Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Co prawda nie nosiłem już srebrno-niebieskiej tarczy z numerem 2 gimnazjum im. Czackiego, gdy aresztowano mnie w Warszawie, ale nadal byłem uczniem dawnych profesorów. W lutym 1941 roku nie stawiłem się na tajnym kompletach - przeszkodzili temu gestapowcy. Wpadli na trop organizacji. Podczas przesłuchania szybko traciłem przytomność i chyba to tylko było powodem, że zamknąłem się w uporczywym milczeniu.
Widocznie młody wiek spowodował, że przestali bić i wysłali na Pawiak. Najgorsza była "przejściówka" w oddziale 4. Potem, w kwietniu 1941 roku, pojechałem transportem do Oświęcimia. Najcięższe chwile jako więzień nowicjusz przetrwałem dzięki przyjaciołom z Czerwonego Harcerstwa. Kostek Jagiełło przebył ze mną całą drogę lagrową. Do końca pobytu w KL Auschwitz razem pracowaliśmy w komandzie dekarzy, gdzie, ściągnięci jeden przez drugiego, zebrali się zaufani ludzie z obozowej międzynarodówki. Z warsztatów dekarskich rozpoczęliśmy w czerwcu 1944 roku ucieczkę za druty; było to polecenie kierownictwa obozowego Ruchu Oporu. Udało się, bo przecież piszę te słowa. Kostek zginął cztery miesiące później podczas przejmowania pod Oświęcimiem współwięźniów-uciekinierów.
Mimo upływu tylu lat trudno mi było wracać do dni obozu, czas jednak zrobił swoje. Z niemałymi oporami wziąłem pióro, by podjąć próbę oddania atmosfery ucieczki z obozu. Pragnieniem moim, no i chyba obowiązkiem, jest utrwalenie pamięci o tych, którzy nie chcieli być tylko ofiarami. Niepełna to relacja o walczącym Oświęcimiu, tak jak niepełna jest historia ludzi spod Oświęcimia, sojuszników więźniów, cichych, często bezimiennych bohaterów. Im właśnie przede wszystkim tę pracę poświęcam.
[Opis okładkowy]
/Ucieczki oświęcimskie, Tomasz Sobański, 1987 rok, ISBN 8311065640, wydanie V, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej/
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Ł. Górnickiego GALERIA KSIĄŻKI w Oświęcimiu
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole
Biblioteka Publiczna w Stęszewie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 231
Rok wydania: 1987
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ucieczki
oświęcimskie
TOMASZ SOBAŃSKI
ucieczki
oświęcimskie
Przedmowa: JAN ZABOROWSKI
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej
Okładkę i stronę tytułową projektował
WALDEMAR ŻACZEK
Redaktor
URSZULA PRZYBYLSKA-ZIOŁO
Redaktor techniczny
JADWIGA KAZNOWSKA
Zdjęcia ze zbiorów autora,
Archiwum Państwowego Muzeum w Oświęcimiu
© Copyright by Wydawnictwo
Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1980
ISBN 83-11-06564-0
Pole walki: Oświęcim
W ciągu dwudziestu lat, w krótkim pokojowym antrakcie lat 1919—1939, zmieniła się natura wojny. Ciężar walki, cierpienia i śmierci objął — oprócz walczących armii — również walczące i cierpiące narody. Przyczyniły się do tego nie tylko zmiany w technice wojennej, przede wszystkim rozwój wojny lotniczej. Główną przyczyną była polityka agresorów: III Rzeszy i jej sojusznika, Japonii. To ich polityka, świadoma i planowa, sprawiła, że słowem- -symbolem drugiej wojny światowej nie jest front, lecz okupacja.
22 sierpnia 1939, na kilka dni przed napaścią na Polskę, Hitler wyjaśnił generałom naturę i cel przyszłej wojny:
Dżyngis-chan spowodował śmierć milionów kobiet i dzieci — świadomie i z lekkim sercem. Lecz historia widzi w nim tylko wielkiego budowniczego państwa. Jaki sąd wyda o mnie słaba cywilizacja Zachodu, jest mi zupełnie obojętne. Wydałem rozkaz — i każę rozstrzelać każdego, kto powie choćby jedno słowo krytyki — że naszym celem wojennym nie jest osiągnięcie określonej linii, lecz fizyczne zniszczenie przeciwnika. Dlatego też przygotowałem, tymczasem tylko na wschodzie, zbrojne oddziały SS (Totenkopfverbände1) i wydałem im rozkaz zabijania bez litości i bez miłosierdzia mężczyzn, kobiet i dzieci polskiej mowy i polskiego pochodzenia. Tylko w ten sposób zdobędziemy potrzebną nam przestrzeń życiową. ...Polska będzie wyludniona i zasiedlona Niemcami. Moj układ z Polską obliczony był tylko na zyskanie czasu. A zresztą, moi panowie, z Rosją powtórzy się to samo, co wypróbowałem na Polsce.
Przy takiej koncepcji wojny okupacja nie była skutkiem wojny (,,osiągnięcia określonej linii”), lecz jej istotą. Zadaniem Wehrmachtu było rozbicie armii przeciwnika. Dopiero po otwarciu granic miała nastąpić właściwa wojna: „zabijanie bez litości i bez miłosierdzia mężczyzn, kobiet i dzieci” — wyludnienie okupowanych obszarów i zasiedlenie ich Niemcami. „Wówczas nastąpi świt — dodał Hitler — niemieckiej władzy nad światem”.
Oświęcim, małe polskie miasteczko, wciśnięte między Wisłę a Sołę, znalazło się w czasie wojny w samym sercu okupowanej „Europy Hitlera”, 1800 km na wschód od Brestu, 1800 km na zachód od Stalingradu. Może dlatego hitlerowski obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, KL Auschwitz, największy obóz koncentracyjny świata, stał się w latach 1942—1944 największym cmentarzyskiem narodów Europy. Ale zanim się to stało, KL Auschwitz, założony na wiosnę 1940, był obozem koncentracyjnym dla Polaków. Był jednym z podstawowych narzędzi niemieckiej polityki okupacyjnej w Polsce — polityki terroru, niewolniczej pracy i eksterminacji.
Te trzy pojęcia określają istotę okupacji niemieckiej w ciągu całej wojny, we wszystkich krajach okupowanych. To prawda, że istniały różnice — różnice w czasie, w stopniowaniu nasilenia poszczególnych metod okupacji i w ich wyborze — różnym w różnych krajach. Wobec Polski najokrutniejsze metody okupacji zastosowano najwcześniej i w największym nasileniu. Nie tylko dlatego, że Polska została uznana za „wielkie pole doświadczalne na Wschodzie” (Exerzierfeld im Osten) dla budowniczych „wielko-niemieckiego imperium światowego”. Nie tylko dlatego, że pierwsza przeciwstawiła się zbrojnie niemieckiemu marszowi na podbój świata. Jedną z przyczyn wyjątkowego nasilenia niemieckich zbrodni w Polsce było również to, że walki podjętej 1 września 1939 Polska nie przerwała ani na jeden dzień — aż po kapitulację: 8 maja 1945.
Nie lubię określenia „Ruch Oporu”. To kurtuazyjne tłumaczenie francuskiej „Resistance” nie pasuje do polskiej rzeczywistości lat 1939—45. Polacy nigdy nie organizowali „oporu” przeciw zbrodniczej polityce okupacji. Polacy po prostu nigdy nie przestali walczyć. Raz podjąwszy walkę, nie przerywali jej ani na chwilę przez formalną czy faktyczną kapitulację. Walkę tę prowadziły nie tylko polskie formacje regularne na obczyźnie, na wschodzie, zachodzie i południu. Walkę tę prowadził cały naród. Dlatego była to „walka podziemna”, a nie „ruch oporu”, jak chcą niektórzy historycy niemieccy, snujący dziś rozważania: „gdybyśmy nie popełnili tylu błędów...”
To tłumaczy fenomen Oświęcimia. W publicystyce zachodniej pojęcie „KL Auschwitz” jest symbolem terroru i eksterminacji, czasem nawet tylko eksterminacji, prowadzonej przez III Rzeszę w okupowanej Europie. Ale Oświęcim — Konzentrationslager Auschwitz — leżał w walczącej Polsce, w sercu okupowanej Europy. Dlatego Oświęcim był nie tylko miejscem cierpienia i zagłady, ale i polem walki. Temu nieznanemu, walczącemu Oświęcimowi poświęcona jest książka T. Sobańskiego Ucieczki oświęcimskie.
W chwili wybuchu wojny było na terenie Rzeszy (łącznie z anektowaną Austrią) sześć obozów koncentracyjnych: Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald, Flossenbürg, Mauthausen i obóz kobiecy w Ravensbrück. 25 000 więźniów tych obozów to obywatele niemieccy — więźniowie polityczni, przeciwnicy reżimu hitlerowskiego — oraz różne kategorie osób „szkodliwych” dla III Rzeszy, poczynając od członków sekty „Świadków Jehowy”, poprzez homoseksualistów, zawodowych przestępców aż po szeroką kategorię tzw. aspołecznych, obejmującą żebraków, prostytutki, Cyganów, włóczęgów, psychopatów, spekulantów, a nawet robotników rolnych, którzy zerwali umowę o pracę2.
Tak więc obozy koncentracyjne, stworzone na wiosnę 19333jako narzędzie terroru wobec przeciwników politycznych III Rzeszy, stały się z czasem, w latach 1935—39, miejscem kaźni dla wszystkich, których hitleryzm z jakichkolwiek przyczyn chciał się pozbyć, zniszczyć psychicznie czy fizycznie.
Wybuch wojny zmienił funkcję obozów koncentracyjnych. Zmienił ją w taki sam sposób i w takiej samej mierze, w jakiej wojna zmieniła całą politykę III Rzeszy. Po pierwsze, wrogami III Rzeszy, ludźmi, których hitleryzm chciał się pozbyć, stali się wszyscy politycznie aktywni członkowie narodów podbitych oraz członkowie mniejszości narodowych w Rzeszy — przede wszystkim Polacy z Warmii i Mazur, Pomorza, Śląska i Zagłębia Ruhry. Po wtóre, w stosunku do niektórych krajów i niektórych grup ludności (np. inteligencji polskiej) podjęto już w pierwszym roku wojny systematyczną akcję eksterminacyjną, m.in. za pomocą obozów koncentracyjnych. I wreszcie, po trzecie, od 1941 roku, a w szerokiej mierze od wiosny 1942, kiedy obozy koncentracyjne przejął Główny Urząd Administracyjno-Gospodarczy SS (WVHA), obozy koncentracyjne stały się jednym z najważniejszych ogniw systemu pracy niewolniczej. Tej ewolucji funkcji obozów, odpowiadającej rozbudowie imperium hitlerowskiego w Europie, towarzyszył szybki wzrost liczby obozów i liczby więźniów: liczba obozów koncentracyjnych wzrosła w ciągu wojny z 6 do 204 (oraz 165 obozów filialnych), a liczba więźniów z 25 tys. w 1939 wzrosła, mimo znacznej śmiertelności, do 100 tys. w marcu 1942 i do 714 tys. w styczniu 1945.
W takich warunkach powstał i rozwijał się KL Auschwitz, pierwszy z obozów koncentracyjnych utworzonych po wybuchu wojny, największy ze wszystkich obozów hitlerowskich liczbą więźniów i liczbą ofiar.
Tego, kto poszukuje początków KL Auschwitz, ślady prowadzą do Wrocławia. Tam, w stolicy pruskiej prowincji „Śląsk”, do której niemieccy okupanci wcielili województwo katowickie i przyległe doń tereny woj. kieleckiego i krakowskiego (a z nimi Oświęcim), w urzędzie wyższego dowódcy SS i policji, Ericha von dem Bach-Zelewskiego, oraz w Inspektoracie Policji Bezpieczeństwa i SD, którym kierował SS-Oberführer Wiegandt, narodziła się po raz pierwszy myśl, by w starych, zbudowanych jeszcze przez Austriaków, koszarach, na podmokłym przedmieściu Oświęcimia, zwanym Zasolę, urządzić obóz dla Polaków.
Kiedy więc 1 lutego 1940 Himmler podjął decyzję wielkiej rozbudowy systemu obozów koncentracyjnych i wydał rozkaz Inspektorowi Obozów Koncentracyjnych zbadania szeregu obiektów (kompleksów budynków, obozów i więzień), na liście planowanych obozów znalazły się już koszary w Oświęcimiu. Inspektor KL, SS-Oberführer Glücks, w raporcie z 21 lutego 1940 uznał je — po niewielkich przeróbkach — za „nadające się”. W kilka tygodni później, w kwietniu, rozpoczęły się już konkretne przygotowania: 18 i 19 kwietnia wysłany został do Oświęcimia na szczegółową inspekcję Rudolf Höss, doświadczony „specjalista” z obozów koncentracyjnych w Dachau i Sachsenhausen. W dwa tygodnie później Höss powrócił do Oświęcimia na stałe i już jako komendant obozu rozpoczął z pierwszymi esesmanami jego organizację. W maju nadszedł z Sachsenhausen pierwszy transport więźniów-kryminalistów niemieckich, którzy utworzyli pierwszą kadrę więźniów funkcyjnych. Z Krakowa, ze stacjonującego tam pułku kawalerii SS, odkomenderowano do Oświęcimia pierwszych esesmanów do pełnienia służby wartowniczej. Wreszcie 14 czerwca 1940 nadszedł z więzienia w Tarnowie pierwszy polski transport — 728 więźniów politycznych. Obóz koncentracyjny dla Polaków, KL Auschwitz, rozpoczął pierwszy rok istnienia. Jego koniec nastąpić miał dopiero 27 stycznia 1945, z chwilą wyzwolenia obozu przez 92 dywizję piechoty Frontu Ukraińskiego.
Przybycie do KL Auschwitz pierwszego transportu Polaków, więźniów politycznych z Tarnowa, kieruje naszą uwagę na geografię Oświęcimia — sprawę szczególnie ważną politycznie. Okupowane ziemie Polski Niemcy podzielili na dwie części: „ziemie wcielone” (eingegliederte Gebiete) — Pomorze, Wielkopolskę, Górny Śląsk, poszerzone o szeroki pas ziemi przylegający do nich na wschodzie. Od 26 października 1939 to był już „Reich”, część powiększonego obszaru „Wielkiej Rzeszy Niemieckiej”. Na tym „wcielonym” obszarze, w pasie ziemi przyłączonej do Górnego Śląska, znalazł się Oświęcim. Zaledwie 25 km na wschód od miasta była granica. Za nią — druga część Polski okupowanej przez Niemcy: tak zwane Generalne Gubernatorstwo, rodzaj tymczasowego rezerwatu dla Polaków, kolonia III Rzeszy, rezerwuar siły roboczej dla niemieckiego imperium. Granica ta w dziejach Oświęcimia odgrywa ogromną rolę. Z jednej strony w historii „ucieczek oświęcimskich” granica oddzielająca KL Auschwitz od GG to ostatnia przeszkoda na drodze z obozu do „państwa podziemnego”, z którym tak ściśle związany był walczący Oświęcim. W odwrotnym kierunku, na drodze więźniów do obozu, granica ta właściwie nie istniała. Los Polaków pod okupacją niemiecką, i na ziemiach „wcielonych”, i na tych, które w GG administrowano systemem kolonialnym, był ten sam: eksterminacja sił twórczych narodu, terror, praca niewolnicza5. Dlatego do KL Auschwitz, obozu koncentracyjnego zorganizowanego na „ziemiach wcielonych”, ale przeznaczonego dla wszystkich Polaków, napływały transporty z całej Polski; pierwszy nadszedł właśnie z GG — z Tarnowa. W sierpniu 1940, kiedy za drutami KL Auschwitz przebywało nieco ponad półtora tysiąca więźniów, nadszedł pierwszy transport z Warszawy — 513 więźniów politycznych z Pawiaka6 i 1153 osoby z łapanek ulicznych — typowej formy masowego terroru, stosowanego przede wszystkim wobec inteligencji („Du mit der Brille komm her...”). Ostatni więzień dostarczony do KL Auschwitz w 1940 nosił numer 7879 i został przekazany przez gestapo z Katowic.
Ale na Nowy Rok 1941 w obozie nie było już 7879 więźniów. Nie było ich także 17 044 w dniu 6 czerwca 1941, kiedy z Brna, z okupowanych Czech, przybył pierwszy więzień nie-Polak, Czech oznaczony numerem 17 0457. Liczba siedemnastu tysięcy więźniów — Polaków, których zamknięto za drutami Oświęcimia w pierwszym roku jego istnienia, szybko topniała. Część więźniów wysłano dalej, do obozów koncentracyjnych w Rzeszy (w „Altreichu”), ale znaczna część po prostu już nie żyła. KL Auschwitz od pierwszych dni istnienia realizował swoje podstawowe cele: „karną kompanię” zorganizowano już w sierpniu 1940; pierwszą zbiorową egzekucję 40 więźniów — początek planowej eksterminacji — przeprowadzono 22 listopada tegoż roku. Ciała ich spalono w krematorium nr 1. W kilka tygodni później, w początku stycznia 1941, dr Otto Ambros, członek zarządu wielkiego koncernu chemicznego I.G.-Farbenindustrie, rzucił projekt budowy w Oświęcimiu wielkich zakładów chemicznych Buna-Werke. 18 lutego dyktator gospodarczy Rzeszy, marszałek Göring, przeznaczył więźniów KL Auschwitz do pracy niewolniczej w tym nowym zakładzie przemysłu zbrojeniowego („buna” to kauczuk syntetyczny).
Tak w ciągu pierwszych miesięcy zamknął się wokół więźniów Oświęcimia krąg ich przeznaczenia: z woli III Rzeszy mieli cierpieć, pracować i ginąć. Na miejsce tych, którzy ginęli w egzekucjach, z głodu czy wycieńczenia pracą, napływali nowi, coraz liczniejsi — początkowo tylko z Polski, później, od czerwca 1941, także z wielu krajów Europy. Obóz rósł. W przeddzień ataku na Jugosławię i Grecję, w toku przygotowań do ataku na ZSRR, powstała koncepcja nowego gigantycznego KL Auschwitz. 1 marca 1941 Heinrich Himmler, naczelny dowódca SS i policji, przybył do Oświęcimia w towarzystwie oberprasidenta nowej pruskiej prowincji „Oberschlesien”, gauleitera Brachta z Katowic, inspektora obozów koncentracyjnych, Glücksa, oraz przedstawicieli dyrekcji I. G. Farben. Po inspekcji wydał rozkaz: Obóz „macierzysty” w Oświęcimiu rozbudować do pojemności 30 000 więźniów, a w leżącej opodal Brzezince zbudować drugą część obozu, przeznaczoną dla 100 000 więźniów.
Trzecia Rzesza rosła. Rozszerzały się granice podbojów, rozwijały się plany terroru i ludobójstwa, system pracy niewolniczej. Wprawdzie w tym samym okresie, kiedy zorganizowano KL Auschwitz, powstały także inne nowe obozy: KL Neuengamme pod Hamburgiem w czerwcu 1940, KL Gross Rosen w Rogoźnicy na Dolnym Śląsku w sierpniu 1940, a nieco później w tymże roku KL Natzweiler-Struthof w Alzacji. Ale żaden z nich nie został „wyróżniony” takimi zadaniami, wyjątkowymi pod względem wielkości i zakresu nawet w niezwykłych warunkach III Rzeszy, jak obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.
Zrozumieć KL Auschwitz można dziś, po upływie niemal ćwierćwiecza, tylko skupiając w soczewce losu pojedynczego więźnia obraz cierpień, walki i śmierci milionów ofiar Oświęcimia. Dlatego podjąwszy próbę rozdarcia zasłony lat, przeprowadzenia dzisiejszego czytelnika przez hermetyczną zaporę „wielkiej” i „małej postenkety”8 do samego środka obozu, autor opowiadań zawartych w tym tomie opisuje losy poszczególnych więźniów, swych dawnych towarzyszy oświęcimskich cierpień i walk. Ale opisuje tylko ich krótki, dramatyczny wycinek: ucieczkę z obozu. Sam obóz, olbrzymi aparat terroru i zagłady, ukazuje się nam w opowiadaniach Sobańskiego migawkowo, w perspektywicznym skrócie pojedynczych chwil i wydarzeń przeżytych przez uciekających więźniów.
Dlatego tu, w słowie wstępnym, próbujemy choćby w uproszczony sposób, grubą kreską ze szkicownika, nakreślić czytelnikowi ogólny obraz KL Auschwitz, z którego uciekali bohaterowie opowiadań. Jakież informacje mogą najlepiej oddać prawdę o obozie oświęcimskim, pokazać życie i śmierć, cierpienie i walkę, które były przez tyle lat losem tylu więźniów i ofiar Oświęcimia?
Opisywaliśmy początki obozu. Stare austriackie koszary przeznaczono początkowo na 10 000 więźniów. Ale wkrótce w dwudziestu budynkach (z tego 14 jednopiętrowych) nie można było pomieścić rosnącej liczby więźniów. Stopniowo powiększano pojemność obozu, dobudowano piętra do parterowych budynków, wzniesiono kilka nowych. Ale liczba więźniów rosła nadal: w początku 1942 osiągnęła blisko 30 tysięcy, stłoczonych w budynkach murowanych i w drewnianych barakach, którymi stopniowo zabudowano wolną przestrzeń wewnątrz obozu.
Tymczasem, opodal macierzystego, wyrastał gigantyczny obóz w Brzezince. Plan Himmlera, zawarty w jego rozkazie z 1 marca 1941, zorganizowania w Brzezince obozu na 100 000 więźniów, został niebawem podwojony. W początku października 1941 pojawił się w Oświęcimiu SS-Standartenführer dr inż. Hans Kammler, szef budownictwa SS, przywożąc decyzję, że obóz w Brzezince ma mieć pojemność 200 000 więźniów.
Planu tego nie zdążono zrealizować. Budowa Brzezinki nie została ukończona. Ale w okresie najwyższego stanu liczbowego, w latach 1943—1944, liczba więźniów stłoczonych w barakach Brzezinki sięgała 120 000. W tym samym czasie liczba więźniów w obozie macierzystym zmalała do ok. 13 000 (drewniane baraki rozebrano). W podobozach liczba ich sięgała 25 000. Ogółem około 140 000 więźniów — oto w listopadzie 1943 najwyższy stan liczbowy KL Auschwitz, podzielonym wówczas na trzy na wpół samodzielne obozy: KL Auschwitz (Stammlager), KL Auschwitz II (Birkenau) i KL Auschwitz III (podobozy).
Tak weszliśmy w gąszcz liczb. Ustalenie ich stanowi czasem trudność nie do pokonania. Aż do pierwszych tygodni 1942 takich trudności nie ma. Ewidencja więźniów jest prowadzona skrupulatnie. Kolejne numery, odrębne dla mężczyzn i kobiet, odrębne dla radzieckich jeńców wojennych, dla Żydów i Cyganów, pozwalają dokładnie ustalić liczbę więźniów, którzy przebywali, choćby krótko, w obozie9. Ale już w pierwszych tygodniach 1942, pod koniec marca, zaczęły do Oświęcimia przybywać — oprócz „zwykłych” transportów więźniów politycznych — tzw. transporty RSHA. Były to transporty Żydów z okupowanych i zależnych od III Rzeszy krajów Europy, kierowane do Oświęcimia w ramach jednej z największych podjętych przez III Rzeszę akcji masowej eksterminacji ludności podbitej Europy — akcji „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Tu kończy się rachunek, a zaczynają obliczenia szacunkowe. Ani w Oświęcimiu, ani w innych ośrodkach masowej zagłady Żydów nie prowadzono ewidencji ofiar, kierowanych z transportu wprost do komór gazowych10. Zresztą i tu Oświęcim miał swoją specyfikę: była nią selekcja na rampie. Po przybyciu transportu RSHA ofiary poddawane były, bezpośrednio po opuszczeniu wagonów, selekcji: część więźniów kierowano do obozu jako zdolny do pracy „materiał ludzki”; większość szła wprost z rampy do komory gazowej. Pierwsi przechodzili przez ewidencję obozową i stawali się więźniami KL Auschwitz; drudzy, anonimowa większość, ginęli bez rejestracji, a ich dokumenty palono w piecach do spalania śmieci.
Liczbę więźniów znamy. Wprawdzie władze obozowe zniszczyły przed wyzwoleniem Oświęcimia większość archiwów, ale zasada ciągłości numeracji w poszczególnych grupach więźniów, którzy przeszli przez ewidencję obozu do końca jego istnienia, pozwala dosyć dokładnie odtworzyć ich liczbę: 404 000. Z tej liczby zginęło około 340 000. Ilu zginęło tamtych, nie rejestrowanych? Wiemy, że przeszło milion. Niektóre szacunki, oparte o analizę pracy komór gazowych, dochodzą do liczby czterech milionów. Wszystkie liczby są jednak niepewne. Pewne jest jedno: nigdy w dziejach ludzkości nie zginęło nigdzie tyle ludzi w jednym miejscu w tak krótkim czasie co w Oświęcimiu. A jeśli liczba ofiar nie osiągnęła wielu milionów, to tylko dlatego, że wojna skończyła się w Berlinie. Poczynając od bitwy stalingradzkiej na wschodzie i lądowania w Normandii na zachodzie, „Europa Hitlera” kurczyła się szybko. Przyszłe ofiary pozostały poza zasięgiem aparatu mordu, a sam aparat został zdruzgotany.
KL Auschwitz, centralne ogniwo tego aparatu, nazywane bywa czasem „fabryką śmierci”. Ale z przemysłem III Rzeszy wiąże go nie tylko metafora. Sam obóz był równocześnie gigantyczną centralą pracy niewolniczej dla fabryk niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Pierwszym (i największym) kontrahentem KL Auschwitz był od początku 1941 wspomniany już koncern I.G. Farbenindustrie. Więźniowie pracujący w fabryce „Buny” w Dworach dochodzili początkowo codziennie do pracy; w październiku 1942 w pobliskich Monowicach wybudowano dla nich specjalny obóz filialny, Nebenlager Buna, którego stan liczebny doszedł w 1944 do 10 000 więźniów. Podobóz ten awansował w listopadzie 1944 do rangi samodzielnego KL Monowitz. Dla Buny pracowali także więźniowie zatrudnieni w podobozach: Günthergrube w Lędzinach i Fürstengrube w Ławkach, w kopalniach, które dostarczały węgiel do przeróbki chemicznej w Dworach.
Obozów filialnych miał Oświęcim ogółem 39. Niektóre z nich służyły bezpośrednio gospodarce SS (głównie gospodarstwa rolne w okolicach obozu), większość jednak pracowała dla fabryk i kopalń wielkich koncernów: Hermann Göring-Werke, Krupp, Siemens-Schuckert, Rheinmetall-Borsig, Union Werke i inne, a także dla niemieckich kolei państwowych (Reichsbahn) i dla górnośląskiego przemysłu energetycznego. Sieć podobozów była tak rozległa, że sięgała Brna, Blachowni Śląskiej i Prudnika.
Wynajem pracy niewolniczej był dla obu stron, dla SS i niemieckiego przemysłu, źródłem olbrzymich zysków. Dla więźniów był formą powolnej śmierci. Zużyty „materiał ludzki”, więźniów wycieńczonych pracą, fabryki i kopalnie odsyłały do obozu, gdzie czekał ich ostatni etap — komora gazowa.
Właśnie owe komory gazowe stały się symbolem śmierci w Oświęcimiu. Ale chociaż pochłonęły najwięcej ofiar, nie były ani pierwszą, ani jedyną formą eksterminacji stosowaną w obozie. Egzekucje więźniów, stosowane jako „kara” za domniemane bądź rzeczywiste przewinienia (nieposłuszeństwo, próba ucieczki) albo z tytułu odpowiedzialności zbiorowej czy wreszcie jako narzędzie terroru, przybierały często formę rozstrzeliwania (częstego w początkach istnienia obozu: np. egzekucje 151 więźniów-Polaków 11 listopada 1941, 144 kobiet 19 marca 1942, 168 „zakładników” z Krakowa 27 maja 1942). Mniejsze grupy „karano” przez powieszenie (np. pamiętna ostatnia egzekucja w obozie macierzystym 30 grudnia 1944, opisana przez Tomasza Sobańskiego w rozdziale „Ostatnia akcja”). Inną formą grupowej kary śmierci było zagłodzenie na śmierć, stosowane począwszy od 23 kwietnia 1941, kiedy Höss polecił wtrącić do bunkra bloku 11 — jako karę za ucieczkę współwięźnia — dziesięciu więźniów z bloku 2. Zmarli oni z głodu — w okresie 27 kwietnia — 26 maja.
Znacznie większe żniwo śmierci przyniosły „selekcje”, eksterminacja więźniów chorych lub wycieńczonych głodem i pracą ponad siły, których „komisje lekarskie” wybierały z ogółu więźniów. W lipcu 1941 obóz oświęcimski objęto tzw. akcją „14 f 13”, swoistą kontynuacją przerwanej w tym czasie w Rzeszy zbrodniczej akcji eutanazji. W lipcu 1941 komisja lekarska, kierowana przez dr. Horsta Schumanna, wytypowała w Oświęcimiu 575 więźniów chorych i niedołężnych, którzy niebawem zginęli w komorze gazowej w zakładzie dla umysłowo chorych w Königstein, gdzie poprzednio prowadzono akcję eutanazji. Od następnego miesiąca akcję uśmiercania chorych więźniów kontynuowano już na miejscu, w Oświęcimiu. Zabijano zastrzykami benzyny, ewipanu, fenolu, początkowo dożylnie, później „szpilowano” wprost w serce. Szpilowanie stosowano w szerokim zakresie w stosunku do pojedynczych więźniów. Zdarzały się także nietypowe egzekucje chorych, jak np. przeniesienie 1200 chorych i rekonwalescentów w marcu 1942 ze szpitala w obozie macierzystym do obozu w Brzezince, gdzie chorych esesmani zatłukli na śmierć kijami, po czym ciała odesłano do obozu macierzystego. Ale już od maja 1942 ofiary selekcji lekarskich kierowane były do własnych komór gazowych, zbudowanych w obozie w Brzezince.
W owych pierwszych komorach gazowych, zbudowanych w zakładach eutanazji w Rzeszy, w których ginęli także więźniowie obozów koncentracyjnych wysyłani tam w ramach akcji „14 f 13”, duszono więźniów tlenkiem węgla. Na tej samej zasadzie zbudowano później komory gazowe Bełżca, Treblinki i Sobiboru oraz ruchome komory gazowe — samochody, używane w 1941 przez grupy operacyjne SD i policji bezpieczeństwa (Einsatzgruppen) na terenach ZSRR oraz w obozie Greisera w Chełmnie nad Nerem.
W połowie 1941 komendant KL Auschwitz, Rudolf Höss, wezwany został wprost do Himmlera. Rezultatem wizyty było nowe zadanie KL Auschwitz: przygotować techniczne urządzenia obozu do udziału w masowej eksterminacji Żydów europejskich.
Höss wybrał inną metodę niż jego konkurent Wirth, kierownik zespołu obozów Bełżec — Treblinka — Sobibór. Tlenek węgla, wytwarzany wprost w komorach gazowych przez silniki spalinowe typu „Diesel”, wydał mu się nieskuteczny. Uwagę jego zwrócił silny środek insektobójczy „Zyklon B” (cyjanowodór, tzw. kwas pruski)11. Pierwsza próba „praktycznego” użycia Zyklonu B to wymordowanie 250 chorych więźniów i 600 radzieckich jeńców wojennych w bunkrze bloku 11 w dniu 3 września 1941. Dalsze próby robiono w kostnicy krematorium I12. W styczniu 1942 urządzono na terenie Brzezinki pierwszą dużą (2000 ofiar jednorazowo), prowizoryczną komorę gazową przerobioną z chłopskiej chaty („biały domek”). Pierwszymi jej ofiarami byli Żydzi górnośląscy. W końcu czerwca uruchomiono opodal drugą prowizoryczną komorę („czerwony domek”). Równocześnie przystąpiono do budowy w Brzezince czterech wielkich urządzeń „fabryki śmierci”: komór gazowych (do 3000 ofiar) pozorujących łaźnie, połączonych z krematoriami (oznaczonymi numerami II, III, IV i V). Urządzenia te uruchomiono kolejno na wiosnę i w lecie 1943. Pracowały do końca 1944: „Przez wziernik w drzwiach można było widzieć, jak osoby stojące najbliżej przewodów zrzutowych (na Zyklon B) natychmiast padały martwe. Blisko jedna trzecia ofiar umierała od razu. Inni zaczynali się tłoczyć, krzyczeć i chwytać powietrze. Wkrótce jednak krzyk obracał się w rzężenie, a po paru minutach wszyscy leżeli. Najpóźniej po upływie 20 minut nikt się już nie poruszał”. (Rudolf Höss, Wspomnienia).
20 stycznia 1945 uciekający Niemcy zniszczyli krematoria II, III i V (krematorium IV zostało zniszczone 7 października 1944 w czasie buntu więźniów). Fabryka śmierci stanęła.
Tak wyglądał kres. Ale zanim nadeszła wyzwalająca chwila śmierci, ciągnęły się dni i miesiące, czasem lata obozowego życia więźnia.
Czy można tu użyć słowa „życie”? Wspomnienia Tomasza Sobańskiego dowodzą, że można, że trzeba. Tak, nawet rozpaczliwa walka o każdy dzień, o każdy kęs, o ostatni strzęp godności — to także było życie. A przecież walka więźniów Oświęcimia przekroczyła daleko granice obrony nagiej egzystencji. Już w pierwszych miesiącach istnienia obozu podjęli oni walkę czynną i nie przerwali jej do ostatniego dnia. Walkę podejmowały jednostki, łączyły się w pomocy wzajemnej, stopniowo przechodziły od współdziałania w ludzkim odruchu pomocy do walki zorganizowanej. Każda egzekucja, w której ginęli bojownicy Oświęcimia, rodziła nowych, którzy podejmowali walkę przerwaną przez śmierć.
Decydowała postawa więźnia. Każdy więzień Oświęcimia przynosił do obozu całe swoje życie. W owym bagażu psychicznym i fizycznym była i dawna przeszłość, i ostatnie przeżycia wojenne. Jedni przynosili ze sobą spokojną, niemal pokojową egzystencję, przerwaną niespodziewanym szokiem łapanki czy deportacji13. Inni, wojskowi, działacze polityczni, bojownicy walki podziemnej, przychodzili do obozu z katowni gestapo, przynosząc doświadczenia walki i ślady doznanych tortur. Żydzi z gett polskich i białoruskich, z Terezina14 i z obozów pracy dla Żydów przybywali do obozu obarczeni ciężarem poniżenia, wycieńczeni głodem i pracą. To prawda, że najsłabsi po selekcji na rampie trafiali nie do obozu, lecz wprost do komory gazowej. Ale i ci, których uznano za zdolnych do dalszej pracy dla zwycięstwa Rzeszy, to były często strzępy ludzkie. Jeszcze gorszy był stan radzieckich jeńców wojennych: z jenieckich obozów przejściowych przywożono przeważnie ludzi na pograniczu życia i śmierci; ale byli to równocześnie ludzie, których przeszłość żołnierska i polityczna dobrze przygotowała do walki. No i wreszcie ostatnia grupa, więźniowie polityczni, przeniesieni z innych obozów, doświadczeni w walce politycznej, prowadzonej nieraz przez wiele lat w konspiracji (np. komuniści austriaccy i niemieccy), doświadczeni w życiu obozowym.
Z takim fizycznym i duchowym bagażem przekraczali bramę Oświęcimia z napisem „Arbeit macht frei”. Ale praca w Oświęcimiu nie przynosiła wolności. Praca była jednym z narzędzi terroru i zagłady. Pracowali wszyscy: w specjalnych podobozach KL Auschwitz, zorganizowanych przy fabrykach i kopalniach, w obozowych „komandach”, wykonujących niezliczone i nigdy nie kończące się prace przy rozbudowie i prowadzeniu tak olbrzymiego „przedsiębiorstwa” — jakim był KL Auschwitz o przeszło stutysięcznej „załodze” — pracowali więźniowie funkcyjni: w kancelariach (schreiberzy), w kuchni, w obozowym szpitalu, w magazynach i warsztatach. Cały ten olbrzymi, skomplikowany aparat pojawia się w opowiadaniach Sobańskiego: gigantyczny młyn, który mełł na mąkę nicości setki tysięcy więźniów, ich siły i ich nadzieje, ich życie i kości ich zwłok, które sprzedawano firmie „Strem” do przemysłowej przeróbki.
Każdy nowo przybyły więzień (zugang) dostawał się w tryby obozowej machiny. Musiał poznać całą hierarchię obozową: jego hierarchię esesmańską, podzieloną na właściwą załogę obozu (Schutzhaftlager), kierowaną przez lagerführerów (wzgl. schutzhaftlagerführerów), w której skład wchodzili rapportführerzy, arbeitsdienstführerzy, kommandoführerzy i blockführerzy; na Politische Abteilung, obozową delegaturę policji bezpieczeństwa; na służbę strażniczą (Wachtruppe), która obsługiwała posterunki strażnicze (posty) wielkiej i małej postenkety; blisko cztery lata był nim Rudolf Höss) i jego adiutanturą. obozową (wraz z magazynami i służbą techniczną) i wreszcie na komendanturę z samym komendantem obozu (przez blisko cztery lata był nim Rudolf Höss) i jego adiutanturą. Obok owej skomplikowanej hierarchii esesmańskiej — podzielonej na trzy wyraźne piony: załogę obozu, Politische Abteilung i oddział strażniczy, często konkurujące ze sobą i skłócone 15 — występuje hierarchia więźniów, szczególny „samorząd”, stworzony przez SS dla wykorzystywania jednych więźniów przeciw drugim. To są właśnie owi kryminaliści niemieccy, których w liczbie 30 sprowadzono jeszcze w maju 1940 do obozu, i ich następcy. Oni sprawowali funkcje: starszego obozu (lagerältester), oberkapo, kapo, vorarbeiterow, blokowych (blockältester), sztubowych i innych więźniów funkcyjnych. Ponieważ wobec szczupłości załogi esesmańskiej owi więźniowie decydowali często o losie, o życiu i śmierci współwięźniów, więc jednym z najważniejszych zadań, jakie stawiał sobie obozowy ruch oporu, było wyparcie z owych funkcji więźniów-kryminalistów i zastąpienie ich więźniami politycznymi. Ta walka, która tylko marginesowo, w wzmiankach o funkcjach pełnionych przez więźniów politycznych w późniejszych latach istnienia KL Auschwitz, pojawia się w opowiadaniach Sobańskiego, nie została jeszcze opracowana. Jest to szczególnie trudny, szczególnie ważny i mało znany odcinek walki obozowej16.
Ale powróćmy do losu pojedynczego „zuganga”, więźnia świeżo przybyłego do obozu. Po przyjęciu do obozu i po torturach kwarantanny, trwającej kilka tygodni, których nie przetrzymywała znaczna część więźniów, szedł do obozu. Tam otrzymywał przydział do bloku i sztuby (w Brzezince były to drewniane baraki — stajnie dla koni, w których stłoczono nieraz ponad 1000 więźniów) oraz przydział do pracy.
Zaczynało się codzienne „życie” obozowe.
Nie będziemy tu wyliczać ani tortur pracy, ani tortur-kar, ani głodu, ani eksperymentów lekarskich na żywych ludziach, ani innych niezliczonych form znęcania się nad więźniami. Ich suma zawarta jest w liczbie 340 000 zmarłych spośród 404 000 więźniów. Może czytelnik zna je z literatury obozowej — ze wspomnień więźniów, z literatury naukowej. Ale czego nie potrafiono dotychczas opisać, właśnie w odniesieniu do Oświęcimia, to walki więźniów toczonej w tych warunkach, uporczywej walki głodnych, cierpiących i ginących, walki świadomej, czynnej, zorganizowanej.
Dlatego znamy Oświęcim — największy cmentarz świata, znamy Oświęcim cierpiący; ale prawie nie znamy Oświęcimia walczącego.
Walka więźniów Oświęcimia — zjawisko tak trudne do pojęcia, tak trudne do opisania17. W warunkach obozowych, w wyższym jeszcze stopniu niż w warunkach okupacji (na „wolności”), nie było wyraźnej granicy między ochroną własnego, pojedynczego życia a czynną, świadomą walką, między koleżeńską pomocą udzieloną współwięźniowi a zorganizowaną akcją samopomocy, między spontanicznym buntem zrozpaczonej grupy a organizacją walki podziemnej.
Zawsze decydowała postawa indywidualnego więźnia. Walka rozpoczynała się z chwilą pierwszego odruchu pomocy, nieraz już podczas kwarantanny, w pierwszych dniach obozowej gehenny. Początkiem walki był pierwszy akt woli — świadome przeciwstawienie się celom, dla których stworzono obóz. Na miano „walki podziemnej” zasługuje w Oświęcimiu każdy czyn, nawet dokonany w tajemnicy, indywidualne bohaterstwo, które miało na celu pomoc dla współwięźnia, uszkodzenie choćby jednego trybu w obozowej machinie śmierci, nawiązanie kontaktu ze światem za drutami dla przesłania wiadomości o obozie czy uzyskania pomocy.
Szczególne warunki obozowe sprawiły, że jedną z najtrudniejszych, najbardziej skutecznych form walki było to, co w konwencjonalnych warunkach wojny uchodzi za jej zaprzeczenie — ucieczka. Dlatego żołnierzami walki podziemnej byli wszyscy bohaterowie opowiadań Sobańskiego i wszyscy ci bohaterowie ucieczek oświęcimskich, dla których w książce Sobańskiego nie starczyło już miejsca.
Różne były motywy podjęcia ucieczki, różny był los tych, którzy wygrali bitwę z drutami, z podwójnym łańcuchem straży, z zorganizowanym pościgiem i znaleźli się na wolności — w okupowanej Polsce18.
Były wśród ucieczek oświęcimskich proste akty ludzkiej samoobrony, walki o życie własne lub życie bliskiego człowieka. Takim aktem była wspólna ucieczka dwojga młodych, Jerzego Bieleckiego i Cecylii Cybulskiej (Tą samą drogą), którzy poznali się i pokochali w obozie i podjęli ryzyko ucieczki po to, by ratować życie i miłość.
Były także ucieczki indywidualne, które były aktami walki, walki podjętej świadomie, z wyraźnie nakreślonym celem, choć przygotowane i zrealizowane własnymi siłami. Taka była ucieczka Wetzlera i Rosenberga (Zachód nie przeciwdziałał), którzy przedostawszy się do ojczystej Słowacji dotarli do nuncjusza papieskiego po to, by przekazać światu jeszcze jedną relację o zbrodniach Oświęcimia i by raz jeszcze zażądać pomocy.
Ale większość ucieczek, które opisuje Sobański — i tych zwycięskich, i tych tragicznych — to zorganizowana walka podziemna, prowadzona przez Oświęcim walczący. Taką walką zorganizowaną była ucieczka Hałonia, ucieczki Motyki, Szwemberga, Szajera i Zyguły, własna ucieczka autora opowiadań dokonana wspólnie z Jagiełłą (Zabrakło dwóch dachdeckerów). Były nią także ucieczki, dla których nie starczyło już miejsca w książce Sobańskiego — Pileckiego, Redzeja i Ciesielskiego w kwietniu 1943, por. Gawrona i por. Bieleckiego w maju 1942 i wiele innych. Ucieczki te poprzedzone były starannymi przygotowaniami, w których uczestniczyli towarzysze uciekinierów — członkowie organizacji podziemnych. Niejednokrotnie poza drutami czekała przygotowana pomoc: walczący Oświęcim był częścią walczącej Polski.
Przykłady tych ucieczek, realizowanych na polecenie i z pomocą organizacji, ukazują już nie tylko indywidualną wolę walki uciekających. Pokazują także, jak z indywidualnej postawy więźnia wyrastały koleżeńskie grupy samopomocy, jak krzepły i przybierały trwałe, coraz wyższe formy organizacyjne, aż powstało z nich to, co dwukrotnie w historii KL Auschwitz zasłużyło na miano „kierownictwa walki podziemnej”. Tak jak na „wolności”.
Pierwsze grupy zorganizowanej samopomocy więźniów i pierwsze grupy bojowe powstały w obozie oświęcimskim już na jesieni 1940, a więc w pierwszych miesiącach istnienia obozu. Założycielami ich byli działacze polityczni i żołnierze, którzy tu, w warunkach obozu koncentracyjnego, podjęli na nowo walkę przerwaną przez gestapo. To przezwyciężenie wstrząsu aresztowania, tortur śledztwa i grozy warunków obozowych wystawia im najwspanialsze świadectwo, na jakie może zasłużyć działacz i żołnierz. Ale szczególnie piękne są te sylwetki bohaterów oświęcimskiej walki podziemnej, które nabierają konturów dopiero w warunkach obozowych. To, że w obozie koncentracyjnym, stworzonym nie tylko dla zniszczenia, ale i dla upodlenia człowieka, krystalizują się charaktery, rozwijają najpiękniejsze cechy: odwaga, solidarność, poświęcenie wartości osobistych dla dóbr większych, to właśnie stanowi największą klęskę systemu KL Auschwitz i największe zwycięstwo oświęcimskiej walki podziemnej.
Pierwsze, znane nam ośrodki samopomocy i walki tworzyli działacze Polski podziemnej, którzy znaleźli się w obozie po aresztowaniu przez gestapo. Tak jak tam, na „wolności” w Polsce walczącej, tak i tu, w walczącym Oświęcimiu, powstawały równocześnie i równolegle grupy wojskowe i cywilne. Krystalizowały się one z reguły wokół tych, którzy za druty Oświęcimia przynieśli nie tylko wolę, ale i doświadczenie pierwszych miesięcy, pierwszych lat walki z okupantem. Tak było z pierwszą organizacją cywilną, z grupą lewicową kierowaną przez Stanisława Dubois i Norberta Barlickiego, wybitnych działaczy lewicy PPS, grupą, która skrystalizowała się już na jesieni 194019. Tak było także z pierwszą grupą wojskową, zorganizowaną w tym samym czasie przez Witolda Pileckiego („Tomka”), współtwórcę jednej z pierwszych w Polsce walczącej organizacji bojowych (Tajna Armia Polska, listopad 1939), który wspólnie z płk. Surmackim zorganizował — w tym samym okresie co Dubois i Barlicki — grupę wojskową: Związek Organizacji Wojskowej.
