We’re Just Enemies - Lena M. Bielska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

We’re Just Enemies ebook i audiobook

Lena M. Bielska

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwudziestoletnia Charlie Walker bierze udział w wyścigach motocyklowych, a dzięki swoim umiejętnościom zarabia na tym całkiem niezłe pieniądze. Niestety nie należą one do niej. Dziewczyna jest szantażowana z powodu przestępstwa popełnionego przed dwoma laty. 

 

Okazuje się, że brała udział w kradzieży kolii. Dziewczyna chciała ją oddać, ale nie zdążyła, a winą za to zdarzenie został obarczony jej kolega – Reed West. Chłopak poprzysiągł jej wtedy zemstę. 

 

Jednak ktoś jeszcze wiedział o kradzieży i nagrał całe zdarzenie. Teraz Charlie musi się zmagać z szantażystą, a do miasteczka wraca chłopak, który chce się na niej odegrać. Jakby tego było mało, jej mama jest prawniczką i jeśli sprawa wyjdzie na jaw, jej kariera może runąć. 

 

Wydaje się, że Charlie zatapia się w bagnie po uszy. A może jednak znajdzie się ktoś, kto wyciągnie do niej pomocną dłoń?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                                                                                                         Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 45 min

Lektor: Monika Wrońska
Oceny
4,5 (219 ocen)
142
52
22
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Luckypsinka

Nie polecam

Dawno nie czytałam tak nudnej i źle napisanej książki pomysł fajny ale napisane jak dla mnie bardzo kiepsko
30
MagdalenaR1986

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna część. Gorąco polecam i czekam na książkę Gabriela 🛐🫶
20
zablurowana

Nie oderwiesz się od lektury

Siedzę właśnie przed pustą kartką papieru i w mojej głowie krąży pełno myśli. Jednak przebija się przez nie jedna, ta najgłośniejsza, pragnąca przekazać wam wszystkie te inne w jednej spójnej całości. Pomimo, że “We’re just enemies” czytałam trzy razy, nie pamiętam z książki wiele słów, zdań, czy akapitów. Pamiętam jednak kadry. Kadry, które utworzyła moja głowa, tak piękne, że chciałabym je pochwycić i już nigdy nie wypuścić z mojej wyobraźni. Tymi właśnie dwoma zdaniami określiłabym styl pisania Leny M. Bielskiej. Cechuję się on ogromną lekkością. Podczas czytania, nigdy nie musiałam przewracać kartek w znudzeniu, bądź na odwrót wzdychać z powodu braku opisów. Nie znam drugiej autorki, o której mogłabym powiedzieć to samo. WJE nie jest pierwszą książką autorki, którą miałam możliwość przeczytać więc moja opinia jest naprawdę rzetelna. “We’re just enemies” to nie tylko kolejny romans po który z jakiejś przyczyny sięgnęłam i szybko o nim zapomnę. To książka przepełniona pasją, bólem i...
00
Natusiek87

Całkiem niezła

Polecam.
00
Handzia1969

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze Super. Polecam.
00

Popularność




Copyright © 2024

Lena M. Bielska

Wydawnictwo NieZwykłe

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:

Alicja Chybińska

Korekta:

Katarzyna Chybińska

Dominika Kalisz

Maria Klimek

Redakcja techniczna:

Paulina Romanek

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8362-504-1

Od Autora

Historia Charlie Walker i Reeda Westa jest jednotomową, zamkniętą opowieścią, w której to nie romans gra pierwsze skrzypce, a przede wszystkim konsekwencje, jakie niosą za sobą dokonane czyny. To książka o dwójce młodych ludzi, którzy w trakcie wchodzenia w dorosłość podjęli kilka niewłaściwych decyzji mających ogromny wpływ na ich przyszłość.

We’re just enemies jest częścią uniwersum Arkansas. Przed przeczytaniem tej powieści polecam sięgnąć po poprzednie książki z tego świata, ale nie jest to konieczne, aby zrozumieć fabułę.

Niemniej, poniżej załączam chronologiczną kolejność czytania, która pomoże uniknąć ewentualnych spoilerów:

We’re just friends – Violet Donovan x Ace Walker

Pan Drake – Holly Hudson x Dexter Drake

Pan West – Scarlett Sharp x William West

Pan Carter – Phoenix Pearce x Cade Carter

Dla każdego, kto kocha wątpliwie moralnych bohaterów

Prolog

REED

Dwa lata wcześniej

Wyrzuciłem niedopałek i przydepnąłem go ciężkim butem. Odkąd pojawiłem się przed domem otoczonym białym płotem, nawet na moment nie oderwałem spojrzenia od okna. A właściwie od blondynki siedzącej na parapecie w jednym z pokoi na pierwszym piętrze. 

W skupieniu czytała książkę. Nie interesowała się nikim ani niczym. Ani razu nie odwróciła wzroku od kartek. Była tak spokojna i obojętna na wszystko, co się wydarzyło i do czego doprowadziła, że z każdą chwilą jej utrzymującej się nonszalancji wzbierała we mnie jeszcze większa złość, a pragnienie zemsty rozpalało od środka jak pieprzona zapałka opary benzyny.

Rozluźniłem zwinięte w dłonie pięści – nawet nie wiem, kiedy je zacisnąłem – i wyciągnąłem z kieszeni telefon, żeby po chwili wystukać krótką wiadomość. A potem obserwowałem, jak dziewczyna sięgnęła po komórkę. Ekran oświetlił jej nieskazitelną twarz, podczas gdy skoncentrowana odczytywała mój SMS. Patrzenie na to, jak urządzenie wyślizgnęło jej się spomiędzy palców, było cholernie satysfakcjonujące, ale ani trochę nie uciszyło pragnienia pogrążenia tej małej dziwki i zniszczenia jej życia.

To dopiero początek.

Ja to wiedziałem.

I ona teraz już też była tego świadoma.

„Wiem, że Ty za tym stoisz. Zniszczę Cię, Charlie Walker. Odliczaj dni do mojego powrotu”.

1. Czyny zawsze niosą za sobą konsekwencje

CHARLIE

Mój tata – odkąd tylko pamiętam – powtarzał mi, że to, jak widzą nas inni, to jedno, ale to, jacy jesteśmy naprawdę, to coś zupełnie innego. I właśnie to drugie powinno być dla nas najważniejsze. Niejednokrotnie powtarzał – i dalej powtarza – że liczy się nasze wnętrze, a nie kreujące nas pozory. Tak więc nic dziwnego, że od dwóch lat nie potrafię spojrzeć mu w oczy w momentach, w których oznajmia, jak bardzo jest ze mnie dumny. Jak bardzo cieszy się, że wyrosłam na młodszą wersję mamy. Bo on widzi kłamstwo. Nie ma pojęcia, że to, co pokazuję, jak się przy nich zachowuję, to założona przeze mnie maska idealnej Charlie. Dwudziestolatki, która prędzej odrąbałaby sobie rękę, niż postanowiła kogoś skrzywdzić.

I ja miałabym kiedykolwiek komukolwiek przyznać się do tego, co zrobiłam?

Na samą myśl o wyjawieniu prawdy robi mi się niedobrze, a na żołądku boleśnie zaciska się niewidzialna pięść do złudzenia przypominająca dłoń Reeda Westa. Chłopaka – niegdyś mojego dobrego znajomego – pozostawionego przeze mnie wilkom na pożarcie. Nawet się nie zawahałam, gdy zniszczyłam mu życie. I tylko ja wiem, jak wiele łez przez to wylałam, katując się widokiem SMS-a, którego mi wysłał, zanim zniknął z Fayetteville.

„Wiem, że Ty za tym stoisz. Zniszczę Cię, Charlie Walker. Odliczaj dni do mojego powrotu”.

Jeśli nauczyłam się czegoś w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu miesięcy, to tego, że Westowie zawsze dotrzymują słowa i nigdy nie poddają się w dążeniu do celu. Wiem, że czas powoli mi się kończy i wkrótce będę musiała stawić czoła przeszłości, ale mam nikłą nadzieję, że to nie nastanie. Że może, ale tylko może, Reed jednak odpuści i zostanie tam, gdzie spędził ostatnie dwa lata – gdziekolwiek to było.

Przymykam powieki i pocieram dłońmi twarz, parskając cicho na cholernie naiwne myśli. Reed nie odpuści. Jestem tego pewna tak bardzo jak tego, że mój tata prędzej by wykitował, niż pozwolił mi poprowadzić swój motocykl. Bestyjka jest nietykalna.

Znam matkę Reeda, przychodzi czasem do nas do domu na luźne pogaduszki i ta kobieta to niemal dosłowna definicja diabła. Nie mam pojęcia, jakim cudem tak świetnie dogadują się z moją mamą, ale zapewne ma to coś wspólnego z tym, że od kilku lat pracują w jednej kancelarii. Być może połączyła je walka o ofiary przemocy.

Jęczę do siebie i przekręcam się na brzuch, po czym wciskam twarz w poduszkę i wydaję z siebie zduszony krzyk. Nienawidzę natrętnych myśli kotłujących się w mojej głowie. Nie potrafię ich wyciszyć. Znowu. Naprawdę staram się to zrobić, próbuję myśleć o tym, jak miło spędziłam dziś dzień w towarzystwie Coreya, mojego trzynastoletniego brata, ale to kompletnie na nic. Przed oczami – po raz kolejny tej nocy – staje mi wykrzywiona z wściekłości twarz Reeda. Zdaję sobie sprawę z tego, że to wytwór mojej wyobraźni, bo tak naprawdę nigdy nie widziałam go aż tak wyprowadzonego z równowagi, ale… jego ściągnięte gniewnie brwi oraz jasne, niemal stalowe i zionące chłodem oczy wydają się cholernie prawdziwe.

Siadam gwałtownie, wyprostowana jak struna, i spoglądam w stronę okna, a potem wyglądam na podjazd, na którym stoi moja ukochana czarno-fioletowa yamaha. Trzy przyspieszone oddechy później, a ja już wciągam na siebie kombinezon, uważając przy tym, żeby nie narobić zbyt wielkiego hałasu.

Oczywiście mogłabym wyjść jak człowiek frontowymi drzwiami, moich rodziców raczej by to nie zdziwiło, ale bez wątpienia zaczęliby zadawać milion pytań o to, co się stało albo – ogólnie – co się dzieje. Zdecydowanie wolę tego uniknąć – tylko dlatego odblokowuję zamek w oknie. A właściwie zamierzam to zrobić, ale kiedy go dotykam, metalowy zatrzask rozlatuje mi się pomiędzy palcami. Łapię go dosłownie w ostatniej chwili – ułamek sekundy później, a spadłby na metalowe pudło leżące na podłodze i zapewne obudziłby nawet zmarłego.

– Kurde – szepczę do siebie, próbując naprawić blokadę, ale to na nic.

Przesuwam palcem po wyżłobieniu i wzdycham cicho. Drewniana rama jest uszkodzona, więc nawet jakbym bardzo chciała, nie udałoby mi się wymienić samego zatrzasku. Tata w wolnej chwili będzie musiał podmienić jedną część skrzydła. 

Z oddali dociera do mnie ryk motocyklowego silnika i to właśnie on sprawia, że wracam do rzeczywistości. Zaczyna robić mi się zbyt gorąco w kombinezonie. Przez chwilę zapomniałam, że mam go już na sobie – tak bardzo porąbany mam umysł.

Wsuwam na głowę kask, zapinam go pod szyją i siadam bokiem na parapecie. Przerzucam najpierw jedną nogę na zewnątrz, a potem schylam się, uważając, żeby nie walnąć głową o okno, i dokładam drugą. W zębach trzymam rękawiczki, a palce zaciskam mocno na brzegu deski. Wypuszczam spomiędzy warg powietrze, zanim sprawnie skręcam ciało i powoli ześlizguję się tyłkiem z parapetu. Ciężar ciała ciągnie mnie w dół, ale bez problemu potrafię się utrzymać na rękach – ważę czterokrotnie mniej niż yamaha, więc to żaden wyczyn.

Zanim pozwalam sobie na kontrolowany upadek na trawnik, ponownie wypuszczam spomiędzy warg pełen napięcia oddech. Nie zliczę, ile razy uciekałam z domu przez okno, żeby pojeździć w nocy po pustych ulicach miasteczka, ale to wcale nie oznacza, że gdzieś tam nie nawiedzają mnie natrętne myśli, iż mogłabym się połamać.

Znikają jednak w tej samej chwili, w której moje nogi stykają się z trawnikiem. Upadam, podtrzymując się dłonią dla stabilności, i uśmiecham do siebie głupkowato. To musi zajebiście zabawnie wyglądać – dziewczyna w kombinezonie i czarnym kasku z czarną szybką wyskakująca z okna pierwszego piętra.

Gdy tylko uspokajam bicie serca, ruszam żwawym krokiem w stronę motocykla. Przerzucam przez niego nogę, wsuwam kluczyk do stacyjki i chowam stopkę. Nie zamierzam uruchamiać silnika pod domem. Moja rura wydechowa jest zbyt głośna. Dlatego popycham tę ponad czterystofuntową bestię, zapieram się nogami i drepczę powoli – niemalże w miejscu – wyprowadzając ją z podjazdu.

Jeszcze tylko trochę, jeszcze tylko kilka kroków. Wystarczy, że dotrę do krzyżówki i będę mogła ruszyć z kopyta. Jest mi gorąco i już zdążyłam się spocić, ale to zdecydowanie nie przeszkodzi mi w szarżowaniu po pustych uliczkach Fayetteville. 

Z każdą przejechaną milą odczuwam coraz większy spokój. Szum wiatru i wibracje silnika wprawiają mnie w cudowny stan rozluźnienia. To zabawne, bo im bardziej mój umysł się wycisza, im mniej myślę, tym mocniej zaciskam dłonie na kierownicy. Z jednej strony rozluźnienie, a z drugiej… napinanie mięśni.

Nie jestem szurnięta, nie jeżdżę po osiedlowych uliczkach, tylko po terenach przemysłowych, gdzie o tej porze na próżno szukać samochodów na drogach czy ludzi na chodnikach. Okolica wygląda bardziej jak wymarłe, zapomniane miasto, podczas gdy za dnia tętni życiem i nie ma skrawka asfaltu na poboczu, na którym nie stałoby jakieś auto. Niemniej i tak nie przeginam z prędkością. Nie chcę się zabić – zupełnie nie o to mi chodzi.

Dojeżdżam do końca drogi i zawracam tuż przed zjazdem na szutrową drogę prowadzącą donikąd. Przez chwilę stoję w miejscu, rozglądając się uważnie po budynkach, a gdy dalej nikogo nie widzę, wrzucam bieg i ruszam przed siebie. Opór powietrza zwiększa się z każdą chwilą, a ja bardziej pochylam się nad motocyklem. Nie mam pojęcia, ile już tak jeżdżę po mieście, ale mięśnie w całym ciele coraz bardziej dają mi się we znaki. Zaraz będę musiała wracać, bo inaczej jutro zdechnę w pracy, a czeka mnie ośmiogodzinna zmiana w kawiarni.

Zwalniam przed ostatnim skrzyżowaniem i skręcam w prawo, a zaledwie sekundę później, gdy zaczynam już przyspieszać, orientuję się, że z naprzeciwka nadjeżdża motocykl. Ściągam brwi w zamyśleniu, bo nie kojarzę nikogo w Fayetteville, kto miałby czarne kawasaki. Doskonale rozpoznaję maszynę po światłach. Serce gwałtownie mi przyspiesza, bo do głowy nagle wpada myśl, że to Reed. Nie mam pojęcia, skąd ten pomysł, ale… To możliwe, prawda?

Szybko jednak spływa po mnie ulga, bo motocyklista odrywa rękę od kierownicy i klepie nią w kask. Puszczam manetkę i dziękuję mu uniesieniem dłoni, jednocześnie zwalniając. Nie widzę, gdzie miałby stać patrol policji, ale pewnie schowali się za którymś z budynków. Niemniej – gdyby to był Reed, na pewno nie ostrzegłby mnie przed drogówką, prędzej podjudziłby do wyścigu, żebym została ukarana.

Radiowóz mijam dwie przecznice dalej. Funkcjonariusz mierzy moją prędkość, a kiedy go mijam, nie wygląda na pocieszonego. Uśmiecham się do siebie i gdy tylko znikam mu z oczu, dodaję gazu.

Kocham nocną jazdę. Jest bardziej oczyszczająca i uspokajająca niż alkohol, fajki czy jakakolwiek inna używka. Równie jednak niebezpieczna – jak w sumie wszystko, co wpadłoby w ręce nieodpowiedniej osoby. Nawet z plastikowego widelca da się zrobić broń.

Ostatnie mile pokonuję już spokojnie, bez szaleństw. Zatrzymuję się na czerwonym świetle i prostuję plecy, jęcząc cicho. Cholera, przegięłam dziś pałę. Najwyraźniej wcześniejsza wizyta na siłowni i teraz wymuszona, niezbyt wygodna pozycja nie były najlepszym pomysłem.

Zerkam w lusterko, gdy do moich uszu dociera ryk silnika. Unoszę brew na widok kawasaki zatrzymującego się tuż obok mnie i przenoszę wzrok z czarnego lakieru maszyny na kask motocyklisty. Szybka jest czarna i nie jestem w stanie dostrzec twarzy mężczyzny, ale i tak nie odrywam spojrzenia od miejsca, w którym muszą znajdować się jego oczy. Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie potrafię tego zrobić. Po prostu gapię się na niego i dopiero zmiana światła na zielone sprawia, że wyrywam się z chwilowego otępienia.

Ruszam.

A on razem ze mną.

Przyspieszam.

On również.

Jedzie niby na równi z moją yamahą, ale co jakiś czas wyrywa maszynę do przodu, jakby próbował mnie podjudzić do wyścigu.

Zaprzeczam, gdy znowu się ze mną zrównuje, na co przechyla lekko głowę. Odnoszę wrażenie, że się przy tym uśmiecha.

I znowu wyrywa do przodu.

Robi tak, aż nie dojeżdżamy do kolejnego skrzyżowania.

– Nie zamierzam się ścigać! – krzyczę, kręcąc szybko głową.

Unosi dłoń, zwija ją w pięść i porusza nią przy szybce, kręcąc nadgarstkiem, jakby sugerował płacz. Parskam na to śmiechem. Kimkolwiek ten mężczyzna jest, najwyraźniej ma poczucie humoru.

– Może innym razem!

Zwiesza głowę i pewnie gdyby uniósł szybkę, zauważyłabym, że wywinął przy tym wargę. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Chcę go zapytać, czy jest stąd, bo nie kojarzę jego motocykla, ale zanim zdołam się ponownie odezwać, światło się zmienia i koleś wyrywa przed siebie jak z procy. Przez ułamek sekundy mam ochotę zrobić dokładnie to samo, ale w oddali rozbłyskują policyjne koguty i to skutecznie zabija moje chęci.

Wracam grzecznie do domu, jednak przez całą drogę zastanawiam się, czy mój nowy znajomy uciekł policji, czy zjechał na pobocze i przyjął mandat. Aczkolwiek przeczucie podpowiada mi, że ulotnił się, zanim zdołaliby sczytać jego numery rejestracyjne.

O ile w ogóle jakieś miał.

Kiedy kilkanaście minut później przekręcam się na bok w swoim łóżku, z oddali znowu dociera do mnie ryk motocyklowego silnika. Zasypiam przy jego odgłosie, który zamiast się coraz bardziej oddalać i cichnąć, nabiera na sile…

2. Ciężar poczucia winy przysłania przyjemności

CHARLIE

– Nie dzisiaj, Declan – syczę cicho do telefonu. – Pracuję.

– Nie obchodzi mnie to.

Przymykam powieki i zaciskam palce na nasadzie nosa, z całych sił powstrzymując się przed uronieniem chociażby jednej łzy. Kiedyś, dawno temu, kochałam tego słodkiego chłopaka i zrobiłabym dla niego wszystko. Teraz? Teraz marzę jedynie o tym, żeby zniknął z mojego życia raz na zawsze – w jakikolwiek sposób.

– Jutro mam wolne, więc…

– Dzisiaj – przerywa mi warknięciem, które świadczy tylko o tym, że jeszcze chwila i zacznie mi przypominać, co na mnie ma.

A ja nie chcę tego słuchać. Nie dziś.

– Okej – przytakuję z cichym westchnieniem. – Dokąd mam przyjechać?

– Wyślę ci adres SMS-em – oznajmia tuż przed tym, jak kończy połączenie.

Odsuwam telefon od ucha i przyciskam go do piersi, odchylając głowę w tył. Wpatruję się w jasny sufit z kasetonami i odliczam do dziesięciu wspak.

Boże, jak ja siebie w tym momencie nienawidzę.

Ale to nic w porównaniu z tym, jak znienawidziliby mnie rodzice, gdyby się o wszystkim dowiedzieli.

– Charlie?! – Archie zagląda na zaplecze. – Przyjdziesz? Zrobiło się małe zamieszanie.

– Tak, już idę. – Uśmiecham się do niego przepraszająco i wsuwam telefon do kieszonki fartuszka. Wygładzam czarny materiał nerwowym ruchem dłoni, po czym wciągam głęboko powietrze i wracam na główną salę.

Gdy tylko dociera do mnie, że przy kasie jest ogromna kolejka, natychmiast zapominam o telefonie od Declana i skupiam się na pracy. Wszystko jest lepsze od myślenia o kolejnej krzywej akcji, którą sobie wymyślił.

– Wychodzę pojeździć – informuję tatę i całuję go w policzek.

Marszczy brwi i spogląda najpierw na zegarek wiszący na ścianie w salonie, a potem na mnie.

– O dziesiątej wieczorem?

– Potrzebuję pomyśleć.

Przygląda mi się przez chwilę ze skupieniem, po czym wzdycha cicho i uśmiecha się łagodnie.

– Wiesz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać, jeśli coś cię gryzie?

Niewidzialna pięść ściska mnie za serce, a w gardle pojawia się gula wielkości piłki do golfa. Udaje mi się ją przełknąć z ogromnym, naprawdę ogromnym trudem.

– Wiem, tato – zapewniam go spokojnie, starając się cholernie mocno, żeby głos mi przy tym nie zadrżał. – Ale nie chcę gadać. Chcę pojeździć.

– W porządku. – Kiwa nieznacznie głową. – Ale nie przeginaj z prędkością.

– Nigdy nie…

Posyła mi sceptyczne spojrzenie, na co zaciskam usta z całych sił.

– A ostatni mandat wlepili ci przypadkiem – oznajmia z lekkim rozbawieniem.

– To był jednorazowy wybryk.

Nie wierzy mi. Dostrzegam to w jego zielonych oczach i uniesionej brwi.

– No, dobra, może nie jednorazowy, ale tym razem nie dam się złapać.

– Charlie… – W jego głosie rozbrzmiewa ostrzeżenie.

– Żartowałam, tato – kłamię ze śmiechem i raz jeszcze całuję go w policzek, zanim kieruję się w stronę wyjścia.

Wcale nie żartowałam. Naprawdę nie zamierzam dać się złapać. Jeśli ktoś przyłapałby mnie na braniu udziału w nielegalnych wyścigach, miałabym przesrane. Nawet miłość taty ma swoje granice, raczej by mnie nie wydziedziczył, ale zdecydowanie powiedziałby, że się na mnie zawiódł. A to byłoby o wiele gorsze niż awantura. No i mama mogłaby mieć problemy. Może jestem pełnoletnia i odpowiadam sama za siebie, ale to nie zmienia faktu, że moje wyskoki mogłyby się odbić na jej prawniczej karierze. Tak jak początkowo odsiadka dziadka wpływała negatywnie na jej początki w palestrze…

Gdy tylko wskakuję na motocykl, wyprowadzam go po cichu z podjazdu. Nie chcę obudzić ani Coreya, ani mamy. Mój brat niezbyt się dziś czuł, a mama wróciła późno z rozprawy – i to w nie najlepszym humorze. Najwyraźniej sprawy na sali sądowej nie poszły po jej myśli. Za każdym razem, gdy nie udaje jej się doprowadzić do pociągnięcia do odpowiedzialności oprawcy, przez kilka dni snuje się po domu jak cień i dręczą ją wyrzuty sumienia.

Uruchamiam silnik dopiero kilka domów dalej i od razu kieruję się w stronę adresu przysłanego mi przez Declana. Na samą myśl o tym, że znowu mam coś dla niego zrobić, nie otrzymując w zamian zupełnie nic, nie licząc jego milczenia, aż robi mi się niedobrze. Wnętrzności zwijają się w powodujący mdłości supeł.

Zmuszam się do uspokojenia oddechu. Wciągam nosem powietrze i powoli wypuszczam je ustami, skupiając się na bezpiecznej jeździe. Ręce mi się nieznacznie trzęsą, jak zawsze, gdy Declan wymyśli kolejną akcję, ale jakimś cudem udaje mi się nad nimi zapanować. Przemyka mi przez myśl, że może gdybym wpadła w poślizg i połamała się w trakcie jazdy, to może, ale tylko może, by mi odpuścił – chociaż na trochę.

Nie robię tego jednak. To tylko głupie myśli, które nawiedzają mnie raz na jakiś czas. Chociaż… gdybym miała pewność, że przy upadku nie połamałabym kręgosłupa, to…

– Boże, o czym ty myślisz, idiotko? – warczę na siebie, a moje słowa nikną za kaskiem i w odgłosach motocyklowego silnika, jakby nigdy nie wypadły spomiędzy moich warg.

Potrząsam lekko głową i przyspieszam. Tylko prędkość jest teraz w stanie oczyścić mój umysł z cholernie idiotycznych myśli.

Kiedy zbliżam się do niezamieszkałej części Fayetteville, zwalniam i powoli przejeżdżam wzdłuż pustych hal magazynowych. Rozglądam się za policją i jakimkolwiek innym zagrożeniem, które mogłoby czyhać na mnie na miejscu. Cholera wie, czy – albo raczej kiedy – Declan postanowi się mnie pozbyć, bo wiem za dużo.

Zaciskam z frustracji szczęki, gdy dostrzegam chłopaka stojącego pod ostatnim z magazynów. Opiera się o maskę bordowego camaro i zaciąga dymem z tlącej się pomiędzy jego palcami fajki. Obserwuje mnie spod czapki z daszkiem tymi ciemnymi, cholernie upiornymi oczami. Oczami, które dawno temu patrzyły na mnie z czułością, ale gdzieś po drodze zmieniły się na spojrzenie przeklętego diabła.

Zatrzymuję się obok niego. Gaszę silnik i schodzę z motocykla, po czym stawiam yamahę na stopce. Sapię przy tym i dyszę, bo maszyna jest ciężka, ale w życiu nigdy nikogo nie poproszę, żeby mi pomógł. A już na pewno nie Declana. Wystarczająco się już nasłuchałam, nie tylko od niego, że dziewczyna nie powinna prowadzić motocykla, bo nie zapanuje nad pojazdem jak facet.

Idioci.

– Co tym razem? – pytam, podchodząc do chłopaka.

Wyrzucił już niedopałek i teraz opiera dłonie o maskę, nieustannie świdrując mnie spojrzeniem. Zapewne próbuje zlokalizować moje oczy za szybką. To właśnie ten jego wzrok jest jednym z powodów, dla których nie ściągam kasku. Drugi to próba ukrycia mojej tożsamości, na wypadek gdyby ktoś nas podglądał. W drodze tutaj wygięłam rejestrację, żeby nie była widoczna.

Declan wyciąga komórkę i zerka na ekran, po czym chowa ją do kieszeni spodni i odpycha się od auta.

– Jedź za mną – instruuje mnie oschłym tonem, po czym wskakuje na miejsce kierowcy i uruchamia silnik.

Zanim zdołam się poruszyć, debil naciska gaz. W ostatniej chwili udaje mi się odskoczyć na chodnik, podczas gdy on zatrzymuje się zaledwie na cale od mojej ukochanej yamahy. Następnie nieznacznie wycofuje, przez co tylne światła samochodu drażnią ostrym blaskiem moje oczy. Gdy tylko zrównuje się ze mną, opuszcza szybę i pochyla się tak, jakby chciał mnie lepiej widzieć.

– Wsiadaj na motor, Charlie.

Gryzę się w język, żeby mu nie odwarknąć, że motor to on ma pod maską. Nie powinnam go rozwścieczać – szczególnie teraz, kiedy jesteśmy zupełnie sami. Gdyby żyłka mu pękła, nie miałabym jak się obronić. Wątpię nawet, że byłabym w stanie walnąć go w łeb kaskiem. Pewnie bym nie zdążyła.

Tylko dlatego kiwam sztywno głową i ruszam w stronę motocykla. Staram się zachowywać pewnie, gdy chowam stopkę i wsiadam na maszynę. Mam nadzieję, że Declan nie widzi, że znowu zaczynają mi się trząść przedramiona. Okazanie przy nim słabości miałoby cholernie przykre, o ile nie niebezpieczne konsekwencje.

Ruszam sekundę po tym, jak omija mnie swoim wozem, niemal zahaczając zderzakiem o tylne koło yamahy. Robi to specjalnie, żeby wytrącić mnie z równowagi. Wiem o tym, ale to wcale nie zmienia faktu, że wzbiera we mnie wściekłość. Głównie na niego, ale również trochę na siebie. Bo dalej mu się nie postawiłam. Bo ciągle robię to, co mi każe. Bo tak bardzo boję się konsekwencji, że z każdym miesiącem stają się coraz większe, a ciężar poczucia winy przysłania mi wszelką przyjemność z życia. Już nawet nie cieszą mnie chwile spędzane z ojcem w jego warsztacie. Ani to, gdy wspólnie naprawiamy motocykle.

Powoli docieram do momentu, w którym będzie mi wszystko jedno. Przeraża mnie myśl, że wtedy naprawdę zrobię coś głupiego…

Podjeżdżam do tylnego zderzaka Declana, gdy zwalnia przed skrzyżowaniem, ale kiedy tylko przyspiesza, zwiększam dzielącą nas odległość. Trzymam dystans, bo za nic mu nie ufam. Wystarczyłoby, żeby mocniej zahamował, a ja nie zdążyłabym odbić. Wbiłabym się w jego auto i wyleciała jak z procy. Wtedy na pewno spędziłabym kolejne miesiące na rehabilitacji. Nawet drogi strój, który dostałam od taty na dwudzieste urodziny, nie uchroniłby mnie przed skutkami wypadku.

Niepokój wzbiera we mnie z każdą przejechaną milą. Opuszczamy Fayetteville i kierujemy się autostradą w stronę Chester. Ani trochę nie podoba mi się obrany przez Declana kierunek. W Chester są dwie ulice, na których idiota mógł ustawić wyścig. Albo idealnie prosta, długa na półtorej mili droga, albo serpentyny z trzynastoma zakrętami ciągnące się wzdłuż lasu przez dwie i pół mili. Bez żadnych latarni i z cholernie wysokim ryzykiem wpadnięcia na zwierzynę leśną.

Zaciskam mocniej palce na manetkach i wypuszczam spomiędzy warg pełen napięcia oddech. Jeśli sama nie doprowadzę kiedyś do swojego wypadku, żeby wydostać się spod wpływu Declana, to on to zrobi. I nawet mu powieka przy tym nie drgnie. Jest pieprzonym czubkiem, dla którego nasze nastoletnie, zwykle niewinne wybryki stały się sposobem na zarabianie.

A mama tyle razy mi powtarzała: „Nie ufaj temu chłopakowi”, a ja wiedziałam lepiej. Zawsze wiem wszystko lepiej. I co? Proszę bardzo, władowałam się w takie gówno, że nawet jakbym się przez tydzień moczyła w kąpieli z bąbelkami, dalej bym ostro cuchnęła.

Krzywię się do siebie, podczas gdy moje serce zaczyna walić nerwowo w piersi, bo Declan opuszcza autostradę na zjeździe do Chester. Odnoszę wrażenie, że zaraz zemdleję, kiedy nie skręca na prostą drogę, tylko przejeżdża przez skrzyżowanie, kierując się w stronę serpentyn.

Nie mam pieprzonego pojęcia, co on na dziś zaplanował, ale chyba po raz pierwszy od dawna mam ochotę się wycofać. Zatrzymać motocykl, zawrócić i pojechać prosto do domu, żeby powiedzieć o wszystkim ojcu. Żeby… poprosić go o pomoc, choć jest o wiele za późno, niż powinnam to zrobić.

Ściągam brwi w skupieniu, podczas gdy camaro zatrzymuje się tuż za pierwszym zakrętem. Początkowo nie dostrzegam niczego, co mogłoby zwrócić moją uwagę, ale gdy podjeżdżam bliżej, mój wzrok pada na czarny motocykl stojący na poboczu. Otwieram szerzej oczy, w mig rozpoznając w nim kawasaki. Nie widzę nigdzie kierowcy, nie dostrzegam również numerów rejestracyjnych, bo tablica została zdemontowana. Jestem jednak niemal pewna, że to dokładnie ta sama maszyna, którą kilka dni temu spotkałam w Fayetteville.

Przejeżdżam powoli przez ulicę i parkuję kilka kroków za motocyklem. Nie schodzę jednak z yamahy i nie stawiam jej na stopce. Jestem na tyle wysoka, że mogę swobodnie opierać obie nogi o podłoże i czekać na motocyklistę.

A kiedy wyłania się zza drzewa, zapinając rozporek, moje serce opada na dno żołądka, a w uszach zaczyna piszczeć tak głośno, jakby mój zestaw głośnomówiący się spieprzył. Skupiam bowiem wzrok na jasnoniebieskich, niemal stalowych oczach Reeda Westa. Rozchylam wargi i próbuję uspokoić rozszalały oddech, podczas gdy chłopak wita się z Declanem, jakby byli przyjaciółmi. Klepią się po plecach i coś do siebie mówią, ale przez szum tętniącej w moich uszach krwi nie jestem w stanie zrozumieć ani jednego słowa.

A kiedy Reed wreszcie spogląda w moją stronę, kącik jego ust unosi się w kpiącym uśmieszku. To jest jego jedyna reakcja na moją obecność, nie mówi zupełnie nic. Nie jest również zaskoczony moją obecnością, więc doskonale wiedział, z kim będzie się ścigać… W milczeniu naciąga na jasnobrązowe włosy kominiarkę, a potem zakłada czarny kask i wsiada na kawasaki.

Nie potrafię nazwać emocji kotłujących się w moim… ciele. One nie są tylko w głowie, ale czuję je dosłownie pod każdym skrawkiem skóry. Nie wiem, czy jestem bardziej przestraszona, że Reed wrócił, a ja mam się z nim ścigać po serpentynach, czy może zaskoczona, że najwyraźniej utrzymywał kontakt z ludźmi z Fayetteville. Że utrzymywał kontakt z Declanem, który – jakby nie patrzeć – pośrednio przyczynił się do wydarzeń sprzed dwóch lat.

– Masz wygrać. – Declan staje obok i ściska mnie boleśnie za ramię.

Reed tego nie dostrzega, bo skupia się na wyprowadzeniu motocykla na drogę. Gdyby jednak widział, wątpię, żeby go to w jakikolwiek sposób obeszło.

– O co się z nim ścigam? – pytam ze ściśniętym gardłem.

Chłopak wykrzywia usta w kpiącym uśmiechu i… totalnie mnie olewa, odchodząc w stronę auta. Wskakuje na miejsce kierowcy i ustawia camaro tuż za kawasaki. Światła samochodu rozświetlają ciemną drogę i już wiem, że niczego więcej się dziś nie dowiem. Nawet nie jestem pewna, czy chcę cokolwiek wiedzieć. Może lepiej byłoby, gdybym żyła w słodkiej nieświadomości, chociaż bardziej adekwatnym określeniem jest „gorzka nieświadomość”, bo wszystko, co związane z Declanem, smakuje goryczą.

– Ruszacie, kiedy zgaszę światła! – przekrzykuje ryk motocyklowych silników, gdy tylko ustawiam się obok czarnego kawasaki.

Zerkam na Reeda, a kiedy on nie zwraca na to uwagi, zupełnie tak, jakbym była powietrzem, coś boleśnie ściska mnie za trzewia. Olewa mnie, ale nie jestem naiwna. Nie zapomniał o swojej obietnicy zemsty. Nie mam pojęcia, jak zamierza jej dokonać, ale co do jednego mam pewność – moje kłamstwa ujrzą światło dzienne. Tylko ode mnie będzie zależało, jakie przyniosą ze sobą konsekwencje i czy uda mi się uchronić przed nimi moich rodziców, a przede wszystkim mamę.

3. Powoli serwowana zemsta smakuje najlepiej

REED

Wiecie, co jest zabawne, kiedy stajesz niemal oko w oko z osobą, która zniszczyła ci życie, a której obiecałeś zemstę? To, że w ciągu zaledwie ułamka sekundy wyczuwasz przepełniający ją strach i niepewność. Obserwowanie kątem oka, bez poruszenia głową, jak Charlie mocno zaciska dłonie na manetkach, jak trzęsą jej się nogi, gdy próbuje utrzymać pod swoim galaretowatym ciałem ciężar maszyny, jest lepszym uczuciem niż pieprzenie się z kimkolwiek bez cholernej gumki. Tak naprawdę nic jeszcze nie zrobiłem, a przez umysł Charlie Walker już przelatują myśli o tym, że zepchnę ją z asfaltu podczas wyścigu. Że przetnę jej drogę, zahamuję przed nią albo odepchnę kolanem, byleby straciła równowagę i runęła na ulicę.

Ale nie… To byłoby zbyt proste i kompletnie nie w moim stylu.

Nie zamierzam szybko zrywać plastra. Planuję sprawić, że uwierzy, iż zapomniałem o obietnicy zemsty. Może nawet zaskarbię sobie jej zaufanie? Może… Ale tylko może przelecę ją kilka razy, podbierając Declanowi jego ulubioną marionetkę? A potem w sobie rozkocham?

Uśmiecham się do siebie na ostatnią myśl. To byłoby coś. Mógłbym wmówić jej, że ostatnie dwa lata spędziłem w ośrodku, który nauczył mnie wybaczać. Który pokazał mi, że każdy popełnia błędy i nie powinno się traktować nienawiści jako paliwa. Aż zacznie żyć nadzieją, że nie planuję się mścić.

I wtedy ją złamię.

Dokładnie tak, jak ona złamała mnie.

Z zamyślenia wyrywa mnie głośniejszy warkot silnika camaro. Natychmiast skupiam się na łunie jasnego światła rozświetlającego drogę przed nami. Gdzieś pomiędzy drzewami migają mi błyszczące oczy. Sarny? Lisa? Cholera wie i ani trochę mnie to nie obchodzi.

W tej samej sekundzie, w której Declan gasi światła, wyrywam gwałtownie do przodu. Silnik wibruje pomiędzy moimi nogami, a pęd wiatru zmusza mnie do obniżenia torsu. Pochylam się i przyspieszam, kompletnie nie zwracając uwagi na yamahę tuż obok.

W pierwszy zakręt wchodzę powoli. Pozwalam, żeby dziewczyna mnie wyprzedziła. Nie przeszkadzam jej, gdy mnie omija. Uśmiecham się za to do siebie, gdy zerka przez ramię, jakby zaskoczyło ją moje zachowanie. Pewnie na jej miejscu zrobiłbym to samo.

Jadę tuż za nią. Kiedy przyspiesza, ja również to robię. Gdy tylko zwalnia – rozluźniam uścisk wokół gazu, żeby nie wpieprzyć się w yamahę. Chociaż, nie powiem, wizja rozpieprzonego motocykla Charlie i jej zapłakanych oczu z powodu utraty ukochanej maszyny jest cholernie kusząca. Niemniej – nie jestem mordercą i nie zamierzam się nim nagle stawać. Nie o to w tym chodzi. Chcę, żeby miała nauczkę, żeby zobaczyła, jak bolesne potrafi być zaufanie niewłaściwej osobie. Jak kurewski ból przeszywa twoje ciało, gdy orientujesz się, że ktoś, za kogo oddałbyś życie, wbił ci sztylet w serce i przekręcił go bez mrugnięcia okiem.

Przez kolejne sześć zakrętów wchodzę jej na psychę. Przyspieszam, dojeżdżam do tylnego koła yamahy, i w ostatniej chwili odbijam lekko w bok. Za każdym razem, gdy to robię, Charlie zerka za siebie. Aż żałuję, że przez ciemną szybkę nie mogę dostrzec przerażenia w jej spojrzeniu.

Odkąd wyjechałem z Fayetteville, wyobrażałem sobie jej niebieskie, błyszczące od łez i wypełnione strachem oczy. Rozchylone usta i twarz wykrzywioną w przerażeniu. Moja wyobraźnia to jednak nic w porównaniu z rzeczywistością. Wiem, po prostu wiem, że gdy zobaczę na żywo pochłoniętą strachem i bólem Charlie, to będzie najpiękniejszy dzień w moim życiu.

Przekona się na własnej skórze, jak to jest, gdy rodzice patrzą na ciebie z zawodem. Jak ich zachowanie się zmienia, gdy tylko pojawiasz się w domu. Jaki ból sprawiają słowa: „Zawiodłeś mnie, synu” albo „Nie spodziewałem się tego po tobie”.

Zaciskam mocno szczęki na samo wspomnienie wyrazu twarzy ojca, gdy się dowiedział, w co się wpakowałem. Jego mina, gdy usłyszał postawione mi zarzuty… Gdy dotarło do niego, że jego syn okradł czyjś dom, jakby nie miał wystarczającej ilości pieniędzy na koncie, żeby nie pracować przynajmniej do trzydziestki, prześladuje mnie do dziś. Nigdy nie patrzył na mnie w ten sposób, jak wtedy. Z chłodem i dystansem, jakbym nie był jego synem. Jakbym go zawiódł. Nawet na Gabriela nigdy tak nie spojrzał, a przecież każdy wie, że mój brat jest tylko w połowie moim bratem i niewiele ma wspólnego z genami mojego ojca. I chyba dlatego tamte wydarzenia aż tak zapadły mi w pamięć i aż tak cholernie mocno zabolały.

Jego suchy śmiech, gdy powiedziałem mu, dlaczego ukradłem tę pieprzoną kolię, nawiedza mnie niemal co noc.

– Mógłbyś kupić jej sto takich świecidełek, a ty wybrałeś kradzież? Pieprzoną kradzież?

– Sam okradałeś ludzi – warknąłem, doskonale pamiętając rozmowę, na której przyłapałem go kiedyś z wujkami Cade’em i Dexterem.

– Nie porównuj się do mnie. – Spojrzał na mnie z góry. – Różnica między tymi kradzieżami jest taka, że w moim przypadku chodziło o czyjeś życie, a nie pieprzone widzimisię!

Nie odważyłem się mu powiedzieć, że jest hipokrytą. Nie pisnąłem ani słówka o tym, że wiem, jak rozpoczęła się jego znajomość z mamą. Gdzie ją poznał i jak na początku traktował. Ale nie dlatego, że bałem się jego reakcji. Nie wspomniałem o tym, bo wiem, ile dla niej poświęcił. Wiem, jak starał się przez całe moje życie wpajać mi, że nie podążę jego śladami. Że nie będę taki jak on. Że stanę się lepszy.

Ale coś mu nie wyszło.

I dlatego tak się wściekł.