Virion. Legenda miecza. Tom 3. Dom - Andrzej Ziemiański - ebook

Virion. Legenda miecza. Tom 3. Dom ebook

Andrzej Ziemiański

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

58 osób interesuje się tą książką

Opis

Jezioro, zimna woda i naga dziewczyna. Tak zaczyna się finałowy rozdział życia Viriona - starszego, łysego, z bukłakiem w dłoni i cierpliwością jeszcze mniejszą niż kieliszek wódki, który właśnie opróżnił. Tymczasem na drugim końcu świata Achaja, legendarna pogromczyni Viriona, znów staje w centrum wojny. Armia Arkach rusza ku wielkim bitwom, nowa broń zmienia oblicze świata, a starzy bogowie patrzą z rozbawieniem, jak ludzie uczą się zabijać bez wstawania z miejsca. Ale to nie wojna, nie zdrady i nie stare upokorzenia są tu najgroźniejsze. Największy lęk budzi kartka z prostym zdaniem: „Zniknął mi jeden dzień.” A gdy nawet upiorzyca mówi „o kurwa mać”, to wiadomo, że nadciąga coś gorszego niż śmierć.

Finałowy tom historii Viriona - szermierza natchnionego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 517

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis serii

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Karta redakcyjna

Okładka

Punkty orientacyjne

Spis treści

Seria 3 · Legenda miecza

Virion. Legenda miecza. Tom 1. KrewVirion. Legenda miecza. Tom 2. OnaVirion. Legenda miecza. Tom 3. Dom

Seria 2 · Szermierz natchniony

Virion. Szermierz natchniony. Tom 1. ZamekVirion. Szermierz natchniony. Tom 2. PustyniaVirion. Szermierz natchniony. Tom 3. Legion

Seria 1 · Imperium Achai

Virion. WyroczniaVirion. ObławaVirion. AdeptVirion. Szermierz

 

 

Rozdział 1

Dziewczyna najpierw upięła sobie włosy na głowie, a potem rozebrała się i nie bacząc na przenikliwy chłód panujący nad leśnym jeziorkiem, bez wahania weszła do lodowatej wody. Białawy opar zdawał się rozstępować leniwie, kiedy parła przed siebie głębiej i głębiej, aż do chwili kiedy uznała, że może skoczyć i zacząć płynąć. Słaby wiatr niósł ze sobą zapach spalenizny, a słońce ciągle jakoś nie chciało pojawić się nad horyzontem, pozwalając szarości dominować nad kolorami lasu.

– Hej, ty! – na brzegu rozległ się czyjś chrapliwy głos.

Dziewczyna w wodzie odwróciła się w tamtą stronę. Zauważyła sześciu pieszych i jednego na koniu. Wszyscy uzbrojeni, wszyscy obdarci z wojskowych barw. Albo maruderzy, albo dezerterzy, nie sposób teraz rozstrzygnąć, ponieważ niczego sobie na czołach nie napisali. Uśmiechnęła się do własnej myśli.

– Dlaczego ich nie wyczułam? – zapytała siebie i od razu też sama udzieliła odpowiedzi: – Ach, ta przeklęta spalenizna, psiamać!

Po chwili odezwała się głośniej:

– Czego chcecie?

Jeden obdartus najwyraźniej uważał się za człowieka niezwykle dowcipnego, bo odparł:

– Nic, nic, tak sobie chodzimy po okolicy i rabujemy, a potem gwałcimy. – Z niechęcią zerknął na porzuconą na brzegu tunikę. – No ale widzę, że ty nic nie masz przy sobie, więc zrezygnujemy z pierwszego. Zostaje nam tylko drugie.

– Aha. I co?

– Psińco! – warknął. – Chodź no tutaj do nas!

– Aha.

Dziewczyna zaczęła płynąć w stronę grupy. Kiedy dotknęła stopami dna, zatrzymała się i stanęła, zasłaniając piersi skrzyżowanymi ramionami. W tym miejscu woda sięgała jej mniej więcej do wysokości pępka, a do brzegu zostało jakieś piętnaście kroków.

– No chodź, chodź – ponaglił ją maruder. – Nie bój się! Nie zjemy.

Dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco.

– Mając na uwadze tę drugą możliwość, to nie wiem, czy nie wolałabym być zjedzona.

– Nie pyskuj! Chodź tu!

Jedynym inteligentnym człowiekiem w tej bandzie był oficer na koniu. Niestety, niezbyt przytomny. Trzęsły nim dreszcze spowodowane gorączką od źle leczonej rany. Ale nawet mimo opadających na oczy powiek i chwiejącej się głowy zdołał zauważyć, że coś jest w tej scenie nie tak. I wyciągnął wniosek.

– Ona się nas nie boi – wyszeptał przez popękane wargi.

– E tam... – Jeden z jego ludzi również ściszył głos. – Młoda jest. Myśli, że zanurkuje i nam umknie pod wodą.

Logika bliska zeru, pomyślał oficer, ale nie miał siły ponownie otwierać ust. Z siodła obserwował dalszy przebieg wydarzeń.

Pyskaty maruder chyba słyszał wymianę zdań, bo zdjął z olstrów na plecach swoją kuszę.

– Idziesz? – pogonił dziewczynę. – Czy mam to coś przygotować do strzału?

Najwyraźniej było mu wszystko jedno, czy ona będzie zdrowa, ranna, czy nawet martwa podczas tego, co zamierzał zrobić.

– A nie przyszło ci do głowy, że jestem nimfą wodną, żoną utopca i wszystkich was wciągnę pod wodę?

– Nie przyszło.

– Ale mogę zawołać pomoc i wtedy zobaczycie.

Mężczyzna zgodliwie pochylił głowę.

– Tak, wiemy, że masz do dyspozycji setkę dahmeryjskiej jazdy. Mijaliśmy ich obozowisko parę kroków stąd.

– Nie mam żadnej jazdy! – zdenerwowała się naga dziewczyna, kiedy zrozumiała, że oni z niej kpią. – Podróżuję z tatą i z mamą. I ostrzegam was! Tato jest porywczy, a także gwałtowny!

– A szanowna mamusia? – zapytał inny z byłych żołnierzy. – Ładna?

– Zapewniam, z całą pewnością nie chciałbyś wpaść jej w ręce.

– A ja nie o rękach myślałem. O czymś innym.

Ta kpina przeważyła szalę. Dziewczyna w wodzie warknęła jak pies przed skokiem, ale nagle jakaś myśl powstrzymała jej akcję. Zmrużyła oczy, znajdując chyba bardziej perfidne rozwiązanie sytuacji.

– Tato! – krzyknęła. – Tato! Jakieś męty chcą na mnie napaść!

Bandyci zaczęli się śmiać. Ucichli po chwili, kiedy dobiegł ich odgłos czyichś kroków, a właściwie to przedzierania się przez chaszcze. Dwóch z nich wyciągnęło miecze. Napięcie jednak zniknęło, kiedy zobaczyli, kto idzie w ich stronę.

Mężczyzna był dość stary i muskularny. Miał ogoloną na łyso głowę i bardzo eleganckie, kosztowne ubranie. No i... najważniejsze. Nie miał przy pasie żadnej broni. Jedyną rzeczą, jaką dało się zauważyć, był niewielki drewniany bukłak w ręce.

– Co się stało, córcia?

– Oni chcieli mnie zgwałcić! – naskarżyła Io, przewidując najwyraźniej, co się stanie, bo na jej twarz wypłynął właśnie perfidny uśmiech.

– Coo?! Który z nich?

– Wszyscy!

Virion nawet nie przyjmował żadnej postawy. Walnął najbliższego bandytę bukłakiem w skroń z pozycji, w jakiej znajdowała się jego ręka. A i tak rozległ się głośny trzask łamanej kości policzkowej, a były żołnierz zwalił się na trawę, nieruchomiejąc.

Pozostali odskoczyli. Oprócz oficera wszyscy wyjęli miecze. Jakby po nic, ponieważ stary szermierz nie zamierzał z nimi walczyć. Rzucił bukłakiem w głowę innego. Tamten miał pecha, bo tuż przed świtem naczynie było jeszcze pełne. Jego ciężar zmiażdżył mu nos, a sam napastnik poleciał do tyłu, uderzając w ziemię potylicą. Virion odzyskał bukłak, ciągnąc za rzemień przywiązany do szyjki. Zrobił krok do przodu, lewą ręką chwycił następnego bandytę za nadgarstek i uderzył go w czoło własnym czołem. Nikomu z obecnych nie umknęło, że zaatakowany nie zdążył w tym czasie zrobić zamachu. Virion złamał mu rękę samą siłą nacisku własnej dłoni, a potem kopnął go w udo, posyłając na ziemię.

Nawet się nie schylił, żeby podnieść porzucony na trawie miecz.

– Otoczyć go! – krzyknął pyskaty bandyta, rozsyłając dwóch pozostałych ludzi w obie strony. – Otoczyć go!

– Ja pierdolę. – Virion tylko kręcił głową. – Ciągle ten sam błąd.

Rozhuśtał swój bukłak na rzemieniu jak wahadło, a potem przeszedł do kolistego ruchu nad sobą. Po chwili ciężkie naczynie poszybowało w przód niczym pocisk z gigantycznej procy. Trafiony w podbródek mężczyzna nie zdążył krzyknąć, lecąc w tył z wywróconymi do góry oczami.

Pozostałych dwóch zerknęło na siebie. I znowu popełnili głupi błąd. Virion doskoczył z makabryczną szybkością, chwycił obu za potylice i zderzył ich głowy czołami. Jak zwykle w takich przypadkach jeden zemdlał, a drugi, ten pyskaty, zdołał się jeszcze cofnąć. Czując, że plączą mu się nogi, chciał odskoczyć dalej, jednak Virion chwycił go wpół, obrócił do poziomu i jak taranem uderzył jego czaszką w pobliskie drzewo.

Dopiero teraz trawiony gorączką oficer zdołał zrozumieć, że jego oddział uległ zagładzie. Nerwowo szarpiąc wodze, zdołał zawrócić konia i ruszyć do ucieczki leśną przecinką.

– Co tu się dzieje? – I właśnie wtedy Niki wyłoniła się spośród drzew. Szybko zlustrowała pobojowisko, a potem podeszła do męża. – Na chwilę tylko zostawić... Na chwilę, i co? Już kogoś pobiłeś?

Schyliła się i rzuciła tunikę wychodzącej z wody córce.

– Tato mnie ratował. – Io stanęła po stronie ojca. – Obronił mnie.

– Akurat ciebie trzeba przed kimś bronić, córeczko. Akurat.

– No tak. Bo wiesz, co oni chcieli mi zrobić? Albo i tobie. Wiesz? Zboczeńcy!

Niki potrząsnęła głową.

– A to zmienia postać rzeczy. – Podjęła natychmiast decyzję. – Ja ruszę za tym, co uciekł, a ty biegnij tam. – Wskazała córce kierunek. – Odetnij mu drogę!

– Spokojnie, spokojnie – wtrącił się Virion, który już zdążył pociągnąć wielki łyk z odzyskanego bukłaka. – Chodźcie obie w moje ramiona.

Spojrzały zdziwione.

– No uspokójcie się, dziewczyny. Wiecie, jaka jest rola mężczyzny w rodzinie? On powinien wpływać kojąco na swoje kobiety. Kojąco! Ma być jak balsam na wasze nerwy. Jak opoka, na której możecie się oprzeć. Ktoś, kto przynosi beztroskę, duchowy ład i zgodę z wszechświatem.

Niki podeszła bliżej i oparła Virionowi głowę na ramieniu.

– Rzeczywiście – szepnęła. – Ty wpływasz na mnie kojąco.

– Na mnie też działasz kojąco. – Io położyła dłoń na ramieniu ojca, ale zrobiła to trochę obłudnie, bo wcale jeszcze nie zrezygnowała z zemsty. – Spokój, zgoda... I już darowałam temu, co uciekł. Chociaż mówił, że jest lepszy od ciebie w mieczu – skłamała.

– Co? Co?! – Virion otrząsnął się jak pies. – Niki! Złap go! A ty leć, jak matka kazała, i przetnij mu drogę!

– Pani kapitan! Chorąży Klitoo melduje się na rozkaz!

– Ciii... – Starsza i na pewno doświadczona kapitan powoli masowała sobie skronie. Najwyraźniej doskwierał jej ból głowy. – Jaki rozkaz?

– Mam go tutaj! – Chorąży zrobiła sprężysty krok i równie sprężystym ruchem ramienia podała wyższemu oficerowi pismo.

– Ty świeżo po szkole oficerskiej, tak? – Kapitan nie wysilała się nawet, żeby choć dotknąć papieru. Zerknęła na stojącą obok porucznik. Ta co prawda przejęła rozkaz, ale też nie zamierzała go przeczytać. Rzuciła po prostu papier na stos piętrzący się na jednym ze stołów pustawego teraz namiotu sztabowego.

– Tak jest! Przysłano nas tu jako uzupełnienia!

– O? – To ewidentnie zainteresowało kapitan. – A ile was jest?

– Dwie!

– O kurwa. Co my zrobimy z taką masą ludzi, gdzie ich zakwaterować?

Porucznik zareagowała niemrawym śmiechem.

– Co to za dziwne imię? – zapytała. – I jakoś tak dziwnie je wymawiasz.

– Bo piszę się przez dwa „o” na końcu. Po to, żeby postawić akcent na ostatnią sylabę.

– A po co?

– Tradycja taka. Kiedy moi przodkowie tworzyli cesarstwo, wtedy ludzie mówili inaczej.

– Aha. – Porucznik potarła brodę. – A jakie cesarstwo?

– Luan.

– Aha. Znaczy zaraz. Twoi przodkowie tworzyli to imperium?

– Tak jest!

– Czyli jesteś Luanką?

– Tak jest!

– Ja pierdolę! – Porucznik wzięła ponownie do ręki rozkaz, który przed chwilą sama odłożyła na biurko, złamała pieczęć i przebiegła pismo wzrokiem. – No zgadza się. Klitoo i Mezeena, obie w stopniu chorążego, przysłano nam w formie uzupełnień prosto ze szkoły oficerskiej, po przyspieszonym kursie.

– Nie, kurwa, Luanki?! Miejscowych nam tu wcielają? Jeszcze chwila i zaczną przysyłać dziewczyny z Symm, Garrenmich, Keddelwah albo nawet Dahmeryjki!

– O, chciałabyś – roześmiała się porucznik. – Dahmeryjki, akurat. Chciałabyś – powtórzyła.

– I co z nimi zrobimy?

– Nie wiem. Przecież to jebane Luanki są!

Kotara oddzielająca pokój sztabowy od części namiotu przeznaczonej na raporty rozpoznania odsunęła się gwałtownie. W przejściu stanęła major w skórzanej spódniczce i kurtce z naszywkami służby rozpoznania i zaopatrzenia. Klitoo zamarła, patrząc z niedowierzaniem. Tamta na twarzy miała... kurewski tatuaż. O Bogowie! To przecież Achaja! Legendarna pogromczyni absolutnego mistrza Viriona.

– Co to ma znaczyć?! – warknęła major. – Co to za ksenofobia pierdolona w armii Arkach?

– Ja tylko... – Porucznik chciała się usprawiedliwić, nie dostała jednak swojej szansy.

– Ty tylko pomyśl, zanim powiesz cokolwiek! Popatrz na skład osobowy w tym pomieszczeniu: tylko wy dwie jesteście żołnierzami Arkach. Chorąży jest Luanką, a ja z Troy. Więc połowa żołnierzy w tym namiocie to cudzoziemcy!

– Tak jest!

– I żeby mi nie było więcej takich wyskoków, bo następnym razem odbiorę to osobiście.

– Tak jest.

Achaja podeszła do Klitoo.

– Tak nawiasem mówiąc, ja też nie lubię Luańczyków. – Ściszyła głos. – Ale nie musi to dotyczyć ciebie.

Chorąży nagle zdała sobie z czegoś sprawę, bo zamiast odpowiedzi ogólnowojskowej uśmiechnęła się. Kapitan aż syknęła, natomiast Achaja odpowiedziała uśmiechem.

– Widzę, że coraz bardziej inteligentne uzupełnienia nam przysyłają. Zamiast mi trzaskać obcasami, ty myślisz.

Dłuższą chwilę obie patrzyły sobie w oczy.

– Jaka jest twoja historia?

Klitoo nabrała powietrza.

– Uciekaliśmy z siostrą i bratem z Luan przed pójściem w niewolę. Na granicy przejęli nas łapacze od zaciągu do wojska. Przebrali w mundury, związali łapska i popędzili do obozu dla rekrutów.

– Tam ukrywałyście, że jesteście Luankami?

– Nie. Zresztą naszego akcentu nie da się ukryć.

– No to w gębę pewnie zarobiłyście porządnie.

– Nie raz. Ale zębów nam koleżanki nie powybijały.

– Latrynę pewnie kopałyście gołymi rękami.

– Zdarzało się. I jeszcze różne tam takie się przydarzały rzeczy.

– Wiem, co to znaczy „różne tam takie”. – Achaja uśmiechnęła się znowu. – Ja też to przeżyłam.

– Taki to los rekruta. – Klitoo rozłożyła ręce.

– A powiedz w takim razie: jakim cudem dostałyście się do szkoły oficerskiej?

Nie było sensu ukrywać prawdy.

– Brat poznał wpływowych ludzi i wyciągnął nas z wojska. Więc się zgłosiłyśmy z powrotem na ochotnika, a że wykształcone i że mamy brata, który zna kogo trzeba, to nas wzięli do oficerskiej.

Kapitan skamieniała ze zdziwienia, porucznik tylko przełknęła ślinę. Achaja jednak przez cały czas patrzyła z niesłabnącą uwagą.

– Na ochotnika? Dlaczego?

– Nie wiem, jak to wyjaśnić.

– Mów, jak umiesz. Po swojemu.

– No... no nie wiem... Parę razy w gębę dostałam. W końcu jednak zdobyłam szacunek u koleżanek. Stałam się częścią grupy. I zrozumiałam, że one się różnią od całej reszty świata. Że ten kraj jest inny. Że mimo powierzchownego matolstwa Arkach jest wolnym krajem!

Achaja parsknęła śmiechem.

– Odważnie powiedziane. – Usiłowała stłumić wesołość. – Ale rozumiem, co jest istotne w twoim przekazie.

Odwróciła się do kapitan.

– Niech je pani skieruje do zwiadu.

Ta przechyliła głowę.

– Dlaczego akurat do zwiadu?

– Są miejscowe, mówią z tutejszym akcentem, znają zwyczaje tego kraju, niuanse i orientują się w terenie. Będą złotem dla rozpoznania, tylko błagam, nauczcie je, co i jak na froncie, bo świeże ze szkoły trzech dni tu nie przeżyją.

– Tak jest!

Achaja na odchodnym zerknęła jeszcze do tyłu.

– Powodzenia. Nie dajcie się zabić.

Willa ukryta w malowniczym zagajniku na skraju miejscowości wypoczynkowej na pierwszy rzut oka wydawała się mniejsza, niż w rzeczywistości była. Trzeba było dopiero podejść bliżej, minąć szeroki basen, ukryty przed wzrokiem przechodniów podjazd i tonący w cieniu taras, by móc należycie ocenić jej rozmiary. Dom był naprawdę wspaniały. Wyróżniał się dyskretną elegancją, szczególnie na tle krzyczących bogactwem rezydencji w okolicy. Wprawne oko jednak bez trudu mogło dostrzec wyraźne funkcje obronne, burzące nieco wykwintny styl dekoracji.

Kilka najwierniejszych służących wybiegło, aby powitać gospodarzy. Wszystkie były upiorami, oprócz jednej ludzkiej mamki, która pokazała nareszcie Virionowi jego najmniejsze dziecko. Upiory nie celebrowały właściwie żadnych uroczystości, obyło się więc bez przesadnych uścisków i wypytywań o drogę. Zaczęto napełniać wielkie luańskie wanny i za pomocą przemyślnych instalacji podgrzewać w nich wodę. Szybko pojawiła się też malutka przegryzka, będąca preludium uczty mającej nastąpić po kąpieli. Io gdzieś znikła, zaskakując tym nawet Niki. Jedynie Virion miał pewne podejrzenia.

– Jest Nerideen? – zapytał.

– Jest, panie, jest, już wrócił. – Młoda, raptem dwustuletnia upiorzyca skłoniła się lekko. – Ale śpi jak zabity.

– Co? Popił wczoraj tęgo?

– Nie, panie. On coś pisze.

– Co można pisać po nocy? Przy lampie?

– Nie ośmieliłam się zaglądać mu przez ramię. Ale po mojemu to on pisze kronikę.

– Bogowie! Jaką kronikę?!

– No tak. Po mojemu – powtórzyła upiorzyca, uśmiechając się dyskretnie – to kronikę swojego życia.

– Bzdura! Całą historię jego życia da się zmieścić na jednej kartce.

– O? To już zależy chyba od talentu narratora. – Służąca uśmiechnęła się szerzej i z półki przeznaczonej na dostarczaną korespondencję podniosła otrzymaną dopiero co książkę. Tytuł brzmiał: „Virion i upokorzenie Druzusa, szermierza natchnionego, wraz z pięcioma setkami jego ludzi”. Ilustracja na okładce przedstawiała triumfującego starszego mężczyznę z uniesionym mieczem i klęczącego przed nim młodzieńca całego we łzach.

– Ja pierdolę. Już zdążyli?

– Budzić chłopca?

– Nie, niech śpi. – Virion machnął ręką, ale już po chwili zmienił zdanie. – Albo dobrze, zbudź. Niech nam opowie podczas kąpieli, czego się dowiedział.

– Tak, panie.

Niki nie brała udziału w wymianie zdań, jednak książka wyraźnie ją zainteresowała. Dłuższą chwilę przyglądała się okładce, a kiedy służąca pobiegła wykonać polecenie, powiedziała:

– Tego ci Druzus nigdy nie wybaczy.

– Nigdy też nie pałaliśmy do siebie przesadną miłością.

– Ja nie o tym. Tylko... masz teraz absolutnie zajadłego wroga, który nie zaśnie, póki cię nie zabije.

– On od początku był moim wrogiem.

Upiorzyca zaprzeczyła ruchem głowy.

– Każdą realną ujmę czy zniewagę ludzie mogą wybaczyć albo po prostu zapomnieć. Nikt nie wybaczy ci tego, czego nie zrobiłeś, ale co sam tobie przypisał.

Virion chciał skomentować, zanim jednak otworzył usta, od strony schodów rozległ się wrzask.

– Io! Io! – Zaspany Nerideen przeskakiwał po dwa stopnie, ryzykując złamanie karku. – Io!

Chłopak runął do przodu i chwycił Niki w ramiona.

– Ale się cieszę!

– To tylko ja. – Niki parsknęła śmiechem.

– O!... Wybacz, pani! – Nerideen cofnął się skonfundowany, przecierając sklejone snem oczy. – Ciągle mi się mylicie – wyrwało mu się szczerze.

– Potraktuję to jako komplement. – Upiorzyca nie mogła spoważnieć.

– Podobne do siebie, nie? – Virion również się śmiał. Potem tylko załamał ręce. – Dobra, kąpiel gotowa. My do wody, a ty opowiadaj, czego się dowiedziałeś.

Nagość była traktowana w Luan tak jak w Troy, a inaczej niż w Zimnych Królestwach czy choćby Arkach. Nie stanowiła problemu. Tu jednak chodziło o szacunek dla żony mistrza, więc Nerideen nie zdecydował się stanąć przodem do słuchaczy. Ponieważ nie wypadało też odwrócić się plecami, wybrał neutralną pozycję, ustawiając się bokiem ze wzrokiem utkwionym we wspaniałościach ogrodu widniejącego za wielkim oknem.

Virion sprawdził, czy woda jest ciepła, zanim wszedł do wanny. Uwielbiał te wszystkie nowoczesne wynalazki, a szczególnie to coś, czym służące nacierały skórę zamiast oliwy jak dawniej. To coś produkowano daleko na wschodzie na bazie tłuszczu poddawanego obróbce ługiem. Niepozorne kostki o silnym zapachu odczynników zmywały jednak ze skóry absolutnie wszystko, czego nie powinno na niej być. Namaszczanie wonnymi olejkami odbywało się więc dopiero później, po wyjściu z kąpieli.

– Nie miałeś żadnych kłopotów, żeby przedostać się przez linię frontu? – zapytał, bo Nerideen najwyraźniej nie wiedział, jak zacząć.

– Żadnych, mistrzu. Nawet jak mnie jakiś patrol zatrzymał, to oficerowie od razu wypuszczali, bo luański akcent i wymowę mam lepsze od nich.

– A arkachskie dziewczyny?

– To w ogóle nie problem. Przecież nie strzelą do młodego, wymownego chłopaka tak od razu. A kiedy już zaczynamy gadać, to mam glejt od Biafry.

– Uuu... – Niki udawała, że bije brawo. – Nie ma to jak pewność siebie. Jak widać, uratowała już niejednego.

– I zgubiła też niejednego – dodał Virion. – Nie bałeś się, że strzelą z daleka?

– Ta ich broń jest przereklamowana. To znaczy dobra na polu bitwy, gdzie z daleka widać. Ale w lesie? Gdzie patrole chodzą? To już nie takie proste.

– Biafra widział pokaz zrobiony przez Chorych Ludzi, na których ledwie co wyszkolona szeregowa trafiła cztery razy w cel zbliżający się szybko z odległości stu pięćdziesięciu kroków.

– Oj, mistrzu! – skrzywił się Nerideen. – Jak ci kupiec na targu zachwala płaszcz, który chroni przed zimnem w nocy, chroni przed gorącem w upał, chroni przed deszczem, kiedy pada, a nawet chroni przed złodziejami na zatłoczonej ulicy, to mu nie wierzysz. Ale w karabin, z którego byle kto trafi od razu na sto pięćdziesiąt kroków, to uwierzyłeś.

– Słuszna uwaga – wtrąciła rozbawiona Niki. – To był tylko taki pokaz reklamowy?

– Jak widać, skuteczny. Bo wielkie zakupy w ślad za nim poszły, a także zmiana polityki.

– Reklama dźwignią wszystkiego – mruknął Virion. – Ale powiedz, sprawdza się ten karabin na polu bitwy czy nie?

Nerideen wzruszył ramionami.

– Nie mnie oceniać. Dzięki tej broni arkachskie dziewczyny zeszły z gór i radzą sobie na równinach z ciężką piechotą Luan. Jak długo potrwa zaskoczenie, nie mam pojęcia. Choć z całą pewnością jest to absolutna rewolucja w dziejach wojen. Bo dotąd w bitwie chodziło o to, żeby doszło do starcia dwóch armii, żeby oddziały zderzyły się ze sobą i zaczęły walczyć twarzą w twarz.

– A w przypadku broni palnej?

– Chodzi o coś odwrotnego. – Chłopak ponownie wzruszył ramionami. – Chodzi o to, żeby do żadnego starcia nie doszło. Trzeba zabić wroga z odległości, kiedy on ci nic zrobić nie może.

– Czyli nie tacy oszuści z Chorych Ludzi? – zapytała Niki.

– A nie, nie. Przysłali nawet wsparcie w postaci artylerii.

– A co to jest?

– Takie ogromne karabiny na kołach. Jeśli wszystkie wystrzelą, to taki dym się robi, że nic nie widać. I nic nie słychać.

– Aha. I co? Biafra to ogarnia?

Nerideen wyraźnie się zawahał.

– Biafra zajmuje się strategią, kiedy jest trzeźwy. Natomiast taktykę, ruchy wojsk i dowodzenie w bitwach załatwia mu Achaja. Albo też po części samo się robi.

Virion szarpnął się zdziwiony, rozlewając sporo wody z wanny. Niki przyjęła to spokojnie.

– W końcu księżniczka wykształcona na dworze w Troy. Ma o tym pojęcie.

– No tak, ale dowódca armii w randze majora?

Chłopak podniósł rękę.

– To tak nie do końca zwykła armia. Składa się z elitarnych oddziałów Arkach i tam Achaja nie ma problemów z dowodzeniem jako ich księżniczka. Składa się też z kontyngentu Chorych Ludzi, artylerii i piechoty. Pierwsi to profesjonaliści, a drudzy kryminaliści.

– Kto?

– Ich piechota to chyba skazańcy wypuszczeni z więzień. Dali takiemu karabin i kazali iść ginąć gdzieś w dalekim kraju. Ale z szansą przeżycia i ewentualnych łupów wojennych. No i te wszystkie męty przyszły tutaj gotowe rabować z wielkim poświęceniem.

– Ja pierdolę.

– Są całkiem skuteczni w swojej robocie. Ale o tym zaraz. Bo armia Arkach ma jeszcze rycerzy z Zimnych Królestw.

– Przecież to indywidualiści zapatrzeni co najwyżej we własny honor. Jak można ich ogarnąć?

– Nimi podobno Achaja dowodzi swoim wrodzonym wdziękiem i otwartym podejściem do człowieka. A poza tym potrafi pić jak oni, więc nawet ją lubią. Tak słyszałem.

– O Bogowie.

– No i jeszcze jest spory oddział potworów z Wielkiego Lasu. Ale oni się od razu rozproszyli po okolicy. Mordują i grabią na własną rękę.

– To pożytek żaden?

– Wprost przeciwnie. Składają meldunki Achai, bo to ich siostra. I w związku z tym armia Biafry jako pierwsza w historii przenika mgłę wojny na jakimś niewyobrażalnie wielkim obszarze. Widzi każdy, najmniejszy nawet ruch przeciwnika, który z kolei nie widzi nic, bo potwory wyrzynają patrole.

– Ooo – rozmarzyła się Niki. – Ma zwiadowców idealnych.

Virion zanurzył głowę w pachnącej kąpieli, by wychynąć po chwili, prychając i wycierając twarz dłońmi.

– Tym gównem, tą zbieraniną da się w ogóle jednolicie dowodzić?

Nerideen nie odpowiadał przez jakiś czas, chcąc pewnie przeczekać niemiłe wspomnienia, które pojawiły się w głowie. Potem zerknął na swojego mistrza.

– Pamiętam jedną rozmowę na ten temat – prawie szepnął.

– Z kim?

– No nie z kim, bo nie ja rozmawiałem. Pamiętam jednak, kiedy zwinął mnie luański patrol i odstawił do szarży, żeby mnie przesłuchali, to musiałem czekać, aż panowie oficerowie skończą posiłek, i... – Chłopak znowu się zawahał.

– Co podsłuchałeś? – Virion postanowił mu pomóc.

– To była rozmowa dwóch wyższych stopniem. I generalnie nawet byli przestraszeni możliwościami nowej armii Arkach. Głowili się, jak przejść w szturmie przez zaporę z armat i karabinów stawiających zasłonę ognia. Nie słyszałem wyraźnie, ale dochodzili chyba do jakichś niezbyt wesołych dla siebie wniosków. Z boku wyglądało to nawet tak, jakby trochę się bali tego wojska.

– No to chyba dobrze?

– Nie do końca. Kończąc posiłek, jeden z nich powiedział: „Nie ma co roztrząsać, czy to dobre wojsko, czy złe. Na szczęście nikt nie dowodzi tą armią”. A drugi dodał: „Tak, zniszczymy ich wcześniej czy później”.

– Pewni siebie.

– Średnio się znam na wojskowości. Ale chyba oni mają podstawy, żeby tak sądzić.

– Zaraz. Doszły nas plotki, że dziewczyny z Arkach zdobyły Negger Bank. Czy to prawda?

– Prawda.

– No to sam widzisz. Ktoś dowodzi.

Nerideen uśmiechnął się tylko.

– Mogę wam opowiedzieć, jak do tego doszło. Tylko pamiętajcie, sam naocznym świadkiem tej bitwy nie byłem, znam jej przebieg nawet nie z drugiej, tylko z piątej ręki.

– Mów, mów.

Chłopak wziął głęboki oddech.

– Biafra przez cały czas kampanii kluczył, wdając się tylko w małe potyczki i unikając jak ognia walnej bitwy. Niestety, okoliczności sprawiły, że doszło do niej właśnie pod Negger Bank, i to w skrajnie niekorzystnym dla Arkach układzie. Miasto miało część warowną, osłaniał je wielokroć silniejszy od armii Biafry korpus, a w dodatku imperialną drogą maszerowały w tę stronę cesarskie posiłki, również same w sobie liczniejsze od całych sił Arkach. Mimo usiłowań nie udało się uniknąć bitwy. I doszło do niej tuż przy cesarskiej drodze. Imperialna przewaga była tak miażdżąca, tak dostrzegalna także gołym okiem, że magistrat nie zamknął nawet bram do miasta.

– I co? I co? – Virion wyglądał na autentycznie zainteresowanego.

– No i się zaczęło. Cesarska kawaleria uderzyła na skrzydle i dosłownie w okamgnieniu rozproszyła kontyngent piechoty Chorych Ludzi.

– Tych kryminalistów?

– Tak.

– No to co się dziwić? To nie wojsko.

– Owszem, oni poszli w rozsypkę, ale nie ulegli zagładzie. Przytłaczająca większość zdołała uciec, ale nie miała pojęcia, co robić dalej. To naprawdę prymitywni ludzie. Nie chcieli siedzieć w chaszczach, skoro tuż obok było przebogate miasto do zrabowania.

– Nie mów tylko, że mieli tak ograniczoną wyobraźnię, żeby ruszyć w stronę Negger Bank.

– No właśnie to mówię. Nimi kieruje wyłącznie żądza, a nie jakieś tam przemyślenia. Więc unikając otwartych przestrzeni, poszli sobie w stronę czekających za murami bogactw.

– Bogowie – wyrwało się Virionowi.

– Dowód na to, że ograniczony głupotą człowiek ma przewagę nad myślącym – dodała Niki.

– W tym samym momencie nastąpił frontalny atak sił Luan na armię Arkach ustawioną pod lasem – podjął swoją opowieść Nerideen. – Dziewczyny w szeregach wystrzeliły karabinową salwę, ale o dość ograniczonej skuteczności, bo to nie był pokaz reklamowy dla Biafry w stolicy, tylko prawdziwe starcie.

– I co?

– Luańska piechota szła jak taran. Wszystko wskazywało na to, że wojsko Biafry ucieknie jak Chorzy Ludzie.

– Wiem, że Biafra ma szczęście – mruknął Virion. – Co mu pomogło w tej sytuacji?

– Płot w poprzek pola. Piechota dotarła do niego, jedni zaczęli się wspinać, inni obalać. Tym drugim się udało albo, nie wiem, płot sam się zawalił. W każdym razie impet ataku zniknął, a na polu utworzyło się kłębowisko ciał. Wtedy dziewczyny posłały im drugą salwę. A przy takim celu chyba każda kula trafiła.

– Luańczycy dali radę?

– Usiłowali. Atak ruszył raz jeszcze. Choć bez impetu, bez furii, raczej dość ociężale. Nieszczęśliwie dla cesarskich żołnierzy dziewczyny w tym czasie zdążyły nabić swoją broń. I wystrzeliły po raz trzeci. Tym razem z bardzo bliska.

– Nie mów, że imperialna armia zaczęła uciekać.

– Cała nie zaczęła. Ale reszta tych, którzy brali udział w starciu, zwiewała jak zające.

– No to Biafra powinien rzucić swoje siły do kontrataku! – powiedział gwałtownie Virion.

– Na szczęście przyszło mu do głowy, że karabin daje mu przewagę, bo pozwala zachować dystans i uniknąć bezpośredniego starcia. Gdyby rzucił swoje oddziały do kontrataku, tym samym zrezygnowałby z przewagi i doprowadził do starcia w starym stylu: bagnety skrzyżowane z mieczami. A poza tym miał większy kłopot na głowie.

– Jaki?

– Posiłki Luan właśnie dotarły na pole bitwy. Dowódca Korpusu Drogowego rzucił swoich żołnierzy do ataku prosto z drogi, z marszu, i to od razu na flankę Arkach. Niestety, miał pecha.

– A Biafra szczęście, mówiłem.

– A na czym polegał pech? – zapytała Niki.

– Cesarscy nie mieli pojęcia, że na flance pozycje zajmuje cała artyleria Chorych Ludzi osłaniana przez dwa bataliony grenadierów. I z marszu, bez przegrupowania, ruszyli prosto na nich.

– Armaty naprawdę są tak potężne?

– Armata to właściwie taki karabin, tyle że... tak ze sto razy groźniejszy. Różne określenia słyszałem. Że wróg postawił przed żołnierzami imperium ścianę ognia. Albo że runęła na nich nawała ogniowa. Każdy inaczej mówi o tym, co się stało. Ci oficerowie, o których wspomniałem, opowiadali, że atak piechoty na artylerię osłanianą przez grenadierów to zwykłe samobójstwo. I przewidywali, że w przyszłych regulaminach zakaże się takich ataków.

– A Negger Bank? Biafra przystąpił do oblężenia?

– Nie. Nie miał na to ani sił, ani środków.

– Więc co się stało?

– Ci kryminaliści od Chorych Ludzi w rozproszeniu dotarli do otwartych bram. Wybili obsługę, przecięli liny, podpalili, co się dało, i poszli rabować.

– A imperialna armia?

– Imperialna armia miała inne kłopoty na głowie. W dowództwie panował chaos. Tymczasem Achaja dostała meldunek od potworów z Wielkiego Lasu na temat tego, co się dzieje. I podjudziła rycerzy z Zimnych Królestw. Powiedziała im, że męty od Chorych Ludzi właśnie zabierają im łup w mieście.

– Sprytne.

– Właśnie. Skłoniła ich do ataku na sam środek imperialnych sił zagradzających przejście do miasta. No i ruszyli. Szarża tysiąca zakutych w metal ciężkozbrojnych rycerzy wykonana idealnie wzdłuż osi drogi dosłownie przecięła na pół oddział Luan i rozproszyła go momentalnie.

– Dając możliwość reszcie sił Arkach do wycofania się pod osłonę murów twierdzy?

– Tak. I musiało to być wykonane szybko, bo w mieście Chorzy Ludzie pospołu z rycerzami właśnie rozpoczynali Dzień Zagłady Ostatecznej dla Mieszkańców oraz Ich Dóbr Doczesnych.

Virion roześmiał się, wstając z kąpieli i pozwalając, by służąca zaczęła go wycierać ręcznikiem.

Ponieważ Niki również zamierzała się unieść, Nerideen uznał, że bezpieczniej będzie, jeśli odwróci się plecami.

– No i sami widzicie. – Virion opędzał się przed sługami, które chciały wetrzeć weń wonne olejki. – Każda przyjemność ma swój kres. Ale też koniec każdej przyjemności oznacza początek innej.

Owinięta w ogromne prześcieradło Niki podeszła do Nerideena.

– To, co mówi mój mąż, oznacza, że pójdzie do swojej tajnej piwniczki i będzie się raczył zgromadzonymi tam specjałami.

– Rozumiem.

– On myśli, że nie wiem, jak tam trafić, bo wokół pozostawił wiele śmierdzących rzeczy, żebym nie mogła wywąchać. Ale nie jestem psem i dobrze wiem, gdzie jest zakamuflowana piwniczka.

– Aha, powiesz mi, gdzie jest, a ja ją znajdę i... – Chłopak był domyślny.

– I nie dopuścisz, żeby twój mistrz wychlał wszystko naraz. Dobrze?

– Tak jest! – Nerideen wojskową modłą zasalutował do czoła. – A czy zdradzisz mi, gdzie podziewa się Io?

Niki potwierdziła ruchem głowy.

– Znajdę ją i dowiem się, co przedkłada ponad ulgę wzięcia kąpieli po podróży.

Byli zatem umówieni. Sztama to sztama, nawet pomiędzy uczniem szefa i jego żoną upiorzycą.

Niki, już ubrana w zwiewną, wzorzystą suknię, bez trudu odnalazła sekretne miejsce córki w wielkim ogrodzie położonym z tyłu willi. Io siedziała na obłym kamieniu tuż przy skupisku gęstych krzewów, o tej porze roku obsypanych kwiatami o barwie purpury.

Upiorzyca, podwinąwszy suknię, przysiadła obok wprost na ziemi.

– Cóż cię tak bardzo martwi, córeczko? – zaczęła bez żadnego zagajenia.

– Skąd wiesz, że coś mnie martwi? Akurat jak przyszłaś, miałam uśmiech na twarzy.

– Owszem, ale wyjaśnienie jest proste.

Io spojrzała na matkę z dużą dozą podejrzliwości.

– Niby jakie?

– Och, przyniosłam na ubraniu zapach Nerideena, poczułaś go i stąd mimowolny uśmiech. Czuję jednak, że coś cię trapi.

– No może. I chyba wolę zająć się tym sama.

– A może przekona cię, że przełożę cię przez kolano i wlepię dwadzieścia pięć klapsów?

Io podskoczyła oburzona.

– Jestem czarownicą!

– A ja jestem upiorem i dobrze wiem, że połowa człowieka w tobie nie powinna się smucić, bo to źle wpływa na duszę. Ludzie są zwierzętami stadnymi, musisz więc podzielić się tym, co cię dręczy, z inną samicą w twoim stadzie. Czyli ze mną.

Dziewczyna tylko kręciła głową.

– Aleś to wywiodła! Aż mnie zatkało od mocy twoich argumentów. Nie wiem, co powiedzieć.

– Powiedz o tym, co leży ci na duszy.

– Jesteś nie do przegadania!

Niki chciała przytulić córkę, ale ta siedziała trochę za wysoko, sięgnęła więc ręką i ściągnęła dziewczynę na ziemię, obok siebie. Ten prosty gest tylko rozjuszył Io.

– I jeszcze przypominasz mi, jaka jesteś silna! Czy to ma znaczyć, że obiecane klapsy to nie czcze gadanie, tylko realna groźba?!

– No już, już.

– Nie mrucz na mnie w ten upiorzy sposób!

Niki była zgodliwa. Nie to nie. Przytuliła córkę w sposób zupełnie ludzki.

– No?

Io westchnęła z samej głębi trzewi. Nie sposób było opierać się dłużej.

– To trudno powiedzieć – szepnęła.

Niki się nie spieszyła. Obie trwały przytulone, a czas płynął niespiesznie. Lekki wiatr poruszał gałęziami drzew nam nimi. Brzęczące owady usiłowały dobrać się do pyłku purpurowych kwiatów na krzewach obok.

– To stało się, kiedy szukałam ojca ostatnim razem – podjęła Io cichym głosem. – Spotkałam w lesie ludzi wielkiej księżnej Proximy. Miały do mnie sprawę, zaprosiły do myśliwskiego domku czy pałacyku... nieistotne. Czas upłynął nam na rozmowach, wysłuchałam ich propozycji.

– Czy wspomnienia tego dnia wydają ci się wyblakłe?

– Tak. Bardzo.

– Bardziej niż inne przeżycia z tego samego okresu?

– Owszem.

Niki przygryzła wargi.

– Mów dalej, córeczko.

– Mniejsza o sprawy, które poruszaliśmy, opowiadałam ci z grubsza.

– Pamiętam.

– I mniejsza nawet o okoliczności. Ta rzecz zdarzyła się po rozstaniu.

– Co się stało?

– Przed wyruszeniem na tereny pogranicza wynajęłam miejscowego przewodnika. Faceta ewidentnie z rozumem i zmysłem obserwacji.

– Pamiętam. O nim też opowiadałaś.

– To teraz najważniejsze. Pożegnałam się z Fedrą i Anarchą i nie pamiętam kontekstu, ale powiedziałam mu, że straciłam tutaj jeden dzień. A on popatrzył na mnie jakoś dziwnie. I powiedział, że minęły dwa dni.

Niki żachnęła się nagle.

– Fedra jest czarownicą.

– Takie samo było też moje przypuszczenie. Wiadomo, w dziczy nikt przecież dni nie liczy zbyt dokładnie, nie przejmuje się datami. Rachubę stracić łatwo i dopiero w najbliższej wsi czy mieście dowiadujesz się, jaki naprawdę jest dzisiaj dzień. Pomyślałam więc, że to Fedra w jakiś niecodzienny sposób rzuciła na mnie zaklęcie i uśpiła na dobę. Nie wiem. Podejrzewałam, że chce wybadać moje intencje albo sprawdzić prawdomówność.

– To jest jakoś tam prawdopodobne. Ale za taki numer bez twojej wiedzy to jej się należą baty podobne do tych, które już otrzymała od Rady Czarowników.

– Tak. To jak pierdnięcie w wysokim towarzystwie, pod żadnym pozorem nie wypada.

– Ale jej darowałaś?

– Tak. Obie zresztą przedstawiały swoją sytuację jako gardłową, wymagającą natychmiastowego ekstremalnego działania. Miały dla nas szereg istotnych propozycji. No a potem polubiłyśmy się bardzo z Fedrą, zostałyśmy koleżankami. Darowałam.

– Co więc się stało później?

– Aż do dziś nic.

Niki patrzyła uważnie na córkę.

– A co stało się dzisiaj?

Io znowu westchnęła.

– Pomyślałam sobie: Fedra Fedrą, ale to, co się stało, wymaga przynajmniej zapisania sobie faktów. Żeby nie umknęło. Więc wzięłam karteczkę i zapisałam sobie, co się stało.

Io otworzyła swoją zaciśniętą dłoń i pokazała matce maleńki karteluszek z napisem „Zniknął mi jeden dzień” oraz dokładną datą.

– Rozumiem – powiedziała Niki ostrożnie. – Domyślam się, że postanowiłaś schować karteczkę w swojej sekretnej skrytce i... – zawiesiła głos.

– I otwieram skrytkę – podjęła Io – wkładam tam rękę, żeby sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu, i... – teraz ona przerwała.

– I? – zapytała Niki.

– I wyciągam to!

Io otworzyła drugą dłoń, pokazując co najmniej kilkanaście podobnych karteczek. Każda z napisem, że zniknął jej jeden dzień, i odpowiednią datą. Napis był zawsze identyczny. Daty różne.

Niki wypuściła powietrze z płuc.

– Czy dziś, otwierając skrytkę, nie pamiętałaś o tym, że schowałaś w niej przedtem te karteczki?

– Nie. Mam wrażenie, że widzę je po raz pierwszy.

Obie spojrzały sobie w oczy.

– O kurwa mać! – wyrwało się upiorzycy.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT © BY Andrzej ZiemiańskiCOPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-214-3

Kod produktu: 4000682

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

REDAKCJAKarolina Kacprzak

KOREKTAMagdalena Byrska

ILUSTRACJA OKŁADKOWAPiotr Cieśliński

PROJEKT OKŁADKISzymon Wójciak

ILUSTRACJEPaweł Zaręba

SKŁAD WERSJI [email protected]

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]

DANE DO KONTAKTULogo Fabryki Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]