Uzdrawiające rany - bp Erik Varden - ebook

Uzdrawiające rany ebook

bp Erik Varden

0,0
34,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Bp Erik Varden OCSO, trapista, teolog i pasterz o niezwykłej wrażliwości duchowej, zaprasza do głębokiej refleksji nad jednym z najbardziej uniwersalnych ludzkich doświadczeń – zranieniem.

W książce „Uzdrawiające rany” pokazuje, że nasze słabości, rozczarowania i cierpienie nie są przeszkodą w relacji z Bogiem. Przeciwnie – mogą stać się uprzywilejowanym miejscem łaski, jeśli pozwolimy, by Chrystus dotknął ich swoją obecnością.

To książka pisana z ciszy klasztoru, ale skierowana do każdego, kto zmaga się z bólem serca, utratą sensu czy duchową pustką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 169

Data ważności licencji: 5/16/2039

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Originally published under the title Healing Wounds

Copyright © Erik Varden 2024

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Esprit 2026

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2026

All rights reserved

This translation of Healing Wounds is published by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym.

Projekt okładki: © Małgorzata Bocian

Materiały okładkowe: Basilica of San Clemente, Tree of Life mosaic, fot. Mockford & Bonetti / alamy.com

Redakcja: Lidia Kozłowska

Korekta: Justyna Jagódka

ISBN 978-83-68536-80-5

Wydanie I, Kraków 2026

Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.

ul. Władysława Siwka 27a, 31-588 Kraków

tel. 12 267 05 69, 12 264 37 09

e-mail: [email protected]

[email protected]

[email protected]

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Fragment

CIERPIENIE

PRZEMIANA

Ad pedes – Do stóp

Ad genua – Do kolan

Ad manus – Do rąk

Ad latus – Do boku

Ad pectus – Do piersi

Ad cor – Do serca

Ad facie – Do twarzy

ROZKWITANIE

Uwagi do tekstu

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Pamięci mojej matki i mojego ojca

W jego ranach jest nasze uzdrowienie.

Iz 53, 5

CIERPIENIE

Nasze rany są dla nas czymś intymnym. Przeważnie staramy się je ukryć, pielęgnując – dla własnego i cudzego dobra – iluzję, że nie istnieją. Pragniemy być krzepcy i zdrowi, a przynajmniej chcemy być za takich uważani.

Rana świadczy o naruszeniu zdrowia – niekiedy przejściowym, do pewnego stopnia, a niekiedy całkiem na dobre.

Możemy wyleczyć się ze skutków rany i umiejętnie ukryć jej ślad za pomocą kosmetyków, materialnych lub metaforycznych, jednak blizny pozostają, utrwalone w naszej pamięci, w naszej świadomości, nawet jeśli nie w naszej cielesnej istocie.

Interioryzacja rany może spowodować, że się ona rozrośnie i przybierze fantastyczne, a nawet groteskowe rozmiary.

Życie niektórych ludzi jest zdeterminowane przez próby ukrywania ran. Może to być dziedzictwo traumy, zwłaszcza doznanej we wczesnym okresie życia, wskutek czego wydaje się ona uzyskiwać autonomiczną, rozkazującą siłę przy kształtowaniu losu.

Kobieta lub mężczyzna mogą czuć się tak zdefiniowani przez ranę, iż wszelkie inne okoliczności, wesołe czy smutne, wydają się jej podporządkowane. Mogą mieć przekonanie, że jej czy jego życiowym zadaniem jest faktycznie noszenie tej rany, niczym swego rodzaju kamienia Syzyfa, i że chwila niezwracania uwagi na to zadanie okazałaby się zgubna.

W tych wysiłkach może kryć się szlachetność. Wytrwałość w obliczu smutku czy niedoli jest godna pochwały. Ale może też uwidaczniać się patos lodowato zabarwiony aluzjami o bezcelowości, z unoszącym się w tle pytaniem: „Właściwie po co?”.

Zdarzają się sytuacje, kiedy rany wystawiane są na widok publiczny. Od momentu, gdy zaczęto spisywać dzieje, spotykamy się z celebrowaniem ran odniesionych na wojnie, na przykład jako symboli odwagi i poświęcenia okazanych generalnie dla ważnej sprawy. Ku czci takich ran powstały całe mitologie mające je upamiętniać.

Jest tu jednak pewna niejednoznaczność, gdyż korzenie ludzkich konfliktów często są tandetne. Homer w Iliadzie może wychwalać rany jako boskie (a nawet wyobrażać sobie ranienie bogów, jak w przypadku Afrodyty ugodzonej spiżową włócznią Diomedesa), ale koniec końców stajemy wobec wizji gloryfikacji strat spowodowanych gniewem zdradzonego męża. I znowu rodzi się w nas pytanie: „Po co?”.

Rany są obnoszone również w przypadkach nędzy. Żebracy eksponujący pokaleczone kończyny w miejscach publicznych do niedawna kojarzyli się nam na bogatym Zachodzie z dziewiętnastowiecznym malarstwem realistycznym lub ogólnikową, nieszczęsną „zagranicą”.

Już tak nie jest. Ubóstwo powróciło w widoczny sposób na nasze ulice. W pewnym sensie to dobrze, że je dostrzegamy. Musimy mobilizować nasze społeczne sumienie.

Ale coś się w nas buntuje, i to mocno. To po prostu nie jest w porządku, żeby kobietę, mężczyznę czy dziecko sprowadzać do rany. To żałosne, kiedy ludzie redukują siebie w ten sposób. Rana nie ma integralności. Karmi się tym, co kiedyś było całością. Prezentowanie światu wersji siebie przepuszczonej przez zniekształcenie ranami oznacza pokazywanie oszpeconego „ja”, które podważa, a nawet unicestwia osobowość. Oznacza poddanie się wewnętrznemu, a przez to też społecznemu rozbiciu.

Stosunki międzyludzkie oparte na takich zasadach łatwo stają się grą manipulacyjną. Rainer Maria Rilke ukazuje sposób prowadzenia tej gry w Żebrakach, wierszu, który przypomina nam – jak napisał Michael Hoffman – iż ów poeta, będący przez lata asystentem rzeźbiarza Rodina, „to nie tylko świergot aniołów, świętowanie owoców, przesłodzona galanteria wobec starszych, utytułowanych dam czy perwersyjne komentarze na temat seksu – a głównie przeciwko niemu”1.

Nie miałeś pojęcia, co tworzy ten tłum.

Nieznajomy dostrzegł w nim żebraków

Przeprowadzających transakcje

Z wyciągniętymi pustymi dłońmi.

Pokazują przybyłemu z daleka

Swoje gnijące usta.

Ten (kogo na to stać) może zobaczyć

Jak świerzb je zżera.

W ich rozbieganych oczach

Jego obca twarz się rozmywa.

Cieszą się, widząc, że dał się uwieść.

Kiedy mówi, wymiotują2.

Ten brutalny tekst pokazuje, że rany mogą stać się odczłowieczającym przedmiotem handlu wykorzystywanym do wzbudzania litości, uniemożliwiającym szczerą wymianę spojrzeń, nadające spotkaniu godność wpatrywanie się w siebie nawzajem.

Na pewnym poziomie jest to uczciwe. Nieznajomy przechodzień ma pieniądze do wydania, a żebrak nie ma nic do stracenia. Jednak ta komplementarność działa jedynie w kategoriach materialnych. A człowiek jest czymś więcej niż bytem materialnym. Duch takiej wymiany – stwierdza Rilke – jest duchem obopólnej niechęci, który raczej wzmacnia, a nie przełamuje bariery. Nie ma tu śladu szacunku czy współczucia.

Świadomość tego przesłania nam wszechobecne działanie tej dynamiki. Potrzeba podróżnego z daleka, aby ją rozpoznać. Ale i on wkrótce włączy ten widok w perspektywę, której granice zacierają się wskutek przyzwyczajenia.

„Ubogich zawsze macie u siebie” – mówi Chrystus w Ewangelii, kiedy Judasz ma Go zdradzić za trzydzieści srebrników3. Stwierdzenie to, ukryty imperatyw moralny, określenie zadania, może stać się puchową poduszką, na której będzie spać nasze znużone sumienie, podczas gdy my po prostu przestaniemy zauważać rany oszpecające i uszkadzające ciała napotykanych przez nas osób czy organizm polityczny, w którym żyjemy.

Pragnąłem zarysować tę realistyczną perspektywę już na samym początku książki zawierającej rozważania nad ranami Jezusa Chrystusa, które odniósł w swojej świętej męce, oraz nad sposobem, w jaki umożliwiają one leczenie naszych zranień.

W pobożności chrześcijańskiej istnieje tendencja do upiększania, a nawet idealizowania ran. Jest ona jednak przewrotna. Natura ludzka, stworzona na obraz Boży, aby była jak Bóg, jest przeznaczona do pełni. Tu i teraz zamieszkujemy świat zraniony, jęczący w bólach rodzenia4. To my jesteśmy zranieni, poddani anomalii nazywanej w Piśmie Świętym „grzechem”, egzystencjalną chorobą wyniszczającą, która zżera nas niczym świerzb dręczący żebraków Rilkego. Grzech odciska piętno na naszym duchu i na naszym ciele. Może sparaliżować naszą wolę lub sprowadzić ją na manowce.

Bycie w pełni człowiekiem oznacza uznanie tego stanu rzeczy. Oznacza pogodzenie się ze stratą i z nieuchronnością śmierci. Niemniej ważne jest jednak, aby pamiętać, że nasze poranienie jest czasowe i że ten czas przeminie.

Ewangelia chrześcijańska zakłada przejście od szczerego uznania ran do perspektywy definitywnego uzdrowienia. Proponuje perspektywę transformacji, „niebo nowe i ziemię nową”, gdzie „śmierci już nie będzie ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie”. Tam pierwsze rzeczy przeminą5.

Najpierw jednak muszą się wydarzyć te pierwsze rzeczy. Stwierdzenie to od początku było i na zawsze pozostanie dla chrześcijaństwa kamieniem obrazy. Duch ludzki w naturalny sposób pragnie zbawienia, które potrafiłoby za jednym zamachem usuwać wszystko, co wywołuje ból, wszystko, co zadaje rany. Zasadnicze oczekiwanie natychmiastowej ulgi jest w zasadzie takie samo niezależnie od tego, czy nasza nadzieja ma zakres cyfrowy, polityczny, finansowy, farmaceutyczny, metafizyczny czy duchowy.

W Ewangelii nadzieja ta wydaje się na pierwszy rzut oka spełniona, kiedy Poprzednik, Jan, wskazuje na Chrystusa i woła: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata”6. Czyż nie tego właśnie szukam – odpowiedniego momentu na pozbycie się dźwiganego ciężaru, który boleśnie mnie przytłacza, zdjęcia go i rzucenia gdziekolwiek, doprawdy wszystko jedno gdzie, niech nawet zostawi ślad węglowy, bylebym już nigdy więcej nie musiał na niego patrzeć? W rzeczywistości jednak to tak nie działa.

Cierpliwy kontakt z dziełem i obietnicą Chrystusa uświadamia nam, że tego rodzaju oczekiwanie jest nierozumne. Baranek Boży gładzi grzech nie za pomocą wymachiwania różdżką, ale podnosząc go i niosąc7. Ja z kolei jestem wezwany do niesienia własnego ciężaru8. Jeżeli będę to czynić w komunii z Chrystusem, jako członek Jego Ciała9, odkryję, iż mój ciężar przybrał nową postać. Będzie można poznać, że pozostał tym, czym był, ale jarzmo, jakim jest, będzie słodkie, a jego brzemię lekkie10. To, co wcześniej zdawało się mnie miażdżyć, będzie mnie unosić. Zostanę wprawiony w ruch wzwyż. Słońce wzejdzie z mojej ciemności z uzdrowieniem w jego skrzydłach11, pozwalając moim ranom, w miarę ich gojenia, tajemniczo rozkwitnąć.

Ta paradoksalna dynamika, pozbawiona większego sensu w kategoriach empirycznych, leży u podstaw tego, co Paweł nazywa „logiką krzyża”. Dla świata jest szaleństwem, ale dla tych, którzy w szaleńczy sposób postanawiają budować swoją egzystencję na jej zasadach – źródłem mocy, uzdrowienia, radości12.

Krzyż jest symbolem śmiertelnego zranienia Boga, który stał się człowiekiem. Zajmuje centralne, dosłownie „krzyżowe”13 miejsce w chrześcijańskim kerygmacie.

W najwcześniejszej z czterech ewangelii, Ewangelii według św. Marka, tekście datowanym zwyczajowo na około 65 rok po Chrystusie, publiczne ujawnienie przez Jezusa Jego powołania do cierpienia i śmierci następuje w połowie narracji, pod koniec rozdziału ósmego. Fragment ten jest punktem zwrotnym, w którym opowieść zmienia bieg. Rozdziały od dziewiątego do szesnastego stanowią w gruncie rzeczy relację ze „wstępowania” Pana do Jerozolimy, na Golgotę.

„Ewangelii Jezusa Chrystusa, Syna Bożego”14 – jak się nam przypomina – nie można postrzegać jedynie w kategoriach odbudowy moralnej i reformy społecznej. Dobra Nowina koncentruje się na ofierze, która „musi” zostać poniesiona15, na ranach, które trzeba będzie wycierpieć, śmierci, którą trzeba będzie ponieść.

Równocześnie Jezus od razu jasno ukazuje, iż cierpienie i śmierć nie będą miały ostatniego słowa: „po trzech dniach zmartwychwstanie”. „A mówił zupełnie otwarcie te słowa”16. Nie było tu żadnej tajemnicy. Ale w ludzkiej percepcji śmierć jest tak władcza, że trudno nam spojrzeć dalej. Wiara chrześcijańska i życie chrześcijańskie stanowią pedagogię otwierającą nam stopniowo oczy na nieostateczność stanu zranienia.

Uczymy się tego sposobu patrzenia w konfrontacji z tym, co nas przeraża, podobnie jak starożytni Izraelici po drodze z góry Hor podczas wyjścia z Egiptu. Gdy jadowite węże nawiedziły ich obóz i ich kąsały, tak że wielu umarło, Mojżesz modlił się do Pana i otrzymał następującą radę: „Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu”17. Uczynił zatem tak, jak mu powiedziano. „Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogoś wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu”18.

W czwartej Ewangelii Jezus odnosi ten starożytny epizod do siebie, to znaczy do zbliżającego się ukrzyżowania, jako znak prorocki. Mówi Nikodemowi: „A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne”19. Jan pisał około trzydziestu lat po Marku, w latach dziewięćdziesiątych I wieku. Tak głęboko zinterioryzował orędzie krzyża, iż w naturalny sposób użył go na początku Ewangelii jako motywu przewodniego swojej uwertury, która później miała zostać zinstrumentowana.

Paweł, kolejny wybitny świadek pierwotnego Kościoła, również oparł swoje nauczanie na fakcie ukrzyżowania Chrystusa. Nie marnował czasu na subtelne wstępy. Na początku lat pięćdziesiątych, dwadzieścia lat po Golgocie, zanim jeszcze którakolwiek Ewangelia otrzymała ostateczny kształt, napisał do Koryntian, wspominając swoje przybycie do nich w roli ewangelisty: „Nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością, głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego”20.

Konsekwentne podkreślanie w Nowym Testamencie centralnego znaczenia, jakie dla życia i wiary chrześcijańskiej miał Chrystus na krzyżu, okrutnie poraniony, nie powinno jednak rodzić w nas przekonania, iż chrześcijanie przyjęli to przesłanie z łatwością. Paweł przyznaje, że relacja o ukrzyżowanym Chrystusie musiała być „zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan”21. W Ewangelii Markowej Piotr, pierwszy z Dwunastu – którego uczniem był Marek – na słowa Jezusa o konieczności cierpienia reaguje z oburzeniem, strofując swego Mistrza22. Jan odnotowuje mistyczną mowę Jezusa o tym, „jaką śmiercią miał umrzeć”, jedynie po to, by stwierdzić, iż słuchacze „nie uwierzyli w Niego”23.

Te rozterki nękają wczesne chrześcijaństwo. Odnajdujemy ich wyraz zarówno w słowach, jak i w obrazach.

O ile wiadomo, najwcześniejszym przedstawieniem graficznym ukrzyżowania Chrystusa jest graffiti wyryte na murze nieopodal rzymskiego Palatynu. Jego precyzyjne datowanie jest niepewne, ale prawdopodobnie powstało ono na początku II wieku. W tamtym czasie w Rzymie żyli chrześcijanie, którzy słyszeli Ewangelię głoszoną przez Piotra i Pawła. A oto jak wygląda owo graffiti:

Graffiti przedstawiające Aleksamenosa (Rzym)

1 Z eseju Hoffmana z kwietniowego numeru czasopisma „Poetry” z 2008 roku.

2 Wiersz Rilkego Żebracy w tłumaczeniu Marty Chachulskiej.

3 Mt 26, 11.

4 Por. Rz 8, 22.

5 Ap 21, 1.4.

6 J 1, 29.

7 Czasownik użyty przez Jana w 1, 29, αἴρειν, znaczy „podnieść i nieść”, podobnie jak tollere w Wulgacie Hieronima. Celem niesienia grzechu przez Chrystusa jest oczywiście jego zgładzenie; ale nie dzieje się to automatycznie. My, którzy żyjemy w erze maszyn i wirtualności, musimy o tym pamiętać. Nasz grzech jest najpierw przyjmowany, a następnie przetwarzany poprzez mękę.

8 Por. Ga 6, 5.

9 Por. Ef 5, 30.

10 Por. Mt 11, 30.

11 Por. Ml 3, 20.

12 Por. 1 Kor 1, 18.

13 Użyte przez autora słowo crucial, czyli: „kluczowy”, „decydujący”, „niezbędny”, nie ma w języku polskim zadowalającego odpowiednika, który eksponowałby jego pochodzenie od łacińskiego słowa crux, „krzyż” [przyp. tłum.].

14 Mk 1, 1.

15 Mk 8, 31.

16 Mk 8, 31–32.

17 Lb 21, 8.

18 Lb 21, 9.

19 J 3, 14–15.

20 1 Kor 2, 1–2.

21 1 Kor 1, 23.

22 Mk 8, 32.

23 J 12, 23–37.