Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Znużony życiem towarzyskim Londynu lord Denham postanawia wyruszyć w podróż po Europie. W noc przed wyjazdem do jego domu zakrada się kobieta w przebraniu chłopca. Okazuje się nią dawną przyjaciółką Denhama, Althea Curtis. Zdesperowana, prosi o pomoc w ucieczce przed aranżowanym małżeństwem i eskortę do domu matki chrzestnej w Wenecji.
Denham zgadza się bez wahania. Nie wie jednak, że w grę wchodzi ogromny posag. Za zbiegłą narzeczoną wyrusza pościg…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 287
Rok wydania: 2026
Louise Allen
Ucieczka lady Curtis
Tłumaczenie:
Bożena Kucharuk
Tytuł oryginału: Unlacing Lady Thea
Pierwsze wydanie: Harlequin Mills&Boon Limited, 2014
Redaktor serii: Grażyna Ordęga
Opracowanie redakcyjne: Dominik Osuch
© 2014 by Melania Hilton
© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016, 2026
Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.
Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.
Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.
HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.
Bez ograniczania wyłącznych praw autora i wydawcy, jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI) jest wyraźnie zabronione. HarperCollins korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.
Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
HarperCollins Polska sp. z o.o.
02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A
www.harpercollins.pl
ISBN: 978-83-291-2739-4
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
Londyn, 3 czerwca 1814
Zegar na kominku wybił czwartą. Rhys nie widział sensu, by kłaść się spać. Był porządnie wstawiony, nie na tyle jednak, aby nie zastanawiać się, co kazało mu wymyślić ten szalony plan. Co gorsza, zrealizował go z tak bezlitosną skutecznością, że próby wycofania się wprowadziłyby chaos w życie jego wszystkich pracowników, doradców finansowych, zarządców posiadłości i w koneksje towarzyskie. Zacząłby uchodzić za szaleńca, kogoś, kto nie wie, co czyni.
– …bo nie wiem – Rhys Denham poinformował rudego kocura o postrzępionych uszach, siedzącego na dywaniku przed kominkiem i przyglądającego mu się z pogardą właściwą jedynie kotom oraz księżnym wdowom.
– Naprawdę nie wiem, co czynię.
Obecność kuchennego myszołapa na pokojach, a co dopiero w gabinecie trzeciego earla Palgrave, nie mieściła się w głowie. W domu jednak trwały gorączkowe przygotowania do rychłego wyjazdu gospodarza na kontynent i nikt nie zauważył otwartych drzwi na schody dla służby.
– Z początku plan wydawał mi się dobry – mamrotał Rhys. Brandy połyskiwała w świetle świec. Dolał trochę do kieliszka, a po chwili go odstawił. – Jestem pijany. Od lat nie byłem tak okropnie pijany. – Wiedział, że alkohol nigdy nie pomoże mu zapomnieć o katastrofie, jaką był dzień jego ślubu, nie przywróci wiary w przyjaźń ani złudzeń na temat romantycznej miłości.
Kot przeniósł uwagę na talerz z resztkami wołowiny na zimno, sera i chleba, stojący obok karafek.
– Nie oblizuj tak wąsów. – Rhys sięgnął po jedzenie. – Potrzebuję tego bardziej niż ty. Za trzy godziny muszę być w miarę trzeźwy. – Wydawało się to jednak mało prawdopodobne.
– Musisz przyznać, że zasługuję na urlop. Posiadłość ma się dobrze, finanse jeszcze lepiej, jestem śmiertelnie znudzony Londynem, a Bonaparte od miesiąca przebywa bezpiecznie na Elbie – tłumaczył kotu z ustami pełnymi mięsiwa. – Myślisz, że jestem ciut za stary na wielką wyprawę? Nie zgodzę się z tobą. W wieku dwudziestu ośmiu lat potrafię bardziej wszystko docenić.
Kot spojrzał na niego obojętnie, uniósł tylną łapę i przystąpił do zabiegów higieny intymnej.
– Przestań. Dżentelmen nie myje sobie jaj w gabinecie. – Rzucił kocurowi skrawek tłuszczu, który ten złapał w locie. – Wyjazd na cały rok? Co ja sobie myślałem? Ucieczka…
Mógł, oczywiście, wrócić w każdej chwili, a służba spełniłaby jego polecenie. Z pewnością tak zrobi w razie kryzysu. Jednak odwoływanie planów pod wpływem impulsu było w jego mniemaniu nieodpowiedzialnością, a Rhys Denham nie znosił ludzi, którzy zawodzą innych.
– Zamierzam zrealizować ten plan – oświadczył. – Dobrze mi zrobi zmiana, a potem znajdę sobie ładną, skromną, dobrze wychowaną dziewczynę o szerokich biodrach do rodzenia dzieci. Do trzydziestki będę już żonaty.
I znudzony po dziurki w nosie, dodał w myślach. Przez głowę przemknął mu obraz kurtyzan, które najskuteczniej zapobiegały nudzie. One nigdy nie oczekiwały pełnej oddania monogamii. W przeciwieństwie do żon. Rhys westchnął.
Przyjaciele, którzy przed godziną dostarczyli go do domu po serdecznym wieczorku pożegnalnym w klubie, byli albo żonaci, albo zaręczeni. Niektórzy nawet mieli już dzieci. I wydawało się, że bawi ich myśl o kimś innym wpadającym w małżeńskie sidła. Jak wyraził się Fred Herrick: „Denham, rozpustniku, już czas, żebyś przestał w końcu tylko podgryzać serek! Weź porządny kęs i niech pułapka się zatrzaśnie”.
– Ale dlaczego ta myśl tak mnie przygnębia? – spytał, wciąż patrząc na kota.
– Trudno powiedzieć, milordzie.
W drzwiach stał Griffin z twarzą zastygłą w maskę obojętności, co oznaczało głęboką dezaprobatę.
Czegoż, u diabła, znowu nie pochwalał jego kamerdyner? Rhys wyprostował się w fotelu. Chyba człowiek ma prawo napić się w swoim własnym domu, do cholery?
– Mówiłem do kota, Griffin.
– Tak, milordzie.
Rhys spojrzał na dywanik. Ruda bestia zniknęła, zostawiając po sobie jedynie ledwie dostrzegalną plamę brudu.
– Pewna osoba chce się z panem widzieć, milordzie.
Z tonu głosu Griffina wynikało jasno, że właśnie ten fakt jest powodem surowej miny.
– Jaka osoba?
– Młoda, milordzie.
– Chłopiec? Griffin, w tej chwili nie jestem w nastroju do zagadek.
– Jak pan sobie życzy, milordzie. Wygląda młodo. Nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej.
– A więc gdzie jest… ten ktoś?
– W saloniku. Ten ktoś zapukał do drzwi frontowych, odmówił wejścia drzwiami dla służby i powiedział, że wasza lordowska mość zechce się z nim zobaczyć.
Rhys zerknął na karafkę. Ile zdążył wypić od powrotu z klubu? Sporo, ale z pewnością nie aż tyle, aby wywołać ton rozpaczy w głosie Griffina. Kamerdyner bez mrugnięcia powieką radził sobie dosłownie ze wszystkim, nie wyłączając kradzieży wśród służby oraz ciskających talerzami odrzuconych kochanek.
Lekki dreszcz niepokoju przebiegł Rhysowi po plecach. Kochanka… Czyżby Georgina nie przyjęła ich rozstania tak spokojnie, jak wydawało mu się poprzedniego dnia? Na pewno była zadowolona z okazałego diamentowego naszyjnika i możliwości zamieszkiwania w swoim małym domku przez kolejny rok. Rhys podniósł się i zerwał z szyi rozluźniony fular, nie sięgając nawet po leżący na sofie surdut. To śmieszne. Wprawdzie poszukiwał przyjemności bez zobowiązań, jednak nie był lordem Byron, któremu deptały po piętach przebrane za chłopców histeryczki. Był ostrożny i wiązał się z kurtyzanami lub niezaspokojonymi mężatkami, ale nie z kobietami samotnymi, a już na pewno nie z postrzelonymi amatorkami przebieranek.
– Ha! Zobaczmy więc tę tajemniczą młodą osobę.
Meble wydawały się chwiać, kiedy podążał za Griffinem do holu. Jutro… nie, dziś rano, będzie miał gigantycznego kaca, stwierdził z przekonaniem.
Griffin otworzył drzwi do pokoju przeznaczonego dla tych gości, którzy w jego ocenie nie zasługiwali na przyjęcie w Salonie Chińskim. Osoba siedząca na twardym krześle przy ścianie wstała. Przez chwilę Rhysowi wydawało się, że ma przed sobą niewysokiego chłopaka w niedopasowanym surducie w typie młodszego referenta. Obok niego na podłodze stały dwie torby podróżne, na krześle leżał zniszczony cylinder.
Rhys zamrugał powiekami. Nie był aż tak pijany.
– Griffin, jeśli to jest mężczyzna, to my obaj jesteśmy eunuchami na dworze Wielkiego Chana.
Dziewczyna w stroju młodzieńca westchnęła z irytacją i oparła dłonie na zaokrąglonych biodrach zdradzających jej płeć.
– Rhysie Denham, jesteś pijany. Akurat wtedy, kiedy liczyłam na ciebie.
Thea? Lady Althea Curtiss, córka earla Wellingstone i jego osławionej pierwszej żony; nieznośny bachor, który przez całe jego dzieciństwo plątał mu się pod nogami; oddana przyjaciółka, której prawie nie widywał od dnia, kiedy jego świat rozleciał się na kawałki. Stała przed nim w jego kawalerskim domu, bladym świtem, przebrana za chłopca. Była jak chodzący skandal, czekający tylko, aby eksplodować. Rhys niemal słyszał syk tlącego się lontu.
Rhys był większy, niż zapamiętała, silniej zbudowany, bardziej męski. Wyglądał intrygująco, kiedy pojawił się w drzwiach bez surduta, z jednodniowym zarostem, rozczochranymi czarnymi włosami, odziedziczonymi po matce Walijce, i błękitnym spojrzeniem zamglonym od alkoholu i braku snu. Niebezpieczny nieznajomy. Przypomniała sobie, że ostatni raz widziała go z bliska przed sześcioma laty. To oczywiste, że się zmienił.
– Thea? – Rhys podszedł do niej chwiejnie i chwycił ją za ramiona. Jego spojrzenie było teraz trzeźwe, pomimo roztaczanej wokół woni brandy. – Co ty tu robisz, na litość boską? I w takim stroju? – Sięgnął jej za plecy i wyciągnął myszowatego koloru warkocz spod kołnierza surduta. – Kogo ty chciałaś oszukać? Uciekłaś z domu? – Zacisnął usta ze złości.
Thea wyswobodziła się z jego uścisku. Czuła, jak drżą jej kolana.
– Ubrałam się tak, żeby w ciemnym dyliżansie mniej na siebie zwracać uwagę. Doskonale wiem, że w dzień to by się nie udało. I nie uciekłam z domu, tylko z niego odeszłam.
Rhys poruszył wargami. Była pewna, że w myślach liczy do dziesięciu po walijsku. Zapamiętała te słowa, bo za czasów chłopięcych liczył na głos. Un, dau, tri…
– Griffin. Przynieś brandy i coś do jedzenia dla lady Althei. Której tu nie ma, rzecz jasna.
Thea pozwoliła zaprowadzić się do gabinetu. Rhys rzucił jej torby na dywanik przed kominkiem i zepchnął kota z fotela.
– Siadaj. Kocia sierść i tak nie zaszkodzi temu ubraniu.
Kot położył uszy płasko i parsknął na nich oboje.
Thea pstryknęła palcami, a kocur wygiął ogon w znak zapytania i odmaszerował.
– To twój kot?
Rhys popatrzył na nią zmrużonymi oczami.
– To kuchenny kocur, ale wydaje mu się, że jest panem tego domu. – Opadł na fotel naprzeciw niej i przesunął dłońmi po włosach. – Powiedz, że nie chodzi o mężczyznę! Proszę cię. O siódmej rano wyjeżdżam do Dover i wolałbym tego nie odkładać tylko po to, żeby pojedynkować się z jakimś łobuzem, którego uważasz za swojego ukochanego.
Zastanawiała się, czy w obecnym stanie byłby zdolny trafić z pistoletu w drzwi stodoły.
– Oczywiście, że nie chodzi o mężczyznę. – Skłamała. – Nie bądź śmieszny. A poza tym dlaczego miałbyś się pojedynkować w moim imieniu?
Była zaskoczona trudnością, z jaką przychodziło jej panowanie nad głosem. Musiała być bardziej zmęczona, niż przypuszczała.
– Zawsze to robiłem – odparł Rhys z niespodziewanie szerokim uśmiechem, przesuwając przy tym palcem po nosie. Jego idealny grecki profil doznał uszczerbku w bójce z wiejskimi chłopakami, którzy ją przezywali. Miała wtedy sześć lat, a Rhys dwanaście. Uśmiech zniknął równie szybko, jak się pojawił.
– Więc jeśli nie chodzi o mężczyznę…
– W pewnym sensie jednak chodzi o mężczyznę. – Powtarzała sobie to wyjaśnienie w myślach przez całą długą podróż w zatęchłych ciemnościach dyliżansu. Nie do końca kłamstwo, nie do końca prawda.
– Może pamiętasz, że mam za sobą już trzy sezony. Nie, nie pamiętasz… nigdy nie spotkaliśmy się w Londynie. Nie bywałeś na tych koszmarnych małżeńskich targach, w których musiałam uczestniczyć.
Rhys zacisnął szczęki, a Thea ugryzła się w język. To głupie i nietaktowne wspominać o małżeństwie. Nadal go to boli, zreflektowała się.
– Tak czy inaczej, papa uznał, że marnuje pieniądze, a następny sezon w otoczeniu dużo młodszych dziewcząt będzie jeszcze gorszy. Odesłał mnie więc do Longley Park i zaczął szukać mi męża na miejscu.
– Chcesz powiedzieć, że nie dostałaś żadnych…? – Rhys urwał, bo właśnie wszedł Griffin z tacą. Gestem zaprosił Theę do jedzenia, po czym nalał ciemny płyn do swej szklaneczki. – To znaczy, wiem, że twoja matka…
– Och, tak, kilku bardzo atrakcyjnych młodszych synów było zainteresowanych. Mój posag jest niemały, mam też oczywiście fundusz powierniczy. – To znacznie podnosiło jej atrakcyjność pomimo skłonności do nazywania rzeczy po imieniu, nieskrywanego entuzjazmu dla nauki i przeciętnej urody. Nie wspominając już o matce, która była aktorką i kochanką jej ojca przed ich pochopnym ślubem, a która zmarła przy porodzie. – Odmówiłam im wszystkim.
– Dlaczego? – Rhys spojrzał na nią znad krawędzi szklanki, najwyraźniej starając się skupić wzrok.
– Nie kochałam żadnego z nich. A oni mnie nie kochali. Żaden z nich. – Papa wybrał sir Anthony’ego Meldretha. – Czy teraz Rhys zrozumie, dlaczego poczuła się zdradzona? Dlaczego musiała odejść? Dawny Rhys by to zrozumiał… – Nie pasowaliśmy do siebie, ale papa powiedział, że albo wyjdę za Anthony’ego, albo będę musiała pozostać w Longley jako towarzyszka macochy do końca moich dni.
– O, psiakość! – Rhys doskonale pamiętał macochę Thei, jej egoizm i hipochondrię. Potarł czoło palcami, jakby chciał odegnać ból głowy albo wywołać jakąś sensowną myśl. – Rozumiem twój problem.
Czyżby? Raczej nie. Nie spodziewała się, że on zdaje sobie sprawę, jak ogłupiająca nuda czeka stare panny. To jakby zostać pogrzebaną żywcem. Nie wie też, jakim koszmarem byłoby dla niej poślubić mężczyznę, którego nie lubiła i któremu nie ufała.
– Rozumiem, że to byłoby męczące – ciągnął Rhys, potwierdzając jej podejrzenia. – Ale ucieczka… – Ściągnął brwi. – Niestety, nie mam czasu teraz się tym zajmować. Właśnie wybieram się w podróż do Europy.
– Wiem, papa mi mówił. Jego zdaniem kieruje tobą godny pochwały entuzjazm dla kultury, którego dotychczas w tobie nie dostrzegał. Proszę cię, Rhys, posłuchaj: mam dwadzieścia dwa lata. Nie uciekam, tylko przejmuję kontrolę nad swoim życiem.
– Dwadzieścia dwa? Bzdura. Nie wyglądasz na tyle.
Nie był to komplement. Przygryzła wargi aż do bólu.
– Potrzebuję zgody dwóch z trzech moich powierników, aby zarządzać swoimi pieniędzmi i uzyskać niezależność. – Nie była to fortuna, lecz zapewniłaby jej wolność wyboru. – Jeśli nie uzyskam tej zgody, wówczas nie dostanę nic, chyba że poślubię kogoś, kogo zaaprobuje papa.
– Przypuszczam, że jednym z powierników jest twój ojciec? – Rhys uniósł karafkę. – Kusi mnie, żeby się kompletnie upić…
– Owszem – przerwała mu. – A babcia dobrze wiedziała, jaki on jest.
Nie było sensu udawać szacunku wobec ojca. Przez całe jej dzieciństwo pozostawał odległą, ponurą postacią. Zwrócił na nią uwagę dopiero wtedy, kiedy dorosła na tyle, że nie można jej było wygonić do pokoju dziecięcego. Jednak dziewczynka, która nie odziedziczyła legendarnej piękności i uroku swojej matki, była skazana na pozostanie nikim, o ile nie zawrze korzystnego małżeństwa. Thea nie znała ojca, ale też nie miała ochoty go poznawać.
Jeśli ten fortel się nie powiedzie i papa zorientuje się, do czego córka zmierza, będzie wywierał nacisk na trzeciego powiernika, pana Heale’a. Wtedy Thea wpadnie w pułapkę. Zadrżała na wspomnienie zimnego, pozbawionego miłości domu swojego dzieciństwa. Sezon był ucieczką, ale teraz, kiedy i to jej odebrano, czuła, że pętla wokół jej szyi zaczęła się zaciskać.
– Babcia musiała mianować papę powiernikiem. Wydawałoby się podejrzane, gdyby tego nie zrobiła, ale zastrzegła, że do podjęcia poważniejszych decyzji potrzebuję zgody tylko dwóch powierników, żebym mogła jakoś go ominąć.
Nalała sobie drugą filiżankę herbaty. Teraz, kiedy nie musiała się martwić o to, czy zastanie Rhysa w domu, poczuła głód i pragnienie.
– Drugim powiernikiem jest młodszy pan Heale, syn adwokata babci. Rozmawiałam z nim i zgodził się, abym przejęła zarządzanie swoimi finansami. Mam jego pismo. O ile tylko papa nie zorientuje się, do czego zmierzam, i nie będzie próbował wywrzeć nacisku… – Dotknęła zatkniętej za pazuchę koperty; pergamin zaszeleścił uspokajająco. – Trzecią powierniczką jest matka chrzestna Agnes.
– Matka chrzestna. Na pewno zgodzi się, żebyś zarządzała swoim majątkiem. – Miał nadzieję, że brandy nie wpływa na jego tok rozumowania. – Chociaż co ty z nim zrobisz w twoim wieku?
Słuchał, co do niego mówiła, mimo że nadal traktował ją jak szesnastolatkę niezdolną do samodzielnego podejmowania decyzji. Thea wypiła pokrzepiający łyk herbaty, po czym sięgnęła po bułeczkę. Od śniadania w Longley Park oraz bułki zjedzonej podczas popołudniowej zmiany koni upłynęło dużo czasu.
– Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, jak nam się poszczęściło, że mamy taką matkę chrzestną? – zapytał Rhys. Sama myśl o lady Hughson sprawiła, że się uśmiechnął.
– Myślę o tym codziennie – powiedziała Thea. – Kiedy byliśmy dziećmi, w ogóle się nad tym nie zastanawiałam, ale teraz widzę, jakim jest darem niebios.
Dom matki chrzestnej był jedynym miejscem, w którym doświadczyła miłości i ciepła.
– Piętnaścioro jagniątek z osobistego stadka Agnes…
– No właśnie. Musiała bardzo kochać swojego męża, a straciła go w tak młodym wieku… kiedy nie mieli jeszcze dzieci.
Rhys mruknął.
– Hm, ale to już historia… a jeśli uciekłaś z domu… przepraszam, odeszłaś… aby pojechać do niej, to wiedz, że nie ma jej w Londynie. Czy właśnie dlatego przyjechałaś do mnie?
Senne, błękitne oczy przyglądały jej się znad krawędzi kieliszka.
– Wiedziałam, że nie ma jej w mieście, a nie śmiałam pisać do niej i ryzykować, że odpowiedź wpadnie w ręce papy. Jest w Wenecji. Postanowiłam przyjechać do ciebie, kiedy tylko dowiedziałam się, gdzie jest ciocia i jakie są twoje plany…
Nie był wystarczająco pijany, aby nie zrozumieć jej intencji… a może znał Theę zbyt dobrze?
– O, nie! Nie, nie, nie. Nie pojedziesz ze mną do Europy. To absolutnie niemożliwe. Wykluczone.
– A więc takim stałeś się świętoszkiem, że nie pomożesz starej przyjaciółce? – zapytała. Dawny Rhys połknąłby haczyk.
– Nie jestem świętoszkiem. – Rhys słusznie odebrał jej słowa jako obelgę. Odstawił z hukiem szklankę, aż brandy chlapnęła na wypolerowany mahoń. – Okropne słowo. Brzmi jak śmierdzioszek albo… – Potrząsnął głową, jakby chciał nadać myślom właściwy bieg. – Nie możesz podróżować po Europie z mężczyzną, który nie jest twoim mężem. Pomyśl, jaki to wywołałoby skandal.
– Tylko wtedy, gdyby mnie rozpoznano? Będę miała twarz zasłoniętą welonem i każdy, kto nas zobaczy, pomyśli, że jestem twoją kochanką. – Rhys przewrócił oczami. W welonie czy bez, Thea nie nadawała się na kochankę. – Szczerze mówiąc, nie zależy mi na reputacji. To i tak nie pogorszy sprawy. Rhys, nie proszę cię, żebyś zabrał mnie na miłą wycieczkę, tylko żebyś pozwolił mi jechać ze sobą. Nie mogę podróżować sama, to nie takie łatwe… Ale jeśli ty mi nie pomożesz, to wynajmę stangreta i pokojówkę i spróbuję.
– A czym zapłacisz? – zapytał. – Czy może oczekujesz, że pożyczę ci pieniądze na zepsucie reputacji?
– Oczywiście, że nie! Ale zrozum… jeśli tu zostanę, moje życie legnie w gruzach. – Najwyraźniej nie przekonało to Rhysa. – Mam ze sobą kieszonkowe z osiemnastu miesięcy.
Pliki banknotów i monety zaszyte w bieliźnie ogrzewały ją i pocieszały swą obecnością przez całą podróż.
– Przypuszczam, że ojciec wręczył ci je bez pytania o cokolwiek?
W kącikach jego ust pojawił się leciutki cień uśmiechu. Dało jej to nadzieję, że gdzieś głęboko w tym hardym mężczyźnie drzemie dawny Rhys, beztroski chłopiec wiecznie gotowy do psot.
– Oczywiście, że nie. Przez trzy miesiące nie wydałam więcej niż kilka funtów. Resztę wzięłam z kasetki z pieniędzmi w gabinecie papy. Zostawiłam odpowiednie pokwitowanie.
– A kto nauczył cię otwierać zamki, madame?
– Ty.
– Do diabła! Nie mogę zaprzeczyć. – Uśmiechnął się mimo woli. – Pamiętam, że byłaś w tym dobra. Przypominasz sobie ten dzień, kiedy otworzyłaś szufladę biurka matki chrzestnej i odzyskałaś moją procę? Miałem idealne alibi. Pamiętam, że pomagałem ogrodnikowi sprzątać po wybiciu trzech szyb w oranżerii.
– Powiedziałeś, że będziesz moim dozgonnym dłużnikiem.
Thei udało się nie popełnić błędu – nie uśmiechnęła się triumfalnie.
– Miałem wtedy jakieś trzynaście lat – rzekł Rhys. – To było tak dawno… Zapomniałem już o zobowiązaniach.
– Dżentelmen nigdy o nich nie zapomina, szczególnie wobec dam. – Rhys przebiegł wzrokiem po jej okropnym stroju, ale powstrzymał się od komentarza. – Masz trzy możliwości, Rhys. Zabrać mnie ze sobą, zostawić mnie na pastwę losu w Londynie albo odesłać mnie z powrotem do papy. – Thea uśmiechnęła się. – Pomyśl o tym jak o przygodzie. A może nie masz odwagi?
– Nie myśl, że mnie w ten sposób sprowokujesz. Mam dwadzieścia osiem lat, Theo, jestem za stary na takie sztuczki.
Rhys nie jest na nic za stary, pomyślała Thea, skupiając się na zachowaniu otwartego i naiwnego wyrazu twarzy.
– Proszę…
To zawsze działało. Nie miała pojęcia, dlaczego z całej gromady chrześniaków spędzających długie letnie dni z lady Hughson tylko jej prośby spełniał Rhys. Nie słuchał nawet Serenie, błękitnookiej piękności, w której się zakochał.
– Chyba zwariowałem.
Thea wstrzymała oddech. Rhys upił potężny łyk brandy.
– Zabiorę cię ze sobą. Ale masz się zachowywać porządnie, inaczej odeślę cię do domu pierwszym statkiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
