W cieniu Białej Gwiazdy - Ewelina A. Milik - ebook
Opis

Oto historia rozgrywająca się w latach 1907—1944. Historia przyjaźni i miłości, popełnianych błędów i ich konsekwencji, wiary w marzenia, drogi ku spełnianiu ich. Historia powstawania Olympica, Titanica i Britannica, tragedia dziewiczego rejsu, która do dziś fascynuje ludzi na całym świecie. Wreszcie historia człowieka, który jako jedyny wrócił w morze ciał tragicznej nocy 15 kwietnia 1912 roku. A to wszystko osadzone w zmieniającym się się świecie na przestrzeni trzydziestu pięciu lat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 619

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ewelina A. Milik

W cieniu Białej Gwiazdy

© Ewelina A. Milik, 2016

Oto historia rozgrywająca się w latach 1907—1944. Historia przyjaźni i miłości, popełnianych błędów i ich konsekwencji, wiary w marzenia, drogi ku spełnianiu ich. Historia powstawania Olympica, Titanica i Britannica, tragedia dziewiczego rejsu, która do dziś fascynuje ludzi na całym świecie. Wreszcie historia człowieka, który jako jedyny wrócił w morze ciał tragicznej nocy 15 kwietnia 1912 roku. A to wszystko osadzone w zmieniającym się się świecie na przestrzeni trzydziestu pięciu lat.

ISBN 978-83-65543-25-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Dla Pauliny, Aleksandry i Joanny,

bez których stałabym w miejscu.

Ku pamięci Harodla G. Lowe’a,

jedynego, który wrócił w morze ciał.

W hołdzie pamięci ofiar tragicznej nocy

15 kwietnia 1912 roku.

Z miłości do parowców epoki edwardiańskiej.

CZĘŚĆ I

Rozdział I

Przemijał kolejny dzień wypełniony pracą nad projektem wnętrz domku myśliwskiego. Powstawał on dość szybko, od tego zależał dalszy rozwój jej kariery. Annette Blackwood bała się głosów mówiących, iż motorem napędowym jej progresu był nepotyzm, nie chciała słuchać zarzutów, że swoje życie oparła o protekcję. Za drzwiami obok odbywało się poobiednie spotkanie jednego z bardziej denerwujących ludzi, jakich w życiu poznała, Josepha Bruce’a Ismay’a, oraz lorda Pirrie i jej przyszywanego wuja, Alexandra Carlisle’a. Annette w myślach modliła się, by nie musiała spędzić kolejnego wieczoru na słuchaniu rozmów o morzu i statkach. A ostatnio coraz częściej to grono rozmawiało o odpowiedzi na cunardowskie giganty. Jakby było im mało tego, iż dosłownie przed chwilą wypuścili Adriatica, ostatniego z Czterech Wspaniałych… Miał basen, łaźnię turecką, a że nie miał czterech kominów? Jakaż to była różnica? Gdyby nie to, że Cunard Line wspierany był przez brytyjski rząd i należące o nich jednostki powstawały na tym samym gruncie, na którym działało White Star Line, prawdopodobnie nie byłoby nieformalnego wyścigu wielkości. Pierwsze czterokominowe parowce powstały w niemieckich stoczniach dziesięć lat wcześniej, nawet zdobywały Błękitną Wstęgę Atlantyku, odznaczenie związane z pobiciem rekordu prędkości na trasie transatlantyckiej, a jednak nikt z zarządu WSL nie podejmował nawet prób rozmów na ten temat. Dopiero kiedy w morze wyszły Mauretania i Lusitania w głowach zarządu Białej Gwiazdy rozpoczęła się gonitwa myśli. Annette zastanawiała się, czy to tylko przypadek, czy Ismay celowo czekał na ruch przeciwników, aby znaleźć się w momencie, gdy będzie wiedział, jaki kierunek obrali i by mógł wejść na scenę ze swoimi pomysłami.

Pannę Blackwood statki nudziły, od lat zawsze ten sam temat. Ojciec, jako udziałowiec International Navigation Co., a potem International Mercantile Marine, każdego dnia przyjmował wielu panów, z którymi toczył dyskusje głównie o pływających jednostkach i interesach, które się o nie opierały. Ogarniało ją znużenie, podobne do tego, jakie było udziałem matki. Dziś nie dziwiła się już, że spędzała ona większą część roku w Ameryce, gdzie bawiła się w towarzystwie równie znudzonych pań, starając się nadać sens swojej egzystencji poprzez uczestnictwo w balach charytatywnych, spacerach, pokazach mody i flirtach. Ostatnia wizyta w Nowym Jorku utwierdziła ją w przekonaniu, iż matka wiodła tam zupełnie nowe życie. Annette śmieszyło jej nagłe umiłowanie do dobroczynności. Georgina Blackwood, kobieta, która odsuwała się od żebraków na ulicy, brylowała i mocno działała na rzecz tych wykluczonych. Działalność jednak sprowadzała się do sal pełnych kotylionów, kryształowych kieliszków wypełnionych szampanem i strojów, które projektowała dla niej Lady Lucile.

Młoda dziewczyna bała się utknąć w miejscu, nie chciała mieć świadomości dni przeciekających jej przez palce bez nadania im jakiegokolwiek sensu. Wyjazd matki i częste nieobecności ojca sprawiły, że oddano ją pod opiekę wuja i jego rodziny. Właściwie nie było między nimi więzów krwi, znała go jednak od swych młodych lat, więc naturalnym było, iż traktowała jak członka rodziny i nazywała wujem. Alexander Carlisle był, między innymi, projektantem wnętrz. Asystowała mu, uczył ją nowych rzeczy. Podobało się jej to. Nie było to tak nudne jak życie na pensji. Dzięki pracy pod jego okiem rozwijała skrzydła, spełniała się, nie chciała być pasożytem jak wiele kobiet, które z racji swoich majątków, pozycji i tytułów brzydziły się czymkolwiek, co wiązało się z obowiązkami. Annette czuła się lepsza. Nie raz miała zblazowaną minę, patrząc na panie, których największym zmartwieniem był tylko dobór kapelusza do sukni. Była jednak młodą kobietą i temat mody, jak i lekkiej próżności, nie był jej obcy. Uwielbiała pewien kontrast, jaki w sobie wyhodowała. Piękne stroje, czasem przyjęcia, na których mogła błyszczeć, ale obok tego ambicja, która sprawiała, iż codziennie podwijała rękawy, gotowa do pracy, którą chciała się zajmować, choć nie musiała. Mierziło ją zdanie tych, którzy z niej kpili i w tym, co robiła widzieli jedynie sposób na zabicie nudy i przełamanie rutyny. Panna Blackwood wierzyła, że to wszystko, czemu się oddawała, miało większy sens.

Pukanie do drzwi wyrwało ją z zadumy nad rodzajami tkanin, jakich powinna była użyć, by jej projekt powalił na kolana wszystkich, którym przyjdzie podziwiać skończone dzieło. Chciała również pokazać wujowi Alexandrowi, że potrafi, chce i traktuje wszystko, co robi bardzo poważnie. Wuj tymczasem poprosił ją do panów. Pozwalał jej pracować u siebie, uczył, pomagał, a więc nie mogła odwrócić się na pięcie. Przywdziała jeden ze swoich brzydkich, sztucznych, wypracowanych uśmiechów i weszła do pokoju, gdzie przy stole zastawionym szklaneczkami whisky i z cygarami w dłoniach siedzieli dwaj mężczyźni. Czterdziestopięcioletni Joseph Bruce Ismay, przedstawiający się zawsze drugim imieniem, ciemnowłosy, szczupły, z imponującym wąsem, oraz około sześćdziesięcioletni lord Pirrie, który gładził się po siwej brodzie, jakby w zadumie.

— Zechce pani wyrazić swoją opinię? — zapytał, lekko rozśmieszony, Ismay. — Czy świat jest gotowy przyjąć trójcę rodzeństwa, która przełamie znane schematy, będzie olśniewała luksusem i zapierała dech w piersiach i zapisze się złotymi zgłoskami na kartach historii tak, iż nawet za sto lat ludzie o nich nie zapomną?

— Świat jest zawsze głodny nowości, panie Ismay — odparła, uśmiechając się pod nosem. Wiedziała, że jej opinia, w gruncie rzeczy, ich nie interesuje, traktują ją bardziej jako przerywnik w swoich dywagacjach, bardziej dla rozrywki niż z potrzeby poznania jej zdania. — A wprowadzenie na panteon trzech cudów techniki, o jakich pan mówi, pozwoli światu zakochać się w White Star Line na nowo.

Lord Pirrie uśmiechnął się dziękując za taką opinię. Annette miała nadzieję, że nikt nie wyczuł kpiny w jej głosie, bo to oznaczałoby długą pogadankę z wujem, a na to nie miała ochoty. Mimo dwudziestu trzech lat na karku czasem traktowano ją jak dziesięcioletnie dziecko. Gdyby nie była kobietą prawdopodobnie by się liczono z opinią, którą wygłosiła. Ten świat należał do mężczyzn, chociaż coraz głośniej niektóre kręgi walczyły o to, by kobiety stanęły na równi z nimi. Sama Annette patrzyła na postępującą emancypację z zadowoleniem, ale i zadumą. Uważała, że czas, w którym kobiety otrzymają prawa wyborcze i zaczną być dużo bardziej niezależne w końcu przyjdzie, nie umiała jednak określić, jak wiele wody w rzekach będzie musiało upłynąć. Nie wiedziała też, czy aby na pewno kobiety nie podetną gałęzi, na której siedzą, tracąc swoją delikatność, wrażliwość i pozycję adorowanej niewiasty. Z ulgą zamknęła się na powrót w pokoju, który był jej pracownią. Kochała ten dom, w którym spędziła za młodu wiele dni. Nie wyszła za mąż, mimo tego, że swój debiut miała jakiś czas temu. Ojciec spędzał większość czasu pomiędzy Anglią, Irlandią, Ameryką i Francją, tam go gnały interesy, matka z kolei twierdziła, że morskie podróże męczyły, a klimat angielski był duszny i sprzyjał chorobom. Annette została więc sama w Anglii.

Głęboko odetchnęła przerzucając kartki albumu prezentującego architekturę epoki wiktoriańskiej. Myśli popłynęły w inną stronę, niżby chciała. Pod powiekami pojawił się on. Przypadkowa znajomość z Parku Regenta. Władczym głosem poprosiła o pomoc przy opuszczeniu powozu. Podszedł, podał rękę… i oczarował swoim spojrzeniem. Było chmurne, a jednocześnie pełne iskier. Annette pierwszy raz poczuła to, co dziewczęta na pensji nazywały motylami w brzuchu. Nigdy nie miała takich przeżyć, skupiona na nauce, wtedy jeszcze pod czujnym okiem obojga rodziców i brata. Poza tym dziewczęta na pensji odnosiły się do niej z ogromną rezerwą, która mogła wynikać z jej wycofania. Nie miała o czym z nimi rozmawiać. Młodość spędziła pomiędzy guwernantką, wyprawami wraz z matką do Ameryki, nauką jazdy konnej, etykiety i książkami. W skrytości ducha marzyła o hodowli koni, o pięknych rumakach pełnej krwi, których przydomkiem byłoby jej nazwisko. W myślach widziała, jak zwyciężają na najbardziej prestiżowych zawodach kawaleryjskich czy nawet rozgrywanych od niedawna Igrzyskach Olimpijskich, jak król opasa ich szyje wstęgami. Niestety, na marzeniach się kończyło. Choćby bardzo chciała, nie miała jak wcielić swoich pragnień w życie.

Spotkanie dobiegło końca, słyszała głosy wychodzących. Siłą woli skupiła się na pracy. Kątem oka zobaczyła uchylające się drzwi i wchodzącego wuja. Podszedł, nachylił brodatą twarz nad jej projektem. Nic nie mówiąc chwycił ołówek i szybkim ruchem mocnych rąk przesunął dwie linie, tworząc zupełnie nowe wnętrze.

— Chyba tak będzie lepiej — szepnął, kładąc jej rękę na ramieniu. Annette spojrzała z wdzięcznością na wuja. Wyglądał na zmęczonego. Zasępił się patrząc w przestrzeń.

— Będą statki? — spytała, żeby przełamać milczenie. Złapała wzrok Alexandra Carlisle’ a, pełen krzepiącego ciepła.

— Będą, od dwóch tygodni Bruce i William nie mówią o niczym innym… Tytani i Giganci na Olimpie… — Dziewczyna uniosła wysoko brwi, pewna, że wuj z niej kpił. — Nie patrz tak. Olympic, Titanic i Gigantic już zostały powołane do życia i ochrzczone, choć na razie istnieją tylko w umysłach… ale to myśl kreuje świat — zakończył starszy człowiek, wychodząc. Nie wydawał się nazbyt uszczęśliwiony rysującą się perspektywą. Annette wiedziała, co teraz będzie. Plany, niekończące się dyskusje, nerwy. Martwiła się o wuja, który ostatnio trochę niedomagał. Może jednak to ożywienie będzie dla niego zbawienne? Rozbierając się myślała o Paulu i jego stalowych oczach, tak bardzo fascynujących i niepokojących, wpatrzonych w nią intensywnie, aż do bólu. Wierzyła, że jeszcze kiedyś się w nich odbije...

Rozdział II

Szła szybko, nie zważając na oburzenie ludzi, których potrącała. Matka przesłała depeszę, w której sucho poinformowała o planach przybycia do Anglii za dwa miesiące. Ojciec zamknął się w sobie. Swój dwumiesięczny pobyt okroił do niespełna dwóch tygodni. Wyjechał do Paryża, wymawiając się obowiązkami. Annette nie wierzyła w to, była prawie pewna, że obowiązkiem ojca jest jakaś młoda dama. Dziwnym trafem jego wyjazdy zbiegały się w czasie z pogorszeniem stosunków z matką. Mieli spędzić czas razem, ale ona po raz kolejny nagle zmieniła plany. Annette chciała nawet do niej jechać, ale obowiązki zmusiły ją do pozostania na wyspie. Wuj okazał jej ogromne zaufanie i w niej widział swoją asystentkę przy pracach nad dwoma z trzech planowanych kolosów. Samodzielnie nie dostałaby żadnego poważnego zlecenia, o pracy przy statkach nie wspominając. Domek myśliwski przy ogromnej pływającej jednostce był tylko zabawą. Mimo swojej niechęci do pływających ton żelastwa Annette wiedziała, że może się czegoś nauczyć. Wraz z Alexandrem Carlisle’m spędzała czas nad próbami ubrania w projekt wyobrażeń J. Bruce’a Ismay’a, który żądał luksusu, jakiego na ruchomym obiekcie świat jeszcze nie widział. Trzy statki miały pobić Adriatica, Cesarza Wilhelma Wielkiego, Mauretanię oraz Lusitanię*. Od początku wiedziano, że prędkość nie była domeną White Star Line. To, co było siłą armatora, to luksus. Niedostatki koni mechanicznych należało nadrobić pięknym wystrojem wnętrz, bogatą ofertą oraz bezpieczeństwem. Pan Carlisle zatem dzielił swój czas na przygotowanie planów pomieszczeń, wewnętrznych urządzeń statku oraz systemów ratunkowych, jakie miały się znaleźć na pokładzie projektowanych jednostek. Każdy kolejny miał być większy od poprzednika. Pierwszy, Olympic, byłby forpocztą całego przedsięwzięcia. Jego zadaniem było przetarcie szlaku, sprawdzenie, czy odpowiadał potrzebom i oczekiwaniom najbardziej wymagających ludzi. To, co w nim nie sprawdziłoby się, winno zostać poprawione na kolejnym, Titanicu. Zwieńczeniem dzieła stałby się Gigantic. Największy, zaspokajający wszelkie kaprysy, zadziwiający tak, iż podróż nim jawiłaby się niczym sen. Jak zawsze nie tylko piękno wewnętrzne, także stabilność i bezpieczeństwo, grzeczność załogi, od stewarda po kapitana, cechowałyby nowe twory ludzkich rąk. Znaki rozpoznawcze linii White Star w najlepszym wydaniu.

Okazało się, że ci, co źle wróżyli Białej Gwieździe, kiedy weszła w skład International Navigation Co., przekształconej następnie w International Mercantile Marine, mylili się. Przewodniczącym amerykańskiego konsorcjum został nie kto inny jak J. Bruce Ismay, choć władzę faktyczną trzymał John P. Morgan. Wielu przeżyło szok. Choć Ismay był człowiekiem apodyktycznym i nie lubił, gdy ktoś miał zdanie odmienne od jego opinii, był niezwykle skuteczny. Okazało się, że w wyścigu, który trwał od lat, Biała Gwiazda zaczynała wysuwać się na prowadzenie. Linia Cunarda popierana przez rząd brytyjski musiała przyznać, że konkurencja, mająca amerykańskie wsparcie, poczynała sobie coraz lepiej.

Annette spieszyła się do krawca. Asystowała nie tylko przy pracach dekoratorskich, które w tym momencie opierały się na wstępnym przygotowaniu pomieszczeń trzeciej klasy, ale też przy załatwianiu wielu małych, nieraz bardzo przyziemnych spraw, które na jej barki przerzucił wuj. Tym razem chodziło o jej suknię. Rozpoczął się rok tysiąc dziewięćset ósmy, śnieg zmienił w błoto, zima była dość ciepła. Brnęła przez breję, jak ją w myślach nazywała, używając języka godnego chłopca na posyłki, pogrążona w chaosie swoich myśli.

— Dokąd się pani tak spieszy, że nie zwraca uwagi na współobywateli? — męski głos wyrwał ją z zadumy. Już szykowała się do ostrej odpowiedzi, kiedy znalazła w brzmieniu owego coś znajomego. Podniosła oczy i spojrzała prosto w twarz Paula. Widzieli się tylko raz, a ona poznałaby go wszędzie. On także wydawał się ucieszony ze spotkania i wydawało się, iż pamięta ją dobrze. Z wrażenia dziewczynie zakręciło się w głowie. Paul podtrzymał ją za łokieć.

— Spieszę się na spotkanie. Ktoś na mnie czeka — odparła, starając się, żeby jej głos brzmiał lekko. Wyprostowała się, przybierając wyniosłą pozę. Mina Paula sugerowała, że odniosła mały sukces. Wyglądał na lekko zawiedzionego. — Ale przyda mi się towarzystwo.

Z chęcią podał jej ramię. Szli milcząc. Nie wiedziała, o czym powinna była mówić, nie znała go, ani on jej. A jednak towarzystwo mężczyzny było miłe, kąciki ust Annette drgały w nieznacznym uśmiechu. Był bardzo wytrwały, kiedy kręciła nosem nad suknią. Ilość koronek była przerażająca. Tworzyły przepych, którego panna Blackwood nie lubiła, zwłaszcza, kiedy miała w nim spędzić cały wieczór. Halka okręcała się dookoła nóg. Nie wyglądała źle, ale o swobodzie ruchów mogła zapomnieć. Dzisiejszy wieczór miał być sztywny w każdym znaczeniu tego słowa. Sztywne maniery, sztywne konwersacje, sztywne ukłony. I sztywny gorset, który pod suknię musiała włożyć. Pech chciał, że Lady Lucile przebywała po drugiej stronie Atlantyku. Z krawcową, która zarządzała pod jej nieobecność pracownią przemówiła się ponad miesiąc temu i do powrotu pani Duff — Gordon nie miała ochoty tam wchodzić. Zmarszczyła czoło patrząc w lustro, a milczący do tej chwili Paul prychnął powstrzymywanym śmiechem. Przedstawiła go jako kuzyna. Jeszcze skandalu jej brakowało. Krawcowa była kobietą bardzo gadatliwą, w ciągu poprzednich kilku wizyt Annette dowiedziała się więcej niżby chciała na temat ludzi z towarzystwa oraz życiorysu szwaczki. Szkoda, że nie było w tych plotkach nic ciekawego, dotyczącego jej ojca lub matki. Tego posłuchałaby chętnie.

Wyszli ramię w ramię. Paul, niczym tragarz, niósł dzieło krawcowej, a Annette dzielnie truchtała obok małymi kroczkami, starając się nie przewrócić na śliskim trotuarze.

— Pięknie wyglądałaś, choć widziałem w twoich oczach niechęć do tej konkretnej sukni… — odezwał się. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. To, co przychodziło jej do głowy nie nadawało się do wypowiedzenia na głos.

— Nie jest to najlepsza część garderoby w mojej kolekcji — odparła, rumieniąc się jak pensjonarka. Z jednej strony była pewna siebie, ale z drugiej czuła się zawstydzona. Pomijając pracę, gdzie grono mężczyzn było jedynym, w jakim przebywała, ponadto pod kuratelą swojego wuja, nigdy nie spędziła tyle czasu sam na sam z mężczyzną, który działał na jej zmysły. Serce biło szybko, żołądek spinał się w przyjemnych skurczach, na rękach pojawiły się krople potu. Była zaskoczona swoją reakcją. Spacer dobrze jej robił. Ochładzał szaloną głowę na tyle skutecznie, że spod kapelusza nie płynęły krople potu. Nie wiedziała jak, nie wiedziała kiedy, a znaleźli się pod kamienicą wuja Carlisle’a. Odebrała suknię z rąk mężczyzny.

— Dalej pójdę sama — wyszeptała. Nie puścił sukni.

— Nie dam ci teraz tak sobie pójść. Nie, jeśli nie wymogę na tobie obietnicy kolejnego spotkania.

Odwróciła się, by odejść, ale po chwili zatrzymała się, patrząc na Paula z uśmiechem.

— Jutro w południe zamierzam się przejść po Hyde Parku.

— Będę tam i ja — puścił niechętnie pakunek, machając jej na pożegnanie.

Rozdział III

Annette patrzyła, jak Paul przechadzał się spokojnie i starał wypatrzeć jej postać. Nie mogła i nie chciała dalej się chować. Wyprostowana, skryta pod parasolką, ruszyła szybkim krokiem. Zdawała sobie sprawę, że nie powinna była przychodzić tu sama, odkładać pracy na potem, ale nie umiała się powstrzymać. Stanęła przed nim. Był wyższy o ponad głowę. Oboje nie bardzo wiedzieli, jak zacząć.

— Jestem — powiedziała dość łamiącym się głosem. I nagle lawina ruszyła.

Rozmawiali o wszystkim. Paul był urzędnikiem bankowym, dorastał w Irlandii, a do Londynu przybył wraz ze swoją matką, która po śmierci ojca pracowała jako kucharka w jednym z tutejszych domów. W Irlandii niektórzy wciąż jeszcze nie zapomnieli o ogromnym głodzie, zarazie kartoflanej i o walkach na tle religijnych, które co jakiś czas wybuchały na nowo. Mężczyzna marzył o podróżach, o których mógłby pisać. Miał siostrę, która od dwóch lat mieszkała w Ameryce. W niedostępnej Ameryce, która jemu jawiła się niczym mityczny pegaz. Wiedział, że jest, ale nie poznał tego kraju i nie wierzył w ogrom możliwości, o jakim pisała jego, trochę roztrzepana, siostra. Annette serce podskoczyło, kiedy powiedział, że każdego dnia poszukiwał jej wzrokiem. Przeszukiwał tłum mając nadzieję, że spotka ją na swojej drodze. Nie miał żadnego punktu zaczepienia, żeby odnaleźć dziewczynę. Urzekła go swoim głosem, który był niezwykle melodyjny. Uśmiechnęła się w duchu, ponieważ dla wielu jej głos był pretensjonalny i kpiący. Paul stwierdził, że w końcu fortuna okazała się być dla niego łaskawa. Opowiadał o pięknie zielonych wzgórz dookoła domu, w którym się wychował. O stadach kuców i owiec, które widywał każdego ranka. Annette wsłuchana w jego głos pragnęła tylko znaleźć się z nim tam, daleko, odetchnąć krystalicznym powietrzem, poczuć pod stopami miękką trawę mokrą od rosy o poranku, kiedy ustępowała mgła. Nie chciała rozmawiać o pracy. Na to był jeszcze czas. Nie teraz, nie w czasie, kiedy wyrwała się z kieratu i mogła na chwilę zapomnieć o pokładach, pierwszych, drugich i trzecich klasach, szerokości przejść między stołami, obiciach krzeseł, draperiach… Nie mówiła mu, kim jest. Nie chciała rozmawiać o różnicach klasowych, mezaliansach i pieniądzach. Poczuła się zwyczajnie, pierwszy raz od dawna. A jednak myślała nad tym, jak zareagowałby świat na niego. Jej świat. Ludzi, którzy nie liczyli pieniędzy, tak jak on. Z przykrością myślała o niesprawiedliwości losu.

Z żalem opuszczała Paula. Tym razem na dłużej. Czekała ją wyprawa do Belfastu. Wspomniała o tym. W jego oczach zobaczyła tęsknotę za Irlandią. Najchętniej zabrałaby go ze sobą w tę podróż, ale to nie było możliwe. Nie teraz. Spędziła kilka wspaniałych godzin. Nie czuła chłodu, wilgoci, spijała z jego ust każde słowo. Chłonęła go, jego siłę, energię. Patrzyła na jego dłonie, duże, mocne i silne, o krótkich, kwadratowych paznokciach. Na włosy, bardzo niesforne, bez pomad i wazelin, lekko pofalowane, jasne, zawadiacko opadające na oczy przy każdym podmuchu wiatru. Nie chciała mówić, chciała słuchać. Zdziwiła się, bowiem świat przestał istnieć. Nie istniało nic poza tym, że byli razem. Widziała niestosowność swojego zachowania, nie powinna była wybuchać śmiechem, chodzić po błotnistym bruku mocząc trzewiki i suknię, sama, z obcym mężczyzną. Nie myślała, co będzie, jeśli się zaziębi. Do dziś nie pojmowała sensu wytartego frazesu mówiącego o byciu tu i teraz.

Rozdział IV

Przez okna pod łukowatym sklepieniem wpadało oślepiające światło. Annette zmrużyła oczy, niespodziewane przejście z cienia w jasność zabolało. Po chwili dopiero dojrzała długie stoły, zasłane papierem, nad którymi pochylali się mężczyźni w różnym wieku, zajęci pracą. Po lewej stronie widniała ogromna plansza przedstawiająca czterokominowiec. Nawet, jako projekt był imponujący, musiała to przyznać, mimo awersji do pływających jednostek samych w sobie. Znała wymiary statków, które miały powstać, były oszałamiające. Adriatic, chluba Białej Gwiazdy, najmłodszy statek z Wielkiej Czwórki, miał dwieście szesnaście metrów, konkurencyjne Mauretania i Lusitania dwieście czterdzieści. Dwa pierwsze, tworzone aktualnie na zlecenie Białej Gwiazdy, były dłuższe, miały dwieście sześćdziesiąt dziewięć metrów.

Nad jednym ze stołów pochylał głowę Thomas Andrews. Siostrzeniec lorda Pirrie, młody człowiek, którego sumienność i talent zdobyły już uznanie w owym specyficznym świecie. Mimo, iż był naczelnym dyrektorem stoczni i szefem biura konstrukcyjnego nie zachowywał się jak król siedzący na tronie i biła od niego życzliwość. Annette poznała go dawno temu podczas jednego z przyjęć, jakie wydał, jeszcze wtedy nie baron, Pirrie. Towarzyszyła wtedy ojcu, młodziutki podlotek zachwycony zaszczytem, jaki Andrew Blackwood jej uczynił. Thomas zrobił na niej bardzo dobre wrażenie. Przystojny, ciemnowłosy, z sympatią podchodzący do świata, a jednocześnie bardzo utalentowany i pracowity. Teraz podniósł głowę, a ujrzawszy ją, zagubioną, pomachał ręką w geście zaproszenia. Ruszyła z uśmiechem przed siebie. Nikt nie zwracał na nią uwagi, co bardzo jej pasowało.

— Witam, panno Blackwood. Mam nadzieję, że podróż przebiegała bez zarzutu? — uśmiechnął się ciepło, dodając otuchy dziewczynie. Ze względu na problemy w podróży dotarła dzień później niż wuj. Była zmęczona i głodna, czuła się brudna, wymięta i zmarznięta. W hotelu czekała na nią kąpiel, o której marzyła od kilku godzin.

— Dziękuję panu. Właściwie bez zarzutu — odparła, próbując wyrzucić z myśli męczącą drogę związaną z awarią lokomotywy. Jej teczka pełna była planów wyposażenia wnętrz trzeciej klasy. Jej pierwsze, własne od początku do końca, pomysły. Pierwsza samodzielna praca przy dwóch molochach, jak je czasem w myślach nazywała. Trzeci statek miał powstać później, ale jego plany także już były tworzone.

Wuj przemawiał, a słuchało go trzech kreślarzy, dość młodych chłopaków. Mówił spokojnym głosem, ale ona znała ten ton, był zdecydowanie upominający. Gdzieś zrobili błąd, który powinni szybko naprawić. Zdziwiła się, ale odkryła, iż była ciekawa, jak się projektuje taki statek. Wnętrza to jedno, ale budowa, układanie ton stali, wkomponowanie kotłów, maszyn, nitowanie, setki mil kabli, rur, instalacje grzewcze, elektryczne, hydrauliczne… Zanim zaczną w stoczni w Belfaście, ktoś musi przelać na papier wszystkie techniczne sprawy. Nie same kształty, ale wymiary, wszelkie obliczenia matematyczne, elementy, których są setki, a których nie można było pominąć. To było tak samo fascynujące, jak przerażające, o niczym nie można było zapomnieć, wszystko było ze sobą połączone, niemal na zasadzie domina.

Spojrzała w papiery rozłożone na wielkim, dębowym stole. Widniały na nich dziwne urządzenia wygięte jak szyja łabędzia. Skojarzenie z ptakiem było dość trafne, owe rysunki to było nic innego jak żurawiki od łodzi ratunkowych. Na tych kartach powstawała historia, w to nie wątpiła. Przekroje podłużne, poprzeczne, rzuty na wszelkie możliwe sposoby… Wyliczenia, napawające lękiem i dumą liczby, innowacyjne pomysły. Podzielony na szesnaście wodoszczelnych przedziałów oddzielonych od siebie grodziami zamykanymi automatycznie. Restauracje, kawiarnie, fryzjer, basen, boisko do squasha, łaźnia turecka, pokój do ćwiczeń, palarnie, salony, jadalnie, kuchnie, wszystko, co tylko można sobie wymarzyć zamknięte na ograniczonej burtami przestrzeni. Wspaniałe apartamenty, które miały być niebotycznie drogie i kabiny trzeciej klasy, gdzie mieli podróżować ci, którzy mieli w życiu mniej szczęścia, ale liczyli na odmianę losu za oceanem. Annette patrzyła na to wszystko z mieszanymi uczuciami. Te stalowe kolosy miały powstawać dość szybko. Ile ofiar miała pochłonąć budowa rodzeństwa? Pogrążona w myślach nie usłyszała wołania wuja. Dopiero za drugim razem wróciła do siebie i mogła skupić się na pracy oraz pokazaniu swoich projektów. Pan Carlisle pochwalił jej zaangażowanie, choć, jak zaznaczył, był to wstępny projekt, bo wszystko jeszcze mogło się zmienić. Uważnie oglądał to, co stworzyła. Miała przygotować plan wspólnego pokoju dla klasy trzeciej. W założeniu miał się mieścić na pokładzie C, w tylnej części rufy. Nie chciała, żeby było ono ciemne. Ci biedacy i tak zostali zepchnięci pod pokład, więc ich wspólne pomieszczenie widziała w jasnych barwach. Sosnowa boazeria w białym kolorze, stoliki, krzesła, dwustronne ławki z profilowanymi oparciami i poręczami, ustawione w szeregu na środku sali i przy ścianach. Meble drewniane, proste, ale solidne i trwałe. Przeniesione przez nią na papier sugestie wuja.

Alexander Carlisle z aprobatą gładził brodę. Annette wiedziała, że spisała się dobrze. Odłożył w końcu teczkę na osobną kupkę, tam, gdzie leżały zapiski warte uwagi. Ucieszyła się. Tak bardzo chciała się sprawdzić, nie zawieść, otworzyć sobie kolejne drzwi! Chciała być jak lady Duff — Gordon, silna, niezależna, licząca się w towarzystwie dzięki swoim dokonaniom. Co prawda lady Lucile było łatwiej, choć niektórzy mówili, że wyszła za tytuł, a nie sir Cosmo, ale, niezależnie od wszystkiego, nie wypadało się z nią nie liczyć. Annette nie pogardziłaby szlacheckim tytułem, ale, z drugiej strony, wolałaby dojść do wszystkiego sama.Jej rodzina miała pieniądze. Praca, którą wykonywała, miała przynieść jej nie tyle zarobki, co zajęcie i satysfakcję.

Kolację zjadła sama, w hotelowej restauracji. Nie widziała się w gronie wielkich z warsztatu kreślarskiego i stoczni Harland&Wolff. Wiedziała, że wcale im nie zależy na dodatkowym towarzystwie, co było jej bardzo na rękę. Mogła odpocząć, w końcu zażyć kąpieli i położyć się wcześniej do łóżka. Zacząć odliczać dni. Miało być ich pięć, zanim będzie mogła ruszyć w drogę powrotną. Zasnęła spokojnie śniąc o tym wszystkim, co opowiadały dziewczęta na pensji, a co duchowni nazywali zakazanym owocem…

Rozdział V

Nie zauważyła, że przyszła wiosna, a lato przemijało równie szybko. Dwa razy w tygodniu spotykała się z Paulem. Z nikim nigdy nie było jej tak dobrze. Wuj patrzył na to wszystko przez palce. Pozwalał, ponieważ widział, że się starała, ale nie chciał, żeby spotkania były nader częste. Obarczał ją różnymi zadaniami. Paul kiedyś spytał, czy musi to robić. Wtedy opowiedziała mu o wszystkim. O rodzicach, którzy się od siebie oddalili, o chęci niezależności, potrzebie pracy, żeby nie być jak większość znanych jej dam, pasożytem, nieumiejętności spędzania czasu na plotkach, proszonych herbatkach i obiadach, gdzie dyskusje były o niczym, szukaniu własnej drogi, chęci rozwoju i sprawdzenia się. Paul nazwał ją feministką, chociaż nie czuła się jak tamte kobiety. Nie widziała siebie jako walczącej, palącej gorsety, ubierającej męskie stroje na co dzień w myśl równouprawnienia. Widywała tak ekstremalne przypadki. Uwielbiała się stroić, dobrze ułożone włosy wprawiały ją w dobry humor. Szukała złotego środka. Nie chciała żyć tylko z pieniędzy, które były jej wianem. Chciała wyrażać siebie poprzez coś, co sprawi innym przyjemność. Paul słuchał tego wszystkiego z uśmiechem.

— Inaczej byś mówiła, gdybyś musiała pracować od dziecka, żeby mieć co zjeść. Gdybyś musiała od maleńkości wstawać rano i każdy dzień rozpoczynać od pracy marzyłabyś o tym, żeby przez jeden dzień być tak bogatą, by nie musieć zasuwać w pocie czoła… — spojrzał na nią spod oka, po czym znowu zapatrzył się przed siebie. Spacerowali po parku, popatrując na biegające dzieci, jeżdżących konno, kobiety ukryte pod parasolkami.

— Masz rację, nigdy nie musiałam tak żyć. Mam jednak poczucie, że twoje życie jest… realne. Wiesz, że chleb, który spożywasz jest tylko twój, a co za ty idzie ma inny smak niż ten, który dostajesz, a nie zdobywasz… Masz świadomość, że twoja praca jest komuś potrzebna. Z tego zaś wynika poczucie realności samego siebie. Ty żyjesz, ty jesteś potrzebny.

— Annette, czasem jesteś trochę za naiwna. Myślisz tak, bo żyjesz w złotej klatce. Twoja, jak to nazywasz, praca, czyni cię szczęśliwą, ale ty nie walczysz o byt. Nie znasz głodu, zimna, braku pewności jutra. Dla ludzi takich jak ja praca jest koniecznością, a nie misją czy zabawą. Myślisz, że robotnik w stoczni czy górnik w kopalni robiący za psie pieniądze byle dać dzieciakom pajdę chleba czuje radość i szlachetniejszy smak? Nawet nie masz pojęcia, jak on potrafi stawać w gardle. Jak bywa gorzki. Przesiąknięty potem i krwią, z pracy własnych rąk.

Zadumała się. Nigdy o tym nie pomyślała, a przecież on miał rację! Tak bardzo wielu ludzi pracowało, aby przeżyć. W tragicznych warunkach, za nędzne wynagrodzenie uderzające w ich godność. Poczuła się źle, winna temu, iż to, co robiła codziennie, nie miało znaczenia. Czy palacza z kotłowni obchodzić będzie boazeria w salonie pierwszej klasy? Czy poza gronem wąskich osób, które będą korzystać z pomieszczeń, nad jakimi w pocie czoła pracowała nocami i dniami, kogoś to w ogóle zainteresuje? Jeśli piekarz nie przygotowałby chleba ludzie nie byliby najedzeni. Jeśli Thomas pomyliłby się w obliczeniach, statek poszedłby na dno. Jeśli ona użyłaby złych tkanin na obicia czy wybrała gryzące wzory, co najwyżej wzbudziłoby to niesmak wśród podróżnych, o ile w ogóle zauważyliby. Zasępiła się. Znowu stała się nieważna i mała.

Annette cieszyła się, że Paul otwierał jej oczy na prawdziwe życie. Był od niej starszy o sześć lat, dużo więcej widział, dużo więcej wiedział, poznał świat z różnych stron, czasem bardzo brutalnych. Nie wiedziała nawet, kiedy stali się sobie tak bliscy. Czasem drażnił ją, nieprzyzwyczajoną, prosty język, którym mówił, ale to była składowa część jego naturalności, jego prostej osoby. Pracując myślała tylko o nim, o uśmiechu, niesfornych jasnych włosach, które opadały na oczy, kiedy szli po wiejskiej drodze podczas pikniku. Wuj wyjechał, mogła sobie pozwolić na chwilową ucieczkę. Była szczęśliwa w tych krótkich, ukradzionych chwilach z Paulem. Matka przyjechała do Anglii, ojciec wrócił z Francji. Spędzali czas w podmiejskiej posiadłości. Georgina wydawała przyjęcia, Andrew się na nie godził, a Annette pojawiała się tam rzadko. Ojca widywała w Londynie, kiedy toczył rozmowy z Ismay’em.

Z rodzicielką spotkała się poza wiejską rezydencją raz, u modystki. Zależało jej, żeby się dogadali sami, choć nie wróżyła im sukcesu. Rozmowy jej rodziców były pełne uprzejmości, ale wzrok pusty. Nie wiedziała, co będzie dalej, ale nie chciała, żeby jej życie tak wyglądało. Pragnęła prawdziwej miłości, którą miałaby na własność. Nie wątpiła, że ta miłość już stała się jej udziałem. Wierzyła, że kocha Paula, pragnęła tego dnia, w którym zapyta o to, czy pójdzie z nim przez życie.

Przyszedł wspaniały dzień, trzydziesty pierwszy lipca tysiąc dziewięćset ósmego roku. J. Bruce Ismay zaakceptował projekt i podpisał wszelkie listy kontraktowe ze stocznią Harland&Wolff. Rozpoczęto ustalanie planu pracy, rozpoczęły się specjalne dostawy oraz zaczęto ściągać sprzęt do budowy kolosów. W posiadłości na przedmieściach Londynu miał się odbyć raut, na którym mieli świętować rozpoczęcie prac. Annette miała pojawić się z Paulem. To był jego debiut wśród ludzi, którzy byli jej całym dotychczasowym życiem. Suknia czekała, dwie fryzjerki uwijały się jak w ukropie, starając się dokonać cudów z opornymi włosami dziewczyny. Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Gdy ukochany stanął z zapartym tchem w drzwiach domu wiedziała, że warto było spędzić kilka godzin, by zrobić się na bóstwo, choć Annette nigdy nie uważała się za piękną kobietę. Właściwie nigdy się nie zastanawiała, czy jest piękna, czy przeciętna. Miała niebieskie oczy, mały, lekko zadarty nos, dodatkowo delikatnie przekrzywiony w lewą stronę po urazie, jakiego nabawiła się za młodych lat, podczas jednej z zakazanych zabaw, dość okrągłą twarz. Stanowcze ciemne brwi i rzęsy dodawały jej wyrazistości. W słońcu włosy Annette zdawały się lekko rude, z jaśniejszymi pasmami przy twarzy. W cieniu były brązowe. Proste, oporne, grube i ciężkie. Plebejskie, jak zawsze mówiła matka. Usta miała małe, ale dobrze skrojone. Nie była chuda, jak jej przyjaciółka z pensji, Amelia Brandon, która nigdy nie mogła przytyć, ale nie miała wystającego brzucha, fałd i olbrzymich piersi.

To, co było jej największym kompleksem to wzrost. Była dość wysoką kobietą, początkowo starała się to ukryć garbiąc się, ale lata nauki chodzenia i postawy sprawiły, że to nie stało się nawykiem. Musiała pogodzić się z tym, że na większość kobiet patrzy z góry. Na szczęście nie była wyższa niż większość mężczyzn.

Nienawidziła gorsetów. Krępowały, nie pozwalały chodzić szybko, oddychać pełną piersią. Oddawała się tej torturze tylko w wyjątkowych przypadkach. Dziś był taki dzień. Suknia wymagała gorsetu. Czuła się strasznie, chociaż nie walczyła już o każdy oddech jak ryba wyciągnięta z wody, to i tak w powozie siedziała wyprostowana niczym struna. Paul opowiadał anegdoty, z których ciężko jej się było śmiać. Bała się wspólnego wystąpienia. Powiedziała, że na przyjęcie przybędzie wraz z narzeczonym. Nie miała innego wyjścia, każdy inny człowiek zostałby wyproszony. Oczywiście wzbudziło to konsternację wśród wszystkich, których znała. Ba, niesmak nawet. Przecież nie tak załatwiało się owe sprawy. Nie uprzedziła nawet Paula, nie chciała, by poczuł się zaszczuty i zmuszony przez nią do czegokolwiek. Nie wiedziała jeszcze, co zrobi, kiedy jej kłamstwo się wyda. Jakoś się mu wytłumaczy, kto ją zrozumie, jeśli nie on?

— Wyjdź za mnie — Annette nie usłyszała dokładnie słów Paula. Krew zaszumiała w uszach, a mocno bijące serce zagłuszało wszystko. Paul musiał powtórzyć, zanim zrozumiała. Nie usłyszała, a zrozumiała.

— Tak… — wyszeptała, dławiona przez wzruszenie i ściśnięta przez mocno zasznurowany gorset. Na jej palec włożył złote kółeczko z małym, ale cudownym szafirem. Jego oko błyszczało, tak jak łzy w jej oczach. Bała się. Matka i ojciec nie uznawali nieoficjalnych, czyli niezawartych przed ich obliczem, umów. Nie znali Paula, ale ona widziała, że zrobi wszystko, żeby pokazać im, jak wartościowym był człowiekiem.

Rozdział VI

— Możesz mi łaskawie wyjaśnić ten cyrk? — mina matki nie wróżyła nic dobrego. Była surowa i zimna. Wywołała ją w samym środku przyjęcia i zmusiła do rozmowy, choć Annette wcale nie miała na to chęci. Nie dziś. Widziała wzrok rodziców, pogardliwy i pełen oburzenia na widok Paula. A on, kochany, zachowywał się jakby był w tym towarzystwie od dawna. Przejawiał zainteresowanie planami obu statków, wypytywał o szczegóły, był grzeczny i uprzejmy, bardziej niż niejeden dżentelmen. Annette głęboko westchnęła.

— Kocham go. I będzie moim mężem — odparła, siląc się na spokój i walcząc ze łzami. Drugi raz tego wieczoru, najpierw ze szczęścia, teraz z upokorzenia. Argumenty matki do niej nie przemawiały. Nie chciała słuchać ich śmieszności.

— Z miłości, moja droga, to możesz mieć kota lub stado psów gończych. Pozwoliliśmy ci łaskawie na zdecydowanie o sobie w niedorzecznej kwestii pracy. Co więcej, pozwoliłam ci tu zostać, zgodziłam się wysłuchać twoich błagań dotyczących Anglii. Na poparcie zaś tego absurdalnego pomysłu nie masz co liczyć. Nie pozwolę ci zniszczyć sobie życia przez związek się z nieodpowiednim człowiekiem! — głos matki wibrował w uszach dziewczyny.

— Zniszczyć życia? Czyjego? Waszego? Bo jeśli tak to już dawno je zniszczyliście sami. Tworzycie iluzję, z której wszyscy się śmieją. Jesteście razem, a przecież osobno. Wszyscy to widzą! — teraz łzy popłynęły po twarzy Annette wartkim strumieniem. — Nie chcę tak. To, że ty nie jesteś szczęśliwa nie znaczy, że i ja muszę tak spędzić życie! — wykrzyczała i wyszła, trzaskając drzwiami.

Matka była w szoku. Odczuła to jak policzek, jak cios zadany prosto w serce. Georgina zastanawiała się, czy aż tak to było widać? Zbudowali wraz z Andrew świat, który daleki był od ideału. Świat, w którym nie było miejsca na miłość, na porywy serca. Zresztą, oboje nie wiedzieli, co to jest. Gdyby miłość stanęła im na palcach, to i tak nie umieliby jej prawdopodobnie rozpoznać. Skojarzono ich ze sobą na zasadzie traktatu handlowego, wygodnego dla dwóch rodzin. Matka Annette nie myślała nigdy o tym, by pokochać. Miłością było dla niej przyzwyczajenie. Znudzenie. Stąd ucieczki. Kochankowie i kochanice mieli za zadanie wprowadzić coś nowego, pozwolić odejść od rutyny. Może po trosze zazdrościła Annette, która potrafiła tupnąć nogą i nie miała pretensji o to, że dziewczyna pokochała. Problemem był ten konkretny człowiek. Nie chodziło nawet o majątek czy wykształcenie. Nawet niezbyt świeży i niedokładnie dopasowany frak. Miał złe oczy. Jak martwe. Nie widziała w nim tego, kogo jej zaślepiona córka oglądała za każdym razem.

Annette wyszła do ogrodu. Musiała się uspokoić i pobyć sama. Niestety, wpadła prosto na Thomasa Andrewsa, który najwidoczniej też miał dosyć dusznej atmosfery i postanowił przyjrzeć się różom, nad którymi matka drżała odwiedzając dom góra dwa razy w roku. Nie wypadało odwrócić się na pięcie. W dziewczynie burzyło się wszystko. Wiedziała, że nie będzie łatwo, przecież tego się spodziewała od początku. Więc skąd te łzy? Drżenie rąk? Zdziwienie? Ciężko było się przyznać samej przed sobą, że w głębi serca wierzyła w poparcie owego związku, przynajmniej przez matkę. W końcu Georgina Blackwood była kobietą. Młodą, w gruncie rzeczy, kobietą, która uciekała przed swoim życiem, żeby skosztować wody z innego dzbana. Poszukiwała, Annette w to wierzyła, porywów serca. A przeżyła duży zawód. Sama przed sobą bała się przyznać, ze matka może bać się o majątek. Pieniądze, największą wartość, jaką z ojcem uznawali. Celem Andrew było robienie pieniędzy, zaś celem Georginy wydawanie ich.

Andrews zbliżył się do niej z zaciekawieniem. Annette westchnęła próbując się uspokoić.

— Mam iść, jak rozumiem? — spytał lekkim tonem.

— Niekoniecznie, staram się odzyskać rezon — głębokie oddechy zaczęły przynosić rezultat. Poczuła się lepiej. — Czasami człowiekowi jest ciężko, gdy najbliższe jej osoby negują wybory, których on dokonuje w pełni władz umysłowych — powiedziała, po czym uświadomiła sobie, że mówi nieprawdę. Ani jej matka, ani jej ojciec nie byli najbliższymi osobami. On w ciągłych rozjazdach, ona zaś nawet, gdy była, to zajęta swoimi sprawami. Nieobecna duchem. Najbliższymi osobami dla Annette były guwernantki, jedna z nauczycielek na pensji oraz człowiek, który nawet nie był jej wujem, choć tak go zwykła nazywać, dobry znajomy ojca. Andrews chyba wyczuł jej myśli, bo spojrzał dość wymownie i spytał, czy jest pewna, o kim dokładnie mówi.

— Mój… właściwie… Wuj. Pan ma rację. To on mnie zna, to z nim od pewnego czasu przebywam stale, ale ja w jego oczach też widzę potępienie… — ostatnie zdanie wyrzekła bardzo cicho.

— Nie, panno Annette. Nie potępienie, tylko troskę, a to są zupełnie inne rzeczy. W tym młodym człowieku jest coś niepokojącego. Nie ma złych manier, używa języka prostego, ale nie jest wulgarny, a jednak ma w sobie coś, co sprawia, że ludzie nie czują się w jego towarzystwie dobrze — głos Andrewsa był spokojny, stonowany. Mówił z namysłem, tak, jakby szukał odpowiedzi na zarzut, który przed chwilą wygłosił.

Głos Annette przestał drżeć z nerwów, jakaś furtka puściła. Spokojnie, jakby przemawiała w Izbie Gmin, zaczęła mówić. O wszystkim, co gryzło. Potrzebie miłości, ciepła, szczęściu z odnalezienia kogoś, kto ją kochał, rozumiał, nie potępiał jej oddania pracy. Zawahała się przez chwilę mówiąc o bólu, jaki sprawili jej najbliżsi. W końcu zamilkła, przestraszona swoją szczerością i otwartością. Zmieniła szybko temat. Na pierwszy, jaki jej przyszedł do głowy. Taki, który oderwałby jej towarzysza rozmowy od wszystkiego, co powiedziała. Bliźnięta. Gigantyczne bliźnięta.

— Położenie stępki pierwszego z nich, Olympica, planujemy na grudzień. Mam nadzieję, że go zwodujemy po roku. A teraz kończymy przystosowywać nabrzeże do budowy tych dwóch statków. — Thomas uśmiechnął się, jak zawsze, kiedy mówił o swoim dziele. Błyszczały mu oczy, wstępował w niego zapał. Annette miała nadzieję, że sama kiedyś będzie umiała znaleźć w sobie tyle samo pasji, mówiąc o swoich projektach. Od dnia, w którym Paul wykazał jej, iż praca, jaką wykonuje, wcale nie jest tak wielka, jak myślała, entuzjazm w niej opadł. Robiła swoje, wszystko, czego od niej wymagano wykonywała bez szemrania, ale brak było zapału. Czasem jakaś iskra się pojawiała, ale gasła równie szybko, jak się zapalała.

— A druga jednostka? — spytała, myśląc o ogromie pracy, jaką włożą ludzie, aby powstały oba dzieła, bądź co bądź, ludzkich rąk.

— Zobaczymy, jak szybko będą posuwać się prace nad Olympikiem, ale szacuję, że nie dłużej niż rok od zrobienia pierwszego materialnego kroku w stoczni.

Nagle Annette poczuła rękę na swoim ramieniu. To był Paul, który szukał jej od dłuższej chwili. Nie wyglądał na zadowolonego widząc narzeczoną sam na sam z młodym człowiekiem, z którym rozmawiała dosyć swobodnie. Złapał ją za rękę i przeprosił towarzyszącego dziewczynie mężczyznę, wyprowadzając ją poza zasięg uszu Thomasa Andrewsa.

— Nigdy mi tak nie znikaj. Czuję się wtedy nieswojo i jestem bliski paniki — wysyczał prosto w ucho. Roześmiała się, uznając, że jego zazdrość jest na pokaz. Złapała go pod rękę i poprowadziła do bramy. Nie miała ochoty na pożegnanie. Nie po tym, jak podle ją potraktowali. Wiedziała, że będzie musiała ponieść konsekwencje swojego bezczelnego wyjścia. Rodzice prawdopodobnie się obrażą. Może to i lepiej. Przynajmniej nie będzie musiała słuchać ich wyrzutów.

Rozdział VII

Kolejny apartament, bo przecież nie kajuta… Mimo, iż zajmowali się pomieszczeniami drugiej klasy, Annette miała wrażenie, że tworzą coś nowego, przekraczają znane dotąd granice. Niektóre ze statków, jakie oglądała, nie miały takiego standardu w najlepszych pomieszczeniach na pokładzie. Nie chciała myśleć, co będzie dalej. Jedyne, czego była pewna to, że tworzą zupełnie nową jakość. Pozwalano jej na samodzielną pracę. Nie były to może nazbyt wielkie rzeczy, ale układała swoje maleńkie cegiełki w wielkiej budowli. Nie mogła się doczekać, kiedy wejdzie na pokład. Mimowolnie, powoli odczuwała dreszcz emocji na myśl o tym, że wejdą do pustego szkieletu, który sukcesywnie będzie się wypełniał tworząc pływający pałac. Annette na początku nie zdawała sobie sprawy z rozmiarów tego przedsięwzięcia. Wiedziała, jak wielkie będą oba statki, ilu ludzi będzie mogło wejść na pokład, ale dopiero głowiąc się nad ułożeniem jadalni dla bez mała czterech setek pasażerów, która to miała być w samej tylko drugiej klasie, zrozumiała, jak wielkie to dzieło. Czasem udzielał się jej entuzjazm wyczuwalny dookoła całej budowy. I choć nie było to zajęcie, od którego zależałby czyjś los, to każdego ranka biegła z chęcią do swojego wuja, z którym łączyło ją nie tylko wspólne oddanie się projektom, ale teraz wręcz prawdziwa przyjaźń. Nie tylko to zajmowało jej czas. Urządzała niewielki dom na przedmieściach, tam, gdzie po ślubie, który zaplanowany był na pierwszą połowę września tysiąc dziewięćset ósmego roku, mieli zamieszkać z Paulem. Poświęcała mu się bez reszty. Georgina i Andrew Blackwood unieśli się honorem i odmówili przybycia na uroczystość. Ojciec przekazał jej pewną sumę, ale nie próbował nawet ukrywać, że nadchodzący ślub córki uważał za obrazę dla jego domu i nazwiska. Dziewczyna po cichu liczyła na swojego brata. Ale czy George był pewnym typem? Przebywał w Indiach. Pisał sporadycznie, od czasu, gdy owdowiał praktycznie nie było z nim kontaktu. Nie dostała jeszcze odpowiedzi na list, w którym opisała mu wszystko, co się zdarzyło od dnia, w którym poznała Paula. Do ołtarza prowadzić miał ją wuj Alexander. Paul pomagał przy urządzaniu domu, jak tylko mógł i na ile Annette mu pozwalała. Pomagał też podczas przygotowań do ślubu. Wysłali zaproszenie wraz z biletem na jeden ze statków White Star Line dla siostry Paula i jej rodziny, okazało się, bowiem, że dziewczyna jest szczęśliwą mężatką i matką. Narzeczony zarzekał się, iż nic nie wiedział o rodzinie siostry, ale nie był przesadnie zdziwiony całą sytuacją. Nie krył rozczarowania, że siostra przypłynie na pokładzie Baltica, a nie Adriatica, ale jedyny pasujący termin rejsu przypadał na rejs tego pierwszego. Był jeszcze możliwy rejs Mauretanią, ale na to Annette się nie zgodziła. Nie chciała, aby rodzina jej, już zaraz męża, przypłynęła na pokładzie statku należącego, bądź, co bądź, do konkurencji.

Suknia ślubna była prawie gotowa. Zostały dwa tygodnie do zaślubin. Nie planowali żadnej podróży mającej uczcić początek wspólnego życia. Zgodzili się, że ta nastąpi podczas dziewiczego rejsu jednego z tworzonych gigantów. Nie skupiali się nad tym, który z nich da im odpocząć, choć wszystko przemawiało za Titanikiem lub Gigantikiem.

Do ukończenia prac Annette musiała być dostępna. Wiedziała, że po zwodowaniu będzie musiała przenieść się na jakiś czas do Belfastu, gdzie w suchym doku będą prowadzone prace wykończeniowe. Nie chciała rozstawać się z Paulem, ale nie chciała też zawieść wuja, który był jej największym wsparciem. Nie było mowy o tym, by jej, wtedy już, mąż porzucił swoje obowiązki i wraz z nią ruszył do ukochanej Irlandii. Oboje zgadzali się co do tego, że żadne nie porzuci swoich stanowisk. Czuła dreszcz za każdym razem, gdy zajmowała się domem. Nowe tapety, zastawa stołowa, łoże… O tym myślała najwięcej. Była jednocześnie przestraszona i podniecona, aż brakło jej tchu. Nigdy nie pytała, ale zdawała sobie sprawę, że Paul musiał już być z kobietą. Ona, oczywiście, nigdy nie uległa mężczyźnie, bo i nie było żadnego, z którym mogłaby w jakikolwiek sposób się zapomnieć. Bała się, że nie sprosta jego oczekiwaniom. Nawet nie miała z kim porozmawiać o swoich wątpliwościach… Była sama. Odczuwała to coraz mocniej.

Dyskusja nad wystrojem palarni na pokładzie B oraz jadalni na pokładzie D stawała się nużąca. Zastanawianie się nad rodzajami drewna, z jakiego powinny być meble oraz boazerie, nad lakierem, jaki będzie na nich zaczynało usypiać. Annette nie miała nic do powiedzenia, tu jej zdanie się nie liczyło, miała notować tylko to, co zostanie powiedziane, tym bardziej odetchnęła z wielką ulgą, gdy stanęło na wyłożeniu dębem palarni i pokryciu dębowych mebli ciemnozieloną skórą. Z radością powitała też decyzję o mahoniowych stołach i czerwonych obiciach krzeseł w jadalni. Mimo, iż zaczynała lubić to wszystko, jej uwaga była zaabsorbowana wyborem akcesoriów do ślubu. Nie mogła odmówić sobie przyjemności powracania myślami do zakupu fraka dla Paula. Wyglądał szykownie, elegancko jak mało kto. Tak bardzo czekała na ten moment, kiedy powie owo sakramentalne tak.

Stałym elementem myśli Annette był też dom. Jej dom. Sześć pokoi, kuchnia, jadalnia, pomieszczenia dla służby. Prezent od brata, który nie zamierzał wracać z Indii. Dom stał pusty przez kilka lat, a teraz pełen był ludzi, biegających, uwijających się jak w ukropie. Kwiaty, pootwierane okna, ostatnie poprawki przed mającą się odbyć uroczystością. Sto dwadzieścia zaproszonych osób miało składać się na gości weselnych. Chciała skromnej uroczystości. To Paul namawiał ją do urządzenia większego ślubu, wszak taka okazja zdarzała się raz w życiu. W duchu przyznawała mu rację, chociaż cieniem na tym pięknym dniu układała się świadomość, że ani matka, ani ojciec się nie pojawią.

Rozdział VIII

Stała w swoim nowym pokoju, ubrana w suknię, która była, w jej odczuciu, cudem. Madame Duff — Gordon miała gust i smak. Tworzyła małe dzieła sztuki. Annette nie mogła przestać wpatrywać się w lustro. «Sen nocy letniej», taką nosiła nazwę… Lady Lucile nadawała imię każdej kreacji, jaka wyszła z jej domu mody. Ta pasowała wyjątkowo. Każda koronka, każda fałda podkreślała jej dumną postawę. Była otulona tkaniną, ale nie ciężko, niczym w kokonie, ale lekko, jak w chmurach. Tren miał pięć metrów długości, sama suknia zaś skrzyła się perłami. Nie mogła doczekać się momentu, kiedy jej ukochany zobaczy ją i, na co w duchu liczyła, się zachwyci. Wytworny kok krępował ruchy głowy. Bała się poruszyć mocniej, aby misterna fryzura nie rozsypała się niczym domek z kart. Kok był mocno skręcony i spięty tak, aż skóra karku była naciągnięta. Trzy loczki opadały luźno, dwa przy lewej skroni, jeden przy prawej. W tym delikatny diadem, niczym utkany ze srebrzystej mgły, utrzymywał na jej głowie welon. Brylantowe kolczyki, prezent od matki chrzestnej, poruszały się delikatnie przy dyskretnych ruchach głowy.

Kontemplację przerwało pukanie do drzwi. Była pewna, że Paul nie mógł wytrzymać i koniecznie chciałby ją zobaczyć. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to nie jest możliwe. Mieli się spotkać dopiero w kościele. Klamka ustąpiła, bez czekania na zaproszenie z jej strony.

Annette odwróciła się i ujrzała matkę. Już dawno nie przeżyła takiego szoku. Nie wiedziała, co ma zrobić. Czy rzucić się jej na szyję, czy być chłodną i opanowaną. Georgina, jak to zwykle bywało, wybawiła ją z kłopotu.

— Nie przyjechałam na twój ślub. Przemierzyłam Atlantyk w nadziei, że masz jeszcze resztki rozumu — tradycyjnie była wyniosła, ale tym razem cedziła słowa, jakby z trudem panowała nad gniewem. — Chcę cię prosić o zrezygnowanie z tego nierozważnego kroku. Nie wiem, co chciałaś osiągnąć, ale nie wychodź za mąż za tego człowieka. Ani ja, ani ojciec nie zgodzimy się na to, żeby był w naszej rodzinie. Nie chciałam stawiać ci ultimatum, ale musisz wybrać — albo my, albo on.

Łzy zapiekły pod powiekami, kiedy Annette zamknęła na chwilę oczy. Nie wierzyła własnym uszom. Matka i ojciec, oboje przeciwko niej, tak bardzo, że żądali, aby dokonała wyboru. Jak bardzo musieli nienawidzić młodego mężczyzny, wybranka jej serca, jak bardzo musieli nienawidzić jej, swojej jedynej córki, skoro tak stawiali sprawę? Na nic zdały się słowa, w jej przekonaniu, racjonalne, o miłości. Tę matka wyśmiała. Zanim dziewczyna się obejrzała Georgina wyszła. Annette nie zdążyła zebrać sukni i zbiec po schodach, a już usłyszała jak powóz matki ruszył z chrzęstem po żwirowym podjeździe.

Nie pamiętała wiele z uroczystości i przyjęcia. Była nieobecna duchem. Poznała siostrę Paula, nieurodziwą piegowatą kobietę, która siedziała niezadowolona przez cały wieczór. Widziała swoją teściową, która starała się ją wspierać, patrząc przy tym dziwnym wzrokiem na swojego syna. Annette dziwiła się i miała wrażenie, że nie przepadała za swoim dzieckiem. Przygnębiało ją to, że jej podły nastrój zmienił wszystko, co widziała dookoła. Marzyła o końcu tego, wcześniej tak bardzo wyczekiwanego, dnia. Siedziała otumaniona i zamyślona. Po wyjściu z kościoła dostała list zaadresowany ręką matki. W liście tym matka napisała, iż decyzji córki nie zrozumie nigdy i nie widzi powodu, dla którego jakkolwiek mają się kontaktować. Innymi słowy matka nie chciała, by jej dziecko odzywało się do niej. Została sama. Z mężem u boku, ale bez najbliższych. Nawet George, jej jedyny brat, był daleko, nie tylko ciałem, ale i duchem. Ofiarował jej dom, życzył wszystkiego dobrego i tyle. Nie wiedziała, czy znał podejście ich rodziców do tego, co się wydarzyło. Relacje Annette z rodzicami nigdy nie były proste, ale wychowano ją w duchu szacunku i oddania dla nich. Mimo chłodu, jaki od nich bił nie umiała sobie wyobrazić sytuacji, w której żadne z nich nie zechce z nią rozmawiać. Za młodych lat więcej czułości dostawała od ojca niż matki, ale i on daleki był od szachowania uczuciami wobec dzieci. Myślała o swoich przyszłych potomkach, które nie będą znały dziadków. Mimo gorzkich myśli i wszechogarniającego ją smutku w środku zaczął narastać bunt. Miała dość tego, że wszyscy wiedzieli lepiej, co było dla niej dobre, chcieli układać jej życie wedle znanych sobie schematów, ale nie czuła sił, by wyrazić swoje zdanie otwarcie. Już się nie bała się nocy poślubnej. Ufała Paulowi. Zdziwiła się, że był dość brutalny, ale znalazła wytłumaczenie. Przecież tak długo na nią czekał. Nic dziwnego, że go poniosło i sprawił jej niewyobrażalny ból. Nie zwróciła uwagi na to, że odwrócił się plecami bez jednego słowa i zasnął. Nie chciał jej nawet pocałować. Ale i ona, skupiona na swoich niewesołych myślach, zmęczona całym trudnym dniem, nie miała siły na nic więcej, jak tylko sen. Pragnęła, by był ożywczy.

Rozdział IX

Małżeństwo wcale nie było tak cudownym stanem, jakiego się spodziewała. Żyć ze sobą codziennie, pod jednym dachem od rana do nocy to coś zgoła innego, niż spotkania dwa razy w tygodniu po kilka godzin. Poranki spędzali przy jednym stole, on przeglądał prasę, odzywając się półgębkiem, ona próbowała wypytać go o plany na dzień, choć wiedziała, że były codziennie takie same. Paul psioczył na to, co znajdowało się na stole, był niezadowolony, ale stawiała to na karb stresów w banku. Sama wiedziała, że ludzie, jakich spotykała, potrafili czasami wpływać na jej nastrój. Ciężko wymagać było od męża uśmiechu i radości, kiedy w ciągu dnia spotykał, w większości, ludzi niezadowolonych i spieszących się. Annette uważała też, że jego frustracja bierze się z jej braków w dziedzinie fizyczności oraz z niewielkiej ilości czasu, jaki mogła mu poświęcać w ciągu tygodnia. Sobotnie popołudnia i niedziele spędzali z reguły we dwoje i wtedy odczuwała namiastkę dawnych czasów.

Pewnego wtorkowego popołudnia Paul wrócił wściekły. Oznajmił od progu, że właśnie definitywnie rozstał się ze swoją posadą. Miał dość poniżania, jakie, w jego mniemaniu, spotykało go codziennie. Poza tym osobie takiej jak on nie wypadało pracować byle gdzie. Cierpieć na tym miała i jej opinia. Annette patrzyła na męża ze zmarszczonymi brwiami. Już dawno chciała porozmawiać z wujem, aby podał rękę poślubionemu jej mężczyźnie.

Zaproponowała, że następnego dnia porozmawia z Alexandrem, ale jeżeli myślała, że Paul będzie zadowolony, pomyliła się.

— Nie, moja droga. Teraz nie będę pracował. Przy takich pieniądzach, których jestem właścicielem od dnia naszego ślubu, nie zamierzam palcem kiwnąć. A ty, z łaski swojej, idź i popędź te krowy w kuchni. Nie będę siedział głodny po całym dniu! — wykrzyczał prosto w osłupiałą twarz żony.

— Paul, wiem, że jesteś wytrącony z równowagi, ale chciałabym, żebyś zważał na używane słowa … — nie dał jej dokończyć. Podniósł ją za łokieć, ściskając go boleśnie i wyrzucił za drzwi. Zamarła. Nie spodziewała się takiej reakcji. Miała nadzieję, że jak odpocznie, wyśpi się i naje to sam zrozumie, jak bardzo niepoprawnie się zachował. Poszła do kuchni. Nie chciała dać po sobie poznać, że przeżyła wstrząs. Rozcierała ukradkiem bolącą rękę.

Odejście z banku sprawiło, że młody małżonek stał się nieznośny. Podkreślał wciąż, że Paul Hewson już nie musi pracować. Annette wracała więc do domu, w którym siedział zajęty grą w karty i przepijaniem jej pieniędzy. Nie chciał nawet słyszeć o zajęciu się czymś pożytecznym. Kiedy już wychodził z domu, można go było spotkać w pubie w gronie mężczyzn o wątpliwej reputacji lub na wyścigach konnych.

Trzeci tydzień ich wspólnego życia dobiegał końca. Kończyła się też cierpliwość Annette. Tego dnia pełna była złości, gdyż okazało się, iż ostatnie dni wytężonej pracy poszły do kosza, ponieważ Bruce Ismay zmienił koncepcję układu grodzi, które obniżył. Jednocześnie wprowadził zmiany na pokładzie C i D. Za tym kryły się dni pełne napięcia, aby zdążyć ze wszystkimi szczegółami do końca roku. Wedle umowy.

W podłym nastroju nie wytrzymała patrząc na męża, który zalegał w fotelu, wpatrując się bezmyślnie w ogień płonący w kominku i kręcąc kółka szklaneczką whisky. Oczy miał mniejsze niż zwykle, zatem nie była to pierwsza dziś szklaneczka, jaką musiał wychylić.

— Mam tego dość — zaczęła spokojnie. — Albo zaczniesz coś robić, albo nie dostaniesz więcej grosza! — w tym ultimatum Annette widziała jedyną szansę na dotarcie do Paula.

— Coś powiedziała? Powtórz! — wycharczał, wstając i podchodząc bliżej swojej żony, która delikatnie się odsunęła, czując zapach alkoholu, który bił mocno od mężczyzny.

— Nic nie muszę powtarzać. Doskonale wiesz, że od dwóch tygodni nie robisz nic poza zabawą. Tak się nie da żyć! — Annette patrzyła twardo w jego stalowe oczy. Najgorsze było już, w jej mniemaniu, za nią. Przełamała się, zrobiła pierwszy krok. Paul odwrócił wzrok. Jeśli myślała, że go zawstydziła, to się pomyliła. Po chwili uszu jej dobiegł chrapliwy śmiech, a zaraz potem poczuła, jak jego dłoń odbija się od jej twarzy. Nie czuła nawet bólu, tylko upokorzenie.

— Ja jestem panem tego domu, ciebie i naszych pieniędzy. Nigdy więcej nie będziesz mi mówić, co mam robić — kolejne uderzenie odwróciło jej głowę i zapiekło żywym ogniem. — Jesteś mi winna posłuszeństwo. Masz misję? To szoruj do roboty.

Usłyszała tylko trzaśnięcie drzwiami. Dopiero teraz w pełni zdała sobie sprawę, że miała obolałą twarz, która wydawała się ściągnięta. Uciekła do swojej garderoby. W lustrze kunsztownie rzeźbionej toaletki zobaczyła okrągłe ze zdziwienia oczy. Pod jednym szybko rósł siniak. Łkając zaszyła się w swoim pokoju, drżącymi rękami zdejmując suknię i zostając tylko w bieliźnie. Usłyszała otwierane dość brutalnie drzwi. Nie zdążyła się dobrze odwrócić, a już trzymał ją za ręce i patrzył prosto w jej oczy. Zimny. Zły. Przerażający. Jej mąż. Pan i władca.

— Nigdy więcej, panienko — popchnął ją. — Przestań ryczeć, nie udawaj bardziej żałosnej niż jesteś — tym razem popchnięcie powaliło Annette na łóżko. — A teraz dasz mi to, co mi się należy — wysyczał, siłą rozbierając i przygwożdżając ją całym ciężarem ciała do łóżka. — Zachowuj się jak żona, bo za moment podmaluję ci drugie oczko — wycedził.

Annette nie broniła się. Nie miała aż tyle siły. Nawet nie krzyczała, bo i po co? Kto by jej pomógł? Gryzła wargi z bólu, kiedy brał ją w posiadanie. Szczęśliwie szybko osiągnął szczyt i wyszedł, nie obdarzając przerażonej młodej kobiety nawet jednym spojrzeniem.

Rozdział X

Ciężko było wytłumaczyć wujowi przyczynę niedyspozycji i nieobecności. Leżała w domu przez dwa dni. Paul nawet nie pofatygował się sprawdzić, co się z nią działo. Nie wychodziła z domu przez prawie tydzień, do dnia, w którym siniak stracił na intensywności, a puder przykrył to, co jeszcze zostało. Potem starała się żyć normalnie. Raz Paul odwiedził ją w sypialni. Tym razem był w miarę czuły, choć daleko było do tego, co Annette przypadkiem poznała ze skandalizujących i bogatych w szczegóły, ale jednak fascynujących książek. Sam wyprowadził się do innego pokoju mówiąc, że nie może znieść zapachu jej mdłych perfum.

Nie zwracał uwagi na potrzeby i pragnienia żony. Nie liczyła się, to on i jego potrzeby były ponad wszystkim. Jeszcze bardziej skupiła się na pracy. Tylko tam mogła oderwać się od swoich ponurych myśli. Czekała na wyjazd do Belfastu. Po raz pierwszy odliczała dni do momentu, w którym nie będzie musiała oglądać męża. Tymczasem Paul zaczął się zmieniać. Pewnego dnia zastała go w domu skruszonego. Prawie płakał, przepraszając ją i obsypując kwiatami. Błagał o wybaczenie. Annette nie chciała szybko ulec. Trzymała dystans, choć postanowiła dać mu szansę. Miała nadzieję, że w końcu jej małżeństwo zacznie być prawdziwe. Nie chciała już udawać przed ludźmi, chciała żyć tak, jak udawała, że żyje. Wyjazd do Irlandii okazał się zbawienny dla obojga. Paul tym razem pojechał razem z nią. Spędzili tam trzy dni dłużej, niż powinni. Patrzyła na swojego męża i złe wspomnienia blakły. Nadal były, czasem wracały, ćmiły, jak chory ząb, ale nie przysłaniały wszystkiego. Paul zabrał ją do Dublina i prowadzał po zakamarkach miasta, pokazywał swoje ulubione miejsca. Przypominał jej tego człowieka, którego poznała.

Oprócz pracy młoda mężatka zajmowała się domowymi obowiązkami. Po raz kolejny musiała zmienić służące. Jedna kradła, druga popijała. Jedynie kucharka i stary kamerdyner byli godni zaufania. W końcu do jej domu trafiła młoda dziewczyna imieniem Mary. Spokojna, cicha, bardzo obowiązkowa. Annette uznała, że to wszystko zaczyna się układać. Zatrudniła też Emilie, która była jej prawą ręką w domu, niewiele starszą od niej samej kobietę z Essex. Była tym, kogo Annette najbardziej potrzebowała. Doglądała wszystkiego, prowadziła rachunki, które raz w tygodniu przedkładała swojej pracodawczyni. Nie miała rodziny, więc mogła w pełni oddać się prowadzeniu domu państwa Hewson.

Wszyscy, którzy widywali Annette każdego dnia pytali, kiedy w końcu będzie widać, że jej szczęście w domu jest pełne. Nie mówili wprost, ale ona wiedziała. Chodziło o dziecko. Pragnęła maleństwa ogromnie, ale nie chciała, by było teraz. Robiła wszystko, by opóźnić zajście w ciążę. Udawało się bez problemu. W dniach, kiedy poczęcie było prawie pewne podlewała Paula dobrym alkoholem. Wtedy nie był w stanie się ruszyć i zasypiał w fotelu. Zresztą on nie bardzo chciał dziecka. Stwierdził, że kiedy będzie na to dobry czas sam zacznie ją ku temu mocno namawiać. Czasem łapała się na myśli, że Paul nie jest tym, kogo chciałaby widzieć w roli ojca jej dzieci. Nie wiedziała, czemu takie myśli pojawiały się w jej głowie. Przecież wszystko było dobrze. Prawie idealnie. To, co się stało nazywała w myślach incydentem. Nie wracali do tego. Dla jej męża nie stało się nic. Już nie rozmawiała z nim o pracy ani o pieniądzach. Dobrze zainwestowane dawały plon. Bała się tylko momentu, w którym Paul zacznie przekraczać granice dobrego rozsądku, a to mogło stać się w każdej chwili. Miała jednak cichą nadzieję, że już zachłysnął się bogactwem. Od pewnego czasu nie wydawał pieniędzy bez opamiętania. Zresztą, nie miał dostępu do wszystkiego. Oszukała go z czystą premedytacją, że dużą część majątku będzie mogła podjąć dopiero po ukończeniu trzydziestego roku życia. Uwierzył.

Czas mijał w miarę spokojnie. Jesień przeszła w zimę dość łagodnie… Tego popołudnia śnieg padał cicho. Annette pochylała się nad stołem, na którym rozłożone były różne próbki materiałów. W pokoju panował półmrok i lekki chłód. Emilie krzątała się w jej sypialni, Paul wyruszył z wizytą do swojej matki. Zajęta pracą, która nie szła łatwo, nie usłyszała pukania do drzwi. Nie czuła się pewnie w powierzonej jej materii. Kolejny arkusz papieru został zgnieciony. Miotała pod nosem różne inwektywy, których dama nie powinna nawet znać. Niestety, kilkukrotne wizyty w stoczni sprawiły, że podłapała język robotników. Nie lepiej było i w jej domu. Paul często mówił prostacko, przestał się silić na kulturę. Annette starała się go poprawiać, ale był to próżny trud, szczęśliwie przy ludziach się hamował. Kolejny głęboki wdech napełnił płuca powietrzem.

— Aż tak ciężko? — Annette usłyszała głos za swoimi plecami. Odwróciła się szybko, sprawiając, że wszystko to, co zajmowało miejsce na stole, posypało się z głuchym odgłosem na puszysty dywan w kolorze dojrzałego wina.

— Natrę uszu mojej służącej, że nie zapowiada gości należycie — uśmiechnęła się półgębkiem, idąc w stronę gościa. — Rada jestem pana widzieć — podała rękę do pocałowania.

Thomas Andrews spojrzał ponad jej ramieniem na podłogę, gdzie zapanował chaos. Annette czym prędzej ujęła swojego gościa pod ramię i stanowczo wyprowadziła z pokoju, który, może trochę na wyrost, nazywała pracownią. Starała się, aby do tego surowego pomieszczenia nikt nie wchodził bez potrzeby i bez jej wiedzy. Pilnowała jedynego klucza, sama utrzymywała tam względny porządek. Każde poważne, większe sprzątanie odbywało się tylko za jej przyzwoleniem i pod czujnym okiem dziewczyny. Pokój nie był duży, podłogę pokrywał puszysty dywan, jeszcze pachnący nowością, po którym często chodziła boso. Rzeźbiona dębowa komoda, takiż masywny stół, dość surowy w swoim wyglądzie, proste półki, na których stały książki, oraz fotel, dwa krzesła w stylu Empire i pianino, jeszcze nigdy nieużywane. Pierwotnie miała być to biblioteka, jednak szybko przysposobiła to pomieszczenie do pracy. W tym pozornym chaosie i niedobraniu mebli do siebie czuła się swobodnie, a to tworzyło atmosferę dobrą do działania. Czasami zamykała się tu podczas napadów melancholii. Paul nigdy jej nie odwiedzał w owej samotni, nie ciągnęło go tam. Tylko raz przyszedł za nią, kiedy przemawiali się w sprawie zaproszenia jego matki. Annette nie umiała zacieśnić stosunków z teściową. Nie była ona złą kobietą, ale nie chciała się przed nią otwierać. Teściowa chciała, aby Annette traktowała ją jak powiernicę. Na to zgodzić się nie umiała.

Poprowadziła Thomasa do salonu, w którym było jasno i ciepło. Ogień w kominku trzaskał wesoło. Emilie wniosła tacę z herbatą oraz ciastkami z bakaliami i miodem. Jej gość usiadł na fotelu i bez słowa patrzył na nią. Poczuła się skrępowana.

— Czy coś się stało? — przeciągające się milczenie sprawiało, że zaczęła się denerwować.

— Właśnie sam się nad tym zastanawiam. Ciężko nawiązać z panią kontakt — odparł biorąc do rąk filiżankę z cienkiej, prawie przezroczystej, delikatnej, porcelany. — Na kolejną depeszę pani nie odpowiedziała, więc, będąc tu za sprawunkami postanowiłem udać się do źródła w celu uzyskania odpowiedzi.