Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 243 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Umrzeć na wiosnę - Ralf Rothmann

Od czasów Blaszanego bębenka Güntera Grassa to bodaj najważniejsza niemiecka powieść o II wojnie światowej.

Wstrząsająca proza o absurdach wojny,  bezwzględności losu i sile przyjaźni.

Historia dwóch chłopców, wcielonych pod koniec 1944 do Waffen SS. Walter rozpoczyna pracę kierowcy w jednostce zaopatrzeniowej, Friedrich zaś musi wyruszyć na front. Buntuje się i ucieka, ale zostaje pojmany i skazany na śmierć – i to właśnie Walter ma wykonać wyrok na przyjacielu. Co zrobi? Jakiego wyboru dokona? I czy będzie miał w ogóle wybór?

Wspaniały styl gwarantuje Rothmannowi miejsce pośród najwybitniejszych pisarzy niemieckich, a dar narracji czyni go najwrażliwszym z twórców jego pokolenia. W mistrzowski sposób potrafi bowiem obrazować myśli, gesty i dźwięki. – „Frankfurter Allgemeine Zeitung”

Ta książka po prostu musiała powstać, czytelnik od razu to czuje. Tę lukę trzeba było wypełnić: opowieścią i prawdą. – „Der Spiegel”

Nikt równie trafnie i dojmująco nie opisał najgłębszych kręgów piekła. Oszczędna dosadność, z jaką Rothmann opisuje horror wojny po prostu zapiera dech w piersiach. (…). W tej arcypowieści udało mu się coś niezwykłego: pisze o grzechach ojców z pozycji młodszego, powojennego pokolenia, ale bez cienia moralizowania. – „Badische Zeitung”

Poruszająca do głębi powieść, która imponuje prostotą i wymownością stylu. – WDR5

 

O autorze:

Ralf Rothmann (ur. w 1953 roku w Szlezwiku) – jeden z najwybitniejszych i najciekawszych współczesnych pisarzy niemieckich. Dorastał w Zagłębiu Ruhry. Po ukończeniu szkoły podstawowej imał się rozmaitych zawodów, był m.in. murarzem, drukarzem, pielęgniarzem i kucharzem. Od 1976 roku mieszka w Berlinie. W 1984 roku opublikował tomik wierszy Kratzer, za który w 1986 roku otrzymał Brandenburskie Stypendium Literackie. Jego pierwsza powieść, Stier, ukazała się w 1991 roku. Obecnie dorobek literacki Ralfa Rothmanna obejmuje kilkanaście powieści (w tym Młode światło, 2004, wyd. polskie 2008), a pisarz jest laureatem wielu nagród literackich, w tym tak prestiżowych, jak Nagrody im. Heinricha Bölla, Maxa Frischa oraz Hansa Fallady.

Opinie o ebooku Umrzeć na wiosnę - Ralf Rothmann

Fragment ebooka Umrzeć na wiosnę - Ralf Rothmann

Ralf Rothmann

UMRZEĆ NA WIOSNĘ

przełożyła Aldona Zaniewska

Książka została wydana dzięki wsparciu finansowemu Goethe-Institut ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec

Tytuł oryginału: Im Frühling sterben. Roman

Copyright © Suhrkamp Verlag Berlin 2015

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Aldona Zaniewska, MMXVI

Przekład wiersza:

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Kopacki, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Ojcowie jedli zielone winogrona,

a zęby ścierpły synom.

Ezechiel

To milczenie, owo głębokie zatajenie, zwłaszcza gdy chodzi o umarłych, jest ostatecznie próżnią, którą życie kiedyś samo wypełnia prawdą. Gdy pewnego razu zagadnąłem ojca o jego mocne włosy, powiedział, że to skutek wojny. Człowiek wcierał sobie codziennie świeży sok brzozowy w głowę, bo nie było niczego lepszego; nie pomagał wprawdzie na wszy, ale dobrze pachniał. I nawet jeśli sok z brzozy praktycznie nijak nie kojarzy się dziecku z wojną, nie dopytywałem się dalej, bo chyba – jak często bywało, gdy chodzi o ten okres – i tak nie otrzymałbym bardziej precyzyjnej odpowiedzi. Pojawiła się ona, dopiero gdy dziesiątki lat później trzymałem w ręku zdjęcia żołnierskich grobów i dostrzegłem, że wiele, jeśli nie większość, krzyży za linią frontu było zbitych z pni młodych brzóz.

Mój ojciec rzadko się uśmiechał, ale nie sprawiał z tego powodu wrażenia niemiłego. Wyraz jego bladej twarzy, zdominowanej przez wyraziste kości policzkowe i zielone oczy, był podszyty melancholią i znużeniem. Zaczesanym do tyłu ciemnoblond włosom, mocno podgolonym na karku, kształt nadawał fryzjerski krem Brisk, broda z małym dołkiem zawsze była gładko ogolona, a wyrafinowana zmysłowość warg intrygowała chyba sporo pań; opowiadano o tym całe historie. Jego trochę za krótki nos był leciutko zadarty, więc z profilu ojciec wyglądał nieco młodziej, a w jego spojrzeniu, gdy był rozluźniony, można było dostrzec figlarną naturę i mądrą empatię. Ale on sam był właściwie nieświadomy swojej urody, a gdyby ją kiedyś dostrzegł, pewnie by w nią nie uwierzył.

Wszyscy sąsiedzi lubili go, tego zawsze uczynnego człowieka, a gdy o nim mówiono, często padało słowo „zacny”; koledzy z kopalni z uznaniem nazywali go stachanowcem i praktycznie nikt się z nim nigdy nie pokłócił. Zwykle nosił sztruksowe spodnie, których aksamitny połysk gubił się już po pierwszym praniu, a także marynarki z C&A. Kolory były jednak zawsze wyszukane, widać było po nich chwilę namysłu przy wyborze, radość z gustownego zestawienia; nigdy nie włożyłby trampek czy niewyczyszczonych butów, skarpetek frotté ani koszuli w kratę. Chociaż jego sylwetka ucierpiała wskutek ciężkiej pracy dojarza, a później górnika, był, co się rzadko zdarza u robotników, elegancki.

Nie miał jednak przyjaciół i ich nie szukał, całe życie spędził w milczeniu, którego nikt nie chciał z nim dzielić – nawet żona, która pijała kawę ze wszystkimi sąsiadami, a w soboty chodziła bez niego na tańce. Mimo jego przygarbionych pleców nieustająca powaga budziła szacunek, a melancholia nie wynikała po prostu ze zniechęcenia codziennością czy harówką, z gniewu czy niespełnionych marzeń. Nie klepało się go po ramieniu, mówiąc: „Chodź, Walter, głowa do góry!”. To była powaga kogoś, kto widział coś przenikającego do głębi i wiedział o życiu więcej, niż potrafił powiedzieć, a można się było domyślać, że nawet gdyby znalazł odpowiednie słowa, nie przyniosłoby mu to ulgi.

Z ciężarem swojej przeszłości w każdą pogodę jeździł do kopalni rowerem i, nie licząc sporej liczby złamań i urazów odniesionych wskutek obrywów skalnych, nigdy nie chorował, nawet się nie przeziębiał. Jednak te prawie trzydzieści lat pracy rębacza pod ziemią, niezliczone i nadprogramowe szychty z młotem pneumatycznym przed ścianą węgla (jak to wówczas bywało – bez jakiejkolwiek ochrony słuchu) doprowadziły do tego, że ogłuchł i nie docierało do niego już nic i nikt, oprócz mojej matki. Przy czym do dziś jest dla mnie zagadką, czy to częstotliwość jej głosu, czy sposób poruszania wargami umożliwiał mu zupełnie normalną z nią rozmowę. Wszyscy inni, gdy chcieli mu coś powiedzieć, musieli krzyczeć i gestykulować, ponieważ nie nosił aparatu słuchowego; nie chciał go nosić, twierdząc, że wytwarza zakłócenia i dokuczliwy pogłos. Kontakt z ojcem był przez to bardzo męczący, a jego samotność pogłębiała się również w rodzinie.

Jednak zawsze miałem wrażenie, że w tej pozbawionej pytań ciszy, która z roku na rok bardziej wokół niego gęstniała, nie jest bynajmniej nieszczęśliwy. Wreszcie, wykończony pracą, wcześnie przeniesiony na rentę, wstydząc się tego, szybko popadł w alkoholizm, ale nie wymagał od życia wiele więcej niż swojej gazety i najnowszego kioskowego kryminału z Jerrym Cottonem, a gdy lekarze w 1987 roku, gdy akurat skończył sześćdziesiąt lat, zapowiedzieli jego bliską śmierć, nie wyglądał na szczególnie poruszonego. „Żaden nóż nie tknie mojego ciała” – powiedział już na początku choroby, i nie przestał ani palić, ani pić. Trochę częściej niż zwykle domagał się swojej ulubionej potrawy, smażonych ziemniaków z jajecznicą i szpinakiem, i ukrywał przez matką wódkę w piwnicy, pod węglem. (Na ścianie wciąż jeszcze wisiał jego stołek dojarski ze skórzanymi pasami i toczoną nóżką).

Już gdy przechodził na rentę, podarowałem mu piękny notes w nadziei, że może naszkicuje swoje życie, godne zapamiętania epizody z okresu przed moimi narodzinami; ale notes pozostał prawie pusty. Ojciec napisał tylko kilka słów, może haseł, obco brzmiące nazwy miejscowości, a gdy po pierwszym krwotoku prosiłem go, żeby przynajmniej dokładniej opisał mi te tygodnie z wiosny 1945 roku, ze znużeniem machnął ręką i powiedział swoim donośnym, jakby dobywającym się z głuchej pustki głosem: „A po co? Nie opowiadałem ci o tym? To ty jesteś pisarzem”. Potem podrapał się pod koszulą, zapatrzył w okno i dodał ciszej: „Miejmy nadzieję, że ten gnój tutaj szybko się skończy”.

To, że on nas nie słyszał, sprawiło, że oniemieliśmy także w stosunku do siebie; matka i ja całymi dniami siedzieliśmy bez słowa w tym pokoju-umieralni. Był na wysokość wzrostu człowieka pomalowany na lipową zieleń, a nad łóżkiem wisiała reprodukcja obrazu Édouarda Maneta Dom w Rueil. Zawsze lubiłem ten obraz, nie tylko ze względu na jego pozorną łatwość, niemal muzyczną lekkość i letnie słońce, którym jest łagodnie prześwietlony, chociaż nie widać nigdzie ani skrawka nieba; obrośnięta drzewami, krzakami i czerwonymi kwiatami willa w kolorze ochry, z portalem kolumnowym, wykazuje dalekie podobieństwo do dworu w tym północnoniemieckim majątku, gdzie ojciec na początku lat czterdziestych uczył się zawodu dojarza. To tam rodzice spotkali się po raz pierwszy, a ja w dzieciństwie spędziłem w pobliżu kilka szczęśliwych wakacyjnych tygodni. Krewni wciąż jeszcze mieszkali nad kanałem.

Wiejski dom duszy, na który teraz padało zachodzące słońce. Plastikowa ramka trzeszczała od panujących ostatnio upałów, a moja matka, która siedziała wyprostowana na krześle, z torebką zwisającą ze zgiętego łokcia, jakby była tu tylko z krótką wizytą u śmierci, odstawiła butelkę z wodą w cień. Jak zwykle nieskazitelna, z fryzurą utrwaloną o wiele za dużą ilością lakieru, miała na sobie zamszowe czółenka i ciemnogranatowy kostium w jodełkę, który sama sobie uszyła, a gdy wzdychała, czułem woń likieru.

Przez te niespełna osiemnaście lat z rodzicami, a także później, podczas rzadkich wizyt na Boże Narodzenie albo urodziny, prawie nie widziałem czułości między nimi, żadnych muśnięć czy objęć, żadnego choćby zdawkowego pocałunku; raczej robili sobie wciąż te same wymówki w codziennych sprawach albo pijani niszczyli sprzęty. Teraz jednak nagle przytknęła czoło do czoła coraz bardziej zmieszanego ojca i pogładziła jego dłoń, ale tylko przelotnie, jakby wstydząc się tego przed synem, a ojciec otworzył oczy.

Wciąż jeszcze cienko obrysowane wrośniętym pyłem węglowym, od wielu dni były niezwykle duże i przytomne; białka lśniły jak macica perłowa, w ciemnej zieleni tęczówek można było dostrzec brązowe cętki. Dygocząc, podniósł palec i powiedział: „Słyszeliście?”.

Pomijając już jego głuchotę, wokół panowała całkowita cisza, ani przez okno, wychodzące na kwitnący przykliniczny park, ani z korytarza nie dochodził żaden dźwięk; kończył się zwyczajowy czas odwiedzin, kolację wydano już dawno, uprzątnięto także naczynia. Pielęgniarka z nocnego dyżuru już skończyła obchód. Matka tylko ledwie dostrzegalnie pokręciła głową i wymamrotała: „Ach, on teraz jest znów na wojnie”.

Nie pytałem, jak na to wpadła. Jednak jakaś głęboko intymna nuta w jej głosie podpowiedziała mi, że to prawda, i rzeczywiście ojciec wkrótce wykrzyknął: „Tam!”, i patrzył bezradnie, z niepokojem, to na jedno z nas, to na drugie. „Znowu! Nie słyszycie tego?”. Jego palce wędrowały w kółko po piersi, marszczyły nocną koszulę i wygładzały ją, przełknął ślinę, a potem opadł z powrotem na poduszkę, odwrócił głowę do ściany i z zamkniętymi oczami powiedział: „Przecież podchodzą coraz bliżej, człowieku! Gdybym tylko znalazł dla nas jakieś miejsce…”.

W Biblii moich rodziców, wysłużonym egzemplarzu oprawionym w skórę, pełnym paragonów z sieci sklepów Schätzlein, ktoś podkreślił pewien wiersz Starego Testamentu – nie pisakiem, lecz prawdopodobnie paznokciem, i chociaż złożona gotycką czcionką księga leży na moich regałach albo w moich pudłach już dziesiątki lat, ta rysa na papierze biblijnym wygląda jak świeżo zrobiona. „Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu – jest tam napisane. – Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!”1.

W ciemności obecność zwierząt nie objawiała się niczym oprócz odgłosu przeżuwania albo sapania zza drabinki paszowej. Czasem krąg światła lampy naftowej przemknął po wilgotnym pysku z czarnymi, w środku różowymi nozdrzami albo rzucił cień rogów na pobieloną wapnem ścianę, gdzie wznosił się ostro na długość dwóch kroków, żeby zaraz znów się zatrzeć. Gniazda jaskółek pod sąsiekiem były jeszcze puste, ale niewidoczne w ciemności młode koty już pomiaukiwały.

Silny strumień uryny dudnił o posadzkę, a słodkawy zapach kukurydzy i otrąb wypełniał tylną część budynku, gdzie cielne krowy stały w pojedynczych boksach i wielkimi oczami patrzyły na mężczyznę w niebieskim ubraniu roboczym, który mógł być dla nich jedynie wędrującym świetlnym punktem. Pozostawały przy tym w całkowitym bezruchu i dopiero gdy młody dojarz wszedł do pomieszczenia z bańkami na mleko, prawie biała krowa – miała tylko jedną łatę, tuż pod lędźwiami – wydała wysoki ryk. Jej ogon przeciął powietrze.

– Uspokój się, przecież już wychodzę – wymamrotał Walter i zamknął drzwi. Bańki na mleko, ze dwa tuziny albo i więcej, były ustawione szeregiem przy ścianie. Na zewnątrz matowoszare, w środku wypłukane do czysta i wytarte, błyszczały tak, że można się w nich było przejrzeć. Jednak ścierki do cedzenia mleka leżały między fartuchami i gumowcami na podłodze, cmoknął więc poirytowany i powiesił lampę na haku. Potem napełnił blaszaną balię wodą, do której dodał garść sody oczyszczonej, i zamoczył w niej luźno tkaną bawełnę, potem odłożył na regał jeszcze kilka stołków dojarskich, przykręcił puszkę pasty do mycia rąk i otworzył drzwi na podwórze.

Z lipy wyfrunęła chmara drozdów; we dworze nie paliło się światło. Motte, stary pies Thamlingów, spał na schodach. Poczerniałe belki wieży zegarowej sterczały w fioletowe niebo, z góry luźno zwisała rynna. Potłuczone okna wprawdzie tymczasem zabito deskami, ale herb majątku, z wizerunkiem czarnego konia pod skrzyżowanymi sierpami, wciąż jeszcze leżał w ogródku przed domem. Również kolumnowy ganek był uszkodzony i krzywy; atak myśliwców bombardujących ujawnił, że rowkowane, podobne do świątynnych kolumny wewnątrz były puste – ogipsowane deski, za którymi mieszkały myszy.

Walter minął podwórko, przeszedł przez kuźnię i otworzył drzwi obory dla cieląt. W nagłym przeciągu wirem uniosła się z podłogi sieczka. Podniósł lampę naftową i przeczytał plakat na czarnej tablicy, obwieszczenie Urzędu Zaopatrzenia Armii. Potem zamknął okna, popukał w zbiornik na wodę i rzucił okiem na żłoby. Pod olbrzymim, krytym strzechą dachem starczyłoby miejsca dla dwustu zwierząt, lecz teraz było tu równo czterdzieści jałówek rasy czarno-białej niemieckiej. Cicho gwizdnął, na ten wabiący dźwięk kilka podeszło do ogrodzenia, dało się pogłaskać po białych plamkach na czole i possało jego kciuk.

Odkąd w majątku prawie nie było świń, rekwirowano coraz więcej cieląt. Co najmniej jedna trzecia zwierząt miała już na boku kredowy krzyż. Walter podrzucił do żłobu wiadro otrąb, zamknął za sobą drzwi i przeszedł przez szosę. Zaraz obok wjazdu do mleczarni, w dawnej stajni, mieszkali uchodźcy, każda rodzina w oddzielnym boksie, a w wieczornej ciszy można było usłyszeć głosy kobiet i dzieci i akordeon. Chociaż tym ludziom nie wolno tu było gotować, z zakratowanych okien unosił się dym, pachniało smażoną cebulą i gorącymi mydlinami.

Pod daszkiem przed mleczarnią rozpięte były sznury obwieszone prześcieradłami i pieluchami, a powiew wiatru zarzucił mu w twarz coś jedwabistego – chłodne pończochy. Obok wisiała cienka, haftowana bluzka; Elisabeth miała ją na sobie w ostatni weekend i długo nie chciała zdjąć, nawet po jałowcówce. Dopiero gdy się „uświniła”, jak to nazwała, szybko zdjęła ją przez głowę i ze zniesmaczoną miną namoczyła w jego umywalce. W swojej nagości wydała mu się jeszcze drobniejsza, niemal jak dziecko, gdyby nie połyskujące czarno owłosienie. Walter powiódł opuszkami palców po wzorze haftu. Ale ledwie się pochylił, by powąchać koszulę, usłyszał głos zza prześcieradła:

– No, wyschła już?

Pani Isbahner siedziała na schodach paszarni i obierała ziemniaki przy świetle świecy. Była ubrana w wyświechtany płaszcz i rękawiczki bez palców; siwe włosy upięła w kok. Miała równie wąskie wargi jak obydwie jej córki, z którymi tutaj mieszkała, a gdy schyliła głowę, uwypukliło się jej wole – połyskująca narośl usiana rozszerzonymi naczynkami.

– Tylko doglądam mleka – powiedział Walter. – Nie jest pani zimno?

Kobieta, na której kolanach spał kot, kiwnęła głową.

– Ale tu na zewnątrz powietrze jest lepsze – wymamrotała i wykrajała oczko z ziemniaka. – Znaczy, doglądasz mleka. Jesteś sumienny, prawda? Jakie ono będzie, to twoje mleko? Białe czy szare, a może trochę żółtawe? Chłodne czy niezbyt chłodne, kwaśne czy słodkie? Ze śmietanką na wierzchu czy lekko ścięte? Od Adama i Ewy mleko to mleko, nie musisz go doglądać. – Wrzuciła ziemniak do garnka i uśmiechnęła się do Waltera, przy czym przesunęła się jej proteza. – Niczego nie kradniemy, chłopcze. Już zaczynamy sobie radzić. Jesteśmy uchodźcami, nie złodziejami.

Mrugał zakłopotany.

– Przecież nikt tak nie twierdzi, prawda? Ale Thamling jest jeszcze w Malente, więc ja muszę zrobić wieczorny obchód. Nie ma Liesel?

– Ten stary lis… – Cmoknęła cicho. – Znowu w Malente? Chciałabym wiedzieć, co on tam ciągle robi. Wciąż go rozpiera energia? Oszalał na punkcie jakiejś młódki? A chora żona leży w łóżku.

Walter wyjął klucz.

– Nie, nie, jest tam z powodu ciągników. Zabrali trzy, a na liście były tylko dwa. Musiał złożyć podanie.

Pokręciła głową.

– Ach, Boże, gdybyż to pomogło… Ile ja już podań napisałam w sprawie mieszkania. Figa z makiem. Powinien uważać, żeby go nie zatrzymali i nie wysłali na front. Tego, co raz capnęli, już nie oddadzą; teraz oskubują ze wszystkiego. Iwany stoją nad Odrą, wkrótce pewnie będą w Berlinie, słyszałeś?

– Nie – powiedział Walter i potarł sobie kark. – Jestem dojarzem, nic nie wiem o polityce. A wrogich rozgłośni nikt tutaj nie słucha.

Pani Isbahner przymknęła oko.

– A co, myślisz, że ja słucham? Ptaszki mi to wyśpiewały. Te maluchy, które już szaleją za wiosną. Gdzież to one nie latają! Przysiadają się tu do mnie i opowiadają o naszych pięknych zachodnich Prusach, gdzie ziarno jest najlepsze. Jeśli pierwszego upieczesz chleb i włożysz do dębowej skrzyni na przemian chleb, deskę, chleb, to pod koniec miesiąca będzie jeszcze chrupiący i świeży.

Walter wsunął klucz do zamka. Odkąd zbombardowano stację transformatorową w Neumünster, mleko, twaróg i masło chłodzono jak przed stu laty: kierowano wodę ze starego koryta Ejdery śluzami przez ceglaną rynnę i wstawiano bańki i wanienki w nurt. Omszałe dyle po szczytowych stronach pozwalały regulować poziom wody w rynnie. Walter obniżył go trochę, podniósł lampę i zajrzał do maślnic. Tu i ówdzie śmietana była zebrana, chude mleko połyskiwało sinawo; napisał swoje nazwisko i godzinę na tablicy i wyszedł na dwór.

Za drzewami przy szosie wschodził księżyc – duży, pomarańczowoczerwony krąg. Pani Isbahner już nie było na schodach, i chociaż drzwi do paszarni były otwarte, Walter zapukał w futrynę. Wciąż jeszcze pachniało paszą dla świń, którą tu kiedyś przyrządzano, unosił się kwaśny zapach buraczanych i ziemniaczanych obierek; czuł go też od ubrań Elisabeth. Pod zapleśniałymi na czarno ścianami leżały materace i worki ze słomą, a matka Elisabeth stała przy piecyku i mieszała w garnku.

– No – powiedziała, nie odwracając się – czego Walterek jeszcze chce?

Paliła swoją krótką fajkę z bursztynowym cybuchem, a on zrobił krok do wnętrza pomieszczenia i wyprostował nad kredensem obrazek, anioła stróża prowadzącego dwójkę dzieci przez rozpadający się most.

– Chciałem się tylko dowiedzieć… To znaczy… – Przełknął ślinę. – Czy mogę zabrać dziś wieczorem Liesel nad kanał? Ci ze Stanu Żywicieli Rzeszy fundują beczkę i jest nowa kapela, ośmiu ludzi. Sami ślepcy i inwalidzi wojenni, ale dobrze grają. I pomyślałem… bo ona tak lubi tańczyć… Odprowadzę ją.

Chrust trzaskał w piecyku, a pani Isbahner dołożyła polano. Potem wsypała do garnka trochę soli.

– To musisz ją, chłopcze, sam zapytać. Wkrótce będzie miała siedemnaście lat, kopci jak smok i włóczy się, Bóg wie gdzie; nie nadążam za nią. – Podniosła drewnianą łyżkę, spróbowała zupy. – Możesz ją stłuc na kwaśne jabłko, a i tak będzie bezczelna. Ale kiedy potem przychodzi co do czego, ryczy, a ja znowu jestem kochaną mamusią. – Zmarszczyła brwi i odwróciła się. – Powiedz, co się tam ostatnio działo za stajnią? Dlaczego wylała ci wodę na stopy? I to chyba gorącą, nie?

Szary pręgowany kot wskoczył na stół, a Walter skinął głową i poruszył palcami w wysokich butach. Jeszcze bolały, chociaż posmarował je maścią.

– To był prawie wrzątek… Powiedziała, że mnie nie chce. A właściwie powiedziała to swoim przyjaciółkom, tej Ortrud i Hedwig, tak ot, przez ramię: „Tego to ja nie chcę”. I lu, całą miskę! Chociaż byłem przecież na bosaka, po deptaniu mielonego mięsa! Na szczęście Thamling miał przy sobie opatrunki.

Pani Isbahner pociągnęła z fajki, wypuściła dym przez nos; nie powinien widzieć jej szelmowskiego uśmiechu.

– Cóż, kobiety tak czasem gadają. Samo w sobie to nie jest zły znak. W każdym razie nie uważa, że jesteś do niczego, o ile znam swoją pannicę. Wiem przecież, czyja jest… Zafunduj jej coś kolorowego i porządnie wyobracaj w tańcu, a wszystko się ułoży.

Odsunęła zasłonkę w kredensie, nabrała z dzbanka trochę śmietany i dodała do zupy, zerkając szybko na drzwi.

– Jak myślisz? – zapytała cicho, prawie trwożnie. – Co się może wkrótce zdarzyć? Zabiorą też ciebie tak jak innych? O Boże, wy to przecież jeszcze dzieci, ty i ten Fiete! W ogóle nic nie wiecie o życiu. Pozwolę ci się związać z moją Elisabeth, bo jesteś przystojny i masz uczciwą twarz… a potem ona dostanie kalekę.

Oczy jej zwilgotniały, ale Walter się uśmiechnął.

– Mam prawie osiemnaście lat! – powiedział i się wyprostował. – Ale i tak nie będą mnie potrzebować, pani Isbahner. Już w Hitlerjugend pudłowałem. Zez. My jesteśmy bardziej potrzebni tutaj, nieodzowni. Ktoś musi doić krowy i wyciągać cielaki na świat. Thamling wciąż mówi, że nie ma wojny bez mleka. – Podszedł do pieca i zajrzał do garnka: biała fasola. – Tak czy owak, to się wkrótce skończy – szepnął. – Amerykanie posuwają się coraz dalej naprzód, a Angole są już podobno na holenderskiej granicy. Można tylko mieć nadzieję, że dotrą tu, do wioski, szybciej niż Rosjanie.

– Ach tak – powiedziała pani Isbahner, znów z uśmiechem. – Ale kto tu słucha wrogich rozgłośni? Tylko uważaj, chłopcze, łatwo sobie w ten sposób ukręcić stryczek na szyję. – Pogłaskała kota po grzbiecie, podstawiła mu łyżkę. – A teraz daj mi popracować. Liesel jest już w gospodzie przy promie, tak sądzę. Zabrał ją Kobluhn, ten z tartaku, na motorze. Ją i resztę dziewczyn. Chyba szykownie wygląda w mundurze! Gdybyśmy takich mieli pod Gdańskiem, do dziś bylibyśmy w Prusach Zachodnich. – Pyknęła ze swojej fajki, w której cicho zaskwierczało, i wpatrzyła się w anioła stróża. – A właściwie, dlaczego Stan Żywicieli Rzeszy funduje wam piwo?

Walter wzruszył ramionami i pożegnał się. Szybko szedł przez mały, zacieniony drzewami iglastymi park. Żwir na dróżkach, lekko zamarznięty wieczorem przy gruncie, prawie nie chrzęścił, niemal bezszelestnie umknęło kilka saren. Również w tylnych oknach dworu nie paliło się światło, na tarasie leżał duży stos sosnowych szyszek, a kuchenne drzwi – z niedowierzaniem szarpnął za klamkę – były zamknięte. Podniósł lampę i przez szybę z matowionymi ornamentami dojrzał stół. Stała na nim pieprzniczka. Cicho klnąc, przeszedł przez dziedziniec.

Do izb dojarzy pod dachem obory od czasu nalotów samolotów szturmowych można się było dostać tylko po drabinie; roztrzaskane resztki zewnętrznych schodów leżały w gnojówce. Tu na górze było dziesięć izb, raczej zagród z desek, wiele bez drzwi, a tylko niektóre z lukarnami, wolimi oczkami. Buty pełne kurzu z siana stały obok łóżek, na krzesłach leżały książki i czasopisma, na ścianach wisiały zdjęcia rodzinne albo fotosy Mariki Rökk i Magdy Schneider. Ale większość pracowników rolnych, którzy tu mieszkali, od dawna nie żyła. Na jednej z kraciastych poduszek leżała książeczka żołdu, na drugiej srebrny krzyż stalingradzki. Kiedyś Walter zważył go w dłoni i uznał za rozczarowująco lekki.

Chociaż tych wąskich, wyposażonych w łóżko, krzesło i umywalkę izb nie dało się ogrzewać, dzięki zwierzętom na dole zawsze było tu ciepło. Walter zdjął robocze ubranie, odkręcił wodę i umył się kawałkiem lawendowego mydła, które przysłała mu matka. Potem obmacał brodę i policzki, wsunął nowe ostrze do maszynki i zestrugał sobie z dłoni odciski.

Włożył musztardowe sztruksowe spodnie i wyjął z szafy wnękowej świeżą koszulę. Była nieuprasowana, ale biała, kołnierzyk zostawił rozpięty, na to narzucił grubą, niebieską, dwurzędową wełnianą marynarkę. Włosy, które fryzjer w Sehestedt zawsze nazywał drutami, ułożył na odrobinę maści do podrażnionych wymion i posmarował nią również buty z cholewami, a potem wypolerował je do połysku. W końcu wziął pieniądze z blaszanej puszki z wytłoczonym Murzynem i zszedł z powrotem po drabinie, to znaczy zsunął się na dół po belkach, wyciągnął swój rower z pustego boksu dla byków i bez światła pojechał w kierunku kanału.

Spiczaste pędy wcześnie wysianej oziminy połyskiwały na polach jak szkło w świetle księżyca, który wciąż jeszcze był nisko. Niewielka eskadra myśliwców bombardujących prześlizgiwała się obok w kierunku Kilonii, można było dostrzec pilotów w kabinach. Na wytyczonym pastwisku przy drodze stały wokół stogu siana Heidschnucken, grubowełniste owce, a spod wozu owczarza wypadł collie, ale nie przeskoczył przez rów. Cicho pobiegł wzdłuż niego aż do lasu, sierść unosiła mu się przy każdym kroku, po czym równie cicho i dumnie zawrócił. Pomiędzy wysokimi bukami światło księżyca robiło wrażenie bardziej mglistego, a łupiny bukwi na drodze trzeszczały pod gumowymi oponami.

Muzyka w gospodzie przy promie pochodziła z płyty albo radia, Walter rozpoznał głos Hansa Albersa. W tym zbudowanym wprost na skarpie i zaciemnionym dookoła lokalu zazwyczaj było światło elektryczne; Sybel Jahnson, karczmarz i przewoźnik promowy, raz-dwa mógł z silnika swojej łodzi zrobić generator. Przed szczytową ścianą rozpięte były siatki maskujące, rodzaj baldachimu na pniach świerków, pod którym stały transporter Hanomag i dwa zakurzone mercedesy 170, z przypominającym runę i mającym oznaczać zwycięstwo symbolem SS na tablicach rejestracyjnych. Lampy zasłonięto.

Walter oparł swój rower o przyczepę motocykla Zündapp, należącego do Kobluhna, i jeszcze raz przeczesał włosy, zanim otworzył drzwi. Gęsty dym wisiał nad ladą ze starym galionem – figurą dziobową przedstawiającą narzeczoną wiatru w złotej sukni – a śpiewy, śmiech i brzęk szkła odbijały się za nim nad wodą. Dziewczyna Fietego, Ortrud, nalewała wraz z matką piwo i przywołała Waltera gestem, wskazując na salę. Wyglądała na szczęśliwą mimo poronienia przed trzema tygodniami, a na lekko spoconej twarzy jej uśmiech wydawał się jeszcze bardziej promienny. Nikt nie malował sobie ust tak czerwoną szminką jak ona.

„Od tego świat się nie zawali” – buczało na ścianie radio, nazywane odbiornikiem ludowym. Obok wisiał sztandar z symbolem Stanu Żywicieli Rzeszy – mieczem i kłosem. Między gośćmi stali z papierosami albo kieliszkami w dłoniach żołnierze bez czapek i starali się rozmawiać pogodnie i przyjaźnie. To były wyższe szarże SS w czystej polowej szarości i wyglansowanych butach z cholewami, a gdy Walter dotarł do drzwi sali, wyczuł zapach pomady na włosach scharführera. Ten lewą rękę miał na temblaku, a całą lewą połowę twarzy zniekształconą dużą blizną. Oko mu łzawiło.

Hełmy wisiały na wieszaku na ubrania. Elisabeth siedziała na parapecie obok sceny. W ciemnozielonej sukience ze stójką, którą podarowała jej pani Thamling, już nie wyglądała dziewczęco, zwłaszcza że była umalowana i trzymała się bardzo prosto. Czarne loki poskromiła opaską z masy perłowej, kreski na powiekach trochę wystawały ponad kąciki oczu i najwyraźniej użyła szminki od Ortrud. Do jedwabnej sukienki włożyła gumowce, w których uciekła z Gdańska, nie miała innych butów, a ledwie Walter kiwnął do niej głową, uniosła brodę i spojrzała w bok, jakby oczekiwała kogoś innego. Ale potem pokazała mu język, tylko koniuszek.

Nad sceną wisiał transparent z napisem: „Walka aż do zwycięstwa! Lever dood as Slaav!”2. Teraz Waltera zauważyli również pozostali. Hedwig, która siedziała obok Elisabeth, zamachała podniesionymi rękami. Fiete, który kołysząc się na siedząco, skręcał sobie papierosa, uśmiechnął się do niego. Wciąż jeszcze był w ubraniu, w którym codziennie doił krowy, butach ze stalowymi okuciami, szerokich spodniach z drelichu i niebieskim swetrze pełnym dziur od moli; ręce miał brudne.

– Przyszedł nasz brygadzista – powiedział rozwlekłym głosem. – Sieg heil, kolego. Wszystko w porządku?

Hedwig, siostra Ortrud, gosposia u Thamlingów, szturchnęła go łokciem w bok, a Walter pokręcił głową.

– Jak ty wyglądasz? – zapytał i wyjął mu źdźbło słomy z jasnych loków, poprawił kołnierz swetra. – Nie mógłbyś raz się umyć, uczesać i włożyć porządnych rzeczy? I dlaczego jesteś już taki zalany?

Fiete założył nogę na nogę i zaciągnął się papierosem, skręconym o wiele za luźno. W kącikach ust, jak zazwyczaj, miał trochę zaschniętej śliny, a gdy zamknął podkrążone oczy, wyglądał jak dziewczyna; wąska twarz bez zarostu, rzęsy długie i podwinięte.

– Melduję posłusznie, wodzu: nie mam porządnych rzeczy. Nigdy nie miałem. A my tu przecież jesteśmy w oborze, nieprawdaż? W każdym razie tak tu śmierdzi. Widzę tylko bydło z SS.

Teraz to Walter dał mu kuksańca.

– Masz dosyć życia, idioto? – powiedział przez zęby. – Zamiast wciąż rzucać wielkie słowa, lepiej zajmij się robotą! Co robią obesrane buty i fartuchy w komorze na mleko? Ścierki do cedzenia nie były namoczone, wszędzie leżały porozrzucane stołki, a jałówki stały w przeciągu. Ledwie stary zniknie, wszystko rzucasz. Twój pokój też wygląda jak chlew. Mówię ci, jeśli on wpisze ci jeszcze jedną uwagę, będzie z tobą krucho. Wtedy zapomnij o egzaminie czeladniczym.

– Uff – jęknął Fiete i strącił popiół na brzeg donicy z kwiatkiem. – Powiedział wielki wódz Ata. Wszystko musi zawsze lśnić czystością. – Wyciągnął z kieszeni spodni butelkę piwa Müller Dreistern, pociągnął łyk. – Ale to przez te przeklęte uciekinierki, człowieku! Nie mają zielonego pojęcia, gdzie krowa ma przód. Wydoiłyby kij od szczotki. Objaśniam im więc, jak to się robi, a to oczywiście zabiera czas. Pięknie, delikatnie natłuścić. Nie ciągnąć za cycki, uciskać. Nie przestawać za wcześnie, tylko dokładnie wydoić zwierzę. I zanim człowiek znów się ubierze w swoje rzeczy… – Podał butelkę Elisabeth. – Nieprawdaż, moja mała?

Skrzywiła się i popukała w czoło.

– Fiete, jesteś starą świnią, naprawdę ordynarną! – powiedziała. – Nic dziwnego, że wyrzucili cię z gimnazjum. – Potem wypiła trochę trunku, wzdrygnęła się i podała butelkę przyjaciółce.

– Nie – odpowiedziała