Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pamiętacie mnie jeszcze? Nazywam się Matylda Wróbel!
Po przeprowadzce do Czarnego Stawu i serii potknięć (i to nie tylko dosłownych, spowodowanych jej krótszą nogą), dziewczyna odnalazła swoje miejsce w świecie. Przyjaźń z Dorotką dodaje jej skrzydeł, a Marian... sprawia, że w brzuchu pojawia się to przyjemne łaskotanie. Nawet złośliwe komentarze niektórych rówieśników nie bolą już tak bardzo, gdy ma się wokół siebie ludzi i zwierzęta (w tym wiernego szczura Eustachego i psa Borysa), którzy widzą w niej kogoś wyjątkowego.
Matylda przestała czuć się jak szary wróbel. Nareszcie poczuła, że zasługuje na coś więcej i że bycie innym może oznaczać bycie wyjątkowym.
Teraz jednak nadchodzi czas, by pójść o krok dalej. Matylda ma marzenia – te muzyczne i te o pierwszej miłości – ale spełnienie ich wymaga prawdziwej odwagi i wiary we własne siły. Aby je spełnić czeka ją przeprowadzka do innego miasta, zmiana szkoły, środowiska, nowi znajomi, miłosny zawód... I oschła, wymagająca ciotka Klara.
Dalszy ciąg historii o dorastaniu, przyjaźni i poszukiwaniu własnej drogi – z potknięciami, wpadkami i wielką nadzieją.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 125
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Moim kochanym dzieciom
Pamiętacie mnie jeszcze? Nazywam się Matylda Wróbel. Niedawno obchodziłam swoje czternaste urodziny. Od naszego ostatniego spotkania trochę czasu upłynęło i pewnie ciekawi jesteście, co się u mnie wydarzyło…
Po udanej operacji wróciłyśmy z mamą do domu. Zastanawiacie się może, jak zniosłam podróż i czy Paryż mi się podobał. No cóż… Samego miasta prawie nie widziałam, no może poza lotniskiem i Wieżą Eiffla, która górowała nad miastem. Jedno i drugie wzbudziło w moich oczach zachwyt. Muszę przyznać, że dawno czegoś tak okazałego nie widziałam. Ale wracając do rzeczy… Sama podróż była bardzo męcząca. Samolot, pociąg, autobus… Najwięcej natrudziła się mama. Ze mną, osłabioną po operacji, w dodatku wciąż na wózku. Była taka dzielna i troskliwa. Wciąż pytała, czy nic mi nie jest i jak się czuje moja krótsza, wydłużona noga. O, rety! Do znudzenia! Zresztą wszyscy byli tacy uprzejmi i wyrozumiali. Obsługa samolotu częstowała mnie colą i cukierkami. Od jednej pani, która siedziała obok nas, otrzymałam nawet odznakę bohatera. Śmieszne, prawda? Wszyscy w razie potrzeby pomagali mamusi dźwigać wózek i wskazywać kierunek. Okazało się, że nieźle sobie poradziła z językiem obcym, którego uczyła się jeszcze w Krakowie.
Ale na szczęście już wreszcie wróciłam! Stęskniłam się, a wy? Kilka osób z klasy dowiedziało się o moim powrocie i czekało przed domem na nasz przyjazd. Kiedy wysiadałyśmy z taksówki, oblegli mnie z każdej strony, wyściskali, zasypali gradem pytań i serdecznych słów. Cóż to był za moment! Chwilo, trwaj! On też był. Mario, rzecz jasna. Ojej, ale zmężniał! Patrzył na mnie tak, że miałam ciary na plecach. W dodatku wręczył mi bukiet polnych kwiatów. Jeszcze teraz wychodzą mi rumieńce na policzki, jak sobie o tym pomyślę.
Nie było mnie kilka miesięcy, ale czułam się tak, jakby nie było mnie kilka lat. Wszyscy jakoś wydorośleli. Beata skróciła włosy, urosła, nabrała kształtów… Agata znów schudła, jej rysy twarzy nabrały ostrości. Reszcie klasy przybyło dodatkowych centymetrów, ale niekoniecznie powagi. Niektórym nadal nie przechodziła ochota na głupie żarty, do czego się w końcu przyzwyczaiłam. Więcej, stęskniłam się za tymi głupotkami. Na przykład Witek. Dał mi cukierka wypchanego papierkami, uznając ten gest za świetny dowcip. No, cóż… śmiałam się razem z nim, nie pozostało mi przecież nic innego.
Oczywiście na nasze powitanie wybiegł też Borys, który najpierw na mnie skoczył, a później obszczekał radośnie. A na mamę czekał stęskniony Grzegorz.
Nie mogliśmy się nagadać, każdy o coś pytał, wtrącał. W domu czekał na mnie tort powitalny i cały stos kanapek. Nie wiem, kto to wszystko przygotował, ale na pewno maczał w tym palce Grzegorz. Uwielbiam go. Kiedy już wszyscy sobie poszli, zaprosiłam do pokoju Mariana i mogliśmy wreszcie pobyć sami. Wypytywał mnie o wszystko i opowiadał o tym, co się działo podczas mojej nieobecności. A działo się bardzo dużo. Jego tata zaczął chodzić na potańcówki, powiększył warsztat, a on zmienił skuter na motocykl. Wyznał też, że bardzo tęsknił, i ukradkiem pocałował mnie w policzek. A wychodząc, obiecał, że odwiedzi mnie następnego dnia.
Czekał mnie długi okres rehabilitacji, ale i tak miałam powody do radości. Moja jedna noga była tej samej długości co druga. Niesamowite! Nie mogłam wprawdzie jeszcze tańczyć i skakać do góry, używałam kul, które pomagały mi utrzymać równowagę. Systematyczne ćwiczenia miały mi pomóc w szybszym powrocie do zdrowia. Byłam osłabiona, za to pełna wiary i optymizmu. Nadal utykałam, nie mogąc przyzwyczaić się do mojej naprawionej nogi. Pani doktor powiedziała, że na to potrzeba jeszcze czasu, ale jeśli będę cierpliwa i wytrwała, wkrótce zacznę biegać jak inni.
Niemal codziennie odwiedzała mnie Beata, inne koleżanki i… Mario, rzecz jasna. Czułam się szczęśliwa, choć nie mogłam się już doczekać powrotu do szkoły. Tam się tyle działo, a ja tkwiłam w domu w całkowitym bezruchu. Wprawdzie przychodziła do mnie nauczycielka, pani Ania, i udzielała indywidualnych lekcji, ale to nie to samo. Myślicie, że przesadzam? A wy lubicie przebywać w domu? Pewnie wielu z was powie, że tak. Rozumiem, gry, książki, komputer… Ja jednak wolę tę drugą opcję. W chwilach osamotnienia siadałam do fortepianu i próbowałam grać. Nawet zaczęłam tworzyć własną kompozycję. Myślę, że wkrótce będę mogła ją zaprezentować. Nie, nie zapomniałam o Dorotce. Napisałam do niej list. O Eustachym również nie zapomniałam. Wciąż za nim tęsknię. Mam nadzieję, że jeszcze mnie kiedyś odwiedzi, choć jak zapewniał – z czasem u niego było krucho, pracy miał po same pachy. Zabawny ten szczurek, prawda?
Droga, kochana przyjaciółko!
Kilka tygodni temu wróciłyśmy do domu. Ach, co to była za radość! Witało nas tyle osób. Przyszła moja klasa, sąsiadki i sąsiedzi… Był też tort śmietanowy ozdobiony girlandami z kremu i świeżych owoców. A jak smakował? Palce lizać.
Ale najważniejsze, że operacja się udała. Moja noga jest wreszcie tej samej długości. Lekarze mówią, że wkrótce zacznę chodzić o własnych siłach. Niesamowite, co? Wprawdzie nadal utykam, bo moja głupia noga nie może zrozumieć, że jest już tej samej długości co ta druga. Ale może w końcu to zrozumie. Przyjdzie jeszcze czas, że będę tańczyć, biegać i podskakiwać z radości do góry. Wierzę w to, Dorotko.A może zatańczę na Twoim weselu? To by dopiero było, nie sądzisz?
Jest jeszcze jedna dobra wiadomość. Pewnie zżera Cię ciekawość. Grzegorz powitał mamę tajemniczym uśmiechem i bukietem czerwonych róż. Myślisz, że te kwiaty coś znaczą? Wiem, co odpowiesz. I się nie mylisz! No właśnie… Nie będę Cię trzymać dłużej w niepewności. Grzegorz oświadczył się mamie! Hurra!!! Cieszysz się? Bo ja bardzo. To super facet, dlatego nie zdziwi Cię zapewne fakt, że mama przyjęła oświadczyny. Wesele i ślub już za kilka miesięcy! Mam nadzieję, że przyjedziecie na tę wyjątkową uroczystość.
Napisz, co u Ciebie. Jak Twój kolega, o którym ostatnio wspominałaś. Co w szkole, u Twojej mamy i tak w ogóle. Mogłabym napisać do Ciebie wiadomość, ale list to zawsze list. Tyle razy o tym rozmawiałyśmy. Listy mają swój szczególny czar, na listy się czeka, a potem samo otwieranie koperty to już emocje nie do opisania. Mam nadzieję, że list ode mnie sprawi Ci wiele radości, Dorotko.
Twoja przyjaciółka Matylda
Wreszcie! Tak długo czekałam na ten moment. Wprawdzie pod sam budynek szkoły zawiózł mnie swoją niezawodną zabytkową Syrenką Grzegorz i pomógł mi się z niej wytarabanić, ale i tak odniosłam wrażenie, że zrobiliśmy niezłe widowisko. Uczniowie z różnych klas stali na podwórku i gapili się, jak usiłuję stanąć na swoich dwóch równych nogach, choć jedna z nich wciąż nie wierzyła, że jest tej samej długości co druga. W związku z tym uciekała gdzieś w tył, brakowało jej czucia i stabilności, a ja dzielnie walczyłam z jej słabościami, usiłując przyzwyczaić ją do twardego gruntu. Pomagała mi w tym kula, która stała się od pewnego czasu moją niezawodną przyjaciółką. Pani doktor powiedziała, że już niedługo będę się musiała z nią rozstać, co mnie niewątpliwie martwiło, bo z nią czułam się bezpieczniej i pewniej.
Aż wreszcie miałam dość tego przedstawienia i poprosiłam mojego przyszłego ojczyma, aby wracał do domu. Nie zrobił tego, zanim nie upewnił się, że sobie poradzę. Z pewnością mnie rozumiecie – chciałam sama zmierzyć się z tą historyczną chwilą, jaką był powrót do szkoły po wielu miesiącach nieobecności.
Syrenka odjechała z głośnym warkotem, zostawiając po sobie smugę siwego dymu, za to ja z krzywym, lekko wymuszonym uśmiechem na twarzy i podniesioną głową zmierzałam w stronę głównego wejścia. Objuczona plecakiem z książkami, podparta kulą, utykająca. Mój widok spowodował, że wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Jakże tego nie cierpiałam! Zaraz pewnie zaczną prychać, śmiać się i szeptać coś pod nosem.
Nagle ze środka grupy wyskoczył Marian i w sekundzie znalazł się przy mnie. Chwycił mnie pod ramię, najpierw cmoknąwszy czule w policzek. Zalałam się rumieńcem, tymczasem mój Romeo zaprowadził mnie do samej klasy i posadził w ławce. Moje miejsce nadal czekało, a na pulpicie biurka leżała pojedyncza biała róża. Jakież to było urocze i wzruszające. Pomógł mi się rozłożyć, a po chwili zajął miejsce obok. Koleżanki i koledzy otoczyli nas kołem i wciąż zadawali pytania o pobyt w Paryżu. Bardziej interesowało ich samo miasto niż moja operacja. Ale czego innego mogłam się w końcu spodziewać…
Kiedy weszła pani Świętosławska, która w tym roku przejęła wychowawstwo, wszyscy rozpierzchli się na swoje miejsca i w klasie zapanowała cisza. Omiotła uczniów groźnym wzrokiem, po czym usiadła i otworzyła dziennik. Najpierw odczytała listę obecności, a kiedy padło nazwisko Wróbel, momentalnie skierowała spojrzenie w moją stronę.
– Ach, to ty? Jak miło cię wreszcie widzieć! – Uśmiechnęła się po raz pierwszy tego ranka. – Słyszałam, że miałaś skomplikowaną operację?
Wtedy zobaczyłam, że ma zmarszczki wokół oczu i takie śmieszne dołeczki w policzkach.
– Tak, to prawda – odparłam nieco zakłopotana. – Ale już wszystko w porządku.
– Bardzo się cieszę – odparła nauczycielka. – Bardzo miło cię wreszcie poznać.
– Dziękuję, wzajemnie – bąknęłam w odpowiedzi.
– Słyszałam, Matyldo, że pięknie grasz! To prawda? – kontynuowała.
Znów zalałam się rumieńcem zakłopotania. Nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy zza moich pleców wyrwały się głosy koleżanek.
– Tak! To prawda!
– Matylda cudownie gra!
– Niedługo odbędzie się koncert z jej udziałem!
Pani Świętosławska przyglądała mi się dalej.
– To wspaniale – odparła wreszcie i wróciła do odczytywania listy obecności.
Odetchnęłam z ulgą. Nie lubię skupiać na sobie całej uwagi, chyba że jest to uwaga Mariana. Spojrzałam na niego z ukosa. Uchwycił ten moment i odpowiedział mi uśmiechem. Najpiękniejszym, najczulszym, jaki sobie można było wyobrazić.
Dom zaludnił się już z samego rana. Przyjechały koleżanki mamy, ciotki klotki i sąsiadki. Zrobiło się gwarno i tłoczno. Każdy coś mówił, coś robił. Jedni przestawiali stoły, inni dekorowali bramę, a jeszcze inni doglądali kuchni.
Ślubna kreacja mamy wisiała na drzwiach od sypialni i prezentowała się wspaniale! Hafty, koronki i kremowy atłas, który tak zalotnie połyskiwał w blasku promieni słonecznych. Moja sukienka też była piękna. Błękitna, z okrągłym dekoltem wykończonym falbanką, dopasowana w talii, rozkloszowana od pasa, sięgająca kolan. Czułam się w niej znakomicie. Zakochałam się w niej już w chwili, kiedy ją pierwszy raz dostrzegłam na wystawie w witrynie sklepowej. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Myślę, że z wzajemnością, bo gdy ją na siebie nałożyłam, leżała jak ulał. Stanowiłyśmy bardzo dobrany duet. To przypieczętowało wybór.
Wracając do przygotowań, muszę przyznać, że pogoda zapowiadała się wymarzona. Była pierwsza połowa maja, ciepła i słoneczna. Kwitły bzy, jaśminy i jabłonie, a wypielęgnowany ogródek tryskał soczystymi barwami. Na podwórku stał już namiot udekorowany kwiatami, na płocie wisiały białe i różowe balony, wstążki i było w ogóle cudnie. Nawet Borys wyczuwał odświętny nastrój, bo tylko siedział i przyglądał się z zainteresowaniem całemu zamieszaniu. Nieraz wstawał, kręcił się między nogami gości, a potem znów wracał na swoje miejsce i strzygł uszami.
Jedna koleżanka z pracy wsadziła mamę do samochodu i pojechały do fryzjera i kosmetyczki. Druga, sympatyczna Agnieszka, czuwała w kuchni. Lubiłam ją. Zawsze była dla mnie miła. Teraz krzątała się wśród kucharek i dyrygowała.
– Kluski śląskie proszę postawić na stole, makaron tam, a kotlety będą smażone dopiero później! Sałatki włóżcie do lodówki! Butelki z napojami do spiżarni, tam jest chłodno!
Zewsząd roznosiły się aromatyczne zapachy potraw, gotowanych warzyw czy świeżych owoców. Dom jeszcze nigdy nie wyglądał jak dzisiaj, z jednej strony jakby wybuchła bomba, ale z drugiej – panował w nim przyjemny rozgardiasz.
Jaka szkoda, że nie ma Eustachego – pomyślałam z rozrzewnieniem i nawet udałam się do pokoju i zajrzałam do szafy w nadziei, że ujrzę tam szczurka. Nigdzie go jednak nie było. Zrobiło mi się przez chwilę smutno, ale zaraz ktoś wywołał mnie do ogrodu. Trzeba było nadmuchać jeszcze kilka balonów. Przystąpiłam ochoczo do pracy, zajęłam się czymś innym – i to pomogło.
Dwie godziny później wróciła mama. Na jej widok oniemiałam. Wyglądała zjawiskowo w nowej fryzurze i makijażu podkreślającym jej delikatną urodę. A co to dopiero będzie, jak założy suknię? Grzegorz zemdleje z wrażenia już w drzwiach – przyszło mi do głowy i na samą myśl wyszczerzyłam zęby.
Mama poszła założyć suknię, ja też postanowiłam się w końcu ubrać. Wyjazd do kościoła tuż-tuż, za chwilę powinny zjechać się auta i pojawi się pan młody. Może chłopaki ze wsi zorganizują bramki i cały orszak weselny będzie musiał zatrzymywać się co jakiś czas…
Wkrótce rozległy się okrzyki, bo pod dom zajechał samochód z kapelą. Uzbrojeni w perkusję, akordeon, gitarę i syntezator chłopacy wyskoczyli z auta. Ustawili się na środku podwórza, rozwinęli kable, wyjęli z auta ogromne głośniki i zaczęli przygrywać. Popłynęły wesołe, skoczne rytmy, zagrzewając gości do zabawy. Nie zdążyłam zapiąć ostatniego guzika sukienki, kiedy pod bramą zatrzymała się biała bryczka zaprzężona w dwa siwe konie. Przystrojone, w lśniących uprzężach, parskały, stukając kopytami. Tymczasem Grzegorz, ubrany w czarny smoking, z bukietem białych róż w dłoniach, ruszył wprost do domu po czekającą na niego narzeczoną. Kiedy wyszła mama, jego twarz zmieniła się pod wpływem emocji i szczerych uczuć, których nie sposób było ukryć. Zresztą, co tu dużo mówić. Oboje wyglądali pięknie i bardzo do siebie pasowali. Pewnie tata to wszystko widzi i też się cieszy z naszego szczęścia – przyszło mi nagle do głowy i nie wiedzieć czemu posmutniałam na moment…
Cudownie było na to wszystko patrzeć, na tę ekscytację rozproszoną po całym podwórku, na miłość, która nieustannie malowała się na ich twarzach. Przyznam szczerze, że czasem czułam się zazdrosna i nieco skrępowana, kiedy oni zaglądali sobie w oczy i wymieniali czułe spojrzenia. Dobrze, że przez cały czas towarzyszył mi Marian. Najpierw przyjechał do mnie swoim nowym motocyklem w kolorze nieba podczas burzy, a później ku zgorszeniu całej wsi wskoczyłam na siedzenie i pojechałam z nim do kościoła. Wiatr rozwiewał moje świeżo uczesane włosy, spódnica wirowała w powietrzu, a ja czułam się taka szczęśliwa.
Ślub miał się odbyć w pobliskim drewnianym kościółku, usytuowanym na niewielkim wzniesieniu. Dziedziniec kościelny udekorowany był wstążkami, drzwi świątyni otwarte na oścież. Konie stukały kopytami, dźwięczały uprzężą, kiedy państwo młodzi zeskakiwali z bryczki, a zewsząd witał ich tłum zachwyconych gości. A potem weszli do środka i tam w obecności miejscowego proboszcza padło sakramentalne: „Tak”.
Przyznam szczerze, że nie chciałam być ani żadną druhną mamy, ani broń Boże świadkową. Od tego są w końcu koleżanki. Stałam więc sobie z boczku w towarzystwie Mariana i uśmiechałam się sama do siebie, a łzy wzruszenia płynęły mi po twarzy.
Następnie wróciliśmy do domu, do namiotu, pod którym czekały nakryte białymi obrusami i zastawione stoły. Przy akompaniamencie orkiestry odśpiewano młodym „Sto lat” i jak to na weselach bywa, nawoływano do pocałunku.
I wtedy właśnie Marian chwycił mnie za rękę i spojrzał na mnie tak, że zrobiło mi się słabo. Poczułam motyle wirujące w dole brzucha, pod nogami zachwiał się grunt. Chwilo, trwaj!
A potem rozpoczęła się zabawa, która trwała do białego rana. Muzyka, tańce, przyśpiewki, jedzenie i picie. Ach, co to był za ślub!
Okładka
Strona tytułowa
Kilka słów przypomnienia
Powrót do szkoły
Ach, co to był za ślub!
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Redakcja
Agnieszka Czapczyk
Korekta
Bożena Sigismund
Janusz Sigismund
Projekt graficzny okładki
Agnieszka Antoniewicz
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
Ilustracje
Agnieszka Antoniewicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Anna Stryjewska, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 978-83-8430-128-9
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
s
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
