Violeta - Isabel Allende - ebook + audiobook + książka

Violeta ebook i audiobook

Isabel Allende

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Poruszająca historia kobiety, która była świadkinią przełomowych wydarzeń XX wieku

Violeta przychodzi na świat pewnego burzowego dnia 1920 roku jako pierwsza dziewczynka w rodzinie obdarzonej pięcioma pełnymi wigoru synami. W tym samym czasie do kraju dociera grypa hiszpanka, ponadto społeczeństwo wciąż zmaga się ze skutkami Wielkiej Wojny.

Dzięki zapobiegliwości ojca rodzina wyjdzie z tego kryzysu bez szwanku, ale wkrótce stanie w obliczu kolejnego: załamanie gospodarcze z 1929 roku odbije się na życiu Violety, dotąd upływającym w splendorze wielkiego miasta. Rodzina straci wszystko i będzie zmuszona do przeprowadzki w odległą, dziką część kraju. Tam dziewczyna osiągnie pełnoletność i pozna pierwszego kandydata na męża…

W liście skierowanym do ukochanej osoby Violeta wspomina destrukcyjne zawody miłosne i płomienne romanse, nędzę i bogactwo, bolesne straty i chwile wielkiej radości. Na jej losy wpłynęły ważne wydarzenia historyczne: walka o prawa kobiet, rządy tyranów i ich upadek, wreszcie dwie pandemie: grypy hiszpanki z 1920 roku oraz koronawirusa z 2020 roku.

Isabel Allende kreśli kolejną niezwykle inspirującą i głęboko poruszającą historię, opowiedzianą przez kobietę, której pasja, determinacja i poczucie humoru pomagają jej przejść przez niezwykle burzliwe życie.

Isabel Allende (ur. 1942) – chilijska pisarka i dziennikarka. Jej rodzina została zmuszona do ucieczki do Wenezueli po zamachu stanu z 1973 roku, podczas którego obalono ówczesnego prezydenta, kuzyna jej ojca, Salvadora Allendego, a do władzy doszedł Augusto Pinochet. Doświadczenia te wykorzystała, pisząc swoją debiutancką powieść Dom duchów, która stała się międzynarodowym bestsellerem i została sfilmowana w gwiazdorskiej obsadzie. Opublikowała ponad 20 powieści, m.in.: Dom duchów (Marginesy 2021), Córkę fortuny (Marginesy 2021), Portret w sepii (Marginesy 2022), Z miłości i cienia (1992), Opowieści Ewy Luny (2000), Inés, pani mej duszy (2008), Japońskiego kochanka (2016), W samym środku zimy (2018), Długi płatek morza (Marginesy 2020), które zostały przetłumaczone na 35 języków i sprzedane na całym świecie w 70 milionach egzemplarzy, a także autobiograficzną prozę Kobiety mojej duszy (Marginesy 2022). Od 1987 roku mieszka w Stanach Zjednoczonych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 445

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 16 min

Lektor: Gaya Rosa

Oceny
4,6 (110 ocen)
79
23
5
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
vilejka1

Nie oderwiesz się od lektury

Przepiękna, wielowątkowa ale bardzo spójna opowieść napisana po mistrzowsku, pięknym językiem. Wymagająca uważności w czytaniu czy słuchaniu, ale też dająca ogromną przyjemność obcowania z wielką literaturą. Ogromnie wzruszająca. Świetnie przeczytana. Bardzo polecam!
10
Krasnal7

Nie oderwiesz się od lektury

To była moja pierwsza powiesc autorki. Żywe opisy zycia bohaterki. Bohaterka zwraca się do swojego wnuka.
10
anchesenamon02

Całkiem niezła

Przyjemna, ale dla mnie w porównaniu do innych powieści Allende wypada nieco słabiej, może gdyby była dłuższa, bardziej szczegółowa, pewne tematy opisała głębiej... Czytało się dobrze, ale czegoś zabrakło.
10
AgataWezyk

Dobrze spędzony czas

Książka wspaniała. Lektorka taka sobie...
10
vivlio87

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała.
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału Vio­leta
Prze­kład GRZE­GORZ OSTROW­SKI
Wy­dawca KA­TA­RZYNA RUDZKA
Re­dak­torka pro­wa­dząca KA­RO­LINA WĄ­SOW­SKA
Re­dak­cja KA­MIL BO­GU­SIE­WICZ
Ko­rekta MAŁ­GO­RZATA KU­ŚNIERZ, MAG­DA­LENA MA­TYJA-PIE­TRZYK
Pro­jekt okładki ELENA GIA­VALDI
Ad­ap­ta­cja pro­jektu okładki ANNA POL
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Ilu­stra­cja na okładce © Amanda Ar­lotta
Ła­ma­nie | ma­nu­faktu-ar.com
Vio­leta Co­py­ri­ght © Isa­bel Al­lende, 2022 Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Grze­gorz Ostrow­ski Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2023
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67790-55-0
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Ni­co­la­sowi i Lori,

moim pod­po­rom na stare lata

Fe­li­pemu Ber­rio­sowi del So­lar,

mo­jemu dro­giemu przy­ja­cie­lowi

Tell me, what is it you plan to do

With your one wild and pre­cious life?

Po­wiedz, co za­mie­rzasz wresz­cie ro­bić

Z twoim je­dy­nym zwa­rio­wa­nym i cen­nym ży­ciem?

MARY OLI­VERLETNI DZIEŃ (PRZEŁ. CZE­SŁAW MI­ŁOSZ)

Santa Clara, wrze­sień 2020

Naj­droż­szy Ca­milo,

spi­suję te wspo­mnie­nia, by po­zo­sta­wić Ci ja­kieś świa­dec­two, są­dzę bo­wiem, że w da­le­kiej przy­szło­ści, kiedy bę­dziesz bar­dzo stary i po­my­ślisz o mnie, pa­mięć może Ci pła­tać fi­gle, bo za­wsze by­łeś roz­tar­gniony, a ta wada po­głę­bia się z wie­kiem. Moje ży­cie za­słu­guje na to, by je opo­wie­dzieć, z po­wodu nie tyle mo­ich za­let, ile grze­chów, o które na­wet mnie nie po­dej­rze­wasz. Opo­wiem Ci o nich. Prze­ko­nasz się, że to istna po­wieść.

Je­steś w po­sia­da­niu li­stów za­wie­ra­ją­cych opis ca­łego mo­jego ży­cia, może z wy­jąt­kiem kilku grze­chów, o któ­rych wcze­śniej wspo­mnia­łam, mu­sisz jed­nak speł­nić swoją obiet­nicę i spa­lić je, kiedy umrę, bo są zbyt sen­ty­men­talne, a czę­sto wręcz zło­śliwe. Niech to stresz­cze­nie za­stąpi tamtą prze­sad­nie ob­fitą ko­re­spon­den­cję.

Ko­cham Cię naj­bar­dziej na świe­cie.

Vio­leta

I. WY­GNA­NIE

1920–1940

1

Przy­szłam na świat w pe­wien bu­rzowy pią­tek roku 1920, roku za­razy. Wie­czo­rem w dniu mo­ich na­ro­dzin na­stą­piła prze­rwa w do­sta­wie prądu, jak to zwy­kle by­wało w cza­sie bu­rzy, za­pa­lono więc świece i lampy naf­towe, które za­wsze były pod ręką na wy­pa­dek ta­kich awa­rii. Ma­ría Gra­cía, moja matka, po­czuła skur­cze – do­brze jej znane, wszak uro­dziła już pię­ciu sy­nów – i z re­zy­gna­cją przy­jęła cier­pie­nie, po­go­dzona z tym, że wyda na świat ko­lej­nego chłopca, z po­mocą sióstr, które już wcze­śniej to­wa­rzy­szyły jej w ta­kich mo­men­tach, nie tra­cąc przy tym głowy. Le­karz ro­dzinny od kilku ty­go­dni pra­co­wał bez wy­tchnie­nia w jed­nym ze szpi­tali po­lo­wych, wy­dało im się więc nie­roz­sądne wzy­wa­nie go do cze­goś tak pro­za­icz­nego jak po­ród. Przy po­przed­nich roz­wią­za­niach mo­gły li­czyć na aku­szerkę, za każ­dym ra­zem tę samą, ale jako jedna z pierw­szych pa­dła ofiarą grypy, a one nie znały żad­nej in­nej.

Matka do­szła do wnio­sku, że przez całe swoje do­ro­słe ży­cie była w ciąży, le­żała w po­łogu albo do­cho­dziła do sie­bie po sa­mo­ist­nym po­ro­nie­niu. Jej naj­star­szy syn, José An­to­nio, skoń­czył sie­dem­na­ście lat, co do tego aku­rat nie miała wąt­pli­wo­ści, bo uro­dził się w roku, gdy do­szło do jed­nego z naj­sil­niej­szych trzę­sień ziemi, które ob­ró­ciło w gruzy pół kraju[1] i po­chło­nęło ty­siące ofiar, nie pa­mię­tała na­to­miast do­kład­nie wieku po­zo­sta­łych dzieci ani liczby swo­ich nie­do­no­szo­nych ciąż. Każda z nich na kilka mie­sięcy wy­łą­czała ją z nor­mal­nego ży­cia, a po­ród za­wsze ozna­czał dłu­go­trwałe wy­czer­pa­nie i me­lan­cho­lię. Przed ślu­bem była naja­trak­cyj­niej­szą panną na wy­da­niu w sto­licy[2], smu­kłą, ob­da­rzoną nie­za­po­mnianą twa­rzą o zie­lo­nych oczach i de­li­kat­nej skó­rze, ale zbyt czę­ste ciąże zde­for­mo­wały jej ciało i przy­ga­siły du­cha.

Teo­re­tycz­nie ko­chała swoje dzieci, ale w prak­tyce dla wła­snej wy­gody wo­lała trzy­mać je na dy­stans, al­bo­wiem ener­gia roz­pie­ra­jąca bandę chło­pa­ków wpro­wa­dzała bi­tewny za­męt do jej ma­łego ko­bie­cego kró­le­stwa. Kie­dyś wy­znała swo­jemu spo­wied­ni­kowi, że to ja­kaś klą­twa sza­tana ska­zała ją na ro­dze­nie sy­nów. Jako po­kutę za­dał jej od­ma­wia­nie ró­żańca, co­dzien­nie przez okrą­głe dwa lata, i prze­ka­za­nie po­kaź­nej da­ro­wi­zny na re­mont ko­ścioła. Mąż za­ka­zał jej cho­dze­nia do spo­wie­dzi.

Pod czuj­nym okiem Pi­lar, mo­jej ciotki, To­rito, chło­pak do wsze­la­kich po­sług, wszedł na dra­binę i przy­wią­zał sznury (trzy­mane w sza­fie na ta­kie oka­zje) do dwóch sta­lo­wych ha­ków, które sam kie­dyś umo­co­wał w su­fi­cie. Matka, ubrana w długą ko­szulę nocną, klę­czała za­wie­szona na przy­wią­za­nych do rąk sznu­rach i parła przez ja­kiś czas, w jej od­czu­ciu trwa­jący wiecz­ność, mio­ta­jąc strasz­liwe prze­kleń­stwa, któ­rych zwy­kle nie uży­wała. Ciotka Pía przy­kuc­nęła mię­dzy jej no­gami, go­towa przy­jąć no­wo­rodka, za­nim ten do­tknie pod­łogi. Wcze­śniej przy­go­to­wała na­pary z po­krzywy, pio­łunu i ruty, za­le­cane po po­ro­dzie. Ło­skot bu­rzy ude­rza­ją­cej w ża­lu­zje i od­ry­wa­ją­cej frag­menty da­chu za­głu­szył jęki i długi koń­cowy wrzask ro­dzą­cej, kiedy wy­su­nę­łam głowę. Za­raz po­tem moje po­kryte ślu­zem i krwią ciało wy­śli­zgnęło się ciotce z rąk i spa­dło na drew­nianą pod­łogę.

– Ależ z cie­bie nie­zdara, Pío! – za­wo­łała Pi­lar, pod­no­sząc mnie za nogę. – To dziew­czynka! – do­dała zdu­miona.

– Nie­moż­liwe, sprawdź do­brze – wy­mam­ro­tała matka sła­bym gło­sem.

– Prze­cież ci mó­wię, sio­stro. Nie ma siu­siaka – od­parła ciotka.

Tam­tego wie­czoru oj­ciec wró­cił do domu późno, po ko­la­cji i kilku par­tyj­kach ma­ria­sza w klu­bie. Od razu skie­ro­wał się do swo­jego po­koju, by zmie­nić ubra­nie i na wszelki wy­pa­dek na­trzeć dło­nie al­ko­ho­lem, za­nim przy­wita się z ro­dziną. Po­pro­sił słu­żącą o kie­li­szek ko­niaku, a jej na­wet nie przy­szło na myśl, by za­ko­mu­ni­ko­wać mu no­winę, bo nie przy­wy­kła roz­ma­wiać z chle­bo­dawcą, po czym po­szedł przy­wi­tać się z żoną. Już w progu po za­pa­chu krwi od­gadł, co się wy­da­rzyło. Za­stał moją matkę od­po­czy­wa­jącą w łóżku, w czy­stej ko­szuli, czer­woną na twa­rzy, z wło­sami mo­krymi od potu.

– Dla­czego nikt mnie nie uprze­dził? – za­wo­łał, po­ca­ło­waw­szy żonę w czoło.

– Jak mia­ły­śmy to zro­bić? Kie­rowca był z tobą, a żadna z nas nie wy­szłaby z domu w taką bu­rzę, na­wet gdyby prze­pu­ścili ją twoi uzbro­jeni naj­mici – od­parła Pi­lar nie­zbyt uprzej­mym to­nem.

– To dziew­czynka, Ar­se­nio. Wresz­cie masz córkę – wtrą­ciła Pía, po­ka­zu­jąc mu trzy­mane na rę­kach za­wi­niątko.

– Bogu niech będą dzięki! – mruk­nął oj­ciec, lecz uśmiech znik­nął mu z twa­rzy na wi­dok istoty, która wy­chy­liła się spod fałd szala. – Ma śliwę na czole!

– Nie przej­muj się. Cza­sami dzieci ta­kie się ro­dzą, ale po kilku dniach wszystko wraca do normy. To znak, że bę­dzie in­te­li­gentna – wy­my­śliła na po­cze­ka­niu Pi­lar, byle nie przy­znać, że jego córka wy­lą­do­wała na pod­ło­dze.

– Jak ją na­zwie­cie? – za­py­tała Pía.

– Vio­leta – od­parła sta­now­czo matka, nie da­jąc mę­żowi czasu na za­bra­nie głosu.

To zna­mie­nite imię no­siła pra­babka ze strony matki, która na po­czątku dzie­więt­na­stego wieku wy­ha­fto­wała go­dło na pierw­szej fla­dze nie­pod­le­głego kraju.

Pan­de­mia nie za­sko­czyła mo­jej ro­dziny. Kiedy tylko ro­ze­szły się wie­ści o lu­dziach w ago­nii, któ­rzy peł­zają po uli­cach w por­cie, i o nie­po­ko­ją­cej licz­bie fio­le­to­wych ciał w kost­nicy, Ar­se­nio del Valle, mój oj­ciec, wy­li­czył, że plaga do­trze do sto­licy nie póź­niej niż za kilka dni. Po­nie­waż spo­dzie­wał się jej, za­cho­wał spo­kój. Po­czy­nił też od­po­wied­nie przy­go­to­wa­nia z szyb­ko­ścią wła­ściwą wszyst­kim jego dzia­ła­niom, przy­datną w in­te­re­sach i w ro­bie­niu pie­nię­dzy. Jako je­dyny z braci był na naj­lep­szej dro­dze do od­zy­ska­nia sta­tusu czło­wieka za­moż­nego, któ­rym cie­szył się mój pra­dzia­dek, a który mój dzia­dek po nim odzie­dzi­czył, lecz z cza­sem za­czął go tra­cić, bo miał za dużo dzieci i oka­zał się zbyt uczciwy. Z pięt­nastki jego po­tom­ków żyło je­de­na­ścioro, co świad­czyło o sile krwi rodu del Valle i było po­wo­dem do prze­chwa­łek dla mo­jego ojca, ale utrzy­ma­nie tak licz­nej ro­dziny kosz­to­wało mnó­stwo wy­siłku i pie­nię­dzy, dla­tego ma­ją­tek stop­niowo się kur­czył.

Jesz­cze za­nim kra­jowa prasa na­zwała cho­robę po imie­niu, oj­ciec wie­dział, że cho­dzi o hisz­pań­ską in­flu­encę, bo śle­dził na bie­żąco wy­da­rze­nia na świe­cie. Umoż­li­wiały mu to za­gra­niczne ga­zety, do­cie­ra­jące do Klubu Jed­no­ści[3] z opóź­nie­niem, ale do­star­cza­jące wię­cej in­for­ma­cji niż miej­scowa prasa, oraz ra­dio­sta­cja, skon­stru­owana wła­sno­ręcz­nie dzięki wska­zów­kom z pod­ręcz­nika, która za­pew­niała mu kon­takt z in­nymi ra­dio­ama­to­rami. Z za­kłó­ca­nego trza­skami i pi­skami na­słu­chu na fa­lach krót­kich do­wia­dy­wał się o rze­czy­wi­stych spu­sto­sze­niach, ja­kich pan­de­mia do­ko­ny­wała w in­nych miej­scach. Śle­dził po­stępy wi­rusa od sa­mego po­czątku, wie­dział, że roz­cho­dzi się ni­czym wiatr za­głady po ca­łej Eu­ro­pie i ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych, i do­szedł do wnio­sku, że skoro do­pro­wa­dził do tak tra­gicz­nych kon­se­kwen­cji w kra­jach cy­wi­li­zo­wa­nych, można ocze­ki­wać, że u nas, zwa­żyw­szy na bar­dziej ogra­ni­czone środki i więk­szą igno­ran­cję miesz­kań­ców, bę­dzie jesz­cze go­rzej.

Hisz­pań­ska in­flu­enca, którą na­zwano kró­cej „grypą”, do­tarła do nas z pra­wie dwu­let­nim opóź­nie­niem. Zda­niem przed­sta­wi­cieli świata na­uki ra­to­wa­li­śmy się przed nią tak długo dzięki geo­gra­ficz­nej izo­la­cji, na­tu­ral­nej ba­rie­rze, jaką sta­no­wią z jed­nej strony góry, z dru­giej – ocean, a także dzięki ła­god­nemu kli­ma­towi i od­da­le­niu, chro­nią­cemu nas przed nie­po­żą­da­nym na­pły­wem za­ra­żo­nych cu­dzo­ziem­ców. Lud na­to­miast przy­pi­sy­wał to in­ter­wen­cji ojca Ju­ana Qu­irogi, do któ­rego za­no­szono mo­dły pod­czas pro­ce­sji ma­ją­cych za­po­biec epi­de­mii. To je­dyny święty, któ­rego warto czcić – mimo że nie do­cze­kał się ka­no­ni­za­cji ze strony Wa­ty­kanu – bo bije wszyst­kich na głowę pod wzglę­dem świad­czo­nych na uży­tek lo­kalny cu­dów. W 1920 roku wi­rus do­tarł jed­nak i do nas, w pełni chwały i ma­je­statu, z im­pe­tem, któ­rego nikt nie mógł prze­wi­dzieć, oba­la­jąc wszyst­kie teo­rie na­ukowe i teo­lo­giczne[4].

Pierw­szymi ob­ja­wami cho­roby były uczu­cie przej­mu­ją­cego zimna, któ­remu nie dało się za­ra­dzić, trzę­sawka spo­wo­do­wana wy­soką go­rączką, ból głowy, jakby ktoś ści­skał ją ob­rę­czą, pie­cze­nie oczu i gar­dła oraz ma­ja­cze­nia cho­rego, który wi­dział śmierć cze­ka­jącą tuż przy łóżku. Skóra na­bie­rała nie­bie­sko­fio­le­to­wej, co­raz ciem­niej­szej barwy, wnę­trza dłoni i spody stóp ro­biły się czarne, ka­szel unie­moż­li­wiał od­dy­cha­nie, krwawa piana za­le­wała płuca, ofiara ję­czała nie­spo­koj­nie, a wszystko to koń­czyło się śmier­cią przez udu­sze­nie. Naj­więksi szczę­ścia­rze umie­rali po kilku go­dzi­nach.

Mój oj­ciec nie bez ko­zery po­dej­rze­wał, że w cza­sie wojny w Eu­ro­pie grypa spo­wo­do­wała wię­cej ofiar śmier­tel­nych wśród żoł­nie­rzy stło­czo­nych w oko­pach, gdzie nie dało się unik­nąć za­ra­że­nia, niż kule i gaz musz­tar­dowy. Rów­nie okrut­nie spu­sto­szyła Stany Zjed­no­czone i Mek­syk, by po­tem roz­prze­strze­nić się na Ame­rykę Po­łu­dniową. Ga­zety pi­sały, że w in­nych kra­jach zwłoki ukła­dano w stosy na uli­cach ni­czym drewno na opał, bo bra­ko­wało czasu i wol­nych miejsc na cmen­ta­rzach, by je po­cho­wać, że za­ra­żona zo­stała jedna trze­cia ludz­ko­ści i że liczba ofiar prze­kro­czyła pięć­dzie­siąt mi­lio­nów, ale do­nie­sie­nia pra­sowe były rów­nie sprzeczne jak prze­ra­ża­jące po­gło­ski prze­ka­zy­wane z ust do ust. Za­le­d­wie osiem­na­ście mie­sięcy wcze­śniej pod­pi­sano za­wie­sze­nie broni koń­czące straszną czte­ro­let­nią Wielką Wojnę w Eu­ro­pie, więc do­piero nie­dawno za­czę­li­śmy po­zna­wać praw­dziwy za­sięg pan­de­mii, ukry­wany do­tąd przez woj­skową cen­zurę. Ża­den kraj nie po­da­wał liczby ofiar po swo­jej stro­nie, tylko Hisz­pa­nia (która za­cho­wała neu­tral­ność w eu­ro­pej­skim kon­flik­cie) roz­po­wszech­niała in­for­ma­cje o cho­ro­bie, dla­tego za­częto ją na­zy­wać „hisz­pań­ską grypą”.

Wcze­śniej miesz­kańcy na­szego kraju od­cho­dzili z tego świata z tych sa­mych po­wo­dów co wszę­dzie, czyli no­to­rycz­nej nę­dzy, na­ło­gów, bó­jek, wy­pad­ków, ska­żo­nej wody, ty­fusu i wieku. Był to na­tu­ralny pro­ces, da­jący czas na godny po­chó­wek, lecz kiedy za­pa­no­wała grypa, ata­ku­jąca z żar­łocz­no­ścią ty­grysa, mu­siano zre­zy­gno­wać z po­cie­sza­nia umie­ra­ją­cych i z po­grze­bo­wych ry­tu­ałów.

Pierw­sze przy­padki od­no­to­wano pod ko­niec je­sieni w por­to­wych do­mach uciech, ale nikt – z wy­jąt­kiem mo­jego ojca – nie przy­wią­zy­wał do tego wagi, bo umie­rały ko­biety lek­kich oby­cza­jów, prze­stępcy i prze­myt­nicy. Uznano, że to cho­roba we­ne­ryczna przy­wle­czona z In­do­ne­zji przez przy­god­nych ma­ry­na­rzy. Szybko jed­nak oka­zało się, że nie­szczę­ście ma cha­rak­ter ma­sowy i że nie można na­dal zrzu­cać winy na roz­wią­złość i bez­tro­skie ży­cie, bo cho­roba nie od­róż­niała grzesz­ni­ków od cno­tli­wych. Wi­rus wy­grał z oj­cem Qu­irogą i prze­miesz­czał się bez prze­szkód, ata­ku­jąc za­cie­kle dzieci i star­ców, ubo­gich i bo­ga­tych. Kiedy cho­roba do­pa­dła całą trupę te­atralną i kilku człon­ków Kon­gresu, bru­kowce ogło­siły po­czą­tek apo­ka­lipsy i do­piero wtedy rząd pod­jął de­cy­zję o za­mknię­ciu gra­nic i kon­troli por­tów. Było już jed­nak za późno.

Nic nie dały msze od­pra­wiane przez trzech księży ani wo­reczki z kam­forą wie­szane na szyi, by za­po­biec za­ra­że­niu. Nad­cho­dząca zima i pierw­sze desz­cze tylko po­gor­szyły sy­tu­ację. Two­rzono więc na gwałt pro­wi­zo­ryczne szpi­tale po­lowe na bo­iskach spor­to­wych, kost­nice w chłod­niach rzeźni miej­skiej i ko­pano zbio­rowe mo­giły, gdzie tra­fiały zwłoki bie­da­ków za­sy­py­wane pa­lo­nym wap­nem. Wia­domo już było, że cho­roba wcho­dzi przez nos i usta i że nie wy­wo­łuje jej uką­sze­nie ko­mara ani żadne ro­baki w kisz­kach, w co wie­rzyło po­spól­stwo, dla­tego na­ka­zano no­sze­nie ma­se­czek, ale po­nie­waż tych nie star­czało na­wet dla per­so­nelu me­dycz­nego, który wal­czył z za­razą na pierw­szej li­nii frontu, reszta nie miała do nich do­stępu.

Kilka mie­sięcy wcze­śniej gło­sami wscho­dzą­cej klasy śred­niej i ro­bot­ni­czych związ­ków za­wo­do­wych wy­brano no­wego pre­zy­denta, syna wło­skich imi­gran­tów uro­dzo­nego już w na­szym kraju, wy­znawcę po­stę­po­wych idei[5]. Mój oj­ciec, jak wszy­scy jego krewni z rodu del Valle, przy­ja­ciele i zna­jomi, nie da­rzył go za­ufa­niem – pre­zy­dent za­mie­rzał bo­wiem wpro­wa­dzić nie­zbyt od­po­wia­da­jące kon­ser­wa­ty­stom re­formy, a poza tym był przy­błędą, który nie mógł się po­szczy­cić ka­sty­lij­sko-ba­skij­skim na­zwi­skiem odzie­dzi­czo­nym po przod­kach – zga­dzał się jed­nak z me­to­dami, ja­kie głowa pań­stwa za­sto­so­wała, by prze­ciw­dzia­łać ka­ta­stro­fie. Pierw­sze roz­po­rzą­dze­nie na­ka­zy­wało za­mknąć się w do­mach, by unik­nąć za­ra­że­nia, ale po­nie­waż nikt go nie prze­strze­gał, pre­zy­dent wpro­wa­dził stan wy­jąt­kowy, go­dzinę po­li­cyjną i za­kaz prze­miesz­cza­nia się lud­no­ści cy­wil­nej bez waż­nego po­wodu, pod karą grzywny, aresztu, a czę­sto­kroć chło­sty.

Za­mknięto szkoły, sklepy, parki i inne miej­sca, w któ­rych zwy­kle gro­ma­dzili się lu­dzie, ale na­dal dzia­łały nie­które urzędy, banki, trans­port dro­gowy i ko­le­jowy za­opa­tru­jący mia­sta, a także sklepy z na­po­jami wy­sko­ko­wymi, bo uwa­żano, że al­ko­hol w po­łą­cze­niu z koń­ską dawką aspi­ryny za­bija za­razę. Nikt nie li­czył zmar­łych z po­wodu za­tru­cia tą mie­szanką, na co zwró­ciła uwagę ciotka Pía, która była abs­ty­nentką i w do­datku nie wie­rzyła w ap­teczne leki. Zgod­nie z oba­wami mo­jego ojca po­li­cja nie ra­dziła so­bie z wy­mu­sza­niem po­słu­szeń­stwa i za­po­bie­ga­niem prze­stęp­stwom, o po­moc w pa­tro­lo­wa­niu ulic wła­dze mu­siały więc po­pro­sić woj­sko, za­słu­że­nie owiane złą sławą z po­wodu bru­tal­no­ści. To z ko­lei wy­wo­łało pro­te­sty ze strony par­tii opo­zy­cyj­nych, in­te­lek­tu­ali­stów i ar­ty­stów, pa­mię­ta­ją­cych ma­sa­krę bez­bron­nych ro­bot­ni­ków, w tym ko­biet i dzieci, sprzed kilku lat, i inne przy­padki, kiedy żoł­nie­rze rzu­cali się z ba­gne­tami na cy­wili, jakby mieli do czy­nie­nia z ob­cym woj­skiem.

Sank­tu­arium ojca Ju­ana Qu­irogi wy­peł­niło się wier­nymi, któ­rzy szu­kali tam ra­tunku przed grypą, i w wielu przy­pad­kach uda­wało im się go zna­leźć, choć nie­do­wiar­ko­wie (tych ni­gdy nie bra­kuje) ar­gu­men­to­wali, że je­śli cho­remu star­czyło sił, by po­ko­nać trzy­dzie­ści dwa stop­nie pro­wa­dzące do ka­pliczki na Wzgó­rzu Świę­tego Pio­tra, to zna­czy, że był już zdrowy. To nie znie­chę­ciło wier­nych. Mimo że za­ka­zano wszel­kich zgro­ma­dzeń pu­blicz­nych, spon­ta­nicz­nie ze­brał się tłum, który – z dwoma bi­sku­pami na czele pro­ce­sji – za­mie­rzał przejść do sank­tu­arium, ale zo­stał roz­pro­szony za po­mocą kolb ka­ra­bi­nów i wy­strza­łów. W nie­spełna kwa­drans żoł­nie­rze zo­sta­wili na placu boju dwa trupy i sześć­dzie­się­cioro troje ran­nych, z któ­rych je­den zmarł tego sa­mego dnia wie­czo­rem. Pre­zy­dent zi­gno­ro­wał ofi­cjalny pro­test bi­sku­pów i nie przy­jął pra­ła­tów w swoim ga­bi­ne­cie. Od­po­wie­dział im na pi­śmie za po­śred­nic­twem swo­jego se­kre­ta­rza, że „każdy, kto zła­mie prawo, zo­sta­nie su­rowo uka­rany, na­wet je­śli to bę­dzie sam pa­pież”. Nikt nie miał już ochoty na ko­lejną piel­grzymkę.

W na­szej ro­dzi­nie nie było ani jed­nego za­ra­żo­nego, bo jesz­cze przed bez­po­śred­nią in­ter­wen­cją rządu oj­ciec po­czy­nił nie­zbędne kroki, kie­ru­jąc się do­świad­cze­niami in­nych kra­jów w zwal­cza­niu pan­de­mii. Skon­tak­to­wał się przez ra­dio­sta­cję z nad­zorcą swo­jego tar­taku – chor­wac­kim imi­gran­tem, do któ­rego miał pełne za­ufa­nie – i ten przy­słał mu z po­łu­dnia dwóch naj­lep­szych drwali. Oj­ciec uzbroił ich w strzelby, tak stare, że na­wet on sam nie po­tra­fił się nimi po­słu­gi­wać, po­sta­wił przy wej­ściach na te­ren po­se­sji i ka­zał pil­no­wać, by nie wcho­dził ani nie wy­cho­dził przez nie nikt z wy­jąt­kiem niego i mo­jego naj­star­szego brata. Po­le­ce­nie oka­zało się trudne do wy­peł­nie­nia w prak­tyce, bo prze­cież nie mo­gli strze­lać do do­mow­ni­ków, by ich za­trzy­mać, ale sama obec­ność tych męż­czyzn od­stra­szała ewen­tu­al­nych zło­dzie­jasz­ków. Drwale, któ­rzy z dnia na dzień zo­stali uzbro­jo­nymi straż­ni­kami, nie mieli wstępu do domu. Spali na sien­ni­kach w wo­zowni, ży­wili się pro­wian­tem, który ku­charka po­da­wała im przez okienko, i pili mocną wódkę do­star­czaną im przez ojca bez ogra­ni­czeń ra­zem z gar­ściami aspi­ryny w celu ochrony przed za­razą.

Z my­ślą o wła­snym bez­pie­czeń­stwie oj­ciec ku­pił po­cho­dzący z prze­mytu an­giel­ski re­wol­wer marki We­bley, który spraw­dził się w cza­sie wojny, i za­czął ćwi­czyć strze­la­nie do celu na ku­chen­nym pa­tio, stra­sząc kury. Tak na­prawdę bał się nie wi­rusa, lecz zde­spe­ro­wa­nych lu­dzi. Na­wet w nor­mal­nych cza­sach w mie­ście było mnó­stwo nę­dza­rzy, że­bra­ków i zło­dziei. Gdyby zaś po­wtó­rzyła się sy­tu­acja za­ob­ser­wo­wana w in­nych kra­jach – wzro­słoby bez­ro­bo­cie, za­bra­kłoby żyw­no­ści i wy­bu­chłaby pa­nika – na­wet lu­dzie w miarę uczciwi, któ­rzy do­tąd ogra­ni­czali się do pro­te­sto­wa­nia przed bu­dyn­kiem Kon­gresu, żą­da­jąc pracy i spra­wie­dli­wo­ści, do­pusz­cza­liby się prze­stępstw. Po­dob­nie było w cza­sach, kiedy bez­ro­botni gór­nicy z pół­nocy, głodni i wście­kli, wdarli się do mia­sta, przy­wle­ka­jąc ty­fus.

Oj­ciec zro­bił za­pasy na zimę: ku­pił całe worki kar­to­fli, mąki i cu­kru, olej, ryż, wa­rzywa, orze­chy, war­ko­cze czosnku, su­szone mięsa oraz skrzynki owo­ców i ja­rzyn na prze­twory. Czte­rech sy­nów, z któ­rych naj­młod­szy skoń­czył nie­dawno dwa­na­ście lat, wy­słał na po­łu­dnie, jesz­cze za­nim szkoła pod we­zwa­niem Świę­tego Igna­cego za­wie­siła lek­cje na po­le­ce­nie władz, na­to­miast José An­to­nio zo­stał w sto­licy, bo chciał się za­pi­sać na uni­wer­sy­tet, kiedy tylko świat wróci do nor­mal­no­ści. Po­dró­żo­wa­nie zo­stało za­ka­zane, jed­nak moim bra­ciom udało się zła­pać je­den z ostat­nich po­cią­gów pa­sa­żer­skich, który do­wiózł ich do sta­cji San Bar­to­lomé, gdzie już cze­kał na nich Marko Ku­sa­no­vic, chor­wacki nad­zorca tar­taku. Zgod­nie z otrzy­ma­nymi in­struk­cjami miał ich po­słać do pracy, ra­mię w ra­mię z miej­sco­wymi nie­okrze­sa­nymi drwa­lami. Bez żad­nej ta­ryfy ulgo­wej. Ta­kie roz­wią­za­nie po­zwa­lało za­pew­nić im za­ję­cie i zdro­wie, a przy oka­zji unik­nąć kło­po­tów, ja­kich przy­spa­rza­liby, sie­dząc bez­czyn­nie w domu.

Mo­jej matce, jej dwóm sio­strom, Píi i Pi­lar, oraz słu­żą­cym przy­ka­zano, żeby sie­działy w domu i pod żad­nym po­zo­rem nie wy­cho­dziły na ze­wnątrz. Matka miała słabe płuca z po­wodu prze­by­tej w mło­do­ści gruź­licy, a do tego de­li­katną bu­dowę ciała – nie mo­gła ry­zy­ko­wać za­ra­że­nia się grypą.

Pan­de­mia nie zmie­niła zbyt­nio ru­tyny za­mknię­tego wszech­świata, ja­kim był nasz dom. Główne drzwi wej­ściowe, rzeź­bione w ma­ho­niu, pro­wa­dziły do wiel­kiego, ciem­nego holu, z któ­rego wcho­dziło się do dwóch sa­lo­nów, bi­blio­teki, ofi­cjal­nej ja­dalni, gdzie przyj­mo­wano go­ści, po­koju bi­lar­do­wego i jesz­cze jed­nego, za­mknię­tego, na­zy­wa­nego „biu­rem”, po­nie­waż stało tam kilka me­ta­lo­wych re­ga­łów wy­peł­nio­nych do­ku­men­tami, do któ­rych od nie­pa­mięt­nych cza­sów nikt nie za­glą­dał. Drugą część domu od­dzie­lało od pierw­szej pa­tio wy­ło­żone por­tu­gal­skimi ka­fel­kami, z nie­czynną fon­tanną w stylu mau­re­tań­skim i mnó­stwem do­nic z ka­me­liami. Od tych kwia­tów wzięła się na­zwa po­sia­dło­ści: Ka­me­liowy Dwór. Wzdłuż trzech bo­ków pa­tia bie­gła prze­szklona ga­le­ria z fa­zo­wa­nymi szy­bami, łą­cząca po­miesz­cze­nia, z któ­rych ko­rzy­stało się na co dzień: ja­dal­nię, ba­wial­nię, szwal­nię, sy­pial­nie i ła­zienki. La­tem w ga­le­rii pa­no­wał chłód, zimą było w niej dość cie­pło za sprawą pie­cy­ków wę­glo­wych. Ostat­nią część domu sta­no­wiło kró­le­stwo słu­żą­cych i zwie­rząt, znaj­do­wały się tam kuch­nia, ko­ryta do pra­nia, skła­dziki, wo­zow­nia i kilka nędz­nych kli­tek, w któ­rych spały po­moce do­mowe. Moja matka bar­dzo rzadko za­glą­dała do tych miejsc.

Po­sia­dłość na­le­żała kie­dyś do mo­ich dziad­ków ze strony ojca; kiedy po­marli, oka­zała się je­dyną cenną spu­ści­zną, jaką zo­sta­wili dzie­ciom. Po­dzie­lona po­mię­dzy je­de­na­stu sy­nów, przed­sta­wiała jed­nak dla każ­dego z nich nie­wielką war­tość. Ar­se­nio, który jako je­dyny miał ja­kąś wi­zję przy­szło­ści, za­pro­po­no­wał bra­ciom, że od­kupi ich czę­ści, spła­ca­jąc je w nie­wiel­kich ra­tach. Po­cząt­kowo trak­to­wali to jako przy­sługę z jego strony, bo oj­ciec wy­ja­śnił im, że stare do­misz­cze wy­maga grun­tow­nej prze­bu­dowy. I że nikt przy zdro­wych zmy­słach nie chciałby tam miesz­kać, ale on po­trze­buje prze­strzeni dla swo­ich dzieci (także tych, które miały się jesz­cze uro­dzić), te­ścio­wej (bar­dzo już le­ci­wej) i sióstr żony (dwóch sta­rych pa­nien zda­nych na jego ła­skę). Sto­sunki z braćmi po­psuły się, kiedy za­czął się spóź­niać ze spła­ca­niem obie­ca­nych rat, a w końcu zu­peł­nie tego za­nie­chał. Nie za­mie­rzał ich oszu­kać. Tra­fiały mu się po pro­stu oka­zje, na któ­rych mógł sko­rzy­stać fi­nan­sowo, więc ry­zy­ko­wał, obie­cu­jąc so­bie, że spłaci ich łącz­nie z od­set­kami, tym­cza­sem mi­jały lata, a on cią­gle prze­su­wał ter­miny, aż wresz­cie cał­kiem za­po­mniał o długu.

Fak­tycz­nie, była to ru­dera, ale par­cela zaj­mo­wała pół kwar­tału i wcho­dziło się na nią z dwóch ulic. Szkoda, że nie mam zdję­cia, Ca­milo, bo tam za­częły się moje ży­cie i moje wspo­mnie­nia. Do­misz­cze stra­ciło nie­gdy­siej­szy blask, jesz­cze sprzed kra­chu go­spo­dar­czego, kiedy dzia­dek wła­dał kla­nem licz­nych sy­nów oraz ar­mią słu­żą­cych i ogrod­ni­ków utrzy­mu­ją­cych w domu nie­ska­zi­telną czy­stość, a w ogro­dzie raj pe­łen kwia­tów i drzew owo­co­wych, ze szklar­nią, gdzie ho­do­wano or­chi­dee z in­nych stref kli­ma­tycz­nych, i czte­rema mar­mu­ro­wymi rzeź­bami po­staci z mi­to­lo­gii grec­kiej (zgod­nie z ów­cze­snymi upodo­ba­niami zna­mie­ni­tych ro­dów) wy­ko­na­nymi przez miej­sco­wych rze­mieśl­ni­ków, któ­rzy na co dzień cio­sali ka­mienne płyty na­grobne. Sta­rzy ogrod­nicy po­marli, a nowi byli zda­niem mo­jego ojca bandą leni. „Jak tak da­lej pój­dzie, chwa­sty po­chłoną nam dom”, po­wta­rzał, lecz nie ro­bił ni­czego, by to zmie­nić. Ko­chał przy­rodę, ale po­dzi­wiał ją z da­leka; nie za­słu­gi­wała na jego uwagę, wo­lał spo­żyt­ko­wać całą ener­gię na sprawy bar­dziej do­cho­dowe. Po­stę­pu­jąca de­wa­sta­cja po­sia­dło­ści nie­zbyt go mar­twiła, za­mie­rzał miesz­kać tam, tylko do­póki bę­dzie mu­siał. Dom nie przed­sta­wiał żad­nej war­to­ści, za to działka była ła­ko­mym ką­skiem. Pla­no­wał ją sprze­dać, kiedy osią­gnie od­po­wied­nią war­tość, na­wet gdyby miał na to cze­kać la­tami. Kie­ro­wał się ba­nal­nym ak­sjo­ma­tem: na­leży ku­po­wać ta­nio i sprze­da­wać drogo.

Klasa wyż­sza prze­no­siła się stop­niowo do dziel­nic wil­lo­wych, z dala od gma­chów pu­blicz­nych, tar­go­wisk i za­ku­rzo­nych pla­ców ob­sry­wa­nych przez go­łę­bie. Domy ta­kie jak nasz bu­rzono po­spiesz­nie, a na ich miej­scu wzno­szono biu­rowce i apar­ta­menty dla klasy śred­niej. Sto­lica była i na­dal jest jed­nym z naj­bar­dziej po­dzie­lo­nych pod wzglę­dem kla­so­wym miast świata; gdyby war­stwy niż­sze śmie­lej zaj­mo­wały ulice uwa­żane za główne od cza­sów ko­lo­nial­nych, któ­re­goś dnia oj­ciec mu­siałby prze­nieść ro­dzinę w inne miej­sce, by nie stra­cić pre­stiżu w oczach przy­ja­ciół i zna­jo­mych. Na ra­zie na prośbę matki uno­wo­cze­śnił je­dy­nie część domu, in­sta­lu­jąc elek­trycz­ność i se­desy, pod­czas gdy reszta da­lej spo­koj­nie nisz­czała.

2

Moja bab­cia ze strony matki ca­łymi dniami prze­sia­dy­wała bez­czyn­nie na ga­le­rii w fo­telu z wy­so­kim opar­ciem, tak po­chło­nięta wspo­mnie­niami, że w ciągu sze­ściu lat nie wy­mó­wiła ani jed­nego słowa. Ciotki Pía i Pi­lar, o kilka lat star­sze od mo­jej matki, rów­nież miesz­kały w na­szym domu. Pierw­sza była ła­godną ko­bietką, znała wła­ści­wo­ści róż­nych ro­ślin i miała dar le­cze­nia przez na­kła­da­nie rąk. W wieku dwu­dzie­stu trzech lat o mały włos nie wy­szła za ku­zyna dru­giego stop­nia, w któ­rym ko­chała się od pięt­na­stego roku ży­cia, ale nie dane jej było za­ło­żyć sukni ślub­nej, bo na­rze­czony zmarł na­gle dwa mie­siące przed ożen­kiem. Po­nie­waż nie wy­ko­nano sek­cji zwłok – ro­dzina nie wy­ra­ziła na to zgody – zgon przy­pi­sano wro­dzo­nej wa­dzie serca. Pía uznała się za wdowę po swo­jej je­dy­nej mi­ło­ści, przy­wdziała ża­łobę i ni­gdy nie za­ak­cep­to­wała żad­nego in­nego ad­o­ra­tora.

Pi­lar była ładna, jak inne ko­biety z ro­dziny, ale ro­biła wszystko, żeby na taką nie wy­glą­dać, wy­śmie­wa­jąc ko­biece cnoty i fa­ta­łaszki. W cza­sach jej mło­do­ści kilku śmiał­ków pró­bo­wało za­bie­gać o względy mo­jej ciotki, ale sku­tecz­nie ich od­stra­szyła. Ża­ło­wała, że nie uro­dziła się pół wieku póź­niej, mo­głaby wów­czas speł­nić swoje ma­rze­nie i pierw­sza zdo­być Mo­unt Eve­rest. Kiedy szerpa Ten­zing Nor­gay i No­wo­ze­land­czyk Ed­mund Hil­lary zdo­łali to osią­gnąć w 1953 roku, Pi­lar pła­kała ze zło­ści. Była wy­soka, silna i zwinna, od­zna­czała się wład­czym tem­pe­ra­men­tem wy­so­kiego rangą woj­sko­wego. Peł­niła funk­cję och­mi­strzyni, ale zaj­mo­wała się też nie­zbęd­nymi na­pra­wami. Miała ta­lent kon­struk­tor­ski, wy­my­ślała różne urzą­dze­nia uła­twia­jące prace do­mowe i ory­gi­nalne spo­soby usu­wa­nia drob­nych uste­rek, dla­tego mó­wiono, że Bóg po­my­lił się, czy­niąc ją ko­bietą. Nikt się nie dzi­wił, wi­dząc, jak po trzę­sie­niu ziemi włazi na dach i nad­zo­ruje wy­mianę da­chó­wek albo bez obrzy­dze­nia bie­rze udział w przed­bo­żo­na­ro­dze­nio­wej rzezi kur i in­dy­ków urzą­dzo­nej na pa­tio.

Za­kaz prze­miesz­cza­nia się wy­mu­szony przez grypę nie dał się zbyt­nio we znaki na­szej ro­dzi­nie. W nor­mal­nych cza­sach po­ko­jówki, ku­charka i praczka i tak wy­cho­dziły z domu tylko na dwa po­po­łu­dnia w mie­siącu. Kie­rowca i ogrod­nicy mieli wię­cej swo­body, bo męż­czyzn nie uwa­żano za część służby. Wy­jąt­kiem był Apo­lo­nio Toro, gi­gan­tyczny mło­dzian, który kilka lat wcze­śniej za­stu­kał do drzwi domu del Valle, pro­sząc o coś do je­dze­nia, i już z nimi zo­stał. Przy­pusz­czano, że jest sie­rotą, ale nikt nie za­dał so­bie trudu, by to spraw­dzić. To­rito, jak go zdrob­niale na­zy­wa­li­śmy, rzadko wy­cho­dził na ulicę, po­nie­waż bał się, że go po­biją, co się już wcze­śniej zda­rzało – jego po­stura ol­brzyma i nie­winny wy­gląd za­chę­cały do nie­go­dzi­wych za­cho­wań. No­sił drewno i wę­giel na opał, czy­ścił i wo­sko­wał pod­łogi, a także wy­ko­ny­wał inne cięż­kie prace, które nie wy­ma­gały po­my­ślunku.

Matka nie była zbyt to­wa­rzy­ska, na­wet przed pan­de­mią wy­cho­dziła z domu naj­rza­dziej, jak mo­gła. Wpraw­dzie to­wa­rzy­szyła mę­żowi pod­czas spo­tkań człon­ków ro­dziny del Valle, tak czę­stych, że cały ka­len­darz da­łoby się za­peł­nić rocz­ni­cami, chrztami, ślu­bami i po­grze­bami, ale ro­biła to nie­chęt­nie, bo gwar przy­pra­wiał ją o ból głowy. Wy­ma­wiała się złym sa­mo­po­czu­ciem albo ko­lejną ciążą i zo­sta­wała w łóżku bądź wy­jeż­dżała do gór­skiego sa­na­to­rium dla gruź­li­ków, gdzie do­cho­dziła do sie­bie po za­pa­le­niu oskrzeli i ko­rzy­stała z oka­zji, by od­po­cząć. W po­godne dni uda­wała się na krótką prze­jażdżkę no­wiu­sień­kim sa­mo­cho­dem, który mąż ku­pił jej, kiedy tylko auta stały się modne, for­dem T, osią­ga­ją­cym sa­mo­bój­czą pręd­kość pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę.

– Kie­dyś za­biorę cię moim wła­snym sa­mo­lo­tem – obie­cał jej mój oj­ciec, choć był to ostatni śro­dek trans­portu, ja­kim chcia­łaby po­dró­żo­wać.

Ae­ro­nau­tyka, uwa­żana wtedy za ka­prys po­szu­ki­wa­czy przy­gód i play­boyów, sta­no­wiła przed­miot jego fa­scy­na­cji. Wie­rzył, że te mo­skity z bre­zentu i drewna będą kie­dyś w za­sięgu ręki każ­dego, kto zdoła za nie za­pła­cić, jak sa­mo­chody, a on jako je­den z pierw­szych w nie za­in­we­stuje. Miał już ob­my­ślony plan dzia­ła­nia. Ku­po­wałby je z dru­giej ręki w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, przy­wo­ził do kraju w czę­ściach, by unik­nąć pła­ce­nia po­dat­ków, a po zło­że­niu sprze­da­wał za duże pie­nią­dze. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści wiele lat póź­niej to mnie przy­pa­dło w udziale speł­nie­nie tego ma­rze­nia, w nieco zmo­dy­fi­ko­wa­nej for­mie.

Matka jeź­dziła z kie­rowcą na za­kupy pod ar­kady, gdzie swoje stra­gany mieli Turcy, albo do her­ba­ciarni Wer­sal na spo­tka­nie z jedną ze szwa­gie­rek, która prze­ka­zy­wała jej naj­śwież­sze plotki o ro­dzi­nie, ale w ostat­nich mie­sią­cach rzadko to ro­biła, po pierw­sze, z po­wodu cią­żą­cego jej brzu­cha, po dru­gie – wy­mu­szo­nego pan­de­mią za­kazu prze­miesz­cza­nia się. Krót­kie zi­mowe dni upły­wały jej na grze w karty z ciot­kami Píą i Pi­lar, na szy­ciu, tka­niu i od­ma­wia­niu po­kut­nego ró­żańca z To­ri­tem i słu­żą­cymi. Ka­zała po­za­my­kać po­koje nie­obec­nych sy­nów, oba sa­lony i ja­dal­nię. Do bi­blio­teki wcho­dzili tylko jej mąż i naj­star­szy syn. To­rito roz­pa­lał tam ogień w ko­minku, by chro­nić książki przed wil­go­cią. W po­zo­sta­łych po­miesz­cze­niach i w ga­le­rii sta­wiano pie­cyki wę­glowe z garn­kami wrzą­cej wody z do­dat­kiem li­ści eu­ka­lip­tusa, aby oczy­ścić po­wie­trze i ode­gnać widmo za­razy.

Oj­ciec i mój brat José An­to­nio nie prze­strze­gali za­kazu prze­miesz­cza­nia się ani go­dziny po­li­cyj­nej, pierw­szy dla­tego, że był jed­nym z tych lu­dzi in­te­resu, któ­rzy uwa­żali, że są nie­zbędni dla wła­ści­wego funk­cjo­no­wa­nia go­spo­darki, drugi dla­tego, że wszę­dzie to­wa­rzy­szył ojcu. Mieli po­zwo­le­nie na swo­bodne prze­miesz­cza­nie się, jak inni prze­my­słowcy, przed­się­biorcy, po­li­tycy i per­so­nel me­dyczny. Oj­ciec i syn cho­dzili do biura, spo­ty­kali się z ko­le­gami i klien­tami, ja­dali ko­la­cje w Klu­bie Jed­no­ści (któ­rego nie za­mknięto, bo to by­łoby jak za­mknię­cie ka­te­dry), choć w miarę wy­mie­ra­nia kel­ne­rów po­gar­szała się ja­kość ob­sługi w klu­bo­wej re­stau­ra­cji. Na ulicy uży­wali do ochrony fil­co­wych ma­se­czek uszy­tych przez ciotki, a przed snem na­cie­rali się al­ko­ho­lem. Wie­dzieli, że nikt nie jest od­porny na grypę, ale mieli na­dzieję, że dzięki tym środ­kom bez­pie­czeń­stwa i eu­ka­lip­tu­so­wym opa­rom za­raza nie wtar­gnie do na­szego domu.

W cza­sach, w któ­rych się uro­dzi­łam, ko­biety ta­kie jak Ma­ría Gra­cía za­my­kały się w domu, by ukryć cią­żowy brzuch przed świa­tem, i nie kar­miły po­tom­stwa pier­sią, bo to było w bar­dzo złym gu­ście. Za­zwy­czaj wy­naj­mo­wano mamkę, ubogą ko­bietę, która od­bie­rała pierś wła­snemu dziecku, by sprze­dać ją in­nemu, za­moż­niej­szemu, ale mój oj­ciec nie zgo­dził się, żeby do domu we­szła ja­kaś nie­zna­joma. Mo­gła prze­cież przy­wlec za­razę. Pro­blem mo­jego od­ży­wia­nia roz­wią­zano, spro­wa­dza­jąc kozę, którą ulo­ko­wano na trze­cim pa­tio.

Od pierw­szego dnia aż do pią­tego roku ży­cia zaj­mo­wały się mną wy­łącz­nie ciotki Pía i Pi­lar, które roz­piesz­czały mnie tak bar­dzo, że nie­mal wy­pa­czyły mi cha­rak­ter. Przy­czy­niał się do tego rów­nież oj­ciec, bo by­łam je­dyną dziew­czynką w stadku jego po­tom­stwa. Kiedy inne dzie­ciaki w moim wieku uczyły się czy­tać, ja nie po­tra­fi­łam po­słu­gi­wać się łyżką, bo za­wsze ktoś mnie kar­mił, i spa­łam zwi­nięta w kłę­bek w ko­ły­sce przy łóżku matki.

Któ­re­goś dnia oj­ciec od­wa­żył się in­ter­we­nio­wać, bo roz­trza­ska­łam por­ce­la­nową głowę lalki, wa­ląc nią o ścianę.

– Roz­pusz­czona smar­kulo! Do­sta­niesz la­nie!

Ni­gdy wcze­śniej nie pod­niósł na mnie głosu. Rzu­ci­łam się na pod­łogę twa­rzą do dołu, rzę­żąc jak opę­tana, co czę­sto ro­bi­łam, a on pierw­szy raz stra­cił bez­gra­niczną cier­pli­wość, jaką za­wsze mi oka­zy­wał. Chwy­cił mnie za ra­miona i po­trzą­snął z taką siłą, że gdyby nie in­ter­wen­cja cio­tek, skrę­ciłby mi kark. By­łam tak za­sko­czona, że na­tych­miast prze­sta­łam wierz­gać.

– Tej dziew­czynce po­trzebna jest an­giel­ska gu­wer­nantka – za­wy­ro­ko­wał roz­gnie­wany.

W ten oto spo­sób w na­szym domu po­ja­wiła się miss Tay­lor. Oj­ciec zna­lazł ją z po­mocą agenta pro­wa­dzą­cego jego in­te­resy w Lon­dy­nie, który ogra­ni­czył się do za­miesz­cze­nia ogło­sze­nia w ga­ze­cie „The Ti­mes”. Ko­mu­ni­ko­wali się, wy­mie­nia­jąc te­le­gramy i li­sty – szły kilka ty­go­dni w jedną stronę, a dru­gie tyle trzeba było cze­kać na od­po­wiedź, ale po­mimo prze­szkód zwią­za­nych z od­le­gło­ścią i ję­zy­kiem (agent nie mó­wił po hisz­pań­sku, a zna­jo­mość an­giel­skiego mo­jego ojca ogra­ni­czała się do kwe­stii de­wi­zo­wych i do­ku­men­tów eks­por­to­wych) do­szli ja­koś do po­ro­zu­mie­nia w spra­wie za­trud­nie­nia ide­al­nej osoby: ko­biety o po­twier­dzo­nym do­świad­cze­niu i nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii.

Cztery mie­siące póź­niej ro­dzice i mój brat José An­to­nio za­brali mnie – ubraną od­święt­nie w nie­bie­ski ak­sa­mitny płasz­czyk, słom­kowy ka­pe­lusz i trze­wiki z la­kie­ro­wa­nej skóry – do portu, by po­wi­tać An­gielkę. Mu­sie­li­śmy od­cze­kać, aż wszy­scy pa­sa­że­ro­wie statku zejdą po tra­pie, przy­wi­tają się z tymi, któ­rzy po nich przy­szli, zro­bią so­bie gru­powe zdję­cia, czy­niąc przy tym mnó­stwo ha­łasu, i zbiorą do kupy roz­liczne ba­gaże. Kiedy molo wresz­cie opu­sto­szało, zo­ba­czy­li­śmy sa­motną po­stać spra­wia­jącą wra­że­nie za­gu­bio­nej. Moi ro­dzice od­kryli wów­czas, że gu­wer­nantka nie jest osobą, ja­kiej ocze­ki­wali na pod­sta­wie ko­re­spon­den­cji z agen­tem, w któ­rej ro­iło się od nie­po­ro­zu­mień wy­ni­ka­ją­cych z ba­riery ję­zy­ko­wej. Tak na­prawdę je­dyne py­ta­nie, ja­kie za­dał oj­ciec w jed­nym ze swo­ich te­le­gra­mów, za­nim ją za­trud­nił, brzmiało: czy lubi pani psy? Od­po­wie­działa, że bar­dziej niż lu­dzi.

Z po­wodu głę­boko za­ko­rze­nio­nych w mo­jej ro­dzi­nie ste­reo­ty­pów spo­dzie­wali się ko­biety doj­rza­łej, sta­ro­świec­kiej, o ostrym no­sie i ze­psu­tych zę­bach, jak nie­które damy na­le­żące do ko­lo­nii bry­tyj­skiej, które wi­dy­wali z da­leka albo oglą­dali na zdję­ciach w kro­nice to­wa­rzy­skiej. Miss Jo­se­phine Tay­lor była zaś dwu­dzie­sto­pa­ro­latką, ra­czej ni­ską i pulchną, ale nie grubą, ubraną w luźną musz­tar­dową su­kienkę z prze­dłu­żo­nym sta­nem, fil­cowy ka­pe­lusz w kształ­cie noc­nika i bu­ciki z pa­secz­kiem. Miała okrą­głe błę­kitne oczy pod­kre­ślone czar­nym tu­szem, który uwy­dat­niał wy­stra­szony wy­raz twa­rzy, ja­sne włosy w ko­lo­rze słomy i skórę przy­po­mi­na­jącą pa­pier ry­żowy, cha­rak­te­ry­styczną dla mło­dych ko­biet z zim­nych kra­jów, która z wie­kiem bez­li­to­śnie się marsz­czy i po­krywa pla­mami. José An­to­nio do­ga­dał się z nią w jej ję­zyku, po­znał go bo­wiem na in­ten­syw­nym kur­sie, choć nie miał do­tąd oka­zji wy­pró­bo­wać w prak­tyce.

Miss Tay­lor, świeża ni­czym ja­błuszko, zro­biła świetne wra­że­nie na mo­jej matce, ale oj­ciec po­czuł się oszu­kany, wszak spro­wa­dził ją z tak da­leka po to, by na­rzu­cić mi dys­cy­plinę i do­bre ma­niery oraz za­pew­nić względ­nie so­lidne pod­stawy wy­kształ­ce­nia. Za­de­cy­do­wał, że będę po­bie­rać na­uki w domu, co miało mnie uchro­nić przed zgub­nymi ide­ami, pro­stac­kimi oby­cza­jami i cho­ro­bami, które dzie­siąt­ko­wały dzie­cięcą po­pu­la­cję. Pan­de­mia po­chło­nęła kilka ofiar w na­szej dal­szej ro­dzi­nie, ale nie do­tknęła naj­bliż­szych krew­nych, mimo to ist­niały obawy, że po­wróci z nową siłą i zbie­rze śmier­telne żniwo wśród dzieci, mniej uod­por­nio­nych od do­ro­słych, któ­rzy prze­trwali pierw­szą falę wi­rusa. Po pię­ciu la­tach kraj nie pod­niósł się jesz­cze w pełni ze znisz­czeń, ja­kie po so­bie zo­sta­wiła. Jej wpływ na zdro­wie pu­bliczne i go­spo­darkę był tak de­struk­tywny, że pod­czas gdy na świe­cie pa­no­wało już sza­leń­stwo lat dwu­dzie­stych, my na­dal za­cho­wy­wa­li­śmy środki ostroż­no­ści. Oj­ciec bał się o moje zdro­wie, nie po­dej­rze­wa­jąc, że omdle­nia, kon­wul­sje i gwał­towne wy­mioty wy­ni­kały z nie­zwy­kłego ta­lentu me­lo­dra­ma­tycz­nego, który wów­czas prze­ja­wia­łam, a który póź­niej nie­stety stra­ci­łam. Nie ule­gało dla niego wąt­pli­wo­ści, że ode­brana w por­cie flap­per[6], jak wtedy na­zy­wano ta­kie ko­biety, nie jest od­po­wied­nią osobą do ujarz­mie­nia córki o dzi­kim tem­pe­ra­men­cie. Zresztą ta cu­dzo­ziemka sprawi mu jesz­cze nie­jedną nie­spo­dziankę; okaże się na przy­kład, że nie jest praw­dziwą An­gielką.

Przed przy­jaz­dem miss Tay­lor nikt nie wie­dział do­kład­nie, ja­kie miej­sce po­winna za­jąć w do­mo­wej hie­rar­chii. Nie na­le­żała do tej sa­mej ka­te­go­rii co po­ko­jówki, ale nie była rów­nież człon­kiem ro­dziny. Oj­ciec po­wie­dział, że trzeba trak­to­wać ją grzecz­nie i z dy­stan­sem, że bę­dzie ja­dała ze mną na ga­le­rii albo w spi­żarce, nie w ja­dalni, i ka­zał przy­go­to­wać dla niej po­kój babci, która zmarła kilka mie­sięcy wcze­śniej, sie­dząc na noc­niku. To­rito zniósł do piw­nicy cięż­kie me­ble z wy­su­szo­nego, roz­ła­żą­cego się drewna i z wy­strzę­pioną ta­pi­cerką, które na­le­żały do sta­ruszki. Za­stą­piono je in­nymi, mniej po­nu­rymi, by – jak się wy­ra­ziła ciotka Pi­lar – gu­wer­nantka nie wpa­dła w chan­drę, bo i tak bę­dzie na nią na­ra­żona, to­cząc boje ze mną i przy­sto­so­wu­jąc się do ży­cia w bar­ba­rzyń­skim kraju na końcu świata. Miała na my­śli nasz kraj. Wy­brała ta­petę w spo­kojne pa­ski i za­słony w wy­bla­kłe róże, które uznała za od­po­wied­nie dla sta­rej panny, ale gdy tylko zo­ba­czyła miss Tay­lor, zro­zu­miała, że to był błąd.

Już po pierw­szym ty­go­dniu gu­wer­nantka zbli­żyła się do ro­dziny o wiele bar­dziej, niż ży­czył so­bie jej pra­co­dawca, a pro­blem umiej­sco­wie­nia na dra­bi­nie spo­łecz­nej, tak istotny w mocno kla­so­wej rze­czy­wi­sto­ści na­szego kraju, prze­stał ist­nieć. Miss Tay­lor była miła i dys­kretna, by­naj­mniej nie nie­śmiała, zy­skała so­bie sza­cu­nek wszyst­kich, na­wet mo­ich braci, któ­rzy choć byli już duzi, na­dal za­cho­wy­wali się jak ka­ni­bale. Słu­chały jej także dwa bry­tany, które oj­ciec ku­pił w cza­sie pan­de­mii dla obrony przed ewen­tu­al­nymi na­past­ni­kami i które stały się osta­tecz­nie nie­zno­śnymi pie­skami ka­na­po­wymi. Wy­star­czyło, że Miss Tay­lor wska­zała pal­cem pod­łogę i wy­dała w swoim ję­zyku ja­kieś po­le­ce­nie, bez pod­no­sze­nia głosu, a psy kła­dły uszy po so­bie i po­słusz­nie scho­dziły z fo­teli. Gu­wer­nantka szybko na­rzu­ciła rów­nież za­sady po­stę­po­wa­nia ze mną i przy­stą­piła do wbi­ja­nia mi do głowy pod­sta­wo­wych re­guł współ­ży­cia spo­łecz­nego. Wcze­śniej po­ka­zała ro­dzi­com plan na­ucza­nia, które obej­mo­wało mię­dzy in­nymi gim­na­stykę na świe­żym po­wie­trzu, lek­cje mu­zyki, nauk ści­słych i sztuki.

Oj­ciec za­py­tał miss Tay­lor, skąd ma tak dużą wie­dzę w tak mło­dym wieku, na co od­po­wie­działa, że od tego są pod­ręcz­niki. Za­częła od wy­ja­śnie­nia mi ko­rzy­ści, ja­kie płyną z uży­wa­nia słów „pro­szę” i „dzię­kuję”. Kiedy nie chcia­łam ich uży­wać i rzu­ca­łam się z wy­ciem na pod­łogę, ge­stem ręki po­wstrzy­my­wała moją matkę i ciotki, które od razu spie­szyły, by mnie po­cie­szyć, i obo­jęt­nie cze­kała, aż się zmę­czę, czy­ta­jąc w tym cza­sie, tka­jąc albo ukła­da­jąc w wa­zo­nach ze­rwane w ogro­dzie kwiaty. Nie zwra­cała też uwagi na moje uda­wane ataki pa­daczki.

– Nie bę­dziemy in­ter­we­nio­wać, chyba że po­leje się krew – po­sta­no­wiła, a matka i ciotki ustą­piły zdjęte lę­kiem, bo nie miały od­wagi sprze­ci­wić się jej me­to­dom wy­cho­waw­czym.

Uznały, że skoro przy­je­chała z Lon­dynu, musi mieć od­po­wied­nie kwa­li­fi­ka­cje.

Miss Tay­lor oznaj­miła, że je­stem za duża, żeby da­lej spać skur­czona w ko­ły­sce w sy­pialni matki, i po­pro­siła o do­sta­wie­nie dru­giego łóżka w swoim po­koju. Przez pierw­sze dwie noce za­sta­wiała drzwi ko­modą, że­bym nie ucie­kła, ale ja szybko po­go­dzi­łam się z lo­sem. Na­stęp­nie przy­stą­piła do ucze­nia mnie sa­mo­dziel­nego ubie­ra­nia i je­dze­nia. Jej me­toda po­le­gała na tym, że zo­sta­wiała mnie pół­nagą, do­póki nie na­uczy­łam się wkła­dać na sie­bie przy­naj­mniej czę­ści ubra­nia, albo sa­dzała mnie przed ta­le­rzem z łyżką w dłoni i cze­kała z cier­pli­wo­ścią tra­pi­sty, aż zgłod­nieję i za­cznę sama jeść. Wy­niki były tak spek­ta­ku­larne, że w krót­kim cza­sie po­twór gra­jący na ner­wach do­mow­ni­kom za­mie­nił się w nor­malną dziew­czynkę, która wszę­dzie cho­dziła za swoją gu­wer­nantką, za­fa­scy­no­wana za­pa­chem per­fum z ber­ga­motką i jej pulch­nymi dłońmi fru­wa­ją­cymi w po­wie­trzu ni­czym go­łę­bie. Zda­niem mo­jego ojca przez pięć lat do­po­mi­na­łam się o usta­le­nie za­sad funk­cjo­no­wa­nia w ro­dzi­nie, aż w końcu się tego do­cze­ka­łam. Matka i ciotki ode­brały to jako za­rzut, ale mu­siały przy­znać, że zmia­nie ule­gło coś istot­nego. Roz­luź­niła się at­mos­fera.

Miss Tay­lor brzdą­kała na pia­ni­nie, wy­ka­zu­jąc się przy tym więk­szym en­tu­zja­zmem niż ta­len­tem, i śpie­wała bal­lady ane­micz­nym, ale har­mo­nij­nym gło­si­kiem; do­bry słuch po­zwo­lił jej rów­nież szybko opa­no­wać hisz­pań­ski w wer­sji nieco oka­le­czo­nej, lecz zro­zu­mia­łej, łącz­nie z kil­koma prze­kleń­stwami z re­per­tu­aru mo­ich braci, któ­rymi rzu­cała, nie zna­jąc ich zna­cze­nia. Za sprawą jej ak­centu nie brzmiały zbyt ob­raź­li­wie, a po­nie­waż nikt jej nie po­pra­wiał, cią­gle ich uży­wała. Źle zno­siła cięż­ko­strawne je­dze­nie, ale pod­cho­dziła do na­szej kuchni z an­giel­ską flegmą, po­dob­nie jak do zi­mo­wych po­wo­dzi, su­chego, py­li­stego po­wie­trza pod­czas let­nich upa­łów i trzę­sień ziemi, w cza­sie któ­rych bu­jały się ży­ran­dole, a krze­sła same się prze­su­wały, co wszy­scy przyj­mo­wali obo­jęt­nie. Nie mo­gła za to ścier­pieć za­bi­ja­nia zwie­rząt na pa­tio ku­chen­nym, uznała to za pry­mi­tywny, okrutny oby­czaj. Zja­da­nie po­trawki z kró­lika albo kury, które do­brze zna­li­śmy, wy­da­wało jej się czymś po­twor­nym. Kiedy To­rito po­de­rżnął gar­dło ko­zie, którą przez trzy mie­siące tu­czył na uro­dziny swo­jego pra­co­dawcy, miss Tay­lor wy­lą­do­wała w łóżku z wy­soką go­rączką. Ciotka Pi­lar po­sta­no­wiła wów­czas, że bę­dzie ku­po­wać mięso na mie­ście, choć nie wi­działa róż­nicy mię­dzy za­bi­ja­niem bied­nego zwie­rzę­cia na targu a ro­bie­niem tego w domu. Spie­szę wy­ja­śnić, że nie była to ta sama koza, która słu­żyła mi za mamkę w cza­sach mo­jego nie­mow­lęc­twa, ta zde­chła ze sta­ro­ści kilka lat póź­niej.

Dwa ku­fry z mo­sięż­nymi oku­ciami przy­wie­zione przez miss Tay­lor za­wie­rały pod­ręcz­niki i książki o sztuce, wszyst­kie w ję­zyku an­giel­skim, mi­kro­skop, drew­nianą skrzy­neczkę ze sprzę­tem do do­świad­czeń che­micz­nych i dwa­dzie­ścia dzie­więć to­mów naj­now­szej edy­cji En­cy­klo­pe­dii Bri­tan­nica z 1911 roku. Twier­dziła, że je­śli cze­goś nie ma w en­cy­klo­pe­dii, to zna­czy, że nie ist­nieje. Trzon jej gar­de­roby two­rzyły dwa stroje wyj­ściowe i pa­su­jące do nich ka­pe­lu­sze: jed­nym z nich była musz­tar­dowa suk­nia, w któ­rej ze­szła ze statku, dru­gim płaszcz z koł­nie­rzem z fu­tra ja­kie­goś trud­nego do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia ssaka. Resztę sta­no­wiły pro­ste spód­nice i bluzki, trzy­mane przez nią w po­krowcu. Zdej­mo­wała ubra­nia i wkła­dała je na sie­bie ze zręcz­no­ścią cyr­ko­wego akro­baty, dla­tego, choć dzie­li­ły­śmy ten sam po­kój, ni­gdy nie wi­dzia­łam jej w halce, a tym bar­dziej nago.

Matka pil­no­wała, bym przed pój­ściem spać od­ma­wiała pa­cierz po hisz­pań­sku, bo mo­dli­twy w ję­zyku an­giel­skim mo­gły prze­cież być he­re­tyc­kie, a poza tym nie było wia­domo, czy w nie­bie kto­kol­wiek by je zro­zu­miał. Miss Tay­lor na­le­żała do Ko­ścioła an­gli­kań­skiego, co zwal­niało ją z obo­wiązku to­wa­rzy­sze­nia ro­dzi­nie w mszach ka­to­lic­kich i wspól­nego od­ma­wia­nia ró­żańca. Ni­gdy nie wi­dzie­li­śmy, żeby czy­tała Bi­blię, którą trzy­mała na szafce noc­nej, czy prze­ko­ny­wała in­nych do swo­jego wy­zna­nia. Dwa razy do roku brała udział w na­bo­żeń­stwach an­gli­kań­skich w domu jed­nego z człon­ków ko­lo­nii bry­tyj­skiej, pod­czas któ­rych śpie­wała pie­śni i na­wią­zy­wała kon­takty z in­nymi cu­dzo­ziem­cami, piła z nimi her­batę i wy­mie­niała się cza­so­pi­smami i po­wie­ściami.

Dzięki niej moje ży­cie stało się znacz­nie cie­kaw­sze. Pierw­sze lata dzie­ciń­stwa spę­dzi­łam na cią­głych prze­py­chan­kach, by na­rzu­cić swoją wolę, a po­nie­waż za­wsze mi się to uda­wało, nie czu­łam się ani pew­nie, ani bez­piecz­nie. Oj­ciec słusz­nie za­uwa­żył, że by­łam sil­niej­sza od do­ro­słych i nie mia­łam się na kim oprzeć. Gu­wer­nantce nie udało się wpraw­dzie cał­ko­wi­cie za­pa­no­wać nad moim bun­tow­ni­czym cha­rak­te­rem, ale za­szcze­piła mi za­sady do­brego za­cho­wa­nia w to­wa­rzy­stwie i zdo­łała od­uczyć ma­nia­kal­nego mó­wie­nia o fi­zjo­lo­gii i cho­ro­bach, ulu­bio­nych te­ma­tach w na­szym kraju. Męż­czyźni roz­ma­wiają o po­li­tyce i in­te­re­sach; ko­biety o swo­ich nie­dy­spo­zy­cjach i służ­bie do­mo­wej. Rano, za­raz po prze­bu­dze­niu, matka ro­biła prze­gląd swo­ich do­le­gli­wo­ści i za­pi­sy­wała je w tym sa­mym ze­szy­cie, w któ­rym pro­wa­dziła li­stę daw­nych i współ­cze­snych le­ków – czę­sto z upodo­ba­niem czy­tała te kartki i pod­cho­dziła do tego z czu­ło­ścią, ja­kiej nie bu­dził w niej na­wet al­bum z ro­dzin­nymi zdję­ciami. Ja po­szłam tą samą drogą. Od czę­stego uda­wa­nia, że je­stem chora, sta­łam się eks­pertką od roz­ma­itych przy­pa­dło­ści, ale wszyst­kie same ustały dzięki miss Tay­lor, która je igno­ro­wała.

Po­cząt­kowo uczest­ni­czy­łam w lek­cjach i ćwi­czy­łam grę na for­te­pia­nie wy­łącz­nie po to, by ją za­do­wo­lić, ale póź­niej ro­bi­łam to dla zwy­kłej przy­jem­no­ści zdo­by­wa­nia wie­dzy. Gdy tylko na­bra­łam wprawy w pi­sa­niu, miss Tay­lor na­ka­zała mi pro­wa­dzić dzien­nik w ślicz­nym ze­szy­cie w skó­rza­nych okład­kach z ma­lutką kłó­deczką. Ro­bi­łam to przez pra­wie całe ży­cie. Kiedy umia­łam już płyn­nie czy­tać, za­bra­łam się do En­cy­klo­pe­dii Bri­tan­nica. Miss Tay­lor wy­my­śliła grę – ry­wa­li­zo­wa­ły­śmy w niej, wy­szu­ku­jąc rzadko uży­wane ha­sła i ucząc się na pa­mięć ich de­fi­ni­cji. Wkrótce do za­bawy włą­czył się José An­to­nio, który miał wów­czas już pra­wie dwa­dzie­ścia trzy lata, ale nie prze­ja­wiał naj­mniej­szej ochoty, by po­rzu­cić wy­gody ro­dzi­ciel­skiego domu.

Mój brat stu­dio­wał prawo, nie z po­wo­ła­nia, tylko dla­tego, że w tam­tych cza­sach mało było za­wo­dów uzna­wa­nych za od­po­wied­nie dla męż­czyzn z na­szej klasy. Prawo wy­da­wało mu się lep­sze niż dwie inne opcje: me­dy­cyna i in­ży­nie­ria. José An­to­nio pra­co­wał z oj­cem i po­ma­gał mu w pro­wa­dze­niu in­te­re­sów. Ar­se­nio del Valle przed­sta­wiał go jako swo­jego ulu­bio­nego syna, prawą rękę, a ten od­wdzię­czał się za to wy­róż­nie­nie, od­da­jąc się bez reszty do jego dys­po­zy­cji, choć nie za­wsze zga­dzał się z jego de­cy­zjami, bo nie­które uwa­żał za nie­roz­ważne. Wie­lo­krot­nie ostrze­gał go, że chwyta się zbyt wielu rze­czy na­raz i żon­gluje dłu­gami, ale oj­ciec był zda­nia, że wiel­kie in­te­resy pro­wa­dzi się na kre­dyt i że ża­den przed­się­biorca ma­jący po­ję­cie o han­dlu nie an­ga­żuje wła­snych pie­nię­dzy, je­śli może ko­rzy­stać z cu­dzych. José An­to­nio, który miał wgląd w kre­atywną księ­go­wość tych in­te­re­sów, uwa­żał, że na­leży usta­lić ja­kieś gra­nice, że nie można za bar­dzo na­cią­gać struny, bo kie­dyś pęk­nie, ale oj­ciec za­pew­niał go, że ma wszystko pod kon­trolą.

– Pew­nego dnia ty bę­dziesz kie­ro­wał im­pe­rium, które bu­duję, ale nie dasz rady, je­śli nie ock­niesz się i nie na­uczysz po­dej­mo­wać ry­zyka. A przy oka­zji: za­uwa­ży­łem, że cho­dzisz za­my­ślony. Za dużo czasu spę­dzasz z ko­bie­tami w domu, zgłu­pie­jesz i sta­niesz się mię­cza­kiem – po­wie­dział.

En­cy­klo­pe­dia była jed­nym z za­in­te­re­so­wań łą­czą­cych José An­to­nia, miss Tay­lor i mnie. Mój brat jako je­dyny z człon­ków ro­dziny trak­to­wał gu­wer­nantkę jak przy­ja­ciółkę i zwra­cał się do niej po imie­niu; dla in­nych za­wsze po­zo­stała miss Tay­lor. Wie­czo­rami, kiedy nie mieli nic do ro­boty, opo­wia­dał jej o hi­sto­rii na­szego kraju, o la­sach na po­łu­dniu, gdzie chciał ją kie­dyś za­brać, by zo­ba­czyła na­le­żący do na­szej ro­dziny tar­tak, o tym, co no­wego dzieje się w po­li­tyce, którą bar­dzo się przej­mo­wał, od­kąd pe­wien puł­kow­nik zgło­sił jako je­dyny swoją kan­dy­da­turę w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich i oczy­wi­ście zgar­nął wszyst­kie głosy, a po­tem spra­wo­wał wła­dzę tak, jakby za­rzą­dzał ko­sza­rami. José An­to­nio mu­siał przy­znać, że u źró­deł po­pu­lar­no­ści pre­zy­denta le­żały za­ini­cjo­wane przez niego ro­boty pu­bliczne i re­formy, ale jed­no­cze­śnie tłu­ma­czył też miss Tay­lor, ja­kie za­gro­że­nia sta­no­wili dla de­mo­kra­cji au­to­ry­tarni cau­dil­los[7], istna plaga w Ame­ryce Ła­ciń­skiej od czasu wo­jen o nie­pod­le­głość. „De­mo­kra­cja jest pro­stacka, le­piej pa­so­wa­łaby wam mo­nar­chia ab­so­lutna” – kpiła so­bie z niego, ale tak na­prawdę była dumna ze swo­jego dziadka, ska­za­nego na śmierć w 1846 roku w Ir­lan­dii za to, że bro­nił ro­bot­ni­ków i do­ma­gał się praw wy­bor­czych dla wszyst­kich męż­czyzn, a nie tylko dla tych, któ­rzy – jak sta­no­wiło prawo – mo­gli się wy­ka­zać od­po­wied­nim cen­zu­sem ma­jąt­ko­wym.

Jo­se­phine opo­wie­działa José An­to­niowi (prze­ko­nana, że ja tego nie sły­szę), jak jej dziadka oskar­żono o przy­na­leż­ność do ru­chu czar­ty­stów i o zdradę Ko­rony, jak go po­wie­szono, a zwłoki po­ćwiar­to­wano.

– Kilka lat wcze­śniej zo­stałby żyw­cem roz­cięty, po­zba­wiony wnętrz­no­ści i wy­ka­stro­wany, po­tem by go po­wie­szono i po­cięto na ka­wałki na oczach ty­sięcy roz­en­tu­zja­zmo­wa­nych wi­dzów – wy­ja­śniła bez em­fazy.

– I ty uwa­żasz nas za pry­mi­ty­wów, bo za­bi­jamy kur­czaki! – wy­krzyk­nął wstrzą­śnięty José An­to­nio.

Te okrutne hi­sto­rie wy­peł­niły moje noce kosz­ma­rami. Opo­wia­dała mu także o an­giel­skich su­fra­żyst­kach, które wal­czą o prawa wy­bor­cze dla ko­biet, pła­cąc za to upo­ko­rze­niami, wię­zie­niem i straj­kami gło­do­wymi; na te ostat­nie wła­dze od­po­wia­dały przy­mu­so­wym kar­mie­niem przez rurkę wkła­daną do gar­dła, do od­bytu albo do po­chwy.

– Zno­siły te strasz­liwe tor­tury jak bo­ha­terki. Wy­wal­czyły ogra­ni­czone prawo wy­bor­cze, ale wo­jują da­lej, by mieć ta­kie same prawa jak męż­czyźni.

José An­to­nio był prze­ko­nany, że nic ta­kiego ni­gdy nie zda­rzy się w na­szym kraju, bo ni­gdy nie wy­ściu­bił nosa poza wą­ski krąg kon­ser­wa­ty­stów; nie miał po­ję­cia o si­łach bu­dzą­cych się wła­śnie w tam­tym mo­men­cie w ło­nie klasy śred­niej, o czym mie­li­śmy się nie­długo prze­ko­nać.

Miss Tay­lor uni­kała po­ru­sza­nia tych te­ma­tów w obec­no­ści po­zo­sta­łych człon­ków ro­dziny; nie chciała, by ode­słano ją do An­glii.

3

– Ma de­li­katne kiszki – orze­kła ciotka Pía, kiedy na drugi dzień po przy­jeź­dzie miss Tay­lor pa­dła po­ko­nana bie­gunką.

Była to cho­roba nę­ka­jąca wszyst­kich cu­dzo­ziem­ców, za­pa­dali na nią po pierw­szym łyku wody, ale na ogół wy­cho­dzili z tego żywi, więc się nią nie przej­mo­wano. Gu­wer­nantka jed­nak nie uod­por­niła się na na­sze bak­te­rie; przez dwa lata wal­czyła z za­bu­rze­niami układu tra­wien­nego, wspo­ma­gana przez ciotkę Píę na­pa­rami z ko­pru wło­skiego i ru­mianku oraz ta­jem­ni­czymi spe­cy­fi­kami w ma­łych sa­szet­kach za­le­co­nymi przez na­szego le­ka­rza ro­dzin­nego. My­ślę, że szko­dziły jej de­sery z kaj­ma­kiem, ko­tlety wie­przowe z pi­kant­nym so­sem, cia­steczka ku­ku­ry­dziane, go­rąca cze­ko­lada ze śmie­tanką o pią­tej po po­łu­dniu i inne spe­cjały, któ­rych je­dze­nia nie od­ma­wiała, bo byłby to prze­jaw złego wy­cho­wa­nia. Ze sto­ic­kim spo­ko­jem zno­siła skur­cze, wy­mioty i sraczki, ni­gdy o nich nie wspo­mi­na­jąc.

Miss Tay­lor sła­bła, nie ro­biąc wo­kół sie­bie szumu, do czasu aż wmie­szała się do tego ro­dzina, za­alar­mo­wana utratą wagi i po­pie­la­tym ko­lo­rem jej skóry. Po zba­da­niu le­karz za­le­cił jej dietę zło­żoną z ryżu i ro­sołu dro­bio­wego oraz pół kie­li­szeczka porto z kil­koma kro­plami na­lewki opiu­mo­wej dwa razy dzien­nie. Na osob­no­ści po­wie­dział moim ro­dzi­com, że pa­cjentka ma w brzu­chu guz wiel­ko­ści po­ma­rań­czy. Nie bra­ko­wało u nas chi­rur­gów do­rów­nu­ją­cych tym naj­lep­szym w Eu­ro­pie, ale jego zda­niem było za późno na ope­ra­cję i naj­bar­dziej hu­ma­ni­tar­nym roz­wią­za­niem bę­dzie ode­sła­nie miss Tay­lor do ro­dziny, bo zo­stało jej za­le­d­wie kilka mie­sięcy ży­cia.

José An­to­niowi przy­pa­dło w udziale trudne za­da­nie tak­tow­nego po­in­for­mo­wa­nia cho­rej, w ja­kim znaj­duje się sta­nie, ale ona od razu wszyst­kiego się do­my­śliła.

– No pro­szę, co za nie­for­tunne zrzą­dze­nie losu – sko­men­to­wała, nie tra­cąc zim­nej krwi.

José An­to­nio oznaj­mił jej, że oj­ciec za­ła­twi, co po­trzeba, by mo­gła od­być po­dróż do Lon­dynu pierw­szą klasą.

– Ty też chcesz mnie wy­rzu­cić? – za­py­tała z uśmie­chem.

– Na Boga! Nikt nie chce cię wy­rzu­cić, Jo­se­phine! Chcemy tylko, że­byś była oto­czona bli­skimi, ko­chana, pie­lę­gno­wana... Wy­tłu­ma­czę to two­jej ro­dzi­nie.

– Oba­wiam się, że w moim przy­padku to wy naj­bar­dziej przy­po­mi­na­cie ro­dzinę – od­parła i opo­wie­działa o czymś, o co nikt wcze­śniej jej nie za­py­tał.

To prawda, że Jo­se­phine Tay­lor miała ir­landz­kiego dziadka, na któ­rym wy­ko­nano wy­rok śmierci, bo roz­zło­ścił bry­tyj­ską Ko­ronę, ale opo­wia­da­jąc o tym mo­jemu bratu, po­mi­nęła in­for­ma­cję o swoim ojcu, agre­syw­nym al­ko­ho­liku, nie­mo­gą­cym się po­szczy­cić ni­czym in­nym oprócz tego, że był po­tom­kiem owego bo­jow­nika o spra­wie­dli­wość. Ska­zana na ży­cie w nę­dzy z kil­kor­giem dzieci, matka zmarła w bie­dzie w mło­dym wieku. Młod­sze dzie­ciaki tra­fiły do róż­nych krew­nych, naj­star­szego, je­de­na­sto­latka, wy­słano do ko­palni wę­gla; ją w wieku dzie­wię­ciu lat umiesz­czono w sie­ro­cińcu pro­wa­dzo­nym przez za­kon­nice, gdzie za­ra­biała na utrzy­ma­nie w pralni, sta­no­wią­cej główne źró­dło do­cho­dów tej in­sty­tu­cji, i żyła na­dzieją, że po­jawi się ja­kaś do­bra du­sza, która ją ad­op­tuje. Opo­wie­działa José An­to­niowi o iście her­ku­le­so­wej pracy po­le­ga­ją­cej na na­my­dla­niu, bi­ciu ki­janką, szo­ro­wa­niu szczotką, go­to­wa­niu w ol­brzy­mich ko­tłach, płu­ka­niu, kroch­ma­le­niu i pra­so­wa­niu cu­dzej po­ścieli.

Kiedy miała dwa­na­ście lat (w tym wieku nie mo­gła już li­czyć na ad­op­cję), umiesz­czono ją jako słu­żącą bez wy­na­gro­dze­nia w domu pew­nego an­giel­skiego woj­sko­wego, który uznał, że ma prawo do gwał­ce­nia jej sys­te­ma­tycz­nie, nie ba­cząc na to, że była ma­ło­let­nia. Za pierw­szym ra­zem wtar­gnął nocą do po­ko­iku przy kuchni, słu­żą­cego jej za sy­pial­nię, i bez ce­re­gieli rzu­cił się na nią, za­ty­ka­jąc jej ręką usta. Póź­niej wpro­wa­dził sche­mat, od któ­rego ni­gdy nie od­stę­po­wał, przez co Jo­se­phine żyła w cią­głym lęku. Cze­kał tylko, aż jego żona, stale za­jęta dzia­łal­no­ścią fi­lan­tro­pijną i ży­ciem to­wa­rzy­skim, wyj­dzie z domu, po czym wska­zy­wał dziew­czynce ge­stem, by szła za nim. Prze­ra­żona, po­słusz­nie ro­biła, co jej ka­zał, nie wy­obra­ża­jąc so­bie, że mo­głaby sta­wić mu opór albo uciec. W wo­zowni męż­czy­zna chło­stał ją ba­tem tak, by nie zo­sta­wić wi­docz­nych śla­dów, i zmu­szał do cią­gle tych sa­mych per­wer­syj­nych prak­tyk, a ona wy­sta­wiała ciało na tor­tury i wy­łą­czała umysł, by nie łu­dzić się, że mógłby oka­zać jej li­tość. „To prze­mi­nie, skoń­czy się”, po­wta­rzała so­bie w my­ślach.

Po kilku mie­sią­cach żonę za­in­try­go­wało w końcu za­cho­wa­nie słu­żą­cej, która kryła się po ką­tach ni­czym zbity pies i drżała, kiedy mąż przy­cho­dził do domu. Od­kąd byli mał­żeń­stwem, nie­raz za­uwa­żała oznaki świad­czące o tym, że coś jest z nim nie tak, ale wo­lała je igno­ro­wać w myśl teo­rii, że to, czego się nie na­zwie, nie ist­nieje. Do­póki za­cho­wy­wane są po­zory, nie ma po­trzeby spraw­dzać, co kryje się pod po­wierzch­nią. Wszy­scy mają ja­kieś ta­jem­nice – ma­wiała. Spo­strze­gła jed­nak, że inni słu­żący szep­czą za jej ple­cami, a są­siadka za­py­tała ją kie­dyś, czy przy­pad­kiem mąż nie ka­tuje koni w wo­zowni, bo sły­chać do­cho­dzące stam­tąd od­głosy bi­cia i jęki. Zro­zu­miała, że po­winna zba­dać, co dzieje się pod jej da­chem, za­nim zro­bią to inni. Za­sko­czyła męża z ba­tem w ręku i pół­nagą słu­żącą, zwią­zaną i za­kne­blo­waną.

Nie wy­rzu­ciła Jo­se­phine na ulicę, jak zwy­kle czy­niono w ta­kich sy­tu­acjach, tylko wy­słała ją do Lon­dynu, by do­trzy­my­wała to­wa­rzy­stwa jej matce, ode­braw­szy wcze­śniej od dziew­czyny przy­sięgę, że nie pi­śnie ani słowa o za­cho­wa­niu pana. Na­le­żało za wszelką cenę unik­nąć skan­dalu.

Nową chle­bo­daw­czy­nią oka­zała się cał­kiem jesz­cze krzepka wdowa, która dużo po­dró­żo­wała po świe­cie i chciała na­dal to ro­bić, dla­tego po­trze­bo­wała po­moc­nicy. Była wy­nio­sła i de­spo­tyczna, ale miała też cią­goty pe­da­go­giczne i po­sta­wiła so­bie za cel uczy­nić z Jo­se­phine do­brze wy­cho­waną pa­nienkę, bo nie chciała za to­wa­rzyszkę ir­landz­kiej sie­roty o ma­nie­rach praczki. Za­częła od wy­tę­pie­nia ak­centu dziew­czyny, który ra­nił jej uszy; zmu­szała ją do mó­wie­nia jak lon­dynka z wyż­szych sfer. Na­stęp­nym kro­kiem było na­wró­ce­nie jej na an­gli­ka­nizm.

– Pa­pi­ści to igno­ranci i lu­dzie prze­sądni, dla­tego są biedni i roz­mna­żają się ni­czym kró­liki – oznaj­miła wdowa.

Osią­gnęła swój cel bez pro­blemu, bo Jo­se­phine nie wi­działa pra­wie żad­nej róż­nicy mię­dzy obu wy­zna­niami, a poza tym wo­lała trzy­mać się jak naj­da­lej od Boga, który tak źle ją trak­to­wał, od­kąd przy­szła na świat. Na­uczyła się za­cho­wy­wać nie­na­gan­nie przy lu­dziach oraz świet­nie pa­no­wać nad emo­cjami i re­ak­cjami. Wdowa udo­stęp­niła jej swoją bi­blio­tekę i udzie­lała wska­zó­wek od­no­śnie do lek­tur; w ten spo­sób za­szcze­piła jej na­wyk ko­rzy­sta­nia z En­cy­klo­pe­dii Bri­tan­nica. Za­bie­rała ją w miej­sca, o któ­rych dziew­czyna na­wet nie ma­rzyła, po­cząw­szy od No­wego Jorku, a skoń­czyw­szy na Ka­irze. Nie­stety, chle­bo­daw­czyni prze­szła udar mó­zgu i parę ty­go­dni póź­niej zmarła. Zo­sta­wiła Jo­se­phine tro­chę pie­nię­dzy, które wy­star­czyły jej na kilka mie­sięcy. Kiedy dziew­czyna zo­ba­czyła w ga­ze­cie ogło­sze­nie z ofertą pracy w cha­rak­te­rze gu­wer­nantki w Ame­ryce Po­łu­dnio­wej, od razu się zgło­siła.

– Mia­łam szczę­ście, że tra­fi­łam na twoją ro­dzinę. Trak­to­wa­li­ście mnie bar­dzo do­brze. Krótko mó­wiąc, nie mam do­kąd pójść. Umrę tu­taj, je­śli nie ma­cie nic prze­ciwko temu.

– Nie umrzesz, Jo­se­phine – wy­szep­tał José An­to­nio ze łzami w oczach, bo w tym mo­men­cie zdał so­bie sprawę, jak ważne miej­sce za­jęła w jego ży­ciu.

Na wieść o tym, że gu­wer­nantka za­mie­rza do­go­ry­wać i umrzeć w jego domu, oj­ciec po­cząt­kowo chciał wsa­dzić ją siłą na naj­bliż­szy trans­atlan­tyk wy­pły­wa­jący z portu, żeby oszczę­dzić mi traumy zwią­za­nej z ago­nią i śmier­cią ko­biety, którą tak bar­dzo po­ko­cha­łam. José An­to­nio jed­nak pierw­szy raz otwar­cie mu się sprze­ci­wił.

– Je­śli ją wy­rzu­cisz, ni­gdy ci, tato, tego nie wy­ba­czę – oznaj­mił i za­czął prze­ko­ny­wać ojca, że jego chrze­ści­jań­skim obo­wiąz­kiem jest ra­to­wa­nie dziew­czyny za wszelką cenę, wbrew po­nu­rym dia­gno­zom le­ka­rza. – Je­śli miss Tay­lor umrze, Vio­leta bę­dzie cier­pieć, ale to zro­zu­mie. Jest już do­sta­tecz­nie duża. Nie zro­zu­mie na­to­miast, je­śli ona na­gle znik­nie. Biorę na sie­bie miss Tay­lor, ty, tato, nie mu­sisz się o to mar­twić – po­wie­dział.

Do­trzy­mał słowa.

Dzięki oso­bi­stemu wsta­wien­nic­twu an­giel­skiego kon­sula, z któ­rym mój oj­ciec utrzy­my­wał kon­takty z ra­cji swo­ich trans­ak­cji eks­por­to­wych, miss Tay­lor zo­pe­ro­wał ze­spół pod kie­row­nic­twem naj­słyn­niej­szego chi­rurga swo­jego po­ko­le­nia, w szpi­talu woj­sko­wym, wów­czas naj­lep­szym w kraju. W od­róż­nie­niu od szpi­tali pu­blicz­nych, rów­nie bied­nych jak ich pa­cjenci, i od nie­licz­nych kli­nik pry­wat­nych, gdzie le­czyli się ci, któ­rzy mo­gli za to za­pła­cić, a opieka me­dyczna i tak była prze­ciętna, szpi­tal woj­skowy był w sta­nie kon­ku­ro­wać z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wymi pla­ców­kami w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i w Eu­ro­pie. W za­sa­dzie mo­gli z niego ko­rzy­stać wy­łącz­nie woj­skowi i człon­ko­wie kor­pusu dy­plo­ma­tycz­nego, ale przy od­po­wied­nich zna­jo­mo­ściach czy­niono wy­jątki. Oprócz no­wo­cze­snego i zna­ko­mi­cie wy­po­sa­żo­nego bu­dynku był tam wielki ogród, gdzie re­kon­wa­le­scenci od­by­wali spa­cery, a ad­mi­ni­stra­cja, którą za­rzą­dzał pe­wien puł­kow­nik, gwa­ran­to­wała nie­ska­zi­telną czy­stość i nie­na­ganną ob­sługę.

Matka i brat za­wieźli pa­cjentkę na pierw­szą kon­sul­ta­cję. Ja­kaś pie­lę­gniarka w far­tu­chu tak bar­dzo wy­kroch­ma­lo­nym, że sze­le­ścił przy każ­dym jej kroku, za­pro­wa­dziła ich do ga­bi­netu chi­rurga, ły­sego sie­dem­dzie­się­cio­let­niego męż­czy­zny o asce­tycz­nych ry­sach twa­rzy i aro­ganc­kim spo­so­bie by­cia czło­wieka na­wy­kłego do roz­ka­zy­wa­nia in­nym. Po dłu­gim ba­da­niu prze­pro­wa­dzo­nym za prze­pie­rze­niem dzie­lą­cym po­kój na dwie czę­ści le­karz wy­ja­śnił José An­to­niowi – kom­plet­nie igno­ru­jąc obec­ność obu ko­biet – że naj­praw­do­po­dob­niej jest to no­wo­twór. Można je­dy­nie pró­bo­wać go zmniej­szyć na­świe­tla­niem, bo za­bieg chi­rur­giczny wiąże się ze zbyt du­żym ry­zy­kiem.

– Gdy­bym była pań­ską córką, dok­to­rze, pod­jąłby pan to ry­zyko? – wtrą­ciła miss Tay­lor, spo­kojna jak za­wsze.

Po dłu­giej chwili mil­cze­nia, która wy­da­wała się wiecz­no­ścią, dok­tor ski­nął głową.

– W ta­kim ra­zie pro­szę mi po­wie­dzieć, kiedy mnie pan zo­pe­ruje – za­żą­dała.

Przy­jęto ją na od­dział dwa dni póź­niej. Wierna swo­jej za­sa­dzie, że naj­pro­ściej jest mó­wić prawdę, przed wy­ru­sze­niem do szpi­tala oznaj­miła mi, że ma w brzu­chu po­ma­rań­czę, którą trzeba wy­jąć, ale to nie bę­dzie ła­twe. Bła­ga­łam ją, żeby za­brała mnie ze sobą, bym mo­gła jej to­wa­rzy­szyć pod­czas ope­ra­cji. Mia­łam sie­dem lat, ale na­dal by­łam z nią bar­dzo zżyta. Pierw­szy raz, od­kąd ją po­zna­li­śmy, miss Tay­lor się roz­pła­kała. Po­tem po­że­gnała się z całą służbą, uści­skała To­rita i ciotki, in­stru­ując je, by roz­dały jej rze­czy – gdyby za­szła taka po­trzeba – tym, któ­rzy ze­chcą za­cho­wać ja­kąś pa­miątkę, a mo­jej matce wrę­czyła plik fun­tów szter­lin­gów zwią­za­nych wstą­żeczką.

– To dla pani ubo­gich.

Od­kła­dała całą pen­sję, by kie­dyś wró­cić do Ir­lan­dii i od­na­leźć po ko­lei swo­ich roz­sia­nych po kraju braci.

Mnie po­da­ro­wała swój naj­więk­szy skarb, En­cy­klo­pe­dię Bri­tan­nica; za­pew­niła, że zrobi wszystko, by wró­cić, ale nie może mi tego obie­cać. Zda­wa­łam so­bie sprawę, że w szpi­talu zda­rzają się straszne rze­czy. By­łam oswo­jona z bez­dy­sku­syjną po­tęgą śmierci, wi­dzia­łam bab­cię w trum­nie, z twa­rzą ni­czym wo­skowa ma­ska, spo­czy­wa­jącą po­śród fałd bia­łej sa­tyny, wi­dy­wa­łam psy i koty, które umie­rały ze sta­ro­ści albo gi­nęły w wy­pad­kach, a także róż­no­ra­kie ptac­two, kozy, owce i świ­nie za­bi­jane przez To­rita na mięso.

Ostat­nią osobą, z którą Jo­se­phine Tay­lor miała kon­takt, za­nim za­brano ją na no­szach do sali ope­ra­cyj­nej, był José An­to­nio, to­wa­rzy­szący jej aż do tego mo­mentu. Do­stała wcze­śniej śro­dek uspo­ka­ja­jący, stąd wra­że­nie, że po­stać przy­ja­ciela spo­wi­jała mgła. Nie do­cie­rały do niej słowa po­cie­sze­nia ani wy­zna­nia mi­ło­ści, ale po­czuła jego po­ca­łu­nek na ustach i uśmiech­nęła się.

Ope­ra­cja trwała sie­dem dłu­gich go­dzin, które José An­to­nio spę­dził w szpi­tal­nej re­cep­cji, po­pi­ja­jąc kawę z ter­mosu, spa­ce­ru­jąc z kąta w kąt oraz wspo­mi­na­jąc grę w karty, pod­wie­czorki w ogro­dzie, prze­chadzki za mia­stem, en­cy­klo­pe­dyczne zga­dy­wanki, wie­czory ze śpie­wa­niem bal­lad przy pia­ni­nie i dłu­gie roz­mowy o po­ćwiar­to­wa­nych dziad­kach. Wy­szło mu, że były to naj­szczę­śliw­sze chwile w jego upo­rząd­ko­wa­nym ży­ciu, któ­rego prze­bieg zo­stał usta­lony już w dniu, gdy przy­szedł na świat. Do­szedł do wnio­sku, że Jo­se­phine jest je­dyną ko­bietą, dzięki któ­rej mógłby uwol­nić się spod ku­ra­teli ojca i prze­rwać pa­ję­czą sieć po­wią­zań po­zba­wia­ją­cych go swo­body ru­chów. Ni­gdy nie po­dej­mo­wał sa­mo­dziel­nych de­cy­zji, bez dys­ku­sji ro­bił to, czego od niego ocze­ki­wano; był przy­kład­nym sy­nem i miał już tego dość. Jo­se­phine oka­zała się wy­zwa­niem, wstrzą­sała jego prze­ko­na­niami, bez­li­to­śnie uka­zy­wała mu jego ro­dzinę i całe śro­do­wi­sko w zu­peł­nie in­nym świe­tle. Zmu­sza­nie go do tań­cze­nia char­le­stona i uświa­da­mia­nie mu, że ist­nieje ktoś taki jak su­fra­żystki, sta­no­wiło za­chętę do my­śle­nia o przy­szło­ści in­nej niż ta, którą mu wy­zna­czono, przy­szło­ści, gdzie bę­dzie miej­sce na przy­godę i ry­zyko.

W wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat mój brat stał się mru­ko­wa­tym, ostroż­nym czło­wie­kiem, któ­rego sam nie­na­wi­dził. „Przed­wcze­śnie się ze­sta­rza­łem”, mam­ro­tał przy go­le­niu, pa­trząc ze wstrę­tem na swoje od­bi­cie w lu­strze. Od lat po­ma­gał ojcu w in­te­re­sach, które go nie po­cią­gały, a w do­datku wy­da­wały mu się po­dej­rzane, i pró­bo­wał utrzy­mać się na po­wierzchni w śro­do­wi­sku, w któ­rym czuł się obco, bo nie po­dzie­lał za­in­te­re­so­wań ani ide­ałów lu­dzi ze swo­jej klasy spo­łecz­nej.