W sercu zaufania. Jak budować wewnętrzną pewność siebie i zdrowe relacje - Miłuńska Marta - ebook
NOWOŚĆ

W sercu zaufania. Jak budować wewnętrzną pewność siebie i zdrowe relacje ebook

Miłuńska Marta

0,0

Opis

Dlaczego zaufanie jest tak ważne i jednocześnie tak trudne?

Za brak zaufania płacimy ogromną cenę: chroniczne napięcie, samotność i ciągłe poczucie lęku. Jak zatem możemy zyskać odporność psychiczną i zaufać na nowo?

Marta Miłuńska, psycholożka, terapeutka i liderka wspólnoty, zaprasza nas w podróż w głąb siebie. Tam, gdzie rodzi się odwaga, by zaufać sobie, światu i Bogu. Dzięki swojemu doświadczeniu w pracy z pacjentami autorka sprawnie łączy perspektywę psychologiczną z duchową. Przedstawia złożony mechanizm zaufania i jego znaczenie dla naszego zdrowia, a także wyjaśnia, jak możemy ponownie zacząć ufać. Odwołując się do teorii przywiązania, przeżyć duchowych i codziennych praktyk uważności, pokazuje, że zaufanie jest decyzją wynikającą z dojrzałości, którą może podjąć każdy z nas.

To książka o powracaniu do siebie po trudnych przejściach, o odwadze życia w pełni oraz o spotkaniu z Bogiem, który nie zawodzi.

Bo w samym sercu zaufania zawsze bije życie.

 

Marta Miłuńska zabiera czytelnika w podróż do serca zaufania, czyniąc to z ogromnym wyczuciem i mądrością. Książce nie brakuje solidnej bazy teoretycznej, jednak nie przytłacza ona treścią – przeciwnie, jest napisana w sposób bardzo przystępny i zrozumiały dla czytelnika. Każdy, kto weźmie ją do ręki, ma szansę – dzięki inspirującym propozycjom do refleksji i medytacji – spotkać się także z własnymi mechanizmami zaufania, nie tylko po to, aby je zrozumieć, ale także by odzyskać oraz uleczyć to, co utracone i zranione.

dr hab. Aleksander Bańka, prof. UŚ

 

***

 

Marta Miłuńska - psycholożka i pedagożka, dyplomowana psychoterapeutka integratywna, certyfikowana specjalistka terapii par Instytutu Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz terapeutka traumy NEST. Liderka uwielbienia, współtwórczyni Fundacji Projekt Przebudzenie, prowadzącej Szkołę Uwielbienia w Warszawie oraz inicjującej w Polsce dzieła służące rozwijaniu osobistego doświadczenia modlitwy uwielbienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 234

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Marta Miłuńska

W SERCU ZAUFANIA

Jak budować wewnętrzną pewność siebie i zdrowe relacje

Wydawnictwo WAM

Odmawiam pogodzenia się z ideą, że to, jacy jesteśmy w naszej obecnej naturze, czyni nas moralnie niezdolnymi do zdobycia się na przekroczenie samych siebie, do czego jesteśmy nieustannie wzywani.

Martin Luther King*

* Cytat za: G.G. May, Uzależnienie i łaska: miłość, duchowość, uwolnienie, tłum. E. Woydyłło, Media Rodzina, Poznań 1988. [przemówienie Martina Luthera Kinga Jr. wygłoszone z okazji wręczenia Pokojowej Nagrody Nobla w 1964 roku]

Wprowadzenie

Zaufanie to jedna z najintymniejszych części naszego JA. W niej spotykają się nasze lęki, nadzieje, najgłębsze przekonania, a także zakorzeniona w nas potrzeba więzi. To fundament, na którym budujemy poczucie bezpieczeństwa w relacjach z innymi ludźmi i ze sobą samym. Z perspektywy terapeutycznej o zaufaniu można powiedzieć, że jest niczym system korzenny drzewa pozwalający czerpać z relacji z innymi ludźmi oraz własnej głębi to, co naprawdę istotne, piękne i życiodajne.

Zaufania nie zdobywa się raz na zawsze. Jego istnienie wymaga trwania w ciągłym procesie – regularnej troski, refleksji nad sobą i własnym życiem, a także nieustannej gotowości do zmiany. To ono otwiera nas na drugiego człowieka. Sprawia, że możemy poczuć się prawdziwie sobą – autentycznie, bez masek, bez udawania.

Gdy jednak zostaje zawiedzione, świat rozpada się na wiele drobnych kawałków. Dlatego doświadczenie utraty zaufania może rodzić poczucie straty ważnej części siebie. Relacje – rodzinne, przyjacielskie, wspólnotowe – które miały być oparciem, wypełniają się niepewnością i lękiem, między którymi pojawia się pytanie: „Czy mogę zaufać jeszcze raz?”.

Możliwe, że i ty doświadczasz podobnego rozdarcia – między pragnieniem budowania głębokich więzi a cierpieniem wynikającym z zawiedzionego zaufania. Być może ktoś, komu uwierzyłeś, zawiódł twoje oczekiwania lub przekroczył granice waszej relacji. Może grupa, w której szukałeś bliskości – rodzinnej czy wspólnotowej – okazała się mniej bezpieczna, niż myślałeś.

Jeśli czujesz, że nosisz w sobie ból po takich lub podobnych doświadczeniach, ta książka jest dla ciebie. Warto ją przeczytać, gdy:

jesteś rozczarowany sobą, bliską osobą lub na przykład sytuacją w Kościele i to rozczarowanie odbija się echem w twojej codzienności;

zaczynasz zastanawiać się, jakie mechanizmy i schematy psychologiczne stoją za twoim zachowaniem i determinują twoje myśli;

jesteś w procesie wychodzenia z bólu – na nowo uczysz się przeżywać emocje, odmrażasz je i, dzięki coraz głębszej komunikacji z samym sobą zaczynasz szukać mapy możliwości, zamiast uciekać od rzeczywistości;

pragniesz, by twoje zaufanie – nawet jeśli kiedyś zawiedzione – mogło być odbudowane na fundamencie własnej świadomości i dojrzałości.

Na co dzień pracuję jako terapeuta. W gabinecie wielokrotnie przekonałam się, jak poważne są skutki braku zaufania – jak jego utrata może prowadzić do głębokiego rozczarowania relacjami, wycofania się z życia i poczucia wewnętrznej pustki. Sama również doświadczyłam, jak wielki ból niesie zawiedzione zaufanie. Zapraszam cię więc do wspólnej podróży po ścieżkach zaufania – nie jako ktoś, kto uważa, że wszystko to ma już za sobą, lecz jako ktoś, kto wierzy, że mimo licznych zranień można odnaleźć drogę do autentycznego zaufania.

Ponadto zapraszam cię nie tylko do lektury, ale też do wewnętrznej pracy – inspirowanej tym, o czym będę opowiadać, oraz proponowanymi przeze mnie ćwiczeniami. W tekście znajdziesz wiele fragmentów, przy których warto się zatrzymać, by przeanalizować własną sytuację i czasem przyznać: „Tak, zostałem zraniony” lub: „Tak, chcę ufać jeszcze raz”. W samym sercu zaufania nie leży bowiem ból jego utraty, lecz nadzieja na odbudowanie – na życie w pełniejszych, szczerych i prawdziwych relacjach, czego z głębi serca ci życzę.

CZĘŚĆ 1POZNAĆ

Rozdział 1 Czym jest zaufanie?

Pierwsze kroki ku zaufaniu

Zaufanie jest częścią podróży, w którą wyruszamy – ty i ja – już w chwili poczęcia. W jej trakcie doświadczamy świata, budujemy relacje, podejmujemy niezliczone małe decyzje, a kalibrując kierunek życia, dokonujemy coraz bardziej świadomych wyborów. Zbudowanie zaufania to pierwszy i zarazem fundamentalny krok, który trzeba postawić w tej wędrówce. Przyglądanie się własnemu sercu, by poznać i zrozumieć historię budowania zaufania, przypomina uważne studiowanie mapy. Warto wsłuchać się w serce i podążać za jego intuicjami – niekoniecznie w sposób chronologiczny i uporządkowany, ale tak, jak prowadzą nas wewnętrzne szlaki.

Wszystko zaczyna się od pierwszego oddechu – dosłownie, od pierwszego. Przestrzeń, w której przychodzisz na świat – z jej temperaturą, światłem, zapachami, znajomymi lub obcymi dźwiękami – ma ogromne znaczenie. To wtedy zaczynasz budować zręby przekonania, że wokół ciebie jest bezpiecznie. Dlatego tak istotne jest, jakie było to doświadczenie: czy raziło cię oślepiające światło lamp, czy otulała cię spokojna ciemność, czy po urodzeniu mogłeś dłużej poleżeć przy mamie, uspokajając się jej oddechem i biciem serca, a tym samym zaczynając budować więź ze światem zewnętrznym od bezpiecznego przytulenia, czy może zostałeś od niej oddzielony. W pierwszych miesiącach życia, kiedy to, czego doświadczasz, jest jeszcze zamazane i mgliste, nieświadomie stajesz przed pytaniem: „Czy mogę zaufać temu światu?”. Odpowiadają ci nie słowa – tych jeszcze nie rozumiesz – ale ciepły, czuły dotyk, kontakt wzrokowy, łagodne, przewidywalne dźwięki, realne doświadczenie czyjejś obecności. Jeżeli takich doświadczeń jest więcej niż tych bolesnych i trudnych, uczysz się, że świat jest uporządkowany i posiada swój rytm – tak jak regularne kąpanie czy przyciemnianie świateł wieczorem. Jeżeli takich doświadczeń jest mniej, zapamiętujesz, że świat jest chaotyczny, nieprzewidywalny i niebezpieczny.

W dorosłym życiu wielokrotnie – czasem zupełnie niespodziewanie – doświadczamy „przeźroczy” z niemowlęcego etapu życia. Na przykład pojawia się lęk przed bliskością z drugim człowiekiem, bo nie jesteśmy pewni jego dobrych intencji. Albo doświadczamy zawodu miłosnego i nie potrafimy na nowo zaufać, że świat jest bezpieczny, a ból nie zawsze prowadzi do chaosu. Czasem pojawia się pytanie, czy w ogóle zasługujemy na miłość, wsparcie czy uwagę. Doświadczenia te mogą być dwojakie. Gdy w naszym dzieciństwie przeważały trudne chwile, dynamika dziecięcych wspomnień, zamiast koić, zaczyna ranić – staje się pęknięciem, przez które powracają samotność, krzywda i ból niezaspokojonych potrzeb. Gdy natomiast dzieciństwo obfitowało w dobre doświadczenia, to właśnie w takich chwilach odzywa się w nas spokój i poczucie porządku – jak zapach olejku z łóżeczka, z którego cichy, spokojny głos w naszej teraźniejszości mówi: „Zaufaj sobie”.

Zaufanie ma swoją wewnętrzną dynamikę – ono istnieje tylko w dwóch odsłonach: albo się buduje, albo jest odbudowywane. Co ważne, na zaufanie nie tyle zasługujemy, ile je zdobywamy. Wielu z nas cierpi na nieufność, nawet o tym nie wiedząc. Brak zaufania do siebie samego można zaobserwować chociażby wtedy, gdy zbyt obsesyjnie myślę o czekających na mnie zadaniach i czuję lęk, gdy odkładam decyzje na później lub gdy waham się, dokonując małych, codziennych wyborów. W takich sytuacjach ujawnia się, że nie ufam własnym siłom i możliwościom – że brakuje mi odwagi, aby zaryzykować i ruszyć do przodu.

Przyczyn wewnętrznego paraliżu może być wiele. Z perspektywy terapeutycznej takie stany są wywoływane najczęściej doświadczeniami z dzieciństwa. Naszą pierwszą rodzinną lekcję zaufania odbieramy bowiem od rodziców oraz opiekunów. W tak bliskiej więzi szczególnie mocno można doświadczyć, czym jest utrata zaufania do siebie – między innymi przez podważenie własnego osądu sytuacji czy uznanie swojej perspektywy za nieważną. W rodzinie dysfunkcyjnej, na przykład z problemem alkoholowym, dziecko bywa głęboko wprowadzane w błąd: widzi rzeczywistość taką, jaka jest – na przykład osobę pijaną, chorą, niezdolną do kontrolowania nałogu – a jednocześnie słyszy, że to nic takiego, że to tylko jednorazowa sytuacja, że tak naprawdę nic się nie stało, bo „tak wygląda życie”. Osoba, która w domu rodzinnym doświadczyła przemocy, silnej krytyki czy braku wsparcia, często ma zaburzony kontakt z poczuciem własnej wartości1.

Zaufanie we własne siły jest możliwe, gdy możemy się przeglądać w akceptującym spojrzeniu choć jednego z rodziców – takiego, który potrafi nam zaufać. W jaki sposób dojrzałość rodzica wpływa na to, czy umiemy ufać samym sobie? Proces ten składa się z kilku elementów, o których za chwilę opowiem. Zachęcam cię, abyś przyglądając się im, spróbował nazwać, w jaki sposób uczyłeś się zaufania oraz jakie są twoje własne doświadczenia.

Najważniejszą sprawą jest posiadanie wzorca. Dziecko naturalnie czerpie go od swoich najbliższych opiekunów – najczęściej są to rodzice, ale mogą to być też dziadkowie, wychowawcy i inni ważni dorośli, którzy w pierwszych latach życia głęboko zapisują się w jego historii. Dziecko obserwuje ich i potrafi precyzyjnie (choć nieświadomie) dostrzegać to, czy jego opiekun ufa własnym decyzjom, czy bierze odpowiedzialność za swoje wybory, czy akceptuje swoje wątpliwości i czy jest to jego naturalny sposób bycia. Aby dziecko nie wątpiło w siebie, musi widzieć, że rodzic ufa samemu sobie. Niestety, jako rodzice najczęściej zawodzimy właśnie w tym obszarze. Trudno nam zrozumieć, że dziecko w znacznie mniejszym stopniu czerpie z tego, co do niego mówimy, a o wiele głębiej przyswaja to, jak żyjemy i kim jesteśmy w prostych, życiowych sytuacjach.

Jako przykład weźmy sytuację, gdy dziecko widzi swojego rodzica w kontakcie z wychowawcą w przedszkolu. Co wtedy dostrzega? Czy widzi, że rodzic, odprowadzając je do sali, wita się z nauczycielem, spokojnie na niego patrzy i uśmiecha się? A może zauważa zachowania defensywne – zamknięcie się na drugą osobę i nieufność względem niej?

Jeżeli mówimy dziecku, że ludzie są przyjaźni i warto im ufać, a jednocześnie podczas codziennych sytuacji – na przykład płacąc za zakupy w supermarkecie – nie patrzymy sprzedawcy w oczy, w urzędzie nie witamy się serdecznie i z otwartością z jego pracownikiem, przekazujemy dziecku pozawerbalny komunikat. Pokazujemy mu, że przeżywamy te sytuacje jako zagrażające czy niekomfortowe oraz że nie mamy zasobów, aby nad nimi zapanować. W ten sposób może ukształtować się w nim przekonanie, że sposobem radzenia sobie ze stresem, wstydem czy innymi trudnymi emocjami jest zamykanie się w sobie. To właśnie wtedy tworzą się podwaliny naszych dorosłych mechanizmów reagowania – takich, w których w obliczu trudności odsuwamy się od ludzi i ukrywamy we własnym wnętrzu, zamiast z odwagą i zaufaniem szukać wsparcia.

Modelowanie zaufania odbywa się nie tylko w domu. Obraz świata jako bezpiecznego i godnego zaufania kształtuje się w dziecku, gdy obserwuje ono reakcje rodzica na otoczenie oraz jego relacje społeczne. W ten sposób poznaje, czy rodzic ufa sobie, bliskim, otoczeniu, a także Bogu. I choć zaufanie do Boga wydaje się najbardziej nieuchwytne, to jednak dziecko rozpoznaje je w prostych, codziennych sytuacjach, na przykład, kiedy rodzice martwią się o sprawy finansowe, nie wiedzą, jak zakończy się trudna sytuacja związana z opłaceniem podatków czy rachunków. Dziecko patrzy, nasłuchuje i uczy się, choć nie robi tego intencjonalnie, i w ten sposób buduje skorelowany z reakcjami rodziców obraz Boga. To zaskakujące, jak głęboko można modelować dziecięce zaufanie do Boga w trudnej sytuacji, gdy rodzic w prostocie serca powie: „Bóg się o nas zatroszczy. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, ale też ufamy, że i On w pełni się zaangażuje”. Postawy, emocje i pozornie nic nieznaczące słowa stają się wzorem, na którym tworzy się dziecięcy obraz Boga.

Innym sposobem uczenia się zaufania do samego sobie jest tworzenie zdrowej przestrzeni bliskości. Współcześnie rozwija się ważny i potrzebny nurt związany z „rodzicielstwem bliskości”, który promuje tego typu postawy. Zdrowe budowanie zaufania do siebie samego na początku wyraża się w przyzwoleniu na to, by dziecko mogło eksplorować swój wewnętrzny świat. Jako dzieci potrzebujemy, aby rodzice przyjmowali nas z całym wachlarzem naszych emocji. Oczywiście przyjęcie uczuć nie jest tym samym, co akceptacja wszystkich sposobów ich wyrażania. Chcę podkreślić: to, że pozwalam dziecku przeżywać daną emocję i przyjmuję je wraz z nią, nie oznacza, że nie stawiam mu granic. Odpowiedzialnością rodzica jest nauczenie dziecka podstaw regulacji trudnych uczuć. Kiedy rodzice potrafią reagować z empatią, dostrajając się do emocji dziecka, tworzą bezpieczną i przyjazną atmosferę, w której maluch uczy się podstaw zaufania – zarówno ludziom, jak i do otaczającego go świata. W ten sposób dziecko odkrywa, że jego potrzeby i uczucia są ważne oraz że może je wyrażać bez lęku przed unieważnieniem. Nie chodzi jednak o zachętę do nieuregulowanej i pozbawionej granic ekspresji emocji – taka postawa nie służy ani otoczeniu, ani samemu dziecku. Przeżywanie emocji w sposób rozregulowany niestety niesie ze sobą wysoką cenę.

Uczenie się zaufania do siebie staje się możliwe wtedy, gdy rodzice stworzą dziecku środowisko, w którym emocje nie są ignorowane, tłumione ani dewaluowane. Jeśli bowiem dziecko głębiej i lepiej rozumie samo siebie, uczy się także sobie ufać. Zaufanie rozwija się na fundamencie kontaktu z własnym wnętrzem oraz świadomości tego, czego mogę się po sobie spodziewać. Jego najgłębszym wymiarem jest wewnętrzna wiedza o własnych możliwościach. Na przykład, jeśli wiem, że jestem w stanie podnieść dwadzieścia kilogramów, to – ufając sobie – idę do sklepu, kupuję baniaki z wodą i przynoszę je do domu. Podobnie jest z emocjami. Jeżeli wiem, jak przeżywam różne sytuacje i jak na nie reaguję, mogę – bazując na tym zaufaniu – zadzwonić do przyjaciela przeżywającego żałobę i być dla niego wsparciem. Ufam temu, kim jestem, i znam swoje emocje, więc wiem, że wystarczy mi sił, by towarzyszyć drugiemu człowiekowi w trudnym doświadczeniu.

Tworzenie bezpiecznej przestrzeni do rozwoju nie oznacza budowania iluzorycznego świata, w którym nie ma konfliktów ani bólu. W bezpiecznej przestrzeni możemy realnie doświadczać świata; choć przeżywamy jako rodzina różne trudności, to jesteśmy w stanie im sprostać.

Pewnym niebezpieczeństwem jest zatem kształtowanie wokół dziecka „idealnego” świata, w którym dzieją się wyłącznie rzeczy dobre i przyjemne. Dlaczego niektórzy rodzice tak robią? Często wynika to z ich własnych lęków, a także z chęci uchronienia dziecka przed cierpieniem. W takich domach ukrywa się na przykład informacje o śmierci, odchodzeniu bliskich, chorobie czy wojnie. Jak łatwo się domyślić, takie odrealnione wychowanie wcale nie buduje poczucia bezpieczeństwa. Rodzi się ono raczej wtedy, gdy mam możliwość wypróbować siebie samego w trudnych sytuacjach – na przykład gdy sam przejadę na rowerze pewien odcinek drogi, gdy poradzę sobie z chwilą samotności, a potem potrafię o tym opowiedzieć. Zaufanie rozwija się także poprzez budowanie przekonania, które opisała Tove Jansson w Komecie nad Doliną Muminków2; osobiście jest mi ono bardzo bliskie. W tej opowieści Mama Muminka nie udaje, że niebezpieczeństwo nie nadciąga. Nie okłamuje dzieci, że woda nie wysycha, a rośliny nie umierają. W najbardziej dramatycznym momencie, gdy kometa ma uderzyć w Dolinę Muminków, cała rodzina zbiera się w grocie, a Mama Muminka nakrywa wszystkich kocem; wspólnie czekają na to, co ma nastąpić. Kometa naprawdę miała uderzyć w Dolinę Muminków, więc niebezpieczeństwo było realne, ale – co ważne – było przeżywane autentycznie i we wzajemnej bliskości. Niebezpieczne jest zatem tworzenie rodzinnych tematów tabu i ukrywanie przed dziećmi bólu tego świata. Bezpieczna przestrzeń to nie taka, w której nie ma przeszkód ani trudności. To przestrzeń uporządkowana i przewidywalna, w której dziecko może rozpoznać panujące w niej zasady i mechanizmy oraz zrozumieć konsekwencje swoich działań.

Kolejnym kluczowym elementem procesu uczenia się zaufania do siebie, który wspiera rozwój samodzielności i odpowiedzialności u dziecka, jest przekazywanie mu odpowiedzialności. Oczywiście może to zrobić tylko ten rodzic, który wcześniej nauczył się ufać samemu sobie. Zaufanie do siebie samego kształtuje się w dziecku wtedy, gdy umożliwia mu się podejmowanie własnych decyzji, pozwala doświadczać ich konsekwencji i uczyć się na własnych błędach. Rodzice, którzy ufają swoim emocjom oraz potrzebom, są w stanie zaufać również własnej sile. Dziecko potrzebuje wiedzieć – w sposób intuicyjny – że ma prawo do działania (adekwatnego do swojego wieku) i że dysponuje realną siłą, by to działanie podjąć i doprowadzić do końca.

Sposób uczenia się zaufania powinien być dostosowany do etapu rozwojowego dziecka. Dwulatek nie jest jeszcze gotowy do podejmowania decyzji dotyczących zdrowia czy leczenia, może natomiast wybierać spośród kilku przygotowanych przez rodzica propozycji spędzenia wspólnego czasu. Z kolei nastolatek powinien mieć przestrzeń do popełniania błędów i próbowania swoich granic, ponieważ stanowi to naturalny element procesu dojrzewania. To jemu pozwalamy czasem pójść nieprzygotowanym na klasówkę, wrócić do domu bez kurtki mimo deszczu czy samodzielnie nawiązywać relacje z rówieśnikami i umawiać się z nimi na spotkania, nawet jeśli nie znamy wszystkich jego znajomych. Zaufanie buduje się na fundamencie więzi, a nie na teorii. Aby zatem mogło ono wyznaczać dynamikę funkcjonowania rodziny, konieczne jest istnienie autentycznych relacji między jej członkami. Ufamy temu, co wspólnie przeżyliśmy. Ufamy drugiej osobie, ponieważ ją znamy i mamy z nią dobrą relację. Z czasem ta więź pogłębia się na tyle, że gdy dzieci dorastają, potrafimy – w akcie głębokiego zaufania – pozwolić im odejść, aby okres nastoletniości mógł się przerodzić w czas samodzielności.

Podsumowaniem tej części niech będą słowa: głębokie zaufanie w rodzinie buduje się dzięki SPÓJNOŚCI WEWNĘTRZNEJ rodziców. W najbardziej pierwotnym doświadczeniu dziecka oznacza ona zgodność między tym, co dorosły mówi, a tym, co robi. Zaufanie dodatkowo wzmacnia sytuacja, w której wartości i przekonania wyrażane przez rodziców znajdują odzwierciedlenie w ich codziennym zachowaniu. Dzieci – jak wiadomo – mają naturalną zdolność wyczuwania takich rozbieżności. Gdy więc tracą zaufanie do rodziców, w głębszym wymiarze tracą także zaufanie do samych siebie. Dobrym przykładem są często powtarzane słowa zachęty: „Nie martw się, następnym razem ci się uda”. Same w sobie nie mają one takiego znaczenia – to są tylko słowa – jak sposób, w jaki reagujemy na własne porażki: czy potrafimy je przyjąć, wyciągać wnioski i się nie zniechęcać. Taka postawa jest prostą metodą nauczenia dziecka, że porażka nie określa wartości człowieka, a budowanie wiary w siebie nie zależy od pojedynczych nieudanych doświadczeń.

Refleksja: Nauka zaufania w mojej rodzinie

Wyruszając w podróż ku zaufaniu, najpierw zbliż się do włas­nego serca. Znajdź zatem ciche, spokojne miejsce. Zamknij na chwilę oczy, pozwól, żeby oddech się wyrównał. Spróbuj przez chwilę nie myśleć o niczym. Skup się na oddechu.

Posłuchaj swojego ciała. Jak się zachowuje? Czy kryje w sobie jakieś napięcie? Jeżeli tak, powoli rozluźnij to miejsce, napinając je przez chwilę mocno, a następnie puszczając napięcie.

Otwórz oczy i przeczytaj poniższe pytania. Pozwól, żeby myśli swobodnie przepływały przez twoją głowę. Spróbuj myśleć świadomie, zauważać każdą myśl. Wsłuchaj się w emocje, które towarzyszą tym myślom.

Jakie jest moje doświadczenie relacji z rodzicami, a także innymi ważnymi osobami, które opiekowały się mną przez pierwsze dwa lata życia? Czy czule odpowiadali na moje uczucia i potrzeby? Czy byli stali, obecni i przewidywalni?Jak reaguje moje ciało i jakie emocje się we mnie budzą, gdy przypominam sobie te pierwsze doświadczenia? Jak reaguję, gdy wyobrażam sobie siebie bezbronnego i zależnego od innych? Czy rozczula mnie ten obraz, a może niepokoi, zawstydza lub budzi jeszcze inne emocje? A może czuję coś innego?

Spróbuj zapisać te doświadczenia. Będziemy jeszcze do nich wracać.

Współczesna psychologia o zaufaniu

W naszej podróży ku zaufaniu warto mieć świadomość, że ma ono wiele wymiarów. Z jednej strony zapraszam cię do przeżywania treści tej książki w odniesieniu do własnej historii, z drugiej – do refleksji nad aktualnym stanem swojego serca, do świadomego rozumienia tego, co przeżywasz, oraz stworzenia języka opisu swoich doświadczeń. Stąd w tej części rozdziału, skupiającego się na definiowaniu zaufania, chcę zaproponować ci zapoznanie się z dwoma najważniejszymi teoriami rozwojowymi w psychologii – koncepcją Erika Eriksona oraz teorią przywiązania Johna Bowlby’ego. Tych dwóch wybitnych psychologów zajęło się badaniem tego, w jaki sposób zaufanie staje się fundamentem rozwoju osobowości człowieka. Ich ujęcia mogą nam pomóc dostrzec, na czym opiera się odbudowywanie zaufania.

Zanim jednak przejdziemy do omówienia wspomnianych teorii, musimy sobie uświadomić, że zaufanie w swojej istocie dotyczy przede wszystkim przeżywania, a nie myślenia. Można więc powiedzieć, że jest ono stanem serca, które głęboko pragnie bezpieczeństwa i dlatego otwiera się na drugą osobę, zakładając, że otrzyma od niej to, czego potrzebuje. Wpływ emocji na poziom zaufania analizowali amerykańcy badacze Jennifer Dunn i Maurice Schweitzer3.

Pięć eksperymentów, które przeprowadzili, wykazało, że emocje pozytywne – takie jak szczęście, zadowolenie czy radość – sprzyjają wzrostowi zaufania. Z kolei emocje negatywne – takie jak strach, złość, czy smutek, związane z doświadczeniem dyskomfortu lub sygnalizujące zagrożenie – prowadzą do jego obniżenia. W praktyce oznacza to, że choć możemy intelektualnie powiedzieć: „Myślę, że mogę ci zaufać”, nie doświadczymy pełni zaufania, jeżeli nie jesteśmy w stanie dodać: „Czuję, że mogę ci ufać”. Emocje są bowiem nieodłącznym elementem zaufania. Wystarczy proste ćwiczenie wyobraźni. Spróbuj powiedzieć drugiej osobie: „Myślę, że mogę ci zaufać”. Czy zauważyłeś, że trzeba poczuć zaufanie, żeby móc autentycznie je wyrazić?

Jestem, więc ufam – teoria E. Eriksona

U podstaw teorii Erika Eriksona leży przekonanie, że rozwój każdego człowieka można podzielić na pewne etapy, z których pierwszy, najbardziej kluczowy, dotyczy zaufania. Według tego badacza każdy z nas, aby mógł harmonijnie się rozwijać, mieć nadzieję, ufać sobie, potrzebuje przeżycia kilkunastu pierwszych miesięcy życia w bezpiecznej relacji z opiekunem. Co to znaczy? Jako malutkie dziecko każdy z nas potrzebuje dostępnego, przewidywalnego i odpowiadającego na nasze potrzeby dorosłego. Na początku jest on całym naszym światem, bo to od niego zależy, czy będziemy nakarmieni, ogrzani, przytuleni, czy będziemy mieli konieczny komfort. To doświadczenie zależności jest pierwszym głębokim spotkaniem z drugim człowiekiem. Jeśli jego podstawą będzie bezpieczna więź z opiekunem, to wyjdziemy z niego pełni zaufania do siebie samego i do świata4.

Spróbuj teraz przez chwilę popatrzeć na świat z perspektywy, którą zarysował Erikson. Wyobraź sobie, że jesteś dzieckiem, które ma zaledwie kilka miesięcy. Świat jest dla ciebie zagadką. Nie rozumiesz, jak działa, uczysz się go całym sobą. Sprawdzasz, jak znajomo pachnąca mama i nowo poznawany tata reagują, gdy płaczesz. Czy przychodzą, gdy jest ci zimno i mokro lub gdy się boisz? Czy biorą cię na ręce i tulą? Czy śpiewają, uspokajając cię przyjaznymi, głębokimi dźwiękami? Te gesty mówią więcej niż słowa. Czy zasypiasz ze zmęczenia płaczem? Czy może śpisz obok spokojnie oddychającej mamy, której rytm serca znasz tak dobrze? Każdy dźwięk, smak, zapach, dotyk o czymś opowiadają, czegoś uczą. Jesteś małym podróżnikiem, który uczy się wszystkiego od nowa i mocno wszystkiego doświadcza, jednocześnie wyciągając pierwotne, potem trudne do negocjacji wnioski. Jestem kochany i ważny. Jestem wart tego, żeby do mnie przyjść. Jestem darem, a świat jest przyjazny, bo panuje w nim rytm i porządek.

Ten pierwszy etap życia człowieka Erikson nazwie etapem „zaufanie versus nieufność”. Jego teoria jest jedną z najważniejszych koncepcji dotyczących psychologii rozwojowej, a jej siłę stanowi połączenie wewnętrznych procesów rozwojowych z doświadczeniem społecznym. Człowiek – a w nim poczucie tożsamości, osobowość, zdolność do ufania – nie rozwija się jedynie wewnętrznie, lecz w relacji i dialogu z otoczeniem, ze światem, którego doświadcza. Erikson, obserwując i analizując zaufanie w kontekście całego rozwoju człowieka, ustawił je na kontinuum rozwojowym i ukazał jako głęboko zakorzenioną cnotę, którą trzeba ukształtować, aby w dorosłości móc doświadczać świata w sposób adekwatny i zdrowy. Według niego osobowość człowieka rozwija się w ośmiu następujących po sobie etapach: od dzieciństwa po późną starość. Na każdym z tych etapów pojawia się określony konflikt, którego pomyślne przejście prowadzi do rozwoju kluczowej wartości ego. Nieprawidłowe rozwiązanie konfliktu powoduje natomiast utknięcie w kryzysie, który w sposób oczywisty utrudnia życie i dalszy rozwój osoby.

W swojej pracy terapeutycznej zauważam, że owo pojawiające się w człowieku napięcie związane z poczuciem „utknięcia” często staje się motywacją do rozpoczęcia pracy w tym obszarze. Świadomość etapów rozwojowych daje pewną klarowność w sytuacji, gdy na przykład tkwimy w błędnych kołach konfliktów i trudności w nawiązywaniu bliskich relacji lub żyjemy w niepokoju, że gubimy samych siebie. Dzięki dostrzeżeniu, że nasze życie nie rozpoczęło się teraz, ale już w samym jego zalążku, możemy patrzeć na nie z perspektywy procesu5. Co prawda, każda komórka naszego ciała, która dziś nas tworzy, rozrosła się i rozmnożyła, ale biologicznie wciąż stanowimy jedność od chwili poczęcia. Ta świadomość pozwala popatrzeć na życie jak na długą linę – supełkiem zaznaczono na niej początek naszego istnienia i dalej rozwija się ono wraz z naszymi doświadczeniami. Znajomość tych procesów pozwala nie tylko lepiej zrozumieć siebie, ale także stawiać świadome, odważne kroki, gdy odkrywamy w sobie jakąś trudność związaną z nieprawidłowo przebytym konfliktem dziecięcym. Na przykład, jeśli zmagasz się z problemem budowania trwałych i intymnych relacji, może to być sygnał, że wymaga przepracowania coś związanego z etapem rozwojowym „zaufanie versus nieufność”. Taka trudność stanowi zaproszenie do własnej, świadomej pracy wewnętrznej, która polega na przyjrzeniu się swoim wcześniejszym doświadczeniom, ich zrozumieniu i nazwaniu, by w końcu uwolnić się na przykład od lęku, który determinuje nasze relacje i sposób bycia.

Cztery kluczowe założenia teorii Eriksona pomagają zrozumieć, czym jest zaufanie i jak się ono w nas kształtuje.

Pierwszym z nich jest rozróżnienie ośmiu etapów rozwoju psychospołecznego oraz świadomość, że rozwój wynika z kryzysu wywołanego przez napięcie między dwoma przeciwnymi siłami. Mówiąc obrazowo, kryzys pojawia się wtedy, gdy „wyrastamy” z pewnego „rozmiaru” naszego istnienia. Na przykład jako dzieci bezgranicznie ufamy rodzicom, ale jednocześnie musimy zmierzyć się z tym, co wywołuje w nas głęboką nieufność. Jeżeli doświadczymy proporcjonalnie więcej pozytywnych sytuacji przekonujących nas o tym, że otaczający świat jest godzien zaufania, przejdziemy przez kryzys prawidłowo. Jeżeli jednak dziecięce doświadczenie ukształtuje w nas przekonanie, że świat wypełnia nieprzewidywalny chaos, przejdziemy przez kryzys negatywnie. Przejść przez kryzys rozwojowy negatywnie oznacza nie poradzić sobie z ważnym wyzwaniem danego etapu życia, nie przeżyć go w sposób, który nas wzmacnia. W takiej sytuacji pozostają w nas trudne emocje, niepewność siebie i funkcjonowanie zgodnie ze schematami, które mogą utrudniać kolejne kroki w rozwoju oraz budowanie relacji.

Drugie założenie mówi o tym, że każdy kryzys wnosi w ego określoną wartość – cnotę. Może to być – w zależności od rodzaju kryzysu – na przykład nadzieja, wola czy kompetencja. Zyskana cnota pozwala na dalszy rozwój, ponieważ staje się budulcem osobowości oraz punktem odniesienia w kolejnych sytuacjach trudu i zmagania.

Trzeci aksjomat mówi o tym, że wewnętrzny rozwój osoby nie przebiega w izolacji. Otaczająca kultura, normy społeczne i tradycje oraz rozmaite osobiste doświadczenia wychowawcze – wszystkie one mają decydujące znaczenie dla tego, jak przejdziemy przez kryzys. Dla prawidłowego przeżycia tego trudnego czasu musi pojawić się spójność między tym, co każdy z nas przeżywa wewnątrz siebie, a tym, co dzieje się na zewnątrz.

W czwartym punkcie Erikson wskazuje na pewien porządek, w którym ułożone są poszczególne etapy rozwoju. Nie oznacza on jednak linearności, w której przejście jednego konfliktu jest równoznaczne z tym, że on nigdy już do nas nie wraca. Choć każdy kryzys – przebyty prawidłowo lub nieprawidłowo – stanowi fundament dla kolejnych etapów rozwojowych, to jednak nie sprawia, że trudności z poprzednich etapów skazują nas na porażkę i uniemożliwiają zdrowy rozwój. Przeciwnie, możliwa jest naprawa każdego nieprawidłowo przebytego kryzysu – to założenie kryje w sobie wiele nadziei na zmianę i nadaje sens pracy nad sobą.

Zaufanie nie jest doświadczeniem losowym, uwarunkowanym genetycznie lub niezależnym od nas. Kształtuje się w relacjach, które dziecko nawiązuje na pierwszym etapie życia. Gdy dorasta w atmosferze stabilności i przewidywalności, tworzy się w nim fundament, który pozwala mu przechodzić przez kolejne etapy z większą rezyliencją, czyli odpornością psychiczną. Dzięki temu dziecko może rozwijać swoją autonomię, przejawiać inicjatywę, pogłębiać poczucie własnej wartości i budować spójną tożsamość, opierając się na doświadczeniu cnoty, jaką jest nadzieja.

Od chwili narodzin aż do mniej więcej osiemnastego miesiąca życie dziecka przepełnia pytanie: „Czy mogę zaufać temu światu?”. Niemowlę nie rozumie złożoności relacji. Ono doświadcza świata przez ciało, oddech, dotyk i kontakt z opiekunem. Jeśli opiekun reaguje, gdy dziecko płacze, jeśli zapewnia mu pokarm, ciepło i dotyk, wtedy w maluchu rodzi się przekonanie, że świat jest bezpiecznym miejscem, a jego potrzeby są ważne. Jeśli opiekun jest dostępny, czuły i konsekwentny, niemowlę stopniowo zaczyna wierzyć, że jest CZĘŚCIĄ społeczności – nie istnieje samo, więc nie musi zależeć tylko od siebie. Jest czyjeś i ktoś jest jego.

Niestety, podobnie jak ja, pewnie i ty doskonale wiesz, że życie czasem nie daje nam szansy na zbudowanie zaufania w dzieciństwie. Jeśli opiekun zawodzi – jest nieobecny lub reaguje nieadekwatnie, a dziecko doświadcza chłodu, ciszy i długotrwałej pustki – wtedy zamiast zaufania rodzi się w nim nieufność. Nieufność, która nie musi być permanentna, ale staje się cieniem i w przyszłości będzie realnie wpływać na budowanie relacji międzyludzkich.

Na szczęście brak zbudowanego w okresie niemowlęcym zaufania nie musi być wyrokiem. Proces uzdrowienia jest możliwy. Jako terapeuta wielokrotnie przekonałam się, jak reparatywna terapia pomaga w zbudowaniu pozytywnej relacji – takiej, w której dzięki bezpiecznemu, uważnemu kontaktowi możemy stopniowo doświadczać tego, czego wcześniej zabrakło: zrozumienia, akceptacji i emocjonalnego bezpieczeństwa. Proces odbudowywania zawiedzionego zaufania wymaga jednak świadomego dostrzegania siebie samego i swoich reakcji na drugą osobę, pielęgnowania i integrowania przekazu: „Myślę, że ci ufam” oraz „Czuję, że ci ufam”.

Z całego serca pragnę, żebyś pamiętał, że nie jesteś zdeterminowany swoją przeszłością!

Refleksja: Reakcje na zależność

Zastanów się, jakie są twoje reakcje, gdy stajesz się od kogoś zależny – mam na myśli zarówno zależność częściową, jak i całkowitą.

Jak się czujesz, gdy chorujesz, masz wysoką gorączkę i nie jesteś w stanie ugotować sobie jedzenia czy wstać z łóżka do toalety? Jak reagujesz, gdy nie możesz samodzielnie załatwić czegoś w pracy, bo jesteś zależny od czyjejś dobrej woli? Czy jesteś dla siebie wystarczająco ważny, żeby troszczyć się o siebie… tak za darmo? Czy w takich chwilach czujesz się komfortowo i bezpiecznie? A może przeżywasz niepokój i napięcie?

A gdy zaczynasz budować z kimś bliską relację – czy spodziewasz się, że ta osoba zauważy twoje potrzeby? Kiedy zbliżasz się do kogoś emocjonalnie i zaczyna ci zależeć na tej relacji, czy czujesz się komfortowo i bezpiecznie, czy też przeżywasz niepokój i napięcie? Czy kiedy przeżywasz coś bolesnego, idziesz do ludzi czy się od nich odcinasz?

Warto, by każdy z nas odpowiedział na te pytania w sposób adekwatny do tego, jaki ma wgląd w siebie samego, czyli zgodnie z tym, jak rozumiemy to, kim jesteśmy, i jak działa nasze serce. Niezależnie jednak od udzielonych odpowiedzi, możemy być pewni – podążając za myślą Erika Eriksona – że nawet po doświadczeniu głębokiej i pierwotnej rany, jaką z pewnością jest zerwanie zaufania, możliwe są zarówno uleczenie, jak i zmiana.

Jestem bezpieczny, więc ufam – teoria J. Bowlby’ego i M. Ainsworth

Zaufanie kształtuje się jedynie dzięki bliskości z drugą osobą. Myślę o tym często, szczególnie w kontekście bycia mamą. Prawdziwości tych słów doświadczam również, słuchając wielu dramatycznych historii opowiadanych przez moich pacjentów. I przekonuję się zarówno o tym, jak wielka odpowiedzialność leży w rękach rodziców, jak też o tym, jak pozornie niewiele trzeba, żeby ukształtował się w nas zdrowy, bezpieczny obraz świata i relacji.

Autorem kolejnej teorii, która rzuca światło na rozumienie, czym jest zaufanie i jak się w nas kształtuje, jest John Bowlby. Badacz ten położył fundament pod współczesne rozumienie rozwoju emocjonalnego człowieka. Według niego przywiązanie to głęboko zakorzeniona więź emocjonalna między dzieckiem a jego głównym opiekunem. Możliwość zbudowania tej intymnej więzi pełni kluczową rolę w okresie wczesnodziecięcym, dlatego najistotniejszym etapem rozwoju zdrowego przywiązania są pierwsze dwa lata życia dziecka. W tym czasie buduje się w nim poczucie bezpieczeństwa i stabilność emocjonalna oraz przekonanie o istnieniu porządku świata, który jest przychylny i przewidywalny.

Teoria przywiązania Johna Bowlby’ego pozwala zrozumieć, jakie mechanizmy kształtują nasze dorosłe relacje interpersonalne. Z jednej strony przywiązanie jest naszą biologicznie zaprogramowaną potrzebą, z drugiej zaś – gdy nie uda nam się w dzieciństwie przywiązać bezpiecznie do swoich opiekunów – głęboko nosimy niezaspokojoną potrzebę, aby przywiązać się do kogoś, połączoną z niezdolnością i nieumiejętnością zrobienia tego. Co więcej, choć style przywiązania formują się w dzieciństwie, to odbijają się echem przez całe nasze życie. Wszystko – czyli to, jak byliśmy przytulani, kim byli nasi opiekunowie i w jakim otoczeniu dorastaliśmy – zapisuje w nas trwałe emocjonalne ślady. Dzieci, którym okazywano czułość, które rozwijały się w poczuciu bezpieczeństwa i którym towarzyszyła uważność ze strony opiekunów, często wyrastają na osoby z silnym poczuciem własnej wartości. Potrafią budować bliskie relacje, ufać innym, radzić sobie z trudnościami, są bardziej odporne psychicznie. Jednak jeżeli w dzieciństwie zabrakło stabilności i emocjonalnego wsparcia, w człowieku rozwijają się niepewne style przywiązania. Dorośli z takimi doświadczeniami mogą przeżywać lęk, mieć poczucie bycia niewystarczającym lub zmagać się z trudnościami w zaufaniu. Mogą mierzyć się z samotnością nawet wtedy, gdy są w obiektywnie trwałym związku.

Najczęstszym modelem przywiązania jest styl ogólny; na różne relacje reagujemy w określony sposób. W zależności od tego, z kim budujemy daną więź, ten model jest różny. Badania wskazują, że style przywiązania są elastyczne. To, jak reagujemy na daną osobę, w dużej mierze zależy od tego, jakie sygnały od niej otrzymamy i jak bardzo relacja z tą osobą przypomina nam relację z którymś z ważnych opiekunów z naszego dzieciństwa. Ważne, by mieć tego świadomość, bo na przykład mogę być w bardzo bezpiecznej więzi z moim najlepszym przyjacielem, a jednocześnie mieć unikający styl przywiązania w relacji z moim romantycznym partnerem. Im większa waga danej relacji i im więcej spodziewamy się doświadczyć w tej więzi, tym głębiej może się ujawniać trauma relacyjna.

Warto pamiętać, że chociaż style przywiązania zawiązują się we wczesnych latach życia, nie muszą determinować naszej przyszłości. Styl przywiązania można zmienić – można nauczyć się przywiązywać w sposób inny niż ten, który znamy, choć jest to trudna praca. Wymaga odwagi i wewnętrznej siły, by rozpocząć podróż ku głębszemu zrozumieniu siebie samego. Można jednak zaufać tej drodze i mieć nadzieję, że doprowadzi nas do zmiany – pozwoli rozwijać większą otwartość i ciekawość wobec drugiego człowieka, a także budować więzi, które dają poczucie bycia kochanym, ważnym i rozumianym. Punktem wyjścia jest głębokie zrozumienie własnego stylu przywiązania – to niezbędny krok, aby móc ruszyć dalej.

Bowlby wyodrębnił trzy style przywiązania, które szczegółowo opisała jego współpracowniczka Mary Ainsworth6. W ciągu prac nad tą teorią Mary Main i Judith Solomon uzupełniły ją o czwarty styl przywiązania. Istnieje wiele szczegółowych opracowań dotyczących tego, jak każdy z nich realizuje się w dzieciństwie. Jednak stosunkowo mało prac porusza temat realizowania się poszczególnych stylów przywiązania w życiu dorosłym. Tymczasem jako dorośli reagujemy inaczej niż dzieci; więcej jest w nas maskowania uczuć, więcej tłumienia pierwotnej reakcji.

Osoba ze zdrowym, bezpiecznym stylem przywiązania dobrze czuje się z bliskością, dobrze radzi sobie także z przeżywaniem emocji i wyrażaniem swoich potrzeb. Bliskość nie kojarzy się jej jednoznacznie z zależnością od innych, lecz dopuszcza, że może do kogoś należeć, tak jak ktoś może należeć do niej. Osoba, która przywiązuje się w bezpieczny sposób, ufa sobie i ufa innym adekwatnie do sytuacji, bez idealizacji. Jak można to zilustrować? Na przykład, jeśli w związku partnerka albo partner sygnalizuje, że potrzebuje czasu tylko dla siebie, to osoba bezpiecznie przywiązana potrafi to zrozumieć i uszanować. Nie interpretuje tej prośby jako odrzucenia. Podobnie w sytuacji konfliktowej – taka osoba będzie szukać rozwiązania sporu, poświęci swoją energię i czas, by spróbować zrozumieć drugą osobę i dąży do kompromisu, ponieważ dla niej rozumienie nie oznacza zlania się z drugą osobą. Osoba z bezpiecznym stylem przywiązania nie odczuwa potrzeby eskalowania konfliktu ani przeżywania skrajnych emocji w relacji. Nie czuje się zagrożona, kiedy ktoś wyraża, jak czuje się w relacji z nią. Potrafi powiedzieć, że potrzebuje rozmowy o tym, czego oboje potrzebują, i zaprasza do bliskości.

Osoby o bezpiecznym stylu przywiązania nie będą przeżywały paniki, gdy doświadczą rozłąki z bliską osobą. Ufają, że partner wróci. Nie muszą cały czas jej widzieć, żeby wiedzieć, że są bezpieczne w tej relacji. Nie tracą wewnętrznego obrazu partnera, jeśli brakuje go obok. Nie potrzebują nieustannego podtrzymywania kontaktu poprzez wiadomości SMS-owe czy telefoniczne. Można więc stwierdzić, że osoby o bezpiecznym stylu przywiązania stworzyły w swoim wnętrzu realny, bezpieczny obraz drugiej osoby. Dzięki czemu – co najważniejsze – są gotowe widzieć drugą osobę taką, jaka ona jest. Potrafią głęboko z nią empatyzować i otworzyć się na jej potrzeby.

Inaczej będzie w przypadku osób o lękowo-ambiwalentnym stylu przywiązania. W ich sposobie przeżywania więzi dominują dwie skrajności: głębokie pragnienie intymności i tęsknota za bliskością oraz intensywna obawa przed byciem odrzuconym. Kształtuje się on u dzieci, które wytworzyły specyficzny sposób reakcji na nieprzewidywalność rodzica. Koniecznie trzeba zaznaczyć, że owa nieprzewidywalność mimo wszystko była dla dziecka zrozumiała. Intuicyjnie odczytywało ono, że rodzic może znajdować się w różnym stanie emocjonalnym. Opiekuna nie cechowała więc chaotyczność emocjonalna, ale zmienność zachowań i sposobów ekspresji emocjonalnej.

W tym kontekście przypomina mi się wiele historii z życia moich pacjentów, które mogłyby być ilustracją tego typu zmienności. Oto jedna z nich7:„Kiedy moja matka piła, była bardzo drażliwa. Czasem zasypiała na kanapie, a wtedy chodziliśmy po domu na palcach, bo baliśmy się ją obudzić, żeby nie było krzyku. Kiedy mama nie piła, w domu było bardzo miło. Mama dużo gotowała, śpiewała do muzyki puszczanej w radio, bawiła się z nami, chodziliśmy razem do wesołego miasteczka, potrafiła się śmiać. Najtrudniejszy był wstyd, gdy mama szła pod wpływem alkoholu na wywiadówkę. Nigdy nie wiedziałam, w jakim stanie wróci, więc staraliśmy się pod jej nieobecność posprzątać cały dom i odrobić lekcje. Najgorsze do wytrzymania było to zawstydzenie, że widzą ją w tym stanie inni rodzice i nasza wychowawczyni. Następnego dnia w szkole zawsze uważnie przyglądałam się naszej pani, starając się odczytać, co o mnie myśli”.

To jedna z wielu przejmujących dziecięcych historii moich pacjentów, która pokazuje, że styl przywiązania dotyczył nie tylko rodzica. Z relacji z nim przenosił się również na relację z nauczycielem. Wymuszał na dziecku nieustanne obserwowanie dorosłego, aby swoim zachowaniem móc odpowiadać w sposób właściwy do jego stanu.

W lękowo-ambiwalentnym stylu przywiązania dziecko ze względu na pragnienie bliskości z opiekunem tworzy specyficzną reakcję na każde z rodzicielskich zachowań. Jeśli rodzic będzie wracał poirytowany i podminowany, dziecko wytworzy adaptacyjną reakcję na ten stan, na przykład unikanie. Jeśli innym razem opiekun reagował w sposób ciepły, otwarty, przyjazny, dziecko nauczyło się odpowiadać i na ten stan. Lękowo-­ambiwalentny styl przywiązania wyraźnie pokazuje, z jakim opiekunem i jakim sposobem traktowania mierzyło się dziecko.

W życiu dorosłym osoby z lękowo-ambiwalentnym stylem przywiązania boją się rozłąki. Na przykład, gdy pojawia się perspektywa wyjazdu bliskiej osoby lub dłuższego okresu bez spotkań, emocjonalnie „uzbrajają się”. To psychiczne przygotowywanie się wykształciło się w dzieciństwie jako mechanizm obronny, pozwalający przetrwać w świecie pozbawionym poczucia bezpieczeństwa, jednak odbywa się kosztem autentyczności, swobody i zaufania. Gdy ktoś bliski wraca, osoba z tym stylem przywiązania może reagować całą gamą pozornie niespójnych emocji i zachowań – od odrzucenia wobec powracającej osoby, przez złość i nadmierny płacz, po utratę zaufania. Potrzebuje wielu zapewnień o bezpieczeństwie i trudno jej uwierzyć, że można ją kochać „bezwarunkowo”, za nic. Nieustannie poszukuje potwierdzenia miłości i dowodów przywiązania partnera. Często pyta: „Czy mnie kochasz? Czy na pewno przy mnie będziesz?” i jednocześnie wykazuje wzmożoną czujność wobec najmniejszych, często niezawinionych sygnałów braku ­zainteresowania.

Pamiętam pewną pacjentkę, która żyła w ogromnym lęku przed opuszczeniem. Radziła sobie z nim, dbając o atrakcyjność fizyczną. W ten sposób budowała psychiczne „koła ratunkowe”, zaklinając rzeczywistość przekonaniem: „Jeżeli będę o siebie dbała, on mnie nie opuści”. Jednocześnie lęk, który ją trawił od środka, budował między nią a partnerami dystans, przez to była odbierana jako osoba chłodna i niedostępna emocjonalnie. Gdy w jej wnętrzu kołatało przerażone, wrażliwe serce, na zewnątrz była niczym zamrożona, piękna księżniczka.

Dominujące w tym stylu przywiązania lękowe przekonanie, że partner może odejść, wiąże się z pojawianiem się nadmiernych reakcji emocjonalnych, które z czasem kształtują wewnętrzne przekonanie o tym, że więź jest czymś bardzo męczącym, wymagającym przeżywania nieustannego napięcia i podejmowania ciągłej troski. To zaś może doprowadzić nawet do refleksji, że nie ma się siły na budowanie więzi, a bliskość jest zbyt trudna do osiągnięcia. Konsekwencją pojawienia się takiego przekonania może być doświadczenie wypalenia w związku, które pociąga za sobą to, że pomimo głębokiej potrzeby bliskości osoba podejmuje decyzję o życiu w samotności.

Inne zagrożenie wynikające z tego stylu przywiązania łączy się ze zbyt silnym zaangażowaniem w relację. Osoba przywiązana lękowo-ambiwalentnie będzie utrzymywać z kimś bliskość, nawet jeśli ta relacja nie jest zdrowa, ponieważ rozłąka wydaje się jej jeszcze większym dyskomfortem. Trwając w takim związku, stopniowo będzie tracić samą siebie, lekceważąc swoje emocje i potrzeby. Mówiąc krótko, osoba przywiązana w stylu lękowo-ambiwalentnym będzie się starała utrzymać bliskość za wszelką cenę.

Zgoła inne reakcje i zachowania będą przejawiały osoby cechujące się lękowo-unikającym stylem przywiązania. Utrzymywanie dystansu to ich najbardziej widoczny sposób trwania w relacji z drugim człowiekiem. Taka osoba unika bliskości – nie wykazuje lęku podczas rozłąki, ale i nie szuka bliskości, gdy ponownie się z kimś spotyka. Mary Ainsworth twierdziła, że taka postawa wynika z dziecięcego, głęboko zapisanego doświadczenia bycia ignorowanym i niedostrzeganym przez rodziców. To poczucie odrzucenia spowodowało, że dziecko nauczyło się, że samo w sobie nie jest wystarczająco ciekawe ani ważne, żeby ktoś chciał być blisko niego, w dorosłym życiu zaowocowało zaś surowym i dojmującym przekonaniem: „Jestem sam”. Owa samotność jest jednak głęboka, pierwotna, nieprzenikniona i pełna chłodu.

Kiedy w pracy terapeutycznej spotykam osoby o lękowo-unikającym stylu przywiązania, z jednej strony odczuwam wręcz bijącą od tej osoby potrzebę bliskości i obecności – wprawne oko i ucho są w stanie dostrzec owo chłodne zabarwienie samotności – zaś z drugiej wyczuwam silny komunikat: „Nie potrzebuję cię”, „Jestem samowystarczalny”, „Nie lituj się nade mną”. Ta sprzeczność jest jednak tylko pozorna. Gdy przypomnimy sobie teorię Johna Bowlby’ego, to wydaje mi się całkowicie czytelna. Jak łatwo się domyślić, niezwykle trudno jest nawiązać bliską relację z osobą o lękowo-unikającym stylu przywiązania, ponieważ mimo że odczuwa ona dotkliwą samotność, buduje nieprzekraczalny dystans.

Osoby o tym stylu przywiązania nie tylko zachowują dystans w relacjach, ale też unikają poruszania w rozmowie głębokich, emocjonalnych tematów. Wolą intelektualizować czy racjonalizować: rozmawiać o poglądach, przekonaniach, polityce czy pogodzie, byleby nie dotykać obszaru więzi, byleby się nie odsłonić przed drugim człowiekiem. Gdy relacja staje się coraz bardziej intymna, mówią o granicach, przekraczaniu przestrzeni osobistej. Gdy proponowana jest im bliska i stała więź, proszą o więcej czasu. Osoby sygnalizujące niezależność, samowystarczalność i unikające więzi emocjonalnej w swoim dialogu wewnętrznym często traktują grupę jako przestrzeń, w której tracą autonomię – tak ważną dla ich poczucia bezpieczeństwa. Często ignorują własne emocje, które pojawiają się w związku z budowaniem więzi, a w zamian stosują mechanizmy obronne, takie jak tłumienie czy wypieranie.

Niezwykle przejmujące jest obserwowanie świata wewnętrznego osoby z lękowo-unikającym stylem przywiązania. Może to truizm, ale jeśli wiele razy powtarzamy jakieś nieprawdziwe stwierdzenie, to jesteśmy w stanie w nie uwierzyć jak w najświętszą prawdę. Podobnie dzieje się u osób z lękowo-­unikającym stylem przywiązania. Jeśli zaufają myśli, że nikogo nie potrzebują i same sobie wystarczają, to w pewnym momencie są w stanie stłumić swoje prawdziwe potrzeby i uwierzyć, że tak jest dobrze. Stąd naturalne wydaje się im, że doświadczając stresu, nie kierują się ku innym ludziom, by w relacji z nimi szukać pocieszenia, lecz oddalają się od nich, skupiając się na rzeczach, hobby, aktywnościach, wszystkim, co nie pociąga za sobą tak wysokich kosztów emocjonalnych.

Wspomniany konflikt wewnętrzny, który nieustannie przeżywa osoba o lękowo-unikającym stylu przywiązania, prowadzi ją do ciągłego udowadniania, jak wspaniale sobie radzi, jak nikogo nie potrzebuje i jak dobrze czuje się w samotności. Owa wewnętrzna, chorująca „dzielność” skutkuje tym, że ludzie z otoczenia takiej osoby są przekonani, iż wszystko jest w porządku, a co za tym idzie, że taka osoba jest w stanie udźwignąć wiele różnych obowiązków, których nie wahają się na nią zrzucać. Niestety, próby udowodnienia całemu światu swej niezależności i siły doprowadzają osobę o lękowo-unikającym stylu przywiązania do wypalenia i ogromnego zmęczenia. Naturalnie więc taka osoba ma ogromny problem z ufaniem innym ludziom. Rodzi się w niej podejrzenie o szczerość intencji innych osób, a ponadto obawia się, że jeśli za bardzo otworzy się na drugą osobę, ponownie zostanie zraniona.

Ostatnim modelem opisanym przez badaczy myśli Johna Bowlby’ego jest zdezorganizowany styl przywiązania. Jeśli dziecko doświadcza relacyjnego chaosu, jeśli ma rodziców, których zachowań nie da się przewidzieć, jeśli rozwija się w środowisku, w którym trudno dostrzec uporządkowane zasady czy jakąkolwiek inną stabilność, wtedy zwyczajnie zaczyna się gubić jak w labiryncie. Staje oko w oko z sytuacją, w której nie jest w stanie wytworzyć adekwatnego sposobu reagowania na bliską osobę, ponieważ ta osoba jest niezwykle zdezorganizowana i chaotyczna. Jeżeli opiekun dziecka najpierw je bije, a potem głaska, jeśli podejrzewa wszystkich wokół o złe intencje i traktuje jak wrogów, a potem chaotycznie angażuje się w działania charytatywne, żeby poprawić swoje samopoczucie, wtedy dziecko rozwija się w świecie, który nie jest na tyle uporządkowany, by mogło się do niego stabilnie przywiązać.

W dziecku o zdezorganizowanym stylu przywiązania bliskość budzi napięcie, a obecność drugiego człowieka – czujność. W jego dorosłym życiu może pojawić się wiele zaburzeń psychosomatycznych, ponieważ to w ciele przechowywana jest pamięć o doświadczonej traumie czy zaniedbaniu. Przebywanie w grupie lub bycie blisko z drugim człowiekiem będzie powodowało zamrożenie, zablokowanie oraz unikanie kontaktu wzrokowego. To ogromny koszt, jaki ponosi osoba o takim stylu przywiązania. Mimo że pragnie bliskości, jednocześnie przeżywa ogromny lęk, kiedy jej doświadcza. Gdy partner zbliża się do niej emocjonalnie, zaczyna się odsuwać, a gdy się od niej oddala, ona – wręcz przeciwnie – szuka bliskości. Osobie o zdezorganizowanym stylu przywiązania trudno regulować emocje, gdy wokół są inni. Dlatego wśród ludzi może czuć się przytłoczona ich obecnością, a także reagować bardzo impulsywnie, gniewnie czy lękowo.

W mojej terapeutycznej pracy z grupami, w których brały udział osoby o zdezorganizowanym stylu przywiązania, spotkałam się z sytuacjami, gdy potrafiły one nagle wyjść z sali, ponieważ nie były w stanie wytrzymać rodzącej się w grupie bliskości. W czasie rozmowy na forum lub dzielenia się podczas „rundki terapeutycznej” często nie zabierały głosu lub, zakładając na twarz maskę obojętności, mówiły, że wszystko u nich w porządku. Osoby o zdezorganizowanym stylu przywiązania bardzo trudno przeniknąć i opisać. Dzieje się tak dlatego, ponieważ niosą w sobie ogromne cierpienie.

Wielu ludzi pragnie, wręcz oczekuje od partnera, że ich niewłaściwie zbudowany styl przywiązania będzie zdrowo realizowany w nowym związku. Tymczasem – zgodnie z przywołaną teorią J. Bowlby’ego – wiadomo, że bezpieczny styl przywiązania buduje się w dzieciństwie i staje się on trwałą rzeczywistością psychiczną, choć nie absolutną, niezmienną. Z całą pewnością na to, jaki styl przywiązania ukształtuje się w nas w dzieciństwie, mają wpływ ważne lub traumatyczne wydarzenia życiowe. Rozpoczęcie nowego związku, każda strata lub śmierć, przeprowadzka, utrata przyjaciela, doświadczenie konfliktu w rodzinie czy inne doświadczenia głęboko ingerujące w więź mogą wpływać na styl przywiązania. Ta zmiana może być jednak tymczasowa, jeśli dana osoba podejmuje pracę nad własnym stylem przywiązania, a także posiada wsparcie w trwałym, stabilnym związku. Suma tych czynników daje szansę na to, że krok po kroku będzie w stanie odbudować zaufanie – o czym więcej w kolejnej części książki.

Refleksja: Mój styl przywiązania

Budujemy więzi, nosząc w sobie bagaż doświadczeń niewidoczny dla innych. Mieści on w sobie nasze wspomnienia, emocje, reakcje i wszystkie te niewidoczne nici, z których utkane jest nasze wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa. Zanim jednak zaczniemy się przyglądać, jak budujemy relacje, zapraszam cię, by zatrzymać się na chwilę. Chodzi o poznanie siebie, a nie ocenę – o łagodne i uważne spotkanie z samym sobą.

Poniżej znajdziesz listę pytań, które warto odnieść do konkretnych ludzi z twojego dzieciństwa. Spróbuj nazwać, z którym z rodziców lub opiekunów zbudowałeś taki typ relacji.Być może zauważysz, że różne style przywiązania dotyczą w twoim życiu różnych osób – to naturalne. Każda więź jest inna, tak jak inny był sposób, w jaki dana osoba była przy tobie: obecna lub nieobecna, czuła lub chłodna, przewidywalna lub chaotyczna.Nie mamy relacji z abstrakcyjnym pojęciem „rodziców”, ale mamy relacje z konkretnymi osobami: ich głosem, spojrzeniem, gestem, ciszą. I właśnie te doświadczenia zapisują się głęboko w naszym ciele i naszej pamięci emocjonalnej.

Usiądź w jakimś cichym miejscu. Oddychaj spokojnie. Pozwól, by wspomnienia i skojarzenia przepływały przez twoją głowę bez oceniania ich. Kiedy poczujesz się gotowy, wybierz dwie ważne relacje ze swojego życia: jedną szczęśliwą, w której czułeś się bezpiecznie, drugą – trudną, w której doświadczałeś napięcia lub smutku i rozczarowania.

Nie chodzi o to, żebyś wybrał najważniejsze relacje. Proszę, otwórz się na spontaniczne myśli. Poszukaj wewnątrz siebie odpowiedzi na pytania:

Czy łatwo mi zaufać? Komu ufam spontanicznie? Co musi się wydarzyć, żebym stracił zaufanie?Jak reaguję, gdy doświadczam bliskości w relacji z drugą osobą? Kto obecnie jest przy mnie blisko? Czy to ja podejmuję inicjatywę, żeby się zbliżyć, czy czekam, aż ktoś zbliży się do mnie?Jak reaguję, gdy doświadczam opuszczenia? Kto mnie opuścił? Jakie przekonania zbudowałem na skutek tego opuszczenia, na przykład: „Nigdy nie zbliżę się już do nikogo”, „Kobietom/mężczyznom nie można ufać” itp.?

Po każdym przeczytanym pytaniu pozwól sobie na chwilę przerwy. Zamknij oczy, posłuchaj swoich myśli, postaraj się je uchwycić. Mogą przychodzić w postaci konkretnych wspomnień, obrazów czy słów. Spróbuj je zapisać, ale zrób to spontanicznie – nie zastanawiaj się długo nad tym, co piszesz. Posłuchaj swojego ciała. Czy miarowo oddychasz? Czy jesteś rozluźniony czy napięty? Czy czujesz chłód czy ciepło? Nie oceniaj. Zauważ samego siebie.

Zaufanie społeczne

Z perspektywy terapeutycznej, psychologicznej zaufanie i nieufność są doświadczeniami indywidualnymi. To procesy intrapsychiczne, czyli przeżywane przez każdego wewnętrznie. Aby jednak ich obraz był pełny, trzeba dodać jeszcze jedną perspektywę i spojrzeć na zaufanie również w kontekście społecznym.

Według polskiego socjologa Piotra Sztompki zaufanie stanowi niezbędny element życia społecznego. Co to w praktyce oznacza? To czy żyjemy w społeczeństwie, w którym panuje atmosfera zaufania czy nieufności, wpływa na nasze doświadczanie świata. Zaufanie jest „przekonaniem o wiarygodności drugiego człowieka”, dlatego zaufać znaczy „uwierzyć w czyjeś intencje, kompetencje i uczciwość”8. Jak widać, życie w społeczeństwie to wielkie wyzwanie, szczególnie jeśli nie doświadczyliśmy w dzieciństwie stabilności. Co więcej, destabilizacji na poziomie zaufania mogą doświadczać także całe społeczeństwa.

Z perspektywy psychologicznej zaufać to głęboko uwierzyć w drugiego człowieka, w to, że jest samoistną, samosterowną jednostką. Według Piotra Sztompki istnienie zaufania w społeczeństwie jest wynikiem procesu, który trwa od momentu zawiązania społeczeństwa, a także ściśle łączy się z jego historią – z doświadczeniem grupowych traum i zwycięstw – oraz przenika sposoby jej interpretacji. Nasze zaufanie ma wiele wymiarów, na przykład interpersonalny, który dotyczy relacji między mną a drugą osobą. Cechą tego pierwszego z wymiarów – które w dalszej części książki będę nazywała kierunkami – jest relacyjność, co oznacza, że opiera się on na realnej zdolności człowieka do tworzenia więzi z innymi ludźmi. Drugi wymiar zaufania ma charakter instytucjonalny – możemy ufać organizacjom, strukturom społecznym lub podchodzić do nich paranoicznie i lękowo. Kolejnym wymiarem jest zaufanie uogólnione – odnoszące się nie tyle do osób, z którymi jesteśmy w najbliższych relacjach, czy instytucji, ile do otaczających nas innych ludzi, tych spotykanych w codzienności: w klasie, na studiach, w pracy czy na ulicy. Jeżeli nie potrafimy zaufać, czyli uwierzyć w drugiego człowieka, bardzo trudno będzie nam funkcjonować w społeczeństwie9.

Jeśli połączymy teorię Piotra Sztompki z badaniami psychologicznymi Johna Bowlby’ego, dostrzeżemy, że zaufanie to coś znacznie szerszego niż przeżycie indywidualne. Wychodząc od doświadczenia jednostkowego, staje się ono dynamicznym procesem społecznym, który kształtuje się w relacjach międzyludzkich i tworzy przestrzeń do rozwoju dla całego społeczeństwa. Zaufanie to zatem bezcenny zasób społeczeństwa, które dzięki niemu może reagować z otwartością na zmiany (lokalne i globalne), na rozwój.

Jak my, Polacy, radzimy sobie ze wzajemnym zaufaniem? Wystarczy zapoznać się z badaniami CBOS-u o zaufaniu społecznym10, by przekonać się, że nie idzie nam to dobrze, wręcz fatalnie. Jak się łatwo domyślić, źródeł takiego stanu należy szukać w naszej historii. Zaufanie jest bowiem zależne od doświadczeń danego społeczeństwa. Grupy, które cechuje silne zaufanie społeczne, będą się rozwijać, dynamicznie reagować na wymagania stawiane przez bieżące wydarzenia. Nieufność z kolei utrudnia rozwój, zamyka ludzi na zmiany i usztywnia reakcje społeczne.

Każdy z nas potrzebuje ufnej postawy serca, żeby móc korzystać z pomocy innych. Potrzebujemy jej – i to nie tylko wobec najbliższych, znanych nam, o których wiemy, że są godni zaufania. Przypomnij sobie sytuację, w której musiałeś zetknąć się z jakąś instytucją społeczną lub organizacją państwową. Co czułeś? Policja, straż pożarna, szpitale, szkoły, urzędy – każdą z tych społecznych instytucji obdarzamy ufnością lub nieufnością. Ta postawa determinuje zaś nasze samopoczucie, zachowania, sposób przeżywania rzeczywistości. Według badań Piotra Sztompki, jeśli ufamy pracownikom opieki zdrowotnej, pozwala nam to obniżyć poziom stresu i lęku w trakcie leczenia, a także zwiększyć poczucie bezpieczeństwa, gdy jesteśmy w sytuacji, w której potrzebujemy pomocy medycznej11. Podobnie jest z korzystaniem z pomocy psychiatrycznej czy terapeutycznej. Jeśli w społeczeństwie jest zaufanie do takiego sposobu leczenia czy pracy nad sobą, więcej osób bez wstydu i poczucia winy otwiera się na korzystanie z pomocy psychologicznej. W Polsce od wielu pokoleń ogromnym zaufaniem społecznym cieszył się również Kościół, mimo że obecnie jesteśmy świadkami upadku zaufania do tej instytucji12.

Zaufanie jest więc pomostem między doświadczeniem indywidualnym a społecznym. Atmosfera zaufania panująca w społeczeństwie sprzyja otwieraniu się na innych, nawet jeśli moje osobiste, a nawet traumatyczne doświadczenia mnie do tego nie zachęcają. Jeśli bowiem w społeczeństwie doświadczam otwartości, staje się ona zaproszeniem do tego, by moje indywidualne przekonania i postawy nie determinowały mojego życia. Jeśli dostrzegam zaufanie u innych, mogę zacząć odczuwać tęsknotę i pragnienie, żeby wyruszyć w podróż do uzdrowienia tego, co choruje w moim sercu13. Jesteśmy niczym połączone naczynia – zespoleni w atmosferze subtelnie obecnej w relacjach na przystanku autobusowym, mijając się w korkach, spotykając w sklepie – a więc wpływamy na siebie nawzajem. Zaufanie jest zatem naszą wspólną wartością. Utrzymuje nas RAZEM.

Duchowa głębia zaufania

Kontynuując teoretyczne rozważania o zaufaniu, warto zatrzymać się nad tym, czym ono jest w relacji do Boga. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że czytając tę książkę, możesz mieć w głowie wiele znaczeń słowa „Bóg”, które ściśle łączą się z twoim życiowym doświadczeniem. Dlaczego tak się dzieje? Bo życie w świadomości istnienia Boga to proces. Relacja do Niego w ciągu naszego życia bardzo się zmienia – jest wypadkową doświadczeń i osobistej pracy.

Warto pamiętać, że więź z Bogiem jest relacją z Osobą. W praktyce oznacza to zaś, że podlega mechanizmom psychologicznym, które rządzą wszystkimi innymi relacjami. Stąd czasem jesteśmy Bogiem zawiedzeni, tracimy do Niego zaufanie, czy też jesteśmy w Nim zakochani i nie widzimy świata poza Nim. Ta więź w wielu obszarach jednak różni się od pozostałych. Przede wszystkim jesteśmy przez Boga uzdolnieni do tego, żeby Go poznać takiego, jaki jest. On inicjuje relację z każdym z nas. On pierwszy głęboko nas pokochał, zanim byliśmy gotowi Go pokochać – żaden rodzic nie potrafi tego zrobić w relacji ze swoim dzieckiem. W Bogu więc jesteśmy uzdolnieni do budowania więzi opartej na zaufaniu i akceptacji.

Każdy z nas został stworzony jako całość. Poszczególne obszary naszego istnienia wpływają na siebie i pozostają ze sobą w relacji ciało, psychika i duch. Gdy któryś z tych elementów zaczyna chorować, chorują również pozostałe. Gdy zaś rozwijamy jakąś część siebie, pociąga to za sobą rozwój nas CAŁYCH. Również relacje budujemy nie tylko za pośrednictwem ciała i psychiki, ale też w sferze ducha.

Relacja duchowa to głęboka więź między osobami, która wykracza poza fizyczne oraz emocjonalne aspekty i dotyka istoty człowieka. Opiera się na wierze w możliwość nawiązania kontaktu z Bogiem, który JEST OSOBĄ. Niekiedy trudno zachować naturalność i otwartość w relacji z Bogiem. Wydaje się, że jeżeli coś jest „duchowe”, musi być inne, mistyczne albo natchnione. Nie potrafimy jednak połączyć się z Bogiem inaczej, jak poprzez religijne obrzędy, praktyki, napisane i stworzone przez innych formuły, które czasem dzięki naszej relacji z Nim potrafimy tak przeformułować lub ożywić, że stają się wyrazem naszej osobistej rozmowy14.

Doświadczenia duchowe rozwijamy także poprzez uczenie się Boga w rodzinie. Na początku poszerzamy zakres słów, szukając ich znaczeń, potem dołączając do nich osobiste przeżycia. Aby relacja duchowa wyrażała nasze poczucie ufności i pozwalała nam Go doświadczyć, nie może być konstruktem czysto teoretycznym. Jej fundamentem musi być akt wiary – głęboka decyzja woli mojego JA, które mówi: „CHCĘ być w relacji z Tobą”. Wiara przekracza to, co jest intelektualnym przekonaniem, bo angażuje nas całych: serce i wolę. Ponadto, warto przypomnieć, jak Bowlby definiował style przywiązania – to, z czego wynikają oraz w jaki sposób wyrażają się w życiu dorosłym. Nasze ufanie Bogu i zdolność do relacji z Nim nie są bowiem oderwane od zdolności do ufania drugiemu człowiekowi.

Według teologii katolickiej zaufanie łączy w sobie głębokie przyjęcie tego, co Bóg opowiedział i objawił nam o sobie, oraz naszą głęboką i realną odpowiedź, czyli oddanie się Mu tak, jak oddajemy się ukochanej osobie. Dlatego integrując naszą duchowość z przeżywaniem siebie i świata, warto pamiętać o tym, co jest podstawą wzrostu dziecięcego zaufania. Jeżeli rodzic ufa dziecku, wtedy ono ma siłę, by zacząć ufać sobie samemu, ale także obdarzać zaufaniem dorosłego. Dziecko rozwinie w sobie zaufanie, jeśli najpierw zostanie nim obdarzone. Podobnie jest w relacji z Bogiem: z jednej strony jesteśmy zaproszeni do tego, żeby Mu zaufać, z drugiej strony również On ufa nam15.

Zaufanie dotyczy przede wszystkim intencji drugiej osoby, tego, że ma ona w sobie zasoby, by wypełnić złożone nam obietnice oraz zrealizować to, co wyraża słowem czy gestem. Zaufanie dotyka też tego obszaru w nas, w którym wyznajemy: „JA wiem, że TY pragniesz mojego dobra. JA ufam, że TY troszczysz się o mnie, bo taka jest Twoja natura”. Stąd relacja zaufania do Boga wymaga poznawania Go. Nie da się jej zbudować, jeśli Bóg nie „ożywa” w naszym życiu, czyli jeśli nie staje się „naszym Bogiem”. Z perspektywy psychologicznej można powiedzieć, że nauczymy się ufać Bogu, jeśli doświadczymy Go jako osoby godnej zaufania. Ufność przecież rozwija się w nas, jeśli w okresie dzieciństwa doświadczamy stabilnego, zaangażowanego w moje życie opiekuna.

W praktyce terapeutycznej obserwuję u moich pacjentów przeniesienie niezaspokojonej potrzeby stabilnego i czułego rodzica na osobę Boga. Wydaje się, że nie ma w tym nic niepokojącego – w końcu samo Pismo Święte uczy nas, że Bóg zaspokoi doskonale każdą naszą potrzebę w Chrystusie Jezusie (por. Flp 4,19) i że możemy wołać do Boga: „Abba”, czyli Tatusiu (por. Rz 8,15). Czasami jednak, nosząc w sobie lęk i niechęć do budowania relacji z ludźmi lub odbudowywania więzi ze swoimi bliskimi, przenosimy dziecięcą, a nawet – odważyłabym się powiedzieć – fantazyjną potrzebę idealnej relacji z rodzicem na Boga, tym samym nie porządkując i nie uzdrawiając naszych ludzkich relacji. Przez to nie korzystamy z płynącej od Boga siły do ich uzdrowienia i tłumimy naszą zdolność do zmiany myśleniem: „Nauczycielu, dobrze nam tu być. Rozbijmy tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza” (por. Mk 9,5). W końcu Bóg jest idealny, stabilny i przewidywalny, prawda? Po co mam zajmować się tymi nieudanymi ziemskimi relacjami? Dlaczego nie mogę zacząć żyć tak, jakby tego wszystkiego nie było, jakby nic złego mnie nie spotkało?

Głęboko ukryte i niezaspokojone potrzeby podpowiadają nam, że tylko w Bogu nasze zgłodniałe ludzkie serce znajdzie wypełnienie. I to jest prawda. Jednak czasem zapominamy, że nasza psychika i nasze ciało nadal pozostają w traumach. Co więcej, nie zwracamy uwagi na to, że owe utrwalone, zniekształcające nas mechanizmy psychologiczne, które są wynikiem doświadczeń z dzieciństwa, mogą działać też w relacji z Bogiem. Z tego właśnie powodu często robimy wszystko, by zasłużyć na Bożą miłość, lub tkwimy w lękowym czy ambiwalentnym stylu przywiązania do Niego: „Kiedy Ty dajesz mi to, o co proszę, jestem blisko Ciebie. Kiedy nie odpowiadasz tak, jak potrzebuję, opuszczam Cię”. Ponadto możemy zarówno idealizować, jak i dewaluować Boże zaangażowanie w nasze życie. W ten sposób przenosimy całą mechanikę budowania relacji z człowiekiem na Boga, przez co relacja z Nim nabiera charakteru fantazmatycznego. Oznacza to, że zamiast autentycznej, głębokiej i przede wszystkim osobowej więzi, wchodzimy w relację z własnym wyobrażeniem Boga. Żyjemy projekcją tego, jaki chcielibyśmy, aby On był, karmiąc się pragnieniem zaspokojenia braków, których doświadczaliśmy w relacjach z innymi ludźmi. Życie w fantazmacie polega więc na tworzeniu obrazu Boga odpowiadającego naszym niezaspokojonym tęsknotom i oczekiwaniom. W efekcie przenosimy nasze potrzeby z relacji międzyludzkich na Stwórcę, co zamiast prowadzić do uzdrowienia, może stać się formą ucieczki.

„Gdy ludzie mnie zawiodą, Bóg zawsze będzie ze mną, stanie po mojej stronie” – te słowa wyrażają postawę Mojżesza, Dawida i wielu innych biblijnych bohaterów. W przypadku tych osób nie oznacza ona wyłączenia się ze świata i ucieczki od codzienności. Wprost przeciwnie: ta pełna wiary deklaracja o wierności Boga prowadzi ich ku światu i nowym relacjom, ku działaniom zmieniającym otoczenie, a także jest zaproszeniem do głębokiego życia w tym konkretnym miejscu. Fantazmat będzie kierował nas ku idealizacji i intelektualizacji, będzie szukaniem sposobów na ukrycie się przed „niebezpieczną” bliskością.

Na pytanie, dlaczego tak chętnie karmimy się nierealnymi czy wręcz fantazmatycznymi obrazami Boga, należy odpowiedzieć: bo pozwala nam to uniknąć bólu i odrzucenia. Wyidealizowany Bóg chroni nas przed kolejnymi rozczarowaniami, przed ryzykiem zbliżenia się do realnych ludzi, a co za tym idzie – doświadczenia od nich kolejnego bólu. Co się jednak stanie, gdy Bóg nie spełni naszych oczekiwań lub nie odpowie na naszą głęboką potrzebę? Jak zareagujemy, jeśli mimo naszej żarliwej modlitwy o uzdrowienie bliskiej osoby, ona umrze? Co zrobimy, gdy będziemy przechodzić przez cierpienie i bolesne doświadczenia? Dla wielu osób jest to pretekst do stworzenia kolejnego fantazmatu, na przykład w postaci ubóstwiania cierpienia. Takie zachowanie stanowi przejaw kolejnego mechanizmu, za pomocą którego człowiek broni się przed doświadczaniem realności cierpienia.

Nasz obraz Boga, czyli Jego wewnętrzną reprezentację, tworzymy na podstawie dziecięcych doświadczeń, dlatego w dużej mierze zależy on od naszych wczesnych relacji z opiekunami16. Relacja z Bogiem może stać się antidotum na nasz ból, a to może prowadzić do nieustannej frustracji z powodu niezrealizowania przez Niego naszych głębokich potrzeb. Ponadto w ten sposób unikamy ludzi, uważając, że ich nie potrzebujemy. Nie konfrontujemy też naszych przekonań w ramach relacji, a tym samym pozbawiamy się możliwości urealnienia obrazu samego siebie. Osoby, które w dzieciństwie doświadczyły czułej i stabilnej więzi z rodzicami, często mają pozytywny, nacechowany ciekawością obraz Boga. Nie boją się eksplorować, zadawać pytań, szukają z Nim szczerej relacji. Warto więc, troszcząc się o własne zdrowie, uporządkować to, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie, żeby odnaleźć realne ścieżki prowadzące nas do Boga. Jeśli bowiem mamy nieuporządkowane relacje z rodzicami, budując więź z Bogiem, będziemy odtwarzać schematy i nieadaptacyjne strategie radzenia sobie z cierpieniem oraz trudem. Skutkuje to na przykład tym, że w chwilach uniesienia będziemy idealizować Boga, a w cierpieniu i trudzie dewaluować Bożą chęć pomocy, Jego miłość, a nawet zaprzeczać Jego dobrym intencjom wobec nas.

W psychologii religii mówi się o przeniesieniu obrazu rodzica na obraz Boga. Badania wskazują, że obraz Boga ukształtowany w dzieciństwie jest ściśle związany z doświadczeniami w relacji z rodzicami17. Przeniesienie jest mechanizmem obronnym, który polega na przypisaniu emocji, zachowań, intencji jednego obiektu drugiemu. W kontekście relacji z Bogiem może to oznaczać przeniesienie pierwotnej potrzeby zaufania wobec bliskich opiekunów na Boga. W takiej sytuacji człowiek oczekuje od Niego opieki oraz bezwarunkowej akceptacji, tak silnej, jakiej małe dziecko potrzebuje od swoich rodziców. Możliwe jest uzdrowienie tego rodzaju doświadczeń, wymaga ono jednak świadomego przeżywania i nie może być traktowane jako jednorazowy akt, lecz jako proces. Świadomość odgrywa kluczową rolę, ponieważ nieuświadomione przenoszenie dziecięcych potrzeb na inne osoby najczęściej prowadzi do ich konfrontacji z rzeczywistością i w konsekwencji do rozczarowania.

Przeniesienie z pewnością jest jednym ze sposobów adaptowania się do samotności oraz oswojenia niepokoju wynikającego z trudności pojawiających się w dziecięcym świecie. I choć Bóg naprawdę był obecny w tych sytuacjach i pozostaje z nami także teraz, to pragnie być dla człowieka kimś realnym, a nie wytworem jego wyobrażeń – chce być taki, jak objawia się nam w swoim słowie: żywy i „na swoją miarę”, a nie ukształtowany według naszych zranień. Jeżeli człowiek przenosi na Boga potrzebę bezpieczeństwa, jednocześnie odsuwając się od ludzi, może „utknąć” w lękowym obrazie rzeczywistości, w którym nie ma przestrzeni do konfrontowania własnych przekonań o świecie. Kurczowe trzymanie się myśli: „Nie potrzebuję nikogo, mam Boga”, prowadzi w istocie do stagnacji. Tymczasem zaufanie nie oznacza wycofania, lecz codzienne odważne wychodzenie ku życiu.

Teorie w działaniu

Patrząc na wielość aspektów, które trzeba uwzględnić, próbując zdefiniować, czym jest zaufanie, przypomina mi się historia jednej z moich pacjentek. Doświadczyła ogromnego zranienia na etapie niemowlęcym. Jej mama bardzo bała się ją urodzić, bo jej partner – ojciec mojej pacjentki – był agresywnym, nadużywającym alkoholu mężczyzną, który nie chciał wziąć odpowiedzialności za mające przyjść na świat dziecko. Zaraz po porodzie matka realnie zastanawiała się, czy nie oddać córki do adopcji, jednak zdecydowała się zostawić ją przy sobie. Nietrudno sobie wyobrazić, że nie był to dom, w którym panowała atmosfera bezpieczeństwa, czułości i otwartości na potrzeby małego dziecka. Moja pacjentka rosła w poczuciu bycia niechcianą i niewidzianą. Miała poczucie, że jedynym uzasadnieniem dla jej istnienia były momenty, w których „nie przeszkadzała”, przynosiła do domu najlepsze stopnie i można było się nią pochwalić, a najlepiej – kiedy nie zajmowała niczyjego czasu ani nawet fizycznego miejsca w domu. Jako dziecko nie miała własnego pokoju. Jedynym miejscem, o którym mogła powiedzieć, że należy do niej, było jej łóżko – wszystko inne należało do matki.

Choć historia mojej pacjentki ma jeszcze wiele odsłon, myślę, że warto zatrzymać się w tym miejscu tej opowieści, by zobaczyć, jakie przekonania dotyczące jej samej, budowania bliskich relacji i jej przyszłości ukształtowało w niej to wczesne doświadczenie. Praca terapeutyczna z osobami głęboko straumatyzowanymi w dzieciństwie wyraźnie przekonuje mnie, że odbudowanie czegoś, co powinno być w nas ukształtowane w życiu niemowlęcym, jest możliwe, ale wymaga zaistnienia jednocześnie wielu czynników. Jednym z nich – paradoksalnie – jest posiadanie zaufania, że możliwe jest przeżywanie świata wewnętrznego i zewnętrznego inaczej, niż dotychczas. Przypuszczam, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak trudne jest to wyzwanie.

Wspomniana pacjentka w dorosłym życiu nie potrafiła zbudować żadnej trwałej i autentycznej relacji przyjacielskiej. Wszystkie znajomości, które nawiązywała, opierały się na niezdrowym mechanizmie – trwały jedynie tak długo, jak długo była w stanie komuś pomagać lub sama otrzymywała pomoc. Nie potrafiła uwierzyć ani zaufać, że ktoś może być przy niej nie tylko w chwilach skrajnego wyczerpania czy głębokiego smutku, lecz także po prostu wtedy, kiedy potrzebuje bliskości. Szybko nauczyła się wchodzić w rolę bohatera – osoby czułej i otwartej na potrzeby innych, choć tak naprawdę nie była w stanie unieść ciężaru ich problemów. W efekcie często wikłała się w dramatyczny schemat relacyjny: od deklaracji pomocy i obecności po wycofanie się oraz lęk wynikający z poczucia, że nie podoła trudowi bycia z drugim człowiekiem. Mimo posiadania stopnia naukowego i wykształcenia terapeutycznego, myślała o sobie w sposób wewnętrznie sprzeczny. Funkcjonowała w stanie głębokiego rozdarcia: z jednej strony postrzegała siebie jako osobę zdolną, wybitną i inteligentną, a z drugiej – nawet drobna krytyka powodowała u niej silne załamanie. W takich momentach traciła poczucie własnej wartości do tego stopnia, że nie przychodziła na prowadzone przez siebie zajęcia ze studentami, bo była przekonana, że całkowicie się do tego nie nadaje.

Nasze pierwsze spotkanie terapeutyczne przebiegło tak: do gabinetu weszła zadbana i pięknie ubrana młoda kobieta, która całą sobą prezentowała swój status materialny i społeczny. Na moje pytania o przeszłość czy historię życia odpowiadała bardzo niechętnie, długo trzymała mnie na dystans. Do dziś pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy rozmawiałyśmy o jej dzieciństwie. Zaproponowałam, żebyśmy skorzystały z pewnej pomocy – wyjęłam z pudełka małe figurki przedstawiające różne postacie z bajek oraz z jajek-niespodzianek. Poprosiłam, żeby spośród nich wybrała te, które najlepiej opisują poszczególnych członków jej rodziny, a następnie ułożyła je na stoliku w sposób oddający to, czego w relacjach doświadczała jako dziecko. Kobieta długo zastanawiała się, jakich użyć. Ostatecznie wybrała figurki drapieżników, a mamę reprezentowała mała i brzydka kura. Z niepewnością czekałam, czy w tym jej systemie rodzinnym pojawi się choć jedna silna i stabilna postać, która mogłaby być symboliczną podstawą do zbudowania zaufania. W pewnym momencie jej ręka dotknęła niedźwiedzicy. Powiedziała: „Mój dziadek był jak niedźwiedź. Niezależnie od tego, co się działo, zawsze był w stanie zatrzymać moją mamę, kiedy na mnie krzyczała i kiedy mnie biła”. Od tej pory figurę zdrowego i silnego dorosłego nazwałyśmy wspólnie „Niedźwiedziem”. W życiu czasem wystarczy jedna osoba, by w naszym sercu ukształtował się obraz świata, w którym coś znaczymy i w którym jest ktoś, kto się o nas troszczy.

Nie wszystkie historie o braku zaufania są tak dramatyczne jak ta, którą przytoczyłam. Echa konfliktu związanego z zaufaniem możemy dostrzegać w niestabilnych elementach własnego obrazu świata. Być może w czasie pandemii wirusa COVID-19 lub po wybuchu wojny w Ukrainie zauważyłeś u siebie pojawiające się przekonania, że nie można ufać innym, że w sytuacji skrajnego zagrożenia należy natychmiast przygotować plecak ewakuacyjny albo nie wychodzić z domu bez maseczki – nawet do lasu. A jeśli sam tego nie doświadczyłeś, być może obserwowałeś takie reakcje u innych. Osoby, które doświadczyły zaburzeń w pierwszej, fundamentalnej więzi z opiekunem – niekiedy w sposób niezawiniony i nieintencjonalny – mają trudność w radzeniu sobie ze stresem i niepewnością. Próbują odbudować poczucie bezpieczeństwa poprzez nadmierną kontrolę, która często prowadzi do napięć i niszczenia relacji zarówno w pracy, jak i w rodzinie. Jednak najdotkliwszym przejawem tego zranienia wydaje się nie tyle brak zaufania do innych, ile trudność z ufaniem samemu sobie. Zaufanie do siebie jest bowiem owocem głębokiego wewnętrznego dialogu, którego uczymy się w bliskiej i czułej relacji z pierwszym opiekunem. Jeśli tego fundamentu brakuje, człowiek traci zdolność ufania własnym decyzjom, nie potrafi rozpoznawać swoich potrzeb i emocji ani prowadzić szczerego, wewnętrznego dialogu ze sobą. W konsekwencji trudno mu uwierzyć, że ma prawo być wysłuchanym i wziętym pod uwagę.

Na koniec warto jeszcze raz podkreślić, że zaufanie – definiowane w ramach połączonej perspektywy psychologicznej, socjologicznej oraz tej opartej na psychologii religii – ma wiele wymiarów. Rozwijają się one we wzajemnej zależności, choć ich wzrost nie przebiega w sposób liniowy.

Jądrem zaufania jest nasza zdolność do ufania samemu sobie, bo ona jest najbliżej naszego JA. Zaufanie sobie wydarza się w tej części mojego serca, w której staję przed sobą, dostrzegając własne emocje, myśli, potrzeby i mówię: „Oto jestem”. Ufać sobie to postrzegać swoje pragnienia jako ważne i dawać sobie prawo do pojawiania się we mnie emocji. Jeśli sobie ufam, nie potrzebuję z zewnątrz nieustannych potwierdzeń swojej wartości czy własnych decyzji. Znam swoje granice i wiem, że są ważne. Mam w sobie głęboko ugruntowane przekonanie, że mogę popełniać błędy, bać się, ale mam również siłę i zdolności, by się uczyć i rozwijać.

Drugim kierunkiem, w którym rozwija się zaufanie, są inni ludzie. Zaufanie do innych oznacza przekonanie, że ci, których znam, będą reagować na mnie z empatią, pozostaną obecni i dotrzymają danego słowa. Ten wymiar zaufania nie ogranicza się jedynie do bliskich osób – wyraża się również w otwartości na nowo poznanych ludzi, bez uprzedniego zakładania, że mają wobec nas niejasne intencje. Zaufanie do innych rozwija się wraz z pozytywnymi doświadczeniami bliskości i interakcji. Jeśli ufam drugiemu człowiekowi, potrafię się przed nim otworzyć i odsłonić swoje wrażliwe obszary – nie zakładając ani że zostanę natychmiast przyjęty bezwarunkowo, ani że zostanę zraniony, lecz żywiąc nadzieję, że w relacji mogę znaleźć wsparcie.

Trzeci kierunek to zaufanie do świata, który mnie otacza. Oznacza ono głębokie przekonanie, że życie nie jest zdeterminowane przez przypadkowość, lecz ma sens, który mogę odkrywać nawet w trudnych okolicznościach. Ufam światu, kiedy wierzę, że istnieją takie prawa moralne i wartości, jak piękno czy dobro. Ufam światu również wtedy, gdy nie ulegam paranoicznemu podejściu do instytucji czy służb państwowych. Ufając, podchodzę do własnych doświadczeń realnie i adekwatnie. Pamiętam, że każde doświadczenie jest jednostkowe – trudne spotkanie z urzędniczką nie musi oznaczać, że przestaję ufać wszystkim urzędnikom. Zaufanie do świata polega zatem na uwolnieniu się od pokusy generalizowania doświadczeń i na gotowości do widzenia rzeczywistości w jej złożoności.