Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy ebook

Barbara Demick  

4.42857142857143 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 315 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy - Barbara Demick

Logavina to cicha i spokojna uliczka położona w sercu miasta, słynącego z tolerancji i kosmopolitycznego uroku. Wybuch wojny postawił na głowie życie jej mieszkańców, Bośniaków, Chorwatów i Serbów, którzy do tej pory żyli obok siebie, nie zwracając uwagi na dzielące ich różnice. W oblężonym Sarajewie, pozbawieni ogrzewania i elektryczności, przy coraz bardziej ograniczonych zasobach żywności i wody, każdego dnia muszą teraz walczyć o przetrwanie swoje i bliskich. Muszą bronić się nie tylko przed kulami snajperów, ale także przed równie groźnym wrogiem – nienawiścią do sąsiadów i niedawnych przyjaciół, którzy tak łatwo mogą zmienić się w śmiertelnych wrogów.

W intymnej relacji naocznego świadka Barbara Demick splata losy dziesięciu rodzin. I po dwudziestu latach wraca, by się przekonać, jak radzą sobie z następstwami wojny.

Opinie o ebooku W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy - Barbara Demick

Fragment ebooka W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy - Barbara Demick

Barbara Demick

W oblężeniu

Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Przełożyła Hanna Pustuła-Lewicka

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego BESIEGED: LIFE UNDER FIRE ON A SARAJEVO STREET

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKAFotografia na okładce © by DAVID BRAUCHLI / SYGMA / CORBIS / FOTOCHANNELSProjekt typograficzny ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Originally published in English by Granta Publications under the title Besieged: Life Under Fire on a Sarajevo Street, copyright © 2011 by BARBARA DEMICKBarbara Demick asserts the moral right to be identified as the author of this WorkCopyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2014Copyright © for the Polish translation by HANNA PUSTUŁA-LEWICKA, 2014

Redakcja MAGDALENA PETRYŃSKAKorekta MAŁGORZATA WOJCIECHOWSKA / D2D.PL, JADWIGA MAKOWIEC / D2D.PLRedakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wersji elektronicznej: MAGDALENA WOJTAS / VIRTUALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-709-6

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowatel. +48 18 351 00 70e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata.kur@czarne.com.pl

Audiobooki i ebooki: Izabela Rególska, iza@czarne.com.pl

Wołowiec 2014Wydanie I

Oblężone Sarajewo

Rodziny mieszkające na ulicy Logavinej

Podział Bośni

Układ pokojowy zawarty w Dayton w 1995 roku zakończył wojnę, dzieląc Bośnię na Federację Muzułmańsko-Chorwacką i Republikę Serbską

Prolog

W 1991 roku, tym samym, w którym rozpadł się Związek Radziecki, w Europie Wschodniej odżyły dawne nacjonalizmy. Szczególnie groźną formę przybrały w Socjalistycznej Federacyjnej Republice Jugosławii, państwie powstałym w 1943 roku jako federacja sześciu republik. Słowenia, najbogatsza i pod względem kulturowym najbardziej zbliżona do Zachodu, oderwała się po zaledwie dziesięciodniowej wojnie. Wojna w Chorwacji trwała dużej i była bardziej krwawa. Zdominowana przez Serbów Jugosłowiańska Armia Ludowa walczyła zaciekle o utrzymanie republiki przypominającej kształtem bumerang, obejmującej większość wybrzeża adriatyckiego. Nasilenie przemocy sięgnęło szczytu w następnym roku, kiedy Bośnia ogłosiła niepodległość, wychodząc z rozpadającego się państwa. Była to najbardziej zróżnicowana pod względem etnicznym republika dawnej Jugosławii i jej przywódcy zamierzali utworzyć coś w rodzaju mini-Jugosławii z żyjącymi w zgodzie obok siebie Serbami, Chorwatami i MuzułmanamiI. Domagający się autonomii serbscy nacjonaliści proklamowali jednak własną rozłamową Republikę Serbską. Przy milczącym poparciu prezydenta Serbii Slobodana Miloševicia bośniaccy Serbowie zarekwirowali znaczną część uzbrojenia rozformowywanej Jugosłowiańskiej Armii Ludowej i rozpoczęli systematyczne likwidowanie ludności muzułmańskiej żyjącej na terenach, które uważali za swoje. Po raz pierwszy od czasu zakończenia drugiej wojny światowej do Europy powróciły obozy koncentracyjne i masowe groby. Urokliwe Sarajewo, pełne meczetów, synagog, kościołów i cerkwi, przeżyło trwające trzy i pół roku oblężenie; pozbawiona dostaw żywności i prądu ludność cywilna miasta żyła pod nieustającym ostrzałem.

Nawet dziś, po doświadczeniach ostatnich dwudziestu lat – jedenastego września, wojny w Iraku i w Afganistanie – niełatwo sobie wyobrazić, jak potężnym szokiem była dla świata brutalna wojna w Bośni.

Początek lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku to okres upojenia optymizmem. Radosny nastrój był następstwem zakończenia zimnej wojny. Mieliśmy już za sobą pierwszą wojnę w Zatoce Perskiej, która została stoczona i wygrana. Runął mur berliński. Wartości liberalne i demokratyczne odniosły zwycięstwo i uwierzyliśmy, że możemy zamknąć drzwi za koszmarami dwudziestego wieku. Mówiło się o „korzyściach płynących z pokoju” i „Nowym Porządku Świata”. Kto mógł przypuszczać, że termin „czystki etniczne” wkrótce wejdzie do powszechnego słownika?

W 1993 roku moja macierzysta gazeta, „The Philadelphia Inquirer”, wysłała mnie do Berlina, żebym pisała stamtąd korespondencje o Europie Wschodniej. Specjalizowałam się w dziennikarstwie śledczym i finansowym (wcześniej zajmowałam się kwestią finansowania kampanii kandydatów w amerykańskich wyborach prezydenckich w 1992 roku, w których zwyciężył Bill Clinton). Redakcja oczekiwała, że w Berlinie skupię się na przeobrażeniach gospodarczych dawnych państw bloku wschodniego. Jeśli chodzi o paskudną wojnę szalejącą w byłej Jugosławii, jeden z kolegów zapewnił mnie: „Zanim tam dotrzesz, będzie po wszystkim”.

Oczywiście nie miał racji. W czasie mojego pobytu w Europie Wschodniej nie napisałam ani słowa o gospodarce. Wszystkie moje artykuły z tego okresu należą do kategorii „wojna w Bośni” i więcej czasu spędziłam w Sarajewie niż w Berlinie.

Po raz pierwszy przyleciałam do Sarajewa w styczniu 1994 roku wojskowym samolotem transportowym C-130, który wystartował z chorwackiego Splitu w ramach oenzetowskiego mostu powietrznego, dostarczającego pomoc humanitarną mieszkańcom oblężonego miasta. Po wylądowaniu puściliśmy się biegiem przez płytę lotniska, osłaniając głowy torbami, ponieważ serbska artyleria nieustannie ostrzeliwała lotnisko. Do miasta dotarliśmy wojskowym transporterem. Tak jak wszyscy zagraniczni dziennikarze zatrzymałam się w Holiday Inn, którego południową fasadę wyłożoną taflami musztardowego szkła całkowicie zniszczył ogień serbskich dział moździerzowych, ostrzeliwujących miasto z pozycji na drugim brzegu rzeki, zaledwie kilometr od hotelu.

Na szczęście dostałam pokój od północy. Ale w ścianach ziały dziury po kulach i odłamkach pocisków, wokół których ktoś narysował kółka i zapisał na tapecie daty. Nie był to pokrzepiający widok.

Całe pokolenie korespondentów wojennych zdobywało szlify w Bośni, obserwując z bliska, jak na cywilnych mieszkańców oblężonego Sarajewa spadają pociski artyleryjskie. Dostanie się do miasta i wydostanie z niego wiązało się z tyloma kłopotami, że liczna społeczność dziennikarzy po prostu zamieszkała w Sarajewie, stając się uczestnikiem wydarzeń. Przeżywałam oblężenie razem z mieszkańcami miasta. To prawda, że mieliśmy prąd i nie głodowaliśmy, od czasu do czasu mogliśmy liczyć nawet na bieżącą wodę i wielu z nas poruszało się pojazdami opancerzonymi, ale pod niesłabnącym ostrzałem moździerzowym groziło nam takie samo niebezpieczeństwo jak wszystkim. W tym otoczeniu granica pomiędzy dziennikarzem i jego tematem ulegała zatarciu.

Z zewnątrz konflikt wydawał się niezwykle skomplikowany – zadawnione bałkańskie animozje, geopolityczne linie uskoku i temu podobne – ale kiedy byłeś w środku, wszystko stawało się niezmiernie proste. W mieście byli uwięzieni cywile, serbska artyleria strzelała do nich – i do nas. Mieszkańcy Sarajewa ogromnie mi zaimponowali. Choć wojna trwała od prawie dwóch lat i jej brutalność dawno już powinna była wywołać wybuch nienawiści, niszcząc resztki idealizmu, sarajewianie nadal wierzyli, że mogą zachować w swoim mieście wielokulturową przestrzeń.

Sarajewo stało się sprawą, o którą się walczy, i zawołaniem wojennym. W zachodnim świecie sama nazwa miasta – tak jak Dunkierka czy Darfur – wywoływała znaczące, pełne smutku spojrzenia. Luciano Pavarotti organizował koncerty charytatywne na rzecz mieszkańców Sarajewa; lider zespołu U2, Bono, skomponował piosenkę Miss Sarajevo i odwiedził miasto pod koniec wojny. Susan Sontag spędziła w bombardowanym Sarajewie kilka miesięcy i wystawiła tam Czekając na Godota. Później pisarka porównała oblężenie Sarajewa do hiszpańskiej wojny domowej, nazywając je „symbolicznymi wydarzeniami, reasumującymi, jak się wydaje, główne przeciwstawne siły epoki”1.

Kiedy tam jechałam, opinia publiczna była już znużona wojną w Bośni – nastąpiła reakcja, którą pracownicy organizacji humanitarnych nazywają „zmęczeniem współczuciem”. Czytelnicy stali się niewrażliwi na cierpienia ludzi o niewymawialnych nazwiskach, mieszkańców kraju, w którym oni sami nigdy nie byli. Chcąc uświadomić im realia wojny, moi wydawcy wpadli na pomysł, żebym wspólnie z redakcyjnym fotografem, Johnem Costello, wybrała jedną ulicę w Sarajewie i relacjonowała życie jej mieszkańców w czasie walk.

Wiedziałam, o której ulicy będę chciała pisać, od chwili gdy po raz pierwszy wdrapałam się nią pod górę. Mimo wojennych zniszczeń nadal była bardzo piękna. Odchodziła od głównej arterii miasta pod kątem idealnie prostym i pięła się po stromym zboczu wzgórza; trzy białe minarety dźgały niebo ponad linią czerwonych dachów. W pierwszym domu, do którego zajrzałam, sympatyczne małżeństwo zaprowadziło mnie przez ogród do niskiego pomieszczenia zabezpieczonego przed ostrzałem i poczęstowało fildžanemII doskonałej kawy. Był jednak pewien szkopuł: patronem uliczki był Kaukčija Abdulah Efendija. Moi czytelnicy połamaliby sobie na tej nazwie języki i raczej nie przywiodłaby ona im na myśl ulic, na których dorastali. Wyjaśniłam to moim uprzejmym gospodarzom.

– Ależ nie – zaprotestowała pani domu. – Tę nazwę nadali komuniści. W zeszłym roku została zmieniona. Teraz jest to ulica Logavina.

Spędziłam tam prawie dwa lata, pukając do różnych drzwi, pijąc kawę u ludzi, którzy nie bardzo mogli sobie na nią pozwolić, słuchając opowieści o ich tragediach. Na ich podstawie napisałam serię artykułów, z których później powstała książka. Kiedy po zawieszeniu broni na początku 1995 roku w mieście zrobiło się nieco bezpieczniej, przeprowadziłam się z Holiday Inn do mieszkania dwa kroki od ulicy Logavinej; później wynajęłam pokój w domu pierwszego małżeństwa, które odwiedziłam, Jeli i Zija Džinów.

Wojna skończyła się w 1995 roku. Kiedy zginęło już ponad sto tysięcy ludzi, a w masakrze w Srebrenicy zamordowano osiem tysięcy nieuzbrojonych Muzułmanów, NATO podjęło w sierpniu interwencję, atakując z powietrza pozycje Serbów. Stało się tak w dużym stopniu z inicjatywy Billa Clintona, który – mimo że otwierając uroczyście w 1993 roku Amerykańskie Muzeum Pamięci Holokaustu w Waszyngtonie, wygłosił słynne słowa: „Nigdy więcej” – wahał się kilka lat, bezczynnie przyglądając się tragedii Bośni. W listopadzie 1995 roku strony konfliktu podpisały układ pokojowy w Dayton w stanie Ohio, który przede wszystkim podzielił Bośnię na dwie części podległe słabemu rządowi centralnemu. Słowa wypowiedziane przez Clintona w momencie podpisywania układu odzwierciedlają typowe dla tamtych lat przekonanie, że w każdej sytuacji trzeba szukać realistycznych rozwiązań: „Nie możemy zakończyć wszystkich wojen i sprawić, że ich więcej nie będzie – oświadczył prezydent USA – ale możemy doprowadzić do zakończenia niektórych. Nie możemy ocalić wszystkich kobiet i dzieci, ale możemy uratować część z nich. Nie możemy zrobić wszystkiego, ale musimy zrobić wszystko, co możemy”2.

Obecnie wszystkie republiki byłej Jugosławii stanowią oddzielne państwa – Serbia, Chorwacja, Macedonia, Czarnogóra, Słowenia oraz Bośnia i Hercegowina, podzielona na dwie części: jedna dla Serbów, a druga dla Chorwatów i Muzułmanów. Kosowo, zamieszkane głównie przez Albańczyków, oderwało się w 2008 roku, ale Serbia nie uznała jego niepodległości. W regionie w zasadzie panuje pokój, nie licząc sporadycznych walk w Kosowie, gdzie nadal stacjonują międzynarodowe siły pokojowe. Ekspert w dziedzinie ekonomii politycznej Gerald Knaus napisał w opublikowanej niedawno książce Can Intervention Work?, że Bałkany są „tyglem, z którego wyłoniły się obowiązująca w dwudziestym pierwszym wieku doktryna interwencji humanitarnej, nowoczesna zasada odpowiedzialności za ochronę (responsibility to protect) i liberalny imperializm”3.

Bośnia szybko zniknęła z czołówek gazet. Od czasu do czasu wraca na nie przy okazji aresztowania jakiegoś zbrodniarza wojennego – najważniejszym z nich był bośniacki Serb generał Ratko Mladić zatrzymany w maju 2011 roku. Tragiczne losy Bośni przyćmiły Rwanda, Somalia i jedenasty września. Wojny w Iraku i Afganistanie skompromitowały ideę interwencji międzynarodowej, odbierając politycznym decydentom pewność, że potrafią zbudować w cudzym kraju pluralistyczne demokratyczne społeczeństwo. Idealistyczna wiara w możliwość znalezienia rozwiązania w każdej sytuacji, ta wiara, która stała za interwencją w Bośni podjętą z inicjatywy administracji Clintona, dawno wygasła (mimo relatywnego sukcesu interwencji w Libii). Wielokulturowość przestała być modnym tematem, jakim była w latach dziewięćdziesiątych. Być może mniej idealistycznie podchodzimy do kwestii stosunków etnicznych albo uznaliśmy, że w obliczu światowego kryzysu nie stać nas na luksus przejmowania się cywilizacyjnymi subtelnościami. Młodsze pokolenie zbyt szybko dojrzewa, by pamiętać, o co chodziło w Bośni i dlaczego wielu z nas wierzyło, że warto o nią walczyć.

Książka zatytułowana Logavina Street po raz pierwszy ukazała się w 1996 roku, rok po zakończeniu wojny. Po okresie spędzonym w Bośni opuściłam Europę Wschodnią, żeby pisać korespondencje z Bliskiego Wschodu, a później z Korei i Chin. Dziś jestem bardziej cyniczna i mniej mnie szokuje ludzkie cierpienie. Przygotowując książkę do drugiego wydania pod nowym tytułem Besieged, wprowadziłam kilka poprawek redakcyjnych, żeby wygładzić styl, oparłam się jednak pokusie dokonania zmian w ustępach, które dzisiaj wydają mi się naiwne. Chciałam zachować niewinność tamtego czasu. W ten sposób opowieść jest bardziej autentyczna – czytelnik może przeżywać opisywane wydarzenia w ten sam sposób, w jaki ja przeżywałam je w latach dziewięćdziesiątych, podzielając oburzenie, które czułam jako początkująca korespondentka wojenna w Bośni.

Barbara Demick

październik 2011

Mieszkańcy ulicy Logavinej (1994)

SUADA ČAUŠEVIĆ i jej mąż ADNAN zajmują mieszkanie w suterenie razem ze swoją córką LEJLĄ.

JOVAN DIVJAK, generał brygady, zastępca dowódcy sztabu głównego bośniackiej armii (Armija Republike Bosne i Hercegovine, ARBiH). Jest Serbem, urodził się w Belgradzie i mieszka blisko dolnego końca ulicy.

MILUTIN ĐURĐEVAC, Serb w starszym wieku, przed wojną na wysokim stanowisku kierowniczym. Razem z żoną CVIJETĄ mieszka w bloku w dolnej części ulicy.

ZIJO i JELA DŽINOWIE, Zijo jest rzemieślnikiem wyrabiającym inkrustowaną srebrem biżuterię i fajki. Dom, w którym mieszkają, należy do ich rodziny od dwustu pięćdziesięciu lat.

SUAD i BUBA HAJRICIOWIE również są jedną z rodzin najdłużej mieszkających na tej ulicy.

EKREM i MINKA KALJANCOWIE, Ekrem jest funkcjonariuszem policji, jego żona pracuje w restauracji. Mają dwóch małych synków.

SELMA i MIRZA KAPICIOWIE w momencie wybuchu wojny mają czternaście i jedenaście lat. Uciekli z Derventy w północnej Bośni. Mieszkają z rodziną Lačeviciów.

FUAD KASUMAGIĆ jest jubilerem i kuzynem Zija Džino. Mieszka po sąsiedzku z Zijem i Jelą.

DELILA LAČEVIĆ, nastolatka, mieszka w starym domu naprzeciwko cmentarza na szczycie wzgórza. Jej wuj i ciotka, MUSTAFA i ŠAĆIRA LAČEVICIOWIE mieszkający razem z córkami LANĄ i MAŠĄ, przygarnęli pod swój dach krewnych, uciekinierów z Derventy.

MLADEN MARKOVIĆ służy w bośniackiej armii, Serb. Jego żona VERONIKA jest z małym synkiem w Niemczech.

KIRA PRGOVSKI jest pielęgniarką i mieszka piętro niżej w tym samym bloku co Kaljancowie.

DESA STANIĆ, Serbka, która wyszła za Chorwata. Jej mąż zginął, walcząc w bośniackiej armii. Wraz z dwójką dzieci mieszka w górnej części ulicy.

ESAD TALJANOVIĆ, dentysta, prowadzi prywatny gabinet w starym rodzinnym domu obok Szkoły Podstawowej imienia Razii Omanović. Jego żona ŠAĆIRA jest pielęgniarką; mają dwoje dzieci.

KASEMA TELALAGIĆ jest lekarką. Jej mąż DINO prowadzi zakład blacharski w garażu przy domu.

SEAD i VETKA VRANICIOWIE mieszkają w różowym pałacyku, największym domu na ulicy Logavinej. Ich syn, TARIK, służy w bośniackiej armii.

ALIJA ŽIGA jest imamem w małym meczecie obok bloku, w którym mieszka, naprzeciwko cmentarza.

Wstęp

Delila Lačević powie później, że od rana rwały ją tkwiące w jej ciele odłamki granatu moździerzowego. Mimo zaledwie dziewiętnastu lat miała atawistyczne wyczucie niebezpieczeństwa. Kilka minut po południu piątego lutego 1994 roku, stojąc przed blokiem na ulicy Logavinej, nagle usłyszałyśmy huk. Głuchy łoskot wydał mi się niewiele bardziej zatrważający od klaksonu taksówki przejeżdżającej dwie ulice dalej. W pierwszej chwili zbagatelizowałam go z beztroską niewiedzą osoby nowej w tym mieście, ale Delila stężała i zbladła jak prześcieradło.

– Sądząc po odgłosie, to na targu – powiedziała ponuro. Skąd mogła to wiedzieć? Kiedy dwa tygodnie wcześniej przyjechałam z Nowego Jorku, odkryłam, że Sarajewo jest bardziej hałaśliwe od Manhattanu. Panował tam dziwny wielkomiejski zgiełk. Niektóre dźwięki zwiastowały nadciągające zagrożenie.

Delila była ekspertką od pocisków artyleryjskich. Potrafiła odróżnić zbliżający się świst od oddalającego się świstu i na podstawie huku wybuchającego pocisku określić jego kaliber. Rozwinęła tę umiejętność po spotkaniu z granatem moździerzowym w drugim roku wojny: przerażającym zdarzeniu, w którym straciła oboje rodziców. Chociaż od tej tragedii minął zaledwie rok, Delila była pełną humoru, towarzyską dziewczyną o egzaltowanym sposobie bycia aktorki. Natychmiast wzięła mnie pod swoje skrzydła. Pisałam dla „The Philadelphia Inquirer” cykl artykułów o życiu na ulicy, przy której mieszkała – ulicy Logavinej – i Delila od razu postanowiła zapoznać mnie ze swoimi sąsiadami.

W tamto sobotnie popołudnie, kiedy usłyszałyśmy huk, Delila wybierała się na targ po papierosy, a ja spieszyłam się, żeby zdążyć zdobyć dwie cebule, zanim wszystko wykupią. Ale namówiła mnie, żebyśmy przed pójściem do miasta spotkały się z jeszcze jednym sąsiadem.

Dlatego właśnie w momencie wybuchu stałyśmy na betonowym ganeczku pod blokiem, zamiast robić zakupy na targu. Delila pobiegła pędem do domu, a ja i mój kierowca zdecydowaliśmy się jechać bez niej. Stoczyliśmy się ze stromego wzgórza i skręciwszy w prawo, w główną arterię Sarajewa, ulicę Marszałka Tity, dotarliśmy do pogrążonego w chaosie miejsca zdarzenia.

Zatrzymał nas kordon policji, ale słyszeliśmy dobiegające z targu jednostajne zawodzenie. Z piskiem opon mijały nas samochody z otwartymi klapami bagażników, żeby zmieściło się jak najwięcej ciał. Przez grubą na siedem i pół centymetra przednią szybę naszego opancerzonego samochodu nie było widać, czy ci ludzie są martwi, czy żyją. Mój kierowca mruknął: Granata (granat moździerzowy), i wiedząc, że za pierwszym pociskiem często nadlatują kolejne, pospiesznie odjechał w kierunku Holiday Inn. Zabraliśmy z hotelu fotoreportera „Inquirer”, Johna Costello, i kilka minut później byliśmy z powrotem.

Teren targu pogrążony był w niesamowitej ciszy. Na ulicy została tylko garstka wyraźnie spiętych policjantów z kałasznikowami. Ciała zabitych zostały usunięte, ale nie uprzątnięto jeszcze wszystkich szczątków. Jakiś mężczyzna wywoził na taczce zasznurowany but z tkwiącą w nim nadal stopą. Szliśmy między straganami, patrząc na porzucone w panice torby z zakupami, niebieski tornister, z którego wysypały się małe brązowe jabłuszka – prawdziwy skarb w mieście, gdzie nie marnowano nic, co dało się zjeść.

Dzień był wyjątkowo pogodny jak na tę porę roku – nic dziwnego, że na targ ściągnęły tłumy – i kałuże krwi lśniły w promieniach słońca. Rozmazane kołami dziecięcego wózka ślady, przypominające smugi czerwonej farby, wskazywały miejsca, skąd zabrano zwłoki. Większość towaru nadal leżała na swoim miejscu – niewielkie stosiki kartofli i, tak, cebuli, ułożonych równo jak miniaturowe kule armatnie. Znajomy reporter zauważył oderwaną ludzką głowę, która stała na straganie niczym wystawiona na sprzedaż kapusta.

Następnego dnia wróciliśmy na ulicę Logaviną i znaleźliśmy Delilę w domu, bladą i przygaszoną. Opowiedziała mi, że rozpłakała się, słysząc, co się stało.

– Płakałam, jakby to przydarzyło się mnie, jakby znowu zginęli moi rodzice – wyznała.

Piątego lutego 1994 roku pojedynczy granat moździerzowy kalibru 120 mm, taki sam jak ten, który rok wcześniej odebrał Delili rodziców, zabił na targu sześćdziesiąt osiem osób. Atak stanowił kolejną karę dla mieszkańców Sarajewa za to, że nie odmówili poddania miasta Serbom, którzy utworzyli własną armię, finansowaną i wyposażoną przez Belgrad. Nigdy wcześniej żaden pojedynczy epizod wojny w Bośni nie pochłonął tak dużej liczby ofiar. Ale po dwudziestu dwóch miesiącach oblężenia dramat na targu wtopił się w długi szereg bardzo, bardzo złych dni.

Ulica Logavina to przecięta pięcioma przecznicami lekcja historii. Poznać Logaviną to poznać Sarajewo, zrozumieć, co to było kiedyś za miasto i co się z nim stało. Poznawałam tę ulicę, podziwiając siłę i pomysłowość, na które zwykli ludzie potrafią się zdobyć, by przeżyć.

Przed wojną jej mieszkańcy cieszyli się z pogodnych, słonecznych dni. Teraz czekali na mgłę i deszcz, ograniczające widok snajperom. Przed wojną z okien najlepszych domów, których fasady wychodziły na południe, roztaczała się nieprzesłonięta niczym panorama pięknego masywu Trebević, gdzie rozegrano konkurencje saneczkarskie i bobslejowe podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 1984 roku. Teraz na stokach i w dawnych stacjach narciarskich rozlokowała się artyleria bośniackich Serbów, a lufy dział skierowane były na Sarajewo.

Dentysta Esad Taljanović zajmował jeden z najładniejszych domów na ulicy Logavinej, wyposażony w oddzielny pokój do zabaw z wykuszowym oknem wychodzącym na Trebević. Zamykał ten pokój na klucz, żeby jego dzieci nie mogły się w nim bawić.

– Co innego mogę zrobić? – zapytał ze wzruszeniem ramion wyrażającym gniew i bezradność. – Jak mam wytłumaczyć dzieciom, że są ludzie, którzy chcą je zabić? Jak coś takiego można w ogóle wytłumaczyć?

W 1993 roku ojciec Esada zginął trafiony pociskiem podczas drzemki w fotelu przy oknie.

– Umarł mi na rękach – powiedział Esad. – Ale wtedy umiałem myśleć tylko o tym, jakie to szczęście, że to on, a nie któreś z dzieci.

W dniu masakry na targu Zijo Džino, łagodny pięćdziesięciolatek, którego poznałam dwa tygodnie wcześniej, wpadł w ślepą furię.

– To nie wojna, tylko rzeź. Normalni ludzie walczą na froncie, a nie strzelają z dział do cywili.

Każdy mieszkaniec ulicy Logavinej, którego poznałam, miał mi do opowiedzenia jakąś historię o zabitym krewnym, przyjacielu albo sąsiedzie. Ich śmierć zawsze była tragiczna i nieoczekiwana. Sześcioletni chłopiec zginął, kiedy pobiegł pogapić się na pociski rozrywające się w ogrodzie za domem. Jego mama brała kąpiel i nie zdążyła dostatecznie szybko wyskoczyć z wanny, by odciągnąć syna w bezpieczne miejsce. Jakaś kobieta wyszła z domu, żeby wyrzucić śmieci, dokładnie w chwili, kiedy przed jej drzwiami wylądował pocisk artyleryjski.

Do końca 1995 roku bośniacki Instytut Zdrowia Publicznego odnotował w mieście, którego populacja w czasie wojny liczyła trzysta sześćdziesiąt tysięcy ludzi, ponad dziesięć tysięcy ofiar śmiertelnych i sześćdziesiąt jeden tysięcy rannych. Szansa, że zginiesz albo odniesiesz poważne obrażenia, wynosiła mniej więcej jeden do pięciu. Na Logavinej, gdzie było trochę bezpieczniej niż w innych dzielnicach, zginęło czternaście osób, a ponad czterdzieści zostało rannych. W domach jednorodzinnych i niedużych blokach mieszka tam około dwustu czterdziestu rodzin – czyli mniej więcej siedemset osób.

Logavina jest jedną z najstarszych ulic w Sarajewie. Jej nazwa upamiętnia rodzinę Logavijów, bogatych muzułmańskich właścicieli ziemskich, którzy osiedlili się tu w szesnastym wieku. Bierze początek w sercu średniowiecznej starówki i biegnie na północ, wspinając się na jedno z górujących nad miastem wzgórz. Jest stroma jak uliczki San Francisco i idąc pod górę, można się nieźle zasapać, za to zimą, kiedy spadnie śnieg, dzieciaki zjeżdżają po niej w dół, pędząc na złamanie karku na drewnianych sankach.

Mieszkają na niej głównie, choć nie tylko, Muzułmanie. Przy każdej okazji podkreślają, że Serbowie nadal żyją razem z nimi, jak wszyscy.

– Mieszkamy wśród Muzułmanów od czterdziestu trzech lat – powiedział mi Milutin Đurđevac, stary Serb. – Ci tam, fanatycy w górach, strzelają do mnie. Bardziej niepokoi mnie fakt, że mieszkam tutaj, gdzie mogę oberwać, niż że jestem Serbem w Sarajewie.

Na ulicy Logavinej wznoszą się trzy meczety o białych minaretach, sterczących ponad charakterystyczną sarajewską linię dachów. W promieniu kilku przecznic znajduje się stara cerkiew prawosławna, katedra katolicka i muzeum żydowskie.

Architektura miasta nosi piętno imperiów, które okupowały Bośnię w ciągu wieków. Niedaleko podnóża ulicy Logavinej rozłożyła się Baščaršija, historyczna dzielnica tureckich bazarów, plątanina brukowanych kocimi łbami uliczek, zatłoczonych warsztatami kotlarzy i maleńkimi kafejkami. Jest to spadek po imperium osmańskim, które podbiło Bośnię w 1463 roku, przynosząc islam.

Trochę wyżej znajduje się kilka z najwytworniejszych w mieście rezydencji, okazałe gmachy tynkowane na różowo i żółto, z bogatymi zdobieniami charakterystycznymi dla monarchii austro-węgierskiej, która władała Bośnią do pierwszej wojny światowej. Jeszcze wyżej wznoszą się utrzymane w burych tonach betonowe bloki, typowe dla budownictwa komunistycznej Jugosławii.

W przeszłości Logavina była jedną z najlepszych ulic w Sarajewie. Mieszkali przy niej kupcy i właściciele ziemscy, ale kiedy po drugiej wojnie światowej doszedł do władzy marszałek Tito, co bardziej okazałe domy zostały odebrane właścicielom i zburzone. Komuniści zmienili nazwę na Kaukčii Abdulaha Efendijego, na cześć dziewiętnastowiecznego bośniackiego patrioty, straconego za działalność przeciwko Austro-Węgrom. Nowa nazwa się nie przyjęła, mieszkańcy woleli nadal używać starej, krótszej. W 1993 roku ulica oficjalnie odzyskała nazwę Logavina, choć miasto nie miało pieniędzy, żeby wymienić tabliczki.

Kiedy w drugą zimę wojny wraz z Johnem Costello przybyłam do Sarajewa, ulica była już po raz kolejny przearanżowana przez następnego niedoszłego okupanta – bośniackich Serbów. Po dziewięćdziesięciu trzech tygodniach nieustającego ostrzału miasto przypominało dekoracje do katastroficznego filmu science fiction ukazującego świat po nuklearnej zagładzie.

Wszystkie sklepy na ulicy Logavinej były zamknięte. Bezpańskie psy wałęsały się w poszukiwaniu jedzenia, warcząc na przechodniów. Wiele z nich zostało porzuconych przez właścicieli, którzy nie mieli czym ich karmić. Na skrzyżowaniu Logavinej z Marszałka Tity zajrzeliśmy do upiornych ruin Caffe Elvis, straszących roztrzaskanymi szybami i pustym patio. Idąc pod górę, minęliśmy meczet Bozadžii z zamkniętą na kłódkę furtką. Brakowało fragmentu minaretu, zdmuchniętego przez pocisk, a przed wejściem piętrzyły się stosy śmieci.

Ostrzał artyleryjski nie oszczędził żadnego z siedemdziesięciu budynków przy Logavinej. W fasadach ziały dziury po odłamkach. Zniszczone częściowo dachy przykryto płachtami czerwonego brezentu. Okna bez szyb pozaklejano plastikową folią. Z podziurawionych kulami samochodów zdjęto opony i zerwano tapicerkę, by zużyć je na opał. Przy cenie benzyny przekraczającej dwadzieścia dolarów za litr nikt już nie jeździł autem. Po ulicach poruszały się głównie ciężarówki sił pokojowych ONZ i czołgi.

Im wyżej pod górę, tym mniej było przechodniów. Ustawiona na skrzyżowaniu tablica z odręcznie napisanym ostrzeżeniem: Pazi snajper!, ostrzegała przed snajperami. Na środku jezdni widniał osobliwy spiralny odcisk, jakby jakieś monstrualne zwierzę wdepnęło w roztopiony asfalt. Przechodząca przez ulicę staruszka splunęła w tym kierunku. Później dowiedzieliśmy się, że to blizna po granacie moździerzowym kalibru 120 mm – mieszkańcy Sarajewa rzeczywiście nazywali ją „śladami smoczej łapy”; ludzie przesądni wierzyli, że splunięcie na to miejsce uchroni ich przed nowymi nieszczęściami.

Znajdowaliśmy się na odsłoniętym odcinku ulicy obok muzułmańskiego cmentarza, na którym zostali pochowani rodzicie Delili, zaledwie kilka metrów od domu dziewczyny. Delila rzadko odwiedzała ich groby ze względu na snajperów.

– Dwa dni temu postawiłam sztuczne kwiaty, ale zdmuchnął je pocisk. Boję się pójść tam znowu – powiedziała.

Dla sarajewian był to koszmarny okres. W ciągu dnia przebywanie na ulicy w zasięgu wzroku snajperów groziło śmiercią. W nocy odbywały się perwersyjne spektakle z gatunku „światło i dźwięk”. Już sam hałas mógł doprowadzić do szaleństwa. Szczególne położenie w kotlinie sprawiało, że huk dział, odbijający się od stoków gór otaczających miasto, wypełniał je ogłuszającym łoskotem. Nie działały latarnie, otchłanną ciemność nocy rozświetlały jedynie pociski smugowe i łuny pożarów. Całości dopełniał obrzydliwy zapach – żeby się ogrzać, zdesperowani mieszkańcy miasta palili w piecykach butami, plastikiem i wszystkim, co im wpadło w ręce, więc z kominów unosił się gryzący dym.

Oddziały serbskich nacjonalistów zaczęły oblegać Sarajewo w kwietniu 1992 roku w odpowiedzi na odłączenie się Bośni od zdominowanej przez Serbów Jugosławii. Położona wśród gór bośniacka stolica nie była w stanie odeprzeć napastnika. Umocniwszy swoje pozycje na stokach wokół miasta, Serbowie odizolowali je z dziecinną łatwością. Średniowieczna wojna oblężnicza została przystosowana do warunków dwudziestowiecznych. Serbowie odcięli nie tylko dostawy żywności i bieżącej wody, lecz także pozbawili Sarajewo współczesnych udogodnień: elektryczności, telefonów i poczty.

Suada Čaušević, sąsiadka Delili, uzmysłowiła mi, jak niewiarygodnie traumatyczne było życie w oblężeniu we współczesnym świecie. Tak jak wszyscy podłączyła wyjęty z samochodu akumulator do telewizora i odbierała program z oddalonego o sto pięćdziesiąt kilometrów Belgradu.

– Zobaczyłam w belgradzkiej telewizji reklamę pizzy. Możesz w to uwierzyć? Reklama pizzy! A ja karmię moją córkę samym ryżem i fasolą. Chciało mi się wyć.

Kiedy poznałam Suadę, była w piątym miesiącu ciąży z drugim dzieckiem, ale ważyła zaledwie czterdzieści pięć kilogramów. Dwa razy o mało nie poroniła, bała się jednak opuścić mieszkanie w suterenie, by pójść do lekarza.

– Żyjemy jak ptaki w klatce.

Życie w Sarajewie zeszło pod ziemię: stało się tak nie bez przyczyny. Ludzie chowali się w schronach albo zakładali obóz w najbezpieczniejszym kącie mieszkania. Kasema Telalagić, trzydziestosiedmioletnia lekarka, gnieździła się w klaustrofobicznym pomieszczeniu gospodarczym razem z mężem, dwójką dzieci i teściową.

– Tak dziś mieszkają w Sarajewie lekarze – powiedziała ze śmiechem. Na górze miała łóżko z baldachimem, salon wyposażony w obitą aksamitem kanapę i fotele, stare obrazy i fantastycznie wyposażoną kuchnię z mikserem, sokowirówką, kuchenką mikrofalową i ekspresem do kawy. Kiedy siedziałyśmy w pomieszczeniu gospodarczym pod workami z piaskiem zasłaniającymi jedyne okno, wyciągnęła album ze zdjęciami, żeby pokazać mi pozostałe pomieszczenia swojego domu.

Wszyscy starali się wytłumaczyć mi, że nie zawsze żyli jak barbarzyńcy. Zwykle już po kilku minutach rozmowy wyciągali blaknące zdjęcia z wakacji na nartach w Szwajcarii albo na słonecznych śródziemnomorskich plażach. Pokazywali modne ubrania, które niegdyś nosili, przeważnie importowane z Włoch. Sarajewianie lubili podróże i wielu z nich pracowało kiedyś za granicą.

Suad i Buba Hajriciowie, małżeństwo po pięćdziesiątce, podłączyło telewizor i magnetowid do wyjętego z samochodu akumulatora, żeby pokazać nam daczę położoną trzy kilometry za miastem. Zbudowanie jej kosztowało Suada prawie trzysta tysięcy dolarów. Ale dom znalazł się na linii frontu i już w pierwszych tygodniach wojny został starty z powierzchni ziemi.

Hajriciowie włożyli do odtwarzacza kolejną kasetę. Był na niej ich dwudziestojednoletni jedynak w San Diego w Kalifornii. Został ciężko ranny w obie nogi, walcząc w szeregach bośniackiej armii, i ewakuowano go z linii frontu. Nie mieli pojęcia, kiedy i czy w ogóle go znowu zobaczą.

– Ta ulica ma za sobą wiele trudnych chwil – powiedział Suad Hajrić. Pokazał mi miejsce w ogrodzie, gdzie zginął jego ojciec, kiedy w 1943 roku siły aliantów ostrzeliwały zajęty przez nazistów budynek pobliskiej szkoły. – W czasie drugiej wojny światowej wydarzyło się wiele strasznych rzeczy, ale teraz jest jeszcze gorzej. Wtedy przez całą wojnę jeździły przynajmniej tramwaje. Teraz od prawie dwóch lat nie mamy żadnego transportu publicznego.

Tydzień po masakrze na targu sarajewianie częściej niż zwykle oddawali się ponurym refleksjom. Atak zbiegł się z dziesiątą rocznicą olimpiady zimowej w Sarajewie, najświetniejszego wydarzenia we współczesnej historii miasta. Kiedy grzebano ofiary masakry na stadionie obok hali olimpijskiej Zetra, wybudowanej specjalnie na tamtą olimpiadę, stacje telewizyjne nadawały na żywo ceremonię otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w norweskim Lillehammer.

Jela Džino ciągle jeszcze pamiętała potrawy, które przed dziesięcioma laty przyrządzała dla zagranicznych gości, tłumnie zjeżdżających do Sarajewa – rybę po dalmatyńsku i zestaw mięs z grilla. Jej córka, Alma, która pracowała jako przewodniczka niemieckiej ekipy olimpijskiej, ciągle przyprowadzała do domu kolejnych cudzoziemców, żeby skosztowali słynnej kuchni jej mamy. Jela wyciągnęła z szafki pudełko, w którym trzymała pamiątki z olimpiady – czapki narciarskie, szaliki i plakaty. Było tam też specjalne wydanie japońskiego czasopisma poświęcone Sarajewu i zdjęcie Almy na nartach, jasnowłosej i uśmiechniętej. Wyjechała z Sarajewa na początku wojny i teraz mieszkała w Johannesburgu. Jela i jej mąż Zijo od siedmiu miesięcy nie mieli wiadomości o córce i wnuku.

– Taki los. To koszmar – jęknęła Jela, a jej oczy napełniły się łzami. – Moja Alma jest taka śliczna. Mówi płynnie po niemiecku. Niemcy zawsze pytają ją, z której części Niemiec pochodzi.

Fuad Kasumagić, kuzyn i sąsiad Džinów, pamiętał poranek dziewiątego lutego 1984 roku z bolesną dokładnością. Wieczorem poprzedniego dnia razem z przyjaciółmi ze Słowenii, północno-zachodniej części ówczesnej Jugosławii, został zaproszony na przyjęcie po ceremonii otwarcia igrzysk.

– To była zima bez śniegu. Słoweńcy zazdrościli nam, że to my organizujemy olimpiadę, a nie oni, i nabijali się z nas z powodu pogody. Ale w nocy po ceremonii otwarcia zaczęło wreszcie prószyć. Kiedy następnego dnia rano wstaliśmy z łóżek, miasto okrywał kobierzec białego puchu. To było jak choreografia, idealnie wykonany układ taneczny… Wszyscy sarajewianie mają cudowne wspomnienia z tamtych chwil. Byliśmy stosunkowo bogaci. Dobrze nam się żyło. Jugosławia była Jugosławią. Na olimpiadę przyjechali Słoweńcy, Serbowie, Chorwaci i wszyscy czuli się tu u siebie. Ulice wypełniały tłumy szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi. – Kiedy to mówił, jego oczy zasnuły się mgłą i musiał przetrzeć okulary.

Primo Levi w książce Czy to jest człowiek napisał, że on i jego towarzysze niedoli w osławionym nazistowskim obozie zagłady zachowali zdolność do przeżywania chwil radości. „Każdy wcześniej czy później w swym życiu odkrywa prawdę, że szczęście doskonałe jest nieosiągalne, lecz mało kto zastanawia się nad odwrotnością tej prawdy: że równie nieosiągalne jest doskonałe nieszczęście […] Nie dopuszcza do tego nasza zawsze niewystarczająca znajomość przyszłości, co w jednym przypadku nazywa się nadzieją”4.

Mieszkańcy Sarajewa nauczyli się wydobywać ze studni nieszczęścia pojedyncze kropelki przyjemności. Kasema Telalagić nazwała optymizm swoim najcenniejszym atutem w walce o przetrwanie.

– Muszę myśleć, że będzie lepiej, bo inaczej nie dałabym rady.

Radość nigdy nie zniknęła całkowicie z ulicy Logavinej. Trenowała drużyna piłkarska, której zawodnikom udawało się jakoś utrzymywać formę, choć często musieli ćwiczyć w schronie. Kiedy gasły światła i kończyły się lekcje, dzieciaki zjeżdżały na sankach po stromej jezdni, nic sobie nie robiąc z niebezpieczeństwa.

– Nie da się powstrzymać życia – powiedziała Kasema. – Mój trzynastoletni syn mówi mi: „Chcę się bawić. Będzie, co ma być. To kwestia przeznaczenia”. Trudno z nim dyskutować.

Każdy kolejny dzień był ciężką próbą, a każdy wieczór świętem przetrwania. Przyjemności były proste. W ciągu dnia przebywanie na ulicy niosło ze sobą śmiertelne zagrożenie; noc zapewniała osłonę przed snajperami. Sarajewianie wychodzili na spacer po zmroku – szybko nauczyli się odnajdować drogę w ciemnościach. Nad pozbawionym prądu Sarajewem gwiazdy świeciły jaśniej niż nad jakimkolwiek znanym mi miastem. W sposobie, w jaki się śmiali albo delektowali filiżanką kawy, była odrobina szaleństwa.

Nauczyli się żyć chwilą; powszechność gwałtownej śmierci uświadomiła im, że być może zostało im tych chwil niewiele.

– Jeśli dasz mi dzisiaj paczkę papierosów, wypalę je wszystkie od razu, bo nie wiem, czy jutro jeszcze tu będę – wyjaśniła mi to Delila Lačević.

Sead Vranić, dumny pięćdziesięciosześciolatek bez grosza przy duszy, oprowadził nas po wszystkich pomieszczeniach swojego domu, pokazując cenne antyki, których nie chciał sprzedać. Był to największy dom na całej ulicy, okazały różowy pałac, wzniesiony przez jego ojca w 1925 roku. Jako jeden z pierwszych budynków w Sarajewie został wyposażony w ogrzewane parą wodną kaloryfery. Kiedy poznałam Vraniciów, po dawnej rodzinnej fortunie nie pozostało ani śladu, a kaloryfery były lodowato zimne. Żona Seada, Vetka, próbowała namówić męża, by spalił swoją kolekcję czasopism sportowych, liczącą dziesięć tysięcy egzemplarzy.

– Wiem, że ludzie w Sarajewie palą w piecach książkami – powiedział – ale niektóre rzeczy są święte.

Zamiast czasopismami, palili więc suchymi liśćmi i gałęziami ze swojego różanego ogrodu. Na środku salonu, gdzie teraz sypiali, ustawili prowizoryczną aluminiową kozę, na której grzali również wodę do mycia. Vetka zaparzyła herbatę z dzikiej róży, tłumacząc się, że nie stać ich na kawę.

– Ta wojna cofnęła nas nie do średniowiecza, tylko do epoki kamiennej – powiedział Sead. – Od trzech miesięcy żywimy się wyłącznie ryżem i fasolą, ale jakoś żyjemy. Przeżyjemy im na złość, aby pokazać, że jesteśmy silniejsi od nich.

Gdy patrzyłam, jak się krzątają przy piecyku, przyszło mi nagle do głowy, że ich codzienna walka o przetrwanie przypomina dramatyczne przygody ludzi uwięzionych przez wiele dni w szałasie zasypanym lawiną albo pasażerów rozbitego samolotu, którzy utknęli na bezludnej wyspie. Sead i Vetka byli zwyczajnymi ludźmi – nie mieli zadatków na bohaterów ani nie byli szczególnie silni – a mimo to, po prostu nie poddając się, zaliczyli jeden z najtrudniejszych u schyłku dwudziestego wieku testów na przetrwanie.

Jakby czytając w moich myślach, Vetka Vranić podniosła wzrok znad piecyka i zapytała wprost:

– Myślisz, że wy, Amerykanie, potrafilibyście przeżyć w takich warunkach? Myślisz, że byście przeżyli?

Nie umiałam jej na to z całym przekonaniem odpowiedzieć.

1 Wyparcie

Tabliczka na musztardowożółtym domu przy ulicy Logavinej informuje, że tu mieszka i przyjmuje Esad Taljanović, stomatolog. Z przedpokoju wchodzi się do reprezentacyjnej jadalni, w której króluje wypolerowany do połysku mahoniowy stół, zawsze przykryty koronkową serwetą, a latem ozdobiony świeżymi kwiatami w kryształowym wazonie. Jakby Taljanoviciowie czekali na gości zaproszonych na herbatę i ciasteczka.

Otwierając drzwi, żona Esada, Šaćira, bez względu na porę ma świeżo pociągnięte szminką usta i aksamitną opaskę na starannie uczesanych jasnych włosach.

Esad jest wysokim, wysportowanym mężczyzną o znamionującym pewność siebie uśmiechu, w którym odsłania olśniewająco białe, jak przystało na dentystę, zęby. Zarówno kiedy mówi do siedzącego z otwartą buzią pacjenta, jak i podczas towarzyskiego spotkania przy stole, ze swadą rozwija własne teorie na temat polityki i kultury. Potrafi się jednak przyznać do pomyłki, a pomylił się straszliwie zimą 1991 i 1992 roku, gdy zapewniał wszystkich, którzy chcieli go słuchać, że wojny w Sarajewie nie będzie.

Dla Esada i jego przyjaciół wojna była czymś, co się ogląda w telewizji. Albo co wspominają staruszkowie. Mieszkańcy Sarajewa nie dopuszczali do siebie myśli, że ich kraj może pogrążyć się w krwawym szaleństwie, nawet wtedy, kiedy już dawno powinni byli wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza.

W drugiej połowie 1991 roku w ogniu walki znalazły się duże obszary Chorwacji. Esad i Šaćira śledzili przebieg wojny w sąsiednim kraju z bezpiecznej przystani swojego salonu, regularnie oglądając wieczorne wiadomości i czytając poranne gazety. Jako ludzie wykształceni martwili się oczywiście, zwłaszcza kiedy Serbowie zaatakowali perłę architektury, Dubrownik. Podobnie jak wiele innych sarajewskich rodzin Taljanoviciowie lubili spędzać letnie weekendy na słonecznych adriatyckich plażach w okolicach Dubrownika. Co się stanie z ich letnim domem? Czy będzie trzeba odwołać wakacje?

Taljanoviciowie nie byli nieczuli na ludzkie cierpienie. Jako jedni z pierwszych przynieśli konserwy, kiedy organizacje charytatywne zaczęły organizować zbiórki żywności dla dzieci z oblężonego Dubrownika.

– Potrafię zrozumieć, że was, Amerykanów, nie obchodzi sytuacja w Bośni – powiedział łagodnym głosem Esad, gdy siedzieliśmy przy jego wciąż nieskazitelnie błyszczącym mahoniowym stole latem 1995 roku, trzy lata po rozpoczęciu wojny w Bośni. – Nas dzieliło zaledwie dwieście kilometrów od ostrzeliwanego miasta, a patrzyliśmy na to, co się tam działo, jakby to było w Kongu. Byliśmy tacy naiwni.

Większość sarajewian dorastała w zjednoczonej Jugosławii i ich naiwność była efektem wychowania w bezpieczeństwie i dobrobycie. Poziom życia w byłej Jugosławii, która pod względem gospodarczym radziła sobie znacznie lepiej od pozostałych krajów bloku wschodniego, zbliżał się do standardów zachodnioeuropejskich. Przez dziesięć lat funkcjonowania gabinetu dentystycznego Esada jego rodzina dorobiła się wszystkich możliwych udogodnień domowych, od faksu do robota kuchennego, służącego Šaćirze do przyrządzania wybornych posiłków. Choć jego brat, który mieszka w Michigan, regularnie przysyłał nagrania wideo epatujące amerykańskimi basenami i supermarketami, Esad mu nie zazdrościł. Oglądał widoczki ze Stanów z grymasem niesmaku na twarzy. Amerykanie robili na nim wrażenie otyłych, nieszczęśliwych, pozbawionych więzów rodzinnych i wyobcowanych.

W Sarajewie miał prawie wszystko, o czym mógł zamarzyć. Jego rodzice mieszkali piętro niżej. Tuż za progiem jego domu znajdowały się znakomite tereny narciarskie, jedne z najlepszych w Europie, stanowiące idealną lokalizację dla zimowej olimpiady 1984 roku. Od przejrzystych, turkusowych wód Adriatyku dzieliły go niespełna trzy godziny jazdy samochodem. Półmilionowe Sarajewo posiadało znakomity uniwersytet i uczelnię medyczną, gdzie w przyszłości mogłyby studiować jego dzieci.

W oczach Esada Taljanovicia Sarajewo było apoteozą cywilizacji końca dwudziestego wieku, a ludzie cywilizowani nie mordują się wzajemnie. Wojna po prostu nie wchodziła w rachubę.

Po przeciwnej stronie ulicy, w domku za czerwoną furtką mieszkali Zijo i Jela Džinowie. Zwykle można ich było znaleźć w ogrodzie. Dziarski, niespełna sześćdziesięcioletni Zijo tryskał energią. Jela była żwawą kobietą przy kości, skłonną do wybuchów śmiechu lub płaczu.

Wiecznie się czymś martwiła, a trzeba przyznać, że nie brakowało jej powodów: niska emerytura, którą oboje z mężem pobierali, odkąd niedawno przestali pracować w fabryce; córka, która wraz z rodziną postanowiła wyemigrować do Republiki Południowej Afryki; syn pracujący za grosze w restauracji i zwlekający z wyborem prawdziwego zawodu.

Ale perspektywa wojny etnicznej wydawała się Jeli absurdalna, chociaż na jej oczach postkomunistyczna Jugosławia rozpadała się na poszczególne narody – od połowy 1991 roku toczyły się krwawe walki między Chorwatami i Serbami, które były następstwem ogłoszenia przez Chorwację niepodległości. Jej własna rodzina stanowiła żywą ilustrację ulubionego powiedzenia prezydenta Bośni i Hercegowiny Alii Izetbegovicia: każda próba rozdzielenia grup etnicznych, składających się na ludność tego kraju, będzie przypominała „oddzielanie mąki kukurydzianej od mąki pszennej, zmieszanych w jednej misce”5.

Zijo pochodził ze starej sarajewskiej muzułmańskiej rodziny, mieszkającej w tym domu od ponad dwóch stuleci. Jela była katoliczką z Šibenika na chorwackim wybrzeżu. Poznali się w 1956 roku, kiedy Zijo spędzał nad morzem wakacje. Jela pracowała jako kelnerka w motelu, w którym wynajmował pokój. Uważał, że wygląda jak aktorka. Ona uważała, że jest za chudy, i przynosiła mu dodatkowe porcje.

Kiedy zakochani w sobie do szaleństwa brali ślub, ich rodziny nie uważały różnicy religii za powód do wnoszenia sprzeciwu. Ćwierć wieku później, gdy córka Jeli i Zija, Alma, zakochała się w miłym chłopcu z prawosławnej serbskiej rodziny, było podobnie. Zijo mówi ze śmiechem, że przez moment zastanawiał się, czy nie zaprotestować, ale przypomniał sobie:

– Nie mam do tego żadnych podstaw, skoro sam ożeniłem się z katoliczką.

W Sarajewie mniej więcej jedną trzecią wszystkich małżeństw stanowiły małżeństwa mieszane. Zwykle oznaczało to, że rodziny obchodziły większą liczbę świąt: katolickie i prawosławne Boże Narodzenie oraz muzułmański Bajram wypadający na wiosnę. Wbrew bzdurnej nacjonalistycznej retoryce wszyscy mieli te same słowiańskie korzenie i z wyglądu byli nie do odróżnienia.

Zijo i Jela wierzyli w Boga, ale nie zawracali sobie głowy szczegółami. Zijo nie przestrzegał obowiązującego w islamie zakazu spożywania wieprzowiny i alkoholu, a Jela chodziła do kościoła tylko raz w roku, w Wigilię Bożego Narodzenia, na pasterkę – podobnie zresztą jak wielu jej muzułmańskich i prawosławnych sąsiadów. Wydawane przed wojną foldery dla turystów zachwalały historyczne meczety, kościoły katolickie i cerkwie Sarajewa z taką samą wielokulturową dumą, z jaką nowojorczycy mówią o swoich etnicznych restauracjach. Sarajewska tradycja tolerancji religijnej sięga końca piętnastego wieku, kiedy miasto przyjęło sefardyjskich Żydów uciekających z Hiszpanii przed inkwizycją. W czasie drugiej wojny światowej ojciec Zija ukrywał Żydów w zakamuflowanym pomieszczeniu w głębi domu, mimo że po przeciwnej stronie ulicy mieściła się kwatera nazistów.

Ludzie tacy jak Džinowie reagowali kpinami na wystąpienia Radovana Karadžicia, przywódcy parlamentarnej frakcji wojujących serbskich nacjonalistów. Karadžić straszył, co się stanie, jeśli Bośnia i Hercegowina, wówczas jeszcze republika w federacji, pójdzie za przykładem Chorwacji i spróbuje oddzielić się od Jugosławii. W przemówieniu wygłoszonym w parlamencie w październiku 1991 roku groził, że Bośnia i Hercegowina wkroczy w ten sposób na „drogę do piekła i cierpienia”, która może doprowadzić „naród muzułmański do zagłady”6.

Karadžić, pracujący jako psychiatra w największym sarajewskim ośrodku medycznym – Szpitalu Koševo, miał w mieście opinię matoła. Był domorosłym poetą i łapownikiem, który brał pieniądze za wystawianie zwolnień z pracy i od służby wojskowej. W 1985 roku odsiedział wyrok za sprzeniewierzenie funduszy publicznych. Nikt nie traktował go poważnie.