Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
19 osób interesuje się tą książką
Jurata, lato 1938. Słońce nad najmodniejszym kurortem w Polsce zasnuła mroczna mgła…
Od czasu wyjazdu do Zakopanego, który niespodziewanie zamienił się w poszukiwanie przyjaciółki i rozwiązywanie kryminalnej zagadki, życie Zuzanny się zmieniło. Z kobiety drżącej o losy swojej galerii stała się symbolem sukcesu. Na dodatek zmieniła stan cywilny – rozwiodła się z kapitanem Orłowskim i ponownie wyszła za mąż, mimo że przysięgała sobie, iż już nigdy tego nie zrobi. Nie sądziła też, że jeszcze raz przyjdzie jej wziąć udział w śledztwie, i to w takim, którego stawka przewyższa wszystkie jej poprzednie przygody. Wakacyjny wyjazd do Juraty, będący zarazem podróżą poślubną, zamienia się w ciąg zdarzeń jak z powieści Agathy Christie. Ich sceną staje się Jurata – polskie Palm Beach – idylliczny zakątek dla bogaczy i ludzi z towarzystwa, który nagle okazuje się miejscem pełnym mrocznych tajemnic.
Co łączy tragicznie zmarłą aktorkę z samobójcą? Co stało się z zaginionym biznesmenem? Jak splotą się losy ludzi żyjących myślą o zemście? Co łączy ich z wielką polityką i wczasowiczami z Juraty? I wreszcie – kim jest egzekutor z Sopotu?
Czy są to jedynie niezwiązane ze sobą grzechy i grzeszki zazdrosnych małżonków, wierzycieli, szpiegów i handlarzy bronią, czy może elementy zabójczego spisku?
Wszystko to wydarzy się latem 1938 roku, gdy sytuacja międzynarodowa staje się coraz bardziej napięta…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 317
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Moim i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Przyjaciołom
Kaśce Zawidzkiej-Regulskiej, Mariuszowi Regulskiemu, Agnieszce Gajewskiej
oraz jedynemu w swoim rodzaju Zbigniewowi „Poldkowi” Dobroszowi.
Bawcie się dobrze, Kochani!
Prolog, który jest zimą dla jednej, a przedwiośniem dla kolejnych opowieści, zapowiedź tego, że losy postaci tajemniczych i dobrze znanych splotą się ze sobą. Czy ujawniamy za dużo? Ależ skądże, przecież każdy doświadczony czytelnik i bywalec teatru wie, że jak chce tego Czechow, jeśli w pierwszym akcie pojawia się wisząca na ścianie strzelba, to po to, by wystrzelić w akcie ostatnim
Zoppot
Noc sylwestrowa z roku 1937 na 1938
Nie tylko rok, ale i pierwszy miesiąc pracy dobiegał końca. Był kontent i radził sobie pierwszorzędnie, choć nie było to doskonale znane mu zajęcie subiekta. I nie było dawnych krajobrazów, ale za to był nowy, równie piękny – morze, plaża, urocze budynki, a jak jest to wszystko, to są i one: kobiety piękne jak w tamtym, dawnym życiu. I lekkomyślne, czasem wręcz bezmyślne, ale ważne, że szukające przygód i że w ich masie, przewijającej się przez jego nowe miejsce pracy, zdarzały się panie i dziewczęta jeśli nie piękne to przynajmniej ładne.
W tamtym życiu, niedawnym całkiem, ale odległym jakby o wieki całe, a nie miesiące robił w pracy z grubsza to samo, miał za główny atut swą prezencję: wysportowaną sylwetkę, miłe oblicze, galanterię i znajomość języków, w tym niemieckiego i polskiego. Pierwszorzędnie dawał sobie radę z gośćmi, robił na nich dobre wrażenie, uzupełniając swą osobą cały ciąg ludzi, zdarzeń i szczegółów, które przekonywały klientów o tym, że są w miejscu wyjątkowym, gdzie każda wydana marka, nie jest przegraną, ale wydatkiem przeznaczonym na przeżycie wielkiej przygody i niezapomnianych emocji w doborowym towarzystwie i z pierwszorzędną obsługą.
Przyjechał tu jesienią, nieomal chwilę temu i z miejsca dostał posadę, o którą walczyło wielu. Był świetny, wiedział o tym nie tylko on, była to opinia w pewnych kręgach powszechna, ale niekoniecznie w błyskawicznym tempie ta wiedza miała dotrzeć do kierownictwa zakładu będącego doskonałym pracodawcą. Z tego właśnie powodu docierały do biura firmy anonse wielu młodych ludzi przekonanych, jak i on, o swojej doskonałości. Ale on miał tu wejścia, a dokładnie wejście. Był tu jakiś anioł stróż, który czuwał nad nim, reprezentując ludzi, od niedawna będących jego bogami wszechmogącymi. To oni, kiedy wydawało mu się, że jest w matni, dali mu propozycję, której odrzucić nie mógł, bo nie tylko ratowała go przed więzieniem, ale i dała posadę lepszą od poprzedniej. Nie ma nic za darmo, więc wiedział, że będzie musiał spłacać dług, nie mając na razie pojęcia, w jakiej walucie i jak długo będzie to robił. Ich łącznik, ów anioł stróż, który go tutaj umieścił, kim był? Tego jeszcze nie wiedział, jeszcze go nie znał. On miał mu się kiedyś objawić, może podejdzie do niego i szepnie coś do ucha, a może nie. Dobrze, by jednak do tego nie doszło, by anioł zapomniał o nim, bo bał się, jaki szept może dojść do jego uszu.
Na razie robił swoje, pracował jako pomocnik, nad którym stał sekretarz stołu, kolejny w hierarchii był marker, a po nim, jak mawiali Anglicy, dealer znajdujący się nieomal na szczycie drużyny, bo na samej górze był inspektor stołu. A że stołów i drużyn było kilka, to ponad nimi wszystkimi był kierownik sali, jeden z kilku, bo nie była to jedyna sala, a im wszystkim przewodził kierownik zmiany. Każdy z jego kolegów miał nadzieję na awans, po dwóch, trzech latach, pnąc się w hierarchii, bo doświadczeni pracownicy i przełożeni odchodzili z pracy, niektórzy na emeryturę, inni, odłożywszy kapitał, budowali domki z pokojami dla letników, pozostali szli do nowej roboty, mając dość pracy na noce.
– Jeszcze jakieś dziesięć, góra piętnaście lat i zostanę inspektorem stołu – rozmarzył się kiedyś przy wyjściu na papierosa Lothar, jeden z pomocników, pracujący jak on przy stolikach w Sali Żółtej – a wtedy prosta droga do tego, by objąć stanowisko kierownika sali!
– Masz słuszność, Lothi – wtrącił się nagle, zwykle sceptycznie nastawiony do życia, ponury i jak się wydawało tępawy Siegfried. – Ja to szybko policzę. – Ożywił i zaczął rachować na palcach. – W 1947 będziesz inspektorem stołu, kierownikiem sali… – zamyślił się, a Lothar wlepił w niego wzrok, jakby miał do czynienia z maszyną do gier, która za moment objawi szczęśliwy numer – w 1955.
– Dopiero? – Lothar był rozczarowany. – Będę miał już czterdzieści pięć lat!
Wyglądał na zrezygnowanego, przytłoczonego wizją przyszłości, która choć malowała się w barwach jasnych, to jednak dojście do upragnionego awansu miało zająć niepokojąco długi czas.
– A wiesz, kiedy zostaniesz dyrektorem kasyna, szefem nas wszystkich? – zapytał Siegfried z takim animuszem, że wyrwał Lothara z krótkotrwałego stuporu. – Kiedy, kiedy to się może stać? – zapytał z nadzieją.
– Mój drogi Lothi… – Siegfried położył mu rękę na ramieniu i z powagą, patrząc w oczy, powiedział głosem kaznodziei: – Podług moich rachunków będzie to w roku 2050!
Zapadła cisza, po czym nastąpił wybuch śmiechu, okazało się, że Siegfried był nie lada jakim kawalarzem. Śmiał się i on, choć był jak Lothar siódmy w kolejce do dyrektorskiego fotela, co nie znaczy, że ostatni, bo przecież kucharze i kuchciki, szwajcarzy, sprzątaczki. Tylko w jego części firmy pracowało sto pięćdziesiąt osób, a była to zaledwie jej połowa. Dobry, sławny na kilka państw pracodawca zatrudniał przede wszystkim Niemców, ale także przedstawicieli innych narodowości, w tym Polaków, bo to Polacy byli gośćmi, którzy zostawiali w kasie przedsiębiorstwa największe pieniądze, nie mogąc tego robić w granicach swojego odrodzonego dziewiętnaście lat temu, a posklejanego w całość, przed ledwie szesnastu laty kraju. Bo Rzeczpospolita Polska nie chciała u siebie hazardu, za to Wolne Miasto Gdańsk jak najbardziej, choć nie w granicach miasta. Od tego miało na terenie swojej republiki kurort Zoppot, a w nim nie tylko piękne, drewniane molo i plaże, ale i kasyno, które niezmiennie przynosiło piękne dochody.
Pieniądze płynęły tu szerokim strumieniem, przy akompaniamencie szumu ruletki, szeleście kart oraz komend krupierów prowadzących gry w ruletkę i bakarata. Towarzystwo, które prowadziło częściej kosztowną niż dochodową zabawę, było różne, ale zawsze z pieniędzmi i koneksjami, państwo z towarzystwa mogące sobie pozwolić na takie ryzyko. Zdarzali się też w tym bogatym tłumie cwaniacy, farmazony i szulerzy, ale ich żywot był iście motyli, pracująca dla kasyna i hotelu ajencja detektywistyczna najmowała do pracy doskonałe psy gończe, tak skuteczne, że zastanawiał się, patrząc na ich spostrzegawczość i pilną postawę, czy kiedyś któryś z nich dostrzeże w nim coś podejrzanego. Zdawało się to jednak niemożliwe, by któryś z ajentów sopockiego Pinkertona czy nawet któryś z gości, z którym stanął kiedyś twarzą w twarz, mógł go rozpoznać. Jego emploi uległo przecież diametralnej zmianie, począwszy od stroju, eleganckiego, służbowego uniformu, skończywszy na obliczu i włosach, które już nie były niesforne, lecz równiutko przycięte, po bokach wygolone, wypomadowane jak hełm, a pod nosem miał fryzjerski wąsik. Twarz i oczy zasłaniały okulary o lekko przyciemnianych szkłach, jakby jego oczy cierpiały na zwyrodnienie plamki żółtej albo odwarstwienie siatkówki i właśnie tą drugą przypadłością tłumaczył przyciemniane okulary, które dopełniały obrazu zupełnie innego człowieka. Ten nowy człowiek w nowym życiu szykował się do zakończenia paskudnego, starego 1937 roku. Kiedy strzeliły korki od szampanów, zrobiło się nieco swobodniej i pracownicy kasyna zaczęli sobie składać życzenia, pomyślał, że ten nowy, 1938, będzie taki jak trzeba. Swoboda rozlewała się na salę do bakarata, co mocniej wkropieni goście zaczęli się także ściskać z personelem. Była wśród tych entuzjastów bratania się z krupierską bracią także całkiem przystojna dama. Jako pracownik nie mógł się do niej wyrywać, stał na posterunku i czekał, aż podejdzie, bo wyłowiła go wzrokiem i zgarniając kelnerowi z tacy dwa kieliszki szampana, szła lekko tanecznym krokiem w jego kierunku. Z wolna, kołysząc się, pokonywała dystans, jakieś dziesięć sekund, mniej więcej tyle ile zajmuje temu amerykańskiemu Murzynowi Owensowi przebiegnięcie stu metrów. I wtedy poczuł klepnięcie w plecy, obrócił się, ale nie stanęła przed nim kobieta konkurencyjna dla damy z szampanem, lecz Siegfried Overath, sekretarz stołu przy którym pracował.
– Szczęśliwego nowego roku, Waldi! – powiedział na tyle szybko, że Waldemar miał nadzieję, że zdąży na toast z ponętną panią.
– Szczęśliwego, Siggi! – chciał mieć to szybko z głowy.
– Zanim zacznie się pierwsza w tym roku partyjka, pójdźmy na papierosa – powiedział zdecydowanym tonem.
– Ale ja… – zaczął Waldemar.
– Nawet Martyna nie zatrzyma Wilimowskiego – usłyszał niespodziewane, ale znane słowa, wyszeptane przez niemieckiego kolegę po polsku, wyraźniej i z lepszym akcentem niż wtedy kiedy rozmawiał z polskimi klientami.
– Ten dzisiejszy Martyna z pewnością nie, ale kiedyś, z czasów, jak grał w Legii… – odpowiedział tak, jak się tego wyuczył, bo nie był wielkim miłośnikiem futbolu.
– Nawet dwóch Antałków z Legii nie dałoby rady Eziemu, nawet pijanemu i po nieprzespanej nocy – usłyszał słowa, których się spodziewał.
– Ale nikt tak jak Antałek – Martyna nie bije wolnych i karnych! – Waldek odgrywał swoją rolę.
Zapadła chwila milczenia.
– Stefan – podał swój kryptonim Siegfried.
– Batory – zamknął sprawę Waldek, który już wiedział, że musi pójść na papierosa i że nowy rok nie rozpoczął się tak, jakby to sobie wymarzył, ponętna zwolenniczka picia szampana z personelem Kasino Zoppot musiała zmienić plany, oni zaś wyszli przed budynek, znajdując miejsce osłonięte od styczniowego wiatru i odległe od innych amatorów spędzania pierwszych minut nowego roku na mroźnym powietrzu.
– To ty mnie tu wkręciłeś? – zapytał, gdy zapalili.
– Żartujesz, za krótki na to jestem i pojęcia nie mam, ale ten, który cię tu wstawił, musiał mieć wobec kogoś z kierownictwa nie lada jakiego asa w rękawie.
Chciał jeszcze o coś zapytać, choć nie bardzo wiedział o co, bo chciał pytać tylko po to, by odwlec chwilę, w której usłyszy instrukcje. Koniec laby, pewnie zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami będzie przyglądał się wybranym gościom, może ich nawet śledził, albo, czego wolałby nie robić, sprawdzić kieszenie lub myszkować w pozostawionych w pokoju rzeczach. Mogły to być także zadania do wykonania w Gdańsku, kto wie?
– Już się tutaj urządziłeś, znasz trochę Sopoty, Oliwę, w której mieszkasz, jeździłeś do Gdańska, wiesz co i jak, prawda? – Nie czekając na odpowiedź Siggi, Stefan ciągnął dalej: – Pracujesz dobrze, jesteś obowiązkowy, nie będzie z tobą kłopotów, taki raport zresztą zdałem wyżej. Powoli dochodzisz do punktu, w którym będzie można ci zlecać zadania, ale… – To „ale” nie brzmiało dobrze, zwiastowało kłopoty, Waldi – Batory nie mylił się. – To powinno poczekać, ale musisz wejść do gry już dzisiaj.
– Co mam zrobić? – Miał jeszcze nadzieję, że to coś błahego.
– To nie będzie łatwa sprawa. – Sekretarz stołu Siegfried Overath zaciągnął się mocno, jakby teraz on potrzebował pauzy, wypuścił po dłuższej chwili chmurę złożoną z tytoniu i pary, która przecięła zimowe powietrze. – Może się źle wyraziłem – uśmiechnął się krzywo – w sumie to sprawa łatwa, ale mało przyjemna, na tę chwilę, bo pewnie się przyzwyczaisz. Widziałeś tego hałaśliwego człowieka w białym smokingu?
– Polak? – zapytał ochrypłym z emocji głosem.
– Inżynier jakiś, wyłowiłem to, bo dużo mówił, podpity był, za kobietami się oglądał, nazywał się… – usiłował sobie przypomnieć, jak wołał do niego podpity grubas, chyba Herr… – widział tę scenę, widział, jak padają sobie w ramiona – Wosz! – krzyknął triumfalnie – on nazywał się Wosz, ten grubas, do którego on z kolei krzyczał Herr Sommer, tak do niego wołał.
– Nie, panie Batory, nie… – Siggi się uśmiechnął.
– To znaczy ma, a nie miał, no przecież żyje jeszcze. – Zdobył się na uśmiech.
– Dobrze powiedziane: jeszcze… ta kanalia jeszcze żyje, ale nazywa się Woch, a nie Wosz, Sommer przekręca nazwisko. A teraz powiem ci co dalej – dodał, a Waldi wiedział już, że od tej nocy nie będzie już pomocnikiem stołu, lecz agentem Batorym, zanim usłyszał, w czym weźmie udział, przypomniał sobie słowa „ta kanalia jeszcze żyje”.
– Dlaczego właśnie ja? – zapytał, gdy usłyszał, co ma zrobić. – Bo ja mam robotę czystszą, ale bardziej skomplikowaną, chętnie bym się z tobą zamienił, bo ryzyko będzie nieporównywalne, tylko czy to potrafisz robić wytrychami? Nie? Nie, to koniec dyskusji, wiesz czym i co masz robić, Auf gutes Spiel!
Trzy godziny później w Sali Żółtej, gdzie były stoły do bakarata i Grosse Roulettensaal, gdzie kręconą ruletą, gry zostały zakończone. Wocha nie uratowało to przed zgraniem się, jak szeptano, nie był to pierwszy taki raz, a on sam zachowywał się, jakby jego zasoby były niewyczerpywalne, a pewność siebie nie znała granic. Spił się i żądał kobiet, ale tak wyglądał i zachowywał się tak, że żadna z pań nie obdarzyła go swoim towarzystwem, wtedy podszedł do niego jeden z detektywów czuwających nad porządkiem w kasynie i hotelu, po czym szepnął mu coś do ucha. Woch, zadowolony, wymaszerował chwiejnym krokiem z sali, idąc w kierunku korytarza, którym goście przechodzili z kasyna do hotelu. Waldi musiał nadłożyć drogi, wyjść przez drzwi dla personelu, przejść po dworze do wejścia dla służby hotelowej, dojść do apartamentu Wocha. A potem…
– Panie inżynierze! – Musiał pukać jeszcze raz, bo Woch choć napalony i czekający na dziewczynkę obiecaną przez detektywa mógł nie doczekać i zwalić się do łóżka, jak stał, w ubraniu i butach.
– Panie inżynierze… – Nie można za głośno, trzeba dyskretnie, nikt nie może go zobaczyć. Nacisnął na klamkę, zamek puścił, dobrze naoliwione zawiasy nie skrzypnęły. Wchodzi do środka, przez salonik wchodzi do sypialni, a tam inżynier Zygmunt Woch leży na łóżku, w tym swoim białym smokingu, w spodniach i lakierkach, a spod przystrzyżonego wąsika rozlega się pijackie rzężenie. Wyjmuje z kieszeni buteleczkę z chloroformem, skrada się i wtedy! Inżynier otwiera oczy, chce w niemym przerażeniu zaprotestować, krzyknąć, ale jest tak zdziwiony, że wydusza z siebie tylko – a gchdzchie są kurwy, o cscho chodzi? Zaraz przerodzi się to w ryk, więc Waldek rzuca się na niego, zatyka usta tamponem nasączonym chloroformem, odczekuje parę sekund i ma pod sobą bezwładnego inżyniera Zygmunta Wocha. Teraz musi go rozebrać, wsadzić do wanny, włączyć wodę i zrobić mu zastrzyk z morfiny, taka była instrukcja, żeby Woch dołączył do grona morfinistów, którzy wprost z Sopotów przejechali się do bozi, jak ten angielski pacykarz Willy Stief, o którym myślano, że się zgrał i z tego powodu popełnił samobójstwo. Nic z tych rzeczy, ów człowiek przyjechał tu, by w luksusowych warunkach oddawać się nałogowi, był bowiem morfinistą, który ani razu nie przekroczył progów kasyna, za to z zapałem równym wpatrywaniu się w krążącą po kole rulety kulkę, wstrzykiwał sobie kolejne porcje narkotyku i jak to często bywa, w poszukiwaniu coraz to mocniejszych doznań zwiększał porcje, aż przedawkował.
Tak to właśnie będzie zainscenizowane, bo choć inżynier był przede wszystkim hazardzistą, to miał także opinię człowieka nieżałującego sobie absolutnie niczego: luksusowego jedzenia, alkoholu, dziewczynek, a także narkotyków. Trzeba tylko pamiętać, by strzykawkę koniecznie położyć przy wannie. Dawka narkotyku powinna go zabić, ale najlepiej, jeśliby powodem było także utonięcie, więc jeszcze włoży mu łeb do wody.
Zgłuszyć chloroformem, rozebrać, dać zastrzyk i to w żyłę, zawlec do łazienki, włożyć do wanny, odkręcić wodę, pamiętać o strzykawce!
Nie! Nie! Nie!
Nie będzie takich korowodów, rozegra to po swojemu, niech sobie Ziggi w dupę wsadzi zawiłe pomysły. Biegiem wspiął się pustymi schodami dla służby hotelowej, dogonił Wocha przy drzwiach.
– Panie inżynierze!
– Cscho?
– Zaraz będą prima sort panny! – Woch się rozpromienił, a Waldek wepchnął go do środka, przystawił do szyi nóż i pociągnął go w kierunku łazienki.
– O cscho chodzi? – wychrypiał przerażony Woch.
– O ten tramwaj, co nie chodzi – odpowiedział mu, po czym chwycił za głowę i uderzył nią o brzeg wanny, rozległ się trzask pękającego czoła, inżynier leżał w powiększającej się kałuży krwi. Waldi wyciągnął z kieszeni chusteczkę, Ziggi mówił, by nie zostawić odcisków palców, tak uzbrojony sięgnął do kieszeni i wyjął z niej strzykawkę z morfiną. Zygmunt Woch odchodził, rzężąc i drgając w ostatnich sekundach swojego życia. – Zabiłeś się sam, zdrajco, skurwysynu – mówił do niego, a wkładając mu strzykawkę do kieszeni białego smokinga, dodał – i żeś nawet nie zdążył, zapijaczony szmaciarzu, zażyć morfiny. – Podniósł się i sięgnął po słuchawkę prysznica, odkręcił kurek, ustawił go na delikatny strumień i polał na podłogę łazienki i podeszwę jednego z lakierek Wocha. – Nie zdążyłeś posmakować morfiny, bo żeś się pijaku poślizgnął – po czym zatkał wannę i odkręcił wodę – i z tego wszystkiego nie utonąłeś łajdaku w wannie, odurzony i pijany, tylko po prostu rozbiłeś sobie łeb. Tak czy owak, o tym, że zdechłeś, zaalarmuje służba hotelowa, po którą zadzwonią ci z dołu, którym woda z wanny zacznie zalewać apartament.
Otarł pot z czoła drżącymi rękoma. Uleciał z niego animusz. Opuścił apartament zamordowanego przez siebie człowieka jak lunatyk, i w takim stanie zszedł schodami, po czym ruszył do wyjścia, wyszedł na mróz, ale nie czuł zimna, kojący szum morza świetnie na niego działał. Ruszył w kierunku plaży. Kiedy brnął przez piasek, usłyszał głos.
– Wir haben noch keinen Neujahrs Toast getrunken, mein Hübscher! – Nie wypiliśmy toastu, mój przystojniaku – dotarło w końcu do niego. Nie znał tego głosu, ale gdy się obejrzał, zobaczył tę przystojną kobietę z kasyna. Stała na plaży zupełnie nierealna, w długim futrze, z powiewającym na wietrze boa i z butelką szampana. Zatem ten rok wcale się tak źle nie zaczął!
Zakopane
Noc z 8 na 9 stycznia 1938, pierwsza sobota karnawału
Padł na kolana. Zdarza się. Zwłaszcza mężczyznom, którzy się oświadczają. Zwłaszcza pięknej, energicznej i mądrej kobiecie. I wciąż młodej, robiącej karierę, majętnej i dobrze ustosunkowanej, bo taką niewątpliwie była Zuzanna Wrońska. Nie każdy jednak robi to w kopnym śniegu, przy trzaskającym mrozie, w blasku tatrzańskiego księżyca, w wirujących płatkach śniegu, które skrzyły się w księżycowej poświacie. Tło tego wydarzenia stanowiła karczma i smreki okryte czapami śniegu, słychać było góralską muzykę, śpiew i tupot nóg wycinających kroki zbójnickiego. To było tak, jakby grafik Skoczylas, kompozytor Szymanowski i jakaś autorka ckliwych romansów dla kucharek pospołu wymyślili tę scenę. Tak by pomyślał ktoś, kto nie znał klęczącego w śniegu Leopolda hrabiego Walewskiego, dla tych mających wiedzę o życiu i tajemnicach młodego arystokraty za scenariusz odpowiadałby raczej Dołęga-Mostowicz, a może i Krzywicka z Boyem razem wzięci. Niewielu jednak, bądźmy szczerzy, tylko on sam, jego siostra i pewien mężczyzna mieli pojęcie o tym, że nie po raz pierwszy z takim patosem rzucił na szalę swoje uczucia i honor, że zrobił to kiedyś pośrodku pola golfowego, a dokładniej w kałuży błota, brukając przy tym eleganckie kremowe pumpy i rozbryzgując maź na równie eleganckich spodniach mężczyzny, któremu wyznał swą miłość. Tak, mężczyzny, bo choć hrabia Poldek mógłby w sobotni wieczór wypełnić atrakcyjnymi damami nie tyle dorożkę, co cały autobus, to jednak gustował w płci, której sam był wcale przystojnym i interesującym przedstawicielem. Nikt nie jest doskonały – wzdychała zakochana w nim prezesówna Skotnicka. Jakież to marnotrawstwo i nieporozumienie! – grzmiała w myślach Stefania Wóycicka, dama, która kolekcjonowała mężczyzn, z niebywałym zapałem i absolutnie bez pardonu, nie patrząc na to, czy są wolni, żonaci, czy też w przeddzień ślubu. Nieważne jakiego, czy takiego, który brali z narzeczoną, czy takiego, którego udzielali jako kapłani. Sodomita i rozpustnik, paskudztwo, że też nie ma na to kary – burczała pod nosem, jednocześnie żegnając się, Alicja Sędzicka, jego sąsiadka z kamienicy przy ulicy Czackiego, kobieta nobliwa i szczególnie wyczulona na te sprawy, bo jej wnuczka uciekła z muzykiem jazz bandu, w dodatku śniadym, żeby nie powiedzieć czarnym.
Kobieta, przed którą padł na kolana Leopold hrabia Walewski, znała go aż nazbyt dobrze, by być przygotowaną na taką demonstrację. Nie spodziewała się tego, wychodząc przed gospodę, w której odbywało się wesele, bo przecież wiedziała o jego miłosnych wyborach, ba, miała nawet okazję poznać kilku bliskich mu mężczyzn. Zuzanna Wrońska wyszła z coraz duszniejszej, rozpalonej nie tylko ogniem kominka, ale i energią biesiadujących, roztańczonych weselników sali, nie po to, by odetchnąć świeżym, mroźnym powietrzem, ale by ochłonąć po rozmowie z panną młodą. Musiała schłodzić głowę po tym, czego się dowiedziała, a była to opowieść wyjaśniająca to, co działo się podczas kilku szalonych dni w Zakopanem, które przeżyła parę miesięcy temu. Opowieść nie tylko mrożąca krew w żyłach, ale i mająca zaskakującą puentę.
Zaczęła po tym wszystkim dochodzić do siebie, gdy usłyszała skrzypienie śniegu. Odwróciła się i zobaczyła Leopolda Walewskiego, człowieka, który uczestniczył w przygodach, które, wraz z kilkoma tajemnicami, niespodziewanie zostały wyjaśnione podczas wesela i dzięki rozmowie z panną młodą. Sądziła, że może będzie wypytywał ją, co usłyszała, bo widział, jak ze sobą rozmawiały, i nie była temu rada. Chciała wyjść z tego oszołomienia, w które wpadła, poukładać sobie w głowie zamęt, tymczasem pojawił się on i stanął przed nią w jakiejś dziwnej pozie. Zwykle radosny, pełen blasku nawet gdy było szaro i deszczowo, tym razem słoneczny chłopiec sprawiał wrażenie niepewnego, bez śladów błysku i elokwencji. Leopold hrabia Walewski zdecydowanie nie wyglądał jak młody arystokrata robiący karierę w resorcie pana ministra Becka, tylko jak zawiany uczniak, który został przyłapany przez nauczycielkę. Uśmiechał się niepewnie, z jego ust leciała para. Wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, jak zacząć, jakby czuł, że nie wypada. Teraz już była niemal pewna, że słyszał rozmowę z panną młodą, że ją z pełną premedytacją, lub tylko mimochodem, podsłuchał i stał się wtajemniczonym w sprawę. W końcu była to też jego sprawa, ale czy powinien wiedzieć o wszystkim?
Wreszcie odważył się, zrobił to jak ktoś, kto stoi na brzegu, rozważa za i przeciw, aż w końcu gwałtownie rzuca się na głęboką wodę.
– Droga pani Zuzanno! Zuzo… chciałem powiedzieć, że ja panią… ja panią kocham na swój ułomny, niedoskonały i być może śmieszny sposób. – Jego policzki zaczerwieniły się. – Jeśli nie krępowałoby cię moje nienormalne życie – szeroko rozłożył ręce w geście bezradności – jeśli zechciałabyś związać ze mną całe życie prócz sypialni, to czy nie zechciałabyś zostać moją żoną? – wypowiedział to zdanie już z nieco większą pewnością, po czym dumnie dorzucił: – Zuzanna hrabina Walewska, to chyba nie brzmi najgorzej, prawda?
Myślała, że już jej nic nie zaskoczy, a jednak zaskoczyło. I to jak! Zaniemówiła tak, że przestała oddychać, stała nieruchomo jak żona Lota, ale tamta zamieniła się w słup soli i działo się to na spalonej słońcem ziemi Palestyny, nieopodal miasta Sodoma, a tu nie było śladu słońca, tu było Podhale, Zakopane, mroźna noc, a światło księżyca z trudem przebijało się przez wirujące płatki śniegu i jeśli Zuzannie Wrońskiej groziłoby coś, to nie przemiana w słup soli, ale w sopel lodu. Milczała i nie oddychała, on zaś, zdenerwowany, wypuszczał z siebie kłęby pary, jakby był parowozem, który wjeżdża w mroźny wieczór na dworzec w Zakopanem. Nerwowy oddech, napięcie na twarzy, oczy zdające się zachodzić mgłą, to wszystko kazało jej odrzucić myśl, że to żart, perfekcyjnie zagrane oświadczyny, karnawałowo-weselny popis, odważne zakpienie z samego siebie, by ją zaskoczyć, rozbawić. Nie, stanowczo nie, tak się nie da zagrać! Roli tej nie udźwignąłby ani Bodo z Dodkiem, ani nawet żaden z wielkich artystów dramatycznych, Osterwa czy Jaracz. On nie wybuchnie teraz radosnym śmiechem, nie eksploduje radością, lecz zaleje łzami – pomyślała.
W istocie hrabia Walewski czuł wilgoć podchodzącą mu pod powieki, czuł też, że kolana lodowacieją, a śnieg pod nimi wprost przeciwnie, topi się, a eleganckie, jeszcze niedawno odprasowane w kant smokingowe spodnie przemiękają, zatem czas najwyższy finiszować: przemówić, dodać coś do tych słów, które wypowiedział, dać jakiś argument ponad banalne „Zuzanna hrabina Walewska, to chyba nie brzmi najgorzej, prawda?” Aż skrzywił się na samą myśl, że mógł wypowiedzieć takie słowa i do tego z arystokratyczną dumą i zadęciem.
– Droga pani Zuzanno! Zuzo… – zaczął i natychmiast przestał, bo przecież już raz tak zaczął.
– Pytasz mnie, czy nie zechciałabym się związać ze tobą na całe życie oprócz sypialni, czy nie zechciałabym zostać twoją żoną? – powiedziała Zuzanna Wrońska jakimś dziwnym tonem, jakby żartowała, bo na jej twarzy pojawiło się coś, co przy wielkim optymizmie można było nazwać śladem uśmiechu, a przy naiwności wzmaganej przez marzenia nazwać życzliwym, wręcz aprobującym. Więc i on uśmiechnął się, zrazu nieśmiało, a po chwili szerzej, prezentując równe rzędy śnieżnobiałych zębów.
– Ależ ja dopiero co się rozwiodłam! – wykrzyknęła Zuzanna.
Spodziewał się wszystkiego, od odrzucenia po okrzyk radości, ale nie takich słów!
– I czy to ma być jakiś problem? – Był tak zdziwiony, że podniósł się z klęczek i chwycił ją za ramiona, jakby miał nią potrząsnąć, żeby doszła do siebie. – Dla mnie? – Parsknął śmiechem. – To ja tu chyba jestem problemem – śmiał się coraz głośniej – przecież jestem…
– A kto zaś ten jesteście? – dobiegł do nich potężny głos. Odwrócili się i spostrzegli, że tej niezwykłej scenie przyglądała się para, góralka i góral, tak jak oni weselni goście. Jako że hrabia nic nie powiedział, góral ponowił pytanie, ale już do swojej towarzyszki: – Brała byś, Maryśka? Śwarny chłop…
– Śwarny i hrabia. – Góralka się zaśmiała. – Hruby pan i z prezencjom, ale ty ześ mój, a skoro pani nie mogą mieć takiego jurnego chopa jak ty, Waluś, to niech se mają tego piknego pana!
Pośmiali się, ale jakby po chwili spoważnieli, a góral chrząknął znacząco.
– No i co? – zapytał.
– Słucham?! – zdziwił się Leopold Walewski.
– Ni wos się pytom! – Góral pokręcił głową. – Pani, biezecie go?
– Nie tak wartko, Waluś. – Maryśka przywołała swojego partnera do porządku, po czym zwróciła się do Walewskiego: – A pirścionek mocie?
Oczywiście, że nie miał!
– Mocie? – przynagliła go po chwili Maryśka i nie patrząc na jego zdenerwowane oblicze, pokręciła z niesmakiem głową. – Ni mo!
Nieobyczajnie przeprowadzany akt oświadczyn przestał interesować góralską parę, zwłaszcza że kapela zaczęła grać nową melodię.
– Wyzwyrtos mnie? – zapytała Maryśka, a Waluś miast odpowiedzi pociągnął ją za sobą i tanecznym krokiem pobiegli do karczmy, by ją Waluś wyzwyrtał, czyli wyobracał w tańcu.
– Zatem czemu miałoby mi przeszkadzać, że jesteś rozwódką? – Walewski przerwał krępującą ciszę.
– To nie tobie ma przeszkadzać. – Zaśmiała się. – To mnie dotyczyła ta uwaga!
Zatrzepotał ze zdziwienia rzęsami, po raz pierwszy się uśmiechając.
– Nie pojmuję. – Pokręcił głową.
– Taki czy inny, ale mężczyzna. – Prychnęła. – Myśli o sobie, nie stawia się w położeniu kobiety! Rozwiodłam się, bo nie chciałam być dłużej z moim mężem, rozwiodłam się, bo nie tylko straciłam zaufanie do tego człowieka, ale i całej instytucji małżeństwa!
– Ale to nie byłoby zwykłe małżeństwo! – wykrzyknął hrabia triumfująco, bo poczuł się jak gracz, który w brydżowym rozdaniu dokonuje impasu, że wyciąga z ręki rywala króla i bije go asem, mając w zanadrzu damę i waleta. Mina Zuzanny nie świadczyła jednak o tym, że może i wygra rozdanie, ale do ugrania robra czy zrobienia partii droga jest jeszcze daleka.
– Tak, nie da się ukryć, że nie byłoby to zwykłe małżeństwo… – powiedziała tonem poważnym, bez cienia drwiny. – Ja cię bardzo lubię, jesteś mężczyzną… pięknym – dodała z zawahaniem, które przerodziło się w miły uśmiech – inteligentnym, zabawnym i można ci ufać. Dla wielu pań nie bez znaczenia byłoby, że jesteś majętny, ustosunkowany, z hrabiowskim tytułem i perspektywą na wielka karierę. Pomogłeś mi zresztą w rozwoju mojego interesu, za co ci jestem wdzięczna, pomogłeś mi także w zakopiańskim śledztwie, twoja pomoc i wsparcie były nieocenione, ale… – rozłożyła szeroko ręce, patrząc na Leopolda z wyrozumieniem i czułością.
– Ale… – uśmiechnął się jeszcze szerzej, będąc znów sobą, delikatnym i zawadiackim zarazem, czarującym młodym mężczyzną, potrafiącym żartować i jak na dyplomatę przystało, zachować się w każdej sytuacji i mieć na wszystko odpowiedź. – Chcesz mnie pewnie teraz spytać po co? – Kiwnęła potakująco głową, a on położył jej dłonie na ramionach i z powagą męża stanu wypowiadającego ważne słowa z trybuny powiedział: – Dla spokoju. Świętego spokoju!
Paryż
20 marca 1938, w przeddzień pierwszego dnia wiosny
Kiedy jeszcze syn był nastoletnim uczniem gimnazjum, pojechali do Paryża, zachwycili się miastem i powzięli wspólne rodzinne zobowiązanie, że kiedyś, kiedy Edek będzie już Edwardem, będzie miał żonę i syna lub córkę, wybiorą się tu wszyscy razem, na otwarcie wiosennego sezonu! Przy każdej świątecznej okazji marzyli przy stole w jadalni bądź przy kawie, siedząc w fotelach salonu spełniającego także funkcję biblioteki, o wspólnym wyjeździe do Paryża, wesołą kompanią, on, żona Maria, syn Edward, przyszła synowa, i jeszcze bardziej przyszłe wnuki. Obiecali sobie, że będzie to w paryskim karnawale i kiedy wnuki wyrosną na tyle, by zrozumieć, gdzie są i poczują, że są w stolicy świata, że będą mogli ten pobyt przeżywać i opowiadać w szkole koleżeństwu.
I w końcu nadszedł też czas, ale pojechał sam, i nie dla przyjemności, ale w interesach. Bo nie doczekał się wnuków, bo nie ma już na tym świecie syna i nie zdążyła pojawić się synowa, a od dwóch miesięcy nie ma także Marii. Nie tak miało być, zupełnie nie tak.
Pociągnął łyk koniaku i do jego bukietu dodał cygarowy dym, sięgnął do kieszeni i wyciągnął fiolkę, obejrzał jej zawartość pod światło i uśmiechnął się, a więc to tak, właśnie tak! Napiszą o nim w gazetach, ale nie będzie to tania sensacja, kolejny skoczek z Wieży Eiffla czy desperat, który zamówił wystawną kolację, po czym przed zapłaceniem rachunku zamówił ulubioną melodię i podał sobie truciznę lub strzelił w łeb. On oczywiście nie zostawiłby restauracji z niezapłaconym rachunkiem, nie pozostawiłby po sobie długów, ale niepotrzebna mu była taka demonstracja, teatralny występ w publicznym miejscu. Odejdzie dyskretnie w miejscu, które miało być spełnieniem marzeń, a stanie się przystanią pożegnania, z której popłynie łodzią Charona na drugi brzeg Styksu.
Wtedy rozległo się pukanie do drzwi, a przecież nikogo nie oczekiwał, było delikatne, niemal przepraszające i szybko ustało, jakby pukający speszył się, bo pojął, że zakłóca wieczór. Ale pukanie szybko się powtórzyło, już nieco mocniejsze, jednak postanowił je przeczekać. Na próżno, kolejna seria była żwawsza, wyrażająca zniecierpliwienie, lecz nie było to walenie, tylko dalej eleganckie, choć coraz bardziej zdecydowane pukanie, jakby osoba stojąca za drzwiami narożnego apartamentu Hotelu Baltimore dokładnie wiedziała, że jest w środku i że nie śpi.
– Monsieur Waslaw… – rozległo się zza drzwi. Był to męski, poważny głos, intonacja wskazywała na dobrą, a nawet bardzo dobrą, choć nie z urodzenia, znajomość mowy Moliera i Napoleona. – Za pozwoleniem, ale powiedziano mi, że wybornie gra pan w brydża, a brakuje nam czwartej osoby.
Przez chwilę siedział, jakby nie dosłyszał tych słów, po czym wstał i ruszył do drzwi, otworzył je gwałtownie, ale stojący w progu dżentelmen nie przestraszył się, jakby był tym, na kogo wyglądał, czyli urzędnikiem bankowym, który chce złożyć propozycję założenia lokaty. Może nawet sam dyrektor i to taki w starym stylu. Starym dobrym stylu, bo staroświecki ubiór, surdut i krawatka oraz umieszczona w niej szpilka z perłą były najprzedniejszego sortu, nowiutkie, jak od krawca, a nie jakąś znoszoną tandetą. Do tego powierzchowność budząca zaufanie, twarz nie piękna, ale jej rysy regularne, może nazbyt mięsisty nos, krzaczaste brwi, bystre oczy i lekko przerzedzone włosy oprószone siwizną, wiek nieokreślony, ale z pewnością ponad czterdzieści lat. Po krótkiej pauzie, na twarzy niespodziewanego gościa pojawił się uśmiech, dyskretny i miły, żaden tam zawadiacki czy apaszowski. Skłonił się lekko i przedstawił się: – Radca Józef Forman. Wiem, że to natręctwo, ale słyszałem, że wybornie gra pan w brydża, a brakuje nam czwartej osoby… – Nie dokończył, bo lokator apartamentu przerwał mu gwałtownie: Ależ tak, z przyjemnością! – Po czym zadał pytanie, od którego powinien zacząć rozmowę: – Za pozwoleniem, z kim mam przyjemność i kto jeszcze będzie z nami grał tego wieczoru?
– Radca Forman, Józef Forman – powtórzył gość, nie precyzując ani swojej narodowości, ani tego, gdzie jest radcą. Czy jest Niemcem, Austriakiem, Czechem, a może Węgrem, czy jest radcą w ministerstwie, przedstawicielstwie handlowym, a może ambasadzie, jakby owo „radca Józef Forman” było szyldem mówiącym wszystko o człowieku, który zakłóca późnowieczorny spokój, że jest kimś, o kimś się słyszało i na kogo się czeka.
– Wszystkiego się pan dowie, pragniemy, by była to gra, która odmieni pańskie życie.
– Moje życie nie potrzebuje już żadnych zmian – odparł gospodarz apartamentu tonem niezbyt uprzejmym.
– Pan mi najmocniej wybaczy. – Nieproszony gość zupełnie się nie przejął sposobem, w jaki odpowiedział mu kandydat do brydżowego stolika. – Wyraziłem się nie dość precyzyjnie – ciągnął tonem koncyliacyjnym, z nutką uniżoności i pokory. – Miałem na myśli, że nasza dzisiejsza partyjka może przynieść ustalenia, które zaważą na życiu tych, których i pan, i my nie lubimy. – W oczach dżentelmena było coś niepokojącego, ale i pociągającego. – Zagramy wspólnie, rujnując tych, którzy nam szkodzili i szkodzą. Mamy prawo do rewanżu, czyż nie tak?
– Co pan za pozwoleniem wie o tym, czego ja chcę, czy ja mam zamiar komukolwiek się rewanżować? – Wdowiec stanął w pół kroku.
– Zapewniam pana, że wiemy – dżentelmen odpowiedział twardo, ale z pełną uprzejmością, jak subiekt, który sprzedając towar pierwszej klasy, chce być nie tylko ujmujący i zachęcający, ale przede wszystkim dumny, że nie tylko przychodzi mu pracować z zacnymi klientami, ale że ma w ręku nie zwykły sklepowy asortyment, ale specjały dla wybranych, że nie jest jego problemem, czy coś sprzeda, lecz klienta, czy dokona zakupu i dołączy do ekskluzywnego grona użytkowników wyjątkowej rzeczy czy usługi. – Proszę mi zaufać – zachęcił, jakby dawał ostatnią szansę na wstąpienie do elitarnego klubu. Był wytrawnym sprzedawcą idei, więc wiedział, że może użyć argumentu, który miał w zanadrzu, który szykował na właściwą chwilę, kiedy jego użycie może przechylić szalę na jego stronę. – Zna pan te słowa? – spytał, po czym zacytował: – Wiemy, co natomiast musi być w Polsce, bo my tak chcemy. Musi być porządek. Musi być powaga i będzie. Obozy koncentracyjne. Tak. Dlaczego? Dlatego że widać owych osiem lat pracy nad wielkością Polski, osiem lat przykładu i osiem lat osiągnięć, osiem lat krzepnięcia nie wystarczyło dla wszystkich. – Słowa mocne wypowiadał z lekkim uśmieszkiem na twarzy, który przy kolejnym zdaniu przeszedł w wyraz twarzy absolutnie poważny, jeśli nie demoniczny. – Zaczęło się od sześciu, potem osiem, a teraz dwadzieścia lat… Co roku inaczej, w każdym inne ważne miesiące, wysiłki i starania, bezwzględne i bolesne, a koła dalej buksują w krwawym błocie, pora coś z tym zrobić…
– Tak – odpowiedział wdowiec po dłuższej chwili – pójdę z panem i zagramy, to rzeczywiście może być ciekawa partia, taka, o której marzyłem, ale do tej pory nie miałem odpowiednich partnerów.
– Znajdzie ich pan w nas, zaręczam, to będzie wręcz boskie – powiedział dżentelmen i dodał – bo czymże jest zemsta jak nie rozkoszą bogów?
Redakcja
Janusz Sigismund
Korekta
Bożena Sigismund
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Grzegorz Kalinowski, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302743
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
