o krok przed Hebo­ri­kiem.

Były kapłan przy­glą­dał się z cie­ka­wo­ścią Tavore, wypa­tru­jąc cze­goś, być może mgnie­nia zło­śli­wej rado­ści, ta jed­nak omio­tła kolumnę lodo­wa­tym spoj­rze­niem, tylko na krótką chwilkę zatrzy­mu­jąc je na młod­szej sio­strze. Jej reak­cja spro­wa­dzała się do tej pauzy. Poznała Feli­sin, to wszystko. Spoj­rze­nie powę­dro­wało dalej.

Straż­nicy otwo­rzyli Wschod­nią Bramę. Począ­tek kolumny sku­tych łań­cu­chami więź­niów dzie­liło od niej jesz­cze dwie­ście kro­ków. Przez sta­ro­żytną, łuko­watą bramę do środka wpadł ryk, fala dźwięku, która z równą gwał­tow­no­ścią ude­rzyła w więź­niów i w żoł­nie­rzy, odbi­ja­jąc się od wyso­kich murów i wzno­sząc razem z chmurą prze­ra­żo­nych gołębi, które pode­rwały się z gór­nych oka­pów. Odgłos trze­po­czą­cych skrzy­deł opadł niczym uprzejmy aplauz, acz­kol­wiek Hebo­ric odno­sił wra­że­nie, że tylko on jeden doce­nił tę iro­nię bogów. Nie potra­fił jed­nak odmó­wić sobie gestu i pokło­nił się płytko.

Niech Kap­tur zachowa dla sie­bie swe cho­lerne sekrety. Fene­rze, ty stara macioro, tego swę­dzą­cego miej­sca ni­gdy nie mogłem podra­pać. Przy­glą­daj się teraz uważ­nie. Patrz, co się sta­nie z twoim zbłą­ka­nym synem.

***

Jakaś cząstka umy­słu Feli­sin opie­rała się obłę­dowi, sta­wiała wście­kły opór sza­le­ją­cej wokół burzy. Żoł­nie­rze oto­czyli Aleję Kolumn kor­do­nem zło­żo­nym z trzech sze­re­gów, lecz tłusz­czy raz po raz uda­wało się zna­leźć słabe punkty w linii zbroj­nych. Dziew­czyna przy­ła­pała się na tym, że obser­wuje motłoch z kli­niczną cie­ka­wo­ścią, mimo że szar­pały ją dło­nie i okła­dały pię­ści, a z nie­wy­raź­nie widzia­nych twa­rzy try­skały ku niej kro­ple plwo­ciny. Zdrowy roz­są­dek trzy­mał się jed­nak mocno, tak samo jak ją pod­trzy­my­wała para sil­nych rąk. Pozba­wio­nych dłoni rąk o ropie­ją­cych kiku­tach, które popy­chały ją cią­gle naprzód. Nikt nie dotknął kapłana. Nikt się nie odwa­żył. A przo­dem szedł Bau­din – bar­dziej prze­ra­ża­jący niż sama tłusz­cza.

Zabi­jał bez wysiłku. Odrzu­cał ciała z rykiem wzgardy, wzy­wa­jąc gestami następ­nych. Nawet żoł­nie­rze gapili się na niego spod ozdo­bio­nych grze­bie­niami heł­mów. Odwra­cali głowy na jego szy­der­stwa, zaci­ska­jąc dło­nie na pikach albo ręko­je­ściach mie­czy.

Bau­din, śmie­jący się Bau­din. Nos roz­kwa­siła mu cel­nie rzu­cona cegła, kamie­nie odbi­jały się od niego, a podarta w strzępy nie­wol­ni­cza tunika prze­siąk­nęła krwią i plwo­ciną. Każ­dego, kto zna­lazł się w jego zasięgu, chwy­tał, ści­skał, skrę­cał i pozba­wiał życia. Zatrzy­my­wał się tylko wtedy, gdy coś działo się przed nim – w szpa­le­rze żoł­nie­rzy poja­wiała się jakaś luka – albo gdy sła­bła pani Gaesen. Łapał ją wtedy pod pachy, bez zbyt­niej deli­kat­no­ści, a potem popy­chał naprzód, ani na moment nie prze­sta­jąc prze­kli­nać.

Przed nim pły­nęła fala stra­chu. Tłum zawra­cał, pora­żony grozą. Ata­ku­ją­cych było coraz mniej, choć cegły nie prze­sta­wały się sypać. Nie­które z nich tra­fiały w cel, lecz więk­szość chy­biała.

Marsz przez mia­sto trwał. Feli­sin bole­śnie dzwo­niło w uszach. Zasłona hałasu tłu­miła wszyst­kie dźwięki, lecz jej oczy widziały wyraź­nie, aż za czę­sto natra­fia­jąc na obrazy, któ­rych ni­gdy nie zdoła zapo­mnieć.

Kiedy doszło do naj­groź­niej­szego wyłomu, było już widać bramy. Żoł­nie­rze nagle gdzieś znik­nęli, a na ulicę wylała się fala gwał­tow­nego głodu, która ogar­nęła więź­niów.

Idący za dziew­czyną Hebo­ric popchnął ją z całej siły.

– A więc to teraz – mruk­nął.

Bau­din ryk­nął wście­kle. Został oto­czony przez tłum. Szar­pały go dło­nie, dra­pały paznok­cie. Z Feli­sin zerwano ostat­nie strzępy ubra­nia. Czy­jaś dłoń zła­pała ją za włosy i szarp­nęła bru­tal­nie, odwra­ca­jąc jej głowę w pró­bie zła­ma­nia karku. Usły­szała krzyk i zdała sobie sprawę, że wyrwał się on z jej wła­snego gar­dła. Ktoś za nią wark­nął niczym zwie­rzę. Poczuła, że dłoń zaci­snęła się spa­zma­tycz­nie, a potem zwol­niła uchwyt. Uszy dziew­czyny wypeł­niły kolejne krzyki.

Wtem ponio­sła ich silna fala – Feli­sin nie wie­działa, czy w przód, czy w tył – i ujrzała przed sobą Hebo­rica, który wyplu­wał kawałki zakrwa­wio­nej skóry. Wokół Bau­dina poja­wiła się nagle pusta prze­strzeń. Zbir przy­kuc­nął. Z jego okrwa­wio­nych warg sypał się potok por­to­wych prze­kleństw. Prawe ucho wyrwano mu wraz ze skórą, wło­sami i kawał­kiem mięsa. Na jego skroni wil­gotno poły­ski­wała naga kość. Wokół niego zie­mię zaście­lały ciała. Tylko nie­liczne z nich jesz­cze się poru­szały. U jego stóp leżała pani Gaesen. Bau­din trzy­mał ją za włosy, tak by tłum widział jej twarz. Wyda­wało się, że czas się zatrzy­mał, a cały świat sku­pił w jed­nym miej­scu.

Zbir odsło­nił zęby. Ryk­nął gło­śnym śmie­chem.

– Nie jestem płacz­li­wym szla­chetką – wark­nął, spo­glą­da­jąc na tłusz­czę. – Czego chce­cie? Krwi szla­chet­nie uro­dzo­nej kobiety?

Tłum odpo­wie­dział wyciem. Wycią­gnęły się ku niemu chciwe ręce. Bau­din roze­śmiał się po raz drugi.

– Doj­dziemy do tej bramy, sły­szy­cie mnie?

Wypro­sto­wał się, uno­sząc głowę pani Gaesen.

Feli­sin nie wie­działa, czy sta­ruszka jest przy­tomna. Jej oczy były zamknięte, a pokryta bru­dem i sinia­kami twarz miała spo­kojny – nie­mal mło­dzień­czy – wyraz. Być może już nie żyła. Dziew­czyna modliła się o to, by tak wła­śnie było. Coś miało się zaraz wyda­rzyć, coś, co stre­ści cały ten kosz­mar w jed­nym obra­zie. Powie­trze było pełne napię­cia.

– Weź­cie ją sobie! – wrza­snął Bau­din.

Zła­pał drugą ręką pod­bró­dek pani Gaesen i obró­cił gwał­tow­nie jej głowę. Kark zła­mał się z trza­skiem, a ciało zwiot­czało tar­gane drgaw­kami. Zbir okrę­cił kawa­łek łań­cu­cha wokół jej szyi, zaci­snął go mocno, a potem zaczął piło­wać. Popły­nęła krew, która nadała łań­cu­chowi wygląd zmię­to­szo­nej apaszki.

Feli­sin gapiła się na to prze­ra­żona.

– Fene­rze, zmi­łuj się – wydy­szał Hebo­ric.

Oszo­ło­miona tłusz­cza umil­kła. Choć pło­nęła w niej żądza krwi, cof­nęła się przed tym wido­kiem. Skądś poja­wił się pozba­wiony hełmu żoł­nierz. Jego młoda twarz zbie­lała. Wbił wzrok w Bau­dina, nie mogąc posta­wić ani kroku naprzód. Za nim widać było lśniące, spi­cza­ste hełmy i wiel­kie pała­sze Czer­wo­nych Mie­czy. Oręż bły­skał nad gło­wami tłumu, a jeźdźcy powoli prze­py­chali się ku maka­brycz­nej sce­nie.

Nie poru­szało się nic poza piłu­ją­cym łań­cu­chem. Sły­chać było wyłącz­nie stę­ka­nie Bau­dina. Choć gdzie indziej wciąż sza­lały zamieszki, wyda­wały się one odle­głe o tysiące mil.

Feli­sin przy­glą­dała się, jak głowa szlach­cianki pod­ska­kuje w przód i w tył w paro­dii życia. Dobrze pamię­tała panią Gaesen, wynio­słą, wład­czą kobietę. Dawno już opu­ściła ją uroda, którą pró­bo­wała zastą­pić teraz pozy­cją. Cóż mogła uczy­nić innego? Wiele rze­czy, ale to nie miało obec­nie zna­cze­nia. Nawet gdyby była kocha­jącą, wyro­zu­miałą bab­cią, nic by to nie zmie­niło, nie zapo­bie­gło nadej­ściu tej pora­ża­ją­cej grozą chwili.

Głowa ode­rwała się od tuło­wia z odgło­sem przy­po­mi­na­ją­cym łka­nie. Bau­din popa­trzył na tłum, odsła­nia­jąc lśniące zęby.

– Zawar­li­śmy umowę – wychry­piał. – Macie tu to, czego chcie­li­ście. Będzie­cie mieli pamiątkę po tym dniu.

Cisnął w ciżbę głowę pani Gaesen. Włosy zawi­ro­wały, a we wszyst­kie strony try­snęły strużki krwi. Gdy maka­bryczny poda­ru­nek wylą­do­wał w jakimś nie­wi­docz­nym miej­scu, przy­wi­tały go krzyki.

Poja­wili się kolejni żoł­nie­rze, wspie­rani przez Czer­wone Mie­cze. Posu­wali się naprzód powoli, odpy­cha­jąc gapiów. Wzdłuż całego sze­regu przy­wra­cano porzą­dek. Wszę­dzie poza tym jed­nym miej­scem czy­niono to bru­tal­nie, nie dając par­donu. Gdy ludzie zaczęli ginąć pod cio­sami mie­czy, reszta ucie­kła.

Arenę opu­ściło około trzy­stu więź­niów. Gdy Feli­sin przyj­rzała się teraz sze­re­gowi, po raz pierw­szy zoba­czyła, co z nich zostało. U nie­któ­rych łań­cu­chów wisiały tylko przed­ra­miona, inne zaś były zupeł­nie puste. Na nogach trzy­mało się nie­spełna stu ska­zań­ców. Wielu wiło się na bruku, krzy­cząc z bólu. Reszta leżała nie­ru­chomo.

Bau­din łyp­nął spode łba na naj­bliż­sze sku­pi­sko żoł­nie­rzy.

– Aku­rat na czas, bla­szane łby.

Hebo­ric splu­nął gęstą plwo­ciną i skrzy­wił się, prze­szy­wa­jąc zbira wście­kłym spoj­rze­niem.

– Wyda­wało ci się, że w ten spo­sób kupisz nam prawo przej­ścia, Bau­din? Dasz im to, czego chcieli? Ale oka­zało się, że to nie było potrzebne. Żoł­nie­rze byli już bli­sko. Mogła oca­lić życie…

Bau­din zwró­cił się powoli w jego stronę. Twarz pokry­wała mu war­stewka krwi.

– Ale po co, kapła­nie?

– Czy tak wła­śnie rozu­mo­wa­łeś? Że i tak zgi­nę­łaby w ładowni?

Bau­din obna­żył zęby.

– Nie zno­szę zawie­rać umów z sukin­sy­nami – wyce­dził powoli.

Feli­sin wpa­trzyła się w trzy­sto­powy odci­nek łań­cu­cha, który dzie­lił ją od zbira. Wzdłuż jego ogniw mogłoby prze­biec tysiąc myśli – kim była, kim stała się teraz; wię­zie­nie, które odkryła we wła­snej duszy i w świe­cie zewnętrz­nym, wszystko to połą­czone w jaskra­wym wspo­mnie­niu, pomy­ślała jed­nak i powie­działa tylko:

– Nie zawie­raj już żad­nych umów, Bau­din.

Przy­mru­żył oczy, spo­glą­da­jąc na nią. Jej słowa i ton dotarły do niego w jakiś spo­sób.

Hebo­ric wypro­sto­wał się nagle i spoj­rzał na Feli­sin z twar­dym bły­skiem w oczach. Odwró­ciła się, na wpół ze wstydu, a na wpół w geście wyzwa­nia.

Po chwili żoł­nie­rze, któ­rzy oczy­ścili już sze­reg z tru­pów, popchnęli więź­niów ku bra­mie wycho­dzą­cej na Wschodni Trakt, wio­dący do por­to­wego mia­steczka Nie­fart. Tam cze­kała na nich przy­boczna Tavore ze swym orsza­kiem, jak rów­nież areń­skie statki nie­wol­ni­cze.

U sto­ją­cych wzdłuż drogi wie­śnia­ków nie dostrze­gało się oznak szału, który ogar­nął ich kuzy­nów z mia­sta. Feli­sin widziała w ich twa­rzach tępy smu­tek, pasję zro­dzoną z innego rodzaju blizn. Nie rozu­miała, skąd się on bie­rze, i zda­wała sobie sprawę, że to wła­śnie ta nie­świa­do­mość różni ją od nich. Wie­działa też, dzięki swym sinia­kom, zadra­pa­niom i bez­bron­nej nago­ści, że jej nauka dopiero się zaczyna.

Księga pierw­sza

Raraku

Pły­wał u moich stóp, potężne ramiona zama­szy­stymi ude­rze­niami prze­szy­wały pia­sek. Zapy­ta­łem go więc: po jakich morzach pły­wasz? I odpo­wie­dział mi na to: widzia­łem na tej pustyni muszle i inne takie rze­czy, dla­tego pły­wam w pamięci tej kra­iny, aby uczcić jej prze­szłość. Czy to daleka podróż? – zapy­ta­łem. Nie wiem, odpo­wie­dział, bo utonę na długo przed tym, nim dotrę do celu.

Powie­dze­nia głupca The­nys Bule

Roz­dział pierw­szy

Wszy­scy przy­szli po to, by zosta­wić swój ślad na ścieżce, poczuć woń suchych wia­trów swych mdłych pre­ten­sji do ascen­den­cji.

Ścieżka dłoni Mes­sremb

1164 rok snu Pożogi 10 rok pano­wa­nia cesa­rzo­wej Laseen 6 z Sied­miu Lat Dryjhny Apo­ka­lip­tycz­nej

Przez nieckę mknął spi­ralny kłąb pyłu, który zapusz­czał się coraz głę­biej na bez­droża pustyni Pan’potsun Odhan. Choć obłok dzie­liło od nich nie­spełna dwa tysiące kro­ków, wyda­wało się, że bie­rze się on zni­kąd.

Mappo Konus, który przy­kuc­nął na brzegu wyrzeź­bio­nego wia­trem pła­sko­wzgó­rza, śle­dził go nie­spo­koj­nymi oczyma koloru pia­sku, głę­boko osa­dzo­nymi w bla­dej, gru­bo­ko­ści­stej twa­rzy. W poro­śnię­tej naje­żoną szcze­ciną dłoni ści­skał kak­tus emrag. Wgryzł się w roślinę, nie zwa­ża­jąc na tru­jące kolce. Soki spły­nęły mu po pod­bródku, bar­wiąc skórę na nie­bie­sko. Żuł powoli i z namy­słem.

Sie­dzący obok niego Ica­rium rzu­cił w dół kamyk, który odbi­jał się ze stu­ko­tem od urwi­ska, aż wresz­cie spadł na leżące u jego pod­stawy usy­pi­sko gła­zów. Postrzę­pione szaty cho­dzą­cego z duchami wybla­kły w pra­żą­cym nie­ustan­nie słońcu, zmie­nia­jąc barwę z poma­rań­czo­wej na brud­nor­dzawą, a szara skóra pociem­niała, nabie­ra­jąc oliw­ko­wego koloru, zupeł­nie jakby krew jego ojca odpo­wia­dała na sta­ro­żytny zew tych pust­kowi. Z dłu­gich, czar­nych, sple­cio­nych w war­kocz wło­sów na zbie­lałą od słońca skałę ska­py­wał czarny pot.

Mappo wydo­był spo­mię­dzy zębów prze­żuty kolec.

– Pusz­cza ci barw­nik – zauwa­żył, spo­glą­da­jąc na łodygę kak­tusa, nim ugryzł ją po raz kolejny.

Ica­rium wzru­szył ramio­nami.

– To już nie ma zna­cze­nia. Nie tutaj.

– Na to twoje prze­bra­nie nie nabra­łaby się nawet moja ślepa bab­cia. W Ehr­li­ta­nie śle­dziły nas uważne spoj­rze­nia. Dniem i nocą czu­łem, jak prze­su­wają się po moich ple­cach. W końcu Tanno na ogół są niscy i mają krzywe nogi. – Mappo ode­rwał wzrok od obłoku pyłu i przyj­rzał się przy­ja­cie­lowi. – Następ­nym razem wybierz ple­mię, w któ­rym wszy­scy mają po sie­dem stóp wzro­stu – mruk­nął.

Przez pooraną bruz­dami, ogo­rzałą twarz Ica­riuma prze­mknęło coś, co przy­po­mi­nało blady cień uśmie­chu. Potem wró­ciła obo­jęt­ność.

– Ci, któ­rzy mogli nas poznać w Sied­miu Mia­stach, z pew­no­ścią i tak to zro­bili. Pozo­stali zapewne zdu­mie­wali się naszym wido­kiem, ale nic wię­cej. – Wska­zał głową na obłok, mru­żąc oczy w jaskra­wym bla­sku słońca. – Co tam widzisz, Mappo?

– Pła­ska głowa, długa szyja, czarny kolor i włosy na całym ciele. Gdyby to było wszystko, opis paso­wałby do któ­re­goś z moich wuj­ków.

– Ale jest coś jesz­cze.

– Jedna noga z przodu i dwie z tyłu.

Zamy­ślony Ica­rium postu­kał się pal­cem w grzbiet nosa.

– A więc to nie twój wujek. Apto­ria­nin?

Mappo ski­nął powoli głową.

– Od kon­wer­gen­cji dzielą nas jesz­cze mie­siące. Podej­rze­wam, że Tron Cie­nia zwę­szył, co się święci, i wysłał paru zwia­dow­ców…

– A ten?

Mappo uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc potężne kły.

– Zapu­ścił się ociu­pinę za daleko i jest teraz zabawką sha’ik.

Pożarł resztkę kak­tusa, wytarł łopa­to­wate dło­nie i podźwi­gnął się na nogi. Pro­stu­jąc plecy, skrzy­wił się z bólu. W pia­sku, na któ­rym roz­ło­żył dziś posła­nie, nie­ocze­ki­wa­nie kryła się cała masa korzeni i teraz w mię­śniach po obu stro­nach krę­go­słupa czuł każdy węzeł i zakręt tych szkie­le­tów nie­obec­nych drzew. Potarł oczy i przyj­rzał się sobie. Ubra­nie miał postrzę­pione i pokryte sko­rupą brudu.

– Podobno gdzieś tu jest jakiś wodo­pój – rzekł z wes­tchnie­niem.

– A wokół niego obo­zuje armia sha’ik.

Mappo stęk­nął.

Ica­rium rów­nież się pod­niósł, po raz kolejny zwra­ca­jąc uwagę na potężną budowę swego towa­rzy­sza – wiel­kiego nawet jak na Trella – sze­ro­kie bary, na które opa­dała czarna grzywa, żyla­ste mię­śnie dłu­gich ramion oraz wspo­mnie­nia tysiąca lat, które plą­sały w jego oczach niczym roz­ra­do­wana koza.

– Potra­fisz go wytro­pić?

– Jeśli chcesz.

Ica­rium skrzy­wił się.

– Jak długo już się znamy, przy­ja­cielu?

W oczach Mappa poja­wił się błysk. Potem Trell wzru­szył ramio­nami.

– Długo. Dla­czego pytasz?

– Sły­szę w twoim gło­sie nie­chęć. Nie­po­koi cię ta per­spek­tywa?

– Nie­po­koi mnie każde spo­tka­nie z demo­nami, Ica­riu­mie. Mappo Trell jest pło­chliwy jak zając.

– Drę­czy mnie cie­ka­wość.

– Wiem.

Dziw­nie dobrana para wró­ciła do małego obozu, ukry­tego mię­dzy dwiema ukształ­to­wa­nymi przez wiatr skal­nymi igli­cami. Nie było powo­dów do pośpie­chu. Ica­rium usiadł na pła­skiej skale i zaczął sma­ro­wać łuk, żeby rogo­drewno nie wyschło. Gdy już uznał, że wystar­czy, zajął się jed­no­siecz­nym mie­czem. Wysu­nął sta­ro­żytny oręż ze skó­rza­nej pochwy o oku­ciach z brązu i zaczął prze­su­wać wzdłuż jego wyszczer­bio­nego ostrza naoli­wioną osełkę.

Mappo zło­żył namiot z nie­wy­pra­wio­nych skór, zwi­nął je na łapu–capu i wepchnął do wiel­kiego, skó­rza­nego wora. Za nimi podą­żyły przy­bory kuchenne oraz posła­nie. Zawią­zał rze­mie­nie, dźwi­gnął bagaż i zarzu­cił na ramię. Potem zer­k­nął na cze­ka­ją­cego Ica­riuma, który owi­nął już łuk i zało­żył go sobie na plecy.

Ica­rium ski­nął głową i obaj – pół-Jaghut oraz czy­stej krwi Trell – ruszyli ścieżką scho­dzącą ku niecce.

***

Nad ich gło­wami jarzyły się gwiazdy, które świe­ciły tak jasno, że spę­kana patel­nia niecki nabrała srebr­na­wego odcie­nia. Krwiu­chy znik­nęły razem z dzien­nym upa­łem, pozo­sta­wia­jąc noc poja­wia­ją­cym się z rzadka rojom ciem płasz­czo­wych oraz żywią­cym się nimi, podob­nym do nie­to­pe­rzy jasz­czur­kom zwa­nym rhi­za­nami.

Mappo i Ica­rium urzą­dzili sobie postój na dzie­dzińcu jakichś ruin. Ceglane budynki nie­mal cał­ko­wi­cie pochło­nęła ero­zja, pozo­sta­wia­jąc tylko wyso­kie do łydek murki ota­cza­jące geo­me­trycz­nym wzo­rem wyschniętą stud­nię. Płytki dzie­dzińca pokry­wał deli­katny, nanie­siony przez wiatr pia­sek. Mappo odno­sił wra­że­nie, że widzi słaby blask. Pod murami rosły koślawe krzewy, wcze­pione w nie kur­czowo korze­niami.

Na Pan’potsun Odhan i poło­żo­nej na zachód od niej Świę­tej Pustyni Raraku pełno było podob­nych pamią­tek po dawno zagi­nio­nych cywi­li­za­cjach. Pod­czas swych wędró­wek Mappo i Ica­rium natra­fili na wyso­kie tele (wzgó­rza o pła­skich szczy­tach, ukry­wa­jące liczne war­stwy ruin sta­ro­żyt­nych miast) cią­gnące się nie­mal rów­nym sze­re­giem na odcinku stu pięć­dzie­się­ciu mil mię­dzy wzgó­rzami a pusty­nią. Był to nie­zbity dowód na to, że tu, gdzie teraz roz­po­ście­rało się suche, wietrzne pust­ko­wie, ist­niała ongiś bogata, tęt­niąca życiem cywi­li­za­cja. Ze Świę­tej Pustyni wywo­dziła się legenda o Dryjh­nie Apo­ka­lip­tycz­nej. Mappo zada­wał sobie pyta­nie, czy kata­strofa, która spo­tkała miesz­kań­ców oko­licz­nych miast, przy­czy­niła się w jakiś spo­sób do powsta­nia mitów o cza­sach śmierci i znisz­cze­nia. Pomi­ja­jąc spo­ty­kane nie­kiedy opusz­czone posia­dło­ści, podobne do tej, w któ­rej się zatrzy­mali, pra­wie wszyst­kie ruiny nosiły ślady prze­mocy.

Jego myśli wpa­dły w zna­jome kole­iny. Mappo skrzy­wił się wście­kle.

Nie za całą prze­szłość wina spada na nas. Nie znaj­du­jemy się w tej chwili bli­żej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Nie mam też powo­dów, by wąt­pić we wła­sne słowa.

Od tych myśli rów­nież się odwró­cił.

Pra­wie na samym środku dzie­dzińca stała samotna kolumna z różo­wego mar­muru, po jed­nej stro­nie pokryta dzio­bami i wyżło­bie­niami pozo­sta­wio­nymi przez wia­try, wie­jące nie­ustan­nie z Raraku na Wzgó­rza Pan’potsun. Prze­ciwną stronę wciąż jesz­cze zdo­biły spi­ralne wzory wyrzeź­bione przez dawno już nie­ży­ją­cych rze­mieśl­ni­ków.

Po wej­ściu na dzie­dzi­niec Ica­rium natych­miast zbli­żył się do wyso­kiej na sześć stóp kolumny i obej­rzał ją ze wszyst­kich stron. Chrząk­nął, co powie­działo Map­powi, że zna­lazł to, czego szu­kał.

– I co? – zapy­tał Trell, sta­wia­jąc na ziemi skó­rzany worek.

Ica­rium pod­szedł do niego, ście­ra­jąc z rąk pył.

– U pod­stawy jest mnó­stwo śla­dów pazur­ków. Poszu­ki­wa­cze wstą­pili na Szlak.

– Szczury? Wię­cej niż jeden?

– D’ivers – potwier­dził Ica­rium, kiwa­jąc głową.

– Cie­kawe, kto to mógł być.

– Pew­nie Gryl­len.

– Mhm, nie­przy­jem­nie.

Ica­rium przyj­rzał się roz­cią­gnię­tej na zacho­dzie rów­ni­nie.

– Przyjdą też inni. I jed­no­po­chwy­ceni, i d’iver­so­wie. Ci, któ­rzy czują się bli­scy ascen­den­cji, i ci, któ­rzy mają do niej daleko, ale i tak szu­kają Ścieżki.

Mappo przyj­rzał się z wes­tchnie­niem sta­remu przy­ja­cie­lowi.

D’iver­so­wie i jed­no­po­chwy­ceni, dwa prze­kleń­stwa zmien­no­kształt­no­ści, gorączka, na którą nie ma lekar­stwa. Zbie­rają się… i to wła­śnie tutaj.

– Czy to roz­sądne, Ica­riu­mie? – zapy­tał cicho. – Zmie­rza­jąc do swego wiecz­nego celu, natknę­li­śmy się na nader nie­przy­jemną kon­wer­gen­cję. Jeśli bramy się otwo­rzą, będziemy mieli prze­ciw sobie zgraję krwio­żer­czych indy­wi­duów opę­ta­nych prze­ko­na­niem, że sta­no­wią one drogę do ascen­den­cji.

– Jeśli taka droga rze­czy­wi­ście ist­nieje, to może znajdę na niej rów­nież odpo­wie­dzi na moje pyta­nia – ode­zwał się Ica­rium, nie odry­wa­jąc wzroku od hory­zontu.

Odpo­wie­dzi nie są bło­go­sła­wień­stwem, przy­ja­cielu. Uwierz mi. Pro­szę.

– Na­dal mi nie wyja­śni­łeś, co uczy­nisz, gdy już je poznasz.

Ica­rium odwró­cił się ku niemu z bla­dym uśmie­chem na twa­rzy.

– Sam jestem wła­snym prze­kleń­stwem, Mappo. Prze­ży­łem stu­le­cia, ale cóż wiem o wła­snej prze­szło­ści? Jak mogę osą­dzić swe życie, nie mając tej wie­dzy?

– Nie­któ­rzy uzna­liby to prze­kleń­stwo za dar – odparł Mappo. Po jego twa­rzy prze­mknął cień smutku.

– Ale nie ja. Widzę w tej kon­wer­gen­cji szansę. Być może zdo­łam dzięki niej uzy­skać odpo­wie­dzi. Wolał­bym nie wycią­gać w tym celu broni, ale uczy­nię to, jeśli będę musiał.

Trell wes­tchnął po raz drugi i wypro­sto­wał się.

– Wkrótce to posta­no­wie­nie może zostać pod­dane pró­bie, przy­ja­cielu. – Zwró­cił się na połu­dniowy zachód. – Naszym tro­pem zmie­rza sześć pustyn­nych wil­ków.

Ica­rium odpa­ko­wał łuk o kształ­cie jele­niego poroża i szyb­kim, płyn­nym ruchem nacią­gnął cię­ciwę.

– Pustynne wilki ni­gdy nie polują na ludzi.

– To prawda – zgo­dził się Mappo.

Do wschodu księ­życa pozo­stała jesz­cze godzina. Ica­rium poło­żył obok sie­bie sześć dłu­gich strzał o kamien­nych gro­tach, a potem wpa­trzył się w ciem­ność. Trell poczuł na karku dotknię­cie zim­nego stra­chu. Wil­ków nie było jesz­cze widać, wyczu­wał jed­nak ich obec­ność.

– Jest ich sześć, ale są jed­nym. To d’ivers.

Wolał­bym mieć do czy­nie­nia z jed­no­po­chwy­co­nym. Zamiana w jedno zwie­rzę jest wystar­cza­jąco nie­przy­jemna, ale w całą zgraję…

Ica­rium zmarsz­czył brwi.

– Musi być potężny, jeśli zdo­łał przy­brać kształt aż sze­ściu wil­ków. Wiesz, kto to może być?

– Mam pewne podej­rze­nia – odparł cicho Mappo.

Cze­kali w mil­cze­niu.

W odle­gło­ści nie­spełna trzy­dzie­stu kro­ków, z ciem­no­ści, która jakby two­rzyła samą sie­bie, wychy­nęło sześć pło­wych postaci. W odle­gło­ści dwu­dzie­stu wilki ufor­mo­wały pół­okrąg zwró­cony w stronę Mappa i Ica­riuma. Nie­ru­chome nocne powie­trze wypeł­niła ostra woń d’iversa. Jedna z gib­kich bestii ruszyła ku nim, zatrzy­mała się jed­nak, gdy Ica­rium uniósł łuk.

– Nie sześć, ale jeden – mruk­nął.

– Znam go – stwier­dził Mappo. – Szkoda, że on nie może powie­dzieć tego samego o nas. Bra­kuje mu pew­no­ści, lecz przy­brał postać słu­żącą prze­le­wowi krwi. Dzi­siej­szej nocy Ryl­lan­da­ras poluje na pustyni. Cie­kawe, czy na nas, czy na coś innego.

Ica­rium wzru­szył ramio­nami.

– Kto prze­mówi pierw­szy, Mappo?

– Ja – odparł Trell, postę­pu­jąc krok naprzód. To będzie wyma­gało chy­tro­ści. Każdy błąd mógł się oka­zać śmier­tel­nie groźny. – Zapu­ści­li­śmy się daleko od domu, nie­praw­daż? – rzekł cichym, peł­nym sar­ka­zmu gło­sem. – Twój brat Tre­ach był prze­ko­nany, że cię zabił. Gdzie to była ta roz­pa­dlina? W Dal Hon? A może w Li Heng? O ile dobrze sobie przy­po­mi­nam, byłeś wtedy sza­ka­lami.

Wewnątrz ich umy­słów zabrzmiał zała­mu­jący się i ury­wany z powodu dłu­giego nie­uży­wa­nia głos Ryl­lan­da­rasa.

Czuję pokusę, by spró­bo­wać z tobą szer­mierki na słowa, N’Trellu, zanim cię zabiję.

– To może być strata czasu – rzu­cił od nie­chce­nia Mappo. – Obra­cam się w takim towa­rzy­stwie, że wysze­dłem z wprawy tak samo jak ty, Ryl­lan­da­ra­sie.

Prze­wod­nik stada skie­ro­wał jaskra­wo­nie­bie­skie śle­pia na Ica­riuma.

– Brak mi bystro­ści, by toczyć takie poje­dynki – ode­zwał się pół­krwi Jaghut led­wie sły­szal­nym gło­sem. – I tracę już cier­pli­wość.

To głu­pie. Tylko oso­bi­sty urok może was ura­to­wać. Powiedz mi, łucz­niku, czy zawie­rzysz życie spry­towi towa­rzy­sza?

Ica­rium potrzą­snął głową.

– W żad­nym wypadku. Podzie­lam jego opi­nię o nim.

Ryl­lan­da­ras był wyraź­nie zbity z tropu.

A więc podró­żu­je­cie razem tylko dla wygody. Towa­rzy­sze, któ­rzy sobie nie ufają i nie wie­rzą nawza­jem w swe siły. Stawki muszą być wyso­kie.

– To mnie już nudzi, Mappo – wark­nął Ica­rium.

Wszyst­kie wilki zesztyw­niały jed­no­cze­śnie, wzdry­ga­jąc się lekko.

Mappo Konus i Ica­rium. Ach, rozu­miemy. Dowiedz­cie się, że nie szu­kamy z wami zwady.

– Poje­dy­nek sto­czony – stwier­dził Mappo. Uśmiech na jego twa­rzy posze­rzył się, po czym znik­nął bez śladu. – Idź polo­wać gdzie indziej, Ryl­lan­da­ra­sie, zanim Ica­rium wyświad­czy Tre­achowi przy­sługę. – Zanim spro­wo­ku­jesz to, co poprzy­sią­głem powstrzy­mać. – Zro­zu­mia­łeś?

Nasze ścieżki… zbie­gają się na tro­pie demona Cie­nia, odparł d’ivers.

– On już nie służy Cie­niowi – popra­wił go Mappo. – Należy do sha’ik. Święta Pusty­nia prze­bu­dziła się ze snu.

Na to wygląda. Czy zabro­ni­cie nam polo­wać?

Mappo zer­k­nął na Ica­riuma, który opu­ścił łuk i wzru­szył ramio­nami.

– Jeśli masz ochotę spraw­dzić siłę swych szczęk w star­ciu z apto­ria­ni­nem, to wyłącz­nie twoja sprawa. Nas zain­te­re­so­wał jedy­nie prze­lot­nie.

W takim razie zaiste zaci­śniemy szczęki na gar­dle demona.

– Chcesz wzbu­dzić wro­gość sha’ik? – zapy­tał Mappo.

Wilk prze­wod­nik uniósł łeb.

To imię nic dla mnie nie zna­czy.

Obaj wędrowcy śle­dzili wzro­kiem odda­la­jące się bestie, które wkrótce znik­nęły w cza­ro­dziej­skiej ciem­no­ści. Mappo obna­żył zęby, po czym wes­tchnął ciężko. Ica­rium ski­nął głową, wyra­ża­jąc na głos to, co myśleli obaj:

– Ale wkrótce będzie zna­czyło.

***

Gdy wic­kań­scy kawa­le­rzy­ści spro­wa­dzali swe wierz­chowce o sze­ro­kich grzbie­tach po tra­pach trans­por­towca, z ich ust wyry­wały się gwał­towne okrzyki rado­ści. Na nabrze­żach Portu Impe­rial­nego w His­sa­rze pano­wał chaos. Wokół kłę­bili się nie­sforni wojow­nicy obojga płci, a żela­zne groty lanc, czarne, zwią­zane w war­ko­cze włosy oraz spi­cza­ste cza­peczki lśniły w bla­sku słońca. Duiker, który zajął pozy­cję na tara­sie sto­ją­cej u wej­ścia do portu wieży, spo­glą­dał z góry na tę dziką kom­pa­nię ze sporą dozą scep­ty­cy­zmu oraz nara­sta­ją­cym lękiem.

Obok histo­ryka impe­rial­nego stał przed­sta­wi­ciel wiel­kiej pię­ści Mal­lick Rel. Mięk­kie, pulchne dło­nie splótł na wydat­nym brzu­chu, jego skóra lśniła jak naoli­wiona, a do tego ota­czała go woń areń­skich per­fum. W naj­mniej­szym stop­niu nie wyglą­dał na głów­nego doradcę naczel­nego wodza mala­zań­skich wojsk sta­cjo­nu­ją­cych w Sied­miu Mia­stach. Był jhi­stal­skim kapła­nem pra­daw­nego boga mórz, Maela. Ofi­cjal­nie przy­był tu po to, by w imie­niu wiel­kiej pię­ści przy­wi­tać nową pięść Siód­mej Armii. Jego obec­ność była dokład­nie tym, na co zakra­wała: świa­domą obe­lgą. Duiker przy­znał jed­nak w duchu, że sto­jący u jego boku czło­wiek bar­dzo szybko osią­gnął zna­czącą pozy­cję wśród impe­rial­nych gra­czy na tym kon­ty­nen­cie. Wśród żoł­nie­rzy krą­żyło tysiąc roz­ma­itych pogło­sek na temat tego spo­koj­nego kapłana o łagod­nym gło­sie, a także źró­deł wpływu, jaki wywie­rał na wielką pięść Pormqu­ala, lecz żadna z owych opo­wie­ści nie była gło­śniej­sza od szeptu, gdyż histo­ria drogi, która zapro­wa­dziła Mal­licka Rela do łask wiel­kiej pię­ści, pełna była tajem­ni­czych wypad­ków spo­ty­ka­ją­cych każ­dego, kto sta­nął mu na dro­dze. Śmier­tel­nych wypad­ków.

Poli­tyczne bagno ota­cza­jące mala­zań­skich oku­pan­tów w Sied­miu Mia­stach było pełne zaga­dek i śmier­tel­nie groźne. Duiker podej­rze­wał, że nowa pięść raczej nie rozu­mie zawo­alo­wa­nych gestów wzgardy, jako że nie szko­lono go w niu­an­sach ety­kiety kie­ru­ją­cych życiem cywi­li­zo­wa­nych oby­wa­teli impe­rium. Histo­ryk musiał zada­wać sobie pyta­nie, jak długo Col­ta­ine z Klanu Wron prze­żyje na swym nowym sta­no­wi­sku.

Mal­lick Rel wydął pulchne wargi i głę­boko ode­tchnął.

– Histo­ryku – ode­zwał się cicho. W jego gło­sie pobrzmie­wał słaby, syczący akcent z Gedo­rian Falari. – Raduje mnie twa obec­ność. I cie­kawi. Areń­ski dwór jest daleko stąd… – Uśmiech­nął się, nie odsła­nia­jąc bar­wio­nych na zie­lono zębów. – Ostroż­ność wywo­łana odle­głą czystką?

Słowa niby plusk fal, nie­okre­ślona nie­szcze­rość i zdra­dliwa cier­pli­wość boga Maela. Roz­ma­wiam z Relem już po raz czwarty. Jak ja nie cier­pię tej kre­atury!

Duiker odchrząk­nął.

– Cesa­rzowa nie poświęca mi zbyt wiele uwagi, jhi­stalu…

Cichy śmiech Mal­licka Rela przy­po­mi­nał odgłos grze­chotki węża.

– Nie dba o histo­ryka czy o histo­rię? Wyczu­wam cień gory­czy z powodu rady, którą odrzu­cono albo co gor­sza zigno­ro­wano. Nie oba­wiaj się, z wież Unty nie przy­le­ciały do nas żadne zbrod­nie.

– Sły­szę to z rado­ścią – mruk­nął Duiker, zasta­na­wia­jąc się, skąd kapłan ma te infor­ma­cje. – Zatrzy­ma­łem się w His­sa­rze ze względu na moje bada­nia – wyja­śnił po chwili. – Pre­ce­dens wysy­ła­nia więź­niów do kopalń ota­ta­ralu na wyspie sięga cza­sów cesa­rza, choć on na ogół rezer­wo­wał ten los dla magów.

– Magów? Ach, ach.

Duiker ski­nął głową.

– Sku­teczne, lecz nie­prze­wi­dy­walne. Na­dal nie wiemy zbyt wiele o szcze­gól­nych wła­ści­wo­ściach ota­ta­ralu jako kruszcu tłu­mią­cego dzia­ła­nie magii. Tak czy ina­czej, więk­szość tych cza­ro­dzie­jów popa­dła w obłęd, acz­kol­wiek nie wia­domo, czy był to sku­tek dzia­ła­nia rudy, czy też odcię­cia od ich grot.

– A czy w następ­nym trans­por­cie nie­wol­ni­ków znaj­dują się mago­wie?

– Tro­chę ich jest.

– To zna­czy, że wkrótce poznamy odpo­wiedź na to pyta­nie.

– Wkrótce – zgo­dził się Duiker.

Na molo o kształ­cie litery T kłę­bił się wir bojowo nasta­wio­nych Wic­kan, wystra­szo­nych tra­ga­rzy i krew­kich ruma­ków bojo­wych. Wąskiego wyj­ścia pro­wa­dzą­cego z portu na bru­ko­wane pół­rondo strzegł kor­don Gwar­dii His­sar­skiej. Pocho­dzący z Sied­miu Miast gwar­dzi­ści nało­żyli sobie na ramiona okrą­głe tar­cze i wydo­byli z pochew tul­wary. Zaczęli powoli machać sze­ro­kimi, zakrzy­wio­nymi mie­czami, wygra­ża­jąc Wic­kanom, któ­rzy odpo­wie­dzieli chra­pli­wymi okrzy­kami wyzwa­nia.

Na tara­sie poja­wili się dwaj kolejni męż­czyźni. Duiker pozdro­wił ich ski­nie­niem głowy. Mal­lick Rel nie raczył zwró­cić uwagi na pro­stego kapi­tana i ostat­niego z kadro­wych magów Siód­mej Armii. Obaj z pew­no­ścią zna­czyli zbyt mało, by kapła­nowi opła­cało się zabie­gać o ich względy.

– Witaj, Kulp – zwró­cił się Duiker do przy­sa­dzi­stego, bia­ło­wło­sego cza­ro­dzieja. – Może się oka­zać, że przy­by­łeś aku­rat na czas.

Kulp wykrzy­wił w kwa­śnym gry­ma­sie wąską, opa­loną twarz.

– Tylko po to, by zacho­wać wła­sną skórę w cało­ści, Duiker. Nie mam zamiaru słu­żyć Col­ta­ine’owi jako dywan na dro­dze do sta­no­wi­ska. W końcu to jego ludzie. Śmiem twier­dzić, że fakt, iż nawet nie kiw­nął pal­cem, by zapo­biec zamiesz­kom, na które się tu zanosi, rokuje raczej źle.

Kapi­tan mruk­nął cicho na znak zgody.

– Trudno to prze­łknąć – wark­nął. – Połowa tutej­szych ofi­ce­rów po raz pierw­szy prze­lała krew pod­czas walk z tym sukin­sy­nem, a teraz przy­słali go tutaj, żeby prze­jął dowódz­two. Na knyk­cie Kap­tura! – dorzu­cił. – Nikt nie będzie pła­kał, jeśli Gwar­dia His­sar­ska uka­trupi Col­ta­ine’a i jego wic­kań­skich dzi­ku­sów jesz­cze w por­cie. Siódma Armia ich nie potrze­buje.

– Oto prawda kry­jąca się za groźbą rebe­lii – zgo­dził się Mal­lick Rel, zwra­ca­jąc się do Duikera. Jego oczy nic nie wyra­żały. – Cały ten kon­ty­nent to gniazdo żmij. Col­ta­ine to dziwny kan­dy­dat…

– Nie taki dziwny – sprze­ci­wił się Duiker, wzru­sza­jąc ramio­nami. Ponow­nie skie­ro­wał uwagę na wyda­rze­nia roz­gry­wa­jące się na dole. Wic­ka­nie znaj­du­jący się naj­bli­żej his­sar­czy­ków zaczęli para­do­wać dum­nym kro­kiem w tę i we w tę przed sze­re­giem zaku­tych w zbroje żoł­nie­rzy. W każ­dej chwili mogła wybuch­nąć regu­larna bitwa. Wyj­ście z portu lada moment miało spły­nąć krwią. Widząc, że Wic­ka­nie nacią­gają rogowe łuki, histo­ryk poczuł w żołądku zimny ucisk. Z alei po pra­wej na główną kolum­nadę wynu­rzyła się następna, naje­żona pikami kom­pa­nia gwar­dii.

– Dla­czego tak sądzisz? – zapy­tał Kulp.

Duiker odwró­cił się i z zasko­cze­niem zauwa­żył, że wszy­scy trzej męż­czyźni wpa­trują się w niego. Wró­cił myślami do swych ostat­nich słów, po czym znów wzru­szył ramio­nami.

– Col­ta­ine zjed­no­czył wic­kań­skie klany i popro­wa­dził je do powsta­nia prze­ciw impe­rium. Cesa­rzowi trudno było zmu­sić go do ule­gło­ści. Nie­któ­rzy z was wie­dzą o tym z wła­snego doświad­cze­nia. Potem, w typo­wym dla sie­bie stylu, Kel­la­nved pozy­skał jego lojal­ność…

– W jaki spo­sób? – wark­nął Kulp.

– Tego nikt nie wie – odparł z uśmie­chem Duiker. – Cesarz rzadko opo­wia­dał o swych suk­ce­sach. Tak czy ina­czej, cesa­rzowa Laseen nie darzy miło­ścią ulu­bio­nych wodzów swego poprzed­nika i dla­tego Col­ta­ine cały ten czas gnił w jakiejś dziu­rze w Quon Tali. Potem jed­nak sytu­acja się zmie­niła. Przy­boczna Lorn zgi­nęła w Daru­dży­sta­nie, wielka pięść Dujek zbun­to­wał się razem ze swoją armią, prak­tycz­nie kła­dąc kres kam­pa­nii na Gena­bac­kis, a tu, w Sied­miu Mia­stach, zbliża się Rok Dryjhny, rok prze­po­wia­da­nego powsta­nia. Laseen potrze­buje zdol­nych dowód­ców, bo ina­czej wszystko wymknie się jej z rąk. Nowej przy­bocz­nej Tavore brak doświad­cze­nia. Dla­tego…

– Col­ta­ine. – Kapi­tan ski­nął głową. Mars na jego czole pogłę­bił się jesz­cze. – Przy­słała go tu po to, żeby objął dowódz­two nad Siódmą Armią i upo­rał się z rebe­lią…

– Osta­tecz­nie, któż potrafi sku­tecz­niej stłu­mić insu­rek­cję niż wojow­nik, który sam kie­dyś dowo­dził powsta­niem? – dodał z prze­ką­sem.

– Jeśli w armii doj­dzie do buntu, jego szanse będą marne – wtrą­cił Mal­lick Rel, nie spusz­cza­jąc wzroku ze sceny roz­gry­wa­ją­cej się na dole.

Bły­snęło pół tuzina tul­wa­rów. Wic­ka­nie wzdry­gnęli się, a potem wycią­gnęli wła­sne dłu­gie noże. Wyglą­dało na to, że zna­leźli sobie przy­wódcę: wyso­kiego wojow­nika o groź­nym wyglą­dzie, z fety­szami wple­cio­nymi w dłu­gie war­ko­cze, który gło­śnym rykiem doda­wał odwagi swym ludziom, wyma­chu­jąc orę­żem nad głową.

– Kap­tu­rze! – zaklął histo­ryk. – Gdzie, do licha, jest Col­ta­ine?

Kapi­tan par­sk­nął śmie­chem.

– To ten wielki z dłu­gim nożem.

Duiker wyba­łu­szył oczy.

Ten wariat to Col­ta­ine? Nowa pięść Siód­mej Armii?

– Widzę, że w ogóle się nie zmie­nił – cią­gnął kapi­tan. – Jeśli wódz wszyst­kich kla­nów chce zacho­wać głowę na karku, musi być wred­niej­szy niż cała reszta razem wzięta. Jak ci się zdaje, dla­czego cesarz tak bar­dzo go lubił?

– Beru, broń – wyszep­tał prze­ra­żony Duiker.

Chwilę póź­niej prze­raź­liwe zawo­dze­nie Col­ta­ine’a bły­ska­wicz­nie uci­szyło wszyst­kich Wic­kan. Broń znik­nęła w pochwach, łuki opa­dły, a strzały zna­la­zły się w koł­cza­nach. Nawet wierz­ga­jące, pró­bu­jące gryźć konie znie­ru­cho­miały, uno­sząc łby i strzy­gąc uszami. Wokół Col­ta­ine’a poja­wiła się pusta prze­strzeń. Wysoki wojow­nik odwró­cił się ple­cami do gwar­dzi­stów i ski­nął dło­nią. Czte­rech sto­ją­cych na tara­sie męż­czyzn przy­glą­dało się bez słowa, jak z abso­lutną pre­cy­zją osio­dłano wszyst­kie konie. Po nie­spełna minu­cie jeźdźcy dosie­dli ruma­ków i ruszyli naprzód w cia­snym, defi­la­do­wym szyku, god­nym eli­tar­nych oddzia­łów impe­rium.

– Świet­nie to zro­bił – stwier­dził Duiker.

Z ust Mal­licka Rela wyrwało się ciche wes­tchnie­nie.

– Per­fek­cyjne wyli­cze­nie czasu, wyzwa­nie godne bestii, a potem gest wzgardy skie­ro­wany pod adre­sem gwar­dii. Cie­kawe, czy i pod naszym?

– Col­ta­ine jest chy­try jak wąż, jeżeli o to wła­śnie pytasz – zauwa­żył kapi­tan. – Jeśli Naczel­nemu Dowódz­twu w Are­nie wydaje się, że będzie w ich rękach mario­netką, to czeka ich przy­kra nie­spo­dzianka.

– To cenna infor­ma­cja – przy­znał Rel.

Kapi­tan wyglą­dał tak, jakby przed chwilą połknął jakiś ostry przed­miot. Duiker zdał sobie sprawę, że ofi­cer ode­zwał się bez zasta­no­wie­nia, zapo­mi­na­jąc o pozy­cji kapłana w Naczel­nym Dowódz­twie.

Kulp odchrząk­nął.

– Usta­wił ich w zwartą for­ma­cję. Wygląda na to, że jazda do koszar będzie jed­nak spo­kojna.

– Muszę przy­znać, że z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­kuję spo­tka­nia z nową pię­ścią Siód­mej Armii – rzekł z prze­ką­sem Duiker.

Przy­glą­da­jący się spod opa­da­ją­cych powiek wyda­rze­niom na dole Rel ski­nął głową.

– Zga­dzam się.

***

Pły­nąca wprost na połu­dnie łódź rybacka zosta­wiła za sobą Wyspy Skara i wypły­nęła na morze Kansu. Jej trój­kątny żagiel łopo­tał gło­śno na wie­trze. Jeśli wichura nie straci na gwał­tow­no­ści, za cztery godziny powinni dotrzeć do ehr­li­tań­skiego wybrzeża. Skrzy­pek zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

Ehr­li­tań­skie wybrzeże. Sie­dem Miast. Nie­na­wi­dzę tego cho­ler­nego kon­ty­nentu. Nie mogłem go znieść już za pierw­szym razem, a teraz jest jesz­cze gorzej.

Wychy­lił się przez nad­bur­cie i splu­nął gorzką żół­cią w cie­płe, zie­lone morze.

– Czu­jesz się już lepiej? – zapy­tał sto­jący na dzio­bie Cro­kus. Jego młoda, opa­lona twarz zmarsz­czyła się w wyra­zie szcze­rego zatro­ska­nia.

Stary sabo­ta­ży­sta miał wielką ochotę zdzie­lić mło­dzieńca w gębę, wark­nął jed­nak tylko, pochy­la­jąc się jesz­cze bar­dziej.

Sie­dzący u rum­pla Kalam wybuch­nął baso­wym śmie­chem.

– Skrzy­pek i woda nie zga­dzają się ze sobą, chłop­cze. Popatrz tylko na niego. Jest bar­dziej zie­lony niż ta twoja cho­lerna skrzy­dlata małpa.

Obok policzka sabo­ta­ży­sty roz­le­gło się pełne współ­czu­cia sapa­nie. Skrzy­pek otwo­rzył prze­krwione oko i ujrzał maleńką, pomarsz­czoną twa­rzyczkę.

– Zmia­taj, Moby – wychry­piał. Cho­wa­niec, który ongiś słu­żył wuj­kowi Cro­kusa, Mam­mo­towi, wyraź­nie upodo­bał sobie sapera, tak jak czę­sto czy­niły to bez­domne psy i koty. Kalam, rzecz jasna, twier­dził, że było na odwrót.

– To kłam­stwo – wyszep­tał Skrzy­pek. – Kalam kła­mie po mistrzow­sku…

Tak jak wtedy, gdy leniu­cho­wa­li­śmy przez cały tydzień w Rutu Jelba, licząc na to, że może jak raz pojawi się jakiś kupiec ze Skrae. „Chcesz kupić bilet na wygodny sta­tek, Skrzy­pek? To nie będzie podobne do tego cho­ler­nego rejsu przez ocean, nie, nie”. Wtedy też miało być wygod­nie. Cały tydzień w Rutu Jelba, peł­nej jasz­czu­rek, śmier­dzą­cej dziu­rze, gdzie cegły są poma­rań­czowe, a potem co? Osiem jakata za tą prze­pi­ło­waną na pół, utkaną szma­tami beczkę po ale.

Z upły­wem godzin mia­rowy rytm fal uspo­koił Skrzypka. Saper wró­cił myślami do prze­ra­ża­jąco dłu­giej podróży, jaka zapro­wa­dziła ich tutaj. Potem pomy­ślał o rów­nie dłu­giej podróży, która ich jesz­cze cze­kała.

Ni­gdy nie wybie­ramy łatwych spo­so­bów, prawda?

Oso­bi­ście wolałby, żeby wszyst­kie morza wyschły.

Ludzie mają nogi, nie płe­twy. A teraz czeka nas wędrówka lądem przez pełne much, bez­wodne pust­ko­wie, gdzie ludzie uśmie­chają się tylko po to, by oznaj­mić, że chcą cię zabić.

Dzień cią­gnął się bez końca. Skrzy­pek dygo­tał, a twarz miał zie­loną.

Pomy­ślał o towa­rzy­szach, któ­rych zosta­wił na Gena­bac­kis. Żało­wał, że nie masze­ruje teraz u ich boku.

Idą na reli­gijną wojnę. Nie zapo­mi­naj o tym, Skrzy­pek. Takie wojny to nie zabawa.

Pod­czas podob­nych kon­flik­tów nie miał zasto­so­wa­nia roz­są­dek, który nie­raz pozwa­lał się pod­dać. Nie­mniej dru­żyna była wszyst­kim, co znał od lat. Gdy wyszedł z jej cie­nia, czuł się osie­ro­cony.

Ze sta­rej paki został tylko Kalam, a on zwie kraj, do któ­rego się wybie­ramy, ojczy­zną. I uśmie­cha się, nim zabije. A do tego zapla­no­wali z Szyb­kim Benem coś, o czym nie chcą mi powie­dzieć.

– Znowu te lata­jące ryby – ode­zwała się Apsa­lar. Jej głos pozwo­lił mu ziden­ty­fi­ko­wać miękką dłoń, która spo­częła na jego barku. – Są ich całe setki!

– Ściga je coś wiel­kiego, co wypły­nęło z głę­bin – stwier­dził Kalam.

Skrzy­pek wypro­sto­wał się z jękiem. Moby wyko­rzy­stał tę spo­sob­ność, by zdra­dzić motyw ukryty za cało­dzien­nym gru­cha­niem. Wlazł sape­rowi na kolana, zwi­nął się i zamknął żółte oczy. Skrzy­pek zaci­snął ręce na nad­bur­ciu i razem z troj­giem towa­rzy­szy wpa­trzył się w ławicę lata­ją­cych ryb, widoczną w odle­gło­ści stu jar­dów po pra­wej bur­cie. Dłu­gie jak ręka męż­czy­zny mlecz­no­białe ryby wyska­ki­wały z wody, prze­la­ty­wały około trzy­dzie­stu stóp, a potem zni­kały pod powierzch­nią. W morzu Kansu lata­jące ryby polo­wały niczym rekiny. Ich ławica potra­fiła w nie­spełna godzinę ogryźć do kości całego wie­lo­ryba. Wyko­rzy­sty­wały swą umie­jęt­ność lata­nia, by spa­dać mu na grzbiet, gdy się wynu­rzał, chcąc zaczerp­nąć powie­trza.

– Co, na Maela, może na nie polo­wać?

Kalam zmarsz­czył brwi.

– W Kansu nie powinno być nic takiego. W Głębi Poszu­ki­wa­cza są oczy­wi­ście dhen­rabi.

– Dhen­rabi! Ach, to mnie pocie­sza, Kalam! Nie­sa­mo­wi­cie!

– Czy to jakiś wąż mor­ski? – zapy­tał Cro­kus.

– Wyobraź sobie wija dłu­giego na osiem­dzie­siąt kro­ków – zaczął Skrzy­pek. – Owija się wokół wie­lo­ryba albo statku, wydmu­chuje powie­trze spod swego pan­ce­rza i tonie jak kamień, pocią­ga­jąc za sobą zdo­bycz.

– Są rzad­kie i ni­gdy ich nie widziano w płyt­kich wodach – uspo­koił go Kalam.

– Do tej pory – dorzu­cił Cro­kus, pod­no­sząc zalęk­niony głos.

Dhen­rabi wynu­rzył się w samym środku ławicy lata­ją­cych ryb. Mio­tał łbem z boku na bok, a jego roz­warta pasz­cza o ostrych jak brzy­twa zębach roz­szar­py­wała dzie­siątki ofiar. Łeb stwora miał aż dzie­sięć sążni sze­ro­ko­ści. Jego seg­men­to­wany, poro­śnięty pąklami pan­cerz był ciem­no­zie­lony, a z każ­dego członu wyra­stały dłu­gie, pokryte chi­tyną koń­czyny.

– Osiem­dzie­siąt kro­ków dłu­go­ści? – wysy­czał Skrzy­pek. – Chyba po prze­cię­ciu na pół!

Kalam wypro­sto­wał się.

– Przy­go­tuj żagiel, Cro­kus. Spró­bu­jemy ucieczki. Na zachód.

Skrzy­pek zrzu­cił z kolan pisz­czą­cego Moby’ego, otwo­rzył ple­cak i przy­stą­pił do roz­pa­ko­wy­wa­nia kuszy.

– Kalam, jeśli to bydlę uzna, że wyglą­damy ape­tycz­nie…

– Wiem – mruk­nął skry­to­bójca.

Mon­tu­jąc pośpiesz­nie wielką żela­zną broń, Skrzy­pek pod­niósł wzrok i spoj­rzał w wytrzesz­czone oczy Apsa­lar. Jej twarz zupeł­nie zbie­lała. Saper mru­gnął zna­cząco.

– Jeśli spró­buje nas zacze­piać, mamy dla niego nie­spo­dziankę, dziew­czyno.

Ski­nęła głową.

– Pamię­tam…

Dhen­rabi w końcu ich zauwa­żył. Porzu­cił ławicę ryb lata­ją­cych i wijąc się, popły­nął w ich stronę.

– To nie jest zwy­kły potwór – mruk­nął Kalam. – Czu­jesz ten zapach, Skrzy­pek?

Ostry, korzenny.

– Na oddech Kap­tura, to jed­no­po­chwy­cony!

– Kto? – zdzi­wił się Cro­kus.

– Zmien­no­kształtny – wyja­śnił Kalam.

Umysł Skrzypka wypeł­nił ochry­pły głos. Wyraz twa­rzy jego towa­rzy­szy świad­czył, że oni rów­nież go sły­szeli.

Śmier­tel­nicy, mie­li­ście pecha, że widzie­li­ście, jak tędy prze­pły­wam.

Saper stęk­nął. Stwór nie spra­wiał wra­że­nia zbyt­nio zmar­twio­nego.

Musi­cie zgi­nąć, choć nie zhań­bię waszych ciał, poże­ra­jąc je, mówiła bestia.

– To miło z two­jej strony – mruk­nął Skrzy­pek, ładu­jąc do kuszy wielki pocisk, w któ­rym żela­zny grot zastą­piono gli­nianą kulą wiel­ko­ści grejp­fruta.

Kolejna łódź rybacka zagi­nie bez wie­ści, cią­gnął iro­nicz­nym tonem jed­no­po­chwy­cony. Nie­stety.

Skrzy­pek powlókł się na rufę i przy­kuc­nął obok Kalama. Skry­to­bójca wypro­sto­wał się i spoj­rzał pro­sto na dhen­ra­biego, jedną dło­nią trzy­ma­jąc rum­pel.

– Jed­no­po­chwy­cony! Zostaw nas w spo­koju. Nic nas nie obcho­dzą twoje sprawy!

Nie będzie­cie cier­pieć.

Stwór pomknął pro­sto ku rufie barki, tnąc fale niczym okręt o ostrym dzio­bie. Roz­warł sze­roko pasz­czę.

– Ostrze­ga­li­śmy cię – oznaj­mił Skrzy­pek.

Uniósł kuszę, wyce­lo­wał i wystrze­lił. Bełt pomknął wprost w otwartą pasz­czę. Szybki niczym bły­ska­wica dhen­rabi pochwy­cił drzewce. Cien­kie, ostre jak piła zęby prze­cięły drewno i roz­biły glinę, wysta­wia­jąc ukrytą wewnątrz prosz­kową mik­sturę na dzia­ła­nie powie­trza. Natych­miast nastą­piła eks­plo­zja, która roze­rwała głowę jed­no­po­chwy­co­nego.

Wszę­dzie wokół do wody posy­pał się deszcz odłam­ków czaszki oraz sza­rego mięsa. Zapa­la­jący pro­szek palił gwał­tow­nym pło­mie­niem wszystko, do czego przy­lgnął. Para buchała z sykiem w powie­trze. Impet zaniósł bez­głowe ciało na odle­głość czte­rech sążni od rufy barki. Gdy prze­brzmiały ostat­nie echa eks­plo­zji, tru­chło pogrą­żyło się gładko w mor­skiej toni. Nad falami uno­sił się dym.

– Wybra­łeś sobie nie­wła­ści­wych ryba­ków – pod­su­mo­wał Skrzy­pek, opusz­cza­jąc broń.

Kalam wró­cił do rum­pla, ponow­nie kie­ru­jąc sta­tek na połu­dnie. Powie­trze stało się dziw­nie nie­ru­chome. Skrzy­pek zde­mon­to­wał kuszę i owi­nął ją w impre­gno­waną szmatę. Potem wró­cił na śród­o­krę­cie, a Moby wlazł mu na kolana. Saper podra­pał się z wes­tchnie­niem za uchem.

– I co ty na to, Kalam?

– Nie jestem pewien – przy­znał skry­to­bójca. – Co mogło spro­wa­dzić jed­no­po­chwy­co­nego na morze Kansu? Dla­czego nie chciał, żeby ktoś się dowie­dział o jego obec­no­ści?

– Gdyby był z nami Szybki Ben…

– Ale go nie ma, Skrzy­pek. Będziemy musieli żyć z tą tajem­nicą. Miejmy nadzieję, że nie natra­fimy na następ­nego.

– Myślisz, że to ma coś wspól­nego z…

Kalam wykrzy­wił wście­kle twarz.

– Nie.

– Z czym? – zain­te­re­so­wał się Cro­kus. – O czym mówi­cie?

– Tak sobie tylko gadamy – odparł Skrzy­pek. – Jed­no­po­chwy­cony pły­nął na połu­dnie. Tak samo jak my.

– I co z tego?

Skrzy­pek wzru­szył ramio­nami.

– Nic. Nie­ważne. – Splu­nął za burtę i oklapł. – Przez całe to zamie­sza­nie zapo­mnia­łem o cho­ro­bie mor­skiej. Ale teraz znowu jest spo­koj­nie, niech to szlag!

Wszy­scy umil­kli, choć zasę­piona mina Cro­kusa świad­czyła, że chło­pak z pew­no­ścią nie zapo­mni o tej spra­wie.

Na­dal dął silny wiatr, który pchał ich szybko na połu­dnie. Po nie­spełna trzech godzi­nach Apsa­lar oznaj­miła, że dostrzega przed nimi zie­mię. Czter­dzie­ści minut póź­niej Kalam nadał stat­kowi kurs rów­no­le­gły do ehr­li­tań­skiego brzegu, utrzy­mu­jąc odeń odle­głość pół­to­rej mili. Hal­so­wali na zachód, wzdłuż poro­śnię­tego cedrami gór­skiego pasma. Powoli nad­cią­gała noc.

– Chyba widzę jeźdź­ców – ode­zwała się Apsa­lar.

Skrzy­pek uniósł głowę, razem z pozo­sta­łymi wpa­tru­jąc się w sze­reg kon­nych, któ­rzy zmie­rzali bie­gną­cym grzbie­tem wznie­sie­nia przy­brzeż­nym trak­tem.

– Widzę sze­ściu – powie­dział Kalam. – Drugi z nich…

– Nie­sie impe­rialny pro­po­rzec – dokoń­czył Skrzy­pek. Wykrzy­wił twarz, czu­jąc gorzki smak w ustach. – Posła­niec z eskortą lan­sje­rów.

– Zmie­rzają do Ehr­li­tanu – dodał Kalam.

Skrzy­pek odwró­cił się i spoj­rzał w ciemne oczy towa­rzy­sza.

Kło­poty?

Być może.

Ta bez­gło­śna wymiana słów była owo­cem wielu lat wspól­nej wojaczki.

– Coś nam grozi? – zanie­po­koił się Cro­kus. – Kalam? Skrzy­pek?

Chło­pak jest bystry.

– Trudno wyczuć – mruk­nął Skrzy­pek. – Widzieli nas, ale kogo wła­ści­wie zoba­czyli? Czworo ryba­ków na barce, jakąś rodzinę ze Skrae, która pły­nie do portu, żeby zakosz­to­wać cywi­li­za­cji.

– Na połu­dnie od tych drzew jest wio­ska – stwier­dził Kalam. – Miej oko na ujście stru­mie­nia i plażę, na któ­rej nie będzie wyrzu­co­nego na brzeg drewna, Cro­kus. Domy będą stały po zawietrz­nej od grzbietu, to zna­czy w głębi lądu. Jak tam moja pamięć, Skrzy­pek?

– Cał­kiem nie­zła, jak na tubylca. Jak daleko stąd do mia­sta?

– Dzie­sięć godzin drogi na pie­chotę.

– Tak bli­sko?

– Tak bli­sko.

Skrzy­pek umilkł. Impe­rialny posła­niec znik­nął im z pola widze­nia wraz ze swą eskortą, skrę­ca­jąc na połu­dnie, w stronę Ehr­li­tanu. Wędrowcy do tej pory pla­no­wali wpły­nąć ano­ni­mowo do tłocz­nego, sta­ro­żyt­nego ehr­li­tań­skiego portu. Naj­praw­do­po­dob­niej infor­ma­cja dostar­czona przez posłańca nie miała z nimi nic wspól­nego, jako że niczym się nie zdra­dzili od czasu, gdy przy­pły­nęli z Gena­bac­kis do impe­rial­nego portu Kara­ka­rang. Zacią­gnęli się jako załoga na han­dlowy sta­tek Nie­bie­skich Moran­thów, by w ten spo­sób opła­cić prze­jazd. Z Kara­ka­rangu wyru­szyli lądową trasą wio­dącą przez góry Tal­gai do Rutu Jelba. Był to typowy szlak piel­grzy­mów Tanno. Potem spę­dzili tydzień w Rutu Jelba, sta­ra­jąc się nie rzu­cać w oczy. Tylko Kalam wybie­rał się nocą do dziel­nicy por­to­wej, szu­ka­jąc statku, który prze­wió­złby ich przez Morze Ota­ta­ra­lowe na kon­ty­nent.

W naj­gor­szym razie do jakie­goś urzęd­nika mógł dotrzeć mel­du­nek, że na mala­zań­skim tery­to­rium poja­wili się dwaj ludzie wyglą­da­jący na dezer­te­rów, w towa­rzy­stwie Gena­bac­ka­nina i kobiety. Nie była to raczej wia­do­mość, która wstrzą­snę­łaby impe­rial­nym gniaz­dem os tak bar­dzo, że dotar­łaby aż do Ehr­li­tanu. Zapewne Kalam ule­gał swej zwy­kłej para­noi.

– Widzę ujście stru­mie­nia – ode­zwał się Cro­kus, wska­zu­jąc na wybrzeże. Skrzy­pek zer­k­nął na Kalama.

To kraj nie­przy­ja­ciela. Jak nisko musimy się czoł­gać?

Niżej niż pasi­ko­niki, Skrzy­pek.

Na oddech Kap­tura.

– Nie­na­wi­dzę Sied­miu Miast – wyszep­tał saper, spo­glą­da­jąc na brzeg. Leżący na jego kola­nach Moby ziew­nął, odsła­nia­jąc pełen zestaw ostrych jak igły kłów. Skrzy­pek pobladł. – Leż sobie spo­koj­nie, malutki – powie­dział z drże­niem.

Kalam obró­cił rum­pel. Żaglem zajął się Cro­kus, który po dwu­mie­sięcz­nym rej­sie przez Głę­bię Poszu­ki­wa­cza nabrał w tym wiel­kiej bie­gło­ści. Barka sunęła swo­bod­nie z wia­trem, a wystrzę­piony żagiel pra­wie wcale nie łopo­tał. Apsa­lar poru­szyła się, nie wsta­jąc z miej­sca, roz­pro­sto­wała ramiona i uśmiech­nęła się do Skrzypka. Saper skrzy­wił się i odwró­cił wzrok.

Niech mną Pożoga potrzą­śnie. Nie mogę pozwo­lić, żeby szczęka mi opa­dała za każ­dym razem, kiedy ta dziew­czyna się uśmie­cha. Kie­dyś była kimś innym. Mor­der­czy­nią, nożem boga. Robiła różne rze­czy… Poza tym jest z Cro­ku­sem, nie? Chło­pak ma kupę szczę­ścia, a wszyst­kie kurwy w Kara­ka­rangu wyglą­dały jak fran­co­wate sio­stry z jakiejś wiel­kiej fran­co­watej rodziny, z fran­co­wa­tymi dziećmi u bio­der… Otrzą­snął się. Oj, Skrzy­pek, za długo byłeś na morzu, sta­now­czo za długo!

– Nie widzę żad­nych łodzi – stwier­dził Cro­kus.

– Są w górze stru­mie­nia – wymam­ro­tał Skrzy­pek, dłu­biąc paznok­ciem w bro­dzie w poszu­ki­wa­niu gnidy. Po chwili wycią­gnął ją i wyrzu­cił za burtę.

Dzie­sięć godzin na pie­chotę, potem Ehr­li­tan, kąpiel, gole­nie, dziew­czyna z Kansu z gęstym grze­bie­niem w ręku, a póź­niej wolna noc.

Cro­kus trą­cił go łok­ciem.

– Nie­cier­pli­wisz się, Skrzy­pek?

– Nawet nie wiesz jak bar­dzo.

– Byłeś tu pod­czas pod­boju, prawda? Kiedy Kalam wal­czył po dru­giej stro­nie, pod roz­ka­zami Sied­miu Świę­tych Falah’dów, T’lan Imas­so­wie słu­żyli cesa­rzowi, a…

– Wystar­czy. – Skrzy­pek ski­nął dło­nią. – Nie musisz mi o tym przy­po­mi­nać. Kala­mowi też nie. Wszyst­kie wojny są paskudne, ale ta była wyjąt­kowo ohydna.

– Czy to prawda, że słu­ży­łeś w kom­pa­nii, która ści­gała Szyb­kiego Bena po Świę­tej Pustyni Raraku, i że Kalam był waszym prze­wod­ni­kiem, ale on i Szybki chcieli zdra­dzić was wszyst­kich, tylko że Sójeczka się zorien­to­wał…

Skrzy­pek odwró­cił się i prze­szył Kalama wście­kłym spoj­rze­niem.

– Jedna noc spę­dzona w Rutu Jelba nad dzban­kiem falar­skiego rumu i chło­pak już wie wię­cej niż jaki­kol­wiek impe­rialny histo­ryk, który jesz­cze pozo­stał przy życiu. – Ponow­nie spoj­rzał na Cro­kusa. – Posłu­chaj, synu, lepiej zapo­mnij o wszyst­kim, co opo­wie­dział ci ten zapi­ja­czony głąb. Prze­szłość i tak już nas prze­śla­duje i nie ma sensu uła­twiać jej zada­nia.

Cro­kus prze­biegł dło­nią po swych dłu­gich, czar­nych wło­sach.

– Jeśli w Sied­miu Mia­stach jest tak nie­bez­piecz­nie, to dla­czego nie popły­niemy od razu do Quon Tali, gdzie miesz­kała Apsa­lar? – zapy­tał cicho. – Mie­li­śmy zna­leźć jej ojca. Dla­czego wybra­li­śmy się na inny kon­ty­nent i czemu aż tak się ukry­wamy?

– To nie takie pro­ste – wark­nął Kalam.

– Dla­czego? Myśla­łem, że po to jest cała ta podróż. – Cro­kus się­gnął po dłoń Apsa­lar i uści­snął ją obiema rękami, na­dal jed­nak spo­glą­dał na Kalama i Skrzypka z nie­ustę­pliwą miną. – Mówi­li­ście, że jeste­ście jej to dłużni. Zro­biono jej krzywdę i chcie­li­ście to napra­wić. Teraz jed­nak myślę, że kryje się w tym coś wię­cej, że obaj coś zapla­no­wa­li­ście, a odwie­zie­nie Apsa­lar do domu to był jedy­nie pre­tekst, żeby­ście mogli wró­cić do waszego impe­rium, mimo że ofi­cjal­nie jeste­ście wyjęci spod prawa. Nie wiem, co takiego zapla­no­wa­li­ście, ale to dla­tego przy­by­li­śmy tutaj, do Sied­miu Miast, i dla­tego musimy się ukry­wać i bać wszyst­kiego, jakby ści­gała nas cała mala­zań­ska armia. – Prze­rwał, zaczerp­nął głę­boko tchu i mówił dalej. – Mamy prawo poznać prawdę, bo nara­ża­cie nas na nie­bez­pie­czeń­stwo, a my nawet nie wiemy, co nam grozi i z jakiego powodu. No, to gadaj­cie. Słu­cham.

Skrzy­pek oparł się o nad­bur­cie i spoj­rzał na Kalama, uno­sząc brwi.

– No, kapralu? To twoja działka.

– Zrób mi listę, Skrzy­pek – pole­cił Kalam.

– Cesa­rzowa chce zdo­być Daru­dży­stan. – Saper spoj­rzał Cro­ku­sowi w oczy. – Zga­dza się?

Chło­pak po chwili waha­nia ski­nął głową.

– A jeśli cze­goś chce, to na ogół prę­dzej czy póź­niej to dostaje – cią­gnął Skrzy­pek. – Można powie­dzieć, że świad­czą o tym pre­ce­densy. Raz już pró­bo­wała zdo­być twoje mia­sto, prawda, Cro­kus? Kosz­to­wało ją to przy­boczną Lorn, dwa impe­rialne demony i lojal­ność wiel­kiej pię­ści Dujeka, nie wspo­mi­na­jąc o stra­cie Pod­pa­la­czy Mostów. To zabo­la­łoby każ­dego.

– Jasne. Ale co to ma wspól­nego…

– Nie prze­ry­waj. Kapral kazał mi zro­bić listę, to ją robię. Jak dotąd wszystko rozu­miesz? Świet­nie. Daru­dży­stan raz już się jej wymknął, ale na pewno spró­buje po raz drugi. Jeśli będzie miała szansę.

– A dla­czego mia­łaby nie mieć? – Cro­kus spoj­rzał na niego spode łba. – Sam mówi­łeś, że jeśli cze­goś chce, zwy­kle to dostaje.

– Jesteś wierny swo­jemu mia­stu, Cro­kus?

– Oczy­wi­ście…

– To zna­czy, że zro­bił­byś wszystko, żeby nie pozwo­lić cesa­rzo­wej go pod­bić?

– Tak, ale…

– Kapralu?

Skrzy­pek ponow­nie zer­k­nął na Kalama.

Krzepki czar­no­skóry męż­czy­zna ode­rwał wzrok od fal, wes­tchnął i ski­nął głową. Spoj­rzał na Cro­kusa.

– Sprawy mają się nastę­pu­jąco, chłop­cze. Czas nad­szedł. Wybie­ram się do niej w odwie­dziny.