Ukryty As (Dzikie Karty 6) - George R.R. Martin - ebook
Opis

Przed czterdziestu laty pozaziemski wirus stworzył obdarzone nadludzkimi możliwościami istoty znane jako asowie i dżokerzy. Od tej pory toczą one walkę o swe prawa i szacunek

Akcja szóstego tomu cyklu Dzikie karty  rozgrywa się podczas konwencji prezydenckiej Partii Demokratycznej w Atlancie. W centrum konferencyjnym Omni panuje groza. Fanatyczny przywódca religijny pragnie pozbawić dzikie karty wszelkich praw, a ukryty as władający potężną mocą zamierza wpłynąć na wynik konwencji. Na tym pełnym namiętności i intryg tle obserwujemy garstkę asów i dżokerów walczących o władzę nad krajem.

„Znakomita książka. W pełni spełniła moje nadzieje. Charakterystyka psychologiczna postaci oraz nieoczekiwane zwroty akcji są złożone, zaskakujące oraz pełne wolnego od sentymentów realizmu, czego zawsze spodziewam się po utworach George’a R. R. Martina".

Austin Grossman, autor powieści You 

Na podstawie Dzikich kart Universal Cable Productions, wytwórnia, która wyprodukowała seriale takie jak W garniturach i Mr. Robot, przygotowuje obecnie serial telewizyjny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 586

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


George R.R. Martin Ukryty As [Dzikie karty t.6] Tytuł oryginału ld Cards VI: Ace in the Hole ISBN   Copyright © 1989 by George R.R. Martin and the Wild Cards TrustAll rights reserved Copyright © 2017 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Cover art copyright © Michael Komarck Redaktor Robert Cichowlas Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Od redaktora wydania oryginalnego

Dzikie karty to zbiór utworów opisujących fikcyjną rzeczywistość, której historia rozwija się równolegle do naszej. Nazwiska i postacie pojawiające się na kartach niniejszej książki są fikcyjne lub osadzone w fikcyjnym kontekście. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub postaci jest zupełnie przypadkowe. Eseje, artykuły i inne urywki dzieł cytowanych w niniejszej antologii są całkowicie fikcyjne. Nie było naszym zamiarem opisywanie istniejących twórców albo też sugerowanie, że taka osoba rzeczywiście istniała, publikowała lub przesyłała nam swoje eseje, artykuły lub inne dzieła cytowane w niniejszej antologii.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział pierwszy

Poniedziałek, 18 lipca 1988

6:00

Spector szarpnął za kłódkę urękawicznioną dłonią. Metal się złamał. Mężczyzna wyciągnął kłódkę i oparł się całym ciężarem o drzwi z blachy falistej, popychając je do góry i na boki. Starał się robić przy tym jak najmniej hałasu. Przecisnął wąskie ciało przez szczelinę i zamknął za sobą drzwi. Jak dotąd wszystko wyglądało tak, jak mu powiedzieli.

Wewnątrz pachniało kurzem i świeżą farbą. Panował tu półmrok. Jedynym źródłem światła była lampa wisząca pod sufitem pośrodku magazynu. Zaczekał chwilę, by oczy mu się przyzwyczaiły. Wszędzie stały skrzynie wypełnione maskami. Klauni, politycy, zwierzęta, a nawet trochę zwyczajnych ludzkich twarzy. Wybrał maskę niedźwiedzia i włożył ją na twarz. Lepiej się zabezpieczyć na wypadek, gdyby ktoś zapalił światła. Plastik uciskał mu nos, a otwory na oczy były dla niego za małe. Nic nie widział po bokach. Ruszył powoli w stronę lampy, kręcąc głową na boki, by się upewnić, czy nikt się nie zbliża.

Przyszedł kilka minut za wcześnie. Doszedł do wniosku, że tak będzie lepiej. Ktoś zadał sobie mnóstwo trudu, by go wytropić i zaaranżować to spotkanie. Albo był zdesperowany, albo to była pułapka. Tak czy inaczej, mogło to oznaczać kłopoty. Szczypały go oczy od kurzu, ale miał maskę na twarzy i nie mógł nic na to poradzić. Odsunął się kilka metrów od światła i czekał. Słychać było tylko stukot ciem uderzających o metalową oprawę lampy.

— Jest pan tutaj? — Głos był stłumiony, ale z pewnością męski. Dobiegał z przeciwnej strony oświetlonego obszaru.

Spector odchrząknął.

— Tak, to ja. Dlaczego nie stanie pan w świetle, żebym mógł pana zobaczyć?

— Nie wiem, kim pan jest, a pan nie wie, kim ja jestem. Lepiej niech tak zostanie.

Nastała chwila ciszy. W mroku zaszeleścił papier.

— W takim razie słucham.

Spector zaczerpnął długi, swobodny oddech. To nie wyglądało na pułapkę. Przewaga leżała po jego stronie.

W oświetlonym obszarze pojawiła się ręka. Nieznajomy był tak niski, że mógłby być dzieckiem, ale kończyna była gruba i muskularna, a palce krótkie. Spod skórzanej rękawiczki wysuwał się skraj drugiej, gumowej. Facet najwyraźniej był bardzo ostrożny. W dłoni trzymał szarą kopertę.

— Jest w niej wszystko, co musi pan wiedzieć.

— Proszę mi ją rzucić. — Ręka poruszyła się. Koperta wylądowała ciężko na podłodze i przesunęła się do granicy oświetlonego obszaru, wzbijając po drodze w górę kurz i drobiny farby. — Podoba mi się ten dźwięk.

Spector podszedł do koperty. A co tam, niech nieznajomy zobaczy maskę niedźwiedzia. To nie miało znaczenia. W kopercie były starannie ułożone pliki studolarowych banknotów, bilet powrotny do Atlanty na nazwisko George Kerby oraz dwukrotnie złożona kartka. Według obliczeń Spectora znajdowało się tam ponad pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

— Połowa teraz. Reszta po wykonaniu zadania. — Nieznajomy się przesunął. Głos dobiegał teraz z miejsca bliższego drzwiom. Spector rozłożył kartkę i uniósł ją ku światłu, by ją przeczytać. Westchnął. — Cholera. Nigdy nie proś o coś małego. I to w Atlancie. Ależ będzie zamieszanie. Czemu nie zaczekać, aż wróci do miasta, i dostać zwrot pieniędzy za bilet George’a Kerby’ego?

— Chcę, żeby to załatwiono w przyszłym tygodniu. Jutro nie byłoby za wcześnie. Umowa stoi?

— Jasne. — Zabójca zgiął kopertę i wsadził ją sobie pod koszulę. — Musi pan go diabelnie nienawidzić.

Drzwi się otworzyły i Spector ujrzał przelotnie sylwetkę nieznajomego, nim ten zdążył je zamknąć. Miał może z metr dwadzieścia wzrostu i był zbudowany jak zawodowy futbolista. Karzeł. Nie było ich zbyt wiele, a tylko jeden z nich miał powód, by chcieć załatwić faceta, o którego chodziło.

— Słyszałem, że nie żyjesz, Gimli.

Karzeł nie odpowiedział, ale trudno było tego oczekiwać po kimś, kto ponoć stał wypchany w Sławnym Groszowym Muzeum Dzikiej Karty przy Bowery Street. Jednakże Spector lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, że nawet jeśli kogoś uważano za zmarłego, niekoniecznie musiało to być prawdą.

To był Szczurzy Zaułek, w którym umarli tracili kości. Tam właśnie znajdowali się Szalejący Dżokerzy.

Dla szczurów zapewne było to dobre miejsce.

Ostatni klienci opuszczali już lokal, wychodząc chwiejnie przez drzwi zacinające się niczym krzyk o ceglany mur, pozbawiony wyrazu jak twarz imbecyla. Miały normalną wysokość, ale większość ludzi pochylała głowy, wtulając je w kołnierze wilgotne od potu zrodzonego ze strachu, oczekiwania oraz słodkiej ulgi. Nie unosili ich też, idąc przez kałuże barwy macicy perłowej, wyblakły blask plastikowych opakowań oraz stęchły, miejski odór znużonych protein oraz węglowodanów złożonych, które nieprzyjemnie się starzały.

Obok drzwi przystanęła nieprzyciągającą uwagi postać, garbaty James Dean. Jego czarny but marki Keds opierał się o mur, a biały zagłębiał się w błocie. Młodzieniec kiwał głową i nucił gardłowo, by zapewnić, że nocna klientela zmierzała we właściwym kierunku. Nie było to trudne. Ci, którzy nadal siedzieli w środku, wychodzili, by zostawić za sobą gumowatą, chichoczącą groźbę Księżycowego Zbira, a gdy już wyszli na dwór, wystarczyło im oddalać się od chłopaka

Po drugiej stronie drzwi stała potężna, kiwająca głową postać. Spod pozbawionej szwów maski klauna płynęły szeptane słowa pożegnania.

— Dziękuję bardzo. Proszę tu jeszcze kiedyś przyjść. Dziękuję. Bardzo mi miło.

Goście co najwyżej kiwali głowami w odpowiedzi.

Na koniec wyszła grupka Pięknych Młodzieńców, starszych nastolatków, którzy jakimś cudem nadal zachowali świeży i czysty wygląd. Kelnerzy z Szalejących Dżokerów byli ostrzyżeni na żołnierzy i nosili kapelusze z opadającymi rondami.

Nieudany James Dean odprowadzał ich wzrokiem. Źrenice mu się rozszerzyły, gdy wlepił spojrzenie w chłopaków, zgrabnych i umięśnionych jak młodociani bohaterowie opowiadań Howarda. Nie zdawał sobie z tego sprawy. Zresztą to na pewno były pedały. Wszędzie się od nich roiło. Nigdy nie wiadomo, kto mógł być jednym z nich. Na tę myśl Mackie poczuł swędzenie w mosznie i w koniuszkach palców. Lubił robić pedałom różne rzeczy. Ale rzadko miał na to okazję. Odźwierny i Szef ciągle mu powtarzali, by uważał, kiedy używa swych mocy. I przeciwko komu.

Gdy już wszyscy opuścili Szczurzy Zaułek, mężczyzna z twarzą klauna zamknął drzwi. Ich zewnętrzną powierzchnię pokrywała łuszcząca się zielona emalia. Mężczyzna ujął framugę palcami w białych rękawiczkach i oderwał ją od ściany. Pod spodem były cegły. Zwinął drzwi razem z framugą niczym malarskie sztalugi i wsunął je pod pachę.

— Bądź grzeczny, Mackie — rzekł, wyciągając rękę, by pogłaskać chłopaka po zapadniętym policzku, porośniętym delikatnym meszkiem.

Mackie się nie cofnął. Wiedział, że Odźwierny nie jest pedałem. Lubił, kiedy zamaskowany mężczyzna go dotykał. Pragnął aprobaty. Chudemu, nastoletniemu, garbatemu wygnańcowi trudno było ją znaleźć. Zwłaszcza gdy pragnął z nim pogadać Interpol.

— Jasne, Odźwierny — zapewnił, kiwając głową i uśmiechając się półgębkiem. — Wiesz, że zawsze jestem grzeczny.

W jego słowach słyszało się wyraźny północnoniemiecki akcent.

Odźwierny przyglądał mu się jeszcze przez chwilę. Jego oczy były widoczne tylko chwilami. Obecnie były jedynie czarnymi plamami w masce.

Mężczyzna dotknął twarzy Mackiego koniuszkami urękawicznionych palców. Rozległ się cichy zgrzyt. Potem Odźwierny odwrócił się i odszedł, kołysząc się lekko. Pod pachą niósł zwinięte drzwi.

Mackie oddalił się w przeciwnym kierunku, z uwagą omijając kałuże. Bardzo nie lubił mieć mokrych nóg. Dzisiejszej nocy Szczurzy Zaułek będzie gdzie indziej. Znajdzie go, bez obaw. Usłyszy jego zew, syrenią pieśń Szalejących Dżokerów, podobnie jak reszta tych, których przyciągało to miejsce, ofiary i gapie, których ekscytacja brała się częściowo z wiedzy, że w każdej chwili mogą się zamienić rolami.

Ale nie Mackie. W Szalejących Dżokerach Mackie był nietykalny. Nikt nie ważył się go zaczepiać w nocnym klubie potępieńców.

Wyszedł na Dziewiątą Ulicę i uderzył w niego wiatr od Hudson River, niosący woń dieslowskich spalin. Jego ruchliwa twarz wykrzywiła się w krótkim skurczu nostalgii i wstrętu. Poczuł się jak w hamburskim porcie, gdzie się wychowywał.

Schował ręce w kieszeniach i zwrócił się prawym, wyższym barkiem pod wiatr. Musi sprawdzić, czy nie ma dla niego wiadomości w punkcie kontaktowym w noclegowni przy Bowery Street. Szef załatwiał jakąś ważną sprawę w Atlancie. W każdej chwili może go potrzebować, a Mackie Majcher nie mógł znieść myśli, że przegapi chwilę, gdy będzie potrzebny.

Zanucił swoją piosenkę, swoją balladę. Szedł przed siebie, ignorując dźwięk pneumatycznych hamulców autobusu, brzmiący jak pisk dręczonego królika.

7:00

Szaleńcy przyszli wcześnie. Gdy tylko Jack Braun minął kordon policyjny otaczający hotel Atlanta Marriott Marquis, zobaczył setki delegatów. Większość nosiła swobodne stroje, a ich kamizelki oraz śmieszne kapelusze były ozdobione znaczkami z hasłami wyborczymi. Widział też kilka limuzyn wiozących partyjnych bossów oraz jasnoszarego chevroleta impalę. Na jego antenie powiewała flaga ze swastyką, a na przednim siedzeniu siedziało trzech mężczyzn o kamiennych twarzach, odzianych w mundury hitlerowskich szturmowców. Na tylnym z jakiegoś powodu nie było nikogo. Członkowie dwóch dżokerskich gangów wystawiali zniekształcone głowy z poobtłukiwanych volkswagenów mikrobusów, machając rękami do tłumów i śmiejąc się z reakcji przechodniów. Pojazdy były pokryte nalepkami wyborczymi Hartmanna oraz innymi sloganami wyborczymi. Jeden z nich głosił uwolnić gila, drugi zaś czarny pies rządzi.

Jack Braun pomyślał, że Gregg Hartmann nie byłby z tego zadowolony. W oczach opinii publicznej kojarzenia przyszłego prezydenta z dżokerskim terrorystą raczej nie można było uznać za dobrą strategię polityczną.

Jack czuł pot spływający mu po głowie. Nawet o siódmej trzydzieści rano w Atlancie było gorąco i parno.

Pojednanie przy śniadaniu. Za godzinę on i Hiram Worchester mieli zostać dobrymi przyjaciółmi. Zastanawiał się, dlaczego pozwolił, by Gregg Hartmann go do tego namówił.

Do licha z przechadzką — pomyślał ze złością. Przewietrzy sobie głowę w inny sposób. Odwrócił się i ruszył z powrotem do Marriotta.

Poprzednią noc spędził w swym apartamencie w hotelu, upijając się z czterema bezstronnymi superdelegatami z upalnego środkowego zachodu. Charles Devaughn, który kierował kampanią Gregga Hartmanna, zadzwonił do niego z sugestią, że odrobina hollywoodzkiego uroku mogłaby przeciągnąć niezaangażowanych do obozu Gregga. Zrezygnowany Jack świetnie rozumiał, co to miało znaczyć. Zadzwonił do kilku agentów, których znał. Gdy zjawili się superdelegaci, w apartamencie było już pełno burbona, szkockiej oraz autentycznych gwiazdek z Georgii, które zasłynęły z ról w filmach lokalnej produkcji, takich jak Kobiece roboty przymusowe czy Jatka na autorodeo. Gdy gdzieś o trzeciej nad ranem przyjęcie wreszcie się skończyło i ostatni kongresmen z Missouri wywlókł się na korytarz, obejmując Miss Peachtree z roku osiemdziesiątego czwartego, Jack doszedł do wniosku, że z pewnością zdobył dla Hartmanna parę głosów.

Czasami było to łatwe. Z jakiegoś powodu politycy często tracili panowanie nad sobą w towarzystwie celebrytów, nawet sławnych zdradzieckich asów i zgranych telewizyjnych Tarzanów, takich jak on. Wyblakła hollywoodzka charyzma połączona z łatwym seksem mogła złamać wolę nawet najbardziej doświadczonego politykiera. Rzecz jasna, w połączeniu z niewypowiedzianą groźbą szantażu. Jack wiedział, że Devaughn będzie zachwycony.

W jego głowie bębnił żelazny kocioł. Czekając na czerwonym świetle, Jack pocierał skronie. Dzika karta dała mu wielką siłę i wieczną młodość, ale nie broniła go przed kacem.

Ale przynajmniej to nie było hollywoodzkie przyjęcie. W takim przypadku musiałby się postarać o kokainę.

Sięgnął do kieszeni bluzy safari od Marksa & Spencera i wyciągnął pierwszego dziś camela bez filtra. Pochylił się, by osłonić zapałkę w swych wielkich dłoniach, i ponownie zobaczył jadącą ku niemu impalę ozdobioną flagą ze swastyką. W przedniej szybie widniały profile szturmowców w wojskowych czapkach. Gdy światło zmieniło się na żółte, samochód przyśpieszył.

Jack zauważył slogany na błotnikach. biała siła. auslander raus!

Przypomniał sobie, jak kiedyś uniósł wojskowego mercedesa pełnego peronistów i przewrócił go na dach.

Przypomniał sobie, jak krzyczał z gniewu, gdy niemieckie karabiny maszynowe zmieniły rzekę Rapido w białą pianę, jak bolały go ramiona, gdy ciągnął tonący ponton na północny brzeg, gdzie w krzakach było pełno czarnych hełmów i maskujących kurtek dywizji SS „Das Reich”, wszędzie padały pociski wystrzelone z Monte Cassino, połowa ludzi z jego drużyny zginęła bądź została ranna, ich ciała leżały na dnie pontonu, a krew mieszała się z wodą z rzeki...

Niech diabli wezmą politykę — pomyślał Jack.

Wystarczyłoby, żeby stanął przed impalą. Mógłby się postarać, by impet obalił go pod samochód. Potem wyrwałby z niego silnik i brunatne koszule zostałyby same w centrum Atlanty, otoczone przez bojowych dżokerów, liczną murzyńską ludność miasta oraz szalonych i potencjalnie niebezpiecznych ludzi, których przyciągnęły tu obłęd i chaos towarzyszące konwencji Partii Demokratycznej w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku.

Jack odrzucił zapałkę i postawił jedną nogę na jezdni. Impala przyśpieszyła jeszcze bardziej, starając się przejechać na żółtym świetle. Jack odsunął się, gapiąc się na przejeżdżających obok nazistów. Czarna swastyka wypaliła się na jego siatkówce.

Czwórka asów była martwa od prawie czterdziestu lat. Jack nie robił już takich rzeczy.

A szkoda.

8:00

Z radia płynęły głośne dźwięki muzyki U2. Nastolatek wybijał rytm widelcem, pijąc przez słomkę sok pomarańczowy ze szklanki. Krwawoczerwone włosy ostrzygł sobie krótko, pozostawiając tylko meszek na okrągłej czaszce, a także długi, cienki warkoczyk opadający na czarną, skórzaną kurtkę. Czarne tenisówki i spodnie od munduru dopełniały obrazu agresywnego punka, ale twarz była stanowczo zbyt młoda i delikatna, by mogła wyglądać naprawdę groźnie.

Kontrast ze stojącym przed telewizorem dziadkiem chłopaka był uderzający. Doktor Tachion mrużył z zainteresowaniem oczy, słuchając Jane Pauley z programu NBC Today, prowadzącej panel politycznych ekspertów. Kosmita wsparł skrzypce pod ostrym podbródkiem i pracowicie grał sonatę Paganiniego. Rozumiał być może co trzecie słowo, ale to nie miało znaczenia. Znał już wszystkie hasła. Słyszał je wielokrotnie podczas ciągnącej się miesiącami kampanii, zmierzającej ku temu miejscu. Ku Atlancie. Jeden czas — lipiec 1988. Jeden człowiek — Gregg Hartmann. Jeden cel — prezydentura Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Tachion spojrzał na Blaise’a i ukłonił się, wskazując na telewizor.

— To będzie zażarta bitwa.

Takizjanin wyglądał, jakby był gotowy do walki. Wdział bryczesy i buty z cholewami, a wokół wysokiego koronkowego kołnierza koszuli owiązał czarny halsztuk. Oficer Armii Napoleona nie mógłby wyglądać bardziej pstrokato niż ten drobny mężczyzna w błyszczącym, zielonym stroju. Na piersi, zamiast Orderu Podwiązki, miał plastikowy identyfikator zaświadczający, że jego nosiciel jest przedstawicielem prasy, pracującym dla „Krzyku Dżokerowa”.

Blaise skrzywił się i ugryzł spory kęs croissanta.

— Nudy — skwitował.

— Blaise, masz już trzynaście lat. Wystarczająco wiele, by zapomnieć o dziecinnych błahostkach i zainteresować się szerokim światem. Na Takis opuszczałbyś już pokoje kobiece i przygotowywałbyś się do rozpoczęcia intensywnej edukacji. Brałbyś na siebie odpowiedzialność wobec rodziny.

— Aha, ale nie jesteśmy na Takis, a ja nie jestem dżokerem. Dlatego chuj mnie to obchodzi.

— Co powiedziałeś? — zapytał dziadek chłopaka lodowatym tonem.

— Chuj. No wiesz, chuj. To stare słowo.

— Wulgarność nie przystoi dżentelmenom.

— Ty też tak mówisz.

— Rzadko. I, proszę, rób tak, jak ci mówię, nie tak, jak sam robię. — Tachion zdobył się jednak na zażenowany uśmieszek. — Dziecko, może i nie jesteśmy dżokerami, ale i tak musimy być ostrożni. Jesteśmy jedyni w swoim rodzaju i jeśli Barnett ze swą filozofią ucisku zasiądzie w Białym Domu, zniszczy nas tak samo, jak najbardziej nieszczęsnych mieszkańców Dżokerowa. Chciałby zamknąć nas wszystkich w izolatoriach. — Takizjanin prychnął pogardliwie. — Dlaczego po prostu nie nazwie ich obozami koncentracyjnymi? Jesteśmy tu obcy, Blaise. Urodziłeś się na Ziemi, ale w twoich żyłach płynie moja krew. Władasz moimi mocami i z tego powodu zawsze będziesz inny od powierzchniowców. Naturalna tendencja wszystkich gatunków nakazująca im popierać swoich i zwalczać obcych przez pewien czas pozostawała uśpiona w duchu ludzkości, ale to może się zmienić...

Blaise ziewnął. Tachion zamknął usta, przerywając potok słów. Zmieniał się w nudziarza. Jego wnuk był jeszcze młody, a młodość zawsze wiązała się z nieczułością i optymizmem. W życiu Tacha nie było jednak zbyt wiele miejsca dla optymizmu. Od czasu straszliwej nocy w czerwcu osiemdziesiątego siódmego nosił w swym DNA ciągle mutującego wirusa dzikiej karty. Na razie pozostawał on w stanie uśpienia, Takizjanin wiedział jednak, że wystarczy chwila silnego stresu, dojmującego bólu, przerażenia czy nawet radości, by obudzić wirusa, a jeśli nie będzie miał na tyle szczęścia, by wyciągnąć Czarną Damę i umrzeć, on również może zostać dżokerem. Trudno było liczyć na to, że znajdzie się w garstce szczęściarzy, którzy stawali się asami.

Ktoś zapukał do drzwi apartamentu. Zaskoczony kosmita uniósł brwi i kazał Blaise’owi otworzyć drzwi. Odłożył skrzypce.

— George!

Podenerwowany Tachion stał w drzwiach salonu, trzymając się futryny, by nie ujawnić gwałtownego gniewu i strachu, które go wypełniły.

— Co tu robisz? — zapytał cichym, opanowanym głosem.

George Steele, znany też jako Wiktor Demianow albo Gieorgij Władimirowicz Poliakow, odpowiedział na ledwie skrywaną wrogość kosmity obojętnym uniesieniem brwi.

— A gdzie indziej mógłbym być?

Chłopiec wypuścił z uścisku starszego, tęgiego mężczyznę i George pocałował go głośno w oba policzki.

— Pracuję dla „Brighton Beach Observer”. Zlecono mi napisanie relacji.

— Och, Ideale, cholerny rosyjski szpieg w hotelu, w którym aż się roi od agentów Secret Service. W dodatku przebywasz w moim apartamencie! — Tachion złapał się za serce, uspokoił oddech i uświadomił sobie, że Blaise słucha go z uwagą. — Zejdź na dół i... — Wyciągnął portfel. — Kup jakąś gazetę.

— Nie mam ochoty.

— Nie sprzeciwiaj mi się choć ten jeden raz!

— Dlaczego nie mogę zostać?

Płaczliwy ton powrócił.

— Jesteś tylko chłopcem. Nie powinieneś się mieszać w takie sprawy.

— Przed chwilą powiedziałeś, że jestem już prawie dorosły i powinienem się interesować sprawami dorosłych.

— Przodkowie!

Tachion osunął się na kanapę, ściskając głowę w dłoniach.

Poliakow uśmiechnął się półgębkiem.

— Być może twój dziadek ma rację... To naprawdę będzie nudne, mój drogi Blaise. — Położył po przyjacielsku dłoń na ramieniu chłopaka i popchnął go ku drzwiom. — Zajmij się czymś przyjemnym, podczas gdy ja i twój dziadek porozmawiamy o mroczniejszych sprawach.

— Ale nie pakuj się w żadne kłopoty! — zawołał Tachion gdy drzwi zatrzasnęły się za chłopakiem.

Potem posmarował croissanta dżemem, pogapił się na niego przez chwilę i odrzucił go z powrotem na talerz.

— Jak to się dzieje, że radzisz sobie z nim lepiej ode mnie?

— Ty próbujesz go kochać. Nie sądzę, by Blaise dobrze reagował na miłość.

— Nie chcę w to wierzyć. Ale co to za mroczne sprawy, o których musimy porozmawiać?

Poliakow osunął się na krzesło i zatroskany ujął dolną wargę między kciukiem i palcem wskazującym.

— Ta konwencja ma kluczowe znaczenie.

— To nie żart? Nie mówię o konwencji.

— Zamknij się i słuchaj! — Głos odzyskał nagle stalowy ton z dawnych czasów, gdy Wiktor Demianow znalazł zapijaczonego, załamanego Takizjanina w rynsztokach Hamburga i nauczył go trudnego rzemiosła współczesnego szpiega. — Chcę, żeby wykonał dla mnie pewne zadanie.

Tachion odsunął się, rozpościerając dłonie.

— Nie. Koniec z zadaniami. I tak już dałem ci więcej, niż powinienem. Wpuściłem cię z powrotem do swojego życia, pozwoliłem ci zbliżyć się do mojego wnuka. Ile jeszcze ode mnie chcesz?

— Bardzo wiele i zasługuję na to. Masz wobec mnie dług, Tancerzu. Przez twoją pomyłkę w Londynie utraciłem swój kraj i dawne życie. Uczyniłeś mnie wygnańcem...

— To kolejna rzecz, która nas ze sobą łączy — zauważył z goryczą Tachion.

— Tak. To i ten chłopak. — Poliakow wskazał na drzwi. — A także przeszłość, której nie sposób wymazać.

Raz jeszcze potarł nerwowo wargę palcami. Zaciekawiony Tachion uniósł głowę, ale stanowczo stłumił pragnienie wniknięcia w warstwy tego skrytego umysłu. Takizjańskie zasady zabraniały gwałcenia prywatności przyjaciela. A po latach, które spędzili razem we wschodnim i zachodnim Berlinie, pozostało wystarczająco wiele przyjaźni, by był winny Rosjaninowi tę uprzejmość. Jednakże kosmita nigdy dotąd nie widział, by Poliakow okazywał tak wielki niepokój. Przypomniał sobie wydarzenia z minionego roku — noce, gdy siedział do późna i pił, gdy Blaise już zasnął; bezkrytyczny entuzjazm, w jakim Poliakow słuchał, kiedy Tach i jego wnuk grali taniec węgierski na fortepian i skrzypce Johannesa Brahmsa; chwile, gdy Rosjanin powstrzymywał chłopaka przed użyciem jego straszliwej mocy przeciwko otaczającym ich bezbronnym ludziom.

Tachion przeszedł na drugą stronę pokoju i przykucnął przed Poliakowem, wspierając dłonie na jego kolanie dla zachowania równowagi.

— Choć raz przestań grać enigmatycznego Rosjanina i powiedz mi, czego chcesz. Czego się boisz.

Poliakow nagle złapał Tachiona za prawą dłoń. ból! Kończynę Takizjanina wypełnił ogień, który następnie przebiegł przez całe ciało, doprowadzając krew do wrzenia. Na jego skórze wystąpił pot. Z oczu popłynęły łzy. Tach zwalił się na podłogę, wspierając się na łokciach.

— na płonące niebo!

— To bardzo trafny okrzyk — stwierdził Poliakow z pozbawionym wesołości uśmiechem. — Takizjanie mają dar do takich rzeczy.

Tachion potarł chusteczką zwilgotniałą twarz, ale łzy nie przestawały płynąć. Przełknął ślinę, by stłumić łkanie. Rosjanin popatrzył na niego z zamyśloną miną.

— Co ci się stało, do licha?

— Nie mogłeś mi po prostu powiedzieć, że jesteś asem? — zawołał z goryczą Tach.

Poliakow wzruszył ramionami, wstał i wyjął z kieszeni na piersi chusteczkę do nosa. Kosmita zaciskał kurczowo palce na mokrej szmacie, w którą zmieniła się jego chusteczka.

— O co chodzi? Dałem ci tylko lekkie dotknięcie mojego ognia.

— Jestem nosicielem dzikiej karty i nawet to małe dotknięcie mogło uaktywnić wirus.

Tachion poczuł, że obejmują go silne ramiona. Wyszarpnął się z uścisku i wysmarkał mocno nos.

— Mamy dziś dzień wyznawania sekretów, nieprawdaż?

— Od jak dawna?

— Od roku.

— Gdybym wiedział...

— Wiem. Gdybyś wiedział, nie przestraszyłbyś mnie swym małym pokazem tak bardzo, że będzie mnie to kosztowało tysiąc lat życia. — Jego ubranie cuchnęło potem i strachem. Tachion zaczął się rozbierać. — Teraz wiem, dlaczego tak bardzo interesujesz się tą konwencją.

— Nie chodzi tylko o moją dziką kartę — mruknął Poliakow. — Jestem Rosjaninem.

— Tak — odparł Tach, oglądając się przez ramię po drodze do łazienki. Szum wody zagłuszył słowa tamtego. — słucham?

Poliakow poszedł za nim, narzekając po nosem. Zza zasłony kabiny Takizjanin usłyszał brzęk metalu o szkło.

— Co pijesz?

— A jak ci się zdaje?

— Nalej mi też.

— Jest ósma rano.

— W takim razie obaj wylądujemy w piekle pijani. — Tach pochylił się, wziął w rękę kieliszek i wypił wódkę, pozwalając, by woda spływała mu po plecach. — Za dużo pijesz — stwierdził.

— Obaj za dużo pijemy.

— To prawda.

— Na tej konwencji jest as.

— Jest tu od cholery i trochę asów.

— Ukryty as.

— Jasne. Siedzi u mnie w toalecie. — Tachion wysunął głowę zza zasłony. — Jak długo to potrwa? Nie możesz być odrobinę mniej ostrożny i zaufać mi choć w niewielkim stopniu?

Poliakow westchnął ciężko i wpatrzył się w swoje dłonie, jakby liczył włosy na grzbietach swych palców.

— Hartmann jest asem.

Tach wystawił głowę zza zasłony kabiny prysznicowej.

— Nonsens.

— Zapewniam, że to prawda.

— Masz dowody?

— Podejrzenia.

— To nie wystarczy. — Takizjanin zakręcił wodę i wystawił rękę zza zasłony. — Podaj mi ręcznik.

Poliakow rzucił mu go.

Kosmita wyszedł z kabiny i przyjrzał się sobie w lustrze, wycierając ręcznikiem rude, opadające do ramion włosy. Przyjrzał się bliznom na lewym ramieniu i dłoni, gdzie lekarze złożyli kości pogruchotane podczas ratowania Anielskiej Buzi. Pomarszczona blizna na udzie była pamiątką po kuli terrorysty z Paryża, a ta długa, na prawym bicepsie, pozostałością po pojedynku z kuzynem.

— Życie pozostawia w nas wiele śladów, czyż nie tak?

— Ile właściwie masz lat? — zapytał z zainteresowaniem Rosjanin.

— Uwzględniając obrót Ziemi wokół Słońca, osiemdziesiąt dziewięć, może dziewięćdziesiąt. W przybliżeniu.

— Kiedy cię poznałem, byłem młody.

— Tak.

— A teraz jestem stary, gruby i śmiertelnie przerażony. Z łatwością mógłbyś ustalić, czy mój strach ma realne podstawy, czy po prostu ulegam złudzeniom. Sprawdź Hartmanna, przeczytaj jego myśli, a potem podejmij odpowiednie kroki.

— Gregg Hartmann to mój przyjaciel. Nie czytam myśli przyjaciół. Nawet twoich nie czytam.

— Masz moje pozwolenie, jeśli to pomoże cię przekonać.

— Ideale, musisz naprawdę być przerażony.

— Masz rację. Hartmann jest... zły.

— To dziwne słowo w ustach wyznawcy materializmu dialektycznego.

— Ale odpowiednie.

Tachion potrząsnął głową, poszedł do sypialni i pogrzebał w szufladzie w poszukiwaniu świeżej bielizny. Czuł, że George stoi tuż za nim. Irytowała go bliskość tęgiego mężczyzny.

— Nie wierzę ci.

— Nie chcesz mi uwierzyć. To coś zupełnie innego. Ile wiesz o wczesnym okresie życia Hartmanna? W swej wędrówce przez świat zostawił za sobą trop tajemniczych śmierci i złamanych ludzi. Jego trener futbolu z liceum, współlokator z akademika...

— Miał pecha i często znajdował się w pobliżu tragicznych wydarzeń. To jeszcze nie znaczy, że jest asem. A może uważasz go za winnego tylko na podstawie skojarzenia?

— A co powiesz o polityku, którego dwa razy uprowadzono, ale w obu przypadkach udało mu się uciec w tajemniczych okolicznościach?

— Co w nich było tajemniczego? W Syrii Kahina zwróciła się przeciwko bratu i zaatakowała go. Nastąpił chaos, który umożliwił nam ucieczkę. W Niemczech...

— Współpracowałem z Kahiną.

— Co?!

— Po przybyciu do Ameryki. Gimli też. Biedny głupiec. Przyjechała do Ameryki, by zdemaskować Gregga Hartmanna.

— To ty tak mówisz.

— Tachion, nie okłamuję cię.

— Po prostu mówisz mi tylko tyle, ile ci odpowiada.

— Gimli go podejrzewał, a teraz nie żyje.

— To znaczy, że Gregg jest odpowiedzialny nawet za Tyfusowego Croyda? Gimlego zabił wirus, nie senator Hartmann.

— A Kahina?

— Pokaż mi ciało. Pokaż mi dowód.

— A co z Niemcami?

— A co ma być?

— Tą operacją kierował jeden z najlepszych agentów GRU. A mimo to uciekł jak nowicjusz. Ktoś nim manipulował. Daję słowo!

— Dajesz słowo! Dajesz słowo? Nie powiedziałeś mi nic oprócz obelg i insynuacji. Nic, na czym można by oprzeć te fantastyczne oskarżenia.

— Ile by cię kosztowało poddanie go próbie? Przeczytaj jego myśli i udowodnij mi, że się mylę.

Tachion zacisnął uparcie usta.

— Boisz się. Boisz się, że to, co ci mówię, jest prawdą. To nie jest takizjański honor i powściągliwość. To tchórzostwo.

— Bardzo niewielu ludzi mogłoby powiedzieć mi coś takiego i ujść z życiem. — Tachion włożył koszulę, nie przestając mówić sztywnym tonem wykładowcy. — Jako as z pewnością uwzględniłeś panujący klimat polityczny. Wyobraźmy sobie na moment, że masz rację i Gregg Hartmann rzeczywiście jest sekretnym asem. Co wtedy? Nie ma nic podejrzanego w tym, że człowiek mający ambicje polityczne ukrywa fakt, że jest dziką kartą. To nie jest Francja, gdzie bycie asem jest szczytem mody. Lepiej, że zachował w tajemnicy to, co i tak ukrywał przez całe życie.

— To zabójca, Tachion. Wiem o tym. Dlatego się ukrywa.

— Psy gończe się zbierają, George. Depczą nam po piętach. Wkrótce zapragną posmakować krwi. Gregg Hartmann to dla nas jedyna nadzieja powstrzymania nienawiści. Jeśli oczernimy Hartmanna, otworzymy drogę przed Barnettem i jego szaleńcami. Tobie nic nie zagrozi. Możesz się ukryć za tą swoją pozbawioną wyrazu twarzą. Ale co z moimi przybranymi, bękarcimi dziećmi, które czekają w parku? Ich deformacje są widoczne dla wszystkich. Co im powiem? Że człowiek, który bronił ich od dwudziestu lat, jest zły i trzeba go zniszczyć, ponieważ może być asem i ukrywać ten fakt?

Tachion otworzył szeroko oczy. Przyszła mu do głowy nowa możliwość.

— Mój Boże, niewykluczone, że właśnie dlatego cię tu przysłano. Żeby zniszczyć kandydata, którego boi się Kreml. Gdyby Hartmann został prezydentem...

— Co to znowu za bzdury? Zacząłeś czytać sensacyjne powieści szpiegowskie? Musiałem ratować się ucieczką. Nawet na Kremlu myślą, że nie żyję.

— Jak mógłbym ci uwierzyć? Dlaczego miałbym ci zaufać?

— Musisz sam sobie odpowiedzieć na te pytania. Nic, co mógłbym powiedzieć lub zrobić, nie zdoła cię przekonać. Powiem tylko jedno. Mam nadzieję, że wydarzenia ostatniego roku udowodniły przynajmniej tyle, że nie jestem twoim wrogiem.

Poliakow podszedł do drzwi.

— I to wszystko? — zapytał Tachion.

— Dalsza rozmowa do niczego by nie prowadziła.

— Przyszedłeś tu i spokojnie oznajmiłeś, że Gregg Hartmann to as zabójca, a teraz sobie idziesz?

— Dałem ci wszystko, co mam. Reszta należy do ciebie, Tancerzu. — Przez chwilę wyraźnie walczył ze sobą. — Ale jeśli nie podejmiesz koniecznych kroków, bądź pewien, że ja to zrobię.

Po przejściu na drugą stronę ulicy Jack uświadomił sobie, że nie musi dłużej się narażać na lipcowy upał. Mógł dotrzeć do Marriotta przez Peachtree Mall. Klimatyzacja przyniosła mu ulgę. Wjechał schodami ruchomymi na najwyższe piętro i stanął twarzą w twarz z członkami grupy Charyzmatyczni Katolicy dla Barnetta. Wszyscy chodzili wkoło, odmawiając modlitwy różańcowe. W rękach trzymali transparenty z hasłami oraz portretami swego kandydata. Jedno z haseł głosiło: powstrzymać przemoc dzikich kart. To był obowiązujący w tym tygodniu eufemizm oznaczający „Zamknąć dzikie karty w obozach koncentracyjnych”.

To dziwne — pomyślał Jack. Barnett głosi, że Kościół katolicki to narzędzie szatana, a mimo to katolicy modlą się za niego.

Przeszedł obok nich. Pot stygł na jego czole. Dwóch czarnych chłopaków obwieszonych znaczkami z Jesse Jacksonem przerzucało się dużymi styropianowymi samolocikami. Delegaci w śmiesznych kapeluszach tłoczyli się w restauracjach. Nadeszła pora śniadania.

Jeden z samolocików pomknął w stronę Jacka, obniżając szybko lot. Mężczyzna uśmiechnął się i złapał go nad podłogą. Uniósł rękę, by rzucić go z powrotem właścicielowi, ale zatrzymał się nagle, spoglądając z zaskoczeniem na samolocik.

Nadano mu kształt Sokolicy, o rozpiętości skrzydeł prawie sześćdziesięciu centymetrów. Sławny biust, na który Jack nieraz z radością się gapił na pokładzie „Ułożonej Talii”, oddano z najdrobniejszymi szczegółami. Tylko struktura ogona nie miała anatomicznego charakteru, zapewne z uwagi na wymogi aerodynamiki. Na ogonie napisano małymi literkami: „samolociki latający asowie. Zbierz wszystkie”.

Jack zastanawiał się, czy Sokolica dostaje za to jakieś tantiemy. Chłopcy zatrzymali się może z piętnaście metrów od niego, czekając na samolocik. Jack uniósł rękę i rzucił, tym samym ruchem, jakiego używał przed laty, grając w futbol. Dodał też odrobinę swej mocy. Z jego ciała spłynęła delikatna złota aura. Samolocik przemknął po prostej linii przez całą galerię, brzęcząc niczym lecący owad.

Dzieciaki spojrzały na samolocik, następnie na Jacka, a później znowu na samolocik. Wreszcie pobiegły za swoją Sokolicą.

Ludzie gapili się na niego. Jack poczuł przypływ szaleńczego optymizmu. Może powrót do publicznej działalności nie będzie aż taki zły. Roześmiał się i ponownie popędził przez galerię.

Po drodze spotkał sprzedawcę samolocików. Na stoliku przed nim leżały przykładowe egzemplarze. Jack poznał Skaczącego Ognika oraz JB1 Śmiga. Był tam też przypominający frisbee obiekt zapewne mający być Żółwiem.

Pokazał swój identyfikator oraz klucz do pokoju policjantom otaczającym kordonem Marriotta, a następnie wszedł do wielkiego atrium w kształcie zwężki. W Marriotcie mieściła się kwatera główna Hartmanna. Niemal wszyscy widoczni tu ludzie nosili jego barwy. Latający Asowie, rzucani z balkonów kreślili śmiałe pętle nad ich głowami. W jakimś niewidocznym miejscu ktoś grał na organach Hammonda.

Jack podszedł do biurka w celu sprawdzenia, czy nikt nie zostawił dla niego wiadomości. Charles Devaughn chciał, żeby Jack do niego zadzwonił. Jedna z gwiazdek z Georgii też. Która to była Bobbie? — próbował sobie przypomnieć. Ta cycata ruda? A może blondynka z robót przymusowych, która przez połowę przyjęcia chwaliła się swymi drogimi implantami zębów i demonstrowała ćwiczenia zapobiegające cellulitowi?

Dopóki konwencja się nie skończy, i tak raczej nie będzie miał czasu na życie osobiste.

Włożył kartki z wiadomościami do kieszeni i odwrócił się od biurka. Kolejny Latający As wylądował tuż pod jego nogami. Schylił się odruchowo, by go podnieść, i zobaczył wymodelowaną białą apaszkę, pilotkę oraz skórzaną kurtkę.

Przez długi czas gapił się na zwisający z jego dłoni samolocik. Cześć, Earl — pomyślał.

Przez chwilę naprawdę wierzył, że wszystko będzie w porządku. Udało mu się zawrzeć rozejm z Tachionem, a może Gregg Hartmann zdoła przekonać nieprzejednanych, takich jak Hiram Worchester. Może cała reszta zapomniała o Czwórce Asów, HUAC i zdradzie Jacka. Może będzie mógł wrócić do działalności publicznej, zrobić coś pożytecznego i nie spieprzyć sprawy. Może wreszcie przestaną go dręczyć duchy przeszłości.

Daj sobie z tym spokój, chłopaku z farmy. To dziwne, że po tylu latach nadal dokładnie wiedział, co powiedziałby Earl Johnson. Wyprostował się maksymalnie i rozejrzał się nad głowami tłumu, zastanawiając się, czy ktoś specjalnie się postarał, by samolocik spadł tam, gdzie spadł, by uświadomić asowi judaszowi, że nie wszyscy zapomnieli o jego uczynkach. Bóg wiedział, że Jack musiał wyglądać śmiesznie, gdy tak się pochylał nad samolocikiem, na jego twarzy malowały się wyrzuty sumienia, a z dłoni zwisała podobizna dawnego przyjaciela i ofiary.

Żegnaj, Earl — pomyślał. A teraz uważaj na siebie.

Uniósł rękę nad głowę i rzucił. Samolocik pomknął w górę, nie przestając się wznosić, aż zniknął mu z oczu.

Gregg czuł głód.

Nie miał on nic wspólnego z polityką ani ze świadomością, że pod koniec tygodnia może otrzymać nominację prezydencką Partii Demokratycznej. Zjeżdżał windą w Marriotcie, zmierzając na śniadanie z Jackiem Braunem i Hiramem Worchesterem. Głód palił jego wnętrzności niczym płonący fosfor. Tego pulsującego ognia z pewnością nie ugasi kilka croissantów i kawa.

To był głód Lalkarza i żądał bólu. Przynajmniej część wewnętrznej walki z pewnością odbiła się na twarzy senatora, bo jego asystentka, Amy Sorenson, pochyliła się ku niemu i dotknęła niepewnie jego ramienia.

— Panie senatorze...?

Odziany w nieskazitelnie biały uniform Carnifexa Billy Ray, przydzielony Hartmannowi na czas konwencji jako osobisty strażnik, obejrzał się za siebie, stojąc przy drzwiach windy. Gregg zmusił się do ziewnięcia i profesjonalnego uśmiechu.

— To tylko zmęczenie, Amy. Nic więcej. To była długa kampania, a, na Boga, ten tydzień będzie jeszcze dłuższy. Kilka kubków kawy i poczuję się lepiej. Będę mógł stawić czoło hordom.

Amy wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Billy Ray ponownie skierował uwagę na drzwi, ignorując widok ogromnego, surrealistycznego holu hotelu Marriott Marquis.

— Ellen nie miała kłopotów, prawda?

— Nie miała — zapewnił Gregg, spoglądając na coraz bliższą podłogę holu. Duży, styropianowy samolocik przeleciał obok nich po szerokim łuku, zmierzając ku zatłoczonej restauracji na dole. Gdy winda minęła latający obiekt, Gregg zauważył, że nadano mu kształt kobiety z ptasimi skrzydłami, z twarzy podejrzanie przypominającej Sokolicę. Gdy już dostrzegł pierwszy samolocik, zorientował się, że w przestrzeni nad holem wykonuje akrobatyczne manewry kilka podobnych. — Od pierwszego trymestru nie miała nudności. Oboje czujemy się dobrze. Po prostu jesteśmy zmęczeni.

— Nie powiedział mi pan, czy chcecie chłopca, czy dziewczynkę.

— Nieważne. Byle tylko było zdrowe.

Numery pięter zmniejszały się z każdą chwilą. Greggowi zatrzeszczało w uszach z powodu zmiany ciśnienia. Ukryty w nim Lalkarz warknął ze złością. Nie czujesz się dobrze. Kilka kubków kawy. Jego cień promieniował niesmakiem. Wiesz, jak długo czekałem? Wiesz, ile czasu minęło?

Siedź cicho. W tej chwili nie możemy nic na to poradzić.

Lepiej, żeby to nie potrwało zbyt długo. Słyszysz, Greggie?

Gregg zapędził moc z powrotem do jej mentalnej klatki. Ten wysiłek sporo go kosztował. Lalkarz stawiał opór. Jego drażniący gniew był nieustannie wyczuwalny. Potrząsnął prętami klatki.

Ostatnio ciągle nimi potrząsał.

Ten problem pojawił się dopiero przed kilkoma miesiącami. Z początku zdarzało się to rzadko i Gregg myślał, że to jakaś dziwna anomalia, być może efekt znużenia długą kampanią. Ale takie incydenty przytrafiały się coraz częściej.

Gdy tylko Lalkarz próbował się nasycić mrocznymi, gwałtownymi emocjami, między nim a jego ofiarami pojawiała się mentalna ściana. Jakaś zewnętrzna siła odpychała go, zmuszała do odwrotu. Lalkarz wył wściekle, gdy pękał łańcuch łączący go z lalką.

Gregg modlił się o to, by problem zniknął, lecz on nie przestawał narastać. W dwóch ostatnich tygodniach blokada pojawiała się za każdym razem, gdy Lalkarz próbował zaspokajać swój głód. Niedawno senator zaczął też wyczuwać drwiący śmiech towarzyszący ingerencji, słaby szept na granicy słyszalności.

Moc mieszkająca w jego wnętrzu stawała się zdesperowana i niepowstrzymana. Gregg obawiał się, że wewnętrzna walka zaczyna być dostrzegalna.

Daj mi trochę czasu, a pokażę ci, kto jest prawdziwą lalką. Dobitnie ci zademonstruję, który z nas ma władzę.

Moc wyrwała się na moment spod kontroli senatora, rzucając mu wyzwanie. Gregg uciszył ją wysiłkiem woli, ale nie przestawała wrzeszczeć, gdy po raz kolejny otaczał ją mentalnymi kratami. Lalkarz pluł i bełkotał. To ty jesteś jebaną lalką, słyszysz? Będziesz przede mną pełzał! Jasne? Potrzebujesz tego tak samo jak ja. Jeśli zginę, umrzesz razem ze mną. Beze mnie nie masz nic.

Gregg spocił się z wysiłku, ale zwyciężył. Zamknął oczy i oparł się o ścianę windy, która zatrzymała się z nagłym szarpnięciem na parterze. Lalkarz pogrążył się w ponurym milczeniu. Amy przyglądała się z troską senatorowi.

Drzwi się otworzyły. Uderzyły w nich chłód i hałas wypełniające hol. Większość tłoczących się tam ludzi nosiła znaczki i kapelusze Hartmanna. Niektórzy z nich go zauważyli. Rozległy się krzyki. Tłum popędził w jego stronę, ale czekający w pogotowiu ludzie z Secret Service wprawnie przecięli drogę zwolennikom senatora. Gregg uśmiechnął się i pomachał ręką.

— Hartmann! Hartmann! — zaczęli skandować. Cały hol powtórzył echem ich okrzyk.

— Ale cyrk, co? — odezwała się Amy, potrząsając głową.

Ray poprowadził Gregga w stronę prywatnego pokoju, gdzie miał się spotkać z Hiramem i Braunem, a następnie zajął pozycję pod drzwiami. Senator wszedł do środka. Klimatyzacja była tu bardziej uciążliwa niż w holu. Zadrżał i potarł ramiona. Obecny był tylko Jack, Złoty Chłopiec — wysoki, przystojny mężczyzna, sprawiający wrażenie, jakby nie postarzał się nawet o jeden dzień od najlepszych dni Czwórki Asów. Nadal wyglądał jak gwiazdor filmowy, którym kiedyś był. Wstał, by przywitać Gregga. Sprawiał wrażenie przybitego. Senatora to bynajmniej nie dziwiło. Nie liczył na to, że Braun ucieszy się z propozycji pojednania. Szczerze mówiąc, guzik go to obchodziło. Zmusi ich do zakopania topora wojennego, przynajmniej na użytek publiczności.

— Senatorze. Amy — odezwał się Braun, nieco zbyt długo zatrzymując spojrzenie na asystentce Hartmanna. To również raczej nie zaskoczyło Gregga. Wiedział o ich romansie. Lalkarz znał bardzo wiele tajemnic. — Dzień dobry. Jak się czuje Ellen?

— Z każdym dniem robi się coraz większa — odparł Gregg. — I czuje się bardzo zmęczona. Jak my wszyscy.

— Wiem, co masz na myśli. Czujesz się gotowy rozpocząć walkę?

— Myślałem, że już ją rozpoczęliśmy, Jack — zauważył Gregg. Jego ponury, pełen irytacji głos ostro kontrastował z serdecznym tonem Brauna. Zmusił się do uśmiechu.

Złoty Chłopiec popatrzył na niego dziwnie, a po chwili roześmiał się.

— Pewnie masz rację. Wiesz, jacy są Kalifornijczycy. Nawet lekki jet lag wydaje się nam uciążliwy. Większą część nocy zajęło mi spotkanie z niezobowiązanymi superdelegatami. Myślę, że doszliśmy do porozumienia. Hej, czy nie mówiłeś, że Worchester tu przyjdzie?

— Nie widziałeś go dziś rano? — zapytał Gregg, marszcząc z irytacją brwi.

— Jeszcze nie. To niepodobne do niego, by opuścił posiłek, choć zapewne przywiózł ze sobą własny, bo słyszałem, że nawet Bello Mondo nie spełnia jego standardów. — Braun skrzywił się i wzruszył ramionami. — Hej, wiem, że zaprosiłeś nas na to śniadanie, bo chcesz, żebyśmy się pogodzili. Doceniam tę próbę. Sam bym tego pragnął. Ale może Hiram nie jest tak skłonny do wybaczenia, jak ci się zdawało.

— Nie wierzę w to, Jack.

Złoty Chłopiec uśmiechnął się półgębkiem. W tym grymasie było wiele goryczy.

— Tobie nigdy nie podał talerza z trzydziestoma srebrnikami.

— Amy... — zaczął Gregg.

— Już się robi, panie senatorze — odezwała się jego asystentka. — Znajdę go albo umrę z głodu podczas poszukiwań. Niech pan zostawi dla mnie bułkę, zgoda?

Gdy wyszła z pomieszczenia, senator spojrzał na Brauna.

— W porządku, w takim razie zjedzmy śniadanie. Jak Hiram przyjdzie, to będzie.

Te słowa zabrzmiały ostrzej, niżby tego pragnął. Nie był w nastroju na gierki. Lalkarz nieustannie szarpał się w swojej klatce. Braun znowu spojrzał na niego osobliwie, ale nim as zdążył cokolwiek powiedzieć, Gregg potrząsnął głową i zbył ból machnięciem ręki. — Boże, to zabrzmiało okropnie. Przepraszam, Jack. Nie jestem dziś sobą. Pokaż mi, gdzie znajdę dzbanek z kawą, dobra?

To dziwne — pomyślał Braun. Nigdy dotąd nie czuł się nieswojo w towarzystwie Hartmanna. Teraz jednak, gdy spotkał się z człowiekiem, który był jego kandydatem na prezydenta, człowiekiem, który namówił go, by wyszedł z odosobnienia i przyłączył się do jego krucjaty, przekonał się, że coś jest nie w porządku.

Jestem zmęczony — pomyślał. Gregg również. Nikt nie może być charyzmatyczny przez cały czas.

Nalał sobie kawy. Filiżanka zagrzechotała na spodku. Może to był kac, a może nerwy. Jack nie przyszedłby na to spotkanie, gdyby nie to, że Gregg osobiście go zaprosił.

— Widziałem na ulicy samochód pełen nazistów — poinformował Hartmanna. — W mundurach.

— Klan też tu jest. — Senator potrząsnął głową. — Istnieje możliwość poważnej konfrontacji. Prawicowe świry lubią takie rzeczy. To przyciąga uwagę.

— Całe szczęście, że i Żółw tu się zjawił.

— Tak. — Hartmann spojrzał na niego. — Nigdy go nie spotkałeś, prawda?

Jack uniósł rękę.

— Proszę. — Uśmiechnął się, by zamaskować nerwowość. — Ograniczmy się do jednego pojednania dziennie, zgoda?

Hartmann zmarszczył brwi.

— Czy są między wami jakieś problemy?

Jack wzruszył ramionami.

— Nic mi o tym nie wiadomo. Po prostu... przyjąłem założenie, że będą.

Senator podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu. W jego oczach widniała troska.

— Zbyt wiele bierzesz na siebie, Jack. Uważasz, że wszyscy mają ci za złe twoją przeszłość, a to po prostu nieprawda. Musisz się odsłonić, pozwolić, by ludzie cię poznali.

As spojrzał na kawę wirującą w jego filiżance i pomyślał o Earlu Sandersonie, który spadając, rozbił się u jego stóp.

— Zgoda, Gregg. Spróbuję.

— Jesteś ważny dla tej kampanii, Jack. Przewodniczysz delegatom z Kalifornii. Nie wybrałbym ciebie, gdybyś nie był odpowiedni do tego zadania.

— Może cię z tego powodu spotkać parę nieprzyjemności. Ostrzegałem cię.

— Jesteś ważny, Jack. Symbolizujesz coś złego, co wydarzyło się dawno temu, coś, czego powtórce próbujemy zapobiec. Reszta Czwórki Asów była ofiarami, ale ty również. Zapłacili za to więzieniem, wygnaniem albo życiem, ale ty... — Hartmann uśmiechnął się chłopięco, niemalże przepraszająco. — Być może zapłaciłeś utratą szacunku dla siebie. Któż potrafiłby stwierdzić, czy na dłuższą metę to nie jest gorsze? Ich cierpienia się skończyły, lecz twoje wciąż trwają. Myślę, że to wyrównało się już dawno i wszyscy wycierpieli zbyt wiele. — Uścisnął ramię Jacka. — Potrzebujemy cię. Jesteś dla nas ważny. Cieszę się, że jesteś z nami.

Jack zapatrzył się na senatora. Cynizm dźwięczał w jego umyśle niczym dzwony pogrzebowe. Czy Gregg mówił poważnie? Śmierć, szaleństwo i więzienie miałyby się równoważyć z utratą jego bezwartościowej godności?

Hartmann z pewnością śmiał się z niego w duchu, ukrywał drwinę pod poważną miną.

As potrząsnął głową. Od czasu, gdy spotkał go po raz pierwszy na pokładzie „Ułożonej Talii”, senator zawsze potrafił poprawić mu nastrój. To, co powiedział mu teraz, nie różniło się zasadniczo od tego, co mówił wcześniej. Teraz jednak zabrzmiało to jak odruchowe gadanie polityka, a nie słowa zatroskanego przyjaciela.

— Czy coś się stało, Gregg? — zapytał.

Hartmann opuścił rękę i odwrócił się odrobinę od niego.

— Przepraszam — rzekł. — Ostatnio żyję w sporym napięciu.

— Potrzebny ci odpoczynek.

— Pewnie wszyscy go potrzebujemy. — Hartmann odchrząknął. — Charles mówił, że wczoraj dużo dla nas zrobiłeś.

— Załatwiłem dla kilku kongresmenów gorzałę i dziwki, to wszystko.

Senator roześmiał się.

— Charles podał mi ich nazwiska i numery pokojów. Zadzwonię do nich zaraz po śniadaniu. Może...

Drzwi się otworzyły. Hartmann poderwał się, rozlewając kawę. Odwrócił się i zobaczył, że to nie Hiram Worchester, lecz Amy. Zawstydzony swą nerwową reakcją as sięgnął po serwetkę.

— Przepraszam, że wam przeszkadzam. Właśnie dostałam telefon z Dżokerowa, od Futrzaka. Poczwarkę znaleziono martwą w Nowym Jorku. Śmierć była powiązana z użyciem talentów asów.

Jack zaniemówił z zaskoczenia. Spędził z Poczwarką wiele miesięcy na pokładzie „Ułożonej Talii” i choć nigdy nie czuł się swobodnie w jej towarzystwie — narządy i mięśnie widoczne wewnątrz przezroczystego ciała przypominały mu o wielu rzeczach, które ujrzał podczas drugiej wojny światowej i potem w Korei — podziwiał ją w abstrakcyjny sposób za to, jak sobie radziła ze swoją deformacją. Jego uznanie wzbudzał również jej kulturalny akcent, papierośnica, antyczna talia do gry oraz ironiczny dystans, jaki zachowywała.

Twarz Hartmanna zesztywniała.

— Jakieś szczegóły? — zapytał z napięciem w głosie.

— Najwyraźniej pobito ją na śmierć. — Amy wydęła wargi. — Barnett może to wykorzystać w celach propagandowych. Kolejny przykład „przemocy dzikich kart”, którą trzeba powstrzymać.

— Dobrze ją znałem — rzekł Hartmann z napięciem w głosie. Jego twarz stała się nieruchomą maską. To było niezwykłe u człowieka zwykle tak otwartego wobec przyjaciół.

Jack zadał sobie pytanie, czy ta śmierć ma jakieś aspekty, o których on nic nie wie.

— Tony Calderone przyjechał wczoraj późnym wieczorem — dodała Amy. — Może powinien mu pan zlecić przygotowanie oświadczenia, na wypadek, gdyby Barnett próbował to wykorzystać.

— Tak, będę musiał to zrobić — zgodził się z westchnieniem Hartmann. — Spojrzał na Złotego Chłopca. — Jack, obawiam się, że muszę cię opuścić.

— Czy powinienem sobie pójść?

W oczach senatora znowu pojawiła się troska.

— Byłbym ci wdzięczny, gdybyś został. Obaj z Hiramem Worchesterem zaliczacie się do moich najpopularniejszych zwolenników. Bardzo byście mi pomogli, gdybyście zdołali zapomnieć o dzielących was różnicach.

Jack przez chwilę zastanawiał się nad tym, czy Judasz i święty Paweł kiedykolwiek zdołali zapomnieć o dzielących ich różnicach.

Westchnął. Prędzej czy później to będzie musiało się zdarzyć.

— Ja nie mam problemów z Worchesterem, Gregg. To on ma problem ze mną.

— W porządku — odparł z uśmiechem Hartmann. Uniósł rękę i ponownie uścisnął ramię Jacka.

Po wyjściu senatora i Amy w pokoju zrobiło się bardzo pusto. Jack wpatrywał się w stygnące na bufecie śniadanie.

Oczami umysłu widział rozbijający się raz po raz samolocik Earla.

9:00

— Saro — odezwał się Ricky Barnes. — Daj sobie spokój z tą sprawą z Hartmannem. To zmienia się w nerwicę natręctw.

Siedzieli za okrągłym stolikiem nakrytym ceratą w zieloną kratę, tuż obok okna Le Peep. Na dworze grupka delegatów z farmerskich stanów, noszących krzykliwe krawaty, przesuwała się wzdłuż jelita prostego Peachtree Center, zmierzając do holu Hyatta. Kolejni delegaci rywalizowali o przestrzeń z paprociami w doniczkach, starając się zaspokoić głód lekką kuchnią nabiałową. Mieli do wyboru tylko to, fast foody albo hotelowe restauracje, w których zarezerwowano już miejsca aż do następnego stulecia.

— W „Rolling Stone” napisali, że to choroba lat osiemdziesiątych — stwierdziła Sara Morgenstern, krojąc omlet widelcem. Jasne prawie jak śnieg włosy zaczesała dziś z lewej do prawej. Miała na sobie prostą, różową sukienkę, sięgającą kolan, Założyła nogę na nogę, demonstrując czarne jak noc pończochy, a jej buty na koturnach były zupełnie białe.

Barnes wziął do ust kęs omletu z tofu i szpinakiem. Marynarkę od prostego czarnego garnituru zawiesił na oparciu krzesła. W szelkach i białej koszuli wyglądał jak pastor Południowego Kościoła Metodystycznego z czasów filmu Kto sieje wiatr. Obraz psuły jedynie modne złote, druciane okulary.

— AIDS staje się dla niej coraz silniejszą konkurencją. Ale, szczerze mówiąc, jesteś daleko od swych terenów w Dżokerowie, wszystkim, co będziesz przysyłała w tym tygodniu z Atlanty, zajmuje się waszyngtońskie biuro, które nie będzie tak wyrozumiałe dla twoich małych obsesji, jak biuro w Nowym Jorku. Senator Gregg jest ulubieńcem „Post”. Można by pomyśleć, że to Katie Graham go wymyśliła. Nie będzie zadowolona, że rzucasz w niego kamieniami.

— Jesteśmy dziennikarzami, Ricky — odpowiedziała, pochylając się do przodu i wyciągając rękę, jakby chciała dotknąć jego dłoni spoczywającej obok talerza. Jej białe palce zatrzymały się kilka milimetrów od jego palców barwy mlecznej czekolady. Ricky nie zareagował. Był jej starym przyjacielem. Przed kilku laty przejął od niej prowadzenie kursu dziennikarstwa na Columbia University i wiedział, że jej powściągliwość nie ma nic wspólnego z jego rasą. — Musimy pisać prawdę.

Ricky potrząsnął długą, wypielęgnowaną głową.

— Saro, Saro. Nie jesteś naiwna. Piszemy to, czego chcą właściciele gazet albo nasi koledzy po fachu. Jeśli prawda pechowo wpadnie w dziurę między jednym a drugim, nie będzie miała żadnego poparcia. Poza tym, cóż to jest prawda, jak kiedyś zapytał pewien facet, który umywał ręce?

— Prawda brzmi tak, że Gregg Hartmann to morderca i potwór. A ja go zdemaskuję.

Gdy Hiram Worchester, powłócząc nogami, wszedł do pokoju, Jack odruchowo zaczął wstawać z krzesła. Powstrzymał się jednak i usiadł z powrotem ze swą kawą i papierosem. Obaj z Hiramem byli na „Ułożonej Talii” i nawet jeśli nie zostali przyjaciółmi, nie potrzebowali formalności.

Hiram wyglądał, jakby nie spał całą noc. Ruszył bez słowa do bufetu, wziął sobie talerz i zaczął go napełniać.

Jack czuł pot spływający mu po głowie. Jego serce co kilka sekund zmieniało rytm. Czemu, do licha, tak się denerwuję? — zadał sobie pytanie i zaciągnął się głęboko camelem.

Hiram cały czas nakładał na talerz. Jack zadał sobie pytanie, czy jego nowym talentem dzikiej karty nie jest przypadkiem niewidzialność.

Restaurator odwrócił się, żując faworka, jakby właściwie nie czuł jego smaku, i zajął miejsce naprzeciwko Jacka. Na pokładzie „Ułożonej Talii” pomagał sobie swą zdolnością panowania nad grawitacją, by znacznie zmniejszyć swój ciężar, dzięki czemu wydawał się dziwnie zwinny. Teraz jednak najwyraźniej tego nie robił. Skierował na Jacka spojrzenie matowych, przypominających kulki marmuru oczu.

— Braun — odezwał się. — To spotkanie nie było moim pomysłem.

— Moim również nie.

— No wiesz, w młodości uważałem cię za bohatera.

Wszyscy musimy kiedyś dorosnąć — pomyślał Jack, ale postanowił, że nie powie tego na głos. Niech Hiram też ma swoją chwilę.

— Sam nigdy się nie podawałem za bohatera — mówił dalej Hiram. Jack odnosił wrażenie, że restaurator pracował nad tą przemową już od dłuższego czasu. — Jestem grubasem, który prowadzi restaurację. Nigdy nie byłem na okładce „Life’a” ani nie grałem w filmie. Ale jestem lojalny wobec przyjaciół.

To świetnie, kolego. Tym razem Jack omal nie powiedział tego na głos. Pomyślał jednak o Earlu Sandersonie spadającym na posadzkę Marriotta i zachował milczenie.

Usunął mruganiem pot z oczu. Dlaczego sam się na to skazuję? — zadał sobie pytanie.

Hiram mówił dalej, mechanicznie jak robot:

— Gregg powiedział mi, że wykonałeś świetną robotę w Kalifornii. Mówi, że moglibyśmy przegrać, gdyby nie poparcie celebrytów i pieniądze, które zorganizowałeś. Jestem ci za to wdzięczny, ale wdzięczność to nie to samo, co zaufanie.

— W polityce nie ufałbym nikomu, Worchester — ostrzegł go Jack. Zaraz jednak zadał sobie pytanie, czy ten modny cynizm był szczery. Ufał Greggowi Hartmannowi, wiedział, że jest on autentycznie dobrym człowiekiem, i pragnął jego zwycięstwa w wyborach bardziej niż czegokolwiek od trzydziestu lat.

— To ważne, by Gregg Hartmann wygrał te wybory, Braun. Leo Barnett jest amerykańską wersją Nur al-Allaha. Pamiętasz Syrię? Pamiętasz dżokerów kamienowanych na ulicach? — W oczach Hirama pojawił się osobliwy błysk. Restaurator uniósł pięść i zacisnął ją, zapominając, że trzyma w niej jeszcze połowę ciastka. — Taka jest stawka, Braun. Zrobią wszystko, co w ich mocy, by nas powstrzymać. Posłużą się przekupstwem i zniesławieniem, spróbują nas uwieść i uciekną się do przemocy. Gdzie wtedy będziesz, Braun? Gdzie będziesz, gdy zaczną naprawdę przykręcać śrubę? — zapytał głośniej.

Jacka nagle opuściła nerwowość. Wypełnił go zimny gniew. Miał już tego dość.

— Nie... było... cię... tam... — powiedział Jack.

Hiram przerwał. Zorientował się, że miażdży w uniesionej dłoni kawałek ciasta.

— Kurwa... nie... było... cię... tam...

Te słowa płynęły z jakiegoś miejsca ukrytego wewnątrz Jacka, miejsca przypominającego spowity półmrokiem cmentarz, miejsca pozbawionego ciepła, bezkresnej równiny porośniętej jesienną trawą i usianej szarymi kamieniami — pamiątkami po śmierci Earla, Blythe, Archibalda Holmesa, wszystkich chłopaków, których znał w Piątej Dywizji, tych którzy zginęli po przejściu przez Rapido, małych sylwetek leżących niczym garści pyłu pod ostrzałem dział z Monte Cassino...

Jack wstał i odrzucił papierosa.

— Worchester, jak na kogoś, kto nie ma ambicji uchodzić za bohatera, potrafisz wygłaszać świetne przemowy. Może powinieneś zostać politykiem.

Szybkim, gwałtownym ruchem Hiram otarł ciasto serwetką z dłoni.

— Mówiłem Greggowi, że nie można ci ufać, ale on zapewniał, że się zmieniłeś.

— Może ma rację — odparł Jack. — A może się myli. Pytanie brzmi, co możesz w tej sprawie zrobić?

Hiram odrzucił serwetkę i wstał ciężko na nogi niczym blada góra wlokąca się na bitwę.

— Zrobię to, co będę musiał! — oznajmił ostro. — To bardzo ważna sprawa!

Jack odsłonił zęby w uśmiechu godnym rosomaka.

— Nie możesz tego wiedzieć. Nie poddano cię próbie. Nie było cię tam. — Wybuchnął scenicznym śmiechem niczym Basil Rathbone stojący na balkonie i drwiący z wieśniaków. — O mnie wszyscy słyszeli, Worchester, ale tobie nikt dotąd nie przykręcił śruby. Nikt nie zażądał, byś zdradził przyjaciół. Nie byłeś tam i nie będziesz wiedział, jak się zachowasz, dopóki to się nie wydarzy. — Ponownie się uśmiechnął. — Uwierz mi na słowo.

Hiram jakby oklapł pod wpływem uśmiechu Jacka. Kolor odpłynął z jego twarzy. Ku zaskoczeniu Złotego Chłopca masywny mężczyzna zachwiał się na nogach i osunął na krzesło. Sprężyny pękły. Grubas złapał za kołnierz, jakby się dusił, odsłaniając bolesny wrzód na szyi.

Jack gapił się na to ze zdumieniem. Granitowa góra zmieniła się w żelatynową piankę.

Nagle dopadło go zmęczenie. W skroniach czuł lekki, pulsujący ból, pozostałość kaca. Nie chciał już patrzeć na Hirama.

Ruszył w stronę wyjścia, ale zatrzymał się przy drzwiach.

— Przyszedłem tu dla Gregga — oznajmił. — Przypuszczam, że ty również. Powiedzmy mu, że zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi i zrobimy wszystko, co będzie trzeba. Zgoda?

Restaurator skinął głową, nadal pociągając za kołnierz.

Jack wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Czuł się jak szkolny chuligan, znęcający się nad klasowym grubasem.

Z głębi korytarza dobiegły go ochrypłe krzyki uczestników konwencji, którzy dopiero dzisiaj przybyli do Atlanty. Jack ruszył w tamtą stronę.

10:00

Gregg miał już dość rozmów z delegatami, którym Jack załatwił wczoraj wieczorem dziewczyny. Zmęczyło go udawanie entuzjazmu. Alex James był jego lalką już od początku kampanii. Większość dodatkowych agentów Secret Service przydzielonych Greggowi nie interesowała Lalkarza. Byli zbyt obowiązkowi i pozbawieni ukrytych wad, którymi się karmił. Ale Alex... prześliznął się przez całą masę testów psychologicznych i badań środowiskowych, którym go poddano. Podobnie jak w przypadku Billy’ego Raya, duszę Alexa naznaczyła cudowna nuta sadyzmu, zabarwiona nefrytowym odcieniem upodobania do popisywania się swą władzą i jej nadużywania. Pozostawiony sam sobie mógłby tylko nieco nadgorliwie wykonywać swe obowiązki, odrobinę zbyt brutalnie usuwać ludzi z drogi i dążyć do konfrontacji, zamiast starać się rozładować sytuację. Nikt nie zwróciłby na to uwagi.

Ale Lalkarz wiedział. Dostrzegał wszystkie szczeliny w fasadzie duszy i najlepiej wiedział, jak je otworzyć najszerzej.

Gregg czekał w salonie swego apartamentu. Telewizor marki Zenith, przytwierdzony do ściany, nastawiono na kanał CBS. Dan Rather zdawał relację z otwarcia konwencji. Senator bardzo ostrożnie opuścił kraty wiążące Lalkarza. Moc wypłynęła na zewnątrz, szukając Alexa. Gregg niedawno widział go na korytarzu. Wiedział, że Ray rozkazał mu sprawdzić klatki schodowe. Na schodach byli też inni ludzie — lobbyści szukający dostępu do kandydata, reporterzy, groupies albo po prostu ciekawscy. Szanse, że Alex kogoś znajdzie, były spore. Lalkarz sięgnął do umysłu ochroniarza i skrył się w jego znajomych zakamarkach. Tym razem się uda — westchnęła moc. Tym razem.

Bądź ostrożny — ostrzegł Lalkarza. Pamiętaj, co się ostatnio działo. Unikaj pośpiechu.

Zamknij się! — warknął w odpowiedzi Lalkarz. Wszystko jest już w porządku. Sprawy układają się po naszej myśli. Ktoś wreszcie załatwił Poczwarkę. Kuriozum znajdzie kurtkę i rozkażemy Mackiemu załatwić Downsa. Konwencja zaczęła się dobrze. Potrzebujemy tego faceta. Czy nie czujesz jego głodu? Pamiętaj, jeśli ja zginę, ty zginiesz razem ze mną. Dopilnuję tego.

Wypowiedziawszy tę groźbę, moc odwróciła się od niego, nagle straszliwie głodna. Gregg wyczuł za pośrednictwem Lalkarza niecierpliwe oczekiwanie wypełniające Alexa. Wiedział, co to oznacza. Ochroniarz kogoś znalazł. Senator wyobrażał sobie tę scenę. To zapewne jakiś natolski chłopak, noszący wytarte dżinsy, T-shirt pełen przesadnie wielkich znaczków z napisem „Hartmann w ’88” oraz tanią maskę z Dżokerowa, osłaniającą jego stanowczo zbyt normalną twarz. Alex będzie gapił się na niego i wywarkiwał rozkazy, trzymając ręce o wiele za blisko wypukłości uwydatniającej się pod sportową kurtką.

Lalkarz wniknął w emocjonalną strukturę ochroniarza, odrzucając na boki grube, niebieskie warstwy poczucia obowiązku i przecinając brązowe jak rzemienie więzy moralności, aż wreszcie dotarł do pomarańczowoczerwonego jądra psychotycznej brutalności. Zaczął ją karmić, aż wreszcie rozgorzała jasnym, gwałtownym płomieniem. Teraz.

(Alex z pewnością już krzyczał, na jego szyi uwydatniły się ścięgna, a policzki poczerwieniały mu od napływającej krwi. Wyciągnął ręce i złapał za T-shirt. Znaczki zagrzechotały niczym blaszane spodki. Ochroniarz potrząsnął ofiarą jak nieposłusznym szczenięciem. Maska spadła na podłogę i zdeptały ją florsheimy Alexa.)

Tak jest. Lalkarz czuł ten smak i Gregg kosztował go razem z nim. Była w nim naga furia, oczekiwanie na ucztę. Zgłodniały Lalkarz pochylił się ku Alexowi, ponownie podkręcając gałkę jego emocji...

(Alex cofnął rękę i spoliczkował chłopaka otwartą dłonią. Jego głowa odskoczyła na bok. Z rozciętej wargi spływała krew. Nastolatek, nagle przerażony, płakał ze strachu i bólu.)

I to stało się znowu. W umyśle Gregga ingerencja przypominała zimną, obsydianową ścianę, która raptem pojawiła się między nim a Alexem. Lalkarz odbił się od niej i zatoczył do tyłu.

Moc ukryta wewnątrz Gregga zawyła z frustracji i gniewu. Raz po raz rzucała się na ścianę, ale zawsze odbijała się od niej. Senator słyszał dobiegające zza bariery słowa i ten cichy głos.

Ale tym razem... tym razem usłyszał również słowa.

Jesteś cholernym skurwysynem, Hartmann, ale w końcu znalazłem sposób, by cię załatwić, czyż nie tak? Odkryłem twoją cholerną słabość, mój drogi Greggie. Znalazłem jebanego koleżkę, którego w sobie nosisz, moc, której użyłeś przeciwko mnie, Mishy, Sarze Morgenstern i całej reszcie. Ale teraz mogę się zabawić twoim asem tak, jak ty bawiłeś się nami. Potrafię odciąć mu dostęp do lalek, zagłodzić skurwysyna. I co się wtedy z tobą stanie, senatorze? Co będzie, gdy twoja moc zwróci się przeciwko tobie?

Słowa ucichły i pozostał tylko drwiący chichot.

Gregg z narastającym przerażeniem uświadomił sobie, że poznał ten głos. Wiedział, kto jest za murem, i ta świadomość przyprawiła go o zimne dreszcze.

Gimli. To był Gimli.

Nie żyjesz — krzyknął do głosu. Nie żyjesz. Stoisz wypchany w Groszowym Muzeum. Widziałem cię. Zabił cię Tyfusowy Croyd.

Nie żyję? — Śmiech rozległ się znowu. Czy to jest głos trupa, Hartmann? Zapytaj kumpla, którego w sobie nosisz, czy jestem realny.Nie umarłem. Po prostu się zmieniłem. Potrzebowałem wiele czasu, by wrócić...

Głos ucichł na dobre. Mur zniknął.

Lalkarz skierował nieartykułowany wrzask ku miejscu, gdzie przed chwilą stała bariera.

Wypuść mnie znowu — zażądała moc. Jeszcze nie jest za późno. Alex...

Nie!— Gregg spojrzał na swe leżące na kolanach dłonie. Drżały. Czuł pot, spływający mu po plecach pod koszulą. Pierś wypełniał mu rytm adrenaliny. Pragnął uciekać, wrzeszczeć tak samo jak Lalkarz. Zwyczajny wygląd pokoju hotelowego i smęcący głos Rathera zdawały się z niego drwić.

Był straszliwie przerażony.

Musisz mnie wypuścić. Nie ma wyboru.

Nie!

Nie ma wyboru, rozumiesz?— Moc skoczyła na Gregga, wbijając się głęboko w jego wolę.

Senator wciągnął powietrze z zaskoczenia, czując, że traci kontrolę. Jego dłonie się zacisnęły i zaczął wstawać z kanapy jak automat. Lalkarz poprowadził go na sztywnych nogach przez cały pokój. Mięśnie twarzy Gregga zastygły w bolesnym grymasie, a jego nogami targały gwałtowne spazmy. Senator walczył o odzyskanie kontroli. Przyglądał się bezradnie, jak jego ręka unosi się do klamki do drzwi sypialni i naciska ją.

Boże, nie...

— Gregg? — Ellen leżała w łóżku, wspierając książkę na ciążowym brzuchu. — Połóż tu rękę. Czuję ruchy przez cały ranek. — Odwróciła się i spojrzała na niego. Na jej pięknej twarzy arystokratki z Nowej Anglii pojawił się wyraz zdziwienia. — Gregg? Dobrze się czujesz?

Czuł, jak całe jego ciało drży, rozciągnięte między wolą Lalkarza a jego własną. Obie ciągnęły za sznurki, wyrywając je sobie nawzajem. Gdy tylko Gregg wyobraził sobie ten obraz, Lalkarz parsknął drwiącym śmiechem. No wiesz, jesteśmy jedną osobą. Jestem tylko twoim asem, twoją mocą. Robię to, czego potrzebujesz, by przetrwać. Ellen tu jest. Wykorzystaj ją.

Nie! Nie w ten sposób.

To tylko kolejna cholerna lalka. W gruncie rzeczy, bardziej uległa niż większość. Jej ból jest równie dobry jak ból innych.

To zbyt ryzykowne. Nie tu. Nie teraz.

Jeśli nie zrobisz tego tu i teraz i tak stracisz wszystko. Ruszaj!

Senator poczuł, że jego ciało postąpiło kolejny chwiejny krok naprzód. Jego pięść zacisnęła się i uniosła. W oczach Ellen pojawił się wyraźny strach. Kobieta zamknęła książkę i spróbowała wstać z łóżka.

— Gregg, proszę, boję się ciebie.

Hartmann całkowicie uwolnił się od kontroli nad ciałem, jakby walka odebrała mu siły. Lalkarz zakrzyknął triumfalnie. Następnie, gdy ręka uniosła się, by zadać pierwszy cios, i moc rozluźniła się, oczekując spełnienia, senator ruszył do kontrataku. Zaskoczony tym Lalkarz utracił kontrolę. Ignorując jego opór i przekleństwa, Gregg zepchnął go głęboko, najgłębiej od wielu lat, zatrzasnął mentalną klatkę i pogrzebał w czeluści swego umysłu. Gdy już nie słyszał głosu Lalkarza, zatrzymał się i odzyskał panowanie nad swym ciałem.

Stał obok łóżka, dysząc ciężko. Rękę nadal miał uniesioną. Ellen kuliła się przed nią trwożnie. Hartmann rozluźnił pięść, przysunął powoli dłoń do twarzy żony i usiadł. Poczuł, że kobieta odsunęła się od niego, ale potem uspokoiła się powoli, gdy zaczął ją głaskać po włosach.

— Nie masz się czego bać, kochanie — zapewnił. Spróbował się roześmiać, ale usłyszał w swym głosie ból. — Hej, przecież wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził. Nie mógłbym tego zrobić. Jesteś matką mojego dziecka.

— Byłeś okropnie rozgniewany i gwałtowny. Przez krótką chwilę...

— Nie czuję się dobrze. To nic takiego, tylko bóle żołądka. Wziąłem maalox, na pewno mi przejdzie.

— Przestraszyłeś mnie.

— Wybacz, Ellen — rzekł uspokajającym tonem. — Proszę.

Gdyby mógł liczyć na pomoc Lalkarza, to byłoby łatwe. Bez trudu mógłby sprawić, by mu uwierzyła. Ale nie mógł bezpiecznie korzystać ze swej mocy. Nie w tej chwili. Ellen gapiła się na niego. Przez chwilę obawiał się, że powie coś więcej, ale ona tylko skinęła powoli głową.

— W porządku — powiedziała. — W porządku, George.

Przytuliła się do niego. Gregg oparł się o wezgłowie łóżka. Dzięki delikatnym witkom swej mocy asa wyczuł, że kobieta uspokoiła się i zapomniała o wszystkim. Od chwili zajścia w ciążę jej uwaga zwróciła się ku wnętrzu i to, co działo się na zewnątrz, nie było już takie ważne. Bezpieczniej było uwierzyć w jego tłumaczenia i dlatego postanowiła to zrobić. Ta świadomość zbytnio go jednak nie uspokoiła.

— Mój Boże, co mam teraz zrobić?

Nadal słyszał śmiech Gimlego, niosący się echem pod jego czaszką. Zadzwonił znajdujący się przy łóżku telefon. Hartmann uniósł słuchawkę, mając nadzieję, że to przegoni karła.

— Hartmann.

— Senatorze? — Głos po drugiej stronie słuchawki był zdyszany i podekscytowany. — Amy. Złe wiadomości. Mówi się, że dziś wieczorem czeka nas ciężka walka o uprawnienia kalifornijskiej delegacji...

Ledwie słyszał jej słowa, zagłuszane przez głośny rechot Gimlego.

Po dwóch kieliszkach wódki dręczący Jacka kac wreszcie złagodniał. As spędził ostatnią godzinę w swym apartamencie, rozmawiając przez liczne telefony ze swym zastępcą Emilem Rodriguezem, a także zwołując wszystkich kalifornijskich delegatów, by przygotować ich na debatę programową, która miała odbyć się nazajutrz. Rozległo się pukanie do drzwi. As powiedział Rodriguezowi, że zadzwoni później, i otworzył drzwi. Na korytarzu stała Amy Sorenson, trzymająca kopertę wypełnioną papierami. Kasztanowe włosy miała upięte wysoko.

— Cześć, Amy.

Jack pocałował ją ciepło, po czym wciągnął do środka. I znów chciał ją pocałować. Odwróciła głowę.

— Nie teraz, Jack. Nie jesteśmy w Buenos Aires. Tu jest mój mąż.

Złoty Chłopiec westchnął.

— To znaczy, że przyszłaś w sprawach służbowych.

Wysunęła się z jego ramion i poprawiła elegancki, niebieski żakiet.

— Przygotuj się — rzekła mu. — Mam złe wiadomości.

— Jestem przygotowany. Już od wielu miesięcy.

Kobieta zmarszczyła nos, poczuwszy przerażający odór tytoniu i alkoholu oraz pozostałości zapachu perfum. Przysiadła na skraju krzesła, a potem ostrożnie odepchnęła pełną niedopałków cygar popielniczkę tak daleko, jak tylko mogła. Jack przysunął sobie krzesło i usiadł na nim okrakiem, przodem do oparcia, gapiąc się na Amy.

— Co się dzieje?

— To ci się nie spodoba. Dziś wieczorem dojdzie do zaciekłego sporu o uprawnienia delegatów z Kalifornii.

Jack popatrzył na nią ze zdumieniem.

— Ludzie Jacksona zgłoszą protest, twierdząc, że ordynacja, w której zwycięzca bierze wszystko, z samej swej natury dyskryminuje mniejszości.

— Absurd — odparł natychmiast Jack. — Odkąd pamiętam, prawybory w Kalifornii zawsze organizowano w ten sposób.

— Ale to stworzy wszystkim szansę rozmontowania naszego największego bloku delegatów i to ponoć w słusznej sprawie.

— Nie złamaliśmy żadnych zasad. Uczciwie wygraliśmy prawybory.

— Jack, zasady brzmią tak, jak orzeknie konwencja — odparła Amy z poirytowaną miną. — Jeśli unieważnią naszych delegatów, to otworzą drogę przed całą serią proceduralnych sporów, które mogą zdezorganizować wszystko. Tego właśnie chcą Jackson, Gore i Barnett. Jeśli na konwencji zapanuje chaos, ich szanse na zdobycie nominacji wzrosną. Kurwa, jeśli pokrzyżują nam szyki i poniesiemy proceduralną porażkę przed pierwszym głosowaniem, mogą liczyć na to, że przed drugim część delegatów z naszego obozu przejdzie do nich.

— Rewelacja. Po prostu rewelacja.

To dziwne, że jakoś nie mógł się przyzwyczaić do tego, że kobiety używają takich słów, jak „kurwa”. Do licha, nie podobało mu się nawet to, jak często używają ich w dzisiejszych czasach mężczyźni.

Czasami naprawdę czuł się jak relikt minionych czasów.

— Konfrontacja będzie dotyczyła zasad i tego, kto najlepiej potrafi nimi manipulować. Kto jest ekspertem od spraw proceduralnych w twojej delegacji?

Jack przesunął się niespokojnie na krześle.

— Pewnie ja.

— Masz jakiekolwiek pojęcie o procedurach parlamentarnych?

Zastanowił się nad tym pytaniem.

— Zasiadałem w radach nadzorczych wielu korporacji. Zdziwiłabyś się, jakie sztuczki się tam stosuje.

Kobieta westchnęła.

— Znasz Danny’ego Logana. On jest naszym ekspertem od spraw proceduralnych. Dobrze by było, gdybyś skorzystał z jego rad.

— Kiedy go ostatnio widziałem, leżał pod stołkiem barowym w LAX.

W oczach Amy pojawił się błysk. Odgarnęła z oczu kasztanowe włosy.

— Zapewniam, że dziś wieczorem będzie trzeźwy.

Jack zastanawiał się nad tym przez chwilę.

— Czy mamy wystarczająco dużo głosów?

— Trudno wyczuć. Dukakis jak zwykle trzyma karty przy orderach. Tylko superdelegaci mogą nas uratować. To w większości kongresmeni albo senatorzy i zrobią wszystko, by zapobiec gwałtownej kłótni. Mogą zagłosować na nas tylko po to, by powstrzymać chaos. I oczywiście znają Gregga znacznie lepiej niż Duke’a i Jacksona, nie wspominając już o Barnetcie.

— Wszystko to szaleństwo.

— Demokraci od tysiąc dziewięćset trzydziestego drugiego nie mieli konwencji, która wymagałaby więcej niż jednego głosowania. Wszyscy musimy improwizować.

Jack wsparł podbródek na wielkich dłoniach.

— Pamiętam tę konwencję. Cała nasza rodzina słuchała radiowej relacji. Wszyscy byliśmy gorącymi zwolennikami Roosevelta. Pamiętam, jak tata otworzył flaszkę samogonu, gdy Jack Garner z Teksasu porzucił obóz Smitha i zapewnił nominację Rooseveltowi.

Amy uśmiechnęła się do niego.

— Ciągle myślę o tobie jako o młodszym... skoku w bok. Nie potrafię sobie wyobrazić, że pamiętasz tamte czasy.

— Przed pojawieniem się Gregga jedynym kandydatem, na którego głosowałem, był Roosevelt w czterdziestym czwartym, kiedy byłem na wojnie. Przedtem byłem za młody. W czterdziestym ósmym nie mogłem wybrać między Trumanem a Wallace’em. Dlatego nie zagłosowałem w ogóle.

— Chciałeś głosować na George’a Wallace’a? — Amy była wyraźnie wstrząśnięta. — To niepodobne do ciebie.

Jack nagle poczuł się okropnie stary.

— Henry’ego, Amy. Henry’ego Wallace’a.

— Och. Przepraszam.

— Dla uściślenia dodam też, że Roosevelt, o którym wspomniałem, to był Franklin, nie Teddy.

— O tym wiedziałam — odparła z uśmiechem. — Jak poszło spotkanie z Hiramem? A może nie powinnam o to pytać?

Jack potrząsnął głową.

— Dziwnie. Właściwie nie wiem, co na ten temat sądzić. — Popatrzył na nią. — Czy Worchester dobrze się czuje? Nie wyglądał na zdrowego.

— Hmm.

— Ma na szyi wielki wrzód. Czytałem gdzieś, że to może być objaw AIDS.

Zamrugała ze zdumieniem.

— Hiram?

Braun wzruszył ramionami.

— Nie znam go, Amy. Zauważyłem tylko, że naprawdę nie był zainteresowany rozmową ze mną.

— To pewnie znaczy, że dogadaliście się całkiem nieźle — skwitowała z przelotnym uśmiechem.

— Przynajmniej nie dał mi żadnych monet.

— To brzmi zachęcająco. — Uniosła głowę i spojrzała na Jacka. — Spotkałam dziś rano celebrytę. Josha Davidsona. Znasz go?

— Tego aktora? A co on tu robi?

— Jego córka jest jedną z naszych delegatek. Przyjechał tu jako obserwator. Pomyślałam sobie, że możecie się znać, w końcu obaj jesteście aktorami.

— Są tacy aktorzy, których nie znam. Daję słowo.

— Jest bardzo czarujący i wygadany.