Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W ciemność - Anna Bolava

Rytm życia Anny Bartákovej wyznaczają cowtorkowe wizyty w skupie. Zioła, które z pasją zbiera już od dzieciństwa, kontynuując rodzinne tradycje (babcia, za której duchową spadkobierczynię się uważa, słynęła ze swych zielarskich talentów na całą okolicę), stopniowo stają się przedmiotem obsesji, pieczołowicie planowane wyprawy po nie – jedynym sensem i celem życia.

W ciemność to opowieść o życiu w dusznym postkomunistycznym miasteczku i o kontakcie z przyrodą, która staje się ucieczką, ale to również studium rozpadu osobowości. Wszystko, o czym opowiada narratorka, jest jednocześnie przefiltrowane przez zakorzenioną w ludowej, magicznej wizji świata wrażliwość – rośliny, zwierzęta, rzeki, a nawet strychy bywają tu reprezentantami tajemniczych, nadprzyrodzonych sił.

Powieść uhonorowana nagrodą Magnesia Litera.

Opinie o ebooku W ciemność - Anna Bolava

Fragment ebooka W ciemność - Anna Bolava

Anna Bo­la­vá

W ciem­ność

Z cze­skie­go prze­ło­ży­ła: Aga­ta Wró­bel

Wro­cław 2017

Dla Ewy. Obie wie­my

Wszyst­kie opi­sa­ne w książ­ce ro­śli­ny są au­ten­tycz­ne.

Hur­to­wy zbiór ziół nie jest za­ję­ciem dla osób o sła­bych ner­wach.

Anna Bar­táko­vá

Roz­dział pierw­szy

Lipa drob­no­list­na – kwiat

Nie mogę się po­wstrzy­mać i znów wy­cho­dzę na po­dwór­ko. Pa­nu­je tu już cień, ale spę­ka­ny be­ton wciąż jest roz­grza­ny po upal­nym dniu. Spo­glą­dam w górę. Na za­cho­dzie pięk­ne nie­bo bez zmian. Chyli się co­raz ni­żej, roz­ja­rzo­ne w oddali po­ma­rań­czo­wym świa­tłem. Ze wscho­du nad­cią­ga­ją ciem­ne chmu­ry. Wy­glą­da­ją groź­nie, ale suną powoli, więc wciąż nie wiem jesz­cze, co zro­bię. Bę­dzie lało, to pew­ne. Mar­ce­la już go­dzi­nę temu ostrze­ga­ła mnie przez płot, a sama po­cho­wa­ła do piw­ni­cy wszyst­kie do­nicz­ki i skrzyn­ki. Wła­śnie za­my­ka się w domu na klucz. Nie ma jesz­cze szó­stej, ale dziś na dwo­rze nikt jej już nie zo­ba­czy. Bo to przyj­dzie dzi­siaj. Py­ta­nie tyl­ko kie­dy. Z czym jesz­cze zdą­żę. Ile wziąć to­reb i czy będę po­trze­bo­wać no­ży­czek. Jest mi go­rą­co, nogi mam jak z waty. Słoń­ce wciąż grze­je, nie­mi­ło­sier­nie ra­żąc w oczy. Le­piej za­ło­żę ciem­ne oku­la­ry i chust­kę na gło­wę. Albo nie, po­ja­dę bar­dzo szyb­ko, może le­piej zo­sta­wić wło­sy roz­pusz­czo­ne. Tyl­ko pręd­ko. Nie ma cza­su do stra­ce­nia. Wy­cią­gam z szo­py ro­wer i pa­ku­ję do ko­szy­ka trzy wiel­kie pa­pie­ro­we tor­by. Przy­ci­skam je ka­mie­niem, żeby nie od­le­cia­ły po dro­dze. Na miej­scu się oka­że, czy dam radę je za­peł­nić. Po­ja­dę na ry­nek, a po­tem wró­cę do­łem, koło Bub­na. Mar­ce­la po­za­my­ka­ła okien­ni­ce, ale jed­no z okien wciąż jest otwar­te, za fa­lu­ją­cą fi­ran­ką gra te­le­wi­zor, wła­śnie leci pro­gno­za po­go­dy. Chy­ba nie jest tak źle, sko­ro jesz­cze nie po­odłą­cza­ła wszyst­kie­go od prą­du. Może uda się dużo na­zry­wać. Jeśli tyl­ko się po­spie­szę. Od tych go­rącz­ko­wych ru­chów tro­chę krę­ci mi się w gło­wie, za­le­wa mnie fala mdło­ści. Za dużo szczę­ścia jak na je­den dzień, prze­ro­sło mnie to. Nie mogę się już do­cze­kać, ogar­nia mnie co­raz więk­szy nie­po­kój.

Na dwo­rze pa­nu­je nie­zno­śny upał, czu­ję, jak na­pie­ra z każ­dej stro­ny, na­wet kie­dy jadę szyb­ko. Wło­sy roz­wie­wa mi wiatr, rów­nie go­rą­cy; to do­brze. Przy­naj­mniej wy­schną i nie będę się po­tem mę­czyć w nocy. Do ryn­ku pro­wa­dzi pro­sta, mało ru­chli­wa dro­ga i kie­dy nie pe­da­łu­ję aku­rat jak sza­lo­na, pusz­czam kie­row­ni­cę i roz­po­ście­ram ręce na boki. Pę­dzę przez mia­sto, któ­re sma­ży się w czerw­co­wym słoń­cu i któ­re za parę go­dzin ostu­dzi rzę­si­sty deszcz. Ścią­gam wstąż­kę, wło­sy roz­wie­wa­ją się na wszyst­kie stro­ny, tań­czą na wie­trze ni­czym pło­mie­nie. Chcia­ła­bym za­mknąć oczy i wzbić się w po­wie­trze, ale mu­szę się po­wstrzy­my­wać – mo­gła­bym ko­goś spo­tkać i zno­wu lu­dzie za­czę­li­by ga­dać, że nie umiem się za­cho­wać. Ci przy­ziem­ni drob­no­miesz­cza­nie ni­g­dy nie zro­zu­mie­ją, cze­go po­trze­bu­je do ży­cia nim­fa. Ła­pię za kie­row­ni­cę i na­ci­skam na pe­da­ły. Nie ma co tra­cić cza­su. Wiatr przy­bie­ra na sile – nie tyl­ko dla­te­go, że pę­dzę na zła­ma­nie kar­ku. Jadę głów­ną dro­gą, koło mły­nów­ki, na ry­nek, na pierw­szą w tym roku lipę. Coś fak­tycz­nie wisi w po­wie­trzu. Bę­dzie pa­dać, i to po­rząd­nie. Taki dziw­ny, roz­pa­lo­ny do czer­wo­no­ści dzień nie może skoń­czyć się ina­czej. Mar­ce­la nie zwle­ka. Wła­śnie usły­sza­ła w te­le­wi­zji strasz­ną prze­po­wied­nię. Cała lep­ka od potu klę­czy przy gniazd­ku i cią­gnie za wtycz­kę od prze­dłu­ża­cza. Ani drgnę­ła; z ca­łej siły szar­pie nią na boki. Choć­by mia­ło od­paść jesz­cze wię­cej tyn­ku, wy­cią­gnie ją, i już. Po­tem to samo zro­bi w kuch­ni i w sy­pial­ni. Gdy­by mo­gła, odłą­czy­ła­by od prą­du la­tar­nię, któ­ra stoi na uli­cy przed do­mem. Cała jest czer­wo­na i w ner­wach, krew pul­su­je jej w skro­niach, ale do ła­zien­ki już dziś nie pój­dzie. Kła­dzie się na ka­na­pie i na­kry­wa gru­bym ko­cem. To już nie pierw­szy raz, kie­dy ze stra­chu się nie umy­ła i te­raz po­zo­sta­je jej le­żeć po ci­chu w ciem­no­ści i śmier­dzieć. Ach, żeby cho­ciaż za­mknąć oczy i mieć to szyb­ko za sobą. Jak Bóg da, ju­tro przyj­dzie nowy dzień i Mar­ce­la otwo­rzy okno. Do tego cza­su wy­trzy­ma pod ko­cem. Zresz­tą te­raz nie bę­dzie mia­ła wy­bo­ru – wła­śnie przy­szło lato, a wraz z nim bu­rze i ule­wy.

Je­stem na ryn­ku, słoń­ce cho­wa się już za ho­ry­zon­tem. Dwie z lip jesz­cze nie kwit­ną, dwie już za­czy­na­ją, ale na ra­zie do­pie­ro w po­ło­wie. Ostat­nia, naj­star­sza, to praw­dzi­wy cud, cała jest ob­sy­pa­na kwia­ta­mi, cięż­kie ga­łę­zie nie­mal się­ga­ją zie­mi. Ci­skam ro­wer w za­ro­śla pod mu­rem i chwi­lę póź­niej sto­ję już pod drze­wa­mi. Wi­tam się z czar­ny­mi ro­bacz­ka­mi i ma­leń­ki­mi musz­ka­mi. W pro­mie­niach słoń­ca wi­ru­ją roje ko­ma­rów. Pro­szę, je­stem tu, cała dla was. Otwie­ram tor­bę, któ­rą za­wie­si­łam so­bie na le­wym ra­mie­niu, a pra­wą ręką chwy­tam po­kry­tą kwia­ta­mi ga­łąź. Przy­cią­gam ją do sie­bie i za­bie­ram się do pra­cy. Psz­czo­ły były tu jesz­cze przede mną, mu­szę na nie uwa­żać. Więk­szość lata wy­so­ko nad moją gło­wą; rój fa­lu­je w ko­ro­nie po­ru­sza­ne­go cie­płym wia­trem drze­wa. Brzę­cze­nie jest wszech­obec­ne i, po­dob­nie jak za­pach lipy, jak zwy­kle za­chwy­ca­ją­ce. Chwi­lę zaj­mu­je mi oswo­je­nie się z miej­scem i z roz­mia­rem kwia­tów. Kil­ka­krot­nie prze­su­wam też tor­bę w po­szu­ki­wa­niu naj­wy­god­niej­sze­go usta­wie­nia. W koń­cu zo­sta­wiam ją prze­wie­szo­ną przez nad­gar­stek; z ra­mie­nia tyl­ko się zsu­wa­ła i spo­wal­nia­ła pra­cę. Te­raz wszyst­ko musi iść pio­ru­nem, każ­dy ruch po­wi­nien płyn­nie prze­cho­dzić w na­stęp­ny. Zry­wa­nie kwia­tu lipy to pięk­ne, uro­czy­ste prze­ży­cie, ale żeby ro­bić to z wdzię­kiem, po­trze­ba lat prak­ty­ki. Kie­dy dłoń har­mo­nij­nie współ­gra z drze­wem, od razu tor­ba jest peł­na do po­ło­wy. To do zro­bie­nia w dzie­sięć mi­nut. Ru­chy rąk mu­szą być od­po­wied­nio sko­or­dy­no­wa­ne, ina­czej czło­wiek zdo­ła ze­brać naj­wy­żej tyle co dla sie­bie. U nas w oko­li­cy nie opa­no­wał tej sztu­ki nikt poza mną i cie­szy mnie ta myśl. Miej­sco­we lipy na­le­żą do mnie. Drze­wa przy dro­dze niech sto­ją odło­giem, wy­da­ne na pa­stwę psz­czół, mszyc i ku­rzu, ale te są moje! Zna­my się od za­wsze, je­ste­śmy so­bie pi­sa­ne. Wiem, z któ­rych ga­łę­zi mogę zry­wać, a któ­re le­piej zo­sta­wić. Od lat roz­róż­niam ro­dza­je kwia­tów i już z da­le­ka umiem od­gad­nąć, jak wyj­dą wa­go­wo. Te mniej­sze le­piej na­da­ją się na na­lew­ki, więk­sze tra­fia­ją do sku­pu.

Coś ugry­zło mnie w ra­mię, opę­dzam się ręką. Wciąż jest po­twor­nie go­rą­co i chce mi się pić. Te wło­sy co­raz bar­dziej dzia­ła­ją mi na ner­wy. Mu­szę wró­cić po wstąż­kę, zo­sta­wi­łam ją owi­nię­tą wo­kół kie­row­ni­cy. Nie cier­pię, kie­dy przy pra­cy wcho­dzą mi do ust i wpa­da­ją do oczu. Dla­cze­go nie wzię­łam chust­ki? Przy twa­rzy lata mi chma­ra owa­dów i dłu­gie ko­smy­ki, nie­wie­le już wi­dzę. Roz­pra­szam się i za­czy­nam wpa­dać w pa­ni­kę. Ocie­ram czo­ło, a tor­ba spa­da w tra­wę. Pró­bu­ję ucze­sać się ja­koś spo­co­ny­mi rę­ka­mi, dło­nie mam całe w pył­ku. Uspo­ka­jam się, do­pie­ro kie­dy mam już na gło­wie wiel­ki, prze­wią­za­ny wstąż­ką wę­zeł – znów wi­dzę nor­mal­nie. W dro­dze po­wrot­nej roz­pusz­czę wło­sy, niech wy­schną do koń­ca; te na spo­dzie są jesz­cze wil­got­ne. Nie cho­dzę spać z mo­krą gło­wą. Nie cier­pię tego uczu­cia – i tego bólu. Na po­cząt­ku tyl­ko czai się w ukry­ciu, ale po­tem nie­bez­piecz­nie przy­bie­ra na sile. Jak to pod­stęp­ne słoń­ce. Mo­gło­by wresz­cie zajść i dać mi spo­kój, ale wciąż grze­je. Sta­nę­łam w złym miej­scu, chwi­la­mi pro­mie­nie prze­świe­ca­ją po­mię­dzy ga­łę­zia­mi i rażą mnie pro­sto w oczy, a moje czo­ło roz­ci­na nóż, któ­ry ostrzem wbi­ja się głę­bo­ko w mózg po pra­wej stro­nie. Na mo­ment po­grą­żam się w ciem­no­ści, ale trwa to tyl­ko chwi­lę. Po­tem świa­tło stop­nio­wo wra­ca; z po­cząt­ku jest ciem­no­nie­bie­skie. Po­tem blak­nie i jest po wszyst­kim. Pod­stęp­ne pro­mie­nie. Dla­cze­go nie mam oku­la­rów? Prze­cież je bra­łam, nie je­cha­ła­bym bez nich. Może wy­pa­dły mi gdzieś po dro­dze. Zry­wam da­lej. Wszę­dzie peł­no kwia­tów, ale da­le­ko mi do za­do­wo­le­nia. Nie mogę się skon­cen­tro­wać. Ner­wo­wo omia­tam wzro­kiem po­zo­sta­łe ga­łę­zie, może tam znaj­dę coś lep­sze­go, tu­taj wie­le już chy­ba nie zwo­ju­ję. Idzie mi wol­niej, niż bym chcia­ła, raz po raz coś bu­rzy upra­gnio­ną har­mo­nię ru­chów. Cza­sem kwia­to­stan jest roz­dar­ty na pół albo tra­fiam na kar­ło­wa­ty eg­zem­plarz, in­nym ra­zem pącz­ki są zle­pio­ne i po­kry­te ciem­ny­mi plam­ka­mi. To nie jest do­bre miej­sce. Nie ma co tra­cić tu cza­su. Prze­su­wam się da­lej, ob­cho­dzę drze­wo na­oko­ło. Z każ­de­go miej­sca bio­rę prób­kę, ale w tor­bie spe­cjal­nie od tego nie przy­by­wa.

Idę da­lej, pod drze­wo obok. Ga­łę­zie ma wy­żej, kwia­ty są za­mknię­te, nie­któ­re ku­lecz­ki na­wet jesz­cze nie pę­kły, za wcze­śnie na to. Ale chwi­lę po­zbie­ram, chcę tu tro­chę po­być, na­cie­szyć się za­pa­chem, któ­ry uno­si się wszę­dzie w po­wie­trzu. Na wy­so­ko­ści trzech me­trów, gdzie do­cie­ra naj­wię­cej słoń­ca, oczy­wi­ście wszyst­ko kwit­nie na­raz, ale żeby się tam do­stać, po­trze­ba dra­bi­ny. Gdy­bym tak mia­ła dra­bi­nę… I gdy­by ta lipa sta­ła u nas w sa­dzie, a nie tu, na wi­do­ku… Ile cza­su za­ję­ło­by mi obe­rwa­nie wszyst­kich kwia­tów? Tak, żeby nie zo­stał ani je­den? I co bym z nimi zro­bi­ła? Mia­ła­bym za­sy­pa­ny cały strych, po kil­ka warstw. Poza tym żeby wszyst­ko szyb­ko się usu­szy­ło, mu­sia­ło­by być cie­pło i dość wietrz­nie. Mo­gła­bym za­ko­pać się w sto­sach kwia­tów i tak umrzeć wśród nich. Czy ist­nie­je pięk­niej­sza śmierć? Nikt ni­g­dy by mnie tam nie zna­lazł. Roz­pu­ści­ła­bym się w tym obez­wład­nia­ją­cym za­pa­chu, usu­szy­ła się po ciem­ku na ga­ze­tach – prze­dziw­ny ludz­ki kwiat. Jak dłu­go schła­by lipa, a jak dłu­go ja? Jaki jest wła­ści­wie wskaź­nik usy­chal­no­ści czło­wie­ka?… Gdy­bym rze­czy­wi­ście ogo­ło­ci­ła całe drze­wo, Mar­ce­la mu­sia­ła­by za­wieźć mnie do sku­pu sa­mo­cho­dem i po­ło­wę za­ro­bio­nych pie­nię­dzy od­da­ła­bym jej na ben­zy­nę. Prze­ły­kam gę­stą, gorz­ką śli­nę, od­pę­dzam nie­przy­jem­ne myśli.

Wsia­dam na ro­wer i jadę da­lej. Tu­taj nie dam już rady do­się­gnąć ga­łę­zi, na któ­rych są doj­rza­łe kwia­ty, nie­zno­śne uczu­cie. Prze­kli­na­jąc w du­chu, na­ci­skam na pe­da­ły. Bu­rza, któ­ra od ja­kie­goś cza­su wisi w po­wie­trzu, jest już co­raz bli­żej. Słoń­ce zni­kło. Już wiem, że dziś by­łam tu tyl­ko na zwia­dach i wró­cę znów za parę dni. Nie będę się umar­twiać i zbie­rać ta­kiej drob­ni­cy, to tyl­ko stra­ta cza­su. Ja, jeśli zry­wam, to od razu hur­to­we ilo­ści, w tym je­stem na­praw­dę nie­zła. Ro­bię to od czte­rech lat. Co roku. Od wio­sny do je­sie­ni, od wscho­du do za­cho­du słoń­ca, a na­wet dłu­żej. Tyl­ko zio­ła jesz­cze się dla mnie liczą. To za ich spra­wą po­jawili się w moim ży­ciu róż­ni lu­dzie, wy­da­rze­nia, sy­tu­acje – a po­tem wszyst­ko się po­plą­ta­ło. One za­cza­ro­wa­ły moje nie­po­zor­ne, zwy­czaj­ne ży­cie. Nada­wa­ły mu sens, by po­tem znów go ode­brać; prze­wra­ca­ły wszyst­ko do góry no­ga­mi i przy­no­si­ły uko­je­nie w naj­gor­szych chwi­lach. Moje uko­cha­ne zio­ła.

***

Zjeż­dżam w kie­run­ku Bub­na. Wody jest mało. Ob­umar­łe ko­ry­to rze­ki wy­da­je się po­grą­żo­ne w peł­nym na­pię­cia ocze­ki­wa­niu. Jesz­cze chwi­la i znów po­pły­nie nim stru­mień męt­nej wody. W koń­cu za­raz się za­cznie. Może Mar­ce­la zdo­bę­dzie się na od­wa­gę i pój­dzie za­pa­lić świecz­kę na oknie. Jest prze­sąd­na, a to tro­chę po­ma­ga. A może wszyst­ko prze­śpi, co in­ne­go mia­ła­by ro­bić sama w ciem­nym domu? Wa­riat­ka, w za­sa­dzie to do­brze, że sie­dzi tam za­mknię­ta, dla nie­któ­rych lu­dzi na­praw­dę le­piej, kie­dy o ni­czym nie wie­dzą. Już od paru dni zgry­wa waż­ną i prze­chwa­la się, że do­sta­ła od Mi­lu­ški nowe ta­blet­ki na­sen­ne. Cie­ka­we, czy od­wa­ży się po­łknąć choć­by jed­ną. Nie są­dzę. Jesz­cze coś by jej w nocy umknę­ło. Ci­skam ro­wer w wy­so­ką tra­wę pod sta­rym dę­bem, któ­ry ro­śnie przy sta­wie, i idę pod jed­ną z naj­star­szych lip w oko­li­cy. Ma już swo­je lata, w dol­nych par­tiach jest zmur­sza­ła, może na­wet mar­twa, ale wciąż gdzie­nie­gdzie coś się jesz­cze po­ja­wi. Dwie z ga­łę­zi zwi­sa­ją ni­sko nad wodą, jeśli uda mi się utrzy­mać rów­no­wa­gę – i tor­bę – dam radę do­się­gnąć kwia­tów. Nie ma ich wie­le, ale są do­rod­ne, zdro­we i świe­że – po pro­stu kró­lew­skie. Od razu wi­dać, że mam w tor­bie coś wy­jąt­ko­we­go. Po­chy­lam się nad wodą i przy­cią­gam do sie­bie całą ga­łąź. Mu­szę uwa­żać, żeby jej nie zła­mać, nie śmia­ła­bym skrzyw­dzić kró­lo­wej.

Z okna cha­łu­py nie­opo­dal wy­chy­la się sta­ra To­ma­no­vá. Zno­wu się na mnie gapi, jak zwy­kle z nie­chę­cią. Jak­bym przy­cho­dzi­ła tu kraść. Czy to jej drze­wo? Może cze­ka, aż zno­wu spad­nę, na dole pra­wie nie ma wody, tyl­ko grzą­skie bło­to, pi­jaw­ki i lar­wy ko­ma­rów. Nie dam jej tej sa­tys­fak­cji, nie za­mie­rzam ni­g­dzie spa­dać. Już ju­tro bło­ta nie bę­dzie wi­dać spod wody, któ­ra gro­ma­dzi się wła­śnie w chmu­rach nad lipą i moją gło­wą, nad cha­łu­pą i sta­rą To­ma­no­vą, a ju­tro wy­stą­pi z brze­gów, za­le­je tra­wę i wszyst­kie kwia­ty, któ­rych nie zdą­żę dziś ze­rwać. To już nie­dłu­go. Szyb­ko zry­wam ostat­nie sztu­ki, a po­tem zdej­mu­ję tor­bę z ra­mie­nia. Prze­trzą­sam za­war­tość, wy­cią­gam parę zie­lo­nych liści, któ­re za­plą­ta­ły się wśród kwia­tów. Po ple­cach ciek­nie mi pot, mo­kre wło­sy kle­ją się do czo­ła. Bio­rę ro­wer i wy­pro­wa­dzam go na dro­gę. Ka­mien­nej twa­rzy sta­ru­chy nie ma już w oknie.

***

Kie­dy wsia­dam na ro­wer, roz­le­ga się pierw­szy grzmot. Nie wi­dzia­łam bły­ska­wi­cy, więc bu­rza pew­nie jest jesz­cze da­le­ko. Mu­szę po­je­chać koło szkół­ki dla psów, bywa tam pięk­ny mni­szek. Mam jesz­cze jed­ną tor­bę, jeśli na­peł­nię ją te­raz li­ść­mi, kie­row­ni­ca bę­dzie ob­wie­szo­na już z obu stron. Szyb­ko pe­da­łu­ję, żeby zdą­żyć na­zry­wać jak naj­wię­cej. Wiatr jest już chłod­niej­szy. Pusz­czam kie­row­ni­cę i ścią­gam z wło­sów wstąż­kę. Mu­szą wy­schnąć na noc, ina­czej bę­dzie mnie bo­leć gło­wa. Może trze­ba było od­pu­ścić so­bie ką­piel o tak póź­nej po­rze. Mo­głam wcze­śniej za­uwa­żyć te chmu­ry. Jesz­cze tego te­raz nie roz­cze­szę i Mar­ce­la znów ob­sma­ru­je mnie na tar­gu. Wszyst­kie ję­dze z uli­cy będą się ga­pić, co mam w tor­bach, a co na gło­wie – i co z dwoj­ga wy­glą­da go­rzej. Mu­szą wy­schnąć, i już. Do­jeż­dżam do celu. Zwal­niam i ból w udach słab­nie. Przy­da­ło­by się na­sma­ro­wać przed­ni ha­mu­lec, co za okrop­ny dźwięk. Nie­po­trzeb­nie ścią­gam uwa­gę na sie­bie i swo­ją pra­cę. Jesz­cze za­nim zdo­łam uspo­ko­ić od­dech, wi­dzę, że za dużo so­bie wy­obra­ża­łam. Ani ka­wał­ka zie­le­ni. Nie zo­stał na­wet listek. W tym roku mło­dy Sta­něk wziął się za ko­sze­nie parę ty­go­dni wcze­śniej niż zwy­kle. Pa­trzę na ogo­ło­co­ną zie­mię i już wiem, że dłu­go nic tu nie wy­ro­śnie. Sta­ňek ma do ogrod­nic­twa rów­nie do­brą rękę jak kie­dyś jego nie­szczę­sny oj­ciec.

Kie­dy by­łam mała i nie mia­łam jesz­cze po­ję­cia, że na liściach mnisz­ka moż­na cza­sem za­ro­bić wię­cej niż na ko­rze­niach, cho­dzi­łam pod szkół­kę tyl­ko na ja­sno­tę. W któ­rąś nie­dzie­lę od­by­wa­ły się tam za­wo­dy psów. Za pło­tem bie­ga­ło po tra­wie z dzie­sięć wil­czu­rów, wszyst­kie świet­nie wy­tre­so­wa­ne. W ogro­dzie u Sta­ňka po­war­ki­wał tyl­ko je­den, wście­kły i rów­nie głu­pi jak jego pan. Kie­dy mia­łam już pe­łen wo­rek, na­deszli ja­cyś lu­dzie. Gru­by fa­cet i chło­pak mniej wię­cej w moim wie­ku. Już wte­dy nie lu­bi­łam ni­ko­go spo­ty­kać, kie­dy zbie­ra­łam zio­ła. Obec­ność in­nych de­ner­wo­wa­ła mnie i spo­wal­nia­ła. Opu­ści­łam gło­wę i sta­ra­łam się nie zwra­cać na nich uwa­gi. Wsty­dzi­łam się. Ma­rzy­łam, żeby znik­nąć, ale fa­cet chciał so­bie po­ga­dać. Pod­szedł nie­bez­piecz­nie bli­sko, nie mia­łam jak się ru­szyć. Nie zro­bi­łam nic złe­go, a mimo to czu­łam się win­na. Prze­dziw­na chwi­la. Nie od­zy­wa­łam się, cze­ka­łam, aż so­bie pój­dą. Aż będę to mieć za sobą. Fa­cet był na­tręt­ny. I od­py­cha­ją­cy. Oglą­dał wo­rek, a ja się czer­wie­ni­łam. Ni­g­dy nie po­tra­fi­łam so­bie ra­dzić z na­chal­ny­mi py­ta­nia­mi. Coztymzro­bisz? i Ilezatodo­sta­niesz? To chy­ba moja spra­wa? A może za­jął­by się tym, że poci się jak świ­nia i za­sa­pu­je przy każ­dym od­de­chu, a z ust cuch­nie mu zgni­li­zną? No a jego sy­nek? Dla­cze­go jest taki chu­dy? Nie dają mu jeść czy co? Nie ma mat­ki? Drob­ny i bla­dy, przy­po­mi­nał ra­czej cień niż praw­dzi­we­go, ży­we­go czło­wie­ka. Mu­siał być pew­nie rów­nie za­że­no­wa­ny jak ja i tyl­ko lę­kli­wie spu­ścił oczy, kie­dy tak mijali mnie w nie­skoń­czo­ność. Był taki chu­dy, nie­mal prze­zro­czy­sty, jak­by nie na­le­żał do ro­dzi­ny, któ­rej do­sko­na­le się po­wo­dzi­ło i któ­ra bez wąt­pie­nia nie ża­ło­wa­ła so­bie ni­cze­go. To było bar­dzo daw­no, ale wciąż wi­dzę te chu­dziut­kie rącz­ki ob­cią­gnię­te nie­na­tu­ral­nie ja­sną skó­rą, spod któ­rej prze­świ­ty­wa­ły nie­bie­skie żyły. Na pew­no się uśmiech­nął. Prze­cież za­pa­mię­ta­łam. Może na do­wód tego, że wszyst­ko, co sta­ło się póź­niej, było praw­dą, a nie tyl­ko złym snem.

Sta­něk otwo­rzył bra­mę, a z jego ogro­du wy­biegł ogrom­ny roz­wście­czo­ny wil­czur. Od razu rzu­cił się bie­giem w stro­nę chło­pa­ka. Bez wa­ha­nia. Jak­by już daw­no wy­brał cel i nic nie było w sta­nie go po­wstrzy­mać. Nie zwra­cał uwa­gi na­wet na sta­re­go Sta­ňka, su­ro­we­go pana, któ­ry nie­raz wy­cią­gał z piw­ni­cy dłu­gi kij. Tego dnia na­wet nie zdą­żył o tym po­my­śleć. Stał opar­ty o otwar­te drzwicz­ki sa­mo­cho­du i z za­do­wo­le­niem pa­trzył na bie­gną­ce­go psa. Jak pięk­nie jest zbu­do­wa­ny, jak do­brze wy­kar­mio­ny. Na­wet bez ro­do­wo­du i tej głu­piej tre­su­ry był zna­ko­mi­tym stró­żem. Kie­dy za­czę­ło się ro­bić nie­bez­piecz­nie, Sta­ňek w koń­cu pod­niósł głos. Po­tem za­czął wrzesz­czeć, ale już lała się krew. Pies z wście­kło­ścią wbił zęby w bia­łą, chu­dą rękę, a mnie na ten wi­dok ser­ce pod­sko­czy­ło do gar­dła. I jesz­cze raz. I zno­wu. Atak w od­cin­kach. Zwie­rzę za­cho­wy­wa­ło się jak osza­la­łe, raz po raz za­głę­bia­ło zęby w cie­le chło­pa­ka. Nie­wy­klu­czo­ne, że gdy­by nie osło­nił twa­rzy rę­ka­mi, pies prze­gry­zł­by mu gar­dło, a ja sta­ła­bym się świad­kiem mor­der­stwa. Ale szar­pał tyl­ko zę­ba­mi tę chu­dą rącz­kę, a na­oko­ło bry­zga­ła śli­na zmie­sza­na z krwią. Wil­czu­ry za ogro­dze­niem też były zdol­ne do agre­sji, ale te dało się okieł­znać. Tu, na dro­dze, wal­ka trwa­ła i nikt nie miał na so­bie ochra­nia­czy. Psa nie moż­na było za­trzy­mać. Sta­ňek mu­siał wresz­cie do­pu­ścić do sie­bie myśl, że zwie­rzę chy­ba go nie słu­cha. Nie za­mie­rza­ło pu­ścić ofia­ry wol­no. Do­pie­ro kie­dy gru­bas w koń­cu otrzą­snął się z szo­ku, zła­pał psa za zad, szarp­nął i od­cią­gnął go od syna, szczę­ki pu­ści­ły i agre­sor za­czął się roz­glą­dać za no­wym ce­lem. Do koń­ca ży­cia nie za­po­mnę tego po­po­łu­dnia. To było jak na­gły wy­buch zła. Ko­ło­wrót gnie­wu i cier­pie­nia. Nie­wia­ry­god­ny ja­zgot psa, chłop­ca i wszyst­kich po­zo­sta­łych lu­dzi, któ­rzy przy­glądali się ca­łej sce­nie zza ogro­dze­nia.

A ja sta­łam tak bli­sko… Ści­ska­łam w dło­ni swój pierw­szy wo­rek ja­sno­ty, za­gry­za­łam war­gi i po­wstrzy­my­wa­łam łzy. Dla­cze­go mu­sia­łam się tu zna­leźć? Za ja­kie grze­chy? Jesz­cze dłu­go po­tem stra­szy­ła mnie po no­cach ro­ze­rwa­na na strzę­py ręka i sta­ry Sta­ňek, ob­ra­ca­ją­cy wo­kół gru­be­go pal­ca klu­czy­ki do sa­mo­cho­du. Mie­siąc póź­niej fa­cet otwo­rzył re­stau­ra­cję. Mia­ła do­brą opi­nię, piwo nie było dro­gie i wła­ści­cie­lo­wi za­czy­na­ło się po­wo­dzić. Sąd na­ka­zał uśpie­nie wil­czu­ra, ale jesz­cze parę lat póź­niej zwie­rzę bie­ga­ło po ogro­dzie. Ma­jęt­ny pan nie miał ser­ca się go po­zby­wać, więc twier­dził, że to inny pies. Dziś domu pil­nu­je ja­kiś kun­del ła­cia­ty, ospa­ły i śle­py, a sam Sta­ňek daw­no już nie żyje. Roz­bił się na ja­kimś drze­wie. Lu­dzie mówili, że ktoś grze­bał mu w nocy przy ha­mul­cach. Czyż­by gru­by oj­ciec tam­te­go chło­pa­ka? Co my tam wie­my. Traw­ni­kiem pod ogro­dze­niem, gdzie ro­śnie peł­no so­czy­stych mle­czy, bab­ki i krwaw­ni­ka, opie­ku­je się dziś syn Sta­ňka. Nie­zbyt gor­li­wie – i do­brze, bo za­wsze jest tu co zry­wać. Tym ra­zem się jed­nak po­spie­szył, sko­sił wszyst­ko do ostat­ka, nie zo­sta­ły na­wet ko­rze­nie. Nie mam tu nic do ro­bo­ty, więc ru­szam da­lej. Te­raz pę­dem do domu, to już bli­sko. I tak nie mia­ła­bym już wię­cej miej­sca na stry­chu. Bo jeśli cho­dzi o liście, ze­szło­ty­go­dnio­we­go re­kor­du już w tym roku nie po­bi­ję.

***

Skrę­cam w na­szą uli­cę. Nie­bo nad moją gło­wą raz po raz roz­ry­wa­ją pio­ru­ny. Mar­ce­la po­ga­si­ła świa­tła i za­sło­ni­ła wszyst­kie okna. Na dwóch ma na­wet drew­nia­ne okien­ni­ce, je­dy­na z ca­łej uli­cy. Cią­gle tak się za­my­ka, na­wet gdy nic nie za­po­wia­da bu­rzy. Tro­chę mi sła­bo, kie­dy uświa­da­miam so­bie, że już ni­g­dy nie bę­dzie mia­ła oka­zji prze­żyć cie­płe­go let­nie­go wie­czo­ru. Za­chód słoń­ca, ko­niec dnia na łące, chłód i ciem­ność stop­nio­wo za­pa­da­ją­ce nad rze­ką. Może wy­na­gra­dza­ją jej to po­ran­ki, nie mam po­ję­cia, o któ­rej wy­cho­dzi na dwór. Otwie­ram drew­nia­ną furt­kę i wcho­dzę na po­dwór­ko. Chwi­lę się wa­ham, czy nie po­cho­wać skrzy­nek z kwia­ta­mi. Osta­tecz­nie stwier­dzam jed­nak, że nie ma co pa­ni­ko­wać. La­tem są upa­ły, a upa­ły to bu­rze. Bu­rze, grad i ule­wy. Grad bywa róż­nych roz­mia­rów, ten duży nie­ste­ty nisz­czy co po­pad­nie. Ży­je­my w cho­rych, bez­li­to­snych cza­sach, pla­ne­ta się ocie­pla i nad­cią­ga ko­niec świa­ta, ale grad wciąż po­zo­sta­je prze­cież tyl­ko gra­dem. Nie myśli, nie pla­nu­je, gdzie spad­nie. Nie będę bro­nić się przed na­tu­rą, mó­wię do sie­bie, cho­wam ro­wer do szo­py, a po­tem za­no­szę pierw­szą te­go­rocz­ną lipę na strych. To zna­czy – pra­wie pierw­szą.

Na gó­rze leży prób­ka lipy brud­nej, tej z Pra­gi. W sku­pie pew­nie zro­bi­li­by wiel­kie oczy, skąd to na­zwo­zi­łam im ziół. W du­żych mia­stach lipa kwit­nie na­wet mie­siąc wcze­śniej niż u nas. Pra­ga to pie­kło, za­tru­te i ja­ło­we, ale na­wet w pie­kle bywa cza­sem zno­śnie, ina­czej czy mo­gło­by w nim miesz­kać tyle dusz? I tam lu­dzie stworzyli, na ogół sztucz­ny­mi me­to­da­mi, te swo­je te­re­nyzie­lo­ne, gdzie wy­pro­wa­dza­ją psy i za­prząt­nię­te pro­ble­ma­mi gło­wy. Co praw­da ko­ro­ny drzew prze­ci­na­ją nie­rzad­ko linie wy­so­kie­go na­pię­cia, ale przy­naj­mniej mają co prze­ci­nać. W nie­któ­rych miej­scach prze­ci­nać nie ma cze­go, a od­zy­wa się tyl­ko be­ton. Tam zry­wa­nie nie wcho­dzi w grę. O dzi­wo, w za­snu­tej dy­mem Pra­dze kwia­ty lipy są tak wiel­kie i czy­ste, że czło­wiek był­by na­wet go­tów uwie­rzyć w ich lecz­ni­cze wła­ści­wo­ści. Przy­jeż­dżam tu co ja­kiś czas. W spra­wach za­wo­do­wych. Od­dać tłu­ma­cze­nia i rzu­cić okiem na par­ki. Już od cza­sów stu­diów jeż­dżę za­wsze tą samą tra­są, po­cią­giem w tę i z po­wro­tem – i tak w kół­ko. Lu­bię ob­ser­wo­wać kra­jo­bra­zy za oknem. Wca­le się nie zmie­nia­ją, na­wet kie­dy zbli­ża­my się już do me­tro­po­lii. Tyl­ko w po­wie­trzu czuć ja­kieś na­pię­cie. I We­łta­wa to też wła­ści­wie je­dy­nie wy­peł­nio­ny wodą rów, jak na­sza rze­ka. Tyle że o wie­le głęb­szy i bar­dziej pod­stęp­ny. Tu nie zdo­ła­ła­bym przejść po wo­dzie z jed­ne­go brze­gu na dru­gi, boję się wi­rów i zdra­dli­wych prą­dów.

Ze wzglę­du na moje wy­jaz­dy do sto­li­cy wiej­skie plot­ka­ry nie spi­sa­ły mnie jesz­cze zu­peł­nie na stra­ty. Tłu­ma­czydlanichgru­beksiąż­ki, usły­sza­łam w któ­rąś so­bo­tę pod spo­żyw­czym. Przy­tak­nę­łam w du­chu, wła­śnie tak. Pra­ga daje mi za­trud­nie­nie i po­zwa­la stwa­rzać po­zo­ry, że wio­dę ży­cie po­rząd­nej oby­wa­tel­ki. W koń­cu mu­szę utrzy­my­wać się z cze­goś poza zio­ła­mi. Tłu­macz­ka – to na dźwięk tego ta­jem­ni­cze­go sło­wa na­tręt­nym, wścib­skim są­sia­dom, na cze­le z Mar­ce­lą, opa­dły szczę­ki. Za­mknęli się i dali mi spo­kój. Zy­ska­łam spo­łecz­ną ak­cep­ta­cję. Przed­sta­wi­łam do­wód, że za­li­czam się do po­rząd­nych, od­po­wie­dzial­nych, do­ro­słych lu­dzi. Płyn­nie wto­pi­łam się w nurt obo­wią­zu­ją­cej prze­cięt­no­ści, wpa­so­wa­łam się w je­den z sza­blo­nów. Nie zwra­cać na sie­bie uwa­gi, nie wy­chy­lać się, żyć po ci­chu. Tyle że… jak mia­ła­bym to zro­bić, kie­dy ten nie­po­kój we mnie każe mi wyjść z domu. Kie­dy mu­szę zła­pać za no­życz­ki i iść zbie­rać. Wy­my­kam się wszel­kim wy­obra­że­niom o tym, jak wy­glą­da przy­zwo­ite ży­cie, a tacy jak ja nie mają lek­ko na wsi. Na wsi, gdzie są miej­sca, za któ­re go­to­wa by­ła­bym umrzeć. To mój dom i już choć­by dla­te­go moje ser­ce bije w in­nym ryt­mie. Ale tak­że ich dom; to skom­pli­ko­wa­ne. Na szczę­ście w cięż­kich chwi­lach po­ma­ga­ją mi zio­ła. Ota­cza­ją mnie ze wszyst­kich stron, to dla mnie ro­sną. Dla­te­go wiem, że nie ro­bię nic złe­go. Ja też żyję tyl­ko dla nich, to tak oczy­wi­ste, że wy­po­wie­dzia­ne na głos mu­sia­ło­by za­brzmieć fał­szy­wie. O zio­łach się nie mówi, zio­ła się zbie­ra. Kie­dy mam do­bry dzień i lu­dzie zo­sta­wia­ją mnie w spo­ko­ju, je­stem szczę­śli­wa. Ni­cze­go in­ne­go już w ży­ciu w nie pra­gnę. Tyl­ko żeby udał się ko­lej­ny dzień i żeby wto­rek przy­szedł jak naj­szyb­ciej. Żeby tak bar­dzo nie bo­la­ło, a do sku­pu tra­fił jesz­cze je­den peł­ny, prze­wią­za­ny sznur­kiem wo­rek.

***

Pa­trzę w lu­stro, opa­li­łam się dzi­siaj. Wło­sy w koń­cu są su­che i nie mu­szę z nimi nic ro­bić. Roz­cze­szę je rano. Wiatr tłu­cze o szy­by, po roz­grza­nym da­chu spły­wa­ją stru­gi wody. W ogro­dzie roz­le­ga się huk. Po­tem sły­chać grzmot tuż nad nami. Na­resz­cie. Rano bę­dzie przy­jem­ne po­wie­trze. Zry­wać ra­czej ju­tro nie pój­dę. Bę­dzie mnó­stwo wody – w po­wie­trzu, na drze­wach, w tra­wie. Nie­wy­klu­czo­ne, że i na stry­chu coś mi zmok­nie, cho­ciaż dbam, żeby dach nie prze­cie­kał. Wpi­su­ję do ze­szy­tu pod dzi­siej­szą datą: lipa–kwiat,pierw­szyraznaryn­ku,nadroz­le­wi­skiem, a chwi­lę póź­niej roz­le­ga się po­tęż­ny grom, jak­by ktoś wy­strze­lił z ar­ma­ty, i całe mia­sto roz­świe­tla ogni­sta łuna. Gdy­by tak pio­run ude­rzył obok, gdzie miesz­ka Mar­ce­la, może znaj­dę ją ju­tro nie­ży­wą ze stra­chu, jak­bym nie mia­ła już dość kło­po­tów. Za­my­kam ze­szyt i od­kła­dam go na stół. W tej sa­mej chwili wy­łą­cza­ją prąd. Ide­al­nie. Idę do łóż­ka przez miłą, do­brze zna­ną ciem­ność. Kie­dy otwie­ram po­tem w nocy okno, na dwo­rze sią­pi deszcz, a do po­ko­ju wpa­da chłod­ne, wil­got­ne po­wie­trze.

***

Mar­ce­la nie umar­ła. Żyje i ra­do­śnie bie­ga po po­dwór­ku, cią­gle coś gdzieś prze­su­wa i wy­cią­ga z piw­ni­cy oca­lo­ne kwia­ty do­nicz­ko­we. Wszyst­ko skrzęt­nie od­sta­wia na swo­je miej­sce. I cią­gle się za­chwy­ca, jak pięk­nie pod­la­ło jej ogród. Za to kwia­ty, któ­re wy­cią­gnę­ła na świa­tło dzien­ne, są wy­su­szo­ne aż strach. Nic nie szko­dzi. Mar­ce­la bie­rze ko­new­kę, o, już je pod­le­wa. Ma ogró­dek jak z ob­raz­ka. Sama jest jak eg­zo­tycz­ny mo­tyl, któ­ry przed chwi­lą opu­ścił wło­cha­ty ko­kon na ka­na­pie. Krę­ci się po ca­łym po­dwór­ku i eks­cy­tu­je pierw­szym dniem no­we­go ży­cia. Nie­po­trzeb­nie otwie­ra­łam okno, okrop­na po­bud­ka. Czy na­praw­dę musi ro­bić tyle ha­ła­su przy pod­le­wa­niu kwia­tów? W po­ko­ju wciąż jest go­rą­co. Cie­pło są­czy się z su­fi­tu i ze ścian. Na dwo­rze też już co­raz upal­niej. Na ra­zie wszyst­ko jesz­cze jest mo­kre i do­pie­ro otrzą­sa się po noc­nym obe­rwa­niu chmu­ry, ale tuż po po­łu­dniu zno­wu zro­bi się dusz­no. Rano ni­cze­go nie na­zry­wam. Jest nie­dzie­la. Nie chce mi się jeść. Na­le­wam so­bie wody i piję ma­ły­mi łycz­ka­mi. Cho­ciaż do po­ło­wy. Wy­cho­dzi mi to, do­pó­ki uda­ję, że czy­tam. Okła­mu­ję sama sie­bie, a po­tem się dzi­wię, jak mogę ro­bić coś ta­kie­go – i że to dzia­ła.

Mo­gła­bym za­wieźć te­raz to szkło do kon­te­ne­ra za ro­giem. Nie dam rady go spa­lić, a chcę się tego po­zbyć. A sko­ro już jadę w tym kie­run­ku, moż­na by zo­ba­czyć, jak tam so­kol­ska łąka, ostat­nio przy­tasz­czy­łam stam­tąd całe mnó­stwo liści, nie­za­po­mnia­ne prze­ży­cie! W za­mro­cze­niu schy­la­łam się i rwa­łam chci­wie garść za gar­ścią, na­wet nie spoj­rza­łam w górę, żeby zo­ba­czyć, jak mają się tam­tej­sze lipy. Mia­ły się ni­jak, nic jesz­cze nie pach­nia­ło. Kie­dy nie kwit­ną, nie pach­ną. Ale to było ty­dzień temu, czas znów po­je­chać i rzu­cić na nie okiem. Nad rze­ką nie­opo­dal bę­dzie sie­dzia­ło kil­ku ry­ba­ków. Z re­gu­ły sami sta­rusz­ko­wie, tyl­ko ten bez ręki jesz­cze nie po­si­wiał. Na pew­no wy­sta­ją tam już od świ­tu, a sie­ci wciąż pu­ste. Kie­dyś zry­wa­łam nad rze­ką wią­zów­kę, co wku­rza­ło tych dziad­ków z węd­ka­mi. Kie­dy wią­zów­ka ma swój czas, trze­ba wy­brać się nad rze­kę, kto­kol­wiek by tam aku­rat sie­dział. Tam­te­go dnia było ich spo­ro i ża­ło­wa­łam, że nie za­ło­ży­łam dłu­gich spodni. Że też nie gapili się ra­czej na swo­je spła­wi­ki, orły. Na­słu­cha­łam się ob­le­śnych ko­men­ta­rzy. Za­nim jed­nak zdążyli za­py­tać, co zry­wam i ile na tym za­ro­bię, nad­je­chał sa­mo­chód, a z nie­go wy­siadł straż­nik. Ja­kiś nowy. Mło­dy, ener­gicz­ny i nie­sko­ry do kom­pro­mi­sów. Fa­ce­ci na brze­gu na­gle stracili jaja i dali spo­kój dziew­czy­nie z dziw­nym sier­pem. Ten naj­bar­dziej cham­ski w po­pło­chu pró­bo­wał scho­wać węd­kę w po­bli­skie krza­ki bzu, ale na nie­wie­le się to zda­ło. Już ni­g­dy wię­cej go tu nie spo­tka­łam. Zbie­ra­nie ziół nie pod­le­ga tak su­ro­wym re­gu­la­cjom, nie trze­ba na­wet pła­cić po­dat­ku, jeśli nie wyj­dzie się po­nad mie­sięcz­ny limit. Je­dy­ne, co trze­ba wie­dzieć, to jak zry­wać. Za co chwy­cić. Za ga­łąz­kę, za ło­dyż­kę, za kwiat czy za liść, a może za darń, z któ­rą splą­tał się ko­rzeń.

So­kol­ska łąka wy­glą­da dziś jak po kąpieli. Na be­to­nie zo­sta­ły smu­gi w miej­scach, któ­rę­dy ście­ka­ły stru­gi desz­czu. Po ku­rzu nie ma śla­du, tra­wa jest świe­ża i czy­sta. Wszę­dzie skrzą się kro­ple wody. Na­wet ju­tro może być jesz­cze za wcze­śnie na zry­wa­nie liści. Tyl­ko ja­kich liści? Mam ocho­tę wy­buch­nąć zło­wiesz­czym śmie­chem. Jak pra­dzia­dek Bar­ták, któ­re­go mie­li­śmy po są­siedz­ku, obłą­ka­ny oj­ciec dziad­ka. Kie­dy by­ły­śmy małe, stra­szył nas zza muru, pod któ­rym stał kom­po­stow­nik. Miał do­no­śny, chra­pli­wy śmiech, na­praw­dę prze­ra­ża­ją­cy. Pew­ne­go razu pi­ja­ny Bar­ták wdra­pał się na mur i prze­rzu­cił nogi na na­szą stro­nę. Pa­trzył z góry na trzy małe prze­stra­szo­ne dziew­czyn­ki i śmiał się zło­wiesz­czo. Po­tem się za­krztu­sił i roz­kasz­lał tak bar­dzo, że aż się za­chwiał i po­le­ciał do tyłu. Dłu­go za mu­rem pa­no­wa­ła ci­sza, a my sta­ły­śmy bla­de jak ścia­na. Po­tem roz­legł się słyn­ny chra­pli­wy bar­tákow­ski śmiech i z pi­skiem rzu­ci­ły­śmy się do szo­py. Dzi­siaj ja też po­tra­fię ro­ze­śmiać się na cały głos jak po­my­lo­ny sta­ruch, w koń­cu w mo­ich ży­łach pły­nie jego krew. Pra­dzia­dek Bar­ták, sza­lo­ny sta­rzec, któ­ry prze­klął nie­jed­ne­go są­sia­da w oko­li­cy i któ­re­mu wła­sny syn ka­zał się wy­no­sić do zruj­no­wa­nej szo­py za wy­so­kim mu­rem, pew­ne­go dnia znik­nął. Od tego cza­su po­tra­fię ro­ze­śmiać się zło­wiesz­czo. Bar­tákow­skim śmie­chem wy­bu­cham, kie­dy uda­je mi się do­ko­nać cze­goś na­praw­dę spek­ta­ku­lar­ne­go. Jak te­raz. To ja spra­wi­łam, że na so­kol­skiej łące nie zo­stał choć­by je­den liść mnisz­ka. Nie próż­no­wa­łam w ze­szłym ty­go­dniu. Pot lał się ze mnie stru­mie­nia­mi, ale do­ko­na­łam cze­goś nie­wia­ry­god­ne­go. Wy­jąt­ko­wo nie mar­twi mnie, że nie kwit­nie je­scz­cze żad­na z lip. I tak kwia­ty by­ły­by mo­kre, poza tym nie mia­ła­bym gdzie ich trzy­mać. Strych mam tak za­sy­pa­ny li­ść­mi, że wszyst­kie inne zio­ła mu­szą po­cze­kać w ko­lej­ce na usu­sze­nie. Świet­nie mi idzie. Nie wiem, czy to samo po­wie­dzą mi we wto­rek w sku­pie, ale z mnisz­kiem na­praw­dę do­brze mi po­szło w tym roku. Tyle że po­wie­trze jest dość wil­got­ne, więc może się zda­rzyć, że liście nie zdą­żą wy­schnąć i nie będę mia­ła nic do od­da­nia, a to już był­by pro­blem. Zio­ła nie mogą cze­kać w ko­lej­ce. Nie ma mowy, jadę we wto­rek, ko­niec krop­ka. Ale dziś jest nie­dzie­la, spró­bu­ję coś ugo­to­wać. A po­tem to zjeść. Po po­łu­dniu będę tłu­ma­czyć. Może wie­czo­rem uda się jesz­cze wyjść z domu. Cie­ka­we, jak mo­kro jest nad sta­wem – i czy stru­mień, w któ­rym sta­ra kró­lo­wa mo­czy zwie­szo­ne ga­łę­zie, pły­nie dziś wart­ko czy le­ni­wie. Becz­ka za szo­pą jest wy­peł­nio­na desz­czów­ką po same brze­gi.

***

Zdą­ży­łam. Wsia­dam na ro­wer i jadę nad roz­le­wi­sko. Moje dłu­gie, splą­ta­ne wło­sy są zno­wu mo­kre. Roz­pusz­czam je i z roz­wia­nym wło­sem jadę uli­cą. Mar­ce­la za­my­ka bra­mę i za­trza­sku­je okien­ni­ce. Ale kwia­tów nie scho­wa­ła, wi­docz­nie pro­gno­za na dzi­siej­szą noc nie jest naj­gor­sza. Ma nie pa­dać. Choć kie­dy spo­glą­dam w nie­bo, cięż­ko mi w to uwie­rzyć. Bio­rę tyl­ko jed­ną tor­bę na lipę, na wy­pa­dek gdy­by drze­wa już wy­schły. Na chwi­lę za­trzy­mu­ję się na ryn­ku, żeby sym­bo­licz­nie za­peł­nić dno tor­by, parę kwiat­ków i go­to­we. Z lipą to się spraw­dza. Przy Bub­nie po­ziom rze­ki jest wy­raź­nie wyż­szy, ale na gó­rze, nad za­po­rą, woda jest spo­koj­na i pły­nie przy­jem­nie le­ni­wym stru­mie­niem. Ci­skam ro­wer w tra­wę pod sta­rym dę­bem i idę. Po pro­stu mu­szę zdjąć buty. Woda jest zim­na jak lód, ale wy­trzy­mam, idę. Za­my­kam oczy, jak do­brze. Ta chwi­la na­le­ży tyl­ko do mnie, je­stem zu­peł­nie sama. Chcia­ła­bym za­pa­mię­tać ten mo­ment na za­wsze.

Pa­mię­tam, jak pew­ne­go razu rze­ka wcią­gnę­ła soł­ty­sa i nie chcia­ła go wy­pu­ścić. Ka­zał wte­dy ściąć stu­let­nie dęby, żeby bo­ga­cze mieli z cze­go bu­do­wać nowe dom­ki let­ni­sko­we, więc do­stał za swo­je. Fale po­da­wa­ły go so­bie i pod­ta­pia­ły w spie­nio­nej wo­dzie. Po­tem uda­ło mu się zła­pać kło­dy, któ­ra wła­śnie pły­nę­ła od stro­ny Szu­ma­wy. Była wiel­ka i osma­lo­na. Ura­to­wa­ła mu ży­cie. Po­tem przez dwa lata roz­pi­sy­wał się o tam­tym zda­rze­niu w ko­lej­nych nu­me­rach ga­ze­ty i na­wet nie prze­szło mu przez myśl, jaki to wstyd nie umieć pły­wać w jego wie­ku. I po­my­śleć, że chciał miesz­kać nad wodą! O ko­lej­ną ka­den­cję już się nie ubie­gał i wy­bo­ry wy­grał mój przy­szły teść. Le­gen­dar­ne dęby sto­ją do dzi­siaj. Tej sa­mej je­sie­ni, parę dni póź­niej, w sku­pie ogło­szo­no pro­mo­cję. Sku­powali kasz­ta­ny i żo­łę­dzie po spe­cjal­nych, wy­jąt­ko­wo ko­rzyst­nych ce­nach. Wa­ha­łam się tyl­ko przez chwi­lę. O tej po­rze już pra­wie nic nie kwi­tło, więc mo­głam cał­ko­wi­cie po­świę­cić się zbie­ra­niu. Wło­ży­łam w to całe ser­ce, a w sku­pie mnie orżnęli. Są dwa ro­dza­je żo­łę­dzi: kla­sycz­ne, dłu­gie i smu­kłe, i okrą­głe, ozdob­ny ga­tu­nek. Wśród tych mo­ich dłu­gich była jed­na czwar­ta. I tyl­ko ta­kie wzięli. Resz­tę po­ra­dzo­no mi za­wieźć do lasu jako pa­szę dla zwie­rząt. Cze­go mo­głam się zresz­tą spo­dzie­wać po tym głu­pim Pu­di­vítrze! Ko­bie­cie przede mną jesz­cze uznał te okrą­głe, bo mia­ła tyl­ko je­den wo­rek i była już u kre­su sił, ale ze mną się nie pie­ścił. Za dużo ich mia­łam, nie wzię­li­by mu tego. Nie mógł po pro­stu gdzieś ich wmie­szać. W tym roku Pu­di­vítr nie pra­cu­je już w sku­pie, a ja nie mu­szę go oglą­dać. Jaki on był bez­na­dziej­ny w kon­tak­tach z ludź­mi! Za co­kol­wiek by się wziął, wszyst­ko ze­psuł, i jesz­cze oszu­ki­wał! Poza tym po­tra­fił po­drzeć zu­peł­nie nową tor­bę. Darł pa­ra­go­ny, a kie­dyś za­czął na­wet sku­bać bank­no­ty w ka­sie. Cią­gle mu­siał coś ro­bić z rę­ka­mi, więc darł. Do­brze mu tak. Lu­bię same drze­wa, ale zbie­ra­nia żo­łę­dzi i kasz­ta­nów już nie. Na­wet kory dębu nie zbie­ram i nie będę. Nie będę!

Dwie ga­łę­zie naj­star­szej w oko­li­cy lipy rze­czy­wi­ście są za­nu­rzo­ne w wo­dzie. Po­ru­sza­ją się ła­god­nie w górę i w dół. Do­rod­ne, moc­ne kwia­ty obłęd­nie pach­ną. Mu­szą być moje. Ob­cho­dzę pień i wspi­nam się na pal­ce. Wy­ska­ku­ję w górę i ła­pię za jed­ną z ga­łę­zi, gę­sto ob­le­pio­ną oka­za­ły­mi kwia­ta­mi. Przy­cią­gam ją na dół i zry­wam. Nie wol­no mi jej zła­mać, nie wol­no wy­pu­ścić do góry. Wkrót­ce od­pły­wa mi krew z dło­ni, ręce za­czy­na­ją drę­twieć. Od­po­czy­wam chwi­lę, a po­tem jesz­cze kil­ka razy po­wta­rzam całą ope­ra­cję. Osta­tecz­nie uda­je mi się ze­brać cał­kiem spo­ro. Wiel­kie, do­rod­ne kwia­ty szyb­ko za­peł­nia­ją tor­bę. Na stry­chu roz­ło­żę je osob­no, cie­niut­ką war­stwą, żeby szyb­ko od­pa­ro­wa­ła cała wil­goć. U To­ma­nów po­za­my­ka­ne okien­ni­ce, więc nikt nie pa­trzy na mnie wil­kiem. Wy­czu­wam jed­nak, że w środ­ku coś się dzie­je, dom spo­wi­ja nie­po­ko­ją­ca aura. Zry­wam da­lej, ale idzie mi co­raz go­rzej. Jest dusz­no, a ja się spo­ci­łam. Nad­jeż­dża ja­kiś sa­mo­chód. Mam na­dzie­ję, że kie­row­ca za­uwa­ży mój ro­wer i go nie roz­je­dzie. To czar­na fur­go­net­ka, su­nie powoli, le­d­wo mie­ści się na wą­skiej dro­dze. Koła ostroż­nie wjeż­dża­ją w głę­bo­kie ka­łu­że, z któ­rych try­ska­ją stru­gi męt­nej wody. Ob­cho­dzę swo­je drze­wo i spraw­dzam, czy do ze­rwa­nia nie zo­sta­ło coś jesz­cze. Po chwili drzwi cha­łu­py otwie­ra­ją się i dwóch męż­czyzn wy­no­si ze środ­ka trum­nę. A więc to ka­ra­wan. Zry­wam i ob­ser­wu­ję ich z ukry­cia. Nie po­tra­fię ina­czej, znam tę ro­dzi­nę już tyle lat. Nie roz­ma­wia­my ze sobą, ale spo­ro o so­bie wie­my. Na­gle mrów­ka gry­zie mnie w pra­wą dłoń, w miej­sce mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, ko­niec na dziś. Prze­glą­dam za­war­tość tor­by i wy­rzu­cam za­błą­ka­ne liście. Wspa­nia­ła lipa. Uda­ję, że nie zwra­cam uwa­gi na sa­mo­chód. Te­raz wy­raź­nie przy­spie­sza. Na­gle zo­sta­ję z drze­wem sam na sam. Opie­ram się ple­ca­mi o pień, czu­ję zmę­cze­nie w ca­łym cie­le. Nie je­stem w sta­nie się ru­szyć. W wy­żło­bie­niach kory wę­dru­ją z góry na dół wiel­kie czer­wo­ne mrów­ki. Cały rząd. Ich uką­sze­nia są do­syć bo­le­sne. Ale to do­brze, po­zwa­la­ją mi za­cho­wać przy­tom­ność. Dla­cze­go nie sły­chać psz­czół? Gdzie zna­jo­me bzy­cze­nie nad gło­wą? Na chwi­lę jak­by za­trzy­mu­je się czas. Za­pa­da mar­twa ci­sza, po­wie­trze stoi w miej­scu. Po­tem zry­wa się wiatr, chmu­ry mo­men­tal­nie za­kry­wa­ją nie­bo. W cha­łu­pie otwie­ra się okno i wy­chy­la się z nie­go ta sta­ra ję­dza. Znów za­czy­na bić ścię­te prze­ra­że­niem ser­ce. Więc to nie była ona. Jej spoj­rze­nie pa­rzy moc­niej niż słoń­ce, tra­fia pro­sto w naj­czul­szy punkt mo­jej gło­wy. Wsia­dam na ro­wer i od­jeż­dżam. Nie oglą­dam się na drze­wa, i bez tego wiem, że tu­taj nie ma już co zbie­rać. Za­pi­szę to w ze­szy­cie.

Roz­dział dru­gi

W sku­pie I

Wto­rek. Pięk­ny dzień. Po­go­da wy­jąt­ko­wo mi dziś sprzy­ja. Od rana jest cie­pło i su­cho, wie­je ła­god­ny wiatr. Na stry­chu mam ide­al­ne wa­run­ki do pa­ko­wa­nia. Od­dam dziś do sku­pu ostat­nie kwia­ty dzi­kie­go bzu, liść brzo­zy i – całe szczę­ście – mni­szek; mu­szę się go po­zbyć, ina­czej za chwi­lę nie bę­dzie się tu dało ru­szyć. Bez dam radę zmie­ścić w dwóch tor­bach; jed­ną spa­ko­wa­łam już w ze­szłym ty­go­dniu, resz­tą zaj­mę się dzi­siaj rano, póki nie ma jesz­cze upa­łu. Brzo­zy wy­szedł je­den mały wo­rek, do­syć cięż­ki, ob­sta­wiam tro­chę po­nad dwa kilo – o ile nie spo­tkam dziś w sku­pie Jáchy­ma. Ale wszyst­kie­go do­pil­nu­ję, pój­dę za nim na za­ple­cze, nie oszu­ka mnie. Wła­śnie tak, pój­dę na za­ple­cze, gdzie stoi duża waga. Mnisz­ka mam na ra­zie spa­ko­wa­ny je­den wo­rek, resz­tę zo­sta­wię, żeby jesz­cze do­schła, szko­da by­ło­by nisz­czyć liście upy­cha­niem ich na siłę. Tym ra­zem ani je­den nie za­wilgł ani nie zbrą­zo­wiał, wszyst­kie są kru­che jak pa­pier, świet­na ro­bo­ta. Przed po­łu­dniem mam w pla­nach prze­tłu­ma­czyć do koń­ca tam­ten nie­mi­ło­sier­nie dłu­gi, mę­czą­cy tekst. Po­tem wró­cę na strych i znio­sę wszyst­ko na dół. Moż­li­we, że będę po­trze­bo­wać więk­sze­go wóz­ka. Więk­szy wó­zek to wię­cej kło­po­tu po dro­dze, ale sko­ro tyle tego wy­szło… Zo­ba­czy­my. Jest taki pięk­ny i su­chy po­ra­nek, po pro­stu mu­szę jesz­cze wyjść do ogro­du. Otwie­ram drzwi i lu­stru­ję wzro­kiem wa­la­ją­ce się za pro­giem buty. Żad­nych oznak ży­cia – czyli nie ma węża. Ostroż­nie wy­cho­dzę boso na dwór i trą­cam każ­dy z bu­tów nogą. Nie ru­sza­ją się; za­kła­dam je więc i idę da­lej.

Ile mo­głam mieć wte­dy lat? Mu­sia­łam już cho­dzić do szko­ły, bo były aku­rat wa­ka­cje. Po­czą­tek sierp­nia. Z im­pe­tem otwo­rzy­łam drzwi i wy­bie­głam na dwór. Kwia­ty dzie­wan­ny roz­świe­tla­ły cały ogród, a słoń­ce ra­zi­ło pro­sto w oczy. Wsu­nę­łam sto­py w buty, na­wet nie pa­trząc na zie­mię, byle szyb­ciej po ko­szyk! Do­pie­ro po paru se­kun­dach uświa­do­mi­łam so­bie, że w jed­nym z nich ru­sza się coś śli­skie­go. Mały, zwi­nię­ty w kłę­bek wąż. Za­pisz­cza­łam i zrzu­ci­łam but. Był lek­ki i po­fru­nął da­le­ko w tra­wę, prze­ciął po­wie­trze ni­czym ptak. Wąż nie do­le­ciał aż tam, upadł na be­ton ka­wa­łek przede mną. Za­nim do­pa­dłam drzwi i za­trza­snę­łam je za sobą, zdą­ży­łam jesz­cze zo­ba­czyć ta­jem­ni­czy wę­żo­wy ta­niec. To było tyl­ko ostrze­że­nie, zda­wał się sy­czeć ma­lut­ki ję­zy­czek. Po­tem po­kry­ty łu­ska­mi stwór z zyg­za­kiem na cie­le po­pełzł w tra­wie i znik­nął za drew­nia­ną szo­pą. Dłu­go ba­łam się tam póź­niej cho­dzić. Do­pó­ki nie przy­szły pierw­sze mro­zy. Mia­łam szczę­ście, że nic mi nie zro­bił, pew­nie przy­dep­nę­łam mu tyl­ko ogon, tłu­ma­czył po­tem dzia­dek dziew­czy­nom. Wszy­scypo­win­ni­śmytuuwa­żaćnawęże – twar­do wal­nął pię­ścią w stół, aż za­dzwo­ni­ły szklan­ki, i z wy­rzu­tem po­pa­trzył na bab­cię. Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i uśmiech­nę­ła się do mnie ła­god­nie. Jej wzrok mó­wił, że nic złe­go się nie dzie­je, ni­cze­go nie mu­szę się bać. Do­pó­ki ona jest tu­taj, ża­den wąż mnie nie skrzyw­dzi. Wca­le bym się nie zdzi­wi­ła, gdy­by su­szy­ła te be­stie na stry­chu. Zna­ła le­kar­stwo na wszyst­ko. Nie wiem, jak wiel­ka była moc do­mo­wych elik­si­rów, ale świa­do­mość, że ktoś się o nas trosz­czy, dzia­ła­ła uspo­ka­ja­ją­co. Te­raz je­stem tu sama i nie po­tra­fię się uwol­nić od stra­chu przed wę­żem w bu­cie. Żmi­ja czy nie­szko­dli­wy za­skro­niec? Tak czy owak, le­piej naj­pierw lek­ko trą­cić but nogą, a po­tem uważ­nie sta­wiać pierw­szy krok. Ro­bię tak już od wie­lu lat. Za każ­dym ra­zem.

***

W ogro­dzie pa­no­szą się owa­dy. Cze­ka­ją mnie trud­ne ty­go­dnie. Czer­wiec to szczyt se­zo­nu i naj­pięk­niej­szy z mie­się­cy. W cią­gu paru dni kwit­ną wszyst­kie naj­waż­niej­sze zio­ła. Czło­wiek ma już za sobą wio­snę, coś już prze­żył, ale wciąż nie ma do­syć. Jesz­cze na wie­le go stać. W sierp­niu też jest co zry­wać, cia­ło pod­da­je się już jed­nak zmę­cze­niu, myśl sza­leń­stwu. Cza­sem pod ko­niec lata jest tak kiep­sko, że nie daję na­wet rady wsiąść na ro­wer, bywa, że ty­dzień nie otwie­ram drzwi na strych. Naj­gor­sze w tym wszyst­kim są ko­lej­ne roz­cza­ro­wa­nia w sku­pie. Za­wód i po­czu­cie, że je­stem bez­na­dziej­na. Wstrzą­sa­ją­ca praw­da, że wszyst­ko po­liczyli do­brze, a ja do­sta­łam za­słu­że­nie mało. Ale tym ra­zem bę­dzie ina­czej, roz­po­czy­na się lato i nie ma się w ogó­le co za­sta­na­wiać, czy opła­ca się hur­to­wy zbiór. To wy­jąt­ko­wy rok, a ja zro­bię dla ziół wszyst­ko, co tyl­ko w mo­jej mocy. Wy­star­czy, że spoj­rzę na dzie­wan­nę i aż ści­ska mi się ser­ce.

Mu­szę przy­znać, że ogród wy­glą­da w tym roku wy­jąt­ko­wo pięk­nie. Dzie­wan­ny jest dużo, jest sil­na i wy­so­ka. Z wy­so­kich, do­rod­nych ło­dyg czę­sto wy­ra­sta jesz­cze po parę mniej­szych, pięk­nie roz­kwi­tłych odrośli. Słab­sze ro­ślin­ki są w tym roku w mniej­szo­ści. A w cią­gu dwóch ty­go­dni wszyst­kie okry­ją się kwia­ta­mi. Już te­raz czy­ha­ją na nie psz­czo­ły, osy i małe czar­ne ro­bacz­ki. Tak samo na­gie­tek. Dzie­siąt­ki ma­łych pącz­ków, któ­re lada chwi­la roz­wi­ną się w kwia­ty. Bę­dzie le­piej, jeśli we­zmę no­życz­ki i od razu się nimi zaj­mę. Więk­sze pąki już się otwo­rzy­ły i wy­sta­wia­ją te­raz płat­ki do słoń­ca. Za­bie­ram się do pra­cy. Ob­ci­nam w su­mie dzie­sięć kwia­tów, ale i tyle cie­szy. Przy­naj­mniej mogę obej­rzeć po­je­dyn­cze kie­li­chy. Ukła­dam je de­li­kat­nie na ser­wet­ce w wie­ku od pa­pie­ro­we­go pu­deł­ka. Z ko­lei do drew­nia­nej skrzyn­ki tra­fia­ją listki mię­ty. Tę zbie­ram w tym roku wy­łącz­nie na wła­sne po­trze­by. Nie opła­ca się zry­wać resz­tek, wstyd po­ka­zać się z czymś ta­kim w sku­pie. Spo­śród ze­szło­rocz­nych sa­dzo­nek roz­ra­sta się tak­że me­li­sa. Chcia­ła­bym, żeby było dla niej wię­cej miej­sca na grząd­kach, ale mię­ta jest agre­syw­niej­sza i czę­sto po­tra­fi wę­dro­wać przez cały ogród – do są­sia­dów, do skrzy­nek, do każ­dej szcze­li­ny na dro­dze. Krót­ko mó­wiąc, me­li­sa nie daje jej rady. A po­dob­no o moje wino me­li­so­we pytali w ap­te­ce klien­ci! Mi­lu­ška obie­ca­ła, że bę­dzie. Ile mał­żeństw w oko­li­cy już oca­li­ło! Ach, jak tu dzi­siaj pięk­nie! Po tej stro­nie domu. Na ty­łach, w ogro­dzie. Z przo­du, na po­dwór­ku, mam na ra­zie po­mi­do­ry w fo­lii i Mar­ce­lę. Stoi opar­ta o płot, szu­ka mnie już pół go­dzi­ny. Gdzie ja się szwen­dam, prze­cież musi iść do pra­cy! Więc dla­cze­go nie po­szła?

– Mu­szę ci coś po­wie­dzieć!

– Co?

– To, co sły­sza­łam od Ton­dy!

– A co sły­sza­łaś od Ton­dy?

– Nie chcia­łam ci tego mó­wić, ale nie mam wyj­ścia, za dłu­go to już trwa.

– No to o co cho­dzi?

– Ale nie wku­rzysz się? Tyle lat się zna­my, co?

– Po­dob­no ci się spie­szy­ło!

– Słu­chaj, nie bierz tego do sie­bie, ale to robi się nie do wy­trzy­ma­nia!

– Co tym ra­zem?

– No, nor­mal­ne to nie jest. Ina­czej nic bym nie mó­wi­ła.

– Jezu, po­wiedz to wresz­cie!

– To sze­lesz­cze­nie. U cie­bie na stry­chu.

– Ja­kie sze­lesz­cze­nie? Prze­cież na dwo­rze na pew­no nic nie sły­chać!

– Sły­sze­li­śmy to w nocy, coś okrop­ne­go. Zwy­czaj­nie się bo­imy.

– Za­raz, co sły­sze­li­ście w nocy? Kto się boi? Tyl­ko mi nie mów, że sły­szysz, jak pa­ku­ję zio­ła do wor­ków, to nie­moż­li­we…

– Nie cho­dzi tyl­ko o te wor­ki. Były też inne dźwię­ki. Ło­mo­ta­nie, ale naj­gor­sze są te sze­le­sty. Cała uli­ca nie może za­snąć. Dzie­ci boją się spać same w po­ko­ju…

– Ja­kie zno­wu dzie­ci? Jaka uli­ca? Chwi­la, kto i co wła­ści­wie sły­szał?

– No, Ton­da na przy­kład. Nad ra­nem. Obie­ca­łam mu, że z tobą po­ga­dam, żeby to się nie po­wtó­rzy­ło. Pro­szę cię, prze­stań pa­ko­wać zio­ła w nocy!

– Ale prze­cież ja nie pa­ku­ję w nocy! Dla­cze­go mia­ła­bym pa­ko­wać w nocy? I jak miał­by to niby sły­szeć Ton­da? Prze­cież on miesz­ka na sa­mym koń­cu uli­cy.

– No, po pro­stu sły­szał i się zdzi­wił. W dzień nic, a w nocy na­gle to. Prze­cież to za­kłó­ca­nie ci­szy noc­nej! Słu­chaj, nie wiem, co się dzia­ło, ale to było strasz­ne. Prze­cież wcze­śniej nie ro­bi­łaś ta­kich rze­czy. A może ro­bi­łaś?

– W nocy to ja śpię. A na­wet jeśli mu­szę iść na strych, to prze­cież nie po to, żeby sze­le­ścić, nie? A co do­kład­nie sły­sza­łaś ty?

– No, sze­lesz­cze­nie! W nocy wszyst­ko sły­chać le­piej…

– Ale prze­cież za­my­kasz okna? I to cza­sem na amen, okien­ni­ce też, nie?

– Na amen, nie na amen, moja spra­wa. Weź zrób coś z tymi sze­le­sta­mi, ja już mu­szę le­cieć. Prze­stań cho­dzić w nocy na strych. Lecę.

Klu­czo­we zda­nia Mar­ce­la po­wta­rza jesz­cze kil­ka razy, zna­czą­co ma­cha­jąc przy tym ko­new­ką, po­tem za­my­ka wszyst­kie drzwi i leci. Zno­wu jej się uda­ło. W nie­ca­łe dwie mi­nu­ty. Krew wście­kle pul­su­je mi w skro­niach, moc­no ści­skam no­życz­ki. Tyl­ko spo­koj­nie. Może i ja po­win­nam jej kie­dyś po­wie­dzieć, co mnie w niej de­ner­wu­je? Może po­win­nam się jej od­ciąć, w koń­cu by­ło­by tego cał­kiem spo­ro! Tyl­ko że ja tak nie po­tra­fię, nie umiem się kłó­cić. Nie czer­pię przy­jem­no­ści z ob­ra­ża­nia lu­dzi. Mar­ce­la jest inna. Lubi kłót­nie. Uwiel­bia, kie­dy jej jest na wierz­chu. Kie­dy koń­czą jej się ra­cjo­nal­ne ar­gu­men­ty, po­ko­nu­je roz­mów­cę krzy­kiem. Jesz­cze przez chwi­lę sto­ję przy pło­cie, nie­zdol­na się ru­szyć, i my­ślę. Po­tem mu­szę się uśmiech­nąć, bo mój wzrok pada na ogrom­ną zie­lo­ną ko­ro­nę orze­cha przed do­mem Marceli