Kobiety mojej duszy - Isabel Allende - ebook + książka
NOWOŚĆ

Kobiety mojej duszy ebook

Isabel Allende

4,5

42 osoby interesują się tą książką

Opis

„Każdy przeżyty rok i każda nowa zmarszczka opowiadają o moim życiu”

Już od dziecka, jeszcze zanim potrafiła zdefiniować, na czym polega jej niezgoda na wszechobecny maczyzm, Isabel Allende towarzyszył feminizm. W patriarchalnym chilijskim społeczeństwie jej trudny, buntowniczy charakter – u chłopców aprobowany jako istotny element męskości – był nie na miejscu. To jednak dzięki niej i jej podobnym „dobrym wiedźmom”, jak Allende nazywa kobiety, które spotkała na swoje drodze i które razem z nią budowały feminizm drugiej fali, wiele córek na całym świecie może dziś wieść życie, o którym ich matki nie mogły nawet marzyć. Jak sama pisze, „nie muszę wymyślać bohaterek swoich powieści, silnych i zdeterminowanych kobiet, bo mam je wokół siebie”.

W autobiograficznej narracji bestsellerowa autorka opisuje kondycję kobiety we współczesnym świecie. Mimo dotychczasowych zdobyczy feminizmu wciąż jest bowiem wiele do zrobienia. Allende nie boi się poruszać takich zagadnień jak: role, które wyznaczają kobietom rodzina, społeczeństwo, kultura i religia, przemoc – fizyczna i psychiczna – jako narzędzie kontroli, zależność ekonomiczna, prawa reprodukcyjne czy okaleczanie żeńskich narządów płciowych, wciąż praktykowane w wielu częściach świata.

Rozważania te przeplata opowieściami ze swojego życia. O dzieciństwie bez ojca i dorastaniu w społeczeństwie, w którym filarem rodziny jest kobieta, w kraju o jednym z najwyższych wskaźników przemocy domowej. O byciu pisarką w świecie wydawniczym zdominowanym przez mężczyzn. I o miłości romantycznej, zwłaszcza takiej, która spotyka człowieka pod koniec życia.

W tej podróży towarzyszą jej dobre duchy: przyjaciółki, pisarki, aktywistki, polityczki, zmarła córka, kobiety w kryzysie, a także bohaterki literackie.

Isabel Allende to wspaniała gawędziarka, która pisze z niezrównanym wyczuciem i wnikliwością. W pełni zasłużenie została ikoną literatury światowej. Będą ją doceniać przyszłe pokolenia czytelników i pisarzy.

Khaled Hosseini, autor Chłopca z latawcem

Allende ma wszystko, czego potrzeba: ucho, oko, umysł, serce i ogromne pokłady człowieczeństwa.

„New York Times”

Allende snuje autobiograficzne refleksje na temat feminizmu, władzy i kobiecości… Pisze też o toksycznych skutkach maczyzmu, łącząc dowcip ze złością, które kruszą patriarchat. To książka pełna mądrości i ciepła.

„Grazia”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału Mu­je­res del alma mía
Prze­kład GRZE­GORZ OSTROW­SKI
Wy­dawca KA­TA­RZYNA RUDZKA
Re­dak­torka pro­wa­dząca KA­RO­LINA WĄ­SOW­SKA
Re­dak­cja KA­MIL BO­GU­SIE­WICZ
Ko­rekta MAŁ­GO­RZATA KU­ŚNIERZ, MAG­DA­LENA MA­TYJA-PIE­TRZYK
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych ANNA POL
Ilu­stra­cja na okładce © Sa­rah Jar­rett / Ar­can­gel
Ła­ma­nie
Mu­je­res del alma mía Co­py­ri­ght © Isa­bel Al­lende, 2020 Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Grze­gorz Ostrow­ski Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2022
War­szawa 2022 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67406-68-0
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75re­dak­[email protected]­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Pan­chi­cie, Pauli, Lori, Ma­nie, Ni­cole

i in­nym nie­zwy­kłym ko­bie­tom,

waż­nym w moim ży­ciu

Nie prze­sa­dzę, je­śli stwier­dzę, że fe­mi­nistką by­łam już w wieku przed­szkol­nym, jesz­cze za­nim ze­tknęła się z tym po­ję­ciem moja ro­dzina. Uro­dzi­łam się w roku 1942, mó­wimy więc o za­mierz­chłej prze­szło­ści. My­ślę, że przy­czyną mo­jego buntu prze­ciwko wła­dzy męż­czyzn była sy­tu­acja Pan­chity, mo­jej matki, którą mąż po­rzu­cił w Peru z dwójką ma­leń­kich dzieci i no­wo­rod­kiem na ręku. To zmu­siło ją do szu­ka­nia schro­nie­nia w domu ro­dzi­ców, w Chile. Tam spę­dzi­łam pierw­sze lata dzie­ciń­stwa.

Dom mo­ich dziad­ków w San­tiago, w dziel­nicy Pro­vi­den­cia, która wów­czas miała za­bu­dowę wil­lową, a dziś jest la­bi­ryn­tem cen­trów han­dlo­wych i biu­row­ców, był wielki i brzydki. Be­to­nowe mon­strum o wy­so­kich po­ko­jach, w któ­rych hu­lał wiatr, ze ścia­nami brud­nymi od sa­dzy z pie­cy­ków naf­to­wych, cięż­kimi za­sło­nami z czer­wo­nego plu­szu, hisz­pań­skimi me­blami od­po­wied­nio so­lid­nymi, by prze­trwały sto lat, okrop­nymi por­tre­tami zmar­łych krew­nych i sto­sami za­ku­rzo­nych ksią­żek. Front domu pre­zen­to­wał się wiel­ko­pań­sko. Ktoś wy­raź­nie się sta­rał, by sa­lon, bi­blio­teka i po­kój sto­łowy wy­glą­dały ele­gancko, ale bar­dzo rzadko z nich ko­rzy­stano. Po­zo­stałą część domu sta­no­wiło pełne za­mętu kró­le­stwo babci, dzieci (mo­ich dwóch braci i mnie), słu­żą­cych, dwóch czy trzech psów nie­okre­ślo­nej rasy i pół­dzi­kich ko­tów, które roz­mna­żały się za lo­dówką bez żad­nej kon­troli (ku­charka to­piła po­tem ko­ciaki w wia­drze na pa­tio).

We­so­łość i świa­tło tego domu ulot­niły się wraz z przed­wcze­sną śmier­cią babci. Wspo­mi­nam dzie­ciń­stwo jako czas lęku i mroku.

Czego się ba­łam? Że moja matka umrze i tra­fimy do sie­ro­cińca, że po­rwą mnie Cy­ga­nie, że w lu­strze po­jawi się na­gle dia­beł i że przy­tra­fią mi się inne tego ro­dzaju bzdury. Dziś je­stem wdzięczna za to nie­szczę­śliwe dzie­ciń­stwo, bo dało mi ma­te­riał do pi­sa­nia. Nie wiem, jak so­bie ra­dzą po­wie­ścio­pi­sa­rze, któ­rych pierw­sze lata ży­cia upły­nęły bez­tro­sko w nor­mal­nym domu.

Bar­dzo wcze­śnie zda­łam so­bie sprawę z tego, że moja matka znaj­do­wała się w gor­szym po­ło­że­niu niż mę­scy człon­ko­wie ro­dziny. Wy­szła za mąż wbrew woli ro­dzi­ców i po­nio­sła po­rażkę, przed którą ją ostrze­gali. Unie­waż­niła mał­żeń­stwo, co było je­dy­nym roz­wią­za­niem w kraju, gdzie roz­wody za­le­ga­li­zo­wano do­piero w 2004 roku. Nie zo­stała przy­go­to­wana do pod­ję­cia ja­kiej­kol­wiek pracy, nie miała pie­nię­dzy, nie była nie­za­leżna. No i stała się przed­mio­tem zło­śli­wych plo­tek, bo nie dość, że żyła w se­pa­ra­cji z mę­żem, to w do­datku była młoda, ładna i za­lotna.

Ma­czyzm za­czął mnie iry­to­wać już w dzie­ciń­stwie. Po­strze­ga­łam matkę i służbę do­mową jako ofiary, pod­władne bez środ­ków do ży­cia i prawa głosu z po­wodu zlek­ce­wa­że­nia kon­we­nan­sów w przy­padku tej pierw­szej, i ubó­stwa w przy­padku tej dru­giej. Oczy­wi­ście wtedy tego nie ro­zu­mia­łam, do ta­kiego wnio­sku do­szłam w wieku pięć­dzie­się­ciu lat, w trak­cie te­ra­pii. Ale cho­ciaż nie umia­łam ich ra­cjo­nal­nie wy­ja­śnić, fru­stra­cje, które wów­czas prze­ży­wa­łam, były tak silne, że na całe ży­cie na­zna­czyły mnie ob­se­syj­nym pra­gnie­niem spra­wie­dli­wo­ści i in­stynk­tow­nym bra­kiem zgody na ma­czyzm. Tę nie­chęć uznano za nie­nor­malną na­wet w ro­dzi­nie, która uwa­żała się za in­te­li­gencką i no­wo­cze­sną, choć zgod­nie z obec­nymi kry­te­riami była, szcze­rze mó­wiąc, ni­czym z epoki ka­mie­nia łu­pa­nego.

Pan­chita szu­kała po­rady u nie­jed­nego le­ka­rza, żeby do­wie­dzieć się, co mi do­lega. Może to kolka albo ta­sie­miec? Uparty, bun­tow­ni­czy, trudny cha­rak­ter, apro­bo­wany u mo­ich braci jako istotny ele­ment mę­sko­ści, u mnie był sta­nem cho­ro­bo­wym. Czyż nie tak jest naj­czę­ściej? Dziew­czyn­kom od­ma­wia się prawa do wy­ra­ża­nia zło­ści, do tup­nię­cia nogą. W Chile ist­nieli psy­cho­lo­dzy, może na­wet psy­cho­lo­dzy dzie­cięcy, ale w tam­tych cza­sach, zdo­mi­no­wa­nych przez roz­ma­ite tabu, ich po­rady były za­re­zer­wo­wane dla nie­ule­czal­nych sza­leń­ców, a w mo­jej ro­dzi­nie na­wet i nie dla nich. Na­szych obłą­ka­nych krew­nych mu­sie­li­śmy zno­sić bez roz­głosu, w ta­jem­nicy. Matka bła­gała mnie o więk­szą po­wścią­gli­wość. „Nie wiem, skąd przy­cho­dzi ci to do głowy; jesz­cze roz­nie­sie się, że je­steś ja­kimś ba­bo­chło­pem” – po­wie­działa mi kie­dyś, nie wy­ja­śnia­jąc zna­cze­nia tego dziw­nego słowa.

Jej nie­po­kój wy­da­wał się uza­sad­niony. W wieku sze­ściu lat wy­rzu­cono mnie ze szkoły pro­wa­dzo­nej przez nie­miec­kie za­kon­nice za nie­po­słu­szeń­stwo, a to oka­zało się do­piero pre­lu­dium tego, co miało dziać się ze mną póź­niej. Te­raz my­ślę, że tak na­prawdę cho­dziło o to, że Pan­chita była z praw­nego punktu wi­dze­nia sa­motną matką trójki dzieci. To nie po­winno wy­wo­ły­wać zgor­sze­nia u za­kon­nic, bo w Chile więk­szość dzieci ro­dzi się ze związ­ków po­za­mał­żeń­skich. Ale nie w kla­sie spo­łecz­nej, do któ­rej na­le­żały uczen­nice tej szkoły.

Przez dzie­siątki lat my­śla­łam o swo­jej matce jako ofie­rze, ale po­tem zda­łam so­bie sprawę, że ofiara to ktoś, kto nie ma kon­troli i wła­dzy nad wła­snym ży­ciem, a to nie był, jak są­dzę, jej przy­pa­dek. Ow­szem, matka wy­glą­dała na zła­paną w po­trzask, bez­bronną, cza­sami zde­spe­ro­waną, ale jej sy­tu­acja zmie­niła się, kiedy po­znała mo­jego oj­czyma i oboje za­częli po­dró­żo­wać. My­ślę, że mu się pod­po­rząd­ko­wała, choć mo­gła po­wal­czyć o więk­szą nie­za­leż­ność, o to, by żyć tak, jak chciała, i roz­wi­jać swój wielki po­ten­cjał. Moja opi­nia jed­nak się nie li­czy, na­leżę prze­cież do po­ko­le­nia fe­mi­ni­stek – ko­rzy­sta­łam z moż­li­wo­ści, któ­rymi ona ni­gdy nie dys­po­no­wała.

Inną lek­cją, jaką wy­nio­słam z te­ra­pii w wieku pięć­dzie­się­ciu lat, jest prze­ko­na­nie, że do mo­jego buntu przy­czy­nił się z całą pew­no­ścią rów­nież brak ojca w dzie­ciń­stwie. Dużo czasu za­jęło mi za­ak­cep­to­wa­nie wujka Ra­móna – jak za­wsze na­zy­wa­łam męż­czy­znę, z któ­rym zwią­zała się Pan­chita, kiedy mia­łam około je­de­na­stu lat – i zro­zu­mie­nie, że nie mo­głam so­bie wy­ma­rzyć lep­szego ojca niż on. Zda­łam so­bie z tego sprawę, gdy uro­dziła się moja córka, Paula. Oj­czym, któ­remu kie­dyś wy­po­wie­dzia­łam wojnę, od razu ją po­ko­chał (z wza­jem­no­ścią), a ja do­piero wtedy zo­ba­czy­łam, jak bar­dzo jest wraż­liwy, uczu­ciowy i dow­cipny. Jako na­sto­latka nie­na­wi­dzi­łam go, pod­wa­ża­łam jego au­to­ry­tet, ale po­nie­waż był nie­po­praw­nym opty­mi­stą, na­wet tego nie do­strze­gał. Za­wsze uwa­żał mnie za przy­kładną córkę. Nie miał pa­mięci do złych rze­czy, do tego stop­nia, że na stare lata na­zy­wał mnie An­gélicą (moje dru­gie imię) i prze­strze­gał, że­bym spała na boku, bo przy­gniotę so­bie aniel­skie skrzy­dła. Po­wta­rzał to do końca swo­ich dni, kiedy z po­wodu de­men­cji i zmę­cze­nia ży­ciem stał się cie­niem sa­mego sie­bie sprzed lat.

Z cza­sem wu­jek Ra­món zo­stał moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i po­wier­ni­kiem. Był we­soły, wład­czy, dumny i ma­czy­stow­ski, choć za­prze­czał temu ostat­niemu za­rzu­towi, ar­gu­men­tu­jąc, że nikt nie sza­nuje ko­biet bar­dziej niż on. Nie udało mi się wy­tłu­ma­czyć mu do końca, na czym po­le­gał ten jego okropny ma­czyzm. Po­rzu­cił żonę, z którą miał czwórkę dzieci, i ni­gdy nie unie­waż­nił mał­żeń­stwa, co po­zwo­li­łoby mu za­le­ga­li­zo­wać zwią­zek z moją matką. Nie prze­szko­dziło im to w spę­dze­niu ze sobą pra­wie sie­dem­dzie­się­ciu lat, po­cząt­kowo to­wa­rzy­szyła im at­mos­fera skan­dalu i plo­tek, jed­nak wraz z upły­wem czasu ich re­la­cja co­raz mniej gor­szyła lu­dzi, bo oby­czaje ule­gły roz­luź­nie­niu, a po­nie­waż nie było roz­wo­dów, związki two­rzyły się i roz­pa­dały bez udziału biu­ro­kra­cji.

Pan­chita krzy­wiła się na jego wady, ale po­tra­fiła do­ce­nić za­lety. Za­ak­cep­to­wała rolę zdo­mi­no­wa­nej żony, choć czę­sto była wście­kła, że tak bar­dzo go ko­cha. I że nie jest w sta­nie sama wy­cho­wać dzieci. Utrzy­ma­nie i bez­pie­czeń­stwo miały swoją cenę.

Ni­gdy nie tę­sk­ni­łam za bio­lo­gicz­nym oj­cem i nie by­łam cie­kawa, co się z nim dzieje. Zgodę na unie­waż­nie­nie mał­żeń­stwa uza­leż­nił od zwol­nie­nia go z obo­wiązku utrzy­my­wa­nia dzieci, co wy­eg­ze­kwo­wał tak da­lece, że ni­gdy ich już nie zo­ba­czył. W rzad­kich przy­pad­kach, kiedy ktoś z ro­dziny wy­mó­wił jego imię (czego wszy­scy uni­kali), moja matka do­sta­wała ostrej mi­greny. Po­wie­dziano mi tylko, że był nie­zwy­kle in­te­li­gentny, bar­dzo mnie ko­chał, pusz­czał mi mu­zykę kla­syczną i po­ka­zy­wał książki o sztuce, tak że w wieku dwóch lat roz­po­zna­wa­łam twa­rze róż­nych ar­ty­stów. Rzu­cał na­zwi­ska: Mo­net albo Re­noir, a ja od­naj­do­wa­łam ich po­do­bi­zny na od­po­wied­niej stro­nie. Wąt­pię, by tak było. Nie po­tra­fi­ła­bym zro­bić tego na­wet te­raz, bę­dąc w pełni władz umy­sło­wych. W każ­dym ra­zie nie pa­mię­tam nic z tych rze­czy – jako że do­szło rze­komo do nich, za­nim skoń­czy­łam trzy lata – na­to­miast trwały ślad po­zo­sta­wiła we mnie na­gła de­zer­cja ojca. Jak mia­łam ufać męż­czy­znom, któ­rzy dziś cię ko­chają, a na­za­jutrz po­sta­na­wiają znik­nąć?

To, że moja matka zo­stała po­rzu­cona, nie było ni­czym wy­jąt­ko­wym. W Chile fi­la­rem ro­dziny i spo­łecz­no­ści jest ko­bieta, zwłasz­cza w śro­do­wi­sku ro­bot­ni­czym, gdzie oj­co­wie przy­cho­dzą i od­cho­dzą, i czę­sto zni­kają na za­wsze, za­po­mi­na­jąc o dzie­ciach. Matki zaś są jak drzewa o głę­boko za­pusz­czo­nych ko­rze­niach. Zaj­mują się wła­snymi dziećmi, a kiedy zaj­dzie po­trzeba – rów­nież cu­dzymi. Ko­biety są tak silne i tak do­brze zor­ga­ni­zo­wane, że mówi się, że w Chile pa­nuje ma­triar­chat. Ale choć na­wet naj­gorsi tro­glo­dyci po­wta­rzają to bez cie­nia wstydu, da­leko im do prawdy. Męż­czyźni mają w rę­kach wła­dzę po­li­tyczną i eko­no­miczną, usta­na­wiają prawa i sto­sują je we­dług wła­snego wi­dzi­mi­się, a je­śli to nie wy­star­cza, in­ter­we­niuje Ko­ściół, na­zna­czony pięt­nem kul­tury pa­triar­chal­nej. Ko­biety rzą­dzą tylko w ro­dzi­nie... i to cza­sami.

Nie­dawno, w trak­cie jed­nego z tych de­ner­wu­ją­cych wy­wia­dów po­le­ga­ją­cych na bom­bar­do­wa­niu roz­mówcy try­wial­nymi py­ta­niami i zmu­sza­niem go do udzie­le­nia bły­ska­wicz­nych od­po­wie­dzi, jak w uciąż­li­wym te­ście psy­cho­lo­gicz­nym, mu­sia­łam w ciągu dwóch se­kund zde­cy­do­wać, z któ­rym bo­ha­te­rem mo­ich po­wie­ści chcia­ła­bym pójść na ko­la­cję. Gdyby za­py­tano mnie, z kim w ogóle chcia­ła­bym zjeść ko­la­cję, od­par­ła­bym na­tych­miast: z moją córką Paulą i z matką, Pan­chitą, dwoma du­chami, które bez­u­stan­nie krążą wo­kół mnie. Cho­dziło jed­nak o po­stać li­te­racką. Nie po­tra­fi­łam od­po­wie­dzieć od razu, czego do­ma­gał się pro­wa­dzący wy­wiad, bo na­pi­sa­łam po­nad dwa­dzie­ścia ksią­żek i chcia­ła­bym zjeść ko­la­cję nie­mal ze wszyst­kimi mo­imi bo­ha­te­rami, ko­bie­tami i męż­czy­znami. Kiedy jed­nak zna­la­złam czas, by to prze­my­śleć, do­szłam do wnio­sku, że za­pro­si­ła­bym Elizę Som­mers z Córki for­tuny. Pod­czas mo­jego po­bytu w Hisz­pa­nii w 1999 roku z oka­zji wy­da­nia tej po­wie­ści ja­kiś by­stry dzien­ni­karz po­wie­dział mi, że jest ona ale­go­rią fe­mi­ni­zmu. Miał ra­cję, choć szcze­rze mó­wiąc, nie przy­szło mi to wcze­śniej do głowy.

W po­ło­wie XIX wieku, w cza­sach roz­kwitu epoki wik­to­riań­skiej, Eliza Som­mers, na­sto­latka uwię­ziona w gor­se­cie, za­mknięta w domu, po­zba­wiona do­stępu do po­rząd­nego wy­kształ­ce­nia i w jesz­cze więk­szym stop­niu po­zba­wiona praw, któ­rej przy­szłość ogra­ni­czała się do mał­żeń­stwa i ro­dze­nia dzieci, po­rzu­ciła bez­pieczne ogni­sko do­mowe i wy­je­chała z Chile do ogar­nię­tej go­rączką złota Ka­li­for­nii. Żeby prze­żyć, prze­brała się za męż­czy­znę i na­uczyła ra­dzić so­bie sama w hi­per­mę­skim oto­cze­niu, w któ­rym do­mi­no­wały chci­wość, am­bi­cje i prze­moc. Po­ko­nała nie­zli­czone prze­szkody, sta­wiła czoło wielu nie­bez­pie­czeń­stwom, by osta­tecz­nie wró­cić do swo­jego ko­bie­cego stroju. Ni­gdy jed­nak nie za­ło­żyła już gor­setu. Wy­wal­czyła wol­ność i nie miała za­miaru z niej re­zy­gno­wać.

Drogę ży­ciową Elizy można po­rów­nać do eman­cy­pa­cji ko­biet, które sztur­mem wtar­gnęły do świata męż­czyzn. Mu­sia­ły­śmy po­stę­po­wać jak oni, na­uczyć się ich tak­tyki, ry­wa­li­zo­wać. Pa­mię­tam czasy, gdy urzęd­niczki cho­dziły do pracy w spodniach, ma­ry­nar­kach, a nie­kiedy na­wet pod kra­wa­tem, bo tylko wtedy trak­to­wano je po­waż­nie. Te­raz nie mu­simy już tego ro­bić, mo­żemy ko­rzy­stać z na­szych upraw­nień, nie wy­rze­ka­jąc się ko­bie­co­ści. Tak jak Eliza uzy­ska­ły­śmy wol­ność i wal­czymy o jej za­cho­wa­nie, po­sze­rze­nie i ob­ję­cie nią wszyst­kich. Wła­śnie o tym chcia­ła­bym opo­wie­dzieć Eli­zie, gdyby po­szła ze mną na ko­la­cję.

Fe­mi­nizm zwy­kle bu­dzi lęk, wy­daje się bo­wiem bar­dzo ra­dy­kalny albo jest in­ter­pre­to­wany jako nie­na­wiść do męż­czyzn, dla­tego za­nim przejdę da­lej, mu­szę wy­ja­śnić co nieco nie­któ­rym spo­śród mo­ich czy­tel­ni­czek. Za­cznijmy od słowa „pa­triar­chat”.

Moja de­fi­ni­cja „pa­triar­chatu” za­pewne różni się tro­chę od tej z Wi­ki­pe­dii czy su­ge­ro­wa­nej przez Kró­lew­ską Aka­de­mię Hisz­pań­ską. Pier­wot­nie słowo to ozna­czało ab­so­lutną su­pre­ma­cję męż­czy­zny nad ko­bietą, nad in­nymi ga­tun­kami i ca­łym świa­tem przy­rody jako ta­kim. Ruch fe­mi­ni­styczny pod­wa­żył tę nie­ogra­ni­czoną wła­dzę w wielu ob­sza­rach, ale w in­nych ma się ona rów­nie do­brze jak ty­siące lat temu. Mimo że zmie­niono sporo dys­kry­mi­nu­ją­cych praw, pa­triar­chat utrzy­mał się jako sys­tem uci­sku po­li­tycz­nego, eko­no­micz­nego, kul­tu­ro­wego i re­li­gij­nego, przy­zna­jący wła­dzę zwierzch­nią i przy­wi­leje płci mę­skiej. Oprócz mi­zo­gi­nii (awer­sji do ko­biet) sys­tem ten obej­muje roz­ma­ite formy wy­klu­cze­nia i agre­sji: ra­sizm, ho­mo­fo­bię, kla­sizm, kse­no­fo­bię oraz nie­to­le­ran­cję wo­bec idei i lu­dzi od­bie­ga­ją­cych od norm, które na­rzuca pa­triar­chat. A na­rzuca je w spo­sób agre­sywny, wy­maga po­słu­szeń­stwa i ka­rze tych, któ­rzy mają od­wagę mu się prze­ciw­sta­wić.

Na czym więc po­lega mój fe­mi­nizm? Nie cho­dzi o to, co mamy mię­dzy no­gami, tylko o to, co mamy mię­dzy uszami. To po­stawa fi­lo­zo­ficzna i bunt prze­ciwko wła­dzy męż­czyzn. Spo­sób ro­zu­mie­nia re­la­cji mię­dzy­ludz­kich i po­strze­ga­nia świata, za­an­ga­żo­wa­nie na rzecz spra­wie­dli­wo­ści, walka o eman­cy­pa­cję ko­biet, ge­jów, les­bi­jek, osób qu­eer (LGB­TIQ+), wszyst­kich uci­ska­nych przez sys­tem i tych, któ­rzy czują się uci­skani. „Je­ste­ście mile wi­dzianx”[1], jak na­pi­sa­liby dzi­siejsi mło­dzi; im bę­dzie nas wię­cej, tym le­piej.

W la­tach mło­do­ści wal­czy­łam o rów­ność, chcia­łam móc brać udział w mę­skiej grze, ale w wieku doj­rza­łym zro­zu­mia­łam, że ta gra to sza­leń­stwo, które pro­wa­dzi do znisz­cze­nia pla­nety i tkanki mo­ral­nej ludz­ko­ści. Nie cho­dzi o to, by po­wie­lać ka­ta­strofę, ale o to, by jej za­po­bie­gać. Oczy­wi­ście, ten ruch ma prze­ciwko so­bie po­tężne siły re­ak­cyjne, ta­kie jak fun­da­men­ta­lizm, fa­szyzm, tra­dy­cja i wiele in­nych. Przy­gnę­bia mnie, że po dru­giej stro­nie ba­ry­kady jest tak wiele ko­biet, które boją się zmian i nie wy­obra­żają so­bie in­nej przy­szło­ści.

Pa­triar­chat jest ni­czym skała. Fe­mi­nizm jest jak ocean – płynny, po­tężny, głę­boki, za­wie­ra­jący w so­bie nie­skoń­czoną róż­no­rod­ność form ży­cia, w cią­głym ru­chu za sprawą fal, prą­dów, pły­wów, a cza­sami gwał­tow­nych sztor­mów. I tak jak ocean, fe­mi­nizm ni­gdy nie milk­nie.

Nie, taka ci­chutka wcale nie je­steś ład­niej­sza.

Je­steś śliczna, kiedy wal­czysz,

kiedy bi­jesz się o swoje,

kiedy za­miast mil­czeć,

ką­sasz sło­wami,

kiedy otwie­rasz usta

i wszystko wo­kół za­czyna pło­nąć.

Nie, taka ci­chutka wcale nie je­steś ład­niej­sza,

tylko tro­chę przy­ga­szona,

i je­śli co­kol­wiek o to­bie wiem, to tyle,

że wcze­śniej nie zna­łem ni­kogo,

ni­gdy,

kto wy­ka­zy­wałby tak wielką wolę ży­cia.

Krzy­cząc.

Mi­guel Gane, Płoń

Już jako dziecko wie­dzia­łam, że mu­szę opie­ko­wać się matką i jak naj­szyb­ciej za­cząć na sie­bie za­ra­biać. Utwier­dził mnie w tym prze­ko­na­niu dzia­dek, który jako nie­kwe­stio­no­wany pa­triar­cha ro­dziny ro­zu­miał, jak bar­dzo nie­ko­rzystne jest by­cie ko­bietą, i chciał dać mi do ręki od­po­wiedni oręż, bym ni­gdy nie mu­siała od ni­kogo za­le­żeć. Opie­ko­wał się mną do ósmego roku ży­cia, a póź­niej za­miesz­ka­łam z nim w wieku szes­na­stu lat, kiedy to wu­jek Ra­món ode­słał mnie i mo­ich braci do Chile. Miesz­ka­li­śmy wtedy w Li­ba­nie, gdzie Ra­món był kon­su­lem. W 1958 roku za­wi­sła nad tym kra­jem groźba wojny do­mo­wej z po­wodu kry­zysu po­li­tycz­nego i re­li­gij­nego. Moi bra­cia po­szli do szkoły woj­sko­wej w San­tiago, ja zaś tra­fi­łam do domu dziadka.

Dzia­dzio Agu­stín za­czął pra­co­wać w wieku czter­na­stu lat, bo po śmierci jego ojca ro­dzina zna­la­zła się w trud­nej sy­tu­acji. We­dług niego na ży­cie skła­dały się dys­cy­plina, ciężka praca i po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści. Cho­dził z wy­soko pod­nie­sioną głową – ho­nor sta­wiał na pierw­szym miej­scu. Do­ra­sta­łam zgod­nie z za­sa­dami wy­zna­wa­nej przez niego szkoły sto­ic­kiej: uni­kać osten­ta­cji i roz­rzut­no­ści, nie na­rze­kać, być cier­pli­wym, do­trzy­my­wać słowa, o nic nie pro­sić i ni­czego nie ocze­ki­wać, da­wać so­bie radę sa­memu, po­ma­gać i słu­żyć in­nym, ale nie na po­kaz.

Kil­ka­krot­nie opo­wia­dał mi na­stę­pu­jącą hi­sto­rię: był so­bie kie­dyś czło­wiek, który miał tylko jed­nego syna. Ko­chał go ca­łym ser­cem. Kiedy chło­piec skoń­czył dwa­na­ście lat, oj­ciec po­wie­dział mu, żeby sko­czył z bal­konu na dru­gim pię­trze, bez obaw, bo on zła­pie go na dole. Syn po­słusz­nie wy­ko­nał po­le­ce­nie, tym­cza­sem oj­ciec stał z za­ło­żo­nymi rę­kami i po­zwo­lił, by dziecko spa­dło na pa­tio, ła­miąc so­bie ko­ści. Mo­rał z tej okrut­nej opo­wie­ści pły­nął taki, że nie na­leży ni­komu ufać, na­wet wła­snemu ojcu.

Po­mimo su­ro­wo­ści dzia­dek był bar­dzo ko­chany za swoją wiel­ko­dusz­ność i bez­wa­run­kowe słu­że­nie bliź­nim. Uwiel­bia­łam go. Pa­mię­tam jego dłu­gie białe włosy, gło­śny śmiech ob­na­ża­jący żółte zęby, po­wy­krę­cane z po­wodu ar­tre­ty­zmu dło­nie, prze­wrotne po­czu­cie hu­moru i to, że by­łam jego ulu­bioną wnuczką – fakt nie­pod­wa­żalny, choć ni­gdy nie­po­twier­dzony sło­wami. Oczy­wi­ście wo­lałby, że­bym uro­dziła się chłop­cem, ale po­go­dził się z tym i po­ko­chał mnie mimo mo­jej płci, bo przy­po­mi­na­łam mu żonę, bab­cię Isa­bel, po któ­rej odzie­dzi­czy­łam imię i spoj­rze­nie.

Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że jako na­sto­latka za­li­cza­łam się do osób spo­łecz­nie nie­przy­sto­so­wa­nych. Uże­ra­nie się ze mną przy­pa­dło w udziale bied­nemu dziad­kowi. Nie cho­dziło o to, że by­łam le­niwa czy im­per­ty­nencka, wprost prze­ciw­nie, bar­dzo do­brze się uczy­łam, bez sprze­ciwu prze­strze­ga­łam za­sad ob­co­wa­nia z ludźmi, ale ży­łam w sta­nie z tru­dem ha­mo­wa­nej wście­kło­ści, która prze­ja­wiała się nie w na­pa­dach zło­ści czy trza­ska­niu drzwiami, tylko w cią­głym oskar­ży­ciel­skim mil­cze­niu. By­łam kłęb­kiem kom­plek­sów, czu­łam się brzydka, nie­udolna, nie­wi­dzialna, uwię­ziona w nie­szczę­snej te­raź­niej­szo­ści i bar­dzo sa­motna. Nie na­le­ża­łam do żad­nej grupy, mia­łam po­czu­cie in­no­ści, wy­klu­cze­nia. Wal­czy­łam z sa­mot­no­ścią, po­że­ra­jąc książki i pi­sząc co­dzien­nie do matki, która z Li­banu tra­fiła do Tur­cji. Od­pi­sy­wała mi na­tych­miast i nie miało dla nas zna­cze­nia, że li­sty przy­cho­dziły z kil­ku­ty­go­dnio­wym opóź­nie­niem. Tak za­częła się ko­re­spon­den­cja, którą pro­wa­dzi­ły­śmy już za­wsze.

Od dziecka do­sko­nale zda­wa­łam so­bie sprawę z nie­spra­wie­dli­wo­ści tego świata. Pa­mię­tam z dzie­ciń­stwa po­moce do­mowe, które pra­co­wały od świtu do nocy, rzadko gdzie­kol­wiek wy­cho­dziły, za­ra­biały gro­sze i spały w ce­lach bez okien, gdzie całe ume­blo­wa­nie sta­no­wiły zde­ze­lo­wane łóżko i roz­pa­da­jąca się ko­moda. (Tak było w la­tach czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku, oczy­wi­ście te­raz w Chile wy­gląda to ina­czej). Kiedy by­łam na­sto­latką, moja tro­ska o spra­wie­dli­wość po­głę­biła się do tego stop­nia, że pod­czas gdy inne dziew­czyny my­ślały wy­łącz­nie o swoim wy­glą­dzie i o tym, jak zna­leźć na­rze­czo­nego, ja gło­si­łam po­chwałę so­cja­li­zmu i fe­mi­ni­zmu. Nie bez po­wodu nie mia­łam przy­ja­ció­łek. Obu­rzały mnie ogromne nie­rów­no­ści w Chile, przede wszyst­kim te do­ty­czące sta­tusu spo­łecz­nego, szans ży­cio­wych i do­cho­dów.

Naj­bar­dziej dys­kry­mi­no­wani są lu­dzie ubo­dzy – za­wsze tak się dzieje – ale mnie cią­żyło głów­nie to, co mu­siały zno­sić ko­biety. Uwa­ża­łam, że z nę­dzy udaje się cza­sami wy­dźwi­gnąć, na­to­miast kon­dy­cja okre­ślona przez płeć jest nie do prze­zwy­cię­że­nia. Nikt wów­czas nie ma­rzył o moż­li­wo­ści zmiany płci. Co prawda mie­li­śmy bo­jow­niczki, które wy­wal­czyły mię­dzy in­nymi prawa wy­bor­cze dla ko­biet, po­pra­wiły stan szkol­nic­twa, udzie­lały się w po­li­tyce, służ­bie zdro­wia, na­uce i sztuce, ale by­ły­śmy lata świetlne w tyle za ru­chami fe­mi­ni­stycz­nymi w Eu­ro­pie czy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W moim oto­cze­niu w ogóle nie mó­wiło się o sy­tu­acji ko­biet: ani w domu, ani w szkole, ani w pra­sie, nie wiem więc, skąd w tam­tym cza­sie wzięła się u mnie świa­do­mość tych spraw.