Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ksawery Lombardzki, znany w podziemnym świecie MMA jako Veyron, nie zawsze był wojownikiem. Osiem lat temu stał się ofiarą szkolnego bullyingu – a w rezultacie chłopakiem, którego upokorzenia pchnęły do treningów w legendarnym klubie Panta Rhei. Tam, pod okiem ojca, narodził się na nowo.
Najgłębszą ranę zadała mu jednak nie pięść, lecz Patrycja Rotter, jego pierwsza miłość. To ona wówczas odwróciła się od niego, stając po stronie oprawców. Ale prawda okazuje się skomplikowana, a Ksawery wkrótce ją pozna. Dziś Patrycja jest inną kobietą – silniejszą, świadomą, gotową walczyć o uczucie, które nigdy nie wygasło.
Kiedy Veyron wchodzi do oktagonu – nie chce tylko zwyciężyć. Tak naprawdę walczy o siebie, o miłość i o to, by udowodnić, że z ofiary może narodzić się zwycięzca.
Veyron to poruszająca opowieść o bullyingu, dorastaniu w cieniu ran, o sile sportu i pasji, które potrafią odmienić życie. To także historia miłości, która – choć zraniona – potrafi przetrwać i odrodzić się na nowo.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 239
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Krążyliśmy wokół siebie w oktagonie klubu Panta Rhei, w podziemiu panował ogromny hałas, ale ja zdawałem się nic nie dostrzegać. I nie słyszeć. Patrzyłem tylko w oczy tego gnoja, który ośmielił się wyciągnąć łapy po osobę, która była mi najdroższa na świecie. I odważył się wejść z butami w życie mojej rodziny.
Może byłem znany jako Ksawery Lombardzki, ułożony student prawa, dziwny milczek w okularach. Ale teraz byłem Veyronem. A jego nie znał naprawdę nikt.
Zaraz ten pierdolony gnój się przekona, co to znaczy budzić bestię ze snu! Nadchodzę, dupku. Licz kroki. Bo niewiele ci ich zostało do zrobienia na tym świecie, kiedy z tobą skończę…
Scorpions, Send me an Angel
Skończyłem ćwiczenia i szedłem ulicą Uniwersytecką w stronę wrocławskiego rynku. Byłem zmęczony, bo wróciłem po północy do mieszkania i spałem zaledwie cztery godziny. Potem musiałem lecieć na zajęcia, gdyż dzisiaj miałem dwa kolokwia. Od pierwszego roku studiów mieszkałem w samym rynku, naprzeciwko sławnej fontanny, w lokalu, który kiedyś ojciec kupił pod inwestycję. Mój rodzinny dom znajdował się na Iwinach, tam wciąż mieszkali rodzice. Odwiedzałem ich w weekendy, a z ojcem spotykałem się trzy razy w tygodniu w klubie wujka Patryka. Można powiedzieć, że Panta Rhei stało się moim drugim domem.
Miałem dobre życie. Spokojne. Jednak musiałem nieustannie nad sobą pracować, aby nie pozwolić wyrwać się na wolność potworowi, który we mnie siedział. Pod koniec podstawówki zmieniłem się i wiedziałem, że dzięki ojcu oraz treningom udaje mi się panować nad własnymi negatywnymi emocjami. I jakoś walczyć z dawnym sobą, a także z tym, co wydarzyło się w przeszłości. A nie było to nic fajnego.
Dzisiaj miałem zamiar pójść z kumplem Antonim do klubu, obiecałem mu to, bo spotykał się od niedawna z Agatą, która była na pierwszym roku prawa. Kiedy na uczelni pojawił się nowy rocznik, ciemnowłosa dziewczyna od razu wpadła Antkowi w oko. Jednak nie było łatwo się mu z nią umówić – okazała się odporna na urok studenta czwartego roku i przyszłego właściciela kancelarii Kownacki, Bauer i synowie. Antek Kownacki to był właśnie mój kumpel, jego brat Stanisław wraz z ojcem i wujem już prowadzili kancelarię.
Ja nie miałem korzeni prawniczych, ale radziłem sobie bardzo dobrze. Po skończeniu studiów i zrobieniu aplikacji adwokackiej planowałem otwarcie własnej praktyki adwokackiej. Pieniądze nie stanowiły problemu, bo pochodziłem z bogatego domu. I to nie tak, że rodzice dawali mi na wszystko. Zwyczajnie pracowałem w klubie wuja – trochę na barze, trochę na siłowni. Dorabiałem także korepetycjami z angielskiego. Mój ojciec był świetnym facetem, ale pozwalał mi poczuć, jak to jest zarabiać i wydawać własne pieniądze. Tym bardziej doceniałem ich wartość.
W domu ogarnąłem się, pooglądałem ulubiony serial na Netfliksie o gangu z początku dwudziestego wieku w Anglii, przegryzłem coś i wówczas zadzwonił mój przyjaciel i jednocześnie przyszywany kuzyn, Dominik Darylski. Był synem wujka Darka i cioci Liwii. Miał też siostrę bliźniaczkę Darię. Mieli po dwadzieścia jeden lat, czyli o dwa mniej niż ja, i oboje studiowali architekturę na drugim roku. Kumplowaliśmy się jeszcze z Kamilem Klajzerem, czyli moim kuzynem, synem przybranego brata mojej mamy. Byliśmy ze sobą mocno związani, oprócz jednej osoby.
Patrycja Rotter. Córka najlepszego przyjaciela mojego ojca, właściciela klubu Panta Rhei. I moje przekleństwo. Kiedyś, jeszcze jako dzieci, świetnie się dogadywaliśmy, ale gdy weszliśmy w trudny czas dorastania, niestety wszystko się rozpadło. Ja byłem słabowitym i trochę chorowitym dzieciakiem, a Pati szybko dojrzała i w wieku piętnastu lat wyglądała na pięć lat starszą. Zawsze patrzyła na mnie z góry, jak na dzieciaka właśnie, a kiedy… wydarzyło się to, co się wydarzyło, to nie potrafiłem więcej spojrzeć jej w oczy. Unikaliśmy się od szesnastego roku życia i dobrze nam szło, gdyż Patrycja studiowała na ASP i często wyjeżdżała ze swoją ekipą stamtąd. Do tej pory miała trzech chłopaków i rzadko przychodziła na wspólne imprezy ekipy z Panta, z czego bardzo się cieszyłem, bo im rzadziej ją widywałem, tym lepiej się czułem. Kiedy jednak ją spotykałem, wszystko wracało, a potem męczyły mnie bezsenne noce, podczas których walczyłem z tęsknotą, fascynacją i przeklinałem sam siebie, że zakochałem się w dziewczynie, która nigdy nie zobaczy we mnie mężczyzny.
– Co tam, Domi? – odebrałem i usiadłem w fotelu. Wyłączyłem serial i puściłem muzykę. Uwielbiałem słuchać starego rocka, ostatnio katowałem kawałki Scorpionsów.
– Słuchaj, co robisz dzisiaj wieczorem?
– Idę do Prozaca na imprę z Antonim. – Moi „kuzyni” go znali. Z Antkiem trzymaliśmy się razem od pierwszej klasy liceum, kiedy to przeprowadził się z Poznania do Wrocławia i zaczął chodzić do naszej szkoły. Od razu przypadliśmy sobie do gustu, poza tym było wiadomo, że obaj wybierzemy się na prawo.
– To świetnie się składa, bo Daria zrobiła prawko i chcę ją zabrać na party, żeby się odstresowała. Po ostatnich dwóch razach, kiedy nie zdała, cholernie się denerwowała.
– Ale z ciebie dobry brat. – Uśmiechnąłem się.
– No widzisz, co ja zrobię. Taki już jestem, chodząca dobroć. – Domi też się zaśmiał.
– To wpadnijcie o dwudziestej pierwszej. Mamy lożę, Antoni spotyka się ze swoją wymarzoną ajlowiu.
– Nie chcemy przeszkadzać.
– Wyluzuj, Dom. Oni się zajmą sobą, a my pogadamy.
– Nie poznaję cię. Od kiedy uprawiasz clubbing, bracie? – Dominik parsknął.
Wiedział, że raczej unikałem melanży i ceniłem zacisze własnego mieszkania. Kiedyś mi powiedział, że zachowuję się, jakbym miał co najmniej trzydziestkę na karku. Może coś w tym było, mentalnie być może i miałem. Zawsze odstawałem od rówieśników, uchodziłem za odludka. Rodzice w pełni akceptowali moje zachowanie, dając mi wolną drogę, a potem, gdy skończyłem lat piętnaście, ojciec pokazał mi inną ścieżkę, którą mogłem podążyć. A co najgorsze, lub najlepsze, w tym wszystkim… nikt, ale to nikt o tym nie wiedział. To znaczy nie miała o tym pojęcia moja mama, a także kuzyni. I ona…
– Nie uprawiam, ale czasami trzeba wyluzować. Ostatnio non stop siedzę w ustawach, rzygać się chce.
– Okej, zatem wpadniemy wieczorem. Do później.
– Nara.
Krótko przed dwudziestą pierwszą pojawiłem się w klubie Prozac, który prowadziło moich dwóch kumpli, Jeremi Katański i Marcin Pakosławski. Obaj byli synami niejakich Katana i Pako, z którymi dobrze znał się mój ojciec. Ich starzy otworzyli wraz z ich byłym szefem, Leonem Golą, na którego mówiono Reno, jakąś dużą firmę deweloperską i budowali biurowce we Wrocławiu. A młodzi zarządzali kilkoma klubami, między innymi osławionym Prozakiem, w którym lubili bawić się ludzie ode mnie z uczelni.
Przy barze spotkałem Jeremiego, który był bardzo podobny do ojca – wysoki blondyn z zielonymi oczami. Gdyby nie ich kolor wyglądalibyśmy jak bracia, bo ja także miałem rozczochrane blond włosy, z tym że tęczówki niebieskie, prawie tak jasne jak u mojego ojca.
– Kogo widzą moje zmęczone oczy! – Jerry, jak na niego wszyscy mówili, rozpostarł ramiona i uśmiechnął się szeroko.
– Siema, stary – przywitałem się z nim i usiadłem na chwilę przy barze. – Zarobiony jestem.
– Jak zawsze, męczą was na tym prawie. – Mrugnął do mnie.
Sam skończył rok temu Uniwersytet Ekonomiczny, a teraz zajmował się biznesami rozrywkowymi. On i Mako, czyli Marcin, tworzyli całkiem udane duo znane ze świetnych imprez, klubów na wysokim poziomie i zamiłowania do dziewczyn lubiących się bawić.
Kilka razy zjawiłem się na organizowanych przez nich imprezach, ale potem słabo to wspominałem. Do zakonników nie należałem, o nie, ale czułem, że to nie do końca moja bajka. Melanże, laski, przypadkowy seks, obce mieszkania. Nie, nie, ten świat mnie nie pociągał, chociaż, jak się wydawało, było mi do niego blisko. Miałem możliwości, wygląd, który przyciągał dziewczyny, kasę. Ale jakoś nigdy z tego nie korzystałem.
– Jeszcze rok, a potem aplikacja.
– Niekończąca się historia. Z kim się dzisiaj bawisz?
– Z kumplem i resztą ekipy. Kuzyni… – Zarówno Jerry, jak i Mako doskonale znali naszą pokręconą „rodzinę” i nieraz imprezowaliśmy razem tutaj albo oni przychodzili do Panta Rhei.
– No to czym chata bogata. Macie otwarty bar.
– Wiesz, że nie trzeba. – Pokręciłem głową.
– Wiem. Nie muszę, ale mogę. – Jerry przybił ze mną piątkę.
Nagle poczułem klepnięcie w plecy i przede mną pojawił się wysoki szatyn z długimi kręconymi włosami związanymi rzemykiem. Ubrany w czarne dżinsy, białą koszulę i kowbojki, wyglądał jak teksański gangster i na taki image podrywał dziewczyny.
– Ksawery, w końcu oderwałeś się od prawnych zawiłości! – Skrzyżowaliśmy dłonie i Mako mocno mnie uściskał.
– Antek mnie zmusił. Idę właśnie do nich…
– Tak, tak, Antoni jest z jakąś piękną panią w loży VIP-owskiej. I nie tylko. – Marcin uśmiechnął się zagadkowo, ale nie wiedziałem, o co mu chodzi. – Zapraszamy.
– Dzięki. Idę do nich. Na razie.
Pożegnałem się z tymi dwoma wariatami i udałem w stronę loży. Kiedy się do niej zbliżałem, już wiedziałem, co oznaczał zagadkowy uśmieszek Mako. Przy stoliku siedział mój kumpel z Agatą oraz jakaś ładna blondynka. Kiedy Antek mnie dojrzał, wstał, wyciągając ręce w moim kierunku.
– No w końcu, stary! A już się bałem, że nie przyjdziesz!
– Jestem. – Zmarszczyłem brwi i zerknąłem na blondynkę.
Antek od razu się zreflektował.
– To Maria. Koleżanka Agaty. Studiuje germanistykę, chodziły razem do liceum.
– Cześć, Ksawery – przywitałem się z nią, a także z Agatą, którą znałem z uczelni, no i przez to, że Antoni z nią kręcił.
– Hej, Maria. – Dziewczyna podała mi dłoń, a ja lekko ją uścisnąłem.
Nie chciałem patrzeć na Antka, bo bałem się, że wzrokiem pokażę mu środkowy palec. Kumpel często mnie umawiał z jakimiś randomowymi dziewczynami, upierając się, że potrzebna mi kobieta. A teraz, gdy w końcu udało mu się zbliżyć z Agatą, przyprowadził jej koleżankę. Już widziałem, jak w jego zakutym łbie kroi się misterny plan randek we czworo.
Nie, nie i nie.
– Za chwilę przyjedzie ekipa – powiedziałem do Antka, a ten ucieszony pokiwał głową. Doskonale dogadywał się z Dominikiem i Kamilem. Dzisiejszy wieczór może przerodzić się w potężny melanż.
Nie myliłem się. Kiedy dobiła do nas dzika trójca, jak ich nazywaliśmy, czyli Daria, Domi i Kamil, od razu na stół wjechały szoty, szoty i jeszcze raz szoty. A potem wszyscy ruszyliśmy na parkiet. W sumie bawiłem się całkiem dobrze i przez chwilę naprawdę wyluzowałem. Do momentu, gdy ujrzałem ją.
Stała przy naszej loży i patrzyła na mnie. A ja tańczyłem, trzymając dłonie na biodrach Marii, która kręciła tyłkiem i wbijała go w mojego kutasa.
Nie wiem, dlaczego dałam się namówić na wyjście do Prozaca. Domi lub Daria często męczyli mnie, żebym szła z nimi na miasto, ale odmawiałam. Lecz dzisiaj sama Daria do mnie zadzwoniła z informacją, że w końcu udało się jej zdać prawko. I tak mi jęczała do telefonu, że przystałam na spotkanie. Miałam swoje towarzystwo ze studiów, z którym lubiłam spędzać czas. Najczęściej balowaliśmy w pubie niedaleko naszej uczelni, przynajmniej wiedziałam, że tam nie spotkam tego snoba, Lombardzkiego. A dzisiaj, nie dość, że miał być cały nasz dawny skład, to jeszcze Antek, a jak on, to i na bank Ksawery. Plus klub Prozac, w którym właśnie najczęściej imprezowali.
Prawda była taka, że ja nie lubiłam Ksawerego, a on mnie. Kiedyś, jako dzieciaki, dobrze się rozumieliśmy i spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Byliśmy przyjaciółmi, a nasi rodzice często wyjeżdżali na wspólne wakacje, dlatego my także się do siebie zbliżyliśmy. Ale potem, w podstawówce, właściwie pod jej koniec, wszystko się popsuło. A jeszcze później nasze drogi się rozeszły. Ksawery poszedł do „piątki”, ja do plastyka. I unikał mnie, jak tylko mógł. Nasi starzy na początku próbowali dociekać, w czym problem, ale wreszcie odpuścili. A tak naprawdę to on, Ksawery, odciął się ode mnie, i kiedy tylko pojawiałam się w ich wielkim domu na Iwinach, jego albo nie było, albo szybko się ulatniał. Po pewnym czasie zrozumiałam, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego, dlatego oszczędziłam mu niefajnych sytuacji i po prostu przestałam się tam zjawiać. Później się wyprowadził i nie było już tego problemu. Kiedy chciałam odwiedzić ciocię Anitę, z reguły przyjeżdżałam do niej z mamą na babskie wieczory, podczas których oglądałyśmy jakieś komedie romantyczne i jadłyśmy sushi.
A dzisiaj dałam się namówić na tę imprezę w klubie i oto byłam świadkiem, jak ten cholernie przystojny facet o jasnych włosach i niebieskich oczach tańczy w bardzo oczywisty sposób z jakąś ładną blondynką. Naprawdę ten widok nie był mi do niczego potrzebny.
Po chwili oboje odkleili się od siebie i ruszyli do baru, a ja nie umiałam odwrócić wzroku. Od niego. Teraz stał przy ladzie. Śmiał się. Wydawał się rozluźniony, pewny siebie, zupełnie inny niż chłopak sprzed lat. Teraz był mężczyzną. Wysokim, mocnym, z tym cholernym spojrzeniem, które zawsze wywoływało drżenie w człowieku. Aktualnie skierowane było na nią – dziewczynę w obcisłej sukience, która wisiała na jego ramieniu niczym biżuteria. Dotknęła jego torsu, coś mu powiedziała do ucha. A on się zaśmiał. Nie odsunął się. Wyglądał na wstawionego. Tak naprawdę nigdy nie widziałam go pijanego.
Poczułam, że coś ściska mnie w środku. Jakby ktoś złapał mnie za żebra i zaczął skręcać. Przecież nic dla niego nie znaczę. Przecież sama go odpychałam. Przecież… okazałam się taka słaba i głupia, ośmieszyłam go i… Przecież on mnie nienawidzi… prawda?
A mimo to bolało.
Odwróciłam się, ale to było jak próba ucieczki z ruchomych piasków. Tętno dudniło mi w skroniach. Musiałam wyjść, zanim…
– Patrycja?
Zamarłam. Jego głos. Głęboki. Bliski. Tuż za mną.
Zatrzymałam się i po chwili powoli uniosłam wzrok, aby na niego spojrzeć. Był bardzo wysoki, więc musiałam zadrzeć głowę. Piękne jasnoniebieskie oczy wydawały się teraz lekko zamglone.
Ksawery stał sam. Tamtej dziewczyny już nie widziałam, może odeszła, może ją odsunął – nie obchodziło mnie to. I patrzył na mnie, jakby nic nie czuł. Ale znałam go za dobrze. Widziałam ten cień napięcia w jego szczęce, lekki błysk źrenic.
– Śledzisz mnie teraz? – rzucił.
– Serio? – prychnęłam. – Wchodzę do klubu, a ty od razu zakładasz, że przyszłam tu dla ciebie?
– Może nie przyszłaś, ale patrzyłaś, jakbyś chciała mnie udusić.
– Może miałam powód – powiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Na chwilę zrobiło się cicho. Wokół dudniła muzyka, ludzie się śmiali, tańczyli, ale między nami dało się wyczuć wyłącznie napięcie. Tłuste, gęste, lepkie jak pot na karku.
– Tak? A jaki? – Objął się ramionami, a jego wydatne bicepsy naparły na krótkie rękawki T-shirtu.
Nie miałam pojęcia, że jest tak umięśniony. Kiedy dorobił się aż takiej muskulatury, przecież on zawsze…
– Dałam się namówić Darii na imprezę, ale nie spodziewałam się, że…
– Że co? – Pochylił się nade mną, a do moich nozdrzy dotarł zapach jego perfum. Ciężki, piżmowy, od którego poczułam dziwny skurcz w dole brzucha.
Ja pierdolę… serio? Co się ze mną działo, do diabła!
– Nic. – Nie zamierzałam już wchodzić z nim w dyskusję.
– Powiem ci co. Wiedziałaś doskonale, że tu będę, bo wiesz, że bawię się tylko w tym klubie, jeśli w ogóle. A wkurzyłaś się, bo myślałaś, że będę siedział w kącie, jak ten smutny dzieciak, wyśmiewany przez twoich kumpli. Okazało się, że też potrafię się bawić, i to bez ciebie.
– Ale z ciebie kawał gnoja… – szepnęłam, czując, jak ból zaczyna panoszyć się w moim sercu.
– Być może. A ty jesteś chorą hipokrytką, mała Pati.
– Przestań tak do mnie mówić.
– Tak masz na imię. Zawsze tak do ciebie mówiłem.
– Jasne, kiedy byłeś moim przyjacielem.
– Sama to zepsułaś. I teraz się dziwisz, że potrafię bez ciebie żyć.
– Pierdol się, Lombardzki! – nie wytrzymałam.
– Zamierzam. I to nie sam – szepnął mi do ucha, a ja znowu poczułam jego perfumy, ciepły oddech z nutką alkoholu i delikatny dotyk palców, kiedy odgarniał włosy z mojej szyi. Po chwili odsunął się i wrócił do baru, skąd tęsknie patrzyła na niego blondynka, z którą się bawił.
Zauważyłam Darię, pomachałam do niej i podeszłam do ich loży. Chłopaków nie było, Antek balował ze swoją nową dziewczyną, więc usiadłam obok przyjaciółki, która patrzyła na mnie z troską.
– Znowu się pożarliście?
– Jak zwykle. Dlatego unikam jego towarzystwa.
– Ale czego on od ciebie chce?
Nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. O tym, co się wydarzyło… wtedy… nikt nie wiedział. A Ksawery nie znał całej prawdy. I to było najgorsze, ale nie zamierzałam się tłumaczyć ani usprawiedliwiać. Kiedyś próbowałam powiedzieć mu wszystko o tamtej cholernej czerwcowej nocy, ale nie chciał mnie słuchać. Trudno. Tak widocznie miało być.
– Zawsze się czepia, po prostu… ten klub jest za mały na nas dwoje.
– Wiesz… – Daria westchnęła i spojrzała w stronę baru, przy którym Ksawery i jego towarzyszka pili kolejne shoty. – Zawsze sądziłam, że on coś do ciebie… czuje. Czasami tak patrzy na ciebie… Kurczę, chciałabym, aby kiedyś jakiś chłopak tak na mnie patrzył… – Pokręciła głową, a jej rude loki, takie same jak u cioci Liwii, zafalowały.
– Chyba jednak nie życzyłabyś sobie, aby chłopak mordował cię wzrokiem. Idziemy się bawić? – Musiałam skończyć tę rozmowę. Najchętniej zmyłabym się stąd już teraz, ale nie chciałam sprawić przykrości Darii. Postanowiłam, że z godzinę się pobawię i potem zrobię szybki zryw. Tak będzie najlepiej dla mojego zdrowia psychicznego.
Zauważyłam, że Ksawery i jego towarzyszka gdzieś się ulotnili. Nie powinno było mnie to obejść, ale czułam bezbrzeżny żal w sercu. Aby zagłuszyć te wszystkie chore myśli, rzuciłam się w melanż z Dominikiem, Kamilem i Darią. Bawiliśmy się do czwartej nad ranem, a potem wylądowaliśmy w mieszkaniu bliźniąt, które mieściło się nieopodal Sky Towera. Wysłałam tylko wiadomość do ojca, że śpię u Darylskich.
Pomimo że skończyłam dwadzieścia trzy lata, wciąż mieszkałam u rodziców na wrocławskich Karłowicach, a mój tato, Patryk Rotter, miał obsesję na punkcie mojego bezpieczeństwa. I zawarliśmy taką umowę, że zawsze mu się meldowałam, jeśli planowałam gdzieś zostać na noc albo imprezować ze znajomymi. Mama także tego pilnowała i w sumie rozumiałam to. Miałam do nich ogromny szacunek i bardzo kochałam oboje. Mimo że kiedyś byłam głupią i nieznośną nastolatką.
© Copyright by Agnieszka Lingas-Łoniewska, 2026
© Copyright by Wydawnictwo JakBook, 2026
Wydanie I
ISBN: 978-83-68535-30-3
Redakcja: Beata Kostrzewska
Korekta: Marta Jakubowska / Słowa na warsztat
Skład: Monika Pirogowicz
Okładka: Maciej Sysio
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Fotografia na okładce:
Zdjęcie wygenerowane przez OpenAI
Wydawnictwo JakBook
Ul. Lipowa 61, 55-020 Mnichowice
www.wydawnictwojakbook.pl
