Wydawca: BC Edukacja Kategoria: Aktualności Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 431 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka WIĘŹ 1/2018 - Towarzystwo WIĘŹ

Żyjemy w czasach dobrych dla populistów, świadczą o tym teksty autorów z Austrii, Holandii, Niemiec, Serbii, Włoch i Polski. Jak odpowiedzieć na populistyczne tendencje w polityce?
Czy sekularyzacja w Polsce wydarzyła się niejako „na własne życzenie”? Czy Polacy to, jak pisał 60 lat temu o Niemcach ks. Joseph Ratzinger, „wierzący poganie”?
Czy zamknięta w swojskości Polska stanie się rezerwatem w Europie? Skąd bierze się coraz silniejszy lęk przed „obcym”, zwłaszcza przed uchodźcami? Jaka może być polskość na miarę XXI wieku?

Opinie o ebooku WIĘŹ 1/2018 - Towarzystwo WIĘŹ

Fragment ebooka WIĘŹ 1/2018 - Towarzystwo WIĘŹ

Kwartalnik, Warszawa, Wiosna 2018

Drodzy Państwo!

Świętujemy właśnie 60-lecie „Więzi” i równocześnie oddajemy do Państwa rąk nasze pismo w nowej szacie graficznej.

W opracowaniu typograficznym, którego autorem jest Marcin Kiedio, „Więź” zyskuje świeżość. Znajdą tu Państwo więcej oddechu. Od tej pory każdy numer pisma będzie też miał swój kolor. Nowe rozwiązania edytorskie mają czynić lekturę łatwiejszą i jeszcze bardziej przyjemną. Jest też nieco graficznej ekstrawagancji.

Sześć dekad to dużo jak na historię czasopisma. Udało się jednak, aby klamrą spinającą te lata było dwoje autorów obecnych i w pierwszym, i w tym jubileuszowym numerze „Więzi”. Wybitna witrażystka Teresa Reklewska przed 60 laty opisywała na naszych łamach nowe wspólnoty religijne we Francji, a obecnie podsumowuje swoje rozumienie sztuki. Wrocławski profesor literatury i poeta Jacek Łukasiewicz w 1958 r. analizował twórczość Teodora Parnickiego, upominając się o miejsce dla „mieszańców” i odmieńców, a dziś malowniczo wspomina początki naszego pisma.

Przez te 60 lat „Więź” miała pięciu redaktorów naczelnych, przekazujących sobie stopniowo generacyjną pałeczkę bez napięć, w atmosferze wzajemnego zaufania. Miałem szczęście współpracować z każdym z nich. Jedynie Tadeusza Mazowieckiego nie znałem już z pracy redakcyjnej. Terminowałem za to u boku Wojciecha Wieczorka, Stefana Frankiewicza i Cezarego Gawrysia. Dziś chcę powiedzieć: jestem Wam wdzięczny za naukę myślenia, która teraz bardzo się przydaje.

Oto bowiem niszczone jest wielkie dzieło pojednania Polaków z Żydami, Niemcami i Ukraińcami, nad którym trudziły się poprzednie więziowe pokolenia. Populiści zwyciężają w kolejnych krajach, coraz większego społecznego znaczenia nabierają ludzkie (także polskie) strachy, a coraz mniejszego – szczera wiara. W takich czasach prawdziwe więzi stają się jeszcze bardziej potrzebne.

Zbigniew Nosowski

Podziękowania dla Przyjaciół

Serdecznie dziękujemy Darczyńcom i Patronom „Więzi”! W ostatnim okresie wsparcia udzieliły nam następujące osoby:

Maciej Achremowicz,

Paweł Adamowicz,

Iwona D. Bartczak,

Jakub Błażej,

Mateusz Burzyk,

Michał Całka,

Maria Ciemniewska,

Jakub Ekier,

Jan Hałubiec,

Jacek Haman,

Urszula Jarosińska,

Krzysztof Jedliński,

Łukasz Kaczyński,

Agnieszka Kania,

Michał Kasperczak,

Wiesław Klisiewicz,

Jan Kofman,

Magdalena Krasuska,

Maria Krawczyk,

Artur Kulesza,

Marcin Kulwas,

Ludwik Lenkiewicz,

Marcin Listwan,

Marek Madej,

Kamil Markiewicz,

Andrzej Mierzejewski,

Paweł Mostek,

Anna Nowak,

Sebastian Oduliński,

Agnieszka Piskozub-Piwosz,

Katarzyna Pliszczyńska,

Maria Popiel,

Michał Przeperski,

Daniel Przygoda,

Jerzy Rostworowski,

Joanna Rózga,

Michał Rusiecki,

Paweł Sawicki,

Anna i Michał Siciarek,

Grzegorz Sikora,

Marcin Krzysztof Składanowski,

Renata Soszyńska,

Aleksandra Springer,

Joanna Stawiarska,

Maciej Stępień,

Romain Su,

Krzysztof Marian Szczyrba,

Marta Tondera,

Jan Alfred Trammer,

Andrzej Tyc,

Marek Wesołowski,

Katarzyna Wojtak,

Ks. Stefan Wylężek,

Jan Wyrowiński,

Agnieszka Zawiejska,

Michał Zioło OCSO

oraz osoby, które pragną pozostać anonimowe.

Dołącz do grona Patronów „Więzi”!

Zachęcamy do korzystania z transparentnego mechanizmu regularnego wspierania naszej działalności w serwisie Patronite. Patroni „Więzi”, w zależności od wysokości wsparcia, otrzymają od nas nagrody. Szczegóły na: www.patronite.pl/wiez.

Mogą Państwo również przekazywać wpłaty bezpośrednio na rzecz statutowej działalności Towarzystwa „Więź” – zarówno jednorazowe, jak i regularne (np. w formie stałego zlecenia bankowego). Mogą one być odliczane od dochodu jako darowizny. Prosimy o przekazywanie wpłat, także dewizowych, na konto:

Towarzystwo „Więź”, 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3PKO BP S. A. Warszawa, nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866z dopiskiem: darowizna na rzecz działalności statutowej Towarzystwa „Więź”

Zachęcamy Państwa również do prenumeraty redakcyjnej naszego pisma oraz polecania prenumeraty „Więzi” swoim Bliskim i Przyjaciołom. Zob. Warunki prenumeraty.

60 lat Więzi

Inne rozdroża, te same wartości

Redakcja „Więzi”

Przez sześć dekad ukazywania się naszego pisma zmieniały się radykalnie rozdroża, na których musieliśmy szukać drogowskazów. Nie zmieniły się jednak wartości, którym „Więź” chce i powinna służyć.

W lutym 1958 r. w pierwszym numerze „Więzi” redakcja nowego miesięcznika opublikowała tekst programowy zatytułowany Rozdroża i wartości, napisany przez redaktora naczelnego Tadeusza Mazowieckiego. Czytając go po 60 latach, jesteśmy pełni uznania, jak w większości niezmiennie aktualnie brzmi ta deklaracja ideowa. Sami mogą się Państwo o tym przekonać, czytając ten tekst dostępny w całości w naszym odnowionym serwisie internetowym Wiez.pl.

Twórcy „Więzi” uważali, że należy być obecnym w polskich dyskusjach o społeczeństwie, religii, historii, a tym samym uczestniczyć w dokonujących się przemianach i wpływać na nie. Obecność nie była jednak dla nich wartością absolutną – najważniejsze były wartości, w imię których mamy być obecni.

Warto ryzykować

Chcąc pozostać wiernym tym wartościom, Tadeusz Mazowiecki kilkakrotnie podejmował decyzje ryzykowne dla dalszego istnienia pisma. Po raz pierwszy w 1968 roku, kiedy „Więź” odmówiła gestów pojednawczych wobec fali nacjonalistycznej i antysemickiej. Po raz drugi w latach 1976–1977, kiedy wsparła rodzącą się opozycję demokratyczną, a naczelny „Więzi” został rzecznikiem osób głodujących w obronie więzionych robotników. Po raz trzeci, gdy Mazowiecki stanął na czele komisji doradców strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. Po 13 grudnia 1981 r. czterech redaktorów „Więzi” znalazło się w obozach internowania, a wydawanie pisma wznowiono dopiero po kilku miesiącach.

Zmagając się z cenzurą w latach stanu wojennego, miesięcznik próbował nadal dawać świadectwo zgodne z naszym zasadniczym przesłaniem. Wtedy, tak jak na początku istnienia pisma, najważniejszymi wartościami w wymiarze społecznym były: wspieranie przemian, które prowadzą do większej wolności i zarazem odpowiedzialności za Polskę, do budowania podmiotowości społeczeństwa, poszanowania praworządności oraz praw człowieka i obywatela; otwieranie Polski na świat Zachodu i naturalne dla niego standardy życia publicznego; wyrażanie postawy świadomego patriotyzmu, wolnego od nacjonalizmu; troska o polskie dziedzictwo i tradycje narodowe – ale bez rezygnacji z ich wartościowania; budowanie w duchu prawdy i pojednania mostów porozumienia z innymi narodami, szczególnie tymi, z którymi złączyła nas wspólna historia.

Z nadzieją i troską zarazem obserwowała „Więź” dokonujące się w PRL przemiany społeczne: urbanizację, industrializację, zmniejszanie dystansów klasowych, tworzenie kultury masowej. Procesom tym towarzyszyła erozja tradycyjnych zachowań i obyczajów. Jednocześnie nasze pismo starało się upowszechniać świadomość ciągłości polskiej kultury, zakorzenienia w tradycji, znaczenia religijności dla życia poszczególnych ludzi i zachowania więzi społecznych. „Więź” dążyła do tworzenia chrześcijańskiej kultury katolickiej ze świadomością, że celem jest nie tylko indywidualne zbawienie, ale też poszukiwanie form religijności w modernizującym się społeczeństwie.

Jako metodę budowania tych więzi nasze środowisko, uparcie i przez dziesięciolecia, postulowało dialog: wsłuchiwanie się w racje innych, szukanie tego, co łączy ponad istniejącymi różnicami i podziałami. Perspektywą dla tego dialogu było społeczeństwo zmierzające ku podmiotowości i poszanowaniu praw wszystkich ludzi, eliminacja – na ile to tylko możliwe – nienawiści, przemocy i siły w kształtowaniu relacji między ludźmi, grupami społecznymi i państwami.

Warto kontynuować

Odzyskanie wolności i szansa budowania demokratycznego państwa w 1989 r. budziły w „Więzi” dumę, satysfakcję i poczucie zobowiązania. Staraliśmy się na nie odpowiadać, towarzysząc polskim przemianom, analizując je i komentując.

W wolnej Polsce „Więź” wybrała drogę zaangażowania obywatelskiego i propaństwowego, a nie partyjnego. Wspieraliśmy budowanie demokratycznego państwa prawa i powrót Polski do związków politycznych z Europą Zachodnią. Wiele uwagi poświęcaliśmy dialogowi z naszymi wschodnimi sąsiadami, widząc w nich braci i partnerów w budowaniu lepszej przyszłości naszych krajów i całej Europy. Opisywaliśmy historię, by lepiej ją rozumieć i nie popadać w łatwe schematy, niszczące szanse namysłu nad przeszłością. Analizowaliśmy stan polskiej religijności i rolę Kościoła w zmieniającej się Polsce. Troszczyliśmy się o – coraz słabsze – aksjologiczne fundamenty społeczeństwa obywatelskiego.

Przez sześć dekad ukazywania się naszego pisma zmieniały się radykalnie rozdroża, na których redakcja musiała szukać drogowskazów i razem z czytelnikami je odczytywać. Nie zmieniły się jednak wartości, którym „Więź” chce i powinna służyć.

W naszej działalności chcemy łączyć wierność chrześcijańskim korzeniom i mądry krytycyzm, wspierać symbiozę głębokiej tożsamości z otwartością – to, co z uporem nazywamy otwartą ortodoksją. Chcemy współtworzyć katolicyzm aktywny społecznie, unikający z jednej strony pułapki politycznego wykorzystywania i ideologizacji religii, a z drugiej – prywatyzacji wiary. Absolutnie nie zgadzamy się na wypaczanie wiary chrześcijańskiej, jej instrumentalne wykorzystywanie, traktowanie jako tożsamościowego dodatku czy rytualnego ozdobnika.

Spieramy się i spierać będziemy ze wszystkimi, którzy sami przyznają sobie monopol na katolicyzm, nowoczesność, tradycję czy patriotyzm. Stawaliśmy i będziemy stawać w obronie człowieka: tego, co dla ludzi najważniejsze i najświętsze, szczególnie w obronie słabych, którzy sami się za sobą nie ujmą. Dlatego zawsze będziemy się sprzeciwiać pogardzie wobec innych, nienawiści o wszelkich odcieniach ideologicznych, zwłaszcza skierowanej przeciwko osobom inaczej wierzącym, innej narodowości, przybyszom, mniejszościom. Będziemy konsekwentnie odrzucać wąskie, wyłącznie etniczne rozumienie polskości, nacjonalizm, antysemityzm czy islamofobię. Nie do przyjęcia jest dla nas zarówno antysemityzm ludzi łagodnych i dobrych, jak i nihilizm ludzi sympatycznych i miłych.

Dzisiaj środowisko „Więzi” podejmuje różnorodne formy aktywności. Nasze wydawnictwo dostarcza czytelnikom duchowych inspiracji i intelektualnych wyzwań, publikując książki cechujące się najwyższą jakością: tak pod względem treści, jak staranności edytorskiej i opracowania graficznego. Think tank Laboratorium „Więzi” organizuje konferencje, seminaria, spotkania i warsztaty edukacyjne. Czasopismo (od 2013 r. kwartalnik) diagnozuje i interdyscyplinarnie analizuje kwestie kluczowe dla polskiej debaty publicznej, docierając do nowych pokoleń polskiej inteligencji.

Na co dzień „Więź” żyje także w internecie. W serwisie publicystycznym Wiez.pl tworzymy silny ośrodek opiniotwórczy. Publikujemy pogłębione analizy i nieoczywiste komentarze, odpowiadając na potrzeby polskiej opinii publicznej, która oczekuje czegoś więcej niż sporu „obozu postępu” z „obozem tradycji”. Poprzez portale społecznościowe stale podtrzymujemy to, co dla nas najważniejsze: więź z czytelnikami. Dziękujemy tym, którzy byli z „Więzią” przez minione 60 lat – i tym, którzy będą przez następne! ■

Społeczeństwo

Pogoda dla populistów

Żyjemy w czasach dobrych dla populistów. To problem ogólnoświatowy. Piszą o nim autorzy z Austrii, Holandii, Niemiec, Serbii, Włoch i Polski. Jak można skutecznie odpowiedzieć na populistyczne tendencje w polityce?

Więcej na stronie: laboratorium.wiez.pl/populizmy

Zdezorientowana lewica i katolicki populizm we Włoszech

Oliviero Forti

Problem imigracji powoduje głębokie podziały we włoskiej polityce, społeczeństwie i Kościele. Katoliccy duchowni wyrośli na czołowych przeciwników bloku antymigranckiego. Takie stanowisko grozi jednak dalszym podziałem wśród katolików.

W ostatnich latach nacjonalizm i populizm zaczęły być widoczne głównie za sprawą kryzysów gospodarczych i rosnącej migracji, która stała się udziałem – na poziomie globalnym – milionów uchodźców. Również we Włoszech różne siły polityczne przyjmują postawy coraz bardziej populistyczne. Z drugiej strony problemy związane z gospodarką i imigracją stanowią żyzny grunt dla rozwoju ruchów, które uczyniły swój znak rozpoznawczy z tożsamości narodowej i niechęci do obcokrajowców.

Za powszechnymi i nawracającymi lękami społecznymi kryje się kluczowa dla postnowoczesnego społeczeństwa kwestia, jaką jest utrata zaufania do polityki i do instytucji. Co więcej, proces ten to również efekt kryzysu tożsamości, jaki przeżywa już od dłuższego czasu lewica. Wraz z powszechnym poczuciem niepewności społecznej i ekonomicznej prowadzi to do wzmocnienia partii i ruchów prawicowych. Zarówno europejska klasa robotnicza, jak i klasa średnia – tak samo zaniepokojone kwestiami bezrobocia, niskich płac, przyszłości emerytur czy dostępności opieki zdrowotnej – coraz wnikliwiej przyglądają się realiom, które instynktownie skłaniają do popierania tych niebezpiecznych nurtów politycznych.

Gdzie jest lewica?

Mowa tu o kwestiach społecznych i gospodarczych, które w przeszłości były niemal wyłącznie domeną partii lewicowych. Na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci coś się jednak zmieniło.

W latach 80. i 90. ruchy skrajnie prawicowe starały się zdobyć coraz większe zaufanie wyborców, przechodząc od ideologii prawicowej w jej tradycyjnym wydaniu (wraz z odwołaniami do faszyzmu) do podejścia bardziej nowoczesnego, skoncentrowanego na polityce gospodarczej dążącej do zapewnienia dobrobytu i otwartej na bardziej umiarkowane stanowisko wobec demokracji. Dzięki temu prawica zdobyła uznanie i popularność oraz zaczęła bezpośrednio konkurować z lewicą w kwestiach społecznych i gospodarczych.

Zatem prawica nie tylko wykorzystuje rozłam, jakże ewidentny, wewnątrz lewicy, lecz także konkuruje z nią w sprawach tradycyjnie lewicowych. Prof. Daphne Halikiopoulou, ekspert w dziedzinie polityki porównawczej na uniwersytecie w Reading, zauważyła, że „częściowym powodem wzrostu znaczenia prawicy jest to, że lewica przechodzi kryzys swojej tożsamości. Nie wie, w jakim kierunku podąża”. Niezdolność lewicy do realizowania własnych celów stała się nieoczekiwaną szansą dla różnych europejskich grup prawicowych.

W ciągu poprzednich dekad dystans między lewicą a prawicą w sprawach zasadniczych dla elektoratu znacznie się zmniejszył, z wyjątkiem jednakże kwestii związanych z imigracją. Partie prawicowe tradycyjnie często nie uwzględniają imigrantów w swoich planach dążenia do dobrobytu, uważając ich za przyczynę wszelkich obaw ekonomicznych i społecznych, jak lęk o utratę miejsc pracy.

Kryzys związany z uchodźcami z Syrii czy ucieczką imigrantów z Libii przyczynił się do wzrostu postaw ksenofobicznych w Europie, a ruchy prawicowe czerpią z tego narastającego lęku korzyści. Powszechnie panujące poczucie niepewności ekonomicznej i społecznej związanej z imigrantami, strach przed atakami terrorystycznymi czy niezdolność obecnych rządów do zapewnienia bezpieczeństwa swoim obywatelom to kluczowe elementy, na których ruchy te starają się budować swoją popularność. Z drugiej zaś strony w całej Europie jesteśmy świadkami aktów przemocy, które zdarzają się pomiędzy działaczami prawicowymi a lewicowymi lub między ruchami prawicowymi a samymi uchodźcami, jak to miało miejsce w Rzymie czy w Grecji – na wyspie Lesbos, po tym, jak drogą morską przybyły tam tysiące imigrantów z Turcji.

Sukces partii prawicowych na przestrzeni ostatnich lat – a także ruchów nacjonalistycznych i populistycznych – to efekt wielu czynników wywołujących poczucie niepewności, takich jak: gospodarka, konflikt kulturowy związany z kryzysem uchodźców i niepewność polityczna. Wszystko to wywołało w Europejczykach powszechne poczucie rozczarowania co do roli i działalności Unii Europejskiej i instytucji krajowych.

„Zagrożenie populistyczne” z pewnością spowodowało również zmianę we włoskiej polityce. W oczekiwaniu na kolejne wybory w 2018 roku wiele partii, a w szczególności Partia Demokratyczna (PD), pracuje nad kwestiami, które już teraz są przedmiotem konfrontacji wyborczej, aby nie dopuścić do ewentualnego zwycięstwa Ruchu Pięciu Gwiazd czy tym bardziej Ligi Północnej. Za najważniejsze uchodzą trzy zagadnienia: działania zapobiegające ubóstwu, stanowisko w sprawie Europy i problem imigracji. Są to zasadnicze kwestie polityczne, na podstawie których wyborcy zdecydują, komu powierzyć ster zdezorientowanego państwa.

Pojawili się we Włoszech katoliccy populiści, którzy co prawda muszą szanować papieża, lecz bardziej kochają Donalda Trumpa.

Najwyraźniej to właśnie chęć przechwycenia poparcia opinii publicznej – głuchej już na utarte slogany o podatkach i emeryturach – sprawia, że lewica zaczęła grać na tym samym boisku co prawica (chcąc ją pokonać). To ryzykowna droga, lecz na chwilę obecną wydaje się politykom jedyna, przede wszystkim w kwestiach związanych z imigracją.

Liga Północna (dużo bardziej) i Ruch Pięciu Gwiazd (częściowo) skłaniają się bowiem ku twardej linii wobec imigracji, o czym świadczy ich wielokrotnie wyrażane poparcie dla polityki Donalda Trumpa. Lewica – zarówno PD, jak i nowe siły powstałe z niezgody na kierownictwo Matteo Renziego (lidera PD, premiera Włoch w latach 2014–2016) – stawia natomiast na połączenie procesu integracji i przyjmowania uchodźców z jednoczesnym działaniem na rzecz przyspieszenia ich repatriacji oraz zwiększenia liczby ośrodków detencyjnych. Lewica podkreśla też potrzebę większej skuteczności porozumień z krajami tranzytowymi i docelowymi z punktu widzenia imigrantów. Taka jest właśnie obecna polityka premiera Paola Gentiloniego, dzięki której stara się on ograniczyć wzrost sił populistycznych.

Partie lewicowe zatem – tradycyjnie propagujące pozytywne podejście do kwestii imigrantów i praw człowieka – aby przezwyciężyć rosnącą siłę partii i ruchów prawicowych, podejmują działania dalekie od własnej historii i tożsamości. Wyraźnym tego przykładem jest przyjęty przez włoski rząd kodeks postępowania dla organizacji pozarządowych (NGO) prowadzących akcje ratownicze na Morzu Śródziemnym. Włoski minister spraw wewnętrznych stwierdził, że wszystkie organizacje, które nie podpiszą wspomnianego kodeksu, znajdą się poza „zorganizowanym systemem ratownictwa i niesienia pierwszej pomocy na morzu” oraz będą musiały ponieść „wszelkie konsekwencje” tego faktu.

Taka decyzja włoskiego rządu została podyktowana tym, że obecność NGO w rejonie Morza Śródziemnego zachęciła w ostatnich latach do działania handlarzy ludźmi, zaś imigrantów nakłania do podjęcia niebezpiecznej wyprawy do Europy. Cel wyznaczony przez ministerstwo spraw wewnętrznych (kierowane przez lewicę) został błyskawicznie osiągnięty: obecnie w operacjach ratunkowych biorą udział tylko dwie organizacje pozarządowe (w przeszłości było ich osiem), a napływ przybyszów z Libii widocznie się zmniejszył. Pozostałe organizacje trwają w jawnej opozycji wobec rządu, twierdząc, że tego rodzaju działanie stoi ewidentnie w sprzeczności z prawami człowieka.

Wielokrotnie podkreślano, że wysiłki podejmowane przez Włochy w celu zamknięcia szlaku śródziemnomorskiego, w tym porozumienia z Libią i innymi krajami tranzytowymi, zarysowały pewien kontekst, coraz bardziej złożony i kontrowersyjny, w którym poszanowanie godności i bezpieczeństwa imigrantów przestało już być gwarantowane. Również organizacja pozarządowa MOAS w komunikacie prasowym informującym o zamiarze wycofania się z operacji na Morzu Śródziemnym podkreśliła, że nie wiadomo, co dzieje się obecnie w Libii z ludźmi najbardziej bezbronnymi. Ich prawa powinny być chronione i zgodnie z prawem międzynarodowym, i w trosce o obronę zasad człowieczeństwa.

Potwierdzeniem skrętu w prawo głównej włoskiej partii lewicowej są słowa byłego premiera Matteo Renziego, sekretarza Partii Demokratycznej, który stwierdził, że Włochy nie mają żadnego moralnego obowiązku przyjmowania imigrantów. W swojej ostatniej książce napisał on nawet, że musimy wyzwolić się z tego poczucia winy. Nie mamy bowiem moralnego obowiązku przyjmować ludzi, którzy znajdują się w gorszej sytuacji od nas. Jego zdaniem, w przyszłości Włochy powinny bardziej zachęcać imigrantów do pozostania w domu i przyczyniania się do rozwoju gospodarki w krajach ich pochodzenia.

Słowa Renziego nie różnią się znacząco od słów rzecznika włoskiej grupy ekstremistycznej Generazione Identitaria Lorenza Fiato, który znalazł się w 2017 r. na pierwszych stronach gazet po tym, jak próbował zablokować statek jednej z organizacji pozarządowych, która transportowała imigrantów wyłowionych z morza. Fiato mówił, że trzeba pomagać w odsyłaniu imigrantów do ich krajów oraz zacieśnić współpracę między UE a krajami Afryki Północnej w celu zlikwidowania szlaków przerzutowych. Ponadto stwierdził, że najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby imigranci pracowali na rzecz rozwoju swoich krajów. Nie dziwi zatem fakt, że najzagorzalsi krytycy oskarżyli Renziego o przejęcie języka adwersarzy na niecały rok przed wyborami, w których kwestia imigrantów zdominuje kampanię wyborczą.

Gdzie są katolicy?

W kraju ogarniętym chaosem, gdzie nie ma jasnych stanowisk, istnieje jednakże podmiot, który odgrywa znaczącą rolę społeczną i polityczną: Kościół katolicki. Nieustannie inspirowany słowami papieża Franciszka włoski Kościół zajął w sprawie imigracji odważne stanowisko. Papież jasno określił kierunek, w jakim należy pójść. W lutym 2017 r. powiedział, że przyjmowanie uchodźców i imigrantów ekonomicznych jest „imperatywem moralnym”. „Nie możecie nazywać się chrześcijanami i jednocześnie być przeciwko uchodźcom” – oznajmił w październiku. Przypomniał, że utrzymanie otwartych granic dla tych, którzy uciekają przed wojną i ubóstwem, to obowiązek wypływający z chrześcijańskiej cnoty miłości bliźniego, ze współczucia wobec drugiego człowieka.

Podczas gdy globalna debata o imigracji nacechowana jest populizmem, papież Franciszek wspiera zatem imigrantów i uchodźców, prosząc, aby europejskie parafie otworzyły swoje drzwi na ich przyjęcie. Nawet w „Washington Post” można było przeczytać, że Kościół katolicki pod kierownictwem papieża Franciszka jawi się jako jeden z najbardziej wpływowych przeciwników prawicowego populizmu, który z kryzysu imigracyjnego uczynił swoje główne hasło zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych. Papież określił zaś ten rodzaj populizmu jako „zło”.

Odpowiedź włoskiego Kościoła na słowa Franciszka była natychmiastowa. Na papieski apel skierowany do parafii, instytucji zakonnych i rodzin o otwarcie swoich domów i dzielenie życia z uchodźcami i osobami szukającymi schronienia Konferencja Episkopatu Włoch odpowiedziała projektem „Chroniony. Uchodźca w moim domu”. Pomysł stworzenia środowiska, które ułatwiłoby imigrantom integrację w społeczeństwie, zmusiło włoski Caritas do podjęcia działań w diecezjach, tak aby słowa papieża stały się żywym świadectwem miłości.

Jednak mimo licznych wypowiedzi papieża na temat imigrantów i uchodźców wielu katolików przyjęło postawę populistyczną głoszoną przez niektóre partie i ruchy prawicowe.

Tę niejednorodność odnajdujemy także w prasie katolickiej. Na przykład dziennik „Avvenire” i tygodnik „Famiglia Cristiana” otwarcie popierają stanowisko Watykanu w kwestii imigracji. Zupełnie inaczej rzecz się ma z pozostałymi gazetami katolickimi, jak np. z konserwatywnym dziennikiem „Tempi”, które nie okazują zbytniej sympatii wobec stanowiska papieża.

Na ciekawą kwestię zwróciła uwagę Anna Momigliano w artykule opublikowanym na portalu TheAtlantic.com, zatytułowanym Catholic Populists Have to Respect the Pope, but They Love Trump [„Katoliccy populiści muszą szanować papieża, lecz kochają Trumpa”]. Jej zdaniem, od jakiegoś już czasu można mówić o pojawieniu się tzw. populizmu katolickiego. Nie chodzi jedynie o to, że część katolików podziela antyimigranckie stanowisko populistów, ale że niektórzy z katolików odczuwają pewien dystans wobec Kościoła w tej i innych sprawach. Bardziej utożsamiają się z amerykańskim prezydentem niż z papieżem. Z drugiej zaś strony dostrzeżenie faktu, że przywódcy nie mają kontaktu ze zwykłymi ludźmi, to prawdopodobnie główny czynnik, na którym opiera się polityka populistów.

Nawet lewicowy lider Matteo Renzi stwierdził, że Włochy nie mają żadnego moralnego obowiązku przyjmowania imigrantów. Przekonuje on, że musimy wyzwolić się z tego poczucia winy.

W każdym razie we Włoszech wszystkie siły polityczne, również ruchy populistyczne, starały się pozyskać głosy katolików. Na przykład Liga Północna, nieustannie wypowiadająca się przeciwko imigrantom, z jednej strony domaga się powrotu do tradycji katolickiej (np. broniąc zwyczaju szopki bożonarodzeniowej w szkołach publicznych), z drugiej zaś krytykuje papieża za jego ciągłe poparcie dla imigrantów i uchodźców. Natomiast do prawdziwego paradoksu doszło w przypadku małych prawicowych grup jak Forza Nuova czy Militia Christi, które próbują pogodzić swoje stanowisko antyimigranckie i ksenofobiczne z domniemaną wiarą i tożsamością katolicką.

Trafnie stwierdził analityk polityczny Jacopo Tondelli: „wielu ludzie silnie odczuwa swoją tożsamość katolicką, ale nie czują się oni zobowiązani, by słuchać wszystkiego, co mówi papież, szczególnie wtedy, gdy im to nie pasuje”. Katolicy politycznie konserwatywni oddzielają wartości abstrakcyjne od tego, co w ich przekonaniu jest rzeczywiście wykonalne: uważają, że kiedy papież nawołuje, aby przyjmować imigrantów, czyni to, co do niego należy, natomiast realia są inne – polityka opiera się na tym, co osiągalne, nie zaś tylko na ideałach.

Dla przykładu: wielu katolików jest przekonanych, że przy mniejszej liczbie dostępnych miejsc pracy trudniej jest zintegrować nowych imigrantów, o co prosi papież Franciszek. Jednocześnie wierzą, że nowe prawo o obywatelstwie – oparte na zasadzie ius soli, czyli przyznające dziecku urodzonemu na ziemi włoskiej obywatelstwo Republiki niezależnie od obywatelstwa rodziców – otworzy drzwi dla tysięcy imigrantów, którzy napłyną, aby urodzić dzieci we Włoszech.

W związku z tą debatą sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Włoch, bp Nunzio Galantino, zajął mocne stanowisko, popierając nowe prawo i krytykując ruchy populistyczne. Powiedział: „sprzeciw wobec nowej ustawy może być uzasadniony, ale widzę, że niektórzy zmienili zdanie i teraz czynią z tego kwestię polityczną, lecz jedynie po to, by na niej zbudować własny sukces, gdyż na sercu leżą im tylko własne interesy”. Odnosi się to do Ruchu Pięciu Gwiazd, który w przeszłości wyrażał w tej sprawie stanowisko otwarte, lecz później wstrzymał się od głosu, kiedy ustawa o ius soli była dyskutowana w senacie (w parlamencie włoskim wstrzymanie się od głosu w senacie równoznaczne jest z głosem przeciw).

To oczywiste, że problem imigracji powoduje podziały wewnętrzne w polityce, ale obecnie dochodzi do nich również w Kościele. Odzwierciedla to dezorientację wywołaną przez trudne dzisiejsze czasy. Papież Franciszek bardzo dobrze zrozumiał, że źródłem problemu są strach i egoizm, które zachęcają ludzi do popierania populistów. Jak powiedział ks. Michael Czerny SJ, podsekretarz Sekcji ds. Migrantów i Uchodźców w ramach watykańskiej Dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka: „Papież rzuca wyzwania nie politykom, lecz ich zwolennikom, zarówno tym, którzy aktywnie wspierają polityków, jak i tym, którzy w sposób bierny akceptują ich działania”.

Katoliccy kardynałowie, biskupi i księża jawią się zatem jako jedni z najbardziej wpływowych przeciwników prawicowo-populistycznego bloku antymigranckiego we Włoszech, ale także w Stanach Zjednoczonych i w Europie. To proimigranckie stanowisko grozi jednak dalszymi podziałami wśród katolików, spośród których spora część głosowała we Włoszech na partie i ruchy prawicowe.

Kościół odgrywa zatem kluczową rolę w debacie politycznej, jak to miało miejsce za Jana Pawła II, w czasach jego otwartego sprzeciwu wobec wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku. Prawdziwym wyzwaniem będzie to, jak pojednać tę część katolików, którzy obawiają się epokowych zmian, jakie niosą ze sobą m.in. ruchy migracyjne, z wartościami Ewangelii. ■

Tłum. Ewa Firewicz

Oliviero Forti – z wykształcenia prawnik, absolwent rzymskiego uniwersytetu La Sapienza. Pracuje w Caritas Italiana, kieruje działem odpowiedzialnym za kwestie migracji na poziomie krajowym. Jest również przewodniczącym komisji ds. migracji Caritas Europa. Autor licznych badań i opracowań dotyczących zjawiska migracji.

Wiara

Samosekularyzacja po polsku

Czy sekularyzacja w Polsce wydarzyła się niejako na własne życzenie? Czy Polacy to, jak pisał 60 lat temu o Niemcach ks. Joseph Ratzinger, „wierzący poganie”? Na czym polega syndrom sarmacki polskiej religijności?

Wybraliśmy najkrótszą drogę do dechrystianizacji

Zbigniew Nosowski

Nie wpadliśmy, niezależnie od nas samych, w jakieś dziejowe wiry, które zaowocowały sekularyzacją. Niestety, mamy właściwie do czynienia z sekularyzacją na własne życzenie – z samosekularyzacją. Tak wcale nie musiało być.

Pamiętam zebrania redakcyjne „Więzi” sprzed kilkunastu lat, na których część z nas narzekała, że znowu mamy pisać o sekularyzacji... Tematyka ta rzeczywiście gościła na łamach naszego pisma wielokrotnie – a zaczęło się to jeszcze w latach 60. XX wieku.

Rzecz jasna, w wolnej Polsce po roku 1989 zagadnienie sekularyzacji uzyskało zdecydowanie nową dynamikę. Wielu obserwatorów spodziewało się bowiem, że zbliżenie z Zachodem, pluralizacja życia społecznego i rozwój gospodarczy zaowocują szybką laicyzacją. Takie oczekiwania nie były bezpodstawne. W socjologii religii dominował wówczas paradygmat zakładający, że im społeczeństwo bardziej nowoczesne, tym mniej religijne.

Nie musi – ale może

W „Więzi” uparcie jednak prezentowaliśmy inne podejście. W 1992 roku socjolog Mirosława Grabowska wyrażała przekonanie, że droga, „na której rozwój ekonomiczny oraz rozwój struktur i procedur demokratycznych związany był z sekularyzacją, jest ścieżką głównie zachodnio-północnoeuropejską, nie jest ogólnym prawem i nie jest powiedziane, że się powtórzy w Polsce”.

Od tego czasu dominującym wątkiem więziowej publicystyki w tej dziedzinie była teza, że w Polsce sekularyzacja wcale nie musi przebiegać wedle wzorca zachodniego – nie musi, ale może. Może się tak stać, jeśli nadal dominującymi postawami w Kościele będą samozadowolenie, przyzwyczajenie, bierność, brak wizji duszpasterskiej, postawa „jakoś to będzie”, przekonanie o polskiej wyjątkowości. Twierdziliśmy, że stracił już rację bytu „argument 95%”, odwołujący się do katolickiej większości narodu – ale też że nie można pocieszać się tym, iż zostaną w Kościele ci, co naprawdę wierzą, bo wszak do tych odchodzących jesteśmy szczególnie posłani.

W tym samym czasie dokonywała się zmiana paradygmatu w socjologii religii. Wielu badaczy wycofało się z myślenia jednokierunkowego, uznając, że nie ma w tej dziedzinie determinizmów. Ci, którzy przewidywali zmierzch religii, dostrzegli, że naukowa teoria sekularyzacji jako walca nieuchronnie toczącego się przez świat była jedynie produktem swoich czasów, a niekiedy wręcz projekcją osobistych postaw naukowców.

Najpoważniejszy kryzys Kościoła katolickiego w Polsce miał miejsce w pierwszych latach wolności. Nastąpił wówczas gwałtowny spadek aprobaty dla działań Kościoła jako instytucji (z 89% jesienią 1989 r. do 38% wiosną 1993 r.). Co ciekawe, nie przełożyło się to na kryzys praktyk religijnych. Można powiedzieć, że większość polskich katolików potrafiła odróżnić swój (niezmienny) stosunek do Boga od (zmieniającego się) stosunku do Kościoła. Co jeszcze ciekawsze, po roku 1993 nastąpiło odwrócenie trendów i aprobata dla działań Kościoła zaczęła rosnąć, a wkrótce ustabilizowała się na wysokim poziomie, około 60%. Poważny kryzys w warunkach wolności został skutecznie przezwyciężony. W późniejszych latach zaś na wysoki poziom zaufania do Kościoła nie wpływały nawet okołokościelne skandale, także z biskupami w roli głównej.

Nadzieję, że Polska nie musi powtarzać zachodnioeuropejskiego modelu sekularyzacji, mieliśmy jeszcze w początkach XXI wieku. Wtedy na naszych łamach ukazał się tekst José Casanovy Katolicka Polska w postchrześcijańskiej Europie. Wybitny amerykański socjolog z pasją i przekonaniem pisał o stojącej przed Polską szansie udanego połączenia religijności z modernizacją.

Jednocześnie wciąż przestrzegaliśmy, że samo nic się nie poprawi, że polski katolicyzm dramatycznie potrzebuje nowej wizji, że trzeba wielkiego wysiłku z jednej strony ewangelizacyjnego, a z drugiej formacyjnego – w celu pogłębienia wiary. Analizowaliśmy uważnie przykłady innych krajów o większości katolickiej, np. Irlandii czy Hiszpanii, które szybko uległy laicyzacji. Szukaliśmy błędów tam popełnionych. Jednym z nich były ścisłe powiązania Kościoła z rządzącymi ugrupowaniami politycznymi, co prowadziło do utożsamienia wiary z pewną przemijającą doczesną ideologią.

W 2006 r. ks. Andrzej Draguła przekonująco pokazywał przykład Quebecu, gdzie kościoły opustoszały w ciągu jednego pokolenia. Zwracał uwagę przede wszystkim na konformizm kulturowy. Katolicyzm quebecki opierał się bowiem nie na osobistym wyborze, lecz na konformizmie i zwyczaju. Podobnie stało się z sekularyzacją, która była głównie konformistycznym poddaniem się modzie.

Na własne życzenie

Dziś mamy do czynienia ze stałym obniżaniem się poziomu praktyk religijnych polskich katolików. Coraz mniej jest kandydatów do kapłaństwa, a wiele wskazuje na to, że również ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Także inne wskaźniki mówią o stopniowym spadku znaczenia wiary dla Polaków.

Duża część polskiego społeczeństwa utożsamia dziś wiarę z określoną ideologią polityczną. Jedni czynią to z dumą, odświeżając wzorce myślenia narodowo-katolickiego. Nie brakuje nawet duchownych, którzy uznają krzewienie polskości za swoje zadanie równie (jeśli w praktyce nie bardziej) istotne co głoszenie Ewangelii. Drudzy patrzą na ten bogoojczyźniany zlepek z obrzydzeniem lub niechęcią, odsuwając się od instytucji Kościoła.

Sam patrzę na cały ten proces z bólem, widząc, jak bardzo zaczynamy powielać najgorsze wzorce zachodniej sekularyzacji. Nie, nie odczuwam żadnej satysfakcji, że mieliśmy w „Więzi” rację, wielokrotnie przestrzegając przed czymś, co jednak nastąpiło. Odczuwam z tego powodu smutek, bo na niewielu sprawach tak mi zależy, jak na przyszłości żywej wiary chrześcijańskiej w mojej ojczyźnie.

A może jest w tym coś więcej niż smutek? Przecież „Więź” nie była jedynym środowiskiem, które przestrzegało przed takimi scenariuszami. Przecież decydenci kościelni znają i sytuację w innych krajach, i polskie realia. Mimo to nie przebudowali modelu duszpasterstwa nastawionego na masowość. Nie stworzyli żadnej ogólnopolskiej strategii nowej ewangelizacji czy wychodzenia do polskich „wierzących pogan” (wedle określenia ks. Josepha Ratzingera) z autentyczną Dobrą Nowiną. Były za to kolejne nowenny i peregrynacje, czyli przekonywanie najbardziej przekonanych.

Jeszcze lepiej z ryzyka sekularyzacji zdawali sobie sprawę decydenci polityczni. Najlepiej świadczą o tym, często cytowane w „Więzi”, słowa Jarosława Kaczyńskiego z 1991 r.: „Najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez ZChN [Zjednoczenie Chrześcijańsko Narodowe]”. Niestety, prezes PiS – mając świadomość, jak niebezpieczne są dla wiary wszelkie bliskie związki ołtarza z tronem i jak długofalowo na takim sojuszu Kościół zawsze traci – sam jako przywódca polityczny skrzętnie realizował tę właśnie wizję, przed którą wcześniej przestrzegał. Sprzymierzył się ze środowiskami skupionymi wokół Radia Maryja i przedstawiał własne ugrupowanie jako jedynie słuszną emanację zdrowego nurtu polskiego katolicyzmu.

Tak, odczuwam więcej niż smutek: gorycz. Oto bowiem nie tyle wpadliśmy jako Polacy – niezależnie od nas samych – w jakieś dziejowe wiry, które zaowocowały sekularyzacją. Niestety, wychodzi na to, że świadomie wybraliśmy najkrótszą drogę do dechrystianizacji. Dlatego mamy właściwie do czynienia z sekularyzacją na własne życzenie – z samosekularyzacją. Tak wcale nie musiało się zdarzyć. ■

Kultura

Polskie strachy

Czy zamknięta w swojskości Polska stanie się rezerwatem w Europie? A możerezerwatem w rezerwacie staną się polscy „Sanescobarczycy”? Skąd bierze się coraz silniejszy lęk przed „obcym”, zwłaszcza przed uchodźcami? Jaka może być polskość na miarę XXI wieku?

(Nie)święta wojna

Piotr Jakubowski

Ponurym paradoksem jest fakt, że książka poświęcona uwrażliwianiu na cierpienia jednych (chrześcijan) pośrednio przykłada się do cierpień zadawanych innym. Ks. Cisło podsyca bowiem lęki przed uchodźcami i postawy antyislamskie.

„Jeśli nadal będziemy tacy bezideowi i bezwartościowi, jeżeli nadal będziemy lekceważyć Ewangelię i jej wartości, to źle skończymy” (s. 191) – stwierdza w wywiadzie rzece ks. Waldemar Cisło, katolicki duchowny, zasłużony dyrektor polskiego oddziału organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, niosącej pomoc humanitarną w różnych częściach świata, profesor teologii fundamentalnej na warszawskim Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie, tak się składa, również pracuję. Ale niech się Państwu nie wydaje, że te słowa to zachęta do – zgodnie z wezwaniami papieża Franciszka – „zapewnienia gościnności imigrantom”. Wręcz odwrotnie – ks. Waldemar Cisło stanowczo nas przed nimi przestrzega!

Imigranci u bram. Kryzys uchodźczy i męczeństwo chrześcijaństwa XXI wieku to książka o dwóch obliczach1. Z jednej strony – przystępnie opowiedziana, skrupulatna rekapitulacja pierwszych wieków rozwoju chrześcijaństwa, a także całkiem wyważona analiza relacji społeczno-polityczno-religijnych w świecie arabskim (i nie tylko). Z drugiej natomiast – szereg powielanych bezkrytycznie stereotypów i przekłamań, manipulacji, uproszczeń, co najmniej problematycznych analogii czy związków przyczynowo-skutkowych.

Przy lekturze książki towarzyszył mi z jednej strony podziw dla szlachetności i ogromu dobra realizowanego przez Pomoc Kościołowi w Potrzebie. Z drugiej jednak – konfuzja, że w ustach jednego człowieka, na kartach jednej książki jest aż tyle współistnienia dobra i zła, wiedzy i pogłosek, prawdy i przekłamań, chrześcijańskiego wezwania do miłości i czysto islamofobicznego dyskursu siejącego wrogość i pogardę.

Sam tytuł książki jest mylący. Gdyby odnieść się do objętości tekstu, powinien on brzmieć raczej: „Męczeństwo chrześcijan. Kryzys uchodźczy i imigranci u bram”. Gdyby zaś miał wyrażać ogólny wydźwięk tej publikacji, idealnie pasowałby tytuł jednego z rozdziałów: „Islam kontra Zachód”. Ponurym paradoksem jest fakt, że książka poświęcona uwrażliwianiu na cierpienia jednych (chrześcijan) nie tylko pozostaje ślepa na cierpienia zadawane innym, ale wręcz sama się do nich pośrednio przykłada. Swoimi wypowiedziami ks. Cisło podsyca bowiem silne w polskim społeczeństwie lęki przed uchodźcami i ksenofobiczne postawy antyislamskie, dodatkowo czyniąc to w glorii eksperta, w oparciu o tekstualną figurę określoną przez Jamesa Clifforda jako „byłem tam” (ergo: wiem, co mówię). Z tezami ks. Cisły nie da się właściwie polemizować, skoro wszystko, co głosi, jest „prawdą potwierdzoną przez doświadczenie” (s. 143).

Argumenty „z mema”

W materiałach promocyjnych Imigrantów u bram czytamy: „Śmierć chrześcijanina – niemal zawsze z rąk muzułmanów – nie oburza mass mediów. Co innego nieszczęścia wyznawców islamu – to powinno nas poruszać”. Doprawdy nie mam pojęcia, na czym oparte miałoby być to stwierdzenie.

W czasie, gdy czytałem tę książkę, w okresie niespełna dwóch tygodni miały miejsce zamachy terrorystyczne na meczety w Egipcie (309 ofiar śmiertelnych, ponad 100 rannych) i Nigerii (ponad 50 ofiar), dwa ataki w Iraku (ponad 50 ofiar) i jeden w Afganistanie (17 ofiar) – i nie był to, niestety, jakiś wyjątkowy czas, lecz wyraz stałej globalnej tendencji. Prawie wszystkie te wydarzenia były ledwo wspominane w mediach, a w przypadku zamachu na półwyspie Synaj gros informacji stanowiły... ostrzeżenia dla europejskich turystów planujących wycieczkę „śladami faraonów”. Cóż możemy dowiedzieć się o takich wydarzeniach z książki ks. Cisły? Co najwyżej tyle, że muzułmanie teżpadają ofiarami swoich „współbraci w wierze”, ale zasadniczo zagrożeni są przede wszystkim chrześcijanie i Zachód.

Trudno się jednak dziwić takiemu wartościowaniu, jeśli bohater książki stwierdza: „żadne wydarzenie w pierwszym milenium chrześcijaństwa nie było bardziej katastrofalne i brzemienne w skutki niż narodziny islamu” (s. 33). Również współcześnie nieskrępowany rozwój islamu „może przynieść jej [Europie] zniszczenie i już przynosi” (s. 193). I chociaż momentami ks. Cisło – jakże słusznie – przypomina, że „islam nie jest monolitem” (s. 64), że jest zróżnicowany zapewne bardziej niż samo chrześcijaństwo (także wskutek braku scentralizowanej władzy), to nie przeszkadza mu to np. uznać Arabii Saudyjskiej za „kraj wzorcowy z punktu widzenia islamu” (s. 185) i głosić odgrzewanej Huntingtonowskiej narracji o zderzeniu cywilizacji (czy właściwie: cywilizacji i barbarzyństwa). A wszystko to podbudowane jest nie tylko przekonaniem o esencjalnej wyższości wszystkiego, co zachodnie (ergo: chrześcijańskie), lecz i iście manichejskim schematem – oto jacyś „oni” (zacietrzewieni, fałszywi, podstępni) dokonują inwazji i dążą do wytępienia „nas” (dobrych, tolerancyjnych, ze wszech miar miłosiernych).

Czego bowiem na „ich” temat może dowiedzieć się czytelnik Imigrantów u bram? Chociażby tego, iż mają „zakodowane przekonanie, że Zachód to wróg, chrześcijaństwo to wróg i trzeba je zniszczyć” (s. 198), a myślą tak, gdyż jest to cecha ich „mentalności”. Ponadto cechuje ich fałsz – co innego głoszą publicznie, co innego pokątnie i prywatnie. Publicznie wyrażają przekonanie, że islam jest religią pokoju. To „poprawna politycznie interpretacja”, która jednak „nie ma odniesienia w realnym życiu” (s. 142–143). Prywatnie bowiem „muzułmanin, gdy wie, że nie jest nagrywany, [...] to powie wprost: jeśli chodzi o dobro religii, to można każdego [...] okłamywać, zwodzić i oszukiwać” (s. 144). I nawet „dostojnicy islamscy zaangażowani w dialog z chrześcijaństwem” off the record stwierdzają: „Dzięki waszym demokratycznym prawom napadniemy na was, dzięki waszym prawom religijnym was podbijemy” (s. 185).

Albowiem według ks. Cisły u muzułmanów można zauważyć taki oto mechanizm: „gdy są w mniejszości, to starają się zachowywać pewne formy i pokazują w miarę sympatyczną twarz. Gdy natomiast przeważają liczebnie, to sympatyczne oblicze znika i pojawia się agresja” (s. 201). Z kolei „chrześcijanie wnoszą element pojednania, element solidarności, element ubogacenia. [...] Chrześcijanin potrafi się dogadać i z sunnitą, i z szyitą. Chrześcijanin nie będzie zabijał ani na siłę nie będzie kogoś konwertował” (s. 84).

Uderza ta poetyka wielkich kwantyfikatorów: taki właśnie miałby być każdy muzułmanin i każdy chrześcijanin. Wynika to z tego, że ks. Cisło nie sili się na żadne niuansowanie – „niektórzy”, „część”, chociażby nawet i „większość” – tylko, jak w podanym powyżej przykładzie, powołuje do życia pewne byty: „muzułmanin” i „chrześcijanin”, sprasowując do tej poręcznej kalki całą skomplikowaną rzeczywistość różnorodności człowieczej. Powtarzane jak mantra w obrębie dyskursu prouchodźczego słowa Ireny Sendlerowej: „Ludzi należy dzielić na dobrych i złych. Rasa, pochodzenie, religia, wykształcenie, majątek – nie mają żadnego znaczenia” u ks. Cisły przyjmują formułę: ludzi należy dzielić na dobrych i złych, czyli chrześcijan i muzułmanów.

Waga materiału dowodowego u autora jest, niestety, odwrotnie proporcjonalna do łatwości generalizacji. W większości wypadków ks. Cisło odwołuje się do czegoś, co można określić mianem argumentów „z mema” (jakże częstych w przypadku dyskursu antyuchodźczego). Oto pojawia się w internecie „informacja”, że w jakimś niemieckim albo szwedzkim, albo holenderskim miasteczku (co znamienne, miasteczka owe praktycznie nigdy nie mają nazwy; źródłem tych informacji natomiast – jeśli w ogóle zostaje podane – jest przeważnie jakaś tamtejsza bulwarówka) nie było choinki na Boże Narodzenie, usunięto krzyże ze ścian, wprowadzono tzw. strefy szariatu czy no-go zones. Co prawda, szwedzka policja wielokrotnie dementowała informacje o istnieniu takich stref2, ale przecież to zapewne kolejny przykład „poprawności politycznej”.

W Polsce od 2015 r. jest już wystarczająco dużo straszenia uchodźcami. Nie potrzeba już tych strachów podsycać i umacniać.

„Empiryczna” weryfikacja antyislamskiego dyskursu oparta jest tu na czterech podstawowych tropach: 1) „prawda doświadczenia” (co innego głoszą publicznie, co innego prywatnie – s. 143, 200); 2) tak po prostu jest („w Egipcie jest nawet szkoła podrywania Europejek” – s. 103), ewentualnie „mamy już przykłady” (w Szwecji, w miasteczku bez nazwy, „w którym rządzą muzułmanie, wydano wszystkie gminne pieniądze na świętowanie ramadanu i zabrakło pieniędzy na drzewka na Boże Narodzenie” – s. 181); 3) ktoś powiedział, że oni mówią (np. że chcą nas zniszczyć – np. s. 181, 185); 4) „media donosiły” (np. „o rozmaitych atakach na tradycyjne obchodzenie świąt Bożego Narodzenia” – s. 150). Każdorazowo zatem poparcie owych twierdzeń odległe jest od standardów rzetelnej dyskusji akademickiej, a bliskie syntetycznym internetowym obrazkom, których oddziaływanie opiera się na emocjach, nie intelekcie. Niestety, dzięki książce ks. Cisły przyszli trybuni „islamizacji Europy” nie będą już musieli popierać swoich tez internetowymi „demotywatorami”, zawsze będą mogli zrobić poważniej wyglądający przypis do Imigrantów u bram.

Taki „materiał dowodowy” nie może nie prowadzić do manipulacji i przekłamań, czego jaskrawym przykładem jest przywołany w książce dwukrotnie (s. 73 i 153) komentarz edukatorki działającej w tamtejszych ośrodkach dla uchodźców, w kontekście dokonanego w jednym z nich gwałtu na trzyletnim chłopcu. Otóż zdaniem ks. Cisły owa kobieta (w książce, rzecz jasna, bezimienna!) usprawiedliwiała ów czyn, powołując się na argument, zgodnie z którym „w imię poprawności politycznej, w imię tolerancji musimy pogodzić się z tym, że to, co w jednej religii uchodzi za grzech, w innej, stosując inny kod kulturowy, jest dopuszczalne” (s. 153).

Ta kobieta ma imię i nazwisko: Linda Hagen. A manipulacją jest tu nie tylko to, że żaden z odłamów islamu nie uznaje gwałtu na trzyletnim chłopcu za coś dobrego czy chociażby dopuszczalnego, ale przede wszystkim to, że przywołana wypowiedź edukatorki padła w zupełnie innym, wręcz odwrotnym znaczeniowo kontekście. Otóż – jak łatwo sprawdzić w relacjach medialnych – przestępstwo to nastąpiło „po tym, jak Norwegia ogłosiła, że prowadzić będzie szkolenia z zakresu zachodnich norm seksualnych dla nieeuropejskich uchodźców i azylantów” w celu „uniknięcia pomyłek podczas poznawania norweskiej kultury”3. Linda Hagen uczyła emigrantów, że „nie znaczy nie”. Pokazywała im np. zdjęcie europejskiej kobiety siedzącej z rozłożonymi nogami, stanowczo podkreślając, że nie oznacza to zaproszenia do seksu (skądinąd tego typu szkolenie przydałoby się również wielu „zachodnim” mężczyznom). Wypowiedź Hagen dotyczyła więc konieczności dostosowania się przez imigrantów do europejskich regulacji kulturowych, etycznych i prawnych w tym zakresie! Ks. Cisło przedstawił ją natomiast jako usprawiedliwianie haniebnego czynu.

„Oni” są winni

Problem, jaki mam z książką ks. Cisły, polega na serwowaniu w nierozerwalnym pakiecie ważnych i słusznych obserwacji, pod którymi w pełni można się podpisać, ze stwierdzeniami co najmniej wątpliwymi czy stereotypowymi.

Ot, na przykład trafne jest punktowanie winy wielkich światowych mocarstw za destabilizację sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie i północy Afryki oraz, w efekcie, za trwający od ponad pięciu lat tzw. kryzys uchodźczy; podobnie – stanowcza krytyka obojętnej postawy Unii Europejskiej wobec wojny domowej w Syrii. Nie ulega zatem wątpliwości, że ks. Waldemar Cisło potrafi myśleć inaczej, szerzej. Niezwykle celnie wskazuje społeczno-ekonomiczne źródła radykalizacji części mniejszości muzułmańskich mieszkających od dwóch lub trzech pokoleń w Europie, wynikające z różnych form wykluczenia, którego doświadczają. Cóż jednak z tego, skoro w najmniejszym stopniu nie nadkrusza to jego zasadniczej narracji, zgodnie z którą podstawowe – i praktycznie jedyne – źródła antagonizmów tkwią na płaszczyźnie religijnej i mentalnościowej (a więc w zasadzie też religijnej).

W listopadzie 2014 r. – jeszcze przed największą falą migracyjną – papież Franciszek mówił proroczo w Parlamencie Europejskim:

Europa będzie w stanie poradzić sobie z problemami związanymi z imigracją, jeśli będzie umiała jasno przedstawić swoją tożsamość kulturową i wprowadzić w życie odpowiednie ustawodawstwo, które potrafi chronić prawa obywateli europejskich i jednocześnie zapewnić gościnność imigrantom4.

To bardzo realistyczne podejście. I widać tu czarno na białym, wprost i dobitnie, że jest to zadanie przede wszystkim dla „nas”, Europejczyków. Ks. Waldemar Cisło natomiast uparcie winą za niepowodzenia koegzystencji „nas” i „ich” obarcza tylko jedną ze stron. To „oni” bowiem „nie integrowali się, nie uczyli języka, nie poznawali miejscowej kultury” (s. 183). Dziś też „my” podchodzimy do nich dialogicznie, z otwartym sercem, natomiast „od jakiegoś czasu tej dobrej woli po stronie islamu ewidentnie nie ma” (s. 137). Ks. Cisło zwiedził zapewne ogrom świata, ale chyba nie dotarł chociażby do żadnego z polskich ośrodków kultury islamu, które regularnie organizują spotkania integracyjne czy – już piąty rok z rzędu – dni chrześcijaństwa wśród muzułmanów.

Oto przykład, jak z własnych wnikliwych i trafnych analiz ks. Cisło nie jest w stanie wyciągnąć właściwych wniosków. Zauważa on, że kolejne pokolenia imigrantów „chodzą do szkół ze swoimi rówieśnikami: Niemcami, Francuzami, Anglikami. Mają takie same aspiracje i oczekiwania jak oni, ale natykają się na tzw. szklany sufit”. Szybko odkrywają, że „Niemcowi, Anglikowi czy Francuzowi łatwiej jest zrobić karierę, łatwiej coś osiągnąć i do czegoś dojść niż młodemu człowiekowi tureckiego, algierskiego czy sudańskiego pochodzenia. Jego pochodzenie zawsze będzie go blokować” (s. 197–198).

Jaki z tego stwierdzenia należałoby wyciągnąć wniosek? Kto tworzy ten szklany sufit? Wszak nie „oni” sami, prawda? To raczej „nasza” sprawiedliwość społeczna szwankuje, skoro nie jesteśmy w stanie zapewnić równych szans młodym ludziom, którzy tu się urodzili, mówią naszym językiem, uczą się w naszych szkołach, żyją obok nas, których rodzice zbudowali drogi, po których jeździmy, i domy, w których mieszkamy, płacą u nas podatki i przyczyniają się do wzrostu PKB?

Bynajmniej! Przybysze okazują się w tej narracji po prostu niewdzięczni. Dostali palec, a chcą całą rękę. Zamiast ze zrozumieniem, pokorą i wdzięcznością przyjmować swój los pariasów – buntują się i domagają Bóg wie jakich przywilejów. „Wraz ze wzrostem liczebności muzułmańskich społeczności [...] rosną ich roszczenia i agresywność. Domagają się miejsc pracy, socjalnych mieszkań, opieki społecznej, darmowych szkół, respektowania zasad islamu” (s. 201). Czy to są skandalicznie wysokie agresywne roszczenia?

A przecież integracja jest procesem dwustronnym (to dość oczywiste stwierdzenie), a imigranci tyleż „nie integrowali się”, co „nie zostali zintegrowani”. Jeśli sprowadzono ich, by wykonywali prace, których żaden szanujący się miejscowy obywatel wykonywać nie chciał; za pieniądze, po które tenże obywatel nie schyliłby się na ulicy; musieli więc mieszkać w dzielnicach, do których ów obywatel wolałby się nie zapuszczać; współwytwarzali dobrobyt społeczny, w którym nie mieli, pokolenie za pokoleniem, najmniejszego udziału – czy to tylko „ich” wina?

Migranci egzystencjalni

„Gdzieś od 2014 roku – mówi ks. Cisło – Europę szturmują [sic! – PJ] kolejne fale uchodźców. Część z nich rzeczywiście ucieka przed wojnami w Syrii, Iraku, Libii czy niektórych krajach afrykańskich (np. Sudanie), ale spora część po prostu szuka lepszego życia” (s. 187). Właśnie tak: „po prostu”...

Znamienne, że padają słowa bardzo podobne do tych, których użył papież Franciszek w Parlamencie Europejskim, mówiąc o samotności widocznej „w zagubionym spojrzeniu imigrantów, którzy tu przybyli w poszukiwaniu lepszej przyszłości”5. Tyle tylko, że brak owego „po prostu” czyni wielką różnicę! Zmienia zdanie wyrażające współodczuwanie w wyższościowy deprymujący komentarz. Oddziela tych, którzy zasługują na nasze miłosierdzie, od tych, którzy chcą na nim pasożytować, a nawet wykorzystać je ku swoim niecnym knowaniom. Powinniśmy pomóc tym pierwszym. Jak to jednak zrobić, skoro „kto z nich uchodźca, kto emigrant, kto terrorysta – nie sposób rozeznać” (tak głosi opis z tyłu okładki książki)? Zatem co? Trzeba chyba szczelniej ryglować bramy...

Tymczasem ścisłe rozróżnienie emigrantów od uchodźców – zwłaszcza traktowane jako alternatywa rozłączna: albo (prawdziwy) uchodźca, albo (tylko) emigrant ekonomiczny – ma charakter czysto prawny i nie przystaje do złożonej rzeczywistości ludzkiego doświadczenia i tragicznej rzeczywistości ludzkiego cierpienia. Judy Forge, profesor Uniwersytetu w Kent, tak to komentuje:

Ostre rozróżnienie między uchodźcą i migrantem ekonomicznym przesłania tę prostą prawdę, że wielu przybyszów jest po trosze tym i tym. Powody, dla których ludzie przekraczają granice, są dzisiaj wielce złożone i słabo przystają do konwencji z 1951 roku [tzw. konwencji genewskiej – PJ]. Ludzie niepodpadający pod ogólnie przyjętą definicję uchodźcy, uciekający jednak przed biedą lub brakiem perspektyw, są migrantami tyleż ekonomicznymi, co egzystencjalnymi6.

Ks. Cisło woli jednak sugerować spisek. Zadaje kolejne retoryczne pytanie: „Dlaczego wśród uciekinierów około 75 proc., jak podaje Eurostat, to mężczyźni w wieku poborowym?”. Być może „jest w tym jakieś drugie dno” (s. 188)? A może warto przeczytać wstrząsający reportaż Łódź 370. Śmierć na Morzu Śródziemnym autorstwa Annah Björk i Mattiasa Beijmo? Albo prześledzić historię polskiej emigracji do Stanów Zjednoczonych (w zdecydowanej większości przypadków jako pierwsi wyruszali sami mężczyźni)?

A może – już bez konieczności czytania – warto przeprowadzić następujące ćwiczenie z zakresu wyobraźni empatycznej? Oto mąż, żona i trójka dzieci w ciężkiej sytuacji; w pewnym momencie dochodzą do wniosku, że dłużej nie da się już tak żyć; wiedzą, ile kosztuje podróż dla jednej osoby (często muszą sprzedać znaczną część swojego dobytku i się zadłużyć, by móc sobie na nią pozwolić); wiedzą też, z jakimi niebezpieczeństwami wiąże się podróż (gwałty, przemoc, liczni przestępcy w roli przemytników) i jak wielkiego wysiłku fizycznego wymaga; istnieje jednak szansa, że tam będzie lepiej; mężczyzna ma nadzieję, że podczas wędrówki spotka takich ludzi, którym później będzie mógł zaufać; że rozpozna niebezpieczeństwa trasy, dzięki czemu jego bliscy będą później wiedzieli, którędy iść, na co uważać, czego unikać, pozostaną wszak w kontakcie (tak, dlatego właśnie uchodźcy mają telefony komórkowe); w końcu – jak wszystko dobrze pójdzie – znajdzie pracę, mieszkanie, zarobi tyle pieniędzy, że będzie mógł opłacić również podróż swych najbliższych i w rozpaczliwej niepewności czuwać nad nimi. Myślę, że tego typu wysiłek umysłowy jest znacznie bardziej chrześcijański i znacznie bardziej ludzki niż poszukiwanie „drugiego dna”.

Waga materiału dowodowego jest u ks. Cisły odwrotnie proporcjonalna do łatwości generalizacji. Często odwołuje się on do czegoś, co można nazwać argumentami „z mema”.

Kolejny argument ks. Cisły to dość typowe dla dyskursu antyimigranckiego – powielone również w zawoalowany sposób przez abp. Marka Jędraszewskiego w przedmowie do książki – naczelne alibi polskich władz, ich podręczne źródło spokoju sumienia: nie przyjmujemy uchodźców, bo pomagamy na miejscu. Zgodziłbym się z autorem, że wsparcie na miejscu „to najlepsza forma pomocy” (s. 190) – w innym miejscu: „najmądrzejsza” (s. 70) – tylko kto i kiedy uznał, że mamy tu do czynienia z alternatywą „albo-albo”?

To przecież tak, jakby powiedzieć, że nie pomagamy młodocianym matkom w nieplanowanej ciąży, bo prowadzimy rzetelną edukację seksualną. Albo że nie leczymy próchnicy, bo wspieramy finansowo producentów preparatów do higieny jamy ustnej (przykłady może i nie najszczęśliwsze, ale zasada jest ta sama). Pomocy potrzebują i ci, którzy pozostają na miejscu, i ci, którzy stamtąd wyruszyli w nieznane, z nadzieją na „lepsze życie”, czyli po prostu „normalne życie”!

Więcej nie trzeba

Warto też zwrócić uwagę na manipulacje, jakimi posłużył się wydawca. Na tylnej okładce książki i w materiałach promocyjnych Wydawnictwa Biały Kruk czytamy m.in. „Ofiarami wojny są też muzułmanie, to prawda, ale to nie kto inny, jak bracia islamskich ofiar wciąż burzą świątynie i domostwa chrześcijan, mordują, gwałcą, palą, okaleczają, ścinają głowy, podkładają bomby”. I co z tego wynika? Że muzułmańskie ofiary prześladowań ISIS same sobie są winne, bo tak czy owak wyznają religię swoich morderców?

Na stronie 21 tej albumowo wydanej publikacji zaserwowano czytelnikowi dość osobliwe zestawienie ilustracji: u góry grafika, wyglądająca jak z gry komputerowej, przedstawiająca rzymską arenę (pośrodku garstka modlących się chrześcijan, z prawej strony lew); na dole strony natomiast – czwórka bojowników tzw. Państwa Islamskiego z karabinami maszynowymi. Podpis brzmi:

W starożytności chrześcijan krzyżowano lub rzucano na cyrkowych arenach lwom na pożarcie. Po wielu latach męczeństwo chrześcijan wróciło ze zdwojoną siłą. Dokonał się przy tym wielki postęp, już nie lwy rozszarpują wyznawców Jezusa, ale kule karabinów maszynowych.

Porównanie to jest co najmniej ryzykowne. Wystarczy bowiem prześledzić jakiekolwiek statystyki dotyczące zamachów dokonywanych przez ISIS7, żeby wyzbyć się etnocentrycznego przekonania, że to „zgniły” Zachód czy chrześcijanie są podstawowym przeciwnikiem terrorystów. Otóż w roku 2017 w Unii Europejskiej było 61 ofiar ataków terrorystycznych. Tylko w grudniu tegoż roku ISIS przeprowadziło 34 ataki terrorystyczne (23 w Iraku, 5 w Afganistanie, 3 w Egipcie, 2 w Syrii i 1 w Pakistanie), w których zginęły łącznie 203 osoby; w listopadzie – 23 ataki, wszystkie poza Europą, z łączną sumą 555 zabitych8.

Zygmunt Bauman (wiem, że zapewne nie jest to autorytet dla ks. Cisły, ale może warto posłuchać?) jest autorem książki Obcy u naszych drzwi. Tytuł jakże przypominający Imigrantów u bram! A zarazem jakże odmienny wydźwięk książki (wymowna jest już różnica między gościnnymi drzwiami a warownymi bramami). Socjolog pisze tam, że imigranci

ciągle przypominają nam o tym, o czym szczerze wolelibyśmy zapomnieć: o jakichś globalnych, odległych, nietykalnych, mrocznych siłach [...], które ciężko sobie wyobrazić, ale które są na tyle potężne, że oddziałują też na nasze życie, nie zważając na nasze preferencje. W cywilnych ofiarach tych sił, zgodnie z jakąś wypaczoną logiką, widzi się pierwsze szeregi oddziałów wysłanych przez owe mroczne potęgi, stacjonujące teraz w naszym sąsiedztwie9.

Właśnie to robią ks. Cisło z red. Stachnikiem. Retoryka militarna regularnie pojawia się w Imigrantach u bram: uchodźcy „szturmują”, islam dokonuje „inwazji” lub „podboju”, mowa jest o „starciu cywilizacji zachodniej z wojującym islamem”, a Polska miałaby być „bastionem wiary w Europie”. Niejednokrotnie autorzy książki dostrzegają nawet owe mroczne siły globalnej polityki i ekonomii, o których pisze Bauman, ale – zamiast odnieść się do nierówności i deprywacji, które stoją u podstaw tzw. kryzysu uchodźczego – wolą mylić ofiary ze sprawcami, uruchamiać mechanizmy zbiorowej odpowiedzialności, podsycać i tak już silne antyislamskie nastroje, a całość „ekstrapolować na ideę świętej, totalnej wojny pomiędzy dwoma niemożliwymi do pogodzenia sposobami życia”10.

W Polsce od 2015 r. jest już wystarczająco dużo straszenia uchodźcami. Książka ks. Cisły brzmi unisono z tą narracją, zasila ją i umacnia, podsyca lęki i sieje nienawiść. Chciałbym z lektury Imigrantów u bram zachować chociażby szlachetną opowieść o działalności stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie, o cierpieniach chrześcijan w XXI wieku w różnych częściach świata, ale nie da się... Na pewno nie w tych – zarówno dosłownych, jak i metaforycznych – ramach.

Nie rozumiem tego. Nie zgadzam się, żeby jedną dyskryminację zwalczać inną, żeby w miejsce jednej nienawiści powoływać do życia kolejną, a wartości chrześcijańskich bronić w sposób, który wiąże się z tychże wartości pogwałceniem. Nie zgadzam się, by pod – wyeksponowanym na okładce książki – autorytetem „ks. prof.” wygłaszać poglądy, które zasilają wykluczenie, niechęć i krzywdę. Już mamy tego zbyt dużo. Nie potrzeba nam więcej. ■

Piotr Jakubowski – ur. 1985. Doktor nauk humanistycznych w zakresie kulturoznawstwa, adiunkt w Katedrze Teorii Kultury i Międzykulturowości na Wydziale Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, wicedyrektor Instytutu Filologii Klasycznej i Kulturoznawstwa UKSW. Autor książki Pułapki tożsamości. Między narracją a literaturą. Kierownik projektu badawczego „Konstruowanie wizerunku uchodźców w polskim dyskursie publicznym” (NCN nr 2016/23/D/HS2/03442).

1Imigranci u bram. Kryzys uchodźczy i męczeństwo chrześcijaństwa XXI wieku, z ks. W. Cisłą rozmawiał P. Stachnik, Kraków 2017, 232 s.

2Zob. np. www.sverigesradio.se/sida/artikel.aspx?artikel=6630452 [dostęp: 2.01.2018].

3Zob. np. www.dailymail.co.uk/news/article-3396107, www.ndtv.com/world-news/no-means-no-norway-sends-migrants-on-anti-rape-courses-1267709, www.independent.co.uk/news/world/europe/a6829681.html [dostęp: 2.01.2018].

4Zob. w2.vatican.va/content/francesco/pl/speeches/2014/november/documents/papa-francesco_20141125_strasburgo-parlamento-europeo.html.

5Tamże.

6J. Forge, Granice, w: A. Konik, W tym samym mieście, pod tym samym niebem..., Warszawa 2016, s. 12–13.

7Doskonałe interaktywne źródło danych: storymaps.esri.com/stories/terrorist-attacks/? year=2017 [dostęp: 3.01.2018].

8Zob. www.statista.com/topics/2267/terrorism [dostęp: 3.01.2018].

9Z. Bauman, Obcy u naszych drzwi, przeł. W. Micner, Warszawa 2006, s. 23.

10Tamże, s. 47.

Warunki prenumeraty redakcyjnej

Prenumeratakrajowa

Prenumerata roczna w roku 2018 (4 numery) – 84 zł.Koszty wysyłki ponosi Redakcja.Cena 1 egz. w prenumeracie – 21 zł, w sprzedaży detalicznej – 24,99 zł(roczna oszczędność w prenumeracie – 15,96 zł).

Wpłaty na prenumeratę przyjmujemy na konto:Towarzystwo „Więź”, 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3PKOBP S. A. Warszawa, nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866Prosimy o czytelne wpisanie danych: imię, nazwisko, dokładny adres prenumeratora oraz liczba zamawianych egzemplarzy i okres prenumeraty.

Prenumeratazagraniczna

Prenumerata roczna jednego egzemplarza wraz z wysyłką wynosi:

do Europy, Izraela, Rosji – 44 EUR – przesyłka ekonomiczna,do Europy, Izraela, Rosji – 52 EUR – priorytet,

do Ameryki Północnej, Afryki – 60 EUR – priorytet,do Ameryki Południowej, Środkowej i Azji – 68 EUR – priorytet,do Australii i Oceanii – 90 EUR – priorytet.

Płatność kartą kredytową przez system DotPay. Więcej informacji na stronie kwartalnika www.wiez.pl w zakładce „Prenumerata” oraz w dziale prenumeraty (prenumerata@wiez.pl).

Prenumeratę „Więzi” prowadzą również:RUCH, KOLPORTER, GARMOND

Prenumerataelektroniczna

Prenumerata e-booka (pdf, Mobi, ePub):cena za 1 egz. – 18,45 zł (w tym 23% VAT).

Zamówienia przez naszą księgarnię internetową www.wiez.pl

oraz

Wszelkich dodatkowych informacji udziela dział prenumeraty „Więzi”:

00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3, tel. (+ 48 22) 827-96-08,e-mail: prenumerata@wiez.pl

„Więź” ukazuje się od roku 1958

Redaktorami naczelnymi byli

† Tadeusz Mazowiecki (1958–1981), † Wojciech Wieczorek (1981–1989), Stefan Frankiewicz (1989–1995), Cezary Gawryś (1995–2001)

Redakcja

Zbigniew Nosowski (redaktor naczelny), Grzegorz Pac (zastępca redaktora naczelnego), Ewa Buczek (sekretarz redakcji), Bartosz Bartosik, Bogumiła Berdychowska, ks. Andrzej Draguła, Sebastian Duda, Andrzej Friszke, Jakub Halcewicz-Pleskaczewski, Katarzyna Jabłońska, Anna Karoń-Ostrowska, Ewa Kiedio, Tomasz Kycia, ks. Andrzej Luter (asystent kościelny Towarzystwa „Więź”), Maria Rogaczewska, Konrad Sawicki, Agata Skowron-Nalborczyk, Jerzy Sosnowski

Stale współpracują

Elżbieta Adamiak, Jacek Borkowicz, Barbara Chyrowicz SSpS, ks. Rafał Dudała, Cezary Gawryś, Aleksander Hall, Paweł Kądziela, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Józef Majewski, Sławomir Sowiński, ks. Grzegorz Strzelczyk, Monika Waluś, Tomasz Wiścicki, Maciej Zięba OP, Michał Zioło OCSO

Rada Redakcyjna

Wojciech Arkuszewski, Jacek Borkowicz, Jędrzej Bukowski, Stefan Frankiewicz, Andrzej Friszke, Cezary Gawryś, Katarzyna Jabłońska, Krzysztof Jedliński, Anna Karoń-Ostrowska, Paweł Kądziela, Bogumił Luft, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Józef Majewski, Zbigniew Nosowski, Inka Słodkowska, Paweł Śpiewak, Jan Turnau, Andrzej Wielowieyski, Tomasz Wiścicki, Kazimierz Wóycicki, Marek Zieliński

Redakcja

00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3, tel./fax (22) 827-29-17, wiez@wiez.pl

prenumerata

tel./fax (22) 827-96-08, prenumerata@wiez.pl

reklama

tel./fax (22) 827-96-08, reklama@wiez.pl

dział handlowy

tel./fax (22) 828-18-08, handlowy@wiez.pl

www

Serwis publicystyczny wiez.pl

Kwartalnik „Więź” czasopismo.wiez.pl

Wydawnictwo „Więź” i księgarnia internetowa wydawnictwo.wiez.pl

Think tank Laboratorium „Więzi” laboratorium.wiez.pl

Bieżące informacje z „Więzi” fb.com/wiez.info

Projekt okładki, opracowanie typograficzne i skład  Marcin Kiedio

Rysunek Don Kichota  Jerzy Jaworowski

Druk i oprawa  Drukarnia im. A. Półtawskiego, ul. Krakowska 62, Kielce

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca.

Redakcja nie odpowiada za treść reklam.

ISSN 0511-9405

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego